Sobowtór - Edward Phillips Oppenheim
19.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Wypadek będący początkiem zdarzeń o wielkiej doniosłości wydarzył się, gdy Everard Dominey, który od trzech kwadransów przedzierał się przez gęstwinę w kierunku cienkiej spirali dymu, przesadził w poganianiu robiącego bokami konia i z rozpędem uderzył w rozłożysty oleander, lądując głową naprzód na niewielkiej polance. Zaczęło się następnego ranka, gdy obudził się po raz pierwszy od wielu miesięcy na łóżku, nakryty płóciennymi prześcieradłami, z chłodzącym, bambusowym sklepieniem oddzielającym go od palącego słońca. Było to polowe, wojskowe łóżko. Podniósł się nieco, opierając na łokciach.
- I gdzie ja do diabła jestem? - powiedział do siebie.
Czarnoskóry chłopak, siedzący ze skrzyżowanymi nogami przy wejściu do tego poddasza, powstał, wymamrotał coś pod nosem i wyszedł. Po kilku chwilach w drzwiach pojawiła się wysoka, smukła postać Europejczyka, który miał na sobie nieskazitelnie biały mundur wyższego oficera. Pochylił się przy wejściu i podszedł do łóżka Domineya.
- Czujemy się lepiej? - zapytał uprzejmie.
- Zdecydowanie, - odpowiedź nie zabrzmiała przekonująco, - ale gdzie ja do diabła jestem, i kim pan jest?
Nowo przybyły zmarszczył brwi. Był osobą z dystyngowanymi manierami więc w jego głosie dało się wyczuć lekką dezaprobatę.
- Jest pan pół mili od rzeki Iriwarri, jeśli się pan orientuje, - odparł, - jakieś siedemdziesiąt dwie mile od osady Darawaga.
- A niech to! Więc jestem w Niemieckiej Afryce Wschodniej?
- Bez wątpienia.
- A pan jest Niemcem?
- Mam ten zaszczyt.
Dominey gwizdnął cicho.
- Proszę mi wybaczyć ten mój akt agresji, - powiedział. - Opuściłem Marlinstein dwa i pół miesiąca temu, z grupą dwudziestu ludzi i sporym ładunkiem. Szliśmy tropem lwów. Miałem ze sobą kilku nowych wojowników Askaris i to oni sprowadzili kłopoty, - rozszabrowali nasze prowianty w jedną noc i zniknęli z całym zapasem pitnej wody. Byłem zmuszony zastrzelić jednego, czy dwóch, a reszta uciekła. Wzięli ze sobą mój kompas, niech ich diabli, a teraz jestem prawie sto mil od mojej osady. Czy mogę się czegoś napić?
- Oczywiście, jeśli doktor się zgodzi, - brzmiała uprzejma odpowiedź. - Johan, pozwól tutaj!
Młody Afrykańczyk podbiegł do niego i po wysłuchaniu krótkich poleceń wypowiedzianych w lokalnym narzeczu, zniknął za zwisającymi kępami trawy, które zasłaniały wejście do sąsiedniej chaty. Dwaj mężczyźni przyglądali się sobie z więcej niż zwykłym zainteresowaniem. Nagle Dominey zaczął się śmiać.
- Wiem, co pan myśli, - powiedział. - Zauważyłem, jak tylko pan wszedł do chaty. Wygląda na to, że jesteśmy zaskakująco do siebie podobni, nieprawdaż?
- Jest wyraźne podobieństwo, - zgodził się tamten.
Dominey oparł głowę na ręce i przyglądał się swojemu gospodarzowi. Podobieństwo było uderzające, chociaż mężczyzna stojący z rękami splecionymi na piersi przy jego łóżku, wyglądał na znacznie bardziej zadbanego. Everard Dominey przeżył pierwsze dwadzieścia sześć lat swojego życia jak typowy młody Anglik o podobnej pozycji społecznej - Eton, Oxford, kilka lat w armii, kilka w mieście, w czasie których zdołał jedynie uszczuplić swój i tak zadłużony majątek, potem kilka miesięcy szaleństwa, które skończyło się tragedią, i pustka. Następne dziesięć lat spędził w Afryce, najpierw w miastach, potem dużo bardziej zakazanych miejscach czarnego kontynentu, lata, o których nikt, poza nim, nic nie wiedział. Everard Dominey sprzed dziesięciu lat z pewnością był przystojnym mężczyzną, bez wątpienia. Rysy jego twarzy wskazywały na to w dalszym ciągu, ale oczy straciły blask, ciało gibkość, usta swoją zaciętość. Miał wygląd kogoś przedwcześnie postarzałego, zżartego gorączkami i alkoholem. Zupełnie inaczej prezentował się stojący przed nim mężczyzna. Jego rysy doskonale zarysowane i zadbane, ogólnie silniejszy, chociaż o podobnej sylwetce. Miał żywe i pełne ognia oczy, usta i podbródek opanowany, typowy dla człowieka czynu, był wysoki, z ciałem zwinnym i gibkim. Sprawiał wrażenie kogoś o doskonałym zdrowiu, fizycznym i psychicznym, człowieka, który żył stateczne życie w poważaniu i samozadowoleniu, nawet jeśli dało się wyczuć pewną sztywność w jego sposobie bycia.
- Tak, - wymruczał Anglik, - nie ma wątpliwości, co do podobieństwa, chociaż wydaje mi się, że wyglądałbym bardziej jak pan, gdybym odpowiednio o siebie zadbał. Ale nie zadbałem. Diabli wzięli. Wszystko ułożyło się inaczej; chciałem się odciąć od swojego życia, i prawie mi się to udało.
Sucha trawa w otworze wejściowym rozsunęła się z szelestem i do chaty wszedł lekarz - niski, korpulentny mężczyzna, ubrany był podobnie jak tamten, w biały strój skrojony do konnej jazdy, z jasno-blond włosami i w okularach z grubymi szkłami. Jego rodak wskazał na łóżko.
- Zechce pan rzucić okiem na naszego pacjenta, herr doctor, i przypisać mu to, czego najbardziej potrzebuje? Prosił o coś do picia. Niech napije się wina, albo cokolwiek, co będzie mu służyć. Jeśli jest w dobrej kondycji, dołączy do nas przy kolacji. Tymczasem muszę panów przeprosić, mam pewne obowiązki do wypełnienia.
Dominey obrócił się na łóżku i obserwował odchodzącego z pewną dozą zazdrości w oczach.
- Czy mogę poznać imię człowieka, który ocalił mi życie? - zapytał doktora.
Doktor spojrzał na niego tak, jakby pytanie zawierało w sobie obrazę.
- To jego ekscelencja generał-major baron Leopold von Ragastein.
- No ładnie! - burknął Dominey. - Jest gubernatorem, albo coś w tym stylu?
- Jest oficerem w wojskowym zarządzie kolonii, - odparł doktor. - Ma tu też pewną misję specjalną.
- Prezentuje się wyśmienicie, jak na Niemca, - zauważył Dominey z lekką ironią w głosie.
Doktor nic nie powiedział. Sprawdzał puls pacjenta. Badanie trwało kilka minut.
- Nadużywał pan ostatnio whisky, czy mam rację? - zapytał.
- Nie wydaje mi się, żeby to była pańska sprawa, - zabrzmiała krótka odpowiedź, - ale odpowiem panu, piję whisky kiedykolwiek tylko mam okazję. Kto nie pije w tym piekielnym klimacie!
Doktor pokręcił głową.
- Klimat jest zdrowszy, jeśli odpowiednio się do niego dostosujemy, - oświadczył. - Jego ekscelencja nie pije nic poza lekkim winem i wodą mineralną. Jest tutaj pięć lat, i nie tylko tutaj, sporo czasu spędził też na bagnach, ale nie był chory nawet przez jeden dzień.
- Cóż, śmierć zaglądała mi w oczy tuzin razy, - odparł Anglik rozkojarzonym tonem, - i nie dbam o to, jeśli przyjdzie mi za to zapłacić, ale zanim ten dzień przyjdzie, będę pił whisky jak tylko będę miał okazję.
- Kucharz przygotuje panu coś do jedzenia, - oświadczył doktor, - i zrobi to panu dobrze. Nie mogę dać panu whisky w tym momencie, ale może się pan napić trochę reńskiego z liściem wawrzynu.
- Niech mi pan to przyśle, - brzmiała entuzjastyczna odpowiedź. - Rzeczywiście, czuję okropny głód. Te zapachy z kuchni przypomniały mi, że mam żołądek.
- Jest pan wciąż w dobrej kondycji, jeśli tylko zechciałby pan o siebie zadbać, - powiedział lekarz pocieszająco.
- Czy były jakieś wieści o reszcie ludzi z mojej wyprawy? - zapytał Dominey.
- Z rzeki wyłowiono kilka ciał wojowników z plemienia Askaris, - odpowiedział doktor, - a dwa konie, najwyraźniej należące do pańskiej wyprawy, zostały pożarte przez lwy. Proszę mi wybaczyć, muszę zająć się pewnym miejscowym, którego zranił jaguar.
Doktor wyszedł i Dominey został sam w chacie, rozmyślając o minionych zdarzeniach. Spojrzał na rozciągający się na zewnątrz, z rzadka porośnięty drzewami, fragment polany wycięty z odwiecznej puszczy tylko po to, żeby postawić te parę chat bardziej przypominających szałasy aniżeli mieszkalne domy, puszczy odwiecznej, tajemniczej i nieprzeniknionej, z wyjątkiem tego szlaku "kości słoniowej", którym on podążał, prowadzącego do wielkiej rzeki, błękitnej jak niebo w górze, i do gór, które gubiły się w mgiełce na horyzoncie.
Twarz jego gospodarza poruszyła w nim pewne struny wspomnień, ale pełne olśnienie przyszło nieco później, w czasie kolacji, gdy trzech mężczyzn zasiadło przy niewielkim stoliku postawionym tuż przed chatą, po to by mogli cieszyć się lekką bryzą, wiejącą od gór, która zapowiadała nadciągającą noc. Służący z lokalnego plemienia odganiali insekty za pomocą bambusowych wachlarzy, a powietrze przesycone było trudnym do zniesienia, niezdrowym zapachem jakichś egzotycznych roślin.
- Ależ ty jesteś Devinter! - wykrzyknął nagle Dominey, - Sigismund Devinter! Byliśmy razem w Eton - Horrock's House - półfinały w tenisa. - A potem Magdalen, piąte miejsce w wioślarstwie. Dlaczego doktor mówi mi, że nazywasz się Ragastein?
- Bo tak się składa, że to prawda, sir Everard Dominey,- zabrzmiała wyważona odpowiedź. - Devinter to nazwisko panieńskie mojej matki i jedyne, pod jakim byłem znany, gdy mieszkałem w Anglii. Po śmierci mojego wuja odziedziczyłem tytuł barona i wszystkie jego dobra, byłem zobowiązany przyjąć także nazwisko rodowe.
- A więc jednak to mały świat! - wykrzyknął Dominey. - Co sprowadziło cię tutaj - lwy czy słonie?
- Nic z tych rzeczy.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś tu tylko z politycznego obowiązku, a nie dla sportu?
- Dokładnie tak. Nie używam sztucera częściej niż raz w miesiącu i to tylko, gdy absolutnie konieczne. Przyjechałem do Afryki z innych powodów.
Dominey pociągnął łyk swojego wina i odchylił na oparciu krzesła. Obserwował świetliki unoszące się nad wysoką trawą, nad bagiennymi kępami krzewów, jak miniaturowe gwiazdy na tle czystego, fioletowego nieba.
- Co za świat! - powiedział sam do siebie. - Siggy Devinter, baron Ragastein, tutaj, służący nie wiadomo jakiej sprawie, zagrzewając czarnoskórych do walki z niewiadomo kim, część politycznej machiny, prawdopodobnie przyszły Gubernator Niemieckiej Afryki, co? Zawsze byłeś dumny ze swojego kraju, Devinter.
- Mój kraj, to kraj, z którego można być dumnym, - zabrzmiała poważna odpowiedź.
- Przynajmniej jesteś szczery, - ciągnął Dominey, - szczery wobec czegoś. A ja - cóż, dla mnie to skończone. A byłoby skończone ostatniej nocy, gdybym nie zobaczył dymu z twoich zabudowań, ale problem w tym, że niewiele mnie to obchodzi. Wędruję na ślepo. Przypuszczam, że koniec nadejdzie jakoś, kiedyś - czy mogę dostać trochę rumu albo whisky, Devinter - mam na myśli - Ragastein - wasza wysokość - czy jakkolwiek powinienem powiedzieć? Widzisz te kłęby mgły w dole rzeki? Dla mnie oznacza to malarię, chyba że łyknę trochę czegoś mocniejszego.
- Mam coś lepszego niż whisky, - odparł Ragastein. - Ciekawy jestem twojej opinii.
Służący, który stał za plecami swojego przełożonego, otrzymał szeptem polecenie, zniknął w chacie komendanta i po krótkiej chwili powrócił z butelką, na widok której Anglik westchnął.
- Napoleon! - wykrzyknął.
- Mam tylko kilka butelek, które mi przysłano, - wyjaśnił jego gospodarz. - Cieszę się, że mogę poczęstować nim kogoś, kto będzie umiał to docenić.
- Na Jowisza, możesz być tego pewny! - zapewnił Dominey, kołysząc trunek w swojej szklance. - Co za świat! Gdy tu trafiłem ostatniej nocy, nie jadłem od trzydziestu godzin, i piłem od wielu dni tylko brudną wodę. A tego wieczoru, smakowite kurczaki, biały chleb, reńskie wino i Napoleon brandy. A jutro znowu - kto to wie? Jak długo tu zabawisz, Ragastein?
- Jeszcze kilka dni.
- Powiedz, co takiego robisz tak daleko od swojego garnizonu, jeśli nie strzelasz lwów ani słoni? - zapytał z ciekawością.
- Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, - odparł Ragastein. - Drażnię się z waszymi agentami, wędrując z miejsca na miejsce i musztrując lokalnych wojowników.
- A po co ich musztrujesz? - naciskał Dominey. - Słyszałem jakiś czas temu, że macie pod swoją komendą cztery razy więcej czarnoskórych aniżeli my. Chcecie tu zorganizować armię? Czy zanosi się na jakieś kłótnie między nami albo Portugalczykami?
- To po prostu nasz zwyczaj, - oświadczył Ragastein nieco pouczającym tonem, - w Niemczech, i gdziekolwiek my, Niemcy pójdziemy, zabezpieczamy się nie tylko przed tym, czego możemy się spodziewać, ale też przed niespodziewanym.
- Wojna w moich młodych latach, gdy byłem w armii, - rozmyślał Dominey, - mogłaby zrobić ze mnie porządnego człowieka.
- Ale z pewnością masz tę szansę tutaj?
Dominey potrząsnął głową.
- Mój batalion nigdy nie opuścił kraju, - powiedział. - Siedzi w Irlandii cały czas. To był główny powód, dla którego porzuciłem wojskową karierę bardzo wcześnie.
Jakiś czas potem przesunęli swoje krzesła bliżej pogrążającej się w ciemności puszczy, paląc cygara i pijąc dobrej jakości kawę. Doktor poszedł z wizytą do jednego ze swoich pacjentów, a Ragastein pozostawał pogrążony w myślach. Jego gość, wręcz przeciwnie, pozostawał bardzo rozmowny.
- Nasze spotkanie, - zauważył, wyciągając leniwie ramię po swoją szklankę, - mogłoby stanowić ciekawy przypadek dla psychologa. Oto jesteśmy, w wyniku nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, w środku tej afrykańskiej nocy, dwie ludzkie istoty w tym samym wieku, którzy spotkali się tysiące mil od swoich domów, w obliczu tej nieprzeniknionej ciemności ciągnącej się poza granice ludzkiego rozumu.
- Twoje oczy wpatrują się dokładnie w miejsce, - wymruczał Ragastein, - gdzie słońce wzejdzie o świcie, rozpraszając te nieprzeniknione ciemności. Będziesz widział je tam, ponad górami, jakby narodził się nowy świat.
- Nie zbywaj mnie swoimi alegoriami, - zaprotestował jego towarzysz z nadąsaniem. - Wieczna ciemność istnieje tu bez wątpienia, nawet jeśli nie podoba ci się moja metafora. Jestem w filozoficznym nastroju. Pozwól mi kontynuować. Oto jestem, ze zmarnowaną młodością, nieszkodliwy amator życiowych przyjemności od wczesnych lat, który znalazł swoją tragedię, od tego czasu włóczęga, włóczęga z pogłębiającym się zanikiem moralności, obijający się przez życie bez specjalnego celu, bez żadnej nadziei albo pragnienia, z wyjątkiem tego, żeby być pogrzebanym gdzieś u stóp tych odległych gór, po drugiej stronie rzeki, spoza której, jak powiedziałeś, słońce wschodzi każdego ranka, jak nowy świat.
- Bezmyślne gadanie, - zaprotestował Ragastein. - Jeśli w twoim życiu wydarzyła się tragedia, to teraz jest najlepszy czas, żeby nauczyć się z tym żyć. Nie masz nawet czterdziestu lat.
- A teraz przyjrzyjmy się tobie, - ciągnął Dominey, ignorując opinię swojego rozmówcy. - Jesteś w moim wieku, ale wyglądasz co najmniej dziesięć lat młodziej niż ja. Twoje bicepsy są twarde, oczy bystre jak w czasach szkolnych. Nosisz się z powagą człowieka, który wie, czego chce. Wstajesz codziennie o piątej rano, powiedział mi doktor, i wracasz tutaj, zmęczony, o zmroku. Każdą chwilę swojego życia spędzasz na szkoleniu czarnoskórych. A gdy masz trochę przerwy, wysyłasz zgrzebne raporty dla swojego rządu, starając się wyciągnąć jak najwięcej z tych kilku milionów akrów malarycznych bagien. Doktor cię podziwia, ale któż się tym przejmuje? Jaki masz w tym cel, przyjacielu?
- To mój obowiązek, - brzmiała spokojna odpowiedź.
- Obowiązek! Ale dlaczego nie możesz wypełniać swojego obowiązku w swoim kraju, żyjąc zwykłe ludzkie życie, ściskając dłonie białych mężczyzn i patrząc w oczy białym kobietom?
- Idę tam, gdzie jestem najbardziej potrzebny, - odpowiedział Ragastein. - Nie znajduję wiele przyjemności w szkoleniu tubylców, nie znajduję za wiele przyjemności, spędzając lata jak rozbitek, wyrzutek z normalnego świata ludzkich radości. Ale podążam za moją gwiazdą.
- A ja, zagubiony wędrowiec, - Dominey zaśmiał się szyderczo. - Wszystko proste jak świński ogon. Ty możesz być nudny jak ciepłe kluchy - zawsze po właściwej stronie - ale ty jesteś człowiekiem z zasadami. Ja jestem nicpoń.
- Różnica między nami, - powiedział Ragastein, - to coś, co jest od wczesnych lat zakorzenione w moim kraju, a czego brakuje w twoim. W Anglii, mając trochę pieniędzy i jako takie urodzenie, młodzi ludzie traktują świat jak plac zabaw, sportowa arena, ogród miłosny. Najwięksi niemieccy arystokraci, zawsze mają jakiś obowiązek, pracę do wykonania i ta praca kształtuje charakter, który daje życiu równowagę.
Dominey westchnął. Cygaro, które trzymał w palcach, chociaż doskonałego gatunku, zgasło. W tej przepełnionej zapachami atmosferze, oświetlonej słabym światłem przesłoniętej żagwi, jego twarz zdała się nagle blada i stara. Ragastein nachylił się nad nim i po raz pierwszy przemówił milszym głosem z czasów szkolnych.
- Wspomniałeś tragedię, mój przyjacielu. Nie jesteś w tym sam. Tragedia weszła także w moje życie. Być może, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, znalazłbym pracę w dużo bardziej przyjemnym miejscu, ale ból przygnał mnie tutaj.
Na twarzy Domineya pojawił się przebłysk współczucia.
- Więc kłopoty dopadły nas obu, tylko że w różny sposób, - zaśmiał się gorzko.