Rozdział 2
Chciałam mieć spokojną głowę i czas na przemyślenie swojej sytuacji i natychmiast spełniło się moje życzenie - zdumiała się Tonia. To była pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jej głowie.
Tylko dlaczego oni tak się denerwują, biegają, miotają? - Nie rozumiała tego, co się wokół niej działo. Gdzie ja właściwie jestem i czemu tak mną potrząsają, szarpią, przewracają? To mi przeszkadza! Idźcie sobie, dajcie pomyśleć. - Broniła się. Muszę podjąć ważną życiową decyzję! Czy to tak trudno zrozumieć? Proszę tylko o chwilę spokoju!. - Denerwowała się.
Zresztą nieważne. Zlekceważyła wszystko. Wiedziała jedno - jest dobrze i ciepło - mogłaby tak długo leżeć i odpoczywać. Wokół niej jest cudownie jasno, tak jakoś bezpiecznie, mięciutko...
Ponownie straciła przytomność.
*
- Siostro, proszę mnie informować o najmniejszej zmianie. Stan pacjentki ustabilizował się, ale trzeba być czujnym. - Doktor Drzewiecki uśmiechnął się. Lubił siostrę Bożenkę i wiedział, że może na niej polegać.
Przed nim długi dyżur, a na biurku stos dokumentów do uporządkowania. Wypełnianie tych wszystkich formularzy pochłaniało mnóstwo czasu. Reforma służby zdrowia miała ukrócić biurokrację, komputeryzacja wyeliminować żmudną pisaninę, w praktyce okazało się, że piszą jeszcze więcej.
Ma pod opieką trzech pacjentów po bardzo poważnych operacjach. Przed chwilą sprawdzał stan dzisiejszej bohaterki. Kobieta wpadła pod samochód, wypychając spod kół czterolatka. Zdążyła w ostatniej sekundzie. Chłopczyk niespodziewanie wbiegł na ulicę, bo silny podmuch wiatru wyrwał mu z rączki balonik! Dzieciak miał szczęście. Gruby kombinezon, czapeczka podszyta futerkiem tak zamortyzowały jego upadek, że tylko narobił sobie siniaków.
I pomyśleć, był pod opieką mamy i taty, wracali z McDonalda. Normalna sytuacja, sobotnie popołudnie, spacer, balonik i ten wiatr. Gdyby nie refleks tej kobiety. Z pewnością nie zastanawiała się nad tym, że ryzykuje życie. Nie miała na to czasu.
"Jak to jest?" - zastanawiał się. "Matka i ojciec chłopca stali sparaliżowani sytuacją, a zupełnie obca osoba zareagowała błyskawicznie. Człowiek zawsze będzie tajemnicą".
Pacjentka jeszcze nie odzyskała przytomności, trudno przewidzieć, czym zapłaci za swój bohaterski czyn. Doznała rozległych obrażeń wewnętrznych, złamania uda. Los litościwie oszczędził głowę, tomografia niczego nie wykazała.
Zadzwonił telefon. To znowu ten kierowca. Dzwoni co godzinę i dopytuje o stan pacjentki. Jest bardzo zdenerwowany, przeżył szok. Robił wszystko, by wyhamować, był doświadczonym kierowcą, ale w tej sytuacji niewiele mógł.
- Nie, proszę pana, nie odzyskała przytomności. Nie, nie jest gorzej, wydaje się stabilna. Musimy czekać, zrobiliśmy wszystko, proszę mi wierzyć - tłumaczył cierpliwie. Na razie trzeba się cieszyć, że żyje.
Rozumiał tego faceta, sam był kierowcą. Zaliczył kilka stłuczek, ale nigdy nic poważnego. Za to często miał do czynienia z ofiarami wypadków, wielu niestety nie udało się uratować.
Taki kierowca właściwie też zostaje ofiarą, ponieważ świadomość pozbawienia kogoś życia, okaleczenia pozostanie w nim na zawsze. Nawet gdy wszyscy potwierdzą, że jest niewinny, bo nic więcej zrobić nie mógł, nie zmieni to samego faktu.
*
Siostra Bożena obserwowała pacjentkę. Twarz taka bledziutka, ciało podłączone do aparatury, noga w gipsie podwieszona na wyciągu. Wyglądała młodo, chociaż w karcie napisano, że ma czterdzieści jeden lat. Miała krótko ścięte brązowe włosy, na czole zdarty naskórek, cienkie brwi, długie rzęsy. Rozległy siniak na lewym policzku. Taka drobina, jakieś metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, około pięćdziesięciu kilogramów wagi. Pielęgniarki lubią takich pacjentów, szczególnie na tym oddziale.
- Więc tak wygląda bohaterka?! - zastanawiała się. - Nie bała się skoczyć pod koła samochodu? Trzeba mieć odwagę, by tak poświęcić się dla obcego dzieciaka!
Pacjentka poruszyła się. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, najpierw delikatny, za chwilę wyraźniejszy. Pokazały się zmarszczki wokół oczu i cała twarz się rozpromieniła.
Pielęgniarka zlustrowała aparaturę, nie wykazywała zmian. Dotknęła dłoni pacjentki, żadnej reakcji. A co dziwne, uśmiech nie zniknął z jej twarzy. Pierwszy raz widziała, by osoba nieprzytomna się uśmiechała.
*
Tonia wstrzymała oddech, cała była zachwytem! Czarne niebo rozbłysło tysiącami kolorowych iskierek. Wszystkie wirowały, znikały, a na ich miejsce pojawiały się jeszcze piękniejsze. Słyszała muzykę, głośną, jakąś taką dziwną, egzotyczną, okrzyki radości. Ktoś obok podskakiwał w ekstazie.
Zrozumiała, że stoi w tłumie zachwyconych, szczęśliwych ludzi, świętujących, pełnych dobrej nadziei, życzliwych. Słyszała, jak najbliżej stojący przekrzykiwali do siebie, poklepywali się, przytulali, całowali.
Nagle zorientowała się, że jej nikt nie przytula, poczuła się bardzo samotna, opuszczona. I jeszcze coś ją zaniepokoiło, oczywiście, jak mogła wcześniej tego nie zauważyć, oni nie mówili po polsku, lecz po chińsku!!!
Próbowała wyrwać się z tej masy ludzkiej, rozejrzała się bezradnie, ale wokół niej morze głów. Śmiertelnie się przeraziła, zawsze bała się tłumu.
Zaczęła się rozpaczliwie rozpychać, potrąciła jakąś kobietę, odepchnęła mężczyznę. Wokół niej wzmagał się groźny, nieprzyjazny pomruk. Twarze nie były już uśmiechnięte i życzliwe. Na granicy histerii, w panice zaczęła na oślep okładać ludzi pięściami i krzyczeć z całych sił.
*
Siostra nacisnęła sygnał alarmowy, w chwilę później doktor Drzewiecki wpadł do pokoju i pomógł jej unieruchomić pacjentkę. Sprawdzili wszystkie podłączenia.
- Co się stało? - zapytał.
- Właściwie nic, panie doktorze, zaczęła się uśmiechać, a w chwilę później wyrywać i szamotać się. Nie mogłam jej utrzymać - tłumaczyła pielęgniarka. - Taka mała, ale siłę swoją ma. O, znowu się uśmiecha!
Lekarz odwrócił się. Patrzyły na niego brązowe oczy, pełne radości. Pacjentka odetchnęła z ulgą i powiedziała:
- Mówicie po polsku, więc to był tylko sen, całe szczęście.
- A co się pani śniło? - zapytał.
Jej twarz natychmiast spoważniała, zaczęła rozglądać się zaskoczona i coraz bardziej zaniepokojona.
- Proszę się uspokoić - doktor śpieszył z wyjaśnieniami. - Jest pani w szpitalu, miała pani wypadek. Proszę się nie ruszać. Musieliśmy panią operować. Właśnie odzyskała pani przytomność. Jak się pani czuje? Czy coś panią boli? - dopytywał.
Pokręciła przecząco głową, próbowała podnieść rękę, ale to było za trudne. Zamknęła oczy, za chwilę otworzyła, jakby sprawdzała, czy to nie kolejny sen.
- Czy pani coś pamięta? Wpadła pani pod samochód. Czy pani przypomina sobie cokolwiek? - wypytywał.
Nieufnie zaprzeczyła głową. Jej badawczy wzrok przeskakiwał z twarzy lekarza na twarz pielęgniarki i z powrotem.
- Proszę się nie martwić, to się bardzo często zdarza. Za kilka dni, a może nawet szybciej, wszystko sobie pani przypomni - tłumaczył. - Teraz proszę odpoczywać. Siostra Bożenka będzie czuwała nad panią, proszę jej zgłaszać wszystkie potrzeby.
Tonia zamknęła oczy. Musi pomyśleć, przypomnieć sobie do cholery, jak się tu znalazła? - Spokojnie, tylko nie wpadać w panikę - nakazywała sobie. Tu się dzieją jakieś niesamowite rzeczy. Ten lekarz wydaje się miły, ale o czym on mówi, jaki wypadek, wpadła pod samochód? Była totalnie zdezorientowana.
Usłyszała, że lekarz wyszedł, pielęgniarka coś przestawiała na stoliku.
- Siostro, co mi właściwie jest? - zapytała, otwierając oczy. - Doktor mówił o jakiejś operacji, a mnie właściwie nic nie boli.
- To dobrze, że nie boli, dostała pani silne leki przeciwbólowe. Teraz niech pani postara się zasnąć, jest noc. Jutro rano lekarz wszystko pani dokładnie wyjaśni. Aha, jeszcze jedno. Pod pani prawą dłonią jest przycisk. Wyczuwa go pani? Gdyby mnie pani potrzebowała, to proszę nacisnąć. Będę tu zaglądała, mam dziś nocny dyżur.
- Dziękuję, jest pani bardzo miła.
*
Została sama w tym jasnym, sterylnym pokoju. Słyszała jednostajny szum przyrządów, którymi była otoczona.
Uniosła trochę głowę i zobaczyła, że jej prawa noga jest zawieszona na wyciągu.
- Mam złamaną nogę - stwierdziła zdziwiona. Właściwie nie bardzo czuła to swoje ciało, jakby nie należało do niej.
Leży sobie golusieńkie, przykryte prześcieradłem. Do rąk i piersi ma podłączone różne kolorowe rureczki i druciki. Takie to dziwne.
Poczuła narastające zmęczenie i senność, ale to chyba normalne? - zastanawiała się. Siostra mówiła przecież, że jest noc. Noc, a Karolina sama w domu!!! Czy ona wie, że ja tu jestem? Kto się nią zaopiekował? Gdzie ten cholerny przycisk?!
Tonia zdenerwowała się, trwało jakiś czas, zanim poczuła plastikowy przedmiocik i z całej siły nacisnęła. Ręce nie chciały jej słuchać. Na szczęście siostra Bożenka była szybka i bystra.
- Karolina to pani córeczka? Proszę się nie martwić, była tu pod opieką pani przyjaciółki Marty, która jest w stałym kontakcie z lekarzem. Ona zajęła się też pani matką. Może być pani spokojna, córeczka nocuje dzisiaj u babci. Już wiedzą, że odzyskała pani przytomność, będą tu jutro. - Siostra mówiła, uśmiechając się ciepło, a jednocześnie sprawdzała całą aparaturę, poprawiała kroplówki.
- Jak dobrze, że Marta się wszystkim zajęła - odetchnęła Tonia z ulgą. - Wie pani, ta moja przyjaciółka to najlepszy człowiek na świecie. Jak ona coś organizuje, to ja mogę spokojnie spać - tłumaczyła pielęgniarce.
- No, to proszę spać. To jest to, czego pani organizm potrzebuje teraz najbardziej. - Siostra zgasiła górne światło i wyszła.
Coś mi to przypomina? - zastanawiała się Tonia. - Ten mój paskudny, dociekliwy umysł. Nie pozwoli mi zasnąć, dopóki tego nie ustalę.
Przypomniała sobie zabawną historię sprzed roku. Jechali gdzieś z Markiem, mieli w samochodzie włączone radio. Piosenka leciała za piosenką, nie interesowało ich to, bo cały czas rozmawiali i nagle jej uwagę przykuł charakterystyczny motyw.
Jakaś kobieta śpiewała w języku angielskim. Nie rozpoznali, kto śpiewa i jak się nazywa utwór. To w sumie nie miało znaczenia, bo piosenka przeplatana była fragmentami innego utworu. Wspaniałego, cudownego, który kojarzył się ze świtem, porankiem w lesie. Dosłownie zobaczyła wschodzące słońce, refleksy na trawie i listkach pokrytych jeszcze rosą. Budzą się ptaki, ożywa z nocnego letargu cała przyroda.
No i jej dociekliwy, by nie powiedzieć upierdliwy, umysł nie pozwolił jej zapomnieć. Marek nie potrafił jej pomóc, bo jak twierdził, nigdy tak naprawdę nie interesował się muzyką.
Na drugi dzień obudziła się z tą melodią w uszach. Problem polegał na tym, że nie potrafiła śpiewać, tego daru Bóg nie dał jej na pewno. W szkole każdy nauczyciel śpiewu to potwierdzał. Ale ten jej drążący umysł nie poddawał się.
W pracy swoim problemem obarczyła innych. Plastycznie opisała, co przedstawiał utwór i wszystkich zaraziła chęcią poznania go.
Przez trzy dni kilka osób szukało, przesłuchiwało swoje zbiory. I Czajkowski, i Vivaldi, i utwory na flet Mozarta... bezskutecznie.
Wreszcie kolega Andrzej zniecierpliwił się i zadzwonił do swojego przyjaciela - muzyka. Dopiero on, gdy tylko usłyszał opis, zdecydował błyskawicznie, że to na pewno Peer Gynt Griega, a ściśle Poranek. I to był strzał w dziesiątkę! Odszukali utwór w zbiorach biblioteki i wszyscy mogli się zachwycać. Powszechnie znany i bardzo piękny.
- Wiem, już wiem: to jest to, co tygryski lubią najbardziej - odetchnęła z ulgą. No tak, Kubuś Puchatek, ulubiona dobranocka Karoliny. Jej córka często posługiwała się powiedzonkami bohaterów filmów albo reklam.
Moja mała córeczka - rozczuliła się. Pewnie jest śmiertelnie przerażona. Odkąd Jerzy zniknął z ich życia, właśnie takiej sytuacji obawiała się najbardziej. Na szczęście nikomu już nic nie zagraża, jest przecież po operacji i żyję, a resztą zajęła się Marta - tłumaczyła sobie.
Marta to najlepsza przyjaciółka, taka, o jakiej marzyła przez całe życie. Poznały się w miejscu szczególnym, pełnym zdesperowanych, zrozpaczonych kobiet, żon alkoholików. Długo ją obserwowała, zanim zaczęły rozmawiać. Po koszmarnych przeżyciach z Jerzym stała się nieufna, zamknięta w sobie.
Marta przeciwnie, bardzo bezpośrednia w kontaktach, pogodna, serdeczna, nie zrażała się oporami Toni. Za to teraz nie wyobrażają sobie dnia bez rozmowy, a ważnej decyzji bez wzajemnych konsultacji.
Marta to również gejzer energii. Nie ma dla niej spraw niemożliwych do załatwienia. Chętnie angażuje się w problemy innych ludzi, lubi działać, załatwiać, telefonować. Ma przy tym dar przekonywania i naprawdę wiele spraw, wydawałoby się, beznadziejnych, udaje jej się załatwić. Nie znosi czekania, zwodzenia, obietnic bez pokrycia. Lubi widzieć szybkie efekty swoich działań. Dobrze mieć taką przyjaciółkę.
Tonia poczuła jakiś dziwny ciężar, osiadł na jej nogach i stopniowo zaczął się przesuwać w górę. Śledziła go, wstrzymując oddech, dotarł do brzucha, unieruchomił jej ręce i rozlał się na piersi. Zrobiło jej się ciepło i zagarnęła ją ciemność.
*
- Tak, proszę pani, odzyskała przytomność, ale jej stan nadal jest bardzo ciężki. Martwimy się o jej nerki, jedną musieliśmy niestety usunąć - doktor Drzewiecki cierpliwie tłumaczył energicznej, dociekliwej kobiecie. - Nie wyraziłem zgody na odwiedzanie pacjentki, tylu ludzi chciałoby się z nią zobaczyć, ja to rozumiem, ale najważniejsze jest jej zdrowie. Umówmy się, że pani będzie jej łącznikiem ze światem. Może pani wejść na chwilę, uspokoić ją. Jest pani lekarzem, nie muszę więc tłumaczyć, że oddział intensywnej opieki to nie miejsce na towarzyskie spotkania.
- Dziękuję, panie doktorze, chcę ją tylko poinformować, że jej sprawy rodzinne i zawodowe są pod kontrolą. Na pewno bardzo się niepokoi. Ograniczę do minimum swoją wizytę, jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.
*
- Toniu, kochanie, nic nie mów, bo mnie stąd wyrzucą. - Marta zaczęła mówić już od drzwi, by uprzedzić lawinę pytań ze strony Tośki. Z trudem panowała nad wzruszeniem. Widok tych wszystkich przyrządów wokół łóżka, plątaniny kabli i rurek, wywoływał w niej niepokój, a papierowo blada twarz i bezwładne ciało przyjaciółki potęgowały go.
- To ja będę mówiła - nakazała. - Pozwolili mi tu wejść tylko na kilka minut. Nikogo więcej nie wpuszczą, bardzo tu dbają o ciebie.
- Słuchaj uważnie! Karolina zamieszkała chwilowo u twojej mamy. To bardzo dzielna kobieta. I bardzo cię kocha. Byłam w szkole i załatwiłam zgodę na to, by Mała wróciła na zajęcia dopiero po feriach. Zdecydowałam, że Karolina pojedzie z moimi chłopcami w góry. Pojeździ sobie trochę na nartach. Dzieciaki będą pod opieką Agaty, wiesz, że jej możemy zaufać.
- Dzwoniłam też do twojej pracy. Rozmawiałam z samym szefem. Nawet się przejął, serio! Był szczerze zmartwiony. Wszyscy przesyłają ci pozdrowienia i życzą szybkiego powrotu do zdrowia. Będę wpadała do twojego mieszkania i zadbam o wszystko. Ty się o nic nie martw. Masz leżeć i zdrowieć, zrozumiano? Jestem w stałym kontakcie z lekarzami i pielęgniarkami, gdybyś coś potrzebowała to wal śmiało. Wiesz, że mnie nie musisz się krępować.
- O, już machają na mnie. Trzymaj się, dzielna kobieto! - Marta uścisnęła rękę Toni. Łzy wzruszenia płynęły po jednej i drugiej twarzy.
- Marta, dziękuję - wyszeptała Tonia. - Jesteś wielka! - uśmiechnęła się.
- Wariatka! - odpowiedziała z czułością Marta. - Kto tu jest naprawdę wielki? Jak stąd zaraz nie wyjdę, to mnie już więcej nie wpuszczą, a na to nie możemy pozwolić. Buziaczki, pa!
*
Tonia obudziła się. Coś niedobrego działo się w jej brzuchu. Ból z prawej strony nasilał się i zaczął promieniować. - No tak, musi boleć, jestem przecież po operacji! - tłumaczyła sobie. Muszę się dowiedzieć, co właściwie ze mną robili.
Lekarz mówił, że wpadłam pod samochód?! Dlaczego nic nie pamiętam? - zastanawiała się. Inne rzeczy pamiętam. Wiem kim jestem, jak się nazywam. Mam córkę, jestem rozwódką. Mam rodzinę, przyjaciół, znajomych i Marka. - Stęknęła, ból się wyraźnie wzmagał. Marek to mój mężczyzna, mój nie mój, bardzo się kochaliśmy. Dlaczego myślę: kochaliśmy? Chyba powinnam powiedzieć: kochamy się.
Próbowała zmienić pozycję ciała, lecz ostry, przeszywający ból sprawił, że zastygła, wstrzymała nawet oddech z przerażenia.
Jezu, co tak boli?! Nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymam. Nie jestem odporna na ból - użalała się. Ostatni raz tak mocno cierpiała, gdy rodziła się Karolina. Nie mogła się maleńka urodzić, bo miała pępowinę owiniętą wokół szyi.
Tonia rozglądała się bezradnie, była sama w tym pokoju pełnym aparatury. Czuła, że wyschło jej w gardle, a ból zmuszał ją do coraz głębszych i szybszych oddechów.
Słuchaj, Antonino! - nakazała sobie. - Skup się, nie może tak być, byś nie wiedziała, co robisz. Spokojnie, krok po kroku, przypomnij sobie, co robiłaś, zanim się tu znalazłaś. - Próbowała zrozumieć stan rzeczy, uporządkować je, poskromić to, co się wydarzyło.
Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia jak tu dotarłam. Jezu, to nie jest normalne, nigdy czegoś podobnego nie przeżywałam. Koszmarne uczucie!
Teraz dopiero zrozumiała, o czym mówił Jerzy, gdy twierdził, że film mu się urwał. Tak wygląda czarna dziura.
Logicznie rozumując, przywiozła mnie pewno karetka pogotowia, wcześniej musiałam wpaść pod samochód. Dlaczego nie uważałam? Zawsze sprawdzam, zanim wejdę na ulicę, więc jak to możliwe, że tym razem nie zauważyłam samochodu? Może się śpieszyłam? Co ja robiłam, gdzie byłam, żebym przynajmniej wiedziała, gdzie wpadłam pod ten samochód... Jaki dziś mamy dzień? Jak długo tu leżę?
Tonia oddychała coraz szybciej, pot zrosił jej czoło, ból, który próbowała zignorować, potęgował się. W końcu, targając wnętrznościami, zdominował wszystko. Była jednym wielkim cierpieniem.
- Co się dzieje, tak panią boli? - Usłyszała głos pielęgniarki. - Dlaczego pani nie woła? Zaraz damy zastrzyk i ulży pani. Po co się męczyć!
W chwilę później mogła już oddychać swobodniej, robiło się sennie, ból odpływał, zasypiała. Teraz głównie na tym polegało jej życie - ból, zastrzyk, sen.