Star Wars. Księżniczka i łajdak - Beth Revis

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

LEIA

POŻARY JUŻ DOGA­SŁY. Po noc­nym nie­bie cią­gnęły się smugi dymu, zani­ka­jące na długo przed tym, nim mogłyby dosię­gnąć nie­zli­czo­nych gwiazd, migo­czą­cych przez korony drzew. Leia powio­dła dło­nią po biało-czar­nych heł­mach sztur­mow­ców i impe­rial­nych pilo­tów, wcho­dzą­cych w skład zaim­pro­wi­zo­wa­nego przez Ewoki zestawu per­ku­syj­nego. Śmiała się i tań­czyła ze wszyst­kimi, gdy ognie pło­nęły jasno, a trunki lały się stru­mie­niami.

Teraz jed­nak jej dłoń zatrzy­mała się na zadra­pa­niach i wgłę­bie­niach na nie­dawno jesz­cze lśnią­cej powierzchni bia­łego hełmu.

Hełm dopiero co nale­żał do żyją­cej istoty.

Do wroga.

Do kogoś, kto bez waha­nia otwo­rzyłby ogień - do dowol­nego rebe­lianta, rzecz jasna, choć Leia wie­działa, że jej wła­sna śmierć byłaby uko­ro­no­wa­niem kariery każ­dego sztur­mowca. Ktoś zastrze­lił tę osobę, nim zdo­łała zastrze­lić ją. A potem hełm mar­twego żoł­nie­rza został zdjęty z jego głowy i teraz robił za bęben.

Zasta­na­wiała się, kim był ten nie­szczę­śnik. Może kimś, kogo pod­dano indok­try­na­cji już za dziecka? Zda­rzało się to aż nazbyt czę­sto. A może kimś z jed­nego z oku­po­wa­nych świa­tów, siłą wcie­lo­nym do służby? Czy ten sztur­mo­wiec sam wybrał ścieżkę, która popro­wa­dziła go ku zatra­ce­niu i drwi­nom na lesi­stym księ­życu? A może zwy­czaj­nie nie miał szczę­ścia?

Palce Lei ześli­zgnęły się ze sfa­ty­go­wa­nej powierzchni hełmu, lecz jej dłoń zamarła, nim dotknęła kolej­nego.

Czarny.

Wie­działa, że nie nale­żał do niego. W tym mroku sza­ro­zie­lony hełm ope­ra­tora AT-ST wyda­wał się ciem­niej­szy, a jego kształt, choć podobny, był jed­nak wyraź­nie inny.

Wtem Leia poczuła dłoń na lewym ramie­niu. Silne palce odcią­gnęły ją kawa­łek dalej. Z wysił­kiem zła­pała oddech - dotyk wyda­wał się aż nazbyt zna­jomy. Dłoń odcią­gnęła ją dalej z tą samą siłą co wcze­śniej. Ten sam roz­kład pal­ców, w tym jeden bole­śnie wpi­jał się jej w oboj­czyk, a gdy zadrżała pod jego doty­kiem, to samo łagodne, nie­mal deli­katne potar­cie kciu­kiem o łopatkę.

- To tylko ja - ode­zwał się Luke. Na jego twa­rzy poja­wiło się zanie­po­ko­je­nie, gdy wyrwała mu się i odwró­ciła w jego stronę.

"To tylko Luke. Mój brat".

"Syn Dar­tha Vadera".

- Pach­niesz...

- Dymem? - odgad­nął Luke. - Wszy­scy nim pach­niemy. - Uśmiech­nął się na zachętę, ale Leia nie odpo­wie­działa. Bo zapach, który ucze­pił się czar­nej tuniki jej brata, nie był tym samym swę­dem, który na­dal roz­cho­dził się po ewoc­kiej Wio­sce Jasnego Drzewa. Spra­wił, że aż ją zemdliło - zapach i świa­do­mość, że gdy sama tań­czyła, Luke odszedł, by przy­go­to­wać stos pogrze­bowy dla Dar­tha Vadera.

Gdy jed­nak spoj­rzała mu w oczy, ujrzała w nich tylko brata. Był smutny.

- Cała galak­tyka świę­to­wała, pod­czas gdy ty kogoś opła­ki­wa­łeś - powie­działa łagod­nym tonem.

Luke pokrę­cił głową.

- Nie ja jeden.

Leia spoj­rzała na hełm sztur­mowca.

- Pew­nie nie.

- Jak się czu­jesz? - Jego głos wyda­wał się szczery, ale Leia nie była pewna, co odpo­wie­dzieć. Powinna cie­szyć się z triumfu, a tak naprawdę czuła się zdez­o­rien­to­wana. Nie tylko z powodu tego, co Luke powie­dział o jej pocho­dze­niu - już od pew­nego czasu wyczu­wała łączącą ich więź, więc łatwo przy­szło jej zaak­cep­to­wać go jako brata. Po pro­stu nie zamie­rzała myśleć o tym, jak się to wiąże z jej bio­lo­gicz­nym ojcem. Nie - nie cho­dziło tylko o to.

- Cho­dzi o Moc, prawda? - spy­tał Luke.

Leia przy­tak­nęła. Powie­działa mu, że nie rozu­miała - nie potra­fiła zro­zu­mieć - jego umie­jęt­no­ści, ale on sam wyda­wał się oso­bli­wie prze­ko­nany, że naprawdę mogłaby wła­dać Mocą. Może i nie miała żad­nego doświad­cze­nia, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Luke był silny w Mocy... a prze­cież i ona ją wyczu­wała jako coś przy­po­mi­na­ją­cego trze­pot migo­mu­szych skrzy­deł na samej gra­nicy świa­do­mo­ści. Cze­kała, aż Leia po nią się­gnie.

- Powie­dział mi, by ci prze­ka­zać, że... - zaczął Luke, ale Leia unio­sła brodę i spoj­rzała na niego inten­syw­nym wzro­kiem.

- Nie - ostrze­gła.

- To były jego ostat­nie słowa. Chciał, by ci powie­dzieć...

- Nie obcho­dzi mnie to.

- Był dobry - nale­gał Luke. - Po tym wszyst­kim na­dal było w nim dobro.

"Mój ojciec był dobry" - pomy­ślała, jed­nak w tej samej chwili przy­wo­łała z pamięci nie Dar­tha Vadera, lecz Baila Organę. A sama myśl o Bailu przy­wo­łała i Brehę, jej matkę. Dom. Wszystko, co stra­ciła.

Gdy wcze­śniej tej nocy roz­ma­wiała z Lukiem, powie­działa mu, że pamięta ich matkę, ich bio­lo­giczną matkę. Tak naprawdę mogła przy­wo­łać mgli­ste obrazy, uczu­cia, nie­wiele wię­cej. Miała jed­nak kon­kretne wspo­mnie­nie - wspo­mnie­nie miło­ści, bli­sko­ści, rze­czy, jakich nie potra­fiła opi­sać. Nie potra­fiła tego ubrać w słowa, ale nie mogła zaprze­czać praw­dzie. Czuła... więź, więź stwo­rzoną ze świa­tła.

Luke jed­nak, rycerz Jedi silny w Mocy, nie pamię­tał kobiety, która zro­dziła ich oboje.

Czyżby pamię­tał ich ojca? Czy to dla­tego tak dalece potra­fił wyba­czyć temu mon­strum, Dar­thowi Vade­rowi? Zostali roz­dzie­leni po naro­dzi­nach - nie tylko ze sobą, lecz i z bio­lo­gicz­nymi rodzi­cami. Może Leia miała więź z ich matką, a Luke - z ojcem.

Zdu­siła gorzki śmiech. Może nie cho­dziło o nic rów­nie głę­bo­kiego. Może po pro­stu Luke ni­gdy nie został pod­dany tor­tu­rom przez bio­lo­gicz­nego ojca. Jak ona.

- To co teraz zro­bimy? - spy­tał.

Spoj­rzała na niego. Odkąd został ryce­rzem Jedi, zawsze wyda­wał się taki spo­kojny, taki pewien celu.

Co innego teraz. Przy­glą­dał się jej badaw­czo. "Czeka, aż podejmę decy­zję w kwe­stii wła­snego losu, nim zaj­mie się swoim" - zro­zu­miała. Tak, ich więź krwi to dla nich coś nowego, ale Luke był też ich przy­ja­cie­lem. Nici prze­zna­cze­nia, które powio­dły ich w dwie różne strony, dało się spleść na nowo.

Za Lukiem, w cie­niu, Leia ujrzała czy­jąś syl­wetkę. Pochod­nia oświe­tlała Hana od tyłu, ale roz­po­znała jego ramiona i postawę. Pyszał­ko­waty i wtedy, gdy nikt nie patrzył. Spoj­rzał na nią i ruszył w jej stronę, gło­śno ude­rza­jąc butami o roz­kle­ko­tane deski mostka mię­dzy nadrzew­nymi dom­kami.

Leia nie miała poję­cia, co się wyda­rzy jutro, poju­trze czy jesz­cze kolej­nego dnia. Gdy jed­nak zosta­wiała Luke'a w cie­niu, by wyjść na powi­ta­nie Hanowi, wie­działa dosko­nale, co się sta­nie za chwilę.

Rozdział 1

HAN

Dwa dni póź­niej

"TO JESZ­CZE NIE KONIEC".

Wła­śnie tak powie­dział człon­kom oddziału Path­fin­der­sów, opu­ściw­szy impe­rialną bazę, odkrytą po dru­giej stro­nie Endora. Gwiazda Śmierci została zbu­do­wana na orbi­cie lesi­stego księ­życa, nato­miast na jego powierzchni wznie­siono osobną pla­cówkę komu­ni­ka­cyjną, która nie została uszko­dzona w następ­stwie znisz­cze­nia super­broni - póki Han i jego zespół nie zja­wili się na miej­scu. Wywiad nasłu­chu elek­tro­nicz­nego roz­szy­fro­wał część wia­do­mo­ści roz­sy­ła­nych stam­tąd po całej galak­tyce. Znisz­cze­nie Gwiazdy Śmierci może i było przy­jemne, ale nie­wy­star­cza­jące. Impe­rialni oku­po­wali nie­zli­czone światy i nie zamie­rzali ot tak ustą­pić. Path­fin­dersi wkro­czyli do pla­cówki z doby­tymi bla­ste­rami, ale nie zdą­żyli zapo­biec emi­sji sygnału.

Dane, komu­ni­katy, plany. Mnó­stwo infor­ma­cji wysła­nych w prze­strzeń. Spro­wa­dzało się to do tego, że choć Impe­ra­tor Pal­pa­tine stał się kupką pro­chu, na­dal wyda­wał roz­kazy. Poczy­nił przy­go­to­wa­nia z myślą o swoim pośmiert­nym dzie­dzic­twie, by mógł żyć dalej, choćby eks­plo­do­wał w kosmicz­nej próżni. Nie zdo­łali go powstrzy­mać.

Jeden wie­czór. Mieli jeden wie­czór, by świę­to­wać i uda­wać, że wojna dobie­gła końca. Bo...

"Bo nie dobie­gła".

Han prze­klął. Odprawa z gene­ra­łami - no, z pozo­sta­łymi gene­ra­łami, bo sam dochra­pał się tego stop­nia - była zwię­zła i rze­czowa. Prze­ka­zali sobie infor­ma­cje i roze­szli się, by spo­rzą­dzić nowe plany. Nade­szła pora dla jajo­gło­wych. Nikt go nie zapro­sił, by został i pomógł opra­co­wać stra­te­gię osa­cze­nia impe­rial­nych, do któ­rych jesz­cze nie dotarło, że ich strona prze­grała. Nie ma sprawy. Wystar­czyło, by mu mówili, dokąd ma pole­cieć i w kogo strze­lać. Bo w tym był dobry. Naj­lep­szy. Jasne, rzu­cał i dobre pomy­sły. Ale teraz, gdy strze­la­nie dobie­gło końca, rozu­miało się samo przez sie­bie, by to inni...

Sto­jący obok Chew­bacca zary­czał.

- Tak. Rozu­miem - mruk­nął Han. Wojna zda­wała się nie mieć końca. Wtedy jed­nak się odwró­cił, by spoj­rzeć na sta­rego druha. - Nie zapo­mnia­łem, wiesz o tym, prawda? Wró­cimy na Kashy­yyk, gdy tylko zdo­łamy, i wyko­piemy impe­ria­lu­chów z two­jego świata. W końcu musisz się zająć wła­sną rodziną.

Che­wie zaczął zrzę­dzić, ale Han mu prze­rwał.

- Nie. Trzy­mamy się naszego planu, a ten zawsze zakła­dał, że wró­cisz do domu, gdy tylko znaj­dziemy chwilę wytchnie­nia.

Han zła­pał szcze­bel jed­nej z dra­bin pro­wa­dzą­cych do nadrzew­nej wio­ski. Choć przy­wódcy Rebe­lii zało­żyli bazę na ziemi, bli­żej stat­ków na pola­nie, prze­czu­wa­jąc, że lada chwila będą musieli je pode­rwać, sama pla­cówka miała postać dużego namiotu oto­czo­nego przez kilka mniej­szych, w któ­rych ulo­ko­wano pilo­tów i człon­ków oddzia­łów naziem­nych. W cha­tach Ewo­ków było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­tul­nie. Dra­bina pod jego sto­pami zachwiała się, gdy Che­wie podą­żył jego śla­dem. Z powodu cię­żaru Wookie­ego Han o mało nie stra­cił rów­no­wagi.

Leia nie przy­szła na odprawę.

Han wie­dział, że była gdzie indziej. Nagry­wała wia­do­mo­ści dla sojusz­ni­ków. Wie­dział, że pozo­stali prze­każą jej naj­waż­niej­sze infor­ma­cje. Ale...

Chciał się z nią zoba­czyć.

Nie mógł powie­dzieć, by do tej pory miał szczę­ście w miło­ści. Ale to coś z Leią - odno­sił wra­że­nie, że to coś wię­cej niż... Nie potra­fił tego spre­cy­zo­wać. Po pro­stu wyda­wało mu się, że to coś wię­cej. Nie­raz pró­bo­wał odejść. Może gdyby zdo­łał wtedy opu­ścić Hoth...

Mówił serio, gdy powie­dział jej, że jeśli tylko tego zechce, da jej spo­kój. Jasne, było to zanim się dowie­dział, że Luke i Leia są rodzeń­stwem; nim w ogóle wiele zro­zu­miał. Ale mówił serio. Ulot­niłby się - nie dla sie­bie, a dla niej. Daw­niej, gdy odcho­dził, za każ­dym razem robił to dla sie­bie samego. Ale nie wtedy.

Leia jed­nak nie pozwo­liła mu odejść. Zamiast tego przy­szła po niego.

A Han nie wie­dział, czy powi­nien jej na to znów pozwo­lić.

Szcze­gól­nie że stra­cił już tyle czasu. Został zamro­żony na Bespi­nie, a nim znów się prze­bu­dził - ślepy i sko­ło­wany z powodu cho­roby pohi­ber­na­cyj­nej - minęło tyle czasu. Leia kochała go przez nie­mal cały rok, a Vader mu to zabrał. Nie miał teraz ani chwili do stra­ce­nia.

Uświa­do­mił sobie, że Che­wie coś do niego mówi. Dotarł do końca dra­biny, prze­ło­żył nad nią nogę i wylą­do­wał z hukiem na drew­nia­nej kładce.

- Tak, kolego? - spy­tał.

Che­wie pod­cią­gnął się na kładkę. Wycią­gnął ręce na boki, by zacho­wać rów­no­wagę. Wark­nął na poły z roz­ba­wie­niem, na poły z pre­ten­sją, że został zigno­ro­wany.

- Wybacz! - odparł Han, uno­sząc dło­nie. - Mam na gło­wie sporo rze­czy.

- To jestem dla cie­bie tylko rze­czą? - W pobliżu roz­legł się głos Lei.

- Ej, każ­dej myśli to znów nie zaj­mu­jesz, księż­niczko - rzu­cił, ale cie­pły uśmiech w oczach zła­go­dził jego odpo­wiedź.

- Takiś pewien? - spy­tała i unio­sła szel­mow­sko kącik ust. Jej różana dolna warga aż się pro­siła, by ją cało­wać. Hana na chwilę wręcz zamu­ro­wało. Nie był w sta­nie robić nic, jak tylko do niej mru­gać.

Che­wie prych­nął.

- Tak, tak. - Han odzy­skał rezon.

- Wła­śnie cię szu­ka­łam - stwier­dziła poważ­nym tonem Leia. - Mon powie­działa mi o pla­nach, które odna­leź­li­ście w impe­rial­nej bazie. Chcia­łam poroz­ma­wiać z gene­ra­łem, który doko­nał odkry­cia.

"No tak. Czyli ze mną".

Leia na­dal mówiła, nie­świa­doma tego, że Han nie sku­pia się na jej sło­wach.

- Choć nie zdo­ła­li­śmy jesz­cze roz­szy­fro­wać więk­szo­ści prze­ka­zów, już samo to, że baza wysłała je aku­rat wtedy, świad­czy o tym, że dzieje się tu wię­cej, niż począt­kowo sądzi­li­śmy.

Che­wie zabur­czał i zosta­wił ich samych, podą­ża­jąc do serca wio­ski Ewo­ków. Han był zbyt sku­piony na Lei, by w ogóle zare­je­stro­wać, że przy­ja­ciel się zmył. Po gło­wie pędziły mu sza­lone myśli: on i księż­niczka? Nie­moż­liwe, by spraw­dziło się na dłuż­szą metę.

- Odno­to­wa­li­śmy w szcze­gól­no­ści spory ruch w ukła­dzie Anoat i chcia­łam się prze­ko­nać, czy prze­chwy­cone przez cie­bie trans­mi­sje jakoś się do tego odno­szą - cią­gnęła Leia. - A może widzia­łeś coś w samej bazie? Nie wszystko musi się znaj­do­wać w sieci, fizyczny trans­port kodów sek­to­ro­wych mógłby wska­zy­wać na...

Z dru­giej strony: od kiedy to Han przej­mo­wał się tym, co będzie póź­niej?

- Han? - zaga­iła Leia, prze­chy­la­jąc głowę.

- Chcę cie­bie - oznaj­mił spo­koj­nie.

- Mnie? - Rozej­rzała się. Choć w bazie na powierzchni uwi­jało się mnó­stwo osób, w tej czę­ści wio­ski było nad­zwy­czaj cicho. - Ale na co?

- Na zawsze.

Zdzi­wie­nie Lei prze­szło w coś innego, w coś, czego Han nie potra­fił do końca roz­szy­fro­wać. Ni­gdy nie potra­fił powie­dzieć, co takiego kryje się w jej myślach - wła­śnie to w niej kochał.

Bo kochał ją.

Była księż­niczką, twa­rzą Rebe­lii, naj­więk­szą nadzieją nowo powsta­ją­cego rządu, bar­dziej sym­bo­lem niż osobą z krwi i kości. Ale też po pro­stu Leią. I była jego. Han potrze­bo­wał jej na równi z "Soko­łem" - jasne, mógłby bez niej latać, ale po co?

- Wyjdź za mnie - powie­dział.

Leia, zazwy­czaj spo­kojna i uło­żona, zdolna sta­wić czoła samemu Vade­rowi, w tam­tej chwili nie potra­fiła ukryć zdu­mie­nia. Roz­sze­rzyła oczy, roz­chy­liła usta, a reszta jej ciała zamarła w zasko­cze­niu. Han poczuł, że unosi kąciki ust. Leia nie pró­bo­wała nawet ukryć, że jest w szoku. Nie taiła także swo­ich chęci. On w końcu też nale­żał do niej.

Prze­zna­czone jej jed­nak było znacz­nie wię­cej, niż Han potra­fił zro­zu­mieć. Sie­działa po same uszy w poli­tyce; robiła, robiła, robiła i ni­gdy nie miała prze­stać.

Nawet teraz, choć żadne z nich się nie poru­szyło, Han widział, jak oddala się od niego, wymyka się mu.

Wiec to on wycią­gnął ręce. Chwy­cił jej dłoń. Poma­so­wał miej­sce na jej palcu, gdzie mogłaby się zna­leźć obrączka.

Był pewien, że Leię męczą te same pyta­nia, krą­żące mu wła­śnie po gło­wie. Ile osób już roz­ma­wiało o ślu­bach i wią­zało się z part­ne­rami, któ­rych znali wyłącz­nie z pola bitwy? Było to czę­ste - po star­ciach wszy­scy są nabu­zo­wani emo­cjami i czują potrzebę, by czer­pać z życia, pomni wojen­nych ofiar. W końcu miłość to prze­ci­wień­stwo walki, a wszy­scy muszą jakoś spo­żyt­ko­wać ogromne pokłady ener­gii.

I wła­śnie w tej chwili Han powi­nien unieść brodę, zaśmiać się i powie­dzieć, że żar­tuje.

Nie zro­bił z tego.

Nie wzdry­gnął się, gdy na twa­rzy Lei poja­wiły się wąt­pli­wo­ści. Stał nie­ru­chomo i cze­kał, aż księż­niczka uświa­domi sobie tę samą prawdę co on.

Że razem są lepsi.

A ślub? Cóż, to tylko for­mal­ność. Ale i obiet­nica.

I to taka, któ­rej zamie­rzał dotrzy­mać.

- Tak - odparła. Wypo­wie­działa poje­dyn­cze słowo, ale towa­rzy­szył mu uśmiech, który roz­świe­tlił całą galak­tykę.

Coś wewnątrz Hana ustą­piło, jakieś nie­wi­dzialne dło­nie prze­stały mu ści­skać płuca. Wie­dział, że nad­cho­dzące dni nie będą łatwe - Impe­rium już o to zadba. Wraz z Leią w końcu pójdą każde we wła­sną stronę - nadejdą bitwy, w któ­rych ona nie będzie mogła wziąć udziału, i zagra­nia poli­tyczne, w któ­rych on się zupeł­nie nie przyda, będą światy, pro­cesy sądowe i inne kwe­stie, które ich roz­dzielą.

Ale...

Ale to jesz­cze nie koniec.

Rozdział 2

LEIA

LEIA POWINNA TO KWE­STIO­NO­WAĆ, JEGO, wszystko. Ale już wykra­dli dla sie­bie jedną noc - czemu by nie wykraść całego życia? Choć pod­jęła decy­zję w burz­li­wej chwili, wie­działa, że ni­gdy nie będzie jej żało­wała. Czy­niła wła­sne szczę­ście nie­od­łączną czę­ścią swo­jej histo­rii, a było to coś war­tego ryzyka.

Gdy Han krzyk­nął ze szczę­ściem w gło­sie, nim wziął ją w obję­cia i zakrę­cił nią po drew­nia­nej plat­for­mie ponad drze­wami, Leia zaśmiała się z rado­ści. Tak wiele w jej życiu było zapla­no­wane. Co zało­żyć, co powie­dzieć, kiedy pra­co­wać, jak spleść włosy, a nawet co zjeść. Ni­gdy nie lubiła ruicy, ale na gwiazdy, jadła ją mimo to, jak na przy­kładną księż­niczkę Alde­ra­ana przy­stało.

Wszystko w jej życiu tak długo sta­no­wiło część więk­szego planu, ale miło­ści nie dało się wpi­sać w har­mo­no­gram.

Han posta­wił Leię na plat­for­mie. Szcze­rzył się sze­rzej niż kie­dy­kol­wiek.

- Zacze­kaj, powiem Che­wiemu - odparł i się zaśmiał. - Zawsze powta­rzał, że któ­re­goś dnia się ustat­kuję.

Unio­sła brew.

- A czemu to mie­li­by­śmy się ustat­ko­wać?

- Widzisz? - odparł, żar­to­bli­wie kiwa­jąc pal­cem. - Wła­śnie dla­tego haj­tam się z tobą.

"Muszę powie­dzieć Luke'owi" - pomy­ślała. Był jej jedy­nym pozo­sta­łym przy życiu krew­nym. Zaparło jej dech, ale Han, na­dal uszczę­śli­wiony, nawet nie zauwa­żył. Leia znów przy­wdziała uśmiech niczym maskę.

Han zamarł.

- Co się stało? - spy­tał.

Leia nie kryła emo­cji.

- Tak łatwo mi czy­tać w myślach? - Pokrę­ciła głową i spu­ściła wzrok.

- Już masz wąt­pli­wo­ści w kwe­stii tego łaj­daka? - spy­tał deli­kat­nie.

- Nie, to nie to. Po pro­stu... - zamil­kła. Han przy­ło­żył palec do jej brody i deli­kat­nie skie­ro­wał jej spoj­rze­nie z powro­tem na sie­bie. - Żałuję, że nie może cię poznać moja rodzina.

- Żeby mnie jesz­cze odrzu­ciła? - Zażar­to­wał sobie, a Leia to doce­niała, choć wyszło raczej śred­nio. Zrze­dła mu mina, a kpiący uśmiech prze­szedł w zanie­po­ko­jony gry­mas. - Czego mi nie mówisz?

Leia z drże­niem wypu­ściła powie­trze z płuc. Skoro miał za nią wyjść, musiał znać prawdę. Nie mogła go okła­my­wać.

- Gdy mówię o rodzi­nie, mam na myśli moją mamę Brehę i ojca Baila.

- Wiem...

Leia wycią­gnęła przed sie­bie dło­nie, by mu prze­rwać. Jeśli teraz nie zabie­rze głosu, bała się, że już ni­gdy nie zdo­bę­dzie się na odwagę.

- Oni mnie adop­to­wali. Są moimi rodzi­cami i kocham ich. Ale jeśli cho­dzi o rodzinę bio­lo­giczną...

- Luke - przy­tak­nął Han, wyraź­nie zdez­o­rien­to­wany.

- Nie tylko Luke - odparła łagod­nie Leia. - Dowie­dział się, kim był nasz bio­lo­giczny ojciec. - Zdzi­wiony Han zmarsz­czył brwi. - Był nim... Vader - wyszep­tała jego imię, jakby przy­zna­wała się do prze­stęp­stwa.

Han zamru­gał parę razy i wła­ści­wie tylko w ten spo­sób dał po sobie poznać, że w ogóle ją usły­szał. Prze­łknął gło­śno i Leia zoba­czyła, jak unosi mu się i opada grdyka.

- Cóż - powie­dział wresz­cie, krę­cąc głową. - Dobrze, że nie żyje.

- Ty... - Leię ści­snęło za serce. - Ty się tym nie przej­mu­jesz?

- A czemu miał­bym?

Zdzi­wiona Leia zro­biła wiel­kie oczy. Han zmru­żył swoje i wbił w nią wzrok.

- Ale ty się przej­mu­jesz - oce­nił gło­sem tak niskim, że Leia nie była pewna, czy stwier­dza fakt, czy zadaje pyta­nie.

- Oczy­wi­ście.

Han zamilk­nął. Wyraź­nie zasta­na­wiał się nad sło­wami.

- Wszystko w porządku? - spy­tał wresz­cie.

Nie. Nie sądziła, by kie­dy­kol­wiek miała się do końca pogo­dzić ze swoim pocho­dze­niem. Ale też nie chciała, by na tę chwilę kładł się cień wspo­mnie­nia o Vade­rze.

- Nic mi nie będzie - odparła.

Gdy Han na nią spoj­rzał, odnio­sła wra­że­nie, że zro­zu­miał wszystko, czego nie była w sta­nie wyra­zić sło­wami.

- No dobrze - skwi­to­wał. Przy­tak­nął raz i na jego twa­rzy poja­wił się popi­sowy szel­mow­ski uśmie­szek. - To co, haj­tamy się.

- Na to wygląda.

- Muszę prze­ka­zać dobrą nowinę Che­wiemu. A ty... - Han kiw­nął głową, gdy zauwa­żył kogoś za ple­cami Lei. Księż­niczka odwró­ciła się i ujrzała nad­cho­dzą­cego Luke'a. Uśmie­chał się nie­śmiało, choć jego oczy były oko­lone zmarszcz­kami fra­sunku.

Han uśmiech­nął się łobu­zer­sko.

- Nie mogę się docze­kać, aż prze­każę nowinę Lan­dowi. Jestem pra­wie pewien, że dawno temu zało­ży­li­śmy się i mógł­bym wresz­cie zain­ka­so­wać nagrodę... - Odda­lił się, a gdy mijał Luke'a, bez słowa poło­żył mu dłoń na ramie­niu. Wyja­śnie­nie pozo­sta­wił Lei.

- Ty i Han, co? - spy­tał Luke.

Leię aż skrę­ciło w dołku, gdy cze­kała na jego kolejne słowa. A jeśli tego nie pochwa­lał, jeśli to popsuje ich przy­jaźń, jeśli...

- Naj­wyż­sza pora! - zawo­łał i cały się roz­pro­mie­nił.

- Naprawdę? - Leia odczuła wielką ulgę.

Luke wziął ją w obję­cia.

- Powin­naś wie­dzieć - powie­dział z roz­ba­wie­niem w gło­sie - że Che­wie już gro­ził, iż porwie was oboje i zostawi na jakiejś bez­lud­nej pla­ne­cie, aż doj­dzie­cie do tego, jak bar­dzo do sie­bie pasu­je­cie.

Ramiona Lei zatrzę­sły się od śmie­chu.

- Cóż, Wookiee nie grze­szą sub­tel­no­ścią.

- Wcale. - Luke odstą­pił od niej na krok z bły­skiem w oku. - A tak poważ­nie, cie­szę się waszym szczę­ściem.

- Powie­dzia­łam mu - przy­znała Leia. - Powtó­rzy­łam mu to, co powie­dzia­łeś, ale nie miało to dla niego zna­cze­nia.

- Oczy­wi­ście, że nie miało. Han jest jed­nym z tych dobrych ludzi.

"A my?" - chciała zapy­tać. Jak to moż­liwe, że wie­dza o ich rodzi­cach nie wpły­wała na Luke'a tak sil­nie jak na nią? A skoro już o tym myślała: jakim cudem Han sam zare­ago­wał tak łagod­nie? Powi­nien był się obu­rzyć, powi­nien był...

Na twa­rzy Luke'a poja­wiła się tro­ska, ale Leia go zigno­ro­wała. Objęła się ramio­nami. Po czę­ści zasta­na­wiało ją, jakim cudem brat w ogóle dotarł tak szybko w to opusz­czone miej­sce. Wcze­śniej szu­kała Hana, chcąc się z nim spo­tkać po jego misji z Path­fin­der­sami. Miała jed­nak wra­że­nie, że Luke zja­wił się nie­mal natych­miast, gdy o nim pomy­ślała. Czyżby jakoś bez­wied­nie się­gnęła ku niemu myślami - a może to on pano­wał nad ich wię­zią? Nie była pewna, co na ten temat sądzić. Luke jej powie­dział, że mogłaby wła­dać tymi samymi mocami, ale...

Brat szu­kał jej spoj­rze­nia. Wie­działa, że nie potrze­buje Mocy, by wyczu­wać, że tar­gają nią sprzeczne uczu­cia.

- Jak się czu­jesz? - spy­tał.

Tak dalece róż­nił się od tego chło­paka, któ­rego wtedy spo­tkała. Minęły całe lata, rzecz jasna, ale tam­ten mło­dzie­niec, poznany w trze­wiach Gwiazdy Śmierci, oświad­cza­jący, że przy­był jej na ratu­nek, był hała­śliwy, oży­wiony, pełen opty­mi­zmu i moż­li­wo­ści. Sto­jący teraz przed nią męż­czy­zna był tym samym Lukiem, ale... spo­koj­niej­szym. Nie tyle roz­py­chał się przez życie łok­ciami, co brnął przed sie­bie w poczu­ciu celu. Nie wyła­my­wał drzwi i nie szla­jał się po galak­tyce. Leia nie­mal żało­wała tej zmiany. Widy­wała ją wcze­śniej, rzecz jasna, przez lata wojny - jasno­licy, pełni nadziei ludzie nagle pochmur­nieli, gdy uświa­da­miali sobie, że już nie strze­lają do nie­ru­cho­mych celów. Jej brat jed­nak miał w sobie głęb­szy spo­kój, niczym drzewo rosnące na księ­życu pozba­wio­nym atmos­fery czy wia­tru, które poru­sza­łyby kona­rami.

Leia odstą­piła od niego i pode­szła do skraju plat­formy. Lądo­wi­sko było oto­czone balu­stradą, jed­nak ta powstała z myślą o małych Ewo­kach. Nie­je­den pilot, który w przy­pły­wie eufo­rii po wybu­chu Gwiazdy Śmierci prze­sa­dził z sil­ni­ko­wym bim­brem, prze­wa­lił się przez barierki, się­ga­jące mu do kolan. A teraz Leia oparła się nogami o solidną poręcz, a jej skó­rzane san­dałki wysta­wały poza kra­wędź drew­nia­nej plat­formy.

- Czuję się, jak­bym stała na kra­wę­dzi - odpo­wie­działa. Zmu­siła się, by popa­trzeć w dół, przez gałę­zie, na odle­głą zie­mię. Spoj­rzała przez ramię. - Czuję się, jak­by­śmy stali na niej wszy­scy troje. Ty, ja, Han. W obec­nej chwili czuję, że... - Obró­ciła się z powro­tem ku balu­stra­dzie, ale tym razem się­gnęła wzro­kiem ku poro­śnię­temu drze­wami wid­no­krę­gowi. - Czuję, że wystar­czy jeden krok, a rozej­dziemy się w różne strony. W tej chwili jeste­śmy razem. W tej chwili jeste­śmy bez­pieczni.

"I po pro­stu bym chciała, by ta chwila trwała wiecz­nie" - dopo­wie­działa w myślach, choć podej­rze­wała, że Luke domy­ślał się nie­wy­po­wie­dzia­nych słów.

Luke nie pod­szedł bli­żej. Pozo­stał pośrodku plat­formy, bli­sko miej­sca, gdzie pło­nęły ognie.

- Gdy myślisz o przy­szło­ści...

- Nie chcę o niej teraz myśleć - odparła bła­gal­nym tonem. - Chcę, by ta chwila trwała dłu­żej. Wygra­li­śmy. Jeste­śmy razem. - A jeśli miała być ze sobą szczera, wzię­cie ślubu tu i teraz tylko by tę chwilę uświet­niło. Choćby i tylko dla niej samej. Endor nie był jedy­nie miej­scem, gdzie zakoń­czyła się wojna... bo w grun­cie rze­czy ta jesz­cze trwała. Moż­liwe, że ni­gdy się nie skoń­czy, nie, jeśli Impe­rium na­dal będzie funk­cjo­no­wało pomimo śmierci Impe­ra­tora. Ale gdyby wzięła ślub tu i teraz, zamie­ni­łaby bitwę-która-wła­ści­wie-nie-była-koń­cem w dzień, kiedy zapo­mniała o woj­nie i zamiast niej wybrała miłość.

- Myślę... - Luke zawie­sił głos. Leia spoj­rzała mu w oczy. Brat zmarsz­czył czoło w uśmie­chu, który prze­czył nieco powa­dze sytu­acji. - Myślę, że zapo­mi­nasz, że koniec wojny nie tylko przy­niósł pokój w galak­tyce. Zapew­nił ci też tro­chę czasu.

Zdzi­wiona Leia pokrę­ciła głową. W odpo­wie­dzi Luke zła­pał ją za rękę i odcią­gnął od kra­wę­dzi.

- Masz rację - przy­znał. - Wszy­scy troje możemy obrać roz­ma­ite ścieżki. I tak, obecna chwila sporo roz­strzy­gnie. Wybory, które teraz podej­miemy... utrzy­mają się. - Zamilk­nął. - Ale podą­ża­nie jedną ścieżką nie ozna­cza, że nie możesz podą­żać innymi. Otrzy­ma­łaś wol­ność, by kro­czyć dowolną liczbą ście­żek, które chcesz zgłę­bić.

- Nie wiem, czy chcę... - Leia zamil­kła w pół zda­nia. Wie­działa, co takiego ofe­ruje jej Luke, ale choć była cie­kawa, co ma jej do zaofe­ro­wa­nia Moc, miała świa­do­mość, że z każ­dym kro­kiem zbli­ża­łaby się do siły, która zmie­niła Dar­tha Vadera w potwora.

Po twa­rzy Luke'a prze­biegł skurcz bólu i Leia uświa­do­miła sobie, że kom­plet­nie nie zała­pała, co chciał jej prze­ka­zać. Wcale nie myślał o potę­dze. Myślał o niej. Nie była jedyną osobą, która stra­ciła rodzinę. Luke też ją stra­cił. Opo­wia­dał jej prze­cież o wuju i ciotce. Lei ści­snęło się serce - czy to moż­liwe, że byli też jej cio­cią i wuj­kiem? Dom Luke'a spło­nął, a wraz z nim wszystko, co sym­bo­li­zo­wało jego prze­szłość. Tato­oine na­dal ist­niało, ale dla Luke'a pozo­sta­wało rów­nie stra­cone co Alde­raan.

Leia wychy­liła się i wsu­nęła Luke'owi za ucho zbłą­kany kosmyk. "Ci faceci zawsze są tacy wymięci".

- Mogę ci pomóc w nauce - zaofe­ro­wał Luke, bio­rąc jej gest za zgodę. - Gdy już się nacie­szysz towa­rzy­stwem Hana, możemy zacząć szko­le­nie. Sły­sza­łem o miej­scach, w któ­rych mogę odna­leźć zagi­nioną wie­dzę Jedi. Yoda nie żyje, ale będę cię uczyć tak, jak on nauczał mnie. Choć sam jesz­cze tyle nie wiem. Yoda nazwał mnie ryce­rzem Jedi, ale zdaję sobie sprawę, że daw­niej Jedi podej­mo­wali naukę jako dzieci. Tyle muszę się jesz­cze nauczyć. Mogli­by­śmy się za to zabrać wspól­nie...

Luke umilkł, a Leia pokrę­ciła głową.

- Nie inte­re­suje mnie Moc - powie­działa łagod­nym tonem. - Chcia­ła­bym się wybrać w nie­jedną wspólną podróż, by spę­dzić czas z tobą. Chcia­ła­bym poznać mojego brata jako brata.

Powta­rzał jej, że nie musi decy­do­wać od razu, że nie musi wybie­rać jed­nego kosz­tem dru­giego. Ale czuła się tak, jakby powinna pod­jąć decy­zję. Wybrać się w podróż z Lukiem, wybrać rodzinę zło­żoną z pary rodzeń­stwa, by wspól­nie pozna­wać nie­znane zakątki galak­tyki, Moc i wszystko, co za nią stoi. Albo wybrać Hana, z któ­rym stwo­rzy wła­sną rodzinę, tak by poznać sie­bie samą.

- Mogli­by­śmy wspól­nie doko­nać wiel­kich czy­nów - zachę­cił ją Luke. Spo­glą­dał w dal, jakby dostrze­gał inną przy­szłość od tej, która obja­wiła się Lei.

"Musi się czuć bar­dzo samotny" - pomy­ślała. Była jedną z ostat­nich cór Alde­ra­ana, ale on był dosłow­nie ostat­nim Jedi.

- Mógł­byś wybrać się z nami - zaofe­ro­wała.

Luke prych­nął.

- W podróż poślubną z Hanem?

- Nie. - Zaśmiała się. - Mia­łam na myśli, że mógł­byś nam pomóc utwo­rzyć nowy rząd. Ojciec opo­wia­dał mi, że daw­niej Jedi słu­żyli wraz z Sena­tem, że też odgry­wali rolę w poli­tyce. Gdy nowa repu­blika ukształ­tuje się w pełni, mógł­byś pra­co­wać ze mną w sto­licy. Mogli­by­śmy zbu­do­wać coś wspól­nie. - "Nie musisz być sam". Przez jedną piękną chwilę pozwo­liła sobie na marze­nia. Ujrzała w duchu sto­licę, nową i mie­niącą się, z cudow­nym gma­chem Senatu. Mogłaby prze­ma­wiać w imie­niu potrze­bu­ją­cych i dzia­łać na rzecz pokoju, a potem wra­cać do domu, do męża i - może - pocie­chy lub dwóch. Jeść kola­cję z wuj­kiem jej dzieci. W domu, sta­no­wią­cym ich cen­trum.

Nie musia­łaby pla­no­wać każ­dej chwili życia jak na Alde­ra­anie, ale cie­szy­łaby się sta­bil­no­ścią, dzięki któ­rej roz­wi­jały się i kochały wza­jem­nie rodziny. Byłoby miło.

- Tyle jesz­cze zostało do pozna­nia i odkry­cia - oznaj­mił Luke, a jego słowa zbu­rzyły jej wizję. - Nie wiem, dokąd mnie wywieje, ale wiem tyle, że zniknę. - Jak wtedy, gdy znik­nął po Hoth w pogoni za Yodą na odle­głej pla­ne­cie. Wtedy nie miał nawet jak wysłać wia­do­mo­ści, że jest cały i zdrowy. Znów spoj­rzał jej w oczy i spró­bo­wał raz jesz­cze: - Mogła­byś się wybrać ze mną.

- Nie sądzę - odparła łagod­nym tonem. Luke może i wie­rzy, że mogłaby obie­rać wiele ście­żek naraz, ale Leia nie była już taka pewna. Gdyby podą­żyła jego śla­dem, uga­nia­łaby się za potęgą, a ta potęga mogłaby jej pomóc ukształ­to­wać tę galak­tykę, którą usi­ło­wała budo­wać przez całe życie. Ale jeśli musiała wybie­rać mię­dzy potęgą a szczę­ściem, zamie­rzała wybrać szczę­ście.

Bo do tego tak naprawdę spro­wa­dzał się jej wybór. Podró­żo­wa­nie z Lukiem, ścieżka Jedi - nie­wąt­pli­wie ozna­cza­łoby to przy­godę. Moż­liwe, że posia­dłaby siłę, którą kusił ją brat.

Ale całe swoje życie poświę­cała potę­dze.

A teraz po raz pierw­szy była gotowa wybrać coś z myślą o sobie samej.

Rozdział 3

HAN

WIO­SKA EWO­KÓW BYŁA LABI­RYN­TEM MOSTÓW i dom­ków. Choć Han odna­lazł Che­wiego i podzie­lił się z nim dobrą nowiną, minęła ponad godzina, a na­dal nie odna­lazł Landa. Gdy jed­nak przy­wódcy Rebe­lii zwo­łali spo­tka­nie, wszedł do namiotu i natych­miast ujrzał sta­rego druha.

- O co tu cho­dzi? - spy­tał Lando, gdy Han zajął miej­sce na ławie tuż obok. - O tę pla­cówkę zna­le­zioną przez Path­fin­der­sów?

- Pew­nie tak - odparł. Po samej misji zro­bili krótką odprawę, ale teraz dane musiały zostać prze­ana­li­zo­wane do ostat­niego szcze­gółu. - Hej, mam ci coś do powie­dze­nia. Potem. - Spoj­rzał na Landa, który z cie­ka­wo­ści aż zmarsz­czył czoło.

Nim mogli kon­ty­nu­ować roz­mowę, do namiotu prze­do­stał się pro­mień świa­tła i do środka weszła Mon Mothma, a w ślad za nią - Leia. Han spoj­rzał na tę drugą. Miała na sobie pro­stą zie­loną sukienkę, ale ina­czej splo­tła włosy, z dba­ło­ścią o każdy kosmyk, przez który Han poprzed­niej nocy wodził dło­nią. Otrzą­snął się z tej myśli. Oświad­czył się jej w pełni świa­dom tego, że wojna nie dobie­gła końca i że należy dzia­łać teraz, nim Impe­rium zdąży się oko­pać. W ostat­nich latach w któ­rymś momen­cie jej wojna stała się jego wojną i był rów­nie zde­ter­mi­no­wany, by dopro­wa­dzić sprawy do końca, co ona.

Leia pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na Hana. Uśmiech­nął się. Wie­dział dosko­nale, że jest w pełni świa­doma jego obec­no­ści. Księż­niczka prze­wró­ciła oczyma, ale to tylko spra­wiło, że Han moc­niej wykrzy­wił wargi w łobu­zer­skim uśmieszku. Może i znaj­do­wali się w zaim­pro­wi­zo­wa­nej sali narad z czo­ło­wymi gene­ra­łami roz­kwi­ta­ją­cej nowej repu­bliki, ale coś strze­lał, że rumie­niec, któ­rym pokryły się jej policzki, nie ma nic wspól­nego z admi­ra­łem Ack­ba­rem.

Mon odchrząk­nęła, by zwró­cić na sie­bie uwagę zgro­ma­dzo­nych, w tym po chwili i Hana.

- Musimy prze­dys­ku­to­wać kolejne kroki - oznaj­miła, wodząc wzro­kiem po twa­rzach zebra­nych. Parę osób dołą­czyło w postaci holo­gra­mów - Han roz­po­znał nie­któ­rych, choć nie każ­dego. Naj­wy­raź­niej było to jedno z tych zebrań typu "wszyst­kie ręce na pokła­dzie".

- Zawsze wie­dzie­li­śmy, że demon­taż Impe­rium nie ogra­ni­czy się do wyeli­mi­no­wa­nia Impe­ra­tora i jego broni - zaczęła Leia.

- Impe­rium jest dran­geą - wtrą­cił admi­rał Ack­bar. - Można mu uciąć głowę, ale będzie żyło tak długo, jak będzie mogło się poży­wiać.

Han nie widział oso­bi­ście dran­gei, ale legendy o tych stwo­rze­niach były dość znane. Gdyby udało się komuś zabić jedną z tych masyw­nych istot przy­po­mi­na­ją­cych kała­mar­nice, można by sprze­dać jej ikrę boga­czom jako deli­ka­tes i zaro­bić tyle, żeby przez rok latać bez więk­szych stre­sów. To wła­śnie jed­nak to zabi­cie sta­no­wiło pro­blem - stwo­rze­nie miało bowiem dwa mózgi, jeden w ciele, a drugi uno­szący się swo­bod­nie obok. Już samo odcię­cie głowy sta­no­wiło nie lada wyzwa­nie, bo istota zamiesz­ki­wała naj­głęb­sze, naj­chłod­niej­sze wody Mon Cali. Ale nawet gdy łowcy uda­wał się ten wyczyn, dłu­gie, jado­wite ramiona dran­gei mogły bez trudu ata­ko­wać dalej, gdy nie­szczę­śnik godził w ciało zwie­rzę­cia w śle­pej nadziei, że wresz­cie natrafi na coś, co unie­ru­chomi je na dobre.

W oce­anach Mon Cali spo­czy­wały nie­zli­czone rze­sze mar­twych łow­ców, a liczne bez­głowe dran­gee żywiły się ich tru­chłami.

- Dokład­nie - odparła Mon. - Zdo­ła­li­śmy jed­nak zadać mu cios, który jesz­cze może oka­zać się śmier­tel­nym. Ma się rozu­mieć, że kres Impe­ra­tora Pal­pa­tine'a i Gwiazdy Śmierci były koniecz­nymi warun­kami naszego suk­cesu i już samo to spra­wiło, że więk­szość galak­tyki opo­wie się po naszej stro­nie. To jed­nak, co zostało z Impe­rium, nie zamie­rza ot tak oddać wła­dzy. I choć Path­fin­dersi zdo­łali znisz­czyć pla­cówkę komu­ni­ka­cyjną po dru­giej stro­nie księ­życa, nie udało im się powstrzy­mać prze­syłu danych. Nasi ludzie w tej chwili pró­bują odszy­fro­wać te infor­ma­cje. Sko­rzy­stamy z nich, by przy­śpie­szyć cel, jakim jest pokój. - Pomoc­nik podał Mon data­pad. - Mamy jed­nak co świę­to­wać - dodała, czy­ta­jąc z ekranu. - Z przy­jem­no­ścią oświad­czam, że udało nam się wstęp­nie nawią­zać dia­log z pew­nymi klu­czo­wymi świa­tami. - Ekran za ple­cami Mon uru­cho­mił się i wyświe­tlił sze­reg wize­run­ków pla­net: tych już zwią­za­nych z nowym rzą­dem i takich, które to roz­wa­żały. Han zauwa­żył, że więk­szość leżała w regio­nie Świa­tów Jądra i Środ­ko­wych Rubieży. Zigno­ro­wa­nie ich dopro­wa­dzi­łoby do cha­osu.

Zewnę­trze Rubieże będą potrze­bo­wały cze­goś wię­cej niż roz­mów dyplo­ma­tycz­nych. A te pla­nety na obrze­żach - cóż, Han zało­żył, że wła­śnie takie miej­sca staną się celem Impe­rium. Zaci­snął szczękę. Mon mogła pla­no­wać, ile zechce, mogła wypra­wiać miłe kola­cyjki dla poli­ty­ków na Coru­scant czy na jakim­kol­wiek innym świe­cie, ale zało­żyłby się o dowolną sumę kre­dy­tów, że czeka ich jesz­cze prze­prawa na Zewnętrz­nych Rubie­żach. I to wła­śnie żoł­nie­rze tacy jak Path­fin­dersi znajdą się pod ostrza­łem.

- Nasze plany w odnie­sie­niu do Zewnętrz­nych Rubieży są płynne - oznaj­mił gene­rał Madine, gdy Mon kiw­nęła na znak, by prze­mó­wił - ale trans­por­towce są gotowe do odlotu, gdy tylko wska­żemy pierw­szy cel.

Han poczuł ucisk w piersi. Powiódł wzro­kiem po tłu­mie w namio­cie i spoj­rzał na Leię. Ujrzał w jej oczach ten sam nie­po­kój. Czas. Potrze­bo­wali czasu, by pobyć razem. Ale Mon już roz­wa­żała kolejne misje i cele. Wia­domo, że koniecz­nie muszą sko­rzy­stać z obec­nej prze­wagi i powstrzy­mać Impe­rium, gdy jest oka­le­czone i wstrzą­śnięte, ale... Han uznał, że po szyb­kim ślu­bie będzie mógł spę­dzić tydzień czy dwa ze swoją żoną, nim wszystko znów trafi szlag.

- ...i przy­wra­camy klu­czowe aspekty nie­pod­le­gło­ści - dodała Mon, poda­jąc data­pad asy­sten­towi. - Liczne insty­tu­cje i spółki, daw­niej zmu­szane do dzia­łal­no­ści na rzecz Impe­rium, wła­śnie odzy­skały nie­za­leż­ność.

Na ekra­nie za Mon poja­wiło się kilka logo. Han nie roz­po­zna­wał więk­szo­ści. Lando wychy­lił się i wska­zał jedno kon­kretne.

- To sieć liniow­ców, która daw­niej zaj­mo­wała się czar­te­rami - wyja­śnił ści­szo­nym gło­sem.

- Ta, którą prze­jęli Hut­to­wie?

- Ta sama. - Lando wypro­sto­wał się i pod­niósł głos. - Statki ni­gdzie nie dolecą bez paliwa - oznaj­mił. - Co zamier­za­cie zro­bić w spra­wie Bespina?

Mon ski­nęła głową.

- Wszy­scy dosko­nale zda­jemy sobie sprawę z impe­rial­nych wpły­wów w sek­to­rze Anoat.

Nie­za­do­wo­lony Lando odchrząk­nął cicho.

- Co tam się dzieje? - spy­tał go Han, gdy Mon zaczęła odpo­wia­dać na pyta­nie porucz­nika sie­dzą­cego z przodu.

- Pró­bo­wa­łem nawią­zać kon­takt z czę­ścią moich ludzi. Guber­na­tor od początku sym­pa­ty­zo­wał z Impe­rium, ale teraz ucieka się do bez­czel­nych kłamstw. Twier­dzi, że Impe­ra­tor wcale nie umarł i takie tam.

- To kłam­stwo dość łatwo oba­lić - stwier­dził Han. - To nie tak, że guber­na­tor wycią­gnie sobie Pal­pa­tine'a zza pazu­chy na dowód swo­ich słów.

- To bez zna­cze­nia - odparł przy­ja­ciel. - Kto tak naprawdę widział go na wła­sne oczy? Był jed­nym czło­wie­kiem w ogrom­nej galak­tyce i bar­dzo długo trzy­mał się stołka. Łatwiej wie­rzyć, że na­dal żyje, niż przy­jąć za dobrą monetę słowa rebe­lian­tów o jego śmierci.

Han otwo­rzył usta, by zapro­te­sto­wać, ale Lando znowu sku­pił się na Mon.

- Impe­rium nie jest naszym jedy­nym utra­pie­niem - powie­dział w końcu, wsta­jąc i prze­ry­wa­jąc jej. - Kar­tele chęt­nie sko­rzy­stają z zamie­sza­nia. Gdy będziemy udo­wad­niać guber­na­to­rowi Adel­har­dowi i miesz­kań­com mojego sek­tora, że Impe­ra­tor obró­cił się w kosmiczny pył, orga­ni­za­cje prze­stęp­cze podejmą odpo­wied­nie kroki.

- Wiemy - odparła Mon. W jej gło­sie pobrzmie­wał taki auto­ry­tet, że Lando aż usiadł. - Nie dość, że z nad­cią­ga­ją­cych zmian sko­rzy­stają prze­stępcy, moż­liwe, że skryją się wśród nich zwo­len­nicy Impe­rium. W końcu daw­niej impe­rial­nym zda­rzało się współ­pra­co­wać z takimi orga­ni­za­cjami.

Han nie pró­bo­wał zdu­sić gorz­kiego prych­nię­cia. Boba Fett współ­pra­co­wał z Dar­them Vade­rem i Jabbą. Han prze­ko­nał się na wła­snej skó­rze, z jaką łatwo­ścią obie grupy się jed­no­czą.

Mon spoj­rzała przez ramię na Leię. Nic nie powie­działa, ale Han wyczu­wał, że myśli o tym samym co on. Spo­śród wszyst­kich orga­ni­za­cji prze­stęp­czych w galak­tyce to Hut­to­wie żywili urazę wobec Lei, na któ­rej sku­pili całą nie­na­wiść. Han poznał wyso­kość nagrody za jej głowę, wyzna­czo­nej przez dzie­dzi­ców Hut­tów w ramach zemsty za zabi­cie Jabby.

Dla Hana robie­nie sobie wro­gów nie było pierw­szy­zną - w końcu nawet Jabba nie­spe­cjal­nie go lubił, skoro wysta­wił go przed publicz­no­ścią w bloku kar­bo­nitu. Świa­do­mość, że jest się nazna­czo­nym pięt­nem śmierci, nie była łatwa, no i prze­szłość w końcu go dopa­dła. Ale Leia... Han nie był na bie­żąco z alde­ra­ań­ską poli­tyką, ale mógł się zało­żyć, że nie wszy­scy miesz­kańcy pla­nety kochali swo­ich przy­wód­ców. A Leia dołą­czyła do Senatu Galak­tycz­nego w sto­sun­kowo mło­dym wieku - no i żaden poli­tyk w galak­tyce nie cie­szył się uni­wer­sal­nym popar­ciem. Księż­niczka robiła sobie wro­gów przez sam fakt, że oddy­chała. Tak naprawdę nie zasta­na­wiał się wcze­śniej, co to ozna­cza, ale teraz? Teraz widział wszyst­kie te nagrody za głowę Lei, uno­szące się nad nią niczym holo­pro­jek­cje. Hut­to­wie, Impe­rium, wro­go­wie poli­tyczni, roz­go­ry­czeni oca­leńcy z Alde­ra­ana, biz­nes­meni, któ­rzy splaj­to­wali wsku­tek końca wojny, dysy­denci po prze­ciw­nej stro­nie...

Wtem Leia wyszła na przód, by zacząć prze­mowę.

- Naszym pierw­szym celem jest umoc­nie­nie więzi z sojusz­ni­kami na świa­tach sym­pa­ty­zu­ją­cych z naszą sprawą, a także usta­le­nie, jakimi środ­kami zbroj­nymi dys­po­nują na poczet stwo­rze­nia armii obron­nej dla powsta­ją­cej repu­bliki - ogło­siła. Jej głos w ogóle nie drżał, nie zdra­dzał stra­chu. Może nie dostrze­gała tarcz strze­lec­kich na swo­ich ple­cach, a może po pro­stu już się do nich przy­zwy­cza­iła.

- Pró­buję wam uzmy­sło­wić, że... Nic. Nie. Osią­gnie­cie. Bez. Paliwa - wtrą­cił Lando. Leia prze­rwała. Nie spoj­rzała choćby na Hana, który sie­dział obok Cal­ris­siana, gdy ten wyma­wiał poje­dyn­czo kolejne słowa, pod­kre­śla­jąc nie­bez­pie­czeń­stwo. - Bespin i pozo­stałe układy sek­tora Anoat są waż­nym źró­dłem gazu tibanna. Impe­rium wie, że opiera się na nim cała galak­tyka. Jeśli zdo­bę­dzie kon­trolę nad pali­wem, będzie na­dal ją kon­tro­lo­wało. I nie będzie miało zna­cze­nia, ilu Impe­ra­to­rów zgi­nie w eks­plo­zjach - Impe­rium nie pad­nie, póki będzie miało dostęp do zaso­bów.

- Przyj­muję do wia­do­mo­ści - odparła spo­koj­nym gło­sem Leia.

- A przyj­mu­jesz? - mruk­nął pod nosem Lando, na tyle cicho, że usły­szeli go jedy­nie sie­dzący naj­bli­żej.

- Przyj­muje - wark­nął Han.

Przy­ja­ciel spio­ru­no­wał go wzro­kiem, ale się nie ode­zwał.

- Impe­rialna kon­trola nad zaso­bami zde­cy­do­wa­nie może zni­we­czyć nasze sta­ra­nia - dodała Leia - ale od teraz sprawy będą się miały ina­czej. Daw­niej bowiem Impe­rium mogło nisz­czyć - i nisz­czyło - całe światy, by pozy­skać jak naj­wię­cej zaso­bów. Żyzna gleba na Pyrze ule­gła doszczęt­nemu spu­styn­nie­niu, Cyndę prze­ko­pano w poszu­ki­wa­niu tho­ri­lydu do tego stop­nia, aż stała się nie­mal kom­plet­nie nie­sta­bilna. Oczy­wi­ście, że przy­glą­damy się temu, co dzieje się w sek­to­rze Anoat, nasz agent od lat działa w głę­bo­kiej kon­spi­ra­cji na sta­cji Chi­nook.

Han spoj­rzał na Landa, a ten uniósł brwi. Więc jego stary druh wcale nie wie­dział o wszyst­kim, co dzieje się na jego świe­cie.

- Impe­rium obie­rze za cel paliwo i żyw­ność. Musimy zna­leźć spo­soby, by chro­nić oba te zasoby. W prze­ciw­nym razie wszy­scy staną się zde­spe­ro­wani - cią­gnęła Leia.

Mon zro­biła krok do przodu.

- Musimy pod­jąć sze­ro­kie dzia­ła­nia - jeśli na przy­kład zdo­łamy powstrzy­mać Impe­rium przed zdo­by­ciem gazu tibanna, kto wie, czy nasz wróg nie zain­te­re­suje się innym sek­to­rem i choćby pozy­ski­wa­niem car­nium. Wiemy, że impe­rialna sta­cja od mie­sięcy nego­cjo­wała na księ­życu Madurs w ukła­dzie Len­guin. Nasi ludzie mel­do­wali, że roz­mowy stały się dość zażarte i koniec koń­ców nie pod­pi­sano kon­traktu...

- Nawet gdyby go pod­pi­sano - wtrą­cił Lando - to nie tak, że Impe­rium kie­dy­kol­wiek mar­twiło się prze­strze­ga­niem usta­leń.

Han podej­rze­wał, że Lando ma święte prawo być zgorzk­niały. Wąt­pił, by jego druh chciał, by Impe­rium wtrą­cało się do jego spraw, pal licho, jak korzyst­nymi ofer­tami machało mu wcze­śniej przed nosem. Był zresztą pewien, że Lando nie speł­nił żądań narzu­co­nych mu przez Dar­tha Vadera.

Podej­rze­wał jed­nak, że cho­dziło o coś wię­cej niż inte­resy. Jasne, że Lan­dowi zale­żało na zyskach, ale wszystko wska­zy­wało na to, że szcze­rze się trosz­czy o los pod­wład­nych. Pró­bo­wał ich ewa­ku­ować, gdy Impe­rium prze­jęło kon­trolę nad rafi­ne­rią. Han pokrę­cił głową. W przy­padku Landa moż­liwe było i to, że jed­no­cze­śnie zale­żało mu na zyskach i ludziach, a trudno powie­dzieć, co jest dla niego waż­niej­sze danego dnia. Ale Han nie wąt­pił w jedno: w jego nie­na­wiść do Impe­rium.

- Wojna zmie­niła cha­rak­ter - oznaj­miła zło­wiesz­czo Mon - ale nie daj­cie się zwieść: na­dal ją toczymy. Nie. To już nie będą wiel­kie bitwy z wymianą bla­ste­ro­wego ognia. Impe­rium będzie dzia­łało skry­cie, by zde­sta­bi­li­zo­wać nas, nim zdo­łamy w pełni utwo­rzyć nową, wielką repu­blikę. Będzie ata­ko­wało nasze układy, gło­dziło naszych ludzi, ogra­ni­czało nam paliwo. - Zamil­kła i spoj­rzała na Leię. - W miej­sce otwar­tego kon­fliktu będzie się wysłu­gi­wało skry­to­bój­cami, by wyeli­mi­no­wać klu­czo­wych gra­czy. Tak, by miesz­kańcy galak­tyki utra­cili wiarę w pokój.

- To doty­czy i cie­bie - ode­zwała się cicho Leia, spo­glą­da­jąc jej w oczy.

Hana ści­snęło w sercu, a w jego oczach poja­wiły się mroczki. Niczego tak nie chciał, jak ode­pchnąć Landa, prze­pchnąć się przez tłum, chwy­cić Leię za nad­gar­stek i zacią­gnąć ją na pokład "Sokoła Mil­len­nium", by odle­cieć z nią na naj­od­le­glej­szą pla­netę, jaką zdoła zna­leźć (naj­chęt­niej taką ze sło­necz­nymi pla­żami), i spę­dzić resztę życia z dala od tego wszyst­kiego.

Powstrzy­my­wała go tylko świa­do­mość, że Leia ni­gdy by mu tego nie wyba­czyła.

Zresztą, pew­nie zastrze­li­łaby go, nim zdo­łałby ją stąd wycią­gnąć.

- Bryn, Kelan, Maxx, zostań­cie, mam wam do prze­ka­za­nia dodat­kowe infor­ma­cje - oznaj­miła Mon i trzy osoby wyło­niły się z tłumu, by podejść bli­żej. Reszta obec­nych w namio­cie zaczęła się roz­cho­dzić. Nim Han się ulot­nił, zauwa­żył, że Leia roz­daje trójce wezwa­nych dodat­kowe data­pady. Lando znik­nął, nim zdo­łał go odcią­gnąć na bok.

Tajne misje, szpie­dzy w punk­tach zapal­nych i zagro­żone łań­cu­chy dostaw. Han ni­gdy by nie powie­dział, że tęskni za wal­kami jeden na jed­nego w kosmo­sie - bo nie tęsk­nił - ale nie był też fanem tego typu zagrań. Ni­gdy nie chciał słu­żyć w jakim­kol­wiek woj­sku, a co dopiero w stop­niu gene­rała, ale skoro ich wojna przyj­mo­wała taką, a nie inną postać, moż­liwe, że będzie musiał zna­leźć jakiś spo­sób, by się dosto­so­wać.

Wycho­dząc z namiotu, zauwa­żył jed­nego z dowód­ców swo­jego oddziału sztur­mo­wego.

- Kes. - Ski­nął mu głową na powi­ta­nie.

- I co ty o tym wszyst­kim sądzisz? - zain­te­re­so­wał się sier­żant.

Han wzru­szył ramio­nami.

- Wygląda na to, że zna­leźli spo­sób, by wyko­rzy­stać zdo­byte przez nas infor­ma­cje.

Kes Dame­ron przy­tak­nął.

- Nie ina­czej.

- Nie smuć się tak, młody - dodał Han.

Kes pokrę­cił głową.

- Skąd, sir! Po pro­stu... wygląda na to, że utkniemy na Zewnętrz­nych Rubie­żach, prawda?

Han tak sku­pił się na tym, jak nowe roz­kazy będą się miały do bez­pie­czeń­stwa - na tym, że obec­nie Leia była jesz­cze bar­dziej zagro­żona niż wtedy, gdy ostrze­li­wała się z impe­rial­nymi - że zapo­mniał o tym, o czym Mon poin­for­mo­wała ich na samym początku odprawy. Impe­rium schowa się w cie­niu Środ­ko­wych Rubieży i Świa­tów Jądra. Oko­pie się jed­nak na Zewnętrz­nych Rubie­żach.

A jego Path­fin­dersi dzia­łali w polu.

- Na to wygląda - odparł. W naj­bliż­szej przy­szło­ści może się poże­gnać ze sło­necz­nymi pla­żami.

Kes przy­tak­nął z powagą.

- Nie będziemy mieli tam żad­nej łącz­no­ści. Nie pod­czas misji spe­cjal­nych.

Has zaklął w duchu.

- Taa. - Zauwa­żył, jak Kes wykręca z ner­wów palce ręka­wiczki. - Ale jesz­cze nie jeste­śmy na misji. Leć do żony.

- Pew­nie zgłosi się na ochot­niczkę, by zawieźć nas tam, dokąd nas poślą - stwier­dził Kes, w rów­nej czę­ści dumny z kocha­nej przez sie­bie pilotki i o nią nie­spo­kojny.

- No tak, do zoba­cze­nia wtedy - rzu­cił Han. Był cie­kaw, czy Kes zła­pie alu­zję.

- A. Jasne! Nie musi mi pan powta­rzać. - Kes zasa­lu­to­wał żar­to­bli­wie i popę­dził tam, gdzie bez wąt­pie­nia cze­kała na niego Shara Bey.

Choć Kes miał żonę i dziecko, Han wie­dział dosko­nale, że póki będą misje, weź­mie w nich udział, zresztą Shara tak samo. Nawet w utaj­nio­nych miej­scach, przy peł­nej ciszy radio­wej i bez har­mo­no­gramu.

Czy obiet­nic.

Han ni­gdy nie darzył Impe­rium sym­pa­tią. W prze­ci­wień­stwie do Kesa jed­nak nie został rebe­lian­tem ze szla­chet­nych pobu­dek.

Przez długi czas wal­czył jedy­nie dla swo­ich przy­ja­ciół - dla Lei.

Ale po co podej­mo­wać walkę, gdy ta jedy­nie ich od sie­bie odda­lała?

Rozdział 4

LEIA

PO ODPRA­WIE W NAMIO­CIE ZOSTAŁA garść osób. Gdy Leia i Mon prze­ka­zały szcze­góły misji trzem rebe­lian­tom wybra­nym do infil­tra­cji sek­tora Anoat, wysoka kobieta o ciem­nej skó­rze i ogo­lo­nej nie­mal na zero gło­wie wyszła przed sze­reg.

- Pani major. - Mon ski­nęła w jej stronę. Zwró­ciła się ku Lei. - Oto Nioma. Pra­cuje dla wywiadu.

Leia wycią­gnęła dłoń, a kobieta ser­decz­nie ją uści­snęła.

- Gene­rał Dra­ven wspo­mi­nał o pani - ode­zwała się księż­niczka. - To dla mnie zaszczyt panią poznać.

- Był dobrym czło­wie­kiem - odparła major Nioma. Skło­niła głowę z sza­cun­kiem, a potem spoj­rzała na Mon. Było jasne, że jest czło­wie­kiem, który lubi trzy­mać się zada­nia.

- Popro­si­łam panią major, by poroz­ma­wiała z tobą o poten­cjal­nych zagro­że­niach dla two­jego bez­pie­czeń­stwa - wyja­śniła łagod­nym tonem Mon. - Przez następne dni z każ­dym zna­nym publicz­nie, wysoko posta­wio­nym człon­kiem Soju­szu spo­tka się przed­sta­wi­ciel wywiadu.

Więc to nie tak, że Leia była wyjąt­kiem - po pro­stu zała­pała się na takie spo­tka­nie jako jedna z pierw­szych. Cie­kawe, kiedy Mon zdą­żyła odbyć swoje.

- Jest pani twa­rzą Rebe­lii - powie­działa jej major Nioma - a to ozna­cza, że nie­któ­rzy panią mocno kochają... - Zawie­siła głos. Nie było potrzeby, by wspo­mi­nała o nie­na­wi­ści wobec księż­niczki, która w nie­któ­rych krę­gach wyda­wała się bar­dziej zawzięta niż miłość.

- Wyszłam bez szwanku z licz­nych zama­chów - pod­kre­śliła Leia. - Doce­niam tro­skę, ale...

- Major Nioma przy­go­to­wała dla cie­bie raport - oświad­czyła Mon, na co kobieta podała Lei data­pad. - Wiem, że zda­jesz sobie sprawę z naj­częst­szych zagro­żeń, ale lepiej dmu­chać na zimne.

- Mogę też przy­dzie­lić pani ochronę - zapro­po­no­wała Nioma.

- Pora­dzę sobie sama! - zapro­te­sto­wała Leia.

- Natura zagro­żeń się zmie­nia - ostrze­gła ją Mon. - Choćby pod­czas wojny byłaś więź­niem poli­tycz­nym. Ist­niały gra­nice, któ­rych nie mogło prze­kro­czyć nawet Impe­rium, tak by nie przy­znać, że Rebe­lia sta­nowi praw­dziwe zagro­że­nie, a tak­tow­nie pró­bo­wali tego uni­kać. Ale teraz przy­par­li­śmy Impe­rium do muru, a zaszczute zwie­rzę jest naj­groź­niej­sze. Śmier­tel­nie groźne.

Leia nie­raz powo­ły­wała się na sta­tus amba­sa­dorki, by unik­nąć schwy­ta­nia - spraw­dzało się to do chwili, aż prze­stało. Gdy Vader ją poj­mał, było mu wszystko jedno, że Leia rze­komo odby­wała misję dyplo­ma­tyczną, a sta­tus sena­torki i popu­lar­nej oso­bi­sto­ści wśród Świa­tów Jądra nie pomógł jej unik­nąć tor­tur. Nie powstrzy­mał Tar­kina przed uka­ra­niem tych, któ­rych kochała.

- Jestem aż nadto świa­doma zagro­żeń - powie­działa. - Nie mogę jed­nak pozwo­lić, by powstrzy­mały mnie przed dzia­ła­niem.

- Nie cho­dzi tylko o panią - pod­kre­śliła Nioma. Zbli­żyła się do Lei i prze­wi­nęła stronę na data­pa­dzie. Na wyświe­tla­czu poja­wiły się inne akta oso­bowe. Luke, Che­wie, Han. - Wszy­scy, któ­rych pani zna, są poten­cjal­nymi celami: każda nowa więź sta­nowi nową oka­zję dla pani wro­gów.

Leia nie dała tego po sobie poznać, ale wewnątrz poczuła, jakby zanu­rzyła się w lodo­wa­tej wodzie. Pamię­tała, jak trzy­mał ją Han. O ile wzro­śnie dla niego sto­pień zagro­że­nia, jeśli - gdy - już się z nią ożeni? Nawet jeśli do ślubu doj­dzie daleko od Jądra, nie będą w sta­nie zacho­wać związku w tajem­nicy.

Już udo­wod­niła, że potrafi prze­trwać tor­tury, ale nie mogła znieść myśli, że z jej winy mogliby ucier­pieć jej bli­scy.

- W szcze­gól­no­ści chcia­ła­bym omó­wić nagrody wyzna­czone za pani głowę - dopre­cy­zo­wała major. Ukryła akta oso­bowe bli­skich Lei i sku­piła się na roz­ma­itych ogło­sze­niach. - Nie wszyst­kie mają oczy­wi­stego zle­ce­nio­dawcę, ale jedno mogę powie­dzieć: jest ich wiele.

Nic nowego. Impe­rium pra­gnęło jej śmierci. Hut­to­wie też. Roz­ma­ici dysy­denci poli­tyczni. Zatrzy­mała się, by przyj­rzeć się jed­nemu zle­ce­niu w szcze­gól­no­ści.

- Kto to?

Major Nioma spoj­rzała na ekran.

- A. To pani pre­zes jed­nego z głów­nych zakła­dów prze­my­sło­wych na Coru­scant - powie­działa, stu­ka­jąc w wize­ru­nek kobiety. - Zagło­so­wała pani za ostrzej­szą kon­trolą praw pra­cow­ni­czych uchodź­ców, co kosz­to­wało ją miliony kre­dy­tów.

- Więc pra­gnie mojej śmierci, bo wspar­łam prawo, które unie­moż­li­wiło jej wyzysk uchodź­ców? - Leia nie miała oka­zji poznać tej osoby, a przy­naj­mniej niczego takiego sobie nie przy­po­mi­nała. Nawet nie była autorką ustawy, zwy­czaj­nie wypo­wia­dała się na jej rzecz na forum Senatu.

- Jeśli to cię pocie­szy, uwzględ­niła i mnie - powie­działa Mon.

- Przy­naj­mniej mogę liczyć na dobo­rowe towa­rzy­stwo - mruk­nęła Leia.

- Tu na końcu wymie­ni­li­śmy kilka poten­cjal­nych zagro­żeń ze strony wła­ści­cieli przed­się­biorstw - cią­gnęła Nioma. - Więk­szość była mocno uza­leż­niona od impe­rial­nych kon­trak­tów.

- I teraz wszy­scy obwi­niają mnie, bo znik­nęło zapo­trze­bo­wa­nie na gwiezdne nisz­czy­ciele czy zbroje sztur­mow­ców - skwi­to­wała sucho Leia.

- Dokład­nie. - Nioma była wyraź­nie zado­wo­lona, że Leia zdaje sobie sprawę z powagi sytu­acji.

- Nie­do­rzeczne - skwi­to­wała księż­niczka, odkła­da­jąc gwał­tow­nie data­pad. Prze­cież nie wygrała wojny w poje­dynkę, cze­muż to mia­łaby teraz zno­sić humory tych, któ­rzy prze­grali?

- Cóż, zagro­że­nia z akt są realne - odparła major Nioma. - A do tego o wielu zwy­czaj­nie nie wiemy.

- Dobrze - rzu­ciła Leia. - Połowa galak­tyki mnie nie­na­wi­dzi i pra­gnie mojej śmierci.

- Nie tylko pani - dodała Nioma. - Rów­nież pani bli­skich i współ­pra­cow­ni­ków.

Leia zamarła i zaci­snęła zęby. Zdu­siła wszyst­kie prze­kleń­stwa, które chciała wykrzy­czeć ku niebu. Major otwo­rzyła usta, by kon­ty­nu­ować, ale Mon wycią­gnęła dłoń.

- Na dziś wystar­czy. Wró­cimy do tego póź­niej.

Nioma przy­tak­nęła i odwró­ciła się, by opu­ścić namiot, ale Leia zła­pała ją za łokieć.

- Pro­szę też infor­mo­wać na bie­żąco gene­rała Cal­ris­siana o wszyst­kim, co doty­czy Bespina. Mogę skon­tak­to­wać się z innymi świa­tami boga­tymi w zasoby natu­ralne. Mogłaby mi pani wysłać dane na temat Hofs­guta, Madursa, Inu­sagi, zobaczmy...

- Na Lechrze znaj­duje się pry­watna rafi­ne­ria gazu tibanna, a sek­tor Lixal ostat­nio opusz­czają liczne frach­towce typu Aurore, nale­żące do Gil­dii Gór­ni­czej - uzu­peł­niła Mon.

- Posła­łam zwia­dow­ców do sek­tora Lixal, ale jesz­cze się nie mel­do­wali - oznaj­miła Nioma.

- To mogłaby mi pani zdo­być infor­ma­cje o Lechrze? A, i jesz­cze o For­r­nie - pamię­tam, że znaj­do­wał się tam księ­życ bogaty w car­nium.

Major Nioma zgo­dziła się dostar­czyć infor­ma­cje tak szybko, jak to moż­liwe, po czym opu­ściła namiot. Po chwili do Lei i Mon pod­szedł gene­rał Madine.

- Czy teraz jest dobry moment, by poroz­ma­wiać o Zewnętrz­nych Rubie­żach? - spy­tał.

Mon spoj­rzała na Leię, ale ta wbiła wzrok w gene­rała.

- Tak - odparła sta­now­czo. Gene­rał Madine słusz­nie się nie­po­koił, że to tam oko­pią się szczątki Impe­rium albo, co gor­sza, już teraz dzia­łają z taj­nych baz.

- Oczy­wi­stym wybo­rem jest Ster­dic IV - stwier­dził Madine, od razu prze­cho­dząc do rze­czy - ale moni­to­ruję też kilka innych świa­tów.

Do tego samego wnio­sku doszła Leia na pod­sta­wie dostęp­nych jej infor­ma­cji. Choć tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, Ster­dic IV nie znaj­do­wał się na Zewnętrz­nych Rubie­żach, leżał na pogra­ni­czu. Bio­rąc pod uwagę sto­licę o dużej popu­la­cji i dotych­cza­sową obec­ność sił Impe­rium w dys­tryk­cie prze­my­sło­wym, pla­neta raczej nie zamie­rzała tak łatwo zre­zy­gno­wać z impe­rial­nych kre­dy­tów.

- To jak powin­ni­śmy postą­pić? - spy­tała gene­rała.

- Atak z powie­trza na Cawa City, a kon­kret­nie na dys­trykt prze­my­słowy, z dala od obsza­rów cywil­nych - odparł Madine, znów prze­cho­dząc do sedna.

- Plan rokuje - stwier­dziła Mon. Leię aż skrę­ciło w dołku. Wie­działa, co Mon ma na myśli - Cawa City było wystar­cza­jąco duże i pro­wa­dziło wymianę han­dlową na taką skalę, że zwy­cię­stwo Rebe­lii sta­no­wi­łoby nie­sa­mo­wity pokaz siły. Wysła­łoby wyraźny sygnał wszyst­kim zwo­len­ni­kom Impe­rium, a także tym, któ­rzy roz­wa­żają, czy opo­wie­dzieć się po stro­nie nowo powsta­ją­cego rządu.

Nie umknęło jej jed­nak, że tego typu misja przy­pusz­czal­nie wyma­ga­łaby zaan­ga­żo­wa­nia sił spe­cjal­nych z jed­nostki Hana.

Zaci­snęła zęby. Nie mogła pozwo­lić sobie na to, by kie­ro­wać się na woj­nie uczu­ciami, pal licho, czy wią­za­łoby się to z wysła­niem Hana z powro­tem na linię frontu. Ale choć pró­bo­wała, nie potra­fiła zna­leźć wła­ści­wych słów. Słu­chała w ciszy, gdy Madine i Mon dys­ku­to­wali nad poten­cja­łem woj­sko­wym wysła­nia floty do Cawa City. Przy­ta­ki­wała, gdy zapro­sili do roz­mowy admi­rała Ack­bara, by wyty­po­wał odpo­wied­nie jed­nostki.

- A jeśli cho­dzi o oddziały naziemne - cią­gnął Madine - już nie będzie nam tak łatwo okre­ślić, które z poroz­rzu­ca­nych świa­tów Zewnętrz­nych Rubieży wybrać.

Leia wypu­ściła powie­trze.

- Ile czasu potrze­bu­jesz? - spy­tała Mon.

Madine spoj­rzał w prze­strzeń, pogrą­żony w myślach. Leia bar­dzo sza­no­wała jego opi­nię. Pro­wa­dził oddział impe­rialny, nim prze­szedł na ich stronę, więc był dogłęb­nie zazna­jo­miony ze stra­te­giami wroga. Był jedną z pierw­szych osób, które udzie­liły jej popar­cia, gdy Mon ujaw­niła ist­nie­nie pla­nów dru­giej Gwiazdy Śmierci i Leia zapro­po­no­wała odważną misję dywer­syjną, by mogli przy­go­to­wać atak na Endor. Na­dal pamię­tała, jak uważ­nie roz­wa­żał Ope­ra­cję Żółty Księ­życ, nim zde­cy­do­wa­nie wyra­ził apro­batę.

- Pozwól mi poroz­ma­wiać z Solo - powie­dział wresz­cie Madine. - Za jakiś... tydzień? Może dwa? Wtedy będę już miał pew­ność co do celów.

Tydzień. Może dwa. Tyle czasu Leia będzie miała z Hanem, nim uda się na kolejną wojnę na Zewnętrz­nych Rubie­żach. I nim...

- A ja dokąd tra­fię? - spy­tała księż­niczka Mon Mothmę, gdy pozo­stali ofi­ce­ro­wie już się poże­gnali. Wcze­śniej namiot wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie zbyt cia­sny, ale teraz był olbrzymi. Mon usia­dła przed tablicą sytu­acyjną. Zie­lone świa­tło odbi­jało się od jej jasnego stroju.

- Jesteś jed­nym z naszych naj­lep­szych dyplo­ma­tów - oznaj­miła Mon i się uśmiech­nęła. Leia spo­częła obok niej na ławie. - Nie­mniej dopiero co znisz­czy­li­śmy Gwiazdę Śmierci. Myślę, że możesz pozwo­lić sobie na chwilę wytchnie­nia.

Leia uśmiech­nęła się cierpko.

- Prze­cież wiem, że bra­łaś udział w tej samej odpra­wie co ja.

- Nie jest dobrze - zgo­dziła się Mon. - Obie wie­dzia­ły­śmy, że nie będzie łatwo, ale...

Leia przy­tak­nęła w ciszy. Wró­ciła wzro­kiem do tablicy.

- To co, w naj­lep­szym razie mamy kilka tygo­dni. Tyle czasu zyska­li­śmy na zabi­ciu Impe­ra­tora. - Spoj­rzała na Mon. - Cóż, wystar­czy, by wziąć ślub.

Mon zro­biła wiel­kie oczy i na jej twa­rzy poja­wił się rzadki uśmiech, zdra­dza­jący szczerą radość.

- Ślub? - Zła­pała dło­nie Lei i zło­żyła je na swo­ich kola­nach. - Chcesz wyjść za tego łaj­daka?

- A co, chcesz mi to wyper­swa­do­wać? - Ton Lei był wesoły, ale na samą myśl ści­snęło ją w gar­dle. Wielce ceniła sobie Mon, ale wie­działa, że star­sza kobieta uważa ją za kogoś w rodzaju młod­szej sio­stry, nie­mal córki. Leia zamie­rzała żyć w zgo­dzie z samą sobą, nie potrze­bo­wała bło­go­sła­wień­stwa Mon. Mimo to go chciała.

- Ni­gdy - odparła Mon i Leia poczuła przy­pływ cie­pła. Kobieta powio­dła pal­cem po jej kłyk­ciach. - Żałuję tylko, że Bail i Breha nie będą tu z tobą.

Na tę myśl Leia poczuła ukłu­cie bólu. Mał­żeń­stwo było czymś, o czym z nią wcze­śniej roz­ma­wiano - no, głów­nie to podej­mo­wały temat jej ciotki, które życzyły sobie, by ślub zapew­nił jej okre­ślone korzy­ści, choć sama ni­gdy nie patrzyła na to w ten spo­sób. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa zda­wała sobie sprawę, że więk­szość życia spę­dzi w służ­bie innym. Nie miała naj­mniej­szego pro­blemu z dłu­gimi uro­czy­sto­ściami czy pracą na rzecz pod­da­nych. Ale - pomimo tego, co twier­dzili tablo­idowi dzien­ni­ka­rze i wścib­scy człon­ko­wie rodziny - zawsze uwa­żała, że to, co dzieje się w jej sypialni, jest wyłącz­nie jej sprawą. Nie mogła oddać innym sie­bie całej - bo nie zosta­łoby jej już nic.

Przed jej Dniem Żąda­nia, gdy Leia została ofi­cjal­nie ogło­szona pre­ten­dentką do tronu Alde­ra­ana, matka odbyła z nią długą roz­mowę o miło­ści i obo­wiązku. Breha przy­nio­sła ze sobą miecz Rhin­don i poło­żyła go na łóżku córki.

Zgod­nie z tra­dy­cją, Leia musiała udo­wod­nić ludowi Alde­ra­ana, że jest godna obję­cia tronu, w dro­dze trzech wyzwań: jed­nego dla ciała, dru­giego dla umy­słu i trze­ciego dla serca.

- Zda­jesz sobie sprawę ze zna­cze­nia tego mie­cza dla naszego ludu - powie­działa do córki Breha.

Leia przy­tak­nęła z powagą.

- Będziesz go mieć przy sobie pod­czas uro­czy­sto­ści - oświad­czyła matka - a gdy już wyj­dziesz zwy­cię­sko z wyzwań, unie­siesz go przed całym dwo­rem. Ale - dodała łagod­niej­szym tonem - będziesz go mieć przy sobie i pod­czas ślubu.

Leia, która kom­plet­nie sku­piła się na nad­cią­ga­ją­cych pró­bach i rygo­rach Dnia Żąda­nia, zamru­gała. Nie spo­dzie­wała się, że będzie roz­ma­wiać z matką o czymś tak odle­głym.

- Miecz jest sym­bo­lem monar­chii - cią­gnęła Breha - i przy­po­mnie­niem, że to nie krew decy­duje o tym, kto zasiada na tro­nie Alde­ra­ana. To wybór. To my - ja i twój ojciec - wybra­li­śmy cie­bie. Abyś była naszą córką i przy­szłą kró­lową. I chcę, moja naj­droż­sza, abyś wie­działa, że choć nale­żysz do rodu, który ma liczne obo­wiązki - choć i przy­wi­leje - zawsze masz prawo wyboru. Możesz wybrać, za kogo wyj­dziesz. Nim poka­żesz się mężowi lub żonie w dniu ślubu, prze­pa­sam ci ten miecz w talii. Bo wła­śnie to sym­bo­li­zuje miecz Rhin­don w oczach wszyst­kich Alde­ra­ań­czy­ków, a w szcze­gól­no­ści w oczach wład­ców: mamy prawo wybie­rać wła­sny los, a także dys­po­nu­jemy umie­jęt­no­ściami i bro­nią nie­zbęd­nymi do tego, by go bro­nić.

Leia zaci­snęła dło­nie w pię­ści. Na wła­sne oczy widziała zagładę swo­jego świata. Wie­działa, że w tam­tej chwili na powierzchni znaj­do­wali się jej rodzice, ale choć minęło tyle czasu, na­dal nie ogar­niała ogromu tam­tej straty. Ostry ból powra­cał raz za razem - moż­liwe, że ni­gdy nie zdoła w pełni uświa­do­mić sobie skali tam­tej kata­strofy - ale wspo­mnie­nie mie­cza Rhin­don, który od poko­leń wisiał na ścia­nie pałacu, świa­do­mość utraty tej jed­nej reli­kwii, spra­wiły, że aż poczuła żółć w gar­dle. Nie potra­fiła do końca zro­zu­mieć, że ot tak prze­stała ist­nieć cała pla­neta. Jej żałoba przy­cho­dziła w postaci wspo­mnień - miecz, szczyt Appenzy, zapach kwia­tów na dzie­dzińcu, droid zabawka Lola, droid guwer­nantka WA-2V, tam­ten uła­many kamień na bal­ko­nie, z czasu, gdy jako dziecko zatra­ciła się w uda­wa­nej bitwie, małe cia­steczka ze słod­ko­pianki, które przy­no­szono do sypialni, by wyna­gro­dzić jej, że jest zbyt młoda, by uczest­ni­czyć w ofi­cjal­nych spo­tka­niach rodzi­ców - to takie szcze­góły były dla niej istną tor­turą, te dro­bia­zgi, któ­rych nie będzie mogła już ni­gdy przy­wró­cić ani prze­ka­zać dalej.

W chwili zarzą­dze­nia ataku na Alde­raan Tar­kin okradł ją z prze­szło­ści, teraź­niej­szo­ści i przy­szło­ści. Nie mogła już ni­gdy wró­cić do tego, co było. Breha już nie przy­pasa jej w talii mie­cza Rhin­don, Bail ni­gdy nie pozna Hana, a ich ślub odbę­dzie się nie w pałacu, a na dale­kim księ­życu i...

Mon ści­snęła jej dłoń. Odga­dła przy­naj­mniej część jej myśli.

- Byliby z cie­bie dumni - oznaj­miła łagod­nym tonem.

Oczy Lei zaszły łzami.

- Naprawdę tak uwa­żasz? - spy­tała łamią­cym się gło­sem.

Mon przy­tak­nęła.

- Jestem tego pewna. - Uśmiech­nęła się smutno. - Wiesz, Bail nie mógł się cie­bie nachwa­lić. Zawsze był dumny z tego, że sta­jesz na wyso­ko­ści zada­nia. Że tak się poświę­casz dla innych. Kochał to w tobie. Jed­no­cze­śnie mar­twił się, że w tym fer­wo­rze pomocy poświę­casz zbyt wiele z sie­bie. Stąd nie mam naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że byłby z cie­bie dumny, jeśli posta­no­wisz w tej chwili zaznać nieco szczę­ścia.

Leia wypu­ściła powie­trze. Dzi­siej­szy pora­nek na wiele spo­so­bów był emo­cjo­nalny.

- Dzię­kuję - odparła. Miała nadzieję, że Mon usły­szy całą wdzięcz­ność w tym jed­nym pro­stym sło­wie. - Weź­miemy tu z Hanem ślub. Popro­szę Thre­epia, by spy­tał wodza Chirpę, czy jest tu gdzieś jakieś miej­sce zgro­ma­dzeń czy cere­mo­nii, z któ­rego mogli­by­śmy sko­rzy­stać, a może po pro­stu powin­ni­śmy się zebrać pod koro­nami drzew...

- Masz tyle do zapla­no­wa­nia, a tak mało czasu - powie­działa Mon i uśmiech­nęła się zachę­ca­jąco.

- Czasu, phi! - Leia prych­nęła. - Czasu to zawsze jest mało. Ale nie martw się - dodała. - Nie robimy z tego nie wia­domo czego, no i zde­cy­do­wa­nie nie myślimy o podróży poślub­nej. Nic z tych rze­czy. Pro­sta cere­mo­nia, zanim... - Zanim będą musieli udać się każde w swoją stronę. Wła­śnie teraz do niej docie­rało, jak nie­wiele zostało im czasu. Nie zamie­rzała prze­dłu­żać ocze­ki­wa­nia, ale jed­no­cze­śnie nara­stała w niej fru­stra­cja, że tak szybko zostaną roz­dzie­leni.

- Co takiego? - Mon zmarsz­czyła brwi.

Leia skon­cen­tro­wała się na har­mo­no­gra­mie.

- Han wyla­tuje na Zewnętrzne Rubieże ze swoim oddzia­łem. Ja wybie­ram się w misję jako amba­sa­dorka. - Znów prych­nęła, tym razem sła­biej, choć bar­dziej zgorzk­niale. - Udam się do Świa­tów Jądra, może na Środ­kowe Rubieże. Znaj­dziemy się po dwóch róż­nych stro­nach galak­tyki. Za kilka tygo­dni. Podej­rze­wam, że Ewoki nie będą miały nic prze­ciwko, żeby­śmy do tam­tej pory zostali tutaj.

- Nie, zacze­kaj - odparła Mon. Pod­nio­sła ręce, by prze­rwać Lei. - Jestem pewna, że w razie czego Path­fin­der­sów będzie mógł popro­wa­dzić gene­rał Madine. - Spoj­rzała na Leię i zro­biła łobu­zer­ską minę. - Wiesz, robimy plany B i C, na wypa­dek, gdyby Hana znów gdzieś wcięło...

- Gdy opusz­czał Hoth, cią­żyło na nim zle­ce­nie Hut­tów.

- Teraz go bro­nisz? Widać miłość jest ślepa. Pamię­tam, gdy po raz pierw­szy cię o tym powia­do­mił. Przy­po­mi­nam sobie, że byłaś wście­kła. - Mon wyszcze­rzyła zęby.

- Ni­gdy nie bywam wście­kła - odparła łagod­nie Leia, choć po chwili się roze­śmiała.

- Inna rzecz, że możemy uszczk­nąć nieco czasu na waszą podróż poślubną - stwier­dziła Mon. - Jeśli kto­kol­wiek w galak­tyce zasłu­żył, by świę­to­wać, tą osobą jesteś ty.

Leia pokrę­ciła głową. Nie zasłu­gi­wała na spe­cjalne trak­to­wa­nie. Wszy­scy się poświę­cali, wszy­scy pra­co­wali na ten suk­ces. Na woj­nie nie ma miary, którą można oce­niać jedną osobę i porów­nać ją z innymi. Czy też oce­niać czy­jąś żałobę. Jedni mają dobrego cela, a inni szczę­ście. Zresztą wszyst­kich na­dal cze­kało mnó­stwo pracy. Miło ze strony Mon, że chciała jej ofia­ro­wać czas wolny, ale to nie­moż­liwe.