Dramatis Personae
Dramatis Personae
THRAWN | Mitth'raw'nuruodo - zasłużony adoptowany rodziny Mitthów
ZIARA | Irizi'ar'alani - zrodzona z krwi członkini rodziny Irizi
THALIAS | Mitth'ali'astov - zasłużona adoptowana rodziny Mitthów
THURFIAN | Mitth'urf'ianico - syndyk rodziny Mitthów
SAMAKRO | Ufsa'mak'ro - zasłużony adoptowany rodziny Ufsa
GENERAŁ BA'KIF
CHE'RI - gwiazdogatorka
QILORI Z UANDUALONU - nawigator, członek Tropicieli (niewywodzący
się z rasy Chissów)
GENERAŁ YIV DOBROCZYŃCA - dowódca Nikardunów
Dynastia Chissów
Dziewięć Rodzin Rządzących
UFSA
PLIKH
IRIZI
BOADIL
DASKLO
MITTH
CLARR
OBBIC
CHAF
Hierarchia rodzinna Chissów
ZRODZONY Z KRWI
ZRODZONY W PRÓBIE
KUZYN
ZASŁUŻONY ADOPTOWANY
DOSTOJNY KREWNIAK
Hierarchia polityczna
PATRIARCHA - głowa rodziny
MÓWCA - główny syndyk rodziny
SYNDYK - członek Syndykury, głównego organu rządzącego Dynastią
PATRIEL - zajmuje się sprawami rodziny na danej planecie
RADNY - zajmuje się sprawami rodziny na danym terytorium
ARYSTOKR - urzędnik średniego szczebla jednej z Dziewięciu Rodzin
Rządzących
Rozdział 1
Przez te wszystkie lata w Chissańskiej
Ekspansyjnej Flocie Obronnej admirał Ar'alani przeżyła ponad
pięćdziesiąt bitew i pomniejszych starć. Podobnie jak bitwy - każda
okazywała się przecież inna - tak i przeciwnicy bardzo się od siebie
różnili. Niektórzy odznaczali się sprytem, inni ostrożnością, a jeszcze
inni, zwłaszcza dowódcy z politycznego nadania, których awansowano na
stanowiska wymagające umiejętności stanowczo przewyższających ich
własne, wykazywali się jedynie żałosną niekompetencją. Różniły się
również stosowane strategie i taktyki, od prostych, przez zawikłane, po
straszliwie brutalne. Bitwy także kończyły się różnie, czasem bez
rozstrzygnięcia, często klęską wroga, a niekiedy porażką Chissów.
Nigdy jednak do tej pory Ar'alani nie doświadczyła jednocześnie tak
zawziętej determinacji i poczucia całkowitej bezsensowności, jak
wówczas, gdy patrzyła na to, co właśnie się przed nią rozgrywało.
- Uważaj, "Czujny". Lecą na was jeszcze cztery, na sterburcie, z dołu. -
Z głośnika na mostku rozległ się głos starszej kapitan Xodlak'in'daro. W jej dźwięcznym alcie jak zwykle brzmiał chłodny spokój.
- Przyjęłam, "Grayshrike" - odparła Ar'alani, spoglądając na ekran
taktyczny. Zza małego księżyca rzeczywiście wyłoniły się cztery
nikarduńskie kanonierki, sunąc z pełną mocą ku "Czujnemu". - Wygląda
na to, że paru spóźnialskich też próbuje się załapać na waszą imprezę.
- Zaraz się nimi zajmiemy, pani admirał - powiedziała Lakinda.
- Dobrze. - Ar'alani patrzyła uważnie na sześć łodzi rakietowych, które
wysunęły się zza kadłuba krążownika bojowego, zniszczonego przez jej
okręt i dwie inne jednostki chissańskie piętnaście minut wcześniej.
Takie ukradkowe podejście za tę osłonę wymagało sporej pomysłowości.
Wielu równie kompetentnych dowódców postawiłoby w takiej sytuacji na
rozwagę, tę rozsądniejszą siostrę męstwa, i wykorzystałoby swoje
umiejętności, aby wycofać się z bitwy, w której nie mieli szans na
zwycięstwo.
Ostatni walczący Nikardunowie nie brali tego jednak pod uwagę.
Zamierzali się poświęcić, rzucić na okręty Chissów, które wypędziły ich
z kryjówek - ewidentnie po to, żeby w samobójczym amoku zniszczyć choć
część sił znienawidzonego wroga.
Tak się jednak nie stanie. A na pewno nie dziś. I zdecydowanie nie
spotka to okrętów Ar'alani.
- Thrawn, "Grayshrike" wdepnął w kolejne gniazdo nocołazów! - zawołała.
- Możesz im pomóc?
- Oczywiście - odparł starszy kapitan Mitth'raw'nu-ruodo. - Kapitan
Lakindo, jeśli skręcicie o trzydzieści stopni na sterburtę, uda nam się,
jak sądzę, wciągnąć waszych napastników w krzyżowy ogień.
- Trzydzieści stopni, przyjęłam - powiedziała Lakinda. Ar'alani ujrzała
na ekranie taktycznym, jak "Grayshrike" robi miejsce dla nadlatujących
łodzi rakietowych i kieruje się w stronę "Springhawka". - Chociaż, z całym szacunkiem dla pani admirał, moim zdaniem to raczej szczeniaczki,
a nie nocołazy.
- Zgadzam się - przytaknął Thrawn. - Jeśli to te same, które - jak nam
się zdawało - zostały zniszczone przez eksplozję krążownika, żadna nie
powinna mieć już więcej niż jedną rakietę.
- Z naszych danych wynika, że dwie nie mają ich wcale - sprostowała
Lakinda. - Czyli zapewne lecą dla samej chwały męczeństwa.
- Skądinąd przereklamowanej - stwierdziła zgryźliwie Ar'alani. - Wątpię,
żeby ktokolwiek miał w najbliższym czasie wygłaszać tam elegijne
pochwały ku czci Yiva Dobroczyńcy. Wutroow?
- Sfery gotowe, pani admirał - zameldowała starsza kapitan
Kiwu'tro'owmis z drugiej strony mostka "Czujnego". - Możemy już zepsuć
im zabawę?
- Jeszcze chwila - odparła Ar'alani, oceniając sytuację na ekranie
taktycznym. Dzięki wyłączającym elektronikę sferom plazmowym mogli
unieszkodliwić atakujących bez konieczności niszczenia wytrzymałych
kadłubów ze stopu nyix, z którego wykonywano opancerzenie większości
okrętów w tej części Chaosu. Mniejsze jednostki myśliwskie, takie jak
nikarduńskie łodzie rakietowe, zmierzające właśnie w kierunku
"Czujnego", były szczególnie podatne na takie ataki.
Mniejsze łodzie poruszały się jednak zwinniej niż większe jednostki
wojenne i czasami dzięki zręcznym unikom potrafiły umknąć przed
niebezpieczeństwem, jeśli stosunkowo powolne sfery plazmowe wystrzelono
zbyt wcześnie.
Do tego typu szacunków używano specjalnych tabel i wykresów, ale
Ar'alani wolała polegać na własnym wzroku i doświadczeniu.
I to właśnie doświadczenie mówiło jej, że była to dla nich nieoczekiwana
szansa na zwycięstwo. Jeszcze dwie sekundy...
- Wystrzelić sfery! - rozkazała.
Rozległ się stłumiony huk - z wyrzutni wyleciały sfery plazmowe.
Ar'alani nie odrywała wzroku od ekranu taktycznego. Odebrawszy sygnały o ataku, łodzie rakietowe gwałtownie zboczyły z kursu, próbując wyminąć
zagrożenie. Ostatniej prawie się udało. Sfera rozbłysła na jej tylnej
lewej burcie i sparaliżowała jej silniki - łódź, wirując, oddaliła się
po wektorze uniku. Inne ładunki uderzyły pozostałe trzy jednostki w sam
środek kadłubów, unicestwiając ich główne systemy. Łodzie bezwładnie
podryfowały w kosmos.
- Trzy załatwione, jedna wciąż zipie - zameldowała Wutroow. - Mamy je
zabezpieczyć?
- Z tym na razie się wstrzymaj - poleciła Ar'alani. Zanim systemy łodzi
rakietowych znowu zaczną działać, miało minąć jeszcze co najmniej kilka
minut. A w międzyczasie... - Thrawn? - rzuciła. - Zajmij się tym.
- Tak jest, pani admirał.
Ar'alani przeniosła wzrok na "Springhawka". Normalnie nigdy nie
zrobiłaby czegoś takiego kapitanowi okrętu w swojej grupie zadaniowej:
nikomu nie wydałaby tak niejasnego rozkazu z założeniem, że podwładny
odgadnie jej intencje. Ale ona i Thrawn współpracowali ze sobą na tyle
długo, że musiał zobaczyć to, co ona - była tego pewna - i będzie
wiedział dokładnie, czego Ar'alani od niego oczekuje.
I tak też się stało. Gdy cztery chwilowo unieszkodliwione łodzie
rakietowe oddalały się w różnych kierunkach, z dziobu "Springhawka"
wystrzelił promień ściągający, pochwycił jedną z nich i zaczął nią
manewrować.
Umieszczając ją dokładnie na kursie przecinającym trajektorie jednostek
prujących w kierunku "Grayshrike'a".
Nikardunowie, całkowicie skupieni na samobójczym ataku na krążownik
Chissów, dali się zaskoczyć. Nie zauważyli skierowanej w ich stronę
łodzi i dopiero w ostatniej chwili rozproszyli się, unikając zagrożenia.
To jednak zakłóciło realizację ich planu. Sytuację pogarszał też fakt,
że Thrawn urządził wszystko tak, aby odwrócić ich uwagę dokładnie w chwili, w której nikarduńskie myśliwce znalazły się w pełnym zasięgu
laserów spektralnych "Springhawka". Rakietówki wciąż próbowały powrócić
do szyku, kiedy uderzyły w nie wiązki laserowe.
Dwadzieścia sekund później ta część przestrzeni stała się wolna od
wrogów.
- Dobra robota. - Ar'alani rzuciła okiem na ekran taktyczny. Oprócz
uszkodzonych łodzi rakietowych tylko dwa statki Nikardunów nadal
wykazywały oznaki życia. - Wutroow, zabierz nas w stronę celu siódmego.
Wykończymy go laserami spektralnymi. To powinno wystarczyć.
"Grayshrike", jak sytuacja?
- Nadal pracujemy nad silnikami, pani admirał - odpowiedziała Lakinda. -
Ale kadłub już jest szczelny, a inżynierowie twierdzą, że za kwadrans
lub nawet szybciej powinniśmy odzyskać pełną moc.
- Dobrze - odparła Ar'alani, przyglądając się uważnie szczątkom i pokiereszowanym okrętom widocznym przez iluminator "Czujnego". Chyba
nigdzie już nie czaiły się inne jednostki...
Choć tak przecież myślała i przedtem, zanim zza kadłuba krążownika nagle
wyłoniło się sześć łodzi rakietowych. W chaosie bitwy kilka małych
statków mogło się przecież jeszcze gdzieś przyczaić w nadziei, że nikt
ich nie zauważy, dopóki nie nadejdzie pora na szybki, samobójczy atak.
A w tej chwili "Grayshrike", z wyłączonymi głównymi silnikami, był
oczywistym celem.
- "Springhawk", zostań przy "Grayshrike'u" - poleciła. - Dwoma
ostatnimi zajmiemy się my.
- Pani admirał, to naprawdę nie jest konieczne. - W głosie Lakindy
zabrzmiała nuta starannie tłumionego protestu. - Nadal możemy manewrować
i jesteśmy w stanie walczyć.
- Skupcie się na naprawie - powiedziała Ar'alani. - Jeśli zaczniecie się
nudzić, możecie wykończyć te cztery rakietówki, kiedy odzyskają kontrolę
nad elektroniką.
- Nie damy im szansy na kapitulację? - zapytał Thrawn.
- Możesz im to zaproponować, jeśli chcesz - odparła Ar'alani. - Wątpię,
żeby tę propozycję przyjęli. Nie zachowają się inaczej niż ich nieżyjący
towarzysze. Ale chętnie się zdziwię. - Zawahała się. - "Grayshrike",
możesz również rozpocząć pełny skan tego obszaru. Może się tu gdzieś
czaić jeszcze ktoś inny, a ja mam dość napastników, którzy wyskakują
znienacka i zaczynają do nas walić.
- Tak jest, pani admirał! - oznajmiła Lakinda.
Ar'alani uśmiechnęła się do siebie. Lakinda nie podziękowała otwarcie,
ale w jej głosie brzmiała wyraźna wdzięczność. Spośród wszystkich
oficerów w grupie zadaniowej Ar'alani Lakinda wyróżniała się największym
skupieniem i determinacją. Nie znosiła też, kiedy ją pomijano przy
jakimś przedsięwzięciu.
Lekki powiew powietrza zasygnalizował Ar'alani, że obok jej fotela ktoś
stanął. Wutroow.
- Miejmy nadzieję, że więcej ich już nie ma - stwierdziła pierwsza
oficer "Czujnego". - Vakowie powinni teraz spać spokojniej. -
Zastanowiła się przez chwilę. - I Syndykura też.
Ar'alani wyciszyła komunikator. Na ile mogła się domyślać, najwyższy
organ władzy w Dynastii Chissów wykazywał taki brak entuzjazmu wobec tej
misji porządkowej, jak to tylko było możliwe u polityków.
- Nie wiedziałam, że Syndykura martwi się potencjalnymi atakami
Nikardunów na Kombinat Vak - rzekła.
- Jestem pewna, że ma to gdzieś - prychnęła Wutroow. - I jestem tak samo
pewna, że niepokoi ją, czemu tu jesteśmy i czemu angażujemy się w takie
wojenne akcje.
Ar'alani uniosła brwi.
- Mówisz tak, jakbyś już wiedziała, dlaczego tak jest.
- Nie, wcale nie. - Wutroow spojrzała na Ar'alani znacząco. Jak zwykle
to spojrzenie wyszło jej doskonale. - Miałam nadzieję, że pani to wie.
- Niestety, Arystokra ostatnio rzadko się ze mną kon-sultuje.
- Co ciekawe, ze mną też - stwierdziła Wutroow. - Ale z pewnością mają
swoje powody.
Ar'alani skinęła głową. Dziewięć Rodzin Rządzących - zgodnie z oficjalną
polityką Dynastii - zwykle całkowicie przeciwstawiało się wszelkim
działaniom militarnym, chyba że doszło do bezpośredniego ataku na jedną
z planet lub inne posiadłości Chissów. Zapewne po przesłuchaniu generała
Yiva Dobroczyńcy i przeanalizowaniu jego baz danych i zapisów uzyskano
potwierdzenie, że Nikardunowie naprawdę stanowili bezpośrednie
zagrożenie i w związku z tym Syndykura zgodziła się nagiąć normalne
zasady.
- Dobrze choć, że Thrawn na pewno jest zadowolony - kontynuowała
Wutroow. - Rzadko się zdarza, żeby ktoś dostał jednocześnie
potwierdzenie, że miał rację, i możliwość dokonania odwetu.
- Jeśli próbujesz mnie podpuścić, żebym ci wyjawiła, o czym Thrawn i ja
rozmawialiśmy z naczelnym generałem Ba'kifem przed tą małą wyprawą, to
się rozczarujesz! - prychnęła Ar'alani. - Ale tak, starszy kapitan
Thrawn z pewnością cieszy się z takiego obrotu spraw.
- Tak jest - odparła Wutroow. W jej głosie natychmiast zaszła subtelna
zmiana: nie brzmiała już jak przyjaciółka pani admirał, lecz jak jej
pierwsza oficer. - Wchodzimy w zasięg siódmego celu.
- Doskonale - oznajmiła Ar'alani. - Strzelać, kiedy będziecie gotowi.
- Tak jest. - Wutroow karnie skinęła głową i ruszyła przez mostek na
swoje stanowisko. - Oeskym, przygotować lasery! - zawołała do oficera
uzbrojenia.
Dwie minuty później było po wszystkim. Ar'alani poleciła, by zawrócono,
i odkryła, że ostatnie cztery łodzie rakietowe zniknęły. W miejscu, w którym się uprzednio znajdowały, widniały chmury szczątków. Przemknęło
jej przez głowę, żeby zapytać Thrawna i Lakindę, czy zaproponowali
Nikardunom złożenie broni, ale uznała, że to strata czasu. Wróg został
unicestwiony i tylko to się liczyło.
- Wszyscy dobrze się spisali - powiedziała Ar'alani, kiedy Wutroow znów
przy niej stanęła. - Kapitanie Thrawn, ja i "Grayshrike" poradzimy sobie
z resztą misji. Udzielam panu pozwolenia na odlot.
- Jeśli jest pani tego pewna, pani admirał - odparł Thrawn.
- Jestem - potwierdziła Ar'alani. - Niech wam sprzyja szczęście
wojownika.
- I wam również - odrzekł Thrawn. - "Springhawk" bez odbioru.
Wutroow odchrząknęła.
- Jak mniemam, chodzi o coś, czego dotyczyła rozmowa z naczelnym
generałem Ba'kifem?
- Możesz mniemać, co ci się podoba - mruknęła Ar'alani.
- A! - odparła Wutroow. - No cóż. Skoro to wszystko, zabiorę się do
sporządzenia raportu z tej bitwy.
- Dziękuję.
Ar'alani obserwowała, jak Wutroow podchodzi do stanowiska monitorowania
systemów. Pierwsza oficer miała rację przynajmniej w jednej sprawie:
Kombinat Vak poczuje naprawdę wielką ulgę i radość. Z ulgą odetchnie
również Dziewięć Rodzin Rządzących i Rada Hierarchii Obronnej. Czy
jednak któryś z tych dwóch organów będzie z tego wszystkiego naprawdę
zadowolony? Zdecydowanie wątpliwe.
Najwyższy syndyk Mitth'urf'ianico czekał w Kolumnadzie Milczenia w słynnej, zabytkowej Sali Zgromadzeń przez prawie pół godziny, zanim
osoba, z którą się umówił, w końcu przybyła na spotkanie.
Nie szkodzi. Czekając, Thurfian mógł spokojnie obserwować otoczenie,
rozmyślać i układać plany.
Obserwowanie innych nie nastręczało dzisiaj żadnych problemów. Kolumnada
Milczenia, owo neutralne, zapewniające prywatność miejsce, w którym tak
lubili się spotykać Mówcy, syndycy i inni członkowie Arystokry, tego
dnia - o dziwo - świeciło pustkami. Zapewne dlatego, że - jak
podejrzewał Thurfian - syndycy siedzieli w gabinetach nad najnowszym
raportem Rady dotyczącym rozprawy z resztkami rozproszonych sił generała
Yiva, zaś wchodzący w skład Arystokry członkowie średniego szczebla
Rodzin Rządzących pomagali im przygotować się do nadchodzącego
posiedzenia Syndykury lub po prostu wykonywali swoje codzienne obowiązki
w różnych rządowych agencjach. Mówcy, jako najwyżsi przedstawiciele
rodzin, prawdopodobnie prowadzili teraz długie rozmowy, omawiając
sytuację i przyjmując rozkazy Patriarchów, którzy instruowali ich, jak
ma wyglądać oficjalna reakcja rodu po zakończeniu analizy danych.
Rozmyślanie przychodziło mu równie łatwo. Thurfian przeczytał już
raport, a przynajmniej przebrnął przez tyle stron, ile mógł znieść za
jedynym razem. Spomiędzy wszystkich wojskowych danych, map i wykresów
subtelnie, ale wyraźnie wyzierał fakt, że starszy kapitan Thrawn znowu
zabłysł - jak jasna gwiazda na niebie Csilli. I to pomimo tego, że nie
zastosował się do ducha rozkazów, naraził bezcenną gwiazdogatorkę na
śmiertelne niebezpieczeństwo i zaryzykował wciągnięcie Dynastii w rażąco
nielegalną i nieetyczną wojnę.
Thurfian wciąż biedził się nad ułożeniem planu działania, kiedy w końcu
podszedł do niego syndyk Irizi'stal'mustro.
Jak zwykle Zistalmu odezwał się dopiero wtedy, kiedy stanął przed
Thurfianem, poza zasięgiem słuchu innych grup gawędzących w Kolumnadzie.
- Witam, syndyku Thurfianie - rzekł i skinął głową na powitanie. -
Przepraszam za spóźnienie.
Pomimo powagi sytuacji, którą mieli omówić, Thurfian z trudem pohamował
uśmiech. "Syndyku Thurfianie". Zistalmu nie wiedział, że Thurfian został
właśnie wyniesiony na stanowisko najwyższego syndyka; w Syndykurze
ważniejszą funkcję sprawowali jedynie Mówcy.
Zistalmu nie znał jego nowego tytułu i prawdopodobnie nigdy nie miał go
poznać. Te stanowiska stanowiły ściśle strzeżoną tajemnicę rodzinną i wykorzystywano je wyłącznie w wewnętrznych sprawach Syndykury, chyba że
Mówca lub Patriarcha uznali, że gdzieś potrzebny jest ktoś o dodatkowym
autorytecie. Takie sytuacje należały jednak do rzadkości. Thurfian
najprawdopodobniej będzie pełnił tę funkcję w tajemnicy do czasu, kiedy
zakończy pracę i zaświadczy o tym zaledwie pamiątkowy filar w siedzibie
rodziny Mitthów.
Nie potrzebował jednak, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Kochał tajemnice
do tego stopnia, że mógł się nimi cieszyć w pojedynkę.
- Już miałem wychodzić - ciągnął Zistalmu - kiedy nadeszła delegacja
Xodlaków i nie mogłem się ich pozbyć.
- Przyszli do ciebie? - zdziwił się Thurfian.
- Nie, do Mówcy Ziemola - odparł kwaśno Zistalmu. - A on w swojej
szlachetności przekazał ich mnie.
- To do niego podobne - westchnął Thurfian ze współczuciem. - Niech
zgadnę. Chcieli, żeby Irizi zasponsorowali ich powrót do statusu Rodziny
Rządzącej?
- A cóż innego? - warknął Zistalmu. - Przypuszczam, że do ciebie też
czasami przychodzą delegaci z Czterdziestki?
- Częściej, niżbym chciał - przyznał Thurfian. Chociaż teraz, kiedy stał
się najwyższym syndykiem, uwolnił się od tego na zawsze. Tak jak Mówca
Ziemol skierował Xodlaków do Zistalmu, tak Thurfian będzie mógł teraz
przekazywać takie nieprzyjemne obowiązki niższemu rangą syndykowi
Mitthów. - Zwykle chcą tylko wsparcia lub tymczasowego sojuszu, ale
wielu z nich pragnie też dostać się do Dziewięciu Rodzin. Czasami marzy
mi się, że podsuwam projekt ustawy, w którym liczbę Rodzin Rządzących
określi się już raz na zawsze jako dziewięć.
- Chętnie bym to poparł - powiedział Zistalmu. - Choć warto też mieć na
uwadze niezamierzone skutki takiego przepisu. Gdyby w przyszłości
Syndykura zadecydowała, że znowu chce zaliczyć do tego grona Xodlaków, a może nawet Styblów, mogłaby wyrzucić Mitthów, żeby zrobić dla nich
miejsce.
- Do tego nigdy nie dojdzie - odparł stanowczo Thurfian. - A skoro mowa
o niezamierzonych skutkach, zakładam, że przeczytałeś już najnowszy
raport Rady?
- O kampanii nikarduńskiej? - Zistalmu skinął głową. - Ten twój Thrawn
po prostu nie potrafi przegrywać, prawda?
- Moim zdaniem przegrywa cały czas - warknął Thurfian. - Problem polega
na tym, że po każdej katastrofie, w której macza palce, tak szybko
osiąga olśniewający sukces, że wszyscy zapominają o tym, co się stało
wcześniej, lub postanawiają to zignorować.
- I nie przeszkadza im, że za Thrawnem muszą wiecznie podążać
sprzątacze, którzy zamiatają jego bałagan - stwierdził zgryźliwie
Zistalmu. - Nie wiem, Thurfianie. Zaczynam się zastanawiać, czy
kiedykolwiek będziemy w stanie go załatwić. - Uniósł brwi. - I szczerze
mówiąc, zaczynam się też zastanawiać, czy sam tego nadal chcesz.
- Jeśli cofniesz się myślami do przeszłości, to może przypomnisz sobie,
że po raz pierwszy poruszyłem ten temat, kiedy Thrawn też właśnie
odniósł sukces - odparł sztywno Thurfian. - Nie spadł jeszcze ze swojego
niewiarygodnie wysokiego szczytu, to prawda, ale czy twoim zdaniem
cieszy mnie to, że idzie naprzód bez przeszkód?
- Przynosi zaszczyt Mitthom - odparował oschłym tonem Zistalmu.
- Zaszczyt, który jutro może rozpłynąć się w nicość - żachnął się
Thurfian. - Wraz z wszelkimi sukcesami, którymi opromienił całą
Dynastię. Nie, Zistalmu. Możesz być pewien, że nadal chcę się go pozbyć.
Problem tylko w tym, jak postąpić, żeby jego ostateczna klęska
spowodowała jak najmniejsze szkody.
- Masz rację - powiedział Zistalmu. Thurfian odniósł jednak wrażenie, że
nie zdołał go całkowicie przekonać. Ale w tej chwili wystarczyłaby mu
nawet współpraca na pół gwizdka. - Zakładam, że masz pomysł?
- Zalążek pomysłu, tak - odparł Thurfian. - Chcemy, żeby w chwili klęski
znajdował się jak najdalej od Dynastii, prawda? Jedna z możliwości to
przekonanie Rady, żeby wysłała go przeciwko Paataatusom.
- Czego Rada nie zrobi - skwitował Zistalmu. - I tak w tej chwili, przy
Nikardunach, naginają mocno przepisy o atakach wyprzedzających. Nie
zmienią nagle zdania i nie wyślą go przeciwko komuś innemu. A z pewnością nie bez prowokacji.
- A co, gdyby doszło do prowokacji? A konkretnie, co by się stało, gdyby
zaczęły krążyć plotki, że Paataatusowie sprzymierzają się z dużą bandą
piratów, aby nas zaatakować? Syndykura i Rada zechciałyby przynajmniej,
żeby ktoś tam poleciał i zbadał, czy to możliwe.
- A krążą takie plotki?
- A krążą - potwierdził Thurfian. - Choć muszę przyznać, że w tej chwili
jeszcze nic bardzo konkretnego. Istnieją jednak, są coraz bardziej
przekonujące i zdecydowanie prowokacyjne. Moim zdaniem przy odrobinie
wysiłku moglibyśmy zwiększyć ich wiarygodność.
- W takim razie zgoda. - Zistalmu zmrużył oczy, przyglądając się uważnie
Thurfianowi. - A jak przekonamy Radę do wysłania tam Thrawna?
- Nie sądzę, żeby trzeba im to było mocno perswadować. - Thurfian
uśmiechnął się z zadowoleniem. - Bo ci domniemani piraci to banda, z którą Thrawn już się zmierzył. Czyli Vagaari.
Zistalmu otworzył usta i zaraz zamknął je z powrotem, nic nie mówiąc. W pierwszym odruchu chciał odrzucić ten pomysł, ale jednak coś kazało mu
się nad nim zastanowić.
- Myślałem, że już ich zniszczył.
- Zniszczył jedną grupę - wyjaśnił Thurfian. - Ale skąd wiadomo, że nie
czai się ich tam więcej?
- To z pewnością jeden z jego wyczynów o najbardziej niejednoznacznych
skutkach - zadumał się Zistalmu. - Przejął generator pola
grawitacyjnego, który naukowcy wciąż próbują rozgryźć, ale potem utracił
wielki statek obcych z Podrzędnej Przestrzeni, zanim ktokolwiek mógł go
obejrzeć.
- A razem z nim stracił szanowanego syndyka z rodziny Mitthów. -
Thurfian zazgrzytał zębami. Oczywiście, ważne było życie każdego Chissa,
ale to, że syndyk Mitth'ras'safis należał do rodziny Mitthów,
automatycznie oznaczało, że jego zniknięcie nie znaczyło aż tak wiele
dla Irizi, rodziny Zistalmu.
Kiedy jednak ginął ktoś, kto należał do rodziny, powinno być inaczej.
Thurfiana wciąż uwierało, że Thrawn tak niefrasobliwie potraktował
życie jednego z członków swojego rodu.
- Tak, oczywiście - zgodził się Zistalmu. - Był to zaiste smutny dzień.
Bo znałeś syndyka Thrassa, prawda?
- Raczej przelotnie. - Thurfian stłumił irytację. Przynajmniej Zistalmu
potrafił uznać stratę poniesioną przez Mitthów. - Kierowałem wtedy
biurem transportu i handlu, podczas gdy on podlegał bezpośrednio Mówcy.
- I podobno łączyły go bliskie związki z Thrawnem?
- Tak słyszałem - prychnął Thurfian. - Ale nie wiem, czy kiedykolwiek
widziałem ich razem. Obszary działania Syndykury i Ekspansyjnej Floty
Obronnej nie pokrywają się zbytnio.
- Praktycznie wcale - przyznał Zistalmu.
- Ale wracając do rzeczy, Rada i Syndykura pamiętają przede wszystkim o generatorze pola grawitacyjnego, przywiezionym przez Thrawna. Możemy
zasugerować, że jeśli wyślą go tam ponownie, ten sam piorun może uderzyć
dwa razy...
- I może uderzy w technologię, którą będzie nieco łatwiej zrozumieć -
stwierdził Zistalmu. - Masz plan, jak rozpowszechnić tę podkręconą
plotkę?
- Są pewne kanały, którymi mogę się posłużyć, a które nie doprowadzą
nikogo z powrotem do mnie - powiedział Thurfian. - I to oczywiście ma
kluczowe znaczenie. Ty też musisz znaleźć podobne.
- Tak, żeby nie obwiniano tylko ciebie, jeśli się to skrupi na nas
zamiast na Thrawnie?
- Tak, żebyśmy mieli dwa różne wiarygodne źródła, które będziemy mogli
zaprezentować Radzie i Syndykurze - odparł Thurfian, siląc się na
cierpliwość. - Jedna historia to plotka bez solidnych podstaw, trochę
takich już mamy. Dwie niezależne historie wywodzące się ze źródeł
chissańskich układają się w schemat, na który warto zwrócić uwagę.
- Mam nadzieję. - Zistalmu umilkł na chwilę. - Zapewne widzisz możliwą
wadę tego planu?
- Że znowu mu się uda? - Thurfian się skrzywił. - Wiem. Ale kiedy
Nikardunowie zostaną zniszczeni, będzie to koniec realnego zagrożenia
dla Dynastii. Sojusz Paataatusów i Vagaarich może nie stanowi dużego
zagrożenia, ale to wszystko, czym dysponujemy. A z pewnością jedni i drudzy są w stanie poradzić sobie z jednym naszym okrętem.
- Jeśli Rada rzeczywiście wyśle go tam samego - zauważył trzeźwo
Zistalmu. - W porządku, zobaczę, co da się zrobić, żeby rozesłać plotki
paroma różnymi drogami. Daj mi znać, kiedy będziesz gotowy, żebyśmy
mogli skoordynować ujawnianie tych informacji. Wiesz może, kiedy Thrawn
ma powrócić z Kombinatu Vak?
- Nie bardzo - westchnął Thurfian. - Ar'alani zdecydowanie zamierza
załatwić ten problem, ale nie wiadomo, ile to potrwa. Zwłaszcza że w zależności od tego, co znajdzie, jej grupa zadaniowa być może będzie
musiała wykonać jeden albo parę skoków w bok, żeby wyczyścić resztę
kryjówek Nikardunów. W każdym razie mamy czas, aby nadać tej sprawie
właściwy kierunek.
- Tylko postarajmy się zrobić to dobrze - zastrzegł Zistalmu. - Jeśli
pozwolimy, żeby wszyscy poczuli się zbyt komfortowo, Thrawn nadal będzie
unikał odpowiedzialności. Zapomną o nim, a potem następna katastrofa, do
której doprowadzi, weźmie ich całkiem z zaskoczenia.
- Nie martw się - uspokoił go Thurfian. - Zrobimy to jak należy. I tym
razem załatwimy to raz na zawsze.
"Tylko że prawdopodobnie nam się to jednak nie uda" - pomyślał ponuro
Thurfian, kiedy rozstał się z Zistalmu i wyszedł z Kolumnady Milczenia.
Wszyscy widzieli tylko to, co chcieli zobaczyć, i zbyt wielu Chissów u władzy wolało pamiętać wyłącznie sukcesy Thrawna i nie zwracać uwagi na
jego porażki. Thurfian oczywiście nie miał zamiaru cofnąć się przed tą
ostatnią próbą, ale podejrzewał, że zakończy się ona tak samo, jak
poprzednie.
Musieli podejść do tego w inny sposób. Usiłowali z Zistalmu walnąć
Thrawna młotkiem, ale Thrawn okazał się za duży, a młotek za mały. Cios
trzeba było zadać pod innym kątem.
Albo większym młotkiem.
Syndyk Thurfian posiadał pewien zakres władzy. Najwyższy syndyk Thurfian
miał jej trochę więcej. Zdawał sobie jednak sprawę, że żadne z tych
stanowisk nie dawało mu jej tyle, ile potrzebował.
Nadszedł czas, żeby spróbować czegoś nowego. Czas, żeby syndyk Thurfian
został Mówcą Thurfianem.
Kiedy dotarł do swojego biura, miał już zarys planu. Mówczynię
Mitth'ykl'omi uważano za kluczową osobę w organizacji politycznej
Mitthów.
Pora, żeby Thurfian stał się równie niezastąpiony.
WSPOMNIENIA I
- Tam - powiedział Haplif z rasy Agbui, wskazując na oświetloną w połowie planetę, widoczną przez iluminator statku zwiadowczego, na
którym się znajdowali. - Nie widać stąd zniszczeń...
- Widzę to całkiem wyraźnie - powiedział siedzący obok niego obcy zza
zasłony zakrywającej oblicze. W jego egzotycznym, chrapliwym, a zarazem
osobliwie melodyjnym głosie brzmiał cudzoziemski akcent. - Przypuszczam,
że rozciąga się na całą planetę?
- Tak - potwierdził Haplif. Nigdy nie widział Jixtusa bez płaszcza i kaptura, bez rękawic na dłoniach i czarnej zasłony na twarzy. Nie miał
pojęcia, jak w rzeczywistości wyglądał, ale jego głos wyrył mu się w pamięci na zawsze.
- Możesz to zatem dodać do swojej listy sukcesów - stwierdził Jixtus. -
Gratulacje.
- Dziękuję, panie - odparł Haplif, mrużąc oczy.
Teraz, kiedy Jixtus o tym wspomniał, rzeczywiście dostrzegał na
powierzchni planety pewne oznaki zniszczenia. Oświetlone słońcem chmury,
które na nietkniętym świecie lśniłyby bielą, były pobrudzone szarością i czernią od ognia i zanieczyszczeń wyrzuconych w atmosferę w wyniku
eksplozji podczas okrutnej wojny domowej spowodowanej przez Haplifa i jego zespół. Po nocnej stronie planety miejskie skupiska świateł,
błyszczące niegdyś radośnie w ciemności, niemal całkowicie zniknęły.
Haplif uśmiechnął się do siebie. Dokonali niemal zupełnego zniszczenia
całego świata - a wszystko w ciągu zaledwie sześciu miesięcy. Sześciu
miesięcy!
O tak. Był w tym naprawdę dobry.
- Jak rozumiem, jeden ze statków z uchodźcami zdołał się wymknąć.
Haplif skrzywił się z niezadowoleniem. No pewnie, Jixtus musiał czymś
zepsuć tę pełną blasku chwilę.
- Nie na długo - powiedział. - Zajmą się nim Nikardunowie.
- Doprawdy? - rzucił Jixtus. - Nakazano ci, żebyś się z nimi
bezpośrednio nie kontaktował.
- Nie miałem wyboru. Mówiłeś, panie, że nie chcesz, aby ktoś się
dowiedział, co się tutaj wydarzyło. Planeta nigdy nie miała triady
komunikacyjnej, ty znajdowałeś się poza zasięgiem standardowych
nadajników, a my nie mieliśmy żadnych statków do dyspozycji. Jeden ze
statków Yiva kręcił się w pobliżu, więc skontaktowałem się z nimi.
Jixtus milczał przez dłuższą chwilę.
- Bo mówiłeś, że nie chcesz, żeby ktoś się dowiedział o tej wojnie,
prawda? - powtórzył z naciskiem Haplif.
- Tak, oczywiście. - W głosie Jixtusa zabrzmiała nuta niezadowolenia. -
Mam przynajmniej nadzieję, że nie podałeś im mojego imienia?
- Ani mojego, ani twojego - zapewnił Haplif. - Nie powiedziałem im też,
jaki to układ ani gdzie się znajduje. Przekazałem jedynie wektor statku
i wyjaśniłem, że to grupa próbująca rekrutować siły przeciwko generałowi
Yivowi. Więc oczywiście od razu za nimi popędzili i to z pewnością ze
słusznym w swoim mniemaniu zapałem w sercach i umysłach.
- Z pewnością - powtórzył Jixtus. - Bardzo dobrze rozumiesz Yiva i jego
rasę.
- Bardzo dobrze rozumiem wszystkich. - Haplif zaakcentował ostatnie
słowo. W końcu prawda a czcze przechwałki to dwie różne rzeczy.
- I zapewne podałeś Nikardunom cel ich podróży?
- Nie jestem do końca pewien, czy zmierzali w konkretne miejsce. -
Haplif nakreślił linię w poprzek wyświetlacza nawigacyjnego. - Jedyne,
co mieliśmy, to ich wektor odlotu, a zdecydowali się na taki raczej
dlatego, że prowadził jak najdalej od ostatniej grupy wrogich im
statków. Znam na tej trasie tylko jedną rozwiniętą cywilizację i nie
jestem pewien, czy po zniszczeniu serwerów rządowych uciekinierzy mogli
zdobyć jakiekolwiek dane na jej temat.
- Niemniej w Chaosie bujnie kwitnie życie - zauważył Jixtus. - Nawet
nasze archiwa zapewne zawierają tylko ułamek informacji na ten temat.
- Na to właśnie liczą - powiedział Haplif. - Z tego, co mówiła Magys -
to tytuł ich przywódcy - więc z tego, co mówiła przed odlotem, wynika,
że zamierzali sprawdzić każdy prawdopodobny układ po drodze, aż znajdą
kogoś, kogo mogliby poprosić o udzielenie im azylu. A gdyby im się to
nie udało, mieli nadzieję znaleźć niezamieszkaną, ale nadającą się do
życia planetę, na której mogliby się zaszyć. Nikardunowie muszą tylko
postępować według tego samego schematu, a w końcu znajdą świat, który
przyjmie naszych zbiegów.
- Chyba że cię okłamano - stwierdził Jixtus. - Może uchodźcy dokładnie
wiedzą, dokąd lecieć.
Haplif zacisnął usta. Mało prawdopodobne, ale możliwe. Wyróżniał się
niezrównanym talentem do odczytywania i analizowania kultur, ale
jednostki wciąż potrafiły go zaskoczyć, zwłaszcza te, których charakteru
nie miał okazji dokładnie poznać. Jeśli Magys celowo wyrażała się
niejasno, aby zniweczyć wszelkie plany pościgu...
Gardło zadrgało mu spazmatycznie. Jixtus się nim bawił, uświadomił sobie
poniewczasie. Podważał umiejętności, które czyniły Haplifa tak cennym
sojusznikiem, sugerował subtelnie, że Haplif może nie był aż taki dobry,
jak uważał.
- To bez znaczenia - odezwał się głośno. - Nikardunowie podążają w ślad
za nimi. Niezależnie od tego, czy uchodźcy znajdą schronienie i zostaną
tam zniszczeni, czy też zabraknie im paliwa oraz powietrza i zginą w kosmosie, efekt końcowy będzie taki sam.
- Ale masz nadzieję na to drugie?
Haplif wzruszył ramionami.
- Mniejsza szansa na to, że nie załatwimy tej sprawy do końca - odparł
lekkim tonem. - Ale jak mówiłem, efekt będzie taki sam. - Uśmiechnął się
do Jixtusa. - Zakończenie, które tylko ja mogłem zaaranżować.
Jixtus parsknął suchym, chrapliwym śmiechem.
- Nikt nie ośmieliłby się stwierdzić, że Haplifowi z rasy Agbui brakuje
pewności siebie i dumy.
- Nawet kiedy jego pracodawca sugeruje, że niesłusznie pyszni się tymi
cechami?
- Zwłaszcza wtedy - odparł Jixtus. - Strzeż się jednak nadmiernej
pewności siebie. Unosząc z pychą głowę, można nie dostrzec przed sobą
nierównego terenu.
- Na szczęście dla twoich potrzeb, panie, dostrzegam jedno i drugie -
rzucił Haplif. - W każdym razie tutaj już skończyliśmy. Możemy wracać?
- Wspomniałeś o nikarduńskim okręcie - powiedział Jixtus. - Czy w okolicy są ich bazy?
- Kilka małych, owszem - potwierdził Haplif. - Nasłuchowe i przekaźnikowe, z ograniczoną obroną. Raczej nie będą wysyłać z fanfarami
żadnych okrętów, żeby komuś wejść w paradę.
- A jednak udało ci się ich właśnie do tego przekonać - zauważył Jixtus.
- Inni też mogliby to zrobić. Nie wspominając o tym, że sam Yiv być może
znajdzie dla nich nowe zadanie.
- No, nawet jeśli to zrobi, to raczej nie znajdą tego miejsca -
stwierdził Haplif. - W dzisiejszych czasach tutejsi raczej nie wychylają
głowy poza swój świat. Wątpię, żeby w ostatnich dekadach ktoś stąd
wybrał się w ogóle poza układ.
- Z wyjątkiem statku uchodźców.
- Którego wkrótce nie będzie.
- Obyś miał rację - rzekł Jixtus. - A co do twojego pytania... Skoro
wspomniałeś o moich potrzebach i swojej wyjątkowej zdolności do ich
zaspokojenia, chcę, żebyś wykonał dla mnie jeszcze jedno zadanie.
Haplif spojrzał na niego z ukosa. W ustach poczuł gorycz. Powinien był
się domyślić, że to nie koniec, pomimo wcześniejszych obietnic Jixtusa.
Haplif rozumiał większość istot, rozumiał więc również swojego
zleceniodawcę.
Ale czy na pewno? Płaszcz maskował jego sylwetkę, a kaptur i zasłona
skrywały twarz. Jixtus mógł być niemal kimkolwiek, mógł należeć
praktycznie do każdego dwunożnego gatunku. I pomimo wszystkiego, co
mówiły Haplifowi jego oczy i uszy, mógł równie dobrze siedzieć właśnie
obok jednego z demonów z mitów Agbuich, którymi tak często straszono go
w dzieciństwie.
Zaraz jednak otrząsnął się z tych myśli. Bzdurne zabobony.
- Obiecałeś, że to będzie ostatnia misja.
- Zmieniłem zdanie - odparł spokojnie Jixtus. - Co wiesz o Chissach?
Haplif zmrużył oczy.
- Myślałem, że Yiv miał się nimi zająć.
- To raczej Yiv myśli, że się nimi zajmie - sprostował Jixtus. -
Niektórzy z moich kolegów też tak uważają. Niestety, ja wiem lepiej. -
Powoli odwrócił zasłoniętą twarz w stronę Haplifa. - Chyba że uważasz to
zadanie za zbyt trudne.
Haplif nie opuścił wzroku pod ciężarem niewidocznego spojrzenia
rozmówcy, ale przyszło mu to z trudem. Chissowie także byli legendarni i na swój sposób równie przerażający jak mityczne demony. Tyle że w przeciwieństwie do demonów istnieli naprawdę.
- Nie, oczywiście, że nie - zapewnił mimo to. - Poradzimy sobie z nimi.
I tak właśnie uważał. Niezależnie od tego, jacy wydawali się Chissowie,
mieli takie same nadzieje, marzenia, lęki i słabości jak wszyscy inni. I jak każde inne takie istoty, mogli zostać pokonani. - Ale niewiele o nich wiem, więc może to potrwać dłużej niż zwykle.
- Nie spiesz się - rzekł cicho Jixtus. - W końcu Yiv i Nikardunowie
wciąż mają do odegrania swoją rolę w tym dramacie. Twoje zadanie
rozpocznie się dopiero po jej zakończeniu.
- Dobrze - odparł Haplif. - Jedno pytanie. Skoro jesteś przekonany, że
Yivowi nie uda się zniszczyć Chissów, dlaczego chcesz, żeby dalej w to
brnął?
- Nawet porażki mogą okazać się przydatne - stwierdził sentencjonalnie
Jixtus. - W tym przypadku Yiv odciągnie uwagę Dynastii na zewnątrz, co
ułatwi ci zadanie.
- I zapewne obciąży również zasoby wojskowe Chissów. - Haplif pokiwał
głową.
- Owszem - przyznał w zamyśleniu Jixtus. - Choć być może nie aż tak
skutecznie, jak się spodziewałem.
Haplif zmarszczył brwi.
- Jakieś problemy?
- Nie wiem - odparł Jixtus tym samym na wpół zamyślonym, na wpół
zaniepokojonym tonem. - Dwadzieścia, a nawet dziesięć lat temu
zniszczenie Dynastii Chissów byłoby, moim zdaniem, czymś banalnym. Teraz
już nie. Pojawiło się tam nowe pokolenie przywódców wojskowych i wojowników... Nie można już mieć pewności, że będą nierozważnie kroczyli
utartymi ścieżkami manipulacji, które im się wskaże. Naczelny generał
Ba'kif, admirał Ar'alani i kilkoro innych myślą i planują, wychodząc
poza przyjęte wzorce. Są nieprzewidywalni. Twoje zadanie może się przez
to okazać trudniejsze.
- Przeceniasz ich - rzucił pogardliwie Haplif. - A może to mnie nie
doceniasz. Wojskowe umysły i reakcje nie mają znaczenia. Ja działam w sferze politycznej, a wątpię, żeby przywódcy Chissów odznaczali się
mniejszą ambicją i żądzą władzy niż inni politycy w Chaosie.
- Tak też zakładam - zgodził się Jixtus. - Po prostu ostrzegam, że nie
będzie równie łatwo jak tu. - Wskazał na planetę przed nimi. - Weź
wszystko, czego ci trzeba. Tutaj dokończą już inni.
- Moglibyśmy zrobić jeszcze więcej - zaproponował Haplif. - Nadal
uważam, że powinniśmy deportować stąd więcej ocalałych.
- My zadecydujemy, czy i jak załatwić tę sprawę - odparł ostro Jixtus. -
Ty zakończyłeś tu swoje zadanie. Czeka na ciebie kolejne.
- Tak, panie - burknął Haplif. Nie znosił porzucać niedokończonych
spraw, nawet jeśli zostało mu tylko posprzątanie brudów.
- A zanim się rozstaniemy, potrzebne mi będą lokalizacje baz Nikardunów,
o których wspominałeś - dodał Jixtus. - Nie chcemy, żeby ktoś natrafił
tu na pozostałości twoich osiągnięć.
- Zdecydowanie nie - zgodził się Haplif. Cóż, skoro Jixtus uważał, że
robota została wykonana, przecież nie będzie się z nim kłócił. - A zatem... Kiedy zniszczymy dla ciebie Chissów, może pozwolisz nam wrócić do
domu?
- Tak, wtedy wrócicie do domu, Haplifie z rasy Agbui - odparł Jixtus. -
Z podwójną zapłatą.
- Dziękuję - powiedział Haplif. - Chociaż po tym wszystkim, co
powiedziałeś o Chissach, zastanawiam się, czy zapłata nie powinna zostać
potrojona.
- Może i tak. Zobaczymy. Wspomniałeś, że na trasie uchodźców znajduje
się jedna znana ci zaawansowana cywilizacja. O jakiej cywilizacji
mówimy?
- To mało ważna planeta na peryferiach, w zasadzie niewarta uwagi -
wyjaśnił Haplif. - Nazywa się Rapacc.
Rozdział 2
Do układu Rapacc pozostał jeden skok, więc
kapitan Ufsa'mak'ro pozwolił personelowi mostka "Springhawka" na krótki
odpoczynek.
Mitth'ali'astov nie miała nic przeciwko. Jako opiekunka gwiazdogatorki
Che'ri - tym razem już oficjalna - zauważyła, że na ostatnim etapie
krętej drogi przez Chaos dziewczynka okazuje pewne oznaki zmęczenia.
Gdyby Samakro nie zarządził przerwy, Thalias sama by go o to poprosiła.
Ale na szczęście nie musiała, no i dobrze. Che'ri siedziała przy swoim
stanowisku nawigacyjnym, popijając sok owocowy i rozglądając się
bezczynnie po mostku. Zupełnie normalna sytuacja, a przynajmniej tak to
Thalias zapamiętała z czasów, kiedy sama była gwiazdogatorką. Po
godzinach spędzonych na używaniu Trzeciego Oka często potrzebowała dać
odpocząć wzrokowi podczas przerwy.
Jednak w przeciwieństwie do tego, co wtedy robiła ona, Che'ri wciąż
powracała wzrokiem do pulpitu stanowiska steru, znajdującego się obok
niej. Dla Thalias królestwo pilota zawsze stanowiło tajemnicę wyposażoną
w przyrządy sterownicze, ale Che'ri patrzyła na konsoletę niemal jak na
dobrego znajomego.
Jej kartonik z sokiem był prawie pusty.
- Chcesz więcej? - zapytała Thalias, podchodząc do niej. - Albo coś do
jedzenia?
- Nie, dzięki - odparła Che'ri. Przyłożyła dzióbek kartonika do ust i wciągnęła lekko policzki. - Dobra, jestem gotowa.
Thalias zabrała pusty kartonik i rozejrzała się po mostku. Samakro stał
przy stanowisku uzbrojenia, obok starszego komandora Chaf'pri'uhme, i rozmawiał cicho z nim i z jednym ze specjalistów od sfer plazmowych - o ile dobrze pamiętała, był to komandor porucznik Laknym.
- Nie wygląda na to, żeby się nam spieszyło - powiedziała do Che'ri. -
Poza tym nie ma jeszcze starszego kapitana Thrawna. Wydaje mi się, że
będzie chciał być na mostku, kiedy skontaktujemy się z Paccoshami.
- W porządku. - Che'ri się zawahała. - Jacy oni są?
- Paccoshowie? - Thalias wzruszyła ramionami. - To obcy. Mają trochę
rżące głosy, chociaż da się ich spokojnie zrozumieć. Mówią w taarja.
Nigdy nie lubiłam tego języka.
- To znaczy że co, rżą jak pakbyki?
- Tak jakby - odparła Thalias, próbując sobie przypomnieć, czy kiedyś w ogóle słyszała na żywo, jakie odgłosy wydaje pakbyk. Była prawie pewna,
że tak, ale nie umiała wydobyć z pamięci, gdzie i kiedy to mogło się
wydarzyć. - Paccoshowie, których widzieliśmy na stacji górniczej, byli
mniej więcej mojego wzrostu, może trochę wyżsi. Wypukła klatka piersiowa
i szerokie biodra, jasnoróżowa skóra... Na głowach sterczą im
przypominające pióra grzebienie. Mają cienkie ręce i nogi, ale są raczej
dość silni. A, i mają jeszcze fioletowe plamy wokół oczu, które czasami
zmieniają odcień, kiedy Paccoshowie z kimś rozmawiają.
- Brzmi ciekawie - mruknęła Che'ri. - Chciałabym ich zobaczyć.
- Na pewno wrócimy z nagraniami.
- To nie to samo.
- No nie - przyznała Thalias. - Ale naprawdę, trochę odpoczynku dobrze
ci zrobi. Będziesz mogła rysować, bawić się klockami...
- I odrabiać lekcje - rzekła Che'ri bez entuzjazmu.
- Racja - powiedziała pogodnie Thalias, jakby zupełnie zapomniała o tej
części codziennych obowiązków gwiazdogatorki. - Dzięki za przypomnienie.
Che'ri odwróciła głowę, spoglądając na Thalias tym pełnym wymuszonej
cierpliwości spojrzeniem, które tak dobrze wychodziło dziesięciolatkom.
- Ależ proszę.
- Oj, nie bądź taka! - poprosiła żartobliwie Thalias. - Może nawet
trafisz na parę lekcji, które cię zainteresują. - Wskazała konsoletę
pilota. - Jeśli chcesz, pomogę ci namówić komandora porucznika
Azmordiego, żeby cię nauczył latać "Springhawkiem".
Ku zaskoczeniu Thalias Che'ri jakby skuliła się w sobie.
- Lepiej nie - mruknęła. - Już kiedy nauczyłam się latać statkiem
zwiadowczym, narobiłam sobie masę kłopotów.
- Po pierwsze, to nie ty narobiłaś sobie kłopotów - oświadczyła
stanowczo Thalias. - Narobił ich sobie starszy kapitan Thrawn, ale w końcu nic się nie stało. Po drugie, kiedy uczysz się nowych rzeczy,
nigdy nie powinnaś mieć z tego powodu kłopotów. Oczywiście, gdybyś
poleciała "Springhawkiem" na przejażdżkę wokół jakiejś planety bez
pozwolenia, to mógłby być problem. Ale jeśli będziesz się tylko uczyć,
jak to się robi, nie powinno ci to zaszkodzić. Po trzecie, masz... -
przerwała, a na jej twarzy odmalowało się nagłe zakłopotanie. - Po
trzecie, jeśli komuś się to nie spodoba, po prostu poślemy go do
kapitana Thrawna, a on już go ustawi.
- Chciałaś powiedzieć co innego - stwierdziła Che'ri, marszcząc
podejrzliwie brwi. - Co to było?
Thalias westchnęła. Ale wstyd...
- Chciałam powiedzieć, że masz już dziesięć lat - rzekła. - I przypomniałam sobie, że przegapiłam twój dzień gwiazdy. Okropnie mi
przykro. Przez to wszystko, co się działo w zeszłym miesiącu, całkowicie
o tym zapomniałam.
- W porządku - bąknęła Che'ri, kuląc ramiona. W jej cichym głosie
Thalias wychwyciła jednak nutę przykrości. - Przecież i tak nie
pamiętam, jak zabrano mnie do świetlika, żebym zobaczyła moją pierwszą
gwiazdę. No i wiesz... Przyjęcia i podchody z wierszykami to raczej dla
małych dzieci.
- Ale i tak czuję się okropnie, że o tym zapomniałam - oświadczyła
Thalias. - Może teraz coś razem zrobimy. Takie... spóźnione obchody
twojego dnia gwiazdy. Mogę zrobić coś fajnego na kolację, a potem
zagramy, w co tylko będziesz chciała.
- Nie trzeba - odparła Che'ri. - Zresztą niewiele możemy zrobić, kiedy
jestem na służbie.
- No dobrze. - Thalias uznała jednak, że nie może tego tak zostawić. -
Wiesz co, poczekamy, aż wrócimy na Csillę albo gdzie indziej i wyprawimy
ci przyjęcie z okazji dziesiątego i pół dnia gwiazdy. Co ty na to?
- Dobrze - zgodziła się Che'ri i nagle wyprostowała się w fotelu. -
Idzie starszy kapitan Thrawn.
Thalias odwróciła się, odliczając w myślach czas. Minęło półtorej
sekundy, po czym właz otworzył się i Thrawn wszedł na mostek. Jego wzrok
przesunął się po wszystkich obecnych, zatrzymał się na chwilę na Thalias
- na pewno zorientował się, że była zwrócona twarzą do niego, zanim
wszedł, i domyślił się, że to dzięki Trzeciemu Oku Che'ri - a w końcu
spoczął na Samakro.
- Słucham, kapitanie Samakro - powiedział, podchodząc do pierwszego
oficera.
- Wszystko przygotowane do ostatniego skoku, panie kapitanie -
zameldował Samakro, odwracając się od Laknyma i robiąc krok w stronę
dowódcy. - Uzbrojenie i systemy obronne są gotowe. - Rzucił spojrzenie w kierunku Thalias i Che'ri. - Czy odprowadzić gwiazdogatorkę i opiekunkę
do kabiny?
Thalias zacisnęła zęby. To ona towarzyszyła Thrawnowi przy pierwszym
spotkaniu z Paccoshami i ryzykowała wtedy życiem tak samo jak on.
Chciała tu być - należało jej się to - chciała zobaczyć, co się z nimi
stało. Jeśli Samakro będzie się upierał, żeby ją i Che'ri odciąć od
tego, co miało się tu stać, Thalias da popalić i jemu, i Thrawnowi.
Thrawn spojrzał na nią ponownie. Poczuła - cóż za niesamowite wrażenie!
- że wiedział dokładnie, jakie myśli krążą jej w głowie.
- Raczej nie - rzekł do Samakro. - Biorąc pod uwagę nieodłączne
trudności towarzyszące podróżom do układu Rapacc i z powrotem,
chciałbym, aby nasza gwiazdogatorka była gotowa - na wypadek, gdybyśmy
musieli szybko opuścić to miejsce.
Samakro wziął głęboki oddech i już się szykował, żeby zaprotestować -
Thalias dobrze to widziała...
- Ale ma pan rację, nie powinno ich być na mostku - dodał Thrawn,
rozglądając się. Jego wzrok zatrzymał się na stanowisku uzbrojenia, przy
którym Laknym wciąż konsultował się z Afpriuhem. - Komandorze poruczniku
Laknym, jak pan sądzi, czy może się pan zająć systemami uzbrojenia na
zapasowym mostku?
Laknym odwrócił się, otwierając szeroko oczy.
- Ja, panie kapitanie? Ja... Eee... - Spojrzał nerwowo na Samakro. - Jestem
tylko specjalistą od sfer plazmowych.
- Nikt z nas nie urodził się w strukturach dowodzenia, komandorze -
przypomniał nieco sarkastycznie Thrawn. - Starszy komandorze Afpriuhu,
co pan o tym sądzi?
- Tak, ma wystarczające kwalifikacje - powiedział Afpriuh, spoglądając
na Laknyma.
- Dobrze - odparł Thrawn. - Proszę się zbytnio nie denerwować,
komandorze. Nie spodziewam się poważnych kłopotów, a to będzie dla pana
przydatne doświadczenie. Proszę zaprowadzić gwiazdogatorkę Che'ri i opiekunkę Thalias na zapasowy mostek i objąć tam stanowisko uzbrojenia.
Laknym z wysiłkiem przełknął ślinę, ale zaraz karnie skinął Thrawnowi
głową.
- Tak jest. Gwiazdogatorko, opiekunko, proszę ze mną...
Thalias tylko raz odwiedziła zapasowy mostek "Springhawka", wtedy, kiedy
po raz pierwszy weszła na pokład i oprowadzono ją po okręcie. Był
mniejszy niż mostek główny i znajdował się w środkowej sekcji jednostki.
Stanowił ostatni bastion dowodzenia, na wypadek gdyby jakieś starcie
poszło naprawdę źle.
Miał niewielkie rozmiary i oczywiście nie wyposażono go w iluminatory,
więc panowała na nim wyraźnie klaustrofobiczna atmosfera. Kiedy Laknym
wskazał jej stanowisko nawigacyjne, Thalias zdążyła się poczuć nieswojo.
Minęła razem z Che'ri załogę mostka, która już znajdowała się na swoich
stanowiskach. Kiedy skończyła zapinać dziewczynce pasy bezpieczeństwa,
wszystkie ekrany zdążyły ożyć, pokazując nie tylko dane dotyczące okrętu
i widok na zewnątrz, ale także sam główny mostek.
Obraz przestrzeni kosmicznej nieco złagodził klaustrofobię Thalias. Ale
tylko trochę.
"Springhawk" ruszył już w drogę. Azmordi prowadził ich krótkimi skokami
do układu Rapacc. Nie było tu wolnego fotela dla Thalias, więc po prostu
stanęła za Che'ri, przy oparciu jej fotela. Niski sufit tylko pogarszał
sytuację. Próbując zapomnieć o przykrym wrażeniu, Thalias wodziła
wzrokiem po wirach nadprzestrzeni na ekranie i wyświetlaczach
informujących o systemach okrętu, patrzyła to na Che'ri, to na
nieruchomego Thrawna przy stanowisku łączności na mostku głównym.
Azmordi zawołał coś ostrzegawczo...
Spirale nadprzestrzeni rozmyły się w rozbłysku gwiazd. Przybyli na
miejsce.
- Pełny skan czujników - rozkazał Thrawn. - Szukać przede wszystkim
statków lub szczątków bitewnych...
- Kontakt - przerwał Samakro. - Przed nami statek, panie kapitanie.
Wygląda jak fregata Nikardunów.
Thalias skrzywiła usta. A taką miała nadzieję, że kiedy Yiv został
pokonany i schwytany, Nikardunowie blokujący Rapacc wzięli nogi za pas i zostawili Paccoshów w spokoju. Najwyraźniej jednak tak się nie stało.
Na ekranie ukazującym widok z mostka Thrawn pochylił się nad ramieniem
oficera łącznościowego i dotknął jednego z przycisków.
- Niezidentyfikowany statek, mówi starszy kapitan Thrawn ze
"Springhawka", okrętu Chissańskiej Ekspansyjnej Floty Obronnej -
oznajmił w języku handlowym taarja. - Przybywamy w przyjaznych,
pokojowych zamiarach.
- Nie mamy przyjaciół. - Głos dochodzący z głośnika wymawiał ostre
dźwięki taarja jeszcze surowiej. - Będziemy mieli pokój, kiedy
odlecicie. Odlatujcie natychmiast, bo inaczej zostaniecie zniszczeni.
- Wielkie słowa jak na taką małą łajbę - mruknął ktoś za plecami
Thalias.
- Może ma w pobliżu przyjaciół - ostrzegł ktoś inny.
- Proszę, byście to przemyśleli - powiedział spokojnie Thrawn. -
Propozycji przyjaźni nie składamy lekkomyślnie.
- Jeśli przybywacie w pokoju, udowodnijcie to - odparł głos. Na głównym
ekranie coś oderwało się od fregaty...
- Pocisk - warknął Samakro.
- Nie, nie pocisk, proszę pana - zaprzeczyła komandor Dalvu ze
stanowiska czujników. - To jednoosobowy prom, a kieruje się... - Thalias
ujrzała na ekranie, jak Dalvu pochyla się nad konsoletą. - Wektor
trzydzieści stopni od celu - rzekła niepewnie komandor.
- To próba - odezwał się głos. - Jeśli naprawdę jesteście Chissami,
przechwyćcie go, nie niszcząc.
- Jak sobie życzysz - powiedział Thrawn. - Starszy komandorze Afpriuhu,
kiedy tylko będzie pan gotowy.
- Tak jest - odparł Afpriuh. - Przygotować wyrzutnię... Wystrzelić sferę.
Thalias spojrzała na ekran taktyczny. Znaczek symbolizujący sferę
plazmową pędził od "Springhawka" w kierunku promu. Spotkały się...
- Prom unieszkodliwiony - zameldował Afpriuh. - Padły wszystkie systemy.
Thrawn skinął głową.
- Czy dowiedliśmy, kim jesteśmy? - zapytał.
- Po co tu przybyliście?
- Aby się upewnić, że Paccoshowie odzyskali spokój, który zabrali im
Nikardunowie - wyjaśnił Thrawn. - Aby zlikwidować resztki wrogów, jeśli
jeszcze jakieś zostały. - Podniósł coś do kamery stanowiska łączności. -
I aby zwrócić to prawowitemu właścicielowi.
- Co on tam ma? - szepnął Laknym.
- To pierścień - odszepnęła Thalias. - Jeden z Paccoshów, których
spotkaliśmy na stacji wydobywczej, dał mu go na przechowanie.
- A jak się nazywał właściciel?
- Uingali foar Marocsaa - odparł Thrawn. - Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku?
Z głośnika dobiegł dziwny dźwięk, przypominający chichot.
- Owszem - powiedział głos. Ten sam głos, ale mówiący nieco inaczej.
Nie brzmiał już surowo i teraz Thalias również rozpoznała głos Paccosha,
którego poznali na stacji wydobywczej.
- Mogłeś zacząć od pierścienia - dodał Uingali znacznie spokojniejszym
tonem. - Przybywało do nas wielu obcych z fałszem na ustach i z konieczności staliśmy się ostrożni. Gdybyś nam od razu pokazał
pierścień, nie musielibyśmy teraz marnować czasu na odzyskanie promu,
który unieruchomiłeś. Ale trudno. Prosimy udać się za nami, starszy
kapitanie Thrawnie z rasy Chissów. Moi ziomkowie chcą cię poznać.
Na ekranie dziób fregaty skierował się w górę - zaczęła się odwracać.
Thalias otworzyła szeroko usta. Na spodzie nikarduńskiej fregaty widniał
znany jej symbol: gniazdo małych, stylizowanych węży, z dwoma większymi,
wijącymi się pomiędzy nimi. Tak samo wyglądał pierścień, który Thrawn
nadal trzymał przed kamerą.
Parsknęła.
- A ty - mruknęła w kierunku ekranu - mogłeś zacząć od tego.
Stolica Rapacca nosiła nazwę Boropacc i z tego, co zdążył zobaczyć
Samakro, kiedy przelatywał nad nią prom "Springhawka", miała za sobą
zdecydowanie ciężkie chwile. Najwyraźniej siły nikarduńskie, znajdujące
się w tamtym czasie na planecie, nie zachowały się zbyt uprzejmie, gdy
się z niej wycofywały.
- Tak, zniszczyli, co mogli, kiedy wyrzucaliśmy ich z powrotem w kosmos
- przyznał Uingali, pokazując ruchem głowy zniszczone miasto za oknem i jednocześnie wskazując gościom wygodne fotele w sali konferencyjnej.
Czterech uzbrojonych w charriki wojowników, którzy przylecieli ze
"Springhawka" jako eskorta Thrawna, Samakro i Thalias, stanęło na straży
przy drzwiach, zgodnie z rozkazem kapitana. Nie mogli tam usłyszeć
rozmowy, ale na wszelki wypadek trzymali się w pobliżu. - Większość
okrętów odleciała, choć dlaczego to stało się tak szybko, nie potrafię
powiedzieć.
Samakro poczuł, jak na usta wypływa mu ponury uśmiech. Przynajmniej to
jedno sam był w stanie wyjaśnić. W chwili, gdy Yiv zniknął, jego dowódcy
rozpoczęli walkę o władzę. Każdy starał się wyszarpać dla siebie to, co
pozostało z nikarduńskiej floty. Niektórzy używali tych okrętów, aby
napadać na inne układy, próbując chyba pokazać, że są w stanie pójść w ślady Dobroczyńcy. Inni po prostu wykorzystali swoje siły, aby przejąć
większą część należącego do Nikardunów terytorium, zagarniając dla
siebie planety i okręty innych kapitanów. Ten, kto dowodził jednostkami
blokującymi Rapacc, najwyraźniej zdecydował, że lepiej spożytkuje je
gdzie indziej i wycofał większość żołnierzy i okrętów.
- Oczywiście powinienem też uczciwie przyznać - ciągnął Uingali - że
część szkód została spowodowana przez nas, kiedy zabijaliśmy każdego
wroga, którego dorwaliśmy.
- Cieszymy się, że nie skończyło się to dla was gorzej - odezwała się
Thalias.
Samakro spojrzał na nią, przestając się uśmiechać. Paccoshowie dali do
zrozumienia, że to spotkanie będzie rozmową na wysokim szczeblu pomiędzy
częścią ich przywódców oraz "tymi, którzy mogli mówić w imieniu
Chissów", jak to ujął Uingali. Jako że na pokładzie "Springhawka" nie
było dyplomatów, Thrawn postanowił, że Dynastię będą reprezentować on i Samakro, ale zadbał też o to, żeby Paccoshowie wiedzieli, iż żaden z nich nie pełni oficjalnych funkcji dyplomatycznych.
Uingali jednak wyraźnie poprosił, aby na spotkanie przybyła również
Thalias, a Thrawn się na to zgodził. Czyli co, opinia zwykłej opiekunki
- której kompetencje potwierdzono oficjalnie niedawno - miała się teraz
liczyć na równi ze słowami wyższych oficerów Ekspansyjnej Floty
Obronnej?
Samakro nie rozumiał powodów tej zgody, a sytuacje, których wyraźnego
celu nie widział, zawsze wytrącały go z równowagi.
- My również czujemy ulgę - powiedział Uingali do Thalias. Przekrzywił
głowę, spoglądając kolejno na każde z nich. - A więc rzeczywiście
jesteście Chissami. Już po pierwszym naszym spotkaniu sądziliśmy, że tak
może być, ale zapisy informujące o waszym wyglądzie fizycznym pochodziły
z drugiej i trzeciej ręki i były bardzo niekompletne. W tych samych
zapisach mówiono o waszej zdolności do neutralizowania wrogów bez ich
całkowitego zniszczenia. Stąd nasz test. Przepraszam, jeśli was to
uraziło.
- Bynajmniej - zapewnił go Thrawn. - Dynastia zawsze wspierała
opowieści, opisujące i podkreślające naszą siłę militarną. Najłatwiej
wygrać te bitwy, których się w ogóle nie toczy. Ciekaw jednak jestem
jednego. Nikardunowie przybyli na Rapacc, ale nie w takiej liczbie, by
całkowicie was ujarzmić. Dlaczego generał Yiv dokonał takich błędnych
kalkulacji?
- Istotnie - odparł Uingali, ściszając głos. - Nasz lud ma takie
powiedzenie: "Smutek to dziecko miłosierdzia". I tak się stało u nas.
Trzy miesiące przed naszym spotkaniem, z nieznanego układu przybył do
nas statek z dwustoma uchodźcami. Powiedzieli, że ich planetę pustoszy
wojna domowa.
- Jaka to planeta? - zapytał Thrawn.
- Nie wiemy - odparł Uingali. - Nie chcieli podać jej nazwy ani
powiedzieć, jak zwie się ich naród. Mówili tylko o ogromnych
zniszczeniach i błagali nas, abyśmy udzielili im schronienia - aby cała
ich kultura nie zginęła bez śladu. - Wydał z siebie rżący, smutny
dźwięk. - Możesz sobie wyobrazić, co myśleliśmy, kiedy cię poznaliśmy, a zacząłeś mówić o kolekcjonowaniu dzieł sztuki tych, którzy sami nie
mogli ich ocalić. Brzmiało to tak, jakbyś mówił o sytuacji naszych gości
i nas samych.
Samakro spojrzał na beznamiętne oblicze Thrawna, a potem przeniósł wzrok
na pełną emocji twarz Thalias. Raport Thrawna nie wspominał nic o zdesperowanych obcych ani o propozycji zabrania i przechowania ich dzieł
sztuki. Czy to było celowe pominięcie, czy po prostu Thrawn uważał to za
nieistotne z militarnego punktu widzenia?
- Jak szybko po przybyciu uchodźców pojawili się Nikardunowie? - zapytał
Uingalego.
- Zbyt szybko - przyznał obcy ze smutkiem. - Uchodźcy nadal dzielili się
z nami swymi obawami, gdy wtem pojawili się najeźdźcy. Uchodźcy błagali,
abyśmy pozwolili im odlecieć i namawiali nas do odesłania gdzieś daleko
części naszego ludu, aby nasz świat i kultura nie przestały istnieć -
tak jak to było w ich przypadku. Opowiedzieli nam, a raczej
przypomnieli, o tajemniczych Chissach, którzy, jak mieli nadzieję,
przyjdą im z pomocą.
- Dlaczego nie pozwoliliście im odlecieć na waszych statkach? - zapytał
Thrawn.
- Nie mogliśmy - westchnął Uingali. - Powiadomiliśmy już Nikardunów, że
nie przybyli do nas żadni uchodźcy. Gdyby ich statek wyłonił się z kryjówki, nasi wrogowie dowiedzieliby się, że kłamaliśmy. Ale przywódcy
podklanów uznali, że to podwójne rozwiązanie ma sens - że warto
jednocześnie podjąć próbę ocalenia części kultury Paccoshów i poszukania
pomocy. Przygotowaliśmy i obsadziliśmy dwa statki, które miały ukradkiem
przemknąć się obok okrętów Nikardunów. - Spojrzał z nadzieją na Thrawna.
- Czy dotarły do was? Nie wspomniałeś o nich ani teraz, ani wcześniej,
gdy spotkaliśmy się na stacji. A mimo to przybyłeś tu do nas.
- Jeden statek dotarł do chissańskiej przestrzeni - wyjaśnił Thrawn. -
Niestety, został zaatakowany, a załogę zabito, zanim zdążyła przekazać
waszą wiadomość. Hipernapęd drugiego statku zepsuł się w wyznaczonym
miejscu spotkania i to doprowadziło ich do zguby.
- A więc wszyscy nie żyją. - Uingali spuścił wzrok. - Nadzieja okazała
się płonna.
- Wcale nie - zaprotestowała Thalias. W jej głosie, jak stwierdził
Samakro, brzmiały smutek i współczucie. - Wysłaliście ich i dzięki temu
zdołaliśmy was odnaleźć, a dzięki wam znaleźliśmy i pokonaliśmy generała
Yiva. - Wskazała zrujnowane miasto. - I choć wiele was to kosztowało,
wypędziliście ich ze swojego świata.
- A po drodze zdobyliście jeden z ich okrętów - dodał Samakro. - Mogę
zapytać, jak wam się to udało?
Uingali podniósł wzrok. Jego pierzasty grzebień zafalował delikatnie,
jakby poruszony niewidzialnym podmuchem wiatru.
- Wybaczcie, ale to musi pozostać tajemnicą Paccoshów. Teraz, gdy cały
Chaos wie już o naszym istnieniu i słabościach, być może te metody znowu
się nam przysłużą.
- Rozumiem - przytaknął Thrawn. - Nie sądzę jednak, aby wiedza o Rapaccu
była tak powszechna, jak się obawiasz. Część Nikardunów nie żyje, inni
się rozproszyli, a uchodźcy, którym daliście schronienie, nie wydają się
stanowić zagrożenia.
- Zagrożenia przybierają różną formę - odparł Uingali, a jego grzebień
znów zafalował. - I dlatego muszę wyjawić, że moje zaproszenie nie miało
na celu wyłącznie podziękowania wam w imieniu Paccoshów. Z uchodźcami
jest problem, który - jak mam nadzieję - pomożesz nam rozwiązać. -
Przeniósł wzrok na Thalias. - Czy raczej to ty możesz nam pomóc go
rozwiązać.
Thalias wyprostowała się w fotelu i spojrzała szybko na Thrawna.
- Ja? - wyrwało się jej.
- Owszem - powiedział Uingali. - Uchodźcy są, jak się zdaje,
społeczeństwem matriarchalnym, na którego czele stoi kobieta zwana
Magys. Mamy nadzieję, że przychylniejszym uchem wysłucha rad udzielonych
przez ciebie niż przez nas.
- Dlaczego nie skorzystacie z pomocy jednej z waszych kobiet? - odezwał
się Thrawn.
- To... skomplikowane - odparł niechętnie Uingali. - Na początku miały
miejsce pewne incydenty, które niestety utrudniły kontakty między Magys
i Paccoshami. Niekiedy dręczyła mnie myśl, że nigdy nie odzyskam ich
zaufania.
- Jakie incydenty? - zaciekawił się Samakro.
- Nieporozumienia - westchnął Uingali. - Konflikty kulturowe. Sprawy,
których nie możemy ujawniać w szczegółach innym. - Spojrzał na Thalias.
- Ale kiedy opowiedziałem im o obcych, którzy pragnęli chronić naszą
sztukę i którym powierzyłem cenny pierścień podklanu, Magys wyraźnie to
zaintrygowało. Mam nadzieję, że jej zainteresowanie nie wygasło i dzięki
temu porozmawia z tobą.
- Nie wiem - rzekła cicho Thalias, znów zerkając niepewnie na Thrawna. -
Nie jestem dyplomatką ani doradczynią. A to są obcy... Nie miałabym
pojęcia, jak z nimi rozmawiać. - Ponownie spojrzała na Thrawna. - Ani
nawet czy mogłabym z nimi rozmawiać.
- Masz dobry instynkt do takich rzeczy - uspokoił ją Thrawn.
"I od kilku miesięcy zajmujesz się dziesięcioletnią dziewczynką" - dodał
w duchu Samakro. "Dzieci w tym wieku są większymi obcymi niż inne
gatunki spotykane w Chaosie".
Oczywiście nie mógł wypowiedzieć tych słów na głos, nawet gdyby
przeszedł z taarja na cheunh, bo przecież siedział z nimi obcy. W każdym
razie Thalias na pewno przemknęło to przez głowę.
A może nie. Na jej twarzy wciąż malowała się niepewność.
- Nie wiem... - powtórzyła cicho. - O jakich radach mówisz?
- Jak powiedziałem, to Magys przewodzi uchodźcom przybyłym na Rapacc.
Wielu z nich pragnie wrócić do domu, ale Magys jest jedyną osobą, która
może podjąć taką decyzję. Tylko ona również może przekazać dane
nawigacyjne pozwalające odnaleźć ich planetę.
- A ona nie chce wracać? - upewniła się Thalias.
- Nie chce stąd odlecieć - powiedział Uingali. - Nie chce też zostać. -
Przerwał. - Jedyne, czego pragnie, to umrzeć.
Thalias otworzyła szeroko oczy.
- Chce umrzeć...?
- Tak - odparł Uingali. - Pogrzebać nadzieję i umrzeć.
- Nie może mianować innej Magys? - zapytał Thrawn.
- Zaraz. - Thalias spojrzała na niego, marszcząc brwi. - Zabrzmiało to
tak, jakbyśmy mieli jej pozwolić się zabić...
- Jeśli postanawia umrzeć, rezygnuje z przewodzenia swojemu ludowi -
rzekł Thrawn. - W takim razie powinna zdawać sobie sprawę z tego, że ma
obowiązek przekazania władzy komuś innemu. Zważywszy na to, o czym
mówiłeś, że część jej ludu chce wrócić, powinni pozwolić jej umrzeć i wybrać nową przywódczynię na jej miejsce.
- Powinni przede wszystkim spróbować przekonać ją, żeby tego nie robiła
- sprzeciwiła się Thalias.
- Uważam, że taką właśnie możliwość proponuje ci Uingali - zauważył
Thrawn.
- Świetnie. - Thalias westchnęła. - Czyli teraz mam już nie tylko
udzielić im rady, ale spróbować utrzymać kogoś przy życiu.
- To trochę bardziej skomplikowane. - W głosie Uingalego dało się
słyszeć zakłopotanie. - Magys pragnie śmierci nie tylko dla siebie, ale
dla całego swojego ludu.
- Co takiego? - żachnęła się Thalias, wytrzeszczając oczy. - Chce,
żeby umarli wszyscy?!
- A co sądzą o tym pozostali? - zapytał Thrawn.
- Jak nadmieniłem, wielu chce żyć dalej i powrócić do domu - wyjaśnił
Uingali. - Ale mają też bezwzględny obowiązek posłuszeństwa wobec swoich
przywódczyń. Dali nam do zrozumienia, że jeśli Magys zdecyduje się na
śmierć i nakaże im to samo, tak właśnie uczynią.
- Nic nowego pod słońcem - mruknął Samakro.
- Co masz na myśli? - zdziwił się Uingali. - Znasz ten gatunek?
- Nie gatunek, ale zachowanie - odparł Samakro. - Pamięta pan, starszy
kapitanie, że Nikardunowie z fregaty, którą zdobyliśmy, woleli raczej
się zabić, zamiast dać się pojmać.
- To zupełnie inna sytuacja - zaprotestowała drżącym głosem Thalias.
- Nie twierdzę inaczej. - Samakro wzruszył ramionami. - Po prostu
uważam, że to taki sam stan umysłu, w którym wybiera się masową śmierć
zamiast jakąkolwiek inną możliwość.
- Zarówno pan, kapitanie, jak i opiekunka Thalias, poruszyliście
interesującą kwestię - stwierdził z namysłem Thrawn. - Jeśli Magys
przedkłada śmierć nad powrót na swój świat, czy to znaczy, że jej
sytuacja jest podobna do sytuacji ujętych Nikardunów? Czy Magys lęka
się, że po powrocie zostaną wzięci do niewoli lub poddani
przesłuchaniom?
- Miałoby to sens - zgodził się Samakro. - Uciekli przed wojną domową na
swojej planecie. Nie wiemy, do czego by powrócili. - Spojrzał na
Thalias. - I zapewne się tego nie dowiemy, chyba że ktoś z nią
porozmawia.
Thalias wytrzymała przez chwilę jego spojrzenie, zaraz jednak spuściła
wzrok. Chciała pomóc, Samakro widział to dobrze, rozpaczliwie tego
pragnęła. Przerażała ją myśl, że ktoś świadomie wybierał śmierć dla
siebie i swojego ludu.
Ale Uingali podsunął jej tę propozycję zbyt szybko, zbyt gwałtownie.
Thalias nie była przyzwyczajona do czegoś takiego i po prostu
zablokowała się emocjonalnie, przestała też racjonalnie oceniać
sytuację.
Samakro nie mógł mieć jej tego za złe. Jako oficer miał na koncie sporo
trudnych decyzji i niektóre musiał podejmować bez zastanowienia, właśnie
tak jak Thalias w tej chwili. Do tego etapu odpowiedzialności dochodził
jednak stopniowo. Zajęło to wiele czasu, w ciągu którego zdobywał
doświadczenie i mógł się też odwoływać do przykładu dawanego przez
innych.
- Tak, ktoś z nią porozmawia - rzekł Thrawn. - Mówisz, Uingali, że
zainteresowało ją, kiedy wspomniałeś o sztuce. Może więc znajdę z nią
wspólny język.
- Są społeczeństwem matriarchalnym - przypomniał Uingali. - Może nie
chcieć z tobą rozmawiać.
- Mam nadzieję, że zdołam ją do tego przekonać. Zakładam, że mówią
jednym z języków handlowych?
- Magys zna taarja - potwierdził Uingali.
- Doskonale. Gdzie mieszkają?
- W pewnej odległości stąd. - Uingali jakby nie chciał odpowiedzieć
wprost. - Nie spodziewaliśmy się waszego przybycia i możliwości z tym
związanych. Ale mogę ich tu sprowadzić.
- Mówiłeś, że przybyli trzy miesiące przed naszym pierwszym spotkaniem -
powiedział powoli Thrawn. - To znaczy, że są tutaj od siedmiu i pół
miesiąca?
- Tak, w przybliżeniu.
- I przez cały ten czas przebywali w tym samym miejscu?
- Tak, poza pierwszymi trzema dniami - wyjaśnił Uingali. - Kiedy ich
wypytywaliśmy. Gdy pojawiły się okręty Nikardunów, przenieśliśmy ich
poza Boropacc, żeby trudniej było ich znaleźć.
- W takim razie to my się do nich udamy - zdecydował Thrawn. - To, jak
się przystosowali do nowego miejsca, jak się urządzili, może nam pomóc -
łatwiej będzie nam się przygotować do rozmowy.
- Dobrze. - Uingali wstał. - Mam polecieć z wami czy wziąć własny prom?
Rozdział 3
Uchodźców ulokowano w mieście, które od
Boropacca dzieliły około cztery godziny lotu. Thalias, Thrawn, Samakro,
Uingali i ochrona ze "Springhawka" wsiedli na prom chissański. Obok nich
leciał statek paccoshański z kilkorgiem urzędników na pokładzie. Uingali
przez całą drogę opowiadał o Rapaccu, jego historii i kulturze. Thrawn
słuchał uważnie, niekiedy zadając pytania, zaś Samakro pracował na
questisie, pogrążony w myślach.
Thalias spędziła całą podróż, słuchając rozmowy. Czuła się fatalnie -
obezwładniało ją poczucie winy.
Powtarzała sobie, że nie miało żadnych podstaw. Udział w takich
negocjacjach przekraczał zdecydowanie jej kompetencje i doświadczenie.
Ani Uingali, ani Thrawn, ani nikt inny nie powinien oczekiwać, że
Thalias po prostu spokojnie się tym zajmie.
Uingali wiedział jednak o Magys o wiele więcej niż Thalias. A jeśli miał
rację i przywódczyni uchodźców nie zgodzi się na rozmowę z Thrawnem lub
Samakro? Czy Chissowie po prostu się wtedy odwrócą i pozostawią tych
uciekinierów samym sobie, niezależnie od tego, co było im przeznaczone?
I w takim razie czy Thalias nie powinna przynajmniej spróbować?
Logika i rozsądek mówiły jej, że tak. Istniała jednak wielka,
emocjonalna różnica pomiędzy obojętnym patrzeniem, jak dzieje się coś
poważnego, a zaangażowaniem się w próbę rozwiązania problemu, próbę,
która może się zakończyć porażką.
"Wszystko będzie dobrze" - myślała. "Thrawn znakomicie radził sobie ze
wszystkim. Znajdzie sposób, żeby naprawić tę sytuację".
I kiedy w końcu dotarli na miejsce, nadal powtarzała to sobie w duchu.
Uchodźcy mieszkali w budynku wcześniej będącym chyba szkołą lub urzędem,
z wieloma średniej wielkości pomieszczeniami, do których wchodziło się z identycznych korytarzy, wyłożonych płytkami. Wszyscy czekali w dużej
sali przypominającej aulę, taką jak w szkołach znanych Thalias z własnego doświadczenia. Siedzieli ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, w koncentrycznych kręgach.
Kiedy Uingali prowadził ich ku obcym, Thalias przyglądała się im
uważnie. Byli zasuszeni, mniejsi i chudsi niż Chissowie. Mieli brązową
skórę i faliste białe włosy poprzycinane w asymetryczne wzory. Ich
ubranie składało się z luźnych koszul i spodni w różnych kolorach i stylach. Szerokie stopy owijali sobie tkaniną pełniącą funkcję butów.
Skóra na ich twarzach sprawiała wrażenie naciągniętej ciasno na ich
kości policzkowe i rozszczepione szczęki.
Zmarszczyła brwi, jeszcze raz ogarniając wzrokiem kręgi siedzących.
Trudno było ocenić ich wiek i płeć, ale...
- Jak widzicie, usiedli w szczególny sposób - odezwał się cicho Uingali,
kiedy zbliżyli się do zewnętrznego kręgu. - Od zewnątrz do środka
usadowili się kolejno młodzi mężczyźni, potem starsi, potem starsze
kobiety, następnie młodsze wraz z dziećmi, a w samym środku Magys.
- Taktyka desperacji - rzekł z zastanowieniem Thrawn. - Interesujące.
- Co to znaczy? - zapytała Thalias.
- Zewnętrzny krąg to ci, którzy potrafią walczyć i mogą najskuteczniej
bronić pozostałych - wyjaśnił Thrawn. - Dalej siedzą ci, którzy są
drudzy w kolejności, jeśli chodzi o linię obrony, czyli starsi
mężczyźni, którzy wkraczają do walki, jeśli zginą młodsi. Potem kobiety
- te, które są najmniej potrzebne, chronią te, które mogą rodzić dzieci.
Dalej dzieci, a na końcu Magys.
- Która zginie wtedy, kiedy nie będzie miała kim rządzić - mruknął
Samakro.
- Jak mówiłem, taktyka desperacji - rzekł Thrawn. - Zakładam, że Magys
się nas spodziewa?
Zanim Uingali zdążył odpowiedzieć, dwóch mężczyzn siedzących w zewnętrznym kręgu najbliżej Chissów wstało i przesunęło się na bok,
otwierając wąskie przejście. W każdym kolejnym kręgu dwoje obcych
wstawało i odsuwało się, aż powstał korytarz prowadzący do środka.
- Magys najwyraźniej zaprasza mnie do siebie - stwierdził Thrawn i postąpił krok do przodu.
- Jeszcze chwila. - Uingali powstrzymał go podniesioną dłonią. Dwoje
dzieci ze środka grupy właśnie wstało i przemaszerowało przez przejście,
a kiedy doszło do zewnętrznego kręgu, stanęło po bokach, znów otwierając
drogę do środka. - Zrobiły dla ciebie miejsce przed Magys - dodał
Uingali. - I teraz możesz już wejść.
Thrawn skinął głową i znów ruszył naprzód. Thalias patrzyła za nim z poczuciem wielkiej ulgi. Thrawn z pewnością zrobi to o wiele lepiej niż
ona. Przez chwilę zastanawiała się, czy zdoła usłyszeć stąd ich rozmowę.
Choć nie było to takie ważne...
- Nie! - odezwał się w taarja skrzypiący głos.
Thrawn przystanął.
- Jestem starszy kapitan Thrawn z Dynastii Chi...
- Nie - powtórzył głos. Tym razem Thalias udało się zobaczyć, że mówiła
Magys. - Nie ty.
Obca podniosła rękę.
I ku zdumieniu Thalias, zmieszanym z przestrachem, pokazała prosto na
nią.
- Ta - zaskrzeczała Magys. - Tylko ta.
Thrawn obejrzał się, żeby sprawdzić, na kogo wskazuje kobieta, a potem
odwrócił się do przywódczyni.
- Nie przygotowano jej do rozmowy z tobą - powiedział. - Jej
umiejętności językowe nie są wystarczające do tego zadania.
- Tylko ta - powtórzyła Magys.
Thrawn zawahał się, a potem znowu się odwrócił.
- Thalias? - zapytał.
Thalias odetchnęła głęboko. Ciężar odpowiedzialności, której tak
pragnęła uniknąć, znów spadł na jej ramiona. Nie była na to gotowa.
A jednak...
W Boropaccu, kiedy Uingali rzucił pomysł, żeby to ona porozmawiała z obcymi, umysł Thalias jakby się zablokował. W ciągu następnych czterech
godzin poradził sobie jednak z przetworzeniem większości osłupienia i całego strachu, który ją wtedy sparaliżował.
Nadal czuła, że nie nadaje się do tego zadania. Teraz jednak
przynajmniej wiedziała, że powinna spróbować.
Wzięła kolejny głęboki oddech.
- Dobrze - westchnęła i ruszyła naprzód. - Zrobię to.
Thrawn stał nieruchomo, patrząc na nią.
- Nie musisz tego robić - powiedział cicho, kiedy do niego dotarła. - To
nie wchodzi w zakres twoich obowiązków. Ani naszych.
- Wiem - odparła Thalias. Usiłowała się uśmiechnąć i okazać w ten sposób
pewność siebie, ale domyślała się, że i tak dalej wyglądała na
przestraszoną. - Ale muszę spróbować.
- Rozumiem - oznajmił. Czyżby dojrzała w jego oczach aprobatę? - Gdybyś
mnie potrzebowała, będę tutaj.
- Dziękuję - odpowiedziała i skierowała się do przejścia, które zrobili
uchodźcy. Jego słowa ją pocieszyły i nie miała wątpliwości, że złożył tę
propozycję bardzo szczerze.
Jednak on zostanie tam, na zewnątrz, a Thalias znajdzie się w środku i Thrawn nie będzie mógł jej pomóc czy chociażby doradzić. Na razie cała
odpowiedzialność spoczywała na niej. To ona będzie musiała rozmawiać z obcą, słuchać i obserwować.
Doszła do zewnętrznego kręgu. Spięła się i ruszyła naprzód.
Przejście było wąskie i ramiona Thalias ocierały się o stojących po
bokach obcych. Krzywiła się za każdym razem i modliła w duchu, aby
zrozumieli i przesunęli się trochę bardziej. Czy powinna przemykać się
bokiem, żeby przechodzić bez dotykania kogokolwiek?
Żaden obcy nawet nie drgnął. Miała przemożne wrażenie, że gdyby zaczęła
się przeciskać bokiem, uznaliby to za słabość z jej strony albo obrazę -
lub jedno i drugie. Zmusiła się, by iść dalej i wzdrygając się za każdym
razem, gdy musnęła czyjeś ramię, dotarła do środka. Magys spojrzała na
puste miejsce przed sobą, tam, gdzie wcześniej znajdowała się dwójka
dzieci.
Thalias usiadła na podłodze.
- Dzień dobry - odezwała się w taarja, próbując skrzyżować nogi tak samo
jak przywódczyni uchodźców. Nie było to łatwe, bo kolana Chissów nie
zginały się tak bardzo jak u obcych, ale w końcu jej się udało. -
Nazywam się Thalias. A ty?
- Jestem Magys. - Kobieta podniosła wzrok. Mówiła w taarja z wyraźnym
akcentem i chyba z takimi samymi błędami w wymowie i gramatyce, z którymi zmagała się Thalias przez pierwsze miesiące nauki tego języka.
Czy to znaczyło, że ci obcy nie mieli za często okazji używać języków
handlowych?
- Rozumiem - rzekła Thalias. Czyli nie miała imienia, tylko tytuł? A może po prostu nie podawali swoich nazwisk obcym? - Mój lud to
Chissowie. Mogę zapytać, jak wy się nazywacie?
- Jestem Magys. Jesteśmy ludem.
Czyli nie wyjawiali nikomu nawet nazwy swojego gatunku. Thalias miała
niejasną nadzieję, że nawiąże z Magys kontakt na bardziej osobistym
poziomie, ale chyba nic z tego.
- Powiedziano mi, że wasza planeta została straszliwie zniszczona.
Przybyliśmy tutaj w nadziei, że będziemy mogli wam pomóc.
- Jak? - zapytała Magys. - Oddacie nam nasze miasta? Przywrócicie do
życia naszych ziomków? Przywrócicie do życia nasze dzieci?
Thalias zacisnęła usta.
- Niektórych rzeczy nikt nie jest w stanie zmienić - przyznała.
- Więc ty nie mów do mnie o pomocy - odparła Magys. Kiedy mówiła,
otwierała szeroko usta i wtedy widać było, że w każdej z dwóch osobnych
części jej szczęki tkwiło po jednym języku. - Miasta leżą w gruzach.
Mieszkańcy nie żyją. Nasz czas się skończył. - Zamknęła usta i pochyliła
głowę. - Tylko ostatnia nadzieja nam została. Ja i ostatni z mojego ludu
musimy dołączyć do naszych ojców, matek i dzieci.
Thalias spuściła wzrok i zauważyła ze zdziwieniem, że zacisnęła dłonie w pięści. Nie zdawała sobie sprawy, że tak mocno zareagowała na oburzenie
Magys.
- Rozumiem, że jesteś zła i że czujesz lęk - powiedziała, starannie
dobierając słowa i zmuszając się do rozprostowania palców. - Ale nie
możesz rezygnować z nadziei dla twojego ludu.
- A twoje dzieci, one są martwe? - odparowała Magys. - A twój ojciec i twoja matka, oni są martwi? Więc ty mnie nie pouczaj, że powinnam mieć
nadzieję dla mojego ludu.
- Nie mam dzieci - mruknęła Thalias. Na chwilę wróciła pamięcią do
syndyka Thurfiana, który kilka miesięcy wcześniej próbował sprawić, by
zdradziła Thrawna, i jego drwiących słów o jej biologicznej rodzinie
sprzed adopcji przez rodzinę Mitthów. - I nie znałam mojego ojca ani
matki. Wiem jednak, że nasza planeta również kiedyś została zniszczona.
Magys powiedziała coś gniewnie, a oba języki na chwilę wysunęły się z jej ust.
- Kłamiesz - rzekła. - Zniszczona to zniszczona. Gdyby naprawdę nie było
planety, nie byłoby nikogo, kto może o tym powiedzieć. Ciebie też by nie
było.
- Nie powiedziałam, że wszyscy zostali zabici - odparła Thalias. W jej
poczucie bezradności zaczęła wkradać się irytacja. Zawsze ją wkurzało,
kiedy ktoś zaczynał się tak pedantycznie czepiać szczegółów. - Ale że
nasza planeta została zniszczona. Nagle zmieniła się ilość energii
wytwarzanej przez nasze słońce i temperatura zaczęła spadać, aż w końcu
cała powierzchnia zamarzła i nie można było na niej przeżyć.
Magys znów podniosła wzrok, jak się wydawało Thalias, niemal wbrew
własnej woli.
- Co zrobiliście?
- To, co musieliśmy - odparła Thalias. - Część największych miast
zostawiliśmy, budynki i infrastruktura transportowa dostały grubą
izolację, żeby chronić mieszkańców. I nadal mieszka w nich wiele osób.
Resztę przeniesiono głęboko pod ziemię, bo tam ciepło z jądra planety
równoważy zimno dochodzące z powierzchni.
- Czy wy to stworzenia kopiące w ziemi, że mogliście wejść tak głęboko
pod powierzchnię?
- Jak widzisz, nasze ręce nie są stworzone do takiego kopania. - Thalias
pokazała jej swoje dłonie. - Część z nas umieszczono w istniejących
wcześniej jaskiniach, przebudowanych na domy. Ale większość przeniosła
się do miejsc przygotowanych specjalnie w związku z tą katastrofą, w ogromnych komorach wydartych skałom, w których zbudowano domy,
instalacje energetyczne, systemy pozwalające na produkcję żywności i powietrza.
- Ogromne dzieło, a niewielki zysk. - Magys znów pokazała na sekundę
języki. - Ilu może żyć w takiej nędzy? Tysiąc? Dziesięć tysięcy?
Plecy Thalias same wyprostowały się z dumą.
- Nie żyjemy w nędzy. I nie tysiąc czy dziesięć tysięcy, ale osiem
miliardów.
Do tej chwili reszta uchodźców nie wydawała z siebie dźwięków i nie
pokazywała po sobie żadnych emocji. Teraz jednak przez całą grupę
przeszedł szmer zaskoczenia i niewiary.
- Kłamiesz - zaskrzeczała Magys oskarżycielsko. - Albo mówisz pomylone
słowo.
- To właściwe słowo - odparła Thalias pewnym tonem. - Po co miałabym
kłamać? Czy przeżyło osiem miliardów czy osiem tysięcy, to i tak jest
zwycięstwo wobec śmierci wszystkich. Jeśli mogliśmy ocalić nasz świat,
choć stał na skraju katastrofy, wy możecie zrobić to samo.
- Rzeczywiście mamy taką nadzieję - odparła Magys. - I dlatego musimy
umrzeć.
Thalias zmarszczyła brwi. Czyżby coś źle sobie przetłumaczyła w myślach?
A może Magys nie zrozumiała, o co jej chodziło?
- Skoro jest nadzieja dla waszego świata, to właśnie dlatego musicie żyć
dalej - rzekła.
Języki Magys znów wysunęły się na chwilę.
- Nie rozumiesz - stwierdziła. - Powiedz, kiedy ostatnio dotykałaś
Ponadświata?
Czy Thalias znowu źle przetłumaczyła sobie jakieś słowo?
- Nie wiem, co to znaczy - przyznała. - Nie wiem, co to Ponadświat.
- Na pewno go dotykałaś - oznajmiła pewnym głosem Magys. - Ja to w tobie
widzę. Dlatego chciałam rozmawiać tylko z tobą. Tylko ty możesz naprawdę
zrozumieć. Pytam jeszcze raz: kiedy ostatnio dotykałaś Ponadświata?
I nagle Thalias zrozumiała.
- Mówisz o tym, że byłam gwiazdogatorką! Wiele lat temu... Kiedy używałam
Trzeciego Oka.
- Trzeciego Oka - powtórzyła z namysłem Magys, jakby wsłuchując się w brzmienie tych słów. - Dziwnie nazywasz Ponadświat. Ale to prawda.
Dotykałaś Ponadświata, a my niebawem w nim spoczniemy. Teraz rozumiesz?
- Nie. - W głosie Thalias zabrzmiała frustracja. - Czy możesz mi to
wyjaśnić?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki