Po prostu jestem Lenin
#skąd przydomek "Lenin"?, #zabawki rozbierane na czynniki pierwsze, #w kogo Lenin był wpatrzony jak w obrazek?, #w co uwielbiał grać?
Nim przejdziemy do rozmowy, musicie, Drodzy
Czytelnicy, mieć świadomość, że ta konwersacja odbyła się kilka lat
przed śmiercią Włodzimierza Lenina. To były czasy sprzed jego problemów
zdrowotnych. Nie jeździł jeszcze na wózku inwalidzkim w Gorkach, a nawet
był w stanie pisać i płynnie mówić. Do tego, choć pobolewała go głowa, a żołądek dawał o sobie znać, mimo wszystko był to dość wysportowany
mężczyzna. Zresztą... jeśli macie wątpliwości, sami posłuchajcie, co
stwierdził w trakcie rozmowy z Lwem Trockim, ludowym komisarzem spraw
wojskowych i morskich bolszewickiej Rosji...
Włodzimierz Iljicz Lenin jako przywódca boszewickiej Rosji
- Siadajcie, siadajcie... - mówił zdyszany Lenin, a Trocki poczuł zapach
świeżego potu. Nie zabrzmi to szczególnie odkrywczo, że ten odór
zawiewał od towarzysza Lenina. Jego twarz zlana była potem, mokre plamy
widoczne były także pod pachami. W tej sytuacji cisnęło się jedynie na
usta pytanie o powody tego spocenia. Czyżby przed spotkaniem z Trockim
Lenin zamknął się na dobre w sypialni ze swoją żoną Nadieżdą albo
kochanką Inessą? Plotek na temat Lenina i jego zabaw z kochanką w przestrzeni publicznej było przecież sporo. Jednak Trocki doskonale
zdawał sobie sprawę, że byłoby nietaktem o to zapytać. Jednak... Dość
szybko z pomocą przyszedł sam Lenin, który pospieszył z wytłumaczeniem.
- Wybaczcie, towarzyszu Trocki, że trochę, mówiąc wprost, śmierdzę.
Dopiero co ćwiczyłem i nie zdążyłem się umyć przed waszym przyjściem.
Wiecie dobrze, że zawsze, mając do wyboru przybycie na czas i spóźnienie, wybiorę punktualność.
- Potwierdzam!
- A śmierdzę?
Lenin dyskretnie pociągnął nosem. Dość szybko się skrzywił i począł
instynktownie, acz delikatnie wachlować dłonią, dając wyraźny sygnał, że
sam już sobie odpowiedział na to pytanie.
- No dobrze. To ten temat już mamy załatwiony. Wy ćwiczycie?
- Umiarkowanie.
- A powinniście. To błąd, który musicie jak najszybciej naprawić.
Wyobraźcie sobie, że ja ćwiczę od dawna. Dla każdego rewolucjonisty
zdrowy tryb życia i codzienne ćwiczenia to święty obowiązek. Jak wy
chcecie prowadzić rewolucyjną walkę, gdy nie będziecie mieć
wystarczająco sił i zdrowia? No, nie da się!
- Rozumiem, że właśnie zastałem was przy porannej gimnastyce.
- Jak co dzień. Zawsze po przebudzeniu poświęcam co najmniej kwadrans na
ćwiczenia. Przysiady, podskoki, rozciąganie. To pobudza mój umysł, bo
umysł wtedy jest giętki, kiedy i ciało ma odpowiednie możliwości.
- Tak? Tak? No to pokażcie!
Twarz Trockiego nabrała rumieńców. Ale Lenin udał, że tego nie widzi.
- No to jak, poćwiczycie?
- Skoro, towarzyszu Lenin, nalegacie...
- Sprawa jest bardzo prosta. Najpierw zróbcie chociaż dziesięć
przysiadów. Zaraz, zaraz! - Lenin wskazał na skórzaną teczkę
Trockiego.
- To odłóżcie na bok. Dobrze. Teraz jesteście gotowi. No, próbujemy!
Trocki nie był uradowany pomysłem przywódcy. Właściwie to jego poziom
entuzjazmu był równy zeru. Nie mógł jednak odmówić Leninowi. Poza tym...
Jeszcze nikomu nieco sportu nie zaszkodziło. Z anemicznym zapałem Trocki
przykucnął i zaczął robić przysiady. Lenin z kolei liczył: - Jeden,
dwa, trzy... Trocki, szybciej! Cztery, pięć... Trockiemu szło to naprawdę
słabo. - sześć, siedem!
- Towarzyszu Lenin, wybaczcie, ale - Trocki sapał, jakby dopiero co
zdobył kilkutysięcznik w górach - więcej nie dam rady.
- No co wy, Trocki. Nawet dziesięciu przysiadów nie zrobiliście, a na
waszym obliczu pojawiło się już tyle potu, że można by go wycierać
wielkimi płachtami ręczników. Chociaż jeszcze spróbujcie dotknąć palców
u nóg przy wyprostowanych nogach.
- Nie... Nie... Naprawdę wiele zniosę, tyko nie ćwiczenia.
- Trochę mnie Trocki rozczarowaliście. Przecież niedawno tak energicznie
tworzyliście Armię Czerwoną i wizytowaliście walczące oddziały. Kolejnym
razem znowu poćwiczymy. Wyjdzie wam to na zdrowie. Trzeba być silnym i zdrowym, to obowiązek wobec naszej partii bolszewickiej. Pamiętajcie o tym!
Trocki podrapał się po głowie. Lenin wspomniał mu ostatnio, że będą się
teraz widywać częściej. Niestety, ku jego zaskoczeniu bolszewicki
przywódca nie rozwinął swojej myśli.
Lenin rozmawia z Lwem Trockim (po lewej) i Lwem Kamieniewem (po prawej), 1919 rok
- O czym chcieliście ze mną pomówić, towarzyszu Lenin?
- Nie mam dzisiaj zbyt wiele czasu, dlatego przejdę do konkretów. Od
kilku lat próbowałem pisać swoją autobiografię. Wiecie dobrze, że nie
mówię publicznie o sprawach prywatnych. Chciałbym jednak, by po mej
śmierci ukazała się jakaś rozmowa ze mną, w której mógłbym nieco uchylić
rąbka tajemnicy. Wy będziecie mnie odpytywać i opracujecie z tego
solidny zapis. I zadbacie o to, by ów rękopis ujrzał światło dzienne
dopiero po mojej śmierci. Stalinowi tego nie powierzę. Ufam wam bardziej
niż jemu.
- Ale...
Trocki był mocno skonsternowany. Nie spodziewał się takiego obrotu
sprawy. Poza tym wiedział, że niepotrzebne są mu kolejne problemy. Jeśli
tylko "stary", czyli Lenin, nagada coś na Stalina, to ten po jego
śmierci odnajdzie te notatki szybciej, niż Trocki wykona poranną
toaletę. Z drugiej strony nie chciał się sprzeciwiać Leninowi. W tej
sytuacji Trockiemu pozostało jedynie przytaknąć i przystąpić do
rozmowy...
- Nie ma żadnego "ale"! Ten temat dyskusji mamy już za sobą. Zaczynamy!
- Yyy... No... No to... - Trocki czuł w głowie chwilową pustkę. Na szczęście
szybko wróciła mu jasność umysłu. - No to zacznijmy dzisiaj tak po
prostu, od początku. Towarzyszu Włodzimierzu Iljiczu, wasze prawdziwe
nazwisko to Uljanow. A dokładniej - Władimir Iljicz Uljanow. Dlaczego
zatem wszyscy mówią o was Lenin?
- W życiu miałem ponad sto pseudonimów. Korzystałem z nich, by ukrywać
się przed carską policją. "Lenin" był jednym z tych pseudonimów.
- No tak. Ale dlaczego akurat Lenin? Miałem kiedyś okazję pomówić z pańską żoną na ten temat. I wyobraźcie sobie, że nawet ona - podkreślam,
pańska żona - nie miała pojęcia, dlaczego jesteście Lenin!
- Jako Lenin funkcjonuję wśród rewolucjonistów od dawna. Od 1900, może
1901 roku, po prostu jestem Lenin.
- Towarzyszu, uciekacie od odpowiedzi.
- Słyszałeś pewnie opowieść o tym, jak to mnie zesłano na Syberię?
- No tak...
- No więc właśnie tam płynęła sobie rzeka Lena. I to od niej podobno
wziął się mój pseudonim.
- Przepraszam bardzo. Czegoś tu nie rozumiem. Jak to "podobno"?
Mówicie o sobie, używając słowa "podobno"?
- No tak. Miałem tych pseudonimów tyle, że naprawdę nie mam pojęcia,
skąd się wziął ten - Lenin. Powstała teoria o tej rzece, a ja ją chętnie
powtarzam. Wiecie dobrze, że natura nie znosi próżni. Dlatego też, nie
mając pomysłu na to, skąd się wziął mój pseudonim, pojawiła się ta
opowiastka.
- Teraz rozumiem, dlaczego wasza żona nie chciała mi nic powiedzieć na
temat tego pseudonimu. Po prostu sama nie wiedziała!
- Owszem. Drugim Kolumbem to wy, Trocki, nie będziecie. Przykro mi.
- Niepojęte. Mieliście setkę pseudonimów, akurat ten się do was
przykleił, a wy nie macie pojęcia, jak do tego doszło?
- Trocki, szczerze? Nie wiem!
- Ale trzeba powiedzieć jedno. W ogóle mieliście sporo fałszywych
tożsamości.
- Moimi fałszywymi paszportami można by zapełnić niejedną szafę. Miałem
kwity na niejakiego Willa Meyera, Jakoba Richtera, a nawet byłem
doktorem Jordanem Jourdanowem.
- No dobrze. Pora zapytać o coś innego. Gdzie i kiedy wódz się
urodził?
- Ależ odkrywcze te pytania! Musicie się bardziej postarać, Trocki!
Niemniej odpowiem. Na świat przyszedłem 10 kwietnia 1870 roku w Symbirsku4. Dla niezbyt obeznanych w geografii dodam, że to
miasto nad Wołgą, położone na południowy wschód od Moskwy.
- Czy to daleko od Moskwy?
- Zapytaliście tak, jakbyście, towarzyszu Trocki, naprawdę tego nie
wiedzieli! Oj, podziwiam wasz talent aktorski.
- Dziękuję... A wracając do pytania?
- Podobno to blisko tysiąc kilometrów, a ile w tym prawdy, to nie mam
pojęcia. Osobiście nigdy tego nie weryfikowałem. Z opowieści rodzeństwa
wiem za to, że jako dzieciak umiarkowanie radziłem sobie z życiem.
Podobno ogromną trudność sprawiało mi przewracanie na bok. Do tego byłem
strasznie płaczliwy. Na każde zachowanie, które nie przypadło mi do
gustu, reagowałem solidnym płaczem. Byłem też strasznie czuły. A jak by
tego było mało, miałem podobno głowę większą niż całe ciało. Do tego
stopnia, że waliłem nią o ściany i podłogi. Matka miała nawet wysnuwać
przypuszczenia, że skoro tak się dzieje, to zapewne jestem solidnie
opóźniony w rozwoju.
- Skąd takie katastroficzne przypuszczenia?
- Moja głowa była tak wielka, że często upadałam, uderzając nią o podłogę. To tylko rozpalało te koszmarne teorie, że jestem opóźniony w rozwoju. Położna przyjmująca poród, widząc mój wielki łeb, miała
stwierdzić, że albo będę strasznie mądry, albo strasznie durny. Wcale
się nie dziwię temu stwierdzeniu. Zresztą miała rację.
Rodzina Uljanowów w 1879 roku. Stoją od lewej: Olga, Aleksander i Anna. Siedzą od lewej: matka Maria Aleksandrowna z córką Marią, Dymitr, ojciec Ilia i Włodzimierz
- Niezbyt rozumiem... Co macie na myśli?
- Otóż będąc młodzieńcem, stałem się w rodzinie kimś na wzór
encyklopedii. Ludzie mnie wychwalali, przekonując, że jestem
najmądrzejszy. W szkole szło mi naprawdę świetnie, łatwo zapamiętywałem
daty, doskonale wychodziły mi analiza i łączenie faktów. Kiepsko mi szło
jedynie z logiki, choć to akurat był wyjątek. Z perspektywy rodzica
zakochanego we własnym dziecku zapowiadałem się na geniusza. Wiem, że to
brzmi nieskromnie, co nie pasuje do mojego charakteru. Wiecie przecież
dobrze, że nawet teraz nie lubię uroczystości z wielką pompą na moją
cześć. Jednak chciałem to wyartykułować. W końcu trudno się kłócić z prawdą, szczególnie gdy ta łechce nasze ego.
- Czy byliście grzecznym dzieckiem?
- Towarzyszu Trocki... Czuję, że do czegoś pijecie, choć jeszcze nie
jestem w stanie określić, do czego konkretnie zmierzacie. Mówcie!
- Ktoś mi kiedyś opowiadał - tutaj wyraźnie zaznaczam, że nie
pamiętam, kto - iż byliście w dzieciństwie znani z tego, że gdy tylko
wręczano wam zabawkę, to lecieliście z nią do swojego ulubionego kącika
i rozbieraliście na części pierwsze. Ot, do najmniejszej śrubki.
- Myślę, że to żadna sensacja. Prawie każde dziecko, niesione
ciekawością, rozkręca i rozkłada wszystko, co się da. Nie byłem
wyjątkiem w tej kwestii.
- Rodziców takie rozbieranie zabawek doprowadzało do szału?
- Początkowo pewnie ich to denerwowało. Później jednak nic sobie z tego
nie robili. Przypuszczam, że nawet ich nieco cieszyło, że mają chwilę
spokoju. W końcu scenariusz był przewidywalny. Dostawałem zabawkę,
zaszywałem się gdzieś w kącie, koniecznie w ustronnym miejscu, gdzie
nikt mi nie przeszkadzał. I tam z pełnym skupieniem rozbierałem ją.
Można powiedzieć, że wtedy mnie "nie było". Koncentracja na tej zabawce
była tak duża, że obok mogłyby spadać bomby albo strzelać armaty, a ja
dalej robiłbym swoje. Rodzice często próbowali mi te zabawki składać do
kupy, jednak nie zawsze się to udawało. Raz tak mocno szarpałem
drewnianego konia za nogi, że je wyrwałem i nie dało się już ich
ponownie włożyć.
- Co na to rodzice?
- Nie pamiętam. Mam za to w pamięci inne wydarzenie. Pojechaliśmy do
ciotki. Tam bawiłem się przednio. Jednak przy okazji doszło do
kłopotliwej - że tak powiem - usterki. Mianowicie wyobraźcie sobie
towarzyszu, że w ciocinym salonie zbiłem wazon. Na szczęście nikt się
nie zorientował. Gdy dorośli zapytali mnie o to, co się stało,
powiedziałem, że nie mam pojęcia. - Ten wazon pewnie zbił się sam -
przekonywałem.
- Dostaliście za to karę?
- Otóż nie. Sprawa z wazonem rozeszła się po kościach. I pewnie tak by
zostało, gdyby nie incydent, który wydarzył się kilka tygodni później.
Nocując w swoim domu, w środku nocy, nagle wpadłem w szał i strasznie
się rozpłakałem. Po prostu usiadłem na środku łóżka i ryczałem
wniebogłosy. Matka próbowała mnie uspokoić dobre kilkadziesiąt minut. Ja
jednak ciągle płakałem, nie będąc przy tym w stanie wytłumaczyć, co
spowodowało ten lament. W końcu to się udało. Wtulony w ramiona matki
wyznałem jej prawdę o wazonie. Powiedziałem, że tamtego dnia to ja go
zbiłem. Znalazłem u rodzicielki pełne zrozumienie. Nie przypominam
sobie, bym dostał wtedy jakąś karę. Widocznie matka uznała, że moje
wyrzuty sumienia były już wystarczającą reprymendą.
- Chcecie powiedzieć, że rodzice tolerowali kłamstwa?
- W zupełności nie. Ten płacz wynikał z tego, że ja nigdy nie kłamałem.
Po prostu gdy coś nabroiłem, to przyznawałem się do wszystkiego, zgodnie
z prawdą. Ten wazon był wyjątkiem. Jak widać, tak bardzo mi ciążyła ta
wpadka, że w końcu mi się ulało i musiałem to z siebie wyrzucić.
- Co lubiliście czynić w wolnym czasie poza rozbijaniem wazonów i rozbieraniem zabawek na czynniki pierwsze?
- Od samej młodości nad życie kochałem książki.
- Jaka była, towarzyszu Włodzimierzu Iljiczu, wasza ulubiona książka w tamtych czasach?
- Chata wuja Toma autorstwa Harriet Beecher Stowe. To była książka,
którą przez wiele lat nosiłem przy sobie. I chyba nie tylko ja, to była
bowiem najlepiej sprzedająca się książka na świecie. Wyprzedzała ją
tylko Biblia. Do dzisiaj świetnie pamiętam, o czym była Chata wuja
Toma. To dość brutalna lektura, szczególnie jak dla nastolatka. Sporo
tam było bezwzględności i przemocy. Autorka w drastyczny sposób chciała
pokazać problem czarnoskórych niewolników egzystujących w południowych
stanach Ameryki. W ogóle ta książka była ważna nie tylko dla mnie, ale i mocno wpłynęła na problem niewolnictwa na świecie. Śmiało można
stwierdzić, że była jednym z fundamentalnych kroków, który przyczynił
się do zniesienia tej niesprawiedliwości.
- Wspomnieliście wcześniej o swoim rodzeństwie. Do którego z braci czy
której z sióstr było wam najbliżej?
- Trudno powiedzieć. Myślę, że najsilniejsza więź i jednocześnie
sympatia łączyła mnie z bratem Aleksandrem. On zresztą doskonale sobie z tego zdawał sprawę. Był dla mnie swego rodzaju autorytetem. W moich
oczach był kimś, kogo wręcz chciałem naśladować. I nie chodzi tutaj o czasy, w których było już wiadomo, że zaplątał się w działalność
polityczną i funkcjonuje w podziemiu. Mnie chodzi o czasy, gdy obaj
byliśmy dzieciakami - jak mawiali złośliwi, gówniarzerią za
przeproszeniem.
- Ten podziw jakoś się przekładał na wasze zachowanie?
- Ależ naturalnie. Momentami byłem wpatrzony w brata jak w obrazek. Nic
dziwnego. W rodzinnym domu mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach. Do tego
wiele czasu spędzaliśmy na wspólnych zabawach. Mieszkaliśmy w pięknej
okolicy, mieliśmy gdzie się wyhasać. Wokół było sporo sadów owocowych,
mnóstwo zwierzyny. A ptaki nocą śpiewały tak głośno, że nie sposób było
zasnąć. I właśnie w takich okolicznościach przyrody przyszło mi
dorastać.
- Wróćmy, proszę, do brata.
- Tu nie ma co się za wiele rozwodzić. Prawda jest taka, że chodziłem za
nim niemal krok w krok. Dzisiaj bardzo mi go brakuje. Gdy przypomnę
sobie nasze wspólne chwile spędzone na zabawie, łza się w oku kręci.
Niestety, carski terror sprawił, że Aleksandra nie ma już pośród żywych.
Trudno mi to zaakceptować do teraz. Proszę sobie wyobrazić, że byłem jak
to małe kaczątko, które krok w krok chodzi za matką i naśladuje ją na
każdym kroku. Gdy pytano mnie, co chcę na śniadanie, odpowiadałem, że to
samo co Aleksander. Gdy pytano mnie, w co chcę się bawić, odpowiadałem
dokładnie tak samo jak mój brat. Zresztą on to dość szybko zauważył i gdy tylko pytano mnie, co chcemy robić, milczał i czekał, bo wiedział,
że w końcu powiem, że chcę robić to co on. Musiało go to strasznie bawić
i łechtać jego ego.
- To nic sensacyjnego. Chyba każdy, kto miał starsze rodzeństwo, był
we mnie wpatrzony.
- Trudno się z wami nie zgodzić. Wracając jednak do rodzeństwa, poza
Aleksandrem była siostra Olga. Ona też była osobą, z którą spędzałem
sporo czasu. Przy czym jej nie traktowałem już jako autorytetu czy
kogoś, z kim chciałoby się spędzać każdą wolną chwilę. Taką postacią był
jedynie mój brat. Dla mnie stanowił chodzący ideał, był kimś na wzór
bohatera.
- Pamiętam, że opowiadaliście mi kiedyś, jak to wybraliście się nad
rzekę na piknik. Później pływaliście łódką, a wy, towarzyszu, czuliście
się bezpieczni, bo obok was czuwał brat Aleksander.
- Dlatego tym trudniej wymazać go z pamięci. Zresztą są to na tyle
silne, a zarazem sentymentalne wspomnienia, że nawet nie mam zamiaru ich
wymazywać. Do teraz czuję wyraźny smak jagód, które razem zbieraliśmy
niedaleko domu. A jaka była dobra zupa grzybowa! Oj, smakowała zupełnie
inaczej, gdy miałem świadomość, że te grzyby nazbierałem z moim bratem.
- Poza strzelaniem z łuku lubiliście podobno spędzać czas przy dwóch
grach - w szachy i w wojnę z wykorzystaniem żołnierzyków.
- Od zawsze uwielbiam rozgrywać szachowe partie. Już w dzieciństwie
grywałem i szło mi naprawdę nieźle. Gdy tylko miałem czas, wyzywałem na
pojedynek kolegów ze szkolnej ławki. Byłem na nich skupiony tak bardzo,
że potrafiłem jednocześnie rozgrywać pojedynki z kilkoma kolegami,
ogrywając ich wszystkich. Robiłem to wtedy nagminnie. Od rewolucji,
grywam w nie coraz rzadziej. Zresztą życie to jedna wielka partia
szachów, a już prowadzenie polityki to nic innego jak ciągłe przesuwanie
się po szachownicy.
- Kto zaszczepił w was miłość do szachów?
- Ojciec, do którego swoją drogą byłem bardzo podobny. Dla niego szachy
były drugą miłością, zaraz po rodzinie. Zresztą łączył jedną miłość z drugą. Często nas zachęcał do rozgrywania partyjek. A my chętnie to
robiliśmy - wiedzieliśmy dobrze, że był jednym z najlepszych graczy w mieście i w ogóle w okolicy. Pamiętam, że kiedyś nawet wyrzeźbił nam z drewna figury do gry w szachy. To był wyjątkowy prezent z jego strony.
- Udało się wam wygrać kiedyś z ojcem?
- Początkowo nie miałem na to szans. Byłem za młody. Do tego, jak
wspomniałem, ojciec był w tę grę naprawdę dobry. Później jednak zacząłem
go ogrywać regularnie, podobnie zresztą jak rodzeństwo. I tak mi już
zostało. Tyle tylko, że dzisiaj ogrywam nie ojca, ale swych wrogów, a szachownicę zastąpiły polityczne realia.
- Tak, tak... Już przed chwilą porównywaliście szachy do polityki...
- Wiem, towarzyszu Trocki! Moje zwoje mózgowe nie mają się jeszcze tak
źle, by o tym nie pamiętać! Ale... Dziękuję, że słuchacie mnie z uwagą!
Może papierosa?
- Słucham!? Przecież wy, towarzyszu Lenin, nie palicie!
- Wiem. I do tego nie pijam mocnych alkoholi. Muszę się do czegoś
przyznać. Od dłuższego czasu źle sypiam. Śnią mi się koszmary. W niektórych z nich banalny problem przeradza się w sprawę życia i śmierci. Nawet śnią mi się szachy. Gram, mając naprzeciw siebie ojca
albo kogoś z czasów szkolnych i budzę się z krzykiem, przerażony, że
właśnie popełniłem błąd, przesuwając nie tę figurę, co powinienem.
- A co z tymi papierosami? To wy palicie, towarzyszu, czy jednak
nie?
- Niemalże od zawsze nie cierpiałem tytoniu. Nawet gdy ktoś w pobliżu
próbował palić papierosy, goniłem go, krzycząc: "Paszoł won"! Po prostu
nie lubiłem papierosów. A już najbardziej to machorki5!
- To dlaczego teraz chcecie palić tytoń?
Gdy Trocki zadawał pytanie, Lenin właśnie podał mu papierosa. Obaj
zaczęli się głęboko zaciągać. Po twarzy Lenina widać było, jak uchodził
z niego stres. Papieros sprawił, że ten stary bolszewik się zrelaksował,
a jego humor wyraźnie się poprawił. Kto by pomyślał, że Lenin właśnie w tej chwili sięgnie po tytoń i zacznie być nieco bardziej swobodny niż
zazwyczaj.
- Macie rację, Lwie Dawidowiczu. Dawno nie paliłem. Ostatnio uczyniłem
to bodaj w młodości. Później rzuciłem tytoń. Po prostu mi nie pasowało.
I tak już zostało. Wiecie jednak, że od dłuższego czasu rujnuje mnie
stres. Dzisiaj jednak, wracając do mych młodzieńczych lat, dopadł mnie
sentymentalny nastrój. Zresztą w przypadku papierosów to przypomniała mi
się historia na ten temat. Właściwie to opowieść, a wręcz może bajka.
Sami przeczytajcie.
Lenin wyciąga jakąś książeczkę. Wertuje ją dość żwawo, w końcu otwiera
na rozdziale "O tym, jak Lenin przestał palić" i wręcza swojemu
rozmówcy.
- Macie, czytajcie, byle nie na głos! A ja tymczasem posiedzę sobie,
delektując się tytoniem i ciszą.
Lenin zaczął palić papierosy, kiedy miał siedemnaście lat. Był już
wtedy studentem. I nie było w tym nic dziwnego, że zaczął palić. Kiedy
pali papierosa dwunastoletni chłopiec - to jest okropne. Ale mnóstwo
studentów pali. Niech sobie palą - to już są ludzie dorośli. Do Lenina
stale przychodzili koledzy - studenci. Prawie wszyscy palili. Bywało
tak, że zamykali się w jego pokoju, gadali, dyskutowali i kopcili przy
tym jak parowozy. Oczywiście Lenin też zaczął przyzwyczajać się do
palenia. A wiadomo, że palenie jest szkodliwe dla zdrowia. Palacze
kaszlą, tracą apetyt, chudną i chorują. Lecz skoro już ktoś zaczął palić
- to trudno jest przestać. Matka Lenina, Maria Aleksandrowna, była córką
lekarza. Wiedziała o tym, że palenie jest bardzo szkodliwe. Martwiła się
ogromnie, że jej ukochany syn przyzwyczaił się do palenia papierosów.
Nieraz prosiła go, żeby przestał palić. Lecz Włodzimierz Iljicz
uśmiechał się tylko i mówił:
- To nic strasznego! Jestem zdrowy. Mnie papierosy nie zaszkodzą.
Ale Maria Aleksandrowna, która bardzo kochała swego syna, postanowiła
coś zrobić, by przestał palić. Długo nie wiedziała, jak ma postąpić.
Pewnego razu powiedziała umyślnie tak:
- Utrzymujemy się z emerytury, którą przyznano mi po śmierci twego
ojca, Ilji Nikołajewicza. Emerytura jest bardzo skromna. Każdy zbędny
wydatek odbija się na naszym gospodarstwie. A choć twoje papierosy nie
kosztują dużo, to lepiej byłoby dla nas wszystkich, gdybyś przestał
palić.
Maria Aleksandrowna powiedziała tak rozmyślnie. Papierosy były bardzo
tanie. Ten wydatek nie odbijał się na gospodarstwie domowym. Ale matka
pragnęła bardzo, żeby jej syn nie palił i dlatego tak powiedziała.
Włodzimierz Iljicz, wysłuchawszy matki, odparł:
- Przebacz mi, mamo! Nie pomyślałem o tym. Zgoda, od dnia dzisiejszego
przestaję palić.
Mówiąc to, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i położył na stole. I więcej już nie dotknął papierosa. Ludzie, którzy stale palą, wiedzą, ile
trzeba mieć silnej woli, by tak od razu wyrzec się tego nawyku.
Niektórzy palacze o słabej woli zwracają się nawet do lekarza, prosząc,
by im pomógł odzwyczaić się od palenia. Ale Lenin miał potężną wolę.
Postanowił, iż bez pomocy lekarza przestanie palić. I rzeczywiście
przestał. Nigdy już więcej nie palił. To był mocny człowiek o żelaznej
woli. Wszyscy ludzie powinni być tacy jak on6.
- Niezła bajeczka!
- Ale skuteczna. Ludzie to łykali...
Lenin puścił bucha w powietrze...
- Wychowaliście się, towarzyszu, w głęboko religijnej rodzinie?
- Szczególnie ojciec o to dbał. Dla niego religia i wychowanie w duchu
prawosławnym były czymś nader istotnym. Nie chcę się teraz nad tym
rozwodzić, o ojcu jeszcze pewnie będziemy później mówić. Wolałbym tutaj
przypomnieć, co sam kiedyś stwierdziłem na temat religii. Mianowicie dla
mnie jest ona rodzajem duchowego alkoholu, w którym wyznawcy tracą
rozum, topią swoje pragnienie lepszego życia i w ogóle człowieczeństwo.
- To bardzo mocne słowa jak na osobę, która wywodzi się z głęboko
wierzącej rodziny.
- Moje korzenie nie zabetonowały mojego poglądu na religię. Mówiłem już
głośno i wyraźnie, że komunizm został stworzony po to, by wypowiedzieć
religii wojnę. Komuniści powinni być wrogami religii. A cały ten gorliwy
fanatyzm religijny, rytuały, ceremonie i fundamenty religijne - to
wszystko jest przeciwko komunizmowi.
- A czy to nie jest tak, że komunizm traktuje religię jak wroga z racji, że jest dla niego konkurentem? Czy nie jest tak, że obie doktryny
biorą udział w tym samym wyścigu, w którym toczy się rywalizacja o rząd
dusz?
- Wiecie dobrze, towarzyszu Trocki, że to temat na dłuższą dyskusję.
Religia stanowi opium dla ludu. Coś, co sprawia, że jesteśmy w stanie
poświęcić swoje marzenia o lepszym życiu właśnie na rzecz rzekomej
wyższej istoty i jej kapłanów, którzy kierują ludzkim życiem. Na
szczęście jest wyjście z tej sytuacji. Religijny niewolnik, który
zrozumie i sobie uświadomi, kim naprawdę się stał, jeśli stanie do walki
i będzie chciał się wyzwolić spod jarzma religii, będzie już tylko w połowie niewolnikiem.
- Pierwszą z waszych decyzji po dojściu do władzy był dekret rządu
oddzielający Cerkiew prawosławną i inne Kościoły od państwa...
- Tak jak mówię, religia jest tematem na dłuższą dyskusję. Uważam, że
skoro dzisiaj zaczęliśmy omawiać moje dzieciństwo, to na tym powinniśmy
się skupić. Obiecuję, że do moich poglądów na temat religii jeszcze
wrócimy. W niedługim czasie. Zapewne prędzej niż później...
- Jak to mawia mój dobry sąsiad, "mówisz i masz", towarzyszu!
- A! Poczekajcie! Kończąc wątek religii w moim dzieciństwie, musicie
wiedzieć, że sześć dni po narodzinach zostałem ochrzczony.
- Rozumiem. A zmieniając temat... Słyszałem, choć od razu zaznaczę, że
nie było okazji, by to zweryfikować, że w latach dziecięcych czy może
młodzieńczych, mieszkaliście na odludziu. Ile jest w tym prawdy?
- Sporo. To był raj na ziemi.
- A jak wyglądał wasz dom rodzinny? Była to skromna budowla czy raczej
okazały budynek godny ludzi zamożnych?
- Raczej to pierwsze, choć bez wątpienia źle nie miałem. Zgrzeszyłbym,
gdyby przyszło mi do głowy narzekać na warunki, w których się
wychowałem. Sięgam pamięcią do dawnych lat i widzę przepiękny, złożony z dwóch skrzydeł dom. Otaczało go mnóstwo drzew rodzących śliwy, grusze i jabłonie. Do tego był długi taras, prowadzący wprost do ogrodu. Wokół
domu siedlisko traw, starannie przycinanych przez mego ojca, ale również
przeze mnie i moje rodzeństwo. W rodzinnym domu było coś jeszcze, co
czyniło go wyjątkowym. To dość sporych rozmiarów pomieszczenie, które
pełniło funkcję rodzinnej biblioteki. Można tam było znaleźć niemalże
wszystko. Od najnowszych powieści po klasykę rosyjskiej literatury.
- Zazdroszczę...
Dom w Symbirsku (dziś Uljanowsku), w którym w 1870 roku urodził się Włodzimierz Lenin (Uljanow)
- Nie dziwię się. To był ogromny przywilej, mieć na wyciągnięcie ręki
tak wiele świetnej literatury... Szczerze? Uważam, że nie sposób znaleźć
lepszego sposobu na zachętę potomstwa do czytania. I my to zresztą
czyniliśmy! Cała nasza rodzina była czytająca. A mnie miłość do książek
pozostała do dzisiaj! Chociaż ostatnio sam nie wiem, czy więcej czytam,
czy piszę...
Włodzimierz Lenin jako czterolatek z młodszą siostrą Olgą, 1874 rok