W lecie wszyscy chłopcy, jak się patrzy, budowali sobie za
liceum chaty na dunach, żarnowcem porosłych. Były to właściwie małe
gniazdka, wycięte kozikami w gąszczu kolczastych krzaków, pełne
kikutów, splątanych korzeni i cierni, ponieważ jednak budowanie ich
było surowo zakazane, uważano je za rozkoszne pałace. I przez pięć
lat z rzędu Stalky, M'Turk i Beetle (było to w czasie, zanim
jeszcze zaszczycono ich osobną pracownią), budowali, jak bobry,
samotną świątynię dumania, w której palili fajki.
Jednakże Mr. Prout, dyrektor ich domu, nie miał o nich zbyt dobrej
opinji, a także Foxy, szczwany, rudy sierżant szkolny, niezbyt im
dowierzał. Nosił tennisowe pantofle, uzbrojony był w lornetkę, a
zadaniem jego było krążyć jak jastrząb nad niegrzecznymi chłopcami.
Gdyby on sam był w pole wyruszył, chata zostałaby z pewnością
osaczona, bo Foxy znał zwyczaje swej zwierzyny. Opatrzność jednak
kazała Mr. Prout'owi, którego przydomek szkolny, wywodzący się od
kształtu jego nogi, brzmiał "Kopyciarz," do poprowadzenia wywiadu
na własny rachunek i właśnie ostrożny Stalky to był, który znalazł
olbrzymi jego ślad koło chaty pewnego pięknego popołudnia, gdy
gotów był zapomnieć o Proucie i jego czynach, zagłębiony w tomie
Surtees'a i zajęty nową fajeczką z głogu. Kruzoe na widok śladu
stopy Karaiba nie działałby rychlej od Stalky'ego. Sprzątnął on
natychmiast fajki, wymiótł szczątki zapałek i pośpieszył ostrzec
Beetle'a i M'Turk'a. Charakterystyczne jednak dla tego chłopca było, iż nie zbliżył się
do swych towarzyszów, dopóki nie odnalazł i nie rozmówił się z
małym Hartoppem, przewodniczącym Towarzystwa Nauk Przyrodniczych,
instytucji, którą Stalky miał w pogardzie. Hartopp niewymownie się
zdziwił, kiedy chłopak uprzejmie, jak to tylko on umiał, zaczął go
błagać, aby mu pozwolił zgłosić siebie, Beetle'a i M'Turka jako
kandydatów, zwierzył mu się z hamowanego oddawna zainteresowania
kwiatami, wczesnemi motylami i nowemi zjawiskami i wreszcie okazał
gotowość, o ile Mr. Hartopp uznałby za stosowne, rozpocząć nowe
życie odrazu. Jako nauczyciel Hartopp był nieufny, równocześnie
jednak był też entuzjastą, a jego dobra, mała dusza, nie była
pozbawiona pewnego uprzedzenia do tej trójki, a już szczególnie do
Beetle'a z powodu uwag, jakie od czasu do czasu pod jego adresem
padały. To też, niechcąc zrażać żałujących grzeszników, okazał się
wobec nich litościwym i wciągnął te trzy nazwiska do swej księgi. Dopiero wtedy, nie wcześniej, odszukał Stalky Beetle'a i M'Turka
we wspólnej sali. Pakowali książki, nad któremi mieli zamiar
spędzić spokojne popołudnie w krzakach żarnowca, które nazywali
"puszczą." - Wszystko przepadło! - rzekł Stalky pogodnie - Znalazłem po
obiedzie lekkie ślady stópek Kopyciarza koło naszej chaty. Bogu
dzięki, że je zdaleka widać! - Na-sy-pa-li piasku! Fajki schowałeś? - zapytał Beetle. - Gdzieżby! Zostawiłem je, rozumie się, na samym środku chaty! Co
za skończony idjota z ciebie, Beetle! Czy ci się zdaje, że oprócz
ciebie nikt już nie myśli? Niema co, ta chata już dla nas na nic.
Kopyciarz będzie jej pilnował. - A to klapa! Co za świństwo! - mówił zaskoczony M'Turk,
wyrzucając książki z za pazuchy. Chłopcy nosili swe bibljoteki w bluzach, między kołnierzem a
paskiem. - Ładna historja! To znaczy, że z powodu tego podejrzenia do końca
kursu będziemy pod bezustannym dozorem. - Niby dlaczego? Kopyeiarz znalazł jedną chatę. On i Foxy będą jej
pilnowali. To nas przecie nic a nic nie obchodzi; idzie o to tylko,
żebyśmy się w tych stronach przez jakiś czas nie pokazywali. - Pewnie, ale gdzież się podziejemy? - rzekł Beetle - Sam wybrałeś
to miejsce, a ja - ja - ja chciałem dziś popołdniu czytać. Stalky siedział na pulpicie, bębniąc piętami w ławkę. - Beetle, ty jesteś skończone cielę. Czasami mam wrażenie, jak
gdybym powinien was obu puścić kantem. Czy zdarzyło się kiedy, aby
o was wuj Stalky zapomniał?
His rebus injectis - ujrzawszy ślady Kopyciarza,
okrążające naszą chatę, złapałem małego Hartoppa -
destricto ense - powiewającego siatką na motyle.
Przebłagałem Hartoppa. Oświadczyłem mu, Beetle, że jeśli cię
przyjmie, napiszesz odczyt dla Łowców Pluskiew. Zapewniłem go,
Turkey, że przepadasz za motylami. Krótko mówiąc, udobruchałem
Kartofla i w tej chwili jesteśmy już Łowcami Pluskiew. - I cóż z tego? - rzekł Beetle. - Turkey, daj mu w tej chwili kopniaka. Terytorjum, wyznaczone na małe wycieczki uczniom liceum, było w
interesie wiedzy znacznie rozszerzone dla członków Towarzystwa Nauk
Przyrodniczych. Pod warunkiem, że nie będą wchodzili do domów,
mogli się w rzeczywistości wałęsać, gdzie im się podobało; za ich
przyzwoite zachowanie się ręczył Mr. Hartopp. Beetle zrozumiał to, jak tylko M'Turk zaczął go kopać. - Jestem skończonym osłem, Stalky! - wołał, zasłaniając atakowaną
część ciała -
Pax, Turkey, jestem osłem! - Nie zważaj na niego, Turkey. Czy wasz wuj Stalky nie jest
Wielkim Człowiekiem? - Jest! Jest! - zgadzał się Beetle. - Ale swoją drogą polowanie na pluskwy to plugawe zajęcie -
zauważył M'Turk - W jaki sposób się do tego zabrać? - W ten sposób! - rzekł Stalky, sięgając do stojących za nim
szafek mikrusów - Mikrusy zawsze warjują za historją naturalną. Tu
masz puszkę na rośliny małego Braybrooke'a. To mówiąc, wyrzucił za okno mnóstwo zrośniętych z sobą, gnijących
roślin i rozluźnił rzemień. - Zdaje mi się, że to może człowiekowi nadać zupełnie zawodowy
wygląd. A tu geologiczny młotek Clay'a młodszego. To może wziąć
Beetle. Turkey, ty pewnie rwiesz się do jakiejś siatki na motyle. - Niech mnie szlag trafi, jeśli to prawda! - wykrzyknął M'Turk
poprostu, ale z głębokiem przekonaniem. - Beetle, daj mi młotek! - Dobrze!
Ja nie jestem wcale dumny. Zdejm mi tę siatkę, co tam wisi
na górze, Stalky! - Bardzo słusznie. Ty, to składany interes! Te kundle, mikrusy,
mają bardzo luksusowe upodobania. Boga mego, to ci zrobione jak
wędka! Na świętego Samiwela wyglądamy zupełnie, jak Łowcy Pluskiew!
A teraz słuchajcie, co wam powie wuj Stalky! Pójdziemy na motyle na
nadbrzeżne skały. Mało kto tam chodzi. Ale to tura nielada.
Radziłbym wam zostawić książki. - Jeszcze czego! - rzekł Beetle stanowczo - Ani mi się śni wyrzec
się swej przyjemności dla paru parszywych motyli! - Spocisz się strasznie! To już raczej weź mego Jorrocka. Goręcej
ci od niego nie będzie. Sjrocili się wszyscy trzej, albowiem Stalky pognał ich ostrym
kłusem daleko na zachód, wzdłuż skał nadbrzeżnych po pod zarosłemi
żarnowcem dunami, naprzełaj przez wąwozy, pełne kolczastych
krzaków. Nie zwracali najmniejszej uwagi na latające króliki ani
cesarskie korony, zaś to, co Turkey mówił o geologji, w żaden
sposób nie nadaje się do powtórzenia. - Czy idziemy do Clovelly? - zapytał wreszcie zdyszany. Rzucili się na krótką, sprężystą murawę, ogarnięci z jednej strony
leniwą sennością morza pod nimi, a z drugiej lekkim wietrzykiem
letnim, buszującym wśród drzew w głębi lądu. Patrzyło się stąd w
wąwóz, napół pełen starego, wysokiego żarnowca, obsypanego żółtem
kwieciem i biegnącego aż ku obramieniu z krzaków jeżyny i gąszczu
różnego krzewia i ostów. Wyglądało to, jak gdyby pół wąwozu aż do
brzegu skały było pełne złotego ognia. Dalej ciągnęło się już
otwarte, trawą zarosłe pole, gęsto najeżone tablicami z napisami. - Co za okrutny, stary piernik! - odezwał się Stalky, czytając
napis na najbliższej tablicy. -
Pod grozą pociągnięcia do jak najsurowszej odpowiedzialności
wobec prawa G. M. Dabney, Col., Sędzia Pokoju i tak dalej. Nie
zdaje mi się, żeby człowiek o zdrowych zmysłach chciał przejść tę
granicę. - Trzeba naprzód dowieść, że ktoś zrobił szkodę, bo nie można
pociągać do odpowiedzialności za nic. Nie może skarżyć o
przekroczenie granicy - rzekł M'Turk, którego ojciec miał większy
majątek ziemski w Irlandji - To wszystko bzdury! - Dobrze wiedzieć, bo zdaje mi się, żeśmy właśnie tego
potrzebowali. Ależ nie na przełaj, Beetle, ty ślepy warjacie! Tożby
nas po pół mili złapano! Tędy! i zwiń tę swoją głupkowatą siatkę na
motyle. Beetle wyjął pierścień, schował siatkę do kieszeni, zsunął kij,
tak, że zrobiła się z niego laska długości dwuch stóp i opasał się
trzcinową obręczą. Stalky poprowadził ich w głąb lądu do lasku,
znajdującego się o jakie ćwierć mili od morza i tu zatrzymał się u
skraju jeżyn. -
Teraz możemy zejść prosto na dół przez krzaki i nie
pokazać się więcej - mówił taktyk - Beetle, syp naprzód zbadać
teren. Fu! Gdzieś tu wściekle śmierdzi lisem. Beetle na czworakach, wyjąwszy, kiedy łapał spadające okulary,
zaczął się czołgać przez kolczasty gąszcz i właśnie wśród jęków
bólu oznajmił, iż znalazł bardzo piękny lisi przesmyk. Dobrze się
to dla niego składało, bo Stalky szczypał go
a tergo. Tym tunelem czołgali się na dół. Był to widocznie
gościniec mieszkańców wąwozu, prowadzący, ku niewypowiedzianej
radości chłopców, na sam skraj skały nadbrzeżnej i kończący się
kilku kwadratowemi stopami suchej murawy, ze wszystkich stron
otoczonej ścianami nieprzeniknionych kolczastych zarośli. - Słowo daję, tu dopiero można się położyć! - rzeki Stalky,
chowając nóż do kieszeni - Patrzcie! Rozsunął tęgie łodygi przed sobą i zdawało się, jak gdyby nagle
otworzyło się okno na daleką panoramę Lundy. O dwieście stóp pod
nimi falujące morze leniwo obwąchiwało żwir nadbrzeżny. Słychać
było młode kawki, pokrzykujące na rafach, poświstywanie i zgiełk
jakiegoś niewidzialnego jastrzębiego gniazda; zaś Stalky z wielką
powagą plunął na plecy młodemu królikowi, wygrzewającemu się na
słońcu daleko pod nim tam, gdzie tylko skalny królik może znaleźć
dla swych stóp oparcie. Wielkie szare i czarne mewy skrzeczały,
opędzając się od kawek; włóki aromatycznego kwiecia dokoła tętniały
życiem nisko gnieżdżących się ptaków, śpiewających lub milczących w
miarę jak cień kołujących jastrzębi przybliżał się lub oddalał; a
na otwartem polu po drugiej stronie wąwozu tarzały się i skakały
wesoło króliki. - Fi! Co za kącik! To ci dopiero historja naturalna! - odezwał się
Stalky, nabijając fajeczkę - Może tu nie byczo, co? Poczciwe, stare
morze! Splunął znowu z uznaniem i umilkł. M'Turk i Beetle wyjęli książki i legli na brzuchach z brodami w
dłoniach. Morze chrapało i gulgotało; ptaki, rozproszone na chwilę
przez przybycie tych nowych zwierząt, wróciły do swych zajęć, zaś
chłopcy czytali w bujnej, rozparzonej, sennej ciszy. - Hallo, jakiś dozorca! - odezwał się Stalky, zamykając ostrożnie
Handley Cross i patrząc przez krzaki. Po wschodniej stronie zjawił się na horyzoncie człowiek z fuzją. - Bodaj go jasny piorun, on chce siąść! - Przysiągłby pewnie, że jesteśmy kłusownikami! - rzekł Beetle -
Ale co komu po bażancich jajach! Są zawsze zgniłe. -
Ja myślę, że nieźle byłoby dać nogę w krzaki - zauważył
Stalky - Wcale nam nie jest potrzebne, żeby G. M. Dabney Col.,
Sędzia Pokoju tak prędko zaczął się nami zajmować. W puszczę i
cicho! Kto wie, czy ten drab nie szedł za nami, rozumiecie? Beetle był już daleko w tunelu. Usłyszeli, jak stęknął w jakiś
dziwny, niebywały sposób; rozległ się trzask gałęzi łamanych przez
ciężkie jakieś ciało, przedzierające się przez krzaki. - Mam cię, ty mały, czerwony łotrze! Gajowy złożył się nagle i wypalił z obu luf w ich kierunku. Śrut
zaszumiał w suchych łodygach dokoła nich, że aż się kurz z nich
posypał, równocześnie zaś wielki lis przeleciał między nogami
Stalky'ego i pomknął ku skrajowi skały. Nie odezwali się ani słowem, póki nie znaleźli się w gąszczu,
podrapani, rozczochrani, zgrzani, ale przecie niedostrzeżeni przez
nikogo. - Omal, że się nam nie dostało! - odezwał się Stalky -
Przysiągłbym, że kilka śrócin przeleciało mi między włosami. - Widziałeś go? - mówił Beetle - Mało brakowało, a byłbym na niego
upadł. Ale to był ogrom! A śmierdział! Hallo, Turkey, co ci jest?
Czyś ranny? Chuda twarz M'Turk'a zrobiła się perłowo-biała; usta, zwykle napół
otwarte, były mocno zaciśnięte, a oczy aż się żarzyły. Nigdy go
takim nie widzieli, wyjąwszy raz w bolesnym okresie wojny domowej. - A czy wy wiecie, że to się równa morderstwu? - rzekł chrapliwym
głosem, zgarniając ciernie z głowy. - Kiedy nam i tak nic nie zrobił! - wtrącił Stalky - To przecie
tylko szopa! No, gdzież ty idziesz? - Idę do dworu, jeśli tu jakikolwiek jest - odpowiedział M'Turk,
przedzierając się przez osty - Powiem to pułkownikowi Dabney'owi! - Czyś zwarjował? Powie z pewnością, że się nam to słusznie
należało. Zrobi na nas doniesienie. Dostaniemy publiczne lanie
przed całą szkołą. Turek, nie bądź osłem! Pomyśl o nas! - Idjoto jakiś! - zawołał M'Turk, odwróciwszy się gwałtownie -
Myślisz, że mnie idzie o nas? Idzie o gajowego! - Zwarjował! - rzekł Beetle żałośnie, idąc za nim. W samej rzeczy, był to jakiś nowy Turkey - Turkey wyniosły,
kanciasty, zadzierający nosa - za którym oni szli przez porzeczki i
maliny w ogrodzie prosto ku trawnikowi, na którym stał z
urzędnikiem starszy jegomość z siwizną u skroni, słuchając i klnąc
zaciekle na przemiany. - Czy pan pułkownik Dabney? - zaczął M'Turk swym nowym, chrapliwym
głosem. - Tak jest, ja, ja, a - oczy jego wędrowały po chłopcu od góry do
dołu - kto - czego u djabła wy tu chcecie? Spłoszyliście mi
bażanty. Nie próbujcie przeczyć. Niema się z czego śmiać! (Niezbyt
piękne lica M'Turka skurczyły się w okropny grymas śmiechu przy
słowie "bażanty"). Wybieraliście mi jaja z gniazd. Napróżno chowasz
czapkę, wiem dobrze, że jesteś z liceum. Nie próbuj przeczyć!
Jesteś z liceum. Proszę natychmiast o nazwisko i numer, paniczu.
Chciałeś ze mną mówić - co? Moje tablice z napisami widziałeś?
Musiałeś widzieć! Nie próbuj przeczyć! Widziałeś! O, karygodne,
karygodne! Pułkownik dusił się z gniewu. M'Turk tupał zlekka piętą w trawnik
i jąkał się trochę - dwie niezawodne oznaki, że traci panowanie nad
sobą. Ale o cóż miał być zły on, winowajca? - Nie - niech pan posłucha, proszę pana. Czy - czy pan strzela
lisy? Bo, jeśli pan nie strzela, to pański gajowy strzela.
Widzieliśmy na własne oczy. Ja - ja gwiżdżę na pańskie wyzwiska -
ale to okropność! To przecie uniemożliwia wszelkie uczucia
sąsiedzkie! Męż - mężczyzna musi raz na zawsze powiedzieć, jakie
stanowisko zajmuje wobec okresu ochronnego! To gorsze od
morderstwa, bo przeciw temu niema legalnego środka! M'Turk cytował chaotycznie słowa ojca, podczas gdy starszy
jegomość wyprawiał dziwne hałasy w gardle. - Czy wiesz, kto ja jestem? - zagulgotał wreszcie. Stalky i Beetle zadrżeli. - Nie, mój panie, i nic mi na tem nie, zależy, choćbyś pan nawet
był samym wicekrólem! Proszę mi tu zaraz odpowiedzieć, jak
gentleman gentlemanowi: Czy pan strzelasz lisy, czy nie? A przecie cztery lata temu Stalky i Beetle tak starannie wykopali
M'Turka z jego irlandzkiego dialektu! Najniewątpliwiej w świecie
zwarjował albo dostał porażenia słonecznego i tak samo niewątpliwie
dostanie rżniątkę - naprzód od starego gentlemana, a potem od
dyrektora. Najmniejsze, czego się wszyscy trzej mogli spodziewać,
to była chłosta publiczna. Jednakże - o ile własnym oczom i uszom
mogli wierzyć - starszy pan zmiękł. Mogła to być cisza przed burzą,
ale... - Ja nie strzelam! Wciąż jeszcze gulgotał. - To pan musi wylać swego gajowego. On nie godzien mieszkać razem
z przyzwoitym lisem w jednem i tem samem hrabstwie. I w dodatku
lisica - w tej porze roku! - Czy przyszedłeś rozmyślnie po to, żeby mi to powiedzieć? - Rozumie się, że tak, dziwny człowieku! - odpowiedział M'Turk,
tupiąc nogą - Czyżbyś pan nie zrobił tego samego dla mnie, gdyby
się panu zdarzyło zauważyć coś podobnego w moim majątku? W niepamięć - w niepamięć poszło liceum i szacunek należny
starszym. M'Turk znowu stąpał po jałowych, purpurowych górach
dżdżystego wybrzeża zachodniego, gdzie, podczas feryj był
wicekrólem czterech tysięcy akrów gołej ziemi, jedynym synem w
trzystoletnim domu, panem dziurawej łodzi rybackiej i bożyszczem
ubogich dzierżawców swego ojca. To ziemianin mówił do równego sobie
- głębina wołała do głębin - i stary gentleman zrozumiał to
wołanie. - Przepraszam! - rzekł - Przepraszam bez zastrzeżeń - pana i Stary
Kraj. A teraz może pan będzie tak dobry i zechce mi opowiedzieć,
jak to było? - Byliśmy w pańskim jarze - zaczął M'Turk i opowiadał dalej na
przemiany, to jak żak, to znowu, gdy niegodziwość gajowego
wyprowadzała go z równowagi, jak oburzony obywatel wiejski.
Wreszcie zakończył: - Jak pan z tego widzi - musiało to już wejść u niego w zwyczaj.
Ja - my - nigdy chętnie nie oskarża się służby sąsiada, ale w tym
wypadku pozwoliłem sobie... - Rozumiem. Oczywiście. I miałeś pan zupełną słuszność. Haniebne -
och, haniebne! Przechadzali się razem po trawniku, a pułkownik Dabney rozmawiał
jak z równym sobie. - Oto skutki awansowania rybaka - rybaka! którego osobiście
wyciągnąłem z jego sideł na homary! Przecie tego dość, aby zepsuć
reputację archanioła! Niech pan nie próbuje przeczyć! To fakt.
Dobrze pana wychował ojciec. Tak jest. Cieszyłbym się bardzo,
gdybym go mógł poznać. Tak jest, bardzo. A ci dwaj panicze?
Anglicy. Niech pan nie próbuje przeczyć! Oni także z panem
przyszli? Nadzwyczajne! Nadzwyczajne, doprawdy. Nigdybym nie
przypuszczał, żeby przy dzisiejszym stanie wychowania mogło się
znaleźć trzech chłopców ze zdrowemi zasadami... Ale prawda pochodzi
z ust... Nie, nie! To się do was nie stosuje! Nie próbujcie
przeczyć! Wy nie! Sherry chwyta mnie zawsze za wątrobę, ale - piwo,
co? Ha? Co powiecie na piwo i mały podwieczorek? Dawno już temu,
jak byłem chłopcem - straszne to szkodniki. Ale wyjątki
potwierdzają tylko regułę. I w dodatku lisica!
Nakarmiła ich na terasie siwowłosa gospodyni. Stalky i
Beetle głównie jedli, ale M'Turk z szeroko otwartemi oczami
prowadził swobodną, lekką rozmowę, a starszy pan traktował go jak
brata.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.