Co Jedi czyni. Michael Kogge
CO JEDI CZYNI
MICHAEL KOGGE
NA WPROST WZNOSIŁA SIĘ ŚWIĄTYNIA, różowa o świcie, dokładnie taka,
jak w snach młodzieńca.
Była masywną strukturą z kamienia, o trapezoidalnej konstrukcji
spoczywającej na prostokątnej bazie. Z płaskiego dachu wznosiło się ku
niebu pięć iglic, po jednej z każdej krawędzi i piąta -?najwyższa -
pośrodku. Jak głosiła legenda, budowla została wzniesiona na wierzchołku
góry, gdy rzeźba terenu planety nadal zdominowana była przez łańcuchy
górskie. Teraz, po tysiącleciach ekspansji, sama Świątynia stała się
jedyną górą w tej dzielnicy miasta i przyciągała wzrok z każdej strony.
Tego jednak, co znajdowało się w jej wnętrzu, nie dało się ujrzeć z zewnątrz. Pochylone elewacje nie miały wielu okien. Te witrażowe,
wychodzące na główny bulwar, przepuszczały jedynie światło, nie
ciekawskie spojrzenia. Co pewien czas na balkonach iglic dało się
dostrzec postać w szatach, ale te sylwetki niewiele zdradzały.
Nie to, by mieszkańcy Świątyni stronili od innych. Przeciwnie, byli
jednymi z najbardziej rozpoznawalnych osób w Republice, członkami
mistycznego stowarzyszenia wojowników, uzdrowicieli, dyplomatów i myślicieli, obdarzonymi niesamowitymi przymiotami umysłu i ciała.
Zamiast jednak korzystać z tych darów dla własnego widzimisię, stawali
na straży pokoju i sprawiedliwości w galaktyce, w której czyhało wiele
niebezpieczeństw. To, jak zdobywali te zdumiewające umiejętności, w dużym stopniu pozostawało tajemnicą. Spośród bilionów istot
zamieszkujących galaktykę zaledwie garstka dostępowała możliwości
opanowania tajemnic nauczanych w murach Świątyni.
Chłopak już wkrótce miał dołączyć do tej garstki. Zostanie wpuszczony do
wnętrza Świątyni i pozna prawdę o tym, co zwano Mocą. Zostanie tym, czym
zawsze pragnął być w marzeniach.
Zostanie Jedi.
W miarę zbliżania się do Świątyni, trzymał się cieni. Tam, gdzie mógł,
czaił się w zaułkach i skakał po dachach, unikał otwartych deptaków i czołgał się po rurach. Ktoś taki jak on nie był mile widziany na górnych
poziomach Coruscant. W przeciwieństwie do zamożnych mieszkańców
powierzchni miasta-świata, których było stać na najnowszą modę, on nosił
łachmany i cuchnął ściekami. Miał nagie, brudne stopy, a włosy sterczały
mu w każdą stronę, obcięte wyszczerbionym ostrzem. Na jego twarzy nie
dało się odróżnić brudu od piegów, a skóra, która miejscami była
widoczna spod sadzy, pozostała blada, rzadko bowiem wystawiał ją na
słońce. Choć biologicznie był człowiekiem, mało który przedstawiciel
tego gatunku uznałby go za swojego. Należał do istot, których reszta
społeczeństwa się wystrzegała.
Był sierotą z dolnych poziomów.
Najwyższa kanclerz Lina Soh zwykła powtarzać, że "wszyscy jesteśmy
Republiką", ale w rzeczywistości wiele osób żyło na marginesie
społeczeństwa mimo najlepszych starań kobiety, by wyeliminować dawne
uprzedzenia. Bogaci mieszkańcy powierzchni Coruscant nadal obawiali się,
że wyrzutki takie jak ten chłopak sprowadzą na ich dzielnice choroby,
biedę i przestępstwa. Jeśli przyłapią go na tym, że się tu szlaja,
zarzucą mu kieszonkostwo i wygnają na dół, do slumsów. Nikt nie uroni za
nim łzy.
Jego niskie pochodzenie jednak nie będzie miało znaczenia dla Jedi. We
wszystkich dokumentach, z którymi się zapoznał, we wszystkich przekazach
medialnych i opowieściach Jedi szanowali istoty z każdej sfery. O otwartości członków zakonu świadczyła ich własna różnorodność. Niektórzy
z najwspanialszych rycerzy byli możnymi, a inni pochodzili znikąd. Garść
Jedi była wyzwolonymi niewolnikami. Dzieciak z ulicy będzie do nich
pasował jak ulał.
Chłopak przebiegł przez przecznicę gmachów rządowych i dotarł do Drogi
Procesyjnej, głównego bulwaru wiodącego do Świątyni. Tu nie miał gdzie
się skryć, brakowało cieni i wnęk, ale już się tym nie martwił. Tutaj
zazwyczaj przebywały istoty wszelkiej maści -?Jedi, biurokraci,
aktywiści i turyści -?ale o tak wczesnej porze nie zjawili się nawet
sprzedawcy świecidełek, by rozstawić kramy. Młodzieniec był sam i czuł
się z tym dobrze. Trzymał głowę wysoko, maszerując ku Świątyni.
Przeznaczenie i cel są jednym i tym samym -?tak twierdzili dawni
mistrzowie.
-?Stój!
Popędziła ku niemu dziewczyna w szatach barwy piasku. Wydawała się
bliżej nieokreśloną mieszanką gatunków, bo z orzechowych włosów, długich
do ramion, wystawały zarówno głowoogony, jak i kolce czaszkowe. Jej
złote oczy lśniły, a szmaragdowa skóra mieniła się w porannym świetle.
Była zarazem piękna i zaciekła. Zatrzymał się na jej rozkaz.
-?Złóż broń, gangusie z Ganzeech, i ani drgnij -?powiedziała i uruchomiła miecz świetlny o niebieskim ostrzu.
Chłopak wyciągnął przed siebie otwarte dłonie.
-?Nie mam broni. I nie jestem z Ganzeech, przysięgam.
Ganzee byli niesławnym gangiem z dolnych poziomów, rekrutującym sieroty
takie jak on, by wykonywały dla niego brudną robotę. Chłopak nie dał się
skłonić do współpracy -?zdesperowany wręcz chował się w kanalizacji,
ilekroć napotykał członków gangu.
-?Wyglądasz jak Ganzee i cuchniesz jak Ganzee. -?Dziewczyna wydęła
policzki i machnęła dłonią. -?Na gwiazdy, kąpiesz się z banthami?
Chłopak chciał odpowiedzieć, że ona pachnie jak środki czyszczące, co
jest równie niemiłe, ale ugryzł się w język.
-?Nigdy nie widziałem banthy. Pochodzę z poziomu 13-12 pod powierzchnią.
Przybyłem, by wyszkolić się na Jedi.
Chyba ją zgasił.
-?Nikt nie wspominał o nowym kandydacie. Który z mistrzów po ciebie
posłał?
-?Sam przybyłem.
Prychnęła.
-?Kpisz sobie? Pewnie mistrz Elzar cię do tego namówił? By zrobić mi
dowcip, zabawić się moim kosztem? Bo nikt ot tak nie zatrzymuje się
przed Świątynią i nie domaga się szkolenia.
-?Nie jestem tu, by kogoś oszukiwać czy czegoś się domagać -?zapewnił
chłopak. -?To bardziej... coś w rodzaju marzenia, które miałem od
zawsze. Nawet przyniosłem dokumentację, by pokazać, że byłbym dobrym
kandydatem.
-?Dokumentację?
-?Badania krwi. Z moim poziomem midichlorianów. -?Chłopak wyjął arkusz
flimsiplastu spod łachmanów. W toku swoich poszukiwań odkrył, że Jedi
często badają krew kandydatów pod kątem mikroskopijnych organizmów,
które nazywają midichlorianami. Im większa liczba, tym silniejszy
potencjał kandydata. Spodziewając się, że Jedi zlecą badania, chłopak
zapłacił ortolańskiemu eskulapowi, by wykonał test. Z dumą zaprezentował
wyniki dziewczynie. -?Jak widzisz, sporo.
Dziewczyna tylko zerknęła.
-?Żaden mistrz przy zdrowych zmysłach nie kieruje się badaniami krwi.
Gdy szukają młodzików, wymagają dowodów na talent, nie... dokumentacji.
Jej krytyka go nie dotknęła. Był gotów na taką prośbę.
-?Oczywiście -?odparł. -?Co powiesz na to?
Schował flimsi w połach szaty, zaczerpnął tchu, po czym zrobił to, co
tak długo ćwiczył w kanałach. Skoczył możliwie wysoko, przycisnął kolana
do piersi i wykonał salto w powietrzu jak Jedi z holonagrań. Nieco
skusił podczas lądowania, ale poprawił się i uśmiechnął.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
-?Byle akrobata tak potrafi. Mistrzowie szukają osób, których zdolności
wykraczają poza talenty normalnych istot. Zresztą i tak powiedzą, że
jesteś za stary.
-?Za stary? A ty ile masz lat?
-?Czternaście standardowych.
-?Ja też -?odparł chłopak. -?Czemu ja niby nie mogę zostać Jedi?
-?Bo mnie tu przyniesiono, gdy byłam niemowlęciem. Jesteś za stary, by
zacząć szkolenie.
Jej podejście zaczynało go wkurzać.
-?A nie mogłabyś porozmawiać w moim imieniu z mistrzami? Mogę im
pokazać, że jestem gotowy.
-?Nie wypadałoby mi. Jestem tylko adeptką. Jeszcze nawet nie zostałam
wybrana na padawankę.
-?Sam sobie poradzę -?burknął przybysz. -?To z kim mam pogadać?
Dziewczyna wyłączyła ostrze.
-?Słuchaj, badam poważne niebezpieczeństwo i mam powiadomić ochronę,
jeśli tylko zjawi się tutaj ktoś podejrzany. Wydajesz się w porządku,
więc tego nie zrobię. Ale lepiej zmykaj, nim zjawią się policjanci czy
strażnicy świątynni. -?Sprawdziła chronometr. -?Czyli lada chwila.
Powodzenia.
Dziewczyna posłała mu krótki -?i jego zdaniem sztuczny -?uśmiech, po
czym odwróciła się na pięcie. Zrobiła parę susów i tyle ją widział.
Chłopak stał tak, zszokowany. Spodziewał się trudnych pytań, a nawet
egzaminu wstępnego, ale nie zdecydowanej odmowy, szczególnie z ust kogoś
w jego wieku. W marzeniach wyglądało to zdecydowanie inaczej.
A wtedy usłyszał dziwną melodię, nuconą na skraju bulwaru, gdzie kwitły
rzędy kwiatów. Podszedł bliżej.
Drobna postać w złoto-białych świątynnych szatach Jedi podlewała
rośliny. Pomarszczona dłoń zaciskała się na zakręconej lasce, a długie
szpiczaste uszy wystawały z okrągłej głowy, którą porastało kilka
kosmyków siwych włosów. Młodzieniec potrafił wskazać wszystkich członków
Najwyższej Rady. Mógł mieć do czynienia tylko z jednym Jedi.
-?Mistrzu Yodo?
Postać przestała nucić i obróciła się w kierunku przybysza. Tak, to na
pewno on. Żaden inny Jedi nie był tak pomarszczony. Czy tak mały i zielony. I nie miał takich drobnych, ostrych zębów, wyszczerzonych w szelmowskim uśmiechu.
Chłopak zrobił krok.
-?Mistrzu Yodo, ja...
Na niebie ponad ich głowami zaryczał aerośmigacz o trzech statecznikach.
Ponad kokpitem wyła syrena. Z zewnętrznego komunikatora dobiegł głos:
-?Tu policja Dzielnicy Świątynnej. Szukamy podejrzanych w sprawie
kryminalnej. Proszę pozostać na miejscu i dać się przesłuchać. W razie
konieczności zastosujemy promień unieruchamiający.
Chłopak nie miał wątpliwości, co się z nim stanie, jeśli posłucha.
Policja nigdy nie uwierzy, że przybył tu, by podjąć szkolenie. Powie, że
zamierzał coś ukraść.
Obrócił się i zerwał do biegu.
Jego zdolności akrobatyczne okazały się zbawienne. Kucnął i uniknął
promienia skierowanego w jego stronę. Ten zamiast niego uderzył w kwiaty, na co Yoda pogroził pięścią w niebo.
Chłopak zniknął w mieście. Był bezpieczny, ale jego marzenie stało się
zagrożone. Teraz go szukali.
Parę godzin później chłopak przyczaił się za luksusową knajpą. Gdyby był
mądry, opuściłby tę dzielnicę. Policja wiedziała, jak wygląda. Na pewno
będzie go szukała. A gdy go capną, otrzyma znacznie wyższą karę niż
bilet w jedną stronę na niższe poziomy.
Nie zamierzał jednak się poddawać. Nie po tym, do czego doszło w Świątyni. Jeden z najpotężniejszych Jedi tej epoki uśmiechnął się -?do
niego. Do sieroty z dolnych poziomów. Do nikogo ważnego.
Wiadomo, możliwe, że to bez znaczenia. Ale zamierzał się o tym
przekonać. Spróbuje jeszcze raz.
Tym razem ubierze się stosownie.
Przykucnął pod kranem i zmył z siebie możliwie najwięcej brudu.
Następnie zatroszczył się o strój. Capnął spodnie z koszyka droida
piorącego. Wyjął tunikę z kosza z ubraniami dla ubogich. Ukradł parę
czarnych butów sprzed drzwi luksusowego mieszkania. Wypełnił je zmiętymi
serwetkami, by pasowały. W przypadku najbardziej rzucającej się w oczy
części garderoby zakradł się do sklepu z kostiumami i przywłaszczył
sobie brązową szatę -?strój na bal przebierańców.
Narzucił nowe ubrania na łachmany. Przyjrzał się własnemu odbiciu w szybie aerośmigacza -?już prawie wyglądał tak, jak powinien.
Brakowało jednego ważnego szczegółu.
Na placu budowy zebrał zestaw narzędzi, w tym palnik plazmowy. Odważył
się udać do publicznego odświeżacza, gdzie odkręcił ze zlewu rurę
odpływową. Na złomowisku wydarł przycisk aktywacyjny z deski
rozdzielczej frachtowca typu YT i soczewkę z zestawu czujników. Na
koniec capnął magnetyczne sprzęgi z ładowarki na stacji paliw.
A gdy już miał wszystko, czego potrzebował, zaczaił się w ciemnym kącie
serwisu śmigaczy. W ciągu paru godzin stworzył z części coś, co
przypominało miecz świetlny.
No, przypominało jak przypominało -?obok prawdziwej broni to nawet nie
stało. Wiązka błękitnej plazmy wydostająca się z rury odpływowej była
niestabilna i nie trzymała kształtu zbyt długo. Lepsze jednak kilka
sekund niż nic, a niskie zasilanie wiązki oznaczało, że nie odetnie
sobie przypadkiem własnego ramienia, jeśli omsknie mu się ręka.
Pomajsterkował nieco przy magnetycznych sprzęgach i przypasał miecz w talii. Poprawił szatę i opuścił serwis. Pora na ostateczny test.
Wyszedł na zewnątrz w południe. Z początku unikał tłumów. Gdy jednak
odkrył, że nikt się na niego nie gapi, nabrał pewności, że przebranie
się sprawdza, i zaczął czuć się swobodniej wśród pieszych.
A wtedy zjawił się radiowóz.
Ten sam, który gnębił go w Świątyni. Odbił od trasy śmigaczy i zawisł w powietrzu nieopodal. Odsunęła się szyba.
-?Hej, padawanie -?odezwał się ze środka pilot, Kadrillianin o pomarańczowej łusce i w mundurze policyjnym, skrojonym na miarę, by
uwzględnić jego żółwią półskorupę. -?Szukam ludzkiego młodzieńca, mniej
więcej w twoim wieku, typowego niedomytego młokosa z dolnych poziomów.
Pewnie jest związany z gangiem Ganzeech. Podobno coś knuje. Cholera go
wie. Widziałeś może kogoś takiego?
Chłopak pokręcił głową, rozglądając się za najbliższym zaułkiem, by w razie czego dać nogę. Niczego takiego nie znalazł w promieniu
pięćdziesięciu metrów.
-?W razie czego daj znać. -?Oficer wyściubił głowę przez okno. -
Dzielnicowy Tals Trilby, policja Dzielnicy Świątynnej. A ty?
Nikt nie pytał go o to od lat. Całe szczęście, że wtedy odezwał się
komunikator policjanta i mężczyzna stracił zainteresowanie.
-?Szlag. Muszę lecieć. Jakaś kradzież w sklepie z kostiumami Three-Yees
-?zameldował Trilby. -?Ale rozglądaj się za podejrzanymi typami. Bo mój
mądry, stary kolega z baru śniadaniowego twierdzi, że młodziki Jedi
dostrzegają rzeczy, których nie widzą inni. -?Szyba zasunęła się i śmigacz odleciał.
Chłopak odetchnął z ulgą. Poczuł coś, co czuł rzadko.
Szacunek.
Więc to tak czuli się Jedi. To do nich zwracali się policjanci z prośbą
o pomoc.
Przez resztę popołudnia chodził po przecznicach wokół Świątyni w oczekiwaniu na dogodną chwilę, by do niej wrócić.
Wreszcie ta nadeszła, gdy grupa młodzików -?dzieciaków młodszych od
niego o parę lat -?przeszła obok pod okiem opiekunki. Wśród młodzików
były dzieci rasy ludzkiej, szczerbaci Snivvianie, gwiazdokształtni
Conjeni, noszący respiratory Gandowie i trąbonosi Kubazowie. Większość
przywdziała szaty Jedi, choć garść miała na sobie ociekające stroje
kąpielowe, a złożone ubrania trzymała pod pachami. Widocznie wracali z lokalnego basenu. Tego dnia panował upał. Z chodnika unosiło się ciepło
i większość młodzików narzuciła kaptury jako ochronę przed słońcem.
Chłopak nałożył własny kaptur i podążył za grupą. Młodziki były tak
hałaśliwe, a opiekunka tak zajęta całą grupą, że nikt nie zwrócił na
niego uwagi. I dobrze, bo opiekunką okazała się tamta dziewczyna, która
zatrzymała go o świcie.
Gdy zbliżyli się do Świątyni, chłopak wyczuł, że za grupą ktoś podąża.
Nie dorównywał Jedi pod względem zdolności postrzegania, ale rozwinął ją
instynktownie, by przeżyć na niższych poziomach. Gdy jednak spojrzał
przez ramię, zobaczył tylko pieszych śpieszących do domów z powodu
skwaru. Nikt nie wydał mu się podejrzany.
Mimo wszystko wrażenie go nie opuszczało.
Gdy grupa wyszła na Drogę Procesyjną, dziewczyna pstryknęła palcami i młodziki uciszyły się i ustawiły w prostej linii. Chłopak zamknął tyły.
Bulwar kończył się potrójnymi schodami z wypolerowanego marmuru,
zwieńczonymi czterema ogromnymi posągami założycieli Świątyni. Grupa
wspięła się środkowymi i chłopak po raz pierwszy ujrzał wejście do
gmachu. W miejscu bram znajdowały się trzy rzędy, każdy składający się z czterech kamiennych filarów, a na tych z przodu widniały płaskorzeźby
Czterech Założycieli. Między monolitami stali trzej zamaskowani
wojownicy, dzierżący cylindryczne rękojeści świetlnych mieczy-pik o dwóch ostrzach. Byli to strażnicy świątynni, elitarny oddział Jedi
powołanych do obrony gmachu przeciwko intruzom. Tak wyjątkowi, że
podobno w poprzednich epokach zaledwie trzy osoby stawiły czoła armii
złożonej z trzech tysięcy żołnierzy. Nie należało ich lekceważyć.
Środkowy strażnik odstąpił, by wypuścić ze Świątyni dwoje Jedi. Pierwszą
była kobieta rasy ludzkiej w białej tunice z diademem na blond włosach.
Chłopak rozpoznał w niej Avar Kriss, znaną mistrzynię Jedi. Jej kompan
był znacznie niższy -?i zieleńszy.
-?Witajcie, członkowie klanu Kowak -?powitał młodziki mistrz Yoda,
stojąc o lasce. -?Jak tam lekcja pływania?
Młodzi Kubazowie prychnęli z radości. Gandowie wypuścili gaz z respiratorów. A ludzie, Conjeni i Snivvianie w tej samej chwili
odkrzyknęli: "Niesamowite!", "Czarodziejskie!" i "Możemy wrócić
jutro?!".
Yoda zachichotał.
-?Ciało warto hartować, teraz jednak umysł ćwiczyć pora. Medytować i przez nurty Mocy pływać będziemy. Chodźcie. Z ważnej misji mistrzyni
Kriss powróciła. Tego wieczora nauczać was będzie. -?Wskazał kobietę,
która uśmiechnęła się, po czym oboje wycofali się za filary. Młodziki
podążyły ich śladem, a chłopak, ostatni w linii, pokonał ostatnie
stopnie.
Znów miał to przeczucie.
Spojrzał za siebie w dół schodów, w głąb Drogi Procesyjnej. Bulwar był
opuszczony -?nad drogą unosiło się zniekształcone ciepłem powietrze.
Dziwne było to, że zniekształcenia miały zauważalne kształty. Ich
kontury sugerowały obecność dwóch humanoidalnych istot. Przemieszczały
się ku schodom.
Ktoś chwycił chłopaka od tyłu i popchnął go w stronę cokołu posągu.
-?Nie należysz do tej grupy -?powiedziała dziewczyna.
-?Puszczaj. -?Wywinął się jej, ale zsunął mu się kaptur.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy na widok jego twarzy.
-?Ty? Znów?
-?Chciałem was ostrzec. Twoja grupa jest śledzona -?powiedział.
-?Co? Gdzie? Przez kogo?
Chłopak wskazał bulwar.
-?Widzisz te migoczące fale gorąca?
Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę.
-?Niczego nie widzę.
Młodzieniec wyciągnął szyję, by przyjrzeć się bliżej. Widział stąd cały
bulwar. Dziewczyna miała rację. Nie dostrzegał niczego podejrzanego, w tym żadnych fal ciepła.
-?Ale dopiero co tu byli. Widziałem ich. Podążali waszym śladem.
-?Jedyną osobą podążającą naszym śladem jesteś ty. -?Dziewczyna
szarpnęła za jego szatę. -?Przebrany za Jedi. Ewidentnie próbujesz się
przedostać do Świątyni.
-?Pozwól mi porozmawiać z mistrzem. Wszystko wyjaśnię.
-?To wcześniej wyraziłam się niejasno? Nie tak to działa. Nawet gdybyś
był w odpowiednim wieku, i tak musiałbyś udowodnić, że masz talent. Nie
wystarczy szata. -?Wskazała przypasany w talii miecz świetlny chłopaka.
-?A to? Komu to ukradłeś?
-?Zbudowałem go.
-?Bzdura.
Odpiął go od pasa i podał jej.
-?Sama zobacz.
Choć wcześniej nie wzięła od niego flimsi, teraz chwyciła rękojeść i obróciła nią we wszystkie strony, po czym uruchomiła kciukiem aktywator.
Z soczewki wystrzelił błękitny płomień i utrzymywał kształt, gdy
dziewczyna machała mieczem.
-?I niby sam to skonstruowałeś? Robi wrażenie.
Chłopak uśmiechnął się na jej słowa.
-?Dzięki.
Dziewczyna zatoczyła szeroki łuk ostrzem, po czym je wyłączyła.
-?Ale nie jest to miecz świetlny. Prawdziwy miecz jest obecny w Mocy. To
nic więcej jak precyzyjny palnik plazmowy.
Młodzieniec się zezłościł. Za kogo ona niby się miała? Przecież nie była
jeszcze nawet padawanką, a co dopiero pełnoprawną Jedi.
-?Mylisz się. Moc jest silna w tym ostrzu -?powiedział, wyciągając przed
siebie dłoń -?tak jak i we mnie.
Miecz wyskoczył z jej dłoni i wleciał w jego własną.
-?Wystarczy ci to za dowód?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała przeszyć go wzrokiem -?albo go
objąć, ogarnąć, otaksować. W każdym razie działało mu to na nerwy.
-?Przestań -?rzucił.
-?To przestań udawać kogoś, kim nie jesteś. -?Zamrugała i odwróciła od
niego wzrok. -?Bo gdybyś był tym, za kogo się podajesz, już by odnalazł
cię jeden z mistrzów.
Chłopak nie zamierzał dopuścić, by o jego losie przesądziła ta jedna
dziewczyna -?ta adeptka.
-?No ale mnie nie znaleźli. Przegapili mnie.
Dlatego to ja postanowiłem przyjść do nich.
Dziewczyna uniosła dłonie.
-?Dobra. Udaj się do strażników świątynnych. Niech oni postanowią. Może
nie ujrzą w tobie dzieciaka bawiącego się w Jedi.
Przy wejściu trzech milczących wartowników ściskało piki świetlne.
Środkowy strażnik wrócił na miejsce, by zablokować drogę, którą do
środka weszli Yoda i młodziki. Wszyscy zdawali się patrzeć w kierunku
chłopaka. Bez wątpienia gdyby do nich podszedł, powiadomiliby policję.
Młodzieniec zacisnął zęby. Tym razem nic nie wskóra. Będzie musiał
wrócić pod nieobecność dziewczyny.
Obrócił się i zaczął schodzić schodami.
-?Niech Moc będzie z tobą -?rzuciła za nim adeptka.
Nie pozwolił, by dostrzegła ból na jego twarzy. Jej słowa go ubodły.
Chłopak siedział ze skrzyżowanymi nogami w ciemnym kącie serwisu
śmigaczy. Jego zaimprowizowany miecz świetlny spoczywał na podłodze na
wyciągnięcie ręki. Chłopak wyłączył magnetyczny sprzęg pod rękawem, tak
by sam musiał poruszyć mieczem, nie uciekając się do technicznej
sztuczki.
Zamknął oczy, odprężył ciało i jak wiele razy wcześniej, wyciągnął przed
siebie dłoń.
-?Jedi i miecz świetlny -?powiedział, recytując mantrę, którą
rozszyfrował na starej datataśmie. -?Jedi i miecz świetlny. Dwoje są
jednym. Moc... Moc nas spaja.
Wyobraził sobie, jak broń zaczyna drżeć, po czym turla się z boku na
bok.
-?Moc przywołuje mój miecz świetlny -?dodał, poruszając palcami. -?Moc
przywołuje mój miecz świetlny... do mnie.
Oczyma wyobraźni ujrzał, jak broń sunie po durabetonie, unosi się w powietrze i ląduje miękko w jego dłoni. Zadrżała mu ręka. Zadrżały
palce. Wreszcie. Wreszcie to zrobił.
Gdy otworzył oczy, miecz leżał na ziemi, tam, gdzie go położył. W tej
samej pozycji. Ani drgnął. Jak podczas każdej poprzedniej próby.
Porażka. Niemożliwość.
Spuścił głowę. Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie, że
będzie musiał zademonstrować zdolność posługiwania się Mocą, by stać się
Jedi. Świadomie jednak ignorował własną fundamentalną wadę. Bo jak
mieliby go przyjąć do zakonu, skoro nie dorównywał umiejętnościom
reszcie Jedi? Skłamał, gdy powiedział dziewczynie, że jest silny w Mocy.
Nie potrafił się nią wcale posługiwać.
Siedział w ciemnym kącie, pogrążony w myślach, aż na zewnątrz zrobiło
się ciemno. Podążał za swoim marzeniem i doprowadziło go tutaj, na
powierzchnię, a mimo to -?jak zawsze -?tkwił w ciemnościach.
Opuścił serwis pod osłoną nocy. Nieliczne istoty obecne na ulicach
ignorowały go, tak jak on ignorował je. Niestety, nie mógł uniknąć Drogi
Procesyjnej. Trasa ku środkowej części dzielnicy zaprowadziła go na
skraj bulwaru, tam, gdzie rosły kwiaty. Górowała nad nim Świątynia,
błyszcząca w nocy, podświetlana przez światła sygnalizacyjne i świetlówki chodnikowe. Nie przypominała niczego z jego marzeń.
Odwrócił się do niej plecami i skierował ku centralnemu punktowi
dzielnicy, gdzie mógł zamówić turbowindę na niższe poziomy. Najwyższa
pora porzucić dziecinne mrzonki. Pora pogodzić się z tym, kim jest, i wrócić tam, gdzie jego miejsce.
Wtedy jednak znów ogarnęło go znajome przeczucie. Ktoś lub coś czaił się
za jego plecami.
Obejrzał się przez ramię. Na bulwarze migotała chmura, oddalająca się od
Świątyni. O tej porze za to zjawisko nie mogło odpowiadać ciepło. Od
południa temperatura zdecydowanie spadła.
-?Pomocy! -?zawołał głos z wnętrza chmury.
Tam, skąd pochodził, chłopak słyszał podobne prośby niemal każdego dnia.
Nie było sensu próbować pomagać, choćby chciał. By przetrwać na niższych
poziomach, nie można było się wtrącać w nie swoje sprawy. Ci, którzy
pomagali, dostawali bęcki.
Zrobił jeszcze parę kroków, gdy wezwanie powtórzyło się -?tym razem
zabrzmiało jeszcze bardziej desperacko. W migoczącym powietrzu chłopak
dostrzegł osobliwe, widmowe kształty. Kontury głowy, ręki, nóg. Chmura
co chwila pulsowała, jakby próbowała utrzymać coś -?lub kogoś -?w swoim
wnętrzu.
Chłopak ruszył dalej. Niech mieszkańcy powierzchni się martwią, nie
biedna sierota.
Trzeci jęk, tym razem jeszcze głośniejszy.
-?Pomocy!
Młodzieniec się zatrzymał. Po raz ostatni spojrzał przez ramię.
Migocząca chmura docierała na skraj bulwaru. Wkrótce znajdzie się poza
światłem Świątyni i zniknie wśród cieni. Jeśli zamierzał coś zdziałać,
miał ostatnią szansę. A wiedział, że jeśli nie zrobi niczego, do końca
życia będzie słyszał te krzyki.
Odpiął od pasa miecz świetlny i stanął naprzeciwko chmury.
-?Stój -?powiedział.
Chmura poczłapała w jego stronę.
Chłopak uruchomił aktywator na rurce i włączył błękitną wiązkę. Może i nie była na tyle mocna, by przeciąć kość, ale mogła się przydać w innym
celu.
Wraził ostrze w chmurę.
Wiązka zaskwierczała o migoczące fale, jakby uderzyła w niewidzialną
ścianę, po czym się wyłączyła, gdy rękojeść upadła na ziemię. Wtedy
jednak chmura zaczęła falować i rozproszyła się. Chłopak ujrzał trzy
materialne humanoidalne postacie. Dwie były ubrane od stóp do głów w czarne kombinezony, skwierczące elektrycznością. Ich ciała częściowo
stawały się niewidoczne, a potem widoczne, aż wreszcie tak zostały.
Strategia chłopaka się opłaciła. Atak uszkodził obwody strojów.
Trzecia osoba musiała być ukryta w obu nachodzących na siebie polach, bo
nie miała na sobie kombinezonu. Nosiła za to porwane szaty Jedi. To nikt
inny, jak tamta dziewczyna ze Świątyni.
Porywacze trzymali ją za ramiona. Dziewczyna wierzgała nogami, ale była
zbyt słaba, by się uwolnić. Na widok chłopaka próbowała coś powiedzieć,
ale jeden z zakapiorów uderzył ją w twarz. Dziewczynie zadrżały powieki
i opuściła głowę.
Porywacze puścili ją, by dobyć blasterów.
Chłopak uruchomił magnetyczny sprzęg w rękawie i machnął ręką. Miecz
świetlny wleciał mu w dłoń. Następnie młodzieniec wykonał skok, który
tak długo ćwiczył w kanałach, uzupełniając go o jeden ruch godny Jedi.
Gdy wykonywał salto w powietrzu, unikając zabójczych wiązek, ponownie
uruchomił miecz świetlny i się zamachnął. Snop plazmy utrzymał kształt
przez wystarczająco długą chwilę, by uderzyć w oba blastery. Te zaczęły
dymić i porywacze je upuścili.
Chłopak bez trudu wylądował na obu nogach, jak zrobiłby to Jedi.
-?Nie pogarszajcie swojej sytuacji -?powiedział do intruzów.
Obaj dobyli noży z ukrytych pochew i rzucili się na młodzieńca. Ten padł
na kolana i upuścił miecz, który poturlał się za atakujących. Zakapiory
skierowały ostrza w jego szyję. To, czego chłopak obawiał się na
niższych poziomach, urzeczywistniło się tu, na powierzchni. Ci, którzy
pomagali, dostawali bęcki.
Ale on się nie bał. Gdy spoglądał w kaptury zakrywające twarze
agresorów, ogarnęła go fala spokoju. Jeśli okaże się, że to jego
ostatnie chwile, nie będzie niczego żałował. Przybył na powierzchnię, a nawet jeśli nie zdołał przekroczyć progu Świątyni, przeżył swoje
marzenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki