Spowiedź Przegrywa - Maciek Cybulski

-
Proszę czekać

P. SIEDZI W PUBIE. Jest szczęśliwy. Wypił już cztery piwa, to jego norma spełnienia. Teraz tylko podtrzymywać ten błogi stan. Jest luźno, jest spokojnie i błogo. Nie bywa tak często, chyba że po solidnym treningu, których P. - mimo że nie najmłodszy - sobie nie żałuje. Siedzi pod oknem i wygląda na ulicę, gdzie właśnie usiadły dwie atrakcyjne brunetki, jedna z niech założyła nogę na nogę. Dyskutują uważnie, patrząc sobie w oczy. P. zawsze fascynowała uważność kobiet i nie chciał - szczególnie teraz, w chwili szczęśliwej - pamiętać o jej drugiej stronie: obsesji kontroli. Bał się jej podskórnie, nie chciał być świadomy tej ciemnej strony - i nie był, miał to tam, gdzie wiele innych problemów w tej chwili.

Myślał sobie, że kac go nie sponiewiera, bo przecież ma leki, weźmie więc podwójną dawkę i będzie z głowy. Jestem wolnym człowiekiem. Myśli. I ciągle myśli o matce, która wzbudzała w nim poczucie winy, małości i podległości.

Rano, zanim wyjechał na małą wycieczkę do Warszawy, zamówił telefonicznie swoje antydepresanty - z naciskiem na silne uspokajacze. Wracając, wejdzie do apteki, już ma numer recepty. Ale teraz kolejny browar. P. jest raczej nieśmiały, choć wiele i wielu chwali jego umiejętność nawiązywania relacji z ludźmi. Może i mają rację, choć P. wykorzystywał ją przede wszystkim w swojej pracy zawodowej. Kiedyś był reasercherem i musiał nawiązywać kontakty z prezesami i pracownikami firm, potem zaś prowadził wykłady i był popularny wśród studentów. Teraz, po piątym już browarze, podchodzi do znajomego barmana, żeby pogadać. Barman uśmiecha się i opowiada mu o swoim synu, by uzyskać informacje na temat spraw związanych z jego pracą dyplomową.

Rozmawiają. P. wyjaśnia zawiłości, cieszy się, że może pomóc, i zamawia ostatnie już piwo. Czuje się już cokolwiek nawalony, więc wie, że z tego wyjazdu więcej nie wyciśnie. Teraz tylko do pobliskiej apteki po prochy. Podaje kod i prosi, żeby alprę dać mu w mniejszej dawce, ale dwa opakowania. Pani patrzy na niego, a oczy ma wielkie. "Nie ma tu Xanaxu" - mówi. Dla skacowanego już bardziej niż spitego P. brzmi to jak wyrok. Wyrok Kafki. P. czuje się bezsilny jak kafkowski K. Co ja zrobię jutro? Co to będzie? Znikąd pomocy!

Piękne, sielankowe późne popołudnie ciemnieje nagle jak przysypane popiołem. Naokoło szara, beznadziejna przestrzeń do przedarcia się do pociągu. Co ja teraz zrobię? Trzeba zadzwonić i jakoś to odkręcić, niech przepiszą choćby ostatni raz. Inaczej ten cholerny dół, to prywatne piekło nie będzie miało końca. Kurwa, co ja gadam, może się uda jakoś załatwić...

Godzinna podróż trwała niczym cholerną koleją transsyberyjską - bez końca, bez końca, bez końca... Wrócił zgarbiony do domu. Stres był jak odwrócona pierwsza miłość: gwałtowny i do końca, czuł go aż do jelit. Żołądek P. ma mocny, więc nie rzyga, dostaje tylko sraczki, a i to niezbyt silnej. Tylko to cholerne poczucie lęku, przytłoczenia i samotności. Wyć się chce. P. na myśl o jedzeniu poczuł mdłości, ale okej, znów stawi czoła temu, co przecież "normalne". Przychodzą złe myśli, na przykład o tym, że już jest emerytem i nie będzie spotykał się ze swoimi studentami. Wypchnięto go z uczelni, mimo że chciał zostać i był ceniony jako wykładowca. P. ma przecież niewątpliwe talenty, takie jak nawiązywanie relacji z ludźmi. Cieszyło go to i czuł się potrzebny, ale w jego przypadku nie mogło się udać to, co zamierzał. Prawie nigdy się nie udawało, tylko dlaczego?

Zasypia mimo wszystko, budzi się bardzo wcześnie z nerwową, paniczną trzęsiawką. Przewraca się spocony w swoim wyrku, zanim zdobędzie się na to, by zacząć dzień. Bierze dwudniową dawkę pregabaliny i zaczyna być mu trochę lepiej. Podnosi się z wyrka i robi pompki do maksimum swoich możliwości - jedna seria, spotkanie z podłogą, potem druga, trzecia i czwarta. Wstaje, przytrzymując się łóżka, dalej zimny prysznic i wykorzystanie swoich interpersonalnych talentów w sprawie, którą reguluje mu już instynkt samozachowawczy: niech przepiszą jakiś alprazolam, chociaż połówki.

- Dzień dobry, pani Aleksandro, dzwonię w sprawie tego Xanaxu, cholernie źle się czuję.

- Nie może pan umówić się na wizytę do psychiatry? Mówiłam panu. Pani doktor powiedziała, że nie przepisze.

- Jasne, mogę, i to zrobię, tylko chcę to zrobić na spokojnie, bo właśnie zaczynają się objawy odstawienia. Czuję się strasznie, naprawdę, proszę więc o jedno opakowanie. Deklaruję, że znam negatywne skutki przyjmowania tych prochów, ale godzę się na nie, zapewniam, że mam to niżej krzyża - wyraził się eufemistycznie P. - Chcę je przyjmować, taka jest moja decyzja, pani Aleksandro.

- Porozmawiam z panią doktor i odezwę się.

Była dziewiąta, przychodnia czynna do osiemnastej, więc jeszcze tylko dziewięć godzin. Jak można to przetrwać? Ile jeszcze? Ile? Już dwie godziny za mną. Już dwie...

Pika telefon. Jest recepta! Chwała! Co za ulga! Będzie spokój. P. uwielbia podróże do sąsiedniego miasteczka do apteki. Wtedy czuje się wolny, ma do załatwienia swoją, naprawdę swoją, sprawę. Teraz celebruje swoją ulgę, idąc na poczwórne espresso. Rozwala się na zewnątrz kawiarenki na leżaku i czeka na kawę, obserwując mamę bawiącą się z dzieckiem. Oboje śmieją się radośnie do siebie. Młodość to czas nadziei - myśli P. - więcej nawet: miłości, zakochania się w życiu, stanu, w którym wydaje się, że wszystko jeszcze jest możliwe. Wszystko jeszcze przede mną. Za tą nadzieją i wizją urokliwej przyszłości P. cholernie tęsknił, nie za zdarzeniami, faktami czy osiągnięciami z tej swojej przeszłości.

W domu czuł się jak sublokator - w domu rodziców, a przede wszystkim swojej mamy, która zdominowała praktycznie całą rodzinę, z ojcem P. i nim samym przede wszystkim. Robili to, co chciała mama, lub tak, by ona nie widziała. Taka groteska. Dla P. bardziej tragigroteska.

P. od lat nastoletnich marzył, by mieć swój dom, swoje miejsce, gdzie będzie czuł się u siebie. To marzenie spełniło się tak późno, że przestało mieć dla P. znaczenie. Podobnie jak inne. Dawniej, kiedy rodzice wyjeżdżali na urlop, P. zostawał sam w domu i zachłyśnięty wolnością chlał na umór. Kiedy był bardzo młody, uchodziło mu to na sucho, bez objawów odstawienia. Potem zaczynały się ciemne chmury depresji i napadów paniki. Takie napady sięgają do końca, są nie do wytrzymania, bo docierają do instynktu samozachowawczego.

P. ma stopień doktora, pracował naukowo, potem był wykładowcą. Teraz jest nikim, a co najmniej jest o tym głęboko przekonany. Jestem przegrywem, to cały ja - tak zwykł myśleć o sobie, i wierzy w to coraz głębiej.

To już jest koniec według niego. Ulga związana z brakiem terminowych zadań i wymagań formalnych właśnie się ulotniła. Teraz tylko poczucie nijakości i próba zastąpienia dotychczasowej aktywności zawodowej pisaniem publikacji, ale jakoś nie bardzo mu to wychodzi. Nie ma motywacji, napędu do działania, nie wierzy w siebie, bo niby w kogo? Zresztą nigdy nie wierzył - pewnie dlatego, że nie miał bladego pojęcia, co chce robić w życiu czy jaką wybrać uczelnię. Rodzicom jedynaka było to zupełnie obojętne, chodziło tylko o to, aby "coś" skończył. Obojętnie co i jakim kosztem, bo im się to jakoś nie udało. Byli dumni, a przynajmniej deklarowali, że są, i nie narzucali P., co ma studiować. On musiał, po prostu musiał "coś" studiować, żeby nie być przyczyną tragedii rodzinnej. Mama zrobiła wszystko, aby został przyjęty. Nawet tata podniósł się z wersalki, by założyć marynarkę i krawat i pojechać do pani, która wiele może, byle tylko P. został przyjęty na cholerną SGGW-AR. P. rzygał wtedy z nerwów, przypomniał sobie metodę z podstawówki, jak można ulżyć sobie choć na moment, powodując skurcze żołądka. Każdy ma przecież swój sukces, swoją radość życia, swoją ulgę w beznadziei.

Po co mi to!? - zadawał sobie podstawowe pytanie, ale wiedział dobrze po co. Przecież nie dla niego, tylko dla mamy i taty. To oni byli najważniejsi, to ich emocje, przeżycia, uczucia były ważne. Gdy zobaczył siebie na liście przyjętych, przypomniało mu się to dziecinne uczucie, kiedy to lata temu odnalazł w sklepie misia...

P. MA TRZY LATA. Wtedy wyróżniał dwa stopnie wysokości: "do sufitu" i "do nieba". "Do sufitu" to już było bardzo wysoko. P. był ładnym dzieckiem - oglądał po latach swoje zdjęcia, na których widział zabawnego chłopaczka, brązowego na buzi, z bardzo jasnymi, kręconymi włoskami. W to letnie lipcowe popołudnie słońce oświetlało cały pokój. Było pięknie, mały widział świat w całym, nowym jeszcze dla niego, barwnym bogactwie.

Do domu wróciła mamusia. Mały ucieszył się bardzo, był tak radosny, że nawet wielkość rodzicielki - z jego perspektywy prawie do sufitu - nie budziła respektu. P. zaczął się śmiać do mamy, cieszył się. P. się cieszył. Mama spojrzała na niego ze swojej wysokości i powiedziała:

- Uh, jakbym cię złapała, to bym cię rozdarła... - Pewnie depresja poporodowa czy coś, trzylatek raczej nie miał na to wpływu.

P. rozpłakał się, wydawało mu się, że już koniec z nim i trzeba się ratować.

- Mamusiu! Mamusiu kochana! - zawołał. - Jestem gzecny przecież, przecież widzisz! - P. "przecież" wymawiał od początku poprawnie, bo jego pierwsze słowa to "przecież widzisz" lub "a widzisz".

Mama zaczęła od drugiej skrajności:

- Moje dziecko! Mój syneczek kochany! - I porwała P. w objęcia.

Malec poczuł ogromną ulgę, bo strach przed odrzuceniem przez wszechwładną mamę nagle minął.

- Kochana mamusiu! Mamusiu! - jojczył chłopczyk.

Mama przytuliła go mocno.

- Moje dziecko, moje dziecko kochane! Tak, tak, mamusi syneczku!

Mały P. znów jest szczęśliwy - to szczęście to tak naprawdę tylko ulga, że nie spotka go coś strasznego, "rozdarcie", odrzucenie. Ulga w uzależnieniu od swojej mamusi. Potem poczuje coś podobnego, gdy wypije rano piwo albo łyknie psychotropy. Mamusia coś właśnie przebaczyła. Chłopiec, nie wnikając co, czuje ulgę, przeżywa "swoją" radość i pędzi na podwórko, żeby poganiać się z kurami.

Rodzice mieszkali u dziadków w warszawskim "obwarzanku". W latach sześćdziesiątych hodowla na własny użytek była bardzo powszechna. Trzymano krowy i świnie, a nawet konie. P. bardzo interesował się zwierzętami i ciągle pytał dziadka o te i wszystkie inne sprawy świata, w którym żył. Teraz jego świat oświetlony był lipcowym słońcem. Chłopiec szedł ze swoim dziadkiem na spacer do lasu i było tak pięknie, jak tylko może być na obrzeżach dzisiejszego Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Poprzedniego wieczoru przed zaśnięciem dziadek czytał mu bajkę, w której były groźne wilki, lisy, a nawet niedźwiedzie. Wszystkie one żyły w lesie, ale maluch nie bał się ich wcale, bo przecież był przy nim dziadek. A dziadek to był ktoś, kto obroni go nawet przed wilkami, gdyby chciały go zjeść.

Było jak w bajce, którą czytał dziadek: powyginane malowniczo sosny na piaszczystym wrzosowisku, niczym na fioletowym jeziorze, jałowce wyższe nawet od dziadka... Bawią się w chowanego, dziadek nie może malucha znaleźć, tak sprytnie schował się w krzaczkach pod sosną. Nagle woła go i woła, coraz głośniej i głośniej. Mały chowa się jeszcze przez chwilę, ale czuje już, że coś jest nie tak, więc wychodzi ze swojej sprytnej kryjówki, bo wie, że i tak zajmą się z dziadkiem czymś ciekawym. A może babcia coś dobrego upiekła? Wracają do domu, rozmawiają o parowozach - dziadek był kolejarzem, o tych pięknych, ogromnych bestiach wie wszystko. Tłumaczy, jak zbudowany jest parowóz, do czego służą wszystkie części, o które P. pyta. W domu babcia już czeka ze znakomitą zupą mleczną - słodką, waniliową i z zacierkami. P. wtrząchnął olbrzymi talerz i zaczęły się przygotowania do spania.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji