Rozdział szósty
ROZDZIAŁ SZÓSTY
TUNELE
Metagos
Maszerowanie ku odległym obiektom bywało dziwnym doświadczeniem. Czasami
dana rzecz pojawiała się jako pyłek na widnokręgu, a potem stopniowo
zwiększała rozmiary. Innym razem zdawała się powoli wznosić, jakby
wyłaniała się spod ziemi.
Przed Mace'em wyrastał rząd postrzępionych gór, które zauważył, gdy
podchodził do lądowania. W miarę jak podchodził bliżej, środkowa góra
rosła i pęczniała, aż wreszcie zaczęła wyglądać tak, jakby ktoś nadgryzł
skałę, po czym wbił ją do połowy w ziemię.
Skoro znalazł się na tyle blisko, by wyraźnie widzieć cel, dostrzegali
go już też potencjalni wrogowie. Kto wie, czy i teraz nie wodziły za nim
pary oczu, choć nadciągał z kierunku, który był bezpieczny według danych
pokładowych. Czy widzieli, jak schodził z orbity po spirali? Jak
lądował? Nie potrafił powiedzieć, ale wiedział, że od tej pory musi
zakładać, iż jest obserwowany.
Z bliska wykrył inne ślady stóp w skrystalizowanym pyle: tropy
rozmaitych zwierząt wszelkich rozmiarów i wszelkiej masy.
Dawniej równina ta była gęsto zaludniona. Ludzie ciągnęli ku górze i jej
grotom. Możliwe, że to tędy wiodła potencjalna trasa ku bezpieczeństwu.
Mace wyraźnie nie był pierwszą osobą, która szukała tu schronienia, i z pewnością nie będzie ostatnią. Po prostu stał się kolejną.
W niespełna godzinę dotarł do wejścia do tunelu wiodącego pod ziemię.
Powoli zanurzał się w rozprzestrzeniającej się podziemnej cywilizacji
Nowego Xaxxis.
Pokładowy bank danych zawierał instrukcje dotyczące właściwej ścieżki.
Odnogi zostały oznaczone napisami i grawerunkami na ścianach. Dno tuneli
było chropowate i nierówne, niewystarczająco wygładzone przez nacisk
niezliczonych stóp. Mace podążał krętą trasą, schodząc pod ziemię.
Od czasu do czasu natrafiał na otwory w skalnych ścianach, przez które
widział fragmenty różnych poziomów miasta. Pierwszy przypominał pełne
gruzu rumowisko czy wysypisko śmieci. Być może służył za barierę
odgradzającą resztę miasta od promieniowania z powierzchni.
Na kolejnym poziomie mieściły się zaimprowizowane domostwa. Mace
zauważył garść osób w opłakanym stanie, gotujących i próbujących wiązać
koniec z końcem. Wyglądały na chore. Mace strzelał, że to choroba
popromienna. Żyli zbyt blisko powierzchni.
Na trzecim poziomie mieścił się hangar, w którym znajdowały się rozmaite
śmigacze i jednostki towarowe. Turbowindy sprowadzały rozmaite rzeczy i ludzi z dolnych poziomów albo kierowały się dalej, ku powierzchni.
Choć całość była imponująca, bladła w porównaniu z czwartym poziomem,
zdecydowanie obszerniejszym, na którym rozpościerało się wielkie miasto,
Nowe Xaxxis, następca ruin z wyższych poziomów.
Mace zrozumiał, że Nowe Xaxxis zostało wzniesione we wnętrzu
zapierającej dech geody o szerokości wielu kilometrów. Całe sekcje
miasta podwieszono ze stropu groty na ogromnych kablach. Zewsząd
wyrastały tytaniczne kryształy, kiełkując niczym pędy rośliny kultu
wokół apartamentów i deptaków, a droidy wspinały się na nie i je
szlifowały. Na widok całości Mace zrozumiał, skąd wzięła się pradawna
nazwa groty: Szklana Czeluść.
Podążył krętą ścieżką wśród rozwidlających się tuneli zgodnie z mapą w swoim umyśle i oznaczeniami wygrawerowanymi na ścianach. Od czasu do
czasu ukazywały mu się kolejne widoki na miasto. Brnął coraz niżej.
Czyżby pokonał już kolejne trzy poziomy? Schodził coraz szybciej, bo i zejście zrobiło się bardziej strome. Teraz, gdy pojawiały się otwory w ścianach, dostrzegał nie miasto, a poziomy przemysłowe. Setki
robotników, tak biologicznych, jak i mechanicznych, pracowały w rozległych faktoriach tkackich i utwardzających.
Niektóre tunele powstały naturalnie wskutek erozji wodnej i aktywności
wulkanicznej. Inne zostały wydrążone przez maszyny górnicze. Część była
powleczona jakiegoś rodzaju szklistą substancją. Mace podejrzewał, że to
jakaś żywa istota przeżuła skałę i pozostawiła po sobie odchody. Według
pokładowego banku danych Hillianie byli istotami wytwarzającymi jeden z najbardziej drogocennych produktów konsumenckich w galaktyce: hilliański
jedwab. Podobno osiągali na tyle duże rozmiary, że do podróży
potrzebowali całej sieci tuneli -?ale czy to oni ją stworzyli?
Niewiele było o nich wiadomo, a część tej "wiedzy" niemal z pewnością
miała swoje źródło w domysłach -?co było nieuchronne w tak wielkiej
galaktyce. Niektórzy nazywali te istoty pająkami, inni -?gatunkiem
robaków. Pewne było jedno: produkowały jedwabne liny na tyle wytrzymałe,
by zakotwiczyć czy podwiesić latające miasta. Według raportów Hillianie
mieli zmysły i uczucia, byli wysoce inteligentni, ale tak naprawdę nie
należeli do istot rozumnych.
Mace przypominał sobie, czego jeszcze dowiedział się podczas podróży.
Jak głosiły plotki, metagosańskie głębiny zamieszkiwały istoty o wielu
kończynach i niezaspokojonym głodzie. Podobno rozległe, nieopisane
podziemne jeziora i rzeki skrywały istoty przypominające owady, węgorze
czy potwory morskie sando. W tym kontekście często padał zwrot "z piekła
rodem", co stanowiło rzadką poetycką frazę w dość suchych opisach
pokładowego banku danych. Możliwe, że nikt, kto bezpośrednio zwiedził
głębiny, nie przeżył, by opisać to, co zobaczył.
Ciekawe. Według bazy danych tylko poziomy od czwartego do siódmego były
w pełni bezpieczne. Mace założył, że trzy najwyższe są podatne na
promieniowanie słoneczne. Ale co z trzema najniższymi, od ósmego do
dziesiątego? Według jego starego druha w głębinach przeżywali wyłącznie
kroczący Ścieżką Sa'adów, czyli członkowie matriarchalnych klanów
doglądających pająkorobali. Sa'adowie mieszkali pod ziemią w równowadze
z tymi stworzeniami od tysięcy lat. Napływ kolejnych istot przeciążył i zakłócił ekosystem, a zapuszczanie się poza bezpieczne strefy stało się
ryzykowne... a przynajmniej tak utrzymywano.
Mace podejrzewał, że wkrótce przekona się o tym na własną rękę. Już
zaczynał tworzyć wewnętrzną mapę świata: dziesięć poziomów, każdy mniej
więcej w kształcie dysku. Sterta plansz do dejarika?
Qui-Gon pewnie by się z nim zgodził.
Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NIEZNAJOMY
Metagos
Przybysz z kijem w ręku zjawił się w slumsach Nowego Xaxxis, stolicy
planety Metagos. Podziemne groty, w których skrywało się miasto, dawniej
zwane były drwiąco Szklaną Czeluścią ze względu na ogromne kryształowe
obeliski, pnące się dumnie ku górze jak stalagmity i zwisające ze stropu
jak postrzępione, połamane kły. Całe miasto rozlewało się na planie
koła, przedzielone drogami i kanałami niczym szprychami. Najbiedniejsza
dzielnica, zwana niekiedy Labiryntem Dzieci, tkwiła pośrodku.
Odziany w czerń nieznajomy ludzkiej rasy był wysoki i zwinny. Jego twarz
wydawała się niemal tak czarna, jak sięgający kostek płaszcz z banciej
skóry. Z każdym krokiem stawianym na ulicach slumsów jego buty stawały
się coraz bardziej przepełnione wilgocią, pochodzącą z głębokich,
tradycyjnych studni.
Z ziejących na pobliskich niezabudowanych parcelach wulkanicznych
kominów termalnych buchała para. Zbijała się w strzępy chmur, przecinane
przez osobiste jednostki powietrzne, szybujące ptaki i gady o skórzanych
skrzydłach.
Przed nieznajomym pojawili się trzej zbrojni: jeden człowiek i dwaj
Zilkowie, ci ostatni przypominający czworonożne pancerne robale.
-?Ale trafił się nam brzydal! -?zawołał z rechotem człowiek.
On i jeden z Zilków dzierżyli elektropałki. Drugi robal miał przy sobie
halabardę z ostrzem naznaczonym smugą zakrzepłej krwi.
-?Wszyscy ludzie są brzydcy -?rzucił do ludzkiego kompana halabardnik -
ale ten mógłby udzielać korków.
Zaśmiali się z tej umiarkowanie mądrej uwagi. Przybysz zdawał się ich
ignorować, ale jeśli sądzili, że ich nie zauważył, widać przegapili
gniewny błysk w jego oczach, czarny jak lufa blastera.
-?Punkt kontrolny, nieznajomy -?powiedział pierwszy ze zbrojnych, Zilka
z elektropałką. -?Obywatel czy obcy?
-?Obcy. Rubieżowiec. Dopiero co wylądowałem.
-?Uzbrojony? -?spytał zakapior.
Przybysz przytaknął i ostrożnie odsunął kciukiem połę czarnego płaszcza,
by odsłonić rękojeść blastera w kaburze. Uzbrojeni strażnicy pod groźbą
przemocy pozbawili go broni, ale zignorowali jego dwumetrową brązową
laskę, wystruganą z jakiegoś pooranego, sękatego drewna.
-?Na broń to tu trzeba mieć kwalifikacje -?rzekł człowiek, rosły
mężczyzna o wielkich łapskach. Łapskach dusiciela.
-?Bez broni sobie właź -?rzucił drugi, na co trzeci się zaśmiał.
-?I tak długo nie pożyje -?skomentował któryś, jakby nowo przybyły nie
stał tuż przed nimi.
-?Witaj w Nowym Xaxxis -?zadrwił trzeci.
Nieznajomy rozejrzał się po elewacjach kilku budynków i zauważył
obiecujący afisz, reklamujący krzykliwą rozrywkę parę kroków dalej.
Mężczyzna przeszedł pół przecznicy, ignorując nagabywania i badawcze
spojrzenia, aż odnalazł tabliczkę z napisem "Sterówka Vin-Vina" i zniknął za drzwiami. W przepełnionym stołami wnętrzu panował hałas, ale
przy samym barze siedziało niewiele istot. Mężczyzna zajął wolne
miejsce.
BARMAN NAZYWAŁ SIĘ Vin-Vin Sunfall. Był gadzim Metagosaninem o równie potężnej, brutalnej muskulaturze, z jakiej słynęli podobni
Trandoshanie. Wieczór okazał się pracowity. Bywalcy jedli i pili,
słuchali muzyki kwartetu Xaxxis Axis i podziwiali towarzyszące kapeli
akrobatki ("Niezłe uderzenia! Gorące sztuczki!"). Zauważył jednak
nieznajomego, gdy otworzyły się drzwi. Bo Vin-Vinowi nic nie umykało.
Był to jeden z powodów, dla których nadal pozostawał przy życiu, choć
reszta jego rodziny nakarmiła Sieć.
Nieznajomy bez słowa wskazał palcem szklankę pienistego, brązowego
gorzkiego trunku, którym raczył się górnik rasy Muun, po czym uniósł ten
sam palec na znak prośby. Sprawiał wrażenie osoby, która niczego tak nie
pragnie, jak spokoju.
Gdy wkroczył do środka, poruszał się, jakby sunął po szynach. Rozglądał
się brązowymi oczyma, a jego wzrok wydawał się łagodny, choć skupiony.
Nie. Był człowiekiem czynu, szukającym spokoju. Nie. To on był w epicentrum spokoju i zostanie w nim, choćby wokół rozpętała się przemoc.
Vin-Vin powiódł palcami po Krwawym Młocie, masywnej broni skrytej pod
barem. Miał nadzieję, że nie będzie musiał po nią sięgać, choćby
dlatego, że na myśl o uderzeniu nowo przybyłego aż skręcało go w kiszkach.
Vin-Vin nalał trunku, podał go i w zamian przyjął monetę. Normalnie
skierowałby wzrok gdzie indziej, ale wtedy do szynku wparowała dwójka
drabów, człowiek i jeden z tych wkurzających robali Zilka. Capili
niedomytą skórą i pretensjami do świata. Potężne gruczoły piżmowe Zilki
ostrzegały, że istota jest nabuzowana adrenaliną -?i niebezpieczna.
Vin-Vin uznał, że próbują kontynuować rozmowę, która rozpoczęła się na
zewnątrz.
-?Włazisz tu jak Harch na igiełkach śmierci -?zaczął człowiek. -?Dla
kogo pracujesz?
Brak odpowiedzi. Zilka, wyższy z tej dwójki, pochylił się i z ust do
drinka nieznajomego pociekła mu zielonkawa plwocina. Następnie odstąpił
z szyderczym uśmieszkiem. Czekał na odpowiedź.
Nic. Muzycy nadal grali na perkusji i trąbkach, a tancerki wiły się
zręcznie. Bywalcy nie przerywali rozmów i stukali szkłem, jakby nie
wydarzyło się nic wartego uwagi. Gdy obcy nie zareagował, młodszy z drabów dodał:
-?Odważny się trafił.
Prychnęli i zaczęli się radośnie poklepywać, wychodząc z baru.
Dziwne. Uważali, że nieznajomy się ich boi? Czy może wyczuli te same
oznaki niebezpieczeństwa, które zaniepokoiły Vin-Vina?
Nieznajomy znów spokojnie wskazał trunek palcem i uniósł go po raz
drugi, a potem położył monetę na barze.
"Ciekawe" -?pomyślał Vin-Vin.
Ciemna twarz o mocnych rysach nie zdradzała żadnych oznak strachu czy
złości w odpowiedzi na prowokację. Ba, mężczyzna wcale nie zareagował.
-?Co cię tu sssprowadza, nieznajomy? -?spytał Vin-Vin z sykiem typowym
dla jego gatunku.
-?Słyszałem, że można tu znaleźć pracę.
Barman zaczął wycierać szklankę.
-?Dla odpowiedniej osssoby się znajdzie. -?Zaśmiał się chytrze. -?A może
właśnie dla nieodpowiedniej, jeśli wiesssz, co
mam na myśśśli.
Vin-Vin puścił oko w wystudiowanym geście.
Nieznajomy uniósł brew. Reszta twarzy pozostała nieruchoma. Imponujące.
-?A może takiej, która nie boi się ubrudzić sobie rąk? -?spytał.
Maya-12, holodroidka, która zdawała się mieć na sobie biznesowy strój,
otaksowała obcego spojrzeniem. Zmieniła wygląd, by wcielić się w drapieżną ciemnoskórą kobietę. Podeszła do nieznajomego. Była tu stałą
bywalczynią. Jej "siostrzane" droidki Maya-8 i Maya-14 występowały jako
akrobatki z zespołem Xaxxis Axis.
Maya traktowała Sterówkę Vin-Vina jak bazę wypadową. Nawiązywała tu
kontakty z klientami w każdej możliwej sprawie: od ochrony osobistej,
przez terapię, lekcje języków, masaże, aż po prywatne dochodzenia. Wraz
z siostrami nigdy nie naprzykrzały się Vin-Vinowi, a to było tu
najważniejsze.
-?Jesteś tu nowy, nieznajomy? Szukasz wskazówek? Przewodniczki? Mam
znajomości wśród Sa'adów. Chcesz zobaczyć pająkorobala?
Nieznajomy się uśmiechnął.
-?Nie w tej chwili. Ale gdybym chciał, udałbym się z tym do ciebie.
Tutaj, proszę. Czego tylko sobie panna życzy.
Położył kolejną monetę na barze.
-?Panna...? -?zdziwiła się droidka.
-?Tak wyglądasz w moich oczach.
Właściwa odpowiedź. Dosiadła się.
-?Nazywam się Maya-12. Jesteś tu nowy.
-?Jestem krzewem pustynnym fasha, szukającym miejsca, by na chwilę
zapuścić gdzieś korzenie.
Obniżyła głos.
-?Tu nie jest bezpiecznie -?powiedziała na granicy szeptu. -?Nie dla...
gentlemana. Będzie lepiej, jak ruszysz w dalszą drogę.
-?Dziękuję za poradę.
Droidka włożyła monetę do kieszeni, wzruszyła ramionami i spojrzała w stronę stołu, do którego wzywały ją siostry. Muzyka ucichła -?kapela
zrobiła sobie przerwę. Maya skierowała się w stronę pozostałych dwóch
droidek.
Nieznajomy położył na blacie kolejną monetę.
-?To sssamo? -?upewnił się barman.
-?Informacje.
Vin-Vin zamachał pazurami i moneta zniknęła.
-?Na jaki temat?
-?Topografia okolicy. Co powinna wiedzieć osoba szukająca zatrudnienia?
-?Cóż. Informacje. Tak, da sssię zrobić. Nowe Xaxxisss to wąż o dwóch
głowach. Prędzej czy później ktośśś, kto całuje jedną, zostanie
ukąssszony przez tę drugą.
-?Z kim jesteś w komitywie?
-?Oj, mnie tam dobrze tu, gdzie jessstem, przyjacielu.
-?To co to za głowy?
-?Chulok i Sssybil. Każdy to wie.
Barman zamigotał rozwidlonym językiem, by zwilżyć cienkie gadzie wargi.
-?Zatrudniają?
Barman się zaśmiał.
-?Sssybil rzadko zatrudnia kogośśś ssspoza własnego potomssstwa. -
Zamilkł. Zastanawiał się, czy powinien brnąć w to dalej. Uznał, że tak.
-?Czasssami to jej potomssstwo zatrudnia obcośśświatowców.
-?To ile ona ma tego potomstwa?
-?Niemal codziennie rodzi sssię nowe.
-?Pracowita z niej babka. A ten cały Chulok?
-?Oni zatrudniają. Gdy mają wakat.
-?A jak często to się zdarza? -?Znów uniósł tę swoją jedną brew. Reszta
twarzy pozostawała nieruchomą maską. Albo mężczyzna miał przecięte nerwy
pod skórą, albo wybitnie panował nad mimiką. Vin-Vin uznał, że ktoś
taki, choć o centymetry niższy i o kilogramy od niego lżejszy, jest
niezwykle niebezpieczny. Zadrżały mu pióra na grzbiecie.
-?Ostatnio nic mi sssię nie obiło o ussszy. A nawet gdyby rekrutowali,
musssiałbyś otrzymać polecenie od kogośśś, komu ufają. Wykazywać się
jakimiśśś nietypowymi zdolnośśściami.
-?Hmm...
Coś się wydarzyło za tymi jego ciemnymi oczyma. Z nimi samymi zresztą
też. Może to tylko gra światła, ale brązowe tęczówki aż poczerniały.
Vin-Vin uznał, że coś zaskoczyło w mózgu nieznajomego. Została podjęta
decyzja. I to nie jedna z tych przyjemnych.
-?Jak się zwiesssz, przyjacielu?
Nieznajomy nie odpowiedział.
-?Niech będzie. Może to niewłaśśściwe pytanie. Czym sssię zajmujessssz?
-?Likwidowaniem problemów -?oznajmił obcy, po czym odstąpił od baru.
-?Dokąd zmierzasssz, Likwidatorze Problemów?
-?Zlikwidować problem.
Vin-Vin odprowadzał go wzrokiem. Na barze została wilgotna kropla. Gad
starł ją pojedynczą łuskowatą opuszką palca, jakby w ogóle jej tam nie
było. Chwilę później równie ostatecznie usunął z pamięci nieznajomego.
W Nowym Xaxxis dzień w dzień zjawiali się kolejni twardziele. Większość
nie dożywała śniadania.
GROTA ZAMIESZKANA PRZEZ niemal milion nowoxaxxińskich obywateli
rozciągała się we wszystkie strony na całe kilometry. Była tak
przepastna, że najodleglejsze ściany zanikały we mgle na widnokręgu, po
którym latano śmigaczami po sobie tylko znanych trasach. Nowe Xaxxis
powstało we wnętrzu zdumiewająco wielkiej geody. Ze ścian i stropu
wystawały gigantyczne kryształy, podczas gdy te na dnie przekształcono w kopalnie, zrównano z ziemią czy obudowano przez kolejne lata czy nawet
epoki, w miarę jak miasto przyjmowało kształt monstrualnego koła. Główne
drogi i kanały wiodły ku centralnej części, dzieląc miasto na kliny.
Po zewnętrznej, północno-zachodniej stronie rozwidlająca się ścieżka
wiodła ku mostowi ponad bulgoczącym strumieniem, uchodzącym do stawu
będącego zbiornikiem wody. Dostępu do niego broniła trójka dryblasów,
tych samych, którzy próbowali sprowokować nieznajomego przy wejściu do
miasta: dwaj Zilkowie i człowiek, którego nieznajomy nie rozpoznawał.
Gdy obcy podchodził bliżej, usłyszał, jak trójka naprzykrza się
srebrnoszerstnej Tynnance i jej trójce dzieci. Matka miała na sobie
białą szatę żałobną. Dzieci płakały z powodu tak starych, jak i świeżych
ran. Każde miało przy sobie dzbanek na wodę z jakiegoś chropowatego
drewna. Sądząc po tym, że maluchy nie uginały się pod ich ciężarem,
naczynia były puste.
-?To znów Marzi -?rzucił jeden z dwóch Zilków, machając elektropałką. -
Mówiliśmy: musisz opłacić myto.
Starsza kobieta zamrugała bojaźliwymi mlecznymi oczyma.
-?Po prostu szukam wody. Brakuje nam jej od dwóch dni.
Mężczyzna zaśmiał się metalicznym, wyzutym ze współczucia tonem.
-?To nasz most. Nie płacicie? Pójdźcie inną drogą.
-?Doskwiera mi noga. Dzieci potrzebują wody.
-?Trzeba było zakręcić się przy lepszym partnerze. Stary Kassis wisiał
nam kasę. Co znaczy, że ty wisisz nam kasę.
Zjeżyła się.
-?Zamordowaliście go!
-?A mógł zapłacić. A teraz idź sobie dookoła. Nie powinno ci to zająć
dłużej niż pół dnia.
Drugi, większy Zilka wyciągnął przed siebie rękę i chwycił kobietę
palcami zakończonymi przyssawkami.
Nieznajomy skorzystał z tej chwili, by się wtrącić.
-?Czy to tak mężczyźni w Nowym Xaxxis traktują wdowy i sieroty?
Przewodniki turystyczne powinny wspominać o takich rozrywkach.
Zakapior z halabardą się zaśmiał.
-?O, jest i ten odważny!
-?Czego, nerfopasie? -?spytał człowiek.
-?Co nam się wtrącasz w interesy? -?spytał drugi Zilka.
Nieznajomy nieznacznie przechylił głowę, jakby szukał innej perspektywy.
-?Ona? Nie obchodzi mnie złamanego kriffa. Ale ty wisisz mi za tamten
trunek.
Gapili się na niego jak głupi.
-?Stul ten pysk, chyba że uważasz, że to dobry dzień na śmierć.
Nieznajomy oparł się na kiju.
-?Nie wyglądacie na braci. Wątpię, czy znaliście ojców, ale nie wydaje
mi się, by jedna kobieta mogła urodzić dwóch tak ohydnych typów.
Strzelam, że robicie dla Chuloka?
Wtedy ruszyli z miejsca.
A o tym, co stało się później, dyskutowano przez kolejne lata, bo każdy
ze świadków zdarzenia zapamiętał je inaczej.
Niektórzy utrzymywali, że nieznajomy uderzył stojącego za nim Zilkę
kijem, sprzedał kopa człowiekowi, po czym ugodził pierwszego napastnika
bronią. Inni zarzekali się, że nie, nie kijem, tylko przybysz pozbawił
jednego z zakapiorów halabardy, potem kopnął tego na tyłach, a na koniec
trzepnął człowieka płazem broni. Nikt jednak nie mógł wyjaśnić, jak to
możliwe, że pierwszy Zilka poleciał z mostu.
Pewne było jedno: nieznajomy zdawał się poruszać wolno, a cała reszta
telepała kończynami jak w amoku. Jakimś cudem w okamgnieniu cała trójka
padła nieprzytomna; jeden drab miał sparaliżowaną przeponę, drugi -?guza
na głowie, a trzeciego czekał miesięczny pobyt w szpitalu.
W okamgnieniu.
Świadkowie gapili się, gdy przybysz wyłuskiwał blaster z drżących palców
większego Zilki.
-?Nie odpowiedzieli mi -?odezwał się obcy, puszczając halabardę.
Sięgnął po kij, oparty o balustradę mostu. Kiedy go tam odstawił?
Nikt nie pamiętał, bo całość rozegrała się tak nagle.
-?J-jak brzmiało pana pytanie? -?spytał przechodzień.
-?Dla kogo robią?
-?Dla... Chuloka. Zabójcy Jedi.
Oczy Mace'a Windu zapłonęły, ale ogień zniknął za wypracowaną maską tak
szybko, jak się pojawił.
-?Przekażcie Chulokowi, by przyszli tu sobie i sprawdzili moje
kwalifikacje.
Rozdział drugi
ROZDZIAŁ DRUGI
CIAŁOPALENIE
Naboo, tydzień wcześniej...
Mace pogrążył się w zadumie. "Bujna zieleń i spokój. Qui-Gonowi byłoby
to obojętne".
Miejsce kremacji, ulokowane między czterometrowymi posągami skrzydlatych
strażników, było jednym z najbardziej uświęconych punktów na królewskim
cmentarzu na Naboo. Ciało Qui-Gona Jinna spoczywało na drewnianym stosie
z rękoma złożonymi na potężnej piersi. W pewnym sensie było to idealne
miejsce dla zwłok, które miały zostać pochłonięte przez płomienie,
tutaj, gdzie na "wieczny spoczynek" złożono tylu wojowników. Cóż, Mocą a prawdą, Mace podejrzewał, że ta ironia rozbawiłaby samego Qui-Gona.
Mistrz Jedi zginął z rąk Sitha, gdy pomagał królowej Amidali wyzwolić
planetę. Koniec końców śmierć zawsze była sprawą prywatną, ale śmierć
Jedi często stawała się kwestią publicznej żałoby i oficjalnego
ceremoniału. Stosu doglądali więc wysoko postawieni dygnitarze z Republiki Galaktycznej, przedstawiciele zakonu Jedi, a także wybrani
obywatele Naboo.
Mace Windu niespecjalnie interesował się naturalnym urokiem miasta
Theed, pięknem zieleni i płynącej wody, co nie znaczy, że dawał się mu
zwodzić. Może i miał spokojne oblicze, ale serce gotowało się w nim w świadomości faktycznych implikacji śmierci
Qui-Gona: powrotu Sithów.
Dawny padawan Qui-Gona, Obi-Wan Kenobi, odziany w prostą ceremonialną
szatę Jedi, wspominał swojego mentora, Mace jednak słyszał tylko
fragmenty jego mowy.
-?Był najserdeczniejszym przyjacielem, jakiego można sobie wyobrazić,
dla każdego, kto miał okazję go poznać. Mentorem, który ocalił mi życie
więcej razy, niż chcę pamiętać, osobą o głębokiej mądrości i ciepłym
sercu. Rzadko się uśmiechał, ale gdy mu się to zdarzało, miało się
wrażenie, jakby zza chmury burzowej wyłaniało się słońce...
I mówił dalej. Z serca, prawdziwie.
Nic z tego jednak nie przynosiło ukojenia Mace'owi.
Obi-Wan zabił tajemniczego Sitha w pokazie umiejętności, który sprawił,
że Mace odczuwał głęboką dumę. Więc ich przeciwnicy nie byli tymi
nieśmiertelnymi potworami, za jakich mieli ich niektórzy, a istotami z krwi i kości. Krew można przelać, a kości -?skruszyć...
Myśli dryfowały mu w tę stronę, gdy poczuł delikatny strofujący dotyk
stojącego u jego boku mistrza Yody. Wielki Mistrz Jedi był od niego
znacznie mniejszy i, o czym Mace był przekonany, dwukrotnie mądrzejszy.
Jeśli w galaktyce istniał ktoś, kto pozostawał autorytetem dla Mace'a, z pewnością był nim ten mikry zielony gigant.
Subtelny sygnał niezadowolenia natychmiast przywołał Mace'a do porządku
i mężczyzna skupił się na ceremonii.
Obi-Wan właśnie skończył wychwalać mądrość Qui-Gona, jego poświęcenie
wobec Mocy i osobistej wersji kodeksu Jedi. Wspólnie z resztą w ramach
gestu szacunku Mace dobył rękojeści miecza świetlnego i uruchomił
ostrze. Wszyscy unieśli klingi w bukiecie uświęconego ognia,
rozświetlając zgromadzenie.
Przy blasku mieczy królowa Amidala podzieliła się własnymi
przemyśleniami. Mace później przypomniał sobie słowa o powinności i poświęceniu. Reszta wyleciała mu z głowy. Choć monarchini była
młodziutka, przemawiała tonem świadczącym o tym, że politykę ma we krwi.
Mace pojmował tyle, by wiedzieć, że politycy są konieczni, ale sama
polityka była obca jego myślom i emocjom. Uważał ją za sztukę podstępu i kompromisu, która może potencjalnie -?i faktycznie -?skorumpować tych
kroczących wyższą ścieżką. Zakrawało na ironię, że politycy tak często
drwili z wojowników, po czym wymagali od nich, by ci wykrwawiali się,
żeby naprawić ich błędy.
Niektórzy wręcz uważali, że to Jedi powinni przewodzić Senatowi. Byłaby
to kolejna potencjalna katastrofa. Możliwe, że władza nie deprawuje
absolutnie, ale jest jak słońce i deszcz -?wzmacnia rozrost tego, co już
czai się w cieniach duszy. Mistrzostwo nad Mocą samo w sobie stanowiło
wystarczającą pokusę.
Pożegnanie zakończyło się tradycyjnym rytuałem Jedi: mistrz Yoda
podpalił stos mieczem świetlnym samego Qui-Gona. Gdy wznosiły się
płomienie, zebrani Jedi oddawali się wspólnej medytacji, skupiając
energię na podróży towarzysza w Moc.
I to wreszcie przemówiło do Mace'a Windu, zestroiło go z tym głębokim
poczuciem spokoju w jego głębi, przez niektórych branym za obojętność.
Wrogowie, którzy mieli ten spokój za słabość, zapłacili życiem więcej
razy, niż Mace chciał o tym pamiętać, choć wiedział, że w przyszłości
liczba ta tylko się powiększy.
Bo nie wątpił, że coś nadciąga. Powrót Sithów zwiastował większe
konflikty. A zakon Jedi właśnie utracił jednego ze swoich
najwybitniejszych członków.
Gdy dogasały płomienie, wspomagane specjalnymi preparatami, którymi
nasączono drewno i ciało Qui-Gona, nie pozostało nic prócz popiołu.
Mace pożegnał się w duchu ze starym druhem i kamratem. A potem, gdy
pozostali pogrążali się w zadumie i rozmawiali, wrócił na swój statek,
kiedy tylko pozwoliła mu na to przyzwoitość.
Wolał uczcić pamięć przyjaciela po swojemu.
Rozdział trzeci
ROZDZIAŁ TRZECI
OSTATNIA WOLA
Coruscant
Świątynia Jedi na Coruscant była gmachem ikonicznym i historycznym,
pełniącym rolę duchowego i administracyjnego centrum zakonu. Większość
widziała w niej strukturę wielką i budzącą zachwyt, odzwierciedlającą
wartości Jedi.
Dla Mace'a Windu była jedynym znanym mu domem.
Mieściła się na wystawnej parceli w dzielnicy zwanej po prostu
świątynną. Całość kompleksu zajmowała kilometr kwadratowy, górując nad
gęstą miejską zabudową.
Powrót do tego uświęconego miejsca zawsze go uspokajał. Architektura
stanowiła połączenie stylów klasycznych i współczesnych. Sama
przypominająca zigurat świątynia sięgała chmur, a każdy poziom aż po
wierzchołek stawał się mniejszy i bardziej ozdobny. Zewnętrzne mury
wzniesiono z bladej skały wydobywanej z prywatnych coruscańskich
kamieniołomów, nadającej gmachowi wyjątkowo szlachetny wygląd. A to, że
cechowała się taką gęstością, że ulegała wyłącznie pod naporem broni
zdolnej zniszczyć całą planetę, nie było przypadkiem.
Centralna iglica gmachu zwieńczona była majestatycznym stożkowym dachem
o transpastalowych oknach, dzięki którym wewnętrzne sale wypełniało
naturalne światło.
Mace prowadził statek przez atmosferę, spoglądając na tereny kompleksu
świątynnego. Rozliczne cudowne dziedzińce i ogrody zapewniały wiele
miejsc zadumy dla Jedi, a część członków zakonu w ramach nauki
dyscypliny sadziła rośliny i ich doglądała. Miejsca te udekorowano
posągami, fontannami i szeregiem klombów. Całość tworzyła harmonijne
środowisko na potrzeby medytacji i rozmyślań.
Mace wylądował na prywatnym lądowisku, najbliższym jego kwatery.
Sześćdziesiąt sekund później uruchomił autopilota, by wprowadził jego
statek do głównego hangaru.
Ścieżka wiodła go korytarzami, których odnogi odchodziły ku każdemu
głównemu centrum nerwowemu Świątyni, w tym do sali Najwyższej Rady Jedi,
gdzie zapadały decyzje o losie całej galaktyki.
Mace wyszedł na tereny treningowe, na których Jedi całymi tysiącami
godzin pracowali nad sobą w pocie czoła. Przepastne sale treningowe i dojo zapewniały najbardziej zaawansowany sprzęt do ćwiczeń nad ciałem i umysłem, w tym niesamowite narzędzia do trenowania walki mieczem
świetlnym, które zachwyciłyby nawet specjalistów od broni z Czerki.
Tutaj młodziki i rycerze Jedi zaprawiali się w boju przeciwko celom,
droidom i sobie nawzajem -?drewnianymi kijami, nie mieczami świetlnymi,
rzecz jasna. System ten był zarówno funkcjonalny, jak i symboliczny.
Podkreślał dążenie do pokoju u Jedi w drodze przygotowań do walki.
To stąd Mace miał jedno z najserdeczniejszych wspomnień: gdy po raz
pierwszy w młodości pokonał jednego ze swoich nauczycieli. Widok
zaskoczonej, pełnej szczerego szacunku miny T'ra Syy był
satysfakcjonujący. Ba, cała rodzina Jedi wzięła doskonałość Mace'a za
coś dobrego. Nikt mu nie zazdrościł. Po prostu stwierdzili: "Witaj,
bracie".
Bodaj najbardziej znana część Świątyni, Archiwa Jedi, skrywała ogromną
kolekcję holokronów, pergaminów i datakart. Archiwa dzieliły się na
liczne działy poświęcone różnym dziedzinom wiedzy, w tym historii,
dyplomacji i arkanom Mocy.
U szczytu jednej z zewnętrznych iglic znajdowała się okrągła sala, w której zbierała się Najwyższa Rada Jedi. Centralne wzniesienie okolone
było przez dwanaście foteli przeznaczonych dla członków Rady, a każdy
został wykonany według innego projektu.
W sercu Mace'a Świątynia Jedi na Coruscant nie była tylko strukturą
fizyczną; była miejscem, gdzie członkowie zakonu szkolili się, udzielali
porad i szykowali się, by stać na straży równowagi Mocy i zapewniać
dobrobyt mieszkańcom galaktyki na kolejne pokolenia.
A przede wszystkim... była domem.
SYPIALNIA MACE'A BYŁA na tyle duża, by mogła pomieścić łóżko i matę
medytacyjną. Dla osoby z zewnątrz takie wyposażenie wydałoby się biedne.
Z drugiej strony Jedi nie żyli tam, gdzie sypiali -?żyli w Mocy. Nie
ograniczali się do ciała.
Pomieszczenie odzwierciedlało status Mace'a w zakonie. Świat zewnętrzny
niewiele wiedział o takich sprawach, a Mace'a bawiły co bardziej szalone
i niestworzone teorie na ten temat. Sypialnie Jedi zazwyczaj były
skromne i funkcjonalne, co odzwierciedlało nacisk zakonu na dyscyplinę.
Jego własna siedziba nie stanowiła tu wyjątku.
Wcisnął zewnętrzny panel dostępowy i drzwi się rozsunęły. Krótki
korytarz wiódł do alkowy medytacyjnej. Mace wolał taki układ. Po
przekroczeniu progu z lubością zatrzymywał się, by się wypośrodkować i zebrać myśli, nim wejdzie do przestrzeni mieszkalnej. Dziś zrobił tak na
stojąco, ale często siadał ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach.
Obrócił się i ujrzał witrynę z pleksistali. To tutaj trzymał poprzednie
rękojeści mieczy, od tej pierwszej, półskalowej, którą skonstruował
jeszcze w dzieciństwie, po kilka modeli, tworzonych przez kolejne lata z wykorzystaniem kryształów kyber z planety Ilum, które wezwały go po
imieniu. Jego osobiste projekty ewoluowały zgodnie z tradycją zakonu.
Miecz świetlny Jedi stanowił funkcjonalne dzieło sztuki, a fioletowa
poświata jego własnego była zarówno przyjemna estetycznie, jak i stanowiła ostrzeżenie dla wszystkich, do których dotarły szepty o jego
wyjątkowym opanowaniu w Mocy. Niejeden wróg zwyczajnie rzucał broń w chwili, gdy Mace uruchamiał ostrze. Jego kolor był nietypowy jak na
Jedi. Pojawiały się głosy, że Mace jest niezdrowo przywiązany do
wyjątkowego odcienia miecza. Potrafił zrozumieć ten punkt widzenia, ale
nie przejmował się losowymi opiniami.
Wszystkie jego ostrza służyły mu z honorem. Teraz spoczywały w witrynie,
bezpieczne i łatwo dostępne.
Miał też ukochane repozytorium wypełnione holodziennikami. Nośniki
danych zawierały bogactwo wiedzy o Mocy, w czym ustępowały tylko
Archiwom. Uwieczniały rozległe wpisy z jego przemyśleniami i przygodami,
a dzięki indeksowi wszystko było szybko dostępne. Rygor, z jakim je
zorganizował, odzwierciedlał jego maszynową precyzję umysłu.
W niewielkiej przestrzeni treningowej w kącie pomieszczenia leżała
kwadratowa mata, na której codziennie rano i wieczorem przed snem Mace
bezwzględnie wykonywał po rundce ćwiczeń rozciągających i siłowych.
Ktoś, kto się na tym nie znał, byłby zadziwiony.
Dziś czuł niepokój w sercu i zamierzał przekuć emocje... w ruch.
Gdy ciało błyszczało już od potu, dobył miecza i zaczął ćwiczyć
spontaniczny układ Vaapad. Vaapad był zaawansowaną, niebezpieczną formą
walki, którą opracował z Sorą Bulqiem, wieloletnim druhem Jedi.
Formę VII określano mianem "Juyo". Vaapad był jej odpryskiem, wysoce
agresywną i intensywną formą, pasującą jak ulał do jego obecnego
nastroju.
Teraz ćwiczył, zarówno wyprowadzając długie, potężne ciosy, jak i wykonując szybkie, zdecydowane ruchy, a każdy uderzał w łańcuchy żalu
pętające mu serce. "Przekuj ból w siłę" -?poradził mu raz Qui-Gon.
Mace tęsknił za przyjacielem.
Gdy dał upust emocjom w wystarczającym stopniu, by znów gładko oddychać,
Mace wyłączył miecz i wznowił ćwiczenia z pustymi rękoma, zawężając łuki
i spirale ciosów z wymykającą się oczom, kruszącą kości precyzją.
Obrócił emocje w ruch, a ten w przygotowania do uporania się ze
wszystkim, co było powodem jego żalu.
Znany z wyjątkowych umiejętności walki mieczem świetlnym, Mace nie był
tylko silny w Mocy. Nawet gdyby nie dysponował tą potęgą, byłby jednym z największych atletów wśród ludzi w galaktyce, choć nigdy się tym nie
przechwalał czy choćby tego nie okazywał. Z jednym wyjątkiem, do którego
rzadko wracał: przyszedł taki moment, gdy anonimowo wziął udział w Wielkim Siedmioboju na Fashy IX. W ogóle nie korzystając z Mocy,
zdominował każdą kategorię, aż wreszcie celowo ustąpił pola najlepszym
rywalom. Chciał grać fair, a wystartował tylko dla przyjemności oraz by
określić poziom ogólnej sprawności fizycznej.
Ćwicząc bez miecza, akcentował układ momentami pełnego furii i przemocy
skupienia, aż wreszcie zakończył skokiem z podwójnym obrotem, w toku
którego chwycił rękojeść i przeprowadził ją przez wszystkie główne kąty
ataku, nim jego stopy spoczęły na podłodze. Z satysfakcją przypasał
broń.
Tak, komnata Mace'a była skromna, zresztą podobnie jak jego ubiór. Ale w głębi serca... tak, odcień miecza sprawiał mu przyjemność. Był, jak to
teraz mówili młodzi, "wporzo".
Tak. Był totalnie wporzo. A to dawało satysfakcję i spokój sercu
wykutemu na wojnie.
MIGOCZĄCE ŚWIATŁO i rozbrzmiewający echem sygnał dźwiękowy
zapowiedziały gości. Mace się zatrzymał. Przed drzwiami stali Obi-Wan i Kit Fisto, dzielni Jedi i drodzy kompani.
-?Wejdziecie? -?spytał.
-?My tylko na chwilę -?odparł Fisto.
Był nautolańskim mistrzem Jedi, znanym z wyjątkowego talentu do walki
mieczem, a także z szelmowskiego uśmiechu. Jego przypominające gogle
oczy i głowoogony były charakterystyczne, ale Mace głównie kojarzył go z aurą pełnej świadomości. Fisto pozostawał dla swoich towarzyszy
ucieleśnieniem lojalności, a dla wrogów -?zagrożenia.
-?Proszę. -?Obi-Wan wyciągnął przed siebie dłoń. Trzymał pakunek w kształcie dysku, owinięty w jakąś metaliczną folię. Mace dostrzegał
ciemne podkówki pod oczyma Obi-Wana, niewątpliwie z powodu bezsennych
nocy. Obi-Wan jednak znosił ciężar nowych obowiązków jako rycerz Jedi z cichą determinacją. -?Miecz Qui-Gona spoczął w Archiwach, ale mistrz
życzył sobie, żebyś otrzymał to po jego śmierci. Wiem, że byliście
przyjaciółmi.
Mace przyjął podarek z rąk drugiego Jedi z nieskończoną powagą.
Nietypowa sprawa. To jakaś wiadomość? On i Qui-Gon faktycznie
pozostawali sobie bliscy. Obaj dostrzegali w sobie odwagę, inteligencję
i mądrość w walce i polegali na nich. Inna rzecz, że po śmierci Jedi
niewiele zostawało do powiedzenia. Intuicja podpowiadała mu, że to coś
więcej niż sentymentalne pożegnanie.
-?Cóż, wystarczy przegrać z kimś w dejarika najwyższego poziomu, by
zrobić sobie wroga lub zyskać przyjaciela... aż po grób.
-?Ależ to musiała być gra -?skwitował Fisto.
-?Dotarliśmy do półfinału w zawodach, a potem jeszcze się założyliśmy,
by było ciekawiej.
-?A o co? -?zainteresował się Obi-Wan.
-?O przysługę.
Fisto wyszczerzył szeroko zęby.
-?A jaką?
W odpowiedzi Mace się uśmiechnął.
-?A nie powiedział. Tyle tylko, że przegrany będzie dłużny zwycięzcy.
Wygrał, poświęcając savripa, ale nie podał konkretów. -?Pokręcił głową.
-?Jedyny w swoim rodzaju.
-?A gdybyś wygrał? -?spytał Obi-Wan.
-?Nie brałem tego pod uwagę. Wiedziałem, że wygra.
-?To czemu w ogóle zgodziłeś się na grę? -?zdziwił się Fisto.
-?Chciałem zobaczyć, jaki łomot mi spuści.
GDY SIĘ POŻEGNALI, Mace usiadł na podłodze i przyjrzał się
podarunkowi. Zawartość została opakowana i związana z dużą troską.
Możliwe, że Mace poznałby nadawcę po samym eleganckim węźle. Otworzył
prezent i zgodnie z oczekiwaniami wyjął ze środka zestaw do dejarika
należący do Qui-Gona, dar od władcy jakiegoś wdzięcznego państwa. Mace
zastanawiał się, która alkowa nadaje się na honorowe miejsce, gdy nagle
hologram ożył. Nad planszą zawisł wizerunek mężczyzny rasy ludzkiej o przyprószonych siwizną falistych włosach i takiej samej brodzie. Jego
przenikliwe niebieskie oczy i spokojne usposobienie sugerowały oko
cyklonu.
Qui-Gon Jinn.
-?Pozdrawiam cię, mistrzu Windu, stary druhu. Skoro to oglądasz,
nadszedł dzień, na który szykujemy się wszyscy.
-?Owszem, stary druhu -?odparł Mace, bardziej do siebie niż do
hologramu.
-?A teraz pora, żebym wreszcie poprosił o tamtą przysługę. Na
Zewnętrznych Rubieżach leży planeta o nazwie Metagos.
"Metagos...?" Mace nigdy o niej nie słyszał.
Wyświetliła się holomapa planety, wirującej wokół własnej osi. Nagle
planeta skurczyła się i pojawiła się gwiazda na Zewnętrznych Rubieżach,
po czym obraz znów się przesunął i oczom Mace'a ukazał się świat o powierzchni przypominającej pustynię spaloną na węgiel.
-?Po raz pierwszy zasiedlono ją przed tysiącami laty. W ostatnich
wiekach rozwijała się jako źródło hilliańskiego jedwabiu. Tyle że
pięćdziesiąt lat temu mieszkańców powierzchni spotkała katastrofa, która
zmusiła ich do przesiedlenia się pod ziemię. I to w tym burzliwym
okresie władzę przejęli kryminaliści. -?Hologram Qui-Gona uśmiechnął się
ze smutkiem. -?Zajmowałem się tam własnymi sprawami. Tropiłem
skrytobójcę i przemytnika, szmuglującego broń dla politycznych
agitatorów. O mało nie przypłaciłem tego śmiercią. Działa tam istota o imieniu Chulok. Uważaj na nich. Nauczysz się zresztą. Pamiętaj, że mają
się za klauna, ale to tylko taka poza, bo Chulok są jednym z najniebezpieczniejszych wojowników, jakim stawiali czoła Jedi. Musisz
położyć kres ich potędze, a także potędze istoty o imieniu Sybil.
Mace uspokoił oddech. Misja zaczęła nabierać kształtów. Nie podobało mu
się to.
-?Będziesz musiał nawiązać kontakt z KinShan Nightbird z klanu Tkaczy,
czyli Sa'adów. Ona opowie ci resztę. Złożyłem jej obietnicę, a wezwanie
z prośbą o pomoc dotarło do mnie w trakcie innej misji. Jeśli wszystko
pójdzie zgodnie z planem, wypełnię ją, a potem zajmę się tą sprawą. Ale
skoro to oglądasz, sytuacja rozwinęła się nie po mojej myśli. Muszę
kończyć. Los Metagosa spoczywa w twoich rękach, stary druhu. A o ile
naprawdę się nie pomyliłem... są to sprawne ręce. Powiem ci więcej, o ile będę miał taką możliwość.
Hologram zniknął. A potem znów zamigał i ożył.
-?Jest jeszcze jedna wiadomość, ale proszę cię, nie odtwarzaj jej, póki
nie wypełnisz misji. Pamiętaj... wisisz mi.
Mace Windu ponownie wysłuchał pierwszej wiadomości i nauczył się jej na
pamięć. Zauważył także, że w pakunku spoczywa też grawerowany kryształ
wielkości kciuka. Z początku uznał go za kamień szlachetny, ale gdy
przyjrzał się mu bliżej, okazało się, że wykonany jest z bardziej
pospolitego szklanego materiału. Podniósł go do światła i wewnątrz
ujrzał cień... czegoś. Pająka? Robaka?
"Ech".
Będzie musiał porozmawiać z Yodą.
Rozdział czwarty
ROZDZIAŁ CZWARTY
MŁODZIKI
Nazajutrz Mace odszukał przyjaciela i mentora w sali treningowej
młodzików. Zastał Yodę, gdy ten nadzorował ćwiczenia trójki kandydatów.
Jednym z nich było dziecko, które Obi-Wan i Qui-Gon zaciągnęli do
Świątyni z Tatooine, niejaki Anakin Skywalker. Mace przyglądał się
chłopcu. Był mikry jak na swój wiek, miał ciemne blond włosy, niebieskie
oczy i ciekawską osobowość. Wydawał się zaciekły. Pełen werwy. Chłonął
każde słowo i starał się bardziej, niż tego od niego oczekiwano. Taka
determinacja u tak młodej osoby była... niemal niepokojąca.
Mace powitał Yodę i podzielił się z nim wstępnymi przemyśleniami na
temat prośby Qui-Gona.
-?Mam poczucie, że to nie jest zadanie dla Jedi -?przyznał.
-?Opowiedz mi o tej misji.
-?Chodzi o planetę o nazwie Metagos, zmagającą się z gangsterami.
Qui-Gon chce, żebym wyzwolił mieszkańców spod ich kontroli.
-?Metagos. O planecie takiej słyszałem. Za przerażającym skrytobójcą w pogoni Qui-Gon tam się udał. Straszne. Przeżył ledwie. Niepokojące to -
powiedział Yoda, po czym potwierdził przeczucia Mace'a: -?Dla Jedi
zadanie oficjalne to nie jest.
-?Nie jest. I mam wrażenie, że to... niewłaściwa pora. Miałem
niepokojące sny. Widzę w nich coś przerażającego, zbliżającego się z każdym dniem.
-?A ty gdzie w tym jesteś?
-?Kto wie, czy sam nie zginę na tej misji. Wyczuwam, że to możliwe, ale
Qui-Gon nie poprosiłby mnie o pomoc, gdyby nie było to istotne.
-?Wszystkich śmierć czeka. Nawet Jedi.
Mace przytaknął, choć nie było takiej potrzeby. Dobrze się znali i rozumieli tę uświęconą ścieżkę.
-?Popełniliśmy błąd, gdy zlekceważyliśmy niepokoje Qui-Gona w kwestii
Sithów -?przyznał. -?Nie zamierzam powtarzać błędów z przeszłości. Może
zdołam odnaleźć źródło tych problemów i zdusić je w zarodku.
-?Cóż. Niezrównane zdolności twoje.
-?Pochlebiasz mi, mistrzu Yodo. Ale zawsze mogę je rozwinąć.
-?Nieroztropny Qui-Gon nie był. By ciebie wybrać, powody miał. Lecieć
musisz. -?Zamilkł, po czym dodał zaciekawionym tonem: -?Jedi młodzi... A wy co na to?
Dwaj pozostali kandydaci byli Umbaranami w zbliżonym wieku. Choć
formalnie nie byli rodzeństwem, Frisk i Kiest niemal się nie
rozdzielali.
-?Jedi podążają tam, dokąd prowadzi ich Moc -?powiedział Frisk, ten
starszy.
Standardowa, bezpieczna odpowiedź.
-?Wporzo -?dodał Kiest.
"Nieco zbyt impertynencki" -?uznał Mace.
Mały Anakin wbijał wzrok w kolegów, jakby nie pochwalał nonszalancji
Kiesta.
-?Jesteśmy Jedi! Nie ma innej ścieżki.
Wyglądał niemal absurdalnie. Z całej siły próbował stać prościej, by
dodać sobie parę centymetrów. Odszedł i podrapał się po żebrach.
-?Nadal boli? -?spytał Mace.
Anakin drażnił miejsce po nacięciu, przez które usunięto mu z ciała
traker, bolesne przypomnienie o powinności niewolnika wobec jego
właściciela na Tatooine. Niektórzy sądzili, że blizna będzie mu
przypominać o niesprawiedliwościach w galaktyce. Mace obawiał się, że
pozostanie dla niego wspomnieniem o ograniczeniach Jedi. Uratowali
Anakina, ale nie zdołali położyć kresu nagannej moralnie praktyce
niewolnictwa poza granicami Republiki.
-?Zniosę wszystko, jeśli dzięki temu zostanę Jedi -?odparł chłopak. -
Jedi muszą ignorować uczucia.
-?Cóż za deklaracja. Twoja własna?
-?Tak. -?Chłopak zastanowił się nad tym. -?No, Qui-Gon i Obi-Wan ciągle
mówili coś w ten deseń.
-?Mam wrażenie, że to nie do końca tak -?odparł Mace. -?Jedi nie
ignorują uczuć. Akceptują je. Panują nad nimi. Obawiają się, ale nie
boją się własnych obaw. Złoszczą się, ale przekuwają tę złość w honorowe
działania. Rozumiesz?
Chłopak przytaknął, ale Mace wiedział, że nie rozumie -?jeszcze nie
teraz. Przyjdzie na to czas.
-?Jeszcze jedno -?dodał Mace. -?Mistrzu Yodo... jest druga wiadomość,
którą mam odtworzyć dopiero po wykonaniu misji.
-?Dziwne to -?skomentował z pełną powagą Anakin.
Tak poważny. Mace zdusił śmiech. Yoda wydawał się niewzruszony, ale Mace
był ciekaw, czy może Anakin nie żartuje sobie kosztem mistrza Jedi.
Warto mieć go na oku.
Rozdział piąty
ROZDZIAŁ PIĄTY
ZACHŁANNE NIEZNANE
Dla Mace'a podróże z prędkością nadświetlną zawsze były ekscytujące i nigdy jednakowe. Jego dokładny, matematyczny umysł lubił dziwaczność tej
niepojętej przestrzeni. Mace pilotował smukły statek Delta-12 Skysprite
-?znany z manewrowości i prędkości, przez co idealnie nadawał się do
nawigowania w nadprzestrzeni.
Mace preferował jednostki podobne do fathierów, najlepszych wierzchowców
w galaktyce. Synergia między istotą żywą a maszyną przypominała tę
między zwierzęciem a jeźdźcem, a magia ta była równie ważna, co same
silniki.
Mace wprowadził szczegółowe współrzędne do komputera nawigacyjnego
statku. Obliczył koordynaty w odniesieniu do znanych tras
nadprzestrzennych, by ominąć takie przeszkody jak studnie grawitacyjne,
ciała niebieskie i inne zagrożenia kosmiczne.
Następnie połączył myśliwiec z pierścieniem nadprzestrzennym, aby
skorzystać z mocy potężnych zewnętrznych silników. Wystarczyło, że
wcisnął przycisk, a gwiazdy zamieniły się w smugi, gdy jednostka nabrała
prędkości i skoczyła w nadprzestrzeń o postaci znajomego już tunelu o ścianach z niebieskich smug.
Podczas lotu Mace przeglądał wewnętrzną bazę danych statku w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na temat celu.
Metagos dawniej był prężnie rozwijającym się światem, tyle że przed
pięćdziesięcioma laty zakłócenia słoneczne posłały potężne
promieniotwórcze fale w atmosferę i ugotowały oceany. Powierzchnię
smagały wiatry o prędkości trzystu kilometrów na godzinę, tak długo, aż
ją zeszkliły. Dziewięćdziesiąt procent populacji zginęło. Miliardy.
Miliony jednak skryły się pod ziemią w sieciach jaskiń i tuneli.
Następnie plik opisywał główne części miasta i lokalne przemysły. Był na
tyle szczegółowy, by zawierać sugestię miejsca lądowania i możliwej
kryjówki dla statku, znajdującej się na tyle blisko wejścia do systemu
jaskiń, by resztę drogi mógł odbyć pieszo.
STATEK WYŁONIŁ SIĘ z nadprzestrzeni wśród sieci niewyraźnych gwiazd,
powoli przechodzących ze świetlistych smug w świetliste punkty. Systemy
nawigacji nadal podpowiadały Mace'owi, gdy ten sprowadzał jednostkę na
powierzchnię.
Przecinał chmury zgodnie ze wskazówkami sieci nawigacyjnej. Rzeźba
terenu Metagosa była beżowa, niemal pozbawiona zieleni. Nocne cienie
znaczyły powierzchnię, ale brązowe kępy w kształcie palców sugerowały
obecność martwej roślinności. Niewiele przetrwało. A to oznaczało małą
populację zwierząt roślinożernych... a zatem i tych mięsożernych.
Mace przeleciał nad ruinami wielkiego miasta, kto wie, czy wraz z przedmieściami i osadnictwem podmiejskim nie miało dziesięciu tysięcy
kilometrów kwadratowych. Możliwe, że dawniej mieszkały tu miliony, teraz
jednak jego światła były niemal kompletnie martwe. Kilka błyszczących
punktów sugerowało, że ktoś -?a może coś? -?nadal tam mieszkał. Biedni
uchodźcy czy łupieżcy?
Mace ukrył myśliwiec w wypolerowanej kryształowej szczelinie. Statek nie
miał systemu maskującego, ale zmieścił się elegancko w przestrzeni
między dwoma skrystalizowanymi drzewami. Mace przez chwilę rozważał,
czyby nie uruchomić układu samozniszczenia myśliwca, ale uznał, że to
niepotrzebne: o ile trzymał na pokładzie garść narzędzi i sprzętu, nic z tego nie było tajemną technologią. Mało tego, poza mieczem świetlnym nic
nie identyfikowało go jako agenta Republiki.
Opuścił statek i przez kolejne pół godziny wspinał się zboczem
szczeliny, w której wylądował. A potem nie pozostało mu nic innego, jak
wyruszyć w nocną podróż przez śmiertelną połać napromieniowanej ziemi.
Mijał zastygłe, poskręcane kopuły i skruszone prostokąty porzuconych i zniszczonych budowli. W jednym miejscu znalazł ozdobne dzieło sztuki,
złożone z człowieka i kilku nieznanych mu form życia, zamienionych w szkło przez radioaktywną burzę, jakby byli to mieszkańcy jakiegoś
pradawnego miasta, pochłoniętego przez lawęi popiół.
Powtarzał sobie w głowie wszystkie nowe dane, układając je we właściwej
kolejności, by zyskać perspektywę. Była to plansza, na której miała się
rozegrać wielka historia -?gra w dejarika, w której stawką jest cała
planeta. Mace uznał, że Qui-Gon byłby pod wrażeniem tej symboliki.
"Witaj na Metagosie" -?pomyślał.
Suchy opis z banku danych niezbyt przygotował go na surowe piękno i niepokojącą martwotę zniszczonej powierzchni świata. Na tej planecie
rzeźba terenu została przekształcona w krainę szklanych drzew i krystalicznych budynków.
Najbardziej uderzającą cechą krajobrazu Metagosa był kryształowy las,
który wydawał się stworzony z półprzezroczystego szkła, a poszczególne
pnie i konary odbijały światło potrójnych księżyców w oszałamiającej
feerii barw. Niektóre miały gładkie powierzchnie, podczas gdy inne
zostały pokryte misternymi wzorami i teksturami, utworzonymi przez
bezlitosne burze słoneczne.
Z połyskującej powierzchni wyrastały inne krystaliczne struktury, posągi
na cześć dawnych mieszkańców świata. Mace podejrzewał, że zdesperowani
obywatele wznieśli je ze standardowych materiałów, a te uległy
krystalizacji podczas burz. Miało to więcej sensu niż scenariusz
alternatywny: mianowicie taki, że ktoś wbijał kryształowe gwoździe w szklane deski.
Wszystko mieniło się w blasku księżyców.
Wyglądało na to, że kilka gatunków roślin przystosowało się do nowych
warunków. Niewielki procent? A może flora Metagosa była genetycznie
zdolna do takich adaptacji? Jak wiele razy ten koszmar zachodził w przeszłości -?czy na tyle często, by większość roślin wykształciła
podwójną ekspresję genów? Szklana flora porastała okolicę, a jej
półprzezroczyste liście i płatki łapały światło, co dawało efekt
kalejdoskopu.
Drobna szczurza fauna zdawała się równie oszałamiająca. Jej wygląd
sugerował wyjątkowe adaptacje, by gryzonie mogły przetrwać w ekstremalnych warunkach, w tym promieniujące, pochłaniające ciepło
egzoszkielety i zdolność przeprowadzania fotosyntezy przez przezroczystą
skórę. Błyskawiczne zmiany!
Jedno z hobby Mace'a polegało na spekulowaniu na temat źródeł życia na
różnych planetach. Zmiany, których był świadkiem tu, na Metagosie, nie
mogły zajść tak szybko, chyba że potencjał do nich drzemał w tych
istotach od dawna.
To sugerowało, że cokolwiek tu zaszło, musiało wydarzyć się już
wcześniej, przypuszczalnie niezliczoną ilość razy na przestrzeni
milionów lat. Jakiegoś rodzaju powtarzalny makrocykl. Katastrofę
przeżywały jedynie te istoty, które potrafiły się zaadaptować.
To, co Mace widział podczas lądowania i teraz podczas pieszej wędrówki,
było otrzeźwiające. Rozumni mieszkańcy planety wydawali się dość
zaawansowani, a mimo to nie zdołali stawić czoła żywiołowi.
Ich dumna architektura teraz stała porzucona. Z jednym wyjątkiem: na
horyzoncie ciągnęły się rzędy ogromnych paneli słonecznych. Metal, poza
tym, że miejscami zakurzony, nie został skrystalizowany, co sugerowało,
że panele wzniesiono już po wielkiej burzy i zapewniały energię ocalałej
populacji świata.
Wyglądało na to, że mieszkańcy Metagosa opracowali zaawansowane
technologie z myślą o wykorzystaniu energii solarnej, by jednak czerpać
jakieś korzyści z częstych burz słonecznych. Panele i systemy
magazynowania energii z pewnością zostały w pełni zintegrowane z budynkami, co czyniło nowe osady kompletnie samowystarczalnymi.
Teraz Metagos stał się światem ostrych kontrastów. Surowe piękno
krajobrazu zestawione było z częstymi, srogimi burzami słonecznymi. Gdy
nadciągały bardziej umiarkowane, czy mieszkańcy szukali schronienia w zapewniających im pozorne bezpieczeństwo krystalicznych gmachach? Kiedy
zrozumieli, że to samo promieniowanie, które przekształcało ich metal i drewno w kryształ, dla nich samych okaże się zabójcze?
To, co się tu rozegrało, dalece wybiegało poza zwykłe niebezpieczeństwo.
Doszło do zdarzenia globalnego, takiego, które trafiało się raz na
tysiąc lat, na które żadna cywilizacja nie mogła się przygotować.
Metagos świadczył o zdolności natury, by kształtować świat na
niesamowite sposoby. Mace odczuwał wdzięczność za to, że ziemia, po
której podróżował, była pogrążona w ciemności. Za dnia powierzchnię
nadal pustoszyły śmiertelne burze. Kto wie, czy nie potrwają jeszcze
całe dekady.
MACE SZEDŁ PRZED siebie według mentalnej mapy, a buty zapadały mu
się w powierzchni, która zdawała się być pokryta nie tyle piaskiem czy
glebą, a sproszkowanym szkłem. Wtem bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
wyczuł drgnienie w Mocy; tuż na skraju wzroku peryferyjnego wyrosła
przed nim pojedyncza opancerzona istota -?wielkości człowieka, choć
czworonożna. Kudłata blada sierść i masywne skręcone ciosy sprawiały, że
miała przerażający wygląd. Istota wąchała ślady Mace'a, po czym obniżyła
głowę i gapiła się głębokimi, okolonymi łojem brązowymi oczyma.
Mace zachował spokój. Stał nieruchomo, ale zmysłami badał otoczenie. Ta
samotna istota nie stanowiła dużego zagrożenia, ale byłoby roztropnie
nie rozpraszać się nią, tak by inni przedstawiciele grupy nie zakradli
się mu za plecy. Podeszła nie bliżej niż na trzy długości swojego ciała,
a Mace wyczuł, że nie zamierza zaatakować. Była zaciekawiona. Mimo
wszystko nie spuszczał dłoni z rękojeści miecza. Nigdy nie wiadomo.
Zdrowy rozsądek i doświadczenie podpowiadały mu, że z każdym krokiem
zagłębia się w terytorium wroga, jak określił to Qui-Gon Jinn. Miał
nadzieję, że pozyska i sojuszników, ale obecnie musiał zakładać, iż z każdej strony czyhają na niego niebezpieczeństwa.
Ten świat karał za najmniejsze błędy.
Bardziej się zdziwił, niż zaniepokoił, gdy z naprzeciwka dobiegł go
głos:
-?Ojej. Ojej. Tyle do wyczyszczenia, tyle zajęć...
Ku wielkiemu zdumieniu Mace'a podjechał do niego, wzniecając tabuny
pyłu, droid sprzątający, poturbowany i wyblakły od słońca, ale nadal
sprawny.
-?Ojej -?powtórzył. Zamiótł kurz na drobną stertę na boku ulicy, po czym
przesunął ją w stronę przeciwną.
Mace się zatrzymał. Był zaciekawiony, ale nadal nie zaniepokojony.
A wtedy zrozumiał, że nieszczęsny droid jest zasilany energią słoneczną.
Możliwe, że od dekad przepycha ten pył z kupki na kupkę dla właścicieli,
którzy już nigdy nie mieli wrócić.
-?Ojej, ojej. -?Nagle droid zauważył Mace'a. -?Panie! -?powiedział. -
Oj, nie. Nie jest pan moim panem. Jestem... Jestem... -?zamilkł, jakby
starał się potrząsnąć zardzewiałymi obwodami. -?Ojej, nie pamiętam, kim
jestem. Niepokojące. -?Wydawał się smutny, ale potem nagle się
rozpromienił. -?Zna pan Tappana Quezela? Na pewno pan go zna.
Mace był pewien, że ów Tappan Quezel nie żyje już od dawna. Jak powinien
się zachować? Podzielić się tym smutnym faktem z droidem i odebrać mu
jedyne źródło sensu istnienia? Nie był pewien.
-?Nie, niestety nie znam -?odparł -?ale jestem pewien, że będzie
zadowolony z twojej niestrudzonej pracy.
-?O tak, o tak. Tak, praca. Nieustająca praca...
Mace się oddalił. Może wpadnie na pomysł, jak mu pomóc, w drodze
powrotnej.
O ile wróci.
PORUSZAŁ SIĘ OSTROŻNIE, krok po kroku. Musiał wylądować na tyle
daleko, by uniknąć natychmiastowego odkrycia, a to wiązało się z długim
spacerem na otwartej przestrzeni.
Gwiazdy na nieboskłonie świeciły uparcie stałym blaskiem. Trzy księżyce
Metagosa rzucały na Mace'a dziwne, zniekształcone cienie. Był sam, a mimo to miał wrażenie, że jest wielością. Coś pojawiło się na wprost, na
tyle daleko, że nie mógł tego wyraźnie dostrzec -?może jakaś wioska? Na
widnokręgu, na zachodzie i południu, majaczyły niewyraźne zarysy
sześcianów i kopuł, ale jedynym śladem życia była odległa kolumna dymu.
Poza tym na wybranej przez siebie ścieżce Mace nie dostrzegał żadnych
świateł, nie słyszał żadnych dźwięków i nie widział żywej duszy.
Łatwo potrafił sobie wyobrazić, że to, co go czekało, będzie wyjątkowo
niemiłe. Gdy tak szedł przed siebie, wzmogło się w nim odczucie, że
kieruje się ku obszarowi wymarłemu i zniszczonemu.
Nagle zwrócił głowę w prawo, nim umysł dał mu po temu powód. Mógłby
przysiąc, że dostrzegł ruch -?ale tylko kątem
oka. Po latach szkoleń i dyscypliny Mace funkcjonował w stanie
podwyższonej świadomości. Jego zmysły, połączone więzią z Żywą Mocą,
postrzegały znacznie więcej, niż widział oczyma.
Coś było blisko. Okaże się jeszcze, czy wróg, czy przyjaciel.
Przed nim nabierało kształtów skupisko kopuł. Wzmagało też w mężczyźnie
poczucie, że jest obserwowany. Miał wrażenie, że zabudowa wskazuje na
dawną osadę górniczą, miejsce wzniesione naprędce, szereg kopuł, które
zostały następnie powleczone jakąś substancją, która stwardniała jak
skała.
Mace wyciągnął dłoń i przycisnął ją do jednego ze schronień,
nieprzewyższającego go wysokością. Materiał okazał się twardy jak beton.
Nie poruszał się, choć popchnął naprawdę mocno, co sugerowało, że
fundament sięgał głęboko. Konstrukcja, choć wzniesiona naprędce, była
porządna. Nie uległa krystalizacji, więc pewnie powstała po wielkim
wypaleniu.
Mace'owi przyszło do głowy, że być może widzi obóz dla uchodźców,
zbudowany przez zdesperowanych mieszkańców płonącego miasta. Schylił się
i wpełzł krótkim tunelem do miejsca, które skojarzyło mu się z igloo
wznoszonymi w klimatach arktycznych.
Jego lampa rozświetliła wnętrze. Na stole leżało jedzenie -?wraz z ciałem. Nie, dwoma ciałami. Osoby te uległy krystalizacji podczas
katastrofy. Więc ich próba wzniesienia schronienia, które zablokuje
promienie słoneczne, okazała się nieudana. Złupione zapasy nie
przetrwały kolejnych fal promieniowania. Zarówno same istoty, jak i ich
kryjówka zamieniły się w kryształy jak trolle z dziecięcych opowieści w kontakcie z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca.
Między innymi przed tym przestrzegł go Qui-Gon Jinn. Mace spojrzał w oczy jednej z uschniętych istot siedzących przy stole. Jej skóra stała
się przezroczysta. Przezroczyste jak kulki marmurki oczy spoglądały
przez bezużyteczne przezroczyste powieki. Wargi wygięte w zamrożonym
krzyku. Możliwe, że i te bolesne dźwięki zostały uwiecznione w krystalicznym gardle. To śmierć. Dlaczego ci ludzie skryli się w tak
żałosnym schronieniu? Czemu nie uciekli w głębiny wraz z pozostałymi?
Zastanawiając się nad tym, Mace wycofał się z domu. Było mu niedobrze.
Oddalił się od schronienia i opuścił smutną małą osadę. Widział i większe kopuły, w których mieszkańcy gromadzili się grupami, a także
mniejsze domki. A między budowlami zauważył coś niespodziewanego:
zwierzęce truchło.
Przypominało tamtą istotę, która przed nim uciekła, choć ta była martwa
i leżała na grzbiecie. Zwierzę miało ostre krystaliczne łuski, cztery
krępe nogi i brakowało jej widocznych oczu. Jego żołądek został rozcięty
i teraz wydostawały się z niego wnętrzności. Na ziemi wokół leżały
kawałki na wpół strawionego mięsa. Ktoś próbował zjeść fragmenty
zwierzęcia, po czym je zwrócił. Było toksyczne? A może zabójcy byli zbyt
chorzy, by je przetrawić?
Kolejny dźwięk. Nie dostrzegł żadnego ruchu, ale włoski na karku stanęły
mu dęba. Wrócił na ulicę. Wzrok płatał mu figle. Coś jednak faktycznie
czaiło się po przeciwnej stronie. Dawniej było zwierzęciem podobnym do
przerośniętego robaka durabetonowego, ale coś mu się stało. Teraz jego
szklana skóra zrobiła się tak przejrzysta, że Mace widział przez nią
mięśnie i krystaliczne kości. Istota ruszyła w jego stronę. Pojawiła się
druga. I kolejna! Mace uświadomił sobie, że przezroczysta, krucha
powłoka zapewnia pewien stopień kamuflażu.
Ruchy stworzeń wydawały się powolne i bolesne. Czy to znaczyło, że to
martwe było jeszcze bardziej chore i słabe? Mace musiał skończyć to
teraz, nim zwierzęta się zbliżą.
Dobył miecza i uruchomił fioletowe ostrze.
-?Nie zbliżajcie się -?powiedział. -?Nie jestem niczyją ofiarą. Nie
zamierzam was zabijać, ale się nie zawaham.
Wątpił, czy zwierzęta rozumieją jego słowa, ale jego ton i postura
mówiły za siebie.
Istoty zdawały się go nie słyszeć, a może były zbyt głodne, by brać to
pod uwagę. Grupa nadal się zbliżała. Z jej strony dobiegł go dźwięk,
wycie przypominające wiatr, a trwał tak długo, że już nie był pewien,
czy to faktycznie wiatr, czy dźwięk z gardeł istot drażni mu skórę.
-?Odstąpcie!
Jedno ze stworzeń zbliżyło się, wyciągając ku niemu pseudoramiona.
Z rzadkim ukłuciem żalu Mace wyprowadził cios i szklane ciało zaskwierczało. Istota zawyła, padła na ziemię i pękła
na kawałki, a odłamki tego, co przed chwilą było jej ciałem, poleciały
we wszystkie strony jak okruchy szkła. Znów zawyła, a wtedy zawył i wiatr, i zawyły pozostałe istoty, po czym wszystkie się wycofały.
Mace zwrócił się w ich stronę. Te pyski i martwe oczy zdradzały ogromny
ból. Wiedział jakoś, że stworzenia te są niewidome. Więc jak go
odnalazły?
A wtedy zrozumiał. Usłyszały, jak charczy. A potem mówi. I usłyszały
buczenie zapalonego miecza. Mace odstąpił na kilka kroków i się
zatrzymał.
Demiglisty poruszały się na ślepo. Jęczały, zwracając się w różnych
kierunkach. Robiły pojedyncze ruchy w jego stronę, ale było jasne, że
wiatr maskował jego kroki, tak że nie mogły go odnaleźć. Z czasem
zaczęły tracić zainteresowanie i się oddaliły.
Umysł Mace'a wypełnił się pytaniami bez odpowiedzi. To mięso stało się
niejadalne czy same istoty straciły zdolność trawienia pokarmu
zwierzęcego? A jeśli nie mogły jeść, dlaczego wszystkie nie pomarły z głodu? Nie wiedział. Tyle nie wiedział o tym miejscu, ale ta jedna rzecz
naprawdę go zaniepokoiła. Nie tak planował rozpocząć misję.
Dręczyło go poczucie strachu, strachu przed nieznanym. Coś sprawiło, że
te demiglisty podjęły ryzyko i pozostały na powierzchni, po tym jak ich
miasta zostały zniszczone. Czy dawniej były rozumne? Czy uczyniła im to
wcześniejsza fala promieniowania słonecznego? Jak dawno temu? Może
jeszcze nie minęło wystarczająco dużo czasu, by pomarły z głodu. Czy to
możliwe, że nie potrzebowały pokarmu? A może potrzebowały innego rodzaju
strawy, czegoś nieznanego Mace'owi. Na Moc, przecież całkiem możliwe, że
były żywymi ogniwami słonecznymi. Mace widział już w galaktyce większe
dziwy.
Musiał stąd odejść. To nie było miejsce dla żywych.
Ostatnie demiglisty znikały za budynkami za plecami Mace'a. Jedna z nich
obróciła się i wydała w jego stronę bulgoczący dźwięk.
Mace ani myślał dać się sprowokować.
-?Nie dzisiaj -?mruknął.
Istota zgodziła się i odpełzła.