ROZDZIAŁ 1
HYMNY FLOTY STAREJ REPUBLIKI
I
Wojna dobiegła kresu - rzekł admirał. - My
już o tym wiemy, a wkrótce dotrze to i do Imperium.
Generał Hera Syndulla prawie uwierzyła w jego słowa, ale przypomniała
sobie w porę, że "tylko rebelie rozkwitają dzięki nadziei. Republiki
wymagają trwalszego fundamentu".
Sala odpraw pachniała ozonem i mieniła się niczym wnętrze szafiru o fasetach z hologramów, na których migotały i zanikały nadawane z całej
galaktyki transmisje przeznaczone dla oczu wojskowych przywódców Nowej
Republiki. Jedenaście miesięcy temu, po bitwie o Endor, gdy koniec wojny
okrzyknięto po raz pierwszy, takie
spotkanie byłoby nie do pomyślenia. Teraz, dzięki dwóm cudom, czyli
dopiero co odbitej sieci przekaźników nadprzestrzennych i masywnym
odbiornikom dawnego imperialnego niszczyciela, noszącego obecnie nazwę
"Wybawienie", istoty odpowiedzialne za zwycięstwo Nowej Republiki
przerzucały się raportami niczym piraci dzielący się łupami.
- Główne siły wroga się wycofały - dodał Gial Ackbar i machnął
holograficzną dłonią w stronę niewidocznego asystenta. Pośrodku
pomieszczenia pojawiła się mapa gwiezdna. Holograficzne głowy - wraz z osobami z krwi i kości, które zajęły miejsca w sali wraz z Herą -
skupiły na niej swoją uwagę. - Coruscant pozostaje pod kontrolą
Imperium, ale wycofujące się armady lojalistów zrzekły się pozostałych
terytoriów. Watażkowie i oportuniści nagle zostali pozostawieni samopas.
Ich wyeliminowanie zajmie sporo czasu, ale z tej grupy zaledwie
nieliczni stanowią poważne zagrożenie. Nasze grupy bojowe nawet w tej
chwili redukują transportowe i produkcyjne możliwości imperialnych
przyczółków.
Na mapie pojawiły się czerwone plamy, krwawą barwą wyróżniające
terytoria zajmowane przez Imperium. Niebieskie strzałki, które
symbolizowały sojusznicze siły Nowej Republiki, otaczały owo morze
czerwieni. Hera rozpoznała co większe terytoria okupowane - sektor
Anoat, sektor Faultheen i Otchłań Chrentoańską. Coruscant, gdzie
imperialny wielki wezyr kontrolował objętą blokadą pojedynczą planetę
zamieszkiwaną przez biliony istot żywych, świeciło łagodnie pośrodku
mapy. Blady znak przypominający kroplę krwi wskazywał na imperialną
obecność w regionie Nythlide, gdzie przez ostatni tydzień niszczyciel
"Wybawienie" przełamywał blokadę.
Na pierwszy rzut oka sytuacja na mapie wydawała się prosta - Nowa
Republika zyskała wyraźną przewagę nad siłami wroga. Jednak bledsze
linie wskazywały na pewien problem: szlaki odchodzące od tuzina punktów
wiodły ku obszarowi w słabo rozpoznanym regionie Zachodniego Krańca,
gdzie pojedyncze gwiazdy ustępowały mgle niepewności. To, co pozostało z rzeczywistego potencjału wojskowego Imperium - a co admirał nazwał przed
chwilą siłami lojalistów - zgromadziło się właśnie tam, na granicy
Nieznanych Regionów.
Hera wyprostowała się i przemówiła głosem pozbawionym wszelkich oznak
sceptycyzmu czy wątpliwości. Ackbar rozważał wojnę w obcych jej
kategoriach. Skupiał się na przypływach i odpływach flot zamiast na
cierpieniach śmiertelników zamieszkujących odbijane światy. Jednak choć
sama kwestionowała stojącą za tym mądrość, potrafiła docenić artyzm jego
podejścia.
- Ile dzieli nas od odnalezienia ukrytej bazy wroga?
Admirał uśmiechnął się szeroko i skinął bulwiastą głową.
- Rozsyłamy sondy zaraz po tym, jak tylko opuszczą linie montażowe na
Troithe i Metalornie. Dyrektor Wywiadu Nowej Republiki, Cracken,
przekaże informacje o pewnych poszlakach, które poddawane są analizie.
To jak, możemy zacząć od sprawozdań działów...?
Konferencja obrała znany Herze bieg, a choć Twi'lekanka nadal słuchała -
każde słowo trafiało do buzującej części mózgu, która analizowała
aktualne informacje taktyczne i współrzędne pod kątem strategicznej
przydatności - uświadomiła sobie, że mniej uwagi poświęca raportom, a więcej emocjom zgromadzonych w sali. Airen Cracken opowiadał o imperialnych, starających się działać z ukrycia. Przytaczał plotki o surowym świecie okupowanym przez całe legiony szturmowców, a pod
poważnym i pozornie niewzruszonym wyrazem twarzy mężczyzny Hera
rozpoznała ekscytację drapieżnika. Generał Ria zdawała się przemęczona,
ale gdy rozprawiała o kampanii mającej na celu wypędzenie koalicji
imperialno-rojalistycznej z Xagobah, na jej ustach pojawił się uśmiech.
Syndulla nie potrafiła do końca odczytać nastroju admirała Ho'ror'tego,
ale z jego prychnięć i pociągnięć nosem wywnioskowała, że wyczuwa
mieszankę znużenia i determinacji. Mężczyzna opowiadał o ofierze
złożonej przez załogi "Niezawodności" i jej eskort, chcących udaremnić
spisek uknuty przez jednego z szalonych wezyrów Palpatine'a.
Hera zaczęła poświęcać więcej uwagi własnym współpracownikom - subtelne
ludzkie feromony i gesty zdradzały dyskomfort - gdy Ackbar wywołał ją po
imieniu.
- A pani grupa bojowa, generał Syndullo? Region Nythlide jest
zabezpieczony?
- Cóż, przynajmniej jest pod kontrolą - odparła. - Dwa krążowniki pod
dowództwem majora Jauna zostaną na miejscu, by udzielić wsparcia
lokalnym siłom zbrojnym. Teraz, gdy grupa bojowa przebiła się już przez
blokadę, "Wybawienie" będzie mogło skupić się na głównym celu.
- Powrót do łowów? - ryknął Ho'ror'te, choć jego basowy głos został
zniekształcony przez zakłócenia.
- Powrót do łowów - przytaknęła Hera. - Kontynuujemy współpracę z Wywiadem Nowej Republiki... - Skinęła głową w stronę Crackena, choć nie
spodziewała się, że mężczyzna odwzajemni gest, i też się tego nie
doczekała. - ...by zlokalizować Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych
Myśliwców. Odkąd opuścił układ Cerberon, potwierdziliśmy tylko garść
obserwacji, ale nadal jesteśmy przekonani, że podążamy właściwym tropem.
Zabezpieczenie regionu Nythlide nas spowolniło. Jednak od tej pory...
- Sugerowała pani w ostatnim raporcie, że Dwieście Czwarty - że Skrzydło
Cienia - współpracuje z lojalistami.
Hera nie rozpoznała głosu osoby, która jej przerwała. Ciemnowłosy
mężczyzna w cywilnym ubraniu znajdował się na hologramie sześć metrów na
prawo od Ackbara. Pod jego stopami widniały napisy identyfikujące źródło
transmisji: planetę Chandrila.
Tymczasową stolicę Nowej Republiki. Kanclerz Mothma nie mogła
uczestniczyć w naradzie, ale zaznaczyła swoją obecność w inny sposób.
- Tak, zakładamy, że nawiązali kontakt - potwierdziła Hera. - Domysły
opieramy na nasłuchu łączności - o szczegółach może poinformować generał
Cracken.
- Czy zatem Dwieście Czwarty nie skrywa się wśród innych oddziałów
lojalistów? Pani pościg zaprowadził was daleko od Zachodniego Krańca.
Hera stłumiła w zarodku niechęć, którą momentalnie poczuła do tego
człowieka. W końcu jego pytanie miało sens.
- Nie mamy pewności, czym konkretnie
zajmuje się Dwieście Czwarty w tej części galaktyki, ale jestem
przekonana, że, niezależnie od charakteru działalności, Skrzydło Cienia
stanowi realne zagrożenie. Od bitwy o Endor ponosi odpowiedzialność za
liczne wojskowe porażki i straty Nowej Republiki, pośród których należy
wspomnieć o ludobójstwie na Nacronisie i powstaniu w układzie Cerberon.
Raz za razem demonstrowali, do czego są zdolni. Wyrządzali
niespodziewane szkody. I bez wątpienia robią to nadal.
Zaskoczył ją żar, z jakim wypowiadała te słowa - niemal tak bardzo jak
doradcę Mon Mothmy, który zesztywniał i niemal całkowicie wycofał się
poza zasięg holokamery.
"Znajdujesz się wśród przyjaciół - upomniała siebie samą. - Może
powinnaś zachowywać się stosownie do sytuacji?" Uśmiechnęła się z czymś,
co, miała nadzieję, mogło uchodzić za pokorę, a potem dodała:
- Jednocześnie jestem przekonana, że bieżąca operacja już wkrótce
dobiegnie końca. Skrzydło Cienia nie ma dokąd uciec, a pomimo naszych
niedawnych porażek nikt w galaktyce nie jest przygotowany do tego, by
odnaleźć i zneutralizować wroga na równi z Eskadrą Alfabet i naszą grupą
zadaniową.
Ponownie odniosła wrażenie, że ktoś za jej plecami poczuł się
niekomfortowo. Podejrzewała, że wie kto, ale musiała jeszcze podkreślić
jedną rzecz.
- Jeśli przypadkiem zlokalizujemy główną imperialną flotę, nim zdołamy
odnaleźć Dwieście Czwarty, "Wybawienie" będzie w stanie przerwać misję i udzielić wsparcia w innej części galaktyki. Jednak nie martwię się, że
przyjdzie nam wybierać między jednym a drugim. Zdołamy pokonać Skrzydło
Cienia. Tak samo jak zdołamy pokonać Imperium.
Doradca Mothmy przytaknął żwawo. Dowódcy wojskowi nie słuchali jej tak
uważnie, choć Hera wiedziała, że nie powinna tego brać do siebie -
wszyscy przybyli na naradę z własnymi zmartwieniami. Współpracowali ze
sobą na tyle długo, by sobie wzajemnie ufać. Gdyby powiedziała, że
Dwieście Czwarty jest zagrożeniem, uwierzyliby jej; gdyby powiedziała,
że zamierza je zneutralizować, też daliby jej wiarę.
Przyszła pora na sprawozdania z innych regionów galaktyki. Narada
zakończyła się słowami otuchy Ackbara, których Hera w większości nie
usłyszała. Potem rozbłysło światło, rozległy się trzaski i hologramy
zniknęły. Hera zamrugała, by pozbyć się mroczków przed oczami, i usłyszała miarowe buczenie reaktora "Wybawienia". Jej doradcy podnieśli
głos. Bez zwłoki wydawała rozkazy, gdy skierowali się ku drzwiom sali.
Rozmawiała ze Stornveinem o modyfikacji stanowiska łączności, gdy
stojący obok młody mężczyzna wykonał ruch sugerujący, że chciałby
odłączyć się od grupy. Nie przerywając wypowiedzi i nie odwracając
głowy, delikatnie położyła dłoń na ramieniu młodzieńca i ścisnęła
materiał kombinezonu lotniczego. Zatrzymał się. Poczuła, jak napina
mięśnie.
Jego oliwkowa skóra i schludne brązowe włosy kontrastowały z zarostem na
policzkach i brodzie. Miał smukłą, zwartą sylwetkę, niczym dziki kot o ciele pozornie zbyt chudym jak na rozmiary tropionych ofiar. Gdy Hera
skończyła wydawać rozkazy i została sam na sam z młodzieńcem, stanęła
przed nim i spytała:
- Nie zamierzasz zrobić ze mnie kłamczuchy, prawda?
- Pani generał? - zdziwił się Wyl Lark.
- Twoja jednostka jest gotowa do starcia z Dwieście Czwartym? - spytała
rzeczowym tonem. Wyl i tak traktował ją z należytą powagą, więc nie
zamierzała go niepotrzebnie męczyć. - Eskadry są gotowe do walki?
Doglądała postępów Wyla, odkąd chłopak objął dowództwo nad pułkiem
myśliwców "Wybawienia". Odbywała z nim cotygodniową godzinną rozmowę -
poświęcała mu mniej czasu, niżby sobie tego życzyła, a zarazem więcej,
niż pochwalali jej doradcy - i niemal tyle samo czasu rozmawiała o jego
zdolnościach przywódczych z dowódcami poszczególnych eskadr. Zdawała
sobie sprawę z poziomu przygotowania pilotów i wiedziała, że choć
brakowało mu doświadczenia, Wyl podejmował dobre decyzje w zakresie
szkolenia i przydzielania pilotów do misji.
Chciała jedynie wiedzieć, ile on wie.
Skrzywił się, a Hera zaczekała na odpowiedź.
- Tak - odparł wreszcie. - Są gotowe. Potrzebowaliśmy czasu -
wprowadzenie zmian trochę nas kosztowało - ale teraz piloci już się ze
sobą zgrali. Ci, którzy nie starli się dotychczas ze Skrzydłem Cienia,
szkolą się i analizują raporty. Ci, którzy już mieli z nim do
czynienia... chcą powtórki, a nie staną się bardziej gotowi,
przesiadując w hangarze.
- Dadzą radę wygrać? - spytała Hera.
- W uczciwej walce? - Wyl uśmiechnął się subtelnie. Sprawiał wrażenie
zbyt zmęczonego jak na osobę w jego wieku. - Uważam, że... Może. Ale w końcu jeszcze nigdy nie poszło nam dobrze w czołowym starciu ze
Skrzydłem Cienia.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić nam przewagę - obiecała
Hera - ale niewykluczone, że okoliczności ataku będą dalekie od ideału.
- Ujrzała sprzeciw na twarzy Wyla i dodała: - Jeśli Skrzydło Cienia
naprawdę jest jednym z niewielu oddziałów lojalistów nadal działających
poza Coruscant czy Zachodnim Krańcem, tym samym jest jednym z ostatnich
asów w rękawie Imperium. A to sprawia, że jest...
- ...wartościowe.
"Uczysz się" - pomyślała i poczuła ukłucie smutku. Mimo to starała się
brzmieć przekonująco.
- Dokładnie. Nie chcę, by nadal działali, gdy przyjdzie nam stoczyć
ostatnią bitwę.
Wspólnie opuścili salę odpraw i wyszli na korytarz "Wybawienia". Hera
zignorowała chłód wypolerowanych na połysk czarnych paneli podłogowych,
blade oświetlenie i geometryczne otwory drzwiowe. Karmazynowe kontrolki
ostrzegawcze zostały dezaktywowane, ale noworepublikańskie modyfikacje
okrętu były zbyt pobieżne, by załoga mogła zapomnieć, że znajduje się na
pokładzie dawnego imperialnego gwiezdnego niszczyciela.
Hera odpłynęła myślami. Gdzieś w odległym układzie gwiezdnym komodor
Agate stała na mostku nowo wybudowanego nadiriańskiego okrętu typu
Starhawk. Okręty te powstały poprzez przekształcenie rozmontowanych
gwiezdnych niszczycieli w jednostki znacznie potężniejsze i stanowiły
chlubę Floty Nowej Republiki - symbol wszystkiego, co sprawiedliwe.
Gdyby sprawy potoczyły się inaczej - gdyby "Gwiazda Przewodnia" nie
została zniszczona nad Troithe i gdyby nie potrzebowali natychmiastowego
zamiennika - możliwe, że Hera teraz też znajdowałaby się na starhawku, a nie na pokładzie naprędce zmodyfikowanej maszyny zagłady.
Nie zazdrościła Agate jej dowódczej roli. Jednak spacerowanie
korytarzami "Wybawienia" budziło w niej złe wspomnienia.
Wyl dotrzymywał jej kroku.
- Ostatnią bitwę - powtórzył jej słowa. - Wierzy pani w to, co mówił
admirał?
- A masz wątpliwości?
- Po prostu pamiętam, co mówiło się po Endorze. Od roku gadają o tym, że
to już "prawie koniec" wojny. - Nie wyczuła goryczy w jego głosie. - Nie
mam do nikogo pretensji, ale najbardziej ufam pani osądowi.
Jak każdy głupio uwierzyła w to, że wojna dobiegnie kresu wkrótce po
śmierci Imperatora. Wiedziała, że tak nie będzie, a mimo to uwierzyła.
Pragnęła powrotu do rodziny, a teraz stłumiła owo pragnienie, by
odpowiedzieć Wylowi tak szczerze, jak tylko potrafiła:
- Wierzę Ackbarowi - odparła. - Ciągle zastanawiam się, czy nie jest
zbyt wielkim optymistą, ale fakty mówią same za siebie. Imperium nie
zdoła długo stawiać oporu.
Wyl uśmiechnął się kącikiem ust. Hera nie była pewna, czy jej odpowiedź
go nie przekonała, czy borykał się z innymi myślami. Nie zdążyła spytać,
nim dodał:
- Wkrótce powinniśmy otrzymać wiadomość od pozostałych. Ostatnim razem
mówili, że odezwą się "jakoś w przeciągu sześciu godzin".
- Dobrze. Wrócimy do rozmowy, gdy tylko pojawią się wieści.
Wyl uznał jej słowa za koniec rozmowy i Hera puściła go wolno.
Zaprzepaściła szansę, by spytać, co go tak niepokoi. Przypuszczała, że
później będzie miała to sobie za złe, ale musiała przysiąść nad planami
bitewnymi, przeprowadzić szkolenia i zmienić osobę na stanowisku
głównego inżyniera. Miała zbyt wiele na głowie, próbując doprowadzić do
upadku Imperium, i choć rozterki Wyla były równie ważne i prawdziwe co
każdego, wszystkie jej problemy
należały do pilnych - nade wszystko zaś kwestia Skrzydła Cienia.
Prawda była taka, że podczas spotkania nie powiedziała wszystkiego. Nie
wiedziała, czym obecnie zajmuje się Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych
Myśliwców, ale plotki, które trafiały do Nowej Republiki z odizolowanych
układów, mroziły krew w żyłach - wydawały się zbyt przerażające,
nieprawdopodobne i niewiarygodne, by omawiać je otwarcie podczas narady.
Już za chwilę - całkiem możliwe, że "jakoś w przeciągu sześciu godzin" -
dowie się, czy urzeczywistniły się jej najgorsze koszmary.
II
Nath Tensent złapał krwistoczerwony materiał w mięsistą pięść i szarpnął. Jego oczom ukazał się sterczący nochal przedstawiciela rasy
H'nemthe. Gadopodobny humanoid wydał z siebie nieokreślony dźwięk, coś
pomiędzy sykiem a skomleniem, po czym z niespodziewaną zwinnością
prześlizgnął się pod pachą Natha, wyminął Chass na Chadic i zniknął w tłumie wypełniającym namiot sprzedawców muszli w Cyrku Cielesnych
Zachcianek.
- Pozyskujesz sobie przyjaciół? - spytała Chass.
Nath nie puścił zasłony. Wbił wzrok w Theelinkę. Drobne, silnie
umięśnione ciało skrywało się pod za dużą o kilka rozmiarów brązową
kurtką. Zielone włosy obcej przypominały pierwsze pędy kiełkującej
sadzonki.
- Nie potrafię się oprzeć - oznajmił Tensent i zaczął się wspinać
ciemnymi schodami.
Chass prychnęła, odsunęła materiał i podążyła jego śladem. Idąc po
schodach, Nath oddychał głęboko. Wracały do niego dawno zapomniane
zapachy oleju kuchennego z Hegemonii Tion, wnętrzności wironietoperzy,
woskowatej woni critokiańskiego jedwabiu. Nagle w jego umyśle pojawiło
się wspomnienie półnagiego Pitera, którego zawinięto weń jak w kokon.
"Stara załoga potrafiła się nieźle zabawić"
- pomyślał i uśmiechnął się, gdy przepychali się przez tłum, by przejść
do kolejnego namiotu. Tu zgromadzonych było mniej i nie wydawali się tak
ożywieni. Stali na obrzeżach przestrzeni wypełnionej żółtym dymem. Na
niskich ołtarzach leżały sterty chipów, świeczki i gnijące owoce.
Nieliczni kupcy sprzedawali tanie naszyjniki. Nath zatrzymał się tylko
na chwilę, by odnaleźć drogę, po czym skierował się ku szparze w materiale po przeciwległej stronie namiotu. Zatrzymał się, gdy okazało
się, że Chass spogląda na sprzedawców przy ołtarzach.
- Nie wspomniałeś, że to jakiś religijny spęd - rzuciła.
Nath wzruszył ramionami.
- To tylko otoczka biznesu - powiedział. - Wyrocznia ma swój styl, ale
poza tym jest tylko brokerem informacji, jakich wielu.
Chass zygzakiem ominęła ołtarz i zrównała się z Nathem.
- Nie szkodzi. Po prostu daj znać, jak już trzeba będzie strzelać.
- Jeśli - poprawił ją starszy pilot,
choć mimowolnie się uśmiechnął. - Jeśli trzeba będzie strzelać.
- Dobra, dobra.
Nath zaśmiał się, ale obserwował Chass kątem oka, gdy przechodzili przez
szparę w materiale. Dziewczyna nie do końca miała poukładane w głowie,
ale tym razem chodziło o coś nowego, coś innego niż dotychczasowe bagno
nieuświadomionej pogardy do samej siebie, gorzkiej furii i samobójczych
impulsów, w którym się pławiła, gdy spotkali się po raz pierwszy. Coś ją
gryzło od opuszczenia układu Cerberon, a gdyby byli sobie bliżsi,
możliwe, że potrafiłby stwierdzić, czy to potencjalny problem.
Obecnie... Cóż, Chass znajdowała się na samym dole listy niestabilnych
emocjonalnie towarzyszy broni.
- Kapitanie Tensencie - przywitał go ochrypły głos, gdy już dotarli do
niewielkiego pomieszczenia, w którym na skórzanych pasach wisiały
okrągłe ekrany. Okalały metrowej wysokości szyję kobiety siedzącej
pośrodku salki. Patrzyła na nich bursztynowymi oczyma osadzonymi w kredowej główce, kiwającej się powoli na boki, jakby szyja obcej miała
się lada chwila załamać pod ciężarem czaszki. - Ile czasu minęło, odkąd
ostatnio wyznawałeś winy? Trzy lata? Cztery?
- Pomyliłaś się o dobrych kilka lat, choć wcale ci się nie dziwię -
odparł Nath. - Czas szybko leci. No, przynajmniej do chwili, aż zaczyna
pełzać. Otrzymałaś moją wiadomość?
- Tak. A masz dla mnie kolejne trasy patrolowe?
Nath przestąpił nad niską ławką i usiadł na niej. Starał się panować nad
twarzą, by nie zdradzić, że go zaskoczyła.
- Już od dawna nie robię dla Imperium - odparł i powstrzymał się, by nie
dodać: "Dowiadujesz się o tym jako ostatnia. Kiepsko jak na Wyrocznię".
- A co powiesz na tajemnice Nowej Republiki?
- O nie łatwiej. Są mniej warte. A co masz do zaoferowania?
Instynktownie chciał spojrzeć na Chass, by ocenić jej reakcję, nim
przejdzie do rzeczy, ale zmusił się, by nie spuszczać wzroku z Wyroczni.
Ściszył głos.
- Ruchy wojsk w Przestworzach Huttów. Informacje przydadzą się każdemu,
kto prowadzi tam interesy.
Wyrocznia zmieniła położenie jednego z wiszących ekranów.
- Wątpię - odparła.
"Ha, od razu lepiej. Nadal wie, jak się targować".
Pochylił się do przodu.
- Kody deszyfrujące Wywiadu przeznaczone do transmisji o priorytecie
trzeciego stopnia. Działające przez tydzień - a przez ten czas można się
wiele dowiedzieć.
- Lepsze, ale niezadowalające - podsumowała Wyrocznia. Cienka szyja
odchyliła się do tyłu. Obca przewróciła bursztynowymi oczyma, po czym
wyprostowała się i wbiła wzrok w Natha. - Masz konszachty z Wywiadem
Nowej Republiki?
- Coś w ten deseń - odparł Nath.
"Pracuję dla Wywiadu Nowej
Republiki".
Nasha Gravas, protegowana zmarłego Caerna Adana, skontaktowała się z nim
po Cerberonie i poprosiła, by pośredniczył między Wywiadem a grupą
bojową generał Syndulli. Nath zgodził się, a teraz miał medal, autorytet
i dostęp do istnej skarbnicy tajnych informacji wywiadowczych. Okazało
się, że znalezienie się na skraju śmierci, by uratować miliardy
mieszkańców planety, wiąże się z pewnymi profitami.
- No i? - Wyrocznia zniecierpliwiła się.
- Dziesięć nazwisk - odparł Nath. - Dziesięcioro tajnych agentów,
których wybiorę sam. Bez gwarancji, że okażą się przydatni, ale przecież
na tym polega cała zabawa.
Przyglądał się Wyroczni, ale jego uwadze nie uszło chrząknięcie Chass.
Jeśli wątpiła, że ma prawo dokonać wymiany informacji, nie myliła się.
Jednak był pewien, że nie zainterweniuje.
Wyrocznia przymknęła oczy i powiodła wierzchnią częścią dłoni po
wiszących ekranach. Te stuknęły o siebie. Zaczęły się huśtać na boki z nienaturalną częstotliwością. Wydawało się nieuniknione, że jeden w końcu uderzy w kobietę - jednak tak się nie stało, a wkrótce potem oba
wytraciły prędkość. Wyrocznia otworzyła oczy i zaczekała, aż ekrany
zatrzymają się na dobre, nim znów się odezwała.
- Czarnoplamy Pan, Powiernik Tajemnic, przyjmuje waszą ofiarę -
powiedziała.
- Czarnoplamy Pan jak zawsze jest hojny - odparł Nath. Wyrocznia podała
mu datapad i pilot wprowadził doń szereg imion i koordynatów. Gdy
skończył, Wyrocznia schowała urządzenie wśród zasłon. - No dobrze -
rzekł - to co z tym błogosławieństwem, po które przybyliśmy?
- Sektor Croynar - odparła Wyrocznia.
Nath czekał.
Wyrocznia milczała.
Chass odchrząknęła. Nath uniósł dłoń i powiedział:
- A możemy to zawęzić do jednego układu?
- Sytuacja może zmienić się w każdej chwili. Na wasze potrzeby wystarczy
znajomość sektora - odparła obca.
- Możemy już zacząć strzelać? - spytała Chass.
Nath wstał przy wtórze trzasku kolan i zbył pilotkę machnięciem dłoni.
- Skoro Czarnoplamy Pan mówi, że wystarczy sektor, wystarczy sektor.
Jeszcze nigdy się na tobie nie zawiodłem, Wyrocznio, nieprawdaż?
- Służę mojemu panu - odparła tamta. - Na ciebie już pora, kapitanie
Tensencie, Bohaterze z Troithe.
"Wygląda na to, że wieści jednak dotarły" - pomyślał.
Objął Chass i zdecydowanym ruchem wyprowadził ją z sali, tak by nie
sprowokowała bitki.
- Tutaj załatwia się sprawy w ten sposób - powiedział półszeptem.
Odtrąciła jego rękę i podążyli ku schodom.
- To dlaczego my tu jesteśmy, skoro
tylko odgrywamy szopkę i cieszymy się, że rzucili nam jakieś ochłapy?
Wywiad naprawdę nie ma od tego własnych ludzi?
- Chciałbym móc powiedzieć, że tak, ale mają ręce pełne roboty. Zresztą
mają do mnie zaufanie, że odnajdę Skrzydło Cienia.
Chass prychnęła śmiechem tak mocno, że o mało się nie zakrztusiła.
- Tobie ufają? Poważnie?
- O tyle, o ile - powiedział, po czym poprowadził towarzyszkę plątaniną
namiotów, schodów i drabinek linowych.
W Cyrku Cielesnych Zachcianek panował zgiełk, jaki Nath widział tu po
raz pierwszy. Było znacznie głośniej niż dotychczas - nikt już nie
obawiał się imperialnych patroli, a obecności Nowej Republiki nie
odbierano tak nerwowo. Już prawie dotarli do lądowisk - spacerowali pod
bladymi niebieskimi światłami Komnaty Lubieżnych Hologramów - gdy Nath o mało nie wpadł na przypadkowego przechodnia. Nieznajomy miał wyjątkowo
szerokie bary. Jego płaszcz przypominał banthę, tyle że od środka -
kawałki futra przeplatały się z wzorami przywodzącymi na myśl jelita.
- Kapitanie Tensencie - odezwał się właściciel płaszcza i wbił w Natha
paciorkowate oczy. - "Pada na ziemię niczym liść na wietrze, gnije
jesienią, a zimą tkwi pod szadzią, aż wreszcie z rozpadu na nowo
powstaje życie i znów odnajduje dom wśród konarów".
Twarz natręta wydała się pilotowi dziwnie znajoma. Rozpoznał fragment
wiersza, ale nie potrafił przypisać imienia do na wpół zapomnianego
olbrzyma. Uznał, że rzuci jedynie:
- Kopę lat, brachu.
Dostrzegł, że mężczyzna wydyma usta. Dłoń zadrżała mu na wysokości
biodra. "Może rwie się do bitki - uznał Nath - choć wie, że raczej
przegra. Albo czeka na wsparcie". Żadna z ewentualności go nie cieszyła.
- Hargusie! - W pamięci Natha wreszcie otworzyła się odpowiednia klapka.
Uśmiechnął się, przypominając sobie rozmowy z dni, gdy jako pilot TIE-a wymuszał opłaty w zamian za "ochronę". Hargus zawsze płacił terminowo,
nie podskakiwał i nie stwarzał problemów, ale to było dawno temu i nieprawda, a nawet jeśli nie zmieniają się ludzie, z pewnością zmieniają się okoliczności. - Aleś się, chłopie,
zestarzał! Nadal obstawiacie z ekipą Szlak Koreliański od dupy strony?
- Z kilkoma zmianami. Miło nie płacić haraczu. - Hargus spojrzał ponad
ramieniem Natha. - Słyszałem, że jesteś szychą. Wielkim bohaterem.
- Wieści szybko się rozchodzą. Pani na lądowisku dała nam zniżkę.
Chass zmieniła pozycję, gotowa do biegu lub ataku.
- Teraz? - spytała.
- Na to wygląda - zgodził się Nath.
Skupił się na samym Hargusie, więc nie mógł zlokalizować jego ludzi.
Miał nadzieję, że Chass pojęła, co do niej należy. Zdzielił olbrzyma w brodę i poczuł ból w kłykciach. Głowa przeciwnika poleciała do tyłu, a jego dłoń zsunęła się z blastera na biodrze. Tłum zaczął się kłębić i krzyczeć. Nath nie odzyskał jeszcze na dobre równowagi, gdy poczuł dłoń
Chass między łopatkami. Pilotka popychała go w dół i do przodu.
- Ruchy! - zawołała.
Usłyszał nad głową skwierczenie blasterowych błyskawic i poczuł ciepło.
Ruszył, a w ślad za nim popędziła Chass; była na tyle blisko, że poczuł
woń jej potu.
- Trzej pomocnicy - zameldowała. - Dwa mięśniaki i droid. Paskudna sonda
myśliwska.
Przedarli się przez kolejne zasłony. Mogli się rozdzielić i ukryć wśród
tłoku, ale Nath uznał, że znajdują się jakąś minutę drogi (no, góra
trzy) od lądowiska - lepiej wziąć nogi za pas. Gdy pędził przez namiot z żywnością, odepchnął łokciem kupca obładowanego tacami prażonych
chrząszczy. Zaryzykował i spojrzał przez ramię: tłum poruszał się
niespokojnie i rozstępował. Ujrzał błysk metalu, ale jego mózg nie
potrafił złożyć tego w całość. "Przynajmniej już nie strzelają -
pomyślał. - Ta cała hałastra zapewnia nam osłonę".
W połowie susa chwycił za komlink.
- Przygotuj się do startu - powiedział. - Może być gorąco! - Nie czekał
na odpowiedź. Wymienił komlink na rękojeść blastera.
Trzydzieści sekund później opuścili namioty, wyrwali się z tłumu i popędzili śliskim od deszczu marmurowym mostem rozciągniętym między
ścianą klifu a lądowiskiem. W ich kierunku poleciał grad wiązek energii,
a Nath modlił się o to, by nie spaść. Patrzył na własne buty, ale
uśmiechnął się, gdy poczuł powiew ciepła z lądowiska przed sobą. Gdy
zadarł głowę, okazało się, że transportowiec U-wing wisi metr nad
platformą z otwartą rampą załadunkową.
Chass wbiegła na pokład jako pierwsza. Odwróciła się i pociągnęła za
sobą Tensenta, sapiąc z wysiłku. Wiązki z blastera uderzały o ramę
drzwi. Na szyję Natha poleciał snop iskier.
- Odpowiedz ogniem! - zawołał w kierunku kokpitu.
Pokładem szarpnęło i drzwi się zasunęły. Wrogi ostrzał przybrał na
intensywności. U-wing obrócił się, walcząc z grawitacją planety. Nath
przepchnął się obok Chass, wbiegł do kokpitu i zajął miejsce drugiego
pilota. Przez zasnuty mgłą iluminator dostrzegł po drugiej stronie mostu
Hargusa i jego zakapiorów - jednym z nich był włochaty brutal większy od
samego Hargusa, który zarzucał coś na ramię.
"Cholerne działko obrotowe?"
Jeśli tak, miało wystarczającą siłę ognia, by przebić się przez
iluminator U-winga i zasypać Natha odłamkami transpastali.
Zaczął grzebać przy sterach. Odwrócił się w stronę siedzącej tuż obok
kobiety. Była odziana w pelerynę i luźną szarą szatę, która
przypuszczalnie została uszyta z pobrudzonych koców i prześcieradeł. Jej
twarz pokrywała szachownica chitynowych płytek - niektóre miały kolor
ciemnofioletowy, inne fioletoworóżowy i znaczyła je sieć białych żyłek;
niektóre były popękane i odbarwione, inne jasne i gładkie. W tej mapie
kruszącego się świata kryły się głęboko osadzone oczy, które spoglądały
na atakujących.
- Coś się stało, że nie strzelamy? - spytał Nath.
- Nie są imperialnymi - odparła gardłowym szeptem Kairos.
Nath zaklął i naładował działa.
- Szczególnie przyjemni też nie są.
Zmienił ustawienia zasilania i przeszedł na celowanie ręczne. Z odległości trzydziestu metrów mógł spopielić Hargusa i jego przydupasów.
"I co wtedy? Wiedzieli, że jesteś bohaterem Nowej Republiki. Chcesz
kolejną plamę na honorze? Uważasz, że szefostwo podziękuje ci za takie
działania dyplomatyczne?"
Jakoś uratowałby sytuację.
"Z drugiej strony nic dziwnego, że Hargus ma z nim kosę. Miał go za to
zabić?"
Nie poznawał samego siebie.
Usłyszał, jak Chass zabezpiecza coś w ładowni. Działko obrotowe Hargusa
wycelowało w U-winga. Nath zaklął, wymierzył i wcisnął spust.
Działa transportowca rozbłysły i marmurowy most rozpadł się na kawałki.
Tam, gdzie znajdował się jeszcze przed chwilą, teraz unosiły się tumany
pyłu. Nie usłyszał reakcji Hargusa i jego zbirów. Ledwie dostrzegał ich
sylwetki po drugiej stronie przepaści. Jednak kolejna salwa minęła
U-winga o dziesięć metrów. Statek uniósł się w powietrze i Nath spojrzał
na konsoletę. Sprawdził odczyty skanerów - nie nadciągała żadna
jednostka. Zero impulsów energii czy torped.
"Łagodniejesz z wiekiem" - podsumował. Niewątpliwie Hargus pomyślał to
samo. Kto wie, może i Chass.
- Następnym razem, gdy będą w nas strzelać - powiedział do Kairos -
odpowiedz ogniem.
Kobieta nie odezwała się ani słowem. Zajęła się dystrybucją zasilania
jednostki, jakby w ogóle go nie usłyszała.
Nie zdziwiło to Natha - ledwie wypowiedziała parę słów, odkąd opuściła
zbiornik z bactą. Nie miał pojęcia, co o niej myśleć - naprawdę
przestała być zamaskowanym drapieżnikiem czy to, że teraz poznał jej
twarz i głos, było tylko złudzeniem, a tak naprawdę pozostawała
bezwzględną zabójczynią?
Prędzej czy później ktoś będzie musiał ją spytać, o co jej, do cholery,
chodzi. Ktoś, kto będzie w stanie wydusić z niej odpowiedź.
- Niezły z nas zespół - burknął i chwycił zestaw słuchawkowy z konsolety. Miał wiadomość od Wyroczni dla "Wybawienia". Czekała ich
długa podróż, by przekonać się, co może oznaczać.
III
Nadprzestrzeń wirowała wokół myśliwca przechwytującego A-wing, jej
kosmiczna energia pieściła iluminator niczym morska piana. Wyl Lark
czuł, jak silniki jednostki pulsują w rytm oddechu. Sfatygowane
siedzisko piszczało i wyginało się z każdym jego ruchem. Dawniej uważał,
że podróże w nadprzestrzeni są zarazem cudowne i przerażające. Dziś
miały charakter niemal medytacyjny - zapewniały chwilę spokoju przed
burzą.
Ile jeszcze razy przyjdzie mu tak podróżować? Ile skoków, nim wypełni
przysięgę złożoną starszyźnie Domu i Nowej Republice?
Nagle rozległ się alarm, który wytrącił go z rozmyślań. Instynktownie
powiódł dłonią po konsolecie, nim wyłączył sygnał. Zaczęło się
odliczanie - niespełna minuta do wyjścia z nadprzestrzeni.
- Uwaga, wszystkie jednostki - powiedział, uruchomiwszy system łączności
- przygotujcie się na wyjście w układzie Midgor.
W odludnym sektorze Croynar znajdowały się tylko trzy układy gwiezdne o potencjalnej wartości strategicznej - znanych strukturach, dostępnych
surowcach czy formach życia. Oznaczało to, że jeśli dane, które Nath
przesłał na "Wybawienie", są wiarygodne, mieli szansę jedną do trzech,
że Skrzydło Cienia oczekuje ich w bladozielonym świetle midgorskiego
słońca. Niewiele przemawiało za wartością tego układu, ale jeśli
Dwieście Czwarty desperacko poszukiwał technologii czy metalu z odzysku,
mógł je tu znaleźć.
Z komunikatora dobiegały go meldunki. "Eskadra Grad gotowa". "Eskadra
Flara gotowa". "Eskadra Dzikusów gotowa".
Ponad trzydzieści myśliwców gotowych do walki, wśród których nie było
Eskadry Alfabet - Nath i pozostali nadal znajdowali się w drodze. Samo
"Wybawienie" pozostawało w odwodzie na wypadek zasadzki. Jak to ujęła
generał Syndulla, misja sprowadzała się do "zbrojnego rekonesansu".
Nabrał powietrza i odezwał się ponownie.
- Utrzymujcie łączność i naładujcie broń, ale nie podejmujcie walki bez
rozkazu. - Usłyszał nerwowość we własnym głosie, ale nie próbował jej
zdusić. Nie miał obowiązku być nieustraszony - musiał jedynie wydobyć z pilotów to, co w nich najlepsze. - Jeśli gdzieś tam są, tak samo jak my
znajdują się na granicy wytrzymałości. Są bardzo dobrymi pilotami, ale
pilotami z krwi i kości, a nie mitycznymi istotami.
- Do tego z ludzkiej krwi. - Z komunikatora dobiegł wibrujący sopran
Essovin - dowódczyni Flar. - Cienkiej krwi. Bez urazy, dowódco.
Z głośnika dochodziły stłumione chichoty - głównie ze strony Flar.
- Drobnostka - odparł Wyl.
Piloci X-wingów Eskadry Flara nie mieli okazji zetrzeć się w walce ze
Skrzydłem Cienia - przybyli na wezwanie generał Syndulli, by wesprzeć
misję w miejsce Eskadry Szpica. Wyl nie miał pretensji do Essovin, że ta
błędnie oceniła emocjonalny wydźwięk chwili. Jednak Eskadra Grad
straciła liczne Y-wingi w układzie Cerberon. Kompani Dzikusów też
zginęli z rąk pilotów Skrzydła Cienia - eskadra składała się z ocaleńców
z mieszanej grupy szturmowej z Troithe, korzystającej głównie ze
ślizgaczy i chmurnych wozów. Wyl tchnął w nią nowe życie i teraz
przyjmowała z otwartymi rękoma pilotów i maszyny, dla których zabrakło
miejsca gdzie indziej. Zarówno Eskadra Grad, jak i Eskadra Dzikusów na
własnej skórze przekonały się o zagrożeniu, jakie stanowiło Skrzydło
Cienia - podobnie jak Eskadra Alfabet ucierpiały z powodu powolnej
utraty pilotów, jak i masowych strat w brutalnych walkach. Potrzebowały
czegoś więcej niż pyszałkowatego humoru. Potrzebowały, by ktoś zauważył,
że przeżyły traumę.
- Szkoliliśmy się z myślą o tej misji - powiedział Wyl. - Nie mają
pojęcia, czym się staliśmy.
Modlił się, by się nie okazało, że wiedzie ich na zatracenie. Poczuł
wstydliwą ulgę, że nie lecą z nim Nath, Chass i Kairos, jakby ich życie
było cenniejsze od życia pilotów, których tak dobrze nie poznał. (Choć i z tą trójką ostatnio nie miał zbyt częstego kontaktu, a z Nathem nadal
się nie pogodzili, odkąd poróżnili się na Troithe).
Blask nadprzestrzeni ustąpił, gdy myśliwiec zaczął spowalniać z wyraźnym
szarpnięciem. Uprząż wbiła się w tors Wyla. Nagle gwiazdy zajęły swoje
miejsca i w ciemnościach pojawiło się nefrytowe światło gwiazdy układu.
Szumiało mu w głowie. Spojrzał na konsoletę. Próbował zinterpretować
odczyty, ale czujniki nadal się rekalibrowały.
- Coś odbieram! - Usłyszał rzeczowy, służbowy komunikat Vitale, kobiety,
z którą flirtował i z którą prawie się zaprzyjaźnił, nim został jej
przełożonym na Troithe. - Trzy, może cztery jednostki.
- Odebrałem, Dzikusko Dwa - odparł. Uregulował sensory, poczuł krzepiące
terkotanie przełączników przez materiał rękawiczki i potwierdził odczyt
Vitale. Ekran radaru zamigotał, co wskazywało na obecność w układzie
zaszyfrowanych imperialnych sygnałów.
- Dzikusy i Grad, utrzymujcie pozycję - zarządził. - Flary, podążajcie
za mną, przyjrzymy się temu z bliska.
Z głośnika dobiegły potwierdzenia. Wyl zwiększył ciąg i odbił w kierunku
jasnych punktów na ekranie. Gdy już obrał kurs, wszechświat wydał mu się
nieruchomy, a ryczące dysze jego silników bezsilne w obliczu tego
bezruchu. O tym, że faktycznie przemieszcza się w bezkresie przestrzeni
konwencjonalnej, informowały go tylko kontrolki na konsolecie i odległe
światła innych myśliwców.
Minęła niemal minuta, nim zauważył drobiny na tle ciemności. Czujniki
oszacowały masę i prędkość odległych jednostek. Były zbyt duże, by mogły
być myśliwcami, ale znów za małe na fregaty - możliwe, że okażą się
kanonierkami, ale Wyl nie potrafił określić typu. Nie posiadał
encyklopedycznej wiedzy Yriki Quell.
"Quell".
Wielu przyjaciół Wyla poniosło śmierć w walce, jednak utrata Quell
różniła się od utraty Sonogariego czy Saty Neeka.
- Musimy je zidentyfikować - zarządził. - Ktoś potrafi je rozpoznać?
- Jedna z odleglejszych jednostek przypomina mi imperialny frachtowiec -
odparł Ghordansk. Ghordansk miał odpowiedź na każde pytanie. W połowie
przypadków okazywało się, że prawidłową. - Do tego pruje cząstkami -
może to wyciek radioaktywny?
Wyl odbił w bok, by zmienić wektor natarcia. Kontury drobin imperialnych
jednostek migotały, jakby ich osłony buzowały energią albo...
Znów sprawdził odczyty i zwrócił uwagę na sygnatury cieplne.
- Utrzymujcie dystans - powiedział. - Wykonam przelot.
Przekierował energię do dysz i przeszedł na otwarty kanał. Nabrał
prędkości, by skrócić dystans dzielący go od wrogiej formacji.
Zniekształcone dźwięki zakodowanych wiadomości odbijały się echem w kokpicie. Zmrużył oczy i wychylił się w uprzęży, aż drobiny nabrały
ostrości - kanciaste, czarne bryły, wyraźnie imperialne, choć pozbawione
drapieżnych kątów gwiezdnego niszczyciela. Wzdłuż burt tańczyły
wyładowania elektryczne i płomienie, które ulatywały w próżnię.
- Tu dowódca pułku myśliwskiego Wyl Lark do jednostek imperialnych. Jak
wygląda wasza sytuacja?
Wiedział, że może mieć do czynienia z zasadzką - przynętą pozostawioną
przez Skrzydło Cienia, by zwabiła jednostki Nowej Republiki. Imperialne
frachtowce mogły być bombami pułapkami, a w okolicy równie dobrze mogły
czaić się myśliwce TIE.
I wtedy nadeszła odpowiedź, zbyt zniekształcona, by mógł ją zrozumieć.
- Tu Wyl Lark. Proszę powtórzyć.
- Tu kapitan Oultovar Misk z frachtowca "Diamond Tor". Potrzebujemy
pomocy i jesteśmy gotowi się poddać. Powtarzam: poddajemy się!
Wyl zbliżył się na odległość strzału. Nagle coś rozbłysło. Odwrócił
głowę. Obawiał się ostrzału z turbolaserów, a zamiast tego ujrzał
erupcję ognia i stopionego metalu na bakburcie frachtowca.
To nie była pułapka. A przynajmniej takie miał wrażenie.
"Możliwe, że to coś znacznie gorszego".
- Kapitanie Misk? - wywołał imperialnego. - Co się przydarzyło pańskiemu
konwojowi?
Rozmówca zawahał się, po czym odpowiedział. Przerywały mu zakłócenia i mechaniczny jazgot.
- Braliśmy udział w walce. Zaatakowały nas myśliwce TIE. Unieszkodliwiły
nasze jednostki eskortowe w przeciągu paru minut i odleciały.
- Dlaczego? - spytał Wyl. - Jaki mieliby w tym cel?
- Nie wiem. Byliśmy... Działaliśmy pod rozkazami Rady Yomo. Musiało się
to nie spodobać jednej z pozostałych frakcji, która postanowiła na nas
zapolo...
Odpowiedź nagle się urwała. Początkowo Wyl uznał, że chodzi o problemy z transmisją, ale wtedy usłyszał głośny oddech, który przeszedł w łkanie.
- Imperialni przeciwko imperialnym - mówił głos. - Tak obecnie wygląda
wojna. Rodzina przeciwko rodzinie, wbrew wszelkim przysięgom. Jak
możemy... Zamierzacie nam pomóc?
Wyl skrzywił się, jakby ktoś go uderzył.
- Oczywiście. Oczywiście, że pomożemy. Nie ruszajcie się stąd,
nadciągają kolejne jednostki.
Przesłał sygnał "Wybawieniu" i nakazał eskadrom, by podleciały bliżej i pomogły w ewakuacji i ocenie szkód. Próbował działać tak, by myśliwce
nie wystawiały się na ostrzał, a jednocześnie mogły asystować w akcji
ratunkowej. Nie mieli do czynienia z pułapką, a przynajmniej nie pułapką
zastawioną przez "Diamond Tor" i pozostałe frachtowce, ale to nie
oznaczało jeszcze, że niebezpieczeństwo minęło.
Podczas pracy wróciły do niego słowa kapitana Miska. Zachodził w głowę,
do czego zdolne jest Skrzydło Cienia, i myślał o wszystkich
okrucieństwach, jakich dopuściło się Imperium po bitwie o Endor. Wtedy
nie był ich świadkiem, ale czytał o Operacji Popiół - o mordzie światów
takich jak Nacronis, które nie stanowiły żadnego zagrożenia dla
Imperium.
Zastanawiał się, jakie jeszcze czekają ich koszmary, teraz, gdy Imperium
znalazło się w tak rozpaczliwej
sytuacji.
ROZDZIAŁ 2
"TREN MULISTEGO MORZA"
(PIEŚŃ POGRZEBOWA Z NACRONISA)
I
Planeta unosząca się za iluminatorem
ciężkiego frachtowca była brązowo-zielonym kleksem. Ożywiały ją jedynie
trzy różowe księżyce, których ruch po nieboskłonie był zauważalny bez
asysty urządzeń pomiarowych tylko wtedy, gdy się im naprawdę
przyglądano, tak jak niektóre chmury czasami zdają się zawieszone
nieruchomo w przestworzach. Temu obrazowi towarzyszyły przewijające się
na iluminatorze rzędy danych dotyczących odłamków znajdujących się na
bakburcie jednostki i odczytów energetycznych z powierzchni planety,
które niemal z pewnością wskazywały na obecność topornie zbudowanych
generatorów pól ochronnych. Jednak Soran skupiał wzrok na środkowym
księżycu. Uznał, że nadaje mu to wygląd osoby głęboko pogrążonej w myślach.
- Tu pułkownik Soran Keize z krążownika "Yadeez", dowódca Dwieście
Czwartego Pułku Imperialnych Myśliwców. W odpowiedzi na zdradliwe czyny
Rady Yomo, do których między innymi należą sprzeciw wobec rozkazu
wielkiej admirał Sloane, nakazującego przekazanie środków do sektora
D'Aelgoth, odmowa uznania prawowitego władcy Imperium na Coruscant oraz
sojusz z Syndykatem Shiortuun, zostaliśmy wysłani, by wymierzyć waszemu
światu srogą karę.
Przemowa nie wymagała od niego wielkiego skupienia. Niemniej był winien
swojej załodze - i swoim ofiarom - zachowanie choćby pozorów powagi.
Zaczerpnął głęboko powietrza, poczuł kąśliwą miedzianą woń pozostałą po
dawnych transportach rudy i dodał:
- W przeciągu następnych dwudziestu czterech godzin planeta Fedovoi End
stanie się miejscem, które nie będzie się już nadawało do zamieszkania.
Istnienie Rady Yomo dobiegnie kresu wraz z okupowanym przez nią
terytorium. Gubernator Brashan, generał Tuluh i ich zbrodnicze kohorty
zostaną wymazani z kart dziejów. Nie podlega to negocjacji. Nie
zaakceptujemy poddania świata. Każdy zdrajca zostanie ukarany.
"Trwa Operacja Popiół" - pomyślał, choć nie wypowiedział tych słów na
głos. W ostatnich tygodniach doprowadził przemowę do perfekcji. Uznał,
że nie musi podawać szczegółów misji.
Odwrócił wzrok od różowego księżyca i przyjrzał się twarzom członków
załogi mostka. Kadetka Coora - podporucznik
Coora, musiał przypomnieć sam sobie, mimo że osobiście ją
awansował - zbyt mocno wychyliła się nad konsoletą taktyczną, by ukryć
zdenerwowanie. Porucznik Heirorius rzucał częste spojrzenia Nenvezowi,
kapitanowi o obwisłym podbródku, gdy ten uderzał laską o poszarzałą ze
starości podłogę pokładu. Soran słyszał za plecami łagodny oddech
własnej doradczyni.
Wszystko w normie. Ponownie utkwił wzrok w iluminatorze.
- Pozostałym mieszkańcom świata oferuję wybór. Dawniej byliście
imperialnymi - nie tylko z nazwy, jak obecnie, lecz również z serca i z hierarchii. Możecie stać się nimi ponownie, ale tylko jeśli
zaakceptujecie koniec swoich nielojalnych przełożonych i planety, na
której obecnie przebywacie. Na nowo poprzysięgnijcie wierność
prawdziwemu Imperium. Opuśćcie Fedovoi End i dołączcie do nas na
orbicie, a będziecie mogli pomóc Dwieście Czwartemu w jego misji...
"W misji unicestwienia każdego świata splugawionego przez imperialnych,
którzy odważyli się uwolnić od cienia Imperatora".
- ...a jeśli nie macie kwalifikacji, by pomóc w tej misji, zostaniecie
odeskortowani do punktu zbornego imperialnej floty. Tak czy inaczej
istnienie Fedovoi End dobiega końca. Odmówicie, a wasz czas również się
skończy.
Dla niektórych był to właściwy wybór - dla tych, którzy dysponowali
własnymi statkami i którzy nie byli przetrzymywani na muszce przez
sługusów Rady Yomo. Jednak nawet część osób będących w stanie dołączyć do Skrzydła
Cienia zaakceptuje śmierć jako alternatywę. Niektórzy pozostaną lojalni
wobec Rady Yomo z przyczyn ideologicznych bądź pragmatycznych - będą
woleli polec w walce w obronie planety, związani z domem pradawnymi
więzami. Uznają groźby Sorana za blef albo będą się łudzić, że są w stanie powstrzymać jego siły. Mogą też uznać, że pozostałości
prawdziwego Imperium są już na tyle niewielkie, że nie warto im ślubować
posłuszeństwa.
Soran potrafił wykrzesać z siebie tyle współczucia, że nie czerpał
przyjemności z ich nieuchronnej śmierci, ale i nie uchylał się od swojej
powinności. Przekazał Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców w ręce wielkiej admirał Sloane w określonym celu, a ten nie miał nic
wspólnego z mrzonkami, że Imperium zapobiegnie swojemu stopniowemu
upadkowi. Problemy Dwieście Czwartego w układzie Cerberon jedynie
utwierdziły go w przekonaniu, że Skrzydło Cienia potrzebowało poczucia celu, by przetrwać, i nauczyły go, że istnieje
moralna konieczność, by dostrzegał coś więcej niż tylko swój oddział i wziął odpowiedzialność za wszystkich imperialnych żołnierzy, których
spotka na swojej drodze. A teraz, gdy unicestwiał świat za światem,
odkrył, że jego ludzie karnie przystępują do powierzonych im obowiązków.
Gdy uzupełniali oddział o świeżą krew, świętowali; gdy zestrzeliwali
myśliwce TIE i zamieniali miasta w szklane pustynie, mieli się za
patriotów mszczących się na zdrajcach, którzy zaprzepaścili szansę na
szybkie zwycięstwo po śmierci Imperatora.
Zadanie, powierzone mu przez wielką admirał Sloane, nie było tym, jakie
wybrałby sam. Ale było wystarczające. Potrzebował prawdziwego Imperium,
by utrzymać swoich ludzi przy życiu.
Przynajmniej do chwili, aż ich to wszystkich zgubi.
- Otrzymaliśmy jakąś odpowiedź? Jakikolwiek sygnał z planety? - spytał.
Heirorius odwrócił się od stanowiska łączności.
- Nie, pułkowniku. Wykrywamy na powierzchni skoki energii - sądzę, że
ładują działa jonowe.
Heirorius dołączył do Skrzydła Cienia na Dybbronie III, gdy tamten świat
został zniszczony w trakcie drugiej odsłony Operacji Popiół. Soran mógł
jedynie przypuszczać, że mężczyzna rozpamiętywał to, co się tam wtedy
wydarzyło, choć weteran o dwudziestoletnim stażu był zbyt dobrym
fachowcem, by dać to po sobie poznać.
- Dobrze. Przekażcie rozkaz: wchodzimy. Eskortowce zajmą pozycję przy
księżycach. Komandor Broosh poprowadzi myśliwce TIE w atmosferę.
Do tej pory na mostku panowała cisza, przez którą przebijały się jedynie
szum maszyn i melodie konsolet, jednak po tych słowach dał się słyszeć
szmer. Załoga przekazywała rozkazy i transmitowała cele. Przewijające
się po iluminatorze bieżące informacje zmieniały barwy i nabierały
intensywności, w miarę jak eskadry TIE obierały wyznaczone kursy, a większe jednostki przygotowywały się, by zapewnić im ogień osłonowy. Do
eskortowców "Yadeez" należały para wyposażonych na nowo, nieobsadzonych
w pełni korwet typu Raider, piracka kanonierka pozyskana z zabezpieczonych dowodów rzeczowych na Dybbronie i jednostka wywiadowcza,
którą ogołocono ze sprzętu i przygotowano do walki. Eskadry TIE
stanowiły imperialny standard jedynie przez kontrast z jednostkami
eskorty. Przepisowe podzespoły ustąpiły miejsca łataninie części, a dawniej jednolite składy podstawowych maszyn TIE dziś uwzględniały
myśliwce TIE Interceptor, TIE Bomber i TIE Striker, a także inne
dziwaczne maszyny zarekwirowane ofiarom Dwieście Czwartego.
Żadna jednostka Skrzydła Cienia nie dysponowała wystarczającą siłą
ognia, by zamienić Fedovoi End w pozbawioną życia kupę skały. Jednak od
czasu bitwy o Endor musieli opanować sztukę improwizacji, a pierwsza
Operacja Popiół już udowodniła, że każda planeta ma jakąś słabość.
- Myśliwce TIE zmierzają wprost ku stolicy? - zapytała doradczyni
Sorana, stojąca po prawej za jego plecami.
- Najłatwiej wyeliminować planetarne systemy obronne, by potem przejść
do prawdziwej pracy.
- Może i najłatwiej, ale co z korzyściami, jakie zapewnia panika
wzbudzana wśród sił wroga?
Soran zmarszczył czoło i obrócił się. Porucznik Yrica Quell stała ze
skrzyżowanymi rękoma. Miała na sobie luźną koszulkę z ciemnego
materiału, która nie ukrywała zbyt dobrze jej wychudłego ciała. Gdy
spotkał ją po raz pierwszy, wydała mu się wysmukła, ale krzepka niczym
stalowy dźwigar; teraz jednak dźwigar został pocięty i przerobiony na
drucianą siatkę.
- Proszę wyjaśnić - poprosił Soran tonem instruktora zwracającego się do
ucznia.
- Już wysłali w naszą stronę to, co mieli. Stanowią prawdziwe zagrożenie
jedynie z bliskiej odległości. Gdybyśmy najpierw zaatakowali obszary
podbiegunowe, owszem, poznaliby nasz plan, ale i tak zabrakłoby im
mobilności, by nas powstrzymać. Im dłużej przeciągniemy misję, tym
większy strach wzbudzimy. A wystraszeni z pewnością zaczną popełniać
błędy.
- Zapewnilibyśmy im czas na przygotowania - zauważył Soran. - Załóżmy,
że nasza ocena ich potencjału jest niedokładna - gdybyśmy wreszcie
zaatakowali stolicę, ryzykowalibyśmy utratę myśliwców. I pilotów.
Quell zamrugała przekrwionymi oczyma, niemal w pełni przysłoniętymi
przez kosmyki włosów.
- Równie dobrze mogłoby się okazać, że Rada Yomo została obalona przez
samych obywateli. Niemożliwe, by sytuacja na planecie była stabilna.
Przerażeni cywile i lojaliści mogą zacząć ze sobą współpracować, o ile
zapewnimy im nieco czasu.
Soran rozważył argument. Pomysł Quell był zasadny, ale i obarczony
ryzykiem. Jego doradczyni sugerowała, by wprowadził niewiadome do
równania, które już prawie zostało rozwiązane, a mimo to...
- Dobrze - odparł. W ostatnich tygodniach przekonał się, że może polegać
na instynktach Quell, choć nie zawsze może im ufać.
Odwrócił się zbyt szybko, by zauważyć jej reakcję, choć wyobrażał sobie
ten sam beznamiętny wyraz twarzy, jaki przybrała, odkąd dotarła na
pokład "Yadeez". Wydał nowe rozkazy Heiroriusowi i głosy na mostku
subtelnie zmieniły ton. Przez iluminator nadal przelatywały dane.
Odczekał minutę, potem dwie. Bacznie studiował pole bitwy w poszukiwaniu
czegokolwiek, co by wzbudziło jego niepokój - drugiej części sił wroga
ukrytej za jednym z księżyców, podziemnych planetarnych systemów
obronnych o zasięgu większym niż ich działa jonowe - ale niczego takiego
nie znalazł.
Pierwsze bombowce TIE dotarły nad północną pokrywę lodową. Soran zmienił
częstotliwość kanału na mostku i wysłuchał, jak komandor Broosh wydaje
rozkaz, by spuściły ładunki nad strefą docelową. Obrazy transmitowane
przez myśliwce ukazywały kruszejący lód, który w okamgnieniu zmieniał
się w parę. Większe fragmenty lodu wokół krawędzi leja wpadały do
środka, a w powietrze wznosiły się kłęby gazów uwięzionych pod
powierzchnią od tysiącleci.
Soran odwrócił wzrok od ekranu i gestem przyciągnął uwagę Nenveza.
- Proszę po mnie posłać, jeśli będę potrzebny - powiedział i pomaszerował ku włazowi prowadzącemu z mostka do centralnego korytarza.
Usłyszał za sobą kroki, ale się nie obejrzał.
Pokonał może sześć metrów, gdy znów usłyszał głos Quell. Znaleźli się
już poza zasięgiem słuchu załogi mostka.
- Nie nadzoruje pan misji?
Nie zatrzymał się.
- Nie.
- To misja bojowa.
- Póki nie dojdzie do kontrataku, tak naprawdę to projekt
geoinżynieryjny.
- Jest pan ich dowódcą. - Jej głos był zaprawiony goryczą.
- I wydałem im rozkazy. Wierzę, że wypełnią je bez potrzeby
drobiazgowego nadzoru. Mam inne obowiązki, które wymagają mojej uwagi.
"Ludobójstwo - pomyślał Soran - jest niezwykle praco-chłonnym
przedsięwzięciem, gdy nie ma się pod ręką Gwiazdy Śmierci". Pierwsza
Operacja Popiół wykorzystywała w tym celu satelity kontroli pogody,
trzęsienia ziemi i sztuczne tsunami; z kolei atmosfera Fedovoi End miała
się stopniowo degenerować, w miarę jak bombowce TIE będą uwalniały coraz
to liczniejsze pokłady podziemnego gazu. Bazy wojskowe na powierzchni
są, rzecz jasna, zabezpieczone przed atakami chemicznymi, ale Skrzydło
Cienia będzie w stanie zneutralizować zagrożenie metodami tradycyjnymi.
Populacja planety była na tyle mała, że znajdowało się na niej niewiele
placówek wojskowych.
Zastanawiał się, czy emocjonalny ciężar takiej operacji nie jest większy
niż ten, który dźwigali artylerzyści z Gwiazdy Śmierci, eliminujący
miliardy jednym pociągnięciem dźwigni. Zdusił myśl w zarodku - zmusiłaby
go do wyciągnięcia dziwnych, nieprzyjemnych wniosków, a przecież i tak
nie miał wyboru.
Ruszył przed siebie. Doradczyni nie podążyła za nim. Machnął dłonią.
- Może mi pani towarzyszyć, poruczniku. Chciałbym zasięgnąć pani opinii.
- Tak jest, sir - odparła Quell. Została przywołana do porządku, ale nie
dała tego po sobie poznać.
Pokonywali plątaninę korytarzy. Przeciskali się przez włazy i kucali pod
przewodami i rurami. Zapach starego metalu ustąpił zapachowi gotujących
się warzyw i tłuczonych ziaren, potem zapachowi potu, a na koniec -
zapachowi smaru, w miarę jak mijali mesę, kajuty i maszynownię. Systemy
wentylacyjne na gwiezdnych niszczycielach filtrowały nieprzyjemne wonie;
stuletni ciężki frachtowiec nie był wyposażony w takie luksusy. Gdy
Soran dotarł do własnej kajuty, musiał wprowadzać kod dostępu trzy razy,
nim mechanizm zamka zapikał i w drzwiach pojawiła się dwucentymetrowa
szpara. By otworzyć je do końca, musiał za nie pociągnąć.
Wewnątrz wykonał jeden krok i natychmiast znalazł się przy krześle i biurku. Gestem wskazał Quell, by usiadła na jego pryczy. Wysunął z blatu
ekran terminala i przejrzał wiadomości.
- Chciał pan porozmawiać? - spytała Quell.
- Proszę znów opowiedzieć mi o Skrusze Zdrajcy - polecił, po raz
pierwszy, odkąd zeszli z mostka, patrząc wprost na nią.
- A o czym konkretnie?
Bezskutecznie próbowała zamaskować niepokój. Niewątpliwie martwiła się,
że poddaje ją jakiemuś testowi. Może i tak było - w końcu Yrica Quell
stanowiła niewiadomą - choć świadomie nie uciekał się do podstępu.
- Wcześniej powiedziała pani, że tacy jak ona - imperialni, którzy
przeszli na stronę Nowej Republiki, a którzy nie zostali powołani do sił
zbrojnych - znaleźli się niejako w stanie zawieszenia, jakby świat o nich zapomniał.
- Zgadza się.
- Od tamtej pory minęły całe miesiące. Co się z nimi wszystkimi stało?
- Ma pan na myśli to, czy nadal tam są? - Quell zaczekała. Gdy Soran
przytaknął, dodała: - Może nie tam
konkretnie, ale strzelam, że nadal pozostają w stanie
zawieszenia. Wątpię, czy Nowa Republika przyjmuje wielu dezerterów tyle
miesięcy po Endorze... możliwe, że wobec tego zamknęła Skruchę Zdrajcy
na dobre. Przeniosła najgorsze szumowiny do stałej placówki wraz ze
wszystkimi, których planują osądzić i ukarać.
- Uważa pani, że po jej ucieczce wzmocnili środki bezpieczeństwa w placówce?
- Możliwe. Choć wątpię, że zależało im na tyle, by przeznaczyć na to
zasoby.
Soran znów przytaknął. Bacznie przyglądał się Quell. Pozwolił błądzić
myślom. Gdy opowiadała o Skrusze Zdrajcy, mówiła z beznamiętnością
analityka, nie z pasją kogoś, kto doświadczył upokorzeń. Nie powinno go
to dziwić - Quell nigdy nie przyznałaby się do utraty kontroli.
Walczyłaby, by zachować stoicką godność w obecności przełożonego -
jednak w ten sposób tworzyła między nimi przepaść, której nie był w stanie pokonać.
W końcu właśnie on odpowiadał za to, że trafiła do Skruchy Zdrajcy. To
on uświadomił jej, że wojna została przegrana, że zniszczy samą siebie,
jeśli zostanie w Dwieście Czwartym, by kontynuować pierwszą Operację
Popiół. Koniec końców to on nakazał jej, by zdezerterowała. Po wszystkim
sam opuścił oddział w złudnej nadziei, że inni podążą jego śladem. Gdy
Quell została pochwycona i była przesłuchiwana w oczekiwaniu na wyrok, a rebelianci rekrutowali wśród jej kompanów z placówki, sam został
wędrowcem Devonem.
W okresie, który spędzili z dala od Skrzydła Cienia, oboje przekonali
się, że Nowa Republika niechętnie wybacza błędy. Podczas gdy Devon
powrócił do Dwieście Czwartego, gdy dowiedział się o tragedii nad Pandem
Nai - noworepublikańskim ataku, który doprowadził do śmierci pułkownik
Shakary Nuress i o mało nie spowodował zniszczenia planety - Quell gniła
i miotała się, aż wreszcie straciła wszelką nadzieję, że ułoży sobie
życie na nowo pod władzą kanclerz Mothmy. Powiedziała mu, że uciekła i zlokalizowała Skrzydło Cienia w układzie Cerberon.
A od tamtej pory? Na tyle, na ile mógł, potwierdził jej historię. Uznał,
że jest wystarczająco wiarygodna. Jasne, znalazły się w niej luki,
celowe pominięcia i zatajenia, wskazujące na to, że prawda jest nieco
bardziej skomplikowana. Uznał jednak, że w większości jest z nim
szczera, a teraz ponosił za nią odpowiedzialność.
Zaoferował jej pozycję doradczyni. Z powołania była pilotką, ale
najpierw brakowało dla niej TIE-a, a potem, gdy odzyskali trzy
uszkodzone TIE Strikery i dołączyli je do pułku, sama uznała, że inni
piloci bardziej potrzebują maszyn. Walka wyraźnie straumatyzowała ją do
tego stopnia, że jej unikała. Soran nie miał o to do niej pretensji,
jednak nie potrafił powiedzieć, jak dalece się zmieniła ani co takiego
jego własna przemiana oznaczała dla ich relacji mentor-uczeń.
- Rozpoczęli procesy pokazowe - powiedział. Nie był pewien, na jak długo
pogrążył się we własnych myślach. Quell okazała zainteresowanie tematem
jedynie z uprzejmości. - Fara Yadeez trafiła pod sąd. Oskarżono ją o rażące naruszenia praw istot świadomych - jakby to, że była ostatnią
gubernator układu Cerberon, oznaczało, że musi zapłacić za grzechy
wszystkich poprzedników. - Wbił wzrok w ekran i przejrzał jakiś tuzin
linijek wiadomości i meldunków. - Nie wątpię, że niektórzy imperialni
żołnierze dopuścili się przerażających czynów, ale jakie są szanse, że
zostaną poddani słusznej, sprawiedliwej ocenie przez swoich wrogów?
- Pytanie retoryczne? - spytała Quell.
- Nie. Miała pani więcej do czynienia z Nową Republiką niż ja.
Na te słowa Quell się skrzywiła.
- Nie jestem pewna, co w tych okolicznościach znaczą słowa "słuszność" i "sprawiedliwość".
- A Imperium było sprawiedliwe? - spytał Soran. Mógł dodać: "Że
zniszczenie Nacronisa czy Fedovoi End jest sprawiedliwe?", ale tylko
zraniłby Quell. Niczego by jej nie nauczył.
- Nie - odparła.
- Zatem musi pani uważać, że słuszność, sprawiedliwość - czymkolwiek by
nie były - nie sprowadzają się do zachcianek siły politycznej, która
akurat znajduje się u władzy. Są czymś więcej.
- Skoro pan tak mówi - odparła. - Ale nie potrafię powiedzieć czym.
- Zatem proszę sobie zadać pytanie: czy rebelianci są w stanie zapewnić
swoim wrogom sprawiedliwy osąd?
Na twarzy Quell rezygnacja ustąpiła miejsca gorzkiemu rozbawieniu.
Sprawiała wrażenie kobiety, która właśnie przegrała grę, a jednocześnie
była zachwycona stylem swojego przeciwnika.
- Nie. Nie wydaje mi się.
- Mimo to nas osądzą, a gdy my będziemy próbować ujść przed ich
sprawiedliwością, staniemy się... - Uniósł dłoń. Zamierzał wskazać
ściany, znajdujące się za nimi gwiazdy i bezcelowe dzieło zniszczenia
dokonujące się na planecie. Quell obserwowała go wyczekująco, ale choć
wiedział, że jego doradczyni jest zmęczona rozlewem krwi, przesiąknięta
śmiercią, nie znał jej już na tyle dobrze, by w jej obecności wypowiadać
słowa, które mogłyby zostać uznane za zdradzieckie.
Z opresji wybawił go dźwięk dobiegający z korytarza. Zamek kajuty
zamruczał i drzwi odsunęły się o dwa centymetry. Quell wstała z pryczy.
Soran nakazał jej gestem, by usiadła, a sam podszedł do wejścia.
Nie ujrzał niczego przez szparę. Nie usłyszał też żadnego nowego
dźwięku. Szybkim, gwałtownym ruchem odsunął drzwi. Po drugiej stronie
stała istota w czerwonej szacie, która zamiast twarzy miała skruszoną
szklaną płytkę. Jedna ręka zwisała luźno u jej boku, ucięta w połowie
długości między łokciem a ramieniem. Postać byłaby całkowicie
nieruchoma, gdyby nie rąbek szaty, delikatnie falujący nad posadzką
wokół nieobecnych nóg.
Za szklaną tarczą pojawiła się na chwilę pomarszczona twarz, ale zaraz
ponownie zniknęła, jakby została wydobyta z mroku przez nagłą
błyskawicę.
- Sprzeciw! - zawył głos. - Sprzeciw! Sprzeciw!
Twarz należała do zmarłego Imperatora, ale głos już nie.
- Czego on chce? - spytała Quell.
- Niczego, co mógłby wyrazić słowami - odparł Soran. - Jeśli Posłaniec
Imperatora nadal ma dla nas przesłanie, spoczywa ono zamknięte wewnątrz
jego syntetycznego mózgu.
Maszyna jeszcze przez chwilę stała w progu, a potem, jakby poczuła się
obrażona, odwróciła się i, unosząc się nad posadzką, oddaliła
korytarzem.
Soran poczuł, że dudni mu serce. Wypuścił z sykiem powietrze. Dawniej
był przekonany, że pozbył się Posłańca na dobre - był zwiastunem
Operacji Popiół, ucieleśnieniem korupcji zżerającej dawne Imperium,
niepokojącym Skrzydło Cienia od czasów bitwy o Endor. Myślał, że ten już
zniknął, jednak droid powrócił. Gdy Soran uległ wreszcie swej furii i skruszył szklaną tarczę, Posłaniec nie zareagował.
Choć to marna pociecha, był zadowolony, że jego ludzie są zbyt
pochłonięci misją, by oddawać cześć maszynie. (Przypomniał sobie Norda
Kandendego na pokładzie "Aerie", który złożył Posłańcowi perwersyjną
ofiarę krwi). Próby, jakim zostali poddani w układzie Cerberon,
sprawiły, że oddział skupił się na przeżyciu, a od tamtej pory wyzwania
związane z Operacją Popiół - codzienny kierat w służbie Imperium,
nawiązywanie kontaktów z sojusznikami i współuczestnictwo w ogólnych
działaniach Floty - odwróciły uwagę członków pułku od zabobonów, którym
dawniej ulegali, gdy ich umysły próżnowały. Przynajmniej na chwilę
obecną. Izolacja powodowała zagubienie; hierarchia zapewniała trzeźwość
umysłu.
Jakże chętnie Skrzydło Cienia poświęciło się nowej Operacji Popiół. Byli
zbyt wdzięczni, że otrzymali cel, by długo zastanawiać się nad naturą
ich obowiązków.
- Może pani odejść - powiedział do Quell.
- Sir?
Odstąpił od otwartych drzwi i zmusił się do tego, by choć nieznacznie
się uśmiechnąć, by dać do zrozumienia Quell, że to nie ona była winna
zmiany jego nastroju.
- Powinna pani odpocząć. Jeśli misja na Fedovoi End będzie miała tak
prosty przebieg, na jaki się zanosi, odetchniemy chwilę. Przed nami
kolejne misje. Czekają nas poważne wyzwania.
Quell przyglądała się mu bacznie. Niemal spodziewał się, że spyta:
"Jakie misje?", jednak doradczyni w końcu skinęła głową i przeszła obok,
wychodząc na korytarz. Soran zasunął za nią drzwi.
Miał przed sobą mnóstwo pracy: meldunki, plotki i wiadomości
nadciągające z całej galaktyki, które sunęły po ekranie, orgia
zniszczenia, dokonująca się na pobliskiej planecie, a także kwestia
Quell i tego, czego mógł się po niej spodziewać.
Jednak obecnie mielił w myślach słowa maszyny.
"Sprzeciw! Sprzeciw! Sprzeciw!"
ROZDZIAŁ 3
"UPADEK KHUNTAVARYANU"(BALLADA NIEZNANEGO POCHODZENIA)
I
Tu pułkownik Soran Keize z krążownika
"Yadeez", dowódca Dwieście Czwartego Pułku Imperialnych Myśliwców. W odpowiedzi na zdradliwe czyny Rady Yomo, do których między innymi należą
sprzeciw wobec rozkazu wielkiej admirał Sloane, nakazującego przekazanie
środków do sektora D'Aelgoth, odmowa uznania prawowitego władcy Imperium
na Coruscant oraz sojusz z Syndykatem Shiortuun, zostaliśmy wysłani, by
wymierzyć waszemu światu srogą karę.
Ciemne włosy mówiącego okalały kwadratową twarz o cienkich ustach.
Mężczyzna przemawiał beznamiętnym tonem patologa odczytującego raport z autopsji. Hera Syndulla ledwie się mu przyglądała. Widziała holonagranie
już trzy razy, a teraz liczyło się tylko to, jak zgromadzeni w sali
zareagują na tę koszmarną wiadomość.
Wokół ciemnego stołu konferencyjnego zasiedli Wyl Lark, Kairos, Chass na
Chadic i Nath Tensent - pozostali przy życiu członkowie grupy, którą
Caern Adan nazwał "grupą zadaniową Nowej Republiki rozpracowującą
Dwieście Czwarty Pułk Imperialnych Myśliwców". Milczeli. Blask
błękitnego światła hologramu odbijał się w ich twarzach. Hera wbiła w nich wzrok, jakby w ten sposób mogła przeniknąć ich myśli - zrozumieć,
dlaczego Wyl i Nath siedzą tak daleko od siebie, dlaczego Chass na
Chadic tak mocno zaciska szczękę i wpatruje się tępo w przestrzeń,
dlaczego wyciągnięte dłonie Kairos drgają, jakby pilotka U-winga była
niewidomą, badającą kontur twarzy Keizego.
Nie miała wątpliwości, że są rozkojarzeni, ale musiała wiedzieć, czy są
gotowi.
Na nagraniu wybrzmiała ostatnia groźba i hologram zniknął. W sali odpraw
"Wybawienia" włączyły się światła. Piloci wyprostowali się na krzesłach
i Hera przerwała ciszę.
- Nagranie pochodzi sprzed trzech dni - oznajmiła. - Było zapętlone i nadawane na paśmie, do którego zyskaliśmy dostęp dzięki imperialnemu
konwojowi - jakby ktoś specjalnie wygłosił tę groźbę. Nie otrzymaliśmy
jeszcze informacji o sytuacji na Fedovoi End. Możemy jedynie założyć, że
Skrzydło Cienia już wycofało się z układu. - Mówiła dalej. Starała się
zachować jednolity ton głosu, by zdusić w zarodku gniew. - Według
ostatnich dostępnych danych Fedovoi End zamieszkiwało pół miliona
wojskowych wraz z rodzinami. Planeta była przede wszystkim placówką
wojskową, fakt - ale nie widzieliśmy takiej masakry od czasów Operacji
Popiół.
Nath sarknął, jakby jej słowa w ogóle go nie zdziwiły. Dłonie Kairos
znajdowały się centymetr nad blatem biurka.
- Imperium pożera swoich - skwitowała Chass.
- Tak - zgodziła się Hera. - Lojaliści przystąpili do wojny z frakcjami
rozłamowymi - i biada cywilom, którzy znajdą się na linii ognia.
- Soran Keize - powiedział Wyl. - Słyszeliśmy już o nim.
Nie użalał się. Był skupiony. "Dobrze - pomyślała Syndulla. - Wiem, że
nie jest wam łatwo".
- Słyszeliśmy - zaczęła Hera, jednak wtedy Nath uniósł palec i Twi'lekanka skinęła głową, dopuszczając go do głosu.
- Wywiad przesłał nam pliki około godziny temu - powiedział starszy
pilot. - Soran Keize, zastępca pułkownik Shakary Nuress i as
przestworzy, żołnierz o przeszło dwudziestoletnim doświadczeniu.
Wyszkolił większość kadry, która poświęciła życie Skrzydłu Cienia.
Ostatnio, gdy o nim słyszeliśmy, był majorem, ale...
- ...ale wtedy sądziliśmy też, że jest martwy - skończył za niego Wyl.
Nath znów sarknął.
- Bo tak nam powiedziała Quell. Z pewnością nie było go na Pandem Nai -
po wyeliminowaniu Nuress oddział faktycznie został pozbawiony przywódcy.
Wtedy nie wiedzieliśmy, że Adan dysponował poszlaką, według której Keize
żył i znajdował się w innym miejscu.
"Co by oznaczało, że Yrica Quell okłamała nas w kwestii jej mentora, tak
samo jak kłamała w kwestii uczestnictwa w Operacji Popiół". Myśl ta
pojawiła się w głowie Hery wraz z ukłuciem złości i rozgoryczenia,
którym towarzyszył ciężar żalu. Niezależnie od win Yriki Quell - a tych
było wiele - dawna imperialna była jej podopieczną, a jej udział w ludobójczym ataku na Nacronisa został ujawniony na kilka godzin przed
jej śmiercią. Hera nie potrafiła powiedzieć, co by zrobiła, gdyby była
tam na miejscu - czy by ją przytuliła, zamknęła za jej zbrodnie, czy
może jedno i drugie.
"A jeśli sama przeżywasz takie rozterki, wyobraź sobie, co czują
pozostali".
- Adan wiedział? - spytała Kairos ledwie słyszalnym głosem.
- Poprosił podwładnych, by przyjrzeli się przeszłości Quell - odparł
Nath - i w ten sposób natrafił na Keizego. Wygląda na to, że opuścił
Skrzydło Cienia po Nacronisie, mniej więcej w tym samym czasie co Quell.
O ile dobrze pamiętam, w końcu odnaleźli go na błotnistym świecie o nazwie Vernid. Zmienił nazwisko, najął się w kopalni... nigdy nie
ustaliliśmy, jakie miał zamiary. Gdy Wywiad wreszcie doprowadził do
konfrontacji, zabił wysłanych za nim agentów i zniknął.
Nath poruszył się na krześle i skrzyżował ręce.
- Nie wiemy, kiedy wrócił do Skrzydła Cienia, ale Nasha Gravas i jej
ludzie przeczesują wszystkie ślady z Troithe. Nagrania z kamer
ulicznych, ślady biologiczne, wszystko z czasu, gdy Skrzydło Cienia było
uziemione. Wszystkie poszlaki łącznie wskazują na to, że przynajmniej od
tamtej pory pułkiem dowodził Keize.
Chass zmarszczyła czoło.
- Więc to on ponosi winę za wszystko, co się stało? Zniszczenie
"Gwiazdy" i mojego myśliwca?
- Na to wygląda - zgodził się Nath.
- Więc i Adan ponosi winę za to, że
trzymał nas w niewiedzy? O Keizem? O Quell? - Oczy Chass rozbłysły. - A może to Quell ponosi winę za to, że zapomniała wspomnieć o tym, że jej
dawny szef-morderca nadal się wozi po
galaktyce?
- Chass... - zaczęła Hera, ale uświadomiła sobie, że zwrócenie uwagi
pilotce tylko zaogni nastroje, choć nie podobał jej się kierunek, jaki
obrała rozmowa.
Wtrącił się Wyl.
- Kiedy znaleźli go na Vernidzie... Czy to możliwe, że zdezerterował?
Może próbował zostawić to wszystko?
Chass prychnęła.
- No to zmienił zdanie.
- Powiedzmy, że to możliwe - uznał Nath - ale zgadzam się z Chass.
Vernid był jakiś czas temu, a obecnie... - Machnął dłonią, jakby chciał
w ten sposób podsumować holowiadomość.
W sali zapanował chaos. Nath rozparł się na krześle i zaczął spekulować
na temat kontaktów Keizego z główną flotą imperialną. Chass rzucała
szydercze uwagi o tajemnicach Quell i sekretach Wywiadu Nowej Republiki.
Wyl zachodził w głowę, jak obecność Keizego może wpłynąć na ogólną
taktykę Dwieście Czwartego, a jednocześnie ukradkiem wyświetlał
informacje o Fedovoi End i skupiskach ludności na planecie.
- Historia się powtarza - powiedziała Kairos, choć nie słyszał jej nikt
prócz Hery. Nath i Chass nie przerywali swoich monologów.
- Historia się powtarza! - tym razem
wykrzyczała ochrypłym głosem Kairos.
Pozostali zamilkli.
Hera przytaknęła wolno.
- Tak. Znów mordują światy.
Wyglądało na to, że jej potwierdzenie zadowoliło Kairos. Wpatrywała się
w blat stołu.
- Ile? - spytał Wyl. Tym razem Hera spostrzegła, że młody pilot jest
pełen żalu, ale nie miała do niego pretensji. - Wiemy? Czy Fedovoi End
jest pierwsza?
- Nie mamy potwierdzenia, ale kapitan Misk - dowódca konwoju -
powiedział, że padły już co najmniej trzy planety. - Hera wstała od
stołu. Odzyskała kontrolę nad spotkaniem, choć nie była pewna, czy tego
chce. - Dybbron III, Kortatka, a teraz Fedovoi End. Wszystkie zamilkły,
są między nimi podobieństwa i wszystkie znajdują się niemal w linii
prostej z perspektywy kogoś, kto przemierza ten region.
- Wiemy, dokąd teraz się wybierają? - spytał Wyl.
Nath już miał się odezwać, ale tym razem Hera nie dopuściła go do głosu.
- Jeszcze nie - odparła. - Tak daleko od Jądra system przekaźników jest
niestabilny - trudniej nam pozyskiwać meldunki ze światów Nowej
Republiki, a co dopiero ze światów imperialnych - więc nie dysponujemy
wystarczająco aktualnymi danymi wywiadowczymi. Możemy jednak
domniemywać, że Skrzydło Cienia będzie kontynuowało misję, by zniszczyć
każdą planetę okupowaną przez imperialne frakcje rozłamowe, a w tym
celu... - Zaczerpnęła powietrza i od razu je wypuściła. - ...podjęliśmy
się misji, by je powstrzymać. By uratować życie ich potencjalnym
ofiarom.
Obserwowała twarze zgromadzonych, na których zaczęło się malować
zrozumienie.
- No dobrze - powiedział łagodnie Wyl - ale co z Fedovoi End i resztą?
- Jednostki, które pozostawiliśmy w regionie Nythlide, miały do nas
dołączyć po wykonaniu zadań na miejscu, jednak przekierowałam je do
wspomnianych systemów w poszukiwaniu niedobitków - oznajmiła Hera. -
Oznacza to, że przez pewien czas "Wybawienie" będzie zdane tylko na
siebie.
Hera ujrzała, jak Nath spogląda na Chass, a potem na Kairos. Theelinka
potrząsała głową, jakby kołysała się na lekkim wietrze. Kairos wodziła
palcami nad blatem stołu, rysując niewidzialne linie. Możliwe, że
opisywała w ten sposób układy gwiezdne i trasy nadprzestrzenne. W końcu
Nath wzruszył ramionami i powiedział:
- A ten plan w ogóle został zatwierdzony przez Senat? - Wyl zaczął coś
mówić, ale Nath jeszcze nie skończył. - Mówimy o misji, która ma polegać
na obronie imperialnych przyczółków. Ryzykowaniu życiem naszych sił, by
obronić wroga.
- Pieprzyć to! - rzuciła Chass.
- Te światy zamieszkane są przez ludność cywilną - zauważył Wyl
spokojnym, lecz stanowczym głosem. - A nawet gdyby tak nie było...
- Ludność cywilną, która opowiadała się po stronie Imperium przez cały rok, odkąd... - mamrotała pod nosem
Chass.
Wyl podniósł głos.
- ...i tak mielibyśmy obowiązek, by...
- Hej, jestem po twojej stronie - oznajmił Nath. - Po prostu pytałem.
- Światy krwawią - szepnęła Kairos. - Gwiazdy krwawią.
- Dość tego! - Hera nadal stała, a jej ostry ton sprawił, że pozostali natychmiast zwrócili na nią uwagę. -
Koniec dyskusji. To ja dowodzę tym oddziałem. Nie będziemy stać
bezczynnie, gdy Skrzydło Cienia dopuszcza się kolejnych okrucieństw czy
uzupełnia siły. Plan jest następujący: miniemy Fedovoi End i obierzemy
trasę zgodnie z najbardziej uzasadnionymi przypuszczeniami dotyczącymi
kolejnego celu, wysnutymi na podstawie najbardziej aktualnych danych
wywiadowczych. Musicie zacząć pracować z myślą o tym celu i być gotowi
do lotów.
Nikt nie zakwestionował jej słów. Tyle dobrego - nie liczyła na więcej.
Pięć minut później rozmowa dobiegła końca i generał siedziała przy stole
z łokciami na blacie.
Siłą woli i uporem zdołała uniknąć najgorszego. Nikt nie zwrócił uwagi
na to, że nie odpowiedziała na pytanie Natha dotyczące zgody Senatu.
Nikt nie spytał, jakie dane wywiadowcze powiodą ich ku Skrzydłu Cienia.
Co do tego pierwszego... Hera wierzyła w demokrację, w Senat Nowej
Republiki i w kanclerz Mon Mothmę. Jednocześnie wiedziała, że szafowanie
życiem noworepublikańskich żołnierzy, by uratować uparcie trwających
przy swoim imperialnych, wzbudzi kontrowersje w stolicy. Zamierzała
stawiać czoła konsekwencjom na bieżąco.
Co do tego drugiego... Wywiad Nowej Republiki pokierował ich do tej
części galaktyki dzięki temu, że udało mu się z nasłuchem. Byłoby
głupotą się spodziewać, że nadal będą mieć tyle szczęścia i bez trudu
powstrzymają Skrzydło Cienia... jednak obecnie szczęście było jedyną
bronią w jej arsenale.
"Przynajmniej - pomyślała ponuro - Soran Keize nie będzie problemem,
jeśli w ogóle nie odnajdziemy Dwieście Czwartego".
II
Chass na Chadic opuściła salę odpraw najszybciej, jak tylko mogła. Gdy
Syndulla skończyła przemowę, Theelinka wstała tak gwałtownie, że aż
zakręciło się jej w głowie. Na zewnątrz, przy wtórze narastających
pomruków niezadowolenia, przepchnęła się przez tłum inżynierów, oficerów
lotu i analityków danych, po czym wdusiła przycisk turbowindy na końcu
korytarza jakiś tuzin razy.
"Pieprzyć gwiezdny niszczyciel. Pieprzyć Syndullę. Pieprzyć pułkownika
Keizego i Skrzydło Cienia, i Yricę Quell, i wszystkich, którzy stoją po
stronie potworów".
Brała udział w śmieciowej misji dla śmieciowych ludzi na okręcie
zbudowanym przez Imperium, które z każdym dniem coraz bardziej
przypominało Nową Republikę, a teraz jeszcze ewidentnie mieli walczyć o to, by je chronić.
"Jeden oprawca równy drugiemu" - oznajmił głos w jej głowie. Z początku
uznała, że jej własny, ale nie. Pachniał jak olejek różany i deszcz; jak
grzyby porastające uperfumowaną twarz. "Ale przecież nie dlatego jesteś
wściekła".
Była już w turbowindzie i czekała, aż ta ruszy.
- Nie potrzebuję powodu, by się wściekać - burknęła pod nosem. - Dlatego
jestem taka urocza.
Turbowinda zamruczała. Wyobraziła sobie spowitą ogniem twarz pułkownika
Keizego, ale dało jej to mniej satysfakcji, niż myślała. Głos w jej
głowie dopowiedział: "Moc pragnie rozwoju życia, spokoju, wspólnoty.
Jednak ci, którzy obejmują władzę, jedynie walczą między sobą, okłamują
cię i pożerają się nawzajem żywcem. Gdzie jest twoja społeczność, Mayu
Hallik?".
Przestało jej się kręcić w głowie. Spadło jej tętno. Opuściła turbowindę
i znalazła się w hangarze, gdzie na wpół zdemontowane podwieszenia
TIE-ów zwisały z sufitu niczym abstrakcyjne rzeźby w korporacyjnym
lobby. Obsługa płyty krzątała się wokół noworepublikańskich myśliwców.
Sierżant Ragnell krzyknęła coś w jej kierunku - jakieś ostrzeżenie? - a Chass ominęła wózek widłowy, nim dotarła do celu.
W hangarze nie mogła zaznać prywatności, ale co innego w kokpicie
B-winga. Wspięła się po drabince, zasiadła w postrzępionym fotelu i zamknęła osłonę. Rozmowy członków obsługi i szum maszynerii "Wybawienia"
nagle zostały przytłumione wraz z perfumowanym głosem w jej głowie.
Chass zwróciła uwagę na własny rzężący oddech i na trzask w kościach,
gdy osunęła się w siedzisku. Po kokpicie tańczyły cienie rzucane przez
rozmaite osobliwostki zawieszone na śrubach ramy osłony: miedziany
medalion w kształcie pierścienia z Kościoła Mocy, skradziony kumpeli z celi, gwiazdę z plastoidu, którą znalazła w spalonym apartamencie na
Troi-the, gdy czekali na nowy okręt flagowy, garść amuletów od
uzdrowicielki z Cyrku Cielesnych Zachcianek.
Gdy już doszła ze sobą do ładu, jej prawa dłoń powędrowała ku metalowej
skrzynce schowanej pod fotelem. Otworzyła wieko, złapała ostrą krawędź
szorstkimi opuszkami palców i wyjęła chip z nagraniem. Musiała zmrużyć
oczy, by przeczytać opis: LEKCJA 17.
Dawniej miała kolekcję muzyki. Całymi latami zbierała nagrania, które
popadły w zapomnienie lub zostały zakazane przez Imperium, a także
największe popowe hity znane połowie galaktyki (bo zwyczajnie były dobre, a nawet idioci z Coruscant raz na
jakiś czas potrafili rozpoznać porządny beat). Zgromadziła sześć godzin
przyprawiającego o ból uszu zabrackiego conserlista i każdy kawałek
nagrany przez Yatch Corzum, Królową Echo-Wave'u (może poza "Nienawidzę
raf - i ciebie, drogi eksie", ale ten kawałek prawdopodobnie w ogóle nie
istniał). A teraz cała kolekcja przepadła. Przypuszczalnie dryfowała
przez pas cerberońskiego kosmicznego śmiecia, zastąpiona kazaniami
Dzieci Pustego Słońca.
Kazania stanowiły pożegnalny prezent od kultu, który przetrzymywał ją
(nie, zinfiltrowała go jako Maya
Hallik, nigdy nie była więźniem), gdy
Wyl i Nath bawili się w tworzenie własnej eskadry na Troithe. Prezent od
Let'ij, żądnej władzy dziwaczki o porośniętej grzybami twarzy, która
głosiła frazesy o pokoju i wspólnocie, a jednocześnie gromadziła broń i kwity na swoich wyznawców.
Kult był wynaturzeniem, ale czuła się tam niemal jak w domu. A przynajmniej nie miał nic wspólnego z gwiezdnymi niszczycielami i ludobójstwem na skalę galaktyczną.
Coś zastukało o burtę. Upuściła chip i obróciła głowę w kierunku źródła
dźwięku. Pod kokpitem stał Wyl Lark i poruszał wargami. Dobiegły ją
stłumione słowa:
- Chass? Możemy pogadać?
- Nie słyszę! - zawołała i wskazała uszy, po czym zwróciła się w stronę
konsolety.
Nie łudziła się, że Wyl na tym skończy. I nie skończył, ale zapewniła
sobie kilka sekund satysfakcji, nim chłopak znów zastukał w kadłub.
Prychnęła, wskazała mu gestem drabinkę i otworzyła osłonę.
- Tak, sir, dowódco, sir? W czym mogę pomóc?
- Nie przychodzę tu jako twój dowódca - powiedział i uśmiechnął się w ten swój łagodny, denerwujący sposób.
- W takim razie...
Wcisnęła przycisk, by zamknąć osłonę kokpitu. Wyl chwycił dłonią
transpastal, lecz nie zdołał jej spowolnić, gdy powracała na swoje
miejsce.
- No weź - poprosił. - Pięć minut?
Westchnęła i wdusiła przycisk, zatrzymując osłonę w pół drogi. Wyla
czasami trzeba było sprowadzić na ziemię - przypomnieć mu, że nie są tak
bliscy, jak sobie ubzdurał - ale na swój sposób był całkiem w porządku.
Zresztą zdziwiła się, że okazał się dość skutecznym dowódcą eskadry. Nie
był tak bystry jak Quell, tak
skuteczny jak Stanislok, dowódca Eskadry Ogarów, czy tak bezwzględny jak
kolejni dowódcy Jaskiniowych Aniołów, a była ich cała rzesza, ale ludzie
się go słuchali, a on słuchał ich, i cały pułk myśliwców, który Syndulla
upakowała na pokładzie "Wybawienia", jakimś cudem sprawdzał się lepiej,
niż powinien. Stworzona przez niego ekipa zasługiwała na takiego dowódcę
(pewnie zresztą bardziej niż piloci Eskadry Alfabet).
- Dobra - poddała się. - Czego chcesz? Jestem... - Na poły prychnęła, na
poły się zaśmiała, gdy już dokończyła ewidentne kłamstwo: - ...zajęta.
Oczy Wyla powędrowały ku rozmaitym kurzołapom zwisającym z ramy osłony
kokpitu.
- Jasne. I nie chcę się narzucać, ale dość szybko stamtąd wyparowałaś.
Chciałem się przekonać, jak sobie radzisz.
Powtórzyła jego słowa.
- Jak sobie radzę...?
"Twoja wspólnota!" - oznajmił głos Let'ij w jej głowie. Kapłanka
rechotała. Chass ją zignorowała.
Wyl wzruszył ramionami.
- Nie jestem taki pewien, czy wierzysz w to, co powiedziałaś...
- Wierzę.
- ...o cywilach, rodzinach imperialnych żołnierzy. Wiem, co ja na ten temat sądzę, no i wiem, że jestem
przerażony tym, co się dzieje, ale... - Westchnął lekko. - Nie pytam,
jak się czujesz w związku z tym, co się dzieje. Pytam, jak się czujesz.
Tak ogólnie.
Zmrużyła oczy. Wyl złapał palcami za krawędź kokpitu.
- A czemu miałabym się nie czuć? Tak
ogólnie?
- Zacznijmy od tego, że nikogo nie zdzieliłaś z piąchy od czasu układu
Cerberon.
Zaśmiała się wbrew sobie.
- Nie sądziłam, że tak kiepsko ci idą pogaduszki od serca - skwitowała.
- Zaczaiłeś się na mnie przy myśliwcu, serio? Przynajmniej postaw mi
drinka.
- Mam mało czasu - wyjaśnił i zabrzmiało to szczerze.
"Jak wspaniałomyślnie - podsumowała Let'ij, choć Let'ij z krwi i kości
nie wydawała się ociekać sarkazmem. - Nie pamiętam, by Gruyverowi było
tak śpieszno, gdy z tobą rozmawiał. Gawędziliście całymi godzinami. A ta... Jak miała na imię ta dziewczynka, która tworzyła te małe
zabaweczki? Nigdy nie mogła usiedzieć w miejscu".
Chass warknęła i uderzyła głową w zagłówek.
- Wszystko gra, okej? Latam, gdy mi każą, strzelam do tego, do kogo mi
każą. - Nawijała dalej. Nie dlatego, że miała coś ważnego do powiedzenia
- nie chciała słuchać Wyla i Let'ij. - Świetnie ci idzie. Mnie też. Zamierzasz narzekać bez powodu?
- A idzie ci świetnie? - zapytał Wyl.
Miała ochotę spojrzeć na niego z ukosa, ale nie miała siły obrócić
głowy.
- Cerberon dał w kość nam wszystkim - kontynuował Wyl - a teraz znów
pakujemy się w coś grubego, choć tak naprawdę nikt z nas nie wylizał się
z ran...
- Pieprz się! - burknęła.
Nie rozmawiała z nikim o Dzieciach Pustego Słońca. Jasne, wspominała o kulcie - było jej łatwiej
częściowo powiedzieć prawdę niż wymyślić na poczekaniu sensowne kłamstwo
- ale o nim nie rozmawiała. A teraz
wiedziała, jak potoczy się dalsza część rozmowy: Wyl coś wywęszy,
zacznie nalegać, a jej zrobi się głupio i będzie musiała powiedzieć mu
coś więcej albo z frustracji rozwalić
mu łeb.
Jednak nim zdołała postanowić, czy chce zaatakować przełożonego, odezwał
się ktoś inny.
- Komandorze Lark?
Chass podążyła za wzrokiem Wyla ku płycie hangaru, gdzie jedna z członkiń załogi "Wybawienia" czekała cierpliwie ze wzrokiem skierowanym
ku kabinie - młoda przedstawicielka rasy Cathar, która miała nie więcej
niż osiemnaście lat. Grzywa okalająca jej twarz była potargana, a jej
lewej dłoni brakowało trzech palców.
- Tak? - odparł Wyl.
- Prosił pan o pasmo komunikacyjne dalekiego zasięgu. Zsynchronizowanie
stacji przekaźnikowych zajęło sporo czasu, ale jesteśmy gotowi.
- Jak długo będzie dostępne?
- Niedługo. I tak mamy szczęście, że stacje się zsynchronizowały.
Wyl spojrzał na Chass, która wzruszyła ramionami.
- Leć - powiedziała. - Mam wrażenie, że tu już skończyliśmy.
Wyl rozchylił usta, zawahał się i rzucił:
- Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Po czym zszedł po drabince i tyle go widziała.
"Drań" - pomyślała.
Przez chwilę zachodziła w głowę, jakie znaczenie ma rozmowa na dalekim
paśmie, ale odepchnęła od siebie tę myśl. Wyl miał swoją rolę do
odegrania, a ona swoją. Wodziła butem po podłodze kokpitu, poszukując
chipu, który wcześniej wypadł jej z rąk. Nagle poczuła coś pod palcami
stopy.
Przesuwała chip butem, jakby męczyła owada. Gdy znalazł się pod obcasem,
delikatnie przygwoździła go stopą. Poczuła, jak wbija się w cienką matę
wyścielającą metalową kabinę.
Jęknęła głośno. "Głupia!" Uniosła but i sięgnęła po nośnik. Obracała go
w palcach, jakby był równie cenny i niszczycielski jak igiełki śmierci.
Zamknęła osłonę kokpitu, uruchomiła chip i zaczęła słuchać modłów
członków kultu. Jeden po drugim, jedno po drugim, każdy głos i każde
zmartwienie - wszystkie myśli o Wylu Larku, Skrzydle Cienia, płonących
rodzinach i pułkowniku Keizem (i Quell, przecież nie miała prawa
zapomnieć o Quell i o wszystkim, za co ponosiła winę) - ulotniły się
przez jej uszy. Nawet głos Let'ij zniknął z jej umysłu, by ustąpić
miejsca Dzieciom Pustego Słońca.
III
Nath Tensent miał się za osobę leniwą, jednak osiągnięcie pełni
próżniactwa wymagało sporego zachodu, na który nie miał ochoty. Zamiast
tego zadowalał się znośną pracą i luksusami wystarczającymi do tego, by
móc się po niej odprężyć. Gdy służył Imperium, odnajdywał radość w plądrowaniu. Rajcowało go wynajdywanie i wykorzystywanie słabych punktów
- tak osobistych, jak i systemowych. W Sojuszu Rebeliantów może i zarabiał ułamek tego, co dawniej, ale był na tyle mądry, by unikać
stanowisk obarczonych odpowiedzialnością. Cenił sobie okresy
rozleniwienia pomiędzy kolejnymi misjami.
Zastanawiał się, czy nie zrobił błędu, gdy zaakceptował pozycję łącznika
między grupą bojową a Wywiadem. Od rana odbywał spotkanie za spotkaniem,
a w przerwach pobieżnie rzucał okiem na tajne akta. Na razie
najciekawszym wydarzeniem dnia było przyłapanie generał Syndulli na tym,
że jej obecna operacja wojskowa nie uzyskała autoryzacji. Jednak choć
powinien był próbować zebrać pilotów eskadry po spotkaniu, przez całe
popołudnie bawił się na podstawie przechwyconych fragmentów rozmów w dzikie spekulacje na temat kolejnego celu Skrzydła Cienia z Nashą Gravas
i jej grupą szpiegów.
- Marne wysiłki - skwitował, opuszczając hangar serwisowy. Sunął za nim
T5. Oliwkowozielonemu astromechowi niemal tydzień wcześniej wysiadł
motywator; dopiero teraz obsługa płyty znalazła część zamienną, by
naprawić starzejącego się droida. - Skrzydło Cienia nie wyrządza nam
żadnych szkód, a i my przecież nieźle zaszliśmy im za skórę.
T5 pisnął z dezaprobatą, na co Nath się zaśmiał.
- Bardzo pomocne. Skoro już się mnie uczepiłeś, może przynajmniej
przeprowadź jakąś diagnostykę? Poudawaj, że do czegoś się nadajesz.
Mielił w głowie czekające go zadania, gdy weszli do mesy i zajęli
miejsce w kolejce za trójką pilotów Eskadry Grad. Generał Syndulla z pewnością będzie chciała, by zreferował jej wszystko, co omawiali z członkami Wywiadu, ale to mogło zaczekać do rana. Y-wing wymagał
rekalibracji wyrzutni torped, ale tym mógł zająć się T5. No i pozostawała kwestia Wyla - ktoś musiał pogadać z chłopakiem po tym, co
się stało podczas zebrania z generał Syndullą, choć Nath nie był pewien,
że powinien się tym zająć właśnie on...
"Przyznaj się - pomyślał. - Boisz się z nim porozmawiać".
Ocalił Wyla na Troithe - powstrzymał chłopaka przed samobójczą próbą
dobicia targu ze Skrzydłem Cienia - a młody jeszcze mu nie wybaczył. Nie
to, że Wyl był wobec niego niemiły, ale od paru tygodni zamienili ze
sobą ledwie kilka słów. I choć Nath później wystawił się dla niego na
strzał i o mało nie zginął, by ocalić tę rdzewiejącą kulę złomu,
Troithe, atmosfera nadal była napięta.
Może to i lepiej. Może Wyl w końcu pójdzie po rozum do głowy.
"Chłopak nadal cię potrzebuje, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego
sprawy".
Choć był pogrążony w myślach, jakimś cudem nawiązał rozmowę z pilotami
Eskadry Grad. Nawijał automatycznie. Śmiali się z jakiejś głupawej
anegdotki, którą im opowiedział, o poszukiwaniach katapultowanego pilota
X-winga, zakończonych holowaniem Hutta w kapsule ratunkowej.
- Widzieliście może Wyla Larka? - spytał, gdy śmiechy w końcu ucichły.
- Od rana nie - odparł jeden z pilotów. - Chyba prowadzi ćwiczenia na
symulatorze z Flarami. Starcia ze Skrzydłem Cienia. T'oknell coś
wspominał.
"Więc tego wieczoru się nie pogodzimy".
Starał się nie odczuwać ulgi.
Zajął miejsce przy stole z tacką szarego mięsa duszonego w pomarańczowym
sosie. Potrawa pachniała jak podgniłe warzywa, a smakowała jak środki
czyszczące. T5 sunął niezdarnie przez mesę, wymijany przez coraz większą
liczbę pilotów i załogantów schodzących ze zmiany lub dopiero ją
zaczynających. Tuzin osób zasiadło przy Nacie, by posłuchać, co ma do
powiedzenia Bohater z Troithe. Starszy pilot miał już opanowaną gadkę,
ale nie tak chciał spędzić przerwę obiadową.
- To chcecie wiedzieć, co sądzę o podpalaniu planet przez Skrzydło
Cienia? - zapytał retorycznie, gdy go naciskali. - Moim zdaniem nie powinni byli wyściubiać
nosów z nor. Teraz ich porządnie przyciśniemy...
Wznieśli radosne okrzyki i poprosili o więcej. Sprawił, że poczuli się
jak zbawcy galaktyki. Miał już się wykręcić, gdy Genni Avremif - dobry
dzieciak i porządny pilot bombowca - spytał:
- To spotkałeś już nowych piechurów?
- Tych z Troithe? - Nath pokręcił głową. Odkąd zniszczono "Gwiazdę
Przewodnią", generał Syndulla zmagała się z brakami wśród personelu.
Przyjęli na pokład "Wybawienia" tylu lokalnych ochotników, ilu zdołali
znaleźć. - Tylko kilka osób. A co?
Avremif wskazał gestem drzwi do mesy, gdzie jeden z pachołków Ragnell
wykłócał się z parą sięgających mu do pasa mechaników rasy Ssori.
Wszystkiemu przyglądała się smukła, arystokratycznie wyglądająca kobieta
o wściekle pomarańczowych włosach.
- Pewnie chętnie posłuchają, jak ocaliłeś ich planetę.
Nath zaśmiał się. Nie uszły jego uwadze ani mina Avremifa, ani błysk w jego oczach. "Chcesz się ogrzać w blasku mojej chwały... głównie
dlatego, że lecisz na tę babeczkę w taniej pomarańczowej peruce".
- Miejmy to z głowy - oznajmił.
Czasami lubił pogwiazdorzyć.
W większości odzywali się piloci Gradu. Gdyby im wierzyć, Nath sam jeden
wygnał Skrzydło Cienia z układu Cerberon. Pomarańczowowłosa nie odezwała
się ani słowem, ale Ssori coraz bardziej się ożywiali, aż wreszcie
ujawnili, że Nath uratował ich dzielnicę podczas rutynowej misji.
Obiecali, że będą dbali o jego bombowiec i droida. Powiedzieli, że nigdy
nie zdołają się zrewanżować. Ich szczera wdzięczność zaczęła ciążyć
Nathowi, który wreszcie się pożegnał i opuścił mesę.
- Jak tam, Kairos nadal sypia na dachu U-winga? - spytał astromecha. Nie
on miał szperać w jej mózgu, ale ktoś musiał, a rozmowa z Kairos
pozwoliłaby mu zapomnieć o Nacie Tensencie, Odważnym Bohaterze Ssorich.
Droid pisnął dwuznacznie. Podłoga zadrżała, gdy "Wybawienie" opuściło
nadprzestrzeń, by dokonać planowej korekty kursu. Nath próbował sobie
przypomnieć, w którą odnogę korytarza powinien skręcić - każdy zakątek
gwiezdnego niszczyciela wydawał się jednakowy - gdy dobiegł go dźwięk
alarmu i pokładem aż szarpnęło.
- Co, do cholery...? - rzucił.
Do wycia alarmu dołączył zgrzyt rozrywanego metalu. Poczuł delikatną
bryzę.
"Przebicie poszycia kadłuba. Świetnie".
Już wiedział, co się dzieje, ale nadal nie wiedział dlaczego, a nie miał czasu, by się
zastanowić, bo nagle z dalszej części korytarza dobiegł go wrzask. Gdy
podbiegał do źródła dźwięku, podłogą przestało szarpać. Niespełna
dwadzieścia metrów dalej dostrzegł doradcę Syndulli. "Stornvein -
przypomniał sobie. - Nazywa się Stornvein". Mężczyzna leżał na posadzce,
uciskał swoje ramię i z przerażeniem spoglądał na ścianę. Ze świecącej
szpary w metalowej powierzchni leciały snopy iskier, jednak w większości
nie dolatywały do doradcy - jaskrawe okruchy zawracały niesione
podmuchem powietrza i uderzały w pękniętą ścianę.
T5 wydał szereg basowych pomruków.
- Wiem! - uciął Nath.
Znów bolały go nogi. Po tygodniach spędzonych na niewygodnych krzesłach
na pokładzie gwiezdnego niszczyciela miał poczucie, że wyszedł z formy.
Szczytem jego aktywności było starcie w Cyrku Cielesnych Zachcianek.
Jednak opadł na kolano jak zawodnik smashballa i ostatni metr dzielący
go od Stornveina pokonał, sunąc po wypolerowanej posadzce. Niemal w tej
samej chwili wyprostował się, pomógł doradcy wstać i odbił się od
ściany, od której leciały iskry.
- Ruchy! - zawołał.
Obrócił mężczyznę w miejscu obiema rękoma i popchnął go ku znajdującym
się w odległości kilkunastu kroków zbrojonym drzwiom, które zamykały się
właśnie od góry i dołu. Lada chwila miały odciąć gródź i zapobiec
utracie tlenu, co było rzeczą pozytywną - i wskazywało na to, że okręt
nadal jest sprawny - choć jeśli się nie pośpieszą, sami zostaną
zamknięci w pozbawionym powietrza grobowcu.
T5 wydał z siebie ostrzegawczy pisk. Nath poczuł na policzku żar iskier
i zataczając się, odsunął się od ściany. W tej samej chwili bryza
przeszła w wichurę. Pozwolił, by strumień powietrza obrócił jego głowę -
"Durniu! - pomyślał. - Nie odwracaj się ku iskrom!" - i zobaczył, że
szpara w metalowej ścianie teraz była już wyłomem okolonym stopniałym,
postrzępionym metalem.
Ze środka otchłani łypało na niego pojedyncze karmazynowe oko otoczone
koncentrycznymi metalowymi pierścieniami. Te wirowały; soczewki
ustawiały się i przez ulotną chwilę Nath poczuł, jakby znów powrócił do
układu Cerberon, jakby znów wpatrywał się w czarną dziurę zawisłą w tym
przeklętym miejscu.
Dobył blastera i trzykrotnie pociągnął za spust, nie celując specjalnie.
Poczuł, jak broń pulsuje i rozbłyska. Blask wystrzałów oślepiłby go,
gdyby nie to, że i tak mrużył oczy z powodu iskier; widział zaledwie
plamy, które co pewien czas ustępowały, tak że odzyskiwał ostrość
widzenia. Usłyszał jednak stłumiony elektroniczny odgłos i poczuł swąd,
coś jakby stopiony plastoid. Obrócił się i popędził w kierunku, z którego nadciągał wiatr.
Nie był martwy. Miał nadzieję, że zdołał trafić w cel.
Jak przez mgłę dostrzegał, że zbrojone drzwi są już niemal w całości
zamknięte. Próbował przypomnieć sobie szczegóły protokołu bezpieczeństwa
gwiezdnego niszczyciela. Co się stanie, jeśli nie zdąży? Drzwi
zatrzymają się czy skruszą mu kości na krwawą miazgę? Rzucił się do
przodu, modląc się o przypływ siły. Poczuł, jak jego nogi odrywają się
od podłogi. Gdy jego głowa znalazła się po drugiej stronie, zobaczył, że
durastalowa szczęka zaciska się ze wszystkich stron.
Uderzył w posadzkę. Żebra zabolały wściekle, z języka pociekła krew, a broda otarła się o durastal. Jednak głośny świst ulatującego tlenu
ustał. Był bezpieczny. Przynajmniej przez chwilę.
Ktoś pomógł mu wstać. T5 piszczał z irytacją. Nath się zatoczył.
- Nic panu nie jest, kapitanie Tensencie?
- Wszystko gra - odparł mężczyzna. - Wygląda mi to na droidy sabotażowe.
- Proszę tu zostać. Złapać oddech. - Stornvein się pocił. Nath zauważył,
że rękaw jego lewej ręki - tej, którą przytrzymywał - był postrzępiony i poczerniały. - Zobaczę, co uda mi się ustalić. I dziękuję.
Doradca oddalił się w kierunku terminala awaryjnego. Nath przez chwilę
chciał podążyć jego śladem, ale zamiast tego oparł się o T5. Był głupi,
że rzucił się na ratunek Storn-veinowi. W przeciągu dziesięciu sekund o mało się nie udusił, nie został spopielony i przecięty na pół. Rzucił
się na pomoc nieprzygotowany, jak największy głupiec.
Inna rzecz, że tak samo zachował się w układzie Cerberon. Wtedy, pod
koniec. Wtedy też ryzykował życiem dla osób, których nie znał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki