Rozdział 1
Łączność na jednostkach takich jak gwiezdny niszczyciel "Chimaera" -
zarówno komunikaty przychodzące, jak i wychodzące - klasyfikowano według
wielu różnych statusów oraz poziomów bezpieczeństwa. Każda z wiadomości
miała przypisany specjalny kod określający jej priorytet, który stanowił
jednocześnie o tym, do kogo ma trafić i w jaki sposób należy ją
potraktować.
Komodor Karyn Faro znała je wszystkie na pamięć. Jakimś cudem jednak w jej umyśle uchowała się mała cząstka, która pomimo wielu lat wpajania
imperialnych zasad i przepisów uparcie stosowała wobec tych kodów własny
system, klasyfikujący je według barw.
Sygnały identyfikacyjne wysyłane przez pobliskie statki oraz nadchodzące
z baz, od których dzielił ich średni dystans - standardowe kwestie,
którymi zajmowali się młodsi oficerowie - miały w jej skali odcienie
zieleni lub błękitu. Niewielki procent bardziej priorytetowych
komunikatów oraz raportów z Coruscant - znanego obecnie w kręgach
biurokratycznych jako Imperial Center - postrzegała jako paletę żółci i oranżów. Ich przetwarzanie należało do obowiązków wyższych stopniem
oficerów "Chimaery". Nieliczne wiadomości o najwyższym priorytecie lub
te ściśle poufne, pochodzące od starszych admirałów z kręgów najwyższego
dowództwa trafiały do rąk samej Faro i były oznaczane przez nią kolorami
ciemnej czerwieni i purpury.
Była też jeszcze jedna kategoria - te naprawdę rzadkie informacje spoza
oficjalnego łańcucha dowodzenia floty, kierowane bezpośrednio do
wielkiego admirała Thrawna. Te miały dla niej barwę nieprzeniknionej
czerni.
I nigdy nie wróżyły nic dobrego.
- Pański program produkcji TIE defenderów jest zagrożony - oświadczył
wielki moff Tarkin.
Ponieważ hologram Tarkina był zwrócony do niej tyłem, stojąca w biurze
Thrawna Faro nie dostrzegała wyrazu twarzy imperialnego dygnitarza. Nie
musiała jednak - wystarczyło, że widziała oblicze samego Thrawna. Ledwie
zauważalne stężenie rysów twarzy błękitnoskórego admirała sprawiło, że
po jej plecach przebiegł zimny dreszcz.
- Orson Krennic wykazał się nadzwyczajną wręcz siłą perswazji - ciągnął
Tarkin - jeśli chodzi o przekierowanie środków do własnego projektu
znanego jako Gwiazdeczka.
- Imperator zapewnił mnie, że wspiera mój plan - odpowiedział Thrawn.
Faro zauważyła, że admirał znów się kontroluje, a głos ma spokojny jak
zwykle. Brzmiały w nim jednak nuty, których nie słyszała u niego nigdy
wcześniej. Imperatora i Thrawna łączyła niezwykła więź, której początki
sięgały pierwszej wizyty wielkiego admirała na Coruscant. Krążyły
plotki, według których szczególnie podczas tych pierwszych lat po tamtym
brzemiennym w skutki spotkaniu obaj znikali na długie godziny w pałacowym centrum planowania strategicznego, w towarzystwie zaledwie
garstki wybranych ze ścisłego dowództwa admirałów i zaufanych moffów, i prowadzili długie rozmowy na nieznane nikomu tematy. Jeśli Krennic
zamierzał igrać z jednym z faworytów Imperatora, to stąpał po bardzo
kruchym lodzie.
Nie mówiąc już o tym, że decydując się na tak ryzykowny - i zwyczajnie
głupi - krok, narażał także samo Imperium. Linia produkcyjna TIE
defenderów, którą Thrawn uruchamiał na leżącej na Zewnętrznych Rubieżach
planecie Lothal, miała na celu zapewnienie im najlepszych myśliwców,
jakie będzie oglądać galaktyka: maszyn szybkich, zwrotnych, silnie
uzbrojonych, a także - co stanowiło radykalną zmianę w stosunku do
wszystkich ich poprzedników - wyposażonych w osłony i hipernapęd.
Będących w stanie poradzić sobie z każdym zagrożeniem: nawet najlepiej
wyekwipowanym gangiem piratów czy nieskłonnym do współpracy układem
gwiezdnym. Mogących też bez trudu rozprawić się z rozpełzającym się
stopniowo rebelianckim plugastwem.
Pozbawione defenderów Coruscant czekałaby długa i żmudna walka na
wszystkich tych trzech frontach. Z tymi maszynami Imperium byłoby zaś
niepokonane...
- W moich oczach projekt dyrektora Krennica stanowi na razie niekończące
się źródło wydatków i wymówek - zauważył Tarkin. - Jeśli produkcja
defenderów ma nadal trwać, musi pan przedłożyć tę kwestię bezpośrednio
samemu Imperatorowi. Zaaranżowałem już spotkanie...
- Wyruszam natychmiast, gubernatorze Tarkin - zapewnił Thrawn.
Holoprojekcja zniknęła, a wielki admirał dotknął przycisku na module
komunikatora.
- Pani komandor, proszę poinformować gubernator Pryce, że lecę na
Coruscant - rzucił do mikrofonu. - Dokonać skoku w nadprzestrzeń, gdy
tylko kurs zostanie wytyczony.
Kiedy uzyskał potwierdzenie przyjęcia rozkazu z mostka, wbijał przez
chwilę wzrok w blat biurka, jakby rozważając w myśli dostępne opcje. W końcu spojrzał na Faro.
- Pani komodor - przemówił z powagą. - Czy to raport łączności, o który
prosiłem?
- Tak jest, sir - potwierdziła Faro, podchodząc do niego i podając mu
datapad. - Obawiam się, że nie udało nam się znaleźć żadnych
prawidłowości...
Thrawn spojrzał na ekran komputerowego notatnika i przez chwilę
przyglądał się w milczeniu liczbom. Faro obserwowała go, zastanawiając
się, czy Chiss również - podobnie jak ona - sądzi, iż komandor Eli Vanto
zdołałby wysnuć jakieś sensowne wnioski na podstawie bezładnego,
zdawałoby się, zestawienia terminów, godzin i częstotliwości, które
dostarczyła admirałowi. Chłopak bez dwóch zdań miał smykałkę do takich
rzeczy.
Jednak Vanto zaginął - pewnego dnia zniknął po prostu bez śladu z pokładu "Chimaery". I chociaż żywo spekulowano na temat aktualnego
miejsca jego pobytu, obstawiając różne lokalizacje: od Dzikiej
Przestrzeni, poprzez pałac imperialny, w którym Vanto miałby działać
jako członek tajnej grupy planowania, aż po scenariusz, według którego
dryfował martwy głęboko w przestrzeni kosmicznej, to prawda była taka,
że nikt nie wiedział, co się z nim właściwie stało.
Swego czasu Faro próbowała nawet wypytywać o to wielkiego admirała
Thrawna. Odpowiedział jej uprzejmie, ale stanowczo dał przy tym do
zrozumienia, że nie powinna nigdy więcej poruszać tego tematu.
Gdyby jednak to ją spytano o zdanie, to z uwagi na słabość Thrawna do
swojego byłego asystenta, a także łączącą ich więź o charakterze
nauczyciel-uczeń, która wytworzyła się między nimi, gdy wielki admirał
przekazywał mu wiedzę i śledził rozwój jego kariery, sądziła, że z dużym
prawdopodobieństwem Vanto po prostu nie żyje. Nie przychodził jej do
głowy żaden inny powód, dla którego chłopak miałby porzucać "Chimaerę"
bez słowa wyjaśnienia.
- Być może rebelianci są po prostu przesadnie ostrożni - skomentował
Thrawn, oddając jej datapad. - Równie dobrze jednak możemy mieć do
czynienia z sytuacją, w której grupa planująca odbicie Hery Syndulli
jest na tyle mała, że nie ma potrzeby komunikowania się ze sobą
otwartymi kanałami.
Faro mimowolnie wykrzywiła usta. Owszem, grupa rebeliantów, którzy
planowali uwolnienie Syndulli z bloku więziennego gubernator Pryce, była
z pewnością niewielka, ale to wcale nie znaczyło, że można ją lekceważyć
- chociażby dlatego, iż należał do niej między innymi były Jedi Kanan
Jarrus, a także młody, aspirujący Jedi Ezra Bridger.
Przemknęło jej przez myśl, iż w pewien pokrętny sposób byłoby lepiej,
gdyby Syndulla zginęła wraz z resztą swojej eskadry X-wingów podczas
nieudanego ataku na Lothal, w walce przeciwko "Chimaerze" i reszcie sił
Thrawna. Więźniowie bywali pod wieloma względami przydatni, jednak
stanowili również punkty newralgiczne i potencjalnie zapalne, prowokując
przeciwnika do podjęcia nowych, wymierzonych w Imperium działań.
Komodor nie miała żadnych wątpliwości, że gdyby decyzje w tej sprawie
podejmował Thrawn, przekułby to ryzyko w środki, które można by z powodzeniem wykorzystać do walki z rebeliantami. Niestety, więzień
pozostawał pod kuratelą Pryce, a ona nie dorównywała inteligencją
wielkiemu admirałowi. Brakowało jej także jego subtelności i zdolności
strategicznych.
Co gorsza, Pryce pozwoliła sobie na emocjonalne zaangażowanie się w całą
tę sprawę - potraktowała ataki rebeliantów na jej planetę osobiście, co
w skrócie oznaczało tyle, iż myślała sercem zamiast głową. Sytuacja, w której Lothal zostanie pozbawiony uwagi, wpływów i doradztwa Thrawna
choćby na kilka dni, mogła skutkować klęską. W najgorszym wypadku
Syndulla zginie, nie przydając się Imperium kompletnie na nic, to zaś
oznaczałoby trwonienie cennych środków. Wyglądało jednak na to, że Pryce
zupełnie się tym nie przejmowała.
- Jak się domyślam, nie pochwala pani mojej decyzji o podróży na
Coruscant? - przerwał jej rozmyślania wielki admirał.
- Owszem, sir - potwierdziła otwarcie Faro. Thrawn już dawno nauczył się
trafnie odczytywać jej mimikę i język ciała, ona zaś pogodziła się z tym
i nauczyła się nie reagować na to paniką. - Wątpię, by gubernator Pryce
zdawała sobie sprawę z tego, co wynika z faktu posiadania kontroli nad
kimś takim jak Syndulla. Jeśli Jarrus i jego zespół postanowią ją odbić,
wątpię, by Pryce zdołała ich powstrzymać.
- Racja - potwierdził Chiss. - Z drugiej jednak strony, utrata Syndulli
będzie stosunkowo niewielką porażką. W przeciwieństwie do skasowania
programu TIE defenderów, która to decyzja może okazać się katastrofalna
w skutkach. Jeśli projekt dyrektora Krennica skupia się na tym, czego
jak przypuszczam, dotyczy, stanowi krótkowzroczne w ujęciu strategicznym
podejście - zarówno do kwestii wojskowości ofensywnej, jak i defensywnej. Jeżeli Krennic rzeczywiście przekonał Imperatora, by
zaprzestał finansowania defenderów... będzie to miało znaczący wpływ na
przyszłość całego Imperium.
- Tak jest, sir - odparła Faro. Wiedziała, że lord Vader również
interesował się programem produkcji defenderów, szczególnie po tym, jak
miał okazję zasiąść za sterami jednego z nich podczas walki z siłami
Grysków na terenie Nieznanych Regionów, i fakt ów zdecydowanie powinien
przemawiać na korzyść Thrawna.
Niestety Vader był również głosem i prawą ręką Imperatora. A skoro on
przestał patrzeć łaskawym okiem na defendery, to nie mogli już liczyć na
wsparcie Mrocznego Lorda.
Moduł łączności rozbrzmiał sygnałem połączenia przychodzącego.
- Panie admirale, tu mostek - dobiegł z głośnika głos komandor Hammerly.
- Właśnie otrzymaliśmy nowy zestaw współrzędnych punktu zbornego od
gubernatora Tarkina. Mamy wytyczne, by spotkać się z nim na pokładzie
"Firedrake'a", przebywającego aktualnie w układzie Sev Tok.
Po twarzy Thrawna przemknął ledwie zauważalny cień.
- To... ciekawe - stwierdził z namysłem. - Czy gubernator wspomniał o potencjalnym udziale Imperatora w spotkaniu?
- Nie, sir, nic nie mówił na ten temat - odparła Hammerly. - Jednak z wiadomości wynika, że obecni będą dyrektor Krennic i jeszcze kilka
innych osób. Sprawdziłam jej pochodzenie. Nie ma żadnych wątpliwości:
zarówno komunikat, jak i współrzędne pochodzą od samego Tarkina.
- Doskonale, pani komandor - skwitował Thrawn. - Proszę zmienić
odpowiednio kurs i gdy tylko będziemy gotowi, przyśpieszyć do
nadświetlnej.
- Tak jest, sir.
Thrawn się rozłączył.
- Co pani o tym sądzi, pani komodor?
- Strasznie to wszystko... tajemnicze - zauważyła Faro, wywołując na ekran
swojego datapada informacje dotyczące "Firedrake'a". Imperialny gwiezdny
niszczyciel, okręt flagowy wielkiego admirała Balanhaia Savita i jego
Trzeciej Floty. - Jeśli Tarkin koniecznie chce się spotkać na pokładzie
gwiezdnego niszczyciela, to dlaczego nie tu, na "Chimaerze"?
- Jestem pewien, że ma ku temu powody - odpowiedział wielki admirał. -
Jak zwykle zresztą.
Głośniki monitorów repetycyjnych w biurze rozbrzmiały ostrzegawczym
brzęczykiem: "Chimaera" rozpoczęła lot.
- Tak jest, sir - bąknęła Faro. - Za pańskim pozwoleniem, admirale,
chciałabym teraz wrócić na mostek i sprawdzić kilka rzeczy...
- Oczywiście, pani komodor - przyzwolił Thrawn. - Jak mniemam, czuje
pani ulgę, że przynajmniej jeden z nękających panią problemów został
rozwiązany?
Faro zmarszczyła czoło.
- Sir?
Odniosła wrażenie, że rysy jego twarzy stwardniały.
- Wygląda na to, że koniec końców nie lecimy na Coruscant.
- Admirale?! - zawołał kapitan Boulag z kładki dowodzenia gwiezdnego
niszczyciela "Firedrake". - Prom dyrektora Krennica zadokował właśnie w hangarze.
- Przyjąłem! - odkrzyknął wielki admirał Savit z rufowego mostka,
krzywiąc się pod nosem. Wprowadzane na ostatnią chwilę zmiany w planach,
wysoko postawione persony, przybywające niespodziewanie na pokład jego
statku... Polityka na polityce i polityką poganiana, całkiem jakby w szeregach Imperium odrodziła się na powrót Republika, ze wszystkimi jej
niedoskonałościami i bolączkami.
- Sprawia pan wrażenie niezadowolonego, admirale - zauważył siwowłosy,
chudy mężczyzna stojący przy konsoli łączności.
Savit obejrzał się na niego. Jak już dawno stwierdził, ze wszystkich
graczy na imperialnej planszy politycznej, to właśnie on, wielki moff
Tarkin, był najgorszy.
- Szczerze wątpię, by moje nastroje plasowały się jakoś szczególnie
wysoko na liście priorytetów Imperatora, kiedy postanowił przenieść
miejsce spotkania z Coruscant na pokład "Firedrake'a" - odparł z przekąsem.
Tarkin podniósł leciutko brwi.
- A powinny?
Savitowi drgnęła warga. O tak, to była polityka w jej najgorszym
wydaniu... ale przynajmniej Tarkin miał poczucie humoru.
- Oczywiście, że nie - parsknął. - Zadaniem zarówno "Firedrake'a", jak i moim jest służyć Imperatorowi, a także Imperium, na którego czele stoi.
- Jak nas wszystkich - dopowiedział Tarkin. - Mam również absolutną
pewność, że Imperator nie chciałby marnować naszego cennego czasu,
prosząc uczestników spotkania o podróżowanie aż na Coruscant. Obecna
lokalizacja "Firedrake'a" stanowi zapewne czynnik, który miał kluczowe
znaczenie dla jego decyzji.
Savit nadstawił uszu. "Kluczowe znaczenie"?
- Oczywiście - zgodził się. - A inne?
Tarkin skwitował to wścibstwo bladym uśmiechem, po czym spojrzał nad
jego ramieniem na główną część mostka.
- Proszę mi powiedzieć, admirale, co pan sądzi na temat projektu
Gwiazdeczka?
- To... ciekawe pytanie - odpowiedział ostrożnie Savit, odruchowo
przestawiając umysł w tryb obronny. Projekt hołubiony przez Imperatora,
duma i chluba Krennica, ciche zainteresowanie Tarkina... - To bardzo
śmiałe i niespotykane dotąd podejście do kwestii imperialnego
bezpieczeństwa - oznajmił, z namysłem dobierając słowa. - Z niecierpliwością czekam na jego realizację.
- Jak my wszyscy - powtórzył Tarkin. - Jednakże w jego przypadku
występują jednocześnie pewne... problemy, szczególnie dotyczące alokacji
funduszy. Czy kojarzy pan projekt produkcji TIE defenderów wielkiego
admirała Thrawna?
- Poniekąd - przyznał Savit. - Widziałem plany, jednak nie miałem okazji
oglądać tych myśliwców w akcji.
- Thrawn jest święcie przekonany, że flota imperialna potrzebuje jego
defenderów - stwierdził Tarkin. - Nie jest również tajemnicą, iż
Imperator darzy go dużą estymą. Mimo to opowiada się również silnie za
potrzebą realizacji Gwiazdeczki.
- W rzeczy samej - zgodził się Savit. - Obaj jesteśmy zapracowanymi
ludźmi, gubernatorze. Czego dokładnie pan ode mnie oczekuje?
Tarkin zmarszczył przelotnie czoło, studiując uważnie twarz swojego
rozmówcy.
- Czy potrafi pan dochować tajemnicy, admirale?
Savit nie zdołał powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu.
- Ależ oczywiście.
- Mam powody, by wierzyć, że spotkanie, które odbędzie się niebawem,
zakończy się... rywalizacją - oświadczył Tarkin. - A konkretnie między
dyrektorem Krennikiem a admirałem Thrawnem.
- Zapowiada się w takim razie przednia rozgrywka - skwitował Savit. -
Któremu z nich mam kibicować?
- Thrawn to dumny oficer - odparł z namysłem Tarkin. - Skuteczny, bardzo
uzdolniony, lecz bez dwóch zdań hardy. - Kolejny nikły uśmiech. -
Podobnie jak pan, admirale. Nigdy nie poprosiłby o pomoc, nie mówiąc już
o jej przyjęciu.
- Gdybym jednak znalazł jakiś sposób na udzielenie mu wsparcia... bez jego
wiedzy? - podsunął Savit.
- Sądzę, że podobna pomoc miałaby ogromne znacznie dla Imperium -
zauważył z powagą Tarkin.
"A przynajmniej - pomyślał zjadliwie Savit - ogromne znaczenie dla
ciebie, gubernatorze".
Mimo to właśnie takie były reguły podobnych gier, czyż nie? A poza tym
wszystko, co mogło zepchnąć zarówno Krennica, jak i jego projekt o kilka
szczebli w dół na drabinie imperialnych priorytetów stanowiących
przedmiot tej rozgrywki, było jego zdaniem miłym jej urozmaiceniem.
- Rozumiem - powiedział. - Teraz jednak muszę pana przeprosić. Dyrektor
Krennic z pewnością spodziewa się, że powitam go na pokładzie osobiście.
Czy przekazał pan Thrawnowi informację o zmianie miejsca spotkania?
- Owszem. Otrzymałem również potwierdzenie z "Chimaery" - odparł Tarkin.
- Proszę przekazać ode mnie wyrazy uszanowania dyrektorowi Krennicowi.
Do zobaczenia za kilka godzin.
- Nie omieszkam, gubernatorze. - Savit uśmiechnął się do niego. - Wprost
nie mogę się już doczekać.
Przy stole w konferencyjnej sali dowodzenia gwiezdnego niszczyciela
"Firedrake" zasiada trójka mężczyzn. Sama sala jest identyczna z tą
znajdującą się na pokładzie "Chimaery", choć zarówno tutejszy stół, jak
i krzesła są nieco nowsze i nowocześniejsze od tych na okręcie pod
rozkazami Chissa.
- Ach, wielki admirał Thrawn! - wita go wylewnie Tarkin. Na jego twarzy
gości wyraz oczekiwania... a może również skrytego wyrachowania. Głos ma
spokojny. Zapewne to spokój kogoś, kto przygotowuje się do nieuchronnej
konfrontacji. - Proszę pozwolić, że przedstawię panu wielkiego admirała
Savita, dowódcę "Firedrake'a" i Trzeciej Floty. Jak sądzę, dotąd nie
mieli panowie okazji się spotkać...
- Nie, gubernatorze, nie mieliśmy - potwierdza Savit z wystudiowaną
uprzejmością. Na jego twarzy malują się czujność i chłodna kalkulacja, a postura zdradza mieszankę pewności siebie i dumy. - Witamy na pokładzie,
admirale.
- Być może słyszał pan o admirale Savicie dzięki jego słynnym rodzinnym
programom muzycznym na Coruscant - dodaje Tarkin i wyrachowanie w jego
głosie przybiera na sile. Ton niesie ze sobą ostrzeżenie, które pewnie
ma na celu uzmysłowienie pozostałym rozmówcom silnej pozycji rodziny
Savita w świecie kultury na Coruscant.
- W rzeczy samej. Bardzo chciałbym któregoś dnia wziąć osobiście udział
w jednym z pańskich występów.
- Byłbym zaszczycony - odpowiada Savit. Jego głos przepełnia duma,
zabarwiona lekką nutą samozadowolenia, co świadczy o tym, iż mężczyzna
zdaje sobie doskonale sprawę z wysokiego statusu własnej rodziny.
- To zaś... - Oficjalny ton Tarkina wzmaga się. Słychać w nim też pewną
dozę gotowości bojowej. Jego mina świadczy o rezerwie, a być może
również o niechęci. - ...Dyrektor Orson Krennic.
- Admirale. - Głos Krennica zdradza ostrożność, a wyraz twarzy...
nieżyczliwość? Język jego ciała mówi o gniewie, a może również o jawnej
wrogości. - Jak się domyślam, chce pan, by cofnięto finansowanie
przyznane mojemu projektowi Gwiazdeczka.
- Nic podobnego - protestuje Thrawn. - Chciałbym po prostu zachować
obiecane mi już fundusze.
- Obiecane przez samego Imperatora, dodałbym - wtrąca znacząco Tarkin.
Patrzy na Krennica przez pół sekundy, po czym dotyka przycisku na
konsoli wmontowanej w blat stołu. W jego geście jest pewna sztywność,
wynikająca pewnie ze wspomnianej gotowości bojowej. - W porządku zatem.
Teraz, gdy wszyscy zainteresowani są już obecni, przekażę informację, że
możemy zaczynać.
Mija dokładnie jedenaście sekund - w głębokiej ciszy. Tarkin nie
spuszcza oczu z Krennica, a ten wodzi wzrokiem od Thrawna do
gubernatora. Savit wbija spojrzenie w platformę modułu holołączności - z czujnością i spokojem.
W końcu nad platformą rozbłyskuje hologram - postać samego Imperatora.
- Dzień dobry, gubernatorze Tarkin - mówi Palpatine z wyczekiwaniem i zainteresowaniem. Rozedrgany obraz fałszuje wyraz jego twarzy, a zwrócone do Thrawna profilem oblicze jest mało czytelne. - Dyrektorze
Krennic, wielki admirale Savit, wielki admirale Thrawn...
- Dzień dobry, Wasza Wysokość - mówi Tarkin i skłania głowę w geście
powitania. Może też w wyrazie szacunku. Pozostali członkowie spotkania
idą w jego ślady. Po ustach Krennica błąka się wątły uśmiech, a jego
mina zdradza pewność siebie. - Jak Wasza Wysokość zapewne wie, projekt
Gwiazdeczka napotkał niewielki problem, który jak sądzę, powinniśmy
przedłożyć...
- W rzeczy samej. - Imperator zwraca się w stronę Krennica. Kąciki jego
ust opadają w dół. - Wydawało mi się, że realizacja projektu Gwiazdeczka
przebiega w zadowalającym tempie...
- Projektu... owszem, Wasza Wysokość - zapewnia Krennic głosem, w którym
brzmi niezachwiana pewność siebie. - Problem leży jednak w łańcuchu
logistycznym, który jak zapewniam, jest pod kontrolą.
- Och, czyżby? - pyta Imperator. - Odnoszę wrażenie, że gubernator
Tarkin jest zgoła innego zdania.
- Owszem, Wasza Wysokość - odpowiada wywołany do tablicy gubernator.
Wyraz jego twarzy się nie zmienia, ale widać na niej pewne rozluźnienie.
- Jednak ponieważ dyrektor Krennic wydaje się niezbyt skłonny do
stawienia czoła problemowi, pozwoliłem sobie zaprosić wielkiego admirała
Thrawna celem dokonania konsultacji.
- Rozumiem - mówi Imperator. Gdy się odwraca, na jego ustach błąka się
cień uśmiechu. - A co takiego, jeśli wolno mi zapytać, wielki admirał
Mitth'raw'nuruodo sądzi o całej tej sytuacji?
- Jeśli chodzi o ścisłość, Wasza Wysokość, to nie miałem jeszcze okazji
wtajemniczyć admirała w szczegóły - wyjaśnia naprędce Tarkin. - Ponieważ
projekt Gwiazdeczka jest otoczony ścisłą tajemnicą, uznałem za stosowne
wstrzymać się z wyjaśnieniami, by nie wyciekły do HoloNetu.
- Bardzo mądrze z pana strony, gubernatorze Tarkin - chwali go
Imperator. - Być może dyrektor Krennic będzie tak uprzejmy naświetli nam
sytuację... - Kąciki jego ust znów opadają. - Ku korzyści wszystkich
zainteresowanych stron...
Mięśnie szyi Krennica napinają się przelotnie.
- Jak już wspomniałem, Wasza Wysokość - zaczyna Krennic - sytuacja jest
pod kontrolą. Napotkaliśmy po prostu pewne... problemy z mynockami w punkcie transferu sprzętu.
- Grallokami - mamrocze pod nosem Tarkin.
- Gralloki to gatunek spokrewniony z mynockami - oponuje Krennic. Rysy
twarzy mu tężeją, a skóra lekko czerwienieje. Być może świadczy to o poirytowaniu. Także gniewie lub zakłopotaniu. - Żyją w próżni, atakują
kable zasilające i złącza...
- Są również znacznie większe i wytrzymalsze od zwykłych mynocków -
wtrąca Savit. Jego mina zdradza skrywane rozbawienie. - Gubernator
Haveland i jej ludzie mieli z nimi sporo kłopotów w sektorze Esaga.
- Prawda jest taka, że to drobna niedogodność, nic poza tym - zapewnia z mocą Krennic. Lekkie zaczerwienienie skóry znika, a ton głosu wskazuje,
że znów w pełni nad sobą panuje. Nie spuszcza wzroku z Tarkina. Być może
chce mu w ten sposób rzucić wyzwanie.
- Drobna niedogodność? - powtarza Tarkin z triumfalną miną. - Z pańskich
raportów wynika, że przesyłki sprzętu i turbolaserów przeznaczonych do
montażu na stanowiskach obronnych mają już trzytygodniowe opóźnienie.
Nie sądzę, by taki poślizg można było nazwać "drobną niedogodnością".
- A więc twierdzi pan, że realizacja projektu Gwiazdeczka opóźnia się z powodu grupy szkodników? - W głosie Imperatora słychać powstrzymywany
gniew. Piorunuje Krennica wzrokiem.
- Zapewniam Waszą Wysokość, że mamy wszystko pod kontrolą - powtarza
dyrektor. W jego głosie słychać ostrożność, lecz nadal jest pewny
siebie.
- Admirale Mitth'raw'nuruodo? - zagaja Imperator. - Podziela pan osąd
dyrektora Krennica?
- W przypadku zwłoki rzędu trzech tygodni można chyba mówić o czymś
więcej niż tylko o drobnej niedogodności - zauważa Thrawn. - Powinienem
jednak wracać do swoich obowiązków na Lothal...
- Wszyscy mamy swoje obowiązki, admirale - nie daje mu dokończyć Tarkin.
- A gubernator Pryce ma również do dyspozycji znaczną część pańskich
sił, które pomogą jej utrzymać porządek na planecie. Jestem pewien, że
mógłby pan poświęcić nieco czasu, by pochylić się nad tym problemem.
- Odnoszę wrażenie, iż admirał Savit posiada więcej informacji i doświadczenia ode mnie, jeśli chodzi o te stworzenia. Jestem pewien, że
ma w związku z tym lepsze kwalifikacje, by znaleźć odpowiednie
rozwiązanie tej sytuacji.
- Admirał Savit również ma inne obowiązki - nie ustępuje Tarkin. - Co
więcej, brakuje mu pańskich zdolności w zakresie taktyki oraz
rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Istnienia których, że pozwolę
sobie wysunąć takie przypuszczenie, dyrektor Krennic powinien być już
świadom.
- Mam już dość tych kłótni - oświadcza Imperator. - To pan,
gubernatorze, zorganizował to spotkanie. Jaki dokładnie miał pan w tym
cel?
Tarkin patrzy spokojnie, a na jego twarzy maluje się wyraz triumfu.
- Dyrektor Krennic zasugerował Waszej Wysokości, że fundusze
przeznaczone na realizację programu produkcji TIE defenderów powinny
zostać przesunięte do projektu Gwiazdeczka. Sądzę, iż podobne opóźnienia
w dostarczaniu niezbędnego sprzętu nie tylko narażają harmonogram prac
projektowych, lecz także stanowią marnotrawstwo środków finansowych,
które mogą - i powinny - być wykorzystane w inny sposób.
- A więc proponuje pan... układ? - pyta Imperator. W jego głosie słychać
oczekiwanie.
- Zgadza się, Wasza Wysokość - potwierdza Tarkin. - Proponuję, aby
admirał Thrawn, jeśli byłby w stanie rozwiązać ów problem i zniszczyć
gralloki, otrzymał fundusze niezbędne do kontynuacji programu produkcji
defenderów.
- Dyrektorze Krennic? - rzuca Imperator.
Krennic milczy przez sekundę.
- Jestem skłonny pójść na taki układ... - mówi wreszcie. Po jego twarzy
widać, że starannie się kontroluje. Wzrok ma czujny, jakby obserwował
skradającą się zwierzynę - ...o ile admirał Thrawn zdoła zniszczyć te
stworzenia w ciągu najbliższego tygodnia.
- To niezbyt uczciwe - oponuje Savit. Jego wyraz twarzy i ton głosu
ociekają wręcz pogardą. - Jak już wspomniałem, gubernator Haveland
walczy z tymi stworami od lat.
- Jeżeli admirał Thrawn nie zdoła uporać się z nimi we wspomnianym
czasie, żaden z niego dla nas pożytek - cedzi Krennic. - Nie mówiąc już
o tym, że ewentualne niepowodzenie podałoby w wątpliwość jego tak zwane
umiejętności w zakresie rozwiązywania problemów.
- Admirale Mitth'raw'nuruodo? - zagaduje Imperator. - Decyzja należy do
pana.
- Przyjmuję propozycję gubernatora Tarkina - mówi Thrawn. - Podobnie jak
warunki postawione przez dyrektora Krennica.
- Doskonale - podsumowuje Imperator. Kąciki jego ust unoszą się w zdradzającym satysfakcję uśmiechu. - A więc tydzień. Dyrektorze Krennic,
przekaże pan wielkiemu admirałowi odpowiednie współrzędne. Admirale
Savit, na panu z kolei spoczywa zadanie uzyskania od gubernator Haveland
informacji, które zgromadziła dotychczas na temat tych istot. Admirale
Mitth'raw'nuruodo, ma pan tydzień.
Hologram znika bez śladu.
- Jeszcze jedno - dodaje Krennic. Przenosi spojrzenie na Thrawna. W wyrazie jego twarzy da się dostrzec zauważalne napięcie, a także
podejrzliwość lub też niechęć. - Wyślę na pański pokład kogoś z moich
ludzi, aby nadzorował wykorzystywane przez pana procedury oraz postępy
prac.
- Wątpię, aby było to konieczne - wtrąca Tarkin. - Rejestr
dotychczasowych sukcesów admirała Thrawna mówi sam za siebie.
- Rejestr sukcesów admirała Thrawna wskazuje też na pewne znaczące
nieprawidłowości w zakresie prowadzonych przez niego działań - mówi
Krennic ostro, porzucając wszelkie pozory kurtuazji. - Wiem, co knujesz,
Tarkin. Jeśli mam się zrzec funduszy przeznaczonych na realizację mojego
projektu, chcę mieć przy tym pewność, że zostaną dopełnione odpowiednie
procedury. Co do joty.
- Zostaną - zapewnia Chiss. - Chciałbym, żeby współrzędne punktu
transferowego zostały przesłane załodze "Chimaery" w ciągu kwadransa.
Pański pełnomocnik ma się zjawić na pokładzie w tym samym czasie.
Inaczej do nas nie dołączy.
- To żaden problem, admirale Thrawn - kwituje Krennic. Na jego twarzy
pojawia się uśmiech: kpiący lub triumfalny. - Dopilnuję, by obie te
rzeczy wydarzyły się jednocześnie, jako że dane dostarczy wam osobiście
zastępca dyrektora Ronan. - Patrzy na Tarkina i uśmiech niknie. Rysy
jego twarzy ponownie twardnieją, gdy jeszcze raz stara się zachować
pozory ogłady. - Jak już gubernator Tarkin raczył wspomnieć, te dane są
zbyt poufne, by powierzać je przekazowi zdalnemu.
Savit wstaje od stołu. Na jego twarzy rozbawienie walczy o lepsze ze
wzgardą.
- Chodźmy, admirale - mówi. - Odprowadzę pana do pańskiego promu. - Gdy
się uśmiecha, rozbawienie znika, a pogarda się nasila. - A po drodze
porozmawiamy sobie o grallokach. I innych drapieżnikach.
Drzwi kabiny otworzyły się, a gdy Brierly Ronan podniósł wzrok, zobaczył
wchodzącego do środka dyrektora Krennica. Jego długa, biała peleryna
falowała w rytm zamaszystych kroków.
- Dyrektorze - przywitał go Ronan, wstając szybko z krzesła. - Tuszę, że
spotkanie przebiegło pomyślnie?
- Nie - warknął Krennic. - Czy znasz może niejakiego wielkiego admirała
Thrawna?
- Słyszałem o kimś takim, sir - odparł ostrożnie Ronan. - Jednak nic
poza tym.
- W takim razie czeka cię błyskawiczny kurs doszkalający - burknął
dyrektor. - Zapraszam do terminala. Masz pobrać wszelkie informacje z baz danych "Firedrake'a" na jego temat.
- Tak jest, sir - potwierdził przyjęcie rozkazu Ronan, podchodząc
pośpiesznie do wskazanego terminala. - A czy... czy wolno mi spytać, co
się właściwie wydarzyło?
- Wolno - odparł kwaśno dyrektor. - Wszystko wskazuje na to, że Thrawn
to najnowsze ciężkie działo, które Tarkin zamierza wytoczyć przeciwko
mnie.
- Działo, sir?
- Działo. - Zanim dyrektor opadł na fotel, zręcznym ruchem odgarnął
pelerynę na bok, tak by na niej nie usiąść. - Działo, które zamierza
wykorzystać w kolejnej próbie wydarcia mi projektu Gwiazdeczka. -
Prychnął. - A Imperator widział to wszystko... i się uśmiechał. Uśmiechał
się!
Ronan skrzywił się z pogardą, wklepując zapytanie w klawiaturę
terminala. Jakie to typowe... Zamiast kierować podwładnymi i zachowywać
się jak przykładny przywódca - na wzór dyrektora Krennica - Imperator
Palpatine wolał się zabawiać w szczucie swoich ludzi przeciwko sobie i obserwować, jak skaczą sobie do gardeł.
- Czego pan ode mnie oczekuje?
Krennic wziął głęboki oddech, próbując ochłonąć.
- Tarkin wmanewrował Thrawna, wciągając go w zakład: stawką są fundusze
na jego projekt TIE defenderów w zamian za rozwiązanie problemów z grallokami, których doświadcza nasza linia zaopatrzenia w sektorze
Kurost. Thrawn ma tydzień na pozbycie się gralloków. Jeśli mu się to nie
uda, dofinansowanie otrzyma Gwiazdeczka.
- I Thrawn przystał na takie warunki?
- Owszem - potwierdził ponuro dyrektor. - Co stawia nas w... interesującej
sytuacji. Zależy nam na tym, by Thrawn pozbył się gralloków, a jednocześnie chcemy, by zajęło mu to więcej niż tydzień.
Ronan rozważał przez chwilę jego słowa.
- To by było z pewnością najlepsze rozwiązanie - zgodził się. - Co
jednak miałoby go powstrzymać od porzucenia próby pozbycia się ich, gdy
skończy mu się czas?
- Teoretycznie? Nic - odpowiedział dyrektor Krennic. - W praktyce...
zrobił na mnie wrażenie upartego. Jeśli będzie bliski rozwiązania
problemu, sądzę, że zechce doprowadzić całą sprawę do końca. - Wskazał
na Ronana. - I tu właśnie zaczyna się twoja rola. Postarałem się, żebyś
dołączył do niego na pokładzie "Chimaery", gdzie będziesz nadzorował
całą operację i przesyłał mi raporty na temat postępów prac. Jeśli
dostrzeżesz coś, co by choć śladowo zwiastowało sukces, masz mi
natychmiast wysłać szczegółowe sprawozdanie.
- Tak jest, sir - potwierdził Ronan, wpatrując się w ekran terminala. O tak, znalazł je: oficjalne dane floty na temat Thrawna. Oczywiście, dużo
lepsze byłyby informacje mniej oficjalne, będące w posiadaniu wielu
grubych ryb w Imperial Center, jednak prywatne dane Savita były z pewnością zaszyfrowane i nie miał szans się do nich dokopać. - A więc
jeśli po upływie tygodnia będzie chciał się poddać... - zagadnął, wsuwając
w szczelinę portu datakartę.
- Do ciebie będzie należało dopilnowanie, aby tak się nie stało -
dokończył dyrektor. - Jeśli ci się to nie uda, zgromadzisz wszelkie
dane, które zdobędzie, i dostarczysz mi je, tak abyśmy mogli znaleźć
rozwiązanie na własną rękę. Jakieś pytania?
- Nie, sir.
- W takim razie możesz odejść - zakończył dyrektor Krennic. - Thrawn
spodziewa się ciebie. Masz się z nim spotkać w hangarze. - Wyjął
datakartę i podał ją Ronanowi. - Oto współrzędne punktu transferowego
dla załogi "Chimaery". Thrawn będzie wiedział, jak je deszyfrować.
- Tak jest, sir - odpowiedział Ronan.
Wsunął datakarty do kieszeni, skinął Krennicowi głową i ruszył w stronę
drzwi.
- Ronan? Jeszcze jedno - rzucił w ślad za nim dyrektor.
- Tak? - Mężczyzna odwrócił się do niego.
- Miej go na oku - dodał cicho Krennic. - Obserwuj bardzo uważnie. Nie
zostałby wielkim admirałem, gdyby nie był bystry. Możliwe, że w tej
zagrywce Tarkina jest coś więcej, niż się na pozór wydaje.
- Oczywiście, sir - zapewnił Ronan. - Cokolwiek knuje Tarkin, będę na to
przygotowany.
Savit nigdy wcześniej nie spotkał Thrawna. Jednak podobnie jak Krennic
słyszał opowieści o jego dokonaniach.
Teraz, stojąc z nim twarzą w twarz, musiał przyznać, że był odrobinę
rozczarowany.
Owszem, jeśli chodzi o aparycję, wielki admirał bez wątpienia robił
wrażenie. Błękitna skóra i lśniące, czerwone oczy imponująco
kontrastowały z nieskazitelnie białym mundurem i złotymi epoletami.
Roztaczał również aurę autorytetu, spokoju, a także ogólnej świadomości
otoczenia, która sprawiała, iż zdecydowanie wyróżniał się spośród
znakomitej większości oficerów - nawet tych wyższych stopniem - których
Savit miał okazję poznać i pod rozkazami których służył w ciągu wielu
lat swojej kariery.
Niebagatelne znaczenie miał również fakt, że kolor skóry i oczu Thrawna
- cechy, które czyniły z niego istotę humanoidalną, ale nie człowieka -
powinny były znacznie utrudnić mu pięcie się po szczeblach kariery,
jeśli w ogóle nie uniemożliwić wstąpienie w szeregi floty. Fakt, iż mimo
wszystko zdołał dosłużyć się tak wysokiego stopnia, niezbicie świadczył
o jego talentach w dziedzinie strategii i taktyki.
Nie dało się jednak ukryć, że miał jedną poważną, haniebną i widoczną na
pierwszy rzut oka wadę: kompletnie nie potrafił się poruszać w świecie
polityki.
Świadczył o tym dobitnie sposób, w jaki rozmawiał z Krennikiem i Tarkinem. Błyskotliwy taktyk czy nie, pupil Imperatora czy nie, podczas
tamtej konfrontacji sprawiał wrażenie zwierzęcia sparaliżowanego
blaskiem reflektorów.
Jeśli chodzi o ścisłość, to Savit był skłonny postawić każde pieniądze
na to, że Thrawn wciąż nie pojmuje, o co w tym wszystkim naprawdę
chodzi.
Cóż, tak czy inaczej, łatwo mógł to sprawdzić.
- Ciekawa sprawa, czyż nie? - zagadnął konwersacyjnym tonem, gdy szli
ramię w ramię korytarzem prowadzącym do hangaru "Firedrake'a". - Ta ich
zabawa w przeciąganie liny...
- Przepraszam? - odpowiedział Chiss.
Savit potrząsnął głową. No tak. Sam się o to prosił...
- Rywalizacja Krennica i Tarkina - wyjaśnił. - Krennic dowodzi projektem
Gwiazdeczka. Tarkin bardzo, ale to bardzo chce mu go odebrać. Dlatego
właśnie wplątał w to wszystko pana.
Thrawn uszedł kilka kroków w milczeniu, jakby zastanawiał się nad jego
słowami.
- Czy Tarkin sądzi, że poprę go w tym sporze? - zapytał wreszcie.
- To niewykluczone - przyznał Savit. - Jednak bardziej prawdopodobne, że
po prostu próbuje udowodnić, iż jest lepszym administratorem od
Krennica. Dyrektor ma problem, ale to Tarkin jest dość bystry, by
sprowadzić eksperta, który zdoła go rozwiązać. Oczywiście, mam tu na
myśli pana.
Kolejne dwa kroki w milczeniu.
- A więc twierdzi pan, że jestem dla niego nie tyle osobą zdolną znaleźć
rozwiązanie problemu, ile... bronią?
- Nie inaczej - potwierdził Savit.
Jego mniemanie o oficerze idącym u jego boku właśnie odrobinę wzrosło,
ale tylko nieznacznie. W końcu on sam musiał osobiście mu to wszystko
wytłumaczyć. A nawet wówczas Thrawn musiał przełożyć to sobie na język
wojskowości, zanim zorientował się, o co chodzi.
- Proszę też nie mieć złudzeń - podjął Savit. - Teraz, gdy Tarkin
wprowadził już pana na pole walki, obie strony będą próbowały pana
wykorzystać. Tarkin spróbuje użyć pana przeciwko Krennicowi, ten zaś
postara się za pańskim pośrednictwem podkopać pozycję gubernatora w oczach Imperatora.
- Tylko jeśli mi się nie uda.
- Proszę mi zaufać - parsknął Savit. - Jeśli gubernator Haveland nie
zdołała się pozbyć tego cholerstwa w ciągu trzech lat, pan raczej nie
zrobi tego w tydzień.
- Zobaczymy - rzucił krótko Thrawn. - Czy ma pan może te dane na temat
gralloków, o których dostarczenie prosił Imperator?
Savit musiał przyznać, że gość ma wysokie mniemanie o swoich
możliwościach.
- Oto one - powiedział, wyjmując z kieszeni datakartę i podając mu
nośnik. - Jak właściwie zamie...
- Admirale? - rozległ się czyjś głos.
Gdy Savit się odwrócił, zobaczył, że w ich stronę idzie mężczyzna w średnim wieku. Plakietka z insygniami pułkownika na piersi jego
nieskazitelnie białej bluzy mundurowej lśniła w świetle pokładowych lamp
"Firedrake'a", a za nim powiewała równie biała peleryna.
Savit lekko się skrzywił. Znał aż za dobrze zadęcie Krennica, związane z tą jego hołubioną pelerynką, nie miał jednak pojęcia, że dyrektor
zaszczepił tę samą nonsensowną modę u swojego wyższego personelu.
- Och, miałem nadzieję, że pana złapię, admirale Thrawn, zanim wróci pan
na pokład "Chimaery" - powiedział nieznajomy. Chociaż mężczyzna z całych
sił starał się sprawiać wrażenie kogoś, komu się śpieszy, Savit
zauważył, że tak naprawdę było wręcz przeciwnie. Na co dzień furkocząca
peleryna wywoływała zapewne u osób postronnych automatyczny respekt,
dzięki któremu jej właściciel zyskiwał na czasie kosztem innych. Jeśli
jednak działało to właśnie w ten sposób na personel Gwiazdeczki, to na
pewno nie tutaj, na pokładzie okrętu pod rozkazami admirała Savita.
- W takim razie radzę się pośpieszyć - odparł Savit.
Odwrócił się plecami do nowo przybyłego i podjął marsz. Uszedł trzy
kroki, gdy dotarło do niego, że Thrawn został w tyle. Zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Chissański admirał stał w tym samym miejscu, w którym Savit go zostawił, czekając cierpliwie, aż mężczyzna w pelerynie
ich dogoni.
Savit pokręcił głową, tym razem nie fatygując się nawet z ukrywaniem
rozdrażnienia. Zwyczajnie tego nie pojmował: dopiero co wyjaśnił
Thrawnowi, że Tarkin zamierza go wykorzystać, a teraz facet nie jest w stanie przejrzeć nawet tak prostackiej zagrywki w wykonaniu jednego z ludzi Krennica?
Cóż, najwyraźniej miał do czynienia z beznadziejnym przypadkiem. W tej
sytuacji można było jedynie zastanawiać się nad tym, któremu z nich -
Krennicowi czy Tarkinowi - uda się go maksymalnie wyzyskać, zanim
przestanie im być potrzebny.
Podwładny Krennica podszedł do nich nieśpiesznym krokiem. Savit
zauważył, że mężczyzna nie był jeszcze w średnim wieku - a przynajmniej
tak można było wnioskować na podstawie jego postury i stosunkowo
gładkiej cery - jednak jego oczy sprawiały wrażenie dziwnie starych.
- Zastępca dyrektora Brierly Ronan - przedstawił się, jakby sądził, że
dwóch wielkich admirałów nie zdążyło jeszcze tego wydedukować. -
Dyrektor Krennic prosił mnie o nadzorowanie przebiegu pańskiej operacji,
admirale Thrawn.
- Miło mi będzie gościć pana na pokładzie "Chimaery" - odpowiedział
Thrawn, po czym dodał pod adresem Savita: - Przepraszam, admirale? O czym pan mówił?
Minęła dobra chwila, nim Savit zorientował się, o co pyta Chiss.
- Chciałem się po prostu dowiedzieć, od czego zamierza pan zacząć.
- Od początku, oczywiście - odpowiedział Thrawn i skinął głową. -
Dziękuję, admirale, za poświęcenie mi czasu oraz za pańskie cenne rady.
Jestem przekonany, że zastępca dyrektora Ronan i ja trafimy już stąd na
pokład mojego statku.
- Oczywiście - powiedział Savit. - W takim razie pozostaje mi życzyć
panu powodzenia, admirale.
- Dziękuję. - Thrawn odwrócił się do Ronana i ponownie skinął głową. -
Proszę za mną, zastępco dyrektora. Chciałbym zacząć możliwie jak
najprędzej.
- Mam nadzieję - powiedziała komodor Faro, otwierając drzwi nowych
kwater Ronana i zapraszając go gestem do środka - że będzie pan się tu
czuł komfortowo.
Ronan wyminął ją i rozejrzał się po wnętrzu. Jako jeden z wyższych
stopniem bliskich współpracowników dyrektora Krennica bywał wielokrotnie
na pokładach różnych gwiezdnych niszczycieli. Kajuta, którą przydzieliła
mu Faro, nie należała do najgorszych, na jakie mógł liczyć ktoś w jego
randze, jednak nie była również czymś najlepszym, co miała do
zaoferowania "Chimaera". A już z pewnością nie umywała się do kwater,
które dyrektorowi i jego personelowi przydzielił Savit. Najwyraźniej
Faro i jej dowódca asekurowali się, przyznając Ronanowi coś, co go
zadowoli, i zachowując lepsze kwatery, na wypadek gdyby przyszło im
gościć kogoś wyżej postawionego - Tarkina, a może nawet samego dyrektora
Krennica.
Cóż, to nie było nic nowego. Polityka, lawirowanie, próby zabezpieczania
się na każdą okoliczność i uszczęśliwienia wszystkich naraz, tak aby
jednocześnie zapewnić sobie maksymalne korzyści. Wszyscy to robili -
począwszy od tego starego głupca Imperatora aż po najpośledniejszego
gryzipiórka.
Ronan cieszył się, że nie musi uczestniczyć w tych idiotycznych
przepychankach. Przenikliwość, kompetencja i zdolności dyrektora
Krennica gwarantowały odpowiedni dystans od podobnych głupich gierek.
- Dziękuję, to wystarczająco komfortowe warunki - zapewnił, opierając
się chęci zauważenia, iż na pokładzie "Chimaery" są kajuty wygodniejsze
od tej, którą mu przydzieliła. On sam również wolał się w miarę
możliwości trzymać z dala od polityki. - Ja z kolei mam nadzieję, że
wielki admirał jak najszybciej deszyfruje dane zawarte na datakarcie,
tak abyśmy mogli już wkrótce udać się na miejsce.
- Zrobi to z pewnością najprędzej, jak się da - zapewniła Faro. - Choć
trochę mnie dziwi, że przekazany osobiście nośnik musiał zostać
zaszyfrowany...
- Rozkazy dyrektora Krennica - odparł krótko Ronan. - Nawet na pokładzie
imperialnego okrętu mogą znajdować się szpiedzy, a najbardziej zaufany
kurier może paść ofiarą kradzieży. A dzięki tym środkom ostrożności
nawet podobnie bezczelny złodziej będzie musiał obejść się smakiem.
- Rozumiem - potwierdziła Faro, ale Ronan niemal słyszał ukryty pod
warstewką uprzejmości komentarz: "Paranoik".
Niezbyt przejmował się opiniami innych. Podobne środki ostrożności były
oznaką rozsądku i kreatywności - i właśnie dlatego Gwiazdeczka
pozostawała tak dobrze chroniona przez wszystkie te lata przed
wścibskimi oczami i lepkimi paluchami innych.
- Na szczęście deszyfracja nie opóźni zbytnio naszej podróży - podjęła
tymczasem Faro. - Admirał Thrawn ustalił już, że od celu dzieli nas
odległość, którą przebędziemy w niespełna trzy godziny, a z dużym
prawdopodobieństwem zmieścimy się w dwóch.
Ronan zmrużył oczy. Obecny punkt transferowy rzeczywiście znajdował się
zaledwie półtorej godziny lotu gwiezdnym niszczycielem stąd, jednak
informacja o jego lokalizacji była pilnie strzeżona.
- A czy mógłbym wiedzieć, na jakiej podstawie to wydedukował? - zapytał,
starając się mówić ostro.
- Admirał wyszedł z założenia, że dyrektor Krennic podjął jeszcze jedną,
ostatnią próbę rozwiązania problemu przed konfrontacją z gubernatorem
Tarkinem - wyjaśniła Faro. W jej oczach dało się dostrzec lekkie
rozbawienie na widok wyraźnej konsternacji Ronana. - Obszar jurysdykcji
admirała Savita pozwolił zawęzić potencjalną lokalizację do tego
regionu, a obecność gubernatora Tarkina podczas niedawnej konferencji
handlowej na Charrze określiła prawdopodobny wektor jego podróży. Dla
admirała Thrawna była to kwestia prostych wyliczeń.
- Rozumiem - bąknął Ronan, przypatrując się jej z namysłem.
Przypuszczał, że Thrawn jest kolejnym pionkiem na politycznej planszy,
podobnie jak większość z pozostałych jedenastu wielkich admirałów,
jednak w przypadku Chissa najwyraźniej to Imperator bawił się w politykę, a nie on sam. Tak czy inaczej wszystko wskazywało na to, iż
Thrawn dysponował czymś więcej niż tylko krztyną wrodzonej inteligencji.
Co w tej sytuacji było niekoniecznie pożądane. Dopilnowanie, by problem
z grallokami został rozwiązany po upływie wyznaczonego terminu, miało
kluczowe znaczenie dla gwarancji, że ani jeden kredyt z funduszy
przeznaczonych na realizację Gwiazdeczki nie trafi do krótkowzrocznego
projektu TIE defenderów Thrawna. W oczach Ronana częściowe zwycięstwo
było mimo wszystko częściową porażką.
Cóż, skoro jednak gubernator Haveland i wielkiemu admirałowi Savitowi
nie udało się pozbyć gralloków w ciągu tylu lat, nie było szans, by
osoba z zewnątrz dokonała tego w tydzień - nieważne, jak bardzo była
sprytna. Ronan musiał tylko dopilnować, żeby po tym, jak Thrawn poniesie
klęskę, dostarczył mu dość kawałków układanki, by dyrektor Krennic
zdołał rozwiązać ten problem osobiście.
- Chętnie przekonam się, czy wyliczenia wielkiego admirała okażą się
trafne - poinformował Faro. Tak czy inaczej nie miał zamiaru ujawniać
więcej informacji, niż to absolutnie konieczne, nie mówiąc już o dostarczaniu jej darmowej rozrywki. - Proszę mnie zawiadomić, gdy tylko
dotrzemy na miejsce.
Rozdział 2
W układzie, w którym znajdował się punkt transferowy, wrzało jak w ulu.
Roiło się od setek statków różnych rozmiarów i kształtów,
przemieszczających się grupami lub czekających w kolejkach bądź też
wyskakujących z nadprzestrzeni lub skaczących w nią na jego obrzeżach.
Głównymi punktami, wokół których była skupiona większość aktywności,
wydawało się kilkanaście dużych masowców, rozproszonych tu i ówdzie po
całym terenie. Ich oznaczenia identyfikowały je jako niewyróżniające się
niczym szczególnym jednostki cywilne. Wokół każdego z nich tłoczyły się
grupki mniejszych statków czekających na swoją kolej, aby zadokować i dostarczyć ładunek. Perymetr patrolowało kilka średniej wielkości
okrętów, między którymi kluczyły pilnujące porządku myśliwce TIE.
Faro widziała już kiedyś podobną scenę - gdy miała okazję odwiedzać
układ, w którym aprowizowano i obsadzano załogą świeżo oddelegowany do
służby gwiezdny niszczyciel - jednak tamto wydarzenie miało
nieporównywalnie mniejszą skalę.
Nie bez satysfakcji zauważyła również, że układ, do którego przybyli,
znajdował się dokładnie godzinę i trzydzieści dwie minuty drogi od
punktu spotkania z gwiezdnym niszczycielem Savita, a więc czas trwania
ich podróży zdecydowanie mieścił się w przedziale wskazanym przez
Thrawna. Zastanawiała się, czy dokładność wielkiego admirała zrobiła
wrażenie na Ronanie.
Jeśli sądzić po kamiennym wyrazie jego twarzy, gdy zjawił się na mostku
"Chimaery", nieszczególnie.
- Zastępco dyrektora - przywitał Thrawn idącego kładką dowodzenia
mężczyznę. - A może raczej wolałby pan, by tytułować pana pułkownikiem?
- Może pan używać obydwu tych tytułów - odpowiedział Ronan.
- Ale który z nich pan woli? - dociekał Thrawn. - Jak się domyślam,
ranga wojskowa ma w dużym stopniu znaczenie honorowe?
W policzku Ronana drgnął mięsień.
- Może i tak - potwierdził kwaśno - ale jest niezbędna z uwagi na zakres
moich obowiązków. Byłby pan zaskoczony, jak wielu imperialnych
wojskowych odmawia traktowania poważnie cywilów i wypełniania wydawanych
przez nich rozkazów.
- Wręcz przeciwnie. Nie byłbym tym zaskoczony wcale a wcale - zapewnił
Thrawn i wskazał na przedni iluminator. - Proszę mi wyjaśnić, co tu się
dzieje.
Ronan wykrzywił pogardliwie usta.
- To wcale nie takie trudne, jak mogłoby się wydawać - powiedział i Faro
wyczuła w jego aroganckim tonie protekcjonalne nuty. - Trafiają tu
dostawy zaopatrzenia ze wszystkich okolicznych sektorów. Są przekazywane
na pokłady większych frachtowców, które dostarczają je na teren
Gwiazdeczki. Dzięki temu jedynie garstka ostrożnie wybranych i ściśle
monitorowanych pilotów zna ostateczny cel dostaw.
- To wydaje się oczywiste - zauważył spokojnie Chiss. - Pytałem raczej o szczegóły.
- Jakie szczegóły?
- Chciałbym wiedzieć, które statki pochodzą z jakich układów w jakich
sektorach - wyjaśnił Thrawn. - Oraz poznać listy kapitanów i ich załóg,
treść poszczególnych manifestów przewozowych, a także firm
dostarczających te ładunki.
- A co to ma do rzeczy? - prychnął Ronan, marszcząc czoło. - Jest pan tu
po to, by pozbyć się gralloków.
- Jesteśmy tu po to, by rozwiązać problem - sprostował z naciskiem
Thrawn. - A w tym celu potrzebuję wszelkich informacji z nim związanych.
- To kwestia bezpieczeństwa - oświadczył Ronan. - Może mógłbym je
ujawnić, gdyby były bezpośrednio powiązane z powierzonym panu zadaniem,
ale tak nie jest.
- Ośmielę się z tym nie zgodzić - zaoponował Chiss. - Zapytajmy o zdanie
dyrektora Krennica. A może sądzi pan, że powinniśmy raczej poprosić o werdykt samego Imperatora?
Ronan zasznurował wargi i odwrócił się w stronę iluminatora. Wpatrywał
się przez chwilę z nachmurzoną miną w uwijające się jak w ukropie
statki. W końcu pociągnął lekko nosem.
- Na pokładzie którejś z tych jednostek powinien przebywać kapitan
punktu przeładunkowego - powiedział wreszcie z ociąganiem. - Być może
zdołałbym go namówić, by udostępnił mi odpowiednie dokumenty.
- Starszy porucznik Lomar to nasz główny oficer łączności. - Thrawn
machnął ręką w stronę odpowiedniego stanowiska w niszy dla załogi
mostka. - Pomoże panu nadać stosowną wiadomość. - Wskazał palcem za
iluminator. - A tymczasem... czy to właśnie jeden z tych całych gralloków?
- Tak. - Ronan parsknął cicho.
Faro pochyliła się lekko. W okolicy jednej z pobliskich jednostek,
ledwie widoczny na tle miriad pokładowych świateł, trzepotał... tłukł się
czy też może kołował - nie umiała dokładnie ustalić z tej odległości -
ciemny kształt. Nietoperzowe skrzydła, smukłe ciało, a także duża
paszcza, otoczona zakończonymi przyssawkami wąsami, nie pozostawiały
żadnych wątpliwości, że to jakiś bliski krewny mynocka.
Bardzo bliski... i znacznie od niego większy. Podczas gdy mynocki rzadko
osiągały rozmiar paru metrów, to stworzenie na zewnątrz miało ciało o długości co najmniej pięciu metrów i proporcjonalnie większą rozpiętość
skrzydeł. Już sam ten fakt mógłby wystarczyć, by zakwalifikować je nie
jako "drobną niedogodność", ale raczej poważne zagrożenie...
- Szybki jest, skubany - mruknęła pod nosem. - Sądzę również, że mynocki
nie są tak zwinne.
- Tak jak wspomniał dyrektor Krennic, to poważny problem - przyznał
Ronan. - Czy wylądował? Straciłem go z oczu...
- Chyba przyssał się do tego VCX-Dwieście - zauważył Thrawn, wskazując
frachtowiec, ku któremu zawinął wcześniej grallok. - Porucznik Pyrondi?
- Sir? - zgłosiła się główna oficer uzbrojenia.
- Chciałbym usłyszeć pani opinię - poprosił Thrawn. - Gdybyśmy mieli
zlikwidować to stworzenie, czego użycie by pani zalecała?
- Najszybszym sposobem byłby ostrzał z turbolaserów - oceniła Pyrondi -
jednak z uwagi na obecność tych wszystkich statków w pobliżu,
narazilibyśmy je na spore ryzyko...
- Nie mówiąc już o tym, że po bezpośrednim trafieniu nie zostałoby nam
wiele materiału, który moglibyśmy potem zbadać - zauważył Chiss.
- Zgadza się, to również byłby problem - przytaknęła Pyrondi. - Gdybyśmy
zamiast tego użyli któregoś z dział laserowych...
- A w jakim celu chce pan dokonywać oględzin zwłok? - wszedł jej w słowo
Ronan. - Wydawało mi się, że admirał Savit dostarczył już panu
wszystkich niezbędnych informacji zgromadzonych przez gubernator
Haveland.
- Owszem - potwierdził wielki admirał. - Mimo to chciałbym pozyskać
własne dane.
Ronan zaczął coś mówić, jednak po namyśle urwał i machnął ręką, jakby
chciał przeprosić.
- Oczywiście - powiedział. - Proszę kontynuować.
- Dziękuję - odparł Thrawn. - Co chciała pani powiedzieć, pani
porucznik?
- Działa laserowe byłyby bezpieczniejsze dla osób postronnych -
dokończyła myśl Pyrondi - jednak gdybyśmy chcieli ich użyć, musielibyśmy
podlecieć bliżej. Inna możliwość to wykorzystanie promienia
ściągającego, który ma większy zasięg od laserów. Nie jestem jednak
pewna, czy zdołalibyśmy go nakierować odpowiednio precyzyjnie, aby
schwytać coś tak małego, szczególnie ciskającego się tak jak... to coś.
- A co z działami jonowymi? - zagadnęła Faro.
- Wątpię, by nam się w tym przypadku na coś przydały, pani komodor -
zaprzeczyła Pyrondi. - Jeśli wziąć pod uwagę środowisko bytowania
gralloków, mają zapewne wysoką odporność na wszelkiego rodzaju
wyładowania jonowe.
- Można również odnieść wrażenie, że są w stanie wykorzystywać wiatry
słoneczne - zauważył Thrawn. - Pani ogólna ocena sytuacji wydaje się
słuszna, pani porucznik. Jednak pierwszym etapem w sprawdzaniu każdej
teorii jest skonfrontowanie jej z rzeczywistością. Odpalmy więc działa
jonowe i zobaczmy, co się wydarzy.
Jeśli chodzi o ścisłość, nie wydarzyło się właściwie nic.
Pierwszym problemem było ustawienie "Chimaery" w taki sposób, żeby w ogóle dało się wziąć na cel któregoś z gralloków. Z jednej strony, gdy
się zbliżyli, Faro dostrzegła, że bez wątpienia mieli w czym wybierać: w okolicy kręciły się setki ciemnoszarych stworów, śmigających w tę i we w tę w poszukiwaniu kabli zasilających lub niedostatecznie osłoniętych
zespołów czujników; inne znalazły już sobie miejsce do żerowania i posilały się w najlepsze. Z drugiej strony jednak, jak zauważyła
Pyrondi, gralloki poruszały się tak chaotycznie i szybko, że dokładne
wzięcie któregoś na cel graniczyło właściwie z cudem. Po niemal godzinie
spędzonej na próbach ustawienia się w pozycji odpowiedniej do oddania
strzału, Thrawn rozkazał Pyrondi znalezienie istoty przyczepionej już do
kadłuba i jej zestrzelenie.
Okazało się jednak, że to również była strata czasu. Tak jak
przewidziała ich główna oficer uzbrojenia, grallok wyszedł z eksplozji
jonowej bez szwanku - a przynajmniej tak mogło się wydawać. Niestety,
sam frachtowiec nie miał już tyle szczęścia, a gdy jego system łączności
został w końcu naprawiony, jego kapitan zagroził, że skontaktuje się ze
wszystkimi: od Krennica, poprzez Tarkina, aż po samego Imperatora i zadba o to, by dowódca "tego głupiego gwiezdnego niszczyciela" został
pociągnięty do odpowiedzialności.
Na Thrawnie jego pogróżki nie zrobiły specjalnego wrażenia - inaczej niż
na Ronanie. Faro z zafascynowaniem obserwowała, jak przez twarz zastępcy
dyrektora przemyka wachlarz emocji. W pewnym momencie była święcie
przekonana, iż lada chwila mężczyzna pomaszeruje prosto do stanowiska
łączności na mostku, aby osobiście skontaktować się z samym Krennikiem.
Na szczęście - głównie dla niego - przemyślał sprawę i nie zrobił tego.
I prawdopodobnie pożałował tej decyzji równie szybko, co ją podjął, bo
już chwilę później Thrawn postanowił wydać rozkaz do ataku na kolejne
trzy gralloki, przyssane do kolejnych trzech frachtowców.
- To ciekawe - stwierdził spokojnie wielki admirał, gdy już wybrzmiały
ostatnie inwektywy, którymi zasypały ich załogi rzeczonych statków w odpowiedzi na test "Chimaery". - Pani komodor, czy zauważyła pani
prawidłowość w wektorach ucieczki gralloków próbujących umknąć przed
strzałami?
Faro zmarszczyła czoło, odtwarzając w pamięci całą scenę. Z tego, co
zauważyła, stwory po prostu odrywały się od kadłubów i odfruwały w poszukiwaniu schronienia, najwyraźniej jednak Thrawn - jak zwykle
zresztą - dostrzegł w ich zachowaniu coś więcej.
- Nie bardzo, sir - przyznała. - Gdy atak się nie powiódł, skupiałam się
na potencjalnym zagrożeniu dla statków.
- Komandor Hammerly, proszę wywołać na ekran zapisy z czujników -
rozkazał Thrawn. - Obejrzyjmy to sobie jeszcze raz.
Faro uważnie śledziła powtórki. Podczas trzeciego ataku zaczęła
podejrzewać, że widzi w ruchach gralloków pewną prawidłowość, a przy
czwartym zyskała już pewność.
- Uciekające gralloki kierują się w stronę, z której padły strzały -
powiedziała.
- Doskonale - pochwalił ją Thrawn. - Pani komandor: proszę jeszcze raz
odtworzyć nagrania. Chciałbym usłyszeć, co pani o tym sądzi.
Faro ze zmarszczonym czołem obserwowała zapis odtworzony ponownie przez
Hammerly.
- Nie jestem pewna, sir - zaczęła. - Być może salwy w jakiś sposób je
mamią, skłaniając do zachowywania się na wzór insektów lecących do pręta
jarzeniowego w przekonaniu, że to księżyc? A może po prostu karmią się
ich energią...
- Zastępco dyrektora? - zagadnął Thrawn, odwracając się do Ronana. - A jakie jest pana zdanie?
- Sądzę, że to pański problem, nie mój - burknął Ronan. - Poza tym
uważam, że marnuje pan czas. - Milczał przez moment i Faro ponownie
odniosła wrażenie, że zmusza się do zmiany nastawienia. - Aczkolwiek to
pańska misja i pański czas - podjął za chwilę nieco bardziej ugodowym
tonem. - Jeśli ma pan ochotę tracić go na pogłębianie imperialnej
wiedzy, zamiast zwyczajnie pozabijać te stwory, droga wolna.
- Doceniam pańską wspaniałomyślność - skomentował Thrawn. - Porucznik
Pyrondi? Proszę polecić swoim ludziom rozgrzać działa laserowe. Zastępca
dyrektora Ronan chciałby się przekonać, czy łatwo jest zabić gralloka.
Salwa z działa jonowego mogła unieruchomić frachtowiec i oślepić go na
okres od kilku minut do góra paru godzin, jednak rzadko powodowała
trwałe uszkodzenie systemów - w przeciwieństwie do trafienia z działa
laserowego. I właśnie dlatego wśród wytycznych przekazanych przez
Thrawna obsłudze dział znalazły się lista ściśle określonych punktów, w które mogli celować, dokładnie zdefiniowana częstotliwość ostrzału, a także jego moc.
Efekty były jeszcze mniej spektakularne niż w teście jonowym. W ciągu
dwóch godzin "Chimaera" zdołała namierzyć tylko trzy gralloki, do
których mogła strzelić, a chaotyczny sposób latania tych istot sprawił,
że wszystkie trzy strzały chybiły sromotnie.
- Czy spróbujemy teraz turbolaserów? - zapytał Ronan tonem sugerującym,
że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu, gdy ostatni z wziętych na cel
gralloków umknął poza ich zasięg, chowając się za frachtowcem typu
YT-2400. - Zwiększając profil ostrzału, może zdołalibyście przynajmniej
przysmażyć któremuś skrzydło...
- Admirale! - weszła mu w słowo Hammerly. - Frachtowiec typu Allanar N
Trzy na dwieście czterdzieści siedem na trzydzieści trzy. Chaotyczny
lot, odpalony hipernapęd. Naliczyłam cztery do sześciu gralloków
przyssanych do jego kadłuba...
- Uszkodziły jego system zasilania i kable kontrolne - zawyrokował
Ronan. - Jeśli teraz skoczy...
- Działa jonowe - rzucił Thrawn. - Celować w Allanara i strzelać.
Było już jednak za późno. Ledwie "Chimaera" zdążyła wysłać w stronę
zaatakowanego statku serię z dział jonowych, ten zniknął w rozbłysku
pseudoruchu w nadprzestrzeni.
Ronan zaklął pod nosem.
- Kolejny statek, który można spisać na straty. Pewnie nawet nie zdążył
zostawić ładunku...
Faro zmrużyła oczy.
- Ładunku? - powtórzyła, odwracając się w stronę zastępcy dyrektora. -
Czy jedynie o to się pan troszczy? O ładunek?
- A także, oczywiście, o jego załogę - dodał sztywno Ronan, łypiąc na
nią nienawistnie. - Nie jestem potworem.
- Nie. Oczywiście, że nie - odpowiedziała, siląc się na łagodny ton.
- Jak wiele statków straciliście w ten sposób? - zapytał Thrawn.
- Nie wiem - burknął Ronan, przekierowując swój gniew na wielkiego
admirała. - Wiem jednak, że stanowczo zbyt wiele. Jakie to ma znaczenie?
- Czy zawsze znikają?
- A co to za pytanie? - zjeżył się Ronan. - Oczywiście, że znikają bez
śladu. Te przeklęte gralloki wgryzają się w przewody zasilające i kontrolne, dopóki hipernapęd nie padnie, a statki nie skończą zagubione
gdzieś w przestrzeni międzygwiezdnej.
- Cóż, to niezbyt rozsądne zachowanie z ich strony - zauważył Thrawn. -
W ten sposób pozbawiają się zarówno źródła pożywienia, jak i narażają na
trafienie w niedogodne dla nich miejsce.
- Na wypadek gdyby pan nie zauważył, gralloki nie są gatunkiem rozumnym.
- Być może - przyznał wielki admirał. - O ile się nie mylę, sugerował
pan przed chwilą użycie przeciwko nim turbolaserów, zgadza się?
- Użycie... - Ronan zmarszczył nos, a Faro wbrew sobie poczuła złośliwą
satysfakcję. Thrawn był lepszy w nawiązywaniu do rozmaitych wątków
przerwanych rozmów, niż przypuszczała większość osób, co często
wprawiało jego rozmówców w zakłopotanie. - Och, ależ skąd! - żachnął się
zastępca dyrektora. - Żartowałem tylko.
- Rozumiem - odparł Thrawn. - Mimo to ma pan rację. Pora opracować nową
strategię. Kapitanie Dobbs?! - zawołał. - Czy śledził pan rozwój
wydarzeń i naszą dotychczasową dyskusję?
- Tak jest, sir - rozległ się w głośnikach mostka głos starszego pilota
TIE defenderów.
Faro ściągnęła brwi. Zupełnie nie zauważyła, kiedy Thrawn dołączył do
ich rozmowy Dobbsa.
- I co pan o tym sądzi? - zapytał go Chiss.
- To może być trudne, sir - ostrzegł kapitan. - Są dość szybkie i znacznie zwinniejsze od jakiegokolwiek myśliwca, z którym miałem do
czynienia. Sądzę jednak, że zdołam jednego dla pana zdobyć.
- Doskonale, kapitanie - ucieszył się Thrawn. - Proszę w takim razie
startować, gdy tylko będzie pan gotów. Znajdziemy panu dogodny cel.
- Tak jest, sir.
- Co pan wyprawia? - żachnął się Ronan. - Kim jest kapitan Dobbs?
- Kapitan Benj Dobbs to obecny dowódca mojej eskadry TIE defenderów.
Faro lekko się skrzywiła. "Obecny dowódca" oznaczało w skrócie tyle, iż
zastąpił on kapitana Vulta Skerrisa, którego niepoprawna arogancja
doprowadziła do tego, że dał się zabić podczas starcia myśliwskiego nad
Lothal.
Niestety, tak się pechowo składało, iż arogancja ta szła w parze z niezrównanymi zdolnościami bojowymi. Ani Dobbs, ani żaden inny z pilotów, zasiadających za sterami defenderów, nie dorastał mu pod tym
względem do pięt.
To zaś mogło nastręczyć poważnych problemów. Gdy Thrawn upora się już z grallokami i wyplącze z przepychanek Tarkina i Krennica, "Chimaera"
najprawdopodobniej wróci do walki.
Faro mogła tylko mieć nadzieję, że Dobbs i inni piloci zdołają osiągnąć
odpowiedni poziom biegłości w swoim fachu, zanim to nastąpi.
Ronan był wcześniej raz czy dwa świadkiem dokonań owych słynnych
defenderów Thrawna i szczerze powiedziawszy, nie był pod dużym
wrażeniem.
Teraz również jego mniemanie o nich nie wzrosło ani na jotę.
Dowodzący eskadrą Dobbs radził sobie całkiem nieźle, lawirując pośród
rojących się w okolicy statków niczym wyrośnięty grallok - tyle tylko,
że zamiast dwóch, mając trzy skrzydła. Za każdym razem, gdy oficer
czujników Thrawna przesyłała mu nowe współrzędne, natychmiast rzucał się
w pościg za upatrzoną ofiarą, ścigając ją w najwyższym skupieniu i z zabójczą determinacją.
Niestety, skupienie i determinacja nie wystarczyły, by zagwarantować
sukces. Po dwóch godzinach uwijania się jak w ukropie Dobbs wcale nie
był bliżej osiągnięcia upragnionego celu, niż wówczas gdy rozpoczął tę z góry skazaną na niepowodzenie krucjatę.
Tymczasem mogło się wydawać, iż sam wielki admirał stracił
zainteresowanie całym przedsięwzięciem. Zniknął zaledwie dziesięć minut
po rozpoczęciu całej akcji, aby po krótkiej naradzie odbytej z komodor
Faro w jednej z nisz dla obsady mostka zostawić Ronana, zmuszonego odtąd
obserwować to miałkie widowisko w samotności.
"O tak, wysoko postawieni oficerowie floty - zżymał się w duchu zastępca
dyrektora. - Bezużyteczne kukły w mundurach, co do jednego".
Wziął głęboki oddech. Wszystko w nim aż krzyczało ze złości na rażącą
nieefektywność tych działań - od bezsensownej fascynacji Thrawna
zwyczajami gralloków, poprzez jego idiotyczne próby wykorzystania
przeciwko nim dział jonowych, aż po pozbawione głębszego sensu próby
pilota Defendera, wciąż nadaremno uganiającego się za swoją zwierzyną.
Dyrektor Krennic ponad wszystko wymagał od swoich ludzi skuteczności w działaniu i Ronan spędził całe lata, doskonaląc swe zdolności w tym
zakresie.
Mimo to nie wysłano go na pokład "Chimaery" właśnie po to, by ją
egzekwował. Zgadza się, zależało mu na tym, by Thrawn rozwiązał problem
z grallokami, jednak nie w sposób szybki czy efektywny. Im dłużej wielki
admirał będzie przeciągał czynności wstępne, tym większe
prawdopodobieństwo, że skończy mu się czas przydzielony na tę operację.
I wówczas wszystkie upragnione przez niego fundusze na rozwój projektu
defenderów wrócą bezpiecznie tam, gdzie było ich miejsce, mianowicie do
puli przeznaczonej na realizację Gwiazdeczki.
- I co pan o tym sądzi, zastępco dyrektora?
Ronan niemal podskoczył. Skupiony bez reszty na wyczynach Dobbsa i pochłonięty rozmyślaniem o ogólnym braku kompetencji, która dawała się
we znaki Gwiazdeczce na każdym kroku, zupełnie nie zauważył, kiedy tuż
obok zjawił się Thrawn.
- Jak już wspomniałem dwie godziny temu, to strata czasu - stwierdził z naciskiem. - Nawet pański sławetny defender nie może ich doścignąć.
- To prawda - zgodził się Thrawn. - Jednak w dużej mierze jest to
spowodowane faktem, że gralloki go unikają.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki