1.
Czego pragną kobiety,
czyli o kopaniu tunelu do Chin
Czego pragną kobiety? Wydaje mi się, że większość nieporozumień w związkach damsko-męskich bierze się stąd, że mężczyźni nie wiedzą. Ale
ty, profesor psychiatrii, seksuolog, psychoterapeuta, pewnie wiesz.
A to tak jest, że profesor ma wiedzieć? Odnoszę wrażenie, że im więcej
się uczę, im więcej angażuję się w różne badania naukowe, tym więcej mam
pytań o naturę i seksualność człowieka. Czyli im więcej wiem, tym więcej
mam wątpliwości i tym mniej posługuję się zamkniętymi, twierdzącymi
zdaniami. Nie potrafię podać uniwersalnej listy pragnień właściwych dla
każdej kobiety, tak jakby to była lista produktów potrzebnych do
zrobienia sernika. Podstawowe pragnienia bliskości, akceptacji,
bezpieczeństwa, seksualnego spełnienia są rzeczywiście dość uniwersalne,
to znaczy, że dla większości osób są one ulokowane wysoko w hierarchii
potrzeb i rzadko która kobieta zaprzecza ich znaczeniu.
Marta Meana, amerykańska naukowczyni, terapeutka par i była prezeska
Society for Sex Therapy and Research, podobno miała w swoim gabinecie
dwa panele sterowania - jeden symbolizował działanie męskiego pożądania,
drugi - żeńskiego. Ten pierwszy był wyposażony tylko w prosty włącznik
on-off, drugi tymczasem miał liczne pokrętełka. "Próby dociekania, czego
pragną kobiety, to prawdziwy dylemat" - twierdziła.
Poznając psychikę i seksualność kobiet, dowiadujemy się o ich złożoności
i zróżnicowaniu, bo wpływają na nie liczne czynniki, a wiele uwarunkowań
wciąż pozostaje do odkrycia.
Może kobiety same nie wiedzą, czego chcą? Pamiętasz Cristinę z filmu
Woody'ego Allena Vicky Cristina Barcelona,
którą grała zjawiskowa Scarlett Johansson? Wciąż powtarzała: "Chciałabym
wiedzieć, czego chcę". "Podoba ci się sam lot w nieznane" - mówiła o Cristinie jej przyjaciółka Vicky. Cristina miała nadzieję, że w Barcelonie dowie się, czego chce. Bo wiedziała jedynie, czego nie chce.
Dokładnie tego, czego chciała Vicky - realistka, dla której w związku
najważniejsze były spokój i harmonia. Ale po namiętnej nocy z Juanem
Antoniem i ona nie była już pewna swoich zasad i właściwie niczego nie
była pewna. Cristina też nie posiadła wiedzy, o którą jej chodziło.
A pamiętasz, jak inna bohaterka tego filmu, odgrywana przez Penélope
Cruz, przelewała swoje uczucia na obraz? Miała taki specyficzny sposób
rzucania farby na płótno - robiła to ekspresyjnie, emocjonalnie. Na
końcu powstawał jednak obraz. Ludzie często nie doceniają tego, w jakim
stopniu emocje kierują ich drogą życiową. Poleganie na rozumie i zdrowym
rozsądku daje oczywiście większe poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, ale nie należy lekceważyć ogromnej siły uczuć. Nieraz
słyszę od pacjentów, że jakiegoś zachowania swojego lub partnera i wynikającego z tego zwrotu akcji w życiu zupełnie się nie spodziewali.
Wracając do pragnień, po pierwsze i najbardziej oczywiste - im człowiek
mniej wie, czego chce, tym trudniej mu to dostać. A pragnień możemy mieć
wiele i nie muszą wcale podlegać zasadom logiki, mogą się wzajemnie
wykluczać. I wtedy człowiek może mieć poczucie, że nie panuje nad
własnymi pragnieniami lub nie rozumie swoich dążeń. W tym całym gąszczu
ludzkiej złożoności istnieje jednak światełko w tunelu. Im większa
samoświadomość i zdolność do radzenia sobie z frustracją, tym łatwiej
człowiekowi dojść do porozumienia ze swoimi pragnieniami.
Podobno kobiety pragną miłości, a mężczyźni seksu. Prawda to?
To stereotyp bazujący na często deklarowanych postawach zgodnych z oczekiwaniami kulturowymi. Szczególnie w konserwatywnych społeczeństwach
kobietom nie wypada pragnąć seksu. Ale rzeczywiście kobietom zwykle
łatwiej przychodzi rozmawianie o uczuciach, nazywanie ich i mówienie
językiem emocji. Mężczyźni od dziecka są uczeni, że okazywanie uczuć
jest mało męskie, że facet musi być twardy, niewzruszony,
nieemocjonalny. To słynne: "Chłopaki nie płaczą" albo "Nie maż się, nie
jesteś babą". Dlatego panowie głęboko zakopują swoje uczucia. To także
umacnia stereotyp, że mężczyźni pragną tylko seksu, a kobiety miłości.
Natomiast kobiety, uczone cnotliwości i wstrzemięźliwości, swoje
pragnienia erotyczne chowają równie głęboko jak mężczyźni wrażliwość i emocjonalność.
Kobieta nie może powiedzieć, że lubi seks? Jeśli tak powie, to mężczyzna
uzna, że do łóżka wprawdzie jest idealna, ale na żonę się nie nadaje?
Wiele kobiet się tego obawia. Nie bez powodu - syndrom Madonny i ladacznicy wciąż pokutuje: kobiety cnotliwe i wierne to właściwy
materiał na żonę, a kobiety lubieżne, wyuzdane, rozbudzone seksualnie z całą pewnością będą zdradzać i od takich trzeba się trzymać z daleka, co
najwyżej można się z nimi wyszumieć. To też kwintesencja podwójnych
standardów dotyczących seksualności mężczyzn i kobiet. Bo mężczyzna,
który miał mnóstwo partnerek seksualnych, jest atrakcyjny, o nim mówi
się, że już się wyszumiał, więc idealnie nadaje się na męża, a kobieta...
...po prostu się puszcza? Czyli jeśli spotkałam mężczyznę, w którym widzę
potencjał na męża, to nie powinnam mu pokazywać swoich pragnień
seksualnych, tylko udawać świętą?
Taka rada byłaby idiotyczna. Bo po pierwsze - utwierdzając go w tym
wizerunku, z dużym prawdopodobieństwem ryzykujesz, że tego seksu nie
dostaniesz. A po drugie - im dłużej się coś udaje, tym potem trudniej
ujawnić się w relacji takim, jakim się jest. Czasy także się zmieniają i mimo wszystko postępuje większa otwartość seksualna. Pojawia się też
swoisty kult erotycznej doskonałości wśród osób bardziej wyzwolonych
seksualnie, odległy od modelu tabuizowania seksu. Przy czym skrajności
bywają ryzykowne i brzemię seksowności może stać się tak samo uciążliwe
jak brzemię cnotliwości. Kobieta myśli o sobie i pokazuje światu: jestem
doskonałą kochanką. I ta doskonała kochanka musi zawsze świetnie
wyglądać, jak Afrodyta, która się wyłania z piany, przyjmować w czasie
seksu pozy jak aktorka porno, reagować w sposób równie rozbudzony,
żywiołowy, mieć kilka orgazmów z rzędu. To przestaje być naturalne, a kobieta staje się zakładnikiem własnego wizerunku, w którym nie ma
miejsca ani na niedoskonałość, ani na potrzeby, które nie zgadzają się z obrazem z romansu lub filmu pornograficznego. Czasem ma jednak ochotę
zmyć makijaż, a orgazm nie przychodzi przy każdym zbliżeniu.
I co, gdy tego orgazmu nie ma?
I często nie ma. Bo rozpaczliwe dążenie do orgazmu i nieustanne
kontrolowanie, jakim się jest, powoduje, że nie ma się żadnego. A wszystkie, które są, są udawane. Aż w końcu przychodzi moment, kiedy
zdajesz sobie sprawę, że nie jesteś tak doskonała czy tak doskonały, jak
by się mogło wydawać. Tylko jak się wycofać z tego wizerunku? Mężczyznom
jest pod tym względem trochę trudniej się ukryć. Bo u nich emblemat nie
tyle zaangażowania, co bycia podnieconym, jest widoczny gołym okiem.
Również orgazm fizjologicznie wiąże się najczęściej z wytryskiem, więc
mężczyźnie trudniej jest go symulować.
Podobnie zresztą jak podniecenie. Wspomniana Marta Meana powiedziała:
"Ciało kobiece wygląda tak samo bez względu na to, czy jest podniecone,
czy nie. Męskie bez erekcji ogłasza brak podniecenia. Ciało kobiece
zawsze niesie obietnicę, sugestię seksu"2. Ale wspomniałeś o kulcie erotycznej doskonałości. Co to takiego?
Mówiąc kult erotycznej doskonałości, mam na myśli pewien obraz
seksualności ukształtowany medialnie. Na bilbordach zazwyczaj widzimy
wyidealizowane modelki i modeli, w reklamie szamponu do włosów
atrakcyjna kobieta doznaje czegoś na kształt orgazmu pod prysznicem, nie
wiedzieć czemu w czasie mycia głowy. Te erotyczne skojarzenia są
wszechobecne i przekaz płynący z nich jest taki, że seks jest dla
młodych, pięknych i bogatych. Zresztą wzór erotycznej doskonałości sięga
jeszcze antyku. Człowiek - w odróżnieniu od zwierząt, które kierują się
instynktem - oprócz seksu stworzył erotyzm. To wybitnie ludzki
wynalazek. Od czasów antycznych mogliśmy podziwiać malowidła i rzeźby
przedstawiające idealne nagie ciała. Nawet instytucja gejszy w Japonii
to przykład pewnego doskonałego erotyzmu, emanującego pięknem fizycznym,
erotycznym, seksualnym wysublimowaniem, często też dodatkowo
pociągającym intelektem. Czyli z taką gejszą mężczyzna mógł porozmawiać
o poezji, posłuchać pięknej muzyki, zobaczyć, jak tańczy i... skonsumować
ją. Takie marzenie o doskonałości w seksie, nie tylko w sensie aktu
kopulacji, ale w rozumieniu naszego obrazu erotyki, było obecne od
zawsze. Tyle że dostępne dla wybrańców. Natomiast w kulturze masowej
kult seksualnej doskonałości został spopularyzowany w dużej mierze przez
świat mody, reklamy, pornografii. I to na różnych poziomach.
W serialu Seks w wielkim mieście jest taka
scena: Charlotte uprawia seks z ukochanym, chirurgiem, który tego dnia
miał trzy rekonstrukcje nadgarstka, a ten nagle na niej... zasypia.
Charlotte pyta więc Carrie: "Jestem kiepska w łóżku?". Potem Carrie
omawia to z Samanthą, bo martwi się o przyjaciółkę. "Widziałam, jak
chodzi na steperze, nawet nie rusza biodrami" - kwituje Samantha. Carrie
pyta więc: "A jak byś oceniła siebie?", "To oczywiste", "Skąd wiesz?",
"Na mnie nikt nie zasnął". Skąd wiemy, że jesteśmy dobrymi kochankami? I co to znaczy dobry seks?
Taki, który daje poczucie zadowolenia.
Co w nim jest, a czego nie ma? Gdybym cię poprosiła o taki przepis jak
na ciasto...
To teraz zapraszam cię do cukierni i zobaczmy, jak różnymi ciastami
zapełniona jest lada. Jedni lubią makowiec z serem, inni czekoladowe
brownie, a jeszcze inni bezę z owocami. Tak samo jest z seksem. Chociaż
oczywiście można wymienić pewną powtarzalność elementów, które są ważne,
czyli poczucie wzajemnej atrakcyjności, swobody, czysto fizycznej
przyjemności, doświadczanie czy możliwość osiągnięcia orgazmu. Przepisem
na dobry seks będzie sytuacja, w której możemy poczuć się atrakcyjni,
ważni, autentyczni - przy czym niektórym przyjemność sprawia element
pewnej gry w łóżku, choć może już nie w życiu. Niektórzy do dobrego
seksu potrzebują czułości, delikatności, ciepła i bezpieczeństwa, inni
bardziej intensywnych doznań, jak ból czy lęk, który może być
stymulujący. Gdy mówimy o dobrym seksie, trzeba pamiętać, że seks jest
tak samo różny, jak my jesteśmy różni. Seks mamy taki, jacy sami
jesteśmy. W dodatku na przestrzeni naszego życia możemy się zmieniać. I nasz seks też będzie się zmieniał. Seks powinien być taki, na jaki w danym momencie naszego życia jesteśmy w stanie sobie pozwolić, co możemy
w nim z siebie uwolnić. Więc dobry seks to seks uszyty na miarę.
Seks bez miłości jest gorszy od seksu z kimś, kogo się kocha?
Seks bez miłości i seks uprawiany z miłością mają się nijak do dobrego
seksu i kiepskiego seksu. Tak naprawdę to cztery różne jakości: ktoś
może doświadczać dobrego seksu, szytego na swoją miarę, bez miłości, dla
innego seks bez miłości będzie zły albo zły z tym partnerem, ale już nie
z innym. Ktoś inny przeżywa dobry seks z miłością, a jeszcze inna osoba
kiepski seks, mimo że z miłością.
A może kluczem jest mityczny punkt G? Kochanek doskonały to taki, który
wie, gdzie on jest?
Ale gdzie jest ten wszechmocny i uniwersalny punkt G? Bo ja nie wiem.
Nauka nadal nie odnalazła do końca odpowiedzi na to pytanie.
Naprawdę punkt G nie istnieje?!
Na pewno nie taki, o jakim się popularnie mówi. I nie taki sam u wszystkich kobiet. W świetle współczesnej wiedzy trzeba go traktować
orientacyjnie. Nazwa punktu G powstała od nazwiska Gräffenberga,
ginekologa, a właściwie ukuła ją Beverly Whipple, która napisała książkę
G Spot. Gräffenberg dużo wcześniej odkrył szczególną wrażliwość tego
rejonu pochwy, powtarzalnie występującego u kobiet, zlokalizowanego na
przedniej ścianie pochwy, gdzieś między 2,5 a 7,5 cm od wejścia.
Opisywano niewielkie wybrzuszenie czy zwiększoną gęstość tkankową
wyczuwalną w pochwie.
Czyli niepotrzebnie kpimy z mężczyzn, że nawet nie wiedzą, gdzie mamy
punkt G?
Niepotrzebnie. Bo bardziej pasuje określenie przestrzeni niż punktu.
Wskazówką do jej wyczucia jest: włóż palec do pochwy i wykonaj ruch,
jakbyś chciał przywołać do siebie partnerkę. Ale nie należy przeceniać
tego znaleziska, to nie jest żaden Święty Graal doskonałego kochanka ani
przepis na wielokrotne orgazmy u każdej kobiety. Mógłbym zatem wskazać
przestrzeń, a nie guziczek do wciśnięcia. Za ścianą pochwy w tym miejscu
przebiega też struktura wewnętrzna łechtaczki, a w bezpośredniej
bliskości i styczności również cewka moczowa, która jest otoczona bogato
unerwioną, gąbczastą tkanką. Są to miejsca wrażliwe na stymulację, a ukrwienie tego obszaru znacznie wzrasta, kiedy kobieta jest podniecona -
zależność jest więc dwukierunkowa. W okolicy łechtaczki, cewki moczowej,
odbytu jest więcej miejsc wrażliwych na stymulację, identyfikowano je
jako kolejne punkty na mapie miejsc erogennych kobiety, zatem alfabet
tych punktów zaczął się rozszerzać. I choć słynny punkt G to miejsce
pochwy, którego stymulacja u wielu kobiet daje szczególnie przyjemne
doznania, trudno powiązać to jednoznacznie tylko i wyłącznie z określoną
strukturą anatomiczną. Dużo bardziej uniwersalnym, wrażliwym na
stymulację miejscem jest widoczna na zewnątrz część łechtaczki,
szczególnie jej żołądź, będąca anatomicznym odpowiednikiem męskiej
żołędzi prącia.
Przypomina mi to jednak poszukiwania Świętego Graala.
Tylko w tym przypadku uporczywie poszukiwanego w pochwie. Punkt G miał
być przecież wrotami do przeżywania szczególnie silnego podniecenia i orgazmu. Ale to nie tam znajduje się rozkosz. Najsilniejsze doznania
kryją się bowiem w głowie. Cały seks zaczyna się i kończy w mózgu. Tam
rodzi się pożądanie i tam kończy się wszystko doznawaniem przyjemności,
satysfakcji czy rozkoszy seksualnej, której - podobnie jak pożądaniu,
podnieceniu, orgazmowi - towarzyszą różne odczucia z reszty ciała. Ale
one tylko akompaniują uczuciu przyjemności, które rozgrywa się w naszym
mózgu. I jest tym silniejsze, im mniej próbujemy je kontrolować, im
mniej usilnie staramy się dobrze wypaść w oczach partnera. Dlatego
raczej nie powinniśmy posługiwać się określeniem "kochanków
doskonałych". Do mojego gabinetu trafiają pacjenci, którzy skarżą się,
że nie są kochankami doskonałymi.
Dlaczego tak uważają?
Kiedyś pewna pacjentka wymieniała, że bardzo lubi seks, niezwykle łatwo
się podnieca, nawilża, czuje przyjemność w trakcie stymulacji
seksualnej, lubi pieścić partnera, ma dużą przyjemność z bycia
pieszczoną, z penetracji, takiej czy innej, ale na koniec dodała, że
czuje się niedoskonała, bo co jak co, ale orgazm to osiąga tylko przez
stymulację łechtaczki. Większość osób nie wie, że penetracja pochwy
także wiąże się ze stymulacją łechtaczki, tylko jej wewnętrznej części.
Łechtaczka to jest taki nieprzeciętnie duży penis schowany w środku
ciała kobiety, a to, co widać na zewnątrz, to tak, jakby mężczyzna miał
widoczną samą żołądź. Do tego zamętu przyczynił się trochę Freud, bo to
on mówił o orgazmach niedojrzałych łechtaczkowych i dojrzałych
pochwowych. Dorosła, dojrzała kobieta powinna mieć zgodnie z tą teorią
orgazm nie zablokowany w łechtaczce, tylko doświadczany w czasie
stosunku penetracyjnego, co zresztą bardzo dobrze odzwierciedla męskie
pragnienia kontroli. Bo oczywiście orgazm powinien być w tym kontekście
doświadczany tylko dzięki penisowi w środku kobiety - czyli kobieta w tym względzie nie może być samowystarczalna, bo bez penisa nigdzie nie
dojdzie, a to, co osiągnie, będzie bardzo niedojrzałe. Ta męska fantazja
zakorzeniła się także w umysłach wielu kobiet i nadal w gabinecie często
słyszę od kobiet: "No tak, panie profesorze, orgazm niby osiągam, ale
tylko ten łechtaczkowy".
I co wtedy mówisz?
Przede wszystkim, że miło słyszeć, że osiąga pani orgazm, to dobra
wiadomość. I tłumaczę, że orgazm to przede wszystkim to, co się dzieje w jej głowie, a czemu reszta ciała towarzyszy, i to u poszczególnych
kobiet w różny sposób. A potem szukamy tego indywidualnego przepisu na
zwiększenie satysfakcji z seksu.
Wróćmy jednak do kochanka doskonałego - chciałabym, żebyśmy zostali przy
tej nazwie, bo może warto do tego dążyć. Nie musi wiedzieć, gdzie jest
punkt G, ale musi wiedzieć, gdzie jest łechtaczka i czemu służy?
Miło by było, żeby wiedział. Jako że faktycznie większość kobiet właśnie
tam ma zlokalizowany szczególnie wrażliwy i wdzięczny do stymulacji
rejon, strefę erogenną, co pięknie i obrazowo tłumaczyła już Michalina
Wisłocka. Warto też uświadomić sobie kwestię istnienia części
wewnętrznej łechtaczki oraz innych stref erogennych. Znajomość budowy i działania własnego ciała pomaga. Dla mężczyzny zwykle jest dość
oczywiste, gdzie ma swojego penisa, wiedzą to też jego partnerki lub
partnerzy. Natomiast i kobiety, i mężczyźni często nie rozumieją
złożoności kobiecej anatomii. Drugim istotnym elementem jest umiejętność
słuchania, uwzględniania potrzeb partnerki, odkrywania tej indywidualnej
mapy ciała i podążania za jego potrzebami.
Czyli uważność?
Tak, ale mężczyzna, który jest dobrym kochankiem dla jednej kobiety (czy
mężczyzny), nie musi być wcale dobrym kochankiem dla innych. Jedna może
pragnąć czułego, delikatnego kochanka, a inna zdecydowanego,
szorstkiego.
Co więcej, jednego dnia może pragnąć takiego, a następnego zupełnie
innego "obchodzenia się" z nią.
Dobry kochanek powinien być więc elastyczny w swoim zachowaniu, a przede
wszystkim spontaniczny. Czasem pacjentki mówią mi, że uwielbiają czułość
i delikatność, ale od czasu do czasu chciałyby być zdominowane przez
partnera, bez pytania i na ostro. Jednak jemu o tym nie mówią, bo czują,
że to nagłe, filmowe pożądanie będzie nieautentyczne - bo on taki nie
jest. Ale może nie chcą go takim zobaczyć. Ta sama czuła i delikatna
osoba może w innych sytuacjach okazać się twarda i zdecydowana, a pozornie twardzi, nieczuli mężczyźni typu macho potrafią się
niespodziewanie rozklejać albo nie radzić sobie z powodu lęku i wycofywać się w różnych sytuacjach. W ogóle ludzka powierzchowność bywa
myląca. Dotyczy to zarówno pojedynczych osób, jak i związku. Nieraz
przychodzą do mnie pary, które mają istotne problemy w relacji i mówią:
"Wszyscy postrzegają nas jako idealny związek, podają nas jako przykład.
A my tacy nie jesteśmy, proszę nam pomóc". To pokazuje, że z zewnątrz
nie widać wszystkiego. Partnerzy, którzy otwarcie potrafią się wściec
czy obrazić jedno na drugie, to niekoniecznie jest para, która chyli się
ku upadkowi. Łatwo możemy ulec złudzeniu.
To co radzisz mężczyznom, którzy przychodzą do ciebie i mówią:
"Chciałbym być dla niej kochankiem doskonałym. Co mam zrobić? A czego
mam nie robić?"?
"A jakiej kochanki pragnie partner czy partnerka?" - pytam. A potem
mówię: "Proszę zacząć z nią rozmawiać. Dowiedzieć się, czego pragnie i czego potrzebuje". Na czym mu/jej zależy. Bo jeżeli pragnie czułego,
delikatnego kochanka i długich pieszczot, bliskości, poczucia długiego
zespolenia, to bycie dobrym kochankiem nie będzie poległo na namawianiu
na szybki numer w przedpokoju. Dla niektórych pragnieniem może być
zmienność, ciągłe zaskakiwanie. W większości pragnień najczęściej jednak
jesteśmy powtarzalni. Nawet jeśli czujemy potrzebę zmienności, to zwykle
dotyczy ona niektórych sytuacji, wyłamania się poza pewną rutynę, ale
nie musimy na każdy dzień mieć zaplanowanej innej pozycji z Kamasutry
lub innego scenariusza w sypialni. Bycie dobrym kochankiem oznacza
umiejętność podążania za pragnieniami partnera, bycia otwartym na różne
doświadczenia seksualne, mniejszej koncentracji na sobie.
Takie rozmowy są trudne: czego pragniesz i czego potrzebujesz?
Ale są kluczem do świetnego seksu. Warto też być otwartym na sygnały,
które się dostaje. Czasem kobiety skarżą się na swoich partnerów: "Nie
chcę dawać instrukcji. Kiedy mówię dokładnie, co ma zrobić, to tracę
zainteresowanie". Tu nie chodzi zresztą tylko o instrukcję techniczną,
czego i jak dotykać, gdzie pocałować lub złapać silniej czy słabiej.
Podobnie bardzo silnym afrodyzjakiem, wabikiem seksualnym jest poczucie,
że druga strona przeżywa silne pożądanie, jest rozgrzana seksualnie - to
wzmacnia także poczucie własnej atrakcyjności.
Marta Meana twierdziła, że "bycie pożądaną to orgazm". Mówisz więc:
"Zachwyć się nią. Pokaż, że jej pragniesz"? I to wystarczy?
Często pomaga, szczególnie jeżeli nie jest udawane. Tu chodzi też o odblokowanie okazywania emocji.
Czy są pary niedopasowane? Na przykład ona uwielbia seks oralny, ale on
nigdy nie zrobił jej minety. Za to wciąż dąży do seksu analnego, którego
ona nie znosi. Nie jest dla niej dobrym kochankiem?
Może tak być. Natomiast może być doskonałym kochankiem dla kogoś innego.
Gdyby wysłać Casanovę do stu kobiet, być może rzeczywiście miałby
statystykę dobrą, wiele byłoby nim oczarowanych, ale na pewno znalazłyby
się i takie, które by prychnęły i powiedziały: "Nie wiem, co te inne w nim widzą". W seksie nie jest tak, że one fits all, czyli jeden pasuje
do wszystkich. Dlatego mówi się o seksualnym dopasowaniu. Na pewno wśród
dobrych kochanków duże znaczenie ma umiejętność pokazywania siebie i przekazywania sygnałów, bycie otwartym na potrzeby drugiej strony,
jednocześnie sprawianie tego, żeby partner czy partnerka czuli się po
prostu atrakcyjni, bezpieczni, zaopiekowani, zaspokojeni. To jest
określenie, którego często się używa w kontekście seksu - czyli
zaspokojone zostały pewne potrzeby, spełnione zostały pewne pragnienia.
I pozostało dużo niezaspokojonych potrzeb. Część potrzeb wymyka się
jednak poza techniki i umiejętność porozumienia, potrzebne jest
naturalne przyciąganie, tzw. chemia między dwojgiem ludzi.
W filmie To tylko seks jest taka scena: on
nurkuje pod kołdrą, żeby sprawić jej przyjemność zwaną minetą. "Co ty
robisz? Kopiesz tunel do Chin?", "Znam się na tym", "Kto tak twierdzi?",
"Wszystkie moje byłe dziewczyny", "Kłamały. Albo miały cipki ze stali.
Delikatniej!" Czy mężczyzna wie, co czuje kobieta, kiedy on ją
zaspokaja? Mam wrażenie, że nie!
To jest bardzo zasadne pytanie. Mężczyźni bowiem, opisując swoje
doznania seksualne, są stosunkowo małomówni i oszczędni w słowach.
Natomiast gdy poprosisz pięć kobiet, żeby opisały swoje orgazmy, każda
zrobi to na własny sposób. Okaże się, że orgazm to tak naprawdę pięć
różnych doznań. Jedna będzie opisywała, że jest to długie, stopniowo
narastające i opadające uczucie ciepła, po którym następuje
rozluźnienie; druga powie, że to jest bardzo szybki, nagły wzrost
napięcia seksualnego i bardzo szybkie, gwałtowne rozluźnienie, któremu
towarzyszą przyjemne prądy przechodzące przez całe ciało i uczucie
pulsowania; a trzecia opisze to w jeszcze inny sposób. Te doznania,
odczucia są dość zróżnicowane. Różna jest też wrażliwość stref
erogennych. Na przykład jedna kobieta czuje największą przyjemność na
samym początku stosunku i potrzebuje równie szybkich reakcji od
partnera. Inna może odczuwać wraz z przedłużaniem stosunku nadmierne
tarcie przy mniejszym nawilżeniu, bolesność. Jeszcze inna - dyskomfort
na początku, dopiero w trakcie stosunku następuje rozluźnienie i wzrost
przyjemności. Jedna kobieta ma wzorzec szybkiego osiągania orgazmu,
podczas gdy inna potrzebuje dłuższej stymulacji, przygotowania i dłużej
trwającego stosunku. Więc te potrzeby i wzorce stymulacji mogą być
bardzo różne.
I pewnie zależą od tego, co czujemy do partnera. O tym mówi chyba
biologia miłości?
Biologia miłości mówi o tym, jak nasz organizm, ciało, fizjologia -
traktując mózg jako integralną część ciała - zarządza naszymi uczuciami.
Uczuciami zakochania, powiązanymi ze stanem zauroczenia, namiętności,
który część badaczy właściwie oddziela od miłości w ustabilizowanej
czasowo relacji, rozumiejąc ją jako pewne bardziej utrwalone uczucie
wobec drugiej osoby. Nie ma sprawdzonej naukowo definicji miłości -
trzeba to sobie jasno powiedzieć. Krążymy wokół powszechnie stosowanego
pojęcia, które tak naprawdę nie ma jednej uznanej definicji czy
konceptualizacji.
A według ciebie czym jest miłość?
Według mnie jest to indywidualny sposób przeżywania szczególnej i silnej
więzi z drugą osobą. Kochać możemy partnera, rodziców, dzieci i inne
bliskie osoby. Miłość romantyczna odnosi się tylko do partnera. Z punktu
widzenia neuronaukowca myślę oczywiście o procesach zachodzących w naszym mózgu. Zakochanie powoduje bowiem burzliwe zmiany czynnościowe w układzie nerwowym. Zmiany aktywności mózgu zachodzą nie tylko w obecności tej drugiej osoby, ale nawet na skutek myślenia o niej.
Powtarzalne doświadczenia wpływają na kształtowanie się połączeń
neuronalnych, wzmacnianie określonych dróg związanych z przeżywaniem
uczuć, emocji, doznań wiążących się z byciem z drugą osobą, co do której
żywimy takie uczucia. Biologia miłości obejmuje też złożoną grę różnych
substancji chemicznych w naszym mózgu, aktywacji poszczególnych obszarów
odpowiedzialnych za poszczególne aspekty związane z naszą reaktywnością
seksualną. W przypadku przeżywania pożądania drugiej osoby na poziomie
poznawczym istotną rolę pełnią regiony kory przedczołowej czy fragmenty
płatów skroniowych. W przypadku emocjonalnego przeżywania kontaktu
seksualnego znaczenie mają takie rejony, jak ciało migdałowate, układ
nagrody, jądra podkorowe. Za przeżywanie przyjemności z bycia z bliską
osobą i przetwarzanie emocji odpowiada kora obręczy. Nagradzające,
przyjemne doświadczenia wiążą się ze zwiększonym uwalnianiem dopaminy w jądrach podkorowych, szczególnie w jądrze półleżącym i brzusznym polu
nakrywki, integracja przyjemnych doznań odbywa się w grzbietowo-bocznej
korze przedczołowej...
Brzmi skomplikowanie...
I nadal jest wiele znaków zapytania na poziomie czysto molekularnym,
anatomicznym i czynnościowym. Poznajemy fizjologiczną rolę kolejnych
substancji chemicznych. Chociażby to, że będąc w bliskości ukochanej
osoby, możemy doświadczać wydzielania większych ilości oksytocyny albo
że akt seksualny wiąże się z wyrzutem endogennych opioidów, poczuciem
satysfakcji, zaspokojenia. Dopamina zaś ma znaczenie w kontekście
tworzenia uważności, istotności bodźców jako tych, które działają na nas
w sposób nagradzający. To, jakie bodźce są najbardziej nagradzające,
może się zmieniać na przestrzeni lat i doświadczeń życiowych. Jesteśmy
skomplikowanym komputerem i mamy złożone oprogramowanie.
Zatem miłość to reakcje chemiczne w mózgu?
W pewnym rozumieniu można powiedzieć, że uczuciom niewątpliwie
towarzyszą bardzo określone ich substraty chemiczne. Każdy ma swój
indywidualny wzorzec reaktywności, jego intensywność, trwanie,
modulację. Subiektywnie doświadczane uczucia wpływają na chemię mózgu i na odwrót. Rozumując w ten sposób, możemy połączyć biologię i subiektywne doznania czy, jak mówią niektórzy, ciało i duszę.
Ile trwa zakochanie i gorąca namiętność w związku?
U różnych osób i w różnych relacjach obejmuje różny czas. Część
partnerów w związkach mówi, że okres najsilniejszej namiętności trwał u nich kilka tygodni, inni, że kilka miesięcy, a jeszcze inni, że dwa,
trzy lata. Oczywiście silna namiętność jest zarezerwowana dla
początkowej fazy związku, kiedy pojawiają się elementy nowości i niepewności powodzenia, silna motywacja, wyjątkowo intensywne
przeżywanie tych pierwszych tygodni czy miesięcy relacji. Ich przebieg,
intensywność i trwałość zależą też od częstości spotkań, poczucia
niepewności lub bezpieczeństwa odnośnie do przyszłości relacji czy
samych doświadczeń wzajemnego kontaktu. To jest kumulacja wszystkich
elementów. Przeżywanie siebie i wzajemnego pożądania zmienia się wraz z pojawieniem się mechanizmów przywiązania, które też są neurologicznie
sterowane, za nie odpowiadają neuroprzekaźniki, neuropeptydy.
I w momencie przywiązania nie ma już namiętności?
W każdym razie nie taka, jak na samym początku, przed stworzeniem
mechanizmów przywiązania. Między innymi dlatego, że w momencie poznania
jest element nowości, niepewności, zabiegania i szczególnej mobilizacji.
Ale z drugiej strony przywiązanie nie stanowi antytezy pożądania. Nie
musi go eliminować. Nawet nieodczuwane w tak intensywny sposób może być
silne i przyjemne. Sam początek możemy porównać do narkotycznego
doznania. Później następuje pewna adaptacja. Powtarzalność doświadczania
bliskości z drugą osobą przez wiele lat może być nadal przyjemna,
niektórzy mówią o tym uczuciu jako mniej intensywnym, ale głębszym,
pełniejszym w miarę wzrastania wzajemnego zrozumienia, gromadzenia
wspólnych wspomnień i wartości. Z punktu widzenia erotyzmu, w tym
spokoju dobrze jest czasem podsycić płomień pożądania.
Punkt G nie istnieje. Naukowcy wciąż nie potrafią go znaleźć. To raczej przestrzeń, która jest drogą do kobiecej rozkoszy, niż jeden konkretny punkt.
Droga do kobiecego orgazmu to umiejętność słuchania, uwzględniania potrzeb partnerki, odkrywania indywidualnej mapy ciała i podążania za jego potrzebami.
Penetracja pochwy wiąże się ze stymulacją łechtaczki, tyle że jej wewnętrznej części. Łechtaczka to jest taki nieprzeciętnie duży penis schowany w środku ciała kobiety, a to, co widać na zewnątrz, to zaledwie "wierzchołek góry lodowej".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki