Rozdział pierwszy. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime
ROZDZIAŁ PIERWSZY
DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
Członkowie Jednostki Klon 99 byli za pan brat z wymagającymi misjami.
Zostali stworzeni z myślą o żmudnej, uciążliwej służbie. Jednocześnie
nawet po tylu latach walk w błocie i gnoju, gdy nieraz wychodzili bez
szwanku z beznadziejnych sytuacji, Hunter nie przypominał sobie drugiego
takiego zestawienia czynników, którego nienawidziłby na równi z obecnym.
Ale misja to misja. Każdy miał swoją rolę do odegrania. Porażka nie
wchodziła w grę.
-?Ktoś źle obrał jogany -?oznajmił natrętny wieloręki droid kuchenny.
Hunter zwrócił się w stronę "przełożonego" i za pomocą lichego noża do
obierania odciął ostatni kawałek skórki z soczystej kuli, barwiącej mu
ręce na fioletowo. Dorzucił owoc do tuzina pozostałych w koszyku.
Pracował nad nimi, odkąd zaczął działać pod przykrywką jako nisko
postawiony pomocnik kuchenny.
-?Miały nie mieć skórki. Więc nie mają. Co niby zrobiłem nie tak?
W obliczu takiej krnąbrności droid aż zesztywniał. A przecież Hunter
miał wrażenie, że jego nastawienie jest zgodne z radą Phee Genoi,
odnoszącą się do tego rodzaju uciążliwych forteli -?"Zawrzyj nieco
siebie w roli. Będziesz bardziej wiarygodny!" -?a przynajmniej tak sobie
wmawiał.
Nigdy nie reagował dobrze na nagany, choćby i zasłużone. A na tę
konkretną przecież nie zasłużył. "Obrałem te cholerne jogany!"
Powierzone mu zadanie -?a raczej zadanie powierzone pomocnikowi
kuchennemu, którego obezwładnił i pod którego teraz się podszywał -?było
jednym z wielu w przegrzanej, pełnej zgiełku kuchni domu aukcyjnego.
Wprawdzie droid krytykował jego umiejętności posługiwania się nożem -
coś, czego do tej pory nie kwestionował nikt, kto by przeżył -?ale
jakimś cudem przegapił o wiele bardziej poważne przewiny, których inni
dopuścili się tego wieczora, a które na pewno przepaliłyby mu zwoje. Jak
tego pomywacza rasy Volpai, bez ustanku dłubiącego sobie w uchu
krótkimi, grubymi palcami lewej dolnej dłoni -?blech! Albo tego
ikkrukkiańskiego cukiernika, który popróbował kilku słodkich tart i zafajdał próg drzwi lukrem.
A mimo to droid kucharz typu COO, o wielu rękach i takiej samej liczbie
rzeczy, które go denerwowały, miał czelność traktować Huntera tak, jakby
to był problemem.
-?Poprawna obierka -?ciągnęła belferskim tonem maszyna -?nie
przekroczyłaby grubości czterech i pół milimetra, a skórkę najlepiej
usunąć w postaci nieprzerwanej spiralnej wstęgi, by zachować ją w charakterze estetycznej dekoracji...
Uciążliwy wykład trwał w najlepsze, ale Hunter skupił się na pełnym
szumów audio, dochodzącym z mikrokomlinka w uchu.
-?Nie demontuj go -?podkreślił przez urządzenie Tech. -?Z tą właściwą
techniką dekorowania talerza z joganami to akurat ma rację.
Z komlinka dobiegł drugi głos i natychmiast ostudził mordercze zamiary
Huntera.
-?Fajnie obrałeś, Hunter -?stwierdziła Omega.
Klon spojrzał droidowi kuchennemu przez ramię i zobaczył Omegę ze świeżo
napełnioną tacą. Przechodziła z kuchni do sali bankietowej, gdzie snuła
się śmietanka galaktyki (kryminaliści). Dziewczynka miała na sobie
czarne spodnie w kant i pasującą do nich koszulę kelnerki. Jej ciemna
peruka skrywała blond loki, podobnie jak odrobina makijażu maskowała
tego dnia tatuaż na twarzy Huntera. Omegę, najniższą osobę spośród ekipy
kelnerskiej, łatwo było rozpoznać pośród bogatych gości aukcji, ubranych
w powiewające szaty i wypolerowane ceremonialne zbroje.
Trzymała tacę z daruvviańskim szampanem i spoglądała Hunterowi w oczy.
Klon skinął głową na znak, że wszystko gra i że nie zamierza rozszarpać
droida na kawałki, więc Omega może się zająć swoimi sprawami i nie musi
się demaskować. Dziewczynka podała drinka najbliższemu gościowi, a ten
przyjął go łapczywie. Drzwi od kuchni się zasunęły. Te istoty wszystko
przyjmowały łapczywie, nawet wtedy, gdy nie miały do czegoś prawa. I stąd w ogóle ta misja.
Droid kuchenny nawijał do znudzenia o właściwych technikach obierania,
pozycji dłoni, nacisku i tak dalej. Hunter puszczał to wszystko mimo
uszu. Wiedział, co potrafi zrobić dowolnym nożem, czy to ostrym, czy
tępym. Nagle droid zamilkł, jakby wyczuł, że wykład trafia w próżnię.
-?Po przemyśleniu sprawy stwierdzam, że dam ci narzędzie lepiej
dostosowane do poziomu twoich umiejętności.
Droid wyciągnął Hunterowi z dłoni nóż i zaprezentował nowe ustrojstwo:
obieraczkę z systemem zabezpieczającym, odpowiednią dla dziecka, które
po raz pierwszy wpuszczono do kuchni.
"Łudź się, łudź, droidzie, że to ty jesteś tu ekspertem" -?wycedził w duchu Hunter. Sięgnął po obieraczkę. "Ostatni raz pozwalam cokolwiek
planować Phee. Ostatni!"
SALA SKARBÓW, PABUCztery dni wcześniej...
Skóra Phee Genoi, zazwyczaj koloru palonej umbry, nabrała fioletowego
odcienia w zamglonym blasku holograficznego rozkładu pomieszczeń, wokół
którego krążyła piratka, gdy próbowała przekonać oddział do swojego
planu. Mówiła z werwą, wymachując z pasją rękoma.
-?...a wtedy po prostu wyjdziemy. Bez zbędnych ceregieli.
Hunter wstał z założonymi ramionami i gniewnym spojrzeniem.
-?A czemu niby ja mam robić w kuchni?
Zamiast stwierdzić oczywisty fakt -?że usposobienie Huntera czyni z niego osobę, która nie poradzi sobie ze społecznymi aspektami przekrętu
-?Phee zdecydowała się na bardziej dyplomatyczne podejście i przypomniała mu o innej opcji.
-?Zawsze możesz zaczekać na statku z Mel.
MEL-222, cylindryczna i pełna werwy droidka zasilająca Phee, została
niedawno przebudowana z kawałków złomu, a jej pamięć odtworzono z banku
danych, po tym jak podczas niefortunnej misji na Skarze Nal jej ciało
zostało rozerwane na kawałki. Podjechała do Huntera na gąsienicach nie
do pary, świergocząc z entuzjazmem na myśl o potencjalnej współpracy.
-?Reszta bierze udział, to i ja -?podkreślił Hunter, odrzucając
propozycję i sprawiając, że MEL-222 zapikała z rozczarowaniem.
Ale to nie tak, że wszyscy pozostali będą przebywać w budynku. Taki
Wrecker zostanie na zewnątrz jako parkingowy, by mieć oko na okolicę
domu aukcyjnego oraz zatroszczyć się o transport i drogę ucieczki, gdyby
wszystko się pokiełbasiło. Hunter jednak nie miał na myśli wszystkich.
Chodziło mu o Omegę.
Dziewczynka była spostrzegawcza. Chłonęła każdy szczegół, a entuzjazmem
kipiała w takim stopniu, że zdawała się drżeć.
-?Będę się przechadzać wśród tłumu -?zaczęła na znak, że rozumie własną
rolę -?z autoslicerem przyczepionym do nadgarstka. Zbliżę się do każdego
licytującego...
-?...a slicer załaduje na ich datapady toporny kod MEL-222, który
pobierze umiarkowaną sumę kredytów z ich kont w domu aukcyjnym i przeleje je na nasze -?dokończył zadowolony z pomysłu Tech.
MEL-222 wydała z siebie usatysfakcjonowane trele.
-?Ej tam, spokojnie! -?skomentowała Phee.
-?Ja tam napisałbym o wiele bardziej elegancki program -?skwitował Tech.
-?A do tego niezawodny.
Droidka skomentowała jego przechwałki wiązanką pisków i treli.
-?Cii, nie miał na myśli nic złego -?uspokoiła ją Phee, mijając się z prawdą, a potem rzuciła do Techa: -?Może i podszedłbyś do tego inaczej,
ale musisz przyznać, że to zadziała.
-?Zważywszy na dostępne nam informacje i o ile nie dojdzie do żadnych
odstępstw? Powinno. Ale...
-?Ale nic -?ucięła temat Phee. -?Każdy zrobi, co do niego należy. W tym
i ty. Powtórzysz?
Tech westchnął głęboko.
-?Ty i ja udajemy małżeństwo, które dorobiło się sporej fortuny na
dystrybucji napojów -?a na boku przemycało blastery. Mam sprawiać miłe
wrażenie.
-?Dla ciebie pikuś, Brązowooki -?skwitowała Phee.
Wrecker z uniesioną w głębokim skupieniu brwią odezwał się po raz
pierwszy od godziny.
-?Może to ja powinienem trafić do kuchni. Bo tam jest żarcie.
-?Parkingowy! -?odparła Phee nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Wrecker opuścił ramiona, ale nie zaprotestował.
-?Słuchajcie, wiem, że to nie wasza typowa robota -?przyznała Phee,
próbując załagodzić opór. -?O wiele mniej piu, piu! -?Udała, że
strzela z palców. -?I bum, bum! -?Rozłożyła nad głową ramiona po
szerokim łuku w udawanej eksplozji, na co Wrecker wyszczerzył zęby. -
Ale Pabu tego potrzebuje.
Jakby w odpowiedzi na jej słowa podłoga zadrżała lekko. Wstrząs wtórny
po wyjątkowo rzadkim trzęsieniu ziemi, które przed miesiącem zalało
wyspę ścianą wody, przeniknął ich kości. Z krokwi dachowych poleciał
pył. Choć obecnie wstrząsy były już łagodniejsze niż w pierwszych dniach
po wielkiej fali, odbudowa wyspy odbywała się wolno i niepewnie. Jasne,
mieszkańcy połączyli swoje zasoby i wspólnym wysiłkiem poczynili
niesamowite postępy we wszystkim, od inżynierii po stolarstwo, ale i tak
zmagali się z rzeczywistością po takiej katastrofie naturalnej i ze
świadomością, że Pabu być może już nigdy nie będzie takie samo.
Szczególnie jeśli nie zdobędą materiałów i kredytów z myślą o daleko
idących pracach remontowych i budowie grobli, by przeciwdziałać
katastrofalnym skutkom przyszłych trzęsień.
Kolejne drżenia zachwiały Salą Skarbów i strąciły ze stołu
holowyświetlacz Phee. Gdy spadał, plany przekręciły się na bok. Omega
zwinnym ruchem rzuciła się do przodu i złapała dysk, nim ten uderzył o ziemię. Wcisnęła przycisk i hologram zafalował i zniknął.
Wstrząsy trwały kilka kolejnych chwil. Gdy wreszcie ustały, Phee
powiedziała:
-?Zróbmy sobie przerwę.
Wrecker podniósł rękę.
Phee odpowiedziała, nim jeszcze zadał pytanie.
-?Tak, możesz iść coś zjeść.
Wybiegł z sali i tyle go widzieli.
Hunter odprowadził wzrokiem brata, po czym spojrzał z niepokojem na
piratkę.
-?Chyba wszystkim przyda się nieco świeżego powietrza. Przejdziemy się
we dwoje?
Między nimi wyrosła Omega.
-?Mogę iść z wami?
Phee wyczuła, że Hunterowi chodzi o rozmowę na osobności.
-?A możesz pomóc Techowi i Mel opracować trasy ewakuacyjne? Potem ci
opowiem, jak któregoś razu zinfiltrowałam gang na Jedzie i zostałam jego
przywódczynią na całe dziewięć dni.
-?Dobra! -?odparła dziewczynka i dosiadła się do Techa, kłócącego się z MEL-222 na temat języków programowania.
Phee i Hunter opuścili Salę Skarbów i natychmiast uderzyła w nich słona
bryza z atolu Pabu. Kilka metrów przed budynkiem grupa wyspiarskich
młodzieńców grała piłką w głupiego Jawę z Gonkym, czasami -?bo niezbyt
często -?przydatnym droidem zasilającym Jednostki 99. Pudełkowaty,
mrukliwy droid został nieoficjalną maskotką dzieciaków -?kto wie, czy
podnoszenie morale nie było aby jego prawdziwym powołaniem. Jedno z dzieci nie trafiło i uderzyło piłką w bok korpusu droida. Ten skrzeknął
i się przewrócił. Młócił powietrze nogami. Dzieci zarechotały ze
śmiechu. Tak, Gonky był do tego stworzony.
Phee i Hunter ruszyli w dalszą drogę. Połączenie roślinności z architekturą, naturalnego ze sztucznym, sprawiało wrażenie zatrzymanej w czasie harmonii. Miejsce to bez wątpienia było jednym z najpiękniejszych, jakie Hunter widział. Mimo to zastanawiał się, czy
taka ocena nie jest względna. Podczas niezliczonych bitew toczonych
ramię w ramię z braćmi, a teraz i z Omegą, widywał straszne rzeczy. W porównaniu z wojną wszystko wydawało się piękne.
Może i miał wypaczoną perspektywę, ale Pabu było dobrym miejscem.
Zasługującym na ratunek. I stąd ich misje -?w liczbie mnogiej -?które
trafiły do Phee za sprawą jej kontaktów z różnych zakątków galaktyki.
Przekręt z domem aukcyjnym był bowiem połową równania, które według Phee
powinno rozwiązać problemy Pabu. Wśród przedmiotów wystawionych na
sprzedaż w trakcie ekskluzywnego (i nielegalnego) zgromadzenia
znajdowały się rozmaite artefakty zagrabione podczas wojen klonów.
Licytujący, którzy mieli przybyć na miejsce na specjalne zaproszenie,
byli jednymi z najbardziej zatwardziałych kryminalistów w galaktyce,
takimi, którzy zlecali brutalność na odległość, którzy byli milczącymi
partnerami w szemranych interesach, którzy skrywali prawdziwą naturę za
zasłoną pozornie legalnego biznesu (jak dystrybucja napojów), by nie
brudzić sobie rąk. W istocie osoby te handlowały bólem i cierpieniem.
Choć nie czuł się dobrze na myśl, że będzie musiał wcielić się w kogoś
innego, Hunter musiał przyznać, iż czuje satysfakcję, że takie
wyglancowane, snobistyczne męty wrócą do domu z lżejszymi kabzami. Mimo
wszystko jednak nadal miał opory.
-?Powtórz, proszę, od kogo masz te informacje?
Jeśli Phee irytowała się, że znów zadaje jej te same pytania, nie dała
tego po sobie poznać, choć próbowała zmienić temat.
-?Nie chcesz zaczekać, aż wrócimy do reszty? Dzięki temu...
-?Nie. Tutaj. Teraz.
Nigdy nie myślało mu się dobrze podczas odpraw. Wolał pozostawać w ruchu, wśród natury, gdzie mógł się skupić.
-?Dobrze. Znajomy o imieniu Ven Alman.
-?Tamten balosarski pirat?
-?Tak. Wykonał fuchę dla przedsiębiorcy sponsorującego nam robotę.
-?Wyjątkowo pobożnego Caridanina powiązanego ze spółką budowlaną.
Hunter zamknął oczy. Szedł przed siebie i nasłuchiwał, bez trudu
omijając donice, biegnące dzieci i nowo powstałe pęknięcia w chodniku,
przez które można było sobie skręcić kostkę. Rozpoznawanie bezpośrednich
przeszkód na drodze nie wymagało żadnego wysiłku -?ba, miał wrażenie, że
to zaledwie cienka płachta, przesłaniająca to, co wyczuwał pod
oczywistością. Energia generowana w elektrowni Pabu biegła przewodami do
każdej struktury na wyspie, co Hunter odbierał w postaci systemu
korzennego zbudowanego z błyskawic. Zapach dziennego połowu z doków
oddalonych o setki metrów rozchodził się w powietrzu niczym język znany
tylko nosowi Huntera. Miał tak czuły zmysł powonienia, że gdyby tylko
znał nazwy poszczególnych ryb, mógłby rozpoznać każdy gatunek. Uszami
rejestrował głos Phee, ale jeśli skupiłby się na czymś innym,
wychwyciłby szczegóły paru pobliskich rozmów. Jego wzmocnione zmysły
stanowiły część jego tak zwanego "defektu", który czynił go CT-99.
Oznaczenie to zostało nadane jemu i braciom ze względu na to, jak dalece
różnili się od Regsów -?regularnych żołnierzy-klonów.
Hunter i Phee spacerowali krętą ścieżką z kocich łbów, prowadzącą w dół
pod rusztowaniami wzniesionymi w ramach prac naprawczych -?prac, które
wkrótce będą niemożliwe do sfinalizowania, bo kończyły się tak zasoby,
jak i kredyty. Mimo wszystko pracownicy stukali młotami, piłowali i lutowali w nadziei, że wszystko ułoży się po ich myśli. Tacy już byli
mieszkańcy Pabu.
Hunter wraz z rodziną miotali się bez celu, gdy Phee sprowadziła ich do
tego wyspiarskiego miasta. Na wojnie rzadko kiedy zdarzały się dobre
momenty, ale Hunter zastanawiał się, czy najgorszym nadal nie był tamten
surrealistyczny dzień, gdy najwyższy kanclerz Palpatine rozkazał klonom,
by bezzwłocznie zlikwidowały każdego Jedi, u którego boku walczyli od
lat.
Utrata braci wskutek wymiany ognia z blasterów, detonatorów termicznych
czy torped protonowych to coś, czego oczekiwali. Strata z powodu
nieodpartego przymusu, by zdradzić druhów z pola bitwy, nie była czymś,
na co mógł się przygotować. Choć nawet to nie wydawało się tak
załamujące, jak ich brat Crosshair, który zdradził towarzyszy z własnej
woli, by postąpić jak na przykładnego żołnierza przystało.
Reszta o tym nie wiedziała, ale Huntera w snach zbyt często nawiedzali
Crosshair i polegli Jedi.
Przez jakiś czas radzili sobie, podejmując się bardzo ryzykownych zadań
za niskie stawki, podsuwanych im przez pozbawioną skrupułów Trandoshankę
Cid Scaleback za pośrednictwem galaktycznego półświatka. Mieli co do
gęby włożyć, ale z czasem ich relacje się pogorszyły, w miarę jak
zlecenia Cid stawały się coraz dziwniejsze i bardziej niebezpieczne. W końcu Hunter i reszta nie mieli innego wyboru, jak się od niej odciąć.
To, że tyle razy o włos uniknęli śmierci na szemranych misjach od Cid,
miało tę jedną zaletę, że Hunter stał się o wiele bardziej wybredny. Los
najemnika dawał mu więcej wolności, by kwestionować niepewne parametry
misji, niż w dniach spędzonych na walkach dla Nowej Republiki pod hasłem
"Posłuszni żołnierze wykonują rozkazy" -?nie żeby i wtedy był w tym
specjalnie dobry. Mimo wszystko...
-?Podejrzanie wygodne -?powiedział do Phee. Otworzył oczy i przerwał
przedłużającą się ciszę. -?Wyznawca tej całej wiary w Świętą Łupinę i Skałę, tak pobożny, że w zamian za pojedynczą relikwię zamierza
przekazać niestworzoną ilość materiałów budowlanych, gdy akurat
najbardziej ich potrzebujemy?
-?Pewnie ci powie, że to wcale nie wygodne, a uświęcone!
-?Pewnie tak -?odparł Hunter, choć nie powiedział, że by w to nie
uwierzył. -?Czemu to coś...
-?Moździerz -?doprecyzowała Phee.
-?Czemu niby ten moździerz jest taki ważny?
Hunter przyjrzał się artefaktowi, gdy Phee po raz pierwszy wspomniała o planie. Dla niego była to po prostu zwykła kamienna misa.
-?Wiem tyle, że jest prastary i święty. Wysoko postawieni kapłani
stosowali go podczas ceremonii. Mieszali w nim mikstury, które miały
zapewnić wyznawcom drogę do wyższych stanów świadomości. Czy to
rozumiem? Nie. Nigdy specjalnie nie interesowały mnie jakieś "siły
wyższe". Ale nie muszę niczego rozumieć, by to szanować.
Hunter przytaknął. Mądrze powiedziane. Galaktyka była tak rozległa, że
nie sposób było pojąć każdego cudu czy wierzenia. Jednocześnie miał
prawo kwestionować logistykę zadania, którego zamierzali się podjąć.
-?Gdy już wyzwolimy artefakt z aukcji, zajmiemy się tym drugim
zleceniem?
-?Tak. Zresztą tak łatwym, że szkoda do tego wracać.
-?Jeszcze nigdy nie widziałem, by taki szmal przychodził łatwo.
-?To Republika wam nie płaciła?
Hunter łypnął na nią z niedowierzaniem.
-?Tak myślałam. Więc masz na myśli ryzyko związane z pracą dla Cid. Ale
działanie na własną rękę to coś zupełnie innego. Zobaczysz.
Właśnie tego się obawiał. "Coś innego" nie musiało wcale oznaczać, że to
coś lepszego. Choć żołnierski fach pozostawiał wiele do życzenia, Hunter
doskonale wiedział, że nawet najlepsze plany potrafią wziąć w łeb.
Przyłapał Phee na tym, że się na niego gapi.
-?No co?
-?Snujesz katastroficzne wizje, co?
-?Ja... Nie.
-?Będzie dobrze, Hunter. Zobaczysz, po aukcji mi podziękujesz.
-?Za co?
-?Sam wspomniałeś, że taka okazja nadarza się w naszej największej
potrzebie. Zaczyna ci się podobać na Pabu. Wkrótce przekonasz się do
tego miejsca na dobre. Wiedziałam, że tak będzie.
Hunter się skrzywił. Phee była zbyt pewna siebie. Wcale nie czuł się do
niczego przekonany. Ani do tej misji, ani do samego Pabu. Ale zrobi, co
do niego należy.
Phee zauważyła jego minę.
-?Wiesz co? -?dodała. -?Nie ma na co czekać. Nie ma za co.
Rozdział drugi. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime Teraz
ROZDZIAŁ DRUGI
DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIMETeraz
Formalne -?i niewygodne -?przebranie było dla Techa próbą wytrzymałości.
Miał na sobie dopasowane ciemnoniebieskie spodnie oraz marynarkę w odcieniu ciemnego szkarłatu, a jej kołnierz sięgał tak wysoko, że klon
musiał się powstrzymywać, by za niego nie szarpać. Wcielał się w jednego
ze zgromadzonych tu kryminalistów i powinien czuć się swobodnie zarówno
w takim stroju, jak i miejscu. Nie zamierzał jednak już nigdy się godzić
na takie role, chyba że przebranie zostanie zmodyfikowane według jego
konkretnych wytycznych, a lista potencjalnych ulepszeń rosła z każdą
chwilą. Wychylił się ku Phee i podzielił się z nią głównym zażaleniem.
-?Swędzi mnie.
-?Nie swędzi -?odparła charakterystycznym już, pewnym siebie tonem. -
Czujesz się nagi bez zbroi. Choć muszę przyznać, że tak znacznie
bardziej ci do twarzy.
Zebrani komplementowali suknię Phee, mieniącą się drobniuteńkimi
elektrodami, zmieniającymi gradient zgodnie z paletą barw Techa.
-?Pasujemy tu, a co ważniejsze, wyglądamy olśniewająco -?ucięła temat. -
Weź to na klatę, Brązowooki.
Tech nie brał rzeczy "na klatę". Przez całe życie działał według
zmieniającej się hierarchii algorytmicznych równań, by podejmować
optymalne decyzje. Dane zapewniały opcje. Prawdopodobieństwo dawało
wybory. Wybór determinował działanie. Proste.
"Na klatę. Phi". Rzuciła to tak od niechcenia, że gdyby słowa te nie
padły z jej ust, byłyby obraźliwe. Podczas pracy z Phee Tech luzował
parametry -?choćby tylko po to, by zachować zdrowe zmysły. Zresztą
pozostawał czynnik X. Lubił działać w pobliżu Phee. Nie do końca
rozumiał dlaczego, co działało mu na nerwy. Nie potrafił rozwiązać
równania z dwoma niewiadomymi: sobą i nią. Zamierzał jednak próbować.
Spacerowali ramię w ramię po przepastnej sali bankietowej. Mijali
odzianych w garnitury strażników, pochodzących z różnych gatunków, i przechodzili od jednego wymyślnie udekorowanego piedestału do kolejnego.
Na każdej platformie -?prócz jednej -?spoczywał przedmiot, który tego
wieczora zostanie wystawiony na aukcji. Rodzinne klejnoty jakiegoś
upadłego rodu, miecz świetlny o wypolerowanej drewnianej rękojeści,
pokryty czymś, co w ocenie Techa było zakrzepłą krwią, i caridański
moździerz, z którego powodu się tu znaleźli -?niepozorna misa z szarawoczarnego kamienia, o krawędzi zdobionej złocistymi grawerami,
oświetlona i wystawiona powabnie z myślą o potencjalnych kupujących.
Spoczywała za laserową tarczą, skwierczącą w ramach niewypowiedzianego
ostrzeżenia: "Patrz, ale nie dotykaj".
Gdy stanęli przed moździerzem, Tech powiedział:
-?Większość współczesnych religii na Caridzie dzieli się na trzy
wyznania, a żadna nie stosuje praktyk, które wymagałyby takiego
moździerza. Sekty spod znaku Świętej Łupiny i Skały uważane są za
bierne, jeśli nie wymarłe.
-?Odrobiłeś lekcję -?uznała Phee.
-?Łatwo było pozyskać te informacje. Moździerz byłby sporą gratką dla
muzealników. Rzadki, choć nie bezcenny.
-?To dobrze, bo został wyceniony na określoną kwotę przez naszego
zleceniodawcę.
-?Rzadko się zdarza, by mieszkaniec Caridy wyznawał tę wiarę.
Phee zacisnęła szczękę.
-?Gadałeś z Hunterem, co?
-?Wiem, że nie jest przekonany do klienta, ale to nie dlatego o tym
wspominam. Chciałem ci pokazać, że w ramach wsparcia twojego planu i uwiarygodnienia przykrywki skompilowałem bazę danych na całe godziny
gadania o niczym.
Phee wyszczerzyła zęby.
-?Nienawidzisz gadania o niczym.
-?Porządne przygotowania przed misją, choć często niemiłe, są
standardem. -?Odchrząknął. -?Ale łatwiej mi idzie, gdy szanuję osobę
stojącą za misją.
-?Teraz to już mnie przedrzeźniasz -?odparła zadowolona. -?Chodź,
idziemy dalej.
Na piedestałach spoczywało jedenaście przedmiotów. Tylko jeden nie
wymagał osłony: migoczący hologram przedstawiający solidny czarny
sześcian. Na ekranie za obiektem widniały słowa: TAJEMNICZY PRZEDMIOT.
Obok przeszła para wysokich i przystojnych Falleenów. Ten gadzi gatunek
nosił się wręcz po królewsku. Ta konkretna para ceniła sobie jednobarwną
paletę odcieni. Obaj mieli na sobie długie szmaragdowe szaty o ton
jaśniejsze od zielonej skóry. Rysy twarzy i kręgosłupy zostały
zaakcentowane przez błyszczące klejnoty. Jeden z nich ostentacyjnie
podziwiał suknię Phee.
-?Cudowna! Klasyczny wygląd -?powiedział.
Phee przyjęła komplement z pełnym gracji ukłonem. Na pewno przekaże go
krawcowej z garderoby teatralnej na Pabu, która uszyła stroje dla całego
zespołu.
Drugi Falleen nie był pod wrażeniem wyglądu Techa, a już na pewno nie
jego wizjera.
-?Widziałeś tę nową sezonową linię wizjerów od A/KT Fashions? -?spytał
nieproszony z ledwie skrywanym jadem. -?To dopiero gadżeciki. Na każdą
okazję.
-?Nie miałem sposobności.
Tech taksował wzrokiem nieco niemiłego Falleena przez podrapane,
porysowane gogle, na których polegał od lat. Od niechcenia zapoznawał
się z danymi przelatującymi po wewnętrznych wyświetlaczach soczewek,
widocznymi tylko dla niego.
IMIONA: Kime i Trast Trod
ŚWIAT POCHODZENIA: Falleen
LEGALNA DZIAŁALNOŚĆ: Włókiennictwo
NIELEGALNA DZIAŁALNOŚĆ: Obrót błyszczostymem
SZACOWANY MAJĄTEK: 200 milionów kredytów
Informacje pochodziły z datakarty wypełnionej po brzegi szczegółami na
temat każdego z gości, przesłanymi za pośrednictwem zaszyfrowanych
kanałów przez znajomego Phee, Vena Almana. Komputer na przedramieniu,
umieszczony pod rękawem kurtki, przekazywał informacje na wyświetlacz.
Tech dysponował podobnymi danymi na temat każdej osoby, na której skupił
wzrok -?poza jedną.
Stojący osobno Muun nakładał sobie na malutki talerzyk treściwe
przystawki ze stołu bufetowego. Był niższy od reszty przedstawicieli
tego gatunku, z którymi Tech miał do czynienia. Jego bulwiastą głowę
zdobił modny złoty łańcuch. Matowa szara skóra wokół ust czerwieniała,
gdy się posilał. Gdy spoczął na nim wzrok Techa, to, co pojawiło się na
HUD-zie, było nieco niepokojące.
IMIĘ: ?
ŚWIAT POCHODZENIA: ?
LEGALNA DZIAŁALNOŚĆ: ?
NIELEGALNA DZIAŁALNOŚĆ: ?
SZACOWANY MAJĄTEK: ?
-?Wybacz, kochanie -?rzucił Tech, wtrącając się do rozmowy Phee z dwójką
Falleenów. -?Mogę na słówko?
Phee wykonała społecznie akceptowany gest na znak, że raczej już nie
wznowi rozmowy. Następnie wycofali się w najbliższy kąt, tak by
szeleszczący tłum utworzył naturalną barierę między nimi a kimkolwiek,
kto chciałby ich podsłuchać.
-?Komplikacje? -?zainteresowała się Phee.
Stuknęła palcem w miejsce za uchem i przełączyła komunikator na szerokie
pasmo, by usłyszała ją cała ekipa.
-?Niekoniecznie -?zaprzeczył Tech, choć zmarszczone brwi sygnalizowały
co innego. -?Otrzymałaś wyczerpujące dossier na temat wszystkich gości,
ale jest wśród nich Muun, o którym datakarta milczy. Obecnie zajada się
szaszłykami z tip-yipów.
Phee spojrzała Techowi nad ramieniem i zauważyła istotę, która go tak
zaniepokoiła.
-?I co z tego?
-?Kod wyprowadzający -?odparł beznamiętnym tonem Tech, co samo w sobie
nadało wagi jego wypowiedzi.
MEL-222 prychnęła z rozdrażnieniem przez komunikator.
Phee przewróciła oczyma.
-?Znów to samo? To nie powinno mieć znaczenia.
-?Kod został napisany w założeniu, że znamy wszystkich obstawiających. -
Tech nie dawał za wygraną. -?Że mniej więcej wiemy, co obstawią i ile
wynosi ich szacunkowy majątek. Każdy z tych czynników wpływa na równanie
określające to, ile kredytów możemy potencjalnie wyprowadzić z rachunków
depozytowych. Jeśli do kodu Mel wkradnie się wystarczająco duże
odchylenie...
MEL-222 zapiszczała.
-?Wiemy, że to mało prawdopodobne -?próbowała ją pocieszyć Phee.
-?Ale nie niemożliwe -?nalegał Tech.
Z dalekiego krańca sali dobiegło wysokie pim, pim, pim, gdy
licytator, postawny, niebieskoskóry Pantoranin, zastukał w kieliszek od
szampana szalenie modnym długim paznokciem.
-?Proszę o uwagę! Wybaczcie, że przerywam poczęstunek, ale wkrótce na
podium trafi pierwszy przedmiot naszej aukcji. Proszę dokończyć
transfery środków na rachunki depozytowe i udać się do przypisanych
państwu lóż w sali aukcyjnej. Nie będziecie chcieli przegapić tych
rzadkich antyków. I jestem pewien, że część z państwa zauważyła naszą
zapowiedź tajemniczego przedmiotu. Nie mogę ujawnić szczegółów, ale
napomknę, że to nie lada gratka dla kolekcjonerów egzotycznych i nietypowych zwierząt -?a wiem, że wśród państwa jest kilkoro takich
osób!
Istoty, które, jak zakładał Tech, były adresatami wypowiedzi,
zareagowały entuzjastycznie i uniosły kieliszki z szampanem.
-?A to jak wpływa na nasze szanse? -?spytał przez komunikator Hunter do
wtóru brzdęków z kuchni.
-?Szansa powodzenia nadal wynosi osiemdziesiąt dwa procent -?odparł
Tech.
-?Omego, melduj się -?poprosił Hunter.
-?Załadowałam kod na wszystkie osobiste datapady.
-?Dobra robota -?odparł Hunter. -?Wrecker, milczysz coś. Melduj się.
Ze stanowiska parkingowego dobiegł głos Wreckera.
-?Te wypasione śmigacze są maciupcie!
-?Podaj status misji! -?doprecyzował Hunter.
-?Wszystko gra. Nie powinniśmy mieć problemów z ucieczką.
-?To się dopiero okaże -?skwitował Hunter.
Goście przechodzili z sali bankietowej do lóż aukcyjnych w sąsiednim
pomieszczeniu, prowadzeni przez znudzonych strażników. Tech pracował na
komputerze umieszczonym na nadgarstku przez rękaw. Znał urządzenie tak
dobrze, że nie musiał na nie patrzeć.
-?Włamuję się do databanków domu aukcyjnego, by dowiedzieć się czegoś o tamtym Muunie. Pewnie nie ma dla nas znaczenia, ale i tak mnie to
zaciekawiło.
-?Lubisz być skrupulatny, co, Brązowooki? -?spytała ze szczerym
zainteresowaniem Phee.
-?Próbuję.
-?Informuj nas, Tech -?odezwał się Hunter. -?Kończmy to, ekipo.
W tle usłyszeli jeszcze głos zaniepokojonego droida kuchennego.
-?Tniesz je na kliny czy plasterki?
Hunter jęknął i się rozłączył.
-?Pewnie mnie teraz kocha -?stwierdziła Phee.
-?Przeżyje -?odparł Tech, po czym się skrzywił. -?Choć podejrzewam, że
jeszcze się nasłuchamy.
Tuż przed aukcją współpracownicy Omegi pozwolili sobie na krótką
przerwę, nim zaczną sprzątać salę bankietową i uzupełniać bufet.
Większość udała się na zewnątrz, by odbyć holorozmowę czy zapalić
cigarrę, Omega natomiast zaobserwowała, że kompromitująco rozproszeni
strażnicy gawędzą ze sobą. Trafiła się jej szansa, by podążyć za niskimi
droidami roboczymi o przypominających kowadła głowach, gdy te przenosiły
artefakty z piedestałów na miejsce sprzedaży. Maszyny udawały się tam
bezpośrednio, Omega zaś przechodziła z cienia w cień zgodnie z planem
domu aukcyjnego, pokonując tylne korytarze z wyjątkową pewnością siebie.
Hunter raz napomknął, że Omega ma w głowie kompas, który zawsze wskazuje
niebezpieczeństwo.
Dziewczynka znalazła się w pomieszczeniu technicznym pod centralnym
podestem. Tam przedmioty spoczęły na taśmociągu prowadzącym na kolumnę,
która miała je wynosić przez podłogę podczas aukcji. Droidy wyłączyły
osłonę laserową -?która wyraźnie była tylko elementem dekoracyjnym,
skoro tu, na tyłach, jakby brakowało środków bezpieczeństwa -?i zaczęły
układać fanty we właściwej kolejności. Przyklejały im numery porządkowe
do zeskanowania, aż na taśmociągu znalazło się ich dwanaście.
Spoczywające na modrych poduchach posążki, obrazy, wazony i klejnoty
były podświetlane punktowo. Caridański ceremonialny moździerz, po który
przybyła ekipa Omegi, czekał siódmy w kolejce.
Wśród artefaktów najbardziej rzucała się w oczy niepozorna skrzynia,
ostatnia na taśmie -?z pewnością zawierająca tajemniczy przedmiot. W sali bankietowej została przedstawiona w postaci hologramu, ale tu
spoczywała naprawdę, gotowa, by przyjrzeć jej się z bliska. Zdawało się,
że jest wykonana z półprzezroczystego szkła, ale nie wyróżniała się pod
żadnym względem. Gdy Omega wyściubiła głowę z kryjówki w cieniu, wydało
jej się, że ze środka dobiegło skamlenie.
-?Witajcie, zaprzyjaźnieni dostawcy niesamowitości! -?Po gmachu poniósł
się głos licytatora. -?Nazywam się Shimrin Rugard i tego wieczora będę
państwa gospodarzem. Przygotowaliśmy piękne eksponaty z myślą o państwa
rozkwitających kolekcjach.
Omega przybliżyła się, bez trudu unikając zajętych droidów. Zajęła
pozycję tuż na lewo od wzniesienia, skąd wszystko lepiej widziała. Sala
aukcyjna przypominała nieco arenę czy wnętrze innego imponującego
gmachu, który niedawno odwiedziła -?rotundę Senatu Galaktycznego na
Coruscant. Ma się rozumieć, że to pomieszczenie miało ułamek rozmiarów
tego ostatniego. Pojedyncze loże dla kilkudziesięciu licytujących nie
mogły się równać z gondolami przeznaczonymi dla tysięcy. Mimo wszystko
tutejsze stanowiska były zdecydowanie bardziej wystawne. Siedziska
wyłożono pluszem, a zasłony opadały z wysokiego sufitu aż po podłogę.
Omega zmrużyła oczy. Próbowała wypatrzyć lożę Techa i Phee, ale tylko
podest został oświetlony, a poza tym wszyscy byli skryci w cieniach.
-?Omego, gdzie cię wcięło? -?odezwał się przez komlink Hunter.
-?Jestem za kulisami -?wyszeptała. -?Zaczyna się aukcja.
-?Opuściłaś pozycję. Powinnaś czekać wraz z personelem, blisko twojej
drogi ucieczki.
-?Wrócę, gdy skończymy.
-?Wiesz, że nie tak działają nasze misje.
"A od kiedy nasze misje w ogóle działają?" -?miała spytać, ale
uświadomiła sobie, że mówiłaby źle o tej obecnej, a do tej pory szło im
niezgorzej. Hunter chyba zapomniał, że niemal zawsze przychodził taki
moment, gdy musieli improwizować. Może dzięki temu zapewniała sobie
przewagę!
-?Licytację zaczniemy od artefaktu nieznanego pochodzenia, pozyskanego z układu Quarzite -?oznajmił prowadzący. -?Nasi historycy sądzą, że to
zapewne bożek płodności.
Taśmociąg ruszył i osadził przedmiot na kolumnie. Ta zaczęła się powoli
unosić, aż wreszcie stała się widoczna dla licytujących. Niektórzy
westchnęli z podziwu. Oczom zebranych objawił się złoty totem o przesadzonych humanoidalnych cechach. Istota kucała, a jej powiększona
głowa kierowała się ku niebu. Usta wykrzywione były w wiecznym cichym
wrzasku.
-?Zaczniemy od kwoty stu tysięcy kredytów! -?oznajmił licytator.
Na jednej z wyższych lóż zaświeciło się zielone światełko.
-?A może ktoś da sto dwadzieścia pięć?
W ciemnościach pojawiło się kolejne zielone światełko.
Na oczach Omegi kwota stopniowo rosła. Dziewczynka uznała, że aukcje są
nudne. Wycofała się za kulisy i ponownie zainteresowała się czarną
skrzynią. Po wykonaniu swojej pracy droidy wycofały się na dobre, więc
Omega bez przeszkód podeszła do przedmiotu. I tak, im była bliżej, tym
głośniej z wnętrza dobiegały jęki. W ramę skrzyni wbudowany był panel
kontrolny. Pod jednym z przycisków widniał napis "przejrzystość". Czarne
szkło nagle stało się klarowne. Omega wybałuszyła oczy na widok tego, co
skrywało.
-?No hej! -?powiedziała.
Mieszkaniec skrzyni zawarczał i uderzył pięściami w ściankę.
Omega patrzyła na gundarka wielkości filiżanki do herbaty.
Istota miała może dwadzieścia pięć centymetrów wysokości, cztery ramiona
-?dwa długie i dwa krótkie -?i szesnaście pazurów. A do tego czerwoną
skórę, szerokie szczęki wypełnione połyskującymi kłami i szpiczaste
uszy, zapewniające doskonały słuch. Drapała najdłuższymi pazurami po
wnętrzu klatki w agresywnym pokazie, który sugerował, że nie zdaje sobie
sprawy ze swoich mikrych rozmiarów.
W Omedze zachwyt mieszał się z ledwie skrywaną wściekłością. Na Kamino,
gdzie nie brakowało biologicznych eksperymentów z pogranicza nauki, była
świadkiem prób na małą skalę, w toku których powstały zminiaturyzowane
wersje najbardziej drapieżnych istot w galaktyce. Rankory wielkości
filiżanek, malutkie smoki krayt i tak dalej. Wszystkie miały służyć za
oswojone trofea dla lekkomyślnych bogatych sponsorów. Działalność była
niszowa, traktowana bardziej jak hobby niż ekonomiczny napęd planety, bo
tym drugim było klonowanie. Okrutna praktyka, bo większość
zminiaturyzowanych zwierząt nie potrafiłaby przeżyć poza laboratorium -
małe rozmiary sprawiały, że z drapieżników stawały się ofiarami.
Gundark wydawał się silniejszy od miniaturek, które widziała wcześniej.
Gundarki normalnych rozmiarów były istotami o dużych zdolnościach
przystosowawczych. Omega miała nadzieję, że nikt nie usunął malcowi tej
cechy z kodu genetycznego.
Gundark znów zamachnął się gwałtownie na szkło, po czym chyba się
zmęczył próbami zdominowania Omegi. Zniechęcony usiadł na tylnych
łapach.
Omega nie mogła się pogodzić z bezbronnością emanującą od tej istoty.
Sięgnęła po ciastko, który capnęła z kuchni. Chciała się nim podzielić
po misji z Wreckerem, ale wyciągnęła go przed skrzynię. Zaciekawiony
gundark poruszył uszami.
-?Mogę na ciebie wołać Teacup? -?spytała Omega.
Gundark warknął obojętnie.
-?Głodny jesteś, co? -?Odnalazła przycisk otwierający klatkę. -?Obiecaj,
że będziesz cicho, a dostaniesz to.
Ma się rozumieć, że zwierzątko nie rozumiało, co do niego mówiła, ale w doświadczeniu Omegi nie było istoty, która nie znałaby pojęcia
życzliwości. Otworzyła klatkę.
Gundark stanął dęba, zdenerwowany i płochliwy. Omega włożyła ciastko do
klatki.
-?Jest twoje.
Zwierzątko zawahało się, po czym skoczyło przed siebie. Złapało przysmak
i wycofało się w daleki kąt klatki, gdzie zachłannie pochłonęło podarek.
-?Smaczne, co?
Gundark warknął na zgodę.
Omega usłyszała, że licytacja pierwszego przedmiotu dobiegła końca.
-?Lepiej się stąd zbierajmy. Idziesz ze mną?
Zwierzątko wyskoczyło z klatki na podłogę, a następnie skłoniło głowę w geście, które Omega wzięła za pełen wdzięczności pokłon. Wtedy jednak
pobiegło ku cieniom. Postanowiło samo odnaleźć drogę. Bo to kolejna
cecha gundarków -?są niezależne. To pocieszyło Omegę.
-?Poradzisz sobie.
Phee wychyliła się w loży, kładąc ręce na jej zewnętrznej krawędzi,
równie zaangażowana w aukcję, co fan szokboksu podczas walki o tytuł
mistrza. Mruczała coś niewyraźnie pod nosem.
-?Co ty wyprawiasz? -?spytał Tech.
-?Robię mentalne notatki. Tamta para wygadanych Falleenów właśnie
zdobyła bożka płodności -?oznajmiła zamyślona Phee. -?Dopiszę ich do
listy przyszłych wyzwoleń.
Loże zapewniały stosunkową prywatność. Znajdowali się poza zasięgiem
słuchu licytujących po obu stronach, więc Tech nie przejmował się
otwartymi planami pirackimi Phee. Cały czas jednak niepokoił się kwestią
tamtego Muuna, którego nadal nie odnalazł na najbardziej aktualnej
liście gości domu aukcyjnego. Przeprowadził rozszerzony skan
przyciemnionej sali, wiedział więc, gdzie obcy siedzi -?dwie loże dalej
w pionie i trzy w poziomie. Tajemnicza istota chciała wydać 250 tysięcy
kredytów na bożka, którego Phee zamierzała ukraść nabywcom w niedalekiej
przyszłości, ale poza tym był zagadką.
-?Następny... -?ogłosił prowadzący, wskazując drugi przedmiot i rozpoczynając licytację. Ten obiekt doprowadził do zaognionej bitwy
między czterema gośćmi, zakończonej niebagatelną sumą 725 tysięcy
kredytów. I tym razem Muun dokonał pojedynczej wczesnej przebitki na
kwotę 400 tysięcy kredytów, ale wycofał się, gdy cena wzrosła.
Ekscytacja i rywalizacja przybrały na sile podczas trzeciej i czwartej
licytacji o jakieś rodowe klejnoty i tamten zakrwawiony miecz świetlny.
Muun przebijał cenę, ilekroć gasł entuzjazm gości. Intuicja Techa
wyraźnie go ostrzegała.
Piąty przedmiot, abstrakcyjna rzeźba, z początku nie spotkał się z dużym
zainteresowaniem, ale koniec końców poszedł za 500 tysięcy kredytów -?i tym razem Muun zalicytował na zachętę.
Do tej pory pod młotek poszło pięć fantów. Nie było między nimi wielu
podobieństw. Każdy przyciągał inną grupę licytujących -?z wyjątkiem
stałej w postaci Muuna. Małe prawdopodobieństwo takiego zdarzenia
sprawiło, że Techowi zapaliła się w głowie lampka ostrzegawcza.
Wcisnął kilka klawiszy i przerwał przeszukiwanie listy gości domu
aukcyjnego. Przełączył na dokumentację personelu.
Prowadzący rozpoczął szóstą licytację, ale Tech nie śledził szczegółów,
bo znał już wzorzec. Gdy przedmiot został sprzedany, na kolumnie wzniósł
się ten, po który się tu zjawili. W tej samej chwili Tech ustalił
tożsamość Muuna.
-?Relikwia pochodzi z Caridy i była używana w ceremoniach religijnych
przez wieki, nim została nabyta przez nas. Jest to nie lada gratka dla
pobożnych wśród was... -?Na te słowa licytator zachichotał.
Tech ścisnął ramię Phee i rzucił przez komunikator:
-?Muun nie jest gościem. To pracownik domu aukcyjnego, kontrahent
odpowiedzialny za zapewnienie jakości.
-?Że niby kto? -?spytali jednocześnie Phee i Hunter.
-?Podbijacz -?wyjaśnił Tech. -?Sztucznie podbija stawki na korzyść domu
aukcyjnego. Im wyższa stawka, tym większa działka organizatorów.
Licytator rozpływał się w pochwałach na temat caridańskiego moździerza
jak pierwszorzędny sprzedawca. Hunter poprosił Techa o więcej
informacji.
-?A jak to zmienia naszą sytuację?
Widok smutnej miny na twarzy Phee świadczył o tym, że kobieta już wie,
ale wyjaśnił na potrzeby reszty.
-?Będziemy konkurować o nasz przedmiot. Muun już się o to zatroszczy.
Kredyty, które capnęliśmy reszcie gości, mogą nie starczyć, by zapewnić
nam wygraną.
-?No dobrze -?skwitował Hunter. Miało się wrażenie, że trochę mu ulżyło.
-?Skoro nie możemy wylicytować moździerza, opuścimy dom aukcyjny i odbierzemy przedmiot temu, kto go zdobędzie. To od początku była nasza
najlepsza opcja.
-?To od początku był plan awaryjny -?upomniała go Phee -?ale niech
będzie. Przekonajmy się, czy uda nam się jeszcze uratować Plan A. Jeśli
nie, zacznijcie opuszczać gmach. Ja i Tech zostaniemy do końca, by nie
wzbudzać podejrzeń.
Więc wszystko ustalone. Tech przygotował się na nudę, gdy licytator
ogłosił cenę wywoławczą za przedmiot, który później pewnie będą musieli
ukraść.
-?Zaczynamy licytację caridańskiego ceremonialnego moździerza od kwoty
stu dwudziestu pięciu tysięcy kredytów.
Takiej kwoty się spodziewali. I ktoś zareagował natychmiast: Phee.
A przynajmniej zrobił to jej datapad. Bo ona go nie dotknęła.
Tech i Phee usiedli prosto w fotelach, gdy pad zaświecił na zielono w tym samym czasie, co światełko na przodzie loży na znak, że wchodzą do
gry.
-?Mam sto dwadzieścia pięć. Kto da sto pięćdziesiąt?
Muun zrobił, co do niego należało, i podbił stawkę do stu
pięćdziesięciu. Niemal natychmiast datapad Phee zamigał na zielono i podniósł kwotę do stu siedemdziesięciu pięciu -?i to mimo że ani Phee,
ani Tech go nie dotknęli.
Tech rozmasował skronie, jakby chciał pozbyć się migreny.
-?Mel, uzupełniłaś program o procedurę automatyzującą po tym, jak go
przejrzałem. -?To nie było pytanie.
MEL-222 zabuczała przeciągle, ze wstydem.
Phee zacisnęła usta w cienką kreskę. Możliwe, że też czuła się
zakłopotana w imieniu droidki.
-?Oooj, rozpętała się nam bitwa! -?prowokował licytator. -?To kto da
dwieście?
Do gry wkroczył trzeci gość. Prawdopodobnie dał się ponieść emocjom, ale
datapad Phee w okamgnieniu podniósł kwotę do 250 tysięcy.
-?Szybko poszło -?skwitował z uniesioną brwią prowadzący.
Bo poszło. Tak szybko, jak szybko MEL-222 napisała wadliwy fragment
kodu.
Phee dotknęła komlinka.
-?Mel, wyłącz to.
Droidka zaśmiała się nerwowo.
-?Ale jak to nie możesz? -?zdziwiła się Phee.
Tech odsłonił komputer na przedramieniu, chwycił datapad i włamał się do
niego.
-?Co się dzieje? -?spytał Hunter.
-?Convor właśnie obsrał karoserię AV-15. Właściciel się wkurzy -?wtrącił
Wrecker.
-?Nie ty! Tech?
Tech przełączał się między ekranami i wpisywał komendy, jednocześnie
zdając raport z sytuacji, która nagle stała się niebezpieczna.
-?Kod Mel zawierał kilka podprogramów napisanych z myślą o wyciąganiu
kredytów z kont naszych nieświadomych dobrodziejów, tak żebyśmy mogli
ich przelicytować, na wypadek gdyby o przedmiot walczyli znani nam
goście. Zdaje się, że nieobecność podbijacza w pierwotnych założeniach
ujawniła błąd w programie.
-?Jakiego rodzaju?
-?Boję się zgadywać -?oznajmił nieszczerze Tech.
Nie widział sensu w drażnieniu Huntera czymś, co było nieuniknione.
Doskonale wiedział, dokąd to wszystko zmierza, a choć poczynił wszelkie
starania, by wykasować niezdarny kod droidki z systemu domu aukcyjnego,
wiedział, że mają tylko 4 procent szans na to, by uniknąć tego, co się
za chwilę wydarzy.
Muun podbił stawkę do 300 tysięcy. Brakowało zaledwie 50 do ich
ustalonego limitu.
-?Miejcie oczy dookoła głowy -?rzucił Tech. -?Zaraz zrobi się niewesoło.
Hunter przeklął.
Z ciemności nadciągnęła kwota 325 tysięcy, a potem kod MEL-222 -?teraz
już kompletnie pokiełbaszony -?podbił stawkę do 450. Zdecydowanie ponad
ich stary limit 400 tysięcy, choć mieściła się w nowym, bo jednocześnie
kod wyciągnął właśnie kolejne 350 tysięcy z różnych rachunków
depozytowych.
Kilka lóż zaczęło migać czerwienią na znak, że nie może uczestniczyć w dalszej walce, bo obecna kwota przewyższa środki na rachunkach. Zebrani
głośno jęczeli na znak, że musiało dojść do jakiejś pomyłki ze strony
samego domu aukcyjnego, bo przecież przelali na konta więcej kredytów,
niż wynikało to z datapadów.
Muun ponowił zagranie i podniósł stawkę do 500 tysięcy. Wtedy kompletnie
oszalały kod MEL-222 rzucił kwotą miliona kredytów -?po tym jak ściągnął
jeszcze więcej pieniędzy od pozostałych gości, co objawiło się
następnymi migającymi na czerwono światłami, gdy kolejne rachunki ni
stąd, ni zowąd zostały wyzerowane.
Muun i licytator zorientowali się, że ktoś ich kantuje. Liczni goście
głośno protestowali przeciwko utracie funduszy. Nikt nie próbował
przelicytować datapada Phee. A mimo to... kod znów podbił stawkę do
pięciu milionów kredytów, czym opróżnił do szczętu resztę rachunków.
Teraz w przyciemnionej sali wszystkie loże migotały na czerwono prócz
tej Phee i Techa. Po jej zewnętrznej stronie świeciło zdrowo zielone
światełko.
Wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę.
Tech nie mógł się powstrzymać.
-?Mogłem sam wklepać ten kod.
MEL-222 taktownie milczała.
Phee westchnęła.
-?Omego, nadal jesteś za kulisami? -?spytała.
-?Pewnie!
-?Dobrze. Weź wszystko, co wpadnie ci w ręce, gdy my będziemy przejmować
moździerz. Dzięki!
Uszczęśliwiona dziewczynka nie potrafiła opanować ekscytacji.
-?Tak jest! Plan C!
Rozdział trzeci. Dom aukcyjny Piproo, Hosnian Prime
ROZDZIAŁ TRZECI
DOM AUKCYJNY PIPROO, HOSNIAN PRIME
Na zewnątrz zmierzchało. Ożyło miejskie oświetlenie, roztaczające iluzję
pomniejszych gwiazdozbiorów, budzących się na elewacjach gmachów, tak
niskich, jak i strzelistych, aż po widnokrąg. Gdy ciemniało, Wrecker
wydał spóźnionej parze kod odbioru śmigacza, po czym zasiadł za sterami
ich smukłego C-B7 Interceptora i popędził ku ustalonemu mniejszemu
lądowisku na tyłach domu aukcyjnego.
Wrecker przyglądał się panoramie z fotela pilota przymałego śmigacza
sportowego. Zachwyt jednak szybko przeszedł w wąskie, celowe skupienie,
gdy wzmożona rozmowa w słuchawce zakończyła się słowami Omegi:
-?Tak jest! Plan C!
Wyskoczył ze śmigacza, a że ten stał się lżejszy, repulsor uniósł go
nagle o kilka centymetrów. V-ka, kanciasty, paliwożerny model cywilny
wojskowego V-kołowca, którym przybyli tu Tech i Phee, zaparkowany był
trzy rzędy dalej. Wśród smukłych luksusowych jednostek na parkingu
odstawał jak piaskoczołg. I z tego właśnie powodu misja wymagała kogoś w rodzaju parkingowego -?by nie wzbudzało to pytań, a maszyna była gotowa
do odlotu, na wypadek gdyby zrobiło się gorąco.
Wrecker zmierzał ku V-ce, przeskakując po śmigaczach. Niektórym
jednostkom dopisało szczęście i klon odbił się ogromnym buciorem od
fotela. Reszta dostała piętą w karoserię. Wrecker pozostawiał po sobie
drogie do usunięcia wgniecenia, z których potem trudno się będzie
wytłumaczyć prawdziwym parkingowym. Bywa.
Dotarł do V-ki i zasiadł za sterami jednostki, by przygotować się do
krótkiego lotu do punktu zbornego przy tylnym wyjściu z domu aukcyjnego,
gdy drugi parkingowy -?smukły, nieokrzesany humanoid o brązowych jak
brud włosach i uszkodzonej od słońca skórze -?wbił się na tor lotu
Wreckera przed V-kę i zaparkował zbyt blisko przedniego zderzaka,
blokując drogę. Wyskoczył z maszyny. Gwizdał pod nosem, wolny od
wszelkich trosk.
Wrecker wychylił się od strony pilota.
-?Ej, daj mi nieco miejsca, żebym mógł wylecieć.
-?Po co? -?zdziwił się parkingowy, gdy spojrzał na datapad. -?Nie widzę
kodu odbioru?
-?Muszę przeparkować kilka śmigaczy. Zwolnić nieco miejsca.
-?Gdzie tam! Nie ruszamy śmigaczy, gdy już stoją, chyba że spłynie kod
odbioru od właściciela. To twój pierwszy dzień w robocie?
Wrecker się skrzywił.
-?Można tak powiedzieć.
-?Pozwól, że cię uspokoję. Tej jednostce dobrze tam, gdzie jest.
Parkingowy ruszył w drogę. W przeciwieństwie do Wreckera.
Wywołał ekipę.
-?Dajcie znać, gdy będziecie przy wyjściu. I dajcie mi dwadzieścia
sekund.
-?Zgoda -?potwierdził Hunter między jękami wysiłku.
W tle rozbrzmiewało coś, co brzmiało jak przerażone krzyki.
-?Tak jest! Plan C!
Hunter zerwał fartuch, zadowolony, że to koniec tej szopki. Gdy droid
kuchenny próbował go skarcić, klon zarzucił mu na głowę poplamiony
joganami strój i przykrył układ optyczny. Droid zaczął wymachiwać
wieloma ramionami, by się uwolnić, a jednocześnie zbliżał się w stronę
Huntera. Co normalnie nie byłoby problemem, tyle że w tamtej chwili
wirujące ramiona droida trzymały różne ostre przedmioty.
Hunter uchylił się w bok przed nadlatującym od góry tasakiem, po czym
przykucnął, by uniknąć horyzontalnego zamachu nożem. I w tej pozycji
wcisnął palce między gąsienice droida, podniósł go i wrzucił do beczki z obierkami joganów, gdzie nieszczęśnik zaczął się rzucać z jękiem. Hunter
czym prędzej opuścił kuchnię do wtóru oklasków ze strony volpaiskiego
pomywacza, ikkrukkiańskiego cukiernika i wszystkich pozostałych
pracowników, którzy mieli dość pretensji maszyny.
W drodze przez salę bankietową i tylne korytarze Hunter uruchomił
komunikator.
-?Omego, gdzie jesteś?
-?Opuszczam kulisy -?zameldowała pełnym wysiłku głosem.
Znając Omegę, pewnie wzięła do siebie prośbę Phee i chwyciła dosłownie
wszystko, co mogła.
-?Znajdę cię.
Korytarze w głębi domu aukcyjnego nie były skomplikowane, szczególnie
dla kogoś obdarzonego takimi talentami jak Hunter. Odnalazł Omegę, gdy
dziewczynka wycofywała się szerokimi drzwiami, ciągnąc za sobą ciężką
skrzynię z transpastali, wypełnioną niezliczonymi błyskotkami. Jej
czarna peruka była przekrzywiona, więc musiała ciągle dmuchać, by włosy
nie wpadały jej do oczu. Gdy zauważyła Huntera, zerwała perukę i cisnęła
nią w kierunku, z którego przybyła.
-?Pomożesz?
Klon zatrzymał się i otaksował wzrokiem zebrane przez nią fanty:
medalion, coś na kształt pradawnego pergaminu oraz posążek z kamienia i metalu, który zdawał się być najcięższą rzeczą w skrzyni. Dla Omegi było
to sporo, ale Hunter bez trudu sobie poradził -?zapakował pojemnik na
ramię. Dopiero wtedy zauważył szereg wykonanych laserowo otworów.
-?Klatka? -?spytał.
-?Tak.
-?Chcę wiedzieć?
Omega wzruszyła ramionami, a potem przed nimi wyrosła para kotowatych
strażników rasy Cathar, o złośliwie napiętych ciałach. Mieli na sobie
granatowo-czarne stroje. Warczeli przez zaciśnięte zęby, a w zakończonych pazurami dłoniach dzierżyli elektropałki. Zważywszy na
dziwne wybrzuszenia pod ubiorem, mieli przy sobie też podręczne
blastery.
-?Stać! -?zawołał jeden.
Niedobrze. Ciasne korytarze, brak zbroi. Catharowie byli zawziętymi
wojownikami, szybkimi i silnymi. Hunter domyślał się, że mógłby ich
pokonać, ale nie przyszłoby mu to wcale łatwo -?ani szybko. A teraz nie
mieli chwili do stracenia. Ciągle ten sam szajs.
Hunter przygotował się, by zaszarżować na strażników, korzystając ze
skrzyni z artefaktami w charakterze zaimprowizowanego tarana, gdy z okolicy jego kostek dobiegł cichy, choć drapieżny warkot. Spojrzał w dół
i mignęła mu czerwona skóra.
-?Teacup! -?zawołała Omega. -?Uważaj!
Maciupeńka istota zaszarżowała na najbliższego Cathara, wybiła się w powietrze na dużą odległość i czterema umięśnionymi ramionami uczepiła
się kolana przeciwnika w geście, który na pierwszy rzut oka sprawiał
wrażenie delikatnego przytulasa.
Hunter jako pierwszy usłyszał chrupiącą kość -?może z wyjątkiem
wrzeszczącego Cathara, który nagle nawiązał niezwykle intymną relację
z... gundarkiem miniaturką?
"To ci dopiero..." -?skwitował w duchu Hunter, który wiele już widział,
ale czegoś takiego jednak nie.
Drugi strażnik zamachnął się na gundarka elektropałką, ale zwierzę
uniknęło ciosu. Elektropałka wyemitowała swój ładunek w rannego
strażnika i ten natychmiast stracił przytomność -?co w tej sytuacji było
dla niego zbawienne.
Gundark ponownie skoczył, tym razem ku twarzy stojącego przeciwnika.
Hunter obrócił się i zmusił Omegę, by poszła w jego ślady, bo nie
chciał, aby dziewczynka widziała tę scenę.
-?Chodź, tędy!
Więc pobiegli alternatywną trasą wiodącą ku punktowi zbornemu. Hunter
wyjątkowo był zadowolony, że on i ten mały gundark mają wspólnego wroga
-?przynajmniej dzisiaj.
-?Tak jest! Plan C!
Tech ściągnął ograniczający mobilność strój, podczas gdy Phee dobyła
niewielkiego ostrza spod rąbka sukni. Przecięła ją od uda po kostki,
odsłaniając noszone pod spodem legginsy i zapewniając sobie większą
swobodę ruchów. Zacisnęła zęby na ostrzu i zaczęła splatać warkocze w bardziej praktyczny wysoki kok.
-?Idziemy? -?spytał Tech.
-?Idziemy -?potwierdziła.
Zeskoczyli z loży do kolejnej, jeden poziom niżej. Repulsor zafalował,
reagując na nagłą zmianę ciężaru, ale wrócił do równowagi, gdy Tech i Phee znów skoczyli w dół.
Po kilku takich ruchach znaleźli się na podeście, skąpani w blasku
czerwonych świateł, godnym małej galaktyki. Z tła dobiegały szepty
zezłoszczonych gości, teraz już świadomych, że zostali obrabowani.
Licytator był zbulwersowany.
-?Co wy najlepszego ro...
-?I w tym miejscu panu przerwę -?oświadczyła Phee, a jej głos został
wzmocniony przez mikrofon w klapie jego marynarki. -?Nikt z was nie ma
praw do artefaktów wystawionych na aukcji. Dlatego zamierzam zdjąć z was
ten niewątpliwie duży ciężar wyrzutów sumienia, nim poczujecie winę, że
ograbiliście inne kultury z ich skarbów. Nie ma za co.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki