Srebrna kość. Tajemnice Kijowa - Andrij Kurkow

Kup ebooka

36.00 zł
28.80 zł (28,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Szczęk sza­bli, która spa­dła na głowę ojca, ogłu­szył Sam­sona. Ką­tem oka do­strzegł na­gły błysk mi­go­czą­cej klingi i wszedł w ka­łużę. Lewa ręka mar­twego już ojca ude­rzyła mło­dzieńca w bok i z po­wodu tego ude­rze­nia ko­lejna sza­bla spa­dła nie na jego ru­do­włosą głowę, ale też nie obok - od­rą­bała prawe ucho i Sam­son, rzu­ca­jąc się w przy­drożny rów, zdo­łał wy­cią­gnąć rękę, zła­pać je i ści­snąć w pię­ści. A oj­ciec ru­nął wprost na drogę z roz­łu­paną na pół głową. Koń przy­ci­snął go ko­py­tem przed­niej nogi jesz­cze raz do ziemi, po czym jeź­dziec szarp­nął ko­nia i wy­rwał się do przodu, gdzie około dzie­się­ciu bie­gną­cych miesz­czan rzu­ciło się do ro­wów po dwóch stro­nach drogi, ro­zu­mie­jąc, co ich czeka. Za nim było ko­lej­nych pię­ciu ka­wa­le­rzy­stów.

Ale Sam­son ich już nie wi­dział. Le­żał na zbo­czu rowu, pod­party lewą dło­nią na mo­krej ziemi i z za­ci­śniętą pię­ścią pra­wej pod­ło­żoną pod głowę. Rana pul­so­wała, pa­łała gło­śno i wy­raź­nie, jakby ktoś nad nią wa­lił mło­tem po sta­lo­wej szy­nie. Go­rąca krew lała się od skroni na szyję. Wpły­wała za koł­nierz.

Znów za­częło pa­dać. Sam­son pod­niósł głowę. Spoj­rzał na drogę. Zo­ba­czył nogę ojca ob­ró­coną ku niemu po­de­szwą. Ciem­no­nie­bie­skie an­giel­skie pan­to­fle za­pi­nane na gu­ziki na­wet uma­zane bło­tem wy­glą­dały szla­chet­nie. Oj­ciec no­sił je stale i z dba­ło­ścią już pięć lat, od 1914 roku, kiedy wy­stra­szony wy­bu­chem wojny han­dlarz obu­wiem na Chresz­cza­tyku ob­ni­żył cenę, słusz­nie twier­dząc, że wojna to nie naj­lep­szy czas na sprze­daż mod­nych to­wa­rów.

Nie chciał wi­dzieć ca­łej po­staci mar­twego ojca z roz­łu­paną głową. Wła­śnie dla­tego wy­co­fał się ro­wem, nie otwie­ra­jąc za­ci­śnię­tej pię­ści z uchem. Wy­szedł na ulicę, ale nie mógł się wy­pro­sto­wać. Stał, chudy i zgar­biony, nie od­wra­ca­jąc się. Zro­bił kilka kro­ków i po­tknął się o ciało. Ob­szedł je i znowu strasz­liwy ha­łas zwa­lił mu się na głowę i wlał do środka czaszki roz­grza­nym oło­wiem w miej­scu od­rą­ba­nego ucha. Sam­son przy­ci­snął pięść do krwa­wią­cej rany, sta­ra­jąc się ją za­tkać i uci­szyć gru­cho­czący szum, który roz­sa­dzał mu głowę. I po­biegł. Po­biegł pro­sto przed sie­bie, ale i tak tam, skąd przy­szli z oj­cem, w stronę ro­dzin­nej Ży­lan­skiej. Przez ło­mot i ha­łas usły­szał po­je­dyn­cze wy­strzały, ale to go nie za­trzy­mało. Biegł obok za­gu­bio­nych, oglą­da­ją­cych się za sie­bie i zmie­rza­ją­cych do­ni­kąd miesz­kań­ców i miesz­ka­nek mia­sta. I kiedy po­czuł, że nie może biec da­lej, że koń­czą mu się siły, ucze­pił się wzro­kiem du­żego szyldu nad drzwiami dwu­pię­tro­wej willi: "Le­cze­nie cho­rób oczu. Dok­tor N.N. Wa­tru­chin".

Pod­biegł do drzwi, lewą dło­nią po­cią­gnął za klamkę. Za­mknięte. Za­pu­kał.

- Otwórz­cie! - krzyk­nął.

Wa­lił w drzwi pię­ściami.

- Co się panu stało? - z wnę­trza do­biegł wy­stra­szony ko­biecy głos.

- Ja do dok­tora!

- Ni­ko­łaj Ni­ko­ła­je­wicz dziś nie przyj­muje!

- Musi! Mnie musi przy­jąć! - bła­gał Sam­son.

- Kto to, To­nia? - za­brzmiał od­le­gły i głę­boki mę­ski ba­ry­ton.

- Ktoś z ulicy! - od­po­wie­dział star­szy ko­biecy głos.

- Wpuść­cie!

Drzwi się uchy­liły. Sta­ruszka po­pa­trzyła na za­krwa­wio­nego Sam­sona przez szparę, po­tem wpu­ściła go i od razu za­mknęła drzwi na za­mek i dwie za­suwy.

- O Boże! Kto pana tak urzą­dził?

- Ko­zacy. A gdzie dok­tor?

- Pro­szę za mną!

Gładko ogo­lony si­wo­włosy le­karz w mil­cze­niu opa­trzył ranę, przy­ło­żył tam­pon z ma­ścią i ob­wią­zał głowę.

Sam­son, nieco uspo­ko­jony ci­szą miesz­ka­nia, po­pa­trzył na niego z niemą wdzięcz­no­ścią i otwo­rzył prawą pięść.

- A ucho można ja­koś przy­szyć? - za­py­tał le­d­wie sły­szal­nym gło­sem.

- Nie umiem po­wie­dzieć. - Le­karz smutno po­ki­wał głową. - Je­stem spe­cja­li­stą od cho­rób oczu. Kto pana tak urzą­dził?

- Nie wiem. - Mło­dzie­niec wzru­szył ra­mio­nami. - Ko­zacy.

- Czer­wona anar­chia! - po­wie­dział Wa­tru­chin i ciężko wes­tchnął.

Pod­szedł do stołu, po­szpe­rał w gór­nej szu­fla­dzie, wy­cią­gnął pu­de­łeczko po pu­drze i po­dał mło­dzień­cowi.

Sam­son zdjął wieczko, w środku nic nie było. Dok­tor ode­rwał kłę­bek waty i po­ło­żył na dno pu­de­łeczka. Chło­pak umie­ścił w nim ucho, za­krył i scho­wał do wierzch­niej kie­szeni fren­cza[1].

Pod­niósł wzrok na le­ka­rza.

- Mój oj­ciec tam zo­stał. - Sam­son wes­tchnął głę­boko. - Na dro­dze. Za­bili.

Le­karz gorzko cmok­nął i po­trzą­snął głową.

- Czyżby można było te­raz cho­dzić po uli­cach? - Roz­ło­żył ręce. - I co pan za­mie­rza zro­bić?

- Nie wiem, trzeba go za­brać...

- Ma pan pie­nią­dze?

- On miał, w port­felu! Szli­śmy po gar­ni­tur do krawca.

- Za mną. - Wa­tru­chin ge­stem wska­zał na drzwi pro­wa­dzące do ko­ry­ta­rza.

Tym ra­zem ulice oka­zały się pu­ste. Gdzieś da­leko strze­lali. Niebo jesz­cze ni­żej na­chy­liło się nad opi­tym krwią mia­stem, jak gdyby zbie­rało się spo­cząć nocą na jego da­chach i cmen­ta­rzach.

Kiedy do­szli do Nie­miec­kiej, gdzie Sam­sona i ojca do­pa­dli pe­tlu­rowcy[2], zo­ba­czyli przed sobą dwie fur­manki i około dzie­się­ciu męż­czyzn. Na jedną fur­mankę po­ło­żono już kilku za­bi­tych, ale oj­ciec Sam­sona wciąż le­żał na skraju drogi. Tylko te­raz był bez bu­tów - ktoś zdjął an­giel­skie pan­to­fle za­pi­nane na gu­ziki.

Sam­son po­chy­lił się ku ciału, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na głowę. Rękę wsu­nął pod pierś, wy­czuł w we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza port­fel. Wy­cią­gnął. Pę­ka­tość port­fela nieco smu­ciła i dzi­wiła. Sam­son wło­żył go do kie­szeni fren­cza i sta­nąw­szy na nogi, ro­zej­rzał się za fur­man­kami.

- Trzeba za­wieźć? - za­py­tał męż­czy­zna trzy­ma­jący za uzdę ko­nia za­przę­żo­nego do pu­stej fur­manki.

- Tak, trzeba. - Sam­son kiw­nął głową i spoj­rzał na dok­tora.

- A który dom po­grze­bowy jest bli­żej? - za­py­tał męż­czy­znę le­karz.

- No, naj­bli­żej ze wszyst­kich do Gład­ba­cha! - od­po­wie­dział. - A pie­nią­dze ma­cie? Tylko nie te, nie kar­bo­wańce[3].

- Mamy kie­renki[4] - po­wie­dział dok­tor.

- Do­brze. - Ski­nął męż­czy­zna. - Daj­cie, po­mogę pod­nieść, bo się po­bru­dzi­cie!

Sam­son po­pa­trzył na swoje brudne spodnie i brudną kurtkę; ra­zem z męż­czy­zną po­chy­lił się nad cia­łem ojca.

Wto­rek 11 marca 1919 roku stał się dniem koń­czą­cym dawne ży­cie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki