Star Wars. Sanktuarium. Parszywa Zgraja - Lamar Giles

Kup ebooka

39.99 zł
33.99 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

Człon­ko­wie Jed­nostki Klon 99 byli za pan brat z wyma­ga­ją­cymi misjami. Zostali stwo­rzeni z myślą o żmud­nej, uciąż­li­wej służ­bie. Jed­no­cze­śnie nawet po tylu latach walk w bło­cie i gnoju, gdy nie­raz wycho­dzili bez szwanku z bez­na­dziej­nych sytu­acji, Hun­ter nie przy­po­mi­nał sobie dru­giego takiego zesta­wie­nia czyn­ni­ków, któ­rego nie­na­wi­dziłby na równi z obec­nym. Ale misja to misja. Każdy miał swoją rolę do ode­gra­nia. Porażka nie wcho­dziła w grę.

-?Ktoś źle obrał jogany -?oznaj­mił natrętny wie­lo­ręki droid kuchenny.

Hun­ter zwró­cił się w stronę "prze­ło­żo­nego" i za pomocą lichego noża do obie­ra­nia odciął ostatni kawa­łek skórki z soczy­stej kuli, bar­wią­cej mu ręce na fio­le­towo. Dorzu­cił owoc do tuzina pozo­sta­łych w koszyku. Pra­co­wał nad nimi, odkąd zaczął dzia­łać pod przy­krywką jako nisko posta­wiony pomoc­nik kuchenny.

-?Miały nie mieć skórki. Więc nie mają. Co niby zro­bi­łem nie tak?

W obli­czu takiej krnąbr­no­ści droid aż zesztyw­niał. A prze­cież Hun­ter miał wra­że­nie, że jego nasta­wie­nie jest zgodne z radą Phee Genoi, odno­szącą się do tego rodzaju uciąż­li­wych for­teli -?"Zawrzyj nieco sie­bie w roli. Będziesz bar­dziej wia­ry­godny!" -?a przy­naj­mniej tak sobie wma­wiał.

Ni­gdy nie reago­wał dobrze na nagany, choćby i zasłu­żone. A na tę kon­kretną prze­cież nie zasłu­żył. "Obra­łem te cho­lerne jogany!" Powie­rzone mu zada­nie -?a raczej zada­nie powie­rzone pomoc­ni­kowi kuchen­nemu, któ­rego obez­wład­nił i pod któ­rego teraz się pod­szy­wał -?było jed­nym z wielu w prze­grza­nej, peł­nej zgiełku kuchni domu aukcyj­nego.

Wpraw­dzie droid kry­ty­ko­wał jego umie­jęt­no­ści posłu­gi­wa­nia się nożem - coś, czego do tej pory nie kwe­stio­no­wał nikt, kto by prze­żył -?ale jakimś cudem prze­ga­pił o wiele bar­dziej poważne prze­winy, któ­rych inni dopu­ścili się tego wie­czora, a które na pewno prze­pa­li­łyby mu zwoje. Jak tego pomy­wa­cza rasy Vol­pai, bez ustanku dłu­bią­cego sobie w uchu krót­kimi, gru­bymi pal­cami lewej dol­nej dłoni -?blech! Albo tego ikkruk­kiań­skiego cukier­nika, który popró­bo­wał kilku słod­kich tart i zafaj­dał próg drzwi lukrem.

A mimo to droid kucharz typu COO, o wielu rękach i takiej samej licz­bie rze­czy, które go dener­wo­wały, miał czel­ność trak­to­wać Hun­tera tak, jakby to był pro­ble­mem.

-?Poprawna obierka -?cią­gnęła bel­fer­skim tonem maszyna -?nie prze­kro­czy­łaby gru­bo­ści czte­rech i pół mili­me­tra, a skórkę naj­le­piej usu­nąć w postaci nie­prze­rwa­nej spi­ral­nej wstęgi, by zacho­wać ją w cha­rak­te­rze este­tycz­nej deko­ra­cji...

Uciąż­liwy wykład trwał w naj­lep­sze, ale Hun­ter sku­pił się na peł­nym szu­mów audio, docho­dzą­cym z mikro­kom­linka w uchu.

-?Nie demon­tuj go -?pod­kre­ślił przez urzą­dze­nie Tech. -?Z tą wła­ściwą tech­niką deko­ro­wa­nia tale­rza z joga­nami to aku­rat ma rację.

Z kom­linka dobiegł drugi głos i natych­miast ostu­dził mor­der­cze zamiary Hun­tera.

-?Faj­nie obra­łeś, Hun­ter -?stwier­dziła Omega.

Klon spoj­rzał dro­idowi kuchen­nemu przez ramię i zoba­czył Omegę ze świeżo napeł­nioną tacą. Prze­cho­dziła z kuchni do sali ban­kie­to­wej, gdzie snuła się śmie­tanka galak­tyki (kry­mi­na­li­ści). Dziew­czynka miała na sobie czarne spodnie w kant i pasu­jącą do nich koszulę kel­nerki. Jej ciemna peruka skry­wała blond loki, podob­nie jak odro­bina maki­jażu masko­wała tego dnia tatuaż na twa­rzy Hun­tera. Omegę, naj­niż­szą osobę spo­śród ekipy kel­ner­skiej, łatwo było roz­po­znać pośród boga­tych gości aukcji, ubra­nych w powie­wa­jące szaty i wypo­le­ro­wane cere­mo­nialne zbroje.

Trzy­mała tacę z daru­vviań­skim szam­pa­nem i spo­glą­dała Hun­te­rowi w oczy. Klon ski­nął głową na znak, że wszystko gra i że nie zamie­rza roz­szar­pać dro­ida na kawałki, więc Omega może się zająć swo­imi spra­wami i nie musi się dema­sko­wać. Dziew­czynka podała drinka naj­bliż­szemu gościowi, a ten przy­jął go łap­czy­wie. Drzwi od kuchni się zasu­nęły. Te istoty wszystko przyj­mo­wały łap­czy­wie, nawet wtedy, gdy nie miały do cze­goś prawa. I stąd w ogóle ta misja.

Droid kuchenny nawi­jał do znu­dze­nia o wła­ści­wych tech­ni­kach obie­ra­nia, pozy­cji dłoni, naci­sku i tak dalej. Hun­ter pusz­czał to wszystko mimo uszu. Wie­dział, co potrafi zro­bić dowol­nym nożem, czy to ostrym, czy tępym. Nagle droid zamilkł, jakby wyczuł, że wykład tra­fia w próż­nię.

-?Po prze­my­śle­niu sprawy stwier­dzam, że dam ci narzę­dzie lepiej dosto­so­wane do poziomu two­ich umie­jęt­no­ści.

Droid wycią­gnął Hun­te­rowi z dłoni nóż i zapre­zen­to­wał nowe ustroj­stwo: obie­raczkę z sys­te­mem zabez­pie­cza­ją­cym, odpo­wied­nią dla dziecka, które po raz pierw­szy wpusz­czono do kuchni.

"Łudź się, łudź, dro­idzie, że to ty jesteś tu eks­per­tem" -?wyce­dził w duchu Hun­ter. Się­gnął po obie­raczkę. "Ostatni raz pozwa­lam cokol­wiek pla­no­wać Phee. Ostatni!"

SALA SKARBÓW, PABUCztery dni wcześniej...

Skóra Phee Genoi, zazwy­czaj koloru palo­nej umbry, nabrała fio­le­to­wego odcie­nia w zamglo­nym bla­sku holo­gra­ficz­nego roz­kładu pomiesz­czeń, wokół któ­rego krą­żyła piratka, gdy pró­bo­wała prze­ko­nać oddział do swo­jego planu. Mówiła z werwą, wyma­chu­jąc z pasją rękoma.

-?...a wtedy po pro­stu wyj­dziemy. Bez zbęd­nych cere­gieli.

Hun­ter wstał z zało­żo­nymi ramio­nami i gniew­nym spoj­rze­niem.

-?A czemu niby ja mam robić w kuchni?

Zamiast stwier­dzić oczy­wi­sty fakt -?że uspo­so­bie­nie Hun­tera czyni z niego osobę, która nie pora­dzi sobie ze spo­łecz­nymi aspek­tami prze­krętu -?Phee zde­cy­do­wała się na bar­dziej dyplo­ma­tyczne podej­ście i przy­po­mniała mu o innej opcji.

-?Zawsze możesz zacze­kać na statku z Mel.

MEL-222, cylin­dryczna i pełna werwy dro­idka zasi­la­jąca Phee, została nie­dawno prze­bu­do­wana z kawał­ków złomu, a jej pamięć odtwo­rzono z banku danych, po tym jak pod­czas nie­for­tun­nej misji na Ska­rze Nal jej ciało zostało roze­rwane na kawałki. Pod­je­chała do Hun­tera na gąsie­ni­cach nie do pary, świer­go­cząc z entu­zja­zmem na myśl o poten­cjal­nej współ­pracy.

-?Reszta bie­rze udział, to i ja -?pod­kre­ślił Hun­ter, odrzu­ca­jąc pro­po­zy­cję i spra­wia­jąc, że MEL-222 zapi­kała z roz­cza­ro­wa­niem.

Ale to nie tak, że wszy­scy pozo­stali będą prze­by­wać w budynku. Taki Wrec­ker zosta­nie na zewnątrz jako par­kin­gowy, by mieć oko na oko­licę domu aukcyj­nego oraz zatrosz­czyć się o trans­port i drogę ucieczki, gdyby wszystko się pokieł­ba­siło. Hun­ter jed­nak nie miał na myśli wszyst­kich. Cho­dziło mu o Omegę.

Dziew­czynka była spo­strze­gaw­cza. Chło­nęła każdy szcze­gół, a entu­zja­zmem kipiała w takim stop­niu, że zda­wała się drżeć.

-?Będę się prze­cha­dzać wśród tłumu -?zaczęła na znak, że rozu­mie wła­sną rolę -?z auto­sli­ce­rem przy­cze­pio­nym do nad­garstka. Zbliżę się do każ­dego licy­tu­ją­cego...

-?...a sli­cer zała­duje na ich data­pady toporny kod MEL-222, który pobie­rze umiar­ko­waną sumę kre­dy­tów z ich kont w domu aukcyj­nym i prze­leje je na nasze -?dokoń­czył zado­wo­lony z pomy­słu Tech.

MEL-222 wydała z sie­bie usa­tys­fak­cjo­no­wane trele.

-?Ej tam, spo­koj­nie! -?sko­men­to­wała Phee.

-?Ja tam napi­sał­bym o wiele bar­dziej ele­gancki pro­gram -?skwi­to­wał Tech. -?A do tego nie­za­wodny.

Dro­idka sko­men­to­wała jego prze­chwałki wią­zanką pisków i treli.

-?Cii, nie miał na myśli nic złego -?uspo­ko­iła ją Phee, mija­jąc się z prawdą, a potem rzu­ciła do Techa: -?Może i pod­szedł­byś do tego ina­czej, ale musisz przy­znać, że to zadziała.

-?Zwa­żyw­szy na dostępne nam infor­ma­cje i o ile nie doj­dzie do żad­nych odstępstw? Powinno. Ale...

-?Ale nic -?ucięła temat Phee. -?Każdy zrobi, co do niego należy. W tym i ty. Powtó­rzysz?

Tech wes­tchnął głę­boko.

-?Ty i ja uda­jemy mał­żeń­stwo, które doro­biło się spo­rej for­tuny na dys­try­bu­cji napo­jów -?a na boku prze­my­cało bla­stery. Mam spra­wiać miłe wra­że­nie.

-?Dla cie­bie pikuś, Brą­zo­wo­oki -?skwi­to­wała Phee.

Wrec­ker z unie­sioną w głę­bo­kim sku­pie­niu brwią ode­zwał się po raz pierw­szy od godziny.

-?Może to ja powi­nie­nem tra­fić do kuchni. Bo tam jest żar­cie.

-?Par­kin­gowy! -?odparła Phee nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem.

Wrec­ker opu­ścił ramiona, ale nie zapro­te­sto­wał.

-?Słu­chaj­cie, wiem, że to nie wasza typowa robota -?przy­znała Phee, pró­bu­jąc zała­go­dzić opór. -?O wiele mniej piu, piu! -?Udała, że strzela z pal­ców. -?I bum, bum! -?Roz­ło­żyła nad głową ramiona po sze­ro­kim łuku w uda­wa­nej eks­plo­zji, na co Wrec­ker wyszcze­rzył zęby. - Ale Pabu tego potrze­buje.

Jakby w odpo­wie­dzi na jej słowa pod­łoga zadrżała lekko. Wstrząs wtórny po wyjąt­kowo rzad­kim trzę­sie­niu ziemi, które przed mie­sią­cem zalało wyspę ścianą wody, prze­nik­nął ich kości. Z kro­kwi dacho­wych pole­ciał pył. Choć obec­nie wstrząsy były już łagod­niej­sze niż w pierw­szych dniach po wiel­kiej fali, odbu­dowa wyspy odby­wała się wolno i nie­pew­nie. Jasne, miesz­kańcy połą­czyli swoje zasoby i wspól­nym wysił­kiem poczy­nili nie­sa­mo­wite postępy we wszyst­kim, od inży­nie­rii po sto­lar­stwo, ale i tak zma­gali się z rze­czy­wi­sto­ścią po takiej kata­stro­fie natu­ral­nej i ze świa­do­mo­ścią, że Pabu być może już ni­gdy nie będzie takie samo.

Szcze­gól­nie jeśli nie zdo­będą mate­ria­łów i kre­dy­tów z myślą o daleko idą­cych pra­cach remon­to­wych i budo­wie gro­bli, by prze­ciw­dzia­łać kata­stro­fal­nym skut­kom przy­szłych trzę­sień.

Kolejne drże­nia zachwiały Salą Skar­bów i strą­ciły ze stołu holo­wy­świe­tlacz Phee. Gdy spa­dał, plany prze­krę­ciły się na bok. Omega zwin­nym ruchem rzu­ciła się do przodu i zła­pała dysk, nim ten ude­rzył o zie­mię. Wci­snęła przy­cisk i holo­gram zafa­lo­wał i znik­nął.

Wstrząsy trwały kilka kolej­nych chwil. Gdy wresz­cie ustały, Phee powie­działa:

-?Zróbmy sobie prze­rwę.

Wrec­ker pod­niósł rękę.

Phee odpo­wie­działa, nim jesz­cze zadał pyta­nie.

-?Tak, możesz iść coś zjeść.

Wybiegł z sali i tyle go widzieli.

Hun­ter odpro­wa­dził wzro­kiem brata, po czym spoj­rzał z nie­po­ko­jem na piratkę.

-?Chyba wszyst­kim przyda się nieco świe­żego powie­trza. Przej­dziemy się we dwoje?

Mię­dzy nimi wyro­sła Omega.

-?Mogę iść z wami?

Phee wyczuła, że Hun­te­rowi cho­dzi o roz­mowę na osob­no­ści.

-?A możesz pomóc Techowi i Mel opra­co­wać trasy ewa­ku­acyjne? Potem ci opo­wiem, jak któ­re­goś razu zin­fil­tro­wa­łam gang na Jedzie i zosta­łam jego przy­wód­czy­nią na całe dzie­więć dni.

-?Dobra! -?odparła dziew­czynka i dosia­dła się do Techa, kłó­cą­cego się z MEL-222 na temat języ­ków pro­gra­mo­wa­nia.

Phee i Hun­ter opu­ścili Salę Skar­bów i natych­miast ude­rzyła w nich słona bryza z atolu Pabu. Kilka metrów przed budyn­kiem grupa wyspiar­skich mło­dzień­ców grała piłką w głu­piego Jawę z Gon­kym, cza­sami -?bo nie­zbyt czę­sto -?przy­dat­nym dro­idem zasi­la­ją­cym Jed­nostki 99. Pudeł­ko­waty, mru­kliwy droid został nie­ofi­cjalną maskotką dzie­cia­ków -?kto wie, czy pod­no­sze­nie morale nie było aby jego praw­dzi­wym powo­ła­niem. Jedno z dzieci nie tra­fiło i ude­rzyło piłką w bok kor­pusu dro­ida. Ten skrzek­nął i się prze­wró­cił. Młó­cił powie­trze nogami. Dzieci zare­cho­tały ze śmie­chu. Tak, Gonky był do tego stwo­rzony.

Phee i Hun­ter ruszyli w dal­szą drogę. Połą­cze­nie roślin­no­ści z archi­tek­turą, natu­ral­nego ze sztucz­nym, spra­wiało wra­że­nie zatrzy­ma­nej w cza­sie har­mo­nii. Miej­sce to bez wąt­pie­nia było jed­nym z naj­pięk­niej­szych, jakie Hun­ter widział. Mimo to zasta­na­wiał się, czy taka ocena nie jest względna. Pod­czas nie­zli­czo­nych bitew toczo­nych ramię w ramię z braćmi, a teraz i z Omegą, widy­wał straszne rze­czy. W porów­na­niu z wojną wszystko wyda­wało się piękne.

Może i miał wypa­czoną per­spek­tywę, ale Pabu było dobrym miej­scem. Zasłu­gu­ją­cym na ratu­nek. I stąd ich misje -?w licz­bie mno­giej -?które tra­fiły do Phee za sprawą jej kon­tak­tów z róż­nych zakąt­ków galak­tyki.

Prze­kręt z domem aukcyj­nym był bowiem połową rów­na­nia, które według Phee powinno roz­wią­zać pro­blemy Pabu. Wśród przed­mio­tów wysta­wio­nych na sprze­daż w trak­cie eks­klu­zyw­nego (i nie­le­gal­nego) zgro­ma­dze­nia znaj­do­wały się roz­ma­ite arte­fakty zagra­bione pod­czas wojen klo­nów. Licy­tu­jący, któ­rzy mieli przy­być na miej­sce na spe­cjalne zapro­sze­nie, byli jed­nymi z naj­bar­dziej zatwar­dzia­łych kry­mi­na­li­stów w galak­tyce, takimi, któ­rzy zle­cali bru­tal­ność na odle­głość, któ­rzy byli mil­czą­cymi part­ne­rami w szem­ra­nych inte­re­sach, któ­rzy skry­wali praw­dziwą naturę za zasłoną pozor­nie legal­nego biz­nesu (jak dys­try­bu­cja napo­jów), by nie bru­dzić sobie rąk. W isto­cie osoby te han­dlo­wały bólem i cier­pie­niem.

Choć nie czuł się dobrze na myśl, że będzie musiał wcie­lić się w kogoś innego, Hun­ter musiał przy­znać, iż czuje satys­fak­cję, że takie wyglan­co­wane, sno­bi­styczne męty wrócą do domu z lżej­szymi kab­zami. Mimo wszystko jed­nak na­dal miał opory.

-?Powtórz, pro­szę, od kogo masz te infor­ma­cje?

Jeśli Phee iry­to­wała się, że znów zadaje jej te same pyta­nia, nie dała tego po sobie poznać, choć pró­bo­wała zmie­nić temat.

-?Nie chcesz zacze­kać, aż wró­cimy do reszty? Dzięki temu...

-?Nie. Tutaj. Teraz.

Ni­gdy nie myślało mu się dobrze pod­czas odpraw. Wolał pozo­sta­wać w ruchu, wśród natury, gdzie mógł się sku­pić.

-?Dobrze. Zna­jomy o imie­niu Ven Alman.

-?Tam­ten balo­sar­ski pirat?

-?Tak. Wyko­nał fuchę dla przed­się­biorcy spon­so­ru­ją­cego nam robotę.

-?Wyjąt­kowo poboż­nego Cari­da­nina powią­za­nego ze spółką budow­laną.

Hun­ter zamknął oczy. Szedł przed sie­bie i nasłu­chi­wał, bez trudu omi­ja­jąc donice, bie­gnące dzieci i nowo powstałe pęk­nię­cia w chod­niku, przez które można było sobie skrę­cić kostkę. Roz­po­zna­wa­nie bez­po­śred­nich prze­szkód na dro­dze nie wyma­gało żad­nego wysiłku -?ba, miał wra­że­nie, że to zale­d­wie cienka płachta, prze­sła­nia­jąca to, co wyczu­wał pod oczy­wi­sto­ścią. Ener­gia gene­ro­wana w elek­trowni Pabu bie­gła prze­wo­dami do każ­dej struk­tury na wyspie, co Hun­ter odbie­rał w postaci sys­temu korzen­nego zbu­do­wa­nego z bły­ska­wic. Zapach dzien­nego połowu z doków odda­lo­nych o setki metrów roz­cho­dził się w powie­trzu niczym język znany tylko nosowi Hun­tera. Miał tak czuły zmysł powo­nie­nia, że gdyby tylko znał nazwy poszcze­gól­nych ryb, mógłby roz­po­znać każdy gatu­nek. Uszami reje­stro­wał głos Phee, ale jeśli sku­piłby się na czymś innym, wychwy­ciłby szcze­góły paru pobli­skich roz­mów. Jego wzmoc­nione zmy­sły sta­no­wiły część jego tak zwa­nego "defektu", który czy­nił go CT-99. Ozna­cze­nie to zostało nadane jemu i bra­ciom ze względu na to, jak dalece róż­nili się od Reg­sów -?regu­lar­nych żoł­nie­rzy-klo­nów.

Hun­ter i Phee spa­ce­ro­wali krętą ścieżką z kocich łbów, pro­wa­dzącą w dół pod rusz­to­wa­niami wznie­sio­nymi w ramach prac napraw­czych -?prac, które wkrótce będą nie­moż­liwe do sfi­na­li­zo­wa­nia, bo koń­czyły się tak zasoby, jak i kre­dyty. Mimo wszystko pra­cow­nicy stu­kali mło­tami, piło­wali i luto­wali w nadziei, że wszystko ułoży się po ich myśli. Tacy już byli miesz­kańcy Pabu.

Hun­ter wraz z rodziną mio­tali się bez celu, gdy Phee spro­wa­dziła ich do tego wyspiar­skiego mia­sta. Na woj­nie rzadko kiedy zda­rzały się dobre momenty, ale Hun­ter zasta­na­wiał się, czy naj­gor­szym na­dal nie był tam­ten sur­re­ali­styczny dzień, gdy naj­wyż­szy kanc­lerz Pal­pa­tine roz­ka­zał klo­nom, by bez­zwłocz­nie zli­kwi­do­wały każ­dego Jedi, u któ­rego boku wal­czyli od lat.

Utrata braci wsku­tek wymiany ognia z bla­ste­rów, deto­na­to­rów ter­micz­nych czy tor­ped pro­to­no­wych to coś, czego ocze­ki­wali. Strata z powodu nie­od­par­tego przy­musu, by zdra­dzić dru­hów z pola bitwy, nie była czymś, na co mógł się przy­go­to­wać. Choć nawet to nie wyda­wało się tak zała­mu­jące, jak ich brat Cros­shair, który zdra­dził towa­rzy­szy z wła­snej woli, by postą­pić jak na przy­kład­nego żoł­nie­rza przy­stało.

Reszta o tym nie wie­działa, ale Hun­tera w snach zbyt czę­sto nawie­dzali Cros­shair i pole­gli Jedi.

Przez jakiś czas radzili sobie, podej­mu­jąc się bar­dzo ryzy­kow­nych zadań za niskie stawki, pod­su­wa­nych im przez pozba­wioną skru­pu­łów Tran­do­shankę Cid Sca­le­back za pośred­nic­twem galak­tycz­nego pół­światka. Mieli co do gęby wło­żyć, ale z cza­sem ich rela­cje się pogor­szyły, w miarę jak zle­ce­nia Cid sta­wały się coraz dziw­niej­sze i bar­dziej nie­bez­pieczne. W końcu Hun­ter i reszta nie mieli innego wyboru, jak się od niej odciąć.

To, że tyle razy o włos unik­nęli śmierci na szem­ra­nych misjach od Cid, miało tę jedną zaletę, że Hun­ter stał się o wiele bar­dziej wybredny. Los najem­nika dawał mu wię­cej wol­no­ści, by kwe­stio­no­wać nie­pewne para­me­try misji, niż w dniach spę­dzo­nych na wal­kach dla Nowej Repu­bliki pod hasłem "Posłuszni żoł­nie­rze wyko­nują roz­kazy" -?nie żeby i wtedy był w tym spe­cjal­nie dobry. Mimo wszystko...

-?Podej­rza­nie wygodne -?powie­dział do Phee. Otwo­rzył oczy i prze­rwał prze­dłu­ża­jącą się ciszę. -?Wyznawca tej całej wiary w Świętą Łupinę i Skałę, tak pobożny, że w zamian za poje­dyn­czą reli­kwię zamie­rza prze­ka­zać nie­stwo­rzoną ilość mate­ria­łów budow­la­nych, gdy aku­rat naj­bar­dziej ich potrze­bu­jemy?

-?Pew­nie ci powie, że to wcale nie wygodne, a uświę­cone!

-?Pew­nie tak -?odparł Hun­ter, choć nie powie­dział, że by w to nie uwie­rzył. -?Czemu to coś...

-?Moź­dzierz -?dopre­cy­zo­wała Phee.

-?Czemu niby ten moź­dzierz jest taki ważny?

Hun­ter przyj­rzał się arte­fak­towi, gdy Phee po raz pierw­szy wspo­mniała o pla­nie. Dla niego była to po pro­stu zwy­kła kamienna misa.

-?Wiem tyle, że jest pra­stary i święty. Wysoko posta­wieni kapłani sto­so­wali go pod­czas cere­mo­nii. Mie­szali w nim mik­stury, które miały zapew­nić wyznaw­com drogę do wyż­szych sta­nów świa­do­mo­ści. Czy to rozu­miem? Nie. Ni­gdy spe­cjal­nie nie inte­re­so­wały mnie jakieś "siły wyż­sze". Ale nie muszę niczego rozu­mieć, by to sza­no­wać.

Hun­ter przy­tak­nął. Mądrze powie­dziane. Galak­tyka była tak roz­le­gła, że nie spo­sób było pojąć każ­dego cudu czy wie­rze­nia. Jed­no­cze­śnie miał prawo kwe­stio­no­wać logi­stykę zada­nia, któ­rego zamie­rzali się pod­jąć.

-?Gdy już wyzwo­limy arte­fakt z aukcji, zaj­miemy się tym dru­gim zle­ce­niem?

-?Tak. Zresztą tak łatwym, że szkoda do tego wra­cać.

-?Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, by taki szmal przy­cho­dził łatwo.

-?To Repu­blika wam nie pła­ciła?

Hun­ter łyp­nął na nią z nie­do­wie­rza­niem.

-?Tak myśla­łam. Więc masz na myśli ryzyko zwią­zane z pracą dla Cid. Ale dzia­ła­nie na wła­sną rękę to coś zupeł­nie innego. Zoba­czysz.

Wła­śnie tego się oba­wiał. "Coś innego" nie musiało wcale ozna­czać, że to coś lep­szego. Choć żoł­nier­ski fach pozo­sta­wiał wiele do życze­nia, Hun­ter dosko­nale wie­dział, że nawet naj­lep­sze plany potra­fią wziąć w łeb.

Przy­ła­pał Phee na tym, że się na niego gapi.

-?No co?

-?Snu­jesz kata­stro­ficzne wizje, co?

-?Ja... Nie.

-?Będzie dobrze, Hun­ter. Zoba­czysz, po aukcji mi podzię­ku­jesz.

-?Za co?

-?Sam wspo­mnia­łeś, że taka oka­zja nada­rza się w naszej naj­więk­szej potrze­bie. Zaczyna ci się podo­bać na Pabu. Wkrótce prze­ko­nasz się do tego miej­sca na dobre. Wie­dzia­łam, że tak będzie.

Hun­ter się skrzy­wił. Phee była zbyt pewna sie­bie. Wcale nie czuł się do niczego prze­ko­nany. Ani do tej misji, ani do samego Pabu. Ale zrobi, co do niego należy.

Phee zauwa­żyła jego minę.

-?Wiesz co? -?dodała. -?Nie ma na co cze­kać. Nie ma za co.

Rozdział drugi. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime Teraz

ROZ­DZIAŁ DRUGI

DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIMETeraz

For­malne -?i nie­wy­godne -?prze­bra­nie było dla Techa próbą wytrzy­ma­ło­ści. Miał na sobie dopa­so­wane ciem­no­nie­bie­skie spodnie oraz mary­narkę w odcie­niu ciem­nego szkar­łatu, a jej koł­nierz się­gał tak wysoko, że klon musiał się powstrzy­my­wać, by za niego nie szar­pać. Wcie­lał się w jed­nego ze zgro­ma­dzo­nych tu kry­mi­na­li­stów i powi­nien czuć się swo­bod­nie zarówno w takim stroju, jak i miej­scu. Nie zamie­rzał jed­nak już ni­gdy się godzić na takie role, chyba że prze­bra­nie zosta­nie zmo­dy­fi­ko­wane według jego kon­kret­nych wytycz­nych, a lista poten­cjal­nych ulep­szeń rosła z każdą chwilą. Wychy­lił się ku Phee i podzie­lił się z nią głów­nym zaża­le­niem.

-?Swę­dzi mnie.

-?Nie swę­dzi -?odparła cha­rak­te­ry­stycz­nym już, pew­nym sie­bie tonem. - Czu­jesz się nagi bez zbroi. Choć muszę przy­znać, że tak znacz­nie bar­dziej ci do twa­rzy.

Zebrani kom­ple­men­to­wali suk­nię Phee, mie­niącą się drob­niu­teń­kimi elek­tro­dami, zmie­nia­ją­cymi gra­dient zgod­nie z paletą barw Techa.

-?Pasu­jemy tu, a co waż­niej­sze, wyglą­damy olśnie­wa­jąco -?ucięła temat. - Weź to na klatę, Brą­zo­wo­oki.

Tech nie brał rze­czy "na klatę". Przez całe życie dzia­łał według zmie­nia­ją­cej się hie­rar­chii algo­ryt­micz­nych rów­nań, by podej­mo­wać opty­malne decy­zje. Dane zapew­niały opcje. Praw­do­po­do­bień­stwo dawało wybory. Wybór deter­mi­no­wał dzia­ła­nie. Pro­ste.

"Na klatę. Phi". Rzu­ciła to tak od nie­chce­nia, że gdyby słowa te nie padły z jej ust, byłyby obraź­liwe. Pod­czas pracy z Phee Tech luzo­wał para­me­try -?choćby tylko po to, by zacho­wać zdrowe zmy­sły. Zresztą pozo­sta­wał czyn­nik X. Lubił dzia­łać w pobliżu Phee. Nie do końca rozu­miał dla­czego, co dzia­łało mu na nerwy. Nie potra­fił roz­wią­zać rów­na­nia z dwoma nie­wia­do­mymi: sobą i nią. Zamie­rzał jed­nak pró­bo­wać.

Spa­ce­ro­wali ramię w ramię po prze­past­nej sali ban­kie­to­wej. Mijali odzia­nych w gar­ni­tury straż­ni­ków, pocho­dzą­cych z róż­nych gatun­ków, i prze­cho­dzili od jed­nego wymyśl­nie ude­ko­ro­wa­nego pie­de­stału do kolej­nego. Na każ­dej plat­for­mie -?prócz jed­nej -?spo­czy­wał przed­miot, który tego wie­czora zosta­nie wysta­wiony na aukcji. Rodzinne klej­noty jakie­goś upa­dłego rodu, miecz świetlny o wypo­le­ro­wa­nej drew­nia­nej ręko­je­ści, pokryty czymś, co w oce­nie Techa było zakrze­płą krwią, i cari­dań­ski moź­dzierz, z któ­rego powodu się tu zna­leźli -?nie­po­zorna misa z sza­ra­wo­czar­nego kamie­nia, o kra­wę­dzi zdo­bio­nej zło­ci­stymi gra­we­rami, oświe­tlona i wysta­wiona powab­nie z myślą o poten­cjal­nych kupu­ją­cych. Spo­czy­wała za lase­rową tar­czą, skwier­czącą w ramach nie­wy­po­wie­dzia­nego ostrze­że­nia: "Patrz, ale nie doty­kaj".

Gdy sta­nęli przed moź­dzie­rzem, Tech powie­dział:

-?Więk­szość współ­cze­snych reli­gii na Cari­dzie dzieli się na trzy wyzna­nia, a żadna nie sto­suje prak­tyk, które wyma­ga­łyby takiego moź­dzie­rza. Sekty spod znaku Świę­tej Łupiny i Skały uwa­żane są za bierne, jeśli nie wymarłe.

-?Odro­bi­łeś lek­cję -?uznała Phee.

-?Łatwo było pozy­skać te infor­ma­cje. Moź­dzierz byłby sporą gratką dla muze­al­ni­ków. Rzadki, choć nie bez­cenny.

-?To dobrze, bo został wyce­niony na okre­śloną kwotę przez naszego zle­ce­nio­dawcę.

-?Rzadko się zda­rza, by miesz­ka­niec Caridy wyzna­wał tę wiarę.

Phee zaci­snęła szczękę.

-?Gada­łeś z Hun­te­rem, co?

-?Wiem, że nie jest prze­ko­nany do klienta, ale to nie dla­tego o tym wspo­mi­nam. Chcia­łem ci poka­zać, że w ramach wspar­cia two­jego planu i uwia­ry­god­nie­nia przy­krywki skom­pi­lo­wa­łem bazę danych na całe godziny gada­nia o niczym.

Phee wyszcze­rzyła zęby.

-?Nie­na­wi­dzisz gada­nia o niczym.

-?Porządne przy­go­to­wa­nia przed misją, choć czę­sto nie­miłe, są stan­dar­dem. -?Odchrząk­nął. -?Ale łatwiej mi idzie, gdy sza­nuję osobę sto­jącą za misją.

-?Teraz to już mnie prze­drzeź­niasz -?odparła zado­wo­lona. -?Chodź, idziemy dalej.

Na pie­de­sta­łach spo­czy­wało jede­na­ście przed­mio­tów. Tylko jeden nie wyma­gał osłony: migo­czący holo­gram przed­sta­wia­jący solidny czarny sze­ścian. Na ekra­nie za obiek­tem wid­niały słowa: TAJEM­NI­CZY PRZED­MIOT.

Obok prze­szła para wyso­kich i przy­stoj­nych Fal­le­enów. Ten gadzi gatu­nek nosił się wręcz po kró­lew­sku. Ta kon­kretna para ceniła sobie jed­no­barwną paletę odcieni. Obaj mieli na sobie dłu­gie szma­rag­dowe szaty o ton jaśniej­sze od zie­lo­nej skóry. Rysy twa­rzy i krę­go­słupy zostały zaak­cen­to­wane przez błysz­czące klej­noty. Jeden z nich osten­ta­cyj­nie podzi­wiał suk­nię Phee.

-?Cudowna! Kla­syczny wygląd -?powie­dział.

Phee przy­jęła kom­ple­ment z peł­nym gra­cji ukło­nem. Na pewno prze­każe go kraw­co­wej z gar­de­roby teatral­nej na Pabu, która uszyła stroje dla całego zespołu.

Drugi Fal­leen nie był pod wra­że­niem wyglądu Techa, a już na pewno nie jego wizjera.

-?Widzia­łeś tę nową sezo­nową linię wizje­rów od A/KT Fashions? -?spy­tał nie­pro­szony z led­wie skry­wa­nym jadem. -?To dopiero gadże­ciki. Na każdą oka­zję.

-?Nie mia­łem spo­sob­no­ści.

Tech tak­so­wał wzro­kiem nieco nie­mi­łego Fal­le­ena przez podra­pane, pory­so­wane gogle, na któ­rych pole­gał od lat. Od nie­chce­nia zapo­zna­wał się z danymi prze­la­tu­ją­cymi po wewnętrz­nych wyświe­tla­czach socze­wek, widocz­nymi tylko dla niego.

IMIONA: Kime i Trast Trod

ŚWIAT POCHO­DZE­NIA: Fal­leen

LEGALNA DZIA­ŁAL­NOŚĆ: Włó­kien­nic­two

NIE­LE­GALNA DZIA­ŁAL­NOŚĆ: Obrót błysz­czo­sty­mem

SZA­CO­WANY MAJĄ­TEK: 200 milio­nów kre­dy­tów

Infor­ma­cje pocho­dziły z data­karty wypeł­nio­nej po brzegi szcze­gó­łami na temat każ­dego z gości, prze­sła­nymi za pośred­nic­twem zaszy­fro­wa­nych kana­łów przez zna­jo­mego Phee, Vena Almana. Kom­pu­ter na przed­ra­mie­niu, umiesz­czony pod ręka­wem kurtki, prze­ka­zy­wał infor­ma­cje na wyświe­tlacz. Tech dys­po­no­wał podob­nymi danymi na temat każ­dej osoby, na któ­rej sku­pił wzrok -?poza jedną.

Sto­jący osobno Muun nakła­dał sobie na malutki tale­rzyk tre­ściwe przy­stawki ze stołu bufe­to­wego. Był niż­szy od reszty przed­sta­wi­cieli tego gatunku, z któ­rymi Tech miał do czy­nie­nia. Jego bul­wia­stą głowę zdo­bił modny złoty łań­cuch. Matowa szara skóra wokół ust czer­wie­niała, gdy się posi­lał. Gdy spo­czął na nim wzrok Techa, to, co poja­wiło się na HUD-zie, było nieco nie­po­ko­jące.

IMIĘ: ?

ŚWIAT POCHO­DZE­NIA: ?

LEGALNA DZIA­ŁAL­NOŚĆ: ?

NIE­LE­GALNA DZIA­ŁAL­NOŚĆ: ?

SZA­CO­WANY MAJĄ­TEK: ?

-?Wybacz, kocha­nie -?rzu­cił Tech, wtrą­ca­jąc się do roz­mowy Phee z dwójką Fal­le­enów. -?Mogę na słówko?

Phee wyko­nała spo­łecz­nie akcep­to­wany gest na znak, że raczej już nie wznowi roz­mowy. Następ­nie wyco­fali się w naj­bliż­szy kąt, tak by sze­lesz­czący tłum utwo­rzył natu­ralną barierę mię­dzy nimi a kim­kol­wiek, kto chciałby ich pod­słu­chać.

-?Kom­pli­ka­cje? -?zain­te­re­so­wała się Phee.

Stuk­nęła pal­cem w miej­sce za uchem i prze­łą­czyła komu­ni­ka­tor na sze­ro­kie pasmo, by usły­szała ją cała ekipa.

-?Nie­ko­niecz­nie -?zaprze­czył Tech, choć zmarsz­czone brwi sygna­li­zo­wały co innego. -?Otrzy­ma­łaś wyczer­pu­jące dossier na temat wszyst­kich gości, ale jest wśród nich Muun, o któ­rym data­karta mil­czy. Obec­nie zajada się szasz­ły­kami z tip-yipów.

Phee spoj­rzała Techowi nad ramie­niem i zauwa­żyła istotę, która go tak zanie­po­ko­iła.

-?I co z tego?

-?Kod wypro­wa­dza­jący -?odparł bez­na­mięt­nym tonem Tech, co samo w sobie nadało wagi jego wypo­wie­dzi.

MEL-222 prych­nęła z roz­draż­nie­niem przez komu­ni­ka­tor.

Phee prze­wró­ciła oczyma.

-?Znów to samo? To nie powinno mieć zna­cze­nia.

-?Kod został napi­sany w zało­że­niu, że znamy wszyst­kich obsta­wia­ją­cych. - Tech nie dawał za wygraną. -?Że mniej wię­cej wiemy, co obsta­wią i ile wynosi ich sza­cun­kowy mają­tek. Każdy z tych czyn­ni­ków wpływa na rów­na­nie okre­śla­jące to, ile kre­dy­tów możemy poten­cjal­nie wypro­wa­dzić z rachun­ków depo­zy­to­wych. Jeśli do kodu Mel wkrad­nie się wystar­cza­jąco duże odchy­le­nie...

MEL-222 zapisz­czała.

-?Wiemy, że to mało praw­do­po­dobne -?pró­bo­wała ją pocie­szyć Phee.

-?Ale nie nie­moż­liwe -?nale­gał Tech.

Z dale­kiego krańca sali dobie­gło wyso­kie pim, pim, pim, gdy licy­ta­tor, postawny, nie­bie­sko­skóry Pan­to­ra­nin, zastu­kał w kie­li­szek od szam­pana sza­le­nie mod­nym dłu­gim paznok­ciem.

-?Pro­szę o uwagę! Wybacz­cie, że prze­ry­wam poczę­stu­nek, ale wkrótce na podium trafi pierw­szy przed­miot naszej aukcji. Pro­szę dokoń­czyć trans­fery środ­ków na rachunki depo­zy­towe i udać się do przy­pi­sa­nych pań­stwu lóż w sali aukcyj­nej. Nie będzie­cie chcieli prze­ga­pić tych rzad­kich anty­ków. I jestem pewien, że część z pań­stwa zauwa­żyła naszą zapo­wiedź tajem­ni­czego przed­miotu. Nie mogę ujaw­nić szcze­gó­łów, ale napo­mknę, że to nie lada gratka dla kolek­cjo­ne­rów egzo­tycz­nych i nie­ty­po­wych zwie­rząt -?a wiem, że wśród pań­stwa jest kil­koro takich osób!

Istoty, które, jak zakła­dał Tech, były adre­sa­tami wypo­wie­dzi, zare­ago­wały entu­zja­stycz­nie i unio­sły kie­liszki z szam­pa­nem.

-?A to jak wpływa na nasze szanse? -?spy­tał przez komu­ni­ka­tor Hun­ter do wtóru brzdę­ków z kuchni.

-?Szansa powo­dze­nia na­dal wynosi osiem­dzie­siąt dwa pro­cent -?odparł Tech.

-?Omego, mel­duj się -?popro­sił Hun­ter.

-?Zała­do­wa­łam kod na wszyst­kie oso­bi­ste data­pady.

-?Dobra robota -?odparł Hun­ter. -?Wrec­ker, mil­czysz coś. Mel­duj się.

Ze sta­no­wi­ska par­kin­go­wego dobiegł głos Wrec­kera.

-?Te wypa­sione śmi­ga­cze są maciup­cie!

-?Podaj sta­tus misji! -?dopre­cy­zo­wał Hun­ter.

-?Wszystko gra. Nie powin­ni­śmy mieć pro­ble­mów z ucieczką.

-?To się dopiero okaże -?skwi­to­wał Hun­ter.

Goście prze­cho­dzili z sali ban­kie­to­wej do lóż aukcyj­nych w sąsied­nim pomiesz­cze­niu, pro­wa­dzeni przez znu­dzo­nych straż­ni­ków. Tech pra­co­wał na kom­pu­te­rze umiesz­czo­nym na nad­garstku przez rękaw. Znał urzą­dze­nie tak dobrze, że nie musiał na nie patrzeć.

-?Wła­muję się do data­ban­ków domu aukcyj­nego, by dowie­dzieć się cze­goś o tam­tym Muunie. Pew­nie nie ma dla nas zna­cze­nia, ale i tak mnie to zacie­ka­wiło.

-?Lubisz być skru­pu­latny, co, Brą­zo­wo­oki? -?spy­tała ze szcze­rym zain­te­re­so­wa­niem Phee.

-?Pró­buję.

-?Infor­muj nas, Tech -?ode­zwał się Hun­ter. -?Kończmy to, ekipo.

W tle usły­szeli jesz­cze głos zanie­po­ko­jo­nego dro­ida kuchen­nego.

-?Tniesz je na kliny czy pla­sterki?

Hun­ter jęk­nął i się roz­łą­czył.

-?Pew­nie mnie teraz kocha -?stwier­dziła Phee.

-?Prze­żyje -?odparł Tech, po czym się skrzy­wił. -?Choć podej­rze­wam, że jesz­cze się nasłu­chamy.

Tuż przed aukcją współ­pra­cow­nicy Omegi pozwo­lili sobie na krótką prze­rwę, nim zaczną sprzą­tać salę ban­kie­tową i uzu­peł­niać bufet. Więk­szość udała się na zewnątrz, by odbyć holo­ro­zmowę czy zapa­lić cigarrę, Omega nato­miast zaob­ser­wo­wała, że kom­pro­mi­tu­jąco roz­pro­szeni straż­nicy gawę­dzą ze sobą. Tra­fiła się jej szansa, by podą­żyć za niskimi dro­idami robo­czymi o przy­po­mi­na­ją­cych kowa­dła gło­wach, gdy te prze­no­siły arte­fakty z pie­de­sta­łów na miej­sce sprze­daży. Maszyny uda­wały się tam bez­po­śred­nio, Omega zaś prze­cho­dziła z cie­nia w cień zgod­nie z pla­nem domu aukcyj­nego, poko­nu­jąc tylne kory­ta­rze z wyjąt­kową pew­no­ścią sie­bie. Hun­ter raz napo­mknął, że Omega ma w gło­wie kom­pas, który zawsze wska­zuje nie­bez­pie­czeń­stwo.

Dziew­czynka zna­la­zła się w pomiesz­cze­niu tech­nicz­nym pod cen­tral­nym pode­stem. Tam przed­mioty spo­częły na taśmo­ciągu pro­wa­dzą­cym na kolumnę, która miała je wyno­sić przez pod­łogę pod­czas aukcji. Dro­idy wyłą­czyły osłonę lase­rową -?która wyraź­nie była tylko ele­men­tem deko­ra­cyj­nym, skoro tu, na tyłach, jakby bra­ko­wało środ­ków bez­pie­czeń­stwa -?i zaczęły ukła­dać fanty we wła­ści­wej kolej­no­ści. Przy­kle­jały im numery porząd­kowe do zeska­no­wa­nia, aż na taśmo­ciągu zna­la­zło się ich dwa­na­ście. Spo­czy­wa­jące na modrych podu­chach posążki, obrazy, wazony i klej­noty były pod­świe­tlane punk­towo. Cari­dań­ski cere­mo­nialny moź­dzierz, po który przy­była ekipa Omegi, cze­kał siódmy w kolejce.

Wśród arte­fak­tów naj­bar­dziej rzu­cała się w oczy nie­po­zorna skrzy­nia, ostat­nia na taśmie -?z pew­no­ścią zawie­ra­jąca tajem­ni­czy przed­miot. W sali ban­kie­to­wej została przed­sta­wiona w postaci holo­gramu, ale tu spo­czy­wała naprawdę, gotowa, by przyj­rzeć jej się z bli­ska. Zda­wało się, że jest wyko­nana z pół­prze­zro­czy­stego szkła, ale nie wyróż­niała się pod żad­nym wzglę­dem. Gdy Omega wyściu­biła głowę z kry­jówki w cie­niu, wydało jej się, że ze środka dobie­gło skam­le­nie.

-?Witaj­cie, zaprzy­jaź­nieni dostawcy nie­sa­mo­wi­to­ści! -?Po gma­chu poniósł się głos licy­ta­tora. -?Nazy­wam się Shim­rin Rugard i tego wie­czora będę pań­stwa gospo­da­rzem. Przy­go­to­wa­li­śmy piękne eks­po­naty z myślą o pań­stwa roz­kwi­ta­ją­cych kolek­cjach.

Omega przy­bli­żyła się, bez trudu uni­ka­jąc zaję­tych dro­idów. Zajęła pozy­cję tuż na lewo od wznie­sie­nia, skąd wszystko lepiej widziała. Sala aukcyjna przy­po­mi­nała nieco arenę czy wnę­trze innego impo­nu­ją­cego gma­chu, który nie­dawno odwie­dziła -?rotundę Senatu Galak­tycz­nego na Coru­scant. Ma się rozu­mieć, że to pomiesz­cze­nie miało uła­mek roz­mia­rów tego ostat­niego. Poje­dyn­cze loże dla kil­ku­dzie­się­ciu licy­tu­ją­cych nie mogły się rów­nać z gon­do­lami prze­zna­czo­nymi dla tysięcy. Mimo wszystko tutej­sze sta­no­wi­ska były zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wystawne. Sie­dzi­ska wyło­żono plu­szem, a zasłony opa­dały z wyso­kiego sufitu aż po pod­łogę. Omega zmru­żyła oczy. Pró­bo­wała wypa­trzyć lożę Techa i Phee, ale tylko podest został oświe­tlony, a poza tym wszy­scy byli skryci w cie­niach.

-?Omego, gdzie cię wcięło? -?ode­zwał się przez kom­link Hun­ter.

-?Jestem za kuli­sami -?wyszep­tała. -?Zaczyna się aukcja.

-?Opu­ści­łaś pozy­cję. Powin­naś cze­kać wraz z per­so­ne­lem, bli­sko two­jej drogi ucieczki.

-?Wrócę, gdy skoń­czymy.

-?Wiesz, że nie tak dzia­łają nasze misje.

"A od kiedy nasze misje w ogóle dzia­łają?" -?miała spy­tać, ale uświa­do­miła sobie, że mówi­łaby źle o tej obec­nej, a do tej pory szło im nie­zgo­rzej. Hun­ter chyba zapo­mniał, że nie­mal zawsze przy­cho­dził taki moment, gdy musieli impro­wi­zo­wać. Może dzięki temu zapew­niała sobie prze­wagę!

-?Licy­ta­cję zaczniemy od arte­faktu nie­zna­nego pocho­dze­nia, pozy­ska­nego z układu Quarzite -?oznaj­mił pro­wa­dzący. -?Nasi histo­rycy sądzą, że to zapewne bożek płod­no­ści.

Taśmo­ciąg ruszył i osa­dził przed­miot na kolum­nie. Ta zaczęła się powoli uno­sić, aż wresz­cie stała się widoczna dla licy­tu­ją­cych. Nie­któ­rzy wes­tchnęli z podziwu. Oczom zebra­nych obja­wił się złoty totem o prze­sa­dzo­nych huma­no­idal­nych cechach. Istota kucała, a jej powięk­szona głowa kie­ro­wała się ku niebu. Usta wykrzy­wione były w wiecz­nym cichym wrza­sku.

-?Zaczniemy od kwoty stu tysięcy kre­dy­tów! -?oznaj­mił licy­ta­tor.

Na jed­nej z wyż­szych lóż zaświe­ciło się zie­lone świa­tełko.

-?A może ktoś da sto dwa­dzie­ścia pięć?

W ciem­no­ściach poja­wiło się kolejne zie­lone świa­tełko.

Na oczach Omegi kwota stop­niowo rosła. Dziew­czynka uznała, że aukcje są nudne. Wyco­fała się za kulisy i ponow­nie zain­te­re­so­wała się czarną skrzy­nią. Po wyko­na­niu swo­jej pracy dro­idy wyco­fały się na dobre, więc Omega bez prze­szkód pode­szła do przed­miotu. I tak, im była bli­żej, tym gło­śniej z wnę­trza dobie­gały jęki. W ramę skrzyni wbu­do­wany był panel kon­tro­lny. Pod jed­nym z przy­ci­sków wid­niał napis "przej­rzy­stość". Czarne szkło nagle stało się kla­rowne. Omega wyba­łu­szyła oczy na widok tego, co skry­wało.

-?No hej! -?powie­działa.

Miesz­ka­niec skrzyni zawar­czał i ude­rzył pię­ściami w ściankę.

Omega patrzyła na gun­darka wiel­ko­ści fili­żanki do her­baty.

Istota miała może dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów wyso­ko­ści, cztery ramiona -?dwa dłu­gie i dwa krót­kie -?i szes­na­ście pazu­rów. A do tego czer­woną skórę, sze­ro­kie szczęki wypeł­nione poły­sku­ją­cymi kłami i szpi­cza­ste uszy, zapew­nia­jące dosko­nały słuch. Dra­pała naj­dłuż­szymi pazu­rami po wnę­trzu klatki w agre­syw­nym poka­zie, który suge­ro­wał, że nie zdaje sobie sprawy ze swo­ich mikrych roz­mia­rów.

W Ome­dze zachwyt mie­szał się z led­wie skry­waną wście­kło­ścią. Na Kamino, gdzie nie bra­ko­wało bio­lo­gicz­nych eks­pe­ry­men­tów z pogra­ni­cza nauki, była świad­kiem prób na małą skalę, w toku któ­rych powstały zmi­nia­tu­ry­zo­wane wer­sje naj­bar­dziej dra­pież­nych istot w galak­tyce. Ran­kory wiel­ko­ści fili­ża­nek, malut­kie smoki krayt i tak dalej. Wszyst­kie miały słu­żyć za oswo­jone tro­fea dla lek­ko­myśl­nych boga­tych spon­so­rów. Dzia­łal­ność była niszowa, trak­to­wana bar­dziej jak hobby niż eko­no­miczny napęd pla­nety, bo tym dru­gim było klo­no­wa­nie. Okrutna prak­tyka, bo więk­szość zmi­nia­tu­ry­zo­wa­nych zwie­rząt nie potra­fi­łaby prze­żyć poza labo­ra­to­rium - małe roz­miary spra­wiały, że z dra­pież­ni­ków sta­wały się ofia­rami.

Gun­dark wyda­wał się sil­niej­szy od minia­tu­rek, które widziała wcze­śniej. Gun­darki nor­mal­nych roz­mia­rów były isto­tami o dużych zdol­no­ściach przy­sto­so­waw­czych. Omega miała nadzieję, że nikt nie usu­nął mal­cowi tej cechy z kodu gene­tycz­nego.

Gun­dark znów zamach­nął się gwał­tow­nie na szkło, po czym chyba się zmę­czył pró­bami zdo­mi­no­wa­nia Omegi. Znie­chę­cony usiadł na tyl­nych łapach.

Omega nie mogła się pogo­dzić z bez­bron­no­ścią ema­nu­jącą od tej istoty. Się­gnęła po ciastko, który cap­nęła z kuchni. Chciała się nim podzie­lić po misji z Wrec­ke­rem, ale wycią­gnęła go przed skrzy­nię. Zacie­ka­wiony gun­dark poru­szył uszami.

-?Mogę na cie­bie wołać Teacup? -?spy­tała Omega.

Gun­dark wark­nął obo­jęt­nie.

-?Głodny jesteś, co? -?Odna­la­zła przy­cisk otwie­ra­jący klatkę. -?Obie­caj, że będziesz cicho, a dosta­niesz to.

Ma się rozu­mieć, że zwie­rzątko nie rozu­miało, co do niego mówiła, ale w doświad­cze­niu Omegi nie było istoty, która nie zna­łaby poję­cia życz­li­wo­ści. Otwo­rzyła klatkę.

Gun­dark sta­nął dęba, zde­ner­wo­wany i pło­chliwy. Omega wło­żyła ciastko do klatki.

-?Jest twoje.

Zwie­rzątko zawa­hało się, po czym sko­czyło przed sie­bie. Zła­pało przy­smak i wyco­fało się w daleki kąt klatki, gdzie zachłan­nie pochło­nęło poda­rek.

-?Smaczne, co?

Gun­dark wark­nął na zgodę.

Omega usły­szała, że licy­ta­cja pierw­szego przed­miotu dobie­gła końca.

-?Lepiej się stąd zbie­rajmy. Idziesz ze mną?

Zwie­rzątko wysko­czyło z klatki na pod­łogę, a następ­nie skło­niło głowę w geście, które Omega wzięła za pełen wdzięcz­no­ści pokłon. Wtedy jed­nak pobie­gło ku cie­niom. Posta­no­wiło samo odna­leźć drogę. Bo to kolejna cecha gun­dar­ków -?są nie­za­leżne. To pocie­szyło Omegę.

-?Pora­dzisz sobie.

Phee wychy­liła się w loży, kła­dąc ręce na jej zewnętrz­nej kra­wę­dzi, rów­nie zaan­ga­żo­wana w aukcję, co fan szok­boksu pod­czas walki o tytuł mistrza. Mru­czała coś nie­wy­raź­nie pod nosem.

-?Co ty wypra­wiasz? -?spy­tał Tech.

-?Robię men­talne notatki. Tamta para wyga­da­nych Fal­le­enów wła­śnie zdo­była bożka płod­no­ści -?oznaj­miła zamy­ślona Phee. -?Dopi­szę ich do listy przy­szłych wyzwo­leń.

Loże zapew­niały sto­sun­kową pry­wat­ność. Znaj­do­wali się poza zasię­giem słu­chu licy­tu­ją­cych po obu stro­nach, więc Tech nie przej­mo­wał się otwar­tymi pla­nami pirac­kimi Phee. Cały czas jed­nak nie­po­koił się kwe­stią tam­tego Muuna, któ­rego na­dal nie odna­lazł na naj­bar­dziej aktu­al­nej liście gości domu aukcyj­nego. Prze­pro­wa­dził roz­sze­rzony skan przy­ciem­nio­nej sali, wie­dział więc, gdzie obcy sie­dzi -?dwie loże dalej w pio­nie i trzy w pozio­mie. Tajem­ni­cza istota chciała wydać 250 tysięcy kre­dy­tów na bożka, któ­rego Phee zamie­rzała ukraść nabyw­com w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, ale poza tym był zagadką.

-?Następny... -?ogło­sił pro­wa­dzący, wska­zu­jąc drugi przed­miot i roz­po­czy­na­jąc licy­ta­cję. Ten obiekt dopro­wa­dził do zaognio­nej bitwy mię­dzy czte­rema gośćmi, zakoń­czo­nej nie­ba­ga­telną sumą 725 tysięcy kre­dy­tów. I tym razem Muun doko­nał poje­dyn­czej wcze­snej prze­bitki na kwotę 400 tysięcy kre­dy­tów, ale wyco­fał się, gdy cena wzro­sła.

Eks­cy­ta­cja i rywa­li­za­cja przy­brały na sile pod­czas trze­ciej i czwar­tej licy­ta­cji o jakieś rodowe klej­noty i tam­ten zakrwa­wiony miecz świetlny. Muun prze­bi­jał cenę, ile­kroć gasł entu­zjazm gości. Intu­icja Techa wyraź­nie go ostrze­gała.

Piąty przed­miot, abs­trak­cyjna rzeźba, z początku nie spo­tkał się z dużym zain­te­re­so­wa­niem, ale koniec koń­ców poszedł za 500 tysięcy kre­dy­tów -?i tym razem Muun zali­cy­to­wał na zachętę.

Do tej pory pod mło­tek poszło pięć fan­tów. Nie było mię­dzy nimi wielu podo­bieństw. Każdy przy­cią­gał inną grupę licy­tu­ją­cych -?z wyjąt­kiem sta­łej w postaci Muuna. Małe prawdopodo­bieństwo takiego zda­rze­nia spra­wiło, że Techowi zapa­liła się w gło­wie lampka ostrze­gaw­cza.

Wci­snął kilka kla­wi­szy i prze­rwał prze­szu­ki­wa­nie listy gości domu aukcyj­nego. Prze­łą­czył na doku­men­ta­cję per­so­nelu.

Pro­wa­dzący roz­po­czął szó­stą licy­ta­cję, ale Tech nie śle­dził szcze­gó­łów, bo znał już wzo­rzec. Gdy przed­miot został sprze­dany, na kolum­nie wzniósł się ten, po który się tu zja­wili. W tej samej chwili Tech usta­lił toż­sa­mość Muuna.

-?Reli­kwia pocho­dzi z Caridy i była uży­wana w cere­mo­niach reli­gij­nych przez wieki, nim została nabyta przez nas. Jest to nie lada gratka dla poboż­nych wśród was... -?Na te słowa licy­ta­tor zachi­cho­tał.

Tech ści­snął ramię Phee i rzu­cił przez komu­ni­ka­tor:

-?Muun nie jest gościem. To pra­cow­nik domu aukcyj­nego, kon­tra­hent odpo­wie­dzialny za zapew­nie­nie jako­ści.

-?Że niby kto? -?spy­tali jed­no­cze­śnie Phee i Hun­ter.

-?Pod­bi­jacz -?wyja­śnił Tech. -?Sztucz­nie pod­bija stawki na korzyść domu aukcyj­nego. Im wyż­sza stawka, tym więk­sza działka orga­ni­za­to­rów.

Licy­ta­tor roz­pły­wał się w pochwa­łach na temat cari­dań­skiego moź­dzie­rza jak pierw­szo­rzędny sprze­dawca. Hun­ter popro­sił Techa o wię­cej infor­ma­cji.

-?A jak to zmie­nia naszą sytu­ację?

Widok smut­nej miny na twa­rzy Phee świad­czył o tym, że kobieta już wie, ale wyja­śnił na potrzeby reszty.

-?Będziemy kon­ku­ro­wać o nasz przed­miot. Muun już się o to zatrosz­czy. Kre­dyty, które cap­nę­li­śmy resz­cie gości, mogą nie star­czyć, by zapew­nić nam wygraną.

-?No dobrze -?skwi­to­wał Hun­ter. Miało się wra­że­nie, że tro­chę mu ulżyło. -?Skoro nie możemy wyli­cy­to­wać moź­dzie­rza, opu­ścimy dom aukcyjny i odbie­rzemy przed­miot temu, kto go zdo­bę­dzie. To od początku była nasza naj­lep­sza opcja.

-?To od początku był plan awa­ryjny -?upo­mniała go Phee -?ale niech będzie. Prze­ko­najmy się, czy uda nam się jesz­cze ura­to­wać Plan A. Jeśli nie, zacznij­cie opusz­czać gmach. Ja i Tech zosta­niemy do końca, by nie wzbu­dzać podej­rzeń.

Więc wszystko usta­lone. Tech przy­go­to­wał się na nudę, gdy licy­ta­tor ogło­sił cenę wywo­ław­czą za przed­miot, który póź­niej pew­nie będą musieli ukraść.

-?Zaczy­namy licy­ta­cję cari­dań­skiego cere­mo­nial­nego moź­dzie­rza od kwoty stu dwu­dzie­stu pię­ciu tysięcy kre­dy­tów.

Takiej kwoty się spo­dzie­wali. I ktoś zare­ago­wał natych­miast: Phee.

A przy­naj­mniej zro­bił to jej data­pad. Bo ona go nie dotknęła.

Tech i Phee usie­dli pro­sto w fote­lach, gdy pad zaświe­cił na zie­lono w tym samym cza­sie, co świa­tełko na przo­dzie loży na znak, że wcho­dzą do gry.

-?Mam sto dwa­dzie­ścia pięć. Kto da sto pięć­dzie­siąt?

Muun zro­bił, co do niego nale­żało, i pod­bił stawkę do stu pięć­dzie­się­ciu. Nie­mal natych­miast data­pad Phee zami­gał na zie­lono i pod­niósł kwotę do stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu -?i to mimo że ani Phee, ani Tech go nie dotknęli.

Tech roz­ma­so­wał skro­nie, jakby chciał pozbyć się migreny.

-?Mel, uzu­peł­ni­łaś pro­gram o pro­ce­durę auto­ma­ty­zu­jącą po tym, jak go przej­rza­łem. -?To nie było pyta­nie.

MEL-222 zabu­czała prze­cią­gle, ze wsty­dem.

Phee zaci­snęła usta w cienką kre­skę. Moż­liwe, że też czuła się zakło­po­tana w imie­niu dro­idki.

-?Oooj, roz­pę­tała się nam bitwa! -?pro­wo­ko­wał licy­ta­tor. -?To kto da dwie­ście?

Do gry wkro­czył trzeci gość. Praw­do­po­dob­nie dał się ponieść emo­cjom, ale data­pad Phee w oka­mgnie­niu pod­niósł kwotę do 250 tysięcy.

-?Szybko poszło -?skwi­to­wał z unie­sioną brwią pro­wa­dzący.

Bo poszło. Tak szybko, jak szybko MEL-222 napi­sała wadliwy frag­ment kodu.

Phee dotknęła kom­linka.

-?Mel, wyłącz to.

Dro­idka zaśmiała się ner­wowo.

-?Ale jak to nie możesz? -?zdzi­wiła się Phee.

Tech odsło­nił kom­pu­ter na przed­ra­mie­niu, chwy­cił data­pad i wła­mał się do niego.

-?Co się dzieje? -?spy­tał Hun­ter.

-?Convor wła­śnie obsrał karo­se­rię AV-15. Wła­ści­ciel się wku­rzy -?wtrą­cił Wrec­ker.

-?Nie ty! Tech?

Tech prze­łą­czał się mię­dzy ekra­nami i wpi­sy­wał komendy, jed­no­cze­śnie zda­jąc raport z sytu­acji, która nagle stała się nie­bez­pieczna.

-?Kod Mel zawie­rał kilka pod­pro­gra­mów napi­sa­nych z myślą o wycią­ga­niu kre­dy­tów z kont naszych nie­świa­do­mych dobro­dzie­jów, tak żeby­śmy mogli ich prze­li­cy­to­wać, na wypa­dek gdyby o przed­miot wal­czyli znani nam goście. Zdaje się, że nie­obec­ność pod­bi­ja­cza w pier­wot­nych zało­że­niach ujaw­niła błąd w pro­gra­mie.

-?Jakiego rodzaju?

-?Boję się zga­dy­wać -?oznaj­mił nie­szcze­rze Tech.

Nie widział sensu w draż­nie­niu Hun­tera czymś, co było nie­unik­nione. Dosko­nale wie­dział, dokąd to wszystko zmie­rza, a choć poczy­nił wszel­kie sta­ra­nia, by wyka­so­wać nie­zdarny kod dro­idki z sys­temu domu aukcyj­nego, wie­dział, że mają tylko 4 pro­cent szans na to, by unik­nąć tego, co się za chwilę wyda­rzy.

Muun pod­bił stawkę do 300 tysięcy. Bra­ko­wało zale­d­wie 50 do ich usta­lo­nego limitu.

-?Miej­cie oczy dookoła głowy -?rzu­cił Tech. -?Zaraz zrobi się nie­we­soło.

Hun­ter prze­klął.

Z ciem­no­ści nad­cią­gnęła kwota 325 tysięcy, a potem kod MEL-222 -?teraz już kom­plet­nie pokieł­ba­szony -?pod­bił stawkę do 450. Zde­cy­do­wa­nie ponad ich stary limit 400 tysięcy, choć mie­ściła się w nowym, bo jed­no­cze­śnie kod wycią­gnął wła­śnie kolejne 350 tysięcy z róż­nych rachun­ków depo­zy­to­wych.

Kilka lóż zaczęło migać czer­wie­nią na znak, że nie może uczest­ni­czyć w dal­szej walce, bo obecna kwota prze­wyż­sza środki na rachun­kach. Zebrani gło­śno jęczeli na znak, że musiało dojść do jakiejś pomyłki ze strony samego domu aukcyj­nego, bo prze­cież prze­lali na konta wię­cej kre­dy­tów, niż wyni­kało to z data­pa­dów.

Muun pono­wił zagra­nie i pod­niósł stawkę do 500 tysięcy. Wtedy kom­plet­nie osza­lały kod MEL-222 rzu­cił kwotą miliona kre­dy­tów -?po tym jak ścią­gnął jesz­cze wię­cej pie­nię­dzy od pozo­sta­łych gości, co obja­wiło się następ­nymi miga­ją­cymi na czer­wono świa­tłami, gdy kolejne rachunki ni stąd, ni zowąd zostały wyze­ro­wane.

Muun i licy­ta­tor zorien­to­wali się, że ktoś ich kan­tuje. Liczni goście gło­śno pro­te­sto­wali prze­ciwko utra­cie fun­du­szy. Nikt nie pró­bo­wał prze­li­cy­to­wać data­pada Phee. A mimo to... kod znów pod­bił stawkę do pię­ciu milio­nów kre­dy­tów, czym opróż­nił do szczętu resztę rachun­ków. Teraz w przy­ciem­nio­nej sali wszyst­kie loże migo­tały na czer­wono prócz tej Phee i Techa. Po jej zewnętrz­nej stro­nie świe­ciło zdrowo zie­lone świa­tełko.

Wszyst­kie oczy zwró­ciły się w ich stronę.

Tech nie mógł się powstrzy­mać.

-?Mogłem sam wkle­pać ten kod.

MEL-222 tak­tow­nie mil­czała.

Phee wes­tchnęła.

-?Omego, na­dal jesteś za kuli­sami? -?spy­tała.

-?Pew­nie!

-?Dobrze. Weź wszystko, co wpad­nie ci w ręce, gdy my będziemy przej­mo­wać moź­dzierz. Dzięki!

Uszczę­śli­wiona dziew­czynka nie potra­fiła opa­no­wać eks­cy­ta­cji.

-?Tak jest! Plan C!

Rozdział trzeci. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime

ROZ­DZIAŁ TRZECI

DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME

Na zewnątrz zmierz­chało. Ożyło miej­skie oświe­tle­nie, roz­ta­cza­jące ilu­zję pomniej­szych gwiaz­do­zbio­rów, budzą­cych się na ele­wa­cjach gma­chów, tak niskich, jak i strze­li­stych, aż po wid­no­krąg. Gdy ciem­niało, Wrec­ker wydał spóź­nio­nej parze kod odbioru śmi­ga­cza, po czym zasiadł za ste­rami ich smu­kłego C-B7 Inter­cep­tora i popę­dził ku usta­lo­nemu mniej­szemu lądo­wi­sku na tyłach domu aukcyj­nego.

Wrec­ker przy­glą­dał się pano­ra­mie z fotela pilota przy­ma­łego śmi­ga­cza spor­to­wego. Zachwyt jed­nak szybko prze­szedł w wąskie, celowe sku­pie­nie, gdy wzmo­żona roz­mowa w słu­chawce zakoń­czyła się sło­wami Omegi:

-?Tak jest! Plan C!

Wysko­czył ze śmi­ga­cza, a że ten stał się lżej­szy, repul­sor uniósł go nagle o kilka cen­ty­me­trów. V-ka, kan­cia­sty, pali­wo­żerny model cywilny woj­sko­wego V-koło­wca, któ­rym przy­byli tu Tech i Phee, zapar­ko­wany był trzy rzędy dalej. Wśród smu­kłych luk­su­so­wych jed­no­stek na par­kingu odsta­wał jak pia­sko­czołg. I z tego wła­śnie powodu misja wyma­gała kogoś w rodzaju par­kin­go­wego -?by nie wzbu­dzało to pytań, a maszyna była gotowa do odlotu, na wypa­dek gdyby zro­biło się gorąco.

Wrec­ker zmie­rzał ku V-ce, prze­ska­ku­jąc po śmi­ga­czach. Nie­któ­rym jed­nost­kom dopi­sało szczę­ście i klon odbił się ogrom­nym bucio­rem od fotela. Reszta dostała piętą w karo­se­rię. Wrec­ker pozo­sta­wiał po sobie dro­gie do usu­nię­cia wgnie­ce­nia, z któ­rych potem trudno się będzie wytłu­ma­czyć praw­dzi­wym par­kin­go­wym. Bywa.

Dotarł do V-ki i zasiadł za ste­rami jed­nostki, by przy­go­to­wać się do krót­kiego lotu do punktu zbor­nego przy tyl­nym wyj­ściu z domu aukcyj­nego, gdy drugi par­kin­gowy -?smu­kły, nie­okrze­sany huma­noid o brą­zo­wych jak brud wło­sach i uszko­dzo­nej od słońca skó­rze -?wbił się na tor lotu Wrec­kera przed V-kę i zapar­ko­wał zbyt bli­sko przed­niego zde­rzaka, blo­ku­jąc drogę. Wysko­czył z maszyny. Gwiz­dał pod nosem, wolny od wszel­kich trosk.

Wrec­ker wychy­lił się od strony pilota.

-?Ej, daj mi nieco miej­sca, żebym mógł wyle­cieć.

-?Po co? -?zdzi­wił się par­kin­gowy, gdy spoj­rzał na data­pad. -?Nie widzę kodu odbioru?

-?Muszę prze­par­ko­wać kilka śmi­ga­czy. Zwol­nić nieco miej­sca.

-?Gdzie tam! Nie ruszamy śmi­ga­czy, gdy już stoją, chyba że spły­nie kod odbioru od wła­ści­ciela. To twój pierw­szy dzień w robo­cie?

Wrec­ker się skrzy­wił.

-?Można tak powie­dzieć.

-?Pozwól, że cię uspo­koję. Tej jed­no­stce dobrze tam, gdzie jest.

Par­kin­gowy ruszył w drogę. W prze­ci­wień­stwie do Wrec­kera.

Wywo­łał ekipę.

-?Daj­cie znać, gdy będzie­cie przy wyj­ściu. I daj­cie mi dwa­dzie­ścia sekund.

-?Zgoda -?potwier­dził Hun­ter mię­dzy jękami wysiłku.

W tle roz­brzmie­wało coś, co brzmiało jak prze­ra­żone krzyki.

-?Tak jest! Plan C!

Hun­ter zerwał far­tuch, zado­wo­lony, że to koniec tej szopki. Gdy droid kuchenny pró­bo­wał go skar­cić, klon zarzu­cił mu na głowę popla­miony joga­nami strój i przy­krył układ optyczny. Droid zaczął wyma­chi­wać wie­loma ramio­nami, by się uwol­nić, a jed­no­cze­śnie zbli­żał się w stronę Hun­tera. Co nor­mal­nie nie byłoby pro­ble­mem, tyle że w tam­tej chwili wiru­jące ramiona dro­ida trzy­mały różne ostre przed­mioty.

Hun­ter uchy­lił się w bok przed nad­la­tu­ją­cym od góry tasa­kiem, po czym przy­kuc­nął, by unik­nąć hory­zon­tal­nego zama­chu nożem. I w tej pozy­cji wci­snął palce mię­dzy gąsie­nice dro­ida, pod­niósł go i wrzu­cił do beczki z obier­kami joga­nów, gdzie nie­szczę­śnik zaczął się rzu­cać z jękiem. Hun­ter czym prę­dzej opu­ścił kuch­nię do wtóru okla­sków ze strony vol­pa­iskiego pomy­wa­cza, ikkruk­kiań­skiego cukier­nika i wszyst­kich pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków, któ­rzy mieli dość pre­ten­sji maszyny.

W dro­dze przez salę ban­kie­tową i tylne kory­ta­rze Hun­ter uru­cho­mił komu­ni­ka­tor.

-?Omego, gdzie jesteś?

-?Opusz­czam kulisy -?zamel­do­wała peł­nym wysiłku gło­sem.

Zna­jąc Omegę, pew­nie wzięła do sie­bie prośbę Phee i chwy­ciła dosłow­nie wszystko, co mogła.

-?Znajdę cię.

Kory­ta­rze w głębi domu aukcyj­nego nie były skom­pli­ko­wane, szcze­gól­nie dla kogoś obda­rzo­nego takimi talen­tami jak Hun­ter. Odna­lazł Omegę, gdy dziew­czynka wyco­fy­wała się sze­ro­kimi drzwiami, cią­gnąc za sobą ciężką skrzy­nię z trans­pa­stali, wypeł­nioną nie­zli­czo­nymi bły­skot­kami. Jej czarna peruka była prze­krzy­wiona, więc musiała cią­gle dmu­chać, by włosy nie wpa­dały jej do oczu. Gdy zauwa­żyła Hun­tera, zerwała perukę i cisnęła nią w kie­runku, z któ­rego przy­była.

-?Pomo­żesz?

Klon zatrzy­mał się i otak­so­wał wzro­kiem zebrane przez nią fanty: meda­lion, coś na kształt pra­daw­nego per­ga­minu oraz posą­żek z kamie­nia i metalu, który zda­wał się być naj­cięż­szą rze­czą w skrzyni. Dla Omegi było to sporo, ale Hun­ter bez trudu sobie pora­dził -?zapa­ko­wał pojem­nik na ramię. Dopiero wtedy zauwa­żył sze­reg wyko­na­nych lase­rowo otwo­rów.

-?Klatka? -?spy­tał.

-?Tak.

-?Chcę wie­dzieć?

Omega wzru­szyła ramio­nami, a potem przed nimi wyro­sła para koto­wa­tych straż­ni­ków rasy Cathar, o zło­śli­wie napię­tych cia­łach. Mieli na sobie gra­na­towo-czarne stroje. War­czeli przez zaci­śnięte zęby, a w zakoń­czo­nych pazu­rami dło­niach dzier­żyli elek­tro­pałki. Zwa­żyw­szy na dziwne wybrzu­sze­nia pod ubio­rem, mieli przy sobie też pod­ręczne bla­stery.

-?Stać! -?zawo­łał jeden.

Nie­do­brze. Cia­sne kory­ta­rze, brak zbroi. Catha­ro­wie byli zawzię­tymi wojow­ni­kami, szyb­kimi i sil­nymi. Hun­ter domy­ślał się, że mógłby ich poko­nać, ale nie przy­szłoby mu to wcale łatwo -?ani szybko. A teraz nie mieli chwili do stra­ce­nia. Cią­gle ten sam szajs.

Hun­ter przy­go­to­wał się, by zaszar­żo­wać na straż­ni­ków, korzy­sta­jąc ze skrzyni z arte­fak­tami w cha­rak­te­rze zaim­pro­wi­zo­wa­nego tarana, gdy z oko­licy jego kostek dobiegł cichy, choć dra­pieżny war­kot. Spoj­rzał w dół i mignęła mu czer­wona skóra.

-?Teacup! -?zawo­łała Omega. -?Uwa­żaj!

Maciu­peńka istota zaszar­żo­wała na naj­bliż­szego Cathara, wybiła się w powie­trze na dużą odle­głość i czte­rema umię­śnio­nymi ramio­nami ucze­piła się kolana prze­ciw­nika w geście, który na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie deli­kat­nego przy­tu­lasa.

Hun­ter jako pierw­szy usły­szał chru­piącą kość -?może z wyjąt­kiem wrzesz­czą­cego Cathara, który nagle nawią­zał nie­zwy­kle intymną rela­cję z... gun­dar­kiem minia­turką?

"To ci dopiero..." -?skwi­to­wał w duchu Hun­ter, który wiele już widział, ale cze­goś takiego jed­nak nie.

Drugi straż­nik zamach­nął się na gun­darka elek­tro­pałką, ale zwie­rzę unik­nęło ciosu. Elek­tro­pałka wyemi­to­wała swój ładu­nek w ran­nego straż­nika i ten natych­miast stra­cił przy­tom­ność -?co w tej sytu­acji było dla niego zba­wienne.

Gun­dark ponow­nie sko­czył, tym razem ku twa­rzy sto­ją­cego prze­ciw­nika. Hun­ter obró­cił się i zmu­sił Omegę, by poszła w jego ślady, bo nie chciał, aby dziew­czynka widziała tę scenę.

-?Chodź, tędy!

Więc pobie­gli alter­na­tywną trasą wio­dącą ku punk­towi zbor­nemu. Hun­ter wyjąt­kowo był zado­wo­lony, że on i ten mały gun­dark mają wspól­nego wroga -?przy­naj­mniej dzi­siaj.

-?Tak jest! Plan C!

Tech ścią­gnął ogra­ni­cza­jący mobil­ność strój, pod­czas gdy Phee dobyła nie­wiel­kiego ostrza spod rąbka sukni. Prze­cięła ją od uda po kostki, odsła­nia­jąc noszone pod spodem leg­ginsy i zapew­nia­jąc sobie więk­szą swo­bodę ruchów. Zaci­snęła zęby na ostrzu i zaczęła spla­tać war­ko­cze w bar­dziej prak­tyczny wysoki kok.

-?Idziemy? -?spy­tał Tech.

-?Idziemy -?potwier­dziła.

Zesko­czyli z loży do kolej­nej, jeden poziom niżej. Repul­sor zafa­lo­wał, reagu­jąc na nagłą zmianę cię­żaru, ale wró­cił do rów­no­wagi, gdy Tech i Phee znów sko­czyli w dół.

Po kilku takich ruchach zna­leźli się na pode­ście, ską­pani w bla­sku czer­wo­nych świa­teł, god­nym małej galak­tyki. Z tła dobie­gały szepty zezłosz­czo­nych gości, teraz już świa­do­mych, że zostali obra­bo­wani.

Licy­ta­tor był zbul­wer­so­wany.

-?Co wy naj­lep­szego ro...

-?I w tym miej­scu panu prze­rwę -?oświad­czyła Phee, a jej głos został wzmoc­niony przez mikro­fon w kla­pie jego mary­narki. -?Nikt z was nie ma praw do arte­fak­tów wysta­wio­nych na aukcji. Dla­tego zamie­rzam zdjąć z was ten nie­wąt­pli­wie duży cię­żar wyrzu­tów sumie­nia, nim poczu­je­cie winę, że ogra­bi­li­ście inne kul­tury z ich skar­bów. Nie ma za co.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki