Sprawa Rachel Price - Holly Jackson

Kup ebooka

42.99 zł
30.38 zł (29,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Je­den

- Jak są­dzisz, co stało się z twoją matką?

We­dług Bel to słowo - "matka" - brzmiało źle. Było nie­na­tu­ralne, jed­nak wciąż lep­sze niż "mama". Gdy pró­bo­wała wy­po­wie­dzieć to dru­gie, za­czy­nała się nim dła­wić, co ścią­gało wzrok in­nych. Nic nie mo­gła na to po­ra­dzić. "Matka" two­rzyło przy­naj­mniej po­czu­cie dy­stansu.

- Spo­koj­nie, nie spiesz się - po­wie­dział Ram­sey.

Bel spoj­rzała na niego, uni­ka­jąc ka­mery. Li­nie nie­po­koju prze­ci­nały czarną skórę, zbie­ra­jąc się wo­kół sku­pio­nych na niej oczu.

Wie­działa, że trwało to już zbyt długo, po­winna przy­go­to­wać się do wy­wiadu pod­czas spo­tkań, które od­by­wała z Ram­seyem przez kilka ostat­nich dni. Męż­czy­zna po­dra­pał się po skroni, w miej­scu, w któ­rym ciemne krę­cone włosy zni­kały za uchem. Ram­sey Lee: pro­du­cent fil­mowy, re­ży­ser z po­łu­dnio­wego Lon­dynu, prze­le­ciał pół świata do Gor­ham w New Hamp­shire i sie­dział te­raz przed Bel.

Ram­sey od­chrząk­nął.

- Um... - za­częła Bel, wal­cząc z gulą w gar­dle. - Nie wiem.

Męż­czy­zna roz­siadł się wy­god­nie, a krze­sło pod nim za­trzesz­czało. Po jego twa­rzy prze­biegł cień roz­cza­ro­wa­nia, więc Bel wie­działa, że kiep­sko jej idzie. To mu­siała być wina ka­mery, jej obec­ność wszystko zmie­niała - w końcu za­pi­sy­wała jej od­po­wie­dzi i re­ak­cje na za­wsze. Pew­nego dnia od ty­sięcy wi­dzów bę­dzie dzie­lić ją tylko szyba. Będą ana­li­zo­wać i ko­men­to­wać jej każde słowo i za­wa­ha­nie. Będą przy­glą­dać się jej twa­rzy: ja­snej skó­rze w cie­płym od­cie­niu, za­ru­mie­nio­nym po­licz­kom, ostremu pod­bród­kowi, który uwy­dat­niał się jesz­cze bar­dziej, gdy mó­wiła, a w szcze­gól­no­ści kiedy się uśmie­chała, krót­kim wło­som w od­cie­niu mio­do­wego blondu i okrą­głym sza­ro­nie­bie­skim oczom. "Czyż ona nie wy­gląda jak Ra­chel?" - będą mó­wić zza ekranu te­le­wi­zora. Jed­nak Bel uwa­żała, że bar­dziej wdała się w ojca.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa i za­ci­snęła po­wieki, pod któ­rymi roz­pry­sły ja­sno­po­ma­rań­czowe plamy wy­wo­łane świa­tłem z so­ft­bo­xów skie­ro­wa­nych na jej twarz.

Mu­siała po pro­stu to prze­trwać, zro­bić ten do­ku­ment i nie dać po so­bie po­znać, że nie­na­wi­dzi każ­dej se­kundy w tym miej­scu. Po­gada tro­chę o Ra­chel, a po­tem jej ży­cie wróci do nor­mal­no­ści i uni­ka­nia te­matu.

Ram­sey po­trzą­snął głową, uśmie­cha­jąc się.

- Nie martw się - po­cie­szył ją. - To trudne py­ta­nie.

Nie miał ra­cji. Zresztą od­po­wiedź też nie była trudna.

Bel na­prawdę nie miała po­ję­cia, co się wy­da­rzyło. Nikt tego nie wie­dział. Wła­śnie dla­tego sprawa wzbu­dzała ta­kie za­in­te­re­so­wa­nie.

- Są­dzę, że ona...

Ktoś za ka­merą po­tknął się o ka­bel i tym sa­mym wy­rwał go ze ściany. Jedna z lamp za­mi­go­tała i zga­sła, ko­ły­sząc się chwiej­nie na jed­nej no­dze od sta­tywu.

- O cho­lera. Sorry, Rams - po­wie­dział chło­pak z ekipy, ce­lu­jąc wtyczką do kon­taktu.

Te­raz, gdy nie ra­ziło jej świa­tło, Bel po raz pierw­szy mu się przyj­rzała. Wcze­śniej, kiedy Ram­sey ich so­bie przed­sta­wiał, nie zwró­ciła na chło­paka więk­szej uwagi, była oszo­ło­miona oświe­tle­niem i ka­me­rami. Mu­siał być naj­młod­szy z czte­ro­oso­bo­wej ekipy pro­duk­cyj­nej, ale nie mógł być wiele star­szy do Bel. Moż­liwe, że to naj­dziw­niej­sza osoba, jaką Bel kie­dy­kol­wiek wi­działa. Gę­ste brą­zowe loki opa­dały na jedną stronę bla­dej kan­cia­stej twa­rzy, którą zna­czyły cie­nie. Miał na so­bie dzwony w szkocką kratę i ja­sno­fio­le­towy swe­ter z ma­łymi zie­lono-nie­bie­skimi di­no­zau­rami ma­sze­ru­ją­cymi przez klatkę pier­siową.

- Wy­bacz­cie - po­wtó­rzył, a jego ak­cent od razu zdra­dził Bel, że też po­cho­dził z Lon­dynu.

Od­chrząk­nął i pod­łą­czył lampę do prądu, a świa­tło znowu wy­peł­niło po­miesz­cze­nie i ukryło chło­paka przed wzro­kiem Bel. Dzięki Bogu, ten brzydki swe­ter bar­dzo ją roz­pra­szał.

- Mó­wi­łem ci, żeby przy­kleić wszyst­kie ka­ble do pod­łogi, Ash - wark­nął Ram­sey, uno­sząc się lekko, by spoj­rzeć na niego znad so­ft­boxa.

- Tak zro­bi­łem z więk­szo­ścią... - Głos Asha do­biegł ich zza ściany świa­tła. - Ale ta­śma się skoń­czyła.

- Na gó­rze mamy jesz­cze ja­kieś pięć­dzie­siąt ty­sięcy ro­lek.

- Pięć­dzie­siąt ty­sięcy i jedną. - Tym ra­zem ode­zwała się ko­bieta sto­jąca obok mi­kro­fonu: umiesz­czo­nej na sta­ty­wie dłu­giej tyczki z pu­szy­stą szarą główką uno­szącą się nad Bel i Ram­seyem, tuż nad ka­drem.

To Saba, tak zwra­cał się do niej Ram­sey, kiedy przed­sta­wił ją Bel jako dźwię­kow­czy­nię. Miała ogromne słu­chawki, które przy­ćmie­wały jej twarz i spra­wiały, że skóra na po­licz­kach dziw­nie się marsz­czyła.

- Prze­pra­szam. - To po­now­nie głos Asha. - Zajmę się tym póź­niej.

- W po­rządku - od­po­wie­dział Ram­sey, a jego twarz zła­god­niała na mo­ment. Po chwili zwró­cił się do męż­czy­zny sto­ją­cego za po­kaź­nych roz­mia­rów ka­merą. - Ja­mes, dla­czego na­gry­wasz Asha?

- My­śla­łem, że ro­bimy do­ku­ment w stylu "kina prawdy" i chcesz mieć na ta­śmie wszystko.

- Nie, nie chcę tego. Po­wtórzmy uję­cie. Tym ra­zem pa­trz­cie pod nogi.

Ram­sey po­słał prze­pra­sza­jący uśmiech w stronę Bel. Dziew­czyna sie­działa na plu­szo­wej ka­na­pie z ozdob­nymi po­dusz­kami.

- Ash to brat mo­jej żony - po­wie­dział, jakby Bel na­le­żało się ja­kieś wy­ja­śnie­nie. - Znam go, od­kąd miał je­de­na­ście lat. To jego pierw­sza praca. Prawda, Ash, mój asy­sten­cie?

Ash: asy­stent ope­ra­tora ka­mery. Saba: dźwię­kow­czyni. Ja­mes: ope­ra­tor ka­mery. To mu­siało być miłe - mieć słowa, które stoją za imie­niem, a w do­datku móc sa­memu je wy­brać. W przy­padku Bel było ina­czej: To jest An­na­bel. Córka Ra­chel Price. Dru­gie zda­nie za­zwy­czaj do­da­wano zna­czą­cym szep­tem. Cho­ciaż Ra­chel znik­nęła, wszystko ist­niało tylko w od­nie­sie­niu do niej. Gor­ham nie było już tym sa­mym miej­scem - te­raz to mia­sto, w któ­rym żyła Ra­chel Price. Dom pod nu­me­rem trzy­dzie­ści trzy na Mil­ton Street nie był już do­mem Bel, tylko miej­scem za­miesz­ka­nia Ra­chel Price. Tata Bel, Char­lie Price, był mę­żem Ra­chel Price, cho­ciaż to było jego na­zwi­sko.

- Pa­mię­taj o klap­sie, Ash - przy­po­mniał chło­pa­kowi Ram­sey.

- Och. - Ash wy­ło­nił się zza świa­teł, trzy­ma­jąc w dło­niach czarno-biały klaps fil­mowy, na któ­rym umiesz­czono na­zwę do­ku­mentu: Za­gi­nię­cie Ra­chel Price. Po­ni­żej wid­niał od­ręczny do­pi­sek: Wy­wiad z Bel.

Dziew­czyna była za­sko­czona, że ktoś nie na­pi­sał po pro­stu: Wy­wiad z córką Ra­chel Price.

Ash sta­nął przed ka­merą, a rąbki jego dzwo­nów za­sze­le­ściły gło­śno.

- Uję­cie szó­ste - po­wie­dział, po czym z gło­śnym trza­skiem ude­rzył górną czę­ścią klapsa o dolną i szyb­kim kro­kiem wy­co­fał się z planu.

- Za­cznijmy od nowa. - Ram­sey wy­do­był z sie­bie gło­śne wes­tchnię­cie. Sie­dzieli tu od wielu go­dzin, co wy­raź­nie od­bi­jało się na jego twa­rzy. - Twoja mama jest uzna­wana za za­gi­nioną już od po­nad szes­na­stu lat. Przez cały ten czas ni­g­dzie nie było po niej śladu. Nie ko­rzy­stała z banku, nie kon­tak­to­wała się z ro­dziną, a po­mimo in­ten­syw­nych po­szu­ki­wań ni­gdy nie od­na­le­ziono jej ciała. Oczy­wi­ście do­cho­dziły nas wie­ści, że wi­dziano ją w róż­nych miej­scach. In­ter­nauci twier­dzili, że po­ja­wiła się w Pa­ryżu, inni po­dobno na­tknęli się na nią w Bra­zy­lii. A kilka mie­sięcy temu nie­da­leko stąd, w North Con­way. Ale oczy­wi­ście to wszystko nie­po­twier­dzone do­nie­sie­nia. Twoja mama znik­nęła bez śladu trzy­na­stego lu­tego dwa ty­siące ósmego roku. Jak są­dzisz, co się z nią stało?

Je­śli Bel po­now­nie po­wie "nie wiem", ni­gdy stąd nie wyj­dzie.

- Tak jak dla reszty świata, dla mnie to rów­nież ta­jem­nica - za­częła, a po bły­sku w oczach Ram­seya wie­działa, że tym ra­zem le­piej się spi­sała. Do­brze, tak trzy­maj. - Wiem, że lu­dzie mają różne teo­rie. Je­śli mia­ła­bym wy­brać jedną z nich... - Ram­sey za­chę­ca­jąco po­ki­wał głową. - My­ślę, że pró­bo­wała odejść i jej się to udało. Po­tem może pa­dła ofiarą przy­pad­ko­wej zbrodni, tak na­zywa to prasa. Moż­liwe rów­nież, że zgu­biła się gdzieś w Gó­rach Bia­łych i umarła, przy­gnie­ciona śnie­giem, a zwie­rzęta zja­dały to, co po niej zo­stało. Wła­śnie dla­tego ni­gdy jej nie od­na­le­ziono.

Ram­sey po­chy­lił się do przodu, pod­pie­ra­jąc brodę na pal­cach w za­my­śle­niu.

- Więc... Bel, we­dług cie­bie twoja matka naj­praw­do­po­dob­niej nie żyje?

Dziew­czyna ski­nęła głową, wpa­tru­jąc się w sto­lik przed sobą. Szklana bu­telka była tylko czę­ścią sce­no­gra­fii, woda nie słu­żyła do pi­cia. Na mar­mu­ro­wej sza­chow­nicy fi­gury cze­kały go­towe do gry. Ko­lana Bel były skie­ro­wane do środka plan­szy. Ta prze­ro­biona sala kon­fe­ren­cyjna w ho­telu Roy­alty Inn na Main Street była sceną, a bu­telka z wodą, sza­chow­nica i ozdobne po­duszki - re­kwi­zy­tami. Nic z tego nie było praw­dziwe, wszystko było czę­ścią przed­sta­wie­nia.

- Tak, uwa­żam, że nie żyje. My­ślę, że umarła tego dnia lub nie­długo po nim.

Czy na­prawdę w to wie­rzyła? I czy to miało ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Tak czy ina­czej, Ra­chel Price znik­nęła.

Ram­sey rów­nież za­czął wpa­try­wać się w sza­chow­nicę.

- Wspo­mnia­łaś, że twoja mama pró­bo­wała odejść - po­wie­dział, pod­no­sząc na nią spoj­rze­nie. - Masz na my­śli to, że chciała uciec?

Bel wzru­szyła ra­mio­nami.

- Być może.

- W ty­go­dniach po­prze­dza­ją­cych znik­nię­cie Ra­chel nie pod­jęła żad­nych pie­nię­dzy ze swo­jego konta. Je­śli pla­no­wała uciec i za­cząć nowe ży­cie, po­trze­bo­wa­łaby na to fun­du­szy. Co wię­cej, nie za­brała port­fela, w któ­rym trzy­mała do­wód oso­bi­sty, zo­sta­wiła też w domu wszyst­kie karty ban­kowe. Nie spa­ko­wała żad­nych ubrań ani rze­czy oso­bi­stych. To był mroźny dzień, a jej płaszcz zo­stał zna­le­ziony w sa­mo­cho­dzie, ra­zem z te­le­fo­nem i port­fe­lem.

"I mną", po­my­ślała.

- Co o tym są­dzisz, Bel?

Co we­dług niego miała po­wie­dzieć?

- Nie wiem. - Te dwa słowa sta­no­wiły dla niej schro­nie­nie.

Zda­wało się, że Ram­sey wy­czuł jej opór. Wy­co­fał się i po­woli wy­pro­sto­wał na krze­śle.

- Te­raz masz osiem­na­ście lat. Kiedy Ra­chel za­gi­nęła, nie skoń­czy­łaś jesz­cze dwóch. Mia­łaś do­kład­nie dwa­dzie­ścia dwa mie­siące. To, co spra­wia, że ta sprawa jest inna od reszty, to fakt, że w dzień, kiedy za­gi­nęła, by­łaś tam z nią.

- Zga­dza się - po­wie­działa, spo­dzie­wa­jąc się już na­stęp­nego py­ta­nia. Nie­ważne, ile razy je sły­szała, od­po­wiedź za­wsze była taka sama i roz­cza­ro­wy­wała ją tak samo jak in­nych.

- I nie pa­mię­tasz nic z tego dnia? Cen­trum han­dlo­wego? Sa­mo­chodu?

- Nie - od­po­wie­działa sta­now­czo. - By­łam za mała, by co­kol­wiek za­pa­mię­tać lub by po­wie­dzieć ko­mu­kol­wiek, co wi­dzia­łam.

- I to wła­śnie ta naj­bar­dziej po­krę­cona część. - Ram­sey po­chy­lił się, wy­raź­nie sta­ra­jąc się nadać sło­wom spo­kojny ton. - By­łaś zbyt mała, żeby prze­ka­zać po­li­cji, co się stało. Ale je­śli ktoś fak­tycz­nie upro­wa­dził Ra­chel z sa­mo­chodu, w któ­rym zo­sta­łaś zna­le­ziona, ozna­cza to, że mu­sia­łaś wi­dzieć sprawcę. Mo­żemy za­ło­żyć, że przez krótką chwilę zna­łaś roz­wią­za­nie tej ta­jem­nicy.

- Zga­dza się.

To fak­tycz­nie po­krę­cone, prawda?

Bel za­ci­snęła po­wieki, pod któ­rymi trzy pło­nące punkty na­ru­szyły ciem­ność w jej gło­wie. Były zbyt ja­sne i Bel zda­wało się, że wy­dzie­lają też cie­pło - a może była to tylko jej wy­obraź­nia? Ale jak w ta­kim ra­zie wy­ja­śnić to, że jej twarz te­raz pło­nęła?

- Czy czu­jesz się na si­łach, by kon­ty­nu­ować? - za­py­tał ją Ram­sey.

- Tak.

Nie miała prze­cież wy­boru. Umowa zo­stała za­warta, wszel­kie oświad­cze­nia pod­pi­sane. Ale co naj­waż­niej­sze, obie­cała to swo­jemu ta­cie. Dla jego do­bra mo­gła być miła, mó­wić "tak", "nie" i "prze­pra­szam" w od­po­wied­nich mo­men­tach.

- I na­prawdę nie masz żad­nych wspo­mnień z tego dnia?

- Nie.

I gdy na­stęp­nym ra­zem za­pyta, też nie bę­dzie ich miała. Nie pa­mię­tała tego, co się stało, a je­dy­nie to, czego do­wie­działa się póź­niej, kiedy była już na tyle duża, by zro­zu­mieć. Nie­za­leż­nie od tego, jak do tego do­szło, zo­stała po­rzu­cona na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu.

- To jedna z naj­czę­ściej oma­wia­nych spraw w pod­ca­stach i so­cial me­diach po­świę­co­nych te­ma­tyce true crime, od szes­na­stu lat trwa w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. - Oczy pro­du­centa błysz­czały. - Imię Ra­chel Price jest nie­mal sy­no­ni­mem ta­jem­nicy. Jej za­gi­nię­cie jest ni­czym za­gadka, a chęć jej roz­wią­za­nia leży w ludz­kiej na­tu­rze, zgo­dzisz się ze mną?

Miała na to od­po­wie­dzieć?

Za późno.

- Ta sprawa jest tak in­try­gu­jąca - kon­ty­nu­ował Ram­sey - po­nie­waż Ra­chel znik­nęła tego dnia dwa razy. Mo­żesz nam po­wie­dzieć, co wy­da­rzyło się tego po­po­łu­dnia o czter­na­stej? Do­kąd uda­ły­ście się z mamą?

- Mam opo­wie­dzieć jesz­cze raz?

- Tak, pro­szę, do ka­mery - od­parł, co uwol­niło Bel od po­czu­cia winy i prze­nio­sło ją na ka­merę, któ­rej prze­cież było wszystko jedno. Ram­sey wy­da­wał się taki miły, ale te­raz za­le­żało mu na tym, żeby wła­śnie tak o nim my­ślała, prawda?

Bel od­chrząk­nęła.

- Tego po­po­łu­dnia by­łam w sa­mo­cho­dzie z Ra­chel. Za­wio­zła nas do cen­trum han­dlo­wego White Mo­un­ta­ins, które znaj­duje się w Ber­lin, ja­kieś dzie­sięć mi­nut drogi od Gor­ham. Ka­mery za­re­je­stro­wały nas, kiedy wcho­dzi­ły­śmy do środka. Ra­chel nio­sła mnie na rę­kach.

- Dla­czego tam po­je­cha­ły­ście?

- Opo­wia­dano mi, że czę­sto mnie tam za­bie­rała, kiedy miała wolne - od­parła Bel. - Wcze­śniej Ra­chel pra­co­wała w tam­tej­szej ka­wiarni, cza­sem wpa­dała od­wie­dzić sta­rych zna­jo­mych i na­pić się kawy. Nic nad­zwy­czaj­nego. To miej­sce na­zy­wało się Mo­ose Mo­use Cof­fe­eho­use.

Oczy­wi­ście Bel nie pa­mię­tała tego wszyst­kiego, po­ka­zano jej na­gra­nia z ka­mer, które uwiecz­niły ko­bietę żywą po raz ostatni. Ra­chel sie­działa w ka­wiarni, a na jej ko­la­nach wier­ciła się mała Bel w ja­sno­nie­bie­skiej kur­teczce pu­cho­wej. Ota­czały je pu­ste sto­liki. Na­gra­nie było roz­ma­zane, ale po­sta­cie na nim spra­wiały wra­że­nie szczę­śli­wych i nie­świa­do­mych, że wkrótce miały znik­nąć, jedna z nich na do­bre.

- Jed­nak nad­zwy­czajne było to - pod­jął Ram­sey - co wy­da­rzyło się póź­niej. Wy­szły­ście z Mo­ose Mo­use Cof­fe­eho­use około dru­giej czter­dzie­ści dzie­więć, Ra­chel wciąż nio­sła cię na rę­kach. To wszystko można zo­ba­czyć na na­gra­niach. Na­stęp­nie skrę­ci­ły­ście za róg, gdzie znaj­do­wało się mar­twe pole mię­dzy ka­me­rami, a po­tem...

Spra­wiał wra­że­nie, jakby na coś cze­kał.

- Znik­nę­ły­śmy - od­parła Bel, by wy­peł­nić po­zo­sta­wioną przez Ram­seya lukę.

- Roz­pły­nę­ły­ście się w po­wie­trzu - do­dał. - Nie po­ja­wi­ły­ście się na na­gra­niu z na­stęp­nej ka­mery, która po­winna was uwiecz­nić, je­śli Ra­chel szłaby da­lej przed sie­bie. Tak samo w przy­padku ko­lej­nych ka­mer, rów­nież tych przy wyj­ściu. Ozna­cza to, że nie mo­gły­ście opu­ścić ga­le­rii, a jed­nak to zro­bi­ły­ście. Obie znik­nę­ły­ście w bu­dynku i nie można tego w ża­den spo­sób wy­ja­śnić. Masz ja­kiś po­mysł, co mo­gło się wtedy wy­da­rzyć?

- Nie wiem, nie pa­mię­tam - po­wta­rzam jak man­trę.

- Po­li­cja prze­ana­li­zo­wała na­gra­nia po znik­nię­ciu Ra­chel. Po­li­czyli wszyst­kich, któ­rzy we­szli do ga­le­rii i któ­rzy ją opu­ścili. Bra­ko­wało do­kład­nie dwóch osób, cie­bie i Ra­chel. Jako je­dyne we­szły­ście i ni­gdy nie wy­szły­ście. Po­li­cja brała pod uwagę ja­kąś sztuczkę, zmianę wy­glądu, ale liczby wciąż by się nie zga­dzały. Po pro­stu znik­nę­ły­ście.

Bel wzru­szyła ra­mio­nami. Nie była pewna, co Ram­sey chciał od niej usły­szeć. Nie znik­nęła, była tu i te­raz.

- Na­stępną rze­czą, którą wiemy, jest to, że po upły­wie kilku go­dzin po­ja­wi­łaś się po­now­nie. By­łaś sama w sa­mo­cho­dzie Ra­chel, nie­da­leko Mo­ose Brook State Park. Auto zo­stało po­rzu­cone na ulicy z włą­czo­nym sil­ni­kiem. Męż­czy­zna - Ram­sey spraw­dził swoje no­tatki - Ju­lian Tripp, prze­jeż­dżał obok i zna­lazł cię około szó­stej. Na­tych­miast we­zwał po­li­cję.

- Pan Tripp jest te­raz moim wy­cho­wawcą.

Ram­sey uśmiech­nął się, nie przej­mu­jąc się, że mu prze­rwała.

- Jaki ten świat mały.

- Cóż, ra­czej małe mia­sto - po­pra­wiła go Bel.

- To zro­zu­miałe, że fa­na­tycy true crime tak sku­pili się na tej spra­wie. Od za­koń­cze­nia pro­cesu nie otrzy­ma­li­śmy żad­nych od­po­wie­dzi. Tej za­gadki nie da się roz­wią­zać i zdaje się, że ona ni­gdy nie na­bie­rze sensu. Dla cie­bie musi to być znacz­nie trud­niej­sze, po­nie­waż tam by­łaś. - Ram­sey za­wie­sił głos. - Czy mo­żesz nam o tym opo­wie­dzieć, Bel? Jak do­ra­sta się w cie­niu ta­kiej ta­jem­nicy?

Nikt wcze­śniej tego tak nie ujął. Przez więk­szość czasu fak­tycz­nie czuła, jakby po­dą­żał za nią cień, mroczna, od­py­cha­jąca rzecz, od któ­rej na­leży trzy­mać się z da­leka, i wła­śnie to ro­biła Bel.

Dziew­czyna po­tarła nos tak mocno, że w środku chrup­nęła chrząstka. Za­raz przy­po­mniała so­bie, że prze­cież to na­gry­wają, a nad jej głową uno­sił się mi­kro­fon. Cho­lera. Le­piej, żeby Ram­sey to wy­ciął.

- Nie było naj­go­rzej - od­parła w końcu. - Już dawno za­ak­cep­to­wa­łam to, że ni­gdy nie po­znamy od­po­wie­dzi. To nie moja wina, że nie pa­mię­tam nic z tego, co się wy­da­rzyło, by­łam zbyt mała. Przez to, że nie mam żad­nych wspo­mnień, ta­jem­nica Ra­chel Price na za­wsze po­zo­sta­nie nie­roz­wią­zana. Ja się z tym po­go­dzi­łam, na­prawdę. Mam tatę. - Bel urwała i uśmiech­nęła się de­li­kat­nie. - Sta­rał się, by moje dzie­ciń­stwo było na tyle nor­malne, na ile to moż­liwe, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. To naj­lep­szy tata, ja­kiego mo­głam so­bie wy­ma­rzyć. Dla­tego nie chcę, żeby lu­dziom było mnie żal - po­wie­działa szcze­rze i miała na­dzieję, że ka­mera to wy­ła­pie. - Tak wła­ści­wie to je­stem szczę­ściarą...

- Um, Ram­sey. - Głos Asha do­biegł ich zza planu.

- Krę­cimy, Ash. - Pro­du­cent od­wró­cił się i rzu­cił asy­sten­towi gniewne spoj­rze­nie.

- No tak, wiem. - Pod­szedł bli­żej, a Bel mu­siała kilka razy mru­gnąć, by go po­now­nie zo­ba­czyć. - Cho­dzi o to, że za­jęło nam to dłu­żej, niż pla­no­wa­li­śmy, i...

Wska­zał na drzwi pro­wa­dzące do ho­te­lo­wego lobby. Ktoś przy­ci­skał twarz to szyby. Bel przy­sło­niła oczy dło­nią, ale świa­tło ra­ziło ją zbyt mocno, by mo­gła do­strzec, kto to jest.

- Ona już tu jest - po­wie­dział Ash, spraw­dza­jąc go­dzinę na te­le­fo­nie. - Przy­szła za wcze­śnie.

- Kim ona jest? - za­py­tała Bel. Wie­działa, że Car­ter i cio­cia Sherry będą na­gry­wane do­piero w przy­szłym ty­go­dniu.

- Cho­lera - wy­sy­czał Ram­sey i zer­k­nął na ze­ga­rek. Rzu­cił Bel prze­lotne spoj­rze­nie, a z sze­roko otwar­tych oczu męż­czy­zny znik­nęła wcze­śniej­sza życz­li­wość.

Bel po­chy­liła się do przodu i za­py­tała twar­dym gło­sem:

- Kto to jest, Ram­sey?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki