Herbatki mojej mamy
Czarna herbata w socjalistycznych czasach mojego dzieciństwa była
mieszanką różnego rodzaju czarnych herbat, a raczej ich pyłu, bo trudno
było w Polsce wówczas o świetnej jakości liście wysuszone i sfermentowane, dające zapach, moc i smak. Może dlatego odrobina mleka
lub dodana cytryna czy miód uszlachetniały napój i wspominam te herbaty
z rozrzewnieniem.
Mama parzyła herbatę w małym czajniczku stawianym na dużym czajniku z gotującą się wodą, aby na parze wydobyć maksimum mocy z tego, co udało
się zdobyć. Gotowy napój podany przez nią był po prostu najlepszy.
Jako że moja Mama była osobą gościnną, serwowała herbatę każdemu
gościowi i zawsze podawała ją w cienkich filiżankach, gdyż tak smakuje
najlepiej. Gości było dużo, a ponieważ nie każdy miał wtedy telefon, to
dzwonek lub pukanie do drzwi słychać było z zaskoczenia stale.
Mieszkaliśmy na Starym Mieście w Warszawie. Był to i nadal jest szlak
spacerowy, miejsce, które każdy chce odwiedzić, ale też obszar wielu
zamieszek i trudnych sytuacji. Tak więc znajomi i nieznajomi chronili
się czasem w naszym mieszkaniu przed gazowaniem i pałowaniem przez
brygady ZOMO wysyłane w celu spacyfikowania demonstrantów. Brutalnie
rozpraszano gromadzące się tłumy niezadowolonych ludzi, niektórzy
niczemu niewinni uciekali z opresji i koili niejednokrotnie
zdenerwowanie, popijając u nas herbatę.
Podczas tego opijania się herbatą usłyszałam też niejedną opowieść czy
wspomnienie. Nie wszystkie były radosne. Moi rodzice za młodu przeżyli
czas wojny, a wojna nigdy nie jest czymś dobrym ani miłym.
Tak więc gdy Mama opowiadała mi o sytuacjach, które przeżyła, jeszcze
gdy była dziewczynką, i o tym, jak kilkakrotnie uchroniła się od śmierci
lub cierpień w obozie, to przyrządzana przez nią ze spokojem i miłością
herbata nabierała innego smaku.
Dopiero gdy jako dorosła osoba rozpatruję rzeczywistość trudnego czasu
młodości rodziców, rozumiem i podziwiam ich bardziej.
Moja nieletnia mama na spacerze.
A sytuacje były groźne, jak ta, gdy w czasie ostrzału Mama w szerokim
płaszczyku przebiegała wraz z innymi mieszkańcami z pokoju do pokoju,
aby się ukryć. Nagle kula rozbiła okno i przeszyła na wylot jej szeroki
płaszcz. Na szczęście trafiła w tkaninę, nie w jej ciało. To wspomnienie
mrożące krew w żyłach.
Innym razem moja mała jeszcze Mama z koleżanką w towarzystwie jej matki
szły ulicą, gdzie okupant urządził kolejną łapankę. Ludzi z ulicy
zgarniano do wozów i wywożono do obozów koncentracyjnych na raczej pewną
śmierć. Matka koleżanki podjęła ryzyko, chwyciła obie dziewczynki za
ręce, wyciągnęła jakiś papier z torebki i wymachiwała nim, wykrzykując,
że ma przepustkę, co było nieprawdą. Biegła z dziećmi pod prąd
zgarnianych ludzi, a zdezorientowani Niemcy nie zareagowali na to
szybkie i pewne działanie, przepuszczali je, w ogóle nie sprawdzając
papierów w tym całym zamieszaniu. W ten sposób udało się im uniknąć
wywózki do obozu.
Podobnych opowieści było wiele.
Dzielna kobieta uratowała moją nieletnią Mamę, dzięki czemu mogłam
zostać jej córką i pić z nią herbaty.
Towar turecki
W Turcji pije się ogromne ilości herbaty. Poza świetną kawą spożycie
herbaty jest tam może i największe w świecie i właśnie tam zasmakowałam
takiej mocnej, esencjonalnej, serwowanej w małych szklaneczkach w kształcie tulipana. W samej Turcji również uprawia się herbatę, ale
popularna jest też wspaniała herbata cejlońska, sprowadzana ze Sri
Lanki, i ona właśnie stała się moją ulubioną.
Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, odbyłam kilka interesujących
rodzinnych podróży do Turcji. Egzotyka miejsca, zapach ziół, upały i koloryt wywierał na mnie zawsze silne wrażenie. Spacer po wielkim
bazarze w Stambule to nie lada frajda i przygoda.
W czasie mojej wczesnej młodości panowała fobia, że Turcy porywają
blondynki, więc moja Mama prowadzała mnie prawie na sznurku tuż przy
sobie i Tacie, podczas gdy ja napawałam się cudami na targu. Były takie
inne, nowe dla mnie i ciekawe.
Zapatrzona w bawełniane stroje nie zauważyłam młodzieńca wybałuszającego
oczy w moim kierunku. Tymczasem jego wuj, ciemny Turek z bujnym
zarostem, już proponował herbatę nam wszystkim i rozmawiał z moim ojcem.
Herbata, gdy tylko skinął ręką, natychmiast pojawiła się na tacy w małych szklaneczkach w kształcie tulipana. Była gorąca, pachnąca i mocna. Fantastyczna na upalny dzień. Przy herbacie odbywały się
najczęściej targi o towary, a teraz toczył się handel o mnie. Wuj
młodego chłopca namawiał mojego Ojca, aby sprzedał mu mnie na żonę dla
młodego kuzyna, który absolutnie zakochał się we mnie od pierwszego
wejrzenia.
Tata był zawsze bardzo kontaktowy, szybko nawiązywał znajomości, był też
dowcipny. Rozmowa rozwijała się, bo handlowanie polega na dłuższych
targach, i gdy piliśmy kolejną herbatę, cena rosła i mogła się wydawać
hojna. Starszy Turek zaoferował za mnie rodzicom tyle kilogramów złota,
ile wtedy ważyłam. Ojciec udawał z uśmiechem, że poważnie się
zastanawia. Zamyślony przeciągał odpowiedź, aż rzekł: "Nie, dziękuję,
nie opłaca mi się, ona jest za chuda".
Młody prawie płakał, a stary był mocno rozczarowany. W końcu dopijając
herbatę, obiecaliśmy, że wyślę chłopakowi z Warszawy widokówkę.
I tak zrobiłam na pocieszenie, a potem przez kilka kolejnych lat
otrzymywałam miłosne kartki ze Stambułu. Widniały na nich pary
ciemnowłosego mężczyzny z blond kobietą na tle stambulskich widoków o zachodzie słońca. Treść wiadomości była zawsze taka sama: "I love You,
You marry me, I work on bazar, You be happy". ("Ja ciebie kocham, ty
wyjdź za mnie, ja pracować na bazarze, ty być szczęśliwa.")
Jaka ja byłam niezłomna, że nie uległam takiej miłości...
Był taki kraj - Jugosławia
Wraz z moimi rodzicami spędzaliśmy wiele wakacji letnich nad morzem w Jugosławii, zanim ten kraj rozpadł się na siedem mniejszych państw. Co
roku rozbijaliśmy swój namiot w innym miejscu. Gdy dotarliśmy na
Półwysep Istria, okazało się, że pole namiotowe nawiedzają silne burze,
często bezdeszczowe, ale z bardzo silnym wiatrem. Polecano więc rozbicie
namiotu w części kempingu bez drzew, bo zdarzało się, że wichura
przewracała nawet duże drzewa, powodując niebezpieczne wypadki.
Nasz skromny namiot stanął wśród wielkich pięknych namiotów osób z państw zachodnich. Ogromny podziw budziły wtedy te konstrukcje z podwieszanymi kilkoma sypialniami, przedsionkiem i baldachimem.
Zachwycaliśmy się, jakie to "domy" i wyposażenie ludzie wozili ze sobą
na kempingi. Nasz namiot był klasyczny, zwykły prosty, ale
wystarczający.
Niebo było błękitne i bezchmurne. Temperatura wysoka, więc właściwie
lepiej byłoby rozbić namiot pod drzewami i mieć trochę cienia, ale
zgodnie z sugestią obsługi staliśmy w pełnym słońcu.
Nagle lokalni mieszkańcy zaczęli się nerwowo zwijać i zabierać rzeczy do
samochodów. Na horyzoncie pojawił się mały biały obłoczek. Kto by
przypuszczał, że to był znak nadchodzącej wietrznej burzy?
Padało niewiele, ale huragan był potężny. Ojciec biegał wkoło i dobijał
śledzie trzymające namiot, a wiatr wyrywał je z ogromną siłą. My
przytrzymywaliśmy namiot od środka. Walka trwała kilka godzin. Udało się
przetrwać bez strat, ale namiot sąsiadów wiatr przerwał na pół, a w części kempingu, na której rosły drzewa faktycznie kilka z nich zwaliło
się na samochody i namioty i poważnie je uszkodziło.
Nasze stanowisko sąsiadowało z wielkim nowoczesnym namiotem Austriaków.
Matka z dziećmi schowała się do samochodu na czas burzy, a ojciec zwisał
z konstrukcji namiotu, obciążając go własnym ciałem, aby nie pofrunął w dal.
Deszcz kompletnie przemoczył mężczyznę, a wiatr wychłodził i mój tata
postanowił ratować sąsiada przed przeziębieniem. Zaprosił całą
austriacką rodzinę do naszego stolika kempingowego na gorącą herbatę z sokiem i sprezentował im butelkę polskiej wódki. Zasugerował, żeby
sąsiad wypił ją z pieprzem i położył się spać pod przykryciem, to może
nie zachoruje, bo już go rozkładało i kichał.
Trochę się Tacie pomyliło, bo wódka z pieprzem pomaga przy problemach
żołądkowych, nie przy przeziębieniu, ale alkohol faktycznie rozgrzewa.
Następnego ranka zachwycony Austriak przyszedł do nas uśmiechnięty i wdzięczny. Powiedział, że wypił całą wódkę z pieprzem, choć nie było to
dobre, a potem żona wymasowała go tą butelką i czuje się naprawdę
zdrowy.
- Wy, Polacy, macie takie wspaniałe naturalne metody leczenia -
wychwalał.