Fortel i trucizna
Początek marca 1972 roku. Monachium. To właśnie tutaj mieści się jeden
z największych szpitali w Niemczech, będący jednocześnie szpitalem
więziennym. Mowa o München Klinik Harlaching, położonej na
przedmieściach miasta. Nieprzypadkowo placówka reklamuje się jako "Die
Klinik im Park". Wokół szpitala jest mnóstwo zieleni. Ławki w parku
sprawiają, że już na sam widok robi się lżej na duszy.
Jednym z pracowników kliniki jest doświadczony lekarz, profesor Tadeusz
Zawrot. Rocznik 1921. Polak z pochodzenia. Postać z mroczną
przeszłością, której nie da się wyczytać z jego twarzy. Skrywa ją nader
skutecznie za swoim nienagannym uśmiechem. Niezależnie od tego, czy bada
Niemca, Żyda czy Cygana. Choć tych ostatnich zwykle tutaj nie ma, bowiem
na takie wizyty najzwyczajniej w świecie ich nie stać.
Profesor Zawrot jak co dzień stawił się w szpitalu na porannej zmianie.
Założył śnieżnobiały kitel i ruszył na obchód, by doglądać swoich
pacjentów. Jego uwagę przykuło jedno nazwisko -?von dem Bach. Dałby
sobie rękę uciąć, że kiedyś już o nim słyszał... Tak, to musiał być on.
W szpitalnej sali rozległo się pukanie. Zegar wskazywał 11.10, gdy
Zawrot wszedł do środka.
-?Guten Tag -?perfekcyjna niemczyzna z domieszką chrypy przywitała
lekarza.
-?Dzień dobry...
Erich von dem Bach w sądzie w Kolonii podczas procesu oficera SS Hansa
Graalfsa oskarżonego o mordy na Żydach na Białorusi, 1964 rok.
Pacjent zbladł. Te dwa słowa uderzyły w niego jak grom z jasnego nieba...
A może mu się to przesłyszało? Serce zabiło mocniej. Milczał, czekając
na dalszy rozwój wypadków. Z kolei doktor kontynuował:
-?My się chyba znamy, panie Eryku...
-?Was? Ich verstehe nicht9.
-?Panie Eryku... Śmiało. Możemy mówić po polsku. My się znamy. Choć może
nie tak dosłownie...
Pacjent ciągle milczał, tępo wpatrując się w sufit.
-?Pan Erich von dem Bach-Zelewski, zgadza się?
-?Taaak... -?odparł po polsku pacjent.
-?No proszę. A ja jestem profesor Tadeusz Zawrot. Pewnie moje nazwisko
nic panu nie mówi?
-?Nein... Znaczy się, nie, nic nie mówi...
-?Kto by pomyślał... Kto by pomyślał... Podam słowo klucz, może będzie
panu łatwiej skojarzyć... -?w głosie profesora Zawrota słychać było
emocje. W oczach płonęły dziwne iskry, których pacjent nie był w stanie
właściwie zinterpretować.
-?W czym mogę panu pomóc, doktorze?
-?Tak się składa, że pański stan zdrowotny jest tak kiepski, że raczej
już nie zdołamy panu pomóc. Ale... może to i dobrze? -?doktor zaczął
się zastanawiać.
-?Słucham?! Chyba się przesłyszałem! -?von dem Bach był oszołomiony.
-?Niekoniecznie. Pańskie dni są policzone. W młodości w szkole miałem
takie liczydło z kolorowymi kulkami. Ech... Nie pomyślałem. Gdybym
wiedział, że pana dzisiaj tu spotkam, zabrałbym je ze sobą. Mógłby pan
odliczać dni do końca swojego żywota. Na moje oko daję panu tydzień. A to liczydło miało dziesięć koralików. No widzi pan, jak znalazł!
Von dem Bach zamarł. Lekarza widział pierwszy raz na oczy. Tymczasem
ten twierdzi, że go zna i, co gorsza, nie kryje radości z tego, że jego
dni są policzone. Opętaniec, szaleniec, a może to duch jego przeszłości?
Pacjent próbował zachować zimną krew. Początkowo mu się to udawało.
Dopiero gdy usłyszał o liczydle, dał upust swoim emocjom...
-?Do jasnej cholery! Kim pan jest?! I co pan tu wyrabia? Pan mi życzy
śmierci? Przecież pan jest lekarzem. Składał pan przysięgę Hipokratesa,
że będzie strzec ludzkiego życia...
-?Wiem... Znam ją na pamięć.
Polak odchrząknął i teatralnym głosem zaczął recytować przysięgę, którą
składa każdy lekarz: "Przysie?gam na Apollona lekarza, na Asklepiosa,
Hyg(i)eje? i Panakeje?, na wszystkich bogów i boginie, czynia?c ich
s?wiadkami, z?e be?de? podług mej zdolnos?ci i mego osa?du wypełniał te
przysie?ge? i ten zapis.
[...]
Nie podam nikomu s?miertelnego leku, nawet jes?li be?dzie mnie prosił,
ani nie udziele? nikomu takiej porady, jako tez? nie podam kobiecie
s?rodka poronnego.
Zachowam czyste i nieskalane z?ycie moje i moja? sztuke?.
[...]
Do jakiegokolwiek wsta?pie? domostwa, wejde? tam, aby pomagac?
cierpia?cym, wystrzegaja?c sie? wszelkich s?wiadomych naruszen? prawa i szkodliwych poste?pków, a zwłaszcza czynów lubiez?nych wobec ciał kobiet
i me?z?czyzn, wolnych czy niewolników.
[...]
Jes?li zatem be?de? wiernie dotrzymywał tej przysie?gi i nie narusze?
jej, niech dany mi be?dzie owoc z?ycia i sztuki, i sława u wszystkich
ludzi po wsze czasy, a jes?li be?de? ja? naruszał, popełniaja?c
krzywoprzysie?stwo, niech stanie sie? to, co temu
przeciwne10.
-?Dość tego! Naprawdę mam tego dość. Zaraz wezwę ordynatora! -
schorowany mężczyzna w jednej chwili odzyskał nieco sił. -?Czy pan
zwariował? Czego pan ode mnie chce?! -?Pacjent chciał wstać.
Powstrzymywały go jedynie wbite wenflony.
-?Rozpoznałem pana. I cieszę się, że w końcu dopadnie pana śmierć.
Coś, co pańscy ludzie zafundowali setkom tysięcy ludzi... -?oczy
profesora płonęły ze złości, by w jednej chwili zaszklić się do cna. -
Jestem powstańcem warszawskim...
Niemiec szedł w zaparte...
-?A co ja mam z tym wspólnego?
-?Nie kłam! -?doktor nie wytrzymał. Chwycił za ramiona 73-letniego
staruszka i zaczął szarpać niczym szmacianą pacynkę. Ten próbował się
wyrwać zupełnie bezskutecznie. Wątłe zdrowie zmusiło go do przyjęcia
biernej postawy. -?Nie daruję ci tego -?wyszeptał doktor.
-?Ciągle nie wiem, o co panu chodzi, panie doktorze -?wydukał drżącym
głosem pacjent.
-?Co za chichot losu! Kiedyś twoi ludzie walczyli przeciwko nam.
Posyłaliście niewinne kobiety i niewinnych chłopców na bezsensowną
śmierć. A dzisiaj przychodzi mi ciebie leczyć! Mam uratować
nazistowskiego zbrodniarza. Myśląc o byciu lekarzem, zdecydowanie nie
pisałem się na takie wydarzenia!
-?Panie profesorze, pan mnie chyba z kimś pomylił....
Doktor nachylił się i raz jeszcze mocniej złapał pacjenta za ramię.
-?Posłuchaj! -?rozwścieczony lekarz szeptał mu do ucha. -?Jeśli
jeszcze raz wyprzesz się tego, że jesteś nazistowską świnią, to jednym
ruchem palca odłączę wszystkie te urządzonka, które podtrzymują twoje
chuderlawe ciało przy życiu. I ani waż mi się komukolwiek mówić o tym,
co tutaj zaszło. Czy się rozumiemy?
Pacjent będący ciągle w brutalnym objęciu lekarza lekko skinął głową,
by przytaknąć. W tym momencie Polak go puścił. W pokoju panowała cisza.
Słychać było jedynie przyspieszone oddechy obu mężczyzn. Pacjent miał na
ciele czerwone ślady po brutalnym objęciu.
Polak wyciągnął srebrną papierośnicę. Von dem Bach błyskawicznie
rozpoznał na niej charakterystyczny znak. Literę "P" z kotwicą u dołu.
Symbol Polski Walczącej, gdzie litera "P" oznaczała Polskę, kotwica zaś
symbolizowała nadzieję na odzyskanie niepodległości i uwolnienie się od
nazistowskiej okupacji.
-?Przepraszam. Nieco mnie poniosło. Na co dzień jako lekarz jestem
bardziej opanowany.
Profesor sięgnął po cienkiego papierosa ze srebrnego etui. W pokoju
rozległ się odgłos zapałki pocieranej o draskę.
-?Panu nie proponuję. W pańskim stanie papierosy nie są wskazane.
Wiem, że jest marzec i na dworze solidnie wieje, jednak uchylę nieco
okno, żeby ten dym miał dokąd ujść. Jeśli będzie za mocno wiało, proszę
mówić, zamknę.
Von dem Bach ponownie skinął głową.
-?Powtórzę pytanie, doktorze. Czego pan ode mnie chce?
-?Nic szczególnego... Jako powstaniec zawsze chciałem zrozumieć, co
kierowało takimi ludźmi jak pan. Co, bo przecież to były zachowania
niemające wiele wspólnego z ludzkimi emocjami... Dlaczego mordowaliście
Polaków? Dlaczego ich torturowaliście? Dlaczego było w was tyle sadyzmu?
I w końcu zawsze byłem ciekaw spojrzenia na powstanie warszawskie z perspektywy Niemców, którzy z nami walczyli. Nie pragnę zemsty. Oczekuję
od pana jedynie rozmowy.
-?Kiedy? -?wypalił von dem Bach.
-?Choćby i dzisiaj. Teraz muszę dokończyć obchód. A gdy go skończę i rozpocznę dyżur, przyjdę do pana, by zadać kilka pytań. Nic więcej.
-?Doktorze... -?na twarzy Niemca pojawił się złośliwy grymas. -?A właściwie to dlaczego miałbym z panem rozmawiać?
-?Opowiem panu krótką historię. Mój ojciec szalenie interesował się
polityką. Gorliwie popierał jedną grupę polityczną. Przy czym zawsze
powtarzał mi, że z życiem jest jak z polityką. Niezależnie od tego, z kim prowadzisz spór, nie bój się zadawać sobie samemu banalnego pytania.
A brzmi ono: "A może to właśnie oni mają rację, nie ja?". Jeśli
popierasz jakiegoś polityka, a innym z kolei niemalże gardzisz, to nie
bój się zastanawiać, kto ma rację. Kiedyś połowa Polski była wpatrzona w marszałka Piłsudskiego. Miałem pięć lat, gdy Piłsudski zorganizował
przewrót majowy w 1926 roku. Jako dziecko naturalnie nie miałem na ten
temat zdania. Dzisiaj jednak zadałbym sobie właśnie to pytanie: "A może
to przeciwnicy Piłsudskiego mieli rację"?
-?Co to ma wspólnego ze mną?
-?Nawet nie śmiem pomyśleć, że "może to Niemcy mieli rację, walcząc
przeciwko nam, Polakom, w trakcie powstania warszawskiego?". Bardziej
jestem ciekaw, jak pan na to patrzy. No wie pan, ze swojej germańskiej
perspektywy.
-?Pan raczy wybaczyć. Nie mam zamiaru rozmawiać z panem na te tematy. To
już zamknięty rozdział w moim życiu -?fuknął von dem Bach.
-?Nieprawda. Nie da się zapomnieć o okresie, który zajmuje tak wiele
lat w pańskim życiu. Jako powstaniec często budzę się w środku nocy
przekonany, że walczę. Wyobraża pan sobie? Po tylu latach nadal wracają
te dramatyczne wspomnienia. Śni mi się, że trzymam broń, jestem razem z chłopakami z Batalionu "Zośka"11 i wystrzeliwuję całą serię z karabinu maszynowego prosto w klatkę piersiową Niemca. Te wspomnienia
powracają jak bumerang.
-?Życzę udanego obchodu, doktorze. Teraz muszę się zdrzemnąć. Dobranoc.
Von dem Bach teatralnie zamknął oczy, udając, że właśnie w tej jednej
chwili zasypia. Zaskoczony lekarz wyszedł z sali i schował się do
swojego pokoju. Życie każe pisać różne scenariusze. Czasem trzeba użyć
podstępu, by osiągnąć zamierzony cel...
* * *
Dzień później lekarz ponownie odwiedził von dem Bacha. Przywitał się i rozpoczął standardowe procedury. Pacjent ciągle był w nie najlepszym
stanie. Jednak był to stan na tyle dobry, że mógł rozmawiać.
-?Przepraszam. Wczoraj miał pan urodziny. A ja tak się uniosłem... -
profesor Zawrot zaczął mówić badawczym tonem.
-?Proszę się nie przejmować. Puszczam to w niepamięć. Zresztą jak całe
moje dotychczasowe życie.
-?Dziękuję. Dzisiaj jest nowy dzień. Drugi marca. Oby to był lepszy
dzień niż wczoraj... -?doktor zawiesił głos.
-?Coś pan chciał dopowiedzieć, doktorze?
-?Proszę to zażyć. Ta mała fiolka powinna panu pomóc szybciej dojść do
zdrowia.
-?Co to takiego?
-?Kalii chloridum12 -?profesor zmyślił naprędce.
-?Rozumiem.
Pacjent sięgnął po fiolkę, po czym wypił ją do dna. Profesor udał się
do wyjścia.
-?Doktorze. Nie zbada mnie pan dzisiaj?
-?Nie... To znaczy nie ma takiej potrzeby. Do widzenia.
Gdy już drzwi były zamknięte do połowy, lekarz wrócił i wsunął w nie
jedynie głowę.
-?Bym zapomniał, panie Zelewski. Przed momentem przyjął pan wyjątkową
substancję. Wyżera bakterie i oczyszcza organizm. Lecz jeśli po tygodniu
nie zażyje się odpowiedniego antidotum, człowiek umiera. To jest kwestia
czasu.
Doktor próbował dalej mówić, tak jakby mało go to interesowało.
-?Oczywiście nie muszę dodawać, że jestem twórcą tej substancji i również tylko ja mam antidotum... Zachęcam do rozmowy o przeszłości. Wtedy
chętnie podzielę się antidotum. Naturalnie nie popędzam pana z podjęciem
decyzji. Przy czym... Wydaje mi się, że na pana miejscu warto się
spieszyć. Tydzień zlatuje bardzo szybko. I tak jest pan w szpitalu, nie
ma pan nic do roboty. Co panu szkodzi porozmawiać?
-?Tak nie można, to jest niehumanitarne! Podam pana do sądu!
Lekarz zaczął się teatralnie śmiać.
-?Naprawdę? Nazista mówi mi, że coś jest niehumanitarne? Jeden z tych,
którzy innym ludziom zgotowali piekło na ziemi, ma czelność mi mówić, że
coś jest niehumanitarne!? Ciekawe, czy temu zbrodniarzowi
Mengelemu13 mówił pan, że to, co wyrabiał, było
niehumanitarne?
Trzaśnięcie drzwiami przez lekarza zakończyło dyskusję.
* * *
Kolejny dzień przyniósł von dem Bachowi powody do niepokoju. Czas
uciekał, gdy tymczasem na porannym obchodzie pojawił się zupełnie inny
doktor.
-?Przepraszam. A gdzie się podział profesor Zawrot? -?dopytywał
pacjent.
-?Moment, wypisuję panu dokumenty z dzisiejszego obchodu... Zaraz... Co
pan mówił?
-?Co z profesorem Zawrotem?
-?A co pan taki ciekawy? Pan powinien tęsknić za żoną, a nie za jakimś
doktorkiem, ha, ha -?rubasznie zarechotał medyk.
-?Pytam poważnie.
-?A ja poważnie odpowiadam...
-?Powie mi pan? -?von dem Bach perfekcyjnie maskował na twarzy swój
niepokój.
-?Profesor wybrał się na urlop.
Te słowa zabrzmiały dla von dem Bacha jak wyrok śmierci... Poczuł, jak
kręci mu się w głowie. Chwilę później stracił przytomność... Gdy się
obudził, nadal był w towarzystwie tego samego doktora. Dość szybko
odzyskał wigor i błyskawicznie podjął temat profesora Zawrota.
-?A długi ten urlop? Bo wie pan... Mam z nim pilne sprawy do omówienia.
-?A co to? Pali się? Pan jest w szpitalu, a nie na wizycie u komendanta straży pożarnej, cha, cha.
Rubaszność doktora irytowała von dem Bacha. Udało mu się jednak ciągle
trzymać nerwy na wodzy, gdy tymczasem medyk ciągle coś wypisywał.
-?Widzę, że poprawiły się panu wyniki. Jakby mniej bakterii było. Coś
nieprawdopodobnego!
Pacjent słuchał tego z przerażeniem. Ten pieprzony Polak najwyraźniej
nie żartował.
-?Halo! Halo! -?z zamyślenia wyrwał go tubalny głos doktora.
-?Urlop jednodniowy. Profesor musiał coś załatwić na mieście. Będzie
jeszcze dzisiaj w szpitalu. Szykuje mu się nocny dyżur.
-?Co za ulga! -?Von dem Bach poczuł, jak wstępuje w niego energia. Czas
upływał. I choć wiedział, że zdrowieje i ma się coraz lepiej, to
jednocześnie... czuł się coraz gorzej. -?Oby tylko profesor się nie
rozchorował!
* * *
-?Guten Abend, Herr von dem Bach-Zelewski!14 -?w sali
pacjenta rozbrzmiał dobrze mu znany głos.
-?To pan, panie doktorze?
-?Przyszedłem na wieczorny obchód. Tak, to ja... -?ton głosu lekarza
zdawał się być aż nazbyt oficjalny.
-?Darujmy sobie obchód. Niech mnie pan nie bada. Chcę rozmawiać!
-?A cóż się stało, że pan, gorliwy nazista zmienił zdanie i chce
rozmawiać z byłym powstańcem warszawskim?
Von dem Bach zacisnął wargi. Doskonale wiedział, że była to prowokacja
ze strony Polaka. I już prawie miał wypalić, że to jego sprawka, że to
przez jego lek, który zamienia się w truciznę, lecz wieloletnie
doświadczenie w robieniu dobrej miny do złej gry sprawiło, że wziął
kilka głębokich oddechów i z udawanym uśmiechem stwierdził, że
przypadkowo naszła go ochota na rozmowę o przeszłości.
-?Skoro moje dni są policzone... To sam pan rozumie. Dobrze jest chociaż w tych ostatnich dniach życia z kimś porozmawiać. I powspominać życie,
które tak szybko przeleciało.
-?Rozumiem -?ton lekarza ciągle pozostawał oficjalny. -?Muszę
teraz skończyć obchód. A po nim, jeśli oczywiście nie zapomnę, to zajrzę
do pana.
-?Bardzo na to liczę, panie doktorze!
Kiedy tylko profesor zamknął drzwi z drugiej strony, zaśmiał się pod
nosem i z satysfakcji zaczął zacierać ręce.
Tablica Tchorka upamiętniająca około 7000 ofiar masowych egzekucji
ludności cywilnej dokonanych przez Niemców 5 sierpnia 1944 roku w nieistniejącej dziś fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55/57
Rzeka krwi na warszawskich ulicach. Rzeź Woli
#zegarek z Auschwitz, #psychopata w mundurze, #jeden z największych
aktów ludobójstwa, czyli Rzeź Woli, #tragedia i cud Wandy Lurie,
#Verbrennungskommando Warschau -?Polacy palą ciała Polaków
Von dem Bach czekał z niecierpliwością na wizytę Polaka. Upływające
minuty szalenie mu się dłużyły. Niecierpliwość narastała. W końcu każda
kolejna minuta przybliżała go do śmierci. Wreszcie po jakiś dwóch
godzinach w jego sali pojawił się oczekiwany gość. Gdy von dem Bach
tylko go zobaczył, natychmiast odezwał się swoim anemicznym, choć ciągle
jednak wzbudzającym respekt, głosem.
-?Proszę siadać, doktorze. Zaczynajmy rozmowę. Szkoda czasu!
Profesor ściągnął swój kitel i usiadł na metalowym krześle, które stało
tuż obok łóżka pacjenta. Uwagę Polaka przykuł złoty zegarek, który leżał
na pobliskim stole. Było też tam kilka jabłek i zwietrzała kanapka.
Chcąc jakoś zacząć rozmowę, powiedział:
-?Śliczny zegarek... Cały złoty.
Von dem Bach pobladł na twarzy, by za chwilę się zarumienić. Nie uszło
to uwadze doktora.
-?Coś nie tak, panie von dem Bach-Zelewski?
-?Nie... Wszystko w porządku. To znaczy, nie... Nie jest w porządku. Złoto
na tym zegarku pochodzi z Auschwitz. Pewnie pan zna tę historię. O tamtejszych więźniach, którym wyrywano złote zęby i przetapiano je na
różnej maści suweniry. To jeden z nich. Złoty zegarek. Chętnie bym go
panu ofiarował, ale w tej sytuacji, z uwagi na pochodzenie złota, byłby
to jednak nietakt. Nieco się zestresowałem, stąd ten słowotok.
-?Pominę to milczeniem... Po prostu wróćmy do rozmowy o powstaniu
warszawskim. Powstanie wybuchło pierwszego sierpnia 1944 roku i trwało
aż do trzeciego października. Polacy zawzięcie walczyli przeciwko
niemieckiemu okupantowi, chcąc wyzwolić Warszawę.
-?Stałem na czele Niemców, którzy bili się z Polakami w powstaniu
warszawskim. To podkreślmy na samym początku.
-?Podkreślmy również, że Polacy, działając w podziemiu, zdołali się
zorganizować i zmierzyć z machiną państwa nazistowskiego.
-?Muszę się z panem zgodzić, że wymagało to wielkiej odwagi i determinacji.
-?Nazywali pana "psychopatą w mundurze". To również dodajmy.
-?Wiele było pejoratywnych określeń na mój temat. Tak mówili moi
wrogowie.
-?Chce pan powiedzieć, że po tych wszystkich latach pan nadal uważa
się za niewinnego?
-?W rzeczy samej. Służyłem Hitlerowi do końca. I w przeciwieństwie do
wielu innych, zdradzieckich świń, nigdy się go nie wyparłem. To się
nazywa prawdziwa lojalność. Wykonywałem tylko jego rozkazy.
-?Coś niepojętego. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Ludzka podłość czy
ślepe zapatrzenie?
-?Cytując pana z poprzedniego spotkania... Może trzeba sobie zadać
pytanie: "A może to oni mieli rację?". Czyli naziści...
-?Pan na wstępie chce mnie chyba wyprowadzić z równowagi!
-?Absolutnie. Po prostu mówię, co myślę. Mógłbym być hipokrytą i powtarzać, że żałuję tych wszystkich zabitych i tego, że mam krew na
rękach. Ale tak przecież nie jest. To po co mam panu kłamać? Było, jak
było, niczego nie żałuję, każdy z moich czynów mógłbym powtórzyć, gdyby
ktoś cofnął czas. Byłem i jestem niewinny. Tak samo jak uważam, że
Hitler nie był odpowiedzialny za te wszystkie zbrodnie. Jestem
przekonany o jego niewinności, co wyraźnie mówiłem po wojnie.
-?Niepojęte. Naprawdę, to się w głowie nie mieści...
-?To proszę mi podać choć kilka przykładów, które nakazują panu
traktować mnie jak osobę niegodziwą.
-?Pan jest bezczelny czy jednak tak durny?
-?Jedno nie wyklucza drugiego!
-?Świetne poczucie humoru -?doktor skrzywił się. -?Proszę zamienić się
w słuch... Mordowaliście ludność cywilną. Tysiącami! Przecież Rzeź Woli do
dzisiaj jest uznawana za jeden z największych aktów ludobójstwa na
świecie! Kobiety przed zabójstwem gwałciliście...
-?Uprzedzając pańskie pytanie... Tak, to ja kierowałem tą akcją!
-?"Akcją"? Chyba ludobójstwem!
-?Jak zwał, tak zwał. Może to sobie pan nazywać, jak tylko pan chce.
-?Będę się powstrzymywał od komentarzy. Proszę to potraktować jako
okazję do przedstawienia własnego punktu widzenia. W każdym razie...
Porozmawiajmy teraz chwilę o Rzezi Woli, której dokonał pan i pańscy
ludzie na początku sierpnia 1944 roku, niedługo po wybuchu powstania.
Jak ona wyglądała z pańskiej perspektywy?
RZEŹ WOLI. DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA ŚWIADKÓW
Józefa Marczak:
Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w mieszkaniu przy ul.
Elekcyjnej 8, m 11.
5 sierpnia około 10.00 posłyszałam strzały.
W tym czasie walki powstańców z Niemcami toczyły się daleko od naszego
terenu, za plantem kolejowym koło ul. Skierniewickiej i Szpitala
Wolskiego.
Polacy zabici przez Niemców podczas powstania warszawskiego
-?Wypędzaliśmy ludzi z kamienic na Woli, gromadziliśmy ich w różnych
miejscach i masowo rozstrzeliwaliśmy z broni maszynowej. Dobijaliśmy ich
z broni krótkiej. Gdy zaś ludność cywilna stawiała opór i nie chciała
wyjść z domów na zewnątrz, to wrzucaliśmy granaty, po czym podpalaliśmy
domostwo, by mieć pewność, że nikt nie zostanie przy życiu. Innym razem
paliliśmy ludzi żywcem. Likwidowaliśmy tak wszystko -?skrawek po
skrawku, ulica po ulicy. W trakcie tłumienia powstania na Woli
korzystaliśmy z żywych tarcz. Niestety, Polacy byli waleczni do tego
stopnia, że nawet one ich nie odstraszały od walki.
-?Chodzi panu o Polaków, których braliście do niewoli i pędziliście
przed czołgami?
-?Dokładnie tak. Robiliśmy z nich, a właściwie z was, żywe tarcze, ale i żywe barykady. Niejednemu powstańcowi zadrżała ręka, gdy zobaczył, że
zamiast do Niemca, przychodzi mu strzelać do rodaka.
-?Słyszał pan o przypadku Wandy Lurie?
-?Nie znam kobiety.
-?A powinien pan. Jest ona symbolem tego, co wy, Niemcy, robiliście z ludnością cywilną w Warszawie. Wanda Lurie miała dzieci, a do tego była
w ciąży. Nie stanowiło to dla was jednak problemu, by próbować zabić ją
i potomstwo. Ona jednak cudem przeżyła. Już po wojnie opowiadała, że w pewnym momencie, oczekując na rozstrzelanie, błagała jednego z Ukraińców, by ją uwolnił. Ten stwierdził, że jeśli ma coś cennego, to
może uda jej się wykupić. Oddała mu trzy złote pierścionki. To jednak
nie pomogło. Niemiec, który dowodził mordowaniem ludności cywilnej,
nakazał ją skierować do miejsca, gdzie za moment miała być
rozstrzelana...
Jedno z miejsc, w których dokonała się Rzeź Woli -?fabryka Ursus przy
Wolskiej 55/57 na fotografii z 1938 roku
Po policzkach Polaka zaczęły ciec łzy. Mimo tylu lat wspomnienia z tamtych dramatycznych chwil nieustannie niosły za sobą potężny ładunek
emocjonalny. Von dem Bach udał, że tego nie widzi. Nie chciał jeszcze
bardziej podgrzewać i tak już mocno nerwowej atmosfery.
-?Przepraszam... Chwila słabości... Sam pan rozumie.
-?Nie ma pan za co przepraszać. Jeśli ma pan siły, proszę kontynuować
swoją opowieść.
-?Pani Wanda postanowiła uderzyć w ambicje niemieckich żołnierzy.
Zaczęła wykrzykiwać, że tym ludziom brak jest jakiegokolwiek honoru. To
tylko pogorszyło sytuację. Jeden z Niemców, a może
Ukrainiec15, nie wiem... W każdym razie jeden z nich tak ją
popchnął, że ta -?przypominam -?będąca w ciąży kobieta runęła z hukiem
na ziemię.
-?Ciąża była widoczna?
-?Z pewnością, gdyż była w ostatnim miesiącu. Nie sposób było tego nie
zauważyć. Zaraz potem ten sam człowiek popchnął i zaczął bić jej
starszego synka. Koniec końców szła w towarzystwie trójki swoich dzieci,
pośród płaczu i krzyków, do miejsca, w którym mieli zginąć. Aż boję się
domyślać, co człowiek może sobie myśleć w takiej chwili...
-?Zapewne liczy na cud i myśli do samego końca, że los się do niego
uśmiechnie... Ale zwykle się nie uśmiechał. W Warszawie musieliśmy być
bezwzględni. Tego oczekiwał od nas Führer. W końcu trwała wojna...
-?Wojna wyzwala nieludzkie instynkty. Już to ustaliliśmy wielokrotnie...
I jeszcze pewnie będziemy sobie powtarzać. Nadal nie jest to wymówka,
która mogłaby usprawiedliwić zbrodnicze czyny.
-?Ja tylko stwierdzam fakty...
-?Ja również. A wracając do tej przerażającej historii... Wanda Lurie
idzie na skazanie razem z trójką dzieci. Do tego ma w brzuchu czwarte
dziecko. Najstarszy synek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się
dzieje. Wokół jest mnóstwo ciał dopiero co zabitych Polaków. Przerażony,
zaczyna szlochać, by chwilę później zanosić się płaczem i krzyczeć. To
nie przypada do gustu stojącemu za chłopcem żołnierzowi z wschodniej
jednostki kolaboranckiej. Bez słowa ostrzeżenia strzela mu w tył głowy.
Chłopiec pada na ziemię. Na sekundę zapada cisza. Wszyscy są przerażeni.
Gdyby się wsłuchać, można jedynie usłyszeć przerywane oddechy. Jednak
już chwilę później ten sam żołnierz dokonuje kolejnych egzekucji,
kolejno strzelając do dwójki pozostałych dzieci pani Wandy. Wyobraża pan
sobie, co czuje matka, gdy widzi, jak na jej oczach mordują trójkę jej
dzieci!?
-?Bezsilność i rozpacz.
-?Z pewnością... To coś tak strasznego, że nawet po tylu latach ciągle
nie mogę uwierzyć, że coś takiego miało miejsce. To jedna z tych
sytuacji, w których według mnie Bóg odwrócił na chwilę głowę, by nie
widzieć tego, co czyni człowiek.
-?Skoro jest pan taki wierzący, to niech mi pan wyjaśni, dlaczego Bóg
wolał odwracać wzrok zamiast ingerować, skoro jest wszechmocny?
-?Bóg nie ingeruje w to, co czyni człowiek.
-?Dlaczego?
-?Bowiem Bóg osądzi każdego z nas, ale dopiero na Sądzie Ostatecznym.
Dopiero wtedy pod osąd zostanie poddane całe nasze ziemskie życie.
-?Chętnie bym z panem podyskutował na temat wiary, ale zdaje mi się, że
skoro zdecydowaliśmy się pomówić o powstaniu warszawskim, to na tym
poprzestańmy.
-?W porządku. Na czym skończyliśmy? Przepraszam, ale takie wspomnienia
pozbawiają mnie skupienia. Przypominając sobie te haniebne czyny Niemców
i waszych kolaborantów, cały jestem roztrzęsiony.
-?Skończyliśmy na momencie, w którym Ukrainiec zabija dzieci przywołanej
kobiety.
-?No tak... Pani Wanda Lurie jest zmuszona do oglądania śmierci własnego
potomstwa. Dramat, jakiego nie życzyłbym nawet swoim największym wrogom.
Na koniec sama zostaje potraktowana kulą, choć dochodzi do swego rodzaju
cudu.
-?Czyli jednak cuda się zdarzają!
-?Proszę nie być bezczelny, panie von dem Bach-Zelewski. Pana to bawi,
dworuje pan sobie z tego. Czy ma pan godność człowieka?! Jak tak
można?!
-?Wolność słowa. To coś, z czego skrzętnie korzystam -?ton głosu Niemca
był wyjątkowo chłodny.
-?Głupszej odpowiedzi nie słyszałem... W każdym razie oprawca strzela do
pani Wandy. Ta, jak później zezna, zostaje trafiona w kark. Kula
przechodzi przez dolną część czaszki, dalej przebija prawy policzek i jednocześnie wybija kilka zębów. Pani Wanda pada na lewy bok. Oprawcy
postanawiają jeszcze oddać w jej kierunku trzy strzały dobijające, z czego dwa trafiają w jej nogi. Przypominam, że wszystko dzieje się
piątego sierpnia 1944 roku w ramach Rzezi Woli. Mimo to kobieta nadal
żyje, choć jest ciężko ranna -?ma postrzelone nogi i twarz. Dalej
pojawiają się kolejne zabite ciała, z których oprawcy robią stos. Na
samym dole znajduje się pani Wanda...
-?No tak. Ona leżała, a tymczasem moi podwładni donosili ciała i kładli
je na nią, warstwa, po warstwie. Co za durnie. Nikt nie zauważył, że ona
żyje?
-?Na tym się skupmy. Pani Wanda żyje. Jest w ciężkim stanie. Mimo to
nikt tego nie dostrzega, choć jest blisko... Wieczorem przychodzi Niemiec.
Cel ma prosty. Odnaleźć jakieś cenne przedmioty. Łazi wokół tego stosu i łazi, aż tu nagle staje na lewą kostkę pani Wandy i ją uszkadza. Co
gorsza, łamie jej jeszcze obojczyk. Pani Wanda, harda kobieta, nie
piśnie ani słówka, mimo że ból jest nie do zniesienia. Jej serce wali
jak młot. Oddycha, nabierając minimalnie powietrza, byleby tylko Niemiec
nie spostrzegł, że w tym stosie wciąż ktoś żyje. Uff, co za ulga. Wróg
opuszcza trupowisko. Pani Wanda nie wie, czy mężczyzna znalazł coś
cennego. Najważniejsze, że nie dopadł jej. Los jej sprzyja. Choć co za
przewrotność. Jak w ogóle można w takiej sytuacji myśleć, że los
sprzyja?!
-?Leżąc na samym dnie stosu złożonego z ciał zabitych ciężko byłoby mi
wykrzesać jakiekolwiek pokłady optymizmu. Większość ludzi w takiej
sytuacji zapewne chciałaby się tylko dobić, byleby tylko jak najszybciej
zakończyć te męki.
-?Proszę pana! Każdy człowiek chce żyć, przetrwać. Pani Wanda Lurie
przeżyła wśród zwłok dobre kilka godzin, jak nie więcej, zanim pojawili
się Polacy poszukujący żywych pośród stosów zwłok. Słyszałem, że leżała
w tym stosie prawie dwa dni. Nie wiem, czy to prawda.
-?Aż się wierzyć nie chce...
-?Wierzyć to się nie chce w to, co wydarzyło się dalej. Ktoś ją
odnalazł, dowiózł najpierw do kościoła świętego Wojciecha, gdzie
grupowaliście tych, których nie zabiliście. Potem była krótko w obozie
przejściowym w Pruszkowie, aż w końcu dotarła do szpitala w Podkowie
Leśnej. I teraz nastąpił cud. Kobieta, która na własne oczy widziała,
jak są mordowane jej dzieci, była tak twarda, że nie poroniła i donosiła
ciążę do końca.
-?Co pan mówi! Ale jak to?
-?Dwudziestego sierpnia 1944 roku, czyli piętnaście dni po tych
okropnych zdarzeniach, pani Wanda urodziła syna Mścisława16!
-?Rzeź Woli była czymś szalenie bolesnym, to jeden z bardziej
tragicznych momentów powstania warszawskiego. Trzeba było podjąć
cholernie bolesne decyzje w stosunku do mieszkańców Woli. Zadecydowano,
że nie będą mogli przemieszczać się do innych dzielnic. Jedynie z właściwymi dokumentami było to możliwe.
-?Chce mi pan powiedzieć, że świadomie skazywaliście własnych rodaków na
śmierć?
WSPOMNIENIA WANDY LURIE OCALAŁEJ Z RZEZI WOLI
Fragment zeznania Wandy Lurie złożonego 10 grudnia 1945 roku w Warszawie:
Od roku 1937 mieszkałam wraz z rodziną w Warszawie, przy ul. Wawelberga
18 m. 30. [...] Do dnia 5 sierpnia przebywałam w piwnicy domu z trojgiem
dzieci w wieku lat 11, 6, 3,5 i sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży.
Tegoż dnia o godzinie 11-12 wkroczyli na podwórko żandarmi niemieccy
oraz Ukraińcy, wzywając ludność do natychmiastowego opuszczenia domu.
Kiedy mieszkańcy piwnic od strony podwórza wyszli, żandarmi wrzucili do
piwnic granaty zapalające. Zapanował popłoch i pośpiech. Nie mając przy
sobie męża, który nie powrócił z miasta, ociągałam się z opuszczeniem
domu, miałam nadzieję, że pozwolą mi zostać. Musiałam jednak opuścić
dom. Wraz z dziećmi i rodziną Gulów wyszłam na ulicę Działdowską. Domy
na ulicy już płonęły. Usiłowałam przejść początkowo w stronę
Górczewskiej, ale na ulicy Działdowskiej stało dużo Ukraińców i żandarmów, którzy nie pozwolili mi przejść w tym kierunku, a kazali mi
udać się na ulicę Wolską. Droga była ciężka. Na ulicach leżało pełno
kabli, drutów, resztek barykad, gumy, trupy. Domy paliły się po obu
stronach ulic. Na ulicy Wolskiej i na ulicy Skierniewickiej wszystkie
domy były już spalone. Na rogu Działdowskiej i Wolskiej widziałam
pojedyncze trupy młodych mężczyzn w cywilnym ubraniu. Na ulicy Wolskiej
podeszłam do grupy osób z naszego domu. Ogółem było nas pod fabryką
ponad 500 osób. Z rozmów współtowarzyszy zorientowałam się, że w fabryce
zgromadzono mieszkańców domów z ulic Działdowskiej, Płockiej,
Sokołowskiej, Staszica, Wolskiej i z ulicy Wawelberga. Staliśmy przed
bramą fabryki "Ursus", położonej przy ulicy Wolskiej nr 55. Fabryka ta
stanowi warszawski oddział państwowej fabryki położonej w miejscowości
Ursus pod Warszawą. Przed bramą fabryki czekaliśmy około godziny. Z podwórza fabryki słychać było strzały, błagania i jęki. Do wnętrza
fabryki Niemcy wpuszczali, a raczej wpychali, przez bramę od ulicy
Wolskiej po sto osób. Chłopiec około lat 12, ujrzawszy przez uchyloną
bramę zabitych swoich rodziców i brata, dostał wprost szału, zaczął
krzyczeć, wzywając matkę i ojca. Niemcy i Ukraińcy bili go i odpychali,
gdy usiłował wedrzeć się do środka. Nie mieliśmy wątpliwości, że na
terenie fabryki zabijają, nie wiedzieliśmy, czy wszystkich. Ja trzymałam
się z tyłu, stale się wycofując, w nadziei, że kobiety w ciąży przecież
nie zabiją. Zostałam wyprowadzona w ostatniej grupie. Na podwórzu
fabryki zobaczyłam zwały trupów do wysokości jednego metra. Trupy leżały
w kilku miejscach po całej lewej i prawej stronie pierwszego podwórza.
Wśród trupów rozpoznałam zabitych sąsiadów i znajomych. Środkiem
podwórza wprowadzono nas w głąb do przejścia wąskiego na drugie
podwórze. Tu Ukraińcy i żandarmi ustawili nas czwórkami. Mężczyźni szli
z rękoma podniesionymi w górę. W grupie prowadzonej było około 20 osób,
w tym dużo dzieci lat 10-12, często bez rodziców. Jedną bezwładną
staruszkę przez całą drogę niósł na plecach zięć, obok szła jej córka z dwojgiem dzieci 4 i 7 lat. Trupy leżały na prawo i na lewo, w różnych
pozycjach.
Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam
już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały
trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali,
podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. Bezwładną staruszkę
zabito na plecach zięcia, on także zginął. Przy ustawianiu ludzie
krzyczeli, błagali lub modlili się. Ja byłam w ostatniej czwórce.
Błagałam otaczających nas Ukraińców, by ratowali dzieci i mnie, któryś z nich zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu złote trzy pierścienie.
Zabrawszy to, chciał mnie wyprowadzić, jednak kierujący ekipą Niemiec -
oficer żandarm, który to zauważył, nie pozwolił i kazał dołączyć mnie do
grupy przeznaczonej na rozstrzelanie, zaczęłam go błagać o życie dzieci
i moje, mówiłam coś o honorze oficera. Odepchnął mnie jednak, tak że się
przewróciłam. Uderzył też i pchnął mego starszego synka, wołając
"prędzej, prędzej, ty polski bandyto". W międzyczasie wprowadzono nową
partię Polaków. Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem
dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych
dzieci, lewą -?rączkę starszego synka. Dzieci szły płacząc i modląc się.
Starszy widząc zabitych wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie
Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy,
następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na
prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark
z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez
lewy policzek. Dostałam krwotok ciążowy. Wraz z kulą wyplułam kilka
zębów. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie
wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje.
Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie.
Przywaliły mnie około cztery trupy. Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci -?i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczora.
Było już ciemno, kiedy egzekucje ustały. W przerwach oprawcy chodzili po
trupach, kopali, przewracali, dobijali żyjących, rabowali kosztowności.
Ciała dotykali przez jakieś specjalne szmatki. Mnie samej zdjęto z ręki
zegarek, nie zauważyli przy tym, że żyję. W czasie tych okropnych
czynności pili wódkę, śpiewali wesołe piosenki, śmieli się. Obok mnie
leżał jakiś tęgi, wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, który długo
rzęził. Niemcy oddali pięć strzałów, zanim skonał. W czasie dobijania
strzały raniły mi nogę. Leżałam tak przez długi czas w kałuży krwi,
przyciśnięta trupami. Myślałam tylko o śmierci, jak długo będę się
jeszcze męczyć. W nocy zepchnęłam martwe ciała leżące na
mnie. Następnego dnia egzekucje ustały. Niemcy wpadli tylko kilkakrotnie
z psami, biegali po trupach, sprawdzali, czy kto nie żyje. Słyszałam
pojedyncze strzały, prawdopodobnie dobijali żyjących. Leżałam tak trzy
dni, to jest do poniedziałku (egzekucja odbyła się w sobotę). Trzeciego
dnia poczułam, że dziecko, którego oczekiwałam, żyje. To dodało mi
energii i podsunęło myśl o ratunku. Zaczęłam myśleć i badać możliwości
ocalenia. Próbując wstać, kilka razy dostałam torsji i zawrotu głowy.
Wreszcie na czworakach przeczołgałam się po trupach do muru. Wszędzie
leżały trupy, na wysokość co najmniej mojego wzrostu, i to na całym
podwórzu. Odniosłam wrażenie, że mogło tam być ponad 6000 zabitych. Z miejsca, na którym leżałam, przeczołgałam się pod mur i stąd szukałam
możliwości wydostania się dalej. Droga przejściowa przez pierwsze
podwórze, przez które nas wprowadzono, było zawalone trupami. Za bramą
słychać było głosy Niemców, musiałam szukać innego wyjścia.
Przeczołgałam się na trzecie podwórze, po drabinie przez otwarty lufcik
weszłam do hali. W obawie przed Niemcami pozostałam tu całą noc. W nocy
tygrysy wyły bezustannie na ulicy Płockiej, samoloty bombardowały.
Myślałam, że lada chwila fabryka spłonie wraz z trupami. Nad ranem
uciszyło się. Weszłam na okno i na podwórzu zobaczyłam żywego człowieka
-?mieszkankę naszego domu Zofię Staworzyńską. Połączyłam się z nią.
Przyczołgał się do nas jakiś niedobity mężczyzna w wieku około 60 lat z wybitym okiem, którego nazwiska nie znam. Po długim szukaniu i wielu
próbach wydostania się odkryliśmy wyjście od ulicy Skierniewickiej i tamtędy wraz z ob. Staworzyńską opuściłyśmy fabrykę. Mężczyzna, słysząc
głosy Ukraińców, został. Wyszłyśmy na ulicę Skierniewicką, chcąc się
udać na przedmieście Czyste, gdzie znajdował się szpital. Ukraińcy stali
na ulicy Wolskiej i początkowo nie zorientowali się, skąd idziemy.
Zatrzymali nas i pomimo próśb i błagań, by nas puścili do szpitala jako
ranne, popędzili nas w kierunku Woli, zabierając po drodze coraz więcej
osób. Niedaleko kościoła św. Stanisława rozdzielono grupę młodych i starych. Grupę młodych mężczyzn i kobiet wprowadzono do jakiegoś
zburzonego domu, skąd po chwili doszły odgłosy strzałów. Przypuszczam,
iż odbyła się tam egzekucja. Resztę w tej grupie i mnie popędzono do
kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Po drodze widziałam leżące
na jezdni i na chodnikach trupy i części ciała. Grupy Polaków pod strażą
uprzątały trupy. Stojący przed kościołem oficerowie niemieccy przyjęli
nas popychaniem, biciem i kopaniem. Kościół był już zapełniony ludnością
Warszawy z różnych dzielnic. Leżałam przez parę dni przy głównym
ołtarzu. Żadnej pomocy nie udzielono. Jedynie współtowarzysze niedoli
podali mi tylko trochę wody. Po dwóch dniach zostałam przewieziona
furmanką z ciężko rannymi lub chorymi do obozu przejściowego w Pruszkowie, stąd do szpitali w Komorowie i Leśnej Podkowie. Obecnie nie
czuję się zdrowa, jakkolwiek muszę pracować, by wychować dziecko
urodzone po strasznych przeżyciach.
Źródło: S. Datner, K. Leszczyński (red.), "Zbrodnie okupanta
hitlerowskiego na ludności cywilnej w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku (w dokumentach)", Wyd. MON, Warszawa 1962, s. 61-65, dostępne
również na stronie internetowej Muzeum Dulag 121 -
http://dulag121.pl/encyklopediaa/lurie-wanda-ocalala-z-rzezi-woli/
Wanda Lurie, która ciężko ranna, będąc w zaawansowanej ciąży, cudem
przeżyła egzekucję w fabryce Ursus. Nazywano ją "Polską Niobe", bo
straciła w niej trójkę dzieci. Obok jej syn Mścisław, który urodził się
15 dni później.
-?Wszystko zależy od interpretacji. Nasi dowódcy doszli do wniosku, że
będzie lepiej, jeśli ludzie z Woli nie będą przechodzili do innych
dzielnic. Chodziło o to, by powstrzymać rozsiewanie paniki i podtrzymać
wysokie morale, dzięki któremu chęć walki była większa. Przypominam, że
wówczas powstanie warszawskie trwało dopiero od kilku dni. W walce z niemieckim okupantem nasi musieli stosować twarde środki, by osiągnąć
sukces. Nie mam nikomu za złe, że podjęto taką decyzję.
-?To niech pan zapyta tych, którzy byli na Woli, gdy trwała tam tak
zwana Rzeź.
-?Nie sądzę, bym miał z kim porozmawiać. W tamtym czasie naziści
mordowali tam wszystkich jak leci.
-?Bez komentarza...
-?Rzeź Woli trwała od piątego do siódmego sierpnia 1944 roku. Szacuje
się, że w tym czasie brutalnie zamordowaliście od dwudziestu do nawet
sześćdziesięciu tysięcy osób. Ile dokładnie, trudno określić. Skutecznie
zatarliście ślady.
-?Nie będę zaprzeczał, tak właśnie było. Robiliśmy to rękami innych
Polaków. Wcielaliśmy ich siłą do specjalnego komanda zarządzanego przez
SS.
-?Mowa o "VW", czyli Verbrennungskommando17
Warschau.
-?Tak. Utworzono je z mojego rozkazu. To należący do niego Polacy palili
tysiące zwłok pod czujnym okiem esesmanów. Wiem, że po wojnie zebrano
dwanaście ton popiołów z ludzkich zwłok.
-?Jak wyglądała selekcja wcielanych Polaków do "VW"?
-?Spośród mężczyzn ustawionych już do odstrzału wybraliśmy setkę.
Obiecaliśmy im, że w zamian za pomoc przy paleniu zwłok darujemy im
życie. Naturalnie słowa nie dotrzymaliśmy. Na koniec większość z tych
stu osób również zabiliśmy, by nie było świadków. Mało komu udało się
uciec przed śmiercią.
-?To niepojęte. Pan opowiada o tym wszystkim, będąc pozbawiony
jakichkolwiek emocji. A mówi pan o mordzie kilkudziesięciu tysięcy
osób.
-?Sztuką jest mówić bez emocji, bo tylko wtedy można złapać jakiś
dystans.
-?Pan jest zimny jak lód. Jak można mówić bez emocji, gdy mowa jest o mordzie tłumów ludzi?
-?Jak widać, można. A wracając do powstania warszawskiego i Verbrennungskommando Warschau, palenisko mieliśmy między innymi na placu
zabaw przy ulicy Wolskiej, gdzie znajdowały się rowy przeciwlotnicze. I rzeczywiście paliliśmy tych ciał mnóstwo. Palący sprawdzali opuszczone
domy, czy nikt się nie ukrywał. Gdy tylko kogoś wypatrzyli, mieli
obowiązek o tym zameldować. Do tego naturalnie zbierali zwłoki z okolicy. I robili z nimi porządek. Palący mieli jasno powiedziane, by
dbać o to, by z ciałem spalić także dokumenty pozwalające zidentyfikować
zwłoki. Na pocieszenie mogę panu powiedzieć, że swoich też paliliśmy.
Robiliśmy to tylko bardziej dyskretnie. Gdy nie było niemieckich
cywilów, paliliśmy ciała naszych, którzy ginęli w starciach z Polakami.
Krzyż ułożony tuż po wojnie z bloków kamiennych w miejscu egzekucji i palenia zwłok mieszkańców Woli na dziedzińcu fabryki Franaszka przy ul.
Wolskiej 41/43
-?Wyciągaliście ze zwłok cenne rzeczy?
-?Owszem, Polacy przeszukiwali zwłoki przed spaleniem. I wszystko co
cenne zbierali i oddawali nam. Jeśli przyłapaliśmy któregoś Polaka na
tym, że chciał coś przywłaszczyć, zabijaliśmy go od razu. Następnie po
przeszukaniu zwłok członkowie "VW" układali stos ciał. Na zwłoki kładło
się kilka bel drewna, dalej znowu zwłoki, drewno i tak na zmianę. Gdy
stos osiągał kilka warstw, oblewało się go benzyną i podpalało. Smród w okolicy był niesamowity. Ten odór palonych ciał przesiąkał ubrania tych,
którzy wrzucali zwłoki na stos. Poza tym ciała paliliśmy z jeszcze
jednego powodu. Jako uczestnik powstania, zapewne pan pamięta, że było w tamtych dniach wyjątkowo ciepło. Te wszystkie zwłoki, których przecież
były tysiące, rozkładały się w błyskawicznym tempie. Szykowała się uczta
dla tamtejszych szczurów. Mogła się rozpętać kolosalna epidemia, która
zagroziłaby również naszym oddziałom. Stąd decyzja o spaleniu ciał.
Część członków "VW" próbowała odmawiać wykonania rozkazów. Wszystkich
buntowników od razu rozstrzeliwaliśmy dla przykładu, żeby podobne
zachowanie wybić innym z głowy.
-?Polacy chętnie z wami współpracowali?
-?Nie. Muszę przyznać, że Polacy są narodem wyjątkowym. Ich waleczność
jest nie do przecenienia. Wykonywali nasze polecenia tylko dlatego, że
ciągle przy ich szyjach trzymaliśmy lufy karabinów. Dosłownie i w przenośni. Wiedzieli, że jakakolwiek próba złamania obowiązujących zasad
oznaczała śmierć. Zresztą... Prawda jest taka, że mordowaliśmy, kogo tylko
chcieliśmy. Jeśli ktoś źle spojrzał, moi ludzie mogli go na miejscu
zabić. Tutaj nie istniało coś takiego jak sądy, proces, rozprawy. To
była wojna. Jeśli chciałeś mieć oddział ludzi gotowych zabijać innych,
to trzeba było im dać wolną rękę. Owszem, tacy ludzie będą mordować bez
opamiętania, ale tylko wtedy, gdy nikt im tego nie będzie ograniczał.
Chodzi o to, by im to spowszedniało. Coś jak jedzenie chleba. Jeżeli da
go pan Azjacie, to oburzony wypluje całą połkniętą kromkę. Zrobi tak
jeden dzień, drugi, trzeci. Lecz gdy będzie pan mu podawał ten
niesmaczny chleb każdego dnia na śniadanie, to po tygodniu go przełknie,
a po miesiącu mu zasmakuje.
-?Nie wierzę! Pan porównuje mordowanie ludzi do jedzenia chleba.
-?Porównuję, bo to idealnie opisuje proces spowszechnienia. Wystarczy
zebrać grupę osób, w głębi duszy których obecny jest pierwiastek
sadyzmu, trzeba im pokazać, jak należy działać, a później wystarczy już
tylko patrzeć, co z tego wyniknie. Prawda jest taka, że wielu członków
oddziałów zabijających cywilów miało przednią zabawę przy okazji tych
mordów. Kilku z nich strasznie bawiło, gdy udało im się celnie trafić
granatem w grupę oczekującą na rozstrzelanie. Tak samo niezłą rozrywką
było podpalanie domów i wrzucanie do nich zwłok. Wiem, że esesmani
robili nawet zawody, kto w ciągu minuty wrzuci najwięcej zwłok do
środka.
-?Ten śmiech to była próba rozładowania stresu wśród Niemców?
-?Nie wiem, nie robiłem psychoanalizy. Jestem prosty chłopak, tak jak i ci niemieccy esesmani. Muszę jednak przyznać, że na pewno nie
żałowaliśmy naszym wódki. Musieli się nieraz napić, aby odreagować. Poza
tym będąc pijanym, łatwiej przychodziła im realizacja takich trudnych
rozkazów. Pamiętam też, że w "VW" był pewien uczony. Miał bodaj
pseudonim "Inżynier". Pomagał nam palić zwłoki.
-?To był Polak?
-?No tak. I ten cały "Inżynier" wykonywał swoją pracę całkiem nieźle. Aż
nagle dopadło go załamanie nerwowe. Nie był w stanie wydukać zdania,
ręce trzęsły mu się jak spragnionemu alkoholikowi na widok wódki, a gdy
trzeba było palić zwłoki, był tak roztrzęsiony, że aż inni członkowie
"VW" odwracali głowy, by razem z nim nie popaść w obłęd. Jak pan myśli,
co w takiej sytuacji należało zrobić?
-?Nie myślę jak typowy zbrodniarz. Musi mi pan podpowiedzieć!
-?Ten cały "Inżynier" siał ferment wśród innych członków komanda. Czynił
więcej szkód niż pożytku. Podobno tak się załamał, gdy któregoś razu
wypatrzył jakiegoś Polaka w opuszczonej kamienicy. Zgodnie z rozkazem
zgłosił to, a chwilę później esesman na jego oczach rozstrzelał tego
mężczyznę. Słyszałem, że po tym wydarzeniu "Inżynier" doznał kompletnego
załamania nerwowego i nie był w stanie już się pozbierać.
-?Nie mam w sobie pierwiastka sadysty. A przynajmniej tak mi się
wydaje...
-?Zaraz, zaraz. Każdy człowiek nosi w sobie pierwiastek zła. Jak pan
myśli, kto to powiedział?
-?Nie wiem.
-?Ja. Ja tak uważam. Mam doświadczenie. Widziałem już tylu ludzi, którzy
z potulnych baranków zamieniali się w agresywne bestie, mordujące
wszystko jak leci... Oni bywali tak rozdrażnieni, że zabijali wszystko, co
spotkali na swojej drodze. Nawet mordowali muchy i ślimaki!
-?No. I pewnie komary!
-?A żeby pan wiedział! I proszę sobie nie stroić ze mnie żartów.
VERBRENNUNGSKOMMANDO WARSCHAU OCZAMI ŚWIADKA, UCZESTNIKA POWSTANIA
WARSZAWSKIEGO TADEUSZA KLIMASZEWSKIEGO PS. "GÓRAL"
Nosili teraz prawie wszyscy. Kilku, którym wymioty wydzierały
wnętrzności, kapo* skierował do noszenia drzewa. Taszczyli oni z opuszczonych biur i warsztatów stoły, drzwi, części szaf, pokrywając
pierwszy pokład zwłok, na który kładziono znowu ciała.
Minuty wlokły się teraz jak godziny całe. Straszliwy odór poruszonych
trupów dawno przekroczył granice wytrzymałości -?ale ludzie
wytrzymywali, musieli wytrzymać. Pracowaliśmy w zupełnym milczeniu,
zaciskając usta i nosy, aby jak najmniej połknąć jadu, którym przesycone
było powietrze. Myśli otępiały znowu. Obrzydzenie, litość, nienawiść,
strach -?wszystko to połączyło się w jakiś ciężki opar, który mroczył
mózgi.
Początkowo wyszukiwaliśmy tych "najlepszych", najmniej okaleczonych,
najbardziej ludzkich zwłok, ale później było już wszystko jedno. Ręce
niechronione niczym nie wybierały już "lepszych", targały zaskorupiałe
ubrania, chwytały nadpsute kończyny. Roje spłoszonych much, brzęczących
gniewnie, rozeźlonych przerwaną ucztą, atakowały spocone ciała osiadając
na wargach, pchając się do oczu. Udrękę powiększał jeszcze wzmagający
się skwar, który tu na podwórku otoczonym zewsząd rozgrzanymi murami
buchał niby z łaźni. Ale przecież ręce chwytały nowe brzemię, mięśnie
napinały się. Nie dać się, za wszelką cenę nie dać się zepchnąć w to
kłębowisko okrwawionych, rozkładających się ciał. Może dziś jeszcze,
jutro, pojutrze, za tydzień przypadek odsłoni jakąś ścieżkę ocalenia.
Tymczasem stos rósł, piętrząc się ku górze. Czasem w krótkiej chwili
odpoczynku wzrok mój ześlizgiwał się po pracujących. Widziałem opaloną
sylwetkę kapo, jego zacięte rysy i muskularne ręce w gorączkowym
wysiłku; [...] Człowiek o śmiesznym ryjku wydawał się prawie obojętny;
pracował wytrwale, kurząc łapczywie papierosy. Miękkie, kobiece ciało
nauczyciela ociekało całe potem, ale twarz nie reagowała, była tępa,
bezmyślna prawie, z dolną szczęką wysuniętą do przodu. Jego drobne ręce
już nie wahały się -?chwytały zwłoki, gdzie popadło.
* Kapo -?więzień będący nadzorcą komanda.
Źródło cytatu: T. Klimaszewski, "Verbrennungskommando Warschau",
Czytelnik, Warszawa 1984, s. 42-?43.
-?Naturalnie! Co się stało z "Inżynierem"?
-?Zabiliśmy go. Wystarczyła krótka chwila, by niemiecki ołów znalazł się
w jego ciele.
-?To bardzo ciekawe, bo według mojej wiedzy żaden z członków "VW"
nigdy nie doniósł, by jakiś Polak gdzieś się ukrywał. Po prostu mieli
tyle honoru, by nie kapować własnych rodaków. Zatem w tej opowieści
historia o donoszącym "Inżynierze" nie trzyma się kupy...
-?Jak zwał, tak zwał. Jedno jest pewne. "Inżynier" z powodu nerwicy
został rozstrzelany. Koniec, kropka! Musi pan wiedzieć coś jeszcze.
Takich komand było kilka. Tak było na przykład w przypadku komanda z ulicy Litewskiej. Tam również Polacy zajmowali się paleniem ciał.
Najpierw robili to na świeżym powietrzu, podobnie układając ciała na
stosie, na nich bele drewna i wszystko co drewniane. Z opuszczonych
domów przynosiliśmy meble, biurka, wszystko, co nadawało się do palenia.
I układaliśmy to na stosie ciał. Dalej kładliśmy znowu ciała i drewnianą
warstwę. W końcu oblewaliśmy to benzyną i podpalaliśmy. W przypadku
ulicy Litewskiej później udało się stworzyć krematoria. Co prawda były
one dość prymitywne, ale spełniały swoje zadanie, a to najważniejsze.
-?Rozumiem, że Polacy z tych komand również zostali zlikwidowani?
-?Naturalnie. Przy czym na ulicy Litewskiej była dość częsta rotacja.
Polaków, którzy palili ciała, zmienialiśmy co siedem, czasem osiem dni.
-?Co to znaczy "zmienialiśmy"?
-?Świadkowie nie byli nam potrzebni. Dlatego rozstrzeliwaliśmy ich.
Miałem na to zgodę Hitlera. Koniec, kropka!
-?Co się stało z członkami "VW" po Rzezi Woli?
-?Mówiłem panu! Zlikwidowaliśmy ich, aby nie było świadków naszych
czynów.
-?To ciekawe. Według mojej wiedzy tych, którzy przeżyli, dalej
ciągaliście do "sprzątania" po kolejnych mordach w Warszawie. Tym
sposobem członkowie tego okropnego komanda musieli palić ofiary
zamordowane na Starym Mieście, w okolicach ruin Opery Narodowej, Ogrodu
Saskiego czy zabitych w pobliżu Hali Mirowskiej.
DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA Z RZEZI WOLI
Metoda była nadzwyczaj prosta. Zaszokowani i przerażeni mieszkańcy byli
wypędzani ze swych domów i wyprowadzani pod bronią do hali fabrycznej
lub na podwórze, gdzie ich otaczano ze wszystkich stron, bez możliwości
ucieczki. Kiedy Niemcy byli gotowi, dzielili cywilów na grupy
pięćdziesięcioosobowe i prowadzili na miejsce egzekucji. Tam ich
rozstrzeliwano. Hans Thieme pamiętał, że niektórzy żołnierze byli
podekscytowani tymi morderstwami, szukali okazji, by dotrzeć do miejsc
straceń i wziąć udział w rozstrzeliwaniu. Robili także pamiątkowe
zdjęcia do albumów.
[...]
Jednym z najstraszniejszych aspektów tych egzekucji było to, że ofiary
musiały stać obok, a czasem nawet stąpać po zwłokach osób zamordowanych
przed nimi. Gdy ludzie zbliżali się do stosów trupów, zdawali sobie
sprawę, co ich czeka, i wpadali w panikę. Rodzice błagali esesmanów, by
pozwolili ich dzieciom odejść, inni próbowali się obejmować na
pożegnanie, ale na ogół lufa karabinu ich rozdzielała. Gdy Ryszard
Piekarek dotarł do wiaduktu, osłabł na widok tego, co zobaczył, a jednocześnie zrozumiał, że nie może nic zrobić. "Zobaczyłem trzystu lub
czterystu pomordowanych cywilów, leżących na stercie o wysokości ponad
jednego metra, a obok gęstą warstwę zakrzepłej krwi". Tylko on przeżył z grupy kolejnych 50 rozstrzeliwanych osób.
Źródło: A. Richie, "Warszawa 1944. Tragiczne powstanie", Wydawnictwo
W.A.B., Warszawa 2013, s. 140-143.
-?Tak było. Ma pan rację. A skoro pan to wie, to po cholerę się o to
dopytuje?
-?Chciałem zapytać u źródła. A przy okazji sprawdzić, czy pan
kłamie.
-?No to się panu udało.
-?Zaraz, zaraz. To co właściwie wami kierowało, skoro paliliście ciała
z dokumentami? Mówiąc wprost... Zacieraliście ślady, czyli chcieliście
ukryć swoją działalność...
-?Może tak, może nie. Przyszedł taki rozkaz, to go wykonywaliśmy. Więcej
w tej kwestii nie mam do powiedzenia.
Pomnik Ofiar Rzezi Woli u zbiegu ul. Leszno i al. Solidarności
-?A tak po ludzku zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego doszło do Rzezi
Woli?
-?Nie zastanawiałem się "po ludzku", jak pan to określił. To było
oczywiste. Przywódcy Rzeszy od dawna wpajali nam, że Polacy są
najbardziej problematycznym narodem pośród tych na obszarach
okupowanych. Poza tym, jesteście..., byliście niższej rasy, dlatego was
tak traktowaliśmy.
-?Niepojęte... Mówić takie rzeczy! Pan po latach nadal czuje się
nadczłowiekiem?
-?No oczywiście, że tak.
Erich von dem Bach (w środku) był pupilem Reichsführera SS Heinricha
Himmlera (po prawej)
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki