Spadające księżyce. Ballada o spadających smokach. Tom 2 - Sarah A. Parker

Kup ebooka

61.99 zł
49.49 zł (46,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tamtego dnienia było nienaturalnie spokojnie. Loff wyglądał niczym tafla hartowanego szkła odbijająca wszystko niezwykle ostro. Nawet najsłabszy podmuch wiatru nie marszczył trawy ani nie świszczał wokół narożników. Wulkany, którymi było upstrzone Gondragh, wyciszyły swój dudniący łomot po raz pierwszy od wielu faz. Ani jeden kamień nie wytaczał się ze swojego miejsca, jeśli mu tak nie polecono, a wtedy odbywało się to sprawnie i bez wysiłku. Nawet chmury nie chciały łkać, jakby zmarszczona twarz wstrzymywała dech przed wydaniem z siebie zbolałego szlochu.

Zupełnie jakby Ignos, Bulder, Clode i Rayne przelali swoje świadomości... dokądś indziej. Zupełnie jakby obserwowali.

Nasłuchiwali.

Zastanawiano się nad tym dziwnym zjawiskiem, ci zaś, którzy potrafili usłyszeć pieśń Stwórców, później mówili, że był to zły omen, zważywszy na to, co nastąpiło później tamtego dnienia. Ich zdaniem wielki srebrzysty księżyc księżycopióra, tkwiący na niebie ponad Zacienieniem, wyglądał tak, jakby chwiał się na swojej wysokiej grzędzie.

Najpierw z ust kogoś zmagającego się ze zbyt wielkim bólem i samotnością wydarł się krzyk. Brzmiący tak, jakby puścił zbyt ciasno ściągnięty szew. Później nadeszły słowa - wyrwane ze spragnionego serca, niezawierające zbyt wiele treści z wyjątkiem nadziei, że złagodzą ból zalegający w kobiecej piersi.

To, do czego doszło później, sprawiło, że Stwórcy wrzasnęli równie potężnie głosami łamiącymi się od złych przeczuć.

A jeszcze później...

Slátra runęła z nieba niczym rozświetlone jajo, spadając z taką szybkością, że ciągnęła za sobą pióropusz ognia. Ci, którzy to widzieli i przeżyli, opowiadali, że tuż przed tym, jak księżyc uderzył w nią z taką siłą, że całym światem aż zatrząsł dreszcz, ziemia wokół nich jakby westchnęła aprobująco. Nic dziwnego, skoro w przyszłości to wydarzenie miało doprowadzić do mocno spóźnionego wyrównania rachunków.

Stwórcy obserwowali wspólnie, jak ta, która wykluła się z księżyca, wyrywa się z pięknych, rozjarzonych szczątków; jej oczy były niczym brokat zmieszany z atramentem, a z głębokiej rany w głowie, spod której wyzierała kość, sączyła się krew. Jak przedziera się w kierunku Arithii z paskudnymi zamiarami... zanim została pojmana. Poskromiona. Wtrącona do celi pod górą, w której tkwił mężczyzna kipiący żądzą krwi.

Obserwowali, jak ją torturowano. Hartowano.

Ostrzono.

Wiedzieli, że koniec rozpoczął się tutaj, pośród echa czegoś, co nastąpiło tak wiele faz wcześniej. Że mężczyzna, którego ta zrzucona z nieba fae kiedyś kochała, przemierzał równiny z sercem przepełnionym bólem i ustami przepełnionymi słowami, które byłyby zdolne zmiażdżyć świat w proch. Że mógłby zakończyć wszystko szybciej i brutalniej niż jakiekolwiek księżycospadanie.

Że los działał przeciwko nim, że zapędził ich w kąt zbyt ciasny i duszący.

Nie opierali się, wiedzieli bowiem, że się mylą. Wiedzieli, że gdyby się opierali, przegraliby. Bo w dnieniu, gdy zastawiali swoją pułapkę, rozdzierali Caelisa na strzępy i wciskali go do klatki, która zgniotła go na wrzeszczącą mierzwę, nie wzięli pod uwagę jednego zjawiska. Czegoś tak potężnego, że nic mu nigdy nie dorówna.

M i ł o ś c i.

KAAN Rozdział 1

Obmacywałem zimne, zwapniałe krawędzie poszarpanej dziury ziejącej w boku Slátry i wyjątkowo ostry fragment zaciął mnie w czubek palca. Ledwo rejestrowałem ból, doznanie kojarzyło mi się z żałobnym trenem za straconym przyjacielem. Niemal je pielęgnowałem; liczne blizny na dłoniach zawdzięczałem temu pięknemu srebrnemu księżycowi.

Zawdzięczałem jej.

Powoli przesunąłem się wokół zwiniętej księżycopiórki do kolejnego otworu, tym razem wąskiego, lecz tak głębokiego, że mogłem wsunąć weń całą rękę i ledwo muskałem tylną ścianę. Czasami sprawdzałem po raz tysięczny, upewniając się, że kształt jest gładki, zanim przechodziłem do następnego. Wyobrażałem sobie, że trzymam brakujące elementy, że wsuwam je na miejsca.

Nie wynikało to z chęci.

Ani zwykłego pragnienia, by dokończyć pracę, jakbym dopełniał skomplikowaną łamigłówkę.

Była to sięgająca głębi duszy potrzeba, napędzająca mnie, odkąd ona runęła z nieba. Potrzeba, która przenikała moje sny i każdy oddech na jawie, odkąd odnalazłem Raeve w tamtej celi, pobitą i zakrwawioną.

Przycisnąłem płasko dłoń pomiędzy zamkniętymi oczyma Slátry.

- Znów będziesz cała - wychrypiałem przez ściśnięte gardło. Musiałem odchrząknąć. Przyłożyłem do niej czoło pomimo chłodu tak przejmującego, że piekła mnie skóra. - Przysięgam na swoje istnienie, że nie spocznę, dopóki nie odnajdę wszystkich elementów i ci ich nie zwrócę.

Nie poruszyła się. Nie otworzyła oczu, nie ujawniła swoich sekretów. A już na pewno nie wypełniła tej poszarpanej wyrwy w mojej piersi, sprawiającej wrażenie, jakby czegoś tam brakowało. Przez wiele faz, jakie upłynęły, odkąd Elluin odeszła, aż nadto zaznajomiłem się z tym uczuciem.

Popatrzyłem na gładkie zagłębienie, które tuliło ją, zanim wykluła się jako Raeve, i w moim nazbyt miękkim sercu rozjarzył się ból innego rodzaju... niemożliwy do zignorowania.

Przemknąłem myślami do miejsca jej pobytu. Do tego, jak Líri wyła nieustannie, gdy uświadomiła sobie, że Raeve zniknęła. Że zostawiła ją w Wypaleniu i postanowiła samodzielnie szukać zemsty.

Odejść od miłości.

Włóknami swojego istnienia wyczułem każdy przenikliwy skowyt. Wciąż je wyczuwałem, gdy tylko stawałem w tamtej jaskini albo pozwalałem, by filtrowały się przeze mnie myśli Ryguna gniazdującego u jej wylotu... Choć mała księżycopiórka wydawała się wyć rzadziej. Zupełnie jakby dawała za wygraną.

Co chyba było jeszcze gorsze.

Złożyłem pocałunek pomiędzy oczyma Slátry i ruszyłem do schodów. Opuszczając mroźny pływ jej srebrzystego światła i wspinając się ku rzeczywistości, ocierałem sobie szron z brody. Przecisnąłem się pomiędzy bujnymi pnączami i wyszedłem na ciepłe powietrze ciężkie od burzy dudniącej w oddali, mijając mokre kwiaty, z których kapała woda tworząca kałuże.

Kiedy dotarłem do drzwi mojego apartamentu, przyciągnął moją uwagę odgłos trzepoczących papierowych skrzydełek.

Wyciągnąłem dłoń, by mógł na niej spocząć nadlatujący skowronek. Serce zabiło mi szybciej, gdy uświadomiłem sobie, że może pochodzić od Raeve. Czy zawiera wiadomość, że jej na mnie zależy, ale nie zamierza wrócić? Coś, czego nie potrafiłaby powiedzieć mi prosto w twarz?

Nie wydostało się ze mnie ani jedno tchnienie, dopóki nie rozprostowałem skowronka i nie przeczytałem od początku do końca treści napisanej w rdzennym języku klanów.

Nie pochodziła od Raeve.

Ulga zalała mnie niczym fala lodowatej wody.

Ponownie przeczytałem wiadomość od Terrosa, analizując najświeższe wieści z jego podróży do Bothaim. W siodle leciał z nim Rekk wieziony ku nieuchronnej zgubie.

Z radością dowiedziałem się, że dotarli tak daleko. Złożyłem skowronka z powrotem i wsunąłem go do kieszeni. Jeśli warunki pogodowe pozwolą, powinni wylądować w Bothaim za dwa lub trzy cykle.

Raeve niewątpliwie będzie czekać. Gotowa obedrzeć Rekka żywcem ze skóry. Miałem nadzieję, że każe mu błagać o śmierć, zanim z nim skończy.

Oby w ten sposób spuściła sobie z żył żądzę krwi.

Odepchnąwszy tę myśl na bok, gwałtownie rozwarłem drzwi i przecisnąłem się między zasłonami. Upewniłem się, że zamknęły się porządnie na nowo, zanim wkroczyłem głębiej do gabinetu. Palcami musnąłem struny lutni. Przystanąłem, podniosłem instrument ze stojaka, oparłem go sobie na biodrze i przeciągnąłem kciukiem po postrzępionych strunach...

Napięte tenorowe dźwięki o drażniącym zabarwieniu kopnęły mnie w pierś. Były echem tego bólu, który przenikał mnie, odkąd Elluin odeszła tak wiele faz temu.

Melodia mojego złamanego serca. Mojej miłości i żałoby.

Powinienem był już dawno wymienić te struny, ale wtedy dźwięk uległby zmianie. Byłoby to nie w porządku. Zwłaszcza że odkąd Slátra poniosła ją w niebo, grałem wyłącznie dla niej. Był to osobisty akompaniament dla jej ducha, grany w nadziei, że przyciągnie jej serce do mnie z powrotem.

Może powinienem był grać dobitniej.

Odchrząknąłem, odstawiłem lutnię na stojak, odkorkowałem karafkę z przepalaną brandy i nalałem jej do szklanki. Upiłem łyk i gdy trunek wypalał sobie drogę do moich wnętrzności, otworzyłem małą szufladę w biurku i wyciągnąłem szklany słoiczek, który schowałem tam ponad trzydzieści cykli wcześniej.

Ukłucie bólu przeniknęło mnie na widok kłębiącej się tam mgły. Zupełnie jakby w środku uwięziono maleńkie tornado.

Ups.

Osunąłem się na skórzany fotel i wziąłem kolejny łyk, odstawiłem kieliszek, a potem ulokowałem słoik na blacie i wyciągnąłem korek. Borg wylał się strugą zrzędliwej mgły, kłębił się i rozlewał, nabierając rozmiaru. Zwinął się w sobie, po czym rozciągnął dalej niż narzuta na łóżko - niemal całkowicie przezroczysty - by wreszcie skupić się na powrót w gęstą, snującą się masę, tyle że większą ode mnie, z czarnymi oczyma błyszczącymi...

Wściekłością? Nie. Rozczarowaniem.

Czyli nawet gorzej.

- Wraca nieobecny król - wymamrotał narzekający przybłęda, dryfując przede mną niczym blada chmura burzowa zakotwiczona w fiolce.

- Borg, ja też za tobą tęskniłem.

- Twoje działania świadczą o czymś innym. - Rozciągnął szeroko usta wyglądające jak paskudne, puste rozdarcie. - Gdy następnym razem przyjdzie ci do głowy, żeby wsadzić mnie do szuflady, nie rób tego.

Pochyliłem brodę i przycisnąłem pięść do piersi.

Wasz Król

CADOK VAEGOR

ogłosił, że wszyscy mieszkańcy miasta mają schronić się w

PODMIEŚCIE.

Nasze prawa

pozostają bez zmian,

tak samo jak

hierarchia.

Wszelki opór zostanie

ukarany.

Korona

- Masz rację, przyjacielu. To było nieprzemyślane. Przyjmij, proszę, moje pokorne przeprosiny.

- To zależy - znowu rozciągnął usta, tym razem w innym kierunku - czy znalazłeś mi ładniejsze naczynie.

W mordę.

- Wciąż nad tym pracuję...

- Kłamiesz. - Przemknął naprzód tak szybko, że włosy na rękach stanęły mi dęba. - Minęło ponad sto faz, a ja wciąż tkwię w tym paskudztwie. Do tego zamykanym korkiem.

Uniosłem brew.

- Jest tu spore okno...

- To bezcelowe, gdy bezrefleksyjnie wrzuca się mnie do szuflady.

Lekki uśmiech wykrzywił mi wargi.

- Słuszna uwaga.

Borg przeciągle, głęboko pociągnął nosem, podsuwając się blisko moich ust, zupełnie jakby zamierzał się tam wcisnąć i zaatakować moje organy wewnętrzne. Taka bliskość zawsze sprawiała, że po plecach przebiegał mi dreszcz.

- Wyczuwam w twoim oddechu trunek.

- Owszem.

- Przyszedłeś mnie nakarmić?

Sięgnąłem po kieliszek i uniosłem go do warg, zmuszając Borga, by cofnął się na tyle, żebym mógł wziąć następny łyk.

- To zależy - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, grając z nim w zwyczajową grę.

Uśmiechnął się przepastnie, a potem wydął w tył, udając, że wydłubuje sobie opar spod mglistych paznokci.

- Wciąż nic nie słyszałem o tej twojej Elluin, inni też nie. Aczkolwiek dobrze odżywiony brat w Gore niedawno natknął się na kogoś, wokół kogo kłębiły się duchy wrzaskiem domagające się rozmowy z nią. Co ciekawe, część z nich należy do upadłej rodziny Nevánów.

Serce niemal wystrzeliło mi z pieprzonej klatki piersiowej.

- Za solidnego kęsa - ciągnął Borg, wciąż skupiając wzrok na paznokciach, podczas gdy we mnie wrzała krew - mógłbym poprosić brata, żeby popytał, jakie wiadomości zamierzały przekazać te duchy...

- Powiedz swoim braciom, żeby natychmiast przestali szukać ducha Elluin - warknąłem z takim naciskiem, że pokój się zakołysał, a pięści zacisnąłem tak mocno, że po kieliszku rozpełzła się siateczka pęknięć. - Ani kogokolwiek z nią powiązanego.

Borg powiał dłonią w to, co moim zdaniem było jego klatką piersiową, zupełnie jakbym właśnie go skrzywdził.

- Ale przysiągłeś karmić mnie przez eon, jeśli zdołam skontaktować się z duchem Ellu...

- Inaczej wleję cię z powrotem we Mgły.

Skurczył się do rozmiaru niedolca i podniósł na mnie wielkie oczy tkwiące w drżącym ciele.

Nie chciał tam wracać.

Przy mnie był znacznie lepiej odżywiony.

- A gdy odnajdziemy resztę twoich cennych księżycowych odłamków? - wypalił, wracając do zwykłego rozmiaru i zawisając nade mną. - Co wtedy ze mną będzie? Wlejesz mnie z powrotem we Mgły? A może zostawisz mnie w szufladzie, aż staniesz się tak stary i zgrzybiały, że zapomnisz w ogóle o moim istnieniu?

Jego słowa piekły, podmywając moją stanowczość. Wiedziałem, jak to jest zostać zamkniętym korkiem i wylądować w ukrytej szufladzie.

- Wciąż jesteś dla mnie użyteczny, Borgu. Nie brakuje mi też bolesnych wspomnień, dzięki którym mogę przekarmiać cię jak samo, jak przez ostatnich sto faz. Choć gdybym był rozsądny - mruknąłem, biorąc kolejny łyk - wymieniłbym cię na brata o łagodniejszym apetycie.

Tym razem rozpłaszczył obie mgliste dłonie na piersi.

- Nie ośmieliłbyś się. Byłem pokornym sługą.

Żarłocznym, sadystycznym sługą. Choć wydawało się to makabryczne, ten przybłęda znał mnie niemal równie dobrze jak Rygun.

Zasmakował większości mojego cierpienia, mojej straty. Za każdym razem, gdy wyciągał na powierzchnię coś bolesnego, przypominało mi to, by każdą chwilę przeżywać z poczuciem celowości. By czcić i kochać z całego serca, a dzięki temu odpychać od siebie wrzód żalu. Udawało się - przeważnie.

- Nie ośmieliłbym się - potwierdziłem szczerze. - Jesteś lojalnym sojusznikiem i wielce cenionym przyjacielem.

Borg oklapł - wszędzie oprócz wydętej piersi - i wrócił do wyskubywania mgły spod strzępiastych paznokci.

- Choć jestem taki ceniony, mam złe informacje dla nas obu, zważywszy mój obecny stan bliski wygłodzeniu.

Uniosłem brew. Zdecydowałem się nie przypominać mu, że to niemożliwe, by rzeczywiście się zagłodził.

- Niestety nie mam żadnych wieści na temat lokalizacji następnych twoich ukochanych odłamków, choć Ruchome Mgły suną dalej na północ niż kiedykolwiek w ostatnich stu fazach. - Rozsunął palce, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu. - Mam nadzieję, że któryś z moich braci, obecnie w nich przebywających, wkrótce coś dostrzeże.

Skinąłem głową, tłumiąc ukłucie rozczarowania.

- Dobrze wiedzieć.

- Może chciałbyś wiedzieć coś jeszcze? - spytał nieśmiało, zabierając się do drugiej dłoni.

Trudno było zignorować chciwą chrypkę, która pojawiła się w jego głosie.

- W zasadzie to tak. Szukam informacji o miejscu pobytu trzech osób.

Przemknął naprzód tak szybko, że wciągnąłem raptownie powietrze i niemal dostałem zeza, próbując wciąż wpatrywać się w jego posępne oczy.

- Mów...

Wziąłem kolejny łyk, by zyskać odrobinę przestrzeni osobistej.

- Moja siostra Veya - wysyczałem. - Moja bratanica Kyzari. I mój alchemik Roan. Wszystkim z nich wysłałem skowronki. - Zakręciłem trunkiem w naczyniu. - Niecierpliwie czekam na wieści od nich.

Co za niedopowiedzenie.

Wyrwa pozostawiona przez nieobecność Raeve wypełniła się niespokojnym lękiem kojarzącym się z błyskawicami, które uderzały we wszystkie moje wrażliwe mięśnie i ścięgna. Zgodziłbym się, żeby Grihm stłukł mnie na miazgę, bo pozwoliłoby mi to skupić się na czymś innym, ale nie miałem go przy sobie.

Nie miałem nikogo przy sobie.

- Ach. Pozwól mi odbyć konsultacje. - Borg przedął się na przyzwoitą odległość i rozmył w całun mgły, która popełzła po podłodze.

- Nie spiesz się - wymamrotałem, wypełniając usta następnym łykiem.

Robiłem, co mogłem, żeby się otępić.

Niemal zdążyłem opróżnić naczynie, zanim Borg stężał na nowo w swój zwykły kształt.

- Mam informacje o twoim alchemiku - obwieścił głosem piskliwym od żarłocznej nuty.

Był niczym lojalne zwierzę, które właśnie złapało szkodnika i zrzuciło mi go na poduszkę.

- O pozostałych nic?

- Nie na tym etapie. Ale moi bracia nasłuchują.

Skinąłem głową, nalałem sobie kolejnego drinka i wysączyłem go trzema głębokimi haustami, aż paliło mnie w gardle.

- Czego łakniesz w to dnienie?

- Młodego Kaana - wypalił, wibrując z podekscytowania, a jego palce drapały powietrze, jakby były długimi pajęczymi odnóżami. - Czegoś naprawdę apetycznego, zważywszy, że tak długo kisiłeś mnie w szufladzie.

- Uczciwie - odmruknąłem, ze stukotem odstawiając puste naczynie na biurko. Prawdę mówiąc, mogło być gorzej. W moim obecnym stanie przywołanie jakiegokolwiek wspomnienia z czasów po tym, jak Elluin wyjechała do Arithii, mogłoby mnie wytrącić z równowagi.

Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy, czując, jak Borg otacza mnie niczym kleista chmura, jak oklepuje dłońmi moje barki, szyję, potem żuchwę, rozpościera palce na moich policzkach. Odnajduje równowagę.

Rozległ się odległy, cyklonowy odgłos jego otwierających się ust, nabierający intensywności, aż zagłuszył moje dudniące serce. Później ogarnęło mnie uczucie zanurzania, jakby zimny język wślizgiwał mi się do gardła, przepychał przez moje fizyczne warstwy. Przez włókna mojej duszy. Wciąż napierał... by wreszcie przybrać kształt haka tak ostrego, że rozdzierał mnie od środka.

Zacisnąłem pięść na szczególnie bolesnym wspomnieniu tkwiącym w żarze moich wulkanicznych wnętrzności, uniosłem je i nabiłem na hak. Borg zaszemrał z uciechy i zaczął przyciągać je miarowymi cięciami...

- On jest ledwie dzieckiem! - Głos mahmi był tak głośny i smutny, że bolało mnie od niego serce. - Proszę, Osternie! Proszę, miej litość...

- Zabierz ją z powrotem do Fortecy! - warknął pahpi przez ramię, tak mocno zaciskając potężną dłoń na mojej ręce, że gdy ciągnął mnie za sobą przez podwórze, miałem wrażenie, że pęknie mi kość. Na każde jego dwa kroki przypadały moje cztery, szybkie i rozpaczliwe.

Strażnicy pospieszyli, żeby chwycić mahmi pomimo jej wielkiego, nabrzmiałego brzucha, i pociągnęli ją znów tam, skąd przyszliśmy.

Wykrzykiwała moje imię tak głośno, że łamał jej się głos. Przestałem ją słyszeć, gdy pomiędzy nami zatrzaśnięto drzwi.

Smok pahpiego kołował ponad nami tak blisko, by wzbudzać podmuch, od którego sypało mi piachem do oczu.

Skrzywiłem się i zamrugałem naprawdę szybko, próbując zdusić łzy. Gdybym zdołał przestać płakać, może pozwolono by mi wrócić do mahmi i upewnić się, czy nic jej nie jest.

Ale łzy nie przestawały płynąć. Nieważne, jak bardzo starałem się je powstrzymać, wciąż leciały kolejne.

Z dziedzińca weszliśmy pod rozkołysane drzewa, a później zaczęliśmy schodzić po wyszczerbionych schodach, na których rozpaczliwie starałem się dotrzymać ojcu kroku.

Moje nogi wreszcie dały za wygraną.

Palący grunt ścierał mi skórę z kolan i biodra, zostawiając krwawą ścieżkę. Zupełnie jak jeden z moich glinianych pisaków rozmazujący się po papierze.

Byłem poobcierany do żywego mięsa i wszędzie mnie piekło, gdy pahpi puścił moją rękę i stanął nade mną niczym wieża. Rozpaczliwie starałem się podnieść, ale dłoń zsunęła mi się za jakąś krawędź i podskoczyło mi serce.

Obejrzałem się przez ramię na ziejącą za mną dziurę. Była jak mroczne gardło czekające, by połknąć...

Ciepła wilgoć rozlała mi się po spodniach.

- Spójrz na mnie, Kaanie.

Otarłem łzy z oczu, by móc wyraźniej widzieć pahpiego. Słońce jarzące się za jego plecami sprawiało, że wyglądał jak gniewny cień.

Ciemne włosy miał nakryte koroną z brązu, która tkwiła tuż ponad głębokimi zmarszczkami wyrytymi pomiędzy stanowczymi oczyma. Mój wzrok przesunął się na trzy paciorki zwisające z jego ucha...

Czerwony.

Brązowy.

Przezroczysty.

Zadrżał mi podbródek, gdy spojrzałem na pomarańczowy kubek w jego pięści, uformowany moimi dłońmi. I to bez żadnej pomocy ze strony Buldera.

Pahpi wciąż mi powtarzał, żebym formował to, formował tamto, formował, formował, formował. Ale rzeczy, które mu dawałem, nigdy nie okazywały się wystarczająco dobre, bo słowa wydostawały się ze mnie urywane. Moje dłonie spisywały się jednak nieźle. Wydawało mi się, że jeśli zrobię dla niego coś idealnego, będzie zadowolony.

Chciałem od niego jedynie uśmiechu.

- Dlaczego płaczesz?

Bo boli mnie serce.

Bo pracowałem całymi dnieniami nad tym kubkiem dla pahpiego, a on spojrzał na niego tak, jak patrzył teraz na mnie. Jakby nie był wystarczająco dobry.

Otarłem kolejne łzy.

- Ja n-n-nie wiem...

- Czy to dlatego, że zraniłem twoje uczucia?

Przyjrzałem się kubkowi w jego dłoni, a potem znów spuściłem wzrok na długie brązowe buty pahpiego. To lepiej, niż patrzeć na jego gniewną twarz.

- Twoje serce jest zbyt miękkie, Kaanie. Zupełnie jak u twojej mah. Zupełnie jak ten kubek.

Zacisnął pięść.

TRZASK.

Skorupy ceramiki rozpadły się po ziemi niczym pokruszone szczątki mojego serca.

Przełknąłem łkanie. Wciąż jednak paliło w drodze w dół, zupełnie jakbym właśnie połknął słońce.

- Wiem, że twoim zdaniem jestem dla ciebie surowy. Twój prapah też był dla mnie surowy. Ale zapominasz, że jesteś synem króla urodzonym z niedostatkami, które mogłyby splamić dziedzictwo Vaegorów.

Te słowa wydostawały się z niego niczym smoczy warkot, potężne i krzywdzące.

Pahpi przykucnął. Czerwony skórzany strój jeździecki napiął mu się na szerokich barkach, gdy celował palcem w okruchy.

- Czas, jaki spędziłeś na formowaniu tego podarunku, powinieneś był poświęcić na swoje jąkanie. Uformuj się w kogoś godnego korony, którą Vaegorowie noszą od fazy, kiedy nasz przodek pierwszy raz dosiadł szablokosa.

Wpatrywałem się w koronę na jego głowie. We wszystkie te ostre szpikulce sterczące ku niebu.

Jak miałbym mu powiedzieć, że nie chcę być tego godny? Że po prostu chcę być godny przytulenia albo uśmiechu.

Godny jego.

Twarz pahpiego złagodniała. Zaraz jednak spojrzał na dwa paciorki, które mahmi wplatała mi we włosy, odkąd pierwszy raz usłyszałem Ignosa i Buldera... lecz nie Clode lub Rayne, na co liczył pahpi.

Uniósł górną wargę.

- Pokaż mi coś, z czego mógłbym być dumny. Inaczej okażesz się nielepszy od służącego.

Pchnął mnie.

Choć spodziewałem się tego, mimo wszystko poczułem w żołądku tak wielki ciężar, że omal nie zwymiotowałem, gdy wpadałem tyłem w mrok.

Uderzyłem w ziemię tak mocno, że nie mogłem zaczerpnąć tchu. Dzwoniło mi w uszach, zakręciło mi się w głowie. Odetchnąłem z wysiłkiem i uświadomiłem sobie, że w piersi boli mnie coś jeszcze. Jakby coś pękło we mnie i wbijało się w ważne organy.

Łapczywie chwytając powietrze, podniosłem wzrok ku światłu powyżej, okrągłemu i blademu jak księżyc księżycopióra...

Pahpi wychylał się przez krawędź. Mięśnie na karku napinały mu się, gdy wypowiadał zdanie, którego nigdy nie zdołałem prawidłowo wygłosić, nieważne, ile razy wrzucał mnie do tej dziury.

Bulder zadrżał wokół mnie, a potem zamknął się z mlaśnięciem, więżąc mnie w ciemności gorącej i gęstej, która ściskała mi gardło. Mimo to zdołałem się odezwać i wypowiedziałem polecenie, lecz sprawiło ono jedynie, że Bulder rozpadł się na odłamki, które uderzyły mnie w głowę i niemal zmiażdżyły. Spróbowałem ponownie; wokół mnie upchnęło się tyle ziemi i skruszonych kamieni, że ledwo mogłem się poruszać.

Całym mną zawładnęło przerażenie.

Wrzeszczałem, płakałem, drapałem poszarpany mrok. Błagałem Buldera, żeby wysłuchał moich urywanych słów. Nic to jednak nie dawało. Jak zawsze.

Bo moje słowa nie działały prawidłowo.

Bo nie byłem trójpaciorkowym, jak pahpi.

Bo byłem słaby, miękki, bezużyteczny...

Borg przestał spijać, rozluźnił swój chwyt. Zupełnie jakby złapał rybę na haczyk wbity w brzuch, a potem wypuścił ją do Loff, choć wypływały z niej wnętrzności.

Zaczerpnąłem gwałtownie tchu i otworzyłem oczy, gdy wspomnienie wiło się i ślizgało w moich trzewiach. Rozejrzałem się w panice dookoła. Upewniłem się, że nie tkwię uwięziony pod ziemią, gdzie wciąż próbuję opanować jąkanie. Że znajduję się w swoim gabinecie, gdzie jestem bezpieczny i sam... pomijając żarłocznego przybłędę.

Borg jęknął i odwiał się w tył.

- Biedny słodki chłopiec - wykrztusił, osadzając się w mglistą poduchę nasyconego zadowolenia. - To było przepyyyszne.

Drżącymi dłońmi nalałem sobie znów pół kieliszka, wychyliłem i trzasnąłem naczyniem o blat biurka.

- Cieszę się, że ci wystarczyło - wycedziłem, nachylając się, żeby rozmasować sobie oczy. - I co z Roanem?

- Moi bracia mieszkający w lochu w Bothaim rozmawiali z nim.

Gwałtownie wyprostowałem plecy.

- W jakim niby pieprzonym lochu?

- Nie zabijaj posłańca - odparł przeciągle, znacznie wolniej, niż bym chciał. - Roan z żalem informuje cię, że, i tu cytuję dosłownie, "zjebałem i stanę przed Trójradą za rzekomą kradzież Xięgi Pustki".

Serce zaciążyło mi tak gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie.

- Kiedy?

- Za trzy dnienia - odpowiedział znów przeciągle Borg, a potem ziewnął, skurczył się do cienkiego pasemka mgły i nie mówiąc już nic więcej, wlał się z powrotem do słoika. Zostawił mnie samego z ciszą.

Patrzyłem pustym wzrokiem, wirowały mi myśli, nie potrafiłem odegnać smrodu nadciągającej wojny.

- W mordę - mruknąłem, zakorkowałem słoik, wstałem i schowałem Borga do kieszeni.

Podszedłem do drzwi i rozwarłem je. Ujrzałem tuż przed sobą Pyroka stojącego na progu, z potarganymi rudymi włosami i uniesioną pięścią. Chyba właśnie zamierzał zapukać. Wyglądał tak, jakby dopiero co wygrzebał się z posłania i od razu dopełzł tutaj.

Napotkałem jego wzrok i szykowałem się już do przekazania mu wieści, że jego młodszy brat czeka w Bothaim na proces, ale dostrzegłem, jaki jest blady. A w jego zielonych oczach widniała nietypowa dla niego panika.

Poczułem ciężar w żołądku.

- Co jest?

Futrzasta dłoń miskunn spoczęła na jego barku i chwyciła go delikatnie.

Zmarszczyłem brwi.

- Lumo?

Ukazała maleńką twarzyczkę o wielkich, bladoróżowych oczach.

- Ja tutaj. - Miskunn podciągała się coraz wyżej, aż wreszcie przysiadła Pyrokowi na ramieniu, drżąc w fałdach barwnego kaftanika, i wyciągnęła dłonie.

Zaskoczony wziąłem ją i szybko przycisnąłem do piersi.

Podkurczyła długie kończyny i wtuliła się we mnie.

Gładziłem jasne futro na jej twarzy, zerkając na Pyroka.

- Widziała coś?

- Taaak. - Podniósł dłoń i podrapał się po głowie. - No bo, ach... Nadciąga księżycospadanie.

Całe powietrze wyrwało mi się z płuc.

- I to paskudne - wymruczała Lumo spod mojej koszuli, ledwo słyszalna ponad dudniącym we mnie pulsem. - Lumo się boi.

Przytuliłem ją mocniej, chcąc ją chronić.

Nie pierwszy raz żałowałem, że jej wizje zaczęły się zaraz po tym, jak opuściła zimną kieszeń swojej zabitej mah, a nie gdy była nieco starsza. Postrzeganie takich rzeczy byłoby trudne dla każdego, a co dopiero dla małego szczenięcia.

- Czy wiesz, gdzie wyląduje, Lumo?

- Niejeden księżyc. - Wcisnęła się głębiej w moją pierś, jakby szukała tam pociechy. - Wiele księżyców.

Na Stwórców...

Rzuciłem spojrzenie Pyrokowi wciąż drapiącemu się po głowie. Pozieleniał, wyglądał, jakby miał zaraz pochylić się i zwymiotować. Wymieniliśmy między sobą bezgłośne słowa.

- Ile, Lumo? - Ująłem jej policzki i podrapałem ją za uchem, mając nadzieję przynieść jej pocieszenie. - Czy widziałaś, ile ich spadnie?

Zerknęła na mnie. W oczach wezbrały jej łzy, a potem okręciła sobie głowę puchatym puszystym ogonem.

- Zbyt wiele.

KYZARIRozdział 2

Skulona na sienniku przez pręty ledwo widoczne w przyćmionym świetle lampy, wpatrywałam się w brudną podłogę mojej małej, ciasnej celi. Obserwowałam, jak powolne kap... kap... kap kropli odrywających się od stalaktytu atakuje kałużę zgromadzonej rosy, i mieliłam wciąż na nowo swoją rozmowę z Królem Ścierwojadem.

Co ja narobiłam?

Powinnam była powiedzieć mu, żeby wypchał się gównem i zdechł, zamiast pospiesznie ukrywać wezwanie do mordu wśród zawijasów swojego podpisu. Jeśli skowronek leci tam, dokąd sądziłam, to naraziłam kogoś, kogo kocham. I w imię czego?

Dla siebie?

Nurzałam się w swojej pomyłce, dusząc się pod ogromnym ciężarem wiszącej nade mną góry, i uświadamiałam sobie, kim jestem.

Przynętą.

Utuczoną zwierzyną, która właśnie schroniła się w pułapce. Żadna inna odpowiedź nie była możliwa.

Może skowronek nie dotrze do Kaana? Może zamiast tego poleci do pah i mój wuj nie zostanie w to wciągnięty?

Ta myśl nie przyniosła mi szczególnej ulgi. Na pewno nie tyle, by unieść mnie z podłogi i na nowo wzbudzić we mnie pragnienie, żeby uciec z tego okropnego miejsca.

Tupałam stopą o zimny kamień i pobrzękiwałam łańcuchem, starając się stymulować umysł. Wygrzebać z siebie choć jedną kroplę nadziei lub energii, żeby zrobić cokolwiek. By rozpracować ten problem i odnaleźć drogę wyjścia.

By walczyć.

Ale cisza nigdy nie była tak głośna jak teraz.

Ściany tak bliskie.

Kajdany tak ciasne.

Może miskunn pah domyślił się, gdzie jestem. Może jedzie po mnie armia, gotowa oswobodzić mnie i zaciągnąć z powrotem do Arithii.

Do większej, ładniejszej celi, w której będę mogła się dusić.

Jęknęłam i wbiłam wzrok w stojącą przy kracie zardzewiałą tacę z breją, ostatnim posiłkiem, jaki mi podano. Podroby i stęchły chleb ozdobione obżartymi larwami.

Może się rozchoruję i umrę, zanim ktokolwiek w ogóle tu dotrze?

Zacisnęłam powieki, zagłębiając się w ten scenariusz. Wyobrażałam sobie, że leżę martwa w celi, że diadem odrywa się niczym kleszcz łaknący kolejnej ofiary, dość silnej, by zniosła działanie Kamienia Eteru.

Tyle że takiej tu nie było.

Jeśli nie znajdzie się ktoś, kto nasyci żarłoczne runy, Caelis zostanie uwolniony. Znów stanie się całością, owszem, ale gdy ujrzy mnie martwą w tej celi, wścieknie się. W głębi serca wiedziałam, że rozerwie każdego...

Rozległ się cichy trzepot skrzydełek, a potem coś wylądowało mi na dłoni.

Otworzyłam oczy.

zebu

Tak mocno zmarszczyłam czoło, że gdy wpatrywałam się w cztery litery zapisane na brzuszku skowronka, ściągnęła się skóra wokół mojego diademu. Były nienagannie połączone, wykonano je płynnym i delikatnym charakterem pisma.

Idealne.

I takie powinny być, skoro dostawałam trzcinką po palcach za każdym razem, gdy pióro wyszło mi choćby nieznacznie poza linię. Tytuł królewski nic nie oznacza, gdy twój pah pozwala, żeby traktowano cię jak monetę, która nigdy nie osiągnie wystarczającego połysku.

Wpatrywałam się w te litery, a twarda gula zaległa mi w piersi. Czułam się tak, jakbym znowu dowiadywała się, że ona nie żyje. Że wykrwawiła się, wydając mnie na świat, i nigdy się nie dowiem, jak pachniała. Jak brzmiał jej głos.

Co bym przeżywała, gdy mówiłaby mi, że mnie kocha.

Może wpadłam w obłęd i jedynie wyobrażam sobie obecność skowronka?

Uczepiłam się tej myśli niczym żądny krwi pasożyt, napychałam się nią, zaciskając powieki tak mocno, że aż bolały mnie oczy. Zdecydowałam, że skowronek, którego wyszeptałam do mah wiele faz temu, wcale nie leży teraz brzuszkiem do góry na mojej dłoni.

Otworzyłam oczy...

zebu

Niech to.

Może śnię? Może podpis też wyśniłam?

Znowu zamknęłam oczy, mamrocząc do Caelisa głuchą pieśń, która mroziła mi wargi, aż zapadłam w półsen i dryfowałam w jakimś zimnym, wysokim miejscu pośród gwiazd. Gdzieś, gdzie mogliśmy słyszeć się nawzajem. Śpiewać do siebie bezpiecznie.

Kochać się nawzajem.

Gdzieś, gdzie Caelis był cały, a nie wciśnięty w kamień osadzony na moim czole.

Była tam Surí, zamiast tkwić w królewskiej kleci księżycopiórów ukrytej pod Arithią.

Pierwszy raz poczułam w piersi jej obecność. Poczułam jej wyraźną radość, kiedy obciągniętymi perłową skórą skrzydłami rozcinała powietrze muskające mi policzki. Nie pętała jej żadna uprzykrzona eskorta, jak zawsze, gdy razem latałyśmy.

Przemierzałyśmy bezkresny horyzont pod roziskrzonym gobelinem gwiazd, jak powinno się dziać zawsze.

Wolne.

Mah też tam była... chyba.

Może jedynie sobie tego życzyłam - żeby mogła wziąć mnie w ramiona i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze...

Coś musnęło mnie w kark, wpychając z powrotem w okropną, wilgotną, smrodliwą rzeczywistość. Poczułam kwaśny odór, który nigdy nie tracił mocy.

Serce mi się ścisnęło, gdy przypomniałam sobie skowronka.

Otworzyłam oczy i ujrzałam, że moja dłoń jest pusta...

To był tylko sen.

Całe ciało rozluźniło mi się, gdy drżąc cała, odetchnęłam z ulgą.

Choć uważałam za urocze, że niektórzy lubią zbierać widmowe skowronki i zaginać im fałdy zwrotne - w ten cichy sposób informując nadawcę, że wiadomość nie została odebrana - nie w to chciałam wierzyć.

Że moja wiadomość nie doleciała do adresatki.

Zamiast tego chciałam wierzyć, że mały skowronek dotarł do mah. Że dostała mój liścik, ale nie zdołała odpowiedzieć.

Że mnie usłyszała.

Na tę myśl poczułam ból w całym ciele. Otoczyłam się ciasno rękoma i wyszeptałam do Caelisa:

- Hov ahka nuieljuak. Hov-at haquil.

Kocham cię. Jestem tutaj.

Żadnej odpowiedzi.

Wychrypiałam kolejne słowa:

- Nuieljuakui taf maruli.

Nie jesteś sam...

Ale ja byłam sama.

Gdybym miała coś ostrego, odcięłabym sobie stopę i zsunęła z niej obręcz kajdan tylko po to, by znowu usłyszeć jego głos. Aż do tej pory nie przyszło mi to do głowy.

Chyba łamałam obietnicę, którą sobie złożyłam. Więdłam, by stać się bezmyślną miazgą.

Jęknęłam, opuściłam ręce do podłogi i zabębniłam kajdanami - raz za razem. Brzękliwy łomot odbił się echem w ciasnej przestrzeni.

ŁUP...

ŁUP...

ŁUP...

Jakże rozczarowany byłby pah, gdyby ujrzał, jaka jestem nieopanowana. Och, jakże by się skrzywił. Zrobiłby jedną z tych min, po których kiedyś się moczyłam, dopóki nie stałam się wystarczająco rozsądna, żeby trzymać gębę na kłódkę i zachowywać się odpowiednio.

Zazwyczaj.

ŁUP...

ŁUP...

ŁUP...

Zaburczało mi w żołądku.

Znów spiorunowałam wzrokiem nietknięte jedzenie, próbując wykrzesać w sobie wolę, by podpełznąć tam i pochłonąć to paskudztwo.

Nie byłam głupia. Jeśli chcę znaleźć jakiś sposób, żeby stąd uciec, potrzebuję siły, nieważne, skąd ją wezmę. Jednak po tym wszystkim, co się stało, gdy nabazgrałam swój podpis i ukryłam w nim wiadomość, trudno mi było spoglądać na tę zardzewiałą tacę i wijący się na niej posiłek bez ochoty, żeby zwymiotować na kamienną podłogę.

Spojrzałam za kraty, w rozciągający się tam ciemny tunel, zastanawiając się, ile minęło dnień, odkąd aż nazbyt dobrowolnie weszłam prosto w pułapkę.

Zbyt wiele.

ŁUP...

ŁUP...

ŁUP...

Przekręciłam się na bok i zwinęłam na podobieństwo skamieniałego smoka, otuliwszy się rękoma niczym skrzydłami. Wyobrażałam sobie, że to nie ja się obejmuję, tylko robi to ktoś inny - dość mocno, by wyciskać ze mnie dech.

- Nuieljuakui taf maruli.

Znowu coś zatrzepotało mi przy szyi.

Westchnęłam.

Chyba kolejne stworzenie dotarło tu, szukając jakiegoś ciepłego miejsca, gdzie mogłoby przycupnąć. Jeśli będę musiała zabić kolejną ćmę vuillo, żeby nie złożyła mi we włosach jaj, zacznę wrzeszczeć.

Podniosłam dłoń i objęłam trzepoczące stworzenie, a potem odsunęłam ją...

zebu

Moje serce zgubiło uderzenie. Próbowałam zignorować przeszywający ból.

...to jednak nie sen.

Skowronek zamachał ogonkiem, a ja strąciłam go z dłoni i z wysiłkiem podniosłam się do pozycji siedzącej.

Zwykle tak się nie zachowują.

Wpatrywałam się w stworzenie leżące na kamieniu... Poplamione, zakrwawione, nieco pogniecione. Ostatnim razem widziałam je, gdy wdmuchiwałam mu imię w skrzydełka z całą głupią nadzieją, że prawdziwa magia istnieje.

Taka, która zsyła cuda.

Przekonana, że jeśli tylko wystarczająco się postaram, wówczas samą swoją wolą skłonię mah, żeby na nowo zaistniała, żeby znalazła się w moich ramionach. I oto był u mnie z zagiętą fałdą powrotną, wyglądający na równie wykończonego i zniechęconego jak ja sama. Był jak lustro, w które nie chciałam spojrzeć, rozczarowana wpatrzonym we mnie odbiciem.

Westchnęłam, odłożyłam skowronka na bok i przykryłam go kupką słomy.

I już.

Mroźny podmuch wdarł się do celi, pokrywając moją skórę ciarkami. Zupełnie jakby Clode drwiła ze mnie oddechem dobiegającym z zewnętrznego świata.

Powstrzymując ochotę, by ją przekląć, zebrałam porwaną, brudną sukienkę wokół nóg i zaczęłam ciągnąć za diadem. Znajome mdłości zakotłowały mi się w trzewiach, gdy głowę rozszczepił mi oślepiający ból, zupełnie jakbym starała się wyrwać sobie z czaszki grube korzenie.

Przełknąwszy ślinę gromadzącą mi się pod językiem, próbowałam wpychać paznokcie pod diadem, przekonana, że musi istnieć jakaś pieczęć, którą mogłabym złamać... Choć podczas niezliczonych wcześniejszych prób na nią nie trafiłam. A dysponowałam wtedy narzędziami znacznie solidniejszymi niż połamane paznokcie.

Ciepła krew ściekała mi z boku nosa i kapała na fałdy sukienki, gdy ciągnęłam, drapałam i szarpałam. Wzrokiem przemykałam pomiędzy literami nabazgranymi na ciemnoszarej ścianie, wyglądającymi jak wyskrobane przez dziecko uczące się pisać.

W takim miejscu.

Odsunęłam od siebie tę myśl i spojrzałam na strop pokryty księżycami nakreślonymi węgielkiem. Kojarzącymi mi się z...

Zacisnęłam powieki i ścisnęłam burczący brzuch.

Rozległ się szum trzepoczących skrzydełek. Zmarszczyłam brwi, widząc, że skowronek wznosi się, zrzucając z siebie źdźbła słomy poderwane z kupki, z której jakimś sposobem uciekł.

Nieustępliwy jest, to musiałam mu przyznać.

Obijał się pomiędzy węgielnymi księżycami, aż znalazł się bezpośrednio nade mną, a wtedy zanurkował, uderzył mnie prosto między oczy i sturlał mi się na kolana.

- Auć - mruknęłam, pocierając sobie czoło i wpatrując się w ptaszka, teraz nieruchomego, z pogniecionym dzióbkiem.

Zanadto mi to przeszkadzało.

Ujęłam jego główkę palcami i przywróciłam jej kształt, a wtedy zauważyłam niewielkie rozdarcie na skrzydle. Zupełnie jakby stoczył walkę, by tu dotrzeć.

Żałowałam, że to dostrzegłam. Że wciąż tu był i szarpał się bezcelowo. Wolny, a nie uwięziony wraz ze mną w tej rozpaczliwej, samotnej dziurze.

Położyłam go sobie na kolanie, oparłam głowę o ścianę i obserwowałam. Westchnęłam, gdy przetoczył się na grzbiet i znowu obnażył brzuch.

zebu

Przemknęłam wzrokiem do ogonka, do fałdy powrotnej zgiętej tak mocno, że został na niej nieznaczny krwawy odcisk palca. Obróciłam skowronka i zaparło mi dech, gdy ujrzałam czarny napis znikający pod zakładkami. Zupełnie jakby ktoś odpowiedział, zanim go zwrócił.

Wpatrywałam się weń, przełykając ślinę.

Co mógłby chcieć przekazać nieznajomy, co nie zostało zasugerowane samym użyciem fałdy zwrotnej? Coś w stylu: "Cześć, przepraszam. Ten skowronek latał jakiś czas bez celu. Zgaduję, że adresat umarł. Przykro mi z powodu twojej straty".

Czy chciałam to przeczytać?

Zdecydowanie nie.

Postawiłam ptaszka na podłodze i zamknęłam oczy, próbując zasnąć. Trzykrotnie oberwałam dziobem w twarz, dokładnie między oczy. Po czwartym razie zwinęłam się w kłębek na boku i zacisnęłam zęby, słuchając, jak skowronek wzlatuje w górę. Zastanawiałam się, czy powinnam po prostu zamachnąć się ręką i trzepnąć go tak mocno, żeby już na zawsze przestał się ruszać.

Dlaczego on mnie dręczy? Chcę, żeby przestał.

- PRZESTAŃ!

Rozległ się cichy stuk, gdy runął na ziemię za moimi plecami.

Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam, że leży bezwładnie na boku z dziobem tak wbitym w główkę, jakby w ogóle go nie miał.

Ukłucia winy uderzyły mnie ze wszystkich stron.

On po prostu chce zostać odczytany, Kyzari. Przeczytaj to cholerstwo, to wreszcie się uciszy.

- Niech to Stwórcy wezmą.

Powoli rozplątałam się... przeturlałam... uniosłam do pozycji siedzącej i założyłam sobie skołtunione włosy za uszy. Podniosłam ptaszka i pociągnęłam go za zmiażdżony dzióbek, aż wrócił na miejsce, a potem rozwinęłam go powoli segment po segmencie, aż leżał mi płasko na dłoni.

O rany.

Poskładałam skowronka z powrotem i spojrzałam na jego dziobatą główkę.

- Czy tak twoim zdaniem wygląda gadka motywacyjna?

Drgnął i przeskoczył na grzbiet, jakby chciał zostać odczytany na nowo.

Uśmiechnęłam się pierwszy raz od... jakiegoś czasu, kręcąc głową.

- Skąd wziąłeś tyle osobowości, hmm?

Znów się zakołysał.

- Dobra - mruknęłam, a potem rozwinęłam skowronka i przeczytałam jego wiadomość...

Olśnienie uderzyło mnie niczym trzaśnięcie w twarz.

Przesunęłam wzrokiem wzdłuż szorstkiej ściany celi. Poczułam się tak, jakbym spoglądała z nieba na ciemne piaszczyste wydmy. W gładkich zagłębieniach pomiędzy żylastymi graniami kamienia wyszukiwałam niezdarne, wydrapane głęboko litery, przeskakując spojrzeniem od skowronka do ściany, odnajdując niezaprzeczalne podobieństwa w "a"... w "e"... w "n"...

Krew skuł mi lód.

Czy tę odpowiedź napisało dziecko? To samo, które przetrzymywano w tej celi?

Czy ono... się uwolniło?

Gdy kolejny raz odczytywałam wiadomość, paliły mnie oczy i płomienie nadziei zapłonęły mi też na nowo pomiędzy żebrami.

Wcale nie

Tym razem treść osadziła mi się w piersi w inny sposób. Mniej jak cierń, a bardziej jak haust rześkiego, czystego powietrza.

To prawda. Nikogo nie potrzebuję.

Przez całe życie mieszkałam w klatce. Gdy tylko sięgałam dna, zawsze znajdowałam sposób, żeby się wyrwać i zaczerpnąć tchu. Desperacja pozwalała wykuć klucze z pozornie najzwyklejszych rzeczy.

Tak, schrzaniłam sprawę, podpisując tamten świstek, który zapewne trzepotał już w kierunku wujka Kaana, ale nie będzie to miało żadnych złych konsekwencji, jeśli zdołam się oswobodzić i przejąć kontrolę nad swoimi pomyłkami.

I teraz widziałam... że jest to możliwe.

Znów złożyłam skowronka, zamknęłam go w dłoniach i przysunęłam sobie do twarzy.

- Przepraszam, że na ciebie krzyczałam - wyszeptałam, a potem położyłam go sobie na obojczyku. Zakołysałam się, zerkając na wijący się posiłek, a strumień determinacji podsycał ogień w moim sercu. - Znajdę sposób, żeby nas stąd wydostać. Obiecuję.

Nawet jeśli oznaczało to, że muszę zacząć pochłaniać to obrzydlistwo.

VEYARozdział 3

Zbiegałam po zakręconych schodach, a moje kroki dudniły w rytmie zgodnym z szamoczącym się w panice sercem. Myślami wciąż tkwiłam pomiędzy stronami dziennika Elluin przyciskającego mi się do żeber. Trzymał mi się pod skradzionym kaftanikiem dzięki pasowi tkaniny, który oderwałam od spodniej warstwy również skradzionej spódnicy.

...tego wznoszenia na smoczym grzbiecie przybyła krwiotkaczka. Jeśli jest tu po to, żeby sprawdzić krew mojego dziecka, gdy już je urodzę, to rodowód od strony ojca nie wymieni Tyrotha.

Wskaże na północ - na Kaana.

Zdusiłam jęknięcie, ignorując silne pragnienie, żeby przeskoczyć nad ozdobną obsydianową balustradą i siedem pięter niżej rozlać się flakami po lśniącej podłodze.

Nigdy dotąd nie czułam ciężaru tak miażdżącej odpowiedzialności. Wiedziałam, że moje kolejne działania mogą doprowadzić do wojny potencjalnie zdolnej zniszczyć świat. Nie wolno mi jednak było zatrzymać tego dziennika dla siebie. Absolutnie nie.

Kaan zasługiwał na to, żeby poznać prawdę. Podobnie jak Raeve.

A najbardziej Kyzari.

Zdeterminowana, zacisnęłam szczęki.

Wrócić do schowka. Przebrać się. Wydostać się z pałacu przez drzwi ukryte w murze, ominąć Las Łkających Skłębków, wdrapać się po górskiej ścieżce i wejść do porzuconej kleci, gdzie moja przewoźnik kryje się wraz z Furn - swoją lawopaszczką. Wrócić do domu, do Kaana.

Złamać mu pieprzone serce.

- Na Stwórców - wymamrotałam, starając się uspokoić puls.

Wyprostowałam plecy i zwolniłam kroku, schodząc po biegu schodów przechodzącym przez atrium. Ogrodniczki w rozkloszowanych spódnicach klęczały nad rabatkami jaskrawych kwiatów, w milczeniu przycinając łodyżki lub sadząc nowe cebulki.

Zaciskałam pięści, starając się nie spieszyć - nie chciałam zwracać na siebie uwagi - i wciągałam miarowo hausty powietrza doprawionego ostrą wonią kwiatów zrodzonych w Zacienieniu. Był to uroczy zapach, ale nie zdołał ukryć faktu, że to miejsce zdawało się wyłącznie pięknym, eterycznym lochem. Miałam nadzieję, że w nim nie umrę.

Zeszłam wąską klatką schodową, a gdy znalazłam się w leżącym sporo pod poziomem gruntu skrzydle dla służby, przyspieszyłam. W marszu przez nieskończony labirynt chłodnych obsydianowych korytarzy nieustannie przeszkadzali mi Ciernie i niewzruszeni pracownicy pałacu, którzy zmuszali mnie do częstego zwalniania. Wystrojone i wytworne kobiety przemykały niczym dostojne pociągnięcia miotły, każda z przyciętym uchem oznaczającym, że jest zerem. Tyroth wprowadził ten zwyczaj, gdy wbił pazury w Zacienienie, zupełnie jak samiec smoka obsikujący swoje terytorium.

Sprawiający, że zaczynało cuchnąć.

Gdy wreszcie dotarłam do zamkniętych drzwi kredensu stojącego pomiędzy płonącymi lichtarzami, rozejrzałam się na boki i wyciągnęłam z kieszeni małą fiolkę. Odkorkowałam ją i z miejsca uderzyła mnie piżmowa woń tajemniczych składników wchodzących w skład potężnej mikstury uwarzonej przez Roana. Zapewne czyichś ekskrementów, jeśli oceniać po smrodzie, choć starałam się o tym nie myśleć, kiedy wylewałam brązową ciecz na dłoń, a następnie rozsmarowywałam ją na drzwiach.

Runa przepalająca, którą wcześniej narysowałam, teraz zaskwierczała, wypuściła z siebie gniewne syknięcie i zniknęła w obłoczku dymu.

Drzwi uchyliły się.

Schowałam fiolkę do kieszeni, wskoczyłam do środka i zamknęłam drzwi za sobą. Oparłam się o nie i westchnęłam spazmatycznie.

- Kurwa - mruknęłam, zrywając z siebie bransoletę.

Miałam ochotę rzucić nią w ścianę. Zamiast tego wyjęłam z kieszeni fiolkę księżycowego blasku i oświetliłam wnętrze ciasnego składziku. Magiczna maska upodabniająca mnie do Aydy zaczęła swędzieć, a potem złuszczyła się jak papier, by rozpaść się, zanim dotrze do podłogi.

Spuściłam wzrok i przez pobladłe palce wpatrywałam się w bransoletkę tkwiącą w drżącej pięści.

Powinnam była pozwolić, żeby trogg ją pożarła.

Schowałam to cholerstwo do kieszeni.

Zatrzymałam spojrzenie na Aydzie wciąż leżącej bez przytomności na podłodze, z moim zwiniętym białym płaszczem pod głową. Miała obwisłe rysy twarzy i zakneblowane usta.

Przyjrzałam się jej skromnej szarej wełnianej halce wyglądającej na znacznie wygodniejszą niż ciasne paskudztwo, w które zamierzałam ją na nowo ubrać. Zwłaszcza zważywszy na jej... stan, o którym poinformował mnie Tyroth.

Westchnęłam i popatrzyłam na delikatną, ledwie widoczną wypukłość brzucha. Byłam na siebie wściekła, że tego nie zauważyłam. Kręcąc głową, uklękłam obok niej.

Dobrze znałam swojego brata. Wiedziałam, do czego jest zdolny. Nie było to miejsce, w którym Aydę i jej dziecko czekałaby świetlana przyszłość.

Było to miejsce, gdzie węże dusiły szczęście we śnie. Gdzie młode księżniczki zrywa się z posłania w trakcie śnienia, każe się im wsiąść na obce bestie i wywozi się je do odległego miasta. Traktuje jak bryłę krwawego kamienia.

Jak walutę.

Było to miejsce, gdzie nowe mah umierały na zakrwawionych prześcieradłach w trakcie porodu. Gdzie sekrety ropiały, aż przegniły tak, by zatruwać świat.

Zaciskając zęby, wychyliłam się i postawiłam fiolkę księżycowego blasku na półce pomiędzy kupkami szmatek do polerowania, po czym zabrałam się do poluźniania gorsetu, by wreszcie móc zerwać go z siebie z ciężkim westchnieniem. Pierwszy raz mogłam porządnie napełnić płuca, odkąd wcisnęłam się w to przeklęte przez Stwórców paskudztwo.

Włożyłam swój skórzany strój, a następnie delikatnie rozwiązałam, odkneblowałam i przebrałam Aydę. Wyciągałam jej właśnie płaszcz spod głowy, gdy włoski na rękach stanęły mi dęba.

Przemknęłam wzrokiem do jej twarzy i ujrzałam wpatrzone we mnie śmiałe niebieskie oczy.

Serce zadudniło mi tak szybko, że niemal zapomniałam, jak się oddycha. Właściwie spodziewałam się, że dziewczyna otworzy usta i wrzaśnie, że jednym prostym dźwiękiem zawali mi pieprzony świat.

Ale tego nie zrobiła.

W jej szeroko otwartych oczach nie dostrzegałam strachu. Ani paniki czy gniewu. Albo zdezorientowania. Widziałam jedynie badawcze spojrzenie skryte za lśniącą warstewką łez, każące mi się zastanawiać, czy w czasie, gdy nosiłam jej skórę, łączyło nas coś więcej niż tylko zewnętrzne podobieństwo.

Czy część jej duszy również udała się wraz ze mną w tę nieszczęsną podróż.

Spuściła wzrok do miejsca, gdzie pamiętnik Elluin wciąż tkwił przy moich żebrach. Zmroziło mi krew.

To chyba stanowi odpowiedź.

Zamknęła oczy. Łza wymknęła się jej, gdy uniosła dłoń i ochronnym gestem położyła ją sobie na brzuchu.

- Nie musisz mnie zabijać - wyszeptała, unosząc rzęsy. - Nic nie powiem.

Wiedziałam, że nie powie.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie zdołałby wchłonąć słów zawartych w tym dzienniku i nie wybrać moralnej strony monety. Może i Tyroth był pah jej nienarodzonego dziecka, ale Elluin była rodowitą królową Zacienienia. Historia zanotowała, że krwawienie poporodowe odebrało jej szansę, żeby mogła obserwować dorastanie Kyzari, ale nie wierzyłam w to.

I wątpiłam, by Ayda w to wierzyła.

Cała ta popieprzona sytuacja rzucała cień na mężczyznę, który obecnie zajmował obsydianowy tron.

- Nigdy bym tego nie zrobiła. - Sięgnęłam do kieszeni płaszcza i wyciągnęłam sporą sakiewkę z krwawym kamieniem. Zawartość wystarczyłaby na zakup małej karczmy w tej części świata. - Muszę jednak nalegać, żebyś odeszła - prosiłam, ujmując jej chłodną dłoń, by zacisnąć jej palce na woreczku. - Wyjedź z Arithii. Znajdź jakieś bezpieczne miejsce z dala od Tyrotha Vae...

- Nie mogę.

Wyplątała mi dłoń z ręki.

Z sakiewki.

Zmarszczyłam brwi.

- Nie możesz... czy nie chcesz?

Minęła długa chwila ciszy, gdy kolejne łzy spływały jej po policzkach.

- Powinnaś już iść - wyszeptała wreszcie, a mnie po plecach przebiegł dreszcz.

Jasne.

Wstałam, zarzuciłam sobie płaszcz na ramiona i podniosłam kaptur, a potem zapięłam guziki, żeby spod spodu nie było widać skórzanego stroju.

- W takim razie zapewne zginiesz, zupełnie jak Elluin - mruknęłam, rzucając sakiewkę.

Wylądowała na podłodze z ciężkim łupnięciem, aż Ayda się wzdrygnęła. A może dotarły do niej moje słowa.

Dobrze.

- Ten świat nie jest miły dla kobiet, bękartów albo tych, którzy nie noszą żadnych paciorków - podjęłam, wymownie zerkając na karb na jej uchu. Zabrałam z półki fiolkę z księżycowym blaskiem i wcisnęłam ją sobie do kieszeni, pogrążając nas obie w ciemności. - Pamiętaj o tym.

Otworzyłam drzwi i wyszłam.

RAEVERozdział 4

Cofnęłam rękę za plecy, a potem pchnęłam ją w górę, żeby uderzyć pięścią w lód, który po prostu nie chciał ustąpić.

Kolejny cios. I jeszcze jeden. Ból eksplodował w cienkich kościach i ścięgnach dłoni, a potem dobiegł do łokcia, podsycając krwiożerczą furię wrzącą mi w piersi.

Próbowałam wszystkiego. Wyostrzyłam swoją świadomość w szpikulec, który uginał się jedynie w zetknięciu z lodem. Stępiłam ją w młot, którym zamierzałam wybić sobie drogę; przeszukiwałam zmrożoną powierzchnię w poszukiwaniu miejsca, które byłoby słabsze. Cieńsze.

Nic nie działało.

Nawet udawałam, że tonę, w nadziei, że ochronne instynkty mojej Innej wciągną ją z powrotem pod lód, żeby wyrąbała otwór, przez który będę mogła przejść.

Błąd.

Albo się nie przejmowała, albo świetnie wiedziała, że moja świadomość nie wymaga tlenu, by móc istnieć w tym podwodnym grobowcu zguby.

Kolejne uderzenie rozdarło mi knykcie i resztki opanowania.

- KUUURWA!

Mój plan był drobiazgowy: uczta starannie zaplanowanych tortur, zanim wreszcie zatkam Rekkowi gębę jego własnymi wnętrznościami, ścisnę mu nos i będę obserwować, jak się dusi. Tyle że to ona wepchnęła mnie tutaj dokładnie tak, jak ja robiłam to ze swoimi kamieniami, zupełnie jakby spodziewała się, że zwinę się w kłębek i opadnę na dno, podczas gdy ona będzie robiła nie wiadomo co z tym gównem cekinotki, które wciągnęłam w swoją... pułapkę...

Moment.

Czy właśnie na tym polegała odpowiedź? Żeby zatonąć?

Obróciłam się i wbiłam spojrzenie w mrok. Panowała ciemność, jeśli pominąć plamki światła dochodzącego z dołu, zupełnie jakby zmiażdżona gwiazda rozprysnęła tam swoje promienne flaki.

Zmrużyłam oczy, przeskakując wzrokiem od jednej błyszczącej cętki do kolejnej.

Może tam w dole znajdowało się coś, czego mogłam użyć, żeby się oswobodzić? W normalnych okolicznościach w ogóle nie wzięłabym tego pod uwagę, ale jej tam nie było. Była na górze i mordowała. Zapewne żerowała właśnie na zwłokach Rekka Zharosa.

Zmarszczyłam brwi, myśląc o całym tym gównie, które wrzuciłam pod lód. O rzeczach, których zdecydowanie nie chciałam oglądać ponownie. Nigdy. Ale jeśli tylko nie zanurkuję zbyt głęboko, nic nie powinno mi się stać. Teoretycznie.

Jebać to.

Odepchnęłam się nogami od lodu i zaczęłam z determinacją płynąć przez mroźną wodę, aż coś długiego i świecącego wplątało mi się między palce, każąc mi się zatrzymać. Przysunęłam dłoń bliżej i obróciłam nią, skupiając wzrok na srebrnym włosie dłuższym niż moje ciało.

Ciarki przemknęły mi po skórze.

Ten sam odcień widziałam w grobowcu pod apartamentem Kaana. I na niebie na południe od muru, tkwiący pośród wstęg aurory zlewających się niekiedy z chromym księżycem, który tak ukochałam. Widziałam go w swoich snach i w bolesnych przebłyskach wspomnień, błyszczący odcień połączony z mlecznymi oczyma okolonymi bladymi rzęsami...

Nie.

Odpędziłam tę myśl, odepchnęłam mackę i rzuciłam się głębiej w nieznane.

Znaleźć coś, żeby uderzyć w lód. Uwolnić się. Odzyskać kontrolę nad swoim ciałem. Sprawić, by ostatnie chwile Rekka były dla niego koszmarem na jawie, do kurwy nędzy.

Odległa plama światła nabrzmiała, przybierając kształt skupiska sześciokątnych lodowych filarów przebijających się przez mrok. Miałam wrażenie, jakbym sunęła w ciemności nad Netherynem, nad miejscem tarła księżycopiórów. Kolejna rzecz, o której nie planowałam myśleć.

Nie zamierzałam zastanawiać się zbyt głęboko.

Dopłynęłam bliżej, przyciągana do szerokiego filaru na środku - niższego od pozostałych. Otoczonego przez liczne wyższe, napierające.

Skupiłam wzrok na zagłębieniu typowym dla grzędy gniazdowej pozostającej w częstym użyciu. W niecce leżała spora sterta skarbów. Głównie srebrnych, jajokształtnych kamieni, na widok których zapierało mi dech. Miałam ochotę się obrócić, pomknąć ku powierzchni i cierpliwie czekać na uwolnienie, a potem już nigdy nie wrócić tu na dół.

I może tak właśnie bym zrobiła, gdyby palce nie świerzbiły mnie, żeby wyłupić Rekkowi oczy, a potem przebić mu pieprzone serce.

Warknęłam, wystrzeliłam w kierunku jednej z wyższych kolumn i podsunęłam się do jej skraju. Spojrzałam w dół, w mroczne otchłanie pomiędzy filarami, mając nadzieję znaleźć tam coś użytecznego. Wytężałam wzrok, by dostrzec niewyraźny kształt...

Kamieni.

Tysięcy kamieni tkwiących w szczelinach niczym dawno zapomniane rupiecie. Moich kamieni. Każdy omszały pagórek należał do wspomnienia lub chwili, które odrzuciłam od siebie, nie chcąc ich już nigdy więcej widzieć.

Dostrzegłam jeden wyjątkowo ostry, który cisnęłam tam, gdy Essi spoczywała skulona w moich ramionach... nieruchoma.

Bez życia.

Wzdrygnęłam się, odwróciłam wzrok.

Kurwa, nie ma mowy. Nie zejdę tam.

Co pozostawiało tylko jedną możliwość.

Zacisnąwszy pięści, wpatrywałam się w dużą stertę kamieni pokrytych luminescencyjnym mchem, który falował wraz z ruchami wody. Ujrzałam wciśnięty między nie długi perłowy ząb. Był dłuższy niż moja stopa i zapewne wystarczająco solidny, żeby przebić lód. Dziwne, nie pamiętałam, żebym go tu wrzucała...

Zignorowałam tę część mnie, która wiedziała, że tego nie zrobiłam. Tę część, która składała razem strzępki tej dziwnej, porozbijanej łamigłówki, która formowała je w coś nazbyt dużego, krągłego i ciężkiego, żeby dało się to dźwignąć.

Wierzgnęłam nogami, by przedostać się nad rozpadliną, i wylądowałam na osłoniętym lodowym zboczu, skąd zsunęłam się głębiej do potężnego gniazda. Tak wielkiego, że Rygun mógłby się w nim zwinąć, choć wystawałby poza krawędzie.

Kąt nachylenia zmniejszył się, a ja podpłynęłam bliżej i zatrzymałam się przed wyższą ode mnie stertą skarbów, żeby oszacować sytuację. W przeciwieństwie do moich kamieni - ciśniętych jak śmieci - te wyglądały na uformowane z miłością. Utulone.

Pielęgnowane.

Zmiażdżyłam tę myśl jak robala.

Musiałam przesunąć przynajmniej jeden, zanim zdołam uwolnić ząb. Było to dość niefortunne, bo grzebanie przy czyichś skarbach to pewny sposób, żeby kogoś takiego wkurzyć.

Przesuwałam się wokół stosu, szukając najlepszego podejścia, lecz uświadomiłam sobie, że moje możliwości są mizerniejsze niż szansa, że zdążę wygłosić swój starannie zaplanowany monolog przed choćby częściowo przytomnym Rekkiem.

Powinnam przesunąć kamień wyglądający jak pokryty aksamitem, kojarzący mi się z bryłą węgla, czy raczej niebieski kryształ w kształcie łzy, sprawiający wrażenie, jakby było go łatwiej dosięgnąć?

Jebać to. Nie ma czasu, żeby się guzdrać.

Odgarnęłam pasma srebrnego mchu, wsunęłam dłoń w szczelinę, złapałam łzę i pociągnęłam. Uwolniła się, wydając z siebie melodyjną, smutną pieśń, która przeciekła przez wodę. Śpiewał głos, który rozpoznawałam, a przenikała go żałoba tak głęboka, że wbiła mi się pod skórę. Wsączyła mi się w krwiobieg.

Chlusnęła o moje serce.

Wrzasnęłam i rzuciłam kryształ z taką siłą, że poleciał łukiem przez wodę i wpadł w szczelinę, a ja w tym czasie wciągałam potężne hausty lodowatej wody do obciążonych płuc. Powolna, żałobna melodia wdzierała się w moją istotę, wciskała mi się w umysł niczym ziarno smutku, o który na pewno nie prosiłam.

Miałam powód, by nie słuchać Rayne. Nie chciałam tworzyć przestrzeni dla rozumienia jej języka. Teraz część jego utknęła we mnie jak brudna drzazga, która zapewne będzie się jątrzyć.

Jak ja nienawidziłam tego kurewskiego miejsca.

Z trudem przełknęłam gulę w gardle, przekręciłam szyję z boku na bok i przyjrzałam się stercie, która rozpościerała się przede mną.

Zdecydowanie najlepiej będzie nie tykać pozostałych. Kto wie, co by uwolniły.

Działając tym razem ostrożniej, wcisnęłam rękę w otwór, chwyciłam gładką kościaną szablę i pociągnęłam.

Nie ustąpiła.

Warknęłam i szarpnęłam znowu, zaciskając z wysiłku zęby, wkładając całą siłę...

Ząb oswobodził się tak nagle, że rzuciło mną w tył, a kilka jajokształtnych kamieni się przesunęło. Jeden z nich otarł się o moją cofającą się rękę i te mszyste macki musnęły mnie. Jakbym została smagnięta ogonem księżycopióra! Cisnęły mnie w wir... jakiegoś innego miejsca.

Miejsca, gdzie nie byłam sobą, tylko kimś większym.

Kimś potężniejszym.

Kimś rozwścieczonym, wypełnionym sprężoną siłą rozciągającą się pomiędzy moimi łopatkami. Pierś nabrzmiała mi od skłębionego, mroźnego ognia pragnącego pomknąć moim gardłem...

INNAPrzeszłość

Inna zanurkowała w kłąb mgły, wydając z siebie gardłowy skrzek, który skupił się w pisk dość ostry, żeby rozcinać skórę. Obwieszczała nim swoją wściekłość i determinację, by zaszlachtować młodą fae, która podkradła się do jej kolumny gniazdowej i zabrała jej najcenniejsze jajo.

Być może wysiadywała je zbyt długo - długo po tym, jak jej partner został zabity i wykrwawił się do ziemi - ale wreszcie wyczuwała w środku życie. Odkąd obdarzyła je srebrną nicią mistycznego włókna, jakie miała w głębi siebie, życie w końcu zaczęło trzepotać.

A teraz zniknęło.

Wyrwała się z mgły. Furia wydzierała się jej z gardła, wypływała z otwartego pyska. Lazurowy płomień rozlał się po wysokiej, wykonanej przez innego dawno zmarłego księżycopióra perci gniazdowej, miażdżąc ją na kawałki i rozbijając ciszę.

Inna nie spocznie, dopóki nie chwyci złodzieja w zęby i nie zdusi bicia jego serca. Wtedy nakarmi się jego ciałem - zerwie je z kości pasek po pasku. Spryskana krwią zaczeka, aż jego szczątki stwardnieją z zimna, a następnie zmiażdży je na drzazgi.

Jeśli tylko zdoła go odnaleźć.

Z oddali dobiegł krzyk. Grzechot. Wiele zwierzęcych pisków, od których Innej zjeżyły się łuski, a po grzbiecie przebiegł jej dreszcz.

Wykonała zwrot, kierując się dźwiękiem, i wpadła w kolejną połać mgły ukrywającą sporą część terenu tarła.

- Odejdźcie, wy okropne bestie! - Serce zamarło Innej na chwilę, gdy przez opary przebił się piskliwy głos. - Zostawcie nas w spokoju!

Mgła rozmyła się na chwilę dość długą, by dostrzegła lodową przewieszkę i fae stanowczo zbyt małą jak na tę część świata.

Powinna przebywać w kamiennym gnieździe wraz z tymi, którzy dali jej życie, otulona futrami noszonymi przez fae, by chroniły ich wrażliwą skórę. Nie tutaj, nie zmuszona do obrony śnieżnego gniazda otoczonego grozopiórami. Kolczastymi drapieżcami, którzy sprawiali ból, gdy się ich przeżuwało, grzechotali, skowyczeli i napadali na gniazda wykopane w śniegu, a ich główną zwierzyną były młode wrażliwszych istot.

Właśnie dlatego Inna często kończyła z ich szpikulcami wbitymi w dziąsła.

Obserwowała postawę dziecka: małe łapy rozstawione szeroko do walki, gniewne, lecz wystraszone oczy tak niebieskie, że wyglądały jak wykute z płomienia rodzącego się w piersi Innej.

- Odejdźcie! - wrzasnęła fae łamiącym się głosem. Pchnęła przed siebie sztyletem, jakby próbowała nadrobić brak ostrych kłów lub pazurów. - Albo tego użyję!

Inna widziała, jak drży jej głowa, jak bije z niej przerażenie, choć obnażała zęby i wypowiadała głośno groźne słowa.

Przyciągnąwszy skrzydła do siebie, Inna podleciała bliżej, poruszając się w harmonii z prądami powietrznymi, żeby nie wrzeszczały na jej skórze. Znów przemknęła przez mgłę, a gdy się z niej wyłoniła, ujrzała największego z kolczastych drapieżców skaczącego naprzód z wyciem... Fae zaś w tej samej chwili wepchnęła swoją broń w gładkie podbrzusze stwora.

Ciemna krew rozprysnęła się po jej twarzy.

Stwór przekrzywił głowę i zaskowyczał, a wtedy w oczach młodej fae coś pękło. Załkała, gdy jej ofiara runęła na ziemię.

Martwa.

Reszta szarpała łapami śnieg, czekając. Smagały długimi językami. Ich zamiary zdawały się oczywiste.

Podejść gromadą. Unieszkodliwić.

Zabić.

W Innej szalały instynkty, każąc jej skoczyć naprzód. Ryczały do niej, żeby chroniła.

CHRONIŁA.

Złożyła skrzydła, przycisnęła je do ciała i zanurkowała. Rozłożyła skrzydła szeroko i zakołysała się w przód, a potem opadła na ziemię. Manewr ten poderwał chmurę śniegu, która przysłoniła jej srebrzystą skórę, dezorientując skrzeczące teraz, rozbiegające się stwory, które na chwilę zapomniały, że nie znajdują się na czele łańcucha pokarmowego.

W przeciwieństwie do Innej.

Młoda fae nie wrzeszczała, nie kryła się, nie próbowała uciekać. Padła na kolana i zabarykadowała otwór, wciąż skupiając smutne spojrzenie na powalonej bestii i na rozlewającej się pod nią kałuży.

Inna wygięła szyję w łuk i zawirowała, by wyzwolić z piersi całą swoją wściekłość i smutek w podmuchu niebieskiej furii mordującej wszystko, co pochłaniała.

Stosowny koniec dla tak niehonorowych przeciwników.

Inna okaleczała kolczaste ciała płomieniem i gwałtownymi ciosami szponów, gdy nagle uświadomiła sobie, że być może mała fae nie lubi zabijać. To tłumaczyłoby jej spojrzenie i smutny skowyt, jaki wydała z siebie, gdy wyciągała broń z piersi stwora.

Wydawało się to dziwne, jako że wielu fae nie miało takich zahamowań, gdy odbierali życie, gdy z upodobaniem strącali smoki z nieba, by wysączać ich krew w ziemię. Smoki nie mogły wtedy odnaleźć pokoju w wielkiej czerni, jak ukochany partner Innej.

Ale ten wyraz oczu młodej fae rezonował wciąż w umyśle Innej, gdy ziała ogniem jeszcze długo po obaleniu ostatniej bestii. Przypominał jej o minionych czasach, kiedy to smoki pragnęły zawierać więzi z fae, które były tak odważne i moralne, że na to zasługiwały.

Kiedy się nie bały takich więzi.

Otrząsnąwszy się z tej myśli, Inna zdusiła ogień i obróciła się. Warknęła, rozglądając się po otaczającym ją pobojowisku. Po ciałach dotkniętych jej płomieniem, aż eksplodowały w mroźne szczątki rozrzucone teraz po śniegu.

Zadowolona z siebie Inna obróciła się z powrotem do śnieżnego gniazda, ale mała fae nie osłaniała już wejścia.

Inna znieruchomiała.

Z wejścia promieniowało srebrzyste światło, wylewało się na zewnątrz, stapiało się z jej światłem... Z pękających szczątków jaja dobiegło ciche skrzypienie. Inna miała już za sobą zbyt wiele rozczarowań. Zaraz potem usłyszała gulgot swojego pisklęcia łapiącego oddech i napełniającego maleńkie płuca.

Kolejny fragment skorupy oderwał się i spadł w śnieg, ukazując jej piękne srebrne młode wciąż pokryte przezroczystą mazią, zwinięte w kłębek, zupełnie jakby gniazdowało na niebie. W pewnym sensie zaczynało tak, jak skończy...

Poruszyło się. Uniosło lekko głowę. Spróbowało rozciągnąć skrzydełka, a wtedy oderwały się następne skorupy. Podmuch wiatru poniósł słodki skórzasty zapach ku rozdętym nozdrzom Innej.

Samica.

Córka.

Jej ciężkie ciało opadło na ziemię, skrzydła rozłożyły się.

Potężne, ciepłe doznanie napęczniało w piersi Innej. Gdy przyglądała się, jak jej pisklę kiwa osadzoną na wąskiej szyi głową - zbyt ciężką dla wykształcających się dopiero mięśni - Inna poddawała się temu uczuciu. Formie miłości, jakiej nigdy nie doświadczyła.

Nigdy nie uważała jej za możliwą.

Pisklę leniwie uniosło powieki, a serce Innej ścisnęło się mocniej na widok jego oczu - ciemnych i nakrapianych licznymi światełkami przodków.

Pięknych.

Skrzyżowały spojrzenia ponad śniegiem i jej młódka krzyknęła.

Doznania w piersi Innej napęczniały tak mocno, że martwiła się, czy nie pękną jej żebra. W gardle wezbrał jej przeszywający krzyk.

Ja też cię kocham, moja słodka...

Przesunęła wzrok na samca fae skulonego na boku, ze zmierzwionymi jasnymi włosami, w śnieżnym gnieździe. Tego samego samca, który napadł na jej gniazdo. Opuściło ją już pragnienie, żeby go połknąć. Był bardzo troskliwy - otulał ręką szczątki jaja jej pisklęcia i starał się usuwać fragmenty skorupy, żeby mogło dalej się uwalniać. Smoczątko wyciągnęło zniekształcone skrzydełko z kleistej membrany, która zapewne zanadto się ogrzała i skurczyła, przez co częściowo odcięła dopływ krwi.

- Przykro mi - załkał pobladłymi wargami.

To jedno słowo było przeniknięte nieopisanym smutkiem.

Inna przekrzywiła głowę.

Gdyby umiała formować słowa swoim większym, bardziej przerażającym pyskiem, powiedziałaby mu, że nie rozumie. Przecież jej młode się wykluło. Nie było miejsca na smutek, a jedynie na celebrację życia.

Zamierzała właśnie podpełznąć bliżej i wcisnąć nos do gniazda, żeby porządnie obwąchać pisklę, gdy uświadomiła sobie...

Gdzie jest Mała? Tamta druga fae, która odebrała życie w obronie tego lichego gniazda i tkwiących w nim jaj?

Oby nie została zmiażdżona...

Inna podparła się, wsunęła sobie głowę pod brzuch, zerknęła na pazury i na ogon smagający po otaczającej ją rzeźni... Nagle poczuła dziwne szarpnięcie za długie macki wyrastające jej z grzbietu.

Znieruchomiała.

Czy to...

Coś szturchnęło ją w nogę... wyżej. Kolejne pociągnięcie, a potem znów odgłosy przy jej skórze.

Zaciekawiona Inna obróciła głowę, żeby przyjrzeć się małej fae przycupniętej pomiędzy jej łopatkami - dyszącej ciężko, wciąż spryskanej krwią swojej zdobyczy. Jej blade dłonie już nie drżały, tylko zaciskały się na mackach Innej, trzymały ją tak mocno, że przyspieszony puls młodej fae przenosił się przez wrażliwe wypustki.

Popatrzyła w oczy fae, tak rozświetlone zdeterminowaniem, że aż jaśniejące.

- Shuile!

Leć.

Inna prychnęła.

Ta mała, krucha istota o palcach za słabych, żeby wytrzymać siły działające podczas lotu, chciała wznieść się na niej w mroźne, bezlitosne niebo?

Inna nie latała z jeźdźcem. Nigdy. Nie podporządkowywała się nikomu, a już na pewno nie komuś tak delikatnemu.

Warknęła i otrząsnęła się, próbując zrzucić młodą w miękki śnieg. Zdziwiła się, odkrywszy, że fae wciąż trzyma się tej samej wiązki macek, a jej policzki są zaróżowione od krwi szybko pompowanej przez maleńkie serduszko.

Zaciekłość ścięła na nowo rysy fae, gdy obnażyła zęby i wrzasnęła:

- Shuile!

Jak na kogoś tak małego to słowo było potężne; sprawiło, że cisza zadrżała. Zupełnie jakby słyszała ją bogini powietrza.

- Shuile! Shuile! Shuile!

Może to jedyny sposób, żeby zeszła i przestała wrzeszczeć?

Inna spojrzała na swoje pisklę - dobrze chronione w ramionach zaskoczonego samca - i wydała niski, zgrzytliwy odgłos.

Podniosła skrzydła i trzepnęła nimi w dół, wzbijając się w niebo z siłą dorównującą spadającemu smokowi. Spodziewała się, że Mała spadnie w śnieg, i zirytowała się, gdy tak się nie stało. Co kilka uderzeń skrzydłami oglądała się za siebie, sprawdzając, czy fae wciąż się trzyma.

Jej zafascynowanie rosło.

Pochłonęły je Mgły, które otuliły skrzydła Innej, gdy zagarniała lodowate powietrze, gdy wznosiła się coraz wyżej, łopocząc z całych skupionych w niej sił.

Inna nie chciała, żeby drobna fae runęła na śmierć. Schwytałaby ją, gdyby spadła. Zwróciłaby ją na ziemię, gdzie jej miejsce, i w ten sposób doceniłaby krew przelaną w obronie bezcennego jaja.

Jakkolwiek by jednak mocno uderzała skrzydłami albo jak szybko nurkowała czy skręcała, młoda fae nie ustępowała.

Ani gdy wstęgi się wznosiły, ani gdy na nowo opadały.

Ani gdy podeszła burza i naparła na nie ze wszystkich stron, pokrywając ciemne włosy młodej szronem i grudkami śniegu.

Ani też gdy Inna podleciała tak blisko księżyców, że poczuła, jak nieustępliwe przyciąganie świata wypuszcza ją ze swoich objęć, jak światło przodków oblewa jej skrzydła. Jak wzywa ją, by zwinęła się w kłębek i odpoczęła wraz z nimi.

Wstęgi znowu się wzniosły, podsuwając się tak blisko, że Inna zastanawiała się, czy smagną ją tak jak dawno temu, gdy pokryły jej skórę srebrem.

Ale tak się nie stało.

Tańczyły tuż poza zasięgiem wstęg, gdy Mała zaczęła śpiewać łagodną pieśń, która płynęła i falowała wraz z ruchami aurory. Zupełnie jakby przekładała ich taniec na coś tak pięknego, że przez chwilę Inna po prostu szybowała.

Nie miotała się. Jedynie słuchała.

Ta pieśń... trafiała do jej duszy. Szarpała nią podobnie jak pragnienie owinięcia się wokół jaja, z którego już dawno powinno się coś wykluć. Później zaś przekazania pisklęciu części srebrzystej esencji napełniającej ją kosmiczną melodią, którą wreszcie zaczynała rozumieć - ostateczną falą nadziei.

Ta fala szarpała nią podobnie jak pragnienie odnalezienia gniazda na wieczność pośród gwiazd... kiedyś.

Ale nie tego dnienia.

Bo pomiędzy jej skrzydłami przycupnęła istota nadająca nowy sens, trzymająca się zaciśniętymi pięściami, śpiewająca, choć wargi pierzchły jej od zimna.

Właśnie tam, tak blisko tych, którzy wznieśli się do swojego miejsca końcowego spoczynku, Inna poczuła to tak mocno, poddała się pierwszy raz w swoim życiu - i to jeszcze młódce znacznie mniejszej niż jej łapa. Poddała się wzbierającemu w niej pragnieniu, żeby chronić tę małą fae z dziką zaciekłością kogoś, kto nagle ma wszystko do stracenia.

Inna tłumiła szalejące w niej serce, aż dopasowało się rytmem do serca Małej. Usłyszała cichy okrzyk fae, gdy ich więź zadzierzgnęła się z gwałtownością wybuchającej gwiazdy.

Nie zaproponowała swojego płomienia, wiedząc, że Mała nie jest jeszcze na to gotowa. Że zniszczyłoby to fae od środka.

Ale zaoferowała niemal całą resztę.

Przez rodzące się pomiędzy nimi więzy Inna wyczuwała chłodną falę szoku ogarniającego jej Małą. Jej ciepły, rozkwitający zachwyt. Czuła gwałtowną siłę jej ducha i szaloną miłość, jaką darzyła tych, którzy dzielili z nią krew.

Czuła kształt jej tkliwego serca, wielkiego i dziko odważnego. Czuła ciężki smutek wywołany nieudanym wykluciem pisklęcia, choć wiedza o chromym skrzydle smoczątka nie oddziaływała na Inną w taki sam sposób jak na jej Małą.

Los działa w magiczny sposób i już wtedy jego macki spiskowały, zaciągając węzły, które nie mogły zostać zrozumiane ani poluzowane, dopóki nie minie wiele wznoszeń. Ale Inna wiedziała jedno.

Ona i jej bezcenna Mała... zawsze były sobie przeznaczone.

RAEVERozdział 5

Wspomnienie zerwało się. Zupełnie jakby coś wbiło pięść w moją duszę, chwyciło w garść wszystko, w co tylko zdołało wcisnąć pazury, i pociągnęło.

Dudniło mi serce, a umysł obijał się o poszarpane krawędzie wszystkiego, co pochłonęłam.

To było...

Ja byłam...

Chwyciłam szablę, odepchnęłam się nogami od lodowej kolumny, pomknęłam ku powierzchni przez plątaninę srebrnych nici owijających mi się wokół palców i rąk. Miałam zaciśnięte gardło, nagle desperacko łaknęłam powietrza. Tonęłam pod tą stertą jajokształtnych kamieni.

Dotarłszy do bariery, pchnęłam szablą w górę z takim zapałem, że czubek wbił się głęboko w lód. Siatka cieniutkich pęknięć rozlewała się, gdy dźgałam, dźgałam, dźgałam, z każdym zaciekłym ciosem starając się zdrapać z siebie plamy wszystkiego, co przed chwilą w siebie przyjęłam.

Coś wielkiego i świetlistego poruszyło się w górze, zamazane przez popękany lód.

Zamarłam, czas się rozciągał. Wszystkie włoski na rękach i nogach stanęły mi dęba.

Kształt pęczniał, wydawał się...

Zbliżać.

Kurwa.

Lód zapadł się z taką siłą, że trafiłam w wir odłamków, srebrnych nici i skotłowanej wody.

Rozpaczliwie brnęłam ku powierzchni, a prymitywne instynkty podpowiadały mi, że woda ulega rytmicznemu przemieszczaniu. Słyszałam miarowe bum-łup, bum-łup. Zupełnie jakby moja Inna płynęła przez jezioro pode mną do znajomego pulsu trzepoczących skrzy...

Mocniej wierzgnęłam nogami. Płynęłam szybciej. Nie ważyłam się patrzeć w dół, gdy przepychałam się przez ostre lodowe fragmenty i wpadałam na kamienisty brzeg, potykając się o ostre głazy. Wspinałam się tak szybko, że zakręciło mi się w głowie.

Nie napawałam się odzyskaną wolnością, bo część mnie wciąż tkwiła w tym zimnym, bezgłośnym miejscu. Wciąż sunęła przez nieskończoną czerń z pulsem przywiązanym do kogoś innego.

Mała dziewczynka z wielkim sercem przepełnionym ciepłem.

Olśnienie wlazło mi po żebrach i przycupnęło pomiędzy łopatkami, pazurkami przebijając mi skórę i kręgosłup...

Tamta srebrzysta księżycopiórka wybrała niebieskookie, ciemnowłose dziecko, bo wyczuła w nim dobroć. Bo ujrzała, że dziewczynka, zamiast uciekać, zażarcie chroni tych, których kocha.

Zamiast się kryć.

Dziecko o takiej sile, odwadze i dzielności... które byłoby rozczarowane, gdyby wiedziało, jak tchórzliwe się stało.

VEYARozdział 6

Czując, jak serce dudni mi do rytmu dzwoniących zębów, zbiegałam stromymi ulicami Arithii, uderzana przejmującym wichrem i sypiącym śniegiem. Ciekawe, czy Clode i Rayne są ze sobą w stanie wojny.

Przeklinałam je za to.

Pewnie nie widziałabym nawet swojej dłoni, gdyby nie jasne kule unoszące się nade mną niczym maleńkie księżyce, zapewne zawieszone dzięki zaawansowanym runom, jakich nigdy dotąd nie widziałam.

Jak przez mgłę przypominałam sobie zasłyszaną plotkę, że Tyroth przehandlował Trójradzie młodego podopiecznego w zamian za jej wieczną przychylność. Podobno był ceniony za umiejętność splatania run jak nikt inny...

To chyba prawda.

Obejrzawszy się przez ramię, by upewnić się, że nikt mnie nie śledzi, skręciłam za róg i nagle ugodził mnie lodowaty cios, który wdarł się we mnie tak głęboko, że miałam wrażenie, jakby zrywało ze mnie twarz.

- N-na S-stwórców - wyjąkałam, ściągając niżej kaptur.

Nie widziałam na ulicach nikogo skłonnego zmierzyć się z burzą. Nie widziałam ani jednego śladu życia oprócz z rzadka napotykanych okien migoczących niczym wygłodniałe płomienie.

Dreszcz przebiegł mi przez całe ciało, sięgając do szpiku kości.

To miejsce było piękne. Umiejętnie wyśpiewane. Kojarzyło się jednak z grobowcem.

Ruszyłam szybciej. Biegłam schodami wciśniętymi pomiędzy wysokie, spiczaste budynki, przeklinając każdy podmuch przenikliwego wiatru, który wpychał mi się w płuca.

Nie chciałam tu być, uwięziona w szarpiących mną śnieżnych porywach. Chciałam być w domu na gorącej, wilgotnej północy, już po czekających mnie nieuchronnych rozmowach, i pić na umór mocny alkohol w jakiejś podejrzanej spelunie dla hazardzistów. Udawałabym, że świat wcale nie jest bardziej pojebany, niż mi się wcześniej wydawało.

Przemknęłam za róg i ujrzałam wielki czarny mur otaczający Arithię.

Osłabłam z ulgi.

Szelest stroszących się piór sprawił, że omal się nie posrałam. Sytuacja wcale się nie poprawiła: potężny lawopaszcz przysiadł właśnie na murze z podwiniętymi przednimi łapami.

Znieruchomiałam.

Bestia strząsnęła z siebie warstwę śniegu, odsłaniając pierś spiętą uprzężą. Dzięki Stwórcom!

Nie był to dziki smok.

Chociaż zwiesił głowę w pozycji wskazującej, że odpoczywa, śmiało patrzył czerwonymi oczyma, oceniając mnie z nieznośną ciekawością.

Popatrzyłam na ścianę poniżej grzędy, gdzie tkwił przytwierdzony do kamienia martwy łkający skłębek, którego wiotkie blade szczątki stały na warcie przy jedynym niestrzeżonym wyjściu. Pamiętałam, że to wyjście jest sekretne i ujawnia się jedynie w wyniku aktywacji wygłodniałych run lubujących się w ciepłej krwi.

Zerkając na bestię, sięgnęłam do kieszeni i poszukałam fiolki z krwią crolka, którą tam ukryłam. Poczułam ukłucia w ścierpniętych opuszkach palców. Zaklęłam pod nosem, wyciągając zakrwawione odłamki szkła, które upuściłam na śnieg. Resztki pękniętej fiolki.

Co za pech.

Wyszarpnęłam ostrze i przeciągnęłam nim sobie po wnętrzu dłoni. Zacisnęłam palce wokół rany i poczułam wypływające z niej ciepło.

Nie spuszczając wzroku z zaciekawionego smoka, podsunęłam się bliżej muru. Starałam się ignorować niski pomruk dobiegający z szerokiej piersi lawopaszcza, brutalnie przypominający mi, że podchodzenie do związanego z kimś smoka pod nieobecność jeźdźca jest często postrzegane jako zagrożenie.

Krwawiłam. Krwawiące istoty są mniej groźne niż niekrwawiące. Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam, rozsmarowując wilgoć z dłoni na kamieniu.

Moja krew zakrzepła w kształcie niewidocznych wcześniej run, które zaraz zaczęły syczeć i dymić.

Zagryzłam zęby i oparłam się o ścianę w nadziei, że ryty nie są tak głodne, bym padła na tyłek i za bardzo kojarzyła się z kąskiem do schrupania.

Krwawe ślady rozpadły się wraz z moim gasnącym opanowaniem.

Trzy.

Dwa.

Jeden...

Część ściany wessała się w nicość i powstało łukowate wyjście z tego pięknego, bezdusznego grobowca. Idealna brama prowadząca ponad szeroką rozpadliną do Lasu Łkających Skłębków - naszytego na strome górskie zbocze - którego wiotkimi drzewami burza ciskała tak, jakby były wodorostami pochwyconymi przez silny prąd.

Chwiejnie weszłam w otwór.

Kamień zatrzasnął się z powrotem tak szybko, że pchnął mnie naprzód, zupełnie jakby próbował zwalić mnie ze skalnego urwiska, z którego wyrosła Arithia.

- Hugth aht, Bulder!

Zarzuciłam ręką w tył. Chwyciłam się sztywnej dłoni, która wystrzeliła ze ściany, i zatrzymałam się gwałtownie. Miałam wrażenie, jakby serce zamierzało mi się wyrwać z żeber, runąć w oślepiający wir wiatru i śniegu, a potem nabić się na skałę gdzieś daleko w dole.

Gładka, kamienista dłoń stężała wokół moich zaciśniętych palców, a ja dyszałam ciężko, starając się wciągnąć cholerne serce z powrotem w siebie.

Mało brakowało.

Wciąż na wpół zwisając z krawędzi, podniosłam wzrok na lawopaszcza i bez zaskoczenia stwierdziłam, że przygląda mi się znad oprószonego śniegiem skrzydła. I wciąż grzmi. Może liczył na to, że Bulder zrzuci mnie w przepaść, a on chwyci mnie niczym spadającą zwierzynę.

Może i nie byłam jego szczególnie pobożną wierną, ale bóg ziemi lubił mnie na tyle, by nie przemienić mnie w przekąskę dla smoka.

- Gurn huk atúin, Bulder...

Podciągnął mnie powoli, aż oparłam się o ścianę, wciąż czując, jakby świat kołysał mi się pod stopami.

Uprzykrzone, pasożytnicze runy.

Oderwałam od płaszcza pasek materiału i obwiązałam sobie dłoń, co było trudne przy rozdwojonym widzeniu i zdrętwiałych opuszkach palców.

- Z-zabierz mnie d-do wypalonych równin domu - wykrztusiłam, po czym schowałam ostrze i obróciłam się do krzywych, obsypanych śniegiem schodów biegnących zakosami w dół pionowego urwiska aż do skraju lasu. Wszystko rozmazywało się za zmaganiami śniegu z wichrem.

Świat rozdzielił się, połączył, rozdzielił.

Westchnęłam.

Jeśli nie spadnę i nie złamię sobie karku, nastąpi cud.

Ostrożnie stawiając kroki, ruszyłam zdradzieckim trawersem przez urwisko. Nagle lawopaszcz zaskrzeczał tak głośno, że przebił się przez wyjący wicher.

Obróciłam się gwałtownie, wytężając wzrok.

Przez wirujący śnieg dostrzegłam bestię rozciągającą masywne pierzaste skrzydła. Kilkoma potężnymi uderzeniami smok wzbił się z muru w kierunku wielkiego, kolczastego konturu wieńczącego górskie miasto, ku oknom wyraźnie migoczącym na tle gęstego mroku.

Pałac.

Zachwiałam się, gdy zadrżała ziemia, zupełnie jakby coś trąciło mnie od tyłu. Szybko. Punktowo. Z podobnymi wstrząsami spotykałam się tylko wtedy, gdy Bulder próbował mi coś przekazać.

Zmarszczyłam brwi i otworzyłam się...

Jego pieśń wdarła mi się w bębenki uszu. Barytonowa kołysanka, melancholijna melodia kojarząca mi się z...

Z melodią, jaką śpiewał Slátrze, gdy przebywała w kleci w Dhomm.

Spalona.

Złamana.

Przez skotłowaną burzę wpatrywałam się w skupiska dawnych, porzuconych kleci tkwiących pośród górskich grani. W jednej z nich kryła się moja urocza przewoźniczka, czekająca tam wraz ze swoją lawopaszczką.

Czekająca, by zabrać mnie z powrotem do Wygaszenia.

Nieprzyjemne uczucie zagnieździło mi się w piersi, zupełnie jakby właśnie ugodziła strzała.

Chłodna, głodna groza.

Zerwałam się na nogi i pobiegłam.

Moje obolałe nogi dały za wygraną.

Potknęłam się. Przytrzymałam się poszarpanej skały i osunęłam pod jej mizerną osłonę.

Starając się uspokoić oddech, zacisnęłam zmrożone dłonie na ustach, żeby maskowały gorące wydechy.

Upewniwszy się wreszcie, że nie zemdleję, spojrzałam w kierunku wielkiej jaskini na przedzie - ledwo widocznej, gdyby nie zagubiony strumień księżycowego blasku przebijający się przez chmury.

Przysłoniłam usta i wydałam świergotliwy odgłos ptaka kępokrzewowego. Dźwięk najpierw wzmocnił się, odbity echem od wszystkich ostrych krawędzi, aż w końcu zanikł.

Zaczęłam liczyć.

Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć...

Świat wciąż się rozszczepiał i falował, gdy wytężałam wzrok w ciemności, czekając. Z każdą chwilą czułam większe przerażenie.

Umówiłyśmy się, że doliczę do sześćdziesięciu. I że jeśli nie nadejdzie odpowiedź, będzie to oznaczało, że stało się coś złego.

Pięćdziesiąt cztery... pięćdziesiąt pięć...

No dawaj. Dawaj. Dawaj...

Hu huuut!

Aż krzyknęłam z ulgi.

Wydyszawszy krótką modlitwę do Stwórców, pstryknęłam przykrywkę miedzianego wealdu Kaana i użyłam płomyczka, by oświetlić sobie drogę przez drżącą kleć, pośród spadających kamieni, przed którymi musiałam się odsuwać.

Trzeba się stąd wydostać. I to szybko.

Przeszłam za róg, gdzie korytarz otwierał się na dużą komnatę gniazdowania.

- Rasha? - wyszeptałam, przestępując nad jasnymi gałęziami i odłamkami obsydianu.

Jaskinią znowu zatrzęsło.

Drżała. Zupełnie jakby była zła.

Rozległ się gwałtowny trzask. Zaraz potem kamienna bryła runęła tak blisko przede mną, że omal nie zmiażdżyła mi palców stóp.

Cofnęłam się, potknęłam o kłodę i wylądowałam na kości ogonowej. Strumień bólu rozlał mi się wzdłuż kręgosłupa, a weald Kaana ślizgnął się po podłodze - choć wciąż jarzył się w nim płomień.

O co chodzi Bulderowi?

Otworzyłam się...

Jego pieśń grzmotnęła mnie z takim impetem, że aż syknęłam. Słyszałam jego ton, zwarty i gardłowy. Zgrzytliwe połączenie złości i smutku, tak niepodobne do krzepkiego boga.

Melodia rozszczepiała mi się w głowie. Wiele śpiewanych przez niego słów było niezrozumiałych, nawet dla mnie. Zdawały się tak gwałtowne i poszarpane.

Przycisnęłam dłonie do głowy, opierając się dudnieniu, ale znieruchomiałam, wyczuwając woń krwi. I widząc wilgoć rozsmarowaną na mojej skórze.

Zgarnęłam weald Kaana i zamachałam nim nad szklistą czerwoną kałużą na ziemi, podpierając się na ręce, żeby się lepiej przyjrzeć jej szeroko rozlanej powierzchni.

Zbyt szeroko.

- Rasha?

Łamał mi się głos.

Przestąpiłam krew i weszłam dalej w głąb nory. Zachłysnęłam się, gdy ujrzałam przerażający widok.

Furn, żółto-pomarańczowa lawopaszczka Rashy, wisiała w powietrzu, przebita drzazgami obsydianu przeszywającymi ją ze wszystkich stron. Wyglądała tak, jakby próbowała zerwać się do lotu na pierwszą oznakę niebezpieczeństwa, ale została od razu ugodzona w pierś.

Skrzydła.

Brzuch.

Szyję.

Zachwiałam się, spoglądając na jej głowę - zwieszoną pod nienaturalnym kątem, z wybałuszonymi oczyma, ze zmatowiałymi czerwonymi tęczówkami. Miała otwarty pysk i krew spływała jej z rozwidlonego języka, kropla po kropli kapiąc na ziemię.

Widok mi się rozszczepił i na powrót połączył. Nie wiedziałam, czy mam przywidzenia, czy z powodu wyczerpania zabrnęłam nieco za daleko, ale nagle ktoś wypowiedział wiele wściekłych słów, od których moja dusza stanęła dęba.

- Jisthh et aagh. Et zist... fiyah ke!

Płomień z wealdu Kaana wybuchnął, parząc mi dłoń.

Upuściłam go i odskoczyłam od pożogi, która wzbierała, rozlewała się już po stropie niczym jęzor smoczego ognia. Komnata płonęła z taką zaciekłością, że musiałam zmrużyć oczy i osłonić się chociaż dłonią przed bijącym żarem.

Gorący, wygłodniały blask... oświetlał wszystko.

Ponad dwudziestu Cierni stało pod ścianami, celując długimi mieczami w ziemię pod swoimi stopami, ich twarze osłaniały srebrne hełmy, a oczy lśniły im niczym klejnoty ciśnięte w ogień. Każdemu zwisały z uszu bliźniacze paciorki lśniące jak bezgłośne groźby.

Kolejny wysyczany rozkaz rozszedł się po jaskini.

Ogień spłynął na piękną, zmaltretowaną Furn. Zapłonęła z takim impetem, że komnata stała się niczym piec, a w powietrzu rozniósł się odór spalonych piór i smoczego ciała.

Nie mogąc na to patrzeć, odwróciłam wzrok i ujrzałam Rashę, związaną i zakneblowaną, przytrzymywaną przez dwóch zwalistych wojowników dwukrotnie większych od niej. Jej duże zielone oczy wybałuszone z bólu i strachu. Z gardła dobył mi się chrapliwy odgłos.

- Zdradziecka dziwka - warknął jeden ze zbrojnych, potrząsając nią.

Ledwo zdołała wydać z siebie stłumiony krzyk, a już klinga przebiła jej od tyłu szyję.

- RASHA...

Dławiła się, krew plamiła jej knebel.

Moja twarz wykrzywiła się, wargi odsłoniły wyszczerzone zęby, mięśnie karku napięły się, gdy całą swoją wściekłość wlewałam w jedno polecenie:

- Gurn ed akin, ah...

Coś ugodziło mnie w lewą kostkę.

Bulder posłuchał mojego rozkazu i zawalił część stropu, miażdżąc trzech Cierni. W tej samej chwili jego pieśń zamarła, a ja się przewróciłam. Przestałam ją słyszeć przez żelazną strzałę, która przeszła o włos od mojego ścięgna piętowego. Ból, jaki odczuwałam, bladł w porównaniu z cierpieniem eksplodującym mi w piersi na widok Rashy ciskanej na ziemię jak lalka. Bezwładna.

Martwa.

Otoczenie zlało mi się w płonącą plamę.

Ciernie podeszli równocześnie. Byli jak srebrna pętla zaciskająca się na losie bezcennego dziennika ukrytego na moim brzuchu.

Reliktu zdolnego zmienić... wszystko.

Chwyciłam rękojeść sztyletu i rozglądałam się po opancerzonych wojownikach. Który z nich chwyci mnie pierwszy? Który skończy z moim ostrzem w oku?

Wolałabym umrzeć, niż znaleźć się twarzą w twarz z Tyrothem. Wolałabym spłonąć u boku Furn i Rashy, żeby moja dusza mogła przekazywać Kaanowi wiadomości za pośrednictwem jego przybłędy.

Zaparło mi dech, gdy na ścianie dostrzegłam wąską szczelinę odchodzącą w prawo. Na pewno nie było jej tam wcześniej. Zgadywałam, że sięga dalej w głąb góry, ale...

To lepsze niż śmierć.

Dziękując w myślach Bulderowi, uniosłam nogę i oparłam się na nieuszkodzonej stopie. Przeszukiwałam kieszenie płaszcza.

Przyglądałam się zbliżającym prześladowcom. Ostatni raz popatrzyłam na biedną Rashę leżącą na ziemi za ich plecami, z szeroko otwartymi oczyma i tak rozdzierająco nieruchomą. Ostatni raz zerknęłam na szkielet Furn. Ignos żerował na tym, co zostało z jej piór i ciała.

- Wszyscy jesteście potworami - warknęłam przez gulę zalegającą mi w gardle.

Rozległ się chełpliwy śmiech. Kpiący głos groził, że rozciągnie mnie na skale, skoro wydawało mi się, że mogę zakraść się niezauważona do królestwa mojego brata.

Zacisnęłam palce na słoiczku z księżycowym blaskiem, wyobrażając sobie, że tą samą dłonią miażdżę im gardła.

- Nie mogę się doczekać dnienia, gdy będziecie zmuszeni uklęknąć przed prawowitą królową i odpowiedzieć za swoje ohydne zbrodnie.

Cisnęłam słoikiem. Rozbił się, eksplodując mroźnym lśnieniem, a wtedy podniosłam weald Kaana, poderwałam się z ziemi...

I na ślepo ruszyłam przez chaos, który się rozpętał.

RAEVERozdział 7

Dumnym krokiem szłam przez kałuże czerwieni usiane fragmentami mięśni i kości, obracając w palcach jedno z ostrzy Kaana wykonanych ze smoczej łuski. Obróciłam się i cisnęłam sztyletem. Z rozkoszą obserwowałam, jak wbija się w poszarpane szczątki oskórowanej piersi Rekka Zharosa.

Wisiał z rozciągniętymi rękoma przywiązanymi do kolumienek posłania i zwieszoną głową. Nieruchomy. Martwy.

Bardzo martwy.

Żadne zaskoczenie, skoro nie miał już serca w piersi. Chociaż nie potrafiłam zlokalizować owego serca, uznałam, że nie będę się już nad tym zastanawiać. Jeśli moja Inna nie rzuciła go w ogień albo nie wywaliła przez okno wychodzące na labirynt brudnych uliczek - co uważałam za wątpliwe - to nie chciałam wiedzieć, co się z nim stało.

Nie chciałam też myśleć o... niej.

O mojej Innej.

Pamiętałam o wszystkim, co niedawno widziałam wciśnięte pod lód, żeby nikt już nigdy tego nie tknął.

Westchnęłam.

Podziwiałam, co moja Inna zrobiła z Rekkiem. Był zupełnie nie do poznania. Znów rozglądałam się po widocznych fragmentach jego skóry, starając się znaleźć choć skrawek, który nie został przypalony.

Bezskutecznie.

Czegóż bym nie zrobiła, żeby móc patrzeć, jak ona zwija go w kłębek i wpycha do kominka. Przynajmniej tak sobie wyobrażałam przyczynę takich obrażeń.

Przemykałam wzrokiem pomiędzy kolejnymi brutalnymi ranami, zapewne powstałymi od jego zakrwawionych butów ciśniętych w róg, bo ostrogi pokrywała krwawa miazga. Muszę oddać Innej honor, że jej kreatywność w tej krwawej jatce przeszła moje najbardziej sadystyczne wyobrażenia.

Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z tak brutalnym mordem. Pomściła Líri i Essi tak skrupulatnie, że nie dałoby się z nim zrobić już nic więcej.

Ukłucie bólu rykoszetowało mi w piersi na wspomnienie pięknego uśmiechu Essi - wymazanego z tego świata.

Przez niego.

Wciągnęłam powietrze przez zęby i podeszłam bliżej. Wsunęłam świerzbiącą opuszkę palca pod brodę Rekka, uniosłam mu głowę i wejrzałam w puste, okaleczone oczodoły.

Nie miałam pojęcia, gdzie podziały się jego oczy. O tym również wolałam nie myśleć.

- Przynajmniej sprawiła, że cierpiałeś - rzuciłam przeciągle, opuszczając dłoń.

Jego głowa znów obwisła.

Westchnęłam i wyszarpnęłam ostrze, obróciłam się na pięcie, wróciłam do swojego miejsca przy drzwiach i znowu rzuciłam.

Łup - prosto pomiędzy nieistniejące oczy.

Nagle ktoś zapukał do drzwi.

- Hasło - mruknęłam, próbując oswobodzić klingę.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, potem usłyszałam odchrząknięcie, a następnie coś pomiędzy szeptem a syczeniem:

- Rekk Zharos może zeżreć słój gówna cekinotki.

Uśmiechnęłam się, wyciągnęłam wreszcie broń i wsunęłam ją do pochwy przypiętej do uda. Zamierzałam właśnie otworzyć drzwi, gdy uświadomiłam sobie, że tak pochłonęło mnie wyładowywanie na trupie Rekka nagromadzonej frustracji, że wciąż miałam na sobie... jego. I niewiele więcej.

- Chwileczkę.

Przeszłam do umywalni, zrzuciłam buty na obcasach, odpięłam pochwy i rozebrałam się z koronkowych fatałaszków, a potem wilgotną szmatką zmyłam z siebie większość krwi Rekka. Włożyłam skórzane spodnie i miękką czarną tunikę wiązaną ciasno w talii, wciągnęłam wysokie buty, wypchałam je nożami i na nowo przypięłam pochwy do ud.

Okryłam się płaszczem, narzuciłam sobie ręcznik na ramię i wyjęłam z miednicy klamkę od drzwi. Zauważyłam srebrzysty blask wokół swojego pasa. Jakby coś... bezcielesnego. Zmarszczyłam brwi.

Dziwne.

Wciąż się temu przyglądałam, idąc do wyjścia. Wsunęłam klamkę na miejsce i otworzyłam drzwi.

- Witaj - wymamrotałam, po czym wyszarpnęłam ostrze z pochwy i cisnęłam nim za siebie.

Trafiło z kolejnym mięsistym łupnięciem.

Przez chwilę panowała cisza, zanim mój przewoźnik znów odchrząknął.

- Jeśli wolisz, może wrócę później?

Oderwałam wzrok od dziwnego zjawiska i popatrzyłam na Utrisa stojącego z rękoma założonymi na baryłkowatej piersi.

Podrapał się po gęstej czarnej brodzie idealnie pasującej do ciemnego skórzanego stroju i karnacji oraz kontrastującej z jaskrawoniebieskimi oczyma i czerwonawymi piórami lawopaszczy przywiązanymi do końców licznych warkoczyków ozdobionych paciorkami. Czerwonymi i brązowymi. Ignos i Bulder.

Ścisnęło mi się serce.

Tak samo jak Kaan.

Zamrugałam.

- Hmm?

- Ten mężczyzna - powiedział ze swoim wyraźnym północnym akcentem, unosząc brew. - Skończyłaś już z nim czy...

Wyciągnęłam kolejną klingę wbitą zapewne w ścianę przez Inną i cisnęłam nią. Wgryzła się w opróżnioną klatkę piersiową Rekka, dokładnie tam, gdzie powinien mieć serce.

- Niestety tak.

Jedyne, czego chciałam, to poświęcić cały cykl na obdzieranie Rekka ze skóry, odłupywanie mu kawałków żeber, a później rozplątywanie jelit, aż wrzeszczałby, żebym przestała. Najwyraźniej prosiłam o zbyt wiele.

- Jasne. - Utris pochylił głowę, wchodząc głębiej do pokoju.

Kopnięciem zatrzasnęłam drzwi. Papierowy skowronek przemknął przez szczelinę w samą porę, żeby uniknąć zmiażdżenia. Trzepotał się przez chwilę, próbując odzyskać kontrolę, po czym pomknął ku mnie.

Chwyciłam go w powietrzu i wsunęłam do kieszeni płaszcza, obok málmra Kaana.

- Czy muszę ci przypominać, że jeżeli szepniesz komuś o tym choć słówko, to szybko się zorientujesz, że nie dostaniesz dodatkowego woreczka złota, które skitrałam w Dhomm?

Lokalizacja tych funduszy była umieszczona na złożonym już skowronku kryjącym się w mojej tylnej kieszeni, gotowym do wypuszczenia, gdy tylko się rozstaniemy. Aczkolwiek o tym nie miał pojęcia.

- Zapewne cię też zabiję. - Wzruszyłam ramionami. - No wiesz, lepiej nie zostawiać luźnych nitek.

- Twój sekret jest u mnie bezpieczny. - Utris rozejrzał się z uznaniem po apartamencie, a potem wyjął sztylet. Podszedł bliżej posłania i przyłożył ostrze do jednej z lin, na których wisiał Rekk. - Na moich oczach ten skurwiel popędzał ostrogami tamtą biedną księżycopiórkę na równinie - wycedził, przecinając splot włókien. Prawa strona ciała Rekka oklapła i teraz wisiał na lewym nadgarstku. - Gdybym wiedział, jak słono każesz mu zapłacić, zaoferowałbym swoje usługi za darmo.

No cóż.

Utris przeciął ostatnie więzy, uwalniając Rekka. Okaleczone zwłoki łupnęły o podłogę.

- Będę o tym pamiętać.

Jedno po drugim wyciągnął moje ostrza z ciała Zharosa i ślizgnął nimi w moją stronę po podłodze. Zgarnęłam je, wytarłam i na ślepo wsunęłam do pochew, znów skupiona na tajemniczej jaśniejącej macce owiniętej wokół mojej talii i wplecionej między palce. Próbowałam ją strącić, ale tylko rozsmarowałam sobie więcej krwi po ręce.

- Wciąż chcesz nim nakarmić anthe?

Podniosłam wzrok i ujrzałam, że Utris owinął już Rekka czarnym prześcieradłem, a teraz obwiązywał liną.

- Nie - odparłam, pozwalając, by odrobina krwiożerczości wkradła mi się w głos. - Tak prawdę mówiąc, to chcę go zostawić spętanego na ulicy, żeby wszyscy mogli mu się przyjrzeć, a potem przejść się po mieście, ściskając w pięści jego serce.

Utris rozchylił usta.

- Ale - nie dałam mu się odezwać, ściągnęłam ręcznik wiszący mi na ramieniu i wytarłam sobie nim krew z dłoni - nigdzie nie widać jego serca. - Miałam nadzieję, że leży rozdeptane gdzieś na podłodze, a nie przeżute w moim żołądku. - I niestety mam zbyt silny instynkt samozachowawczy, żeby próbować czegoś tak głupiego. Zatem miejmy to już z głowy. Czy udało ci się znaleźć całun?

- Owszem. - Utris wytarł zakrwawione dłonie o prześcieradło.

Otworzył torbę, sięgnął do środka i wyciągnął coś, co wyglądało jak nicość. Przynajmniej dopóki tego nie strzepnął, a wtedy ukazał się przebłysk srebrnej podszewki całunu.

Opatulił Rekka tkaniną pokrytą licznymi runami, sprawiając, że stał się niewidzialny, i podwinął końce całunu, żeby się nie rozplątał.

- Wspaniale. Ile jestem ci winna?

- Handlarka nie była zainteresowana krwawym kamieniem. - Podniósł wzrok i w jego oczach pojawił się tęskny wyraz. - Ani złotem. W sumie to całkiem możliwe, że tego dnienia spotkałem miłość swojego życia. Albo też po prostu chciała zaliczyć szybki numerek między regałami.

Och.

- Twoje szczęście - rzuciłam śpiewnie, nie chcąc myśleć o miłościach życia.

O wargach Kaana muskających moją skroń w kleci w Dhomm ani o ostatnich słowach, jakie do mnie powiedział.

"Wróć do mnie, Raeve. Wróć do nas".

Zwinęłam ręcznik i rzuciłam nim o ścianę. Patrzyłam, jak zsuwa się w kałużę krwi.

Taki piękny, cudowny mężczyzna. Tak wątpliwy gust co do romantycznych partnerek życiowych. Byłam przekonana, że na pewno by się ze mną zgodził, gdyby mnie teraz zobaczył.

Skowronek wyrwał mi się z kieszeni i podfrunął, żeby pacnąć mnie w nos. Skrzydełka i ciało miał zakrwawione po tym, jak wcześniej go dotykałam.

Skrzywiłam się, łapiąc go.

- Przepraszam. - Rozwinęłam maleństwo.

Ujrzałam drobne pismo. Znajome.

Piękne.

Wykonane ręką Kaana.

Księżycowy Promyku.

Przełknęłam z wysiłkiem ślinę, zaciskając powieki. Otworzyłam na powrót oczy. Zaparło mi dech, gdy wyczułam nieznaczną woń jego śmietankowego, wyrazistego zapachu, wciąż obecnego na papierze.

Czytałam dalej, a oczy otwierały mi się coraz szerzej z każdym niepokojącym słowem.

Nadciąga księżycospadanie.

Nasza miskunn przewidziała katastrofalne wydarzenie. Spadnie ich wiele, do tego wszystkie naraz.

Choć nie jest pewna, kiedy konkretnie do tego dojdzie, uważa, że wciąż zostało kilka cykli. Może od siedemnastu do dwudziestu, jeśli sądzić na podstawie zauważonych przez nią przebłysków wstęg aurory.

Otworzyłem wrota Królewskiej Fortecy, żeby mój lud mógł ukryć się w głębi górskich korytarzy. I posłałem wieści do swoich wioskowych przywódców, aby dokonali przygotowań.

Kazałem trojgu naszych najbardziej kompetentnych niebieskich paciorków odprowadzić Líri do najbardziej wysuniętego na południe posterunku (na zachód od Bothaim). Gdybyś zechciała spotkać się z nią tam, nie znajdziesz wioski na mapie, ale Utris zna jej położenie.

Raeve, będziesz najbezpieczniejsza, jeśli w momencie księżycospadania znajdziesz się pod ziemią - przynajmniej dopóki sytuacja się nie uspokoi, co może trochę potrwać. Górski dom mah ma pod sobą głęboki schron pełen zapasów. Wejście znajdziesz pod dużym dywanem w salonie.

Nie bądź uparta. Użyj go, proszę.

Inni też wkrótce przewidzą księżycospadanie. Gdy wieści się rozniosą, lud ogarnie panika. Zrobi się paskudnie. Nikomu nie mów i uważaj na siebie.

Jestem tu w B

Zagnij fałdę zwrotną, gdybyś mnie potrzebowała.

Twój.

Przez chwilę byłam tylko w stanie wpatrywać się bez tchu w kartkę i raz za razem odczytywać tę samą linijkę...

Spadnie ich wiele, do tego wszystkie naraz.

Na Stwórców.

- Wszystko w porządku?

Poderwałam wzrok i zacisnęłam dłoń niczym zatrzaskujący się małż, ukrywając wstrząsającą wiadomość.

Nikomu nie mów.

Odetchnęłam przeciągle, powoli, żeby opanować rozszalałe serce. Wszystkie troski zawarte w wiadomości upychałam w głębi, aż stały się jedynie smużkami mgły unoszącymi się ponad moim lodowym jeziorem.

Zadarłam podbródek. Wyprostowałam barki.

- W idealnym porządku - skłamałam, na nowo składając zakrwawionego skowronka z wyjątkiem ostatniej fałdy, bo nie chciałam, żeby znowu wyfrunął mi z kieszeni. - To tylko rozliczenie za wynajem wszystkich pokojów w Aksamitnym Całusie. Wyszło więcej, niż sądziłam. - Podniosłam kaptur, podeszłam do drzwi i otworzyłam je szeroko. - Idziemy?

Utris stęknął pod ciężarem zwłok Rekka, ale ułożył go sobie na ramionach w taki sposób, że ledwo byłam w stanie stwierdzić, że niesie niewidzialnego trupa.

- Panie przodem.

Przeciągnęłam obcasami butów po wycieraczce i byłam już w połowie pustego kamiennego korytarza, gdy usłyszałam stuknięcie otwieranego wealdu.

Przyspieszyłam kroku, żeby dopasować się do rytmu dudniącego mi serca.

Utris wygłosił wiele nazbyt znajomych słów, które sprawiły, że moja dusza zaskwierczała i zachciało mi się wymiotować. Jego mały płomyk przerodził się w rozszalałą pożogę mającą pochłonąć wszelkie najdrobniejsze dowody w apartamencie. Zupełnie tak, jak ustaliliśmy przed tym paskudnym mordem, do którego chciałabym móc się przyznawać.

Choć w korytarzu roznosiło się gorąco, przez plecy przebiegł mi dreszcz.

Jeszcze bardziej przyspieszyłam i przeszłam za róg.

Byle dalej.

Choć kusiło, by pozwolić Ignosowi pożywić się Rekkiem, bo wtedy moglibyśmy szybko zakończyć sprawę, zwykły ogień nie pożerał... wszystkiego. Karmił się ciałem, a potem wypluwał kości i wrzeszczącą, miotającą się duszę, zostawiając szczątki nieapetyczne w zasadzie dla każdego oprócz zdesperowanych aksamitnych trogg.

W Bothaim uwielbiałam to, że kryło w sobie tak wiele sekretów, w tym sieć podziemnych tuneli wygryzionych przez coś dawno temu, a teraz robiących za dom w pełni wyrośniętej anthe. Stworzeniu żerującemu na ciałach, tak, ale połykającemu również dusze i przeżuwającemu je w nicość.

Rekk Zharos nie zasługiwał na nic lepszego.

Gdy już zostanie pochłonięty w odpowiedni sposób... cóż, wtedy zacznę się martwić zakrwawionym skowronkiem spoczywającym w mojej kieszeni.

VEYARozdział 8

Całkiem możliwe, że zjebałam.

Walcząc o odzyskanie tchu, obejrzałam się przez ramię na poszarpaną szczelinę, w którą się wcisnęłam, żeby dostać się... tutaj. Zastanawiałam się, czy...

Stukot butów lądujących w oddali na kamieniu potwierdził, że wycofanie się nie wchodzi w grę.

Powinnam była skręcić wcześniej, w którąś z innych dziur.

Otarłam pot i macki włosów lepiących mi się do skroni i przyjrzałam się jaskini rozciągającej się przede mną niczym wielka lawowa paszcza, przesunęłam wzrokiem po gniewnych sadzawkach magmy bekających kłębami dymu. Rozejrzałam się po masywnych kamiennych kolumnach wspierających rozległy strop - zupełnie jakby Bulder wykorzystywał swoje ręce jako filary.

Znalazłam się w śmiertelnej pułapce. Mój ekwipunek nie był dostosowany do tego, by znieść takie gorąco. I co zrobię, jeśli tam zejdę, a jedyną drogą ucieczki okaże się koniec w lawie?

Podmuch powietrza poderwał pyliste siarkowe wyziewy do gwałtownego tańca. Zupełnie jakby Clode wpadła właśnie do groty i rozsunęła je niczym muślinowe zasłony.

Skupiłam wzrok na skrawku blasku aurory wpadającym przez rozciągające się poza jaskinią skotłowane chmury. Wyjście.

Oklapłam, zwiotczały mi mięśnie.

Dzięki niech będą Stwórcom...

Przyglądałam się labiryntowi niepewnych ścieżek biegnących pomiędzy żrącymi jamami. Niestety wyglądały na równie solidne jak moje więdnące opanowanie.

Chyba czas wyjąć ten żelazny pręt.

Zerknęłam na metalowy pocisk wystający mi z nogi. Skrzywiłam się i znów podniosłam wzrok.

- Niech to - mruknęłam, osuwając się na tyłek z jedną nogą zwieszoną przez pionową krawędź.

Niech to.

Niech to.

Niech to.

Napełniłam płuca, wstrzymałam oddech, po czym wyrwałam grot, jednocześnie wciskając pięść w usta, żeby nie wrzasnąć. Odrzuciłam to cholerstwo od siebie. Krew sączyła się z paskudnej rany, gdy pieśń Buldera uderzała we mnie swoim ciężkim lamentem. Jak zawsze, gdy w pobliżu znajdowała się lawa.

Nie lubił topnieć.

To nas łączyło.

Oderwałam pasek materiału ze skraju płaszcza i obwiązałam sobie kostkę. Miałam właśnie zamiar błagać Buldera, żeby zbudował mi most ocalenia poprzez ten krajobraz zagłady, gdy coś ukrytego pośród obsydianu przykuło mój wzrok. Coś czarnego i lśniącego, ale podejrzanie krągłego i idealnie ukształtowanego.

Serce mi zamarło.

Wyglądało na łuskę Bharona - masywnego, majestatycznego i bardzo niesfornego lawopaszcza należącego do Tyrotha.

Niemożliwe. Na pewno gniazdował w kleci w którymś z posterunków bliżej Wygaszenia, gdzie w powietrzu była choć odrobina ciepła. Nikt przy zdrowych zmysłach nie trzymałby lawopaszcza tutaj.

W pieprzonej Arithii.

Przyjrzałam się dokładniej jaskini, skupiskom obsydianowych pagórków po części startych na ostre odłamki. Zupełnie jakby coś używało ich do pielęgnacji zaniedbanych pazurów. Tego typu zachowanie obserwowałam jedynie u smoków zbyt długo trzymanych w zamknięciu.

Zauważyłam drobne srebrne runy wyryte w licznych szczelinach wzdłuż ścian... wokół sadzawek lawy... na kamiennych wyspach...

- Na Stwórców...

To miejsce nie było przypadkowe, nie powstało w wyniku aktywności wulkanicznej. Trafiłam do siarkowej klatki.

Znów zerknęłam w kierunku odległego wyjścia. I wąskich skalnych grzbietów wijących się między jeziorkami lawy.

Nie mogłam wezwać Buldera, żeby postawił mi most, bo wtedy groziłoby mi, że ściągnę na siebie uwagę Bharona, ale byłam gotowa zaryzykować rozpuszczenie się w lawie, żeby się stąd wydostać.

Nakreśliwszy najlepszą, oby też najsolidniejszą trasę, oderwałam kolejny pasek od płaszcza i przewiązałam nim dolną część twarzy, żeby nie zakrztusić się oparami. Skręciłam i przesuwałam się ostrożnie w dół skalnego urwiska, gdy z głębi jaskini dobiegło echo niskiego pomruku.

Kurwa.

Nie zatrzymałam się. Nawet nie zwolniłam.

Trochę minęło, odkąd ostatni raz widziałam Bharona, ale dobrze pamiętałam jego ogromną sylwetkę i bezwzględne przywiązanie do własnego terytorium. Nie potrafiłabym zapomnieć kolczastego ogona, którym zwykł uderzać każdego, kto wkroczył w jego przestrzeń osobistą, ani tego, że pochłaniał opiekunów niczym pieczone udźce z crolka, gdy gniazdował jeszcze w Dhomm.

Jeśli wyłoni się z nieznanej kryjówki, będę martwa.

Przeskoczywszy ostatnich kilka kroków, wylądowałam w przykucu i strumień bólu pomknął mi w górę nogi, wyzwalając dziki wrzask, który poniósł się echem po wielkiej jaskini.

Panika skłoniła mnie do koślawego biegu. Podeszwy butów niemal kleiły mi się do skały, gdy przemykałam niepewnymi ścieżkami kruszącymi się tuż za mną i unikałam jęzorów lawy wyskakujących z siarkowych sadzawek. Gęste wyziewy przysłaniały mi widok, ale parłam przed siebie. Clode stała się dla mnie wietrzną boją, ku której zmierzałam.

Uda ci się.

Uda ci się.

Uda ci się.

Wdrapałam się po stercie luźnych obsydianowych odłamków, opadłam na tyłek i zjechałam od drugiej strony, rozcinając sobie dłonie i ręce o ostre krawędzie. Podniosłam się niezdarnie i ruszyłam dalej, kaszląc pomimo opaski, a oczy piekły mnie od siarkowego odoru.

Tylko kawałeczek za tym pagórkiem, potem szybko przemknąć do wylotu kleci i na zewnątrz. Mogę się ukryć w rosnącym na zboczu lesie. Dzikie przybłędy były znane z tego, że gnieżdżą się pośród skupisk łkających skłębków, ale wolałam ryzykować, że wyżłopią mi duszę, niż to, co czekało mnie w zamian.

Śmierć.

Stratę pieczy nad dziennikiem.

Wskoczyłam na stabilniejszy grunt i gnałam już do wyjścia, gdy kolejny podmuch wiatru wdarł się do kleci i rozwiał smog...

Ukazując Tyrotha stojącego na drodze z okrutnym błyskiem w oczach nie do pary, ze skrzyżowanymi rękoma, otulonego futrem jakiejś białej bestii, której martwa głowa zwisała mu przez lewe ramię.

Jego usta poruszyły się.

Ziemia się zatrzęsła.

Obsydianowa włócznia wystrzeliła na skos z ziemi, tak szybko, że nie zarejestrowałam tego w pełni, dopóki nie przebiła mi barku - rozdarła skórę, mięśnie i ścięgna.

Strzaskała kość.

Zatrzymałam się gwałtownie. Czułam, jak ostrze wychodzi mi plecami. Wrzasnęłam - wydałam z siebie głośny, mrożący krew w żyłach skowyt, ból szalał we mnie pulsującymi falami. Miałam wrażenie, jakby coś właśnie oderwało mi rękę.

Pochyliłam podbródek. Płuca domagały się tchu, który mogłam czerpać jedynie płytko, bo bałam się, że obrażenia się pogłębią. Patrzyłam, jak moja krew ścieka po czarnej kamiennej iglicy i zbiera się u jej podstawy.

Ciężkie kroki mojego brata zadudniły bliżej, a wtedy jedna myśl przedarła mi się przez umysł...

Nie mogę zawieść.

Nie mogę zawieść.

Nie mogę.

Zmusiłam drżące wargi, żeby znieruchomiały, zmusiłam płuca, żeby wypełniły się oddechem, który z wysiłkiem uformowałam w słowa. Błagałam Buldera, żeby zrobił Tyrothowi to, co właśnie stało się mnie:

- Gurdeth aath ahn...

- Gurdeth aath uh nah! - zagrzmiał Tyroth, zanim zdążyłam dokończyć, wyszarpnął mi rozkaz, podporządkował go sobie. Niemal wyrwał mi język z gardła.

Zgruchotał moją kamienną włócznię, która podążała ku jego piersi.

Zadławiłam się i zacharczałam, czułam w ustach smak krwi, płonęły mi płuca.

Przeszedł nad szczątkami mojej nieudanej skalnej iglicy i nad pękniętym łańcuchem srebrnych run powstrzymujących. Które sugerowały, że Tyroth więził tu Bharona wbrew jego woli.

- Odchodzisz bez pożegnania? - spytał przeciągle.

Jego długie włosy wzdymały się na gorącym, wilgotnym wietrze.

Sens mojego istnienia niknął.

Podobnie jak przy pah, również w obecności Tyrotha zawsze czułam się mała. Jak cherlaczka, której zabrakło przyzwoitości, by umrzeć wraz z mah, gdy zabrałam ją z tego świata.

- Dlaczego ty... dlaczego miałabym... m-marnować... dech? - spytałam, zamiast powiedzieć mu, jaki ból sprawia mi samo patrzenie na niego.

Na tę twarz, która rzadko się uśmiechała, na twarde potępiające oczy, które winiły mnie przy każdym mrugnięciu.

Właśnie do tego służą lustra.

Cmoknął.

- To zabawne, że zawsze uważasz się za ofiarę, Veyu, podczas gdy to ty nam wszystko odebrałaś. - Znalazł się tak blisko, że w jego lewym oku widziałam już zielone plamki. Zmarszczył brwi, przyglądając mi się, jakby analizował obraz. - To straszne, jak bardzo przypominasz ją z wyglądu...

Żałowałam, że brak mi tchu i nie mogę mu powiedzieć, żeby spierdalał. Przynajmniej ją znał. Widział ją. Wdychał jej zapach. Ja w ogóle jej nie spotkałam, a pah spalił wszystkie jej portrety.

Wsunęłam dłoń pod fałdy płaszcza i chwyciłam klingę przypiętą do lewego uda...

- Dla niego chyba to też był koszmar. - Bruzdy na jego czole pogłębiły się. - Pewnie dlatego nie skrócił ci cierpień, gdy o to błagałaś.

Zignorowałam jego zagadkowe słowa, które nie miały dla mnie sensu, i cofnęłam rękę, zamierzając ciąć go przez gardło, ale nagle moja dłoń znieruchomiała.

Potrzebowałam chwili, żeby zarejestrować słowa wywarczane przez Tyrotha i zauważyć wąską obsydianową włócznię, która wzniosła się i przebiła moją uniesioną rękę.

Ostrze upadło na ziemię, zanim ugodziła mnie gwałtowna fala bólu. Ciepła wilgoć ściekała mi po ręce i kropla po kropli skapywała z łokcia.

Tyroth znowu cmoknął.

- Powiedz mi, siostro, co robisz w moim królestwie?

- Z-z-zwiedzam.

Westchnął, a potem sięgnął do kieszeni mojego płaszcza.

- Zapomniałem już o tym twoim sarkazmie, suko. - Wyciągnął bransoletę i zamachał mi nią przed twarzą. - Pamiętasz, kiedy używałaś tego ostatni raz?

Nie odpowiedziałam. Ledwo mogłam skupić się na czymkolwiek więcej niż na własnych charczących płucach.

- Zgaduję, że twoje milczenie oznacza nie. - Schował bransoletę do kieszeni i wyciągnął nóż z brązowej smoczej łuski.

Znałam ten odcień. Takiego samego koloru był szablokos, którego obserwowałam, jak wznosi się do nieba i skręca w kulę, gdy miałam zaledwie pięć faz.

Tyroth chwycił garść moich włosów i pociągnął. Kamienna włócznia poruszyła się w ranie. Krzyknęłam. Ostrze zalśniło, gdy przysunął je do skóry mojej głowy i ciął.

Ujrzałam kosmyk włosów w jego cofającej się dłoni.

- Wyślę to jako dowód, gdy będę informował Kaana o twojej śmierci.

Zrobiło mi się tak zimno, że jedno szturchnięcie pewnie rozbiłoby mnie na kawałki.

Tyroth zagwizdał długo i głośno. Dźwięk odbił się echem od ścian jaskini i zaraz rozległ się ponury hurgot, zupełnie jakby Bulderowi właśnie zabulgotało w trzewiach. A przynajmniej to próbowałam sobie wmawiać. Że smok Tyrotha nie przebudził się właśnie z mocnego snu.

Mimo to dygotałam, pewna, że wolałabym zginąć z własnej ręki, niż zostać pożarta albo spalona żywcem.

- Możesz zachować sobie głowę - rzucił leniwie Tyroth, spoglądając na małą czarną sakiewkę, w którą wcisnął moje włosy. Zaciągnął tasiemkę. Kiedy znowu na mnie popatrzył, w jego oczach widniała chłodna nienawiść. - Spędź swoją odwieczną egzystencję, polując na mnie od drugiej strony, siostrzyczko. Obserwuj, jak zabijam twojego ulubionego brata, a potem masakruję Wypalenie, aż zostaną jedynie gruzy i kości. Będzie to zapłata za to, że poczęstował się tym, co było moje.

To ostatnie słowo wysyczał z taką pasją, że uświadomiłam sobie straszliwą, przerażającą prawdę...

On wie.

Dowiedział się o Kaanie i Elluin.

Czy wie o Kyzari? Że nie jest jego córką?

Ziemia trzęsła się do wtóru dudnienia.

- Ale najpierw pożegnalny prezent. - Schował woreczek do kieszeni i nachylił się bliżej, wpatrując się we mnie spod zmrużonych brwi. - Pomogę ci wypełnić puste miejsca za pomocą sztuczki, którą od jakiegoś czasu staram się dopracować...

Zacisnął mi dłonie na uszach.

Szarpnęłam się, choć byłam przebita. Próbowałam obrócić głowę w bok i nie patrzeć mu w oczy.

- Nie wierć się - warknął, prostując mnie, i palcami podciągnął mi powieki. - Nie jestem w tym najlepszy. Jeden zły ruch i mogę trafić w coś ważnego, a to zepsuje całą niespodziankę.

Wrzasnęłam. Nie z bólu szarpiącego przebitą rękę. Cierpiałam, bo wdzierał się w mój umysł niczym tępa włócznia.

Powiększyły mu się źrenice, a moje ciało zwiotczało. Wszystkie barwy zdawały się wysączać ze świata i zostawały jedynie dwa wyraziste kręgi czerni, między które wpadłam jak przez mgłę świadoma, że walą się mury w mojej głowie - te same, które zawsze strzegły najważniejszych części mnie.

Miałam wrażenie, że trzewia wywracają mi się na nice, gdy Tyroth przemykał obok myśli o dzienniku. O Kaanie. O Kyzari.

O Elluin.

Skupił się na ciemnym zakątku, którego istnienia w ogóle nie zauważałam, dopóki go nie dźgnął. Brutalnie. Zupełnie jakby próbował zabić coś, czego kształtu do końca nie widział.

Coś pękło boleśnie, jakby właśnie przebił jakąś błonę.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze i zadrżałam, gdy strumień rozszalałego brzemienia wytrysnął i przepalił się przeze mnie niczym żrąca trucizna, wdarł się w szczeliny i pęknięcia, które ignorowałam od ponad stu faz.

Cisnął mnie... wstecz.

- Teraz pamiętasz? - zapytał Tyroth, a jego głos odbił się chrapliwym echem, podczas gdy ja...

Ja...