Star Wars. Dooku. Stracony dla Jedi - Cavan Scott

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dramatis personae

DRA­MA­TIS PER­SO­NAE

VEN­TRESS: Skry­to­bój­czyni Dooku, nie­dawno pozy­skana dla sprawy. Nar­ra­torka opo­wie­ści.

DOOKU: Lord Sithów. Uka­zany w róż­nych momen­tach życia.

SIFO-DYAS: Naj­star­szy przy­ja­ciel Dooku.

TERA SINUBE: Cosja­nin. Instruk­tor walki mie­czem świetl­nym w zako­nie Jedi.

YULA BRAY­LON: Mistrzyni Jedi.

KY NAREC: Dawny mistrz Jedi Ven­tress.

LENE KOSTANA: Alti­rianka. Men­torka Dooku.

ARATH TAR­REX: Rywal z dzie­ciń­stwa Dooku.

HRA­BIA GORA: Ojciec Dooku.

ANYA: Matka Dooku.

RAMIL: Brat Dooku.

JENZA: Sio­stra Dooku.

RAZ FEL­LI­DRONE: Naczel­nik kosmo­portu.

PRE­MIER: Bivall. Pre­mier Pro­to­bran­cha.

PIRA: Bival­lka. Lekarka.

GRETZ DROOM: Rycerz Jedi. Naj­pierw uka­zany jako szes­na­sto­la­tek, potem jako młody Jedi, a na koniec jako mistrz.

KAPŁANKA: Zwia­stunka, użyt­kow­niczka ciem­nej strony.

QUI-GON JINN: Pada­wan Jedi.

JOR AERITH: Miria­lanka. Mistrzyni Jedi o cię­tym języku.

RAEL AVER­ROSS: Pierw­szy pada­wan Dooku, któ­rego pozna­jemy jako ryce­rza Jedi. Wyraźny rin­go­vin­dań­ski akcent.

KOMEN­TA­TOR WYŚCI­GÓW POWIETRZ­NYCH: Wyga­dany obcy.

INSPEK­TOR SAR­TORI: Ofi­cer bez­pie­czeń­stwa z Coru­scant.

CENE­VAX: Jene­tanka. Kró­lowa zbrodni. Pło­chliwa i podobna do szczura, ale śmier­tel­nie nie­bez­pieczna.

DRO­IDY

LEP-10019: Droid LEP Dooku.

D-4: Opro­gra­mo­wa­nie kobiece. Swar­liwy droid pro­to­ko­larny Gory.

DROID TAK­TYCZNY

DRO­IDKA KEL­NERKA

DRO­IDY OCHRONY

DRO­IDY BITEWNE

DRO­IDY STRAŻ­NI­CZE

DRO­IDY PORZĄD­KOWE

DRO­IDY MEDYCZNE

DROID OPIE­KUN

QC-ME: Droid sek­cyjny Sił Bez­pie­czeń­stwa Coru­scant.

POMNIEJ­SZE ROLE

HOLO­GRA­FICZNY MISTRZ CERE­MO­NII

BRY: Przed­sta­wi­ciel rasy Hoopa­loo. Pta­ko­po­dobny zło­dziej.

JOR­KAT: Kar­ka­ro­don. Ban­dyta.

VELEK: Aska­jianka. Ban­dytka. Mówi w obcym języku.

ZANG: Dziew­czynka. Adeptka Jedi.

OPIE­KUNKA ZAKONNA: Kobieta.

RESTELLY QUIST: Star­sza kobieta. Naczelna archi­wistka w Świą­tyni Jedi.

YEPA: Pra­cow­niczka kosmo­portu.

GRA­NO­WIE: Ban­dyci.

PEN­DAGO: Ban­dyta. Wysła­wia się w gar­dło­wym obcym języku.

SENA­TOR TAVETTI: Sena­tor z Bivalla.

RRALLA: Młody Wookiee. Pacjent cen­trum medycz­nego.

DOWÓDCA SIŁ HUMA­NI­TAR­NYCH

KUPIEC

PRO­TE­STU­JĄCY NR 1

PRO­TE­STU­JĄCY NR 2

RÓŻNE UPIORNE GŁOSY WYPO­WIA­DA­JĄCE POJE­DYN­CZE KWE­STIE

PARS-VALO: Adept.

AMBA­SA­DOR KETAS: Amba­sa­dor rasy Solo­doe.

NACZEL­NIK TANU: Kie­row­nik ochrony rasy Solo­doe.

DIVAD MAS­SPUR: Pijany gospo­darz holo­pro­gramu.

AMBA­SA­DOR CAN­DO­VANTA: Wysła­wia się w obcym języku.

DYŻURNY SIER­ŻANT: Na oko czter­dzie­sto­pa­ro­letni czło­wiek.

TRAN­DO­SHAŃ­SCY BAN­DYCI: Mówią zarówno w basicu, jak i w tran­do­shań­skim.

STRAŻ­NIK

GLUTE: Cro­lut napa­ko­wany cyber­ne­tyką. Mówi podob­nie do Unkara Plutta, ale jego sło­wom towa­rzy­szy mecha­niczne brzę­cze­nie, jakby miał zmo­dy­fi­ko­waną krtań.

SENA­TOR BUL­GE­SKI: Sena­tor z Sal­li­che.

KANC­LERZ KAL­PANA: Star­szy męż­czy­zna.

PRZED­STA­WI­CIEL FEDE­RA­CJI HAN­DLO­WEJ: Czło­wiek.

SENA­TOR PAL­PA­TINE / DARTH SIDIOUS: Chyba nie trzeba go przed­sta­wiać, co?

SIER­ŻANT ESON: Męż­czy­zna z Serenno.

HRA­BINA HAGI: Przed­sta­wi­cielka ruchu oporu na Serenno.

ABYS­SIŃ­SKI STRAŻ­NIK NR 1

ABYS­SIŃ­SKI STRAŻ­NIK NR 2

ABYS­SIŃ­SKI DOWÓDCA

ABYS­SIŃ­SKI GENE­RAŁ

ABYS­SIŃ­SKI NAJEM­NIK

HAL'STED: Han­dlarz nie­wol­ni­ków, w tym wła­ści­ciel Ven­tress.

REPU­BLI­KAŃ­SKI AGENT NR 1

REPU­BLI­KAŃ­SKI AGENT NR 2

Część pierwsza

CZĘŚĆ PIERW­SZA

NAR­RA­TOR

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce...

POCZĄ­TEK TEMATU MUZYCZ­NEGO

SCENA 1. WN. ZAMEK SERENNO. WIEŻA. NOC.

Nastrój: Wiatr świsz­czy na znaj­du­ją­cym się wysoko bal­ko­nie w zamku Dooku.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Nie­na­wi­dzę tego miej­sca.

Nie­na­wi­dzę zamku. Nie­na­wi­dzę klifu. Nie­na­wi­dzę szpi­co­to­pe­rzy, krę­cą­cych się daleko w dole nad lasem. Nie­na­wi­dzę księ­ży­ców, które się do mnie szcze­rzą.

Tego, że noc w noc stoję na tej półce, czuję powiew wia­tru i zasta­na­wiam się, jak by to było, gdy­bym sko­czyła, runęła ku drze­wom.

Czy ponio­słaby mnie Moc?

Pomo­głaby mi odna­leźć tę ide­alną gałąź, która utrzy­ma­łaby mój cię­żar, abym mogła się od niej odbić i bez­piecz­nie wylą­do­wać? Pod moimi sto­pami sze­le­ści­łyby liście, a ja bym bie­gła. Gry­zo­nie ucie­ka­łyby w popło­chu do nor.

KY NAREC (DUCH)

Jak się tu dosta­łaś, dro­binko?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

A już nade wszystko nie­na­wi­dzę tego głosu. Głu­piego, nie­moż­li­wego głosu. Głosu z prze­szło­ści. Głosu, który tu nie pasuje.

KY NAREC (DUCH)

Powie­dzia­łem...

VEN­TRESS

Wiem, co powie­dzia­łeś, Ky.

KY NAREC (DUCH)

A mimo to posta­no­wi­łaś mnie zigno­ro­wać, moja pada­wanko.

VEN­TRESS

Nie jestem twoją pada­wanką!

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Odwra­cam się. Spo­dzie­wam się, że ujrzę jego twarz. Tamte zmru­żone oczy. Tam­ten krzywy uśmiech.

Ale izba jest pusta. Dro­biny pyłu uno­szą się w świe­tle księ­życa.

Nie ma go tu. A jed­nak...

KY NAREC (DUCH)

Jak się sta­łaś tym, czym jesteś?

VEN­TRESS

Potwo­rem?

KY NAREC

(ZNIE­KSZTAŁ­CO­NYM GŁO­SEM) Nie prze­krę­caj moich słów, dro­binko.

VEN­TRESS

Nie mów tak na mnie.

KY NAREC

(ZNIE­KSZTAŁ­CO­NYM GŁO­SEM) To jak mam na cie­bie mówić?

VEN­TRESS

Pró­bo­wa­łeś po imie­niu?

KY NAREC (DUCH)

Jak się sta­łaś tym, czym jesteś, Asajj?

VEN­TRESS

Jesz­cze gorzej.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Wiem, że sama sobie prze­czę, ale czego się spo­dziewa? Jak to się stało, że tu wylą­do­wa­łam? Jak się sta­łam tą kobietą? Tą istotą?

To jego sprawka. To on mnie tu powiódł.

Porzu­cił mnie.

KY NAREC (DUCH)

Nie porzu­ci­łem cię, Ven­tress. Ni­gdy bym tego nie zro­bił.

VEN­TRESS

Zamknij się! Precz z mojej głowy!

LEP-10019

Pro­szę pani?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Przez tego cho­ler­nego dro­ida dostanę kie­dyś zawału. Zamek jest ich pełen. Brzę­czą ser­wo­mo­to­rami, choć ich foto­re­cep­tory są jak mar­twe.

VEN­TRESS

Nie mówi­łam do cie­bie.

Droid roz­gląda się, sły­szymy brzęk jego ser­wo­mo­to­rów.

LEP-10019

Nikogo poza mną tu nie ma.

VEN­TRESS

Nie. Nie ma. (WZDY­CHA) Czego chcesz, dro­idzie?

LEP-10019

Nazy­wam się LEP-10019.

VEN­TRESS

Wisi mi to.

LEP-10019

Cóż. Hmm. Wzywa cię.

KY NAREC (DUCH)

Ven­tress... pro­szę...

VEN­TRESS

Pro­wadź.

SCENA 2. WN. KORY­TARZ ZAMKU.

Droid LEP-10019 postu­kuje czę­ściami, pro­wa­dząc Ven­tress przez zamek.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Myślę o wszyst­kich spo­so­bach, na jakie mogła­bym znisz­czyć drep­czą­cego dro­ida, gdy ten pro­wa­dzi mnie kory­ta­rzami zamku. Są dłu­gie i rów­nie ste­rylne co służba. Sama budowla jest impo­nu­jąca - ma wyso­kie, ele­gancko skle­pione sufity i zwień­czone łukami drzwi. Niczego takiego nie mie­li­śmy na Rat­ta­taku, no, przy­naj­mniej niczego, co nie byłoby pozna­czone bruz­dami i osma­le­niami po strza­łach z bla­ste­rów. Ale gdzie podziały się por­trety dawno zmar­łych przod­ków? Gdzie posągi? Gdzie wypchana głowa ran­kora, zawie­szona nad buzu­ją­cym ogniem komin­kiem?

Zamek jest nie­ska­zi­telny, ale pusty, pozba­wiony cie­pła.

Jak jego mistrz.

LEP-10019

Tędy, pro­szę.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku czeka na mnie w wiel­kiej sali na pod­wyż­sze­niu. Spo­gląda przez okrą­głe okno, które domi­nuje na tam­tej ścia­nie. Na witrażu wid­nieje herb rodu.

LEP-10019

Zacze­kaj tu.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Wal­czę z chę­cią oddzie­le­nia głu­piej główki o kró­li­czych uszkach od wąskich ramion LEP, jed­nak droid oddala się chwiej­nym kro­kiem i zosta­wia mnie w obec­no­ści swo­jego pana. Dys­tyn­go­wany męż­czy­zna się nie odwraca. W żaden spo­sób nie reaguje na moją obec­ność.

Cze­kam. Tak mocno pró­buję roz­ta­czać wokół aurę non­sza­lan­cji, że aż bolą mnie wszyst­kie mię­śnie.

Jak­bym mogła go oszu­kać.

DOOKU

Zdra­dzają cię twoje myśli.

VEN­TRESS

Prze­pra­szam. Ja...

DOOKU

(SRO­GIM TONEM) Czyż­bym udzie­lił ci głosu?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Zaci­skam zęby. Pró­buję okieł­znać furię, wykrę­ca­jącą mój żołą­dek niczym gniazdo krwi­stych żmij.

DOOKU

Nie. Pozwól, by twoja złość nara­stała. Pozwól jej kipieć.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Wresz­cie się odwraca i spo­gląda na mnie nie z zacie­ka­wie­niem, lecz ze zdy­stan­so­waną obo­jęt­no­ścią, niczym nauko­wiec bada­jący gry­zo­nia, by prze­ko­nać się, czy ten opa­no­wał nową sztuczkę i zasłu­żył na nagrodę.

Ale tu nie ma żad­nych nagród.

DOOKU

Opa­rze­nia już się goją. Boli?

VEN­TRESS

Nie, mistrzu.

DOOKU

Kła­miesz. Spró­buj ponow­nie.

VEN­TRESS

Tak. Bar­dzo boli.

DOOKU

Dobrze. Skup się na bólu. Wyko­rzy­staj go. Sta­nowi źró­dło two­jej siły.

VEN­TRESS

Tak, mistrzu.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Mistrzu. To słowo staje mi w gar­dle. A przy­się­ga­łam, że już ni­gdy nikogo tak nie nazwę. Nie po Hal'Ste­dzie. A już szcze­gól­nie nie po Narecu.

A jed­nak zna­la­złam się tutaj.

KY NAREC (DUCH)

W rze­czy samej.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Zaci­skam pię­ści. Wbi­jam paznok­cie w skórę. Głos nawie­dza mnie, odkąd tu przy­by­łam. Głos prze­zna­czony tylko dla moich uszu. Chyba że to kolejny test? Może to Dooku przy­wo­łał zjawę, by mnie spraw­dzić?

Pro­stuję ramiona, uno­szę brodę. Muszę spra­wiać wra­że­nie sil­nej.

DOOKU

Coś cię nie­po­koi.

VEN­TRESS

Nie, mistrzu. To... to nic takiego.

DOOKU

Już cię upo­mi­na­łem. Nie kłam w mojej obec­no­ści.

VEN­TRESS

Nie śmia­ła­bym... Nie mogła­bym.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Kąciki jego ust ukła­dają się w uśmiech. Szczur postą­pił zgod­nie z ocze­ki­wa­niami. Pip, pip, pip.

DOOKU

Chcesz mnie zabić.

VEN­TRESS

Skąd. Ja...

Dooku ciska w nią bły­ska­wi­cami Mocy.

VEN­TRESS

(WRZESZ­CZY)

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Mroczne bły­ska­wice wystrze­li­wują z pal­ców Dooku i opla­tają moje ciało. W nie­wy­obra­żal­nie bole­snej, roz­dzie­ra­ją­cej umysł chwili udo­wad­nia mi, że nic innego nie ma zna­cze­nia. Ani dro­idy. Ani zamek. Ani nawet Ky.

Ist­nieją tylko jego głos i auto­ry­tet.

Bły­ska­wice na­dal rażą ciało Ven­tress, gdy Dooku ją pro­wo­kuje.

DOOKU

Oczy­wi­ście, że chcesz mnie zabić. Jesteś zabój­czy­nią. Do tego spro­wa­dza się twoje ist­nie­nie. I wła­śnie dla­tego cię wybra­łem. Myślisz, że zna­la­złem się na Rat­ta­taku przy­pad­kiem? Że ot tak napa­to­czy­łem się na twoją arenę?

VEN­TRESS

(W BÓLU) Nie...

DOOKU

Obja­wiła mi to Moc. Poka­zała mi Datho­mi­riankę sprze­daną, by ura­to­wać jej grupę wiedźm. Wyzwo­loną nie­wol­nicę. Pada­wankę zmu­szoną, by patrzeć, jak jej mistrz wykrwa­wia się w pyle i pia­chu.

VEN­TRESS

Pro­szę...

DOOKU

To tak bła­gały twoje ofiary, gdy się mści­łaś? Gdy szlach­to­wa­łaś każ­dego miesz­kańca Rat­ta­taka, który spi­sko­wał, by zamor­do­wać two­jego mistrza? Żałuję, że nie było mi dane tego ujrzeć, Ven­tress. Żałuję, że nie widzia­łem ich twa­rzy, gdy uświa­do­mili sobie, jaką roz­pę­tali nawał­nicę.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Jakimś cudem pomimo bły­ska­wic, pomimo bólu prze­ży­wam na nowo każdą chwilę. Czuję, jak wzbiera we mnie furia. Moje mie­cze zamie­niają się w smugę. Ich wrza­ski są dla mnie muzyką.

Nie wie­dzia­łam, jak słodko sma­kuje zemsta, jak strach w ich oczach zaspo­koi gniew w żołądku.

Ky powie­działby, że sprze­nie­wie­rzy­łam się dro­dze Jedi, ale było mi to obo­jętne. Chwy­ci­łam drogę Jedi i wepchnę­łam im ją do gar­dła wraz z pię­ścią.

Zol Kra­mer. Rynn'k-lee. Wszy­scy padli, jeden po dru­gim.

Aż sta­nę­łam naprze­ciwko Kir­skego. Nim sta­wi­łam czoła tej żmii, szu­mo­wi­nie, która zade­cy­do­wała o śmierci Ky, sądzi­łam, że okaże się jak reszta. Że ponie­sie karę. Że będzie cier­piał tak, jak sama cier­piałam.

Myli­łam się. Zaśle­piła mnie wła­sna próż­ność. Byłam pewna, że wyjdę z tego zwy­cię­sko. Prze­ko­nana. Nie przy­szło mi do głowy, że Kir­ske posłuży za przy­nętę, aż było za późno, aż popę­dzi­łam w jego kie­runku z doby­tymi mie­czami świetl­nymi.

Aż wpa­dłam w pułapkę.

I wła­śnie dla­tego Dooku odna­lazł mnie nie oto­czoną tru­chłami wro­gów, lecz zmu­szoną prze­le­wać krew ku ucie­sze zgro­ma­dzo­nych jako gla­dia­torka na obskur­nej are­nie, z obrożą wstrzą­sową na szyi.

Wyczu­wał mój żal? Moją furię?

Nie mia­łam poję­cia, kim jest. Był dla mnie jed­nym z wielu widzów korzy­sta­ją­cych z gościn­no­ści Osiki Kir­skego w jego pry­wat­nej loży. Nie mia­łam poję­cia, że zdra­dził Kir­skemu, iż szuka skry­to­bójcy, ani że już doko­nał wyboru.

Nie wiem, kto był bar­dziej zdzi­wiony, gdy Dooku zde­ka­pi­to­wał Kir­skego, ja czy sam Vol­lick. W jed­nej chwili Dooku popi­jał wino z krysz­ta­ło­wego kie­liszka, a w kolej­nej kar­ma­zy­nowe ostrze mie­cza świetl­nego prze­ci­nało szyję nie­szczę­śnika.

Głowa Vol­licka spa­dła na arenę. Na twa­rzy trupa malo­wało się nie­do­wie­rza­nie. Cze­rep odbił się od ziemi raz czy dwa i wylą­do­wał u moich stóp.

Nie mogłam świę­to­wać. Nie potra­fi­łam się cie­szyć jego śmier­cią. To ja powin­nam była zadać mu śmier­telny cios, zdmuch­nąć pło­mień jego życia, jed­nak ten... ten nie­zna­jomy ubrany w wykwintne szaty, nie­zna­jomy o wład­czym spoj­rze­niu skradł moją zemstę.

Sko­czy­łam z dna areny. Moc powio­dła mnie ku loży. Oba mie­cze pło­nęły w goto­wo­ści w dło­niach. Dooku już na mnie cze­kał. Dwa ostrza prze­ciwko jed­nemu. Nie było mowy, by sta­rzec zdo­łał się obro­nić, a mimo to spa­ro­wał cios. Ba, paro­wał każdy kolejny. Nie ustę­po­wał i nie dozna­wał obra­żeń.

Nawet nie roz­lał przy tym wina.

I wtedy nade­szły. Jego bły­ska­wice Mocy. Mia­łam wra­że­nie, że każdy atom mojego ciała roz­ry­wany jest na kawałki, że każde wspo­mnie­nie obraca się w popiół pod napo­rem ener­gii. Matka Tal­zin. Hal'Sted. Ky. Wszy­scy znik­nęli, pochło­nięci bólem ciem­nej magii Dooku.

Nie pamię­tam chwili, gdy puści­łam ręko­je­ści mie­czy. Ba, nie zauwa­ży­łam nawet, kiedy osu­nę­łam się w ciem­ność.

Gdy się ock­nę­łam, odkry­łam, że para mecha­nicz­nych rąk wle­cze mnie po nie­zna­nych mi kory­ta­rzach. Obroża wstrzą­sowa gdzieś znik­nęła. Chłodne powie­trze sma­gało osma­loną skórę. Pamię­tam, że gdy cią­gnięto mnie wzdłuż otwar­tych okien, dobie­gały mnie pta­sie trele. I wła­śnie wtedy uświa­do­mi­łam sobie, że już nie jestem na Rat­ta­taku. Jedy­nymi pta­kami zamiesz­ku­ją­cymi tam­ten świat są szar­żo­sępy, które ogo­ła­cają kości z mięsa na pyli­stych rów­ni­nach.

Cze­kał na mnie w wiel­kiej sali, w tym samym miej­scu, co teraz. Wpa­try­wał się we mnie oczyma ciem­nymi jak bez­gwiezdne niebo.

"Nauczę cię arka­nów ciem­nej strony, ale naj­pierw musisz się wyka­zać".

(DŹWIĘK ZAPO­WIADA POWRÓT DO TU I TERAZ)

Mija chwila, nim uświa­da­miam sobie, że napór bły­ska­wic ustą­pił. Dło­nie chwy­tają moje popa­rzone ręce. Przez chwilę wyobra­żam sobie, że to Ky, który pomaga mi sta­nąć na nogi, ale potem odzy­skuję wzrok. Spo­glą­dam w twarz wyba­wi­ciela i drę­czy­ciela.

Zmu­szam się, by wstać. Mówię sobie, że muszę spra­wiać wra­że­nie sil­nej, nie­ważne, jakich lek­cji udziela mi Dooku.

DOOKU

Nie chcę znów być do tego zmu­szony.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

To jest nas dwoje.

Staje za biur­kiem i wysuwa szu­fladę. Gdy męczę się, by nabrać powie­trza w osma­lone płuca, wyj­muje dysk nie więk­szy od monety i rzuca go w moją stronę. Przed­miot upada z brzę­kiem, wiruje i wresz­cie spo­czywa na wypo­le­ro­wa­nym drew­nie. Cze­kam. Nie mam odwagi się ruszyć, nim Dooku mi na to nie zezwoli. Ostroż­nie chwy­tam dysk i obra­cam go w dłoni.

VEN­TRESS

Data­karta?

DOOKU

Umieść ją w holo­wy­świe­tla­czu.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Postę­puję, jak mi naka­zano. Przede mną wyra­sta holo­gram. Przed­sta­wia chłopca, naj­wy­żej dzie­się­cio­let­niego, krótko obcię­tego, w sza­tach adepta Jedi. W jego twa­rzy jest coś... zna­jo­mego.

VEN­TRESS

(GDY POJA­WIA SIĘ ZRO­ZU­MIE­NIE) To ty.

DOOKU

Zapo­mnia­łem, że kie­dyś byłem takim mal­cem. Należy do mojej sio­stry.

VEN­TRESS

Sio­stry?

DOOKU

Nie wie­dzia­łem, że zacho­wała nagra­nia. Popro­si­łem, by je znisz­czyła. Posta­wiła na swoim.

VEN­TRESS

Nie rozu­miem. Byłeś Jedi.

DOOKU

Byłem.

VEN­TRESS

Sądzi­łam, że Jedi zry­wają wszel­kie kon­takty z rodzi­nami.

DOOKU

Ow­szem. Ale moja sio­stra... Powiedzmy, że się odna­leź­li­śmy...

VEN­TRESS

Jak?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Napi­nam mię­śnie w ocze­ki­wa­niu na kolejną falę bły­ska­wic, ale zamiast tego Dooku odwraca wzrok i sku­pia go na holo­gra­mie chłopca. Wyczu­wam w nim kon­flikt. Dawno pogrze­bane wspo­mnie­nia wydo­stają się na powierzch­nię. Gdy prze­ma­wia ponow­nie, w jego gło­sie jest pewna... zaduma, wraż­li­wość, z którą wcze­śniej się nie zdra­dzał.

DOOKU

Nie pozna­łem rodziny z powo­dów, o któ­rych już wspo­mnia­łaś. Jak więk­szość człon­ków zakonu, tra­fi­łem na miej­sce w towa­rzy­stwie Poszu­ki­wa­cza, Jedi, który prze­mie­rzał galak­tykę, by odna­leźć dzieci wraż­liwe na Moc. Nie zacho­wa­łem wspo­mnień o domu - tra­fi­łem na Coru­scant jako małe dziecko i dopiero póź­niej, gdy już zosta­łem adep­tem, powie­dziano mi, że mam wró­cić.

VEN­TRESS

Na Serenno. Dla­czego?

DOOKU

Na wiel­kie Święto...

SCENA 3. ZEW. CARAN­NIA. STO­ŁECZNE MIA­STO SERENNO.

Nastrój: Gdy Dooku mówi, sły­szymy odgłosy wiel­kiego święta, muzykę, gwar tłumu, głosy kup­ców. Wyobraź sobie targi han­dlowe na Zewnętrz­nych Rubie­żach.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Serenno było gospo­da­rzem tar­gów, zor­ga­ni­zo­wa­nych z myślą o całej galak­tyce, pod­czas któ­rych pla­nety Zewnętrz­nych Rubieży miały moż­li­wość zade­mon­stro­wać, co mogą wnieść do stale roz­ra­sta­ją­cej się Repu­bliki. Kupcy i han­dla­rze zebrali się, by spa­ce­ro­wać wśród pawi­lo­nów i zachwy­cać się wychwa­la­nymi towa­rami. Na miej­scu zgro­ma­dzili się arma­to­rzy i pro­du­cenci broni, budow­ni­czo­wie dro­idów i far­me­rzy.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

A Jedi?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Rada zasta­na­wiała się nad wysła­niem adep­tów na takie wyda­rze­nie. Miała wąt­pli­wo­ści, ale osta­tecz­nie posta­no­wiono, że Święto jest zbyt ważne, by je prze­ga­pić, że może być jedyną szansą, by przy­szli Jedi poznali galak­tykę, któ­rej obro­nie poprzy­się­gali życie...

Jak bowiem lepiej ją zro­zu­mieć, niż pozna­jąc ją na wła­sne zachłanne oczy?

SIFO-DYAS (W WIEKU DWU­NA­STU LAT)

Dooku, Dooku, czy ty to widzisz? Spójrz tylko. Ile ludzi!

DOOKU (W WIEKU DWU­NA­STU LAT)

Za dużo.

SIFO-DYAS

(ŚMIEJE SIĘ) Wylu­zuj. Baw się. To w końcu festi­wal!

DOOKU

Prze­cież się bawię.

SIFO-DYAS

A powie­dzia­łeś o tym wła­snej twa­rzy?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Dość powie­dzieć, że byłem osobą... trudną w oby­ciu. Na początku szko­le­nia z tru­dem zdo­by­wa­łem przy­ja­ciół. Po przy­by­ciu do Świą­tyni świeżo upie­czeni adepci przy­pi­sy­wani są do kla­nów. Pod wie­loma wzglę­dami pro­ces odbywa się losowo, co ma wzmac­niać zaufa­nie i bra­ter­stwo. Nie w moim przy­padku. Już wtedy nie odczu­wa­łem takiej potrzeby. Zja­wi­łem się tam, by się szko­lić, by osią­gnąć peł­nię poten­cjału. Gdy inni człon­ko­wie klanu zbie­rali się po zaję­ciach, by wymie­niać się nie­stwo­rzo­nymi histo­riami o bez­i­mien­nych czy innych wymy­słach pochła­nia­ją­cych ich wybu­jałą wyobraź­nię, ja wola­łem spraw­dzać, czy moja tunika jest ład­nie odpra­so­wana, a buty - wypo­le­ro­wane. W końcu chcia­łem zaim­po­no­wać mistrzom.

Tylko jeden chło­piec się na mnie poznał, adept, który w rów­nym stop­niu miał zadatki na roz­ra­biakę, co ja na jed­nego z naj­zna­mie­nit­szych człon­ków zakonu. Może potrze­bo­wa­łem kogoś, kto będzie mnie spro­wa­dzał na zie­mię. Może po pro­stu potrze­bo­wa­łem kom­pana. Tak czy ina­czej, sta­li­śmy się nie­roz­łączni...

DOOKU

Sifo-Dyasie, nie zapo­mi­naj się. Gapią się na nas...

SIFO-DYAS

No i co? To Święto. Mamy się dobrze bawić.

DOOKU

Nie. Mamy repre­zen­to­wać Jedi. Co powie­działby mistrz Yoda, gdyby zoba­czył, jak podry­gu­jesz niczym flo­ubet­te­ań­ski tan­cerz?

SIFO-DYAS

Ale prze­cież nie zoba­czy, prawda? Jest zbyt zajęty byciem mądrym, zagad­ko­wym i...

Sifo-Dyas wpada na Yodę i zwala go z nóg.

YODA

(JĘCZY)

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Aż zamarło mi serce, gdy Sifo-Dyas odwró­cił się i powa­lił tego samego mistrza, któ­rego prze­drzeź­niał.

SIFO-DYAS

M-mistrzu Yodo! Tak mi przy­kro.

DOOKU

(CEDZĄC PRZEZ ZĘBY) Idioto!

YODA

Dokąd idziesz patrzeć powi­nie­neś, młody Sifo-Dyasie.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Jakby tylko wycze­ki­wali kata­strofy, z tłumu wyło­nili się pozo­stali Jedi, by pomóc Wiel­kiemu Mistrzowi Jedi. Wśród nich był Tera Sinube, Cosja­nin o zakoń­czo­nej dzio­bem facja­cie, który podob­nie jak Yoda już za młodu pew­nie wyda­wał się mądry, pra­dawny...

TERA SINUBE

Mistrzu Yodo? Nic ci nie jest?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

No i poja­wiła się Yula Bray­lon, Poszu­ki­waczka, która powio­dła tylu nowych rekru­tek i rekru­tów zakonu pod drzwi Świą­tyni Jedi.

BRAY­LON

Czyja to sprawka? Pokaż się.

SIFO-DYAS

Moja, mistrzyni. Ja... Po pro­stu tro­chę mnie ponio­sło. Tyle świa­teł i dźwię­ków, i...

BRAY­LON

I wła­śnie dla­tego cią­gnię­cie tu mło­dzi­ków przez pół galak­tyki było błę­dem.

YODA

Stało się nic. Nie­chcący to było.

DOOKU

Sifo-Dyasowi jest bar­dzo przy­kro.

YODA

Cenną lek­cję Sifo-Dyas młody pojął. Drugi raz tak już nie zrobi.

SIFO-DYAS

Obie­cuję. Ja... będę patrzył pod nogi.

YODA

Jak wszy­scy. Tak. Wszy­scy.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Nie wszy­scy mistrzo­wie byli tak pobłaż­liwi. Bray­lon prze­szy­wała nas podejrz­li­wym wzro­kiem, jakby była pewna, że wpa­ku­jemy się w kolejne tara­paty, gdy tylko odwróci się do nas ple­cami.

Godne pochwały instynkty.

BRAY­LON

Nie odda­laj­cie się. Za nie­spełna godzinę pokaz mie­czy świetl­nych. Rozu­mie­cie? Nie zapo­mi­naj­cie, po co tu przy­by­li­śmy.

DOOKU

By dać świa­dec­two samo­dy­scy­pli­nie i opa­no­wa­niu Jedi.

SINUBE

Widzisz, Bray­lon? Jed­nak słu­chali. W rze­czy samej, Dooku.

DOOKU

Dzię­kuję, mistrzu.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Cze­ka­li­śmy w sku­pie­niu, gdy mistrzo­wie udali się ku pode­stowi, gdzie miał się odbyć pokaz. Dopiero gdy zna­leźli się poza zasię­giem wzroku, dałem Sifo-Dyasowi moc­nego kuk­sańca.

SIFO-DYAS

Aua! Niby za co?

DOOKU

A jak myślisz? Za powa­le­nie mistrza Yody! I tak nam się upie­kło, że nie wysłali nas z powro­tem na Coru­scant.

SIFO-DYAS

Myśla­łem, że tego chcesz. No weź, Doo.

DOOKU

(WZDY­CHA) Nie mów tak na mnie.

SIFO-DYAS

Czemu? Prze­cież tak się nazy­wasz.

DOOKU

Wcale nie.

SIFO-DYAS

(PRZE­DRZEŹ­NIA­JĄC TOWA­RZY­SZA) Doo. Doo. Dooku.

DOOKU

Zamknij się.

SIFO-DYAS

Doo. Doo. Doo.

DOOKU

(NIE MOŻE POWSTRZY­MAĆ ŚMIE­CHU) Jesteś idiotą.

SIFO-DYAS

A ty jesteś w domu! Jeste­śmy na Serenno. Ilu adep­tów może odwie­dzić miej­sca, gdzie się uro­dzili?

ARATH (W WIEKU DWU­NA­STU LAT)

(POD­CHO­DZĄC BLI­ŻEJ) Co mówi­łeś, Sifo-Dyasie? To stąd pocho­dzi Jego Emi­nencja?

DOOKU

(WZDY­CHA) Dobra robota, Si.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Gdy­bym tylko mógł, zmu­sił­bym zie­mię, by pochło­nęła mnie w jed­nej chwili.

Odkąd się pozna­li­śmy, Arath Tar­rex był zde­ter­mi­no­wany, by zamie­nić moje życie w pasmo cier­pień. Mia­łem wra­że­nie, że nie podoba mu się wszystko, co robię. To, jak cho­dzę. Jak mówię. I co naj­waż­niej­sze: to, że niwe­czy­łem jego marne próby odnie­sie­nia suk­cesu na każ­dych wspól­nych zaję­ciach.

Jedi nauczani są, by tłu­mić emo­cje, ale Arath... Zazdro­ścił mi, zresztą nie bez powodu...

SIFO-DYAS

Zostaw nas, Ara­cie. Cie­bie to nie doty­czy.

ARATH

Naprawdę stąd pocho­dzisz, Dooku?

DOOKU

Nie. Moim domem jest Świą­ty­nia. Jak i twoim.

SIFO-DYAS

(PÓŁ­GŁO­SEM) Nie­stety.

ARATH

Co takiego?

SIFO-DYAS

Nic, Ara­cie. Nic. Zresztą w czym pro­blem? Nie podoba ci się tutaj?

ARATH

Żar­tu­jesz? To zapa­dła dziura. Kto by pomy­ślał, że pomimo dwor­skich manier i zadar­tego nosa mały lord Dooku pocho­dzi z takiego graj­dołka.

DOOKU

Ostrze­gam cię, Ara­cie...

ARATH

Że co? I co takiego zro­bisz, Dooku? Uciek­niesz poskar­żyć się Bray­lon, jak ostat­nio?

DOOKU

Zaraz ci zade­mon­struję.

Dooku wyrywa się do Ara­tha, by go szturch­nąć, ale Sifo-Dyas go powstrzy­muje.

SIFO-DYAS

Ej, chwila, chwila! Pamię­taj­cie: samo­dy­scy­plina i opa­no­wa­nie. Samo­dy­scy­plina i opa­no­wa­nie.

ARATH

(NA ODCHODNE) Powo­dze­nia. Do zoba­cze­nia na poka­zie, Wasza Wyso­kość.

DOOKU

Pew­nego dnia zetrę mu z twa­rzy ten głupi uśmie­szek.

SIFO-DYAS

I co to da?

DOOKU

Pokażę mu, gdzie jego miej­sce.

SIFO-DYAS

Takie gadki to coaxium, które napę­dza jego sil­niki. Słu­chaj, wiem, że jesteś od niego lep­szy. On też to wie. Nawet śli­maki dura­be­to­nowe w domu to wie­dzą, ale nie musisz rzu­cać mu tego w twarz.

DOOKU

A mogę mu rzu­cić w twarz zawar­to­ścią tam­tego padoku dla dew­bac­ków?

SIFO-DYAS

Okej, to bym aku­rat chęt­nie zoba­czył, ale wtedy Bray­lon już dopil­nuje, byśmy resztę Święta spę­dzili na pokła­dzie "Ata­rak­sji". No weź, Doo. Jak czę­sto mamy oka­zję opu­ścić mury Świą­tyni, nie wspo­mi­na­jąc o powierzchni Coru­scant? Zapo­mnij o Ara­cie. Roz­glą­dajmy się, póki możemy.

SCENA 4. ZEW. ŚWIĘTO. PER­SPEK­TYWA JENZY.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Zgo­dzi­łem się nie­chęt­nie. Pozwo­li­łem, by Sifo-Dyas zacią­gnął mnie w głąb tłumu, nie­świa­dom tego, że nie­da­leko uro­czy­sto­ściom przy­glą­dali się człon­ko­wie lokal­nej ary­sto­kra­cji.

HOLO­GRA­FICZNY MISTRZ CERE­MO­NII

Miesz­kańcy galak­tyki, witaj­cie w Caran­nii. Znaj­dzie­cie tu wszystko, co Zewnętrzne Rubieże mają do zaofe­ro­wa­nia. Inno­wa­cje. Moż­li­wość eks­plo­ra­cji. Znaj­du­je­cie się na pogra­ni­czu zamiesz­ka­nym przez odważ­nych. Tutej­sze światy ofe­rują moż­li­wo­ści i przy­gody, a wszę­dzie wiodą bez­pieczne i nie­za­wodne trasy nad­prze­strzenne...

Natra­fiamy na hra­biego Gorę, władcę Serenno, który spa­ce­ruje po tere­nie tar­gów w oto­cze­niu świty.

GORA

(PRY­CHA) "Bez­pieczne i nie­za­wodne trasy nad­prze­strzenne"? Sithań­skie plwo­ciny.

ANYA

Goro, pro­szę! Dzieci.

GORA

Co z nimi? Nie wie­rzę, że Zgro­ma­dze­nie mnie do tego namó­wiło. To potwarz! Wła­śnie tak. Cho­lerna potwarz.

D-4

W isto­cie, hra­bio Goro, Święto sta­nowi dla Serenno szansę, która tra­fia się raz na poko­le­nie.

GORA

Anyo, przy­po­mnij pro­szę swo­jej dro­idce pro­to­ko­lar­nej, by mnie nie pouczała, chyba że chce, abym ją prze­to­pił wraz z nową dostawą cer­sji od Malver­nów.

ANYA

D-4, może byłoby lepiej, gdy­byś stu­liła woka­bu­la­tor.

D-4

Ależ hra­bino Anyo, chcia­łam po pro­stu przy­po­mnieć jaśnie wiel­moż­nemu panu hra­biemu, że...

GORA

Na­dal traj­ko­cze!

ANYA

D-4, pro­szę. Ostat­nia rzecz, jakiej teraz potrze­bu­jemy, to żeby wpadł w jeden z tych swo­ich sza­łów. Może mogła­byś się zająć dziećmi?

D-4

Dziećmi? Ależ hra­bino, zapro­gra­mo­wano mnie z myślą o dyplo­ma­cji i ety­kie­cie...

ANYA

A zatem będziesz dosko­nałą niańką dla Ramila i Jenzy.

RAMIL (W WIEKU CZTER­NA­STU LAT)

Matko! Nie jestem już dziec­kiem!

D-4

(PRY­CHA) Pole­mi­zo­wa­ła­bym.

RAMIL

Wsadź sobie te słowa w gniazdo ładow­ni­cze.

D-4

Hra­bino! Sły­szała pani?

ANYA

(WZDY­CHA) Tak, tak. Ramilu, bez takiego gru­biań­stwa. (DO SIE­BIE) Nie jesteś swoim ojcem.

GORA

Co pro­szę?

ANYA

Nic, naj­droż­szy. Mówi­łam do dzieci.

JENZA (W WIEKU JEDE­NA­STU LAT)

Nie możemy się rozej­rzeć, matko?

ANYA

Nie na wła­sną rękę, Jenzo. Prze­cież wiesz.

JENZA

Ale...

ANYA

Żad­nych "ale". Będzie ci towa­rzy­szyła D-4.

RAMIL

Ale wtopa.

ANYA

Zawsze może­cie udać się na Zgro­ma­dze­nie, by wysłu­chać mowy ojca.

JENZA

Wiesz, D-4 będzie wspa­niałą towa­rzyszką. (POD­NO­SZĄC GŁOS) Prawda, Ramilu?

RAMIL

Niech będzie. To chodź, Śru­bo­głowa. Rozej­rzyjmy się.

D-4

Czuję się zmu­szona zapro­te­sto­wać. Moje obo­wiązki...

ANYA

(MÓWIĄC PRZEZ RAMIĘ NA ODCHODNE) Doty­czą opieki nad dziećmi. Baw­cie się dobrze.

D-4

(DO WŁA­ŚCI­CIELKI) Hra­bino. Hra­bino, doprawdy? (DO SIE­BIE) To już prze­sada. Kusi mnie, żeby... (UŚWIA­DA­MIA SOBIE, ŻE W MIĘ­DZY­CZA­SIE ZNIK­NĘŁY DZIECI) Gdzież one są? Gdzie się podziały? (WOŁA) Panienko Jenzo!

SCENA 5. ZEW. ŚWIĘTO. PER­SPEK­TYWA DZIECI (CIĄG DAL­SZY).

Wta­piamy się w tłum. D-4 teraz jest za naszymi ple­cami.

D-4 (Z OFFU)

Pani­czu Ramilu! Pro­szę wró­cić.

JENZA

To co chcesz naj­pierw zoba­czyć, Ramilu? Sły­sza­łam, że są tu Jedi.

RAMIL

A czemu ktoś miałby chcieć zoba­czyć tych czub­ków?

JENZA

Nie mów tak.

RAMIL

Ojciec tak mówi.

JENZA

Ojciec mówi wiele rze­czy. Chodź.

Odbie­gają. D-4 pra­wie ich doga­nia.

D-4 (POD­CHO­DZI DO MIKRO­FONU)

Nie. Nie. Zacze­kaj­cie na mnie, roz­pusz­czone ba... Oj, czym sobie na to zasłu­ży­łam...

SCENA 6. ZEW. ŚWIĘTO - POKAZ JEDI.

Dzieci prze­py­chają się przez tłum. Kie­rują się ku poka­zowi Jedi. Ponad gwa­rem zebra­nego tłumu uno­szą się głosy Yody, Sinu­bego i Bray­lon, któ­rzy prze­pro­wa­dzają ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wany pokaz. Ich mie­cze świetlne brzę­czą i trzesz­czą. To takie tai-chi, tyle że dla Jedi.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Sta­li­śmy na sce­nie i przy­glą­da­li­śmy się, jak Yoda, Sinube i Bray­lon demon­strują pod­sta­wowe tech­niki walki mie­czem świetl­nym. Pla­zma buczała, gdy poru­szali się, ide­al­nie zgrani, z zamknię­tymi oczami i uspo­ko­jo­nymi umy­słami.

Zebrany tłum wzdy­chał z zachwytu. Wpraw­dzie pokaz mistrzów był jedną z wielu atrak­cji uro­czy­sto­ści, ale demon­stra­cja miała zawa­żyć na dal­szym losie jed­nego mło­dego obser­wa­tora...

Jenza cią­gnie Ramila przez tłum. D-4 w końcu się z nimi zrów­nała.

JENZA

Tam są! Wow! Patrz­cie tylko!

D-4

Tak. Tak. Świet­nie. To może odszu­kamy waszych rodzi­ców?

RAMIL

Tylko tyle? To nie mieli wal­czyć czy coś?

D-4

Nie, ener­ge­tyczne ostrza mają funk­cję cere­mo­nialną.

JENZA

Poma­gają im w medy­ta­cji.

RAMIL

Skąd wie­cie?

JENZA

Widzia­łam doku­ment na Holo­Ne­cie. Te mie­cze to ina­czej mie­cze świetlne.

RAMIL

Głu­pie są.

D-4

Są nie­bez­pieczne. Za chwilę komuś utną rękę.

RAMIL

Oby. Przy­naj­mniej zrobi się cie­ka­wie. (ŚMIEJE SIĘ) Patrz na tego tam. Przy­po­mina ślu­zo­gnoma.

JENZA

Ciii­cho. Bo usły­szy.

RAMIL

Nie dzi­wota. Widzia­łaś jego uszy? No weź, Jen. Ale nuda. Odszu­kajmy pawi­lon Nalro­nich. Ojciec mówi, że Cela­nici poka­zują nowe dro­idy straż­ni­cze.

JENZA

Sam idź. Wolę się rozej­rzeć.

RAMIL

Ta, bo Śru­bo­głowa pozwoli nam się roz­dzie­lić...

D-4

Śru­bo­głowa nie ma takiego zamiaru.

RAMIL

Widzisz?

Jenza nachyla się kon­spi­ra­cyj­nie ku bratu.

JENZA

(SZEP­TEM) O co cho­dzi, Ramilu? Cykasz się z powodu dro­idki pro­to­ko­lar­nej?

RAMIL

(SZEP­TEM) Gdzie tam.

JENZA

(SZEP­TEM) Udo­wod­nij.

RAMIL

(SZEP­TEM) Dobra. Patrz i podzi­wiaj.

Grze­bie w kie­sze­niach.

JENZA

(SZEP­TEM) Co to?

RAMIL

(SZEP­TEM) Gro­mo­kap­sle.

JENZA

(SZEP­TEM) Matka mówiła, że nie możesz się nimi bawić. Nie od tam­tego zimo­wego balu!

RAMIL

(SZEP­TEM) Co, Jenzo - cykasz się?

JENZA

(UŚMIE­CHA SIĘ) Zamknij się.

RAMIL

(SZEP­TEM) Przy­go­tuj się do biegu. Raz.

JENZA

(SZEP­TEM) Dwa.

RAMIL

Trzy!

Ciska gro­mo­kap­slami, które wybu­chają na ziemi jak małe sztuczne ognie. Tłum reaguje, widzo­wie krzy­czą z zasko­cze­nia, a rodzeń­stwo śmieje się z rado­ści, ucie­ka­jąc.

JENZA

(DO BRATA) Do zoba­cze­nia potem, Ram!

D-4

Chwila. Dokąd to? Wra­caj­cie! Natych­miast!

SCENA 7. ZEW. ŚWIĘTO - POKAZ JEDI, PER­SPEK­TYWA DOOKU.

Sły­szymy huk gro­mo­kap­sli od strony sceny, gdzie stoją Dooku i Sifo-Dyas.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Po dru­giej stro­nie sceny hałas wywo­łał eks­cy­ta­cję wśród zgro­ma­dzo­nych adep­tów...

SIFO-DYAS

Co się dzieje?

ARATH

Lokalne dzieci odpa­liły petardy.

SIFO-DYAS

Doo, nic ci nie jest?

DOOKU

Ta dziew­czyna...

SIFO-DYAS

Która?

DOOKU

Dopiero co tu była. Przy dro­idzie.

ARATH

O, Jego Wyso­kość zna­lazł sobie dziew­czynę?

SIFO-DYAS

Zamknij się, Ara­cie.

ARATH

No co, wydaje się żywo zain­te­re­so­wany.

SIFO-DYAS

Co? (ZAUWAŻA, ŻE DOOKU GDZIEŚ SIĘ ULOT­NIŁ) Doo? Dooku. Gdzie cię wcięło?

SCENA 8. ZEW. TERENY WYSTA­WOWE.

Nastrój: Alejka pełna budek z grami. Dooku prze­py­cha się przez tłum.

(NASTĘ­PU­JĄCE WYPO­WIE­DZI PADAJĄ Z OFFU W TLE).

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 1

Skocz w nie­znane! Nur­ko­wa­nie w sta­nie nie­waż­ko­ści! Tylko trzy kre­dyty! Spró­buj!

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 2

Zawody w strze­la­niu do dro­idów! Traf do celu i wygraj nagrodę! Strzel bla­sza­kom mię­dzy foto­re­cep­tory!

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 3

Bąc­nij blog­gina! Sprawdź się! Z któ­rych otwo­rów wyściu­bią głowy?! Tylko dwa kre­dyty! Dalej, synu. Zapra­szam!

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 4

Każdy los wygrywa! Co masz do stra­ce­nia?! Każdy odcho­dzi zwy­cięzcą!

DOOKU

Prze­pra­szam. Prze­pra­szam.

Bie­gnie za nim Sifo-Dyas.

SIFO-DYAS

(ZRÓW­NU­JĄC SIĘ Z PRZY­JA­CIE­LEM) Dooku! Zacze­kaj. Dokąd tak pędzisz?

DOOKU

Wra­caj, Si.

SIFO-DYAS

I będziesz się bawił beze mnie? Co w cie­bie wstą­piło?

DOOKU

Tamta dziew­czyna... Wyczu­łem coś...

SIFO-DYAS

No nie wie­rzę. Arath miał nosa.

DOOKU

Nie, to nie tak. Wydało mi się, że ją daw­niej zna­łem.

SIFO-DYAS

Niby skąd? Gdy przy­był po cie­bie Yoda, byłeś jesz­cze brzdą­cem.

DOOKU

Wiem. Nie potra­fię tego wytłu­ma­czyć. (ZAUWAŻA JENZĘ) Jest!

SIFO-DYAS

Dooku, to sza­leń­stwo. Nie możesz tak po pro­stu się ulot­nić. Jeśli zła­pią cię mistrzo­wie...

Dooku bie­gnie za dziew­czyną.

DOOKU

Wra­caj do naszych. Nic mi nie będzie.

SIFO-DYAS.

Nie. Nie ma mowy!

SCENA 9. ZEW. TERENY WYSTA­WOWE. PER­SPEK­TYWA JENZY.

Nastrój: jak wcze­śniej.

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 1

Sprawdź swoją siłę w poje­dynku pro­mie­niem ścią­ga­ją­cym! Tylko trzy kre­dyty! (ZAUWAŻA JENZĘ) A może pani, panienko? Czu­jemy się dziś w pełni sił?

JENZA

(NIE­PEWNA) Nie. Dzię­kuję.

Czym prę­dzej idzie dalej.

WŁA­ŚCI­CIEL BUDKI NR 1

(WOŁA­JĄC ZA NIĄ) Pro­szę spró­bo­wać! Kto wie, może się panience poszczę­ści!

JENZA

Dzię­kuję, naprawdę.

Potrąca obcego, który rzuca coś gniew­nie po hut­tyj­sku.

OBCY

Chuba! Doom­pa­sha lo! [Hej! Uwa­żaj!]

JENZA

Prze­pra­szam! Nie chcia­łam na pana wpaść.

OBCY

Oosa do nawee, eh? [Patrz przed sie­bie, co?]

Jenza pędzi dalej.

JENZA

Prze­pra­szam naj­moc­niej.

Miota się w tłu­mie, kom­plet­nie zagu­biona.

JENZA

Może to wcale nie był naj­lep­szy pomysł.

Uru­cha­mia komu­ni­ka­tor.

JENZA

Ramilu? Ramilu, jesteś tam?

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Czego chcesz?

JENZA

Gdzie jesteś?

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Zmie­rzam ku pawi­lo­nowi dro­idów. A co?

JENZA

Pomy­śla­łam, że jed­nak z tobą pójdę. Zacze­kasz na mnie?

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Ha! Wie­dzia­łem, że się cykasz. (PRZE­DRZEŹ­NIA­JĄC JĄ) Może powin­naś popro­sić o ochronę Jedi?

JENZA

Nie bądź taką pur­chawką.

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Gdzie jesteś?

JENZA

Nie wiem. Są tu różne gry i...

Ktoś na nią wpada.

JENZA (KON­TY­NU­UJE)

(REAGUJE) ...i gęsty tłum.

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Okej. Zacze­kaj na mnie. Ale będziesz mi wisieć. Sły­szysz?

JENZA

Tak. Ja...

Ktoś gwał­tow­nie ją sztur­cha, prze­cho­dząc obok.

JENZA

(KRZY­CZY) Hej!

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Co jest? Jenzo?

JENZA

Ktoś mi cap­nął torebkę.

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Co? Kto?

JENZA

Jakiś mały kości­sty Hoopa­loo. Widzę go. (ZACZYNA BIEC, PRZE­CI­SKA­JĄC SIĘ PRZEZ TŁUM) Prze­pra­szam! Pro­szę mnie prze­pu­ścić!

RAMIL (PRZEZ KOMU­NI­KA­TOR)

Jenzo, nie. Nie bie­gnij za nim, może być nie­bez­pieczny. Jen...

Jenza się potyka.

JENZA

(WZDY­CHA)

Komu­ni­ka­tor dziew­czyny ude­rza z trza­skiem o zie­mię. Łącz­ność z Rami­lem zostaje prze­rwana w pół słowa.

JENZA

Oj.

Zrywa się na nogi, by znowu pobiec za zło­dzie­jem. Raz za razem wci­ska przy­cisk komu­ni­ka­tora.

JENZA

Ramilu? Ramilu, sły­szysz mnie?

Po kilku klik­nię­ciach uświa­da­mia sobie, że urzą­dze­nie się zepsuło.

JENZA

No nie. Matka mnie zabije. (KRZY­CZY DO ZŁO­DZIEJA) Wra­caj!

SCENA 10. ZEW. TERENY WYSTA­WOWE - ZA BUD­KAMI.

Jenza bie­gnie mię­dzy atrak­cjami. Nagle przy­staje za dużym pawi­lo­nem.

JENZA

Dokąd on pobiegł? (ODNAJ­DUJE ZŁO­DZIEJA) Mam cię!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Hoopa­loo przy­kuc­nął za dużym namio­tem repul­so­ro­wym i prze­glą­dał zawar­tość torebki.

JENZA

Odda­waj! To moje!

Chwyta torebkę.

BRY

(PISZ­CZY) Kra­dziej!

JENZA

Kra­dziej?! To ty mi cap­ną­łeś torebkę. (PRZE­GLĄDA ZAWAR­TOŚĆ) A gdzie krysz­tał? Co z nim zro­bi­łeś?

BRY

Nic nie wiem o żad­nym krysz­tale.

JENZA

Słu­chaj, zatrzy­maj sobie kre­dyty. Nie obcho­dzą mnie, ale musisz mi oddać krysz­tał. Nale­żał do mojej babki.

Wtem na miej­scu poja­wiają się Kar­ka­ro­don imie­niem Jor­kat i Velek, Aska­jianka.

JOR­KAT

No pro­szę. Co my tu mamy?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Coś rzu­ciło cień na Jenzę. Dziew­czyna odwró­ciła się i ujrzała Kar­ka­ro­dona o reki­niej twa­rzy, nad­cią­ga­ją­cego wraz z pokaźną Aska­jianką. Kar­ka­ro­don wyszcze­rzył cztery rzędy drob­nych, ostrych jak brzy­twy zębów.

JENZA

(WZDY­CHA)

BRY

Jor­kat. Okra­dła mnie. Cap­nęła mi torebkę.

JENZA

Kła­mie! To moja torebka.

JOR­KAT

Okra­dasz moich przy­ja­ciół? Taka dziana panienka. Co o tym sądzisz, Velek?

VELEK

Keea milek. [Samo­lubny bachor].

JOR­KAT

Tak, jest samo­lubna, prawda? Obwie­szona tyloma ład­nymi bły­skot­kami, a Bry, bie­da­czyna, jest goły i wesoły. Może poda­ru­jemy mu twój płaszcz? Co ty na to? Ocie­pli ci skrzy­dełka, co, Bry?

BRY

Taa. Cie­plutki i wygodny.

JENZA

Nie. Nie należy do was. Jest mój.

VELEK

(PRZE­DRZEŹ­NIA­JĄC) "Minaar. Minaar". ["Mój. Mój"].

JOR­KAT

(CHWYTA JĄ) Zobaczmy, co jesz­cze tam masz...

JENZA

(KRZY­CZY) Pusz­czaj!

Pod­biega do nich Ramil.

RAMIL

Zostaw­cie ją!

JOR­KAT

A to kto? Mikry, bogaty chło­piec do kom­pletu. Łap go.

Velek łapie Ramila.

RAMIL

(PRÓ­BUJE SIĘ WYRWAĆ) Pusz­czaj! Zostaw!

BRY

Może powin­ni­śmy ich ze sobą zabrać, Jor­ka­cie. Prze­ko­nać się, co nam da w zamian Renza.

JOR­KAT

Hut­tyjka? Woli bar­dziej pulchne istoty. Ale podej­rze­wam, że mogli­by­śmy... Aua! Ta mała scutta mnie ugry­zła.

JENZA

Pusz­czaj mojego brata!

Jenza rzuca się na Velek, która ją odtrąca.

JENZA

(JĘCZY)

JOR­KAT

Łap ją, Bry.

BRY

Chodź tu, ty mała...

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Hoopa­loo nagle leci w powie­trze i ude­rza w ciężki mate­riał pawi­lonu.

BRY

(JĘCZY)

JOR­KAT

Co ty robisz? Wra­caj tu.

BRY

Coś mnie powa­liło.

JOR­KAT

Prze­cież nikt cię nie ruszał!

BRY

Coś poczu­łem.

JENZA

Pusz­czaj­cie!

DOOKU

Zrób, jak mówi!

JOR­KAT

Co, do...?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

I wtedy to Kar­ka­ro­don wbił we mnie wzrok...

BRY

To Jedi!

JOR­KAT

(ŚMIEJE SIĘ) To dziecko! Nawet nie ma mie­cza świetl­nego.

DOOKU

Bo go nie potrze­buję.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Poru­szy­łem nad­garst­kiem i z ręko­je­ści, którą skry­łem w zamknię­tej dłoni, wysu­nęła się tele­sko­powa pałka, skrząca uwol­nioną ener­gią.

JOR­KAT

Ha! A to niby co?

DOOKU

Elek­tro­ostrze tre­nin­gowe. Ćwi­czymy nim prze­ciwko mane­ki­nom i innym tępa­kom. Takim jak ty.

Ude­rza Jor­kata. Przez ciało ban­dziora prze­cho­dzą łuki wyła­do­wań. Kar­ka­ro­don krzy­czy i pada na zie­mię.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Obró­ci­łem się i ugo­dzi­łem bru­tala ostrzem w nogi... Padł na zie­mię i spoj­rzał na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

DOOKU

Poczę­sto­wać cię jesz­cze?

JOR­KAT

Nie odwa­żysz się.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Cóż, mylił się.

Młody Dooku ude­rza Jor­kata raz za razem. Z każ­dym cio­sem lecą iskry.

JOR­KAT

Argh! Prze­stań!

BRY

Dopadnę go, Jor­ka­cie!

DOOKU

Nie­do­cze­ka­nie.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Hoopa­loo wysko­czył do przodu na czwo­ra­kach, ale nagle znów zawisł w powie­trzu i pole­ciał tam, skąd wystar­to­wał...

BRY

(ZNÓW JĘCZY)

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Nawet Aska­jianka mimo swo­jej postury nie sta­no­wiła wyzwa­nia. Wystar­czył drobny ruch nad­garstka, by zwa­lić ją z nóg. Gra­wi­ta­cja zro­biła swoje.

Velek pada na zie­mię.

VELEK

Carek nada khan? [Jak on to robi?]

Jor­kat wyciąga ręce w stronę Dooku.

JOR­KAT

Skąd mam wie­dzieć? Chodź tu, smarku.

DOOKU

Nie sądzę.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Zanu­rzy­łem ostrze w jego boku i na skru­szo­nych zębach zatań­czyły iskry.

JOR­KAT

(WRZESZ­CZY)

DOOKU

Jesz­cze ci mało? (DO VELEK) A ty, Aska­jianko, co tam o was mówią? Im więk­sze... tym gło­śniej wrzesz­czą!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

I ow­szem, wrzesz­czała, gdy cisną­łem nią nad zaśmie­co­nym dep­ta­kiem i ude­rzyła w kom­pana rasy Hoopa­loo.

VELEK I BRY

(JĘCZĄ)

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Aska­jianka po raz ostatni łyp­nęła na moje ostrze i posta­no­wiła, że żaden płaszcz nie jest wart takiego wstydu. Z tru­dem zerwała się na nogi, nie­malże zgnia­ta­jąc przy tym Hoopa­loo, i ucie­kła jak tchórz - bo nim była.

JOR­KAT

Velek! Wra­caj tu!

DOOKU

Na twoim miej­scu też bym ucie­kał.

JOR­KAT

Zaraz urwę ci łeb!

BRY

Jor­ka­cie, pro­szę. Chodźmy już.

JOR­KAT

Gah! (WSTAJE I ZACZYNA BIEC) Jedaj­ska szu­mo­wina. Wra­caj tam, skąd pocho­dzisz!

DOOKU

(KRZY­CZĄC W ICH STRONĘ) Nie­stety już to zro­bi­łem!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Sta­łem tak, gniew­nie odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem łotrów, tak świę­cie obu­rzony, że nie zauwa­ży­łem, jak dziew­czyna wyciąga w moją stronę ręce...

JENZA

Nic ci nie jest?

DOOKU

(ZASKO­CZONY, OBRACA SIĘ Z NAELEK­TRY­ZO­WANĄ PAŁKĄ TELE­SKO­POWĄ W DŁONI)

JENZA

Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię wystra­szyć.

DOOKU

Nie... nie wystra­szy­łaś. Nic ci nie zro­bili?

JENZA

Nie. Dzięki tobie.

RAMIL (Z OFFU)

Nic mi nie jest. Dzięki, że pytasz.

Dooku pod­cho­dzi do chło­paka, by udzie­lić mu pomocy.

DOOKU

Prze­pra­szam. Pomogę.

RAMIL

(WSTA­JĄC) Pora­dzę sobie. Jenzo, nic ci...

JENZA

Wszystko w porządku. Widzia­łeś, Ramilu?

RAMIL

Widzia­łem.

JENZA

To, jak spra­łeś tam­tego... Nie wiem, co to było. Ten reki­nol.

DOOKU

Kar­ka­ro­don. Mie­li­ście szczę­ście.

RAMIL

Ina­czej bym to nazwał.

JENZA

Nie narze­kaj. W końcu już jeste­śmy bez­pieczni, prawda? Dzięki.

DOOKU

Dooku. Nazy­wam się Dooku.

RAMIL

Cóż, tak. Dzię­kuję, Dooku. Ale musimy już się zbie­rać.

JENZA

Jesz­cze nie chcę.

RAMIL

Zaopie­kuje się nami D-4.

JENZA

A co z tam­tymi dro­idami straż­ni­czymi?

RAMIL

Co? A, innym razem.

JENZA

Możesz teraz. Ja chcę zostać.

RAMIL

Z nim?

JENZA

Na razie, Ramilu.

RAMIL

Jenzo. To prze­cież ty mnie zawo­ła­łaś!

JENZA

I do czego się przy­da­łeś, tak kon­kret­nie? Nie wiem, co by ze mnie zostało, gdyby nie poja­wił się Dooku.

RAMIL

Pora­dził­bym sobie z tymi zbi­rami.

DOOKU

Jesz­cze jak.

JENZA

(PRY­CHA)

RAMIL

Co takiego?

DOOKU

No wiesz, tamta Aska­jianka... Była dość prze­ra­ża­jąca. Mogłaby cię przy­gnieść.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Ramil prze­szył mnie wzro­kiem i pod­szedł do sio­stry, by wziąć ją za rękę.

RAMIL

Chodź, Jenzo. Idziemy.

JENZA

(WYRYWA SIĘ) Nie ma mowy.

RAMIL

Jak sobie chcesz. (ODCHO­DZI) Tylko żeby potem nie było na mnie, jak zje cię stado krwio­żer­czych Kar­ka­ro­do­nów albo coś w ten deseń!

DOOKU

Twój brat jest idiotą.

JENZA

Mnie to mówisz?

DOOKU

Kar­ka­ro­dony nie jedzą ludzi.

JENZA.

Aha. Naprawdę?

DOOKU

Nie sma­ku­jemy im.

JENZA

(CHI­CHO­CZE) Wiele wiesz o... No, o wszyst­kim.

DOOKU

Ja... Lubię się uczyć.

JENZA

Dziwne. Może uznasz, że to sza­lone, ale mam wra­że­nie, iż cię znam.

DOOKU

Ja też. To zna­czy - poczu­łem coś podob­nego, gdy oglą­da­łaś pokaz.

JENZA

Śle­dzi­łeś mnie?

DOOKU

Nie. Ja... Wyczu­łem, że grozi ci nie­bez­pie­czeń­stwo.

JENZA

I gro­ziło. Dzię­kuję... Dzięki, że nam pomo­głeś. Jestem ci wdzięczna. Co innego mój uparty brat.

DOOKU

To masz na imię Junsa?

JENZA

Jenza.

DOOKU

Dooku.

JENZA

(ŚMIEJE SIĘ) Wiem. Mówi­łeś.

DOOKU

(ZAWSTY­DZONY) Prze­pra­szam.

JENZA

Nie szko­dzi. Ale Dooku... To imię seren­niań­skie.

DOOKU

Bo jestem stąd. No, pier­wot­nie.

JENZA

To gdzie mieszka twoja rodzina?

DOOKU

Nie wiem. Zabrano mnie na Coru­scant jako dziecko.

JENZA

Dziecko?

DOOKU

(WZDY­CHA) To tra­dy­cja Jedi. Zresztą niczego nie pamię­tam.

JENZA

To przyda ci się prze­wod­niczka. Chcesz, żebym cię opro­wa­dziła?

DOOKU

A co z twoją dro­idką?

JENZA

Zaczeka. (CHWYTA GO ZA RĘKĘ) Chodź.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Wycią­gnęła rękę i po chwili waha­nia chwy­ci­łem ją.

Wspól­nie cho­dzi­li­śmy po tar­gach. Pró­bo­wa­li­śmy soczy­stych kwia­tów z Carosi Osiem i zachwy­ca­li­śmy się ple­ciu­chami i huna­ne­trami w Mena­że­rii Dia­nek­trii. Nawet pró­bo­wa­li­śmy swo­ich sił w grach. Jenza wygrała plu­szo­wego pur­r­gila w zawo­dach strze­lec­kich w sta­nie nie­waż­ko­ści... No, z nie­wielką asy­stą Mocy.

Było tak, jak­bym cho­dził we śnie. Miej­sce moich naro­dzin wyda­wało się zara­zem obce i oso­bli­wie zna­jome.

Mimo prze­szko­le­nia z tru­dem powścią­ga­łem emo­cje, gdy wraz z Jenzą odda­la­li­śmy się od pawi­lonu i kie­ro­wa­li­śmy ku góru­ją­cej nad resztą, zwień­czo­nej kopułą budowli w sercu Caran­nii. Led­wie lizną­łem życia poza Świą­ty­nią, ale tutaj, gdy wspi­na­li­śmy się po wspa­nia­łych mar­mu­ro­wych scho­dach, poczu­łem, jak coś głę­boko we mnie drgnęło. Jakby to tu tak naprawdę było moje miej­sce na świe­cie.

SCENA 11. ZEW. SALA ZGRO­MA­DZEŃ. SERENNO.

Nastrój: Sala Zgro­ma­dzeń jest prze­pastną, wielką kate­drą o masyw­nym, kopu­la­stym sufi­cie. Kroki Dooku i Jenzy roz­cho­dzą się echem, gdy oboje wkra­czają do głów­nej sali.

DOOKU

(ZACHWY­CONY) Co to za miej­sce?

JENZA

Wielka Sala Zgro­ma­dzeń. Taka nasza wer­sja Senatu.

DOOKU

Nie­sa­mo­wita.

Pod­biega do odle­głej ściany.

DOOKU

A te?

JENZA

Herby sied­miu rodów. To Bor­gi­no­wie, to Malver­no­wie, a to Hak­ko­wie.

DOOKU

A to?

JENZA

Serenno.

DOOKU

Pla­neta?

JENZA

Ród. (NIE­CHĘT­NIE) Ród mojego ojca.

DOOKU

Ojca?

JENZA

Jest hra­bią Serenno. On... jest prze­wod­ni­czą­cym Rady.

DOOKU

Więc cała pla­neta jest nazwana na cześć two­jej rodziny?

JENZA

Tak mi się wydaje. Prze­pra­szam, powin­nam była bar­dziej uwa­żać na lek­cjach histo­rii, ale to wszystko jest takie nudne, szcze­gól­nie gdy ojciec zaczyna się pro­du­ko­wać o "naszym przy­ro­dzo­nym dzie­dzic­twie".

DOOKU

Ale jak do tego doszło?

JENZA

(WZDY­CHA) Mogę odpa­lić holo­prze­wod­nik...

DOOKU

Prze­pra­szam. Po pro­stu mnie zacie­ka­wiło.

JENZA

Kogoś powinno. Według legendy pla­neta sta­no­wiła część Impe­rium Sithów...

DOOKU

Sithów!

JENZA

A mój pra-pra-pra-pra-ileś­tam-dzia­dek popro­wa­dził powsta­nie prze­ciwko nim.

DOOKU

Twój pra­dzia­dek? Raczej Jedi?

JENZA

Jakby miesz­ka­niec Serenno pozwo­lił komuś przy­pi­sać sobie tę zasługę. Jeśli wie­rzyć w legendy - a mój ojciec wie­rzy zago­rzale - Dzia­duś Serenno wypę­dził ich wła­sno­ręcz­nie, a pozo­stałe rody pokło­niły się mu i uznały jego wła­dzę.

DOOKU

I prze­mia­no­wały pla­netę na jego cześć.

JENZA

Powo­łał do ist­nie­nia Radę, dołą­czył do Repu­bliki, no i jeste­śmy tu, gdzie jeste­śmy. Choć ojciec ni­gdy nie prze­pa­dał za tym ostat­nim ruchem.

DOOKU

Za dołą­cze­niem do Repu­bliki?

JENZA

(UDA­JĄC OJCA) "Serenno samo może o sie­bie zadbać, Jenzo!"

DOOKU

(ŚMIEJE SIĘ) No, już usta­li­li­śmy, że ty potra­fisz. Nie­wiele osób pró­buje odgryźć Kar­ka­ro­do­nowi kawa­łek ciała. Zazwy­czaj jest odwrot­nie.

JENZA

(ZAWSTY­DZONA) Pew­nie już powin­ni­śmy się zbie­rać. W ogóle nie powinno nas tu być. (ZDZI­WIONA) Dooku?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Moją uwagę przy­kuła pła­sko­rzeźba. Przed­sta­wiała ogromną bestię, więk­szą niż naj­więk­sze malo­zaury, wspi­na­jącą się ku kopule sufitu. Zakoń­czona kryzą głowa istoty była skie­ro­wana do góry. Roz­warła szczęki i ryczała na gwiazdy nama­lo­wane na stro­pie. Wzdłuż jej potęż­nego grzbietu bie­gły kolce. Jej sze­roko roz­po­starte skrzy­dła wyglą­dały, jakby lada chwila miała się naprawdę pode­rwać do lotu.

No i te śle­pia... śle­pia, które choć wyryte w kamie­niu, pło­nęły inten­syw­no­ścią zbyt dobrze mi znaną...

DOOKU

Co to?

JENZA

Tirra'Taka? Kolejna legenda. "Smok, który spaja świat..."

DOOKU

Jest piękny.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Nie mogłem odwró­cić od niej wzroku. Pod­cho­dzi­łem do pła­sko­rzeźby niczym w tran­sie. Wyglą­dała na żywą, pełną ener­gii, jakby lada chwila miała zesko­czyć ze ściany, by prze­bić się przez kolumny utrzy­mu­jące kopułę stropu.

Czu­łem, jak serce istoty bije w mojej wła­snej piersi, a jej ryk roz­nosi się echem z tyłu mojego umy­słu...

My też sły­szymy ryk Tirra'Taki: niski, znie­kształ­cony, nara­sta­jący w tle roz­mowy.

JENZA

Dooku, co ty robisz? Nie... nie doty­kaj go, dobra? Podobno to przy­nosi nie­szczę­ście.

DOOKU

Tak piękna.

Posadzka trzę­sie się i z sufitu opada na nich pył.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Led­wie zauwa­ży­łem, że pod­łoga pod naszymi nogami drga, a ze stropu opa­dają płatki farby...

JENZA

Co się dzieje?

DOOKU

(SZEP­TEM) Tirra'Taka...

JENZA

Dooku - prze­stań!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Moje palce musnęły kamień... i świat został roze­rwany na strzępy...

Zaczyna się trzę­sie­nie ziemi, które chwieje fun­da­men­tami Sali Zgro­ma­dzeń.

JENZA

Co zro­bi­łeś?!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Otrzą­sną­łem się z zadumy, gdy w powierzchni wypo­le­ro­wa­nego mar­muru na wprost poja­wiły się rysy.

DOOKU

Ja? Nic! Co się dzieje?

Kolejny grzmot - tym razem gło­śniej­szy.

JENZA

Wstrząsy.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Ale to nie ruch płyt tek­to­nicz­nych spra­wił, że chwy­ci­łem się za eks­plo­du­jącą bólem głowę. Przez mój umysł prze­szedł nie­moż­liwy sko­wyt, z taką łatwo­ścią, z jaką pla­zma prze­cina skórę...

DOOKU

(KRZY­CZY Z BÓLU)

JENZA

Dooku!

DOOKU

Za gło­śno.

Kolejny ryk. Kolejne grzmoty.

DOOKU

Nie mogę... (WRZESZ­CZY)

Trzę­sie­nie ziemi ude­rza z pełną siłą, kru­sząc ściany.

JENZA

Szybko, na zewnątrz!

Z kopu­la­stego stropu opa­dają kawałki kamieni i ude­rzają o zie­mię. Potwór w gło­wie Dooku na­dal ryczy.

DOOKU

(W BÓLU) Zrób coś, żeby prze­stał!

JENZA

Dooku! Pro­szę! Musimy ucie­kać, nim zawali się strop! Dooku!

Sala Zgro­ma­dzeń się wali.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Sala Zgro­ma­dzeń Serenno stała od poko­leń. Prze­trwała inwa­zje, burze i rewo­lu­cję. Ale teraz się zawa­liła.

Histo­ria doko­nuje się w oka­mgnie­niu. Moja wła­sna zosta­łaby zakoń­czona w tam­tej chwili, gdyby Jenza nie ode­pchnęła mnie na bok. Wszystko, co wyda­rzyło się od tam­tej pory... moje życie wśród Jedi... moje obecne życie... wszystko doko­nało się w tam­tym jed­nym momen­cie. Wszystko opie­rało się na odwa­dze jede­na­sto­latki...

SCENA 12. WN. SALA ZGRO­MA­DZEŃ. POD GRU­ZEM.

Znaj­du­jemy się pod gru­zem. Kamie­nie nad Dooku i Jenzą na­dal nie osia­dły do końca.

DOOKU

(KASZLE)

JENZA

Dooku?

DOOKU

Jenza? Gdzie jesteś?

JENZA

Utknę­łam. Nie... nie mogę się ruszyć.

DOOKU

Ja też nie. Co się stało?

JENZA

Nie pamię­tasz?

DOOKU

Opo­wia­da­łaś mi o swo­jej rodzi­nie, a potem usły­sza­łem jakiś hałas i... (JĘCZY)

JENZA

Co się stało?

DOOKU

Moja noga. Została przy­gnie­ciona. (JĘCZY) Chyba jest zła­mana.

JENZA

To co zro­bimy?

DOOKU

Masz przy sobie komu­ni­ka­tor?

JENZA

Został znisz­czony na targu.

DOOKU

Powi­nie­nem mieć przy sobie wła­sny. (SZUKA URZĄ­DZE­NIA. NIECO PANI­KUJE) Gdzie on jest? No gdzie?

Gruz nad nimi napiera.

JENZA

(JĘCZY)

DOOKU

Jenza!

JENZA

To gruz! Rusza się.

DOOKU

Pew­nie dopiero się osa­dza.

JENZA

To jak się stąd wydo­sta­niemy?

DOOKU

Nie wiem.

JENZA

Twoje... moce.

DOOKU

Ale że co?

JENZA

Nie możesz unieść kamieni, tak jak ode­pchną­łeś tam­tych obcych?

DOOKU

Mistrz Yoda mówi, że róż­nica tkwi jedy­nie w naszym umy­śle, ale... (PRÓ­BUJE I NATYCH­MIAST SAPIE Z FRU­STRA­CJI) Para zbi­rów to jedno. Cały budy­nek to coś zupeł­nie innego.

Gruz znów się poru­sza.

JENZA

Musisz spró­bo­wać!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Zaczerp­ną­łem tchu i zamkną­łem oczy. Pró­bo­wa­łem igno­ro­wać ból w nodze. Mogłem zro­bić wię­cej, niż tylko spró­bo­wać. W końcu byłem Jedi. Na Coru­scant pod­czas ćwi­czeń z lewi­ta­cji Yoda powie­dział mi, że jestem silny w Mocy. Dostrze­ga­łem prawdę jego słów w tych ponad­cza­so­wych oczach, a jed­nak kazano mi poru­szać bły­skot­kami i kloc­kami po pod­ło­dze sali ćwi­czeb­nej. Dobre to dla Sifo-Dyasa i reszty, ale wie­dzia­łem, że sam potra­fię wię­cej.

Gdy inni człon­ko­wie klanu bawili się zabaw­kami, pró­bo­wa­łem poru­szać posą­gami w sali, skrzy­niami ze sprzę­tem, a nawet krze­słem, na któ­rym spo­czął mistrz Yoda. (PRY­CHA) Powie­dział mi, że nie jestem gotów. Że mój czas jesz­cze nadej­dzie.

I wła­śnie nad­szedł. Wła­śnie wtedy mogłem wszyst­kim poka­zać, do czego jestem zdolny. Zamie­rza­łem ura­to­wać dziew­czynę. I sie­bie. Raz i na zawsze ujaw­nić swój praw­dziwy poten­cjał.

Wyci­szy­łem myśli i przy­ło­ży­łem dło­nie do przy­gnia­ta­ją­cego mnie gruzu... i ode­pchną­łem go.

DOOKU

(PRÓ­BU­JĄC NIE TRA­CIĆ KON­CEN­TRA­CJI) "Ota­cza mnie Moc. Jest we mnie".

JENZA

Co robisz?

DOOKU

"Pły­nie przeze mnie Moc. Chroni mnie".

JENZA

Dooku?

DOOKU

Kaza­łaś mi spró­bo­wać! Pró­buję!

JENZA

Już, prze­pra­szam! Po pro­stu bar­dzo się boję.

DOOKU

Wiem. Ja też. Ale nas stąd wycią­gnę. Obie­cuję.

JENZA

Wie­rzę ci.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Wie­rzyła we mnie. Wie­działa. Musia­łem nas uwol­nić.

DOOKU

(CEDZĄC PRZEZ ZĘBY) "Ota­cza mnie Moc. Jest we mnie".

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Gruz ponad nami zaczął się poru­szać, ocie­rać się o sie­bie...

Kamie­nie powoli zaczy­nają się oddzie­lać...

JENZA

Dooku. Dooku, działa.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Oczy­wi­ście, że dzia­łało.

Kamie­nie uno­szą się ze zgrzy­tem.

DOOKU

(Z DUŻYM WYSIŁ­KIEM) "Ota­cza mnie Moc. Jest we mnie. Pły­nie przeze mnie. Chroni. Mnie".

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Przez szpary pomię­dzy uno­szą­cymi się kawa­łami gruzu osy­py­wał się pył. Wpa­dał mi do oczu, pokry­wał moje zaci­śnięte zęby, ale nie zwra­ca­łem na to uwagi. Czu­łem cie­pło słońca na poka­le­czo­nym policzku, pro­mie­nie świa­tła prze­do­sta­jące się mię­dzy prze­świ­tami w kamie­niach - prze­świ­tami, które two­rzy­łem.

SIFO-DYAS (Z OFFU)

Tam jest!

ARATH (Z OFFU)

Gdzie?

Sifo-Dyas i Arath prze­dzie­rają mię­dzy lewi­tu­ją­cymi kamie­niami ku Dooku.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Z odsie­czą przy­byli Sifo-Dyas i Arath. Szu­kali mnie. Mieli zoba­czyć, co udało mi się zdzia­łać. Powi­nie­nem był się skon­cen­tro­wać na gru­zie, ale nie mogłem się oprzeć potrze­bie, by się ode­zwać. Sifo-Dyasowi przy­pad­nie w udziale chwała zwy­cię­stwa, a Arath... Arath będzie pło­nął z zazdro­ści...

DOOKU

Uno­szę je!

SIFO-DYAS

Dooku!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

(DUMNY Z SIE­BIE) Napie­ra­łem Mocą, a gruzy się uno­siły, ula­ty­wały w powie­trze. Z wysiłku aż trzę­sły mi się ręce, gdy mój przy­ja­ciel gra­mo­lił się ku mnie.

DOOKU

Sifo-Dyasie! Widzisz, co potra­fię?

ARATH

Dostał delirki.

SIFO-DYAS

Ara­cie, spójrz na jego nogę!

DOOKU

Uno­szę je, Si. Uno­szę.

SIFO-DYAS

Nie ty, druhu. Nie ty.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Co Sifo miał na myśli? Jak śmiał pomniej­szać moje osią­gnię­cie! Spo­dzie­wa­łem się takiej małost­ko­wej zazdro­ści ze strony Ara­tha, ale nie Sifo-Dyasa. Sifo-Dyas był moim przy­ja­cie­lem. Prze­cież on... rozu­miał.

I wtedy kątem oka ujrza­łem znaną mi postać w sza­tach Jedi, sto­jącą w ruinach Sali Zgro­ma­dzeń z wycią­gnię­tymi rękoma i mocno zamknię­tymi oczami.

To Yoda. Yoda uno­sił gruzy. Ura­to­wał nas.

Nie ja.

YODA

(Z WYSIŁ­KIEM) Dooku wycią­gnij­cie.

DOOKU

Nie.

YODA

(Z WYSIŁ­KIEM) Pośpiesz­cie się.

Kolejni Jedi wspi­nają się na gruz.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Wszy­scy się tam zebrali. Bray­lon. Tera Sinube. Nawet pozo­stali adepci z klanu.

BRAY­LON

Uwa­żaj­cie. Zła­ma­nie wydaje się poważne.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Zawio­dłem. Moja duma... Moja duma wzięła nade mną górę. Ale choć byłem zawie­dziony, moje myśli powę­dro­wały ku dopiero co pozna­nej przy­ja­ciółce. Odwró­ci­łem się i przez moje plecy prze­szła fala bólu. Gdzież ona się podziała? Gdzie była Jenza?

JENZA

Halo? Może­cie mi pomóc?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Żyła. Nie zawio­dłem jej.

SINUBE

Prze­puść­cie dro­idy ratow­ni­cze. Tak. Odsuń­cie się.

Kilka lewi­tu­ją­cych dro­idów zbli­żyło się, by zaofe­ro­wać pomoc.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Słu­cha­łem, jak pra­cują, usu­wają gruz, szu­kają innych oca­la­łych. Pró­bo­wa­łem im powie­dzieć, że nikogo wię­cej tu nie ma, ale mój głos był ochry­pły. Nały­ka­łem się pyłu.

DOOKU

(KASZLE)

SIFO-DYAS

Dooku. Spró­buj się odprę­żyć.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Odprę­żyć? Niby jak? Poczu­łem na gru­zo­wi­sku czy­jąś obec­ność. Obec­ność, którą zna­łem nazbyt dobrze.

Gora pośpiesz­nie kro­czy po gru­zie.

GORA (Z OFFU)

Jenzo? Jenzo, córko, gdzie jesteś?

JENZA

Ojcze?

BRAY­LON

Mamy ją, Wasza Wyso­kość.

GORA

(POD­CHO­DZI) Z drogi!

Odpy­cha Bray­lon.

GORA

Chcę się prze­ko­nać na wła­sne oczy.

JENZA

Ojcze!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Jeśli Bray­lon poczuła się ura­żona, nie oka­zała tego w żaden spo­sób. Pośpie­szyła w kie­runku Yody, któ­rego twarz pociem­niała z wysiłku - na­dal utrzy­my­wał w powie­trzu gruzy.

YODA

Yulo... Pomocy... wyma­gam...

BRAY­LON

Oczy­wi­ście. (POD­NOSI GŁOSI) Tero!

SINUBE

(POD­CHO­DZI) Jestem.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Mistrzo­wie przy­jęli tę samą postawę co Yoda. Unie­śli otwarte dło­nie ku niebu.

SINUBE

Ufamy Mocy.

BRAY­LON

Wie­rzymy w Moc.

YODA

Jeste­śmy w Mocy!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Gruz został ode­pchnięty do wtóru zawo­dze­nia wyją­cego wia­tru.

SINUBE

Mistrzu Yodo. Czy ty...?

YODA

Nie mnie doglą­dać należy.

DOOKU

(JĘCZY)

SIFO-DYAS

Posta­raj się nie ruszać. (WOŁA) Niech mu ktoś pomoże! Jest poważ­nie ranny!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Led­wie usły­sza­łem głos Sifo. Led­wie poczu­łem, jak Yoda składa palce na moich skro­niach...

YODA

Bólu nie ma. Cier­pie­nia nie ma.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Łzy wyżło­biły bruzdy w pyle i bru­dzie na moich policz­kach. Od razu poczu­łem ulgę.

DOOKU

(ODDY­CHA­JĄC O WIELE SWO­BOD­NIEJ) Dzię­kuję.

Gora prze­py­cha się ku Jen­zie.

GORA

Córko. Jesteś ranna?

JENZA

Nie... Nie sądzę.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Hra­bia pochwy­cił córkę w ramiona.

BRAY­LON

Pro­szę uwa­żać. Moż­liwe, że nie czuje bólu.

GORA

Pro­szę się nie zbli­żać. Nie ma to z wami nic wspól­nego.

YODA

(DELI­KAT­NIE, ACZ OSTRZE­GAW­CZO) Mistrzyni Bray­lon.

GORA

Jak się tu zna­la­złaś, Jenzo? Gdy powie­dzieli, że jesteś w Sali Zgro­ma­dzeń...

JENZA

Poka­zy­wa­łam Dooku herby rodowe...

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Usły­sza­łem, jak łapie powie­trze, i poczu­łem lodo­wate ostrze, które prze­szyło jego duszę.

GORA

(PRZE­CHO­DZĄ GO CIARKI) Komu poka­zy­wa­łaś?

DOOKU

(SŁA­BYM GŁO­SEM) Jenzo...

GORA

(TOK­SYCZ­NYM TONEM) Ty!

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Hra­bia odwró­cił się na dźwięk mojego głosu. Jego ciemne myśli były czy­telne dla wszyst­kich, Jedi i reszty. Yoda zastą­pił mu drogę i uśmiech­nął się łagod­nie.

YODA

Czasu szmat, Wasza Wyso­kość. Zoba­czyć cię dobrze.

GORA

Dobrze? Moja córka o mało nie wyzio­nęła ducha!

YODA

Moc ją ochro­niła.

GORA

Moc? Powie­dzia­łeś, że ni­gdy tu nie wróci. Powie­dzia­łeś, że utrzy­masz go z dala od nas.

DOOKU

(ZDZI­WIONY) Co to zna­czy? Kogo utrzy­mać z dala?

SIFO-DYAS

Cii. Nie odzy­waj się. Zaraz przy­niosą ci nosze.

GORA

Wie­dzia­łem, że to błąd. Ta cała pan­to­mima. Zapro­sze­nie was tutaj.

YODA

Hra­bio Goro...

GORA

Nie. Nie masz prawa się do mnie odzy­wać. Ani nawet na mnie patrzeć. Wynoś się z mojej pla­nety! Natych­miast!

YODA

Two­jego syna wina to nie była.

GORA

(WRZESZ­CZY) Nie jest moim synem!

JENZA

Ojcze?

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Wtedy zro­zu­mia­łem. Zro­zu­mia­łem, dla­czego Jenza wydała mi się tak zna­joma. Dla­czego czu­łem się tak kom­for­towo w jej obec­no­ści. Dopiero co się spo­tka­li­śmy, a mimo to coś w niej mnie przy­cią­gnęło - krew do krwi.

Gora był moim ojcem.

Pod­cho­dzi ku nim chwiej­nym kro­kiem D-4.

D-4 (POD­CHO­DZĄC DO MIKRO­FONU)

Wasza Wyso­kość. Oj, Wasza Wyso­kość! Czy Lady Jenza jest cała i zdrowa?

Gora odcho­dzi z Jenzą na rękach.

GORA

Zawo­łaj straże. Niech dopil­nują, by Jedi odle­cieli z układu.

JENZA

(WOŁA) Dooku!

DOOKU

Jenzo!

YODA

Krzy­czeć nie trzeba, młody Dooku. Nie trzeba.

DOOKU

Mistrzu Yodo. Czy to...?

YODA

Twoją sio­strą jest. Lecz teraz two­imi obra­że­niami zająć się musimy.

DOOKU

Moją sio­strą...

Pod­la­tują buczące nosze repul­so­rowe.

SINUBE

Sifo-Dyasie. Ara­cie. Pomóż­cie mi prze­nieść go na nosze. Wła­śnie tak. Posłuż­cie się Mocą.

DOOKU

(JĘCZY Z BÓLU, GDY JEST UNO­SZONY W POWIE­TRZE)

SINUBE

Ostroż­nie.

BRAY­LON

Yodo...

YODA

Nie teraz, mistrzyni Bray­lon. Na Coru­scant wró­cić musimy.

BRAY­LON

Ale hra­bia Gora...

YODA

Hra­bia Gora. Hra­bia Gora. Wście­kło­ścią hra­bia Gora buzuje. Wście­kło­ścią i stra­chem. O Dooku mar­twić się musimy. Wiel­kie zamie­sza­nie w nim wyczu­wam.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

(ŚMIE­JĄC SIĘ GORZKO) Zamie­sza­nie? Dzi­wił mi się? Wła­śnie spo­tka­łem rodzinę, spoj­rza­łem jej w twa­rze. Poczu­łem więź z sio­strą, o któ­rej ist­nie­niu wcze­śniej nie wie­dzia­łem.

Po czym ode­szli.

SCENA 13. WN. ZAMEK SERENNO. WIELKA SALA.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku milk­nie, zagu­biony we wspo­mnie­niach. Jesz­cze ni­gdy nie wyda­wał się tak stary jak w tej chwili. Tak... ludzki.

KY NAREC (DUCH)

Oto twoja szansa, Ven­tress. Możesz go zgła­dzić.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Igno­ruję głos. Jest nie­praw­dziwy. Zamiast tego sku­piam się na holo­gra­mie. Wyobra­żam sobie magne­to­klamrę wokół nogi chło­paka.

VEN­TRESS

Twoje obra­że­nia...

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku pro­stuje się i popra­wia nie­ska­zi­telny już i tak koł­nierz. Napina szczękę pod schludną białą brodą, a jego spoj­rze­nie znów staje się sta­lowe.

DOOKU

Zago­iły się. Cuda współ­cze­snej medy­cyny. Yoda odwie­dził mnie w ambu­la­to­rium. Prze­pro­sił. Powie­dział, że popeł­nił błąd, zabie­ra­jąc mnie na Serenno.

VEN­TRESS

Ale mleko już się roz­lało...

DOOKU

Przed festi­wa­lem ni­gdy nie myśla­łem o rodzi­nie. Wie­dzia­łem, że ist­nieje, gdzieś tam, wśród gwiazd. Ale jakie to miało zna­cze­nie? Jedyną rodziną, jakiej potrze­bo­wa­łem, była ta wewnątrz murów Świą­tyni.

Ale od tam­tej pory wszystko się zmie­niło...

SCENA 14. WN. ŚWIĄ­TY­NIA JEDI. SALA ĆWI­CZE­NIOWA ADEP­TÓW.

Dooku ćwi­czy. Wypro­wa­dza cios po zama­szy­stym łuku buzu­ją­cym ener­gią elek­tro­ostrzem. Ćwi­cze­nie jest bole­sne - jego rany na­dal się nie zago­iły - ale nie zamie­rza się tym przej­mo­wać.

DOOKU

(KRZYWI SIĘ Z BÓLU)

Do sali wcho­dzi Sifo-Dyas.

SIFO-DYAS

Dooku. Tu jesteś. Prze­ga­pi­łeś kola­cję.

DOOKU

Muszę ćwi­czyć.

SIFO-DYAS

Musisz odpo­cząć.

DOOKU

Już i tak naro­bi­łem sobie zale­gło­ści.

SIFO-DYAS

Prze­stań, bo się wykoń­czysz. Daj sobie nieco czasu.

DOOKU

(W ZŁO­ŚCI) Niby czemu?

Dooku znów wyko­nuje zamach ostrzem, o mało nie ude­rza­jąc Sifo-Dyasa, który jest zmu­szony odsko­czyć do tyłu.

SIFO-DYAS

Uwa­żaj. Pra­wie mnie ude­rzy­łeś.

DOOKU

(CIĘŻKO ODDY­CHA­JĄC) Jak tra­fi­łeś do Świą­tyni, Si?

SIFO-DYAS

Tak samo jak ty. Odna­lazł mnie Poszu­ki­wacz. Mistrz Maota.

DOOKU

Szczę­ściarz. Spy­ta­łem mistrza Yodę o to, jak mnie odna­le­ziono. Wiesz, co mi odpo­wie­dział?

SIFO-DYAS

Co?

DOOKU

Że Rada otrzy­mała wia­do­mość od mojego ojca z infor­ma­cją, kim jestem. I że mają mnie ode­brać.

SIFO-DYAS

Ale jak to?

DOOKU

Cóż, pew­nie nie powinno mnie to dzi­wić. To, jak spoj­rzał na mnie, gdy leża­łem wśród gruzu...

SIFO-DYAS

Wiem. Słu­chaj, jestem pewien, że po pro­stu był w szoku. Mało bra­ko­wało, a stra­ciłby córkę.

DOOKU

Mało bra­ko­wało, a stra­ciłby syna. Syna, któ­rego nie chciał. Któ­rego nie­na­wi­dził.

SIFO-DYAS

Tego nie wiesz.

DOOKU

A nie wiem? Wiesz, co zro­bił? Yoda powie­dział, że Gora zosta­wił mnie za murami zamku. Bez ubrań. Schro­nie­nia. Bez niczego, po czym można byłoby mnie roz­po­znać.

SIFO-DYAS

Dooku.

DOOKU

Nieco już poszpe­ra­łem. Tam­ten las zamiesz­kany jest przez cier­nio­wilki, Sifo. Gdy­bym nie został odna­le­ziony...

SIFO-DYAS

Musisz z tym skoń­czyć, Dooku. To nie ma zna­cze­nia. Już nie. Jesteś tutaj, ze mną. Jesteś jed­nym z nas.

DOOKU

Ale mogłem osią­gnąć znacz­nie wię­cej!

Zapada nie­zręczna cisza, a potem...

SIFO-DYAS

(STA­NOW­CZO) Wcale tak nie uwa­żasz.

Ponow­nie zapada cisza. Dooku wzdy­cha i wyłą­cza broń. Tele­sko­powe ostrze chowa się w ręko­je­ści.

DOOKU

Nie. Nie uwa­żam. Ale nie mogę się pozbyć myśli, że...

SIFO-DYAS

O tym, co mogło się wyda­rzyć. (UŚMIE­CHA SIĘ) Nale­żysz do kró­lew­skiego rodu, Doo. Jesteś szla­chet­nej krwi. To pew­nie dla­tego masz ego roz­mia­rów Hudalli.

DOOKU

(PRY­CHA) Naprawdę byłem prze­ko­nany, że unio­słem tam­ten gruz.

SIFO-DYAS

Wiem, sha­ako­głowy.

DOOKU

Wiesz, mógł­bym. Gdy­bym tak nie roz­kwa­sił nogi...

SIFO-DYAS

(PRZE­DRZEŹ­NIA­JĄ­CYM TONEM) Jaaasne. Chodź. Pora, żebyś coś wsza­mał.

Dobiega ich odgłos kro­ków. Do sali wcho­dzi opie­kunka zakonna.

OPIE­KUNKA

Prze­pra­szam. Adep­cie Dooku?

DOOKU

Tak?

OPIE­KUNKA

Mam dla cie­bie prze­syłkę.

DOOKU

Dla mnie?

OPIE­KUNKA

Pro­szę.

Bie­rze prze­syłkę.

DOOKU

A skąd?

OPIE­KUNKA

Nie wiem. Popro­szono mnie, żebym ci ją dostar­czyła.

DOOKU

Dzię­kuję.

OPIE­KUNKA

Pro­szę.

Opie­kunka opusz­cza salę.

SIFO-DYAS

Na co cze­kasz? Otwie­raj.

DOOKU

Dobra, już.

Zrywa papier i rzuca go na pod­łogę.

DOOKU (NAR­RA­CJA)

Trzy­ma­łem w dło­niach drew­nianą szka­tułkę z her­bem Serenno na wieczku.

Dooku otwiera szka­tułkę.

DOOKU

Holo­re­je­stra­tor?

SIFO-DYAS

I to z wia­do­mo­ścią. Patrz, świa­tełko migo­cze.

Dooku wci­ska przy­cisk i akty­wuje holo­na­gra­nie.

SIFO-DYAS

To ona. Twoja sio­stra.

DOOKU

Jenza.

Holo­re­je­stra­tor pika, gdy Dooku uru­cha­mia nagra­nie.

JENZA (HOLO­NA­GRA­NIE)

Dooku. Mam nadzieję, że dosta­niesz tę wia­do­mość. Prze­pra­szam, że nie mogłam się z tobą poże­gnać. Ojciec był wście­kły... Powie­dział mi, że mam o tobie zapo­mnieć - nie mogę nawet wypo­wia­dać two­jego imie­nia. Ale nie mogłam o tobie zapo­mnieć... nie teraz... mój bra­cie...

SCENA 15. WN. ZAMEK SERENNO. WIELKA SALA.

DOOKU

Moja sio­stra. (ZRE­ZY­GNO­WANY)

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku unosi dłoń i wyłą­cza Mocą holo­gram.

Obraz zanika.

DOOKU

Komu­ni­ko­wa­li­śmy się ze sobą przez kolejne lata, wysy­ła­jąc sobie wia­do­mo­ści wśród gwiazd.

VEN­TRESS

Holo­wia­do­mo­ści. A mie­li­ście do tego prawo?

DOOKU

Nie. Ale to nas nie powstrzy­my­wało. Nie mia­łem poję­cia, że je zacho­wy­wała. Nie, póki... w końcu wró­ci­łem do domu.

VEN­TRESS

To gdzie teraz jest?

DOOKU

Znik­nęła. Została mi ode­brana. Mam wielu wro­gów, Ven­tress. Wyrzą­dzi­liby jej nie­stwo­rzoną krzywdę, by poznać moje tajem­nice... Zosta­łaby pod­dana tor­tu­rom...

VEN­TRESS

Ale nie Jedi. Jedi nie tor­tu­rują.

DOOKU

Jesteś tego pewna?

VEN­TRESS

Nie leży to w ich natu­rze.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Bawi go to. Kąciki jego ust ukła­dają się w sub­telny, choć pozba­wiony cie­pła uśmiech. Staje się tym Dooku, któ­rego pozna­łam. Na powrót przy­wdziewa maskę.

DOOKU

To on ci tak powie­dział? Twój mistrz? Ky Narec? O Jedi, któ­rzy porzu­cili go na Rat­ta­taku?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Wyczu­wam obec­ność u gra­nic świa­do­mo­ści...

KY NAREC (DUCH)

Nie słu­chaj go, dro­binko.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku mówi dalej, nie­świa­domy obec­no­ści głosu w mojej gło­wie.

DOOKU

Jedi mogli go ura­to­wać w dowol­nej chwili, ale zamiast tego porzu­cili go, by zgnił.

KY NAREC (DUCH)

Nie tak było.

DOOKU

Wie­dzieli, że przy­jął pada­wankę.

VEN­TRESS

Jak to?

DOOKU

Mogli po cie­bie przy­być, gdy wydał ostat­nie tchnie­nie. Mogli cię ura­to­wać. Nie zro­bili tego. Pozo­sta­wili cię na tam­tej opusz­czo­nej przez Moc pla­ne­cie. Odrzu­cili cię, tak jak ty odrzu­ci­łaś jego.

KY NAREC (DUCH)

Same kłam­stwa!

VEN­TRESS

Ja... (ŁAPIE ODDECH)

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Zmu­szam się do tego, by się uspo­koić. Wyci­szam złość Ky na słowa Dooku.

VEN­TRESS

Czego ode mnie chcesz?

DOOKU

Chcę, żebyś odna­la­zła moją sio­strę.

VEN­TRESS

Może być wszę­dzie.

DOOKU

Nie. Na­dal jest na Serenno. Wyczu­wam jej obec­ność.

VEN­TRESS

To dla­czego ty nie możesz jej zna­leźć?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Po pal­cach Dooku tań­czą łuki wyła­do­wań elek­trycz­nych. Mimo­wol­nie cofam się o krok. Dooku znów się uśmie­cha, usa­tys­fak­cjo­no­wany.

DOOKU

Nagra­nie odna­le­ziono w Caran­nii, w dziel­nicy Tran­non.

VEN­TRESS

Nie­opo­dal kosmo­portu.

DOOKU

(ZADO­WO­LONY) Odro­bi­łaś lek­cję.

KY NAREC (DUCH)

Zawsze roz­trop­nie mieć drogę ucieczki.

Dooku rzuca kolejne data­karty na stół przed Ven­tress.

DOOKU

Kolejne nagra­nia. Możesz je prze­słu­chać.

VEN­TRESS

By lepiej cię poznać.

DOOKU

By lepiej ją poznać. Nie zawiedź mnie, Ven­tress. Wiesz, co się wtedy sta­nie.

Część druga

CZĘŚĆ DRUGA

SCENA 16. ZEW. STA­TEK ATMOS­FE­RYCZNY DOOKU "WICHER". POKŁAD.

Ven­tress stoi na pokła­dzie statku atmos­fe­rycz­nego Dooku. Jego sil­niki są nie­mal bez­gło­śne. W tle sły­chać sub­telny szum, nie­mal cał­ko­wi­cie zagłu­szony przez pędzący wiatr.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Dooku nale­gał, abym sko­rzy­stała z "Wichru". Na pokła­dzie będę mogła obej­rzeć holo­gramy, a także spoj­rzeć na jego wło­ści tak, jak on je postrzega. Z nie­bios.

Drżę. Na tej wyso­ko­ści wydy­chane powie­trze zamie­nia się w mgłę. Kto taki wozi się stat­kiem atmos­fe­rycz­nym? Podob­nie jak zamek, sta­tek jest impo­nu­jący. Jego kadłub wycięto z wypo­le­ro­wa­nego na połysk drewna. Bulaje są tak przej­rzy­ste, że ma się ochotę ich dotknąć, by spraw­dzić, czy w ramach są osa­dzone szklane tafle. Jed­nak pomimo mister­nej kon­struk­cji statku Dooku ewi­dent­nie nie przy­kłada dużej wagi do luk­su­sów. Zamek, sta­tek atmos­fe­ryczny... to wszystko na pokaz, podob­nie jak szyte na miarę pele­ryny i wypo­le­ro­wane buty.

Nie. Dooku lubi "Wicher", bo ten jest cichy. Nie ma wspo­ma­ga­nia sil­ni­ków. Nie ma repul­so­rów. Nikt nie wie, że nad­la­tuje, póki nie wystrzeli z dział.

Oto Dooku. Praw­dziwy Dooku.

Nie pasuje tu. Nie do końca. Jest męż­czy­zną odgry­wa­ją­cym władcę, ale w jakim celu? Z powodu jego sithań­skich wie­rzeń? Już posiadł potęgę. Już ma bogac­twa. Czego jesz­cze pra­gnie?

KY NAREC (DUCH)

A czego pra­gnie każde z nas?

VEN­TRESS

(WZDY­CHA) Idź sobie.

KY NAREC (DUCH)

Nie­sa­mo­wite widoki, prawda? Spójrz tylko na te ptaki. Są piękne.

VEN­TRESS

Tak naprawdę cię tu nie ma. Nie jesteś praw­dziwy.

KY NAREC (DUCH)

Czyżby? Wiesz, to była jedyna rzecz, któ­rej mi bra­ko­wało na Rat­ta­taku.

VEN­TRESS

Czego niby?

KY NAREC (DUCH)

Pta­ków. Kar­mi­łem je na tere­nach szko­le­nio­wych na Coru­scant. Wró­ble pie­śniowe. Zięby koronne. Żałuj, że nie widzia­łaś, jak latają nad Wiel­kim Drze­wem, wie­lo­barwne, pędzące tam i z powro­tem.

VEN­TRESS

Nie martw się. Na Rat­ta­taku też je kar­mi­łeś. A przy­naj­mniej twoje tru­chło.

KY NAREC (DUCH)

Nie­prawda. Skre­mo­wa­łaś mnie.

VEN­TRESS

Czyżby? Byłeś tam? Widzia­łeś?

KY NAREC (DUCH)

Myślisz, że prze­ga­pił­bym wła­sny pogrzeb? Sta­łem obok cie­bie. Widzia­łem, jak pła­czesz.

VEN­TRESS

Byłeś mar­twy!

KY NAREC (DUCH)

Widzia­łem wszystko.

VEN­TRESS

To dla­tego tu jesteś, co? By mnie osą­dzać. Żebym cier­piała.

KY NAREC (DUCH)

Nie. Nie był­bym do tego zdolny.

VEN­TRESS

Niby czemu? Prze­cież sobie na to zasłu­ży­łam, nie sądzisz?

KY NAREC (DUCH)

Bo się zemści­łaś? Bo wypar­łaś się wszyst­kiego, czego cię naucza­łem?

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Nie muszę tego słu­chać. Roz­glą­dam się po pokła­dzie. Pod­cho­dzę do astro­me­cha o chro­mo­wa­nym kor­pu­sie.

VEN­TRESS

Ty, dro­idzie. Gdzie znajdę holo­ko­mu­ni­ka­tor?

Droid gwiż­dże w odpo­wie­dzi.

VEN­TRESS

Oso­bi­sta kajuta hra­biego. Mam do niej dostęp?

Droid buczy.

VEN­TRESS

Wspa­nia­ło­myśl­nie z jego strony. Zapro­wadź mnie tam.

Astro­mech oddala się, a Ven­tress podąża jego śla­dem.

SCENA 17. WN. "WICHER". KAJUTA DOOKU.

Drzwi roz­su­wają się i astro­mech pro­wa­dzi Ven­tress do sank­tu­arium Dooku.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Kajuta mnie zdu­miewa. Spo­dzie­wa­łam się, że będzie utrzy­mana w mini­ma­li­stycz­nym stylu, jak wnę­trze zamku, ale pokry­tymi ciem­nymi pane­lami ścia­nami bie­gły rzędy mie­nią­cych się holo­wi­ze­run­ków. Przed­sta­wiały postrzę­pione łań­cu­chy gór­skie, rwące rzeki, a nawet pusty­nię, która wyda­wała się nie­mal tak sucha jak Rat­ta­tak. Poczu­łam ukłu­cie w piersi. Kto by pomy­ślał, że mogę zatę­sk­nić za tamtą kupą pia­chu?

Droid popro­wa­dził mnie ku bla­towi biurka, w któ­rego wypo­le­ro­wa­nych bokach wygra­we­ro­wano poskrę­ca­nego smoka. Obok zło­tego rysika leży holo­ko­mu­ni­ka­tor, uło­żony schlud­nie wzdłuż data­pa­dów i spię­tych doku­men­tów.

Biurko męża stanu.

Musiał tu urzą­dzać spo­tka­nia. Tłu­ma­czy­łoby to barek napeł­niony butel­kami i karaf­kami, regały wypeł­nione książ­kami, pose­gre­go­wa­nymi z wprawą eks­perta - zakła­dam, że naj­waż­niej­szymi seren­niań­skimi dzie­łami - i wysta­wio­nymi na widok gości. Wła­śnie takiego pomiesz­cze­nia można było się spo­dzie­wać po hra­bim Serenno.

Kolejne kłam­stwo.

Kolejne oszu­stwo.

Fotel trzesz­czy, gdy na nim siada.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Zasia­dam na jego ogrom­nym fotelu. Na jego tronie. Prze­su­wam palec wzdłuż pod­ło­kiet­nika. Skóra skrzypi pod moim paznok­ciem.

Mogła­bym się do tego przy­zwy­czaić. Może powin­nam popro­sić o wła­sny sta­tek atmos­fe­ryczny.

Droid pika.

VEN­TRESS

Możesz już iść.

Droid świer­go­cze. Jego piski mówią Ven­tress, że nie musi być nie­miła. Astro­mech wyco­fuje się z kajuty. Drzwi się zasu­wają.

VEN­TRESS

(WZDY­CHA) W końcu sama.

KY NAREC (DUCH)

Jedi ni­gdy nie są zupeł­nie sami.

VEN­TRESS

(WKU­RZONA) Na to wygląda.

KY NAREC (DUCH)

Nie ukry­jesz się przede mną, Asajj. Rów­nie dobrze możesz pró­bo­wać skryć się przed samą sobą.

VEN­TRESS

Nie kryję się. Mam zada­nie.

Roz­kłada data­chipy na bla­cie stołu.

KY NAREC (DUCH)

Kolejne wia­do­mo­ści Dooku do sio­stry...

VEN­TRESS

Skoro cię tak nudzą, możesz sobie pójść.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Umiesz­czam kolejny chip w odtwa­rza­czu i prze­glą­dam zawar­tość. Poja­wia się ten sam chło­piec, choć teraz star­szy, może czter­na­sto- lub pięt­na­sto­letni. Elek­tro­ostrze u jego pasa zastą­pił miecz świetlny. Jego ramiona są szer­sze, a uśmiech - bar­dziej pewny sie­bie.

Pochy­lam się nad holo­wi­ze­run­kiem, by przyj­rzeć się bli­żej jego twa­rzy, gdy odzywa się oży­wio­nym, peł­nym pasji gło­sem...

Holo­gram pika i się odpala.

DOOKU (W WIEKU CZTER­NA­STU LAT, HOLO­NAR­RA­CJA)

Cześć, sio­stro. Pyta­łaś, jak mijają mi dni. Co mogę powie­dzieć? Budzimy się o świ­cie, by medy­to­wać na temat jed­nego z trzech fila­rów - to zna­czy Mocy, wie­dzy i samo­dy­scy­pliny. Potem masze­ru­jemy do refek­ta­rza na śnia­da­nie. Zawsze sia­dam obok Sifo-Dyasa. Pew­nie byś go polu­biła. Jest moim naj­lep­szym kum­plem, choć mistrzyni Bray­lon pod­kre­śla, że nie powin­ni­śmy two­rzyć bli­skich więzi. Zazwy­czaj nie mam z tym pro­blemu, ale z Si jest ina­czej. Pocho­dzi z Mina­shee, przy­naj­mniej pier­wot­nie. Jest synem ryba...

Ven­tress prze­wija wia­do­mość i głos mło­dego Dooku zmie­nia się w beł­kot.

VEN­TRESS

Poważ­nie? Kogo obcho­dzi to, że...

KY NAREC (DUCH)

Skoro cię tak nudzą...

VEN­TRESS

Milcz.

KY NAREC (DUCH)

Roz­wi­nę­ła­byś tam skrzy­dła. W Świą­tyni Jedi.

VEN­TRESS

Nie żebyś dał mi szansę.

KY NAREC (DUCH)

Prze­cież to nie tak.

VEN­TRESS

Co innego mówi Dooku...

KY NAREC (DUCH)

Dooku mówi wiele rze­czy...

W tle nar­ra­cji sły­szymy, jak Ven­tress prze­gląda kolejne nagra­nia.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

Fakt. Prze­wi­jam wia­do­mo­ści i wymie­niam dysk za dys­kiem. Ależ oni paplają. Kto by pomy­ślał, że Dooku okaże się tak... roz­mowny. Jego sio­strze to ewi­dent­nie nie prze­szka­dza. Dyski zawie­rają też jej odpo­wie­dzi, wia­do­mość po wia­do­mo­ści. Zadaje mnó­stwo nie­do­rzecz­nych pytań, które skła­niają Dooku do kolej­nych odpo­wie­dzi. Nie do wytrzy­ma­nia! Może jej wła­sne życie też było aż tak nudne?

Ven­tress umiesz­cza kolejny dysk w urzą­dze­niu. Prze­wija zawar­tość.

VEN­TRESS (NAR­RA­CJA)

I znów ona. Ide­alne włosy spły­wa­jące kaska­dami na ide­alny futrzany koł­nierz ide­alnymi locz­kami. Dla­czego mu na niej zale­żało? Dla­czego w ogóle zale­żało mu na prze­szło­ści?

Ponow­nie uru­cha­mia nagra­nie, tym razem w poło­wie, co pro­wa­dzi nas do kolej­nej sceny...

MŁODY DOOKU (HOLO­NAR­RA­CJA)

...żałuj, że nie widzia­łaś biblio­tek, Jenzo. Tyle wie­dzy na wycią­gnię­cie ręki. Byli­śmy tam dzi­siaj. Yoda popro­wa­dził nas do Sali Tysiąca Fon­tann. Żałuję, że nie mogłem zostać, by samo­dziel­nie zapo­znać się z zawar­to­ścią pó­łek, ale mie­li­śmy napięty har­mo­no­gram. Nie żeby powstrzy­mało to Zang przed zada­niem pyta­nia...

SCENA 18. WN. ARCHIWA JEDI. CORU­SCANT.

Yoda i Bray­lon pro­wa­dzą klan Dooku przez Archiwa. Yoda ude­rza laską o pod­łogę. Odpo­wiada mu echo. W tle sły­chać cichy szum kom­pu­te­rów, przy któ­rych sie­dzą pra­cu­jący Jedi.

ZANG (W WIEKU CZTER­NA­STU LAT)

Mistrzu Yodo?

YODA

Tak, adeptko?

ZANG

Kogo przed­sta­wiają te popier­sia?

MŁODY DOOKU (HOLO­NAR­RA­CJA)

Sam też czę­sto się nad tym zasta­na­wia­łem. Wbrew sobie poczu­łem, jak wzbiera we mnie gniew. To ja powi­nie­nem pomy­śleć o tym pyta­niu.

BRAY­LON

Nie mamy teraz na to czasu.

YODA

Prze­ciw­nie, mistrzyni Bray­lon. Lek­cja ważna to jest.

Yoda zatrzy­muje się i trzy­krot­nie ude­rza laską o pod­łogę, by zwró­cić uwagę adep­tów.

YODA

Adepci. Tu się zatrzy­mamy. Tak. Tak. Zbierz­cie się.

Robią, co im każe. Zbie­rają się wokół Wiel­kiego Mistrza Jedi.

YODA

O popier­sia mło­dziczka Zang pyta. Jed­nymi ze Stra­co­nych są przed­sta­wieni.

SIFO-DYAS (W WIEKU CZTER­NA­STU LAT)

Stra­co­nych? W jakim sen­sie?

ARATH

Cho­dzi mu o pole­głych, Sifo-Dyasie.

BRAY­LON

Otóż nie. Spró­buj choć raz słu­chać, Ara­cie, zamiast kła­pać ustami.

YODA

Mistrzami daw­niej byli, nim roz­cza­ro­wani się stali.

DOOKU

Roz­cza­ro­wani? Czym?

YODA

Pyta­nie dobre, adep­cie Dooku. Dobre. Mistrzyni Bray­lon, odpo­wiesz może?

BRAY­LON

Z chę­cią.

Bray­lon pod­cho­dzi do jed­nego z popiersi.

BRAY­LON

Roz­cza­ro­wały ich nasze zasady. Nasz spo­sób życia. Na przy­kład taki Radaki. Pod­wa­żał sen­sow­ność prze­ko­na­nia, że służba wymaga od Jedi porzu­ce­nia wszyst­kiego z ich wła­snego życia. Rodziny. Bogac­twa.

SIFO-DYAS

Radaki? Prze­pra­szam, mistrzyni, ale czy on aby nie prze­szedł na ciemną stronę?

BRAY­LON

Widzę, że ktoś zapo­zna­wał się z dzie­jami zakonu.

YODA

Przez ciemną stronę zba­ła­mu­cony został. Potęż­nym Sithem stał się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki