Splot księżycowy, czyli księga dziwactw i supermocy - Jagna Żukowska-Olejniczak

Kup ebooka

42.99 zł
30.09 zł (34,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Ja to ja: czyli lustro, Narcyz i diabeł

*

Jedno z pierwszych wspomnień, które wierci się we mnie, odkąd stałam się w miarę świadoma i zdolna do zapamiętywania, to moment, kiedy miałam wysokość przeciętnego stołka. Pamiętam ten drewniany, wyszczerbiony taboret boleśnie poprzez bliznę na czole. W naszej łazience było poziome, nisko zawieszone lustro. Poraniona widokiem naszych ciał i stylizacji powierzchnia była dla mnie czymś absolutnie fascynującym. Być może dlatego, że dosięgałam wtedy do niewielu interesujących rzeczy.

Kiedy tylko kazano mi umyć ręce lub kiedy mi się przypomniało, stawałam przed lustrem i wpatrywałam się w swoją twarz. Nie mogłam przestać. Czułam, że ktoś mnie oszukał. Nie potrafiłam zrozumieć, że ja to ja i już. Stałam tam i powtarzałam "ja to ja", i robiło mi to tyle naraz, że mogłabym zmienić się w menisk wypukły. Pamiętam niepokój, który przypomina smak krwi w ustach - fascynujący, ale i mroczny. Własny, a jednak obcy. Kusił mnie powrót przed lustro, a jednocześnie się go bałam. Wpadałam w studnię uświadamiania sobie, że brwi, które widzę, są moje, że oczy, w które patrzę, są moje, ale cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że niemożliwe jest, by zmieścić się w ciele, że "ja to ja" to za mało, jak gdyby tęsknić za widokiem morza i w zamian otrzymać tandetną pocztówkę. Wciąż mnie to niepokoiło, później już nie potrzebowałam nawet odbicia. Ta myśl nawracała, nawet gdy chciałam robić coś innego, dręczyła i nie dawała spokoju. Czułam się w tym moim ciałku niezadomowiona, czułam, że jest nowe, a jeszcze do tego dochodziło jakieś głębokie przeświadczenie, że nie tu, ale gdzieś poza obecnym życiem zostawiłam nieobejrzane bajki, niedomknięte drzwi lub, co gorsza, niedojedzone ciastka. To była moja pierwsza świadoma obsesja, którą żułam w mózgu, puszczałam z niej balony, zalepiające po pęknięciu twarz i włosy. Syndrom "ja to ja" przypomina wąchanie tyłka własnej egzystencji.

Lustrzane dziwactwo dorastało ze mną i przez lata towarzyszyło w bizarnych formach. Jednak w końcu ta przedziwna drzazga się rozpadła, guma straciła smak, ale bardzo późno. Pewnie dlatego, że wszystko już można było zracjonalizować, poukładać, wyjaśnić jakąś hipotezą. Jak déja vu. Zresztą wcześniej już moją lustrzaną fascynację zanieczyściła mi babcia, która kiedyś powiedziała, że od tego wpatrywania w końcu diabła zobaczę, a jego bałam się piekielnie. Paradoksalnie popchnęła mnie do częstszego nawet patrzenia w odbicie, tym razem w innym celu. Czy rogacz już tam jest? Czy jego czerwone oczy wiercą dziury, by przedostać się do tego świata?

*

Niewątpliwie lustra stały się dla mnie osobistym symbolem jakiejś przepastnej tajemnicy istnienia. Później, w szkole, analizowaliśmy metaforyczne znaczenie mitu o Narcyzie. Proszę bardzo: oto próba poznania siebie, samotna podróż po własnym odbiciu. Powszechnie interpretuje się tę opowieść płycej: jako archetyp postawy egocentrycznej czy egoistycznej. Dla mnie jednak tafla wody kryła zawsze o wiele głębsze czeluście. Jaka byłam zawiedziona po tej lekcji, zresztą po raz kolejny, że już ktoś na to wpadł. Że symbol jest nie tylko mój. I zakiełkowało wtedy we mnie przekonanie: być może wszystkie moje rewolucyjne odkrycia już wynaleziono, opisano i opatentowano. W istocie tak było. W szkole przekonałam się, że przyszło mi żyć w czasach niedobrych dla wynalazców, podróżników i odkrywców. Ale jednak w każdej dziedzinie nauki, w każdej (sic!), gdy dojdzie się do tego właściwie najciekawszego "dlaczego", to nie ma odpowiedzi innej niż "bo tak po prostu jest". Grawitacja, ewolucja, zapładnianie, cząsteczki, wielkości, siły, mechanizmy. Wszystkie odpowiedzi zablokowały się na jakiejś niewidzialnej ścianie, niemożliwej do przeniknięcia zmysłami. To, co mnie najbardziej ciekawiło, było niedostępne, a to, co było dostępne, nie dawało żadnych odpowiedzi lub psuło poczucie, że własne obserwacje i odkrycia są my precious[1]. Jestem przekonana, że moje naukowe fascynacje zaczęły się właśnie wtedy: przy tym poharatanym lustrze. Z kolei przepastna potrzeba porównywania się z innymi zmusiła mnie do zamiany efektu "ja to ja" na słowa, które ledwo ledwo dotykają wierzchołka uczucia. Chciałam zrozumienia, potwierdzenia, wyjaśnienia, czy inni też tak mają, ale kiedy podjęłam kilka razy próbę rozmowy na ten temat, spotkałam się wyłącznie z zaskoczonymi, nieco drwiącymi lub zmarszczonymi spojrzeniami. Nawet te osoby, które były i są do mnie najbardziej podobne, wyrażały raczej zaniepokojenie albo spłaszczały to doznanie i brały je za inne.

*

Samotność vs Jagna 1:0

2. Poczekaj w samochodzie

*

Wujek dostał mnie w gratisie na cały dzień. Nadal byłam wielkości stołka. Zajechaliśmy samochodem pod wielkie osiedle, a wijące się w nieskończoność bloki malowane w łososiowe prostokąty stanowiły ogromne mrowisko otoczone płotem. Osiedle strzeżone - przed żulami z zewnątrz i przed złodziejami samochodów. Też z zewnątrz. Wujek rzucił tylko:

- Poczekaj tu chwilę.

(Dodam, żeby nie znęcać się nad bratem taty: miał wtedy około dwudziestu pięciu lat. Polska przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a imię jego Armand).

- Pod żadnym pozorem nie wychodź z samochodu - rzucił jeszcze szybko, jakby właśnie przypomniał sobie, że jestem dzieckiem.

- Dobrze.

Czekam straaasznie długo, robię dziury w rajtuzach, zamyślam się, że ja to ja, sprawdzam, czy nie ma diabła w lusterku, ale ile można? W końcu robi się ciemno i w mojej głowie pojawia się myśl: muszę poszukać wujka. Czy bardziej boję się siedzieć sama w samochodzie, czy bardziej, że dostanę od niego opieprz? Babcia nauczyła mnie prosić o pomoc, kiedy się zgubię, więc uznałam, że najpierw postaram się znaleźć Armanda na tym osiedlu, a potem, w razie niepowodzenia, podejdę do kogoś dorosłego. Znam przecież swój adres. Nie ma się co dziwić. Z przyczyn czysto technicznych babcia uznała, że jest to absolutne must have przy moim temperamencie. Dzięki jej staraniom poza miejscem zamieszkania umiem także podać numery telefonu: do domu, do siostry babci i do rodziny mamy z Warszawy. Zbieram się więc na odwagę. Wychodzę z samochodu - muszę zeskoczyć, a drzwi przytrzaskują mi nogę w trakcie wysiadania. To nic, ta piszczel i tak już była w strupach. A one nieco zamortyzowały. Trochę krwi w trzecim wrąbku od lewej. Idę: przechodzę przez furtkę i patrzę na miliony oczu z zasłonkami, które świecą w ciemności. Jest zimno i postanawiam, że skoro tu poszedł, to wystarczy, że popytam w każdym mieszkaniu, aż w końcu wujek się znajdzie. Wprawdzie to sporo chodzenia, ale trudno, czasami trzeba. Dzwonię do drzwi: otwiera ruda pani, spuszcza na mnie wzrok, jakby spodziewała się kogoś wyższego. Pytam:

- Przepraszam, czy jest tu mój wujek? - Widzę jednak, że on z przerażeniem wychyla się z korytarza, jedną ręką trzymając zawinięte na wynos jedzenie, drugą wkładając but. Uff! Zaoszczędziło mi to sporo łażenia!

- Jezu! Jagna! Całkiem zapomniałem.

Czekam grzecznie przed progiem, a on się wstydzi, szybko żegna gospodynię (w końcu i tak już wychodził) i patrzy na mnie zmieszany. Widzę, że mu głupio, chwilę milczymy, a para leci z ust zamiast słów, gdy idziemy do samochodu. Niesie pakunki i cały czas spogląda, czy drepczę. Muszę podbiegać, bo robi duże, pędziwiatrowe kroki. Pakuje rzeczy do bagażnika, widzę ślady palców i plamki pomarańczowego lakieru ukrytego pod warstwą szaroburej mazi. Stoimy jeszcze chwilę, podpala papierosa, przeciąga go łapczywie, zostawiając długie fragmenty popiołu. Kurczy się w swoim kołnierzu, nie patrzy na mnie, unika, a ja tuptam, bawię się ruchomą płytą chodnika, spod której po nadepnięciu wychlapuje błotnista fala. Trochę brudzę rajstopki. Jego twarz się marszczy, wygląda jak Papa Smerf próbujący odgadnąć następny krok Gargamela, i w końcu przebija ciszę, nie może się powstrzymać.

- Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? Jak trafiłaś do tego mieszkania?

Słyszę, że zmarzł już porządnie. Trzeba było włożyć szalik, myślę głosem babci. Wzruszam ramionami, ale nie chcę, żeby był na mnie zły.

- Przepraszam, że wyszłam z auta. Było mi zimno i bałam się ciemności, i chciałam dzwonić do wszystkich, aż się znajdziesz. Byłeś w pierwszym...

- Nie oszukuj! Wyszłaś i widziałaś, gdzie wchodzę - przerywa mi, mruży oczy, jak gdyby dzięki temu mógł dostrzec prawdę wystającą gdzieś z nosa, wyciąga drugiego papierosa: tamten za szybko zamienił się w dym. - To ogromne osiedle, nie ma szans, że przez przypadek...

Robię podkówkę i niechętnie odpuszcza.

- Ech! Dobra, już daj spokój. - Boi się chyba płaczu. - Ważne, że mnie znalazłaś! - Wdeptuje niedopałek w chodnik, kilka razy. - Tylko wiesz, lepiej nie chwal się nikomu!

A ja myślę, że brakuje mu mocy, jaką słychać u mojej mamy. Jestem zła, że próbuje mi odebrać zwycięstwo i jeszcze oskarża o oszustwo. To bardzo niesprawiedliwe. Wracamy w towarzystwie warkotu i naprężeń silnika, bez słów.

*

Oczywiście, że się pochwaliłam. Bo znalazłam wujka! Bo wiedziałam, że nie powinien mnie zostawiać, i nie chciałam, żeby się mną więcej opiekował (zadziałało). Ale też odkryłam supermoc. Wiem na pewno, że nie widziałam, gdzie wchodzi. Często później mi się zdarzało, że chyba podprogowo zapamiętywałam różne detale, zapachy, barwy i struktury, które pozwalały mi podejmować ocaleńcze decyzje. Każde drzewo jest dla mnie wyjątkowe. Każdy mech ma swój kształt, a każdy krzaczek przypomina inne zwierzę. Zbieram mnóstwo danych, docierają do mnie odległe skrzypienia, stukania, zmiany w poruszaniu się dźwięku i światła. Wzrok mam dziwnie nieostry, ale wybitnie czuły na ruch. Nie wiem, czy już wtedy umiałam nieświadomie posłużyć się tymi zmysłami. Może coś odbiło się w lusterku, może coś trzasnęło w taki sposób, że jak nietoperz zlokalizowałam bramę, do której wszedł? Czy może tamten moment dopiero mnie uruchomił? W każdym razie byłam z siebie bardzo dumna i zrozumiałam, że sobie poradzę. Nawet jak ktoś o mnie zapomni.

*

Śmiertelne Zagrożenia Tego Świata vs Jagna 0:1