Pomysł na opasłą księgę o opasłym królu
#król samochwała, #niespodziewani goście, #jaka to melodia?, #szlachecka
propozycja, czyli "Wiśnioksięga"
- Proszę wstać! Król idzie!
Lud pokornie powstał z kolan, by powitać swego jaśnie wielmożnego pana.
- Wasza wysokość! Witamy! - zagrzmiał tłum.
- Jaka tam wysokość! Czy on taki wysoki, sam spójrz, Kaźmirz? - ktoś
szeptał po kątach.
- Patrzaj, no patrzaj, amant to on raczej nie jest. Nic dziwnego, że
nadal kawaler. Która by go chciała? Chyba jedynie niewidoma niewiasta,
taka o wielkim sercu.
- No wiesz, Jadwiga. Najważniejsze, co masz wewnątrz, a nie jak wygląda
twe lico.
- Wiadomo. Każdy jest urodziwy. Trzeba tylko odpowiednią liczbę butelek
wina, by to zadziałało.
- Wracając do naszego króla. Podobno Jan III Sobieski w listach swych
pisał o nim "małpa".
- Małpy na żywo nigdy żem nie widział...
- To patrzaj. Masz namiastkę!
Jak słychać, lud nie był szczególnie przychylny swemu władcy. A ten z kolei robił wiele, by ukryć swe niedoskonałości. Ku nieszczęściu, mając
lat ledwie naście, wyłysiał. I chcąc jako tako wyglądać, zaczął nosić
perukę z bujnymi włosami. Nie wyglądało to dobrze. Przy niskim wzroście,
wielkim nosie i niezbyt zgrabnej figurze, rzeczywiście zapewniała mu ona
mało podniosłą prezencję.
Godzinę później władca znalazł się w swych komnatach...
Dzień dobry. Nazywam się Michał Korybut Wiśniowiecki. Jestem królem
Polski. Nie będę ukrywał, że zostałem nim zupełnie przez przypadek.
Właściwie to tę fuchę załatwił mi mój ojciec. Wiadomo, nepotyzm trzeba
pielęgnować od małego. Jak widać, program "Rodzina na swoim" ma się
dobrze. Może kiedyś opowiem o tym więcej. Na razie spieszę się na ważne
spotkanie, z moją służbą. A konkretnie spieszę się na obiad. Ale jeszcze
mam chwilkę, więc skromnie poświęcę ją na opis mej własnej wybitnej
osoby.
Mam wiele pasji. Moja największa to jedzenie. Poza tym znam sporo
języków, również obcych. Łacinę, włoski, hiszpański, francuski,
tatarski, turecki, niemiecki, czeski. Ponadto lubię się powtarzać. No i kocham jeść. Wszystko. Prosiaki z jabłkiem, sarnina, wino, miód pitny,
ogórki kiszone, pomarańcze, jednym słowem - wszystko. To świadoma
polityka. Dzięki temu zapiszę się w historii jako Wielki Władca. Sami
domyślcie się, dlaczego. Dobre, co?! Wybaczcie, muszę kończyć. Sami
wiecie, co mam za ważne spotkanie...
- Zapisałeś? - spytał podniosłym tonem król.
- Tak, jaśnie panie!
- No i bardzo dobrze. To odczytaj mi to wszystko.
Służący ukłonił się w pas i powoli zaczął czytać to, co chwilę wcześniej
podyktował mu król... Dzień dobry. Nazywam się Michał Korybut
Wiśniowiecki. Jestem królem Polski. Nie będę ukrywał...
W trakcie odczytu król ciągle przytakiwał i mówił pod nosem:
- Doskonałe! Świetne! Boskie!
Gdy służący skończył, Korybut Wiśniowiecki stwierdził:
- Co za genialny tekst. Ktoś naprawdę wybitny musiał to napisać.
Ewidentnie to jakiś król pióra.
Władca poklepał się po swoim sadle.
- Ciężka praca wykonana, czas na jadło! Orkiestra, grajcie! Świniaka
na stół podajcie! O kurde... Nie dość, że ze mnie literat, to jeszcze
rymujący poeta. No patrz... Nie mogę wyjść z podziwu. Ta Polska to ma
szczęście. Mieć takiego władcę. Zazdroszczę...
Dwaj szlachcice w kontuszach i szubach na rysunku Juliusza Kossaka z XIX wieku
Po skończonym obiedzie król miał już iść na drzemkę, gdy tymczasem w progach wielkiej sali zwanej jadalnią pojawiło się dwóch jegomości. Byli
ubrani w tradycyjny strój polskiego szlachcica. Jasnobiały, bujnie
obszyty kontusz, przepasany krwiście czerwonym pasem. Pod spodem skrywał
się żupan - obcisła suknia, zapinana z przodu na małe pętle, z niezbyt
wysokim stojącym kołnierzem. Elementem obowiązkowym była także szabla. I tak właśnie ubrani jegomoście powitali władcę.
- Na ogon zajęca, a co wy tu, waszmościowie, porabiacie?
- Nooo. Przyszliśmy do króla.
- Tego się akurat domyśliłem... Ale po co?
- No, żeby z królem się widzieć.
- Tego też się domyśliłem.
- No widzisz, Zygmunt. Mówiłem ci, że nasz król jest domyślny! -
wyszeptał jeden szlachcic do drugiego.
- Jaśnie panie. Chcielibyśmy z panem pomówić.
- A w jakim to temacie?
- Król się tego nie domyślił?
- No tego akurat nie. Ale poczekajcie...
Wiśniowiecki zaczął na swym sadle żwawo wyklepywać pierwszą zwrotkę
"Bogurodzicy".
- Co wyklepuję?
- A można prosić jeszcze jedno klepnięcie?
- No wiecie co! Myślałem, że po jednej nutce poznacie. To
"Bogurodzica"!
- Tak myśleliśmy, ale przy królu czujemy się zbyt onieśmieleni.
- Nie dziwię się. Taki wybitny władca. Do tego, jak słychać,
utalentowany muzycznie. Może jeszcze chcielibyście mnie uraczyć jakimś
komplementem?
- No to może już sobie pójdziemy?
Szlachcice powolnym krokiem zaczęli się oddalać od króla...
- Ej, zaraz, czekajcie. Przecież to wy do mnie przyszliście!
- No racja. Ma król rację.
- Jak zawsze - dodał Wiśniowiecki.
- No racja!
- No to w jakiej sprawie tu przybywacie?
- W sprawie króla - zaczął jeden szlachcic, dość nieśmiało.
- No masz! Tego też się domyśliłem!
- Domyślny król.
- Już gdzieś to słyszałem. Mam świetną pamięć, nieprawdaż!?
- Absolutnie się zgadzamy z królem!
- No widzicie. Ja też. No dobrze, to o czym chcecie pomówić?
- O królu!
- Jaśnie mili, czcigodni imbecyle!
- Panie. Ty nas chwalisz, czy obrażasz?
- Dwa w jednym, jak powiada młodzież.
- No tak, no tak - szlachcice przytakująco kiwali głowami. Jak te dwa
pieski umieszczone na tylnej szybce w niejednej królewskie karocy...
Król przerwał tę niezręczną, trwającą raptem trzy sekundy, ciszę.
- Wiem przecie, że chcecie pomówić o mnie. Lecz nie mam
wystarczającego pojęcia, o czym dokładnie.
- No bo myśmy... - zaczął mówić, niezmiernie się rumieniąc, szlachcic
Zygmunt. - No bo my byśmy... Weź, Stanisław, dokończ!
Drugi szlachcic był, mówiąc najdelikatniej, nieco podpity. A mówiąc
dosadniej, konkretnie spity. Na słowa swojego kolegi zareagował krótko:
- Zgadzam się z nim! Polać mu!
- Dobra, już dobra. Stanisław, wstydu oszczędź! Chodzi o to, że król
jest taki wybitny, oczytany, po prostu chodząca encyklopedia z peruką na
czele.
- Słucham?!
- Znaczy się... Przepraszam... Nieco mnie poniosła elokwencja. Otóż chodzi o to, że razem ze Stanisławem chcielibyśmy o coś króla prosić.
- Prosić to se możecie, jak mawia polski lud. Zresztą... Wiecie, kto się
prosi?
- Kto? - szlachcice odparli zgodnym głosem.
- No jak to kto?! Świnia!
Stanisława wyjątkowo mocno to rozbawiło. Do tego stopnia, że zaczął
chrumkać niczym młode prosię. Zygmunt, nieco zawstydzony, szturchnął go,
po czym wyszeptał:
- Stanisław, zachowuj się! Nie rób chlewu!
- No co, przecież kogo jak kogo, ale akurat króla od koryta nie tak
łatwo oderwać!
- Słucham?! - władca poczerwieniał ze złości na twarzy. - Jak śmiecie
do mnie przychodzić i mi coś mówić jak o świni!? No jak?
- Ale jaśnie panie... - zaczął Zygmunt. - Przecież to jaśnie pan zaczął
z tą świnią!
Władca znowu podrapał się po sadle i powoli zbierał się do tego, by
wyklepywać kolejny utwór. Ewidentnie kilka kielichów czerwonego wina
powoli zaczęło mu uderzać do głowy! Jednak zanim zdążył cokolwiek
zagrać, Stanisław, nieco mamrocząc, wypalił:
- Wiem! To "Bogurodzica"!
Król był wyraźnie zaskoczony.
- Skąd wy to, mości szlachcicu, wiecie? Przecież ja jeszcze nie dąłem
w róg, a właściwie w sadło i nie zacząłem wyklepywać.
- Że tak powiem, zacytuję króla... Domyśliłem się!
- Jestem pod ogromnym wrażeniem. Przyznałbym wam, jaśnie Stanisławie,
tytuł szlachecki, ale ten już przecież posiadacie.
- Ten tytuł chętnie przepiszę na żonę, niczym pewien król, który
przepisał wszystkie swoje nieruchomości na białogłowę. Dlatego nowy herb
przyjmę z ogromną przyjemnością!
- Skoro tak, no to mamy to!
Stanisław nie był w stanie opanować swojego podniecenia. Z radości
zaczął podskakiwać i krzyczeć:
- Mamy to! Mamy kolejną okazję, którą trzeba opić!
Król przerwał ten wybuch euforii.
- Wybaczcie, Stanisławie, że przerywam wam to szczęście, ale mam teraz
zaplanowaną bardzo ważną drzemkę. Szalenie się na nią spieszę. Co więc
was do mnie sprowadza?
- Skoro dostałem drugi tytuł szlachecki, to mnie już właściwie nic... -
stwierdził gość z pełną szczerością...
- Stanisław! Czyś ty zwariował? - Zygmunt złapał swego kompana za fraki
i zaczął nim potrząsać.
Potem przemówił do króla:
- Najdroższy władco. Tak się składa, że król podpisuje wszystko, co mu
podsuną. Wiem, że słudzy nie nadążają z wymianą kałamarza do pióra.
Dlatego chcielibyśmy poprosić, by najjaśniejszy władca podpisał nam
pewną książkę.
- No cóż takiego? Chciałbym rzec: - Co za zaszczyt! Ale nie będę
kłamał. Zaszczyt to macie wy, że możecie podziwiać mój zamek i mój
wybitny ubiór. Co prawda nieco ubabrany sosem grzybowym. O tym jednak
nikt nie musi wspominać. W każdym bądź razie! Owszem, lubię podpisywać
dokumenty, które mi podsuwają. Raz tylko sparzyłem się, gdy pewien
urzędnik państwowy podsunął mi pewne pismo i ja, bez czytania,
postawiłem tam parafkę. To był błąd. Okazało się, że to była zgoda na
zaciągnięcie pożyczki w mym imieniu i przekazanie jej pewnemu
duchownemu. Co prawda ten urzędnik został później poddany torturom i rozciągnięty niczym skakanka z prosiego pęcherza. Jednak jak pewnie
rozumiecie, niesmak pozostał.
- Ma władca rację! - kiwali głową szlachcie.
- No wiem.
- A czy... - zaczął nieśmiało Zygmunt. - A czy władca chciałby otrzymać
książkę?
Na licu króla pojawił się grymas wątpliwości.
- Szczerze? To dziękuję. Książkę już mam!
- A gdyby to była książka o władcy, to czy by król nam ją podpisał?
- No sam nie wiem. No sam nie wiem... - Korybut Wiśniowiecki droczył się
sam ze sobą.
- Najjaśniejszy jaśnie panie. Jesteś postacią wybitną. Kto wie, czy nie
królem "naj" w historii ludu Polan. Żal byłoby, gdyby nie ukazała się o tobie jaka księga.
- Racja. O ludziach wybitnych powinny powstawać opasłe księgi. Im
więcej, tym lepiej. Zgadzam się z wami, tak jak i wy zgadzacie się ze
mną. O mej wielkiej postaci winna powstać księga wielkich rozmiarów. Z uwagi na mą wielką tuszę, wielkie ego i wielkie, choć nieco
wyimaginowane zasługi. Macie taką księgę?
- No właśnie... Możemy mieć. Musimy tylko nieco z królem porozmawiać.
Nasze pachołki wszystko spiszą i powstanie z tego wybitna księga.
Na twarzy króla pojawiła się drobna oznaka refleksji. Chyba jakaś myśl
przebiegła przez jego umysł.
- A macie już jakąś nazwę tej książki o mnie, o wielkim królu Michale
Wiśniowieckim?
- Ja mam! - wypalił mocno już wstawiony Stanisław.
- Jaką, mości Stanisławie?
- "Wiśnioksięga"...
- Słucham? - na twarzy władcy zagościło nieukrywane zdziwienie.
- Wiśnia kojarzy się z wiśniówką. To się dobrze sprzeda!
- Zaraz, zaraz! Mości panowie, już za wami nie nadążam.
- Ja też! - wypalił prawie półprzytomny Stanisław.
- Czego wy ode mnie chcecie?
- No... - zagaił tym razem Zygmunt. - Chcieliśmy waszą wysokość prosić
na słówko. Byśmy chwilkę porozmawiali. I stworzyli z tego księgę o was,
panie.
- Słucham?! - Korybut był szczerze zdezorientowany. - Jakże to tak!?
Mam porzucić swe obowiązki i z wami rozmawiać? Przecież mam już mocno
zapełniony kalendarz. Mam zaplanowane śniadanie, drugie śniadanie,
drzemkę, obiad, popołudniową drzemkę, wypad do teatru, kolację i nocne
gry w karty i rozbieranego. Naprawdę uważacie, że mam odpuścić te
szalenie istotne obowiązki królewskie, aby spędzić z wami nieco czasu?!
Przecież w tej sytuacji będzie zagrożone bezpieczeństwo państwa! Jeśli
nie dojem obiadu i dobrze się nie zdrzemnę, to będę zmęczony. Nie
słyszeliście o tym, że głodny Polak to zły Polak?! O, głodny i niewyspany Polak, to za przeproszeniem Polak wkurwiony?!
- Czyli władco. Nic z tego?
- No niezupełnie. Powiedziałem wam to wszystko, żebyście wiedzieli,
jak wielką łaskę wam okazuję. Pomówię z wami!
Zamek Królewski w Warszawie, w którym rezydowali królowie Polski, a wśród nich Michał Korybut Wiśniowiecki. Z okien zamku mógł on podziwiać kolumnę Zygmunta III Wazy (po lewej, zbudowaną w latach 1643-1644)
Zygmunt poczuł, jak spadł mu kamień z serca. Stanisław nic już nie
poczuł. Był tak znieczulony, że jedyne co czuł, to to, że nic nie
czuje...
- Doskonale, przednio wręcz - jak mawia młodzież! Waszmościowie, to
kiedy zaczynamy?
- A kiedy jaśnie władca by mógł?
- Musicie wiedzieć, że jako król Polski jestem strasznie zajętym
człowiekiem. Ciężko będzie znaleźć jakiś wolny termin.
- Królu, czyli kiedy konkretnie? - Zygmunt nie był w stanie ukryć swego
zniecierpliwienia.
- No nie wiem. Może nawet teraz? Macie czas?
- Hmm. Żupany mam niespocone, jak mawia mój medyk, nie widzę
przeciwskazań!
- No dobrze... - rzekł król z miną nader zamyśloną. Po czym
kontynuował:
- Muszę teraz udać się na krótkie, aczkolwiek szalenie ważne
spotkanie. Kiedy tylko wrócę, będziemy mogli zasiąść do rozmów.
Poczekajcie chwilę!
- Ooooo, chyba król idzie na "dwójeczkę", na ważne spotkanie na tronie...
- wybełkotał Stanisław, któremu alkohol coraz bardziej szumiał w głowie.
Zygmunt się wściekł.
- Stachu, morda w kubeł! Z królem rozmawiasz.
- Ale tu nie ma kubła... - wymamrotał Stanisław.
Władca ze znaną sobie subtelnością udał, iż to zapytanie, i w jego
następstwie kłótnia, zupełnie przypadkiem nie dotarły do jego uszów.
Nakazał obu szlachcicom pozostać w jednej z kolosalnych sal zamkowych,
po czym sam ich opuścił. Pospieszył do swojej sypialni. A tam czekało na
niego naprawdę sporych rozmiarów lustro. Na oko było dwa razy większe
niż sylwetka władcy, co mogło stanowić gwarant, że zmieści się w nim
całe ego króla.
- Sługo, zostaw mnie samym! - rozkazał swemu podwładnemu.
Służący niemal w podskokach zniknął z pola widzenia władcy. Gdy tylko
Korybut Wiśniowiecki upewnił się, że jest sam, ściągnął swe królewskie
szaty. Choć perukę z bujnymi lokami pozostawił.
- O żesz kurwa! - zakrzyknął zaniepokojony. Służba pewnie by do niego
naprędce przybyła, gdyby nie to, że król, gdy był zaskoczony,
wykrzykiwał te słowa każdego dnia.
Władca napawał się widokiem swego ciała. Lecz gdyby spojrzeć zupełnie
obiektywnie, to nie byłoby czego podziwiać. Brzuch przypominał jeden
wielki zwis. Ot, taki poturbowany worek z kartoflami. Mięśni nie było
widać, może akurat miały coś do załatwienia i wyskoczyły. Z kolei
tłuszcz, jak to tłuszcz, nigdzie nie chciał się ruszać i pozostał w ciele naszego władcy. Mimo to król stał przed lustrem i prawił sobie
kolejne komplementy.
- Matko, ale ten facet jest świetnie zbudowany!
- No nie wierzę! To posąg czy prawdziwa postać ludzka?
- O matko, co za dorodne jądra! I jeszcze ten malutki, aczkolwiek
waleczny, penis!
Gdyby ktoś stał z boku, to pewnie by pomyślał, że to jakiś czub.
Tymczasem to nie mógł być żaden wariat. To nie do pomyślenia, by polskim
krajem rządził jakiś wykolejeniec? To nigdy się nie zdarzyło,
nieprawdaż?! Dobra, stop! To był żart!
- Panie, czy wszystko w porządku? - z podniecenia wyrwał króla głos
jego sługi.
- A co wy się tak martwicie? - zapytał Korybut Wiśniowiecki.
- No bo... No bo minęła godzina, odkąd wasza wysokość weszła do swej
komnaty. A... mówiliście, panie, że idziecie jedynie na pięć minut.
- No tak, no tak... - Korybut Wiśniowiecki zaczął naprędce kłamać. -
Pochłonęły mnie państwowe obowiązki i nie miałem pojęcia, że czas upływa
tak szybko...
Seks i biesiady na dworze
#co podnieca króla?, #sprawy łóżkowe, #sarmacka antykoncepcja,
#bezdzietny król i męskie fetysze, #prawda o sarmatach, #wybitnie dobry
czy wybitnie słaby?, #wielkie obżarstwo, #abdykacja?
Władca teatralnym gestem otrzepał swe szaty
i ruszył w kierunku gabinetu, w którym oczekiwali na niego szlacheccy
goście: Zygmunt i nieco ospały Stanisław.
- Już jestem. Wybaczcie, zatrzymały mnie ważne sprawy! - zaczął bez
słowa powitania król.
- Nie ma sprawy, wasza wysokość. Jest dopiero jedenasta rano. My
jesteśmy szlachta. Król pewnie wie, że szlachta pracuje dopiero od
dwunastej!
- Taaak. Słyszałem o waszej pracowito..., znaczy się... Słyszałem o was, o szlachcie.
- Wasza wysokość. Pomówmy o czasach, w których przyszło nam żyć.
- Czyli o mnie! To mi się podoba! - trudno było nie zauważyć
infantylności w zachowaniu władcy. - Pytajcie, o co chcecie! Jaki jest
mój przepis na sukces? Co robię, by być tak bardzo lubianym przez
dosłownie wszystkich? Na jakiej diecie osiągnąłem sukces w postaci tak
świetnej sylwetki? No, proszę, śmiało!
Królowa Eleonora Maria Habsburżanka, żona Michała Korybuta Wiśniowieckiego, z insygniami monarszymi, portret z początku lat 70. XVII wieku. Para królewska nie doczekała się potomstwa - Eleonora Maria dwukrotnie zaszła w ciążę, ale poroniła. Przeciwnicy króla zwani malkontentami twierdzili, że tylko udawała bycie w stanie błogosławionym, bo małżonek nie potrafił... stanąć na wysokości zadania. Faktem jest, że w drugim małżeństwie z księciem Karolem Lotaryńskim wydała na świat pięcioro dzieci
Szlachcice byli nieco zaskoczeni. Nie sądzili, że rozmowa wywoła w królu
tak wielkie pokłady energii. To efekt popełnionego przez nich błędu.
Panowie pominęli istotny fakt, że Michał Korybut Wiśniowiecki był
największym narcyzem, jakiego znała Rzeczpospolita Obojga Narodów.
- Możemy z grubej rury, za przeproszeniem panie? - zapytał szlachcic
Zygmunt.
- Śmiało. Ma odwaga sprawia, że nie boję się żadnych pytań. Zresztą,
jeśli jakieś mi nie podpasuje, to zawsze mogę was zamknąć w lochach.
- Ale jaśnie królu!
- Żadne "ale"! No już dobrze, dobrze. Czekamy na pytania.
- To może ja zacznę... - głos Stanisława wyraźnie dawał znać, że w jego
krwi nadal krążą solidne promile. - Woli władca spędzać wieczory i "ten
teges" z żonką, czy woli brać sprawy, że tak powiem, w swoje ręce?
- Stanisław! - jego szlachecki kolega poczuł, jak rumienieje na
twarzy. - Stanisław, takich pytań się nie zadaje! Chcesz trafić do
lochu, nietęgi łbie?!
- Oj tam, oj tam! Dlaczego się nie zadaje? No masz ci, król mi się
znalazł! A nie czekaj... - do nieco przytępionego umysłu Stanisława
zaczęło docierać, o co chciał spytać króla.
- Spokojnie, jaśnie panowie. Jak powiedziałem, tak też uczynię!
Najbardziej podnieca mnie mój własny widok przed lustrem. A później to
już wiadomo, co z tym robię!
- To bardzo ciekawe... - szlachcic Zygmunt pospiesznie chciał zmienić
temat, gdy tymczasem król wręcz przeciwnie. Nie zważając na konsternację
szlachcica, kontynuował wątek.
- Otóż musicie wiedzieć panowie, że mimo świadomości, jak cenny dla
państwa jest mój czas, zdarza mi się czynić miłość z mą żoną, Eleonorą.
Chcecie poznać szczegóły?
- Wie król co... Może innym razem?
- Doskonale. W takim razie chętnie opowiem. Wiem, że wy, sarmaci, już
na samą myśl o potomstwie potraficie puścić pawia.
- My? Nie, dlaczego?!
- Już mnie nie oszukujcie. Znam swój lud doskonale, w tym was,
sarmatów. Świetnie zdajecie sobie sprawę, że im więcej posiada się
potomstwa, tym trudniej później podzielić włości w spadku.
- Ma król rację. W dzisiejszych czasach niemile widziane pośród braci
szlacheckiej jest posiadanie licznego potomstwa.
- No właśnie. Im więcej dzieci, tym mniej do podziału, a to oznacza
ryzyko obniżenia poziomu życia. Im więcej wydatków na dzieci, tym może
się okazać, że nie sposób będzie je równo wykształcić, obdzielić
chłopstwem pańszczyźnianym. Nie mówiąc już o tym, że z każdym kolejnym
potomkiem wzrasta ryzyko, że pośród własnych dzieci trafi się owca,
która zhańbi nazwisko rodu. Czyż nie?
- Jak zawsze król ma rację! Może byśmy się napili z tej okazji? - wzrok
Stanisława zdawał się być mocno zamglony.
- Chętnie, ale innym razem. Dopiero co obiad jadłem. A wracając do
rodzicielstwa... Wy naprawdę myślicie, że ja nie wiem, co sarmaci robią po
kątach?
- Yyyy... - twarz szlachcica Zygmunta przypominała kolorytem purpurę
kardynalską...
- Podpowiem. Wielka setka. Z czerwoną różą na czele. Mam to powiedzieć
jaśniej?!
- Nie, jaśnie panie. Chodzi ci o to, że sarmaci stosują różne metody, by
uciec od ciąży. Ta tak zwana "wielka setka" obejmuje różne rośliny, z różą na czele, które pomagają poronić dziecię.
- No właśnie. I to ma się nijak do teorii mówiącej, że w naszym kraju
kobieta rodząca dzieci jest bardziej podziwiana niż ta bezpłodna. A wy,
sarmaci, po kątach korzystacie z pomocy różnych magów i aptekarzy. Wiem,
że jeździcie też do szpitali, gdzie w tajemnicy usuwacie swe ciąże. No i te jądra!
- Panie, jakie znowu jądra?
- No co, nie udawajcie, że nie wiecie. Wiem dobrze, że żony sarmatów
często sprawiają sobie łasice, a następnie proszą swego pazia, by obciął
samcowi łasicy - co za rym! - jądra i jeszcze ciepłe te narządy kobiety
kładą sobie na brzuchu, tuż pod piersiami. To ma podobno chronić je
przed niechcianym potomstwem.
- Panie... Jeśli wolno spytać. Do czego właściwie zmierzasz? Co prawda
zaczęliśmy naszą rozmowę od czerpania pytania o życie miłosne, gdy ty,
wasza wysokość, nagle zacząłeś opowiadać o rozmnażaniu.
- No tak, no tak!
Mówiąc te słowa, król zaczął milczeć, jednocześnie głupio się
uśmiechając. Szlachcice spojrzeli po sobie. Czekali, aż władca przerwie
tę niezręczną ciszę. On jednak nadal tylko się uśmiechał. W tej
sytuacji, chcąc przełamać ten impas, przemówił Zygmunt:
- To prawda. Szlacheckie kobiety unikają ciąż. Nie jest to nam jakoś
szczególnie potrzebne. Porodzą potomka i starczy! Wolimy skupiać się na
zabawach i życiu towarzyskim. To jest o wiele przyjemniejsze niż drący
się dzieciak.
- Ale dziecko jest cudem narodzin! Jest szczęściem, które przepełnia
życie na każdym kroku. Problem jest tylko taki, że najpierw trzeba to
dziecię najpierw spłodzić, a później białogłowa musi ciążę donosić.
- Phi! - w Stanisławie nastąpiło ponowne przebudzenie mocy. - Ja mam
trójkę potomstwa. Prace nad nimi były przyjemne. Robota miła, do tego
się nie kurzy. A i żaden problem ciążę donosić. Moja stara zrobiła to,
zachowując się tak, jak by w ciąży nie była. No, może z wyjątkiem końca
ciąży, gdy już musieliśmy przerwać nasze swawole.
- Bo?
- Bo gdy ona miała wielki brzuch i ja tak samo, to - że tak powiem -
trudno było się styknąć, bym swym fallusem dotarł w głąb jej oazy
szczęścia. Ale... - Stanisław zrobił przerwę na głośny bek.- O, przyjęło
się! W każdym razie donosić ciążę to żaden problem. Tak samo jak
trzasnąć żonce dziecko. Łupu cupu i po sprawie. Tylko ciamajda nie byłby
w stanie tego zrobić, zapewniam króla!
- Dość tego! - król ze wściekłości aż powstał z własnego tronu. - Nie
pozwolę, by obrażano imię najwyższego majestatu! Straże!
- Ale zaraz, w czym rzecz, najmilszy panie? - odparł zaskoczony
Stanisław.
Trzeźwiejszy Zygmunt wycedził cicho przez zaciśnięte zęby:
- Durniu, on nie ma dzieci. Powtórzę... On nie ma dzieci! Zgadnij
dlaczego, ty zakuty imbecylu!
- Panie! Wybacz! Jam nie miał pojęcia, żeś ty bezdzietny.
- Milcz, szlachcicu Stanisławie! Tak jak Ignorantia iuris
nocet1, tak samo Ignorantia regis nocet2.
- Król wybaczy. Pierwszą zasadę znam doskonale. O drugiej nigdy jednak
nie słyszałem.
- I to błąd!
- A cóż to za zasada?
- Wymyśliłem ją przed momentem. Co nie zmienia faktu, że jaśnie
panowie powinniście ją znać.
- Racja.
- No właśnie. Znowu punkt dla mnie! - władca wyraźnie zaczął się
rozchmurzać. - A co się tyczy mego potomstwa, to mam z tym problem. Moja
małżonka Eleonora Habsburżanka co prawda dwa razy była w stanie
błogosławionym...
- No to gratulacje!
- Ale obie ciąże nie zostały przez nią donoszone! W pierwszej był to
syn. W drugiej... - nie chcę już nawet rozpamiętywać.
- No to wybacz, miłościwy panie, cofamy gratulacje! - błyskawicznie
zareagował Zygmunt.
- Dlatego nie ma wasza wysokość potomka? - Stanisław wypowiedział to w takim tonie, jak by co najmniej odkrył Amerykę niczym Krzysztof Kolumb.
- Tak... - sucha odpowiedź króla mówiła jasno, by nie kontynuować tego
tematu.
- Czyli jednak nie jest prawdą, co mówili ludzie? - Stanisław był nadal
szczery do bólu.
- Stanisławie, mówże, co masz na myśli!
- No, że królowa wkłada pod suknię poduszkę i jedynie udaje te ciąże!
- Lud tak właśnie twierdził? - zdziwienie króla zdawało się być
nieudawane.
- No tak! Ludzie też powiadają, że król tak naprawdę woli w łóżku
chłopców, dlatego z królową Eleonorą nigdy nic nie wypali!
Król pobladł.
- Stanisławie, kto tak powiada?
- No ludzie!
- Nazwiska, mości panie Stanisławie!
- Nie pamiętam. Piłem z nimi ostatnio. Jeden był wysoki, drugi niski.
Pierwszy miał długie włosy, drugi nie miał ich prawie wcale. Może król
kojarzy?
Korybut Wiśniowiecki szczerze się zaśmiał.
- Rzeczywiście, opis szczegółowy, niestety nikogo takiego sobie nie
przypominam.
- No ja też! - wypalił Stanisław, po czym dodał: - Czyli jednak król
nie lubi męskich amorów?
- Stanisławie... To są sprawy prywatne... - na licu Korybuta
Wiśniowieckiego dało się zauważyć rumieniec wstydu, który tam zagościł. -
A zmieniając temat. Może jesteście głodni? Bo ja, przyznam, bardzo!
- Panie! Ale pan przecież jadł równe czterdzieści minut temu! - wypalił
Zygmunt, wskazując na wielki zegar ze złotym obramowaniem.
- Drodzy panowie bracia. Zapamiętajcie sobie jedno. Słów
powiedzieliśmy wiele, ale jak mówi polskie przysłowie - "brzucha słowami
się nie nakarmi"! Może zjecie nieco żuru?
- Panie, a dlaczego akurat żuru?
- Zostało mi co nieco z obiadu. Nie chce tego świniom dawać. Poza tym
- i tu znowu posłużę się przysłowiem, naturalnie aby udowodnić swoją
elokwencję, inteligencję i maniery - "Kto je żur, ten chłop jak tur"!
- Panie, co nam dasz, zjemy z wielką przyjemnością. Choć waszych świń
pewnie to zbytnio nie ucieszy.
- Sługa! Trzy misy żuru prosimy! Na szybko, czyli na sap, sap,
sap3, jak to mawia dzisiejsza młodzież!
Chwilę później na wielki stół, wyścielony śnieżnobiałym obrusem wjechała
złota taca z brytfanną i trzema bogato zdobionymi talerzami. Panowie
zjedli posiłek w milczeniu, po czym powrócili do rozmów.
Z PAMIĘTNIKA KRÓLA
Wszyscy wielcy tego świata piszą dzienniki. Wiem coś o tym. Sam kiedyś z takim jednym uczonym pomówiłem. Było to akurat, gdy stałem przed
lustrem, a on pojawił się naprzeciwko mnie... W każdym razie jakiś czas
temu zdecydowałem się na podobny ruch. Tak! Postanowiłem pisać
pamiętnik. Przyznam, że początkowo nie chciałem tego czynić. Byłem
zdania, że skoro wszyscy piszą, to ja się wyróżnię i czynić tego nie
będę. Jednak po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że w przyszłych
czasach nikt się o tym nie dowie, gdyż nie będzie to zapisane. I tak
postanowiłem pisać. Choć z pewnym oporem.
Otóż moje wrodzone lenistwo toczyło solidne boje, bym jednak tego nie
czynił. Przepraszam, przejęzyczyłem się. Nie sposób tego nazywać
lenistwem, to jest co najwyżej wrodzony szacunek do własnej osoby. I poczucie wolności. Robię to, co chcę. Zresztą często powtarzam swoim
poddanym, gdy chłopi pytają mnie jak żyć, że są wolnymi ludźmi. Muszą
tylko odrabiać pańszczyznę i oddawać królowi, Kościołowi i swym panom
to, co im się należy. A tak poza tym to zupełnie nic nie muszą. Czyż to
nie jest piękne? Są wolni jak ptaki. Te daniny to przecież sama
przyjemność. Któż nie chciałby dzielić się efektami swej ciężkiej pracy
ze swym królem, właścicielem dóbr, w których żyje czy księdzem
dobrodziejem, który prowadzi go wprost do Boga? To wasz ogromny
przywilej. Tak im mówię, a oni mi tylko przytakują, dając kolejne powody
do tego, bym był przekonany o swej wybitności.
Nie ukrywajmy, mam także poza inteligencją ogromne poczucie humoru. Co
prawda na mym dworze straciłem już ośmiu błaznów. Żartowali ze mnie... Ale
zapewniam, poczucie humoru i dystans do siebie mam kolosalne. Tak
wielkie, że gdybym mógł dzisiaj wybrać sobie imię, to pewnie nazwałbym
się Diastema, co z łaciny znaczy właśnie "dystans".
Czy mam na co narzekać w życiu? Oczywiście, w końcu jestem Polakiem.
Zawsze znajdzie się jakiś powód. Jak nie brzydka pogoda, to coś innego.
Słyszałem kiedyś o władcy, który przebierał się w łachmany swoich
poddanych i ruszał pośród nich, by pomówić o tym, jak oceniają swego
panującego. Na koniec tej dysputy ściągał kaptur i pytał tych
narzekających, czy chcą by to, na co narzekali, miało swój kres. A gdy
ci się zgadzali, to nakazywał ich ściąć. Od razu ich problemy znikały,
choć nie do końca jestem przekonany, czy rozwiązanie przypadało im do
gustu?
Zaraz, a o czym to ja konkretnie miałem napisać? Nie mogę sobie
przypomnieć. I to tak właśnie jest z tymi pamiętnikami. Pisze się, co
ślina na język przyniesie, bo pisać wypada, a później się okazuje, że
nie ma tam nic konkretnego. U mnie będzie inaczej. Dlatego na koniec
podam konkret - otóż udaję się teraz na strawę. Dopadł mnie
niemiłosierny głód. Ech... Niepotrzebnie po obiedzie odchodziłem od
stołu, by zacząć to pisać!
- Panie! Zacznijmy najzupełniej od początku. Kiedy żeś się urodził?
- Mości panowie! Nie chcę wam się wtrącać, lecz zdaje mi się, w jedynie słusznej sprawie, że winniście być zacząć od wymiany
komplementów z waszym ulubionym władcą...
- Świetnie wasza wysokość wygląda. Z kimś takim chętnie bym się napił! -
wypalił Stanisław.
- Dziękuję - odparł wyraźnie zadowolony król.
- Panie... - zaczął nieśmiało Zygmunt. - Zdaje mi się, że to miała być
wymiana komplementów. My już swój powiedzieliśmy. Teraz czas na króla...
- Dajcie spokój. Nie bądźmy tacy małostkowi! Zaraz, zaraz... O czym to
my mówiliśmy? A, już wiem. O mym miejscu urodzenia. Przyszedłem na świat
dnia 31 maja 1640 roku w Białym Kamieniu4.
- Jest wasza wysokość z pochodzenia Polakiem?
- Czy ja wiem? A jak będzie lepiej?
- Noooo. Lepiej gdy król będzie Polakiem. Skoro król Polski. No tak się
nam wydaje.
- No to napisz, żem Polak.
- Zaraz, zaraz. A to nie jest prawda?
- Może nie do końca. W rzeczywistości płynie we mnie ruska krew. Do
tego mołdawska i węgierska.
- Jednym słowem, Polak z krwi i kości! - Stanisław zaczął rechotać,
będąc wyraźnie rozbawiony z tego, co sam powiedział.
- Pisz, żem Polak! Nikt tego za kilkadziesiąt czy nawet kilkaset lat
nie sprawdzi!
- Ale królu... Tak nie wypada! Król powinien świecić przykładem.
- I świecę. Jak to mawiają Polacy, "kto kombinuje, ten żyje!". No już,
już. Maczaj pióro w kałamarzu i pisz. Polak!
- Panie. Ale to będzie wierutne kłamstwo!
- A wy, niby sarmaci, to co macie wspólnego z tymi prawdziwymi
Sarmatami sprzed wieków? Nic! Albo rozmawiamy szczerze, albo
nieszczerze. Jak wolicie? Mam rozpowiadać o tym, ile polska szlachta ma
wspólnego z Sarmatami?!
- Szczerze? To panie chyba lepiej skupmy się na waszej wysokości. Przy
całej naszej skromności, chcemy jedynie przypomnieć, że to ma być księga
nie o polskiej szlachcie, a o waszej wysokości.
- No dobrze, już dobrze. Narodziny mamy odhaczone. Teraz jeszcze
zapytajcie o mą wybitność i mamy to zrobione, mogę iść odpoczywać i coś
zjeść.
- Coś zjeść? Jaśnie panie, przecież jeszcze nie dokończyłeś tej zupy! -
trzeźwo zauważył nietrzeźwy Stanisław.
- Milcz, niepoczciwy szlachcicu! Tylko król jeden wie, kiedy jego
kiszki grają marsza. I komu jak komu, ale mi korona z głowy nie spadnie,
jeśli zaraz sobie jeszcze co nieco podjem! Muszę dbać o swą masę, a właściwie - wielkość. To dla dobra państwa, ogółu i szczegółu. Jednym
słowem, wszystko w trosce o dobro narodu, Białogrodu, korowodu, epizodu,
wschodu i chłodu!
- Słucham?!
- Milcz, chłopie, i podziwiaj, jak twój władca zgrabnie włada słowem.
To jest sztuka, której nigdy nie będzie ci dane posiąść!
- Zgadzam się, wasza wysokość, choć muszę przyznać, że powoli honor nie
daje mi spokoju, bowiem król zdaje się nas traktować nie jak szlachtę, a jak co najwyżej jakichś pachołków.
Po tych słowach władca zauważył, jak bardzo uszy szlachcica Zygmunta
płonęły. Ich czerwona barwa była co najmniej tak intensywna jak tło dla
Orła Białego na państwowej chorągwi. Władca zachował spokój. Zamiast
reagować na zaczepkę, w myśl zasady "najlepszą obroną jest atak",
stwierdził:
- Skoro już wywlekliście temat pochodzenia Sarmatów i ich związków z polską szlachtą, to przystaję na to, by o tym pomówić.
- My niczego takiego nie wywlekaliśmy! - oponowali na dwa głosy obaj
szlachcice.
- Ja wiem swoje.
- Co, panie? - zapytał Stanisław.
- Prawda jest taka, że Sarmaci nie mają nic wspólnego z polską
szlachtą. To bujda na resorach. Tak samo wiarygodna, jak te wszystkie
bajki o tym, że Polacy będą kiedyś przyjaciółmi z Niemcami. To nie może
się udać. Tak samo powiązania związków Sarmatów z polską szlachtą można
włożyć sobie między bajki.
- Wasza wysokość... To ma być księga o władcy, nie o nas.
- A co, boicie się pomówić o waszych bajeczkach?! Niech kolejne
pokolenia wiedzą, jaka była prawda!
- Ja cię szanuję, Michał! Znaczy się, najjaśniejszy panie! - szlachcic
Stanisław znów miał przebłysk trzeźwości.
- Skoro mnie szanujesz, to niech twój serdeczny kolega, szlachcic
Zygmunt z Krakowa, opowie o Sarmatach.
- Panie... - Zygmunt zaczął nerwowo szukać wyjścia z tej kłopotliwej
sytuacji. - Pomówmy wpierw o panu! Niech przyszłe pokolenia wiedzą,
jakim pan był władcą.
- Proszę bardzo!
- Niech władca udowodni swą wybitność. Prosimy o wymienienie swoich
największych dokonań!
Michał Korybut Wiśniowiecki zdawał się być zbity z pantałyku. Choć robił
wiele, by ukryć to pod swą rozdmuchaną peruką.
- Bez najmniejszego kłopotu. Ile chcecie tych osiągnięć? Sto,
dwieście, trzysta?
- Trzy wystarczą.
- Co? Tak mało?!
- W rzeczy samej królu!
- No wiecie wy co... Wiecie wy... Wiecie wy co. Nie będę was zanudzał. Już
samo to, że jestem władcą, to wielkie osiągnięcie. Choć to akurat
sprawka mego ojca...
- A co z tymi trzema osiągnięciami?
- No wymieniłem. Co?! Nie słuchaliście mnie i nie usłyszeliście?! No
wiecie, wy co! To jest skandal!
- Ale królu...
- Żadne "ale"! Jak będziesz w moim wieku, to pogadamy. Ja jestem
rocznik 1640, a wy?
- Stanisław - 1633, ja - 1638. Z tego wynika, żeśmy nieco starsi od
władcy.
- No tak, no tak. Czyli już w moim wieku byliście! No nieważne. W każdym razie żeście sobie ubzdurali, że jesteście z pochodzenia
Sarmatami, wy, polska szlachta. Zgadza się to?
- No, bo jesteśmy.
- A skąd takie wnioski?
- No bo tak powiadali nam ojcowie, tak pisali i piszą w księgach, które
aprobuje nasz Kościół święty.
- Panowie. Ustalmy jedno. Polscy szlachcice nie mają nic wspólnego z Sarmatami.
- Jaśnie panie, nie czepiajmy się szczegółów!
- Polska szlachta przykleiła się do Sarmatów, czyli plemienia z Azji.
Ale żadnych związków przecież z nimi nie macie...
- Ale wasza wysokość! To tylko detale!
- Ale taka jest prawda. Polska szlachta wymyśliła sobie sarmackie
korzenie, by wytworzyć wokół siebie mit. Chcieliście być lepsi od innych
nacji. I tak powstał "mit założycielski". O Lechu, legendarnym
założycielu państwa Polan. To właśnie on miał "ucywilizować" Sarmatów, a później stąd wzięła się polska szlachta. Sami sarmaci, według tych
legend, byli walecznym ludem. A Polacy dzięki temu mają być narodem
lepszym od innych. Bądźmy szczerzy, przecież to wszystko wymysły.
- Panie! Dobrze wiesz, że polska szlachta chciała znaleźć swoją
tożsamość w przeszłości. W Biblii nic nie napisano o Polakach. Trzeba
więc było się ratować innymi źródłami. Polska szlachta uwierzyła w sarmackie korzenie. I tego nikt nam nie zabroni.
- Mości panie Zygmuncie. Dobrze wiecie, że ta ideologia jest jedną
wielką groteską. Bajki, bajki i jeszcze raz bajki. Przecież Sarmaci to
nic innego jak koczownicze plemiona. A wy wmawiacie sobie, że są
starożytnymi przodkami polskiej szlachty.
- Panie! Sarmaci nad wszystko kochali wolność. Tak samo jak polska
szlachta.
- Co z tego, skoro żadna z kronik nie pisze o Polakach i ich
kontaktach z Sarmatami. Wskażcie mi choć jednego kronikarza, który by
rozpisywał się o was i Sarmatach. No, proszę!
- Wasza wysokość! Każdy wierzy w to, co chce. My tam wierzymy, że
jesteśmy wybitni. I to nas z królem łączy! Jesteśmy wyjątkowi. Wybitni.
Naród polski jest ponad inne narody. A wasza wysokość stoi na czele tych
wybitnych jednostek. Wasza wysokość jako wybitny przywódca.
- No... Z tym stwierdzeniem o wybitnym przywódcy trudno się nie zgodzić!
Akurat tutaj macie rację. I do tego nie są potrzebni żadni kronikarze.
Ale przyznajcie, że kronikarze nie pisali o korzeniach polskiej szlachty
i ich powiązaniach z Sarmatami...
- Oj tam, oj tam. Panie pewnie to byli niedouczeni ludzie. Jak można
wierzyć kronikarzowi, który tak się wstydził tego, co pisze, że nie
ujawnił swego imienia i nazwiska i nazwał się Gallem Anonimem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki