Prolog
Anglia, jesień 1984 roku
Niebo było prawie zbyt piękne jak na taki dzień. Październik ozłocił
okolicę cudownym słonecznym blaskiem i wszystko wyglądało tak, jakby sam
Bóg rozświetlił jesienne drzewa i porządnie zaorane pola, aby wyróżnić
ten dzień spośród innych. Pasma jasnego, ostrego różu i krwistej
czerwieni przecinały niebo, malując niezwykłe, imponujące tło dla
umierającego słońca, powoli znikającego w wieczornej mgle na horyzoncie.
Natura triumfowała, chociaż pokorna dusza Cecila Forrestera wydawała się
nie zasługiwać na ten wspaniały spektakl.
Grace była jedyną córką Cecila, która nie płakała na pogrzebie.
Alicia oczywiście płakała, powodowana tym samym wyczuciem dramatyzmu,
które charakteryzowało każdą chwilę jej życia, tak jakby zawsze stała w centralnym punkcie sceny, wystawiając swoją piękną twarz na światło
reflektorów. Płakała połyskującymi w słonecznym blasku łzami i wydawała
długie westchnienia, przerywane szlochem, a jej obleczone w czarne
rękawiczki dłonie drżały, kiedy ocierała policzki haftowaną chusteczką
do nosa. Starała się, aby manifestacja rozpaczy nie zeszpeciła jej
twarzy, wyrażając smutek estetycznym drżeniem warg oraz delikatnym
skłonieniem głowy, osłoniętej przejrzystą czarną woalką, przypiętą do
ronda kapelusza. Leonora także płakała, cicho i żałośnie. Opłakiwała nie
ojca, którego straciła, lecz tego, którego nigdy nie miała. Leżący w trumnie mężczyzna był jej właściwie obcy - równie dobrze mógłby być
dalekim krewnym lub dawnym nauczycielem, bo nigdy nie dopuścił jej
bliżej do siebie. Spojrzała na młodszą siostrę, patrzącą z obojętnym
wyrazem twarzy, jak grabarze opuszczają trumnę do równo wykopanej dziury
w ziemi, i pomyślała, że nie rozumie, dlaczego Grace, jedyna z nich
trzech, która miała powód do prawdziwego smutku, nie okazuje żadnych
uczuć.
Grace była o ponad dziesięć lat młodsza od swoich sióstr. W przeciwieństwie do Alicii i Leonory, które w wieku dziesięciu lat
zostały wysłane do szkoły w Anglii, dorastała w pełnej zieleni
podmiejskiej dzielnicy Buenos Aires, Hurlingham, zamieszkanej głównie
przez angielskie rodziny. Jednak nie różnica wieku czy wieloletnie
rozstanie wzniosły wysoki mur między siostrami, ale fakt, że była inna.
Tajemnicza, oderwana od rzeczywistości, wiotka i ulotna niczym wróżki z bajek dzieciństwa, Grace nie należała do tego świata. Alicia upierała
się, że eteryczna natura Grace ma swoje źródło w fakcie, iż ich matka
rozpaczliwie trzymała ją przy sobie i rozpieszczała, zrozpaczona i osamotniona po rozstaniu ze starszymi córkami, lecz Leonora była innego
zdania - uważała, że Grace po prostu urodziła się inna i że matka dobrze
zrobiła, nie rozstając się z nią. W zimnych salach angielskiej szkoły
Grace zwiędłaby jak polny kwiat. Leonora nie miała co do tego żadnych
wątpliwości, ponieważ sama długo wylewała łzy tęsknoty za domem w twarde
poduszki.
Grace obserwowała opuszczaną do grobu trumnę prawie obojętnie, usiłując
nie słuchać teatralnych szlochów siostry, która teraz zaczęła płakać
głośniej i bardziej rozpaczliwie. Alicia uległa pokusie odegrania
wzruszającej roli na tle cudownie pięknego wieczoru, pod olśniewającym
niebem, lecz Grace nie osądzała jej za to. Patrzyła na trumnę z całkowitym spokojem, zrodzonym z pewności, że wbrew przekonaniu innych
jej ojca wcale nie ma w środku. Wiedziała o tym, ponieważ widziała, jak
w chwili śmierci jego dusza opuściła schorowane ciało. Ojciec uśmiechnął
się do niej, jakby chciał powiedzieć: "Więc jednak od początku miałaś
rację, kochanie", potem zaś, prowadzony przez swoją zmarłą matkę i ukochanego wuja Errola, odpłynął w inny wymiar, zostawiając na ziemi
jedynie zwiędłe ciało. Grace nie miała już siły ani ochoty, aby
powtarzać swoim bliskim tę oczywistą prawdę - w końcu wszyscy i tak się
dowiedzą, jak to jest, kiedy nadejdzie ich czas. Przeniosła wzrok na
stojącą obok matkę, na której delikatnej twarzy malował się żal i ulga,
i wzięła ją za rękę. Audrey z wdzięcznością lekko ścisnęła dłoń córki.
Grace była już wprawdzie młodą kobietą, lecz nie straciła czystości i niewinności, dzięki którym wciąż wydawała się dzieckiem. Audrey
wiedziała zresztą, że w jej oczach Grace nigdy nie przestanie być
dzieckiem.
Dla Audrey Grace była istotą wyjątkową. Już w chwili, gdy przyszła na
świat w szpitalu Małych Towarzyszy Maryi w Buenos Aires, Audrey
zorientowała się, że jej córeczka bardzo różni się od innych dzieci.
Alicia urodziła się, wrzeszcząc z charakterystycznym dla niej
zniecierpliwieniem, Leonora cicho pojawiła się zaraz za siostrą, jak
zwykle ustępując jej miejsca i drżąc w obliczu wielkiej niewiadomej,
jaką był świat. Z Grace było zupełnie inaczej. Wyśliznęła się z drobnego
ciała matki, nie stwarzając żadnych problemów, niczym szczęśliwy
aniołek, i obdarzyła Audrey mądrym, spokojnym i pełnym tajemnic
uśmiechem, który tak zaskoczył przyjmującego poród lekarza, że zbladł
jak ściana. Audrey wcale nie była zdziwiona. Grace przyszła prosto z nieba i Audrey pokochała ją miłością tak intensywną, że aż bolesną.
Przytuliła noworodka do piersi i z zachwytem wpatrzyła się w anielsko
promienną twarzyczkę.
Dla Audrey Grace była błogosławieństwem wybaczającego i rozumiejącego
wszystko Boga. Gęste jasne loczki córeczki tworzyły splątaną, szaloną
aureolę wokół główki, a oczy były jak ciemnozielona rzeka, która w swoich głębinach skrywa wszystkie tajemnice tego świata. Dziewczynka
budziła jednocześnie zachwyt i przerażenie, ponieważ ludziom wydawało
się, że widzi ich na wskroś, jakby znała ich lepiej niż oni sami.
Najbardziej jednak przerażała własnego ojca, który wszelkimi sposobami
starał się unikać kontaktu ze stworzeniem, które było mu tak obce, jak
istota z innej planety. Grace nie była do niego podobna ani z charakteru, ani fizycznie, i nigdy nie poddawała się sile jego woli oraz
gwałtownemu usposobieniu. Uśmiechała się tylko wyrozumiale, jakby
doskonale znała jego naturę i przyczyny, dla których bezustannie z nią
walczył. Ojciec nie rozumiał Grace prawie do samego końca. Tuż przed
śmiercią nagle uśmiechnął się zupełnie jak ona kiedyś, pogodnie i z miłością, jakby wiedział o czymś, co dla innych pozostaje tajemnicą, i objął ją czule. Potem odszedł, a wyraz zadowolenia i szczęścia, który za
życia był mu zupełnie obcy, pozostał na jego twarzy.
Audrey puściła rękę córki, postąpiła krok do przodu, unosząc siwą głowę
z godnością, która podtrzymywała ją w ciągu wielu burzliwych lat, i rzuciła do grobu białą lilię. Szeptem odmówiła krótką modlitwę i podniosła oczy na zachodzące słońce, które znikało za drzewami,
rzucającymi długie czarne cienie na cmentarz. W tej samej chwili jej
myśli rozproszyły się i na fali nostalgii wróciły do czasów, kiedy
miłość rozkwitała wraz z drzewami jacaranda. Teraz, gdy była już stara,
nie chciała kochać, a w każdym razie nie tak jak w latach młodości. Wiek
pozbawił ją tamtych niewinnych nadziei i oczekiwań. Stojąc nad ciemnym
grobem męża, w końcu poddała się wspomnieniom, patrząc, jak powstają w jej umyśle niczym armia duchów, powoli otrząsając się z więzów. Nagle
znowu była młodą dziewczyną, a jej marzenia zachwycały świeżością, pełne
radości i jeszcze niespełnionych obietnic.
Rozdział pierwszy
Angielska kolonia Hurlingham Buenos Aires, 1946 rok
- Audrey, pospiesz się! - syknęła Isla, chwytając szesnastoletnią
siostrę za ramię i wyciągając ją z leżaka. - Ciotka Hilda i ciotka Edna
piją z mamą herbatę. Podobno Emmę Townsend przyłapano w ramionach
jakiegoś Argentyńczyka. Koniecznie musisz posłuchać, to najprawdziwszy
skandal!
Audrey zamknęła powieść i poszła za siostrą przez trawnik do głównego
budynku klubu. Grudniowe słońce ostrymi promieniami prażyło ten malutki
angielski zakątek, ze wszystkich sił opierający się integracji z przedstawicielami narodowości, które zjawiły się tu wcześniej i stopiły
w naród. Anglicy z dumą powiewali swoją flagą, zatkniętą na kruchej
tratwie, unoszącej się na hiszpańskim morzu. Uderzające do głowy zapachy
eukaliptusa i gardenii tańczyły tango z aromatami herbaty i ciasteczek,
a chłodna angielska intonacja i odgłosy eleganckiej gry w tenisa
rozbrzmiewały na tle mocnych uderzeń kopyt galopujących argentyńskich
kuców oraz rozmów zajmujących się nimi gauchos. Dwie kultury pędziły
obok siebie jak dwa konie, nieświadome, że w gruncie rzeczy ciągną ten
sam powóz.
Audrey i Isla dorastały w tej bardzo brytyjskiej części zamożnej
podmiejskiej dzielnicy Buenos Aires, stolicy Argentyny. Wokół klubu
Hurlingham, gdzie w wykładanej boazerią jadalni pod portretami króla i królowej podawano pieczeń wołową i zapiekankę z nerek, kwitła duża,
wpływowa kolonia, w której życie było równie przyjemne jak gra w krykieta. Duże, podobne do pałaców domy stały za wysokimi cisowymi
żywopłotami, w otoczeniu angielskich ogrodów, a posesje łączyły
niebrukowane ani nie pokryte asfaltem drogi, prowadzące wprost na płaską
pampę. Siostry współzawodniczyły ze sobą w biegach i skokach wzwyż i w dal, grywały w tenisa, pływały i drażniły strusia z sąsiedniej posesji,
wrzucając golfowe piłki do jego zagrody i z rozbawieniem przyglądając
się, jak je połyka. Często jeździły konno po rozległej pampie, goniąc
zmykające wśród wysokich traw preriowe zające, a kiedy słońce zachodziło
i granie świerszczy zaczynało zagłuszać parskanie kuców, co nieodmiennie
zapowiadało koniec dnia, siadały wraz z matką i kuzynami w cieniu
eukaliptusowych drzew, urządzając pikniki. Były to beztroskie, niewinne
lata, nieskalane zmartwieniami świata dorosłych. Te zmartwienia czekały
tuż za progiem, lecz na razie intrygi i skandale, o których dorośli
opowiadali sobie przyciszonymi głosami nad ciasteczkami i kanapkami z ogórkiem, były jeszcze tylko źródłem rozbawienia, szczególnie dla Isli,
pragnącej jak najszybciej osiągnąć wiek, kiedy sama będzie mogła stać
się przyczyną wielkiego poruszenia i pełnych oburzenia spojrzeń.
Kiedy Audrey i Isla weszły do klubu, natychmiast zauważyły, że goście
podnoszą głowy znad filiżanek z chińskiej porcelany, aby popatrzeć na
siostry wdzięcznie kroczące między stolikami. Dziewczęta już dawno
przywykły do tego, że zwykle znajdują się w centrum uwagi, lecz podczas
gdy Audrey nieśmiało spuszczała oczy, Isla dumnie zadzierała kształtny
nosek i władczym wzrokiem rozglądała się po sali. Matka mówiła im, że
ludzie zwracają na nie uwagę, ponieważ ich ojciec jest prezesem Związku
Przemysłowców i bardzo ważnym człowiekiem, ale Isla wiedziała, że te
hołdy mają o wiele więcej wspólnego z ich gęstymi, poskręcanymi w sprężynki włosami, sięgającymi aż do pasa i lśniącymi jak wysuszone na
słońcu siano, oraz z przejrzystymi zielonymi oczami.
Isla urodziła się piętnaście miesięcy po Audrey i była wyraźnie
piękniejsza. Uparta i psotna, miała skórę koloru jasnego miodu i uśmiechnięte usta, które budziły zachwyt ludzi, nawet gdy Isla nie
starała się zasłużyć na ich sympatię. Była niższa od siostry, leczy
wydawała się wyższa, ponieważ chodziła lekkim krokiem, z dużą pewnością
siebie i uniesioną głową, z plecami prostymi jak struna. Uwielbiała
zwracać na siebie uwagę i nauczyła się gestykulować płynnymi ruchami
dłoni, jak Latynosi, co nieodmiennie przyciągało ludzkie oczy. Uroda
Audrey była bardziej klasyczna. Starsza siostra miała pociągłą, wrażliwą
twarz, skórę jak alabaster, na której natychmiast znać było każdy,
choćby najsłabszy rumieniec, i oczy pełne rozmarzenia, wywołanego
romantycznymi powieściami i muzyką. Audrey potrafiła spędzać długie
godziny na leżaku w ogrodzie klubu, wyobrażając sobie, jak wygląda świat
odmienny od tego, do którego należała, świat, gdzie namiętni, porywczy
mężczyźni tańczą ze swoimi ukochanymi pod gwiazdami, wdychając gęsty
zapach jaśminu kwitnącego wśród wybrukowanych uliczek Palermo. Pragnęła
się zakochać, lecz matka powtarzała jej, że jest jeszcze za młoda, aby
marnować czas na rozmyślania o romansach.
- Będziesz miała mnóstwo czasu na miłość, kiedy dorośniesz, kochanie -
mawiała, śmiejąc się z marzeń córki. - Czytasz za dużo powieści. Życie
jest zupełnie inne...
Jednak instynkt podpowiadał Audrey, że matka nie ma racji. Dziewczyna
czuła, że zna miłość, zupełnie jakby już doświadczyła jej w innym życiu,
i teraz ogarnięta nostalgią dusza nie mogła doczekać się tego uczucia.
*
- Ach, moje śliczne siostrzeniczki! - wykrzyknęła ciotka Edna na widok
obu dziewcząt. - Rose, dziewczynki pięknieją z dnia na dzień... -
Nachyliła się do ucha siostry. - Jeszcze trochę i młodzi mężczyźni
zaczną się do nich zalecać. Będziesz musiała uważać na Islę, pannica ma
psotny błysk w oczach, bez dwóch zdań.
Ciotka Edna była wdową i nie miała dzieci, ale z typowo angielskim
stoicyzmem starała się traktować tragiczne wydarzenia swojego życia ze
zdrowym poczuciem humoru i zaspokajać macierzyńskie instynkty
serdecznymi związkami z siostrzenicami i siostrzeńcami. Ciotka Hilda
zesztywniała, przyglądając się Audrey i Isli ze starannie skrywaną
niechęcią, spowodowaną faktem, że jej własne cztery córki były chude,
płaskie jak deski, nieatrakcyjne i bezbarwne. Żałowała, że zamiast nich
nie urodziła czterech synów, którzy zapewne mieliby większe szanse na
zawarcie korzystnych małżeństw.
- Siadajcie, dziewczęta. - Ciotka Edna poklepała sąsiednie krzesło
pulchną dłonią, ciężką od biżuterii. - Właśnie rozmawiałyśmy o...
- Pas devant les enfants, nie przy dzieciach - wtrąciła szybko Rose,
nalewając sobie kolejną filiżankę herbaty.
- Och, powiedz, o co chodzi, mamusiu! - poprosiła Isla, robiąc zabawną
minę do ciotki Edny, która odpowiedziała porozumiewawczym mrugnięciem.
Zamierzała opowiedzieć siostrzenicom o wszystkim trochę później, kiedy
zostaną same.
- Nie stałoby się nic złego, gdyby się o tym dowiedziały - zwróciła się
do sióstr. - Właściwie takie sprawy w pewnym sensie stanowią część
edukacji dorastającej dziewczyny, nie sądzisz, Hildo?
Hilda wydęła spierzchnięte wargi i poruszyła sznurem pereł, zdobiącym
jej chudą szyję.
- Zapobieganie zawsze jest lepsze niż leczenie - odparła sucho, ledwo
rozchylając usta. - Ja też nie widzę w tym nic szkodliwego, Rose.
- Dobrze... - przystała Rose, z rezygnacją odchylając się w fotelu. - Ale
ty im to opowiedz, Edno, bo ja jestem zbyt poruszona...
W błękitnych oczach ciotki Edny zabłysło złośliwe rozbawienie. Bez
pośpiechu zapaliła papierosa. Obie jej siostrzenice niecierpliwie
obserwowały, jak głęboko zaciąga się dymem, pragnąc nasilić dramatyczny
efekt.
- Jest to tragiczna, lecz także wyjątkowo romantyczna historia, moje
drogie - zaczęła, wydmuchując chmurkę dymu niczym nieszkodliwy,
przyjaźnie nastawiony smok. - Jak wiecie, Emma Townsend już jakiś czas
temu zaręczyła się z Thomasem Lettonem, lecz teraz okazało się, że
biedaczka jest do szaleństwa zakochana w jakimś Argentyńczyku...
- Co najgorsze, ten chłopak nie pochodzi nawet z dobrej argentyńskiej
rodziny - wtrąciła ciotka Hilda, unosząc brwi, aby podkreślić
dezaprobatę. - To syn piekarza czy kogoś takiego...
Zagłębiła szponiaste palce w należącej do siostry paczce papierosów,
wyjęła jednego i z oburzoną miną zapaliła.
- Ci biedni rodzice! - Rose ze współczuciem pokręciła głową. - Wyobrażam
sobie, jaki to dla nich wstyd...
- Gdzie Emma go poznała? - zapytała Audrey.
Była wstrząśnięta dramatyzmem historii i bardzo chciała dowiedzieć się
czegoś więcej.
- Nie wiadomo - odparła ciotka Edna, rozkoszując się wrażeniem, jakie
jej słowa zrobiły na dziewczętach. - Moim zdaniem chłopak musi mieszkać
gdzieś w sąsiedztwie, bo jak inaczej mogliby na siebie wpaść? Nie
wątpię, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Podobno Emma
wykradała się ze swojego pokoju przez okno i spotykała się z nim o północy, dowiedziałam się tego od bardzo odpowiedzialnej i dobrze
zorientowanej osoby... Wyobraźcie sobie tylko - taki skandal!
Isla zagryzła wargi z podniecenia. Oczy ciotki Edny rozszerzyły się jak
źrenice żaby, która właśnie zauważyła tłustą, dorodną muchę.
- Randki o północy! - powtórzyła z przejęciem, przypominając sobie
własne tajemne spotkania w pawilonie, na które umawiała się w młodości.
- Zupełnie jak w powieści!
- W jaki sposób wszystko się wydało? - zapytała Isla z zapartym tchem,
ignorując łagodnie karcące spojrzenie matki.
- Zauważyła ich babka Emmy, stara pani Featherfield, która najczęściej
nie może spać i do późnej nocy spaceruje po ogrodzie. Zobaczyła młodą
parę, całującą się pod figowcem, i była pewna, że to wnuczka oraz jej
narzeczony, Thomas Letton. Wyobraźcie sobie jej przerażenie, kiedy się
zorientowała, że Emmę trzyma w ramionach obcy, ciemnowłosy chłopak,
który...
- Wystarczy, Edno - odezwała się nagle Rose, z głośnym stuknięciem
odstawiając filiżankę na spodeczek.
- Biedny Thomas Letton musi być na dnie rozpaczy - podjęła Edna,
taktownie poruszając inny wątek historii, aby uczynić zadość prośbie
siostry. - Teraz na pewno nie ożeni się z Emmą...
- Mówiono mi, że głupia dziewczyna upiera się, iż jest zakochana w tym
Argentyńczyku - oznajmiła ciotka Hilda, z irytacją zgniatając niedopałek
w popielniczce. - Podobno błaga swoich nieszczęsnych rodziców, żeby
pozwolili jej wyjść za syna piekarza...
- Coś takiego! - zawołała ciotka Edna.
Zaczęła z podnieceniem wachlować okrągłą twarz kartą dań, delektując się
szczegółami skandalu.
- O mój Boże... - westchnęła żałośnie Rose.
- Cudownie! - ucieszyła się Isla. - Co za wspaniała afera! Myślicie, że
Emma ucieknie z tym chłopakiem?
- Skądże znowu, kochanie - odparła Rose, uspokajająco poklepując córkę
po dłoni. Isla zawsze ekscytowała się najdrobniejszymi rzeczami ponad
wszelką miarę. - To po prostu niemożliwe. Na pewno nie chciałaby
przynieść takiego wstydu rodzinie...
- Jakie to smutne... - przemówiła Audrey, która czuła rozpacz kochanków
tak intensywnie, jakby sama jej doświadczała. - Jakie to strasznie
smutne, że nie mogą być razem... Co z nimi będzie? - Spojrzała na matkę
dużymi, rozmarzonymi oczami.
- Sądzę, że Emma wcześniej czy później odzyska rozsądek. Będzie mogła
uważać się za szczęściarę, jeżeli biedny Thomas Letton zgodzi się mimo
wszystko pojąć ją za żonę. Nie jest to całkowicie wykluczone, bo wiem,
że darzy ją głębokim uczuciem...
- Gdyby to zrobił, należałoby uznać go za świętego - skomentowała ciotka
Hilda, wzruszając ramionami i szybkimi, nerwowymi ruchami rozsmarowując
dżem na rogaliku.
- To prawda - przyznała ciotka Edna. Wyciągnęła rękę i poczęstowała się
kawałkiem pysznego piernika. - Powinna dziękować Bogu na kolanach,
jeżeli Thomas nie zerwie zaręczyn. Wielu mężczyzn nie wróciło z wojny,
więc mnóstwo młodych kobiet pozostanie bez mężów... Trochę dziwię się
Emmie, że nie miała dość zdrowego rozsądku, aby docenić to, co dostała
od losu...
- Czy ten biedny chłopiec jest w niej zakochany? - zagadnęła cicho
Audrey.
- Nie powinien był pozwalać sobie na taką bezczelność - odpowiedziała
krótko ciotka Hilda. - Słyszałyście, że Moira Philips w końcu zwolniła
szofera? Bardzo dobra decyzja, biorąc pod uwagę, że najprawdopodobniej
podsłuchiwał ich rozmowy i przekazywał wszystko rządowi... Co za koszmar,
trudno to sobie wyobrazić...
Audrey siedziała w milczeniu, gdy tymczasem jej matka i ciotki
rozmawiały o szoferze pani Philips. Nie znała zbyt dobrze Emmy Townsend,
ponieważ dziewczyna była od niej o jakieś sześć lat starsza, ale często
widywała ją w klubie. Emma miała miłą, ładną twarz i włosy mysiego
koloru. Audrey zastanawiała się, co teraz robi i co czuje nieszczęśliwie
zakochana dziewczyna. Wyobrażała sobie, że Emma potwornie cierpi, że
przyszłość jawi się jej jako czarna, pozbawiona miłości otchłań.
Zerknęła na siostrę, która ze znudzeniem skubała kanapkę. Sprawa szofera
Moiry Philips była nudna jak flaki z olejem w porównaniu z zakazanym
romansem Emmy Townsend... Audrey wiedziała, że Islę interesuje głównie
zamieszanie, wywołane zachowaniem nieszczęsnej dziewczyny, natomiast
romantyczny, tragiczny wymiar historii nie ma dla niej najmniejszego
znaczenia. Isla cieszyła się, że przez pewien czas wszyscy będą
rozmawiać tylko o Emmie, w dodatku takim samym, przyciszonym głosem,
jakim mówi się o śmierci i pogrzebie, choć w istocie będą czuli
przyjemne podniecenie, powtarzając sobie nieprzyzwoite szczegóły. Isla
była zachwycona, że tak łatwo można zachwiać uporządkowanym życiem
angielskiej wspólnoty i w głębi serca żałowała, że w centrum uwagi
znalazła się Emma Townsend, a nie ona. Cóż, na razie będzie musiała
zadowolić się ekscytacją płynącą z powtarzanych przez rodzinę i sąsiadów
plotek...
*
Minęły co najmniej dwa tygodnie, zanim Emma Townsend pojawiła się w klubie. Plotki i atmosfera skandalu szerzyły się jak pożar w lesie i narastały, aż w końcu panie ze znamienitego stowarzyszenia Hurlingham
Ladies zaczęły szeptać, iż Emma jest w ciąży, co na szczęście okazało
się całkowitą nieprawdą. Stowarzyszenie Hurlingham Ladies składało się z czterech starszych, szacownych dam lub Krokodylic, jak zjadliwie
nazywała je ciotka Edna, które sprawnie i kompetentnie organizowały
wszystkie klubowe imprezy, to znaczy mecze polo, zawody lekkoatletyczne,
wystawy kwiatów, przyjęcia i koktajle na świeżym powietrzu oraz tańce.
We wtorkowe wieczory grywały w brydża, w środy rano w golfa, a w czwartkowe popołudnia malowały i z nużącą regularnością rozsyłały
zaproszenia na herbatki i nocne czuwania modlitewne. Jak mówiła Edna,
Krokodylice stanowiły swoistą "policję protokołu dobrego zachowania" -
każdy wiedział, że popełnił jakieś wykroczenie przeciwko dobrym
manierom, jeśli zaproszenie na małym liliowym kartoniku nie trafiło do
jego skrzynki, chociaż niektórzy z prawdziwą ulgą przyjmowali fakt, że
wreszcie nie muszą wymyślać odpowiedniej wymówki.
Audrey i Isla przez całe te dwa tygodnie cierpliwie wypatrywały biednej
Emmy Townsend. W niedzielę dziewczyna nie pojawiła się w kościele, co
rozwścieczyło cztery damy. Po nabożeństwie długo siedziały przed
budynkiem, raz po raz zbliżając ku sobie ozdobione piórami kapelusze,
gęgając jak gęsi i surowo krytykując Emmę, która nie uznała za stosowne
błagać Boga o wybaczenie. Kiedy w drzwiach kościoła stanął Thomas Letton
z całą rodziną, zgromadzeni zamilkli, podążając wzrokiem za jego
przystojną sylwetką. Thomas z godnością przeszedł główną nawą, a jego
obojętna, spokojna twarz nie zdradzała upokorzenia, jakim z pewnością
było dla niego zachowanie Emmy. Krokodylice ze współczuciem skinęły
głowami, lecz Thomas udał, że ich nie widzi i ze wzrokiem utkwionym w ołtarzu zajął miejsce obok matki i siostry. Emmy nie widziano także na
meczu polo ani na pikniku po zakończeniu gry, zorganizowanym przez dwie
Krokodylice, Charlo Osborne i Dianę Lewis. Obie panie przez całe
popołudnie mamrotały pod nosem, że jeżeli Emma zjawi się na pikniku,
publicznie dadzą do zrozumienia, co o niej myślą i odeślą ją do domu,
chociaż w głębi duszy marzyły, aby mimo wszystko przyszła i dostarczyła
zebranym nowego tematu do plotek. Wreszcie, po ponad dwóch tygodniach,
Emma wraz z rodziną przyszła do klubu na sobotni lunch.
Audrey i Isla siedziały w wydzielonej wnęce z braćmi, rodzicami i naturalnie ciotką Edną, kiedy Emma Townsend z pochyloną głową
przekroczyła próg sali jadalnej, z wielką determinacją wpatrując się w podłogę i unikając wzroku innych gości. Audrey podniosła głowę,
zaskoczona nagłą ciszą, i ujrzała, jak mała grupa przemierza jadalnię
powolnym krokiem, kierując się ku stolikowi w rogu. Wszyscy, to jest
wszyscy poza pułkownikiem Blythe, który ukrył bujne szpakowate wąsy za
egzemplarzem "London Illustrated News", paląc tureckie cygaro,
obserwowali przemarsz rodziny Townsendów. Nawet pan Townsend, postawny
mężczyzna o srebrzystych włosach i kręconych bokobrodach, przełknął
oburzenie, decydując się raczej na milczenie niż na konfrontację, którą
w innych okolicznościach z pewnością by wybrał. Spokojnie zamówił
drinki, potem zaś odwrócił się plecami do reszty małej społeczności,
która z gorliwością wygłodniałych szakali czekała na jego następny gest.
- Coś takiego, Arthur w ogóle na nas nie warczy! - głośno syknęła ciotka
Edna. - To zupełnie do niego niepodobne!
- Wystarczy, moja droga - odezwał się Henry, biorąc garść orzeszków z misy. - Nie do nas należy komentowanie zachowania innych...
- Też tak uważam - przyznała z uśmiechem. - Krokodylice robią to za nas
wszystkich...
- Będą wściekłe, że przegapiły taki spektakl! - Isla zachichotała,
trącając siostrę łokciem.
Jednak Audrey nie dała się wciągnąć do wesołej rozmowy. Z całego serca
współczuła rodzinie, która cierpiała publicznie razem z Emmą.
Kiedy już wydawało się, że Townsendowie ugną się pod ciężarem
upokorzenia, przez salę przebiegło pełne zaskoczenia westchnienie.
Audrey odwróciła się i zobaczyła Thomasa Lettona, który wyprostowany, z mocno wysuniętym podbródkiem, zbliżał się z drugiego końca jadalni. Isla
siedziała z szeroko otwartymi ustami, jakby zamierzała wydać głośny
okrzyk zdumienia, lecz nagle zabrakło jej siły głosu. Albert, młodszy
brat obu dziewcząt, który nigdy nie marnował okazji, aby odpłacić Isli
za lata dokuczania i karcenia, szybko chwycił orzeszka i wrzucił jej
prosto do gardła. Isla rzuciła mu zdziwione spojrzenie, poczerwieniała
jak burak i zaniosła się chrypliwym kaszlem. Zaczęła się dusić, ponieważ
orzech utkwił w tchawicy. Ze zdławionym krzykiem zerwała się na równe
nogi, odepchnęła krzesło i niekontrolowanym ruchem zmiotła ze stołu
szklanki i kieliszki, które z trzaskiem runęły na podłogę, co niezwykle
skutecznie odwróciło uwagę jedzących od Thomasa Lettona i rodziny
Townsendów. Isla przewróciła nalanymi krwią oczami, krztusząc się i gorączkowo machając rękami. Zanim Audrey zdążyła się zorientować, co się
dzieje, ojciec chwycił Islę od tyłu, łącząc dłonie na jej brzuchu i unosząc ją do góry. Dziewczyna bezskutecznie usiłowała chwycić
powietrze, z każdą chwilą coraz bardziej czerwona, podczas gdy wszyscy
goście klubu zgromadzili się dookoła stolika, z niepokojem kibicując
Henry'emu Garnetowi, który walczył o uratowanie córki od bolesnej
śmierci. Rose stała nieruchomo, sparaliżowana strachem, i bezradnie
patrzyła, jak życie ucieka z ciała jej dziecka w straszliwych spazmach.
Zmartwiałymi z przerażenia ustami powtarzała modlitwę. Zaraz potem
zaczęła dziękować mu za ratunek, ponieważ przy kolejnym energicznym
szarpnięciu Henry'ego orzech przesunął się i Isla wreszcie chwyciła
haust powietrza. Albert zalał się łzami, obejmując matkę w pasie
ramionami i przepraszając za bezmyślny żart, ciotka Edna zaś podtrzymała
powracającą znad krawędzi śmierci Islę, która ciężko dyszała i trzęsła
się jak osika. Zebrany tłum zaczął klaskać radośnie i tylko Audrey
zauważyła, jak Emma Townsend opuszcza jadalnię razem z Thomasem
Lettonem. Nie umknęło jej uwagi, że młodzi ludzie trzymali się za ręce.
- Nasz cioteczny dziadek Charlie zakrztusił się na śmierć - zauważyła z powagą ciotka Edna, kiedy oklaski umilkły. - Ale nie orzeszkiem, tylko
kawałkiem sera, zwykłego wiejskiego cheddara, swojego ulubionego
gatunku. Potem zawsze nazywałyśmy go Charliem Cheddarem, pamiętasz,
Rose? Biedny, kochany Charlie Cheddar...
Rozdział drugi
Ku oburzeniu członkiń stowarzyszenia Hurlingham Ladies Thomas Letton i Emma Townsend pobrali się jesienią tego samego roku. Rose była
zachwycona, że rodzina Emmy znowu będzie mogła chodzić z podniesioną
głową, natomiast ciotka Hilda była zdania, że dziewczyna nie zasługuje
na tak porządnego młodego człowieka. Ciotka Edna nazwała siostrę
honorową Krokodylicą i za jej plecami demonstracyjnie kłapała zębami,
doprowadzając Islę do wybuchów niepohamowanej wesołości. Mniej taktowna
od Edny Isla przez kilka dni krążyła wokół mniej lubianej ciotki niczym
ważka, na zmianę kłapiąc i chichocząc.
- Co wstąpiło w tę dziewczynę, Rose? - skarżyła się ciotka Hilda. - Co
ma znaczyć to kłapanie, na miłość boską?
Rose z trudem panowała nad rozbawieniem, zapewniając siostrę, że jest to
tylko niemądra zabawa, którą Isla przyniosła ze szkoły.
- No, dobrze... - odetchnęła ciotka Hilda. - Bo już myślałam, że ma to coś
wspólnego ze mną...
- Skądże znowu, kochanie! Nie zwracaj uwagi na Islę, to wkrótce zajmie
się czymś innym - poradziła Rose.
Okazało się, że miała rację - Isla szybko traciła zainteresowanie
wszystkim, co robiła i po paru dniach drażnienie honorowej Krokodylicy
zdążyło ją znudzić.
Romans Emmy Townsend wywarł ogromne wrażenie na Audrey. Nie potrafiła o nim zapomnieć. Poszła na ślub Emmy i z daleka obserwowała ceremonię,
wyobrażając sobie pannę młodą jako zrezygnowaną cierpiętnicę, ze
złamanym sercem przekraczającą próg życia, w którym nie było miejsca na
miłość. W oczach Audrey tak czarna przyszłość była gorsza niż śmierć,
lecz kiedy dwa tygodnie później młoda para wróciła z podróży poślubnej,
Emma wydawała się zupełnie szczęśliwa w roli żony. Czas zatarł ślady
skandalu, a brytyjska społeczność gotowa była zapomnieć błąd młodej
kobiety. Wkrótce nawet Hurlingham Ladies odłożyły dezaprobatę na półkę,
wdzięcznie uśmiechnięte przyjęły młodą panią Letton i zaczęły wysyłać
jej koperty z małymi liliowymi zaproszeniami z równie nużącą
regularnością jak poprzednio. Tylko Audrey wciąż wyobrażała sobie, że w pogodnym śmiechu Emmy słyszy nutę bólu. Miała wrażenie, że w oczach Emmy
dostrzega wyraz gorzkiego cierpienia, widocznego zwłaszcza w chwilach,
gdy świeżo upieczona małżonka Thomasa Lettona popadała w zamyślenie i wpatrywała się w przestrzeń z takim natężeniem, jakby wspominała tamte
czułe pocałunki pod figowcem. Audrey uważała Emmę za postać tragiczną i była zdania, że ciężkie przeżycia dodały jej twarzy zupełnie nowej,
poważnej i subtelnej urody.
*
Kiedy w styczniu 1948 roku Audrey skończyła osiemnaście lat, matka
zabrała ją na zakupy do wielkiego, imponującego sklepu Harrodsa przy
Avenida Florida. Pojechały tam w towarzystwie ciotki Edny oraz Isli, a po zakupach wybrały się na herbatkę do kawiarni w hotelu Alvear Palace.
Ciotka Edna, która podobnie jak jej siostra Rose nigdy nie była w Londynie, chodziła po sklepie, narzekając, że w niczym nie przypomina
wspaniałego pierwowzoru, lecz Audrey i Isla potraktowały tę wycieczkę
jak cudowną, od dawna oczekiwaną przygodę. Cieszyły się nie tylko
ubraniami, które kupiła im matka, ale także możliwością obserwowania
eleganckich pań w modnych kapeluszach, rękawiczkach i w pantoflach na
niebezpiecznie wysokich obcasach, oglądających kosmetyki i sprowadzane z Europy stroje. Isla z zazdrością przyglądała się, jak jej starsza
siostra przymierza suknie dla dorosłych i jedwabne bluzki, i dąsała się,
że matka nie chce kupić jej kolczyków, dopóki nie skończy osiemnastu
lat. Aby ją ułagodzić, ciotka Edna kupiła jej dżersejowy bliźniak, co
natychmiast przywołało uśmiech na twarz dziewczyny, która doskonale
wiedziała, że matka nie znosi, gdy ktoś niweczy jej niezbyt często
podejmowane próby dyscyplinowania córek.
Upał wydawał się zupełnie nieznośny, kiedy szły zakurzonymi ulicami, nie
zwracając uwagi na małych żebraków, którzy wyskakiwali z cienistych bram
jak małpki, prosząc o pieniądze lub słodycze. Minęły uliczne stoisko z prasą, gdzie promienna twarz Evy Peron uśmiechała się do nich z pierwszych stron wszystkich ogólnokrajowych gazet. Ufarbowane na jasny
blond włosy, ściągnięte w surowy kok, zimne brązowe oczy i triumfalny
wyraz twarzy kobiety, której bezwzględna ambicja nigdy nie miała być
nasycona... Ciotka Edna i Rose pospiesznie minęły kiosk, zachowując swoje
opinie dla siebie. Po mieście krążyło wiele historii o ludziach
zlinczowanych przez tłumy rozwścieczonych peronistów wyłącznie za
nierozważnie wypowiedzianą uwagę. Ulice Buenos Aires nie należały do
miejsc, gdzie można było krytykować Pierwszą Damę. Większość
Argentyńczyków nie czuło się już bezpiecznych nawet we własnych czterech
ścianach.
Audrey uwielbiała Buenos Aires. Każda taka wyprawa dawała jej posmak
wolności i pozwalała spędzić popołudnie w cudownej anonimowości
miejskiego labiryntu. Dziewczyna lubiła przebywać w tłumie ludzi,
spieszących do pracy lub na rozmaite spotkania, albo przechadzających
się leniwie rozsłonecznionymi alejami, w tłumie oglądającym wystawy i mknącym w nieodgadnionym kierunku w świat. Samochody, gwar i hałas
podniecały ją, zielone skwery i bogato zdobione budynki urzekały.
Pragnęła wejść w miejskie życie, stać się jego częścią, niczym jedwabna
nić, która tworzy ogromną tkaninę. Kochała romantyczne małe kafejki i restauracje, które wylewały się na chodniki i służyły jako miejsca
krótkiego odpoczynku przed startem do kolejnego gorączkowego wyścigu.
Pucybuci i sprzedawcy kwiatów siadali razem w cieniu, dyskutując o polityce i interesach, popijając herbatę mate przez pięknie rzeźbione
srebrne słomki. Powietrze było gęste od oparów spalin z rur wydechowych
autobusów oraz karmelu ze stoisk z ciastkami, a ożywione głosy bawiących
się dzieci chwilami całkowicie zagłuszały uliczny gwar. Audrey szła za
matką i z zainteresowaniem rozglądała się dookoła. Widok młodych par,
spacerujących za rękę pod palmami na placu San Martin, pobudził ją do
rozmyślań o miłości, a głęboki zapach gardenii i świeżo skoszonej trawy
przeniósł w świat powieści, które tak lubiła czytać. Wyobraziła sobie,
jak pewnego dnia ona także będzie spacerować z ukochanym i wymieniać z nim ukradkowe pocałunki pod fontanną. Niedługo potem weszły do kawiarni
w hotelu Alvear Palace i Rose zaczęła opowiadać o dwóch młodych
ludziach, którzy w ostatnich dniach przyjechali z Anglii, aby podjąć
pracę w firmie ojca Audrey i Isli.
- Cecil i Louis Forresterowie - powiedziała.
Nie ulegało wątpliwości, że przybysze zrobili na niej dobre wrażenie,
ponieważ kąciki jej ust uniosły się w lekkim uśmiechu.
- Bracia? - zapytała ciotka Edna, odpinając jeden guzik bluzki i wachlując spoconą skórę.
- Tak, bracia. Cecil, starszy, ma trzydzieści lat, a Louis dwadzieścia
dwa. Louis jest odrobinę... - przerwała, szukając odpowiedniego
określenia, aby nie wykazać się złośliwością. - Odrobinę ekscentryczny -
dokończyła z naciskiem. - Natomiast Cecil to przystojny, elegancki i wyjątkowo czarujący młody człowiek...
- Mogę zamówić sobie naleśniki z dulce de leche? - wtrąciła Isla, nie
spuszczając łakomego spojrzenia z barowego wózeczka z ciastkami,
popychanego przez kelnera w białych rękawiczkach, który z zachwytem
zerkał na dwie ładne dziewczyny.
- Oczywiście, kochanie - odparła Rose. - Ty także masz ochotę na dulce
de leche? - zwróciła się do Audrey, która skinęła głową.
- Czy ci Forresterowie przyjechali sami? - zapytała matkę.
- Tak. Biedny Cecil był na wojnie, wydaje mi się, że robił coś naprawdę
ważnego. - Rose westchnęła ciężko.
Chciała dodać, że Louis odmówił wstąpienia do wojska i pozostał w Londynie, gdzie z uporem godnym lepszej sprawy grał melancholijne
melodie na wielkim fortepianie, nawet w czasie nalotów, ale w ostatniej
chwili ugryzła się w język. Uznała, że zachowałaby się niesprawiedliwie,
nastawiając dziewczęta negatywnie do Louisa jeszcze zanim zdążyły go
poznać.
- Przyjechali tutaj, aby wyrwać się z Europy pogrążonej w powojennej
depresji. Ich ojciec, który w przeszłości prowadził interesy z Henrym,
zaproponował, żeby spróbowali spędzić trochę czasu w Buenos Aires.
Kiedyś zrobił nam sporą uprzejmość, bardzo dobrze zachował się w stosunku do Henry'ego, więc naprawdę się cieszę, że teraz możemy trochę
pomóc jego synom. Zatrzymali się w klubie.
- Młodych mężczyzn nigdy dosyć, zwłaszcza w tych czasach - oświadczyła
ciotka Edna, nalewając sobie dużą filiżankę earl greya. - Wojna ograbiła
nas z najlepszej męskiej młodzieży, to doprawdy wielka tragedia...
- Tak... - Rose pokiwała głową.
W głębi duszy pogardzała młodym Louisem za brak odwagi. Jej mąż i wielu
innych wyprawiło się w niebezpieczną drogę za morze, ryzykując życie,
aby bronić kraju, który uważali za swoją ojczyznę, chociaż niektórzy z nich nigdy wcześniej nie byli w Wielkiej Brytanii. Ona sama także
włączyła się w nurt społecznego wysiłku, razem z innymi paniami z Hurlingham masowo robiąc na drutach swetry, skarpety, czapki i szaliki
dla walczących w Europie. Kiedy wojna wreszcie dobiegła końca, Rose
przysięgła sobie uroczyście, że nigdy więcej nie weźmie do ręki drutów,
ponieważ każde metaliczne kliknięcie przywoływało z jej pamięci straszne
dni pełne oczekiwania, niepewności, obaw i smutku.
- Zaprosisz ich na przyjęcie z okazji urodzin Audrey, mamo? - zapytała
Isla, zdradzając większe zainteresowanie światem z chwilą, gdy jej
talerz został napełniony.
Rose wyprostowała się i lekko przekrzywiła głowę.
- Dlaczego nie... - odpowiedziała, szukając wzrokiem aprobaty u siostry.
- Trzeba ich zaprosić, oczywiście! - wykrzyknęła ciotka Edna z entuzjazmem. - Będzie to doskonała okazja, aby poznali porządnych
Anglików, poza tym wszystkie dziewczęta Hildy szukają mężów, podobnie
jak bliźniaczki Pearson, nie wspominając już o biednej June Hipps, która
za parę miesięcy skończy dwadzieścia dziewięć lat i jeżeli wkrótce nie
znajdzie odpowiedniego kandydata, na pewno zostanie starą panną...
Rose nie zamierzała podsuwać Cecila Forrestera córkom innych kobiet,
chociaż Audrey i Isla były jeszcze za młode, aby myśleć o małżeństwie.
Dziewczęta Hildy i June Hipps nie stanowiły dla nich żadnej konkurencji,
lecz bliźniaczki Pearsonów były smukłe, ładne i zawsze pogodnie
uśmiechnięte. Lekko wydęła wargi i przełknęła niepokój.
- Może i tak, ale to będzie przyjęcie Audrey, a nie targ - zauważyła z lekkim rozdrażnieniem.
Ciotka Edna oblała się rumieńcem aż po rozchwiane podbródki i rzuciła
siostrze pełne wyrzutu spojrzenie.
- Och, wcale nie o to mi chodziło... - wyjąkała. - Nieważne... Jacy oni są,
ci Forresterowie? Myślisz, że przypadną do gustu twoim dziewczętom?
Rose uśmiechnęła się i postawiła filiżankę na spodeczku.
- Na pewno - odrzekła. - Louis jest prawie rówieśnikiem Audrey, ale
wydaje mi się zbyt... zbyt narwany, tak, to chyba właściwe słowo. Musi
dorosnąć i okrzepnąć. Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z Cecilem
- ten jest odpowiedzialny, myślący i przystojny. Czarujący młody
człowiek, chociaż sporo starszy od Audrey. Moim zdaniem nie ma to
wielkiego znaczenia, uważam, że miło jest przebywać w towarzystwie
mężczyzny, który zwiedził trochę świata. Masz ochotę zaprosić ich na
przyjęcie, skarbie? - Rose odwróciła się do starszej córki.
Audrey usiłowała ukryć podniecenie, smarując masłem biszkopcik, którego
wcale nie zamierzała zjeść, i niepewnie kiwnęła głową.
- Założę się, że Forresterowie zakochają się w Audrey. - Isla
zachichotała. - Och, dam sobie rękę uciąć, że tak będzie! - dorzuciła w odpowiedzi na zażenowane spojrzenie siostry. - Nie bądź taka wstydliwa,
jesteś o wiele ładniejsza od innych dziewczyn, nawet od bliźniaczek
Pearsonów. Tak czy inaczej, chcę zatańczyć z nimi obydwoma...
- Będziesz musiała zaczekać na zaproszenie - odpowiedziała Rose i z uśmiechem odwróciła się do Edny. - Co pomyślałyby sobie Krokodylice,
gdyby Isla zaczęła prosić mężczyzn do tańca? - Zaśmiała się.
- Kłap, kłap, kłap! - Ciotka Edna kłapnęła zębami, a jej podbródki
zatrzęsły się tak mocno, że wszystkie cztery kobiety wybuchnęły
serdecznym śmiechem.
*
Audrey i Isla nie musiały długo czekać na spotkanie z braćmi
Forresterami, ponieważ kilka dni później ich ojciec zaprosił obu młodych
ludzi na kolację w domu przy Canning Street. Stół ustawiony był w cieniu
winnych krzewów na tarasie i oświetlony dużymi lampami oraz świecami,
które pełniły rolę nie tylko źródła światła, ale także dekoracji.
Dziewczęta przystroiły obrus świeżymi kwiatami z ogrodu i ułożyły z nich
piękny bukiet, natomiast Rose starannie i szczegółowo omówiła menu z młodą kucharką imieniem Marisol. Rose zaprosiła na kolację Ednę, nie
tylko z dobrego serca i uprzejmości, lecz także dlatego, że zależało jej
na opinii siostry o Cecilu Forresterze, który w przyszłości mógłby
okazać się znakomitym kandydatem do ręki Audrey. Postanowiła, że do
stołu zasiądą tylko dorośli i dziewczęta, ponieważ obecność młodszych
braci, a szczególnie Alberta, z pewnością wywołałaby niepożądane reakcje
ze strony Isli.
Audrey i Isla czekały na gości w ogrodzie, ubrane w nowe sukienki, które
matka kupiła im u Harrodsa. Isla zauważyła, że jej siostra wygląda jak
młoda kobieta i poczuła się odrobinę niepewnie u jej boku. Była tylko o piętnaście miesięcy młodsza, lecz tego wieczoru Audrey sprawiała
wrażenie prawie dorosłej, nawet trzymała się inaczej niż zwykle, z większą godnością i powagą. Islę po raz pierwszy ogarnęło uczucie
dziwnego smutku na myśl, że ich dzieciństwo powoli dobiega końca.
- Obie wyglądacie cudownie, dziewczęta! - zawołała ciotka Edna,
wychodząc z domu w jedwabnej bluzce i spódnicy koloru kości słoniowej,
bawiąc się długim sznurem pereł, zwisającym aż do pasa i równo
układającym się na jej obfitym biuście.
Edna roztaczała wokół siebie intensywny zapach perfum Christiana Diora,
a na grzbiecie nosa miała górkę nierozprowadzonego puszkiem pudru, która
wyglądała jak miniaturowa zaspa śnieżna. Isla nie miała zamiaru radzić
ciotce, aby poprawiła makijaż. Wręcz odwrotnie, doszła nawet do wniosku,
że zabawnie będzie obserwować niczego nieświadomą Ednę w czasie kolacji,
lecz na szczęście Audrey miała lepsze serce. Natychmiast powiedziała o tym Ednie i sama delikatnie zmiotła nadmiar pudru z jej nosa.
- Jesteś kochana... - Edna wyjęła puderniczkę z torebki i pospiesznie
sprawdziła w lusterku, czy nie przeoczyła czegoś jeszcze.
Usatysfakcjonowana, że udało jej się osiągnąć doskonały efekt,
uszminkowała usta, zatrzasnęła torebkę i zerknęła na zegarek. - Zaraz tu
będą... Muszę powiedzieć, że ja również jestem ich bardzo ciekawa... W klubie aż huczy od różnych opowieści na ich temat. Dzisiaj słyszałam, że
wczoraj po południu Cecil pomógł starej Dianie Lewis wsiąść do samochodu
i dosłownie olśnił ją swoim urokiem... Zaraz potem wpadłam na Charlo,
która powiedziała mi, że wczoraj wieczorem pułkownik Blythe zjadł z Cecilem kolację i do rana grali w karty. Podobno bardzo się
zaprzyjaźnili. Pułkownik uwielbia snuć wojenne opowieści, których my
wszyscy mamy już serdecznie dosyć, tymczasem ten kochany Cecil kilka
godzin rozmawiał z nim o swoich przeżyciach. Pułkownik mówi, że Cecil
ponad wszelką wątpliwość wykazał się wielką odwagą i w przeciwieństwie
do brata cieszy się świetlaną reputacją w Londynie. Wszyscy powtarzają,
że z tego Louisa niezły kawał lenia... Niedawno przez całą noc grał na
fortepianie, co nie bardzo spodobało się innym gościom klubu. Wszystko
byłoby w porządku, gdyby grał jakieś sensowne utwory, ale on podobno
brzdąkał nieprawdopodobnie smutne melodie, od których inni mieli złe
sny... - Edna prychnęła wzgardliwie i odwróciła się w stronę domu.
Dokładnie w tym momencie na trawniku pojawili się Henry oraz Rose,
prowadząc ze sobą dwóch młodych mężczyzn.
- Ach, nareszcie... - Ciotka Edna westchnęła i uśmiechnęła się szeroko. -
Jesteście gotowe, dziewczęta?
I ruszyła przez trawnik na spotkanie gości. Audrey i Isla wymieniły
podekscytowane spojrzenia. Isla nie była w stanie zapanować nad
uśmiechem, który rozjaśnił jej zabawną buzię w chwili, gdy rodzice
przedstawili ją Forresterom, lecz Audrey zdołała zapanować nad sobą i nieśmiało spuściła oczy, podając rękę braciom.
Od razu uderzyło ją, jak wiele ich różni. Cecil był wysoki i szczupły, o regularnych, symetrycznych rysach, przejrzystych błękitnych oczach i długim, arystokratycznym nosie. Jego spojrzenie wydawało się czujne i skupione, podczas gdy Louis wodził dookoła trochę nieprzytomnym
wzrokiem, wyraźnie pogrążony we własnym świecie. Ciemnobrązowe,
porządnie zaczesane na bok włosy Cecila rozdzielał z boku głowy równy
przedziałek. Przy powitaniu uśmiechnął się pogodnie i skinął głową obu
dziewczętom, natychmiast zwracając uwagę na urodę starszej. Louis był
niższy od brata, miał łagodniejsze, mniej regularne rysy i niesymetryczny zarys warg, co ujawniało jego zmienną naturę i ogromną
wrażliwość. Trudno byłoby nazwać go przystojnym, lecz jego twarz
naznaczona była liniami śmiechu i cierpienia, które w oczywisty sposób
przydawały mu atrakcyjności. Kiedy Audrey pochwyciła jego spojrzenie, z niepokojem odkryła, że tonie w jego oczach, dużych i fascynujących.
Pospiesznie utkwiła wzrok w ziemi i natychmiast zauważyła, że buty
Louisa są mocno podniszczone i chyba rzadko czyszczone, a spod krawędzi
nogawek spodni wyzierają dwie różne skarpetki, jedna ciemnoniebieska,
druga czarna. Palce miał długie, smukłe, i blade i poruszał nimi tak
lekko, jakby stale dotykał klawiszy niewidzialnego fortepianu. Gdy po
chwili znowu podniosła oczy, odkryła, że Louis z zaciekawieniem wpatruje
się w nią, odgarniając znad brwi jasną, potarganą falę włosów. Ku swemu
zawstydzeniu zaczerwieniła się mocno, odsłaniając przed całym światem
swój wewnętrzny niepokój. Szybko odwróciła twarz z nadzieją, że nikt
niczego nie zauważył. Louis nie był wybitnie przystojny czy
charyzmatyczny, ale w jego oczach kryło się coś, co rozstrajało jej
duszę. Młody mężczyzna niewątpliwie miał interesującą osobowość, jednak
Audrey instynktownie wyczuwała, że znajomość z nim może okazać się nie
tylko ciekawa, ale i niebezpieczna.
Gospodarze i goście wzięli kieliszki z szampanem i udali się na
przechadzkę po ogrodzie. Cecil szedł obok Henry'ego, Rose i Edny, Audrey
i Isla zaś podążały parę kroków za nimi, idąc po obu stronach Louisa.
Jedynie Rose zwróciła uwagę, że Cecil szybko obejrzał się na brata, w taki sam sposób jak ojciec, który czujnie sprawdza zachowanie nie do
końca normalnego dziecka. Audrey próbowała niezbyt umiejętnie nawiązać
rozmowę, cały czas żałując, że nie idzie razem z rodzicami.
- Mama mówiła nam, że pierwszy raz odwiedzacie Argentynę - powiedziała,
skrywając zażenowanie pod maską uprzejmości.
- Tak - odparł Louis z ciężkim westchnieniem. - Europa wydaje się
pogrążona w wiecznej zimie. Tutaj jest wiosna, a z wiosną przychodzi
nowe życie i nadzieja. Kiedy świeci słońce, zapominamy o rozpaczy...
Audrey spojrzała na niego z zaskoczeniem, nie wiedząc, co miał na myśli
i jak mu odpowiedzieć. Isla zachichotała i zrobiła śmieszną minę, lecz
Audrey udała, że tego nie widzi, obawiając się urazić gościa.
- Argentyńska wiosna jest bardzo piękna - odezwała się z nadzieją, że
Louis nie uzna tej uwagi za głupią. - Po zimie zawsze przychodzi wiosna,
nawet w Europie - dodała impulsywnie.
Louis odwrócił się ku niej i jego twarz nagle oblała się rumieńcem.
Audrey niepewnie przełknęła ślinę, ponieważ w jego oczach wyczytała
niespodziewaną czułość.
- Ma pani rację, rzeczywiście tak jest. - Zmarszczył brwi, usiłując
odgadnąć, czy dziewczyna naprawdę go rozumie, czy po prostu powiedziała
to, ot tak, bez zastanowienia. - Tylko po co nam w ogóle taka pora roku
jak zima? - podjął. - Czasami zastanawiam się, dlaczego Bóg kazał nam
żyć tu, na ziemi, skoro marnujemy życie, walcząc ze sobą...
- Tego nie wiem... - Audrey potrząsnęła głową. - Wiem jednak, że gdyby
wiosna trwała przez cały rok, nie potrafilibyśmy jej docenić, bo ludzie
muszą cierpieć, aby poznać smak szczęścia. Nie wydaje mi się, żeby życie
z założenia miało być łatwe. Wojna to straszna, przerażająca rzecz, ale
wystawia ludzkiego ducha na najcięższą z możliwych prób i może wydobyć z niego ukryte pokłady dobra... - dodała, przypominając sobie głęboko
poruszające opowieści o ludzkiej dobroci, które wielokrotnie słyszała z ust ojca.
- A także pokłady zła - uzupełnił cynicznie Louis. - Wojna to coś, czego
ludzie nigdy nie powinni doświadczać...
- Walczył pan w czasie wojny? - zapytała Isla.
Audrey skrzywiła się, ponieważ wystarczyło raz spojrzeć na Louisa, aby
się zorientować, że nie był na froncie i nie uczestniczył w działaniach
wojennych w żaden inny sposób. Jego policzki splamił gwałtowny rumieniec
wstydu, wargi zadrżały lekko. Cecil przygarbił się, lecz nie przerwał
uprzejmej rozmowy z gospodarzami.
- Nie, nie walczyłem - odparł szybko Louis.
Audrey taktownie zmieniła temat, pragnąc oszczędzić gościowi jeszcze
większego zażenowania.
- Podobno wspaniale gra pan na fortepianie - powiedziała z entuzjazmem.
Louis błyskawicznie odzyskał równowagę ducha, a jego oczy uśmiechnęły
się do niej z wdzięcznością.
- Ciotka Edna mówi, że którejś nocy nie dał pan zasnąć nocującym w klubie i wywołał u nich koszmary senne! - parsknęła Isla.
Louis się roześmiał.
- Grałem tak, jak czułem, ale nawet ja sam nie rozumiem swojego serca.
- Opowiada pan strasznie dziwne rzeczy! - Isla rzuciła mu zdziwione
spojrzenie.
- Isla!
- Nie ma powodu do niepokoju, Audrey - rzekł Louis uspokajająco. - Lubię
ludzi, którzy mówią, co myślą, zwłaszcza że jest ich tak niewielu...
- Obawiam się, że Isla zawsze mówi, co myśli, choć, niestety,
najczęściej w ogóle nie trudzi się myśleniem - powiedziała z uśmiechem
Audrey.
- Za to Audrey myśli zdecydowanie za dużo... - zachichotała Isla.
Audrey spuściła oczy, kiedy znowu spoczął na niej czujny, pełen
skupienia wzrok Louisa.
- Rozumiem... - rzekł cicho.
Audrey czuła się zażenowana całkowicie niewłaściwą, jej zdaniem,
intymnością tego spojrzenia, lecz równocześnie ku swemu przerażeniu
odkryła, że sprawia jej ono dziwną przyjemność. Isla przerwała
milczenie, które nagle zaciążyło między Audrey i Louisem.
- Zostawił pan w Anglii ukochaną? - zagadnęła, pociągając kolejny łyk
szampana.
- Gdybym miał ukochaną, na pewno bym tu nie przyjechał - odparł Louis. -
W końcu Argentyna jest krajem latynoskim, ojczyzną romansu i tanga,
prawda?
Isla znowu zachichotała. Audrey poczuła, że się czerwieni i pochyliła
głowę nad kieliszkiem, próbując to ukryć. Powietrze przesiąknięte było
wilgocią i intensywnym zapachem wiosennej przyrody.
- Ciotka Edna mówi, że w Argentynie brak odpowiednich mężczyzn, ponieważ
wielu pojechało na wojnę i już z niej nie wróciło - palnęła Isla.
Audrey pomyślała, że matka nie powinna była pozwalać Isli pić szampana,
który najwyraźniej dodawał jej odwagi i rozwiązywał język.
- Daj spokój! - zaprotestowała. - Biedny pan Forrester dopiero
przyjechał, a ty chciałabyś ożenić go jeszcze przed kolacją...
Louis zaśmiał się i pokręcił głową.
- Proszę się nie przejmować, zdążyłem się już trochę zorientować, jaka
jest pani siostra. Mówi, co myśli i pod tym względem jest do mnie
podobna... - Zwrócił się do Audrey. - Proszę mówić do mnie po imieniu,
kiedy ktoś nazywa mnie "panem Forresterem", czuję się jak zgrzybiały
staruszek. "Pan Forrester" to ktoś zupełnie inny, na przykład Cecil, do
którego ten tytuł znakomicie pasuje...
- Czy wasza siostra mieszka w Anglii? - zapytała Audrey, idąc za
rodzicami, którzy bez pośpiechu zmierzali w stronę ustawionego na
tarasie stołu.
- Cicely? Tak, w Anglii, w starym, zimnym domu na farmie.
- Musi jej być bardzo smutno, że obaj wyjechaliście do Argentyny...
- Nie sądzę. - Uśmiechnął się smętnie. - Gdybyś znała moją siostrę,
zrozumiałabyś, dlaczego tak mówię... Cicely nie należy do kobiet, które
manifestują serdeczne uczucia.
- A moja siostra tak - odezwała się Isla, która po drugiej lampce
szampana z każdą chwilą mówiła coraz mniej wyraźnie. - Szkoda tylko, że
żyje we własnym świecie i że jest taką niepoprawną marzycielką...
Louis utkwił w twarzy Audrey oczy koloru bławatków i uśmiechnął się
lekko.
- Ja też jestem marzycielem - powiedział.
Audrey miała wrażenie, że na chwilę jego twarz przyćmił ponury cień,
zupełnie jakby słońce nagle przesłoniła ciemna chmura.
- Umarłabym z rozpaczy, gdyby Audrey zostawiła mnie i wyjechała do
innego kraju - wyznała Isla melodramatycznie. - Obiecaj mi, że nigdy
tego nie zrobisz, kochanie...
Audrey rzuciła porozumiewawcze spojrzenie matce, która już zdążyła się
zorientować, że Isla wypiła trochę za dużo.
- Obiecuję - powiedziała pobłażliwie.
Kiedy znowu zerknęła na Louisa, odkryła, że ciemna chmura odpłynęła i na
jego twarzy znowu zagościł pogodny wyraz.
- Idź do kuchni, Islo, i powiedz Marisol, że już możemy siadać do
kolacji - poleciła córce Rose. - A przy okazji wypij dużą szklankę wody...
- dodała szeptem, gdy Isla przechodziła obok niej. - Ojciec będzie
wściekły, gdy zobaczy, że jesteś wstawiona.
*
Goście usiedli po obu stronach Rose. Isla zajęła miejsce obok Louisa i swojego ojca, natomiast Audrey miała po lewej ręce Cecila, a po prawej
ciotkę Ednę. Audrey spojrzała na Louisa i pożałowała, że nie może
zamienić się z siostrą. W tej samej chwili Louis podniósł wzrok. Audrey
natychmiast utkwiła oczy w talerzu z zupą, potem zaś odwróciła się do
ciotki Edny, ponieważ jej matka już zaczęła rozmowę na temat wojny z Cecilem, wyraźnie zachwycona jego przemyśleniami. Gdyby Audrey nie
odwróciła tak szybko wzroku, ujrzałaby, że twarz Louisa rozjaśnił pełen
uroku uśmiech.
- Jest czarujący, prawda? - odezwała się cicho ciotka Edna.
Audrey bez trudu odparła, że nie ma na myśli Louisa.
- Bardzo - odparła automatycznie, aby sprawić ciotce przyjemność.
- I wybitnie przystojny. Przystojny oficer - jakież to romantyczne...
Wydaje mi się, że przypadłaś mu do gustu, moja droga. Widziałam, jak na
ciebie patrzył...
- Och, nie sądzę! - zaprotestowała Audrey. - Poza tym jestem jeszcze za
młoda na miłość...
Ciotka Edna się roześmiała.
- Masz już osiemnaście lat, kochanie! Kiedy byłam w twoim wieku,
zakochałam się w Harrym - powiedziała z naciskiem. - Biedny, kochany
Harry... Był takim dobrym człowiekiem...
- Bardzo go ciocia kochała? - zapytała Audrey, zmieniając temat.
- Bardzo... - Ciotka Edna westchnęła, zaraz jednak otrząsnęła się z melancholijnych wspomnień, nie chcąc, aby zepsuły jej tak przyjemny
wieczór. Uśmiechnęła się lekko, jak zawsze gotowa pokonać smutek
poczuciem humoru. - Harry miał niezwykłe zdolności mimiczne... - zaczęła.
Audrey zerknęła na drugą stronę stołu, gdzie Louis ze śmiechem opowiadał
coś Isli, ona zaś chichotała zalotnie. Ku swemu zaskoczeniu poczuła
nagłe ukłucie zazdrości, więc szybko odwróciła się do ciotki, usiłując
zignorować uczucie, które uważała za prymitywne.
- Potrafił znakomicie naśladować moją matkę, a twoją babkę - ciągnęła
Edna, która nawet nie zauważyła, że jej siostrzenicę dręczą jakieś
rozterki. - Kiedyś ojciec, który właśnie wyszedł do ogrodu, zawołał:
"Elizabeth, co twoim zdaniem należy zrobić z tą wiśnią?". Zanim mama
zdążyła odpowiedzieć, wyręczył ją Harry. "Ściąć ją, kochanie, najlepiej
będzie wyciąć wszystkie drzewa", odkrzyknął. Nie muszę ci mówić, jak
tata się zdziwił...
- Skąd ciocia wiedziała, że to właśnie Harry jest wybrańcem jej serca? -
zapytała Audrey, starając się nie patrzeć na siostrę i Louisa.
Edna zmarszczyła brwi.
- Zadajesz naprawdę trudne pytania... - Jej pulchne palce musnęły
zaręczynowy pierścionek z rubinem, który zawsze nosiła. - Harry był inny
od wszystkich mężczyzn, których spotkałam. Przy nim często się śmiałam...
Chyba po prostu wiedziałam, i już... To była intuicja, zwierzęcy,
prymitywny instynkt - wszystko jedno, jak to nazwiemy. Kiedy był przy
mnie, zawsze miałam wrażenie, że słońce jasno świeci. Mój słoneczny
Harry... Po jego śmierci nic nie było tak samo jak dawniej... - Edna
przygryzła dolną wargę. - Ty także bez wahania odgadniesz, że to ten
jedyny, kochanie. Będziesz wiedziała, kiedy go spotkasz...
Audrey była prawie pewna, że już wie. Znowu spojrzała na Louisa,
świadoma, że ciągną ich ku sobie niewidzialne, potężne moce.
Kiedy podano drugie danie, Rose odwróciła się do Louisa, dając Cecilowi
szansę na nawiązanie rozmowy z Audrey. Dziewczyna odkryła, że
konwersacja z Cecilem jest lekka i łatwa. Jego przystojna twarz miała
przyjazny, miły wyraz i gdyby nie Louis, który siedział naprzeciwko
nich, to wesoły i tryskający radością życia, to ponury i zamyślony,
Audrey oddałaby może serce atrakcyjnemu oficerowi. Nie mogła jednak nic
poradzić na to, że Louis od samego początku wydał jej się najbardziej
pociągającym mężczyzną na świecie. Wbrew sobie wciąż nadstawiała uszu,
usiłując usłyszeć, o czym rozmawiają Louis i jej siostra. Wiedziała, że
nie powinna tego robić, lecz nie potrafiła się oprzeć.
- Jak długo zamierzacie zostać w Argentynie? - zagadnęła.
- Myślę, że mniej więcej dwa lata - odparł Cecil.
Kiedy patrzył na Audrey, nie miał cienia wątpliwości, że mógłby spędzić
tu resztę życia. Kawałek chleba utknął mu w gardle, więc zakasłał i napił się wody. Był całkowicie rozbrojony urodą tej spokojnej młodej
kobiety i czuł się przy niej dziwnie bezradny i pozbawiony zwykłej
pewności siebie.
- Potem wrócicie do Anglii?
- Taki mamy plan.
- Niewykluczone, że Argentyna podbije wasze serca - powiedziała Audrey.
- Wielu przyjeżdża tu na krótko i zostaje na zawsze...
Kąciki ust Cecila uniosły się w uśmiechu. Jego serce już zostało
podbite, chociaż Audrey nie zdawała sobie sprawy, że to ona tego
dokonała.
- Nie zna pani Anglii, prawda? - zapytał Cecil.
Pokręciła przecząco głową.
- Nie, ale tata często nam o niej opowiada, więc czasami mam wrażenie,
że ją znam...
- To niezwykły, cudowny kraj. Może kiedyś znajdzie pani trochę czasu,
żeby tam pojechać.
- Bardzo bym chciała, ale nie mogę sobie wyobrazić, bym mogła żyć z dala
od Argentyny. - Audrey zaśmiała się cicho. - Pułkownik Blythe ma
dziwaczną obsesję na punkcie pogody w Londynie. Regularnie czyta "London
Illustrated News" i przekazuje nam prognozy meteorologiczne z tygodniowym opóźnieniem. Wynika z nich, że w Anglii ciągle pada...
- Ach, niezłomny pułkownik Blythe... - Cecil rzucił Audrey porozumiewawcze
spojrzenie. - Cóż to za wspaniały ekscentryk... Prawdziwy Anglik, ponieważ
podobnie jak my wszyscy rozmawia przede wszystkim o pogodzie i o wojnie...
- Czy rzeczywiście deszcz pada tam prawie bez przerwy?
- Moja droga młoda damo... - zaczął Cecil, doskonale naśladując głęboki
głos pułkownika. - Wszystko wskazuje na to, że naszych rodaków znowu
czeka deszczowe lato. Piekielnie współczuję tym, którzy wybierają się na
wyścigi... - Uśmiechnął się, zachwycony nieskrywanym rozbawieniem
dziewczyny. - Pułkownik Blythe ma rację, w Anglii rzeczywiście często
pada. Czasami człowiek czuje się przemoknięty do szpiku kości. Najgorszy
jest wilgotny ziąb w zimowych miesiącach, za to wiosna w Anglii jest
najpiękniejsza na świecie, nic nie może się z nią równać. Dzięki częstym
opadom drzewa, krzewy i wszystkie rośliny są cudownie zielone, a kiedy
słońce wreszcie wyjrzy zza chmur, ludzie naprawdę się cieszą... Chyba
właśnie dlatego dużo rozmawiają o pogodzie, bo czekają na radość i przyjemność, jaką niesie rzadko pojawiające się słońce...
Cecil nie zauważył, że w czasie krótkich przerw w rozmowie uwaga Audrey
skupiona była na jego bracie. Dziewczyna śmiała się miło i uprzejmie i odpowiadała mu żywo i inteligentnie, dzięki czemu nie tracił gruntu pod
nogami. Cecil Forrester umiał postępować z ludźmi i budzić ich sympatię.
Wszyscy go lubili. Matki uważały go za idealnego kandydata na męża dla
córek, a niektóre pragnęły go dla siebie. Młode dziewczyny widziały w nim wymarzonego mężczyznę i robiły, co w ich mocy, aby go do siebie
przyciągnąć, lecz Audrey była inna. Robiła wrażenie oderwanej od
rzeczywistości, podobnie jak Louis, lecz Cecilowi właśnie ta jej cecha
wydawała się szczególnie atrakcyjna. Czuł, że Audrey znajduje się poza
jego zasięgiem, w świecie, do którego nie miał dostępu.
Spojrzał na Louisa i aż skulił się z zażenowania. Brat nawet się nie
pofatygował, aby przebrać się do kolacji. Cecil był pewny, że zrobił to
wyłącznie po to, by go zirytować. Cóż, Louis był nieobliczalny i nieposkromiony i Cecil zawsze się bał, czy nie urazi kogoś swoim
zachowaniem. Ich rodzice odetchnęli z ulgą, kiedy Cecil oświadczył, że
zabierze Louisa do Ameryki Południowej. Udawali, że jest im smutno, lecz
Cecil świetnie wiedział, iż chętnie zrzucili z siebie odpowiedzialność
za młodszego syna. Louis bardzo ich rozczarował.
Rose poprowadziła siostrę i córki do salonu, zostawiając mężczyzn na
tarasie, aby mogli wypalić cygaro i przedyskutować dobre i złe strony
prywatyzacji. Isla mocno chwyciła Audrey za ramię.
- To najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego dotąd spotkałyśmy! - syknęła.
- Kto? Louis?
Isla ze zniecierpliwieniem potrząsnęła głową.
- Nie wygłupiaj się! Louis jest jakiś dziwny... Mówię o Cecilu. Jest tak
przystojny, że gdy na niego patrzę, pieką mnie oczy...
- Tak, jest przystojny - przyznała Audrey spokojnie. - I doskonale
wychowany.
- Szczęściara z ciebie! Rozmawiałaś z nim przez całą kolację, a ja
mogłam tylko przyglądać mu się z daleka! Nie masz pojęcia, jak się
cieszę, że przyjdzie na twoje przyjęcie urodzinowe! Zatańczę z nim
pierwszy taniec...
- Proszę bardzo.
- Tak dla zabawy, żeby rozdrażnić inne dziewczyny! To najbardziej
interesujący mężczyzna w całym Buenos Aires! I leży u twoich stóp...
- Och, widzę, że jeszcze nie wytrzeźwiałaś! - Audrey się roześmiała.
- Może, ale jestem wystarczająco przytomna, żeby zauważyć, jak na ciebie
patrzy.
- Bzdury! Cecil jest po prostu bardzo uprzejmy, to wszystko!
- Są pewne granice uprzejmości i Cecil z pewnością je przekroczył. -
Isla z uporem pokręciła głową.
Jej słowa pochlebiły Audrey, która mimo wszystko nie była całkowicie
niewrażliwa na względy okazywane jej przez tak atrakcyjnego mężczyznę.
Z Louisem znalazła się sam na sam dopiero później, kiedy bracia już
wychodzili. Stali przed domem, w miękkim świetle ulicznej latarni.
Audrey obejrzała się niespokojnie. Cała jej rodzina stała przed wejściem
do domu razem z Cecilem. Rose pokazywała młodemu człowiekowi rosnące w kącie ogrodu drzewo bez nazwy, stanowiące zagadkę nawet dla przyrodników
z całej Ameryki Południowej, którzy przyjeżdżali do Buenos Aires, aby je
zidentyfikować.
Louis odgarnął jasne włosy z czoła i utkwił wzrok w zdenerwowanej młodej
kobiecie, która przestępowała z nogi na nogę, z każdą chwilą tracąc
pewność siebie.
- Tańczy pani? - zapytał.
To pytanie zaskoczyło Audrey. Była pewna, że Louis zadał je nie z uprzejmości, lecz ze szczerej ciekawości, ponieważ wpatrywał się w nią z takim skupieniem, jakby odpowiedź miała dla niego wielkie znaczenie.
- Trochę... - odparła z nieśmiałym uśmiechem. - Nie jestem zbyt dobrą
tancerką...
- Ale mogłaby pani nią zostać. Porusza się pani z naturalnym wdziękiem i gracją, tańczy pani przez cały czas, chociaż nie zdaje sobie z tego
sprawy...
Audrey spojrzała na swoje stopy.
- Naprawdę, tańczę bardzo rzadko - powiedziała. - Nie miałam dotąd wielu
okazji...
- Pragnę nauczyć się tańczyć tango - oświadczył Louis i lekko strzelił
palcami, jakby starał się uchwycić rytm melodii, której nie słyszał nikt
poza nim. - I zatańczyć na brukowanych uliczkach Buenos Aires, właśnie z panią...
Audrey przygryzła dolną wargę i wstrzymała oddech ze zdumienia, patrząc,
jak Louis zaczyna poruszać całym ciałem, nucąc klasyczne tango. Unosił
ręce i kolana z płynnością typową dla zawodowych tancerzy. Roześmiała
się i ujrzała, jak jego twarz rozjaśnia pełen uroku uśmiech. Pomyślała o słonecznym mężu ciotki Edny i poczuła, że teraz już wie, na czym polegał
jego czar.
- Nie ulega wątpliwości, że umie pan tańczyć - zauważyła szczerze,
żałując, że nie ma dość odwagi, aby zatańczyć razem z nim.
- Tak, ale nie tango.
- Tango to piękny taniec.
- Bardzo piękny - przytaknął. - Formalny, a jednocześnie tętniący
zmysłowością, najbardziej romantyczny ze wszystkich. Tancerze są blisko
siebie, ale nie dość blisko... Kiedy patrzę na parę poruszającą się w rytm
tanga, wyczuwam ten niezwykły nastrój, a kiedy pomyślę, że sam mógłbym
zatańczyć... - Jego oczy rozszerzyły się z podniecenia.
- Mieszkańcy Buenos Aires tańczą tango w Palermo - powiedziała Audrey. -
Był pan tam już?
Louis potrząsnął głową.
- Jest tam mała kawiarnia, w której odbywają się wieczory poświęcone
tangu. Wiem o tym od pokojówki ciotki Hildy, która była tam wiele razy.
To tajemnica, bo ciotka Hilda byłaby oburzona, uważa tango za doznanie
równie intymne jak... - Audrey się zaczerwieniła.
- Jak uprawianie miłości? - podsunął Louis.
- Tak... - Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę.
- I ma rację, ale ja właśnie dlatego tak lubię tango... Pani ciotka musi
być sztywną, zasuszoną staruszką.
Audrey parsknęła śmiechem i na chwilę przytknęła dłonie do rozpalonych
policzków, mając nadzieję, że w ten sposób je ochłodzi.
- Może pewnego dnia jakiś szczęśliwy mężczyzna zabierze panią do Palermo
- dodał cicho Louis.
- Raczej nie, jeżeli moja ciotka lub mama będą miały w tej kwestii coś
do powiedzenia. Nie takiego zachowania spodziewają się po dobrze
wychowanej młodej damie...
- Strasznie nudno jest być dobrze wychowaną młodą damą. - Uśmiechnął
się. - Dobrze wychowanym młodym damom powinno się dawać czas wolny, na
przykład po północy. Wtedy mogłyby zejść ze sceny i trochę się zabawić.
Chciałbym zobaczyć, jak wychodzi pani tylnymi drzwiami i tanecznym
krokiem sunie przed siebie... Jest pani marzycielką, podobnie jak ja...
Ludzie nie rozumieją marzycieli, obawiają się ich. Niech pani nie boi
się marzyć...
Zapadło długie milczenie. Audrey bezskutecznie usiłowała wymyślić jakąś
lekką, pozbawioną znaczenia uwagę, która zbagatelizowałaby jego słowa.
Louis obserwował ją, całkowicie zafascynowany. Był już pewny, że Audrey
należy do tego samego co on rodzaju ludzi i że właśnie ona jest pierwszą
osobą, która naprawdę go zrozumiała. Kierując się instynktem dziecka,
wyczuł, że Audrey posiada wielkie serce oraz wyjątkową zdolność i potrzebę kochania. Potrzeba miłości, która nie opuszczała go od wczesnej
młodości, sprawiła, że zapragnął Audrey z niepohamowaną siłą.
Dziewczyna już miała coś powiedzieć, kiedy jej rodzice poprowadzili małą
grupę w ich kierunku. Wszyscy śmiali się pogodnie i nadal rozmawiali o dziwnym drzewie w kącie ogrodu.
- Więc jak je nazwaliście? - zapytał Cecil.
- Ptasim drzewem - odparł Henry.
- To dlatego, że latem z jakiegoś powodu ściągają na nie ptaki z całej
okolicy - wyjaśniła Rose, wsuwając rękę pod ramię męża.
- Jest piękne, niezależnie od tego, jaką nosi nazwę - oświadczył Cecil.
- Serdecznie dziękujemy za zaproszenie. Spędziliśmy u państwa cudowny
wieczór.
- Cała przyjemność po naszej stronie - odparła entuzjastycznie Rose. -
Chcemy, żebyście się dobrze czuli w Hurlingham. Wpadajcie do nas,
ilekroć przyjdzie wam na to ochota - jesteśmy przecież prawie rodziną...
Zauważyła, że Cecil z wyraźną atencją pożegnał się z Audrey, zanim razem
z bratem ruszyli ulicą w kierunku klubu. Była przyjemnie zaskoczona
faktem, że oboje młodzi tak dobrze się rozumieli; zwróciła też uwagę, że
podczas rozmowy z Louisem Audrey kilka razy zerknęła na stojącego pod
ptasim drzewem Cecila. Rose odetchnęła głęboko, napełniając płuca
łagodnym, ciepłym powietrzem. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wyczuwa
aromat rozkwitających uczuć.
*
Tej nocy Audrey długo nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok i rozmyślała o niespodziewanym zauroczeniu, jakie wtargnęło w jej życie,
odmieniając barwy rzeczywistości. Była zbyt podekscytowana, aby czytać.
Słyszała dobiegające z oddali kroki policjantów patrolujących puste
ulice i cichy szum ciepłego wiatru, który wpadał przez otwarte okno,
niosąc zapach kwiatu pomarańczy i jaśminu, ale nic nie było w stanie
ukoić jej rozedrganych nerwów. Było wilgotno i zbyt gorąco, aby mogła
się wygodnie ułożyć. W końcu zrzuciła z siebie prześcieradło i na
palcach zeszła do cichego holu, a stamtąd wymknęła się do ogrodu.
Dopiero tu odetchnęła pełną piersią. Rosa zwilżyła jej stopy rozkosznie
chłodnymi kroplami. Dziewczyna powoli szła przez pomarańczowy sad,
wspominając krótką rozmowę z Louisem, która zupełnie pozbawiła ją
spokoju. Przywołała z pamięci lekki, nieco leniwy uśmiech i blask w oczach, i zaczęła zastanawiać się nad jego przerażającą, cudowną
impulsywnością. Louis wydawał się żyć w świecie wolnym od reguł,
rządzących egzystencją innych ludzi. Dążył do spełnienia swoich
pragnień, nie zważając na zasady dobrego wychowania. Nie potrafiła
przestać myśleć o młodym mężczyźnie, którego ciepły urok ostro
kontrastował z umiejętnością bezpośredniego wypowiadania przekonań. Nie
umiała go rozgryźć, nie znała nikogo, kto byłby choć trochę do niego
podobny. Wbrew instynktowi, który ostrzegał ją przed głębszym
zaangażowaniem, nie potrafiła okiełznać szalejącej w sercu burzy. Louis
wydawał się przerażająco nieodpowiedzialny i niezrównoważony, ale ona
miała wrażenie, że zna od wieków i jego, i wszystkie obawy, które w niej
budził.
Kiedy wreszcie wróciła do łóżka, natychmiast zapadła w sen pełen tak
przyjemnych obrazów, że wcale nie miała ochoty się obudzić. W półmroku
sennych marzeń tańczyła z Louisem wśród starych, brukowanych uliczek
Palermo. Ich ciała były złączone, przytulone tak mocno, że przez
sukienkę czuła ciepło jego skóry, a także oddech na swojej szyi.
Tańczyli w milczeniu, a kroki tanga nie sprawiały im najmniejszej
trudności, zupełnie jakby oddawali się tej przyjemności przez całe
życie.
Rozdział trzeci
Kiedy na początku marca Garnetowie wrócili do Buenos Aires po
sześciotygodniowych wakacjach w urugwajskim uzdrowisku Punta del Este, z zaniepokojeniem odkryli, że w czasie ich nieobecności Louis Forrester
nie zrobił nic, aby zaskarbić sobie sympatię mieszkających w Argentynie
rodaków. Oczywiście wyskoki młodego człowieka nie umknęły uwagi
Krokodylic, które z rozkoszą dyskutowały o jego błędach podczas
czwartkowego popołudnia przy malarskich sztalugach w zarośniętym
ogrodzie Diany Lewis.
- Ten chłopak naprawdę gra strasznie dziwne melodie - oznajmiła Diana,
zanurzając pędzel w słoiku z mętną wodą, a następnie starannie osuszając
go w ustach. - Można by pomyśleć, że wpada w trans, zwłaszcza że jego
twarz przybiera zupełnie niesamowity, poważny wyraz... Bardzo dziwne...
Wśród czterech Krokodylic Diana wybrała dla siebie najbardziej niewinną
rolę - wypowiadała uwagi, które pozostałe damy dowolnie interpretowały,
rzucając się na jej słowa niczym wygłodniałe hieny. W tym czasie ona
sama szykowała się już do następnego ataku.
- Zawsze jest mi tak trudno oddać barwę nieba - poskarżyła się z wystudiowanym roztargnieniem, czekając, aż przyjaciółki rozprawią się z przynętą, którą przed chwilą rzuciła.
Na szczęście zawsze mogia liczyć na Charlotte Osborne.
- Diano, jesteś królową podtekstów - oznajmiła niezawodna Charlotte. -
Louis jest kompletnie zwariowany, ot co. Te popisy na fortepianie to
jeszcze nic, zwłaszcza że nie można odmówić mu talentu. Mnie niepokoi
jego styl życia. Zachowuje się tak, jakby brakowało mu piątej klepki... -
Charlo zniżyła głos. - Kuku na muniu, bez dwóch zdań... Szkoda tylko, że
nie można zwalić winy za jego wariactwa na wojnę, bo w przeciwieństwie
do innych dzielnych chłopców ani przez chwilę nie brał w niej udziału.
Nie, Louis Forrester jest niezrównoważonym człowiekiem o temperamencie
artysty, i tyle. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy są po prostu inni
- na przykład syn biednej Dorothy Franklin od urodzenia jest
niedorozwinięty i można im obojgu jedynie współczuć, ale Louis nie jest
umysłowym prostaczkiem, o nie... On jest arogancki i narowisty. Tak, bo to
przecież najzwyklejsza arogancja, gdy ktoś nie wkłada krawatu na
proszoną kolację i w ogóle nie dba o swoją powierzchowność. Louis
otwarcie lekceważy zasady dobrego wychowania, które kształtują nasze
społeczeństwo i czynią z nas ludzi cywilizowanych. Tego chłopaka trudno
nazwać cywilizowanym, prawda? - Prychnęła z dezaprobatą. - Masz
niebieskie wargi, Diano - dorzuciła, spoglądając na przyjaciółkę znad
okularów. - Ja po prostu rozmywam niebo...
- Jak to, rozmywasz niebo? - zainteresowała się Diana, zapominając
wytrzeć wargi.
- Mocno zmoczonym pędzlem jeżdżę po całej kartce, a potem dodaję
maleńką, ale to zupełnie maleńką kropelkę błękitu o, tak... - Charlotte
zademonstrowała swoje umiejętności. - Dobry sposób, nie sądzisz?
Odchyliła się trochę i przyjrzała swemu dziełu z takim samym podziwem, z jakim darzyła wszystkie swoje życiowe dokonania. Charlotte Osborne miała
sześćdziesiąt osiem lat, lecz wciąż można było nazwać ją atrakcyjną
kobietą. Miała ładną twarz, inteligentne niebieskie oczy i piękne
srebrzyste włosy. Wierzyła, że atrakcyjność jest kwestią nie tyle urody,
ile pewności siebie i że jeżeli robi się coś z prawdziwym przekonaniem,
zdobywa się podziw i uznanie.
- Bardzo dobry sposób... - westchnęła z podziwem Phyllida Bates, oblizując
suchym językiem wąskie, łuszczące się wargi.
Spośród wszystkich Krokodylic Phyllida była niewątpliwie najbardziej
podstępna, tchórzliwa, lecz także absolutnie bezwzględna. Miała
kręgosłup węża i zawsze skłaniała się w kierunku, który obierała
większość. Rozszarpywanie na kawałki reputacji innych sprawiało jej
niewysłowioną przyjemność.
- Czyżbyś chciała powiedzieć, że Louis Forrester jest umysłowo chory,
droga Charlo? - zapytała, z satysfakcją zacierając artretycznie
powykręcane dłonie.
Charlo roześmiała się głośno.
- Och, Phyllida zawsze jest taka delikatna, wręcz subtelna! - parsknęła.
- Louis Forrester to wariat - wtrąciła Cynthia Klein. Była mniej
zjadliwa od swoich przyjaciółek, zwykle po prostu mówiła to, co myślała,
nie licząc się z konsekwencjami. - Kompletny wariat.
- Zgadzam się. - Charlo skinęła głową. - Niepokoi mnie wyraz jego oczu.
Louis jest całkowicie nieprzewidywalny i wcale nie stara się nad tym
zapanować. Co z tego, że jest dość przystojny, skoro fakt, że nie
walczył za kraj, zaciera wszystkie jego pozytywne cechy. Wiecie, że
któregoś wieczoru widziałam, jak tańczył w ogrodzie, zupełnie sam?
Właśnie wychodziłam z klubu, gdy nagle w świetle księżyca zobaczyłam
jego sylwetkę. To był na pewno on, nikt inny nie nosi kapelusza na
bakier, zwłaszcza wieczorem! Wyobrażacie sobie coś takiego? Tańczył sam,
bez muzyki! Bardzo dziwne. Cecil wstydzi się go i wcale mu się nie
dziwię. Cecil to porządny młody człowiek o nienagannych manierach, który
wrócił z wojny jako bohater, prawdziwy bohater. Właśnie tacy jak on
uratowali nas przed całym tym horrorem nazistowskich Niemiec. Cecil
ryzykował życie, aby zapewnić nam wszystkim bezpieczeństwo, a w tym
samym czasie jego głupi brat tańczył i grał na fortepianie. Co za wstyd!
Czasami zastanawiam się, dlaczego musiał przyjechać akurat tutaj...
- Tego nie wiem, ale wydaje mi się oczywiste, że po prostu nie miał
innego wyjścia, jak tylko wyjechać z Londynu, bo tam wszyscy go już
dobrze znali. - Diana zachichotała, wycierając brudne ręce w fartuch.
- Cóż, tu także nie zrobił dobrego wrażenia - powiedziała Charlo. - Nie
sposób uciec przed taką hańbą... Ciekawe, jaką znalazł sobie wymówkę -
pacyfistyczne przekonania?
- Na pewno, albo jakąś zwariowaną religię. - Diana z satysfakcją
wzbogaciła rozmowę o jeszcze jeden element.
- No tak, najprawdopodobniej należy do jakiejś sekty - przytaknęła
piskliwie Phyllida. - Czarna magia pod maską pacyfizmu...
- Dajcie spokój, dziewczęta, posuwacie się trochę za daleko. - Cynthia
zerwała kartkę papieru ze sztalug i rzuciła ją na trawę, gdzie leżało
już inne dzieło, które zdążyło ją znudzić. - Louisa trudno nazwać złym
człowiekiem. Sęk w tym, że jest trochę za bardzo nieprzewidywalny jak
dla nas, starych kobiet. Nie możemy potępiać go za to, że nie walczył,
skoro nie wiemy, jakimi kierował się motywami. Może miał jakiś ważny
powód. Poza tym uważam, że jest całkiem atrakcyjny, lubię takich
wrażliwych mężczyzn. Louis wygląda na takiego, który wymaga matczynej
opieki...
- Ty mogłabyś być jego babką, skarbie. - Charlo uśmiechnęła się
złośliwie.
- Przyganiał kocioł garnkowi! Ty też nie jesteś już pierwszej młodości,
kochanie!
- Ach, te wszystkie biedne dziewczęta... - westchnęła Diana, podnosząc
pędzel do ust i dodając odrobinę zieleni do zdobiącego jej wargi
błękitu. - Każda ma nadzieję wyjść za mąż, chociaż wojna przetrzebiła
szeregi młodych mężczyzn...
Charlo uśmiechnęła się ironicznie.
- Żadna matka przy zdrowych zmysłach nie chciałaby takiego zięcia jak
Louis - zauważyła Cynthia. - Gdybym była pięćdziesiąt lat młodsza,
próbowałabym zdobyć Cecila. To taki rozsądny młody człowiek...
- Och, z pewnością! - potwierdziła z entuzjazmem Diana, przypominając
sobie, jak parę dni temu Cecil pomógł jej wsiąść do samochodu. -
Prawdziwy dżentelmen! Szlachetny i dobrze wychowany.
- Niestety, dziewczęta potrafią być niewiarygodnie głupie - oświadczyła
wyniosłym tonem. - Nie zawsze wiedzą, co jest dla nich dobre i korzystne. Nie mam cienia wątpliwości, że wcześniej czy później jakaś
biedaczka padnie ofiarą uroku Louisa.
- Louis nadaje się do flirtu, ale nie do małżeństwa - mruknęła Cynthia.
- Kobieta potrzebuje odpowiedzialnego, mądrego mężczyzny, silnego jak
dąb. Właśnie taki był mój Ernie...
- Ernie silny jak dąb?! - wykrzyknęła Charlo. - Raczej jak gałązka! Tak
szybko wzięłaś go pod pantofel, że trudno mówić o jego sile...
- Doprawdy, Charlo, czasami posuwasz się za daleko - skarciła Diana
przyjaciółkę.
- Nie musisz wkraczać na ring, kochanie. - Cynthia się uśmiechnęła. -
Sama doskonale poradzę sobie z obroną Erniego, niech spoczywa w pokoju...
Żaden z twoich trzech mężów nie był dębem, Charlo.
- Cóż, muszę przyznać ci rację - powiedziała Charlotte, zanurzając
pędzel w czerwonej farbie. - Może za czwartym razem będę miała więcej
szczęścia - dorzuciła prowokacyjnie.
Cynthia uniosła brwi.
- Ach, pułkownik Blythe rzeczywiście przypomina dąb. - Westchnęła, nie
mogąc oprzeć się pokusie. - Może faktycznie tym razem dopisze ci
szczęście, moja droga...
Blada twarz Charlo mocno zarumieniła się pod szerokim rondem kapelusza.
- Pułkownik Blythe?! - wykrzyknęły chórem Diana i Phyllida, podnosząc
się tak szybko, jak pozwoliły im na to stare nogi, aby znad sztalug
spojrzeć na przyjaciółkę.
Cynthia triumfowała.
- Ile razy prosił cię o rękę? - zwróciła się do Charlotte. - No, powiedz
nam!
Charlo zesztywniała na taborecie i uniosła podbródek, starając się
zachować spokój. Nie miała zamiaru wychodzić za mąż za pułkownika. Była
zdania, że prosi ją o rękę wyłącznie dla rozrywki.
- Dwa razy - odparła nonszalancko.
Phyllida i Diana wymieniły zaskoczone spojrzenia.
- I co mu odpowiedziałaś? - drążyła Cynthia.
- Och, to zwyczajna dziecinada! - wybuchnęła Charlo, odkładając pędzel i wstając.
- Co mu odpowiedziałaś? - Diana nie dawała za wygraną. - Wiesz coś o tym, Cynthio?
Cynthia wzruszyła ramionami.
- Powiedziałam mu, że mam nieprzyjemny zwyczaj odprowadzania swoich
mężów na cmentarz - powiedziała Charlo z naciskiem. - I nie sądzę, aby
poprosił mnie o rękę po raz trzeci.
- Biedny pułkownik Blythe... - Phyllida westchnęła współczująco. - Czego
może się spodziewać od życia taki stary człowiek jak on?
Charlo przewróciła oczami i bez słowa ruszyła w kierunku domu.
*
Audrey spędziła sześć tygodni nad morzem w oparach romantycznej mgiełki,
stawiając siebie obok bohaterek powieści, które czytała. Wylegiwała się
na piasku, przeżywając w wyobraźni miłosne sceny z Louisem. Wyobrażała
je sobie tak szczegółowo, że w końcu pragnienia przeniknęły jej sny i uczyniły je tak cudownymi, że rano budziła się z najwyższą niechęcią.
Nikt nie zwrócił uwagi na odległy wyraz jej oczu, ponieważ Audrey od
dziecka często popadała w głębokie zamyślenie, tracąc kontakt z rzeczywistością. Matka przypisywała jej zachowanie romantycznym
powieściom, które Audrey po prostu pochłaniała. Ciotka Hilda wciąż
powtarzała, że dziewczyna nie powinna czytać takich bzdur, ponieważ
wypaczają jej umysł.
- Miłość nigdy nikomu nie przyniosła nic dobrego - dodawała kwaśno. -
Najlepszy przykład to Romeo i Julia...
Audrey wróciła do Hurlingham pełna wspaniałych oczekiwań. Perspektywa
ponownego spotkania z Louisem podniecała ją i wprawiała w wielkie
zdenerwowanie. Myślała tylko o tym, że wreszcie znowu jest w tym samym
mieście co on i znowu oddycha tym samym powietrzem. Niestety, czekało ją
bolesne rozczarowanie. Kiedy usłyszała od matki i ciotki Edny, że
wszyscy krytykują Louisa za jego zachowanie, pospiesznie ukryła poczucie
wstydu za maską obojętnego uśmiechu. Dopiero później, gdy została sama w ogrodzie, dała upust gorzkim łzom. Usiadła na ławce pod ulubionym
krzewem różanym Rose i rozpłakała się żałośnie. Jej marzenia legły w gruzach, zanim zdążyły dojrzeć. Związek z Louisem był po prostu
niemożliwy i Audrey nic nie mogła na to poradzić. Następnego dnia
podsłuchała rozmowę Rose i jej sióstr o braciach Forrester i dowiedziała
się, że matka ma nadzieję na jej małżeństwo z Cecilem.
- Nie można tak od razu potępiać Louisa - rzekła Rose w odpowiedzi na
jakąś nieprzychylną uwagę Hildy. - Uważam, że każdemu należy dać szansę.
Pozory najczęściej wprowadzają w błąd...
- Czasami pozory są jednak prawdziwym odbiciem czyjegoś charakteru. -
Hilda z dezaprobatą wydęła wąskie wargi. - W każdym razie z pewnością
tak właśnie jest w przypadku Louisa. Ten chłopak jest równie niechlujny
jak spodnie, które nosi. Łatwo sobie wyobrazić, co mówią o nim
Krokodylice...
Ciotka Edna poprawiła sznur okrągłych bursztynów, zwisający między jej
piersiami, i prychnęła z irytacją.
- Krokodylice są potwornie złośliwe - rzuciła gniewnie. - Opowiadają o nim najprzeróżniejsze rzeczy tylko dlatego, że nie zgłosił się do wojska
w czasie wojny. Jestem pewna, że miał ważny powód...
- Czy on wygląda na takiego, który miałby ważny powód? - przerwała
siostrze Hilda. - Może utyka na jedną nogę albo nie ma ręki? Nie ma
powodu, moja droga.
- Och, biedny Cecil! - westchnęła Rose. - Jakże musi się martwić o swojego nieszczęsnego brata...
- Drogi Cecil... - Edna się uśmiechnęła. - Zwróciłam uwagę, że na kolacji
przed waszym wyjazdem wydawał się wręcz zauroczony Audrey...
- Ja także to zauważyłam - przytaknęła Rose, rumieniąc się z zadowolenia
i dumy. - Możemy tylko mieć nadzieję, że wszystko się ułoży...
Edna kilka razy machnęła czerwonym cygańskim wachlarzem, który Harry
kupił jej w La Boca, w czasie upojnej podróży poślubnej.
- Ja także mam taką nadzieję - powiedziała. - Byłaby z nich wspaniała
para... Co za szczęście, że Cecil przyjechał do Hurlingham...
- Czy nie jest trochę za stary dla Audrey? - zapytała sztywno Hilda.
Była niezadowolona i zaniepokojona, ponieważ nie miała jeszcze okazji
przedstawić Cecilowi swoich córek.
- Och, nie ma sensu przejmować się drobiazgami! - rzuciła Edna ze
zniecierpliwieniem.
Uważała, że Hilda znajduje przyjemność w dokuczaniu innym wyłącznie z tego powodu, iż jej samej raczej nie poszczęściło się w życiu. Hilda
rzuciła jej karcące spojrzenie.
- Ależ on jest od niej dwanaście lat starszy! - oburzyła się. - Zresztą
Audrey nie powinna jeszcze myśleć o małżeństwie, jest za młoda! Moja
Nelly ma już dwadzieścia pięć lat i ani jej w głowie mąż i dzieci!
- Kwaśne winogrona, moja droga - oświadczyła nietaktownie Edna. - Kocham
Nelly, ale doskonale wiem, że nie jest najbardziej czarującą z twoich
córek, a poza tym wcale nie stara się poprawić własnej sytuacji. Gdyby
od czasu do czasu spróbowała się uśmiechnąć, może zdobyłaby sympatię
jakiegoś młodego mężczyzny...
Hilda musiała przyznać Ednie rację. Nelly była brzydka i w ogóle się nie
uśmiechała.
- W sprawach serca wiek nie ma najmniejszego znaczenia - powiedziała
Rose. - Tak czy inaczej, już przed wyjazdem zauważyłam, że Cecil i Audrey przypadli sobie do gustu, i modlę się, żeby rozwinęło się między
nimi prawdziwe uczucie. Zaprosiłam obu chłopców na urodzinowe przyjęcie
Audrey w najbliższą sobotę, oczywiście Louisa tylko ze względu na
Cecila, no i trochę z litości... Nie można go tak zupełnie przekreślać.
- Masz dobre serce, kochanie - pochwaliła ją Edna.
Hilda nie była w stanie zdobyć się na przychylne słowo, ponieważ
dławiąca ją zazdrość nie pozwalała jej miło odezwać się do siostry.
Audrey uciekła do domu, ocierając łzy. Nie chciała tego przyjęcia, nie
chciała widzieć Louisa już nigdy więcej... Żałowała, że w ogóle go
poznała. Mogła tylko pocieszać się myślą, że, co często powtarzał jej
ojciec, wszystko przemija.
Wreszcie, mimo jej niechęci, przyszła sobota, a wraz z nią okropne
oczekiwanie na spotkanie z braćmi Forrester.
- Co ci jest? - zapytała przy śniadaniu Isla. - Wydajesz dziś przyjęcie
urodzinowe, powinnaś być uśmiechnięta od ucha do ucha! Tylko pomyśl, jak
wszyscy będą ci się przyglądać i podziwiać twoją nową suknię. Ja
zamierzam tańczyć do świtu, nie usiądę ani na chwilę, słowo daję!
- Nic mi nie jest. Po prostu nie mam ochoty na całą tę zabawę.
- Ale przed wieczorem spojrzysz na to zupełnie inaczej, zobaczysz! -
pocieszyła ją Isla. - Chyba wstałaś lewą nogą, co?
Nagle zmrużyła zielone oczy i uśmiechnęła się domyślnie.
- Zakochałaś się, prawda? - rzuciła.
Audrey o mały włos nie wypuściła z ręki filiżanki z kawą.
- Skąd ci to przyszło do głowy?! - zaprotestowała, starając się ukryć
drżące dłonie.
- Ależ tak, mam rację! - Isla się roześmiała. - Trafiłam w dziesiątkę!
Przez całe lato byłaś jakaś dziwna... Dokładnie od spotkania z Cecilem
Forresterem...
Audrey poczuła ogromną ulgę.
- Czy to aż takie oczywiste? - zapytała.
- Obawiam się, że tak. Na szczęście tylko dla mnie, bo ja znam cię
lepiej niż inni.
- Nikomu nie powiesz?
- Oczywiście, że nie! Obiecuję. Dlaczego boisz się dzisiejszego
przyjęcia, skoro kochasz Cecila?
Audrey spróbowała grać na zwłokę. Schyliła się, udając, że upadła jej
serwetka. Isla miała słuszność - gdyby rzeczywiście zakochała się w Cecilu, nie miałaby powodu do niezadowolenia.
- Ponieważ on nie odwzajemnia mojego uczucia - odparła ostrożnie,
zaskoczona wiarygodnością swojego kłamstwa.
Isla westchnęła teatralnie.
- Zupełnie nie zdajesz sobie sprawy z własnego uroku! - wykrzyknęła. -
Wszyscy chłopcy kochają się w tobie na zabój i Cecil także, na miłość
boską! Podczas tamtej kolacji wcale tego nie ukrywał!
- Ale od tego czasu minęło ponad sześć tygodni. Na pewno o mnie
zapomniał...
- Bardzo w to wątpię. Rozstanie rozpala namiętność, nie słyszałaś?
Założę się, że Cecil już nie może się doczekać, kiedy cię zobaczy. On
jest taki cudowny, zupełnie inny niż ten jego nieudany brat... Na pewno
zobaczysz się dziś z nim w klubie, jeszcze przed przyjęciem. Chodźmy
pograć w tenisa i popływać. Tata zabrał chłopców na przejażdżkę konno, a mama umówiła się na golfa z ciocią Edną, więc możemy spędzić cały dzień
w klubie. Boże, jak to wspaniale, że wreszcie wróciliśmy do domu!
- Nie wydaje ci się, że powinnam zaczekać do wieczora? - zaoponowała
słabo Audrey.
- Absolutnie nie - oświadczyła Isla. - Skończ szybko śniadanie i jedziemy do klubu.
*
Dziewczęta pojechały do klubu w Hurlingham na rowerach. Ulice
rozbrzmiewały ujadaniem psów, radosnymi piskami dzieci i nawoływaniami
nianiek, spacerujących ze swoimi podopiecznymi pod murami ogrodów i głośno plotkujących po hiszpańsku. Audrey opowiedziała siostrze o swoim
zauroczeniu i udręce, jaką znosiła przez całe lato. Zdumiało ją, że
zwierzenia przyniosły jej ulgę, chociaż przecież mówiły o dwóch różnych
mężczyznach. W miarę, jak zbliżały się do bramy klubu, serce Audrey biło
coraz szybciej. Zrobiło jej się gorąco i poczuła się jakoś dziwnie.
- Uspokój się - powiedziała Isla z rozbawieniem, zeskakując z roweru i opierając go o ścianę. - Nieźle cię trafiło, co? - Wzięła siostrę za
rękę, żeby dodać jej odwagi. - Najlepiej będzie, jeżeli najpierw
popływamy, a później pójdziemy na tenisa. W ten sposób będziesz miała
szansę trochę ochłonąć.
Audrey się zgodziła i poszły prosto na basen. Było jeszcze wcześnie,
więc na terenie klubu kręciło się niewiele osób. W oddali widać było
kilkoro jeźdźców, kłusujących aleją między figowcami, lecz nad brzegiem
basenu nie spotkały żywej duszy i mogły nacieszyć się samotnością.
Raz po raz pokonując długość niewielkiego basenu, Audrey ani na chwilę
nie spuszczała wzroku z parkowej alei. Obawiała się przybycia Louisa, a jednocześnie pragnęła tego z całego serca. Za każdym razem, gdy ktoś
zbiegał po prowadzących z głównego budynku schodach, żołądek ściskał jej
się ze strachu. Wreszcie Isla zaproponowała, by zagrały w tenisa, nim
zrobi się zbyt gorąco, i w ten sposób przynajmniej na chwilę rozproszyła
jej lęki.
Ale i tak nie potrafiła skupić się na grze. Isla grała o wiele lepiej i w końcu zaczęła się irytować, widząc, że Audrey puszcza piłkę lub trafia
w siatkę przez zwykłą nieuwagę. Audrey żałowała, że nie została w domu,
gdzie mogłaby czytać powieść i spokojnie marzyć pod ptasim drzewem.
Marzenia były przecież o wiele przyjemniejsze od rzeczywistości... Po
kilkunastu minutach znudzona grą Isla zaproponowała, aby poszukały
Cecila.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki