Wstęp. Iweta - zabawkowy śnieg
Wstęp
Iweta - zabawkowy śnieg
Gdy ujrzałam ją po raz pierwszy, pomyślałam naiwnie, że być może czekała
właśnie na mnie, a ja na nią... Jej chudość wzbudziła we mnie
najsmutniejsze skojarzenia. Przypomniałam sobie wiszące na ścianach
obozu śmierci czarno-białe fotografie, z których spoglądały kobiety o twarzach pozbawionych nadziei. Oprócz ziejącej z ich oczu pustki uwagę
przyciągało wychudzenie. Spod pergaminowej skóry prześwitywały kości
tworzące szkielet.
Iweta, bo tak miała na imię, wyglądała jak jedna z nich. Miała
przeraźliwie niską masę ciała, a że skrajna chudość nie powstrzymywała
jej przed noszeniem obcisłych ubrań, to pod nimi wyraźnie rysowały się
kości miednicy, tworząc dwa spore wzgórki. Tyle tylko, że Iweta, w przeciwieństwie do więźniarek z Auschwitz, nie żyła w świecie rządzonym
przez nieobliczalnego szaleńca. Oddychała pełną piersią w kraju, w którym każdy mógł zostać kim zechce. No, może to oddychanie pełną
piersią nie przychodziło jej całkiem łatwo. Gdziekolwiek Iweta się
pojawiała, dawał o sobie znać silny zapach dymu papierosowego. Smolista
woń, jak się później dowiedziałam, nie była jedynym znakiem
rozpoznawczym mojej wychudzonej podopiecznej...
Kiedy zmierzałam do jej mieszkania, spodziewałam się, że w progu
przywita mnie kobieta, której sąsiedzi przypięli łatkę "przegrywa". Nie
byłam pierwszą socjalną, która zamierzała sprowadzić ją na dobrą drogę.
Przede mną swoich sił próbowały Ania i Gabrysia, socjalne z wieloletnim
doświadczeniem. Każda z nich poległa na polu bitwy.
Wmawiałam sobie, że ze mną będzie inaczej. Miałam nadzieję, że odnajdę
cudowny sposób, który odmieni popaprane życie Iwety, a mnie zapewni
uznanie w środowisku zawodowym. Od początku byłam pełna optymizmu.
Uznałam, że jeśli rzeczywiście mam pomóc Iwecie w dokonaniu zamachu na
jej słabości, to najpierw muszę uczynić wszystko, aby zaskarbić sobie
jej sympatię i zaufanie. Czułam, że powinnam wdrożyć swój plan bez
zbędnej zwłoki. W końcu dobra przyszłość tej kobiety leżała w moich
rękach!
Uważa się, że pierwsze razy rzadko są przyjemne i prawie nigdy nie
przebiegają zgodnie z oczekiwaniami. Na przekór sceptykom spotkanie
zapoznawcze z Iwetą upływało jednak w znośnej atmosferze. Pragnęłam
wierzyć, że znajomość, która rozpoczęła się tak obiecująco, będzie miała
szczęśliwy finał...
- Dzień dobry, pani Iweto. - Uśmiechnęłam się, ujrzawszy w progu
chudzinkę o twarzy okolonej lokami.
Usta kobiety pozostały niewzruszone.
- Dzień dobry. Kim pani jest? - zapytała podejrzliwie.
- Nazywam się Karolina. Jestem pracowniczką socjalną. Czy mogłabym z panią porozmawiać?
- Proszę - odparła niedbale, uchylając drzwi ozdobione napisem HWDP.
- Pewnie się pani domyśla, jaki jest cel mojej wizyty - rozpoczęłam
niepewnie, gdy tylko znalazłam się w mieszkaniu.
- Będzie pani mnie odwiedzała? Tak jak pani Ania i pani Gabrysia?
- Dokładnie tak.
- I będzie mi pani mówiła, co mam robić.
- Nie, pani Iweto. - Uznałam, że muszę w porę wyprowadzić podopieczną z błędu. - Będę towarzyszyła pani w podejmowaniu decyzji. Pani decyzji -
dodałam po chwili.
Już szykowałam się, żeby nieco przybliżyć nowo poznanej klientce idee
przyświecające pracy socjalnej, moje plany udaremnili jednak dwaj mali
chłopcy o kręconych włosach, którzy wbiegli do pokoju, krzycząc
wniebogłosy. Znałam ich imiona, bo figurowały w teczce rodziny. Lubię
dzieci. Gdyby było inaczej, nie wytrzymałabym tygodnia w tej robocie.
Przecież socjalni pracują głównie z rodzinami, bo ich podopieczni
miewają liczne gromadki potomstwa. To właśnie dzieci wnoszą ciepło i światło do tej pracy. Dużo mówią, śmieją się i chcą być w centrum uwagi.
Często same zdradzają rodzinne sekrety, więc przy okazji wizji lokalnej
można dowiedzieć się niejednego o klientach. Zdarza się też i tak, że
służą dorosłym za wytłumaczenie. Dysfunkcyjni rodzice wiedzą, jak
wykorzystać choroby, płacz czy problemy edukacyjne swoich pociech. Katar
jest dobrą wymówką na utratę kolejnej pracy, bałagan w domu, a nawet
wypicie z kumplem butelki wódki. Każda "słabość" syna czy córki okazuje
się doskonałym alibi dla niedoskonałych ojców i matek.
Gdy zobaczyłam Arka i Florka, dotarło do mnie, że muszę zrobić wszystko,
by mnie zaakceptowali. Podejrzewałam, że jeśli z jakiegoś powodu nie
przypadnę im do gustu, postanowią wyeliminować intruza. Dzieci mają
wyjątkowo skuteczną i łatwo dostępną broń w postaci płaczu. W myślach
opracowywałam plan B: jeśli mój widok wywoła u chłopców łzy, przerwę
spotkanie i wrócę do tego domu za kilka dni z nadzieją, że scenariusz
się nie powtórzy.
Na szczęście moje obawy okazały się nieuzasadnione. Chłopcy nie tylko
się nie rozpłakali, ale wręcz przykleili się do mnie jak muchy do lepu.
Dla własnego dobra nie odwzajemniłam jednak dziecięcych uścisków.
Zachowywałam taki dystans zawsze, dopóki się nie upewniłam, że rodzice
dzieci odróżniają "zły dotyk" od normalnego gestu czułości. Można się
zdziwić, jak wiele błędnych interpretacji potrafi wywołać niewinne
pogłaskanie po głowie... Stałam więc niewzruszenie, a Arek i Floruś
wyciągali w górę ręce, prosząc o odrobinę troski i ciepła. Kiedy Aruś
nie wiem który już raz wrzasnął: "Chcem na roncki!", Iweta syknęła:
- Przestań, gadzie.
Chwilę później ziewnęła, a wtedy moim oczom ukazał się osobliwy widok.
Kobieta nie miała zębów. Wcale. Oprócz chudości właśnie ta cecha
wyróżniała ją w tłumie.
- Nic się nie stało. To normalne, że szkraby robią szum wokół siebie -
uspokoiłam Iwetę. - Ile macie lat? - zwróciłam się do chłopców.
- Pienc - wymamrotał Arek.
- A ty? - spytałam młodszego z braci.
- On jeszcze nie mówi - wtrąciła Iweta. - Muszę iść z nim do logopedy.
Kilka tygodni później okazało się, że Florek rozwijał się wolniej niż
rówieśnicy. Nie lubił nosić pampersa, a na sam widok sedesu dostawał
ataku histerii. Sikał gdzie popadnie, roztaczając wokół siebie przykrą
woń uryny. Z pokorą ją znosiłam nie tylko w trakcie wizyt, lecz także po
nich, ponieważ unosiła się wokół mnie godzinami. Włosy, skóra i odzież
chłonęły przykre zapachy jak gąbka, dlatego często pachniałam wilgocią,
nikotyną i płynami ustrojowymi. Dopiero ciepła kąpiel zmywała ze mnie
woń ludzkich słabości.
- On jeszcze nie mówi, a ma cztery lata... - myślałam na głos.
- Nauczy się - odpowiedziała od niechcenia Iweta.
- Nie mam co do tego wątpliwości - zapewniłam szybko.
Od pierwszej chwili obchodziłam się z nią jak z jajkiem. Uważałam na
słowa, kontrolowałam gesty i bacznie obserwowałam mowę ciała, aby nie
czuła się jak słabsze ogniwo tej relacji. Niestety, choćbym nie wiem jak
się starała, nie mogłam niczym zapełnić przepaści między nami. W przeciwieństwie do Iwety od czasu do czasu mogłam sobie pozwolić na nową
kieckę, ulubione perfumy i deser w kawiarni. Ona nie miała dostępu do
tych dobrodziejstw, co nie znaczy, że przeznaczała każdy grosz na
dzieci. Miała ważniejsze wydatki. Nie wyciągała ręki po świadczenia z pomocy społecznej, bo wiedziała, że w życiu nie ma nic za darmo i na
"parę marnych groszy z opieki" trzeba sobie zapracować. Rejestracją w urzędzie pracy, aktywnym poszukiwaniem roboty, uporządkowaniem myśli,
ogarnięciem złych przyzwyczajeń i starych spraw też nie zaprzątała sobie
głowy. Poza tym przez długi czas sądziła, że jeśli nie złoży wniosku o zasiłek, to stanie się niewidzialna dla MOPS-u. A o to jej chodziło.
Pragnęła za wszelką cenę zachować pozory, aby jak najmniej osób znało
sekrety ukryte w wątłym ciele i twarzy oszpeconej czerwonymi krostami.
Mamiła otoczenie bajkami o chorej tarczycy, łudząc się, że ludzie kupią
te historyjki. Uwierzyli jej nieliczni - na pewno nie ja ani moje
poprzedniczki. Socjalne regularnie ją odwiedzały z nadzieją, że pewnego
dnia ich podopieczna stanie na nogi... Po raz pierwszy pojawiły się,
jeszcze zanim na świat zawitał Arek.
Iweta od początku dzielnie walczyła ze społecznym odrzuceniem, choć
robiła to w niestandardowy sposób. W niedoli towarzyszył jej Wojtek,
amator tanich win i konserw mięsnych słabej jakości. Pewnego dnia poszli
na całość i powołali do życia kolejną ludzką istotkę. Florek miał
załatać ich podziurawione serca, ale wbrew oczekiwaniom pogłębił tylko
życiowy chaos i ściągnął kolejne zmartwienia. Iwetę pocieszała jedynie
myśl, że chłopcy wychowywali się w pełnej rodzinie.
Wojtek kochał swoich bliskich na zabój, zwłaszcza dwudziestego piątego
dnia każdego miesiąca, kiedy na konto Iwety wpływały świadczenia. Wtedy
dwoił się i troił, żeby wysępić od partnerki parę groszy, ta jednak nie
ulegała natrętnemu skomleniu. W pierwszej kolejności pochylała się nad
własnymi potrzebami, w drugiej - nad potrzebami dzieci. On znajdował się
na końcu kolejki. Całymi dniami błąkał się po okolicy, licząc na to, że
ktoś okaże mu litość i da parę groszy w zamian za przekopanie ogródka.
Okoliczni mieszkańcy poznali już jednak jego zapał do pracy. Ponieważ
wiecznie kombinował, jak zarobić i się nie narobić, zyskał niechlubne
miano największego lenia w okolicy.
Dwa tysiące złotych miesięcznie. Tyle musiało wystarczyć rodzinie na
pokrycie wszystkich wydatków. Oczywiście nie wystarczało. Kasa kończyła
się zwykle po tygodniu od jej pojawienia się na koncie. Iweta
celebrowała święto Matki Boskiej Pieniężnej dobrą whisky, pizzą z restauracji, wagonem fajek i czymś, co zrujnowało jej życie. Dzieciom
kupowała worek słodyczy i mortadelę. Wojtek musiał zadowolić się
niedopitymi drinkami i resztkami pizzy. Wiedziałam, że przez siedem dni
w miesiącu dzieci będą syte. W ciągu kolejnych dwudziestu jeden zjedzą
to, co przyniesie sąsiadka, pani ze spożywczego i Wojtek, który od czasu
do czasu dostawał trochę żywności od starszego brata.
Iweta szybko ucinała rozmowy na temat jedzenia. Gdy pytałam, czy ma
obiad dla dzieci, milczała. Nigdy nie otwierała przy mnie lodówki. Całe
szczęście Aruś, kierowany dziecięcą ufnością, nie potrafił utrzymać
rodzinnych sekretów. W trakcie jednej z wizyt podszedł do mnie i powiedział cicho: "Jestem głodny. W lodówce nic nie ma".
Zamarłam. Chciałam krzyczeć, wyć, bluźnić, ale szybko uświadomiłam
sobie, że nie tędy droga. Wybiegłam z domu podopiecznej bez słowa i pojechałam do najbliższego supermarketu. Wszystkie produkty z półek
sklepowych wydawały mi się potrzebne, a miałam ze sobą tylko sto
złotych. Kartę płatniczą zostawiłam w domu. Kupiłam to, co mogło
wypełnić burczące brzuszki. Mleko, płatki, pieczywo, coś do chleba.
Kiedy wróciłam, dzieciom aż zaświeciły się oczy z ekscytacji.
O sprawie powiadomiłam sąd, policję i przychodnię. Na Iwecie nie zrobiło
to jednak większego wrażenia. Nadzór w jej rodzinie prowadziły już
wszystkie możliwe instytucje, dlatego zdążyła się przyzwyczaić do
częstych odwiedzin policjantów, kuratora i pracownika socjalnego.
Wojtek nie cierpiał wizyt kontrolnych, ale spokojnie znosił kolejne
rozmowy motywujące, które z jakiegoś powodu nie skłaniały go do zmian.
Miał ciężką rękę i nie wahał się jej używać przeciwko Iwecie. Wiedział,
gdzie uderzyć, żeby nie zostawić siniaków. Nigdy nie zauważyłam śladów
przemocy fizycznej u dzieci, co nie zmieniało faktu, że synowie, widząc
agresję ojca wobec matki, musieli doświadczać psychicznych katuszy.
Wyniki badań nad przemocą domową wskazują, że bierni świadkowie agresji
doznają przykrych emocji porównywalnych do tych, z którymi borykają się
bezpośrednie ofiary napaści.
Aruś i Florek znali wiele imion swojej matki. Często słyszeli, że jest
kurwą, dziwką, zdzirą, suką... Długo można by wymieniać. Wielokrotnie,
zbliżając się do drzwi mieszkania tej rodziny, słyszałam, jak Wojtek
obrzucał mięchem swoją partnerkę. A dzieci wszystko to widziały i słyszały, choć Iweta i Wojtek twierdzili zgodnie, że chłopcy absolutnie
nie cierpią, bo nigdy nie spadł im włos z głowy. Bagatelizowali
impulsywne zabawy Arusia, który nie raz w mojej obecności pastwił się
nad zabawkami, kopiąc je i okładając pięściami. Pytałam, dlaczego to
robi. Odpowiadał, że "miś był niegzecny jak mama".
Musiałam rozwiać wątpliwości, które nurtowały mnie od dawna. Mniej
więcej po miesiącu kontaktów z tą rodziną stworzyłam jej genogram, czyli
graficzny schemat, obrazujący międzypokoleniowe relacje, wydarzenia i wzorce zachowań. Chciałam pojąć, dlaczego życie przerosło tych dwoje
młodych ludzi. Od dziecka uczymy się, że nawet małe, prymitywne
zwierzęta potrafią zadbać o własne potomstwo. Zamierzałam dowiedzieć
się, z jakich środowisk wywodzili się ludzie, którzy nie opanowali tej
umiejętności. Wojtek nie chciał zdradzać mi swojej przeszłości. Iweta
wręcz przeciwnie, szczegółowo zrelacjonowała mi bolesne wspomnienia.
- Bo ja, pani socjalna, nie cierpię mojej matki. Ona też mnie
nienawidziła. Mówiła, że zostanę nikim - wyznała na wstępie pamiętnej
rozmowy. - Nas było dziesięcioro w domu. Jedna dziewczyna i dziewięciu
chłopaków. Matka chyba nie znosiła kobiet. Moich braci kochała.
- Została pani skrzywdzona...
- Ta kurwa mnie nienawidziła. Targała mnie za włosy, kiedy byłam mała.
Braci nigdy nie biła. Przez jakiś czas chciałam zamienić się w chłopca.
Chciałam być kochana.
- Każdy chce być kochany. To naturalne.
- Rodzice się tłukli. Nie wiem, jakim cudem się nie pozabijali. W moim
domu latały szklanki i talerze. Kilka razy przez przypadek oberwałam w głowę, ale nigdy nie pociekła mi krew. Ta stara kurwa obcinała mi włosy
na zapałkę. Mówiła, że nie mogę być ładna, bo poderwie mnie chłopak.
- Pani Iweto, czy korzystała pani z jakiejś terapii? - zapytałam ze
świadomością, że moje poprzedniczki nie raz zachęcały ją do kontaktu z psychologiem. Niestety Iweta nie chciała zdecydować się na ten krok.
- Kiedyś pójdę na terapię. Nie teraz. Ostatnio mam jakieś dziwne jazdy.
Patrzę na moich chłopców i widzę, jak z ich oczu wychodzą węże. Nie
znoszę węży - powiedziała z obrzydzeniem.
Ujrzałam w jej oczach obłęd. Zmroziło mnie to. Wiele razy słyszałam, jak
ludzie opisują różne omamy, ale pierwszy raz treść urojenia wywołała we
mnie reakcję szokową. Wyobraźnia zaczęła podsuwać przerażające obrazy.
Bezskutecznie próbowałam wyrzucać je z głowy. "Jeśli Iweta widziała węże
wychodzące z oczu Florka i Arusia, to...". W wykropkowane miejsce
wstawiałam najmroczniejsze scenariusze. Dotarło do mnie, że współpracuję
z rodzicami, których imiona pewnego dnia mogą zagościć na paskach
wiadomości telewizyjnych. Nie chciałam zostać antybohaterką reportażu
pod tytułem "Gdzie był pracownik socjalny?". Musiałam działać.
Napisałam kolejne pismo do sądu, z długą listą zarzutów wobec Iwety i Wojtka. Odwiedzałam rodzinę ze zwiększoną częstotliwością. Każde kolejne
urojenie klientki przerażało mnie coraz bardziej. Na początku widziała
węże w oczach dzieci, z czasem odkryła u synów paranormalne zdolności.
Twierdziła, że są wieszczami przepowiadającymi przyszłość. Nie zawsze
świetlaną.
Pewnego lipcowego popołudnia nastąpił przełom w sprawie. Tamtego dnia
tradycyjnie udałam się do Iwety bez wcześniejszej zapowiedzi. Nie
oczekiwałam po tym spotkaniu niczego nowego. Wchodziłam tam
przygotowana, że znów zobaczę moją wymizerowaną podopieczną i dzieci
biegające boso po betonowej podłodze, do tego grubą warstwę kurzu na
meblach i sterty brudnych naczyń ze śladami pleśni zalegające w różnych
miejscach. Spodziewałam się znajomego zapachu moczu i petów. Lada chwila
miałam znaleźć się w miejscu gościnnym dla wszy, gryzoni i karaluchów. A mimo to zamierzałam tam wejść i raz jeszcze podjąć dialog z ludźmi, o których wszyscy chcieli zapomnieć.
Zapukałam do drzwi, ale nikt się nie odezwał. Czułam, że coś jest nie
tak. Intuicja w takich chwilach nie zawodzi. Zastanawiałam się tylko, co
się za chwilę wydarzy.
- Pani Iweto - powiedziałam donośnie, ale nie usłyszałam żadnej
odpowiedzi.
Nacisnęłam klamkę, po czym weszłam cichutko do środka. W pierwszej
chwili wszystko wydawało się takie jak zawsze. Widok wypchanych
zwierzątek z morderczymi spojrzeniami nie robił już na mnie wrażenia.
Trofea wisiały na starych ścianach, które płakały od nadmiaru wilgoci.
Iweta zwierzyła mi się kiedyś, że uwielbia otaczać się martwą zwierzyną.
W pierwszej chwili wprawiło mnie to w osłupienie, ale z czasem przestało
dziwić. W tej robocie często się spotykałam z niecodziennymi
upodobaniami. Mój szósty zmysł wciąż jednak nie dawał za wygraną,
chodziłam więc po mieszkaniu w stanie dziwnej gotowości. Zaniepokoiła
mnie wszechobecna cisza. Nie było słychać dzieci, choć przywoływałam je
do siebie.
- Pani Iweto! - jeszcze raz wypowiedziałam głośno jej imię, ale i tym
razem moje słowa nie spotkały się z żadnym odzewem.
I wtedy postanowiłam sprawdzić sypialnię.
Pchnęłam delikatnie drzwi do maleńkiego pomieszczenia, a gdy się
uchyliły, zobaczyłam ich. Na starym łóżku, pośród porozrzucanych kołder
i koców, leżeli Iweta i Wojtek. Potrząsnęłam nogę śpiącej klientki.
Kiedy Iweta się przebudziła, zapytałam, gdzie są dzieci. Odparła
niewyraźnie, że śpią, po czym rozejrzała się wkoło. Cała rodzina miała
do spania jedną starą, skrzypiącą wersalkę. Co noc musiały się na niej
gnieździć cztery osoby, tamtego dnia spali na niej jednak tylko dorośli.
- Gdzie są dzieci?! - warknęłam, bo straciłam ochotę na używanie
przyjaznych tonów.
- A gdzie mają być? W domu są - syknęła Iweta.
- Gdzie?! - krzyknęłam.
- Pierdolę, co tak głośno... - wybełkotał nieprzytomny Wojtek, po czym
przewrócił się na drugi bok.
Przecież, do cholery, nie byliśmy w pałacu o stu komnatach, tylko w małym mieszkanku, które ledwie mieściło czteroosobową rodzinę! Właśnie z tego powodu z każdą kolejną sekundą cisza przerażała mnie coraz
bardziej.
- Kuchnia... - myślałam na głos. Przypomniałam sobie o pomieszczeniu, do
którego z oczywistych powodów nigdy nie byłam zapraszana. Tym razem nie
zamierzałam czekać na pozwolenie. Wpadłam do zakazanej części mieszkania
i zmroziło mi krew w żyłach.
Chłopcy siedzieli na betonowej posadzce. Floruś bez pampersa. Obaj
rysowali w czymś paluszkami niezgrabne zygzaki. Gdy podeszłam bliżej,
zobaczyłam biały proszek, który kontrastował z ciemnym podłożem. Nie
byłam specem od narkotyków, ale podejrzewałam, że to amfetamina. Zresztą
to mogła być też jakaś inna niebezpieczna substancja.
Wiedziałam, że tu mogą się liczyć sekundy, więc słuchając, co mówi
starszy chłopczyk, już sięgałam po telefon, żeby wybrać numer alarmowy.
Aruś powiedział mi, że brał do rąk biały proszek i wyobrażał sobie, że
to śnieg. Przyznał, że chciał go spróbować, ale nie zrobił tego, bo bał
się, że jak mu posmakuje, to wszystko zje i nie będzie miał się czym
bawić.
Po upływie około kwadransa na miejscu zjawili się pracownicy pogotowia.
Funkcjonariusze policji dołączyli kilka minut później. Zebrali proszek
do analiz. Później okazało się, że moje przypuszczenia były słuszne.
Tej nocy chłopcy nie spali w jednym łóżku z rodzicami. Zostali
przewiezieni do szpitala na obserwację, a następnego dnia trafili do
rodzinnego pogotowia opiekuńczego. Dziś wychowują się w rodzinie
adopcyjnej, która zapewniła im bezpieczny dom, wolny od głodu, przemocy
i uzależnień. Nie wiem, jak wyglądają, czym się interesują i co lubią.
Mam jednak pewność, że znajdują się pod właściwą opieką.
Po dramatycznym zdarzeniu Iwetę dopadł dwutygodniowy epizod depresyjny.
Nie okazała jednak skruchy, a przynajmniej nie w mojej obecności. Nadal
wmawiała mi, że jej niedowaga i omamy nie miały żadnego związku z uzależnieniem, a ja z upływem kolejnych tygodni traciłam ochotę na
wyprowadzanie jej z błędu. Regularnie oferowałam jej pomoc w ustaleniu
terminu przyjęcia do ośrodka uzależnień, ale za każdym razem odmawiała.
Twierdziła, że wszyscy - łącznie ze mną - się na nią uwzięli.
Zastanawiałam się, czy naprawdę nie rozumiała, czy może wypierała powagę
minionych wydarzeń. Z czasem doszłam do wniosku, że nie ma sensu tego
rozstrzygać. Los chłopców i tak był już przesądzony.
Pół roku. Tyle trwała moja praca z tą rodziną. Nie wpłynęłam na moją
podopieczną, doprowadziłam jednak do odebrania jej dzieci i czułam się z tego powodu dumna. Miałam poczucie, że pojawiłam się we właściwym
miejscu o właściwej porze i że zrobiłam, co było trzeba. A Iweta? Pewnie
za jakiś czas znów zajdzie w ciążę. Takie jak ona, wbrew obiegowej
opinii, nie robią sobie dzieci dla 800 plus. Powołują na świat nowe
życia, aby zapełnić bolesną pustkę w sercu.
Iwecie w powrocie do normalności mogłaby pomóc tylko terapia, choć
dobrym rodzicem raczej nigdy już nie będzie. Nawet jeśli porzuci nałóg,
psychoza amfetaminowa będzie co jakiś czas dawała o sobie znać, czy to
pod postacią węży, czy wieszczy lub innych wytworów chorej wyobraźni.
Los Wojtka niespecjalnie mnie obchodził. Nigdy nie potrafiłam się zdobyć
na współczucie dla damskich bokserów.
Gdy rozpoczynałam pracę w zawodzie, najbliższe osoby często pytały mnie,
czy nie boję się sama chodzić do mieszkań klientów. Otoczenie
demonizowało miejsca, które odwiedzałam każdego dnia, sprowadzając je do
poziomu melin, skupiających alkoholików, narkomanów, recydywistów i innych typów spod ciemnej gwiazdy.
W trakcie ponad dziesięciu lat pracy w MOPS-ie nikt mnie nie zaatakował,
a chociaż dziesiątki razy byłam obrażana wulgarnymi słowami, to nie
usłyszałam pod swoim adresem żadnej groźby karalnej. W większości
przypadków współpracowałam z "normalnymi ludźmi", różniącymi się od
przeciętnego Kowalskiego jedynie bogatszym bagażem doświadczeń życiowych
lub uboższym portfelem. Klienci pomocy społecznej - tak jak inni
zjadacze chleba - mieli swoje marzenia i zainteresowania, kochali swoje
rodziny. Za każdym razem, gdy ktoś z mojego otoczenia wyrażał się o podopiecznych ośrodka pomocy społecznej jak o jednostkach gorszego
sortu, stawałam w obronie klientów, bo ich człowieczeństwo zasługiwało
na taki sam szacunek jak moje. Byliśmy sobie równi - jak bracia jednej
krwi.
Niestety, zawsze znajdą się odstępstwa od normy. Spotkałam też na swojej
ścieżce zawodowej ludzi, którzy stale testowali moją cierpliwość, jakby
myśleli, że jej pokłady są nieskończone. Nazywałam ich wampirami
energetycznymi, bo podczas każdego zetknięcia z nimi narastało we mnie
napięcie, a po zakończeniu spotkania czułam się jak wrak człowieka. Co
ciekawe, nie bałam się ich, bo znałam ich taktykę. Wiedziałam, że
jedyne, co im wychodzi, to psychiczne wykańczanie ludzi, a tego rodzaju
"umiejętność" jest oznaką słabości. Zachowywali się niczym drapieżne
koty, które po złapaniu ofiary bawią się nią rozkosznie, jakby zadawanie
bólu stanowiło jedyną znaną im przyjemność.
Niektóre relacje z agresorami trwały raptem chwilę - ot, takie nic
nieznaczące epizody skazane na szybkie zapomnienie. Inne ciągnęły się
przez długie miesiące, a nawet lata. Byłam skazana na kontakt z ludźmi,
którzy nękali mnie nawet kilka razy w tygodniu, a ja - choć teoretycznie
miałam przewagę - nie mogłam wykonać szewskiego mata. Taktyka słownych
agresorów była dość przewidywalna, ale trudna do pokonania. Moje
zmagania z nimi często przypominały walkę z wiatrakami.
Słowna agresja, nawet jeśli człowiek nie bierze jej sobie do serca,
zwykle sieje w nim spustoszenie. Gdy się jej dozna, można zacząć
kwestionować przykazanie, które nakazuje miłować bliźniego swego jak
siebie samego. Z upływem lat nauczyłam się jednak radzić sobie z frustracją, której źródłem byli pieniacze. Najczęściej też wiedziałam,
czego się mogę po nich spodziewać. Niestety nie wszyscy klienci, którzy
do mnie trafiali, przypominali otwartą księgę, z której mogłam od razu
wyczytać wszystkie tajemnice. Niektórzy przywdziewali maski, pod którymi
skrywali swoje mroczne oblicza. Szerokie uśmiechy na ich twarzach nie
zawsze odzwierciedlały niekłamaną radość, a łzy spływające po ich
policzkach bywały elementem gry aktorskiej, która miała zmiękczyć moje
serce. Dlatego gdy spoglądałam na smutne twarze, miałam szczerą
nadzieję, że posępna mimika nie była wykreowana na potrzeby sytuacji.
Oczywiście do wykonywania zawodu pracownika socjalnego nie wystarczają
deklarowane przez daną osobę umiejętności radzenia sobie z trudnymi
ludźmi lub przewidywania fałszywych zachowań. Aby zajmować się pomocą
społeczną, trzeba spełnić szereg formalnych wymogów. Osoby ukarane za
umyślne przestępstwa są przegrane już na starcie, bowiem MOPS-y, zgodnie
z ustawą, nie mogą zatrudniać na tym stanowisku kandydatów z wyrokami na
koncie. Z marzeniami o pracy w charakterze pracownika socjalnego powinni
pożegnać się również dłużnicy alimentacyjni. W pomocy społecznej nie ma
miejsca dla osób, które nie łożą na utrzymanie własnych dzieci. Jeśli
pragniesz zostać pracownikiem socjalnym i między innymi uczyć
dysfunkcyjnych rodziców, jak prawidłowo pełnić funkcje opiekunów, sam
musisz świecić przykładem i posiadać pełną władzę rodzicielską nad
własnymi pociechami (o ile je masz). Matki i ojcowie, których władza
rodzicielska została sądownie ograniczona lub co gorsze, którzy zostali
jej pozbawieni, muszą pogrzebać plany o pracy w MOPS-ie. Ktoś, kto
zawiódł jako rodzic, nie może piastować funkcji związanych z pomocą
społeczną.
Wbrew obiegowym opiniom świadectwo maturalne nie wystarcza do
wykonywania zawodu pracownika socjalnego. Ustawodawca wyraźnie określił
kwalifikacje, jakie winien posiadać kandydat do tej pracy. Aplikanci
muszą spełnić co najmniej jeden z poniższych warunków:
ukończyć kolegium pracowników służb społecznych;
ukończyć studia wyższe na kierunku praca socjalna lub w zakresie pracy
socjalnej;
ukończyć studia wyższe o specjalności przygotowującej do zawodu
pracownika socjalnego na jednym z kierunków: pedagogice, pedagogice
specjalnej, politologii, polityce społecznej, psychologii, socjologii,
naukach o rodzinie;
ukończyć studia podyplomowe z zakresu metodyki i metodologii pracy
socjalnej w uczelni realizującej studia na kierunku praca socjalna lub
w zakresie pracy socjalnej1.
W błędzie są jednak ci, którzy sądzą, że odpowiednie wykształcenie
wystarczy, by właściwie pełnić obowiązki zawodowe pracownika socjalnego.
Jeśli brakuje ci empatii, odporności na stres, kreatywności, wysokiego
morale czy dobrej organizacji czasu pracy, to lepiej dla ciebie i podopiecznych, by twoje CV nigdy nie wpłynęło do działu kadr MOPS-u. Nie
każdy został powołany do reperowania ludzkich ułomności.
Socjalni współpracują z przedstawicielami wszystkich grup społecznych.
Wbrew stereotypom nie zajmują się wyłącznie osobami ubogimi, a zakres
ich obowiązków nie ogranicza się do odbierania dzieci i wspomagania
finansowego miłośników tanich win. Przyznają oni jednostkom i rodzinom
świadczenia, które ściśle określa ustawa o pomocy społecznej. Osoby
doświadczające różnego rodzaju kryzysów życiowych mogą się ubiegać o świadczenia pieniężne. Aby je otrzymać, muszą spełniać kryterium
dochodowe uprawniające do tej pomocy, co oznacza, że ich miesięczne
dochody nie mogą przekroczyć kwoty 1010 zł w przypadku osoby samotnie
gospodarującej i 823 zł w przypadku osoby w rodzinie (kryteria te
obowiązują od 1 stycznia 2025 roku). Ponadto jednostki i rodziny
doświadczające problemów społecznych mogą wnioskować o świadczenia
niepieniężne, do których należą: praca socjalna, bilet kredytowany,
składki na ubezpieczenie zdrowotne, składki na ubezpieczenia społeczne,
pomoc rzeczowa (w tym na ekonomiczne usamodzielnienie, sprawienie
pogrzebu), poradnictwo specjalistyczne, interwencja kryzysowa,
schronienie, posiłek, niezbędne ubranie, usługi opiekuńcze w miejscu
zamieszkania, w ośrodkach wsparcia oraz w rodzinnych domach pomocy,
specjalistyczne usługi opiekuńcze w miejscu zamieszkania oraz w ośrodkach wsparcia, mieszkanie chronione, pobyt i usługi w domu pomocy
społecznej, pomoc w uzyskaniu odpowiednich warunków mieszkaniowych, w tym w mieszkaniu chronionym, pomoc w uzyskaniu zatrudnienia, pomoc na
zagospodarowanie (w formie rzeczowej dla osób usamodzielnianych). W ustawie o pomocy społecznej zawarte zostały szczegółowe informacje na
temat zasad przyznawania wszystkich świadczeń.
Rozbudowane treści zapisów ustawy często okazują się zbyt skomplikowane
dla przeciętnych zjadaczy chleba, podopieczni zwykle więc proszą
socjalnych o ich przystępne wyjaśnienie. Oczywiście pracownik socjalny
powinien umieć nie tylko przedstawiać zrozumiale prawne zawiłości - to
także człowiek do zadań specjalnych. Ludzie, którzy kiedykolwiek
znaleźli się w kryzysie, wiedzą, że gdy wszyscy wkoło rozłożą ręce w akcie bezradności nad cudzą niedolą, socjalny podejmie rękawicę.
Zrezygnuje z analizowania powodów czyjejś klęski życiowej, aby znaleźć
przestrzeń do poszukiwania sposobów na wyjście z dołka. Jeśli by
porównać pracowników socjalnych z kuratorami sądowymi, to ci pierwsi
raczej wspierają niż kontrolują podopiecznych. Wachlarz ludzkich typów,
z jakimi się stykają, jest bardzo rozpięty - począwszy od tych z nieposzlakowaną opinią, a skończywszy na przedstawicielach tak zwanego
marginesu społecznego. W polu zainteresowania zawodowego kuratorów
znajdują się osoby, które na podstawie orzeczeń sądu zostały zobowiązane
do podjęcia określonych działań. Socjalni kierują swoje wsparcie do
każdego - bez względu na wiek, płeć, wykształcenie, doświadczenia
życiowe czy narodowość.
Pracownik socjalny powinien przypominać raczej towarzysza niż surowego
rodzica, raczej mediatora niż sędziego, raczej obserwatora niż aktywnego
uczestnika wydarzeń. W praktyce bywa to trudne do zrealizowania, bo
ludzie z natury mają skłonność do dawania innym złotych rad, zapominając
przy tym, że to, co dobre dla jednych, niekoniecznie będzie służyć
innym. Wiele czasu zajęło mi nauczenie się postrzegania klientów jako
równorzędnych partnerów w relacji, mających swój pomysł na życie,
niekoniecznie zgodny z moim. Nie raz musiałam zagryźć zęby, aby
powstrzymać się przed moralizatorskimi wypowiedziami typu: "Pani to
powinna..."; "Musi pan..."; "Najlepiej by było, gdyby pani...". Takie słowa
powodowały skutek odwrotny do zamierzonego. Przymus zawsze wzmagał opór
przed zmianą. Sprzeciw ten bywał naprawdę stanowczy i... wkurzający. W trakcie mojej pracy zawodowej zdarzały się sytuacje, w których
zachowanie spokoju graniczyło z cudem. Musiałam wkładać naprawdę wiele
wysiłku, by nie powiedzieć o jedno słowo za dużo.
Laura - koszmarny dom przy Kasztankowej
Horrory, domy grozy, a nawet symulowane porwania to dla niektórych
najlepsza forma rozrywki. Ich miłośnicy wprowadzają się w stan
przerażenia, który w pełni kontrolują. Mają wpływ na jego natężenie i częstotliwość występowania. W każdej chwili mogą wcisnąć pauzę i zrezygnować z przekraczania kolejnych progów wytrzymałości. Te wszystkie
atrakcje są jednak nie dla mnie... Nie lubię się bać. Strach nigdy nie
dostarczał mi pozytywnych wrażeń, dlatego konsekwentnie unikałam
wszystkiego, co z nim związane. Przerażające filmy zastępowałam
komediami romantycznymi, a strefy grozy bajkowymi karuzelami.
Niestety życie ma to do siebie, że czasami pisze scenariusze niezgodne z tym, czego oczekujemy, a wpisana w nie groza nie zna współczucia ani
umiaru. Wówczas, w najmniej oczekiwanym momencie, atakuje strach i przypiera nas do grubego muru własnych ograniczeń. Nie zawsze można od
niego uciec. Czasami trzeba spojrzeć mu prosto w oczy...
Tamtego dnia wszystko zaczęło się tak jak zwykle. O godzinie ósmej
stawiłam się w biurze i zajęłam się bieżącą pracą. Koło dziesiątej
zadzwonił telefon. Nie wiedziałam, że przyniesie wyzwanie, które
przyprawi mnie o dreszcze. Wiedziałam jedno: sprawa jest pilna.
- Dzień dobry, dyspozytorka numer 6785, chciałabym zgłosić, że wczoraj
pogotowie przywiozło do szpitala pana Zdzisława L. Zmarł nad ranem -
wyrecytowała moja rozmówczyni. Praca, którą wykonywała, wymagała
konkretnych i sprawnie przekazywanych komunikatów. - Nie dostał insuliny
na czas. Starsi ludzie nie powinni być sami - skwitowała.
- Nie znałam pana Zdzisława - odpowiedziałam, choć fakt, że imię i nazwisko starszego pana nic mi nie mówiły, pewnie nie miał dla
dyspozytorki większego znaczenia.
- Musicie państwo zainterweniować - w głosie rozmówczyni dało się
słyszeć zaniepokojenie. - Pan L. mieszkał z konkubiną. Ratownicy
zgłosili, że na miejscu panował straszny bałagan. Kobieta, która tam
została, najprawdopodobniej wymaga pomocy.
- Dziękuję za informację. - Postanowiłam czym prędzej zakończyć rozmowę.
Czekały mnie pracowite godziny. Szybko obmyśliłam plan: konkret, konkret
i jeszcze raz konkret. Po odłożeniu słuchawki niezwłocznie opuściłam
biuro. Poprosiłam koleżankę o asystę, bo intuicja podpowiadała mi, że
sprawa może być skomplikowana.
Dojście na Kasztankową zajęło nam niespełna kwadrans. Okazało się, że
budynek, w którym mieszkał Zdzisław, to typowy komunistyczny kwadraciak
z płaskim dachem. Dom stał na zaniedbanym terenie porośniętym chwastami.
Nie zachęcał do odwiedzin. Drewniane drzwi, przed którymi stanęłyśmy,
lata świetności miały już dawno za sobą.
Najpierw zapukałyśmy kulturalnie, ale odpowiedziała nam głucha cisza. Po
chwili użyłyśmy pięści i waliłyśmy nimi z całej siły. Wiedziałyśmy, że w budynku mieszkała starsza osoba, która mogła cierpieć na niedosłuch.
Niestety, mimo naszego łomotania, nikt nie otworzył. Nacisnęłyśmy klamkę
i delikatnie uchyliłyśmy drzwi. Miałyśmy świadomość, że nie wolno nam
wejść do środka bez zgody właściciela, ale tamtego dnia zrobiłyśmy
wyjątek. Chciałyśmy jak najprędzej porozmawiać z panią tych włości.
Jako socjalna wiele razy wchodziłam do różnych domów i mieszkań.
Widziałam brud, rozpadające się meble i walające się butelki po tanim
alkoholu, ale dopiero kiedy znalazłam się w tym wnętrzu, poczułam, że
moje ciało spina się ze strachu. W nozdrza uderzył mnie fetor będący
mieszaniną szczególnych zapachów. Spojrzałyśmy po sobie z koleżanką.
Zapachy kompletnie nie pasowały do wystroju wnętrza. W salonie naszym
oczom ukazały się stylowe, antyczne meble. Wyglądały na drogie.
- Chata biedaka to to nie jest - powiedziałam z przekąsem.
- Piękne są te komody - przyznała Baśka.
Niespodziewanie obie nabrałyśmy ochoty na eksplorowanie okolicy.
Pożerałyśmy wzrokiem ciemnozielone zasłony, wpisujące się w pałacową
stylistykę. Podziwiałyśmy obrazy w złotych ramach i stare lustra,
prezentujące swe wdzięki na ścianach. Domy krezusów od zawsze kojarzyły
mi się z czystością, dlatego zaleganie grubej warstwy kurzu na meblach
wzbudziło mój niepokój. Nigdy nie widziałam równie ekskluzywnego, a zarazem zaniedbanego lokum. To miejsce wyglądało tak, jakby ktoś opuścił
je z zamiarem szybkiego powrotu, który jednak nie nastąpił. Moja
chwilowa fascynacja niepostrzeżenie znów zaczęła się przeradzać w niepokój. Stąpałam po niepewnym gruncie. Podeszwy moich butów
przyklejały się do podłoża. Podejrzewałam, że to brud, ale myliłam się.
- Zobacz - zagadnęłam swoją towarzyszkę. - Na podłodze walają się kości
kurczaka.
- Rzeczywiście. Tylko nigdzie nie widać żadnego psa ani kota, który
mógłby je zostawić. No, chyba że mamy do czynienia ze szlachtą, która
rzuca resztki z pańskiego stołu na podłogę. Ohyda...
Wyobraźnia zaczęła podsuwać mi nieprzyjemne obrazy. W moich myślach
pojawiły się wizerunki osób, które żyły w tych wręcz zwierzęcych
warunkach. Ubierałam lokatorów tajemniczego domu w zniszczone stroje i przyklejałam nienaturalne grymasy do ich dojrzałych twarzy. W pewnej
chwili zauważyłam wymięte kartki na masywnym stole. Podeszłam bliżej.
Moim oczom ukazały się rachunki za prąd sprzed kilku lat. Tego rodzaju
odkrycie nie wróżyło niczego dobrego. Nie zamierzałam jednak martwić się
na zapas, bo uzmysłowiłam sobie, że ktoś musiał regulować opłaty. Gdyby
Zdzisław uchylał się od płacenia, firma energetyczna nie miałaby dla
niego taryfy ulgowej.
- Idziemy wyżej? - zapytałam Basię, która była socjalną trochę dłużej
niż ja, więc jej aprobata miała dla mnie znaczenie.
- Zadzwonię do kierowniczki i zapytam, co mamy robić.
Nie do końca rozumiałam, dlaczego postanowiła wykonać ten telefon
właśnie teraz. Powinna była to zrobić, zanim weszłyśmy bezprawnie na
teren nieruchomości. Nie podzieliłam się jednak swoimi spostrzeżeniami.
Zdałam się na decyzję kierowniczki, bo to ona powinna mieć w spornych
sytuacjach ostatnie słowo. Jeśli uzna, że mamy się szybko stamtąd
wynosić, to się zwiniemy i tyle.
- Mamy to - oznajmiła dumnie Baśka po zakończeniu rozmowy. - Szefowa
udzieliła nam swojego błogosławieństwa.
Wtedy niespodziewanie sparaliżował mnie lęk. Przyjrzałam się schodom
prowadzącym na piętro. Były jeszcze bardziej upaprane klejącą mazią niż
podłoga w salonie. I ten okropny fetor. Pomimo że przebywałyśmy w mieszkaniu już jakiś czas, nie potrafiłam się do niego przyzwyczaić.
Obawy zostawiłam jednak dla siebie.
Pokonałyśmy schody i znalazłyśmy się w sypialni na piętrze. Na łóżku
ujrzałyśmy niedbale ułożoną kołdrę. W pierwszej chwili wydawało nam się,
że ktoś pod nią leży, ale okazało się to tylko złudzeniem. W rogu
zauważyłyśmy garnki, a w nich śmierdzące resztki jedzenia. Tutaj również
pełno było cuchnących kości. Wszystkie pomieszczenia na piętrze
przedstawiały ten sam widok. Klejące się podłogi, rozkładające się
resztki pieczonych kurczaków, wszechobecny bałagan i pustka. Ponieważ w żadnym z pokoi nie odnalazłyśmy towarzyszki zmarłego Zdzisia, wróciłyśmy
na parter.
W pewnym momencie Baśka zniknęła mi z pola widzenia.
- Gdzie jesteś, Bacha?! - wrzasnęłam, tocząc nierówną walkę ze strachem,
którego nie potrafiłam poskromić racjonalnymi argumentami.
- Ty, słuchaj, nie uwierzysz! - krzyknęła znienacka. - Chodź tu szybko!
- Gdzie jesteś?
- W sypialni na parterze! Szybko! - poganiała mnie.
Ruszyłam pędem w jej stronę. Odkrycie, którego dokonała, wprawiło mnie w osłupienie.
- Co to jest? - zapytałam głośno, widząc zawartość szafy.
Jak się okazało, nie służyła do przechowywania ubrań. W jej wnętrzu
znajdowały się sekretne drzwi.
- Bacha, nie podoba mi się ten dom - dodałam.
- Witaj w klubie. Właściciel naoglądał się chyba za dużo filmów.
Ciekawe, co tam ukrył.
- Wracamy - zadecydowałam, ignorując ciekawość koleżanki.
- Zwariowałaś? Musimy sprawdzić, co znajduje się za tymi drzwiami.
- To ty zwariowałaś! Nie będę niczego sprawdzać.
- A jeśli ta kobieta tam jest? Leży gdzieś na podłodze, bo straciła
przytomność...? Może połknęła garść tabletek i popiła alkoholem? Chcesz
mieć staruszkę na sumieniu?
Nie miałyśmy prawa wkraczać na cudzy teren, ale ciążył na nas obowiązek
ratowania ludzkiego istnienia. Znajdowałyśmy się w domu kobiety, która
straciła kogoś bliskiego. Zamierzałyśmy uczynić wszystko, by odnaleźć
zaginioną, nawet kosztem złamania etyki zawodowej. Gdy na szali znajduje
się ludzkie życie, przepisy tracą znaczenie.
Chwyciłyśmy klamkę. Na szczęście drzwi okazały się otwarte. Zeszłyśmy po
schodach prowadzących do najniższej kondygnacji budynku. Basia nacisnęła
włącznik światła. Znalazłyśmy się we wnętrzu przypominającym przedpokój
typowego mieszkania. Na białej ścianie wisiało lustro w starym stylu.
Obok niego wieszak na ubrania. Podpiwniczenie budynku prezentowało się
znacznie skromniej niż wyższe piętra. Zajrzałyśmy do wszystkich pokoi,
ich wystrój przypominał nam ten panujący w naszych własnych
mieszkaniach.
Za każdym razem, gdy otwierałyśmy drzwi, serce waliło mi jak oszalałe na
myśl, że w pokoju znajdziemy martwą kobietę. Historia znała przypadki,
kiedy jeden małżonek niezwłocznie zabierał ze sobą drugiego do grobu. Na
szczęście wszystko wskazywało na to, że wizyta w tym dziwnym domu nie
przyniesie makabrycznego odkrycia. W środku nie spotkałyśmy żadnej żywej
istoty. Opuściłyśmy budynek i z ulgą odetchnęłyśmy świeżym powietrzem.
Następnego dnia wróciłyśmy do tajemniczego budynku. Tym razem zastałyśmy
gospodynię. Otworzyła nam starsza pani z kokiem na czubku głowy. Wątłe
ciało kobiety zdobiła bordowa, atłasowa sukienka. Zadałyśmy lokatorce
kilka pytań. Niestety kobieta nie potrafiła podać bieżącej daty ani
racjonalnie ocenić swojej sytuacji życiowej, a jednocześnie wyrażała
przekonanie, że jest w pełni samodzielna. Dziesiątki razy zastanawiałam
się, dlaczego kiedy ujrzałam ją po raz pierwszy, włos mi się zjeżył na
głowie. Nie potrafiłam zachować spokoju w jej obecności, a kiedy na mnie
spoglądała, czułam, jakby czytała w moich myślach. Miała przeszywające
spojrzenie, które przy dłuższym kontakcie stawało się nie do zniesienia.
Z czasem dowiedziałam się, że Basia również traciła zmysły w towarzystwie zagadkowej kobiety.
Trzeba było jednak działać, bo Laura wymagała natychmiastowej pomocy.
Baśka przyznała podopiecznej wsparcie opiekunki, a następnie wysłała
prośbę do sądu rodzinnego o umieszczenie starszej pani w domu pomocy
społecznej. Wszystkie czynności podejmowała bez zgody samej
zainteresowanej. Kobieta nie była zdolna do decydowania o własnym losie.
Jednocześnie ze zgrozą myślałyśmy o tym, że do czasu aż nasza
podopieczna znajdzie się w instytucji opiekuńczej, trzeba będzie
zaglądać do mrocznego domu na Kasztankowej. Baśka nie chciała tam
chodzić sama, dlatego za każdym razem prosiła mnie o asystę.
Czułyśmy lęk przed kobietą i jej mrocznym królestwem, a jednocześnie
chciałyśmy poznać jej historię i rozwikłać tajemnicę mieszkania, do
którego można się było dostać przez szafę. Postanowiłyśmy zacząć od
szczerej rozmowy z Laurą na temat jej życia osobistego. Niestety nie
potrafiła przekazać nam istotnych informacji na własny temat.
Dowiedziałyśmy się tylko tyle, że poznała Zdzisia w sanatorium mniej
więcej przed dwudziestu laty, a z czasem opuściła swoje rodzinne miasto
i wprowadziła się do ukochanego.
Ponieważ ta wiedza niewiele wniosła do sprawy, Basia skontaktowała się
ze znajomą z urzędu cywilnego, która zdradziła nieco więcej szczegółów
na temat podopiecznej. Dowiedziałyśmy się, że Laura nigdy nie wyszła za
mąż i nie miała własnych dzieci. Oznaczało to, że nie miała nikogo, kto
mógłby żywo interesować się jej losem. Była zdana wyłącznie na siebie.
Jak pokazały wyniki naszego późniejszego dochodzenia, historia życiowa
Zdzisława była bogatsza niż historia jego wybranki. W przeszłości miał
żonę i dwoje dzieci, syna i córkę. Gdzieś na świecie żyli zatem
spadkobiercy domu na ulicy Kasztankowej... Laura nie miała do tej
nieruchomości żadnych praw.
Odwiedzałyśmy kobietę średnio raz na dwa tygodnie. Opiekunka robiła to
codziennie. W trakcie jednej z wizyt zdecydowałyśmy się na podjęcie
rozmowy na temat "podziemnego mieszkania", wiedząc, że z punktu widzenia
lokatorki nie miałyśmy prawa dowiedzieć się o jego istnieniu.
- Pani Lauro, to mieszkanie na dole... - wydukała cicho Baśka.
Podopieczna nie zapytała, skąd o nim wiemy, tylko od razu przeszła do
sedna.
- Pani nie była na wojnie, a on tak. Bał się nalotów bombowych. Zbudował
dom wraz z częścią pełniącą funkcję schronu.
Nie potrzebowałam dalszych wyjaśnień, ale Laura chciała dodać coś
jeszcze.
- On... nie był za dobry. Miał dużo pieniędzy. Nie widywał się z dziećmi -
wyrzekła łamiącym się głosem.
Często nie mogła sobie przypomnieć własnego imienia i nazwiska, ale w tamtym momencie odnalazłam w jej słowach prawdę i logikę w najczystszej
postaci. Wiedziałam, że ludzie, którzy doświadczyli piekła wojny,
borykali się z licznymi traumami. Nagle dom, który wzbudzał przerażenie,
zaczął wyzwalać we mnie szczere współczucie.
- Pani, on zbierał jedzenie i chował w różne miejsca... Przeżył Auschwitz.
- Śmierdzące kości - myślałam na głos.
- Walczyłam z tym jego chomikowaniem jedzenia, ale on mnie nie słuchał.
Z czasem odpuściłam - powiedziała niewyraźnie. Z trudem łapała oddech. -
Nie miałam z nim życia... Był taki zimny i agresywny...
- Dobrze już, pani Lauro - powiedziała Baśka tonem nieznoszącym
sprzeciwu. - Dziękujemy za rozmowę. Proszę teraz odpocząć.
Jeszcze tego samego dnia zrobiłyśmy krótki rekonesans po okolicy, który
naprowadził nas na mroczny trop. Udało nam się porozmawiać z kobietą
mieszkającą kilkadziesiąt metrów od willi przy Kasztankowej. Chętnie
podzieliła się z nami informacjami na temat mieszkającej po sąsiedzku
starszej pary.
- Nie utrzymywali z nikim kontaktu - wyjawiła nasza rozmówczyni. -
Mówiliśmy sobie "dzień dobry" i na tym koniec. Raz tylko ona zaczepiła
mnie na ulicy i zaczęła żalić się na niego. To było ze trzy lata temu.
Powiedziała, że z nim się nie da żyć i że kiedyś się od niego uwolni.
Jeśli dobrze pamiętam, to mówiła coś o zastrzykach... On chyba był
cukrzykiem.
Zamarłam. "Nie dostał insuliny na czas", zadźwięczały mi w głowie słowa
dyspozytorki. "A co, jeśli...", pomyślałam, ale nie podzieliłam się z nikim swoimi przypuszczeniami. Prawda niewiele wniosłaby do sprawy.
Jeśli Laura miała na sumieniu śmierć Zdzisia, to musiała zabrać swoją
tajemnicę do grobu.
Kilka miesięcy później sąd wydał postanowienie decydujące o dalszym
losie podopiecznej. Laura nie protestowała, gdy pewnego dnia polecono
jej wsiąść do medycznego SUV-a, który miał przewieźć ją do placówki
zapewniającej całodobową opiekę. Byłam z Baśką na miejscu. Obie
mierzyłyśmy się po raz ostatni z przeszywającym spojrzeniem kobiety.
Niezmiennie wywoływało przerażenie. Gdy SUV odjechał, uznałam sprawę za
zamkniętą.
Instytucje państwowe poczyniły wiele starań, żeby odnaleźć dzieci
Zdzisława. Dom przy Kasztankowej zasługiwał na właścicieli, którzy będą
mieli wystarczająco dużo siły, aby tchnąć w niego nowe życie. Niestety
spadkobiercy zapadli się pod ziemię, a opuszczony budynek stał się mekką
bezdomnych.
Patrycja - łamaczka męskich serc
Przez całą wczesną młodość marzyła o wyrwaniu się z małej wsi, bo
sielskie krajobrazy kojarzyły jej się wyłącznie z ciężką orką. Rodzice
bezskutecznie starali się zatrzymać jedyną córkę przy sobie. Patrycja,
kiedy już coś sobie postanowiła, trzymała się obranego kursu na przekór
wszelkim trudnościom. Sprzedała dom po babci i przeznaczyła większość
pieniędzy na zakup M-2 w dużym mieście. Miała dwadzieścia trzy lata,
własne mieszkanie i marzenia o bogatym mężu. Początkowo posiadała też
środki ze spieniężenia babcinej gospodarki.
Szybko wymazała z pamięci wiejskie pochodzenie i odsunęła się od
rodziców, którzy nie potrafili się pogodzić z tym, jaką drogę obrało ich
ukochane dziecko. Nie kryła swej pogardy do zaniedbanej matki i styranego pracą ojca. Wiodła bujne życie towarzyskie i regularnie
gościła na parkietach największych dyskotek. Miała sztuczne rzęsy,
paznokcie i usta, a w planach powiększenie piersi. Chciała być kobietą,
na widok której mężczyznom cieknie ślinka. Otwarcie mówiła, że lubi, jak
pożerają ją wzrokiem. Uważała, że atrakcyjność toruje drogę do
luksusowego życia.
Darka poznała na dyskotece. Godzinami szeptał jej do ucha miłe słówka i postawił kilka drogich drinków. Powiedział, że jest biznesmenem, który
zarobił już pierwszy milion. Kupił ją. Ich znajomość potoczyła się w zawrotnym tempie, nie pozostawiając miejsca na rozsądne decyzje. Pati
zaszła w ciążę, co nie spodobało się jej wybrankowi. Mężczyźnie nie
spieszyło się do pieluch i bezsennych nocy, porzucił więc matkę swojego
dziecka. Zresztą z czasem okazało się, że dyskotekowy książę jest
zwykłym robotnikiem w fabryce. Pożyczał na weekendy sportową furę szefa,
bo nic nie działało na kobiety lepiej niż połysk czerwonej karoserii.
Przekonał się, że auta były idealnym afrodyzjakiem. Dzięki nim kobiety
zlatywały się do niego jak ćmy do światła.
Choć w trakcie ciąży Pati doświadczała mnóstwa obaw, a jej samopoczucie
psychiczne było fatalne, urodziła zdrowego synka Filipa. Po porodzie
rodzice zaoferowali młodej mamie powrót w skromne rodzinne progi, ale
odmówiła, twierdząc, że nie zniosłaby zapachu obory. Ponieważ nie mogła
liczyć na wysokie alimenty, pogodziła się z tym, że czeka ją uboga
egzystencja i miseczka A zamiast wymarzonej większej. Ubóstwo ma jednak
swoje granice... Pati zgłosiła się więc do MOPS-u i dostała wsparcie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki