Młoda kobieta ubrana w kwiecistą sukienkę siedziała przy fortepianie. Jej długie wąskie palce lekko tańczyły na klawiaturze, a Walc a-moll Fryderyka Chopina w jej wykonaniu zachwycał delikatnością. Przez otwarte okno salonu wleciał kolorowy motyl, usiadł na sukience, a potem na rudych włosach dziewczynki opartej o fortepian. Tuliła misia i przysłuchiwała się granej melodii. Kobieta dała się ponieść rzewnym tonom walca, przymknęła oczy, a jej dusza zatraciła się w dźwiękach. Dziewczynka poruszyła się niespokojnie, chciała opowiedzieć mamie o barwnym motylu i spytać, czy wciąż siedzi jej na włosach, czy odfrunął. Otworzyła usta, ale suchość w gardle tamowała słowa. Patrzyła więc tylko w rozpaczy na piękną kobietę przy fortepianie. Po długiej chwili drzwi salonu się otworzyły i wszedł przystojny mężczyzna w leśnym mundurze i w wykrochmalonej białej koszuli. Uśmiechnął się do dziewczynki, ale nie podszedł do niej. Poczekał, aż melodia umilknie, a wtedy ujął dłoń żony i ją pocałował. Zafalowała kolorowa sukienka pianistki, bo do salonu wpadł ciepły majowy podmuch wiatru. Leśniczy objął żonę w pasie i przytuleni, zapatrzeni w siebie powoli ruszyli do drzwi.
- A ja? Mamo, tato, nie zostawiajcie mnie! - krzyknęła błagalnie dziewczynka, ale z jej gardła wydobył się zaledwie cichy jęk. Wciąż stała przy fortepianie, niezdolna zrobić kroku. Zamknęła oczy, by nie patrzeć, jak rodzice odchodzą. Zapłakała, ale nie miała już łez. Mocniej przycisnęła misia i wtuliła twarz w jego bure futerko.
- Lenko, bądź dla siebie dobra - usłyszała tuż przy uchu łagodne głosy rodziców.
Teraz z kolei nie mogła otworzyć oczu. Uniosła głowę i poczuła na obu policzkach ciepłe pocałunki. Powieki wciąż były zbyt ciężkie, by je otworzyć, więc tylko domyśliła się, że rodzice się nad nią pochylają. Czuła ich oddechy i zapach ojcowskiej wody po goleniu.
- Bądź dla siebie dobra, córeczko. - Tym razem poprosił już tylko ojciec. Pocałował ją i poszedł za żoną.
Lena nadludzkim wysiłkiem otworzyła zlepione powieki. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Zdezorientowana nie wiedziała, gdzie jest i co się właściwie stało. Podniosła się z bujawki, opuściła nogi, plecami dotknęła chłodnego oparcia. Nie wierzyła, że słyszane głosy były tylko snem. Wciąż dźwięczał jej w uszach szept wypowiadanych słów, a na policzku czuła ciepły dotyk matczynych i ojcowskich warg. Tak, miejsce pocałunku nadal było ciepłe. Przesunęła palcami po policzku i otarła łzę. Ach, więc to łzy. To był tylko sen - pomyślała, a rozczarowanie nie pozwalało zebrać myśli. Starała się odtworzyć, co ważnego rodzice chcieli jej przekazać. Pragnęła, by zostali z nią jeszcze chwilę, bo tak bardzo bała się być sama. Żałowała, że wybudziła się ze snu.
- Bądź dla siebie dobra, córeczko - wyszeptała usłyszaną we śnie radę. - Bądź dla siebie dobra, córeczko - powtórzyła. Jej głos przestraszył puszczyka siedzącego na kominie. Sowa z szelestem skrzydeł przeleciała tuż nad jej głową i zniknęła w ciemności. Od strony ogródka dotarł do Leny szmer rozchylanych krzewin, domyślała się, że to sarna z małym koźlątkiem przyszła na soczyste pokrzywy. Przychodziła tu od wczesnej wiosny na jabłka wysypywane przez Szejnów. Na myśl o tym, że już nigdy nie zobaczy taty zawieszającego ziarniste kulki dla sikorek, wysypującego jabłka dla saren czy podkładającego siano do karmników, wybuchła płaczem. Bezradnie szlochała, ocierając łzy rękawem czarnej sukienki. Lampa uruchamiająca się przy każdym ruchu włączyła się niespodziewanie i oślepiła Lenę. Zapewne macocha albo Iwona wyszły przed dom drzwiami od strony kancelarii.
- Tu jesteś. Zastanawiałyśmy się z mamą, gdzie się podziałaś i kiedy wrócisz do domu. - Iwona stanęła przed nią w rozkroku. Ubrana w różową piżamę, z jasnymi włosami opadającymi na ramiona i plecy, przyglądała się Lenie z przyganą w oczach. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale córka leśniczego podniosła się z ławki i minęła przybraną siostrę bez słowa. Nie miała ochoty na rozmowę. Ciążyły jej zesztywniałe plecy i nogi. Pięty paliły jątrzącymi się ranami. Pomyślała o ciepłej kąpieli i o tym, że musi zdezynfekować rany, tylko że nic jej się nie chciało.
Powlokła się do domu. Minęła ciemną sień i spojrzała w otwarte drzwi salonu. Na wyściełanym bordowym aksamitem stołku przy fortepianie siedziała wdowa po leśniczym. Wanda Gosk-Szejna płakała, popijając łzy czerwonym winem. Prawie opróżniona butelka stała na zatrzaśniętym wieku instrumentu. Przy nogach kobiety leżał Szarik. Na widok dziewczyny zerwał się, ale nie szczekał jak zwykle, tylko zamerdał ogonem i trwał w oczekiwaniu, że ktoś mu wskaże, co ma dalej robić. Lena schyliła się i pocałowała psa między uszami. Jeszcze raz spojrzała na Wandę, ale ta zamroczona bólem i wypitym alkoholem nie zwracała uwagi na to, co dzieje się wokół niej. Stary rzeźbiony zegar w salonie wybił dwudziestą drugą. Dziewczyna nie dowierzała, że jest tak późno. Przespałam na twardej ławie bujawki całe popołudnie i wieczór - uświadomiła sobie. Głaszcząc psa, który cały czas domagał się uwagi, przeszła do swojego pokoju. Wzięła piżamę, po drodze w kuchni wsypała Szarikowi karmę do miski i poszła się kąpać. Nad domem zawisła cisza, niczym jesienna mgła nad zwiędniętą łąką. Nawet z pokoju Iwony nie dolatywały żadne dźwięki. Dziwne, dotąd wciąż i wciąż się kłóciły o zbyt głośne puszczanie muzyki. Nigdy nie przypuszczała, że zatęskni za tym hałasem. Wszystko, byleby nie ta obezwładniająca cisza - rozmyślała ponuro.
Kąpiel nie przyniosła Lenie ukojenia, ale przynajmniej rozgrzała wychłodzone i pokąsane przez komary i mrówki ciało. Wytarła się starannie szorstkim ręcznikiem, a potem przetarła rany na piętach wodą utlenioną i przykleiła na nie plastry, aby byle dotyk nie przynosił bólu. Ubrana w piżamę, wyszła z łazienki akurat w momencie, gdy upojona alkoholem Wanda opuściła salon. Wciąż w tej samej czarnej sukience, z rozmazanym od łez makijażem i pustą butelką w dłoni wyglądała upiornie. Jasne, zbyt mocno utlenione krótkie kosmyki posklejały się od potu i zbiły w niechlujne strąki. Rozmazany tusz na i tak zasinionych i podkrążonych powiekach dolnych wyglądał żałośnie. Na widok Leny zatrzymała się i machnęła pustą butelką.
- O, znalazłaś się! - Nieudolnie wykrzywiła usta w kpiącym uśmiechu. - Musiałaś zamanifestować swoją nienawiść, prawda? Podkreślić, że nie chcesz mieć z nami nic wspólnego. - Czknęła głośno.
- Wanda, to nie tak... Ja po prostu nie chciałam...
- Od dziś dla ciebie pani Wanda! - wrzasnęła, wchodząc pasierbicy w słowo. Z głębi domu rozległo się szczekanie Szarika, a u Iwony zaskrzypiały uchylane drzwi. - Skończyła się moja dobroć dla ciebie. Andrzej ślimaczył się z tobą, rozpieszczał jak księżniczkę, ale koniec tego dobrego. Niech mu ziemia lekką będzie, ale teraz w tym domu rządzę ja. - Machnęła ręką zaciśniętą w pięść, a potem chwiejąc się, poszła do kuchni po następną butelkę wina.
Lena przemknęła do swojego pokoju. Zastanawiała się, czy przekręcić klucz. Z początku ten pomysł wydał jej się idiotyczny i na wyrost, ale po chwili wahania przekręciła klucz w zamku. A potem dodatkowo przesunęła pod drzwi komodę. Jeszcze nigdy nie widziała macochy aż tak pijanej. Wolała nie sprawdzać na sobie, do czego jest zdolna. Wprowadziła się do nich zaledwie rok po śmierci mamy. Ojciec uznał, że Lenka powinna być wychowywana przez kobietę. Może nawet kochał swoją drugą żonę, choć córka leśniczego nie bardzo w tę miłość wierzyła. Widać było gołym okiem, że po jednej i po drugiej stronie brakuje uczucia. Można by orzec, że związali się z rozsądku. On chciał, by córka miała matkę, a ona po rozwodzie z pierwszym mężem zwyczajnie nie miała gdzie się podziać. Po krótkiej, trwającej zaledwie kilka miesięcy sielance zaczęły się kłótnie. Głównie o dzieci. Wanda uważała, że Andrzej nie traktuje Iwony z należytym szacunkiem i troską. A przynajmniej nie tak, jak swoją rodzoną córkę. Co i rusz z tego powodu wybuchały niespodziewane awantury. Leśniczy łagodził je żartem albo przytuleniem żony i zapewnianiem, że nie ma racji. Zazwyczaj po takim incydencie sprawiał Iwonie coś ładnego albo spełniał jakieś jej marzenie. To na jakiś czas satysfakcjonowało Wandę i znów przez kilka tygodni żyli w miarę dobrze, jak prawdziwa zgodna rodzina.
Lena leżała przytulona do Szarika. Jej oczy długo przyzwyczajały się do ciemności. W głowie przewijały się jej obrazy z pogrzebu. Przemowa nadleśniczego, złamane świerkowe gałązki rzucane na trumnę i garstka ziemi, którą rozrzuciła dopiero na łące. Dla niej ojciec wciąż żył. Umysł nie zdołał uwierzyć, że nigdy już nie wejdzie do tego pokoju, nie przywoła psa, nie roześmieje się i nie powie czegoś wesołego, jak to miał w zwyczaju czynić każdego ranka. Trudno było pogodzić się z tą śmiercią. Tym bardziej, że przyszła niespodziewanie. Ojciec był zdrowym i silnym mężczyzną. Zapalenie płuc, którego się nabawił, wydawało się niegroźne. Zlekceważył je, a gdy stan raptownie się pogorszył i zagroził życiu, na ratunek było za późno. Może gdybyśmy nie mieszkali w lesie, tylko bliżej Gdańska, ratunek przyszedłby na czas? - zastanawiała się. Znów próbowała odgonić złe myśli. Udało jej się na krótko, bo zaraz przyszły następne. Macocha zmieni moje życie w piekło. Ja tu nie wytrzymam. Zwyczajnie nie wytrzymam. Tylko dokąd mam się wyprowadzić?
Nagle z przerażeniem przypomniała sobie, że jutro czeka ją ostatni egzamin maturalny. Zniechęcona zaczerpnęła tchu, a potem pomyślała, że w końcu w zasięgu ręki będzie upragniona wolność. Zdana matura to przecież przepustka w dorosłość. Nie na darmo maturę nazywa się egzaminem dojrzałości. Miała już za sobą język polski, matematykę, angielski, została jej tylko biologia. Jeden z ulubionych przedmiotów, który zresztą sama wybrała jako egzamin dodatkowy. W normalnych okolicznościach powinien pójść łatwo. Tylko że teraz w głowie miała pustkę. Żadna logiczna myśl nie zatrzymywała się na dłużej. Nie potrafiła przypomnieć sobie nawet najważniejszych pojęć. Mam w głowie czarną dziurę - odkryła ze zgrozą. Nie, nie pojadę do szkoły. Zostanę w domu. Przecież to bez sensu. I tak nie jestem w stanie niczego napisać. Pociągnęła nosem, wilgotny język Szarika zlizał łzy z jej policzka. Pies położył się przy niej, jakby rozumiał, co się stało, i prosił ją, by go nie opuszczała nawet na minutę. Pogłaskała jego miękką sierść. Wtulona w psie futro, leżała na boku. Powieki zaciążyły ołowiem. Zanim zapadła w sen, zrozumiała, że ojciec nie obudzi jej jak co dzień. Powinnam nastawić budzik w telefonie - zdążyła pomyśleć, lecz nie sięgnęła po komórkę. Spłynął na nią twardy zbawienny sen, niczym łaskawa kurtyna, która zakrywa aktorów po nieudanym przedstawieniu.
* * *
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki