Dzień z życia Alfonsa
"Lipiec skrewił tego roku, najzwyczajniej w świecie odpuścił sobie,
czyniąc kanikułę szarą i zimną, gęsto zalewając Kossów deszczem. Jednych
to cieszy, bo pola potrzebują deszczu, a tu w okolicach Kossowa są
prawie same pola - pisał o poranku Alfons Przymuszała na kartach swego
bogato zdobionego pamiętnika. - Na tych polach jest dużo mądrej uprawy,
wyuczonej nie tylko z tradycji, lecz także z nowoczesnych artykułów w gazetach, w książkach raczej nie, bo ich się prawie nie czyta, ale są
też głupie uprawy, które nie przynoszą plonu. Dla jednych i drugich
deszcz jest zbawienny, choć bywa także utrapieniem, bo jak go za dużo
spadnie, to młode zboże wytłucze albo może nastąpić podgniwanie. Wtedy
mąki nie będzie, a i zwierzynę wykarmić trudniej. Najlepiej, jak pada
umiarkowanie, bo w ogóle najlepiej, jak świat jest umiarkowany, wszystko
w proporcjach i ładzie, bez gwałtownych zmian i rewolucji. Dlatego
właśnie są tu i tacy, których ów deszcz smuci mocno. Zimą powinno być
zimno, żeby ziemia podmarzła, utrwaliła się, wiosną powinno być ciepło,
żeby odtajała, a latem winno gruchnąć słońce przetykane deszczem, żeby
wszystko mogło wykarmić się jednym i drugim. A jeśli jest deszczu za
dużo, to dorosłym trudniej pracować, ale i odpoczywać. Rodziny są tu
duże, więc jak jest zła pogoda, to dzieciaki siedzą w domu i dupy
zawracają, zamiast wybydłować się na podwórku i ulicach. Potem pójdą
znowu do szkoły albo do ochronek. Bez słońca gorzej jest też z letnikami
i natarczywymi przyjezdnymi, którzy uprawiają hałaśliwą zabawę. Ale i na
nich narzekać zbytnio nie można, bo w sklepach zakupy robią, więc
pieniądze naszym zostawiają, włosy też strzygą, więc i mi co nieco
skapuje z tego. Dbać o urodę - ważna rzecz. Czasem zdaje mi się, że jako
ostatni już na tym świecie pilnuję utrzymania normalności, spokoju i dyscypliny mimo zakusów żywiołów, co by chciały jakiś przewrót szykować.
Ot, dzień jak co dzień".
Na tym zakończył zwyczajową poranną notatkę, zamknął kajet i odłożył go
do szuflady. Tak zaczynał się każdy dzień dorosłego życia Alfonsa
Przymuszały, mistrza fryzjerstwa mieszkającego od Bóg jeden wie kiedy w Kossowie - miejscu szczególnym. Szczególne dla Alfonsa było zresztą
prawie wszystko, co wiązało się z nim samym. Nieszczególnie natomiast
radził sobie ze swoim imieniem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten
przeklęty Dumas, francuski pisarzyna miernej klasy, który pozwolił sobie
na jątrzenie i powołał do życia Pana Alfonsa. Od tamtej pory imię
noszone z godnością przez papieży zaczęło się wiązać z kurwami i kurestwem, w czym dopomógł żyjący jeszcze wcześniej, choć nie tak znany
kurwiarz - markiz Alfons Franciszek, kutasowy zawadiaka wyzuty z wszelkich zasad moralnych. Czasami w gazetach w Polsce, ale pewnie i na
całym świecie donoszono również o niejakim Alfonsie Kapone, obrzydliwcu
zabijającym ludzi w Hameryce.
Pan Przymuszała odnotował wprawdzie dwóch artystów: francuskiego pisarza
Daudeta i czeskiego malarza Muchę, którzy jakoś go pocieszali swym
istnieniem i braterstwem w trudnym imieniu, ale ze względu na wykonywaną
profesję autorytetami stać się nie mogli. Zwłaszcza ten łapiduch znad
Sekwany, z mordą zarośniętą tak, że patrzeć na nią nie szło, i te jego
pretensjonalne wywody o nieśmiertelności. Wstyd! Istny wstyd dla
wszystkich Alfonsów, którzy i tak łatwo nie mieli. Ratował ich trochę
politykujący ksiądz Szulc, ale kto by się tam polityką zajmował. Ona raz
dobra, raz zła i nie wiadomo, w jakie poglądy inwestować. Ta polityka to
akurat nieszczególna sprawa.
Szczególny był natomiast Kossów, miejsce, w którym nieświadomie dla
samego siebie Alfons urodził się jako syn pisarza gminnego Józefa
Przymuszały oraz jego żony Apolonii z domu Androsiuk, najpiękniejszej,
jak mówił ojciec, dziewczyny między wielkim Bugiem i mało ważną Wisłą.
Równie nieświadomie został ochrzczony, jakoś wychowany i bez konsultacji
posłany do szkół, których profil i status również konsultowane z nim nie
były. Ojciec, bezwzględnie zakochany w matce, zachwycony jej pięknem, o którym mógł mówić długo i namiętnie, chciał, aby syn dbał o urodę ludzi.
Józef snuł czułą i naiwną myśl, że dzięki temu i sam świat stanie się
piękniejszy. Już na samym początku życiowej drogi Alfonsika zdawało się,
że wszystko wskazuje na wyjątkowość jego posłania i powołania. Tak mówił
mu ojciec, matka przytakiwała, choć z lekkim niedowierzaniem, a więc i on sam wzrastał w tym przekonaniu. Tyle że wyjątkowość zamienił w swojej
opowieści na szczególność. Była mniej zobowiązująca dla postronnych, nie
wzbudzała w nich żądań ani spełniania oczekiwań.
Szczególność Kossowa, który kiedyś po pięciu dekadach miejskości na
powrót stał się, nieszczególnie fartownie, przyczółkiem gminy wiejskiej,
polegała w życiu dorosłego Alfonsa głównie na tym, że tu wrócił. Wrócił
ze swoich szkół i praktyk wielkomiejskich (bo warszawskich, łódzkich i poznańskich) ze światowym (bo paryskim) bagażem doświadczeń (choć
głównie jako klient, ale jednak), postanowiwszy otworzyć zakład
fryzjerski europejskiej klasy. Oczywisty był więc fakt, że Kossów stanie
się kiedyś albo stolicą światowego układania fryzur, albo przynajmniej
miejscem obrosłym legendą z racji obecności arcymistrza. Myśl ta nie
spędzała mu jednak snu z powiek, nie przetwarzał jej, nie żuł, jak krowa
potrafiła przeżuwać trawę; wyraził to w sobie tylko raz, by potem oddać
się w stalowe ramiona dyscypliny.
Dokładnie na środku zachodniej pierzei krótkiej uliczki wyznaczającej
ścisłe centrum zdegradowanego miasteczka wisiał wykwintnie prosty szyld:
"Alfons Przymuszała, Friseur. Przyjmuje za dnia".
Czasami dziwiono się, że włosy tnie "za dnia", czyli dopóki jest widno.
W lecie musiał, zgodnie z umieszczoną informacją, pracować bardzo długo,
a przecież wiadomo, że w takim Kossowie nie ma aż tylu klientów, aby mu
każdy dzień, od poniedziałku do soboty, szczelnie wypełnić. Zwłaszcza że
Alfons otwierał swój zakład faktycznie niedługo po pierwszym pianiu
koguta, a zamykał, kiedy nad miasteczko nachodziła szarawa, czasami
fioletowa, innym razem czerwonawa poświata sygnalizująca rejteradę
słońca. Podobnie dziwiono się zimą. A z czego to on żyje? Z czego się
utrzymuje, skoro pracuje ledwie kilka godzin dziennie? Czy to aby
uczciwe wobec pracy innych? Czy to w ogóle moralne? A może by tam nie
łazić do niego? Ale jak nie do niego, to do kogo? A poza tym: czy to aby
jakiej kary nie będzie za omijanie salonu? Wszyscy wiedzieli, że
kossowski fryzjer bywał porywczy i potrafił niejednego łapserdaka za
ucho do swego zakładu zaciągnąć.
Sam zainteresowany nic sobie z tego nie robił i oczekiwał na klientów
lub obsługiwał ich w takich godzinach, jakie sobie wyznaczył wiele lat
temu. Kiedy? A czyżby on sam to wiedział? Jak sięgnąć pamięcią, jego
zakład był tak oczywisty jak kościół, synagoga, cerkiew, apteka, szkoła,
dzień i noc, zima i lato. Sam urząd gminny był mniej oczywisty, bo co
wybory, to jakieś remonty albo przenosiny. U Alfonsa Przymuszały, który
budził powszechny szacunek na równi z księdzem, rabinem, popem i aptekarzem, a większy niż jakiś tam urzędniczyna na burmistrzowskim
stanowisku, wszystko było stałe i niezmienne. Wszystko, co w jakikolwiek
sposób pragnęło ustępstw, musiało najpierw uzyskać klauzulę umowności.
Pierwszy uzyskał ją oczywiście czas otwarcia - dzięki niemu Alfons mógł
sobie wybaczyć delikatne spóźnienia, które nie były nawet nazywane
spóźnieniami, bo i tak się nie zdarzyło, żeby klient musiał na niego
czekać. Chyba że w wygodnym fotelu, gdy on pochłonięty był innym
zarostem.
Najlepiej jednak było, gdy wszystko szło swoim ustalonym i wypracowanym
tokiem.
Pobudka, choć mogła zmieniać się w zależności od pory roku, wypadała
zazwyczaj około piątej. Jeśli było już jasno, a przynajmniej zanosiło
się na to, Alfons wstawał. Jeśli było ciemno, a słońce zamierzało lenić
się jeszcze przez dłuższy czas, nie wstawał - zapalał jedynie lampkę i oddawał się lekturze. Było to jego ulubione zajęcie - oczywiście poza
fryzjerstwem. Lubił Herkulesa Poirot za wąsiki i cenił bardziej niż
Holmesa, który był gładko wygolony i niepotrzebnie się wymądrzał. No i był niezbyt elegancki w obejściu, co akurat nie licowało z godnością
dżentelmena.
We właściwym czasie, szacowanym niezawodną intuicją, wstawał z pieleszy,
wstrząsał kilka razy kołdrę i rozprostowywał ją na łóżku. Masował ją
czule jeszcze przez chwilę, aby uzyskać satysfakcjonujący efekt
ugładzenia. Następnie przykrywał łóżko lekko błyszczącą narzutą
opadającą do samej podłogi, powtarzał rytuał rozprostowywania i po
ułożeniu poduszek opuszczał sypialnię. Potem następowała higiena,
prasowanie ubrania i woskowanie wąsów. Wyszykowany - niektórzy mówią, że
jak spod igły - zasiadał w gabinecie, by spisać kilka słów o rzeczach,
które wydarzyły się nocą bądź nocą skłoniły go do myślenia. Potem
zamykał pamiętnik i szykował się do pracy. Gdy wychodził z domu,
sprawdzał dwukrotnie, czy aby na pewno dobrze zamknął drzwi. Nie
zdarzyło się wprawdzie, by ktokolwiek chciał bez pozwolenia wejść do
jego domu, ale wzorem aptekarza Berga drzwi ryglował szczelnie - głównie
po to, by nie musieć się zastanawiać, czy tego dnia nie nastąpi właśnie
ów pierwszy raz, gdy ktoś spróbuje je sforsować.
Siedemnasty dzień lipca rozpoczął się wcześnie. Alfons przebudził się po
niespokojnym śnie, którego w żaden sposób nie mógł odtworzyć. Nie
potrafił sobie nawet przypomnieć jego najskromniejszych fragmentów.
Próbował, zamykał oczy, zmuszał je do wejrzenia w głąb, udawał, że ciało
wciąż śpi i wchodzi dopiero w stan wybudzania, targane mimowolnymi
skurczami mięśni. Wszystko na nic. Czuł dziwny niesmak pomieszany z trudnym do opisania lękiem. Do wyjścia z domu miał jeszcze dużo czasu,
ale każda chwila spędzona w łóżku zdawała się nietaktem. Próbował
czytać, ale przeskakujący z wersu na wers wzrok nie przetwarzał słów w treść, a nawet niezbyt składnie zestawiał wyrazy z liter, które
rozbiegały się przed oczami. Wbrew sobie spełzł z łóżka niczym zmęczony
kot. W jego ruchach nie było jednak ani gracji, ani zwinności. Z kotem
łączyło go tylko lenistwo, którego nigdy wcześniej nie doświadczał. Nie
lubił kotów. Nie wiedział, dlaczego użył tego porównania w odniesieniu
do siebie. Było niemądre, wręcz niestosowne.
Idąc do kuchni, potknął się o walizkę, która prawie każdego ranka
tarasowała mu drogę, choć był gotów przysiąc, że nie dotykał jej od
kilku lat, a na pewno niczego do niej nie pakował. Przygotowując
śniadanie, pomyślał, że skoro już ma umrzeć, to śniadanie będzie
królewskie. Ale zaraz, zaraz... Jak to: umrzeć? Kto tak powiedział? Skąd
mu to przyszło do głowy? Przecież w takim wieku ludzie nie umierają, no
chyba że źle się prowadzą albo chorują. A on był przecież oazą
porządności, jak to wielokroć powtarzał sobie i innym, w razie gdyby nie
dostrzegli tego sami. Choroby też się go nie imały. Więc jaka śmierć? O czym tu mowa? To zapewne ten zapomniany sen zostawił jakąś jątrzącą się
w głowie głupotę - pomyślał Alfons i wrócił do swoich czynności.
Po śniadaniu zaparzył kawę wypełniającą aromatem cały dom, nalał ją do
swojej ulubionej filiżanki i skierował się do gabinetu. Wyjrzał przez
okno, ocenił możliwości dnia i zasiadł przy biurku. Należało zanotować
kilka słów. Dawno wypracowanym ruchem sięgnął do szuflady. Ta jednak nie
chciała ustąpić delikatnym dłoniom. Szamotał się z nią przez jakiś czas,
co samo w sobie wzbudziło napięcie. Nigdy wcześniej szuflada nie
pozwoliła sobie nawet na namiastkę strajku. W końcu odpuściła, lecz
Alfons zdążył się poirytować. Każde odstępstwo od oswojonej normalności
było dlań niedopuszczalne. Wciągnął przesadnie duży haust powietrza,
wydarł z trzewi krnąbrnej szuflady notatnik i ułożył go przed sobą,
starając się, by zajął przypisane mu miejsce. Wyjął ołówek i pisał. Nie
trwało to jednak długo, gdyż owo niepozorne, delikatne wzburzenie
okazało się na tyle silne, że nie mógł skupić myśli, nie mówiąc już o ich spisaniu. Targnął nim głęboki smutek. Zapatrzył się, przyklejając
wzrok do ściany. Po chwili złapał się za serce i w odruchu, którego
nauczył go doktor Hieronim, sięgnął po wodę. Nalał pełną szklankę i wypił ją duszkiem. Woda nie była świeża, ale dała ukojenie.
- Chyba popadam w hipochondrię - wymamrotał pod nosem, co też nie było
niczym dziwnym, gdyż jako samotnik często zwykł do siebie gadać, często
też posądzał się o nadmierną wrażliwość względem swoich przypadłości. -
Koniec! Weź się w garść, człowieku, bądź mężczyzną.
Zazwyczaj to pomagało, tym razem jednak nie poczuł się lepiej, a przynajmniej nie od razu.
Za oknem zrobiło się całkiem jasno. Z zewnątrz dobiegały odgłosy
wiejskiego lata. Kury żywiołowo reagowały na pojawienie się gospodarza w pobliżu kurnika, kilka krów ciągnęło po ziemi obijający się o kocie łby
pal niepozwalający biegać w drodze na łąkę, trzaskały drzwi i okiennice,
skrzeczały mocne zamki w wierzejach stodół i obór. W oddali rozśpiewały
się podlaskie rozmowy z żydłaczącym refrenem. Mimo przepowiadanego przez
ludzi deszczu słońce zaglądało w okna, oślepiając wszelkie napotkane
oczy. Dzień wstał już na dobre. Alfons zebrał się w sobie, a jako że
wciąż odczuwał smutek, postanowił go oszukać, udając, że wszystko jest w najdoskonalszym porządku.
Zamknął porządnie drzwi, czym jak co dzień mimowolnie ubawił grupkę
mężczyzn zbierających się naprzeciwko jego domu w oczekiwaniu na podwodę
do leśnej roboty. Miejscowi odwracali się tyłem, by nie mógł ich
rozpoznać. Wszak to duży nietakt - obrażać szacowną osobę głupim
śmiechem i nieprzystojnymi uwagami. Sezonowi, którzy zjeżdżali się z szerokiego terenu, nie mieli jednak litości dla Alfonsa, nazywając go
kpiąco "golibrodą".
- Halo! - krzyknął jeden z nich. - Kumie golibrodo, co wy tam tak pilnie
zamykacie? Może jakie skarby?
Śmiali się wszyscy. Nawet ukrywającym się miejscowym drgały plecy.
- A może jakie córeczkie tak chcecie schować?
- Panie! A czy wy oby jakiego trupa tam nie mata? - krzyczał inny. -
Chłopy, może tu policmajstry potrzebne?
Alfons nic sobie z tego nie robił. Przywykł. Poprawił melonik,
spoglądając w tłumek. Ruszył przed siebie i co chwilę zerkał na
zwróconych tyłem. Wiedzieli, że na nich patrzy, więc zabawa przeszła w niepokój, a nawet strach. Pozna czy nie pozna, psia mać?
- Dzień dobry panom - krzyknął w ich stronę. - Niech to Kłoś się tak nie
wystawia gębą na słońce, bo mu ta cherlawa wąsina płowieć będzie. A Bzdakowi przypominam, że Bzdakowa u mnie dziś na drugą zmianę, no to się
rano pośmiejemy.
Oczywiście mówił tylko o sprzątaniu i przygotowywaniu obiadu na sobotę,
do czego najęła się kilka lat temu Helena Bzdakowa. Cotygodniowe
porządki, remanenty dokonywane w kuchni i spiżarni oraz rozplanowywanie
sprawunków na następne dni zatrzymywały niekiedy Helenę we fryzjerskim
domostwie do późnych godzin nocnych, a nawet wczesnorannych. Mąż zaś był
o nią piekielnie zazdrosny, więc dla Alfonsa było pewne, że Henryk Bzdak
dzień spędzi na nerwowym pracowaniu, a noc upłynie mu pod znakiem
rozpaczliwego zaglądania w okna i wyczekiwania na cień, oby pojedynczy,
odgrywający przedstawienie na zaciągniętej zasłonie.
Alfons uśmiechnął się pod nosem i w dużo lepszym nastroju niespiesznie
przemierzał zdegradowane miasteczko. Ta degradacja mu doskwierała.
Lepiej przecież być fryzjerem w mieście niż na wsi czy w jakiejś tam
osadzie. Ale i to wróci, wszystko kiedyś wraca do normalności. Musi. A może i on się do tego przyczyni, może przyjedzie tu ktoś ważniejszy ze
stolicy, zobaczy jego kunszt fryzjerski i stwierdzi, że takie sztuczki
zasługują na prawa miejskie. Tak, to bardzo prawdopodobne, że lokalna
społeczność będzie mu kiedyś zawdzięczała więcej, niż sobie teraz
wyobraża - ta myśl uniosła czoło Alfonsa ku słońcu chowającym się za
idealnie białą kłębiastą chmurą.
Po kilkudziesięciu metrach spaceru zamachu na jego świeżo odzyskany
spokój dokonała inna grupa ludzi. Kilku mężczyzn ubranych w jasne
płaszcze, spod których wyłaniały się solidne garnitury, pozowało do
zdjęcia na tle pomnika marszałka Piłsudskiego. Niby nic takiego, ale
płaszcze, kapelusze i czapki w lipcu? Nie było wprawdzie upalnie, ale na
pewno nie na tyle zimno, by okutać się w jesienne ubranie. No chyba że
jednak coś tu się ruszyło i Kossów został nawiedzony przez modowy
magazyn, a redaktorzy umyślili sobie pokaz na tle dobrze rokującego
miasteczka. Alfons wyprostował się, bo jak by to wyglądało, gdyby wszedł
w kadr z zaniedbana posturą.
To będzie jednak dobry dzień - pomyślał.
Zmierzając w stronę swego zakładu, oglądał te same co zawsze kamienice i zastanawiał się, cóż można by z nimi zrobić. Zwłaszcza że fotografy już
się tu kręcą. Budynki wydawały się raczej smutne i ponure, poznaczone
jeszcze śladami wielkiej wojny, i choć minęło kilkanaście lat z okładem,
dziury ziały w fasadach rynku nie-miasteczka niczym niemi depozytariusze
pamięci. Do tego jeszcze ta szarość zmęczona nie tylko wojną, lecz także
zwykłym życiem i porami roku. Przybrudzona kurzem, zlana deszczem
ściągającym z dachów nalot czasu, ochlapana wodą i błotem tryskającym
spod rozbawionych dziecięcych stóp, nieczystościami z rynsztoka, w który
wpadł kamień, a właściwie kamienie, bo to zawsze fajnie porzucać do
celu; i w końcu szarość poobijana kamieniami, które poleciały nieco
dalej niż cel i uderzyły w ściany, odłupując z nich fragmenty tynku.
Gdyby to wszystko załatać - myślał Alfons - zalepić dziury, obudować
kanał drążony przez nieczystości, ładnie pomalować ściany, niekoniecznie
na jeden kolor, może być ich wiele, różne odcienie, byłoby ładniej i atrakcyjniej. Zapamiętał z Paryża wielkie szklane witryny sklepów i zakładów. Pomyślał, że warto byłoby zwiększyć ich liczbę i tutaj. On
miał już pięknie wykończoną przeszkloną ścianę, przez którą dało się
obserwować jego pracę, masarnia Bardadynów też zainwestowała w podobną
witrynę i eksponowała w niej swoje wyroby. Tyle że w ich przypadku nie
sprawdzało się to rozwiązanie, gdyż pełzające po towarze muchy potrafiły
skutecznie zniechęcać klientów, zwłaszcza tych przejezdnych, na których
Zdzisław Bardadyn szczególnie się zasadzał. Miejscowi i tak u niego
kupowali - nie mieli wyboru. No bo do kogo pójdą? Dokąd pojadą? Mogli
jedynie skręcić do Żydków, ale kto to wie, czego oni do mięsa dodają.
W każdym razie, myślał Alfons, gdyby jemu oddać decydowanie o wyglądzie
Kossowa, miasteczko stanęłoby obok najpiękniejszych dzielnic Paryża,
Londynu, a może i Giszpanii. Możliwe, że ludzie by do tego nie dorośli i zachowali swoje przyzwyczajenia oraz prymitywne zachowania, ale jeśliby
im dać czas oraz dobre przykłady... Ach, jakże by było pięknie - uznał z westchnieniem.
- Dobry! - ryknął basowy głos, wyrywając go z rojeń.
Alfons drgnął. Wiedział, z kim ma wątpliwą przyjemność. Zatrzymał się i odwrócił. Tuż za nim tkwił przytwierdzony do ziemi i wgapiający się w niego najnieszczęśliwszy człowiek w Kossowie, czyli na świecie.
Beniaminek Widzący, a tak naprawdę Beniamin Ryciak, człowiek, któremu
ubzdurało się, że ma zdolność przewidywania przyszłości. Zwykł zaczepiać
ludzi, twierdząc, że wie, co się z nimi stanie, co ich za chwilę spotka.
Alfons, jako człowiek trzeźwo myślący, reagował na jego widok nerwowo,
gdy spotykał go na swojej drodze niemal codziennie. Było to męczące w dwójnasób. Po pierwsze, jako inteligent nie wierzył w żadne zabobony i się nimi brzydził, a po drugie, przepowiednie Beniaminka zawsze się
sprawdzały, co pogłębiało irytację i nimi samymi, i bredzącym
Beniaminkiem. Alfons przypuszczał, że to jakieś ukartowane spiski,
sztuki jak w teatrze albo zwykłe kuglarstwo. Czym by nie były, nie
chciał sobie nimi zawracać głowy.
Niechęć do Beniaminka pogłębiała jego fizjonomia. Był to człowiek
niewielki, może metr pięćdziesiąt, a może i nie, do tego chudy tak
przeraźliwie, iż żaden okoliczny sklep ubraniowy nie był w stanie dobrać
mu garnituru ani codziennego łachmana. Łeb zwykły pod względem kształtu,
ale zarośnięty tak, że jakby tam wszy zamieszkały, to i wieżowce mogłyby
postawić, a żaden nie wychyliłby się ponad czubek gęstych, czarnych
loków, których nawet najpotężniejszy wiatr nie mógł poruszyć. Nie da się
ukryć, że dla Alfonsa Przymuszały dodatkową zniewagę stanowił fakt, iż
ten bredzący bękart nie stawiał się, wbrew okolicznym wzorcom, na
strzyżenie.
- Czego ty byś chciał, Beniaminku? - zapytał grzecznie, choć z wyczuwalną irytacją.
- Ja ci mogę wszystko powiedzieć, Alfonsie Bartoszu...
- Niech przymknie łaskawie gębę - wyszeptał Alfons, czujnie rozglądając
się dookoła, czy oby nikt nie słyszał jego drugiego imienia, które miał
w pogardzie ze względu na zbyt plebejskie brzmienie.
- Jak mnie wysłucha, to o Bartoszu zapomnę.
Alfons mierzył go wzrokiem, co przy tak mikrej posturze Beniaminka nie
było trudne. Zastanawiał się, co mu odpowiedzieć. Może go wysłucha, to
dziwak w końcu się od niego odczepi? Problem w tym, że widzący, podobnie
jak fryzjer, był postacią znaną i budzącą powszechny respekt, choć
oczywiście w dalece inny sposób. Gdy tylko więc stanęli twarzą w twarz,
nawet jeśli te były na innych poziomach, dokoła poczęli się zagęszczać
ludzie. A to ktoś przykucnął, żeby but poprawić, a to komuś innemu
akurat tu było dane opukać rower przed jazdą albo i przedziałek w kapeluszu poprawić, dwa kroki z lewej panie przystanęły, by pogwarzyć o cenach jajek na straganie, panowie wymieniali się ogniem, zachwalając
wyborny smak zwiezionych z Siedlec papierosów. Z prawej przystanął nawet
sekretariat burmistrza, niby to oglądając okoliczne kamienice, a zaraz
obok mundurowy jegomość Besztak wyjątkowo cicho udzielał nagany za coś,
czego dosłyszeć się nie dało, ale co smarkacza winowajcę mocno
wzruszyło, bo szlochem się zaniósł i pociągając nosem, patrzył na
kamienie brukowe. Cholera ich nadała - pomyślał Alfons.
- Nie żadna cholera! Niech sobie nawet w myślach nie dworuje, bo jak
cholera była, to ludzie wymierali. A jak nie ma nic do powiedzenia
mądrego, to myśli głupich niech nie puszcza, bo i z tego może co się
zrodzić. Ja to wiem najlepiej, Bartoszu! - złośliwie zakończył
Beniaminek.
Alfons zaśmiał się pokazowo - głośno i perliście.
- I jak ty możesz, łachudro, co o mnie wiedzieć, skoro już imię moje
przekręcasz - mówił Alfons, rozglądając się dokoła i zaglądając ludziom
w oczy, czy oby każdy właściwie rozpoznał jego teatralną drwinę. - Idźże
precz innym głowę zawracać.
Alfons odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę swego zakładu.
Beniaminek nie dawał za wygraną, postępując za nim krok w krok i szemrząc pod nosem coś trudnego do zrozumienia. To było właśnie
najbardziej niepokojące, bo nie wiadomo, czy jakiegoś uroku nie rzucał.
Takich bzdur nawet inteligenci się bali. Alfons nie spoglądał za siebie.
Wiedział, że prędzej czy później - a raczej prędzej - Beniaminek
zrezygnuje i polezie gdzie indziej. Zawsze tak było. Ale póki co w tym
mamrotaniu dosłyszał echo swojego snu. Zamajaczyły mu jakieś obrazki z dzieciństwa, matka klęcząca przy jego łóżku, ojciec... Nie, nie... Nie będę
w to brnąć - pomyślał i splunął przez lewe ramię. Udało się. Bzdurstwa
zniknęły, a na jego twarz powrócił delikatny grymas zadowolenia. Był już
prawie u siebie.
Im bliżej centrum, tym gęściej mrowili się ludzie. Przez gwar przebijała
się pieśń Zygmunta Zabuskiego, ojca prześlicznej córki, w której kochała
się z wzajemnością cała męska młodzież tutejsza i przyjezdna. Poza
niebiańskiej urody córą Zygmunt miał także piekarnię, którą zachwalał z rana ułożoną przez siebie strofą, do której komponował codziennie inną
melodię:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki