Sprawa Clemenceau - Aleksander Dumas (syn)

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

IV

Zakład był ogromny, taki, jakiego wymagało pomieszczenie prawie dwustu pięćdziesięciu pensyonarzy. Dzielił się na dwie części: na szkołę niższą i wyższą. Pierwsza obejmowała uczniów od klas najniższych aż do piątej włącznie; druga od klasy czwartej aż do retoryki, filozofii, matematyki specyalnej, wreszcie nauki wyzwolone. Obie szkoły mieściły się każda w oddzielnym budynku, które przedzielone gęstą balustradą nie miały z sobą żadnej styczności pozornej. Miały nawet dwa wyjścia na dwie równolegle ulice. W wyższym oddziale, kilku najzdolniejszych uczniów skupionych przy boku p. Fremin, tworzyło punkt zbiorny pilnej działalności, szlachetnej emulacyi i świetnych rezultatów, utrzymujących zakład na zaszczytnem stanowisku dawnych dobrych czasów. P. Fremin oddawał się całkowicie temu wybranemu kółku, na podwładnych profesorów zdając tę resztę, którą zdaniem jego zajmować się nie było warto; a która w rękach jego wspólnika, aferzysty wyłącznie, przedstawiała zyskowną stronę interesu. To, co się działo pomiędzy tymi drugimi, przechodzi wszelkie pojęcie. Złe książki, popisywanie się z bezbożnością i występkiem, wywołane może zbytniemi wymaganiami nowoczesnego klerykalizmu, bezczynność i zniewieściałość, przedwczesna rozpusta, wszystkie te występki były na porządku dziennym w owej anarchicznej rzeczypospolitej. W godzinach rekreacyjnych malcy zaglądali ciekawie po przez balustradę dzielącą ich od młodzieńców, na tych bohaterów skandalu, powtarzającego się niemal codziennie, odgłos którego aż do ich uszu dobiegał niekiedy. I malcy pokazywali ich sobie prawie z uwielbieniem. Panicze owi, pyszni taką sławą, występowali pełni zasłużonej dumy przed olśnionemi oczyma dziecięcego tłumu, mizdrząc się, skubiąc cienkie wąsiki, przybierając pozy zdolne najzgubniej podziałać na wyobraźnie tak młode i słabe. Tak więc zło rozszerzało się stopniowo i z biegiem czasu najniewinniejsi nawet mieli paść jego ofiarą. Że mnie nie dosięgło, zawdzięczam to jedynie wyjątkowemu położeniu, którego nie błogosławić nie mogę, ono to bowiem uchroniło mię od zepsucia, które stokroć gorszem nieszczęściem stałoby się dla mnie. P. Fremin zaprowadził mię, jak to już powiedziałem, do grona nowych moich towarzyszy, i tam mię zostawił, poleciwszy wprzód wyłącznej opiece profesora, którego zapytałem zaraz, czy syn pani d'Anglepierre już przybył do zakładu, odpowiedział mi że nie, i że prawdopodobnie jutro dopiero przybędzie. Usiadłem więc z boku na ławce i czekałem. Łatwo zgadnąć jakim wzrokiem patrzyłem na wielkie podwoje zawarte tak nagle pomiędzy mną a matką moją, Biedna droga mateczka! ścigałem ją myślą jak szła przez ulicę; widziałem jak chustką zakrywając oczy, by przechodnie łez jej nie widzieli, wbiegała do mieszkania; gdzie oddawszy się na chwilę gwałtownemu wzruszeniu, niebawem, z męztwem którego tylekrotnie dawała dowody, ocierała oczy, i wracając do codziennej pracy, odpowiadała przyjaźnie na liczne pytania od których dziewczęta podręczne wstrzymać się zapewne nie umiała. Wszystkie tak dobrze znane przedmioty przesuwały mi się przed oczami, niby starzy przyjaciele, uczułem się blizkim płaczu; ale łez mych pokazać nie chciałem. Wtedy począłem rozglądać się dokoła, by się nałożyć do nowego trybu życia. Malcy jedni wrócili, drudzy obeznali się już byli ze zwyczajami przyjętemi w szkole. Przechadzali się po kilku razem, grali w piłkę, skakali przez sznurek, pokazywali sobie wzajemnie podarki otrzymane w domu, opowiadali o zajęciach sześciu ubiegłych tygodni, śmiali się, darzyli wzajem łakociami. I ja również miałem w koszyku mój szczupły zapas zabawek i łakoci. Chciałbym był wydobyć jedne i podzielić się drugie mi. Nie śmiałem! Do kogo tu się zwrócić w takiej wrzawie? Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Gdyby drzwi były otwarte, byłbym uciekł niechybnie. Bo i po co tu być miałem? Czułem się tak szczęśliwym godzinę jeszcze temu! Czegóż się tu nauczę, co by o matce zapomnieć mi dało? Boleść byłaby mię już zmogła niewątpliwie, gdy jeden z chłopców, który wszystkich kolegów zaczepiał po kolei, stanął przedemną przyglądając mi się w milczeniu. Z zawadyacko rozstawionemi nogami, z rękami w kieszeniach, częstym i pełnym wdzięku ruchem odrzucał w tył długie, gęste, jedwabiste włosy jasnego blond koloru, opadające mu wciąż na czoło. Wpatrywałem się w niego jak on we mnie, a zresztą twarz tego dziecka wydała mi się dość zajmującą. Bardzo blady, bladością kredową, oczy miał jasno-niebieskie, koloru chińskiej porcelany, o brwiach i rzęsach kasztanowatych. Te oczy ruchliwe, zdające się wiecznie gonić za jakąś nową myślą podkrążone były obwódką perłową, którą każde poruszenie oka wprawiało w leciuchne drżenie, nakształt owych błysków bez huku i gromu co to na chwilę rozdzierają obłoki wśród lata. Usta ładnie wykrojone, jakkolwiek wargi miały barwę chorobliwą, choć je nieustannie aż do krwi przygryzał, i zęby drobne jak u kota, nos prosty, o nozdrzach podniesionych nieco, składały się na tę iście kobiecą twarzyczkę. Od czasu do czasu wyjmował rękę z kieszeni i gryzł paznokcie. A szkoda, gdyż ręce miał białe, miękkie, jakby bez kości, i nigdy nie zdarzyło mi się widzieć rąk równie pięknych u takiego dziecka - chłopczyka. - Co ty tam robisz? rzekł do mnie głosem lekko przytłumionym przerywanym nerwowem chrząkaniem. - Nic. - Jesteś nowicyusz? - Tak, a ty? - Ja jestem dawny. Zkąd jesteś? - Z Paryża. A ty? - Ja, jestem z Charleston'u. - Gdzie to jest? - W Ameryce. Jak się nazywasz? - Piotr Clemenceau. A ty? - Andrzej Minati. Co twój ojciec robił? - Nie mam ojca. - Umarł? Nic nie odpowiedziałem; milczenie musiał wziąć za odpowiedź twierdzącą. - A twoja matka co robi? - Jest szwaczką. - Szwaczką? Szyje koszule? - I różne inne rzeczy, - odrzekłem z całą naiwnością. - A twoja? - Moja nic nie robi. Moja jest bogata, i mój ojciec także. Podróżuje sobie. - Ile masz lat? - Dwanaście. A ty? - Dziesięć. - W której jesteś klasie? - W klasie tego pana, co tam chodzi. - I ja także. - A przecież jesteś starszy odemnie. - Ale mi trudniej, bom cudzoziemiec. Co ty tam masz w koszyku? - Ciastka. Chcesz spróbować? - Sprobójmy tych ciastek. Otworzyłem koszyk trzymając go na kolanach; Andrzej zanurzył rękę, wydobył ją następnie pełną ciastek, które począł zajadać łapczywie. - A to dobre, te twoje ciastka; czemuż nie jesz? - Nie jestem głodny. - To i cóż? I ponowiwszy szturm do koszyka, wypróżnił prędko cały mój zapasik. - Nic więcej nie masz? - Nic. - Bywaj zdrów. Wydajesz mi się trochę głupi. I wykręcając się na piętach, zostawił mię odurzonego takim wstępem, następnie rozpędziwszy się pobiegł do innego dziecka, które stało odwrócone od niego plecami, wpadł na nie bez poprzedniego ostrzeżenia, i w jednej chwili obaj leżeli na piasku; Andrzej tylko nie poniósł najmniejszego szwanku. Co chwila rozpoczynał nowy żart tego rodzaju, starannie wybierając dzieci młodsze i słabsze od siebie. Dozorujący nauczyciel nie widział nic, a przynajmniej zdawał się nie widzieć. Przechadzał on się wzdłuż i wszerz krokiem mierzonym, z rękami w tył, i rozmyślał. Nad czem? Zapewne nad swym ciężkim losem, któremu wakacye ulżyły na chwilę, a który znowu zamykał na nim żelazne okowy.

III

Nazajutrz o siódmej rano, byłem w gabinecie zawiadowcy zakładu, którego opiece matka polecała mię poraz setny może; "Nie odstępowała mię nigdy; potrzebowałem największej względności; łagodnością wszystko ze mną zrobić było można; gdybym zachorował, w tejże chwili należało posłać po nią; zresztą, nie mieszkała daleko, będzie więc przychodzić z początku codziennie, w godzinach rekreacyi, i t. d, i t, d." Dzwonek się ozwał, uściskała mię poraź ostatni i zostałem sam. Jak prawie każdy mężczyzna, i pan również musiałeś mieć taką chwilę w dzieciństwie swojem. Wiesz co ona mieści. P. Fremin rzekł do mnie tonem pełnym ojcowskiej czułości, nawykły łagodzić to pierwsze cierpienie, którego tak często był świadkiem. - Pójdź mój przyjacielu. I zaprowadził mię do grona nowych towarzyszy. Oddając mię na pensyę nie zaś do szkoły, co byłoby nie równie łatwiejszem i mniej kosztownem matka użyła tu jednego z tych półśrodków, do których się serce pomyślne ucieka by złagodzić cios którego uniknąć nie podobna. Zresztą zakład ten położony w najzdrowszej części miasta, w sąsiedztwie ogrodów Tiwoli przedstawiał wszelkie możliwe korzyści, pod względem wychowawczym i higienicznym. Był to w samej rzeczy aczkolwiek niesłusznie, jeden z najbardziej renomowanych zakładów Paryża. Mieścił też około trzystu wychowańców, należących przeważnie do najwyższych sfer finansowych, handlowych, albo arystokracyi świeżo kreowanej. Matka moja jak wszyscy doznający sami braku wykształcenia pragnęła bym ja je posiadł w całej rozciągłości możliwej. Sądziła więc że dobrze postąpi udając się do jednej z najbogatszych swych klientek, mającej syna w równym ze mną wieku, i zapytała ją, tłómacząc się dla czego to czyni, w jakim zakładzie ta umieściła swojego syna. Ta prosta na pozór okoliczność miała sprowadzić pierwsze bolesne ciosy mego życia. Wielka pani uczuła się dotkniętą tem, że jedna z jej liwerentek śmiała chcieć uczynić swego syna, a do tego dziecko nieprawe, towarzyszem i kolegą jej syna, hrabiątka z czasów Restauracyi. Matka nie domyślała się niczego. Wyłuszczając swe zamiary pani d'Anglepierre, z całą naiwnością dodała: - Byłabym niezmiernie szczęśliwą, gdyby mój syn kolegował z synem pani. Byłaś pani zawsze tak dla mnie życzliwą, iż nie wątpię że p. Ferdynand również się dobrm dla Piotra okaże. Biedne drogie dziecko; nie oddalało się nigdy odemnie, potrzebuje więc bardzo życzliwości i przyjaźni. Matka moja nie miała w sobie ani zbytniej dumy, ani tej uniżoności. Powyższe słowa wypowiedziała poprostu do swojej kundmanki, pokazując jej hafty żądane i tuląc mą głowę do swych kolana. Zresztą każda matka rozmawiająca o dzieciach, z drugą matką uważa się za równą jej zupełnie. Miłość macierzyńska powinna zdaje się, chwilowo przynajmniej równać wszystkie kobiece stany, gdy nie ma przecież, odpowiednio do różnych stopni społecznych, różnych rodzajów poczęcia i ukochania dziecka. Tu to przedewszystkiem niezbłagane prawa przyrody wyraźnie obalają hierarchie społeczne, czyniąc wszystkie rodzicielki podległemi tym samym przyczynom, tym samym obawom, i obowiązkom tym samym. Pani owa wszakże inaczej myślała. Wróciwszy do domu, opowiedziała zapewne w obecności syna wszystko czego się przed chwilą dowiedziała, z dodaniem własnych wniosków i uwag, które niebawem ciężko na mnie odbić się miały.

I

Pochodzę z mniej niż nieznanej rodziny. Słowo rodzina wymaga niejakiego objaśnienia. Moją rodzinę stanowiła matka. Mam wszystko od niej: urodzenie, wychowanie, nazwisko, dotąd bowiem nie znam jeszcze mego ojca. Jeżeli żyje, dowie się z dzienników, jak wszyscy, o mojem aresztowaniu, i ucieszy się zapewne, że nie dał swego nazwiska dziecku, któreby go kiedyś zmusiło zasiąść na ławach sądu kryminalnego, przypuściwszy naturalnie że los mój nie byłby odmiennym, gdyby on się zajmować nim raczył. Aż do dziesiątego roku życia chodziłem dość przykładnie do szkółki, utrzymywanej przez niejakiego starowinę, a mieszczącej się w domu przytykającym do naszego, na dole. Tam się nauczyłem czytania, pisania, nieco arytmetyki historji świętej i katechizmu. Z nadejściem dziesiątego roku matka postanowiła oddać mię na pensję ze wszystkiem, wyżej ceniąc przyszłą korzyść moją nad swoje szczęście obecne; boć rozłąka ze mną musiała być straszną dla kobiety, co mnie jednego miała kochać na świecie. - Nie masz ojca, - rzekła do mnie w owym czasie; - nie znaczy to przecież by twój ojciec umarł; to znaczy tylko, że nie jeden pogardzać tobą będzie, lżyć cię za nieszczęście któreby raczę budzić współczucie i wywoływać opiekę powinno to znaczy jeszcze, ie możesz liczyć jedynie na siebie i na mnie, która, nieszczęściem, nie będę mogła zawsze pracować; to znaczy, nareszcie, że jakiekolwiekbyś mi kiedy sprawił zmartwienie przebaczyć ci je muszę. Nie korzystajże z tego zbytecznie. Oto już przeszło lat dwadzieścia jakem usłyszał słowa, a stają dziś przedemną tak jasno i wyraźnie, jak gdyby wczoraj były wyrzeczone. Jakże straszną jest władza pamięci! Za jakąż winę Bóg chciał ukarać człowieka, obdarzając go złowrogim takim darem? Są błogie wspomnienia, powiecie. Tak, dopóki szczęście jest z nami; lecz za pierwszą żałobą lub pierwszą zgryzotą wszystkie owe wspomnienia pierzchają, i jeżeli je gonić zapragniemy, zwracają się przeciwko nam, godząc w serce samo. Nie podobna mi było, dziesięcioletniemu dziecku wniknąć we właściwe znaczenie słów matki instynktownie wszakże dojrzałem w nich boleść dla niej i obowiązek dla siebie. Uścisnąłem ją, to pierwsza odpowiedź dzieci, skoro są wzruszone; potem z oddźwiękiem nagłego postanowienia i ze stałością nad wiek. - Bądź spokojna mamo, - powiedziałem, - będę pracował pilnie, a gdy dorosnę, obaczysz jak cię uczynię szczęśliwą. Matka otworzyła było maleńki skład bielizny i haftów na rogu ulicy tle la Grange-Botehere na drugiem piętrze, wprost merostwa, Pierwsza robotnica sławnej Karohny, z koleji zdobyła się na własną pracownię, a jej gust, punktualność, obejście ujnujące, ściągnęły do niej nieliczną, lecz wyborową klientelę. Jeszcze zda się widzę skromne nasze a tak czyste mieszkanko, starą służącą, od świtu zajętą czyszczeniem i z którą, pod pozorem pomocy w tem zajęciu rannem, biegłem swawolić, ledwie ze snu otworzywszy oczy; nasze niewykwintne obiady, podczas których matka wiodła rozmowę z tąż sługą staruszką, zwyczaj powszechny w małomieszczańskiej sferze; sąsiadów, spotykanych na schodach gdy szedłem do szkoły, a których mój szczebiot zajmował i bawił, wreszcie długie wieczory i dwie czy trzy robotnice, młode, wesołe śmieszki którym matka rozdzielała robotę, przygotowawszy ją uprzednio sama. Dziewczęta owe psuły mię jak mogły. Moje położenie jako nieprawego dziecka było zapewne jedną więcej przyczyną, że mię tak kochały. Kobiety z tej klasy zbyt często są narażane na podobne wypadki i podobne cierpienia by nie szanować ich w drugich i wespół z niemi czuć nie miały. Podczas ostatnich wieczorów, poprzedzających oddanie mię na pensyę, wysilały się by mię zabawić i dać mi zapomnieć o blizkiem wygnaniu; pomimo bowiem silne postanowienie odwagi, wiek odzyskiwał swe prawa, i nie bez strachu myślałem o owej chwili. Wreszcie w wigilję dnia pamiętnego; - 1-go października 18! - po obiedzie, matkę rzekła do mnie: - Idźmy pokończyć sprawunki. Poprowadziła mię najprzód do jednego z małych sklepików na bulwarze Ś-go Marcina, i tam, biedna droga istota! kupiła mi nakrycie i kubeczek srebrny, z całą dobrocią, pozwalając mi nawet wybierać samemu. Wybrałem najskromniejsze, myśląc, że najmniej kosztować będą. Uściskała mię z wylaniem; serce tak łatwo domyśla się wszystkiego! Wracaliśmy następnie przez bulwary, a że lubiłem bardzo rysować kolorami (była to moja najulubińsza rozrywka, podczas gdy ona szyła w długie zimowe wieczory) matka kupiła mi pudełko farb, następnie czyżyka, sznurek do skakania, i czego tam nie było! różne drobne zabawki dziecięce mające się przyczynić do złagodzenia jutrzejszej boleści, zajmując młodociany mój umysł ulubionemi rozrywkami. Skorośmy wrócili do domu, było już późno, robotnice odeszły. Lampa o przyćmionym płomyku, oczekiwała nas na dużym krawieckim stole. Cała moja drobna wyprawka, zupełnie już gotowa, leżała starannie złożona. Każdy z tych przedmiotów przedstawiał pewną kwotę pieniężną zdobytą z niezmiernym trudem, długie czuwanie w noc późną, niekiedy do rana. Mężczyzna, który sprawia, że uboga dziewczyna zostaje matką, i który skazuje tę kobietę na utrzymywanie dziecka własną pracą, czyli wie, zaprawdę, co on czyni? Matka usiadła, wzięła mię w ramiona, ja złożyłem głowę na jej piersi, i z godzinę tak może przesiedzieliśmy w milczeniu, ona zadumana o przeszłości baz wątpienia, ja nie myślący o niczem, oddany jedynie poczuciu błogości obecnej. - Chcesz być grzeczną, mateczko? - zapytałem, gdy przyszła pora udania się na spoczynek, pozwól mi dzisiaj spać z tobą. Byłem niezmiernie wątły w niemowlęctwie mojem. Matka, która karmiła mię sama, kładła mię zawsze przy sobie. Zwyczaj ten przeciągnął się dla mnie aż do lat sześciu. Następnie stawało się to rodzajem nagrody, jeślim bywał wyjątkowo grzeczny, lub wynagrodzenia, skoro mi rozrywkę jaką obiecano, a której następnie dla braku pieniędzy lub czasu odmówić mi było potrzeba. Wtedy wypraszałem u matki pozwolenie spania z nią razem, i za nadejściem wieczoru biegłem do pokoju sypialnego, i tam dostawszy się do jej łóżka, przewracałem się po niem, trzepocąc się jak ryba, co dopadnie wody, aż wreszcie zasypiałem tym snem głębokim, spokojnym, co niestety! dziecięctwa jest tylko udziałem. Po skończonej pracy matka ostrożnie kładła się koło mnie, i nazajutrz budziłem się w tem samem położeniu, z ustami na jej ręce, którą trzymałem w obu rękach moich. Ta to nadewszystko chwila przebudzenia była dla mnie uciechą prawdziwą; swawoliłem z nią, rozplatałem jej włosy. Śmieliśmy się oboje; ona, cisnąc mię silnie w ramionach, mówiła: - Jak ja ciebie kocham, moje drogie dziecko!