Sny pachnące poziomkami - Wioletta Piasecka

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Młoda ko­bieta ubrana w kwie­ci­stą su­kienkę sie­działa przy for­te­pia­nie. Jej dłu­gie wą­skie palce lekko tań­czyły na kla­wia­tu­rze, a Walc a-moll Fry­de­ryka Cho­pina w jej wy­ko­na­niu za­chwy­cał de­li­kat­no­ścią. Przez otwarte okno sa­lonu wle­ciał ko­lo­rowy mo­tyl, usiadł na su­kience, a po­tem na ru­dych wło­sach dziew­czynki opar­tej o for­te­pian. Tu­liła mi­sia i przy­słu­chi­wała się gra­nej me­lo­dii. Ko­bieta dała się po­nieść rzew­nym to­nom walca, przy­mknęła oczy, a jej du­sza za­tra­ciła się w dźwię­kach. Dziew­czynka po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie, chciała opo­wie­dzieć ma­mie o barw­nym mo­tylu i spy­tać, czy wciąż sie­dzi jej na wło­sach, czy od­fru­nął. Otwo­rzyła usta, ale su­chość w gar­dle ta­mo­wała słowa. Pa­trzyła więc tylko w roz­pa­czy na piękną ko­bietę przy for­te­pia­nie. Po dłu­giej chwili drzwi sa­lonu się otwo­rzyły i wszedł przy­stojny męż­czy­zna w le­śnym mun­du­rze i w wy­kroch­ma­lo­nej bia­łej ko­szuli. Uśmiech­nął się do dziew­czynki, ale nie pod­szedł do niej. Po­cze­kał, aż me­lo­dia umilk­nie, a wtedy ujął dłoń żony i ją po­ca­ło­wał. Za­fa­lo­wała ko­lo­rowa su­kienka pia­nistki, bo do sa­lonu wpadł cie­pły ma­jowy po­dmuch wia­tru. Le­śni­czy ob­jął żonę w pa­sie i przy­tu­leni, za­pa­trzeni w sie­bie po­woli ru­szyli do drzwi.

- A ja? Mamo, tato, nie zo­sta­wiaj­cie mnie! - krzyk­nęła bła­gal­nie dziew­czynka, ale z jej gar­dła wy­do­był się za­le­d­wie ci­chy jęk. Wciąż stała przy for­te­pia­nie, nie­zdolna zro­bić kroku. Za­mknęła oczy, by nie pa­trzeć, jak ro­dzice od­cho­dzą. Za­pła­kała, ale nie miała już łez. Moc­niej przy­ci­snęła mi­sia i wtu­liła twarz w jego bure fu­terko.

- Lenko, bądź dla sie­bie do­bra - usły­szała tuż przy uchu ła­godne głosy ro­dzi­ców.

Te­raz z ko­lei nie mo­gła otwo­rzyć oczu. Unio­sła głowę i po­czuła na obu po­licz­kach cie­płe po­ca­łunki. Po­wieki wciąż były zbyt cięż­kie, by je otwo­rzyć, więc tylko do­my­śliła się, że ro­dzice się nad nią po­chy­lają. Czuła ich od­de­chy i za­pach oj­cow­skiej wody po go­le­niu.

- Bądź dla sie­bie do­bra, có­reczko. - Tym ra­zem po­pro­sił już tylko oj­ciec. Po­ca­ło­wał ją i po­szedł za żoną.

Lena nad­ludz­kim wy­sił­kiem otwo­rzyła zle­pione po­wieki. Oczy po­woli przy­zwy­cza­jały się do ciem­no­ści. Zdez­o­rien­to­wana nie wie­działa, gdzie jest i co się wła­ści­wie stało. Pod­nio­sła się z bu­jawki, opu­ściła nogi, ple­cami do­tknęła chłod­nego opar­cia. Nie wie­rzyła, że sły­szane głosy były tylko snem. Wciąż dźwię­czał jej w uszach szept wy­po­wia­da­nych słów, a na po­liczku czuła cie­pły do­tyk mat­czy­nych i oj­cow­skich warg. Tak, miej­sce po­ca­łunku na­dal było cie­płe. Prze­su­nęła pal­cami po po­liczku i otarła łzę. Ach, więc to łzy. To był tylko sen - po­my­ślała, a roz­cza­ro­wa­nie nie po­zwa­lało ze­brać my­śli. Sta­rała się od­two­rzyć, co waż­nego ro­dzice chcieli jej prze­ka­zać. Pra­gnęła, by zo­stali z nią jesz­cze chwilę, bo tak bar­dzo bała się być sama. Ża­ło­wała, że wy­bu­dziła się ze snu.

- Bądź dla sie­bie do­bra, có­reczko - wy­szep­tała usły­szaną we śnie radę. - Bądź dla sie­bie do­bra, có­reczko - po­wtó­rzyła. Jej głos prze­stra­szył pusz­czyka sie­dzą­cego na ko­mi­nie. Sowa z sze­le­stem skrzy­deł prze­le­ciała tuż nad jej głową i znik­nęła w ciem­no­ści. Od strony ogródka do­tarł do Leny szmer roz­chy­la­nych krze­win, do­my­ślała się, że to sarna z ma­łym koź­ląt­kiem przy­szła na so­czy­ste po­krzywy. Przy­cho­dziła tu od wcze­snej wio­sny na jabłka wy­sy­py­wane przez Szej­nów. Na myśl o tym, że już ni­gdy nie zo­ba­czy taty za­wie­sza­ją­cego ziar­ni­ste kulki dla si­ko­rek, wy­sy­pu­ją­cego jabłka dla sa­ren czy pod­kła­da­ją­cego siano do karm­ni­ków, wy­bu­chła pła­czem. Bez­rad­nie szlo­chała, ocie­ra­jąc łzy rę­ka­wem czar­nej su­kienki. Lampa uru­cha­mia­jąca się przy każ­dym ru­chu włą­czyła się nie­spo­dzie­wa­nie i ośle­piła Lenę. Za­pewne ma­co­cha albo Iwona wy­szły przed dom drzwiami od strony kan­ce­la­rii.

- Tu je­steś. Za­sta­na­wia­ły­śmy się z mamą, gdzie się po­dzia­łaś i kiedy wró­cisz do domu. - Iwona sta­nęła przed nią w roz­kroku. Ubrana w ró­żową pi­żamę, z ja­snymi wło­sami opa­da­ją­cymi na ra­miona i plecy, przy­glą­dała się Le­nie z przy­ganą w oczach. Chciała jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale córka le­śni­czego pod­nio­sła się z ławki i mi­nęła przy­braną sio­strę bez słowa. Nie miała ochoty na roz­mowę. Cią­żyły jej ze­sztyw­niałe plecy i nogi. Pięty pa­liły ją­trzą­cymi się ra­nami. Po­my­ślała o cie­płej ką­pieli i o tym, że musi zde­zyn­fe­ko­wać rany, tylko że nic jej się nie chciało.

Po­wlo­kła się do domu. Mi­nęła ciemną sień i spoj­rzała w otwarte drzwi sa­lonu. Na wy­ście­ła­nym bor­do­wym ak­sa­mi­tem stołku przy for­te­pia­nie sie­działa wdowa po le­śni­czym. Wanda Gosk-Szejna pła­kała, po­pi­ja­jąc łzy czer­wo­nym wi­nem. Pra­wie opróż­niona bu­telka stała na za­trza­śnię­tym wieku in­stru­mentu. Przy no­gach ko­biety le­żał Sza­rik. Na wi­dok dziew­czyny ze­rwał się, ale nie szcze­kał jak zwy­kle, tylko za­mer­dał ogo­nem i trwał w ocze­ki­wa­niu, że ktoś mu wskaże, co ma da­lej ro­bić. Lena schy­liła się i po­ca­ło­wała psa mię­dzy uszami. Jesz­cze raz spoj­rzała na Wandę, ale ta za­mro­czona bó­lem i wy­pi­tym al­ko­ho­lem nie zwra­cała uwagi na to, co dzieje się wo­kół niej. Stary rzeź­biony ze­gar w sa­lo­nie wy­bił dwu­dzie­stą drugą. Dziew­czyna nie do­wie­rzała, że jest tak późno. Prze­spa­łam na twar­dej ła­wie bu­jawki całe po­po­łu­dnie i wie­czór - uświa­do­miła so­bie. Głasz­cząc psa, który cały czas do­ma­gał się uwagi, prze­szła do swo­jego po­koju. Wzięła pi­żamę, po dro­dze w kuchni wsy­pała Sza­ri­kowi karmę do mi­ski i po­szła się ką­pać. Nad do­mem za­wi­sła ci­sza, ni­czym je­sienna mgła nad zwięd­niętą łąką. Na­wet z po­koju Iwony nie do­la­ty­wały żadne dźwięki. Dziwne, do­tąd wciąż i wciąż się kłó­ciły o zbyt gło­śne pusz­cza­nie mu­zyki. Ni­gdy nie przy­pusz­czała, że za­tę­skni za tym ha­ła­sem. Wszystko, by­leby nie ta obez­wład­nia­jąca ci­sza - roz­my­ślała po­nuro.

Ką­piel nie przy­nio­sła Le­nie uko­je­nia, ale przy­naj­mniej roz­grzała wy­chło­dzone i po­ką­sane przez ko­mary i mrówki ciało. Wy­tarła się sta­ran­nie szorst­kim ręcz­ni­kiem, a po­tem prze­tarła rany na pię­tach wodą utle­nioną i przy­kle­iła na nie pla­stry, aby byle do­tyk nie przy­no­sił bólu. Ubrana w pi­żamę, wy­szła z ła­zienki aku­rat w mo­men­cie, gdy upo­jona al­ko­ho­lem Wanda opu­ściła sa­lon. Wciąż w tej sa­mej czar­nej su­kience, z roz­ma­za­nym od łez ma­ki­ja­żem i pu­stą bu­telką w dłoni wy­glą­dała upior­nie. Ja­sne, zbyt mocno utle­nione krót­kie ko­smyki po­skle­jały się od potu i zbiły w nie­chlujne strąki. Roz­ma­zany tusz na i tak za­si­nio­nych i pod­krą­żo­nych po­wie­kach dol­nych wy­glą­dał ża­ło­śnie. Na wi­dok Leny za­trzy­mała się i mach­nęła pu­stą bu­telką.

- O, zna­la­złaś się! - Nie­udol­nie wy­krzy­wiła usta w kpią­cym uśmie­chu. - Mu­sia­łaś za­ma­ni­fe­sto­wać swoją nie­na­wiść, prawda? Pod­kre­ślić, że nie chcesz mieć z nami nic wspól­nego. - Czknęła gło­śno.

- Wanda, to nie tak... Ja po pro­stu nie chcia­łam...

- Od dziś dla cie­bie pani Wanda! - wrza­snęła, wcho­dząc pa­sier­bicy w słowo. Z głębi domu roz­le­gło się szcze­ka­nie Sza­rika, a u Iwony za­skrzy­piały uchy­lane drzwi. - Skoń­czyła się moja do­broć dla cie­bie. An­drzej śli­ma­czył się z tobą, roz­piesz­czał jak księż­niczkę, ale ko­niec tego do­brego. Niech mu zie­mia lekką bę­dzie, ale te­raz w tym domu rzą­dzę ja. - Mach­nęła ręką za­ci­śniętą w pięść, a po­tem chwie­jąc się, po­szła do kuchni po na­stępną bu­telkę wina.

Lena prze­mknęła do swo­jego po­koju. Za­sta­na­wiała się, czy prze­krę­cić klucz. Z po­czątku ten po­mysł wy­dał jej się idio­tyczny i na wy­rost, ale po chwili wa­ha­nia prze­krę­ciła klucz w zamku. A po­tem do­dat­kowo prze­su­nęła pod drzwi ko­modę. Jesz­cze ni­gdy nie wi­działa ma­co­chy aż tak pi­ja­nej. Wo­lała nie spraw­dzać na so­bie, do czego jest zdolna. Wpro­wa­dziła się do nich za­le­d­wie rok po śmierci mamy. Oj­ciec uznał, że Lenka po­winna być wy­cho­wy­wana przez ko­bietę. Może na­wet ko­chał swoją drugą żonę, choć córka le­śni­czego nie bar­dzo w tę mi­łość wie­rzyła. Wi­dać było go­łym okiem, że po jed­nej i po dru­giej stro­nie bra­kuje uczu­cia. Można by orzec, że zwią­zali się z roz­sądku. On chciał, by córka miała matkę, a ona po roz­wo­dzie z pierw­szym mę­żem zwy­czaj­nie nie miała gdzie się po­dziać. Po krót­kiej, trwa­ją­cej za­le­d­wie kilka mie­sięcy sie­lance za­częły się kłót­nie. Głów­nie o dzieci. Wanda uwa­żała, że An­drzej nie trak­tuje Iwony z na­le­ży­tym sza­cun­kiem i tro­ską. A przy­naj­mniej nie tak, jak swoją ro­dzoną córkę. Co i rusz z tego po­wodu wy­bu­chały nie­spo­dzie­wane awan­tury. Le­śni­czy ła­go­dził je żar­tem albo przy­tu­le­niem żony i za­pew­nia­niem, że nie ma ra­cji. Za­zwy­czaj po ta­kim in­cy­den­cie spra­wiał Iwo­nie coś ład­nego albo speł­niał ja­kieś jej ma­rze­nie. To na ja­kiś czas sa­tys­fak­cjo­no­wało Wandę i znów przez kilka ty­go­dni żyli w miarę do­brze, jak praw­dziwa zgodna ro­dzina.

Lena le­żała przy­tu­lona do Sza­rika. Jej oczy długo przy­zwy­cza­jały się do ciem­no­ści. W gło­wie prze­wi­jały się jej ob­razy z po­grzebu. Prze­mowa nad­le­śni­czego, zła­mane świer­kowe ga­łązki rzu­cane na trumnę i garstka ziemi, którą roz­rzu­ciła do­piero na łące. Dla niej oj­ciec wciąż żył. Umysł nie zdo­łał uwie­rzyć, że ni­gdy już nie wej­dzie do tego po­koju, nie przy­woła psa, nie ro­ze­śmieje się i nie po­wie cze­goś we­so­łego, jak to miał w zwy­czaju czy­nić każ­dego ranka. Trudno było po­go­dzić się z tą śmier­cią. Tym bar­dziej, że przy­szła nie­spo­dzie­wa­nie. Oj­ciec był zdro­wym i sil­nym męż­czy­zną. Za­pa­le­nie płuc, któ­rego się na­ba­wił, wy­da­wało się nie­groźne. Zlek­ce­wa­żył je, a gdy stan rap­tow­nie się po­gor­szył i za­gro­ził ży­ciu, na ra­tu­nek było za późno. Może gdy­by­śmy nie miesz­kali w le­sie, tylko bli­żej Gdań­ska, ra­tu­nek przy­szedłby na czas? - za­sta­na­wiała się. Znów pró­bo­wała od­go­nić złe my­śli. Udało jej się na krótko, bo za­raz przy­szły na­stępne. Ma­co­cha zmieni moje ży­cie w pie­kło. Ja tu nie wy­trzy­mam. Zwy­czaj­nie nie wy­trzy­mam. Tylko do­kąd mam się wy­pro­wa­dzić?

Na­gle z prze­ra­że­niem przy­po­mniała so­bie, że ju­tro czeka ją ostatni eg­za­min ma­tu­ralny. Znie­chę­cona za­czerp­nęła tchu, a po­tem po­my­ślała, że w końcu w za­sięgu ręki bę­dzie upra­gniona wol­ność. Zdana ma­tura to prze­cież prze­pustka w do­ro­słość. Nie na darmo ma­turę na­zywa się eg­za­mi­nem doj­rza­ło­ści. Miała już za sobą ję­zyk pol­ski, ma­te­ma­tykę, an­giel­ski, zo­stała jej tylko bio­lo­gia. Je­den z ulu­bio­nych przed­mio­tów, który zresztą sama wy­brała jako eg­za­min do­dat­kowy. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach po­wi­nien pójść ła­two. Tylko że te­raz w gło­wie miała pustkę. Żadna lo­giczna myśl nie za­trzy­my­wała się na dłu­żej. Nie po­tra­fiła przy­po­mnieć so­bie na­wet naj­waż­niej­szych po­jęć. Mam w gło­wie czarną dziurę - od­kryła ze zgrozą. Nie, nie po­jadę do szkoły. Zo­stanę w domu. Prze­cież to bez sensu. I tak nie je­stem w sta­nie ni­czego na­pi­sać. Po­cią­gnęła no­sem, wil­gotny ję­zyk Sza­rika zli­zał łzy z jej po­liczka. Pies po­ło­żył się przy niej, jakby ro­zu­miał, co się stało, i pro­sił ją, by go nie opusz­czała na­wet na mi­nutę. Po­gła­skała jego miękką sierść. Wtu­lona w psie fu­tro, le­żała na boku. Po­wieki za­cią­żyły oło­wiem. Za­nim za­pa­dła w sen, zro­zu­miała, że oj­ciec nie obu­dzi jej jak co dzień. Po­win­nam na­sta­wić bu­dzik w te­le­fo­nie - zdą­żyła po­my­śleć, lecz nie się­gnęła po ko­mórkę. Spły­nął na nią twardy zba­wienny sen, ni­czym ła­skawa kur­tyna, która za­krywa ak­to­rów po nie­uda­nym przed­sta­wie­niu.

* * *
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Sta­rzy lu­dzie ma­wiają, że wkrótce na­stąpi ko­niec świata i na­sta­nie kres wszyst­kiego. Ludz­kość do­piero wtedy do­strzeże utra­coną nie­win­ność ży­cia, do­ceni roz­trwo­nione piękno. Ale bę­dzie za późno. Na­dejdą roz­pacz, szloch i bia­do­le­nia, roz­gosz­czą się ża­łość i la­ment. Z tych sta­rych, po­nu­rych prze­po­wiedni prze­bija zia­renko po­cie­sze­nia, wy­nika z nich bo­wiem, że odej­dziemy z tego łez pa­dołu gro­mad­nie. We­spół nio­sąc to, co zgo­tuje nam los. Tym­cza­sem ko­niec świata Leny Szejny na­stą­pił w sło­neczny ma­jowy dzień. Wtar­gnął i bru­tal­nie zbu­rzył jej co­dzien­ność, odarł z ma­rzeń, zni­we­czył plany, skradł też na­dzieję. Wbrew obiet­ni­com sta­rych prze­po­wiedni dźwi­gała swój ko­niec świata sa­mot­nie, idąc za trumną ojca spo­wita w czerń, z pie­ką­cym smut­kiem w sercu i su­cho­ścią w ustach. Je­dy­nie jej rude, się­ga­jące ra­mion, pro­ste włosy szar­pane wia­trem wpro­wa­dzały nie­tak­towne oży­wie­nie, gor­szyły ża­łob­ni­ków swoją nie­okieł­znaną ży­wio­ło­wo­ścią ni­czym pło­nąca po­chod­nia.

Le­śni­czy An­drzej Szejna miał godny i piękny po­chó­wek. Że­gnała go po­grą­żona w żalu ro­dzina, a także le­śna brać w ga­lo­wych oliw­ko­wo­zie­lo­nych mun­du­rach, człon­ko­wie koła ło­wiec­kiego, do któ­rego na­le­żał, przy­ja­ciele i miesz­kańcy. Tuż przy trum­nie obok warty ho­no­ro­wej sta­nęły poczty sztan­da­rowe nad­le­śnic­twa i koła ło­wiec­kiego, a ich efek­towne zie­lone sztan­dary z ręcz­nie ha­fto­wa­nymi in­sy­gniami do­da­wały uro­czy­sto­ści splen­doru. Ksiądz, ro­niąc łzę, wy­gło­sił wzru­sza­jącą mowę po­grze­bową, że­gnał bo­wiem wy­jąt­kowo do­brego i uczci­wego czło­wieka, po któ­rego śmierć przy­szła zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, nad­le­śni­czy wy­chwa­lał wzo­rową służbę i od­da­nie zmar­łego pra­cow­nika, a łow­czy po swo­jej prze­mo­wie rzu­cił na lśniącą dę­bową trumnę zła­maną świer­kową ga­łązkę. An­drzej Szejna otrzy­my­wał ją wcze­śniej nie raz, zdo­by­wa­jąc my­śliw­skie tro­fea, dziś jed­nak zo­stała mu dana na znak za­koń­czo­nego le­śnego ży­cia. Po prze­mo­wach za­smu­ceni ża­łob­nicy usły­szeli trze­pot skrzy­deł. Z wy­so­kiej lipy ze­rwał się bie­lik, wy­rów­nał lot i z roz­po­star­tymi skrzy­dłami po­szy­bo­wał wy­soko, da­leko, aż znikł z pola wi­dze­nia zgro­ma­dzo­nych na cmen­ta­rzu w Lu­ble­wie Gdań­skim. Po­śród braci le­śnej prze­szedł szmer. Pa­trzyli w górę za­hip­no­ty­zo­wani i z ust do ust po­da­wali so­bie przy­pusz­cze­nie, że to du­sza le­śni­czego ula­tuje do lasu, który tak uko­chał. Łow­czy przy­ło­żył do ust trąbkę i po chwili ci­szę wy­peł­niła wzru­sza­jąca me­lo­dia Barki, ulu­bio­nej pie­śni le­śni­czego.

Lena Szejna ze ści­śnię­tym ser­cem pa­trzyła przed sie­bie w nie­wi­doczny punkt. Nie po­tra­fiła spoj­rzeć na trumnę, w któ­rej spo­czy­wało ciało jej ojca. Do­cho­dziły do niej szepty i po­chli­py­wa­nia ze­bra­nych na uro­czy­sto­ści oraz grana me­lo­dia, ale zda­wało jej się, że wy­da­rze­nia dzieją się poza nią i do­ty­czą ko­goś in­nego. Ona jak do­tąd nie uro­niła ani jed­nej łzy, trwała w upior­nym stu­po­rze, po­zba­wiona my­śli i czu­cia. Gdy Barka wy­brzmiała, młody męż­czy­zna w zie­lo­no­oliw­ko­wym mun­du­rze i nie­ska­zi­tel­nie bia­łej ko­szuli pod­niósł wi­kli­nowy kosz ze świer­ko­wymi ga­łąz­kami i pod­szedł do żony zmar­łego, a po­tem do jego pa­sier­bicy. Ko­biety wzięły po nie­wiel­kiej ga­łązce i wrzu­ciły na trumnę. Kiedy zbli­żał się do Leny, dziew­czyna na uła­mek se­kundy przy­mknęła oczy. Po­pra­wiła zsu­wa­jące się z nosa oku­lary w czar­nych opraw­kach, za­czerp­nęła tchu, a po­tem de­li­kat­nie ujęła w dłoń drobną świer­kową witkę. Za­nim wrzu­ciła ją do grobu, przy­ło­żyła do ust. Igły ukłuły ją w wargi, a w noz­drzach po­czuła za­pach igli­wia. Ko­ja­rzył jej się z bez­tro­skim dzie­ciń­stwem, z mamą i z do­mem. Za­chwiała się i by­łaby upa­dła, gdyby nie sto­jący za nią pod­le­śni­czy, pra­cow­nik jej ojca. Męż­czy­zna zła­pał ją za ło­kieć, przy­trzy­mał i nie­mal bez­gło­śnie szep­nął słowa otu­chy.

- Leno, bądź silna.

Chciała być silna. Bar­dzo chciała. Ale kiedy pod­szedł do niej ksiądz z wo­recz­kiem ziemi i po­czuła pod pal­cami chłodną glinę, serce pę­kło jej na mi­lion ka­wał­ków. Pie­kący ból w mostku prze­szył klatkę pier­siową, a do oczu ci­snęły się łzy. Wy­cią­gnęła dłoń z zie­mią, ale nie była w sta­nie wrzu­cić jej do grobu. Po­my­ślała, że nie znie­sie od­głosu spa­da­ją­cych gru­dek ude­rza­ją­cych o wieko. Od­głos ten prze­śla­do­wał ją od dzie­ciń­stwa, śnił jej się po no­cach, sły­szała go przez dłu­gie lata od po­grzebu mamy. Za­ci­snęła drżącą dłoń, zie­mia prze­śli­znęła jej się mię­dzy pal­cami. Przy­ło­żyła pięść do serca i na­gle za­pra­gnęła uciec, za­nim kto­kol­wiek wrzuci na trumnę pierw­szą bryłkę. Nie, nie zniosę tego dźwięku! Nie zniosę! - dud­niło jej w gło­wie. Od­wró­ciła się na pię­cie i nie­za­trzy­my­wana przez ni­kogo, od­da­liła się szyb­kim kro­kiem. W po­ło­wie alei za­częła biec. Do­piero kiedy zna­la­zła się za mu­ro­waną se­le­dy­nową bramą, ozdo­bioną u szczytu czer­woną da­chówką, zwol­niła, bo za­bra­kło jej tchu. Mi­nęła za­par­ko­wane auta i au­to­kar, któ­rym przy­je­chała, po czym pie­szo ru­szyła przed sie­bie. Do le­śni­czówki drogą na skróty miała sześć ki­lo­me­trów. Pra­gnęła w sa­mot­no­ści wy­pła­kać smu­tek i żal. Nie znio­słaby po­cie­sze­nia. Wie­działa, że żadne słowa nie ukoją jej bólu i roz­ża­le­nia. Nie znio­słaby słów "wszystko się ułoży" ani "czas goi rany". Przez ostat­nie dni wciąż je sły­szała. Draż­niły ją i wy­wo­ły­wały bunt. Naj­chęt­niej ode­sła­łaby po­cie­szy­cieli do wszyst­kich dia­błów, za­ci­skała jed­nak zęby i przyj­mo­wała kon­do­len­cje i słowa otu­chy z do­brze ma­sko­waną nie­chę­cią.

Szła na prze­łaj po­lną ścieżką. Roz­pięła gu­zik przy koł­nie­rzu czar­nej su­kienki i ode­tchnęła głę­biej. Do­piero na środku łąki otwo­rzyła dłoń i wy­sy­pała zie­mię. Otrze­pała dło­nie i spoj­rzała w bez­chmurne niebo. Bo­le­śnie i mocno za­tę­sk­niła za oj­cem. Przy­po­mniała so­bie jego do­bro­duszny uśmiech, ra­do­sne, ro­zumne, nie­bie­skie oczy, ser­deczne słowa, któ­rymi sta­rał się ła­go­dzić kon­flikty mię­dzy nią a ma­co­chą. Co sta­nie się te­raz z jej ży­ciem? Jak to bę­dzie? W gło­wie Leny kłę­bił się mi­lion py­tań, ale nie po­tra­fiła zna­leźć ani jed­nej od­po­wie­dzi. Nie wy­obra­żała so­bie dal­szego ży­cia z ma­co­chą i jej córką. Te­raz, gdy za­bra­kło sca­la­ją­cego je ogniwa, dal­sza wspólna eg­zy­sten­cja by­łaby dla Leny tor­turą.

Gdy dzie­sięć lat temu Wanda Gosk-Szejna u nich za­miesz­kała, sta­rała się przy­mi­lać do pa­sier­bicy. Ka­zała do sie­bie mó­wić po imie­niu, choć Lena miała wtedy za­le­d­wie dzie­więć lat. Z cza­sem jed­nak jej sto­su­nek do dziew­czynki się zmie­nił, uwa­żała bo­wiem, że An­drzej zbyt roz­piesz­cza córkę, gdy tym­cza­sem jej czte­ro­latkę, Iwonkę, za­le­d­wie lubi. W miarę trwa­nia mał­żeń­stwa ma­co­cha sta­wała się co­raz bar­dziej za­zdro­sna i za­bor­cza, a jej nie­chęć do Leny wciąż się po­głę­biała. An­drzej nie da­wał się pro­wo­ko­wać ani tym bar­dziej skon­flik­to­wać z córką, czym czę­sto do­pro­wa­dzał swoją drugą mał­żonkę do szew­skiej pa­sji. Swą złość wy­ła­do­wy­wała na Le­nie. Dziew­czyna nie skar­żyła się ojcu, bo nie miało to sensu. Sta­rał się ła­go­dzić kłót­nie mię­dzy ko­bie­tami, ale da­leki był od roz­wodu. Tylko że te­raz tego bu­fora za­bra­kło. Wanda za­mieni moje ży­cie w pie­kło - stwier­dziła w my­ślach.

Lena nie za­uwa­żyła, kiedy łąka prze­mie­niła się w dę­bowy młod­nik, a po­tem w gę­sty las. Nowe czarne pan­to­fle ra­niły ją w pięty, a dro­binki pia­sku uwie­rały w palce. Ga­łę­zie przy le­śnej wą­skiej ścieżce sma­gały ją po łyd­kach. W czar­nych raj­sto­pach pu­ściły oczka, po ple­cach spły­nęła strużka potu, Szej­nówna nie zwra­cała jed­nak uwagi na nie­wy­gody. Sta­rała się od­ga­niać od sie­bie wszel­kie my­śli, za­równo te o prze­szło­ści, jak i te zwią­zane z przy­szło­ścią. W pew­nym mo­men­cie za­ha­czyła stopą o wy­sta­jący ko­rzeń dębu i ru­nęła jak długa na le­śną ścieżkę. I na­gle do­tarło do niej, co się na­prawdę stało. W wieku nie­spełna dzie­więt­na­stu lat zo­stała cał­ko­witą sie­rotą. Sama jak pa­lec. Łkała, le­żąc na brzu­chu, z twa­rzą ukrytą w mchu. Do­tych­czas sta­rała się być silna, ale gdy pu­ściła tama łez, dziew­czyna nie po­tra­fiła jej po­wstrzy­mać. Oj­ciec był jej naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, dro­go­wska­zem, bu­solą i przy­kła­dem. Bie­gła do niego jako dziecko i jako młoda dziew­czyna, by po­dzie­lić się z nim tro­skami, ra­do­ściami i ma­rze­niami. Te­raz, le­żąc na mięk­kim le­śnym po­szy­ciu z głową scho­waną w ra­mio­nach, ma­rzyła tylko o jed­nym - by do­łą­czyć do ro­dzi­ców. Gdzie­kol­wiek są, ona też chciała tam być. Po ja­kimś cza­sie wy­czer­pana oparła się ple­cami o cienki pień mło­dego dębu i rę­ka­wem czar­nej su­kienki wy­tarła nos. Z gło­śnym wes­tchnie­niem strzep­nęła z nóg kilka mró­wek. Zdą­żyły ją po­ką­sać i ten drobny in­cy­dent znów wy­zwo­lił w niej falę łez. Roz­tarła dło­nią za­czer­wie­nione miej­sca. Po­zbie­rała się i ze zbo­la­łym ser­cem ru­szyła przed sie­bie.

Ścieżka się zwę­ziła. Można było tędy dojść do le­śni­czówki, ale wy­ma­gało to sprytu i orien­ta­cji w te­re­nie. Ra­czej nikt z przy­by­wa­ją­cych do le­śnic­twa w Gór­kach się tędy nie za­pusz­czał, no chyba, że za­błą­dził, z re­guły wy­bie­rano szu­trową, sze­roką i bez­pieczną drogę. Lena jed­nak znała tu każdą knieję, każdy krza­czek i gę­stwinę. Szła więc, nie ba­cząc, że młode li­ście gra­bów przy­kle­jają się jej do twa­rzy. Ga­łę­zie drzew po obu stro­nach ścieżki splo­tły się, utrud­nia­jąc wę­drówkę. Wie­działa, że do domu ma już nie­da­leko. Ode­tchnęła z ulgą, bo z pięt są­czyła się krew. Chciała zrzu­cić z sie­bie przy­cia­sne pan­to­fle, grubą czarną su­kienkę, nie­od­po­wied­nią na pie­szą wę­drówkę po le­sie, po­ło­żyć się w swoim po­koju i za­snąć na wieki.

Przy końcu ścieżki pro­wa­dzą­cej do szu­tro­wej drogi ro­sły roz­ło­ży­ste so­sny. Uwiel­biała ich ży­wi­czy za­pach, szcze­gól­nie w maju, gdy kwi­tły cu­dow­nym ciem­no­zło­tym kwie­ciem. Przy­sta­nęła, by za­czerp­nąć tchu. Przy­jemny cień, jaki da­wały ko­nary drzew, rzedł i dziew­czyna po­czuła na twa­rzy cie­płe pro­mie­nie słońca. Unio­sła głowę i zo­ba­czyła bu­dy­nek le­śni­czówki. Przy­glą­dała się bryle bu­dynku z uwagą, jakby zo­ba­czyła ją pierw­szy raz w ży­ciu i chciała za­pa­mię­tać każdy szcze­gół. Na czer­wo­nych da­chów­kach tań­czyły pro­mie­nie słońca. Ko­lor da­chu pięk­nie kon­tra­sto­wał z bielą ścian. W rogu bu­dynku tuż nad czer­woną pro­sto­kątną ta­blicą z na­zwą le­śnic­twa po­wie­wała biało-czer­wona flaga. An­drzej Szejna dbał o to, by wi­siała cały rok, nie tylko w święta pań­stwowe. Sie­dli­sko ota­czał równo przy­strzy­żony ży­wo­płot. Był on oczkiem w gło­wie le­śni­czego. Tuż przed wej­ściem na po­se­sję stała spora prze­szklona ta­blica, na któ­rej pod­le­śni­czy umiesz­czał ważne ogło­sze­nia i nu­mery kon­tak­towe. Od trzech dni wi­siała tam klep­sy­dra.

Lena prze­szła po piasz­czy­stej dro­dze, ale gdy otwo­rzyła furtkę, z przy­kro­ścią uświa­do­miła so­bie, że nie ma klu­cza od domu, więc nie do­sta­nie się do środka. Ma­co­cha z Iwoną za­pewne zo­staną na sty­pie w Lu­ble­wie, a ta po­trwa do póź­nego wie­czora. Szej­nówna usły­szała stłu­mione szcze­ka­nie, w oknie kan­ce­la­rii uka­zała się głowa Sza­rika, uko­cha­nego wil­czura ojca. Zna­lazł go trzy lata temu przy­wią­za­nego do drzewa. Przy­gar­nął i po­ko­chał, a pies z wdzięcz­no­ści nie od­stę­po­wał go na krok. Na wi­dok Leny roz­sz­cze­kał się na do­bre. Nie ro­zu­miał, dla­czego sie­dzi w za­mknię­ciu, kiedy ona jest tuż obok.

Przy­gnę­biona prze­tarła dło­nią czoło. Okrą­żyła bu­dy­nek, po­ło­żyła się na wiel­kiej, twar­dej, drew­nia­nej bu­jawce i spod na wpół przy­mknię­tych po­wiek znów po­pa­trzyła na dom. Spę­dziła w tym miej­scu dzie­ciń­stwo i mło­dość, ale te­raz bo­le­śnie uświa­do­miła so­bie, że ży­cie, które znała, się skoń­czyło. Nie ma już ko­rzeni, do któ­rych mo­głaby wra­cać, ani osoby dzie­lą­cej z nią ra­do­ści i smutki. Już ni­gdy nie bę­dzie na­prawdę szczę­śliwa. Bo jakże cie­szyć się czym­kol­wiek, gdy w sercu za­gnieź­dziła się bez­gra­niczna ża­łość? Jak szu­kać schro­nie­nia w uko­cha­nym domu, gdy za­bra­kło w nim mi­ło­ści? Tak, ten dom stał się obcy. Gdzie mam się po­dziać i co da­lej ze sobą zro­bić? - po­my­ślała i za­pła­kała zgnę­biona.

* * *

PO­LE­CAMY RÓW­NIEŻ:

PEŁNA CIE­PŁA I PO­ZY­TYW­NYCH EMO­CJI OPO­WIEŚĆ O TYM, ŻE WSZYSTKO, CZEGO W ŻY­CIU SZU­KAMY, MOŻE BYĆ CZA­SAMI NA WY­CIĄ­GNIĘ­CIE RĘKI. NIE TYLKO W ŚWIĘTA...

Ju­lia i Ka­ro­lina są bliź­niacz­kami, które jed­no­cze­śnie łą­czy i dzieli wszystko. Ka­ro­lina jest prze­bo­jowa i wy­rywa się z ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści na po­gra­ni­czu Ma­zur i Pod­la­sia, by od­kry­wać świat. Ju­lia, ci­cha i spo­kojna, na­dal mieszka z ro­dzi­cami i pra­cuje jako bi­blio­te­karka, po­woli wsią­ka­jąc w lo­kalną spo­łecz­ność.

Gdy nad­cho­dzi świą­teczny czas, Ka­ro­lina wraca w ro­dzinne strony. Przy­zwy­cza­jona do in­nego ży­cia, na nowo musi zro­zu­mieć swo­ich bli­skich i samą sie­bie.

Czy w fer­wo­rze przy­go­to­wań znaj­dzie się czas na szczere roz­mowy? Czy mimo od­mien­nych cha­rak­te­rów przy wi­gi­lij­nym stole za­go­ści spo­kój i zro­zu­mie­nie? Jak święta wpłyną na losy dwóch mło­dych ko­biet i ich naj­bliż­szych? A może znaj­dzie się czas na mi­łość?

.

PRZE­WROTNA OPO­WIEŚĆ O TYM, ŻE NI­GDY NIE JEST ZA PÓŹNO, BY WY­WRÓ­CIĆ SWOJE ŻY­CIE DO GÓRY NO­GAMI!

Na­ta­sza od 10 lat po­maga swo­jemu part­ne­rowi pro­wa­dzić re­stau­ra­cję Amore nad je­zio­rem Nie­go­cin. Nie­stety ich re­la­cja prze­żywa kry­zys, a dziew­czyna po­sta­na­wia wró­cić w ro­dzinne strony i zmie­rzyć się z bo­le­sną ta­jem­nicą sprzed lat.

Szy­mon - okrzyk­nięty mło­dym mi­lio­ne­rem wła­ści­ciel zna­nej firmy, nie może opę­dzić się od ko­biet, które ry­wa­li­zują o jego względy. Wkrótce w wy­niku roz­woju firmy drogi mi­lio­nera i Na­ta­szy prze­ci­nają się.

Czy da się po­łą­czyć dwa tak różne od sie­bie światy? Jak mi­nione wy­da­rze­nia wpłyną na ro­dzinne re­la­cje Na­ta­szy i bu­dzącą się mi­łość? I czy du­chy prze­szło­ści po­zwolą jej z na­dzieją pa­trzeć w przy­szłość?

Wio­letta Pia­secka two­rzy wie­lo­wy­mia­ro­wych bo­ha­te­rów, któ­rym przyj­dzie od­po­wie­dzieć na jedno z naj­waż­niej­szych py­tań: czego tak na­prawdę chcą od ży­cia, by być szczę­śliwi?