Star Wars. Thrawn. Zdrada - Timothy Zahn

Kup ebooka

44.00 zł
36.91 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Impe­rialny gwiezdny nisz­czy­ciel sunął leni­wie nad maja­czącą w dole błę­kitno-zie­loną pla­netą; barwy odbi­jały się roz­my­tym bla­skiem w jego kadłu­bie, w cie­niu two­rzo­nym przez poświatę odle­głego słońca. Okręt dotarł już na skraj patro­lo­wa­nej prze­strzeni i jego załoga - naj­wy­raź­niej zado­wo­lona z faktu, iż w oko­licy wszystko wyda­wało się w jak naj­lep­szym porządku - posta­no­wiła zawró­cić i skie­ro­wać się z powro­tem w głąb prze­strzeni kosmicz­nej. Sta­tek utrzy­my­wał spo­koj­nie obrany kurs, dopóki nie opu­ścił studni gra­wi­ta­cyj­nej pla­nety. Wów­czas roz­bły­snął na uła­mek sekundy w powo­dzi świe­tli­stych linii i zde­ma­te­ria­li­zo­wał się, przy­śpie­sza­jąc do pręd­ko­ści nad­świetl­nej.

Zasia­da­jąca w fotelu dowo­dze­nia na mostku "Ste­ad­fa­sta" - okrętu chis­sań­skiej floty obron­nej - admi­rał Ar'alani skrzy­wiła się w mroku, roz­świe­tla­nym jedy­nie nikłym bla­skiem gwiazd, wpa­da­ją­cym przez ilu­mi­na­tory. Przy­pad­kowy intruz wresz­cie znik­nął. Pyta­nie, które nale­żało teraz posta­wić, brzmiało: Czy wymu­szone przej­ście "Ste­ad­fa­sta" w tryb peł­nego masko­wa­nia zapew­niło ich zwie­rzy­nie dosta­teczną ilość czasu i wystar­cza­jącą odle­głość, aby mogła doko­nać ucieczki?

- Mid­ko­man­do­rze Tanik? - rzu­ciła cicho Ar'alani.

- Jesz­cze chwila, pani admi­rał - odpo­wie­dział rów­nie cicho Tanik. W zasa­dzie nie ist­niał żaden powód ku temu, by pro­wa­dzili tę roz­mowę szep­tem, gdyż raczej nie było szans, by ich ofiara usły­szała ich poprzez tysiące kilo­me­trów dzie­lą­cej ich próżni, jed­nak Ar'alani już dawno zauwa­żyła, że tryb masko­wa­nia działa wyci­sza­jąco na załogę jej statku. - Trwają poszu­ki­wa­nia wzdłuż ostat­niego zna­nego wek­tora...

- O ile nie sko­rzy­stali z oka­zji, by go zmie­nić - wark­nął star­szy kapi­tan Khresh ze swo­jego fotela u boku Ar'alani. - Impe­rialni głupcy. Wybrali naj­gor­szy czas i naj­gor­sze miej­sce z możli...

- Cier­pli­wo­ści, star­szy kapi­ta­nie - zga­niła go łagod­nie Ar'alani, spo­glą­da­jąc przez ilu­mi­na­tor na otu­la­jącą mostek czerń kosmicz­nej pustki, usianą punk­ci­kami gwiazd. Kobieta była rów­nie sfru­stro­wana co Khresh nagłym i nie­spo­dzie­wa­nym poja­wie­niem się gwiezd­nego nisz­czy­ciela i jego nie­umyślną inge­ren­cją w ich misję, jed­nak to nie był powód, by od razu porzu­cać god­ność i samo­kon­trolę.

Spoj­rzała ponow­nie na wyświe­tlacz czuj­ni­ków... "A już szcze­gól­nie nie w sytu­acji, gdy wszystko sły­szał Tanik" - dodała w myśli.

Jak można się było spo­dzie­wać, na twa­rzy ofi­cera czuj­ni­ków sta­ra­ją­cego się namie­rzyć cel "Ste­ad­fa­sta" błą­kał się nikły uśmiech. Bez wąt­pie­nia wie­ści o tym wybu­chu, jak­kol­wiek nie­wiel­kim, dotrą do uszu Dyna­stii i pod­sycą jesz­cze napię­cie mię­dzy dwoma rodami.

Nie­stety, Khresh rów­nież dostrzegł naj­wy­raź­niej pół­u­śmiech Tanika.

- Coś pana bawi, mid­ko­man­do­rze? - zapy­tał chłodno.

- Ależ skąd, star­szy kapi­ta­nie, abso­lut­nie - zapew­nił go spo­koj­nie Tanik.

- Namie­rzył już pan nasz cel? Jeśli nie, pro­po­nuję odło­żyć myśli o roz­rywce na póź­niej i sku­pić się na zada­niu.

- Tak jest, sir. - Tanik wypro­sto­wał się w swoim fotelu. - Och, chwi­leczkę, sir... - dodał nagle z prze­sad­nym oży­wie­niem. - Poprawka: pani admi­rał, mamy ich.

- Dane na pul­pit - zarzą­dziła Ar'alani.

- Tam - powie­dział Khresh, wska­zu­jąc lśniący okrąg na tablicy tak­tycz­nej, ozna­cza­jący emi­sję gazów wylo­to­wych. - Wygląda na to, że utrzy­mują dotych­cza­sowy kurs.

- Porzu­cają tryb masko­wa­nia, pani admi­rał - zgło­sił Tanik. - Na­dal są jed­nak za daleko, byśmy zdo­łali sku­tecz­nie prze­pro­wa­dzić ana­lizę kon­fi­gu­ra­cji. - Pokrę­cił głową. - Mimo to jedno trzeba im przy­znać: mają tupet.

- Tupet nie­bez­piecz­nie gra­ni­czący z aro­gan­cją - zgo­dziła się z nim Ar'alani. Ich cel akty­wo­wał pole masku­jące w chwili, gdy w ukła­dzie zja­wił się gwiezdny nisz­czy­ciel, aby w ten spo­sób ukryć swą obec­ność przed poten­cjal­nym wro­giem. Sądząc jed­nak po jego aktu­al­nej pozy­cji, było jasne, że zamiast wyłą­czyć napęd i prze­cze­kać, podob­nie jak zro­bił to "Ste­ad­fast", kon­ty­nu­ował podróż według obra­nego wek­tora, naj­wy­raź­niej spo­dzie­wa­jąc się, że impe­rialny okręt go nie dostrzeże.

Do czego fak­tycz­nie nie doszło.

- Wygląda na to, że przy­go­to­wują się do skoku - zauwa­żył Khresh. - Jesz­cze moment...

- Prze­rwać tryb masko­wa­nia! - zawo­łała Ar'alani. - Czy mamy ich wek­tor?

- Tak jest, pani admi­rał - zamel­do­wał Tanik, gdy wokół nich mostek i reszta okrętu zaczęły powra­cać do życia. - Prze­sy­łam dane do nawi­ga­cji...

Ar'alani sku­piła uwagę na sta­no­wi­sku nawi­ga­cji i mło­dziut­kiej dziew­czy­nie zaj­mu­ją­cej miej­sce nawi­ga­tora.

- Gdy tylko będzie pani gotowa, nawi­ga­torko Mi'yaric - rzu­ciła.

- Tak jest, pani admi­rał - potwier­dziła Mi'yaric. W naj­wyż­szym sku­pie­niu poło­żyła dło­nie na kon­tro­l­kach swo­jego pul­pitu i pochy­liła głowę. Trwała tak przez moment w bez­ru­chu, a następ­nie zaczerp­nęła głę­boko tchu i powoli wypu­ściła powie­trze z płuc.

Chwilę póź­niej "Ste­ad­fast" mknął już przez nad­prze­strzeń.

- Miejmy tylko nadzieję, że okażą się rów­nie nie­kom­pe­tentni jak załoga tam­tego gwiezd­nego nisz­czy­ciela - wymam­ro­tał Khresh sie­dzący obok Ar'alani.

- Nie sądzę - odparła, sta­ra­jąc się ukryć tar­ga­jące nią złe prze­czu­cia. Śle­dze­nie statku wroga, aby poznać jego zamiary oraz cel podróży, to jedno. Tro­pie­nie go i prze­kra­cza­nie przy tym gra­nic, a także wtar­gnię­cie na tery­to­rium wroga... To coś zupeł­nie innego. - Dać sygnał wszyst­kim star­szym ofi­ce­rom: chcę, żeby zja­wili się w sali kon­fe­ren­cyj­nej mostka za dzie­sięć minut, aby­śmy mogli omó­wić sytu­ację.

- Tak jest, ma'am - potwier­dził przy­ję­cie roz­kazu Khresh. - Czy rów­nież...? - zaczął i zawie­sił zna­cząco głos.

Nie musiał koń­czyć zda­nia. Ar'alani wie­działa, o co Khresh chce zapy­tać. Pro­blem w tym, że nowy czło­nek załogi, który nie­dawno do nich dołą­czył - obcy - nie był jesz­cze w pełni tole­ro­wany przez wszyst­kich ofi­ce­rów i resztę obsady jej statku. W sytu­acji kry­zy­so­wej, czy też powią­za­nej w jakiś spo­sób z poli­tyką, podobny brak zaufa­nia mógł dopro­wa­dzić do waha­nia, a ono z kolei mogło stać się przy­czyną dru­zgo­czą­cej klę­ski.

Nie­wy­klu­czone jed­nak, że zanim to wszystko dobie­gnie końca, Ar'alani będzie potrze­bo­wała infor­ma­cji i ana­lizy, on zaś był zasad­ni­czo naj­lep­szym ich źró­dłem, na jakie mogła liczyć w tej chwili na pokła­dzie "Ste­ad­fa­sta".

A dobry dowódca ni­gdy nie mar­no­wał ani nie igno­ro­wał dostęp­nych mu środ­ków.

- Tak - odpo­wie­działa na nie­do­koń­czone pyta­nie Khre­sha. - Jemu rów­nież daj znać. Poproś, żeby porucz­nik Eli'van'to do nas dołą­czył.

Rozdział 1

Łącz­ność na jed­nost­kach takich jak gwiezdny nisz­czy­ciel "Chi­ma­era" - zarówno komu­ni­katy przy­cho­dzące, jak i wycho­dzące - kla­sy­fi­ko­wano według wielu róż­nych sta­tu­sów oraz pozio­mów bez­pie­czeń­stwa. Każda z wia­do­mo­ści miała przy­pi­sany spe­cjalny kod okre­śla­jący jej prio­ry­tet, który sta­no­wił jed­no­cze­śnie o tym, do kogo ma tra­fić i w jaki spo­sób należy ją potrak­to­wać.

Komo­dor Karyn Faro znała je wszyst­kie na pamięć. Jakimś cudem jed­nak w jej umy­śle ucho­wała się mała cząstka, która pomimo wielu lat wpa­ja­nia impe­rial­nych zasad i prze­pi­sów upar­cie sto­so­wała wobec tych kodów wła­sny sys­tem, kla­sy­fi­ku­jący je według barw.

Sygnały iden­ty­fi­ka­cyjne wysy­łane przez pobli­skie statki oraz nad­cho­dzące z baz, od któ­rych dzie­lił ich średni dystans - stan­dar­dowe kwe­stie, któ­rymi zaj­mo­wali się młodsi ofi­ce­ro­wie - miały w jej skali odcie­nie zie­leni lub błę­kitu. Nie­wielki pro­cent bar­dziej prio­ry­te­to­wych komu­ni­ka­tów oraz rapor­tów z Coru­scant - zna­nego obec­nie w krę­gach biu­ro­kra­tycz­nych jako Impe­rial Cen­ter - postrze­gała jako paletę żółci i oran­żów. Ich prze­twa­rza­nie nale­żało do obo­wiąz­ków wyż­szych stop­niem ofi­ce­rów "Chi­ma­ery". Nie­liczne wia­do­mo­ści o naj­wyż­szym prio­ry­te­cie lub te ści­śle poufne, pocho­dzące od star­szych admi­ra­łów z krę­gów naj­wyż­szego dowódz­twa tra­fiały do rąk samej Faro i były ozna­czane przez nią kolo­rami ciem­nej czer­wieni i pur­pury.

Była też jesz­cze jedna kate­go­ria - te naprawdę rzad­kie infor­ma­cje spoza ofi­cjal­nego łań­cu­cha dowo­dze­nia floty, kie­ro­wane bez­po­śred­nio do wiel­kiego admi­rała Thrawna. Te miały dla niej barwę nie­prze­nik­nio­nej czerni.

I ni­gdy nie wró­żyły nic dobrego.

- Pań­ski pro­gram pro­duk­cji TIE defen­de­rów jest zagro­żony - oświad­czył wielki moff Tar­kin.

Ponie­waż holo­gram Tar­kina był zwró­cony do niej tyłem, sto­jąca w biu­rze Thrawna Faro nie dostrze­gała wyrazu twa­rzy impe­rial­nego dygni­ta­rza. Nie musiała jed­nak - wystar­czyło, że widziała obli­cze samego Thrawna. Led­wie zauwa­żalne stę­że­nie rysów twa­rzy błę­kit­no­skó­rego admi­rała spra­wiło, że po jej ple­cach prze­biegł zimny dreszcz.

- Orson Kren­nic wyka­zał się nad­zwy­czajną wręcz siłą per­swa­zji - cią­gnął Tar­kin - jeśli cho­dzi o prze­kie­ro­wa­nie środ­ków do wła­snego pro­jektu zna­nego jako Gwiaz­deczka.

- Impe­ra­tor zapew­nił mnie, że wspiera mój plan - odpo­wie­dział Thrawn.

Faro zauwa­żyła, że admi­rał znów się kon­tro­luje, a głos ma spo­kojny jak zwy­kle. Brzmiały w nim jed­nak nuty, któ­rych nie sły­szała u niego ni­gdy wcze­śniej. Impe­ra­tora i Thrawna łączyła nie­zwy­kła więź, któ­rej początki się­gały pierw­szej wizyty wiel­kiego admi­rała na Coru­scant. Krą­żyły plotki, według któ­rych szcze­gól­nie pod­czas tych pierw­szych lat po tam­tym brze­mien­nym w skutki spo­tka­niu obaj zni­kali na dłu­gie godziny w pała­co­wym cen­trum pla­no­wa­nia stra­te­gicz­nego, w towa­rzy­stwie zale­d­wie garstki wybra­nych ze ści­słego dowódz­twa admi­rałów i zaufa­nych mof­fów, i pro­wa­dzili dłu­gie roz­mowy na nie­znane nikomu tematy. Jeśli Kren­nic zamie­rzał igrać z jed­nym z fawo­ry­tów Impe­ra­tora, to stą­pał po bar­dzo kru­chym lodzie.

Nie mówiąc już o tym, że decy­du­jąc się na tak ryzy­kowny - i zwy­czaj­nie głupi - krok, nara­żał także samo Impe­rium. Linia pro­duk­cyjna TIE defen­de­rów, którą Thrawn uru­cha­miał na leżą­cej na Zewnętrz­nych Rubie­żach pla­ne­cie Lothal, miała na celu zapew­nie­nie im naj­lep­szych myśliw­ców, jakie będzie oglą­dać galak­tyka: maszyn szyb­kich, zwrot­nych, sil­nie uzbro­jo­nych, a także - co sta­no­wiło rady­kalną zmianę w sto­sunku do wszyst­kich ich poprzed­ni­ków - wypo­sa­żo­nych w osłony i hiper­na­pęd. Będą­cych w sta­nie pora­dzić sobie z każ­dym zagro­że­niem: nawet naj­le­piej wyekwi­po­wa­nym gan­giem pira­tów czy nie­skłon­nym do współ­pracy ukła­dem gwiezd­nym. Mogą­cych też bez trudu roz­pra­wić się z roz­peł­za­ją­cym się stop­niowo rebe­lianc­kim plu­ga­stwem.

Pozba­wione defen­de­rów Coru­scant cze­ka­łaby długa i żmudna walka na wszyst­kich tych trzech fron­tach. Z tymi maszy­nami Impe­rium byłoby zaś nie­po­ko­nane...

- W moich oczach pro­jekt dyrek­tora Kren­nica sta­nowi na razie nie­koń­czące się źró­dło wydat­ków i wymó­wek - zauwa­żył Tar­kin. - Jeśli pro­duk­cja defen­de­rów ma na­dal trwać, musi pan przed­ło­żyć tę kwe­stię bez­po­śred­nio samemu Impe­ra­to­rowi. Zaaran­żo­wa­łem już spo­tka­nie...

- Wyru­szam natych­miast, guber­na­to­rze Tar­kin - zapew­nił Thrawn.

Holo­pro­jek­cja znik­nęła, a wielki admi­rał dotknął przy­ci­sku na module komu­ni­ka­tora.

- Pani koman­dor, pro­szę poin­for­mo­wać guber­na­tor Pryce, że lecę na Coru­scant - rzu­cił do mikro­fonu. - Doko­nać skoku w nad­prze­strzeń, gdy tylko kurs zosta­nie wyty­czony.

Kiedy uzy­skał potwier­dze­nie przy­ję­cia roz­kazu z mostka, wbi­jał przez chwilę wzrok w blat biurka, jakby roz­wa­ża­jąc w myśli dostępne opcje. W końcu spoj­rzał na Faro.

- Pani komo­dor - prze­mó­wił z powagą. - Czy to raport łącz­no­ści, o który pro­si­łem?

- Tak jest, sir - potwier­dziła Faro, pod­cho­dząc do niego i poda­jąc mu data­pad. - Oba­wiam się, że nie udało nam się zna­leźć żad­nych pra­wi­dło­wo­ści...

Thrawn spoj­rzał na ekran kom­pu­te­ro­wego notat­nika i przez chwilę przy­glą­dał się w mil­cze­niu licz­bom. Faro obser­wo­wała go, zasta­na­wia­jąc się, czy Chiss rów­nież - podob­nie jak ona - sądzi, iż koman­dor Eli Vanto zdo­łałby wysnuć jakieś sen­sowne wnio­ski na pod­sta­wie bez­ład­nego, zda­wa­łoby się, zesta­wie­nia ter­mi­nów, godzin i czę­sto­tli­wo­ści, które dostar­czyła admi­ra­łowi. Chło­pak bez dwóch zdań miał smy­kałkę do takich rze­czy.

Jed­nak Vanto zagi­nął - pew­nego dnia znik­nął po pro­stu bez śladu z pokładu "Chi­ma­ery". I cho­ciaż żywo spe­ku­lo­wano na temat aktu­al­nego miej­sca jego pobytu, obsta­wia­jąc różne loka­li­za­cje: od Dzi­kiej Prze­strzeni, poprzez pałac impe­rialny, w któ­rym Vanto miałby dzia­łać jako czło­nek taj­nej grupy pla­no­wa­nia, aż po sce­na­riusz, według któ­rego dry­fo­wał mar­twy głę­boko w prze­strzeni kosmicz­nej, to prawda była taka, że nikt nie wie­dział, co się z nim wła­ści­wie stało.

Swego czasu Faro pró­bo­wała nawet wypy­ty­wać o to wiel­kiego admi­rała Thrawna. Odpo­wie­dział jej uprzej­mie, ale sta­now­czo dał przy tym do zro­zu­mie­nia, że nie powinna ni­gdy wię­cej poru­szać tego tematu.

Gdyby jed­nak to ją spy­tano o zda­nie, to z uwagi na sła­bość Thrawna do swo­jego byłego asy­stenta, a także łączącą ich więź o cha­rak­te­rze nauczy­ciel-uczeń, która wytwo­rzyła się mię­dzy nimi, gdy wielki admi­rał prze­ka­zy­wał mu wie­dzę i śle­dził roz­wój jego kariery, sądziła, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem Vanto po pro­stu nie żyje. Nie przy­cho­dził jej do głowy żaden inny powód, dla któ­rego chło­pak miałby porzu­cać "Chi­ma­erę" bez słowa wyja­śnie­nia.

- Być może rebe­lianci są po pro­stu prze­sad­nie ostrożni - sko­men­to­wał Thrawn, odda­jąc jej data­pad. - Rów­nie dobrze jed­nak możemy mieć do czy­nie­nia z sytu­acją, w któ­rej grupa pla­nu­jąca odbi­cie Hery Syn­dulli jest na tyle mała, że nie ma potrzeby komu­ni­ko­wa­nia się ze sobą otwar­tymi kana­łami.

Faro mimo­wol­nie wykrzy­wiła usta. Ow­szem, grupa rebe­lian­tów, któ­rzy pla­no­wali uwol­nie­nie Syn­dulli z bloku wię­zien­nego guber­na­tor Pryce, była z pew­no­ścią nie­wielka, ale to wcale nie zna­czyło, że można ją lek­ce­wa­żyć - cho­ciażby dla­tego, iż nale­żał do niej mię­dzy innymi były Jedi Kanan Jar­rus, a także młody, aspi­ru­jący Jedi Ezra Brid­ger.

Prze­mknęło jej przez myśl, iż w pewien pokrętny spo­sób byłoby lepiej, gdyby Syn­dulla zgi­nęła wraz z resztą swo­jej eska­dry X-win­gów pod­czas nie­uda­nego ataku na Lothal, w walce prze­ciwko "Chi­ma­erze" i resz­cie sił Thrawna. Więź­nio­wie bywali pod wie­loma wzglę­dami przy­datni, jed­nak sta­no­wili rów­nież punkty new­ral­giczne i poten­cjal­nie zapalne, pro­wo­ku­jąc prze­ciw­nika do pod­ję­cia nowych, wymie­rzo­nych w Impe­rium dzia­łań.

Komo­dor nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, że gdyby decy­zje w tej spra­wie podej­mo­wał Thrawn, prze­kułby to ryzyko w środki, które można by z powo­dze­niem wyko­rzy­stać do walki z rebe­lian­tami. Nie­stety, wię­zień pozo­sta­wał pod kura­telą Pryce, a ona nie dorów­ny­wała inte­li­gen­cją wiel­kiemu admi­ra­łowi. Bra­ko­wało jej także jego sub­tel­no­ści i zdol­no­ści stra­te­gicz­nych.

Co gor­sza, Pryce pozwo­liła sobie na emo­cjo­nalne zaan­ga­żo­wa­nie się w całą tę sprawę - potrak­to­wała ataki rebe­lian­tów na jej pla­netę oso­bi­ście, co w skró­cie ozna­czało tyle, iż myślała ser­cem zamiast głową. Sytu­acja, w któ­rej Lothal zosta­nie pozba­wiony uwagi, wpły­wów i doradz­twa Thrawna choćby na kilka dni, mogła skut­ko­wać klę­ską. W naj­gor­szym wypadku Syn­dulla zgi­nie, nie przy­da­jąc się Impe­rium kom­plet­nie na nic, to zaś ozna­czałoby trwo­nie­nie cen­nych środ­ków. Wyglą­dało jed­nak na to, że Pryce zupeł­nie się tym nie przej­mo­wała.

- Jak się domy­ślam, nie pochwala pani mojej decy­zji o podróży na Coru­scant? - prze­rwał jej roz­my­śla­nia wielki admi­rał.

- Ow­szem, sir - potwier­dziła otwar­cie Faro. Thrawn już dawno nauczył się traf­nie odczy­ty­wać jej mimikę i język ciała, ona zaś pogo­dziła się z tym i nauczyła się nie reago­wać na to paniką. - Wąt­pię, by guber­na­tor Pryce zda­wała sobie sprawę z tego, co wynika z faktu posia­da­nia kon­troli nad kimś takim jak Syn­dulla. Jeśli Jar­rus i jego zespół posta­no­wią ją odbić, wąt­pię, by Pryce zdo­łała ich powstrzy­mać.

- Racja - potwier­dził Chiss. - Z dru­giej jed­nak strony, utrata Syn­dulli będzie sto­sun­kowo nie­wielką porażką. W prze­ci­wień­stwie do ska­so­wa­nia pro­gramu TIE defen­de­rów, która to decy­zja może oka­zać się kata­stro­falna w skut­kach. Jeśli pro­jekt dyrek­tora Kren­nica sku­pia się na tym, czego jak przy­pusz­czam, doty­czy, sta­nowi krót­ko­wzroczne w uję­ciu stra­te­gicz­nym podej­ście - zarówno do kwe­stii woj­sko­wo­ści ofen­syw­nej, jak i defen­syw­nej. Jeżeli Kren­nic rze­czy­wi­ście prze­ko­nał Impe­ra­tora, by zaprze­stał finan­so­wa­nia defen­de­rów... będzie to miało zna­czący wpływ na przy­szłość całego Impe­rium.

- Tak jest, sir - odparła Faro. Wie­działa, że lord Vader rów­nież inte­re­so­wał się pro­gra­mem pro­duk­cji defen­de­rów, szcze­gól­nie po tym, jak miał oka­zję zasiąść za ste­rami jed­nego z nich pod­czas walki z siłami Gry­sków na tere­nie Nie­zna­nych Regio­nów, i fakt ów zde­cy­do­wa­nie powi­nien prze­ma­wiać na korzyść Thrawna.

Nie­stety Vader był rów­nież gło­sem i prawą ręką Impe­ra­tora. A skoro on prze­stał patrzeć łaska­wym okiem na defen­dery, to nie mogli już liczyć na wspar­cie Mrocz­nego Lorda.

Moduł łącz­no­ści roz­brzmiał sygna­łem połą­cze­nia przy­cho­dzą­cego.

- Panie admi­rale, tu mostek - dobiegł z gło­śnika głos koman­dor Ham­merly. - Wła­śnie otrzy­ma­li­śmy nowy zestaw współ­rzęd­nych punktu zbor­nego od guber­na­tora Tar­kina. Mamy wytyczne, by spo­tkać się z nim na pokła­dzie "Fire­drake'a", prze­by­wa­ją­cego aktu­al­nie w ukła­dzie Sev Tok.

Po twa­rzy Thrawna prze­mknął led­wie zauwa­żalny cień.

- To... cie­kawe - stwier­dził z namy­słem. - Czy guber­na­tor wspo­mniał o poten­cjal­nym udziale Impe­ra­tora w spo­tka­niu?

- Nie, sir, nic nie mówił na ten temat - odparła Ham­merly. - Jed­nak z wia­do­mo­ści wynika, że obecni będą dyrek­tor Kren­nic i jesz­cze kilka innych osób. Spraw­dzi­łam jej pocho­dze­nie. Nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści: zarówno komu­ni­kat, jak i współ­rzędne pocho­dzą od samego Tar­kina.

- Dosko­nale, pani koman­dor - skwi­to­wał Thrawn. - Pro­szę zmie­nić odpo­wied­nio kurs i gdy tylko będziemy gotowi, przy­śpie­szyć do nad­świetl­nej.

- Tak jest, sir.

Thrawn się roz­łą­czył.

- Co pani o tym sądzi, pani komo­dor?

- Strasz­nie to wszystko... tajem­ni­cze - zauwa­żyła Faro, wywo­łu­jąc na ekran swo­jego data­pada infor­ma­cje doty­czące "Fire­drake'a". Impe­rialny gwiezdny nisz­czy­ciel, okręt fla­gowy wiel­kiego admi­rała Balan­haia Savita i jego Trze­ciej Floty. - Jeśli Tar­kin koniecz­nie chce się spo­tkać na pokła­dzie gwiezd­nego nisz­czy­ciela, to dla­czego nie tu, na "Chi­ma­erze"?

- Jestem pewien, że ma ku temu powody - odpo­wie­dział wielki admi­rał. - Jak zwy­kle zresztą.

Gło­śniki moni­to­rów repe­ty­cyj­nych w biu­rze roz­brzmiały ostrze­gaw­czym brzę­czy­kiem: "Chi­ma­era" roz­po­częła lot.

- Tak jest, sir - bąk­nęła Faro. - Za pań­skim pozwo­le­niem, admi­rale, chcia­ła­bym teraz wró­cić na mostek i spraw­dzić kilka rze­czy...

- Oczy­wi­ście, pani komo­dor - przy­zwo­lił Thrawn. - Jak mnie­mam, czuje pani ulgę, że przy­naj­mniej jeden z nęka­ją­cych panią pro­ble­mów został roz­wią­zany?

Faro zmarsz­czyła czoło.

- Sir?

Odnio­sła wra­że­nie, że rysy jego twa­rzy stward­niały.

- Wygląda na to, że koniec koń­ców nie lecimy na Coru­scant.

- Admi­rale?! - zawo­łał kapi­tan Boulag z kładki dowo­dze­nia gwiezd­nego nisz­czy­ciela "Fire­drake". - Prom dyrek­tora Kren­nica zado­ko­wał wła­śnie w han­ga­rze.

- Przy­ją­łem! - odkrzyk­nął wielki admi­rał Savit z rufo­wego mostka, krzy­wiąc się pod nosem. Wpro­wa­dzane na ostat­nią chwilę zmiany w pla­nach, wysoko posta­wione per­sony, przy­by­wa­jące nie­spo­dzie­wa­nie na pokład jego statku... Poli­tyka na poli­tyce i poli­tyką poga­niana, cał­kiem jakby w sze­re­gach Impe­rium odro­dziła się na powrót Repu­blika, ze wszyst­kimi jej nie­do­sko­na­ło­ściami i bolącz­kami.

- Spra­wia pan wra­że­nie nie­za­do­wo­lo­nego, admi­rale - zauwa­żył siwo­włosy, chudy męż­czy­zna sto­jący przy kon­soli łącz­no­ści.

Savit obej­rzał się na niego. Jak już dawno stwier­dził, ze wszyst­kich gra­czy na impe­rial­nej plan­szy poli­tycz­nej, to wła­śnie on, wielki moff Tar­kin, był naj­gor­szy.

- Szcze­rze wąt­pię, by moje nastroje pla­so­wały się jakoś szcze­gól­nie wysoko na liście prio­ry­te­tów Impe­ra­tora, kiedy posta­no­wił prze­nieść miej­sce spo­tka­nia z Coru­scant na pokład "Fire­drake'a" - odparł z prze­ką­sem.

Tar­kin pod­niósł leciutko brwi.

- A powinny?

Savi­towi drgnęła warga. O tak, to była poli­tyka w jej naj­gor­szym wyda­niu... ale przy­naj­mniej Tar­kin miał poczu­cie humoru.

- Oczy­wi­ście, że nie - par­sk­nął. - Zada­niem zarówno "Fire­drake'a", jak i moim jest słu­żyć Impe­ra­to­rowi, a także Impe­rium, na któ­rego czele stoi.

- Jak nas wszyst­kich - dopo­wie­dział Tar­kin. - Mam rów­nież abso­lutną pew­ność, że Impe­ra­tor nie chciałby mar­no­wać naszego cen­nego czasu, pro­sząc uczest­ni­ków spo­tka­nia o podró­żo­wa­nie aż na Coru­scant. Obecna loka­li­za­cja "Fire­drake'a" sta­nowi zapewne czyn­nik, który miał klu­czowe zna­cze­nie dla jego decy­zji.

Savit nad­sta­wił uszu. "Klu­czowe zna­cze­nie"?

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się. - A inne?

Tar­kin skwi­to­wał to wścib­stwo bla­dym uśmie­chem, po czym spoj­rzał nad jego ramie­niem na główną część mostka.

- Pro­szę mi powie­dzieć, admi­rale, co pan sądzi na temat pro­jektu Gwiaz­deczka?

- To... cie­kawe pyta­nie - odpo­wie­dział ostroż­nie Savit, odru­chowo prze­sta­wia­jąc umysł w tryb obronny. Pro­jekt hołu­biony przez Impe­ra­tora, duma i chluba Kren­nica, ciche zain­te­re­so­wa­nie Tar­kina... - To bar­dzo śmiałe i nie­spo­ty­kane dotąd podej­ście do kwe­stii impe­rial­nego bez­pie­czeń­stwa - oznaj­mił, z namy­słem dobie­ra­jąc słowa. - Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na jego reali­za­cję.

- Jak my wszy­scy - powtó­rzył Tar­kin. - Jed­nakże w jego przy­padku wystę­pują jed­no­cze­śnie pewne... pro­blemy, szcze­gól­nie doty­czące alo­ka­cji fun­du­szy. Czy koja­rzy pan pro­jekt pro­duk­cji TIE defen­de­rów wiel­kiego admi­rała Thrawna?

- Ponie­kąd - przy­znał Savit. - Widzia­łem plany, jed­nak nie mia­łem oka­zji oglą­dać tych myśliw­ców w akcji.

- Thrawn jest świę­cie prze­ko­nany, że flota impe­rialna potrze­buje jego defen­de­rów - stwier­dził Tar­kin. - Nie jest rów­nież tajem­nicą, iż Impe­ra­tor darzy go dużą estymą. Mimo to opo­wiada się rów­nież sil­nie za potrzebą reali­za­cji Gwiaz­deczki.

- W rze­czy samej - zgo­dził się Savit. - Obaj jeste­śmy zapra­co­wa­nymi ludźmi, guber­na­to­rze. Czego dokład­nie pan ode mnie ocze­kuje?

Tar­kin zmarsz­czył prze­lot­nie czoło, stu­diu­jąc uważ­nie twarz swo­jego roz­mówcy.

- Czy potrafi pan docho­wać tajem­nicy, admi­rale?

Savit nie zdo­łał powstrzy­mać cisną­cego mu się na usta uśmie­chu.

- Ależ oczy­wi­ście.

- Mam powody, by wie­rzyć, że spo­tka­nie, które odbę­dzie się nie­ba­wem, zakoń­czy się... rywa­li­za­cją - oświad­czył Tar­kin. - A kon­kret­nie mię­dzy dyrek­to­rem Kren­ni­kiem a admi­ra­łem Thraw­nem.

- Zapo­wiada się w takim razie przed­nia roz­grywka - skwi­to­wał Savit. - Któ­remu z nich mam kibi­co­wać?

- Thrawn to dumny ofi­cer - odparł z namy­słem Tar­kin. - Sku­teczny, bar­dzo uzdol­niony, lecz bez dwóch zdań hardy. - Kolejny nikły uśmiech. - Podob­nie jak pan, admi­rale. Ni­gdy nie popro­siłby o pomoc, nie mówiąc już o jej przy­ję­ciu.

- Gdy­bym jed­nak zna­lazł jakiś spo­sób na udzie­le­nie mu wspar­cia... bez jego wie­dzy? - pod­su­nął Savit.

- Sądzę, że podobna pomoc mia­łaby ogromne znacz­nie dla Impe­rium - zauwa­żył z powagą Tar­kin.

"A przy­naj­mniej - pomy­ślał zja­dli­wie Savit - ogromne zna­cze­nie dla cie­bie, guber­na­to­rze".

Mimo to wła­śnie takie były reguły podob­nych gier, czyż nie? A poza tym wszystko, co mogło zepchnąć zarówno Kren­nica, jak i jego pro­jekt o kilka szcze­bli w dół na dra­bi­nie impe­rial­nych prio­ry­te­tów sta­no­wią­cych przed­miot tej roz­grywki, było jego zda­niem miłym jej uroz­ma­ice­niem.

- Rozu­miem - powie­dział. - Teraz jed­nak muszę pana prze­pro­sić. Dyrek­tor Kren­nic z pew­no­ścią spo­dziewa się, że powi­tam go na pokła­dzie oso­bi­ście. Czy prze­ka­zał pan Thraw­nowi infor­ma­cję o zmia­nie miej­sca spo­tka­nia?

- Ow­szem. Otrzy­ma­łem rów­nież potwier­dze­nie z "Chi­ma­ery" - odparł Tar­kin. - Pro­szę prze­ka­zać ode mnie wyrazy usza­no­wa­nia dyrek­to­rowi Kren­ni­cowi. Do zoba­cze­nia za kilka godzin.

- Nie omiesz­kam, guber­na­to­rze. - Savit uśmiech­nął się do niego. - Wprost nie mogę się już docze­kać.

Przy stole w kon­fe­ren­cyj­nej sali dowo­dze­nia gwiezd­nego nisz­czy­ciela "Fire­drake" zasiada trójka męż­czyzn. Sama sala jest iden­tyczna z tą znaj­du­jącą się na pokła­dzie "Chi­ma­ery", choć zarówno tutej­szy stół, jak i krze­sła są nieco now­sze i nowo­cze­śniej­sze od tych na okrę­cie pod roz­ka­zami Chissa.

- Ach, wielki admi­rał Thrawn! - wita go wylew­nie Tar­kin. Na jego twa­rzy gości wyraz ocze­ki­wa­nia... a może rów­nież skry­tego wyra­cho­wa­nia. Głos ma spo­kojny. Zapewne to spo­kój kogoś, kto przy­go­to­wuje się do nie­uchron­nej kon­fron­ta­cji. - Pro­szę pozwo­lić, że przed­sta­wię panu wiel­kiego admi­rała Savita, dowódcę "Fire­drake'a" i Trze­ciej Floty. Jak sądzę, dotąd nie mieli pano­wie oka­zji się spo­tkać...

- Nie, guber­na­to­rze, nie mie­li­śmy - potwier­dza Savit z wystu­dio­waną uprzej­mo­ścią. Na jego twa­rzy malują się czuj­ność i chłodna kal­ku­la­cja, a postura zdra­dza mie­szankę pew­no­ści sie­bie i dumy. - Witamy na pokła­dzie, admi­rale.

- Być może sły­szał pan o admi­rale Savi­cie dzięki jego słyn­nym rodzin­nym pro­gra­mom muzycz­nym na Coru­scant - dodaje Tar­kin i wyra­cho­wa­nie w jego gło­sie przy­biera na sile. Ton nie­sie ze sobą ostrze­że­nie, które pew­nie ma na celu uzmy­sło­wie­nie pozo­sta­łym roz­mów­com sil­nej pozy­cji rodziny Savita w świe­cie kul­tury na Coru­scant.

- W rze­czy samej. Bar­dzo chciał­bym któ­re­goś dnia wziąć oso­bi­ście udział w jed­nym z pań­skich wystę­pów.

- Był­bym zaszczy­cony - odpo­wiada Savit. Jego głos prze­peł­nia duma, zabar­wiona lekką nutą samo­za­do­wo­le­nia, co świad­czy o tym, iż męż­czy­zna zdaje sobie dosko­nale sprawę z wyso­kiego sta­tusu wła­snej rodziny.

- To zaś... - Ofi­cjalny ton Tar­kina wzmaga się. Sły­chać w nim też pewną dozę goto­wo­ści bojo­wej. Jego mina świad­czy o rezer­wie, a być może rów­nież o nie­chęci. - ...Dyrek­tor Orson Kren­nic.

- Admi­rale. - Głos Kren­nica zdra­dza ostroż­ność, a wyraz twa­rzy... nie­życz­li­wość? Język jego ciała mówi o gnie­wie, a może rów­nież o jaw­nej wro­go­ści. - Jak się domy­ślam, chce pan, by cof­nięto finan­so­wa­nie przy­znane mojemu pro­jek­towi Gwiaz­deczka.

- Nic podob­nego - pro­te­stuje Thrawn. - Chciał­bym po pro­stu zacho­wać obie­cane mi już fun­du­sze.

- Obie­cane przez samego Impe­ra­tora, dodał­bym - wtrąca zna­cząco Tar­kin. Patrzy na Kren­nica przez pół sekundy, po czym dotyka przy­ci­sku na kon­soli wmon­to­wa­nej w blat stołu. W jego geście jest pewna sztyw­ność, wyni­ka­jąca pew­nie ze wspo­mnia­nej goto­wo­ści bojo­wej. - W porządku zatem. Teraz, gdy wszy­scy zain­te­re­so­wani są już obecni, prze­każę infor­ma­cję, że możemy zaczy­nać.

Mija dokład­nie jede­na­ście sekund - w głę­bo­kiej ciszy. Tar­kin nie spusz­cza oczu z Kren­nica, a ten wodzi wzro­kiem od Thrawna do guber­na­tora. Savit wbija spoj­rze­nie w plat­formę modułu holo­łącz­no­ści - z czuj­no­ścią i spo­ko­jem.

W końcu nad plat­formą roz­bły­skuje holo­gram - postać samego Impe­ra­tora.

- Dzień dobry, guber­na­to­rze Tar­kin - mówi Pal­pa­tine z wycze­ki­wa­niem i zain­te­re­so­wa­niem. Roze­dr­gany obraz fał­szuje wyraz jego twa­rzy, a zwró­cone do Thrawna pro­fi­lem obli­cze jest mało czy­telne. - Dyrek­to­rze Kren­nic, wielki admi­rale Savit, wielki admi­rale Thrawn...

- Dzień dobry, Wasza Wyso­kość - mówi Tar­kin i skła­nia głowę w geście powi­ta­nia. Może też w wyra­zie sza­cunku. Pozo­stali człon­ko­wie spo­tka­nia idą w jego ślady. Po ustach Kren­nica błąka się wątły uśmiech, a jego mina zdra­dza pew­ność sie­bie. - Jak Wasza Wyso­kość zapewne wie, pro­jekt Gwiaz­deczka napo­tkał nie­wielki pro­blem, który jak sądzę, powin­ni­śmy przed­ło­żyć...

- W rze­czy samej. - Impe­ra­tor zwraca się w stronę Kren­nica. Kąciki jego ust opa­dają w dół. - Wyda­wało mi się, że reali­za­cja pro­jektu Gwiaz­deczka prze­biega w zado­wa­la­ją­cym tem­pie...

- Pro­jektu... ow­szem, Wasza Wyso­kość - zapew­nia Kren­nic gło­sem, w któ­rym brzmi nie­za­chwiana pew­ność sie­bie. - Pro­blem leży jed­nak w łań­cu­chu logi­stycz­nym, który jak zapew­niam, jest pod kon­trolą.

- Och, czyżby? - pyta Impe­ra­tor. - Odno­szę wra­że­nie, że guber­na­tor Tar­kin jest zgoła innego zda­nia.

- Ow­szem, Wasza Wyso­kość - odpo­wiada wywo­łany do tablicy guber­na­tor. Wyraz jego twa­rzy się nie zmie­nia, ale widać na niej pewne roz­luź­nie­nie. - Jed­nak ponie­waż dyrek­tor Kren­nic wydaje się nie­zbyt skłonny do sta­wie­nia czoła pro­ble­mowi, pozwo­li­łem sobie zapro­sić wiel­kiego admi­rała Thrawna celem doko­na­nia kon­sul­ta­cji.

- Rozu­miem - mówi Impe­ra­tor. Gdy się odwraca, na jego ustach błąka się cień uśmie­chu. - A co takiego, jeśli wolno mi zapy­tać, wielki admi­rał Mitth'raw'nuru­odo sądzi o całej tej sytu­acji?

- Jeśli cho­dzi o ści­słość, Wasza Wyso­kość, to nie mia­łem jesz­cze oka­zji wta­jem­ni­czyć admi­rała w szcze­góły - wyja­śnia naprędce Tar­kin. - Ponie­waż pro­jekt Gwiaz­deczka jest oto­czony ści­słą tajem­nicą, uzna­łem za sto­sowne wstrzy­mać się z wyja­śnie­niami, by nie wycie­kły do Holo­Netu.

- Bar­dzo mądrze z pana strony, guber­na­to­rze Tar­kin - chwali go Impe­ra­tor. - Być może dyrek­tor Kren­nic będzie tak uprzejmy naświe­tli nam sytu­ację... - Kąciki jego ust znów opa­dają. - Ku korzy­ści wszyst­kich zain­te­re­so­wa­nych stron...

Mię­śnie szyi Kren­nica napi­nają się prze­lot­nie.

- Jak już wspo­mnia­łem, Wasza Wyso­kość - zaczyna Kren­nic - sytu­acja jest pod kon­trolą. Napo­tka­li­śmy po pro­stu pewne... pro­blemy z mynoc­kami w punk­cie trans­feru sprzętu.

- Gral­lo­kami - mam­ro­cze pod nosem Tar­kin.

- Gral­loki to gatu­nek spo­krew­niony z mynoc­kami - opo­nuje Kren­nic. Rysy twa­rzy mu tężeją, a skóra lekko czer­wie­nieje. Być może świad­czy to o poiry­to­wa­niu. Także gnie­wie lub zakło­po­ta­niu. - Żyją w próżni, ata­kują kable zasi­la­jące i złą­cza...

- Są rów­nież znacz­nie więk­sze i wytrzy­mal­sze od zwy­kłych mynoc­ków - wtrąca Savit. Jego mina zdra­dza skry­wane roz­ba­wie­nie. - Guber­na­tor Have­land i jej ludzie mieli z nimi sporo kło­po­tów w sek­to­rze Esaga.

- Prawda jest taka, że to drobna nie­do­god­ność, nic poza tym - zapew­nia z mocą Kren­nic. Lek­kie zaczer­wie­nie­nie skóry znika, a ton głosu wska­zuje, że znów w pełni nad sobą panuje. Nie spusz­cza wzroku z Tar­kina. Być może chce mu w ten spo­sób rzu­cić wyzwa­nie.

- Drobna nie­do­god­ność? - powta­rza Tar­kin z trium­falną miną. - Z pań­skich rapor­tów wynika, że prze­syłki sprzętu i tur­bo­la­se­rów prze­zna­czo­nych do mon­tażu na sta­no­wi­skach obron­nych mają już trzy­ty­go­dniowe opóź­nie­nie. Nie sądzę, by taki poślizg można było nazwać "drobną nie­do­god­no­ścią".

- A więc twier­dzi pan, że reali­za­cja pro­jektu Gwiaz­deczka opóź­nia się z powodu grupy szkod­ni­ków? - W gło­sie Impe­ra­tora sły­chać powstrzy­my­wany gniew. Pio­ru­nuje Kren­nica wzro­kiem.

- Zapew­niam Waszą Wyso­kość, że mamy wszystko pod kon­trolą - powta­rza dyrek­tor. W jego gło­sie sły­chać ostroż­ność, lecz na­dal jest pewny sie­bie.

- Admi­rale Mitth'raw'nuru­odo? - zagaja Impe­ra­tor. - Podziela pan osąd dyrek­tora Kren­nica?

- W przy­padku zwłoki rzędu trzech tygo­dni można chyba mówić o czymś wię­cej niż tylko o drob­nej nie­do­god­no­ści - zauważa Thrawn. - Powi­nie­nem jed­nak wra­cać do swo­ich obo­wiąz­ków na Lothal...

- Wszy­scy mamy swoje obo­wiązki, admi­rale - nie daje mu dokoń­czyć Tar­kin. - A guber­na­tor Pryce ma rów­nież do dys­po­zy­cji znaczną część pań­skich sił, które pomogą jej utrzy­mać porzą­dek na pla­ne­cie. Jestem pewien, że mógłby pan poświę­cić nieco czasu, by pochy­lić się nad tym pro­ble­mem.

- Odno­szę wra­że­nie, iż admi­rał Savit posiada wię­cej infor­ma­cji i doświad­cze­nia ode mnie, jeśli cho­dzi o te stwo­rze­nia. Jestem pewien, że ma w związku z tym lep­sze kwa­li­fi­ka­cje, by zna­leźć odpo­wied­nie roz­wią­za­nie tej sytu­acji.

- Admi­rał Savit rów­nież ma inne obo­wiązki - nie ustę­puje Tar­kin. - Co wię­cej, bra­kuje mu pań­skich zdol­no­ści w zakre­sie tak­tyki oraz roz­wią­zy­wa­nia skom­pli­ko­wa­nych zagad­nień. Ist­nie­nia któ­rych, że pozwolę sobie wysu­nąć takie przy­pusz­cze­nie, dyrek­tor Kren­nic powi­nien być już świa­dom.

- Mam już dość tych kłótni - oświad­cza Impe­ra­tor. - To pan, guber­na­to­rze, zor­ga­ni­zo­wał to spo­tka­nie. Jaki dokład­nie miał pan w tym cel?

Tar­kin patrzy spo­koj­nie, a na jego twa­rzy maluje się wyraz triumfu.

- Dyrek­tor Kren­nic zasu­ge­ro­wał Waszej Wyso­ko­ści, że fun­du­sze prze­zna­czone na reali­za­cję pro­gramu pro­duk­cji TIE defen­de­rów powinny zostać prze­su­nięte do pro­jektu Gwiaz­deczka. Sądzę, iż podobne opóź­nie­nia w dostar­cza­niu nie­zbęd­nego sprzętu nie tylko nara­żają har­mo­no­gram prac pro­jek­to­wych, lecz także sta­no­wią mar­no­traw­stwo środ­ków finan­so­wych, które mogą - i powinny - być wyko­rzy­stane w inny spo­sób.

- A więc pro­po­nuje pan... układ? - pyta Impe­ra­tor. W jego gło­sie sły­chać ocze­ki­wa­nie.

- Zga­dza się, Wasza Wyso­kość - potwier­dza Tar­kin. - Pro­po­nuję, aby admi­rał Thrawn, jeśli byłby w sta­nie roz­wią­zać ów pro­blem i znisz­czyć gral­loki, otrzy­mał fun­du­sze nie­zbędne do kon­ty­nu­acji pro­gramu pro­duk­cji defen­de­rów.

- Dyrek­to­rze Kren­nic? - rzuca Impe­ra­tor.

Kren­nic mil­czy przez sekundę.

- Jestem skłonny pójść na taki układ... - mówi wresz­cie. Po jego twa­rzy widać, że sta­ran­nie się kon­tro­luje. Wzrok ma czujny, jakby obser­wo­wał skra­da­jącą się zwie­rzynę - ...o ile admi­rał Thrawn zdoła znisz­czyć te stwo­rze­nia w ciągu naj­bliż­szego tygo­dnia.

- To nie­zbyt uczciwe - opo­nuje Savit. Jego wyraz twa­rzy i ton głosu ocie­kają wręcz pogardą. - Jak już wspo­mnia­łem, guber­na­tor Have­land wal­czy z tymi stwo­rami od lat.

- Jeżeli admi­rał Thrawn nie zdoła upo­rać się z nimi we wspo­mnia­nym cza­sie, żaden z niego dla nas poży­tek - cedzi Kren­nic. - Nie mówiąc już o tym, że ewen­tu­alne nie­po­wo­dze­nie poda­łoby w wąt­pli­wość jego tak zwane umie­jęt­no­ści w zakre­sie roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów.

- Admi­rale Mitth'raw'nuru­odo? - zaga­duje Impe­ra­tor. - Decy­zja należy do pana.

- Przyj­muję pro­po­zy­cję guber­na­tora Tar­kina - mówi Thrawn. - Podob­nie jak warunki posta­wione przez dyrek­tora Kren­nica.

- Dosko­nale - pod­su­mo­wuje Impe­ra­tor. Kąciki jego ust uno­szą się w zdra­dza­ją­cym satys­fak­cję uśmie­chu. - A więc tydzień. Dyrek­to­rze Kren­nic, prze­każe pan wiel­kiemu admi­ra­łowi odpo­wied­nie współ­rzędne. Admi­rale Savit, na panu z kolei spo­czywa zada­nie uzy­ska­nia od guber­na­tor Have­land infor­ma­cji, które zgro­ma­dziła dotych­czas na temat tych istot. Admi­rale Mitth'raw'nuru­odo, ma pan tydzień.

Holo­gram znika bez śladu.

- Jesz­cze jedno - dodaje Kren­nic. Prze­nosi spoj­rze­nie na Thrawna. W wyra­zie jego twa­rzy da się dostrzec zauwa­żalne napię­cie, a także podejrz­li­wość lub też nie­chęć. - Wyślę na pań­ski pokład kogoś z moich ludzi, aby nad­zo­ro­wał wyko­rzy­sty­wane przez pana pro­ce­dury oraz postępy prac.

- Wąt­pię, aby było to konieczne - wtrąca Tar­kin. - Rejestr dotych­cza­so­wych suk­ce­sów admi­rała Thrawna mówi sam za sie­bie.

- Rejestr suk­ce­sów admi­rała Thrawna wska­zuje też na pewne zna­czące nie­pra­wi­dło­wo­ści w zakre­sie pro­wa­dzo­nych przez niego dzia­łań - mówi Kren­nic ostro, porzu­ca­jąc wszel­kie pozory kur­tu­azji. - Wiem, co knu­jesz, Tar­kin. Jeśli mam się zrzec fun­du­szy prze­zna­czo­nych na reali­za­cję mojego pro­jektu, chcę mieć przy tym pew­ność, że zostaną dopeł­nione odpo­wied­nie pro­ce­dury. Co do joty.

- Zostaną - zapew­nia Chiss. - Chciał­bym, żeby współ­rzędne punktu trans­fe­ro­wego zostały prze­słane zało­dze "Chi­ma­ery" w ciągu kwa­dransa. Pań­ski peł­no­moc­nik ma się zja­wić na pokła­dzie w tym samym cza­sie. Ina­czej do nas nie dołą­czy.

- To żaden pro­blem, admi­rale Thrawn - kwi­tuje Kren­nic. Na jego twa­rzy poja­wia się uśmiech: kpiący lub trium­falny. - Dopil­nuję, by obie te rze­czy wyda­rzyły się jed­no­cze­śnie, jako że dane dostar­czy wam oso­bi­ście zastępca dyrek­tora Ronan. - Patrzy na Tar­kina i uśmiech nik­nie. Rysy jego twa­rzy ponow­nie tward­nieją, gdy jesz­cze raz stara się zacho­wać pozory ogłady. - Jak już guber­na­tor Tar­kin raczył wspo­mnieć, te dane są zbyt poufne, by powie­rzać je prze­ka­zowi zdal­nemu.

Savit wstaje od stołu. Na jego twa­rzy roz­ba­wie­nie wal­czy o lep­sze ze wzgardą.

- Chodźmy, admi­rale - mówi. - Odpro­wa­dzę pana do pań­skiego promu. - Gdy się uśmie­cha, roz­ba­wie­nie znika, a pogarda się nasila. - A po dro­dze poroz­ma­wiamy sobie o gral­lo­kach. I innych dra­pież­ni­kach.

Drzwi kabiny otwo­rzyły się, a gdy Brierly Ronan pod­niósł wzrok, zoba­czył wcho­dzą­cego do środka dyrek­tora Kren­nica. Jego długa, biała pele­ryna falo­wała w rytm zama­szy­stych kro­ków.

- Dyrek­to­rze - przy­wi­tał go Ronan, wsta­jąc szybko z krze­sła. - Tuszę, że spo­tka­nie prze­bie­gło pomyśl­nie?

- Nie - wark­nął Kren­nic. - Czy znasz może nie­ja­kiego wiel­kiego admi­rała Thrawna?

- Sły­sza­łem o kimś takim, sir - odparł ostroż­nie Ronan. - Jed­nak nic poza tym.

- W takim razie czeka cię bły­ska­wiczny kurs doszka­la­jący - burk­nął dyrek­tor. - Zapra­szam do ter­mi­nala. Masz pobrać wszel­kie infor­ma­cje z baz danych "Fire­drake'a" na jego temat.

- Tak jest, sir - potwier­dził przy­ję­cie roz­kazu Ronan, pod­cho­dząc pośpiesz­nie do wska­za­nego ter­mi­nala. - A czy... czy wolno mi spy­tać, co się wła­ści­wie wyda­rzyło?

- Wolno - odparł kwa­śno dyrek­tor. - Wszystko wska­zuje na to, że Thrawn to naj­now­sze cięż­kie działo, które Tar­kin zamie­rza wyto­czyć prze­ciwko mnie.

- Działo, sir?

- Działo. - Zanim dyrek­tor opadł na fotel, zręcz­nym ruchem odgar­nął pele­rynę na bok, tak by na niej nie usiąść. - Działo, które zamie­rza wyko­rzy­stać w kolej­nej pró­bie wydar­cia mi pro­jektu Gwiaz­deczka. - Prych­nął. - A Impe­ra­tor widział to wszystko... i się uśmie­chał. Uśmie­chał się!

Ronan skrzy­wił się z pogardą, wkle­pu­jąc zapy­ta­nie w kla­wia­turę ter­mi­nala. Jakie to typowe... Zamiast kie­ro­wać pod­wład­nymi i zacho­wy­wać się jak przy­kładny przy­wódca - na wzór dyrek­tora Kren­nica - Impe­ra­tor Pal­pa­tine wolał się zaba­wiać w szczu­cie swo­ich ludzi prze­ciwko sobie i obser­wo­wać, jak ska­czą sobie do gar­deł.

- Czego pan ode mnie ocze­kuje?

Kren­nic wziął głę­boki oddech, pró­bu­jąc ochło­nąć.

- Tar­kin wma­new­ro­wał Thrawna, wcią­ga­jąc go w zakład: stawką są fun­du­sze na jego pro­jekt TIE defen­de­rów w zamian za roz­wią­za­nie pro­ble­mów z gral­lo­kami, któ­rych doświad­cza nasza linia zaopa­trze­nia w sek­to­rze Kurost. Thrawn ma tydzień na pozby­cie się gral­lo­ków. Jeśli mu się to nie uda, dofi­nan­so­wa­nie otrzyma Gwiaz­deczka.

- I Thrawn przy­stał na takie warunki?

- Ow­szem - potwier­dził ponuro dyrek­tor. - Co sta­wia nas w... inte­re­su­ją­cej sytu­acji. Zależy nam na tym, by Thrawn pozbył się gral­lo­ków, a jed­no­cze­śnie chcemy, by zajęło mu to wię­cej niż tydzień.

Ronan roz­wa­żał przez chwilę jego słowa.

- To by było z pew­no­ścią naj­lep­sze roz­wią­za­nie - zgo­dził się. - Co jed­nak mia­łoby go powstrzy­mać od porzu­ce­nia próby pozby­cia się ich, gdy skoń­czy mu się czas?

- Teo­re­tycz­nie? Nic - odpo­wie­dział dyrek­tor Kren­nic. - W prak­tyce... zro­bił na mnie wra­że­nie upar­tego. Jeśli będzie bli­ski roz­wią­za­nia pro­blemu, sądzę, że zechce dopro­wa­dzić całą sprawę do końca. - Wska­zał na Ronana. - I tu wła­śnie zaczyna się twoja rola. Posta­ra­łem się, żebyś dołą­czył do niego na pokła­dzie "Chi­ma­ery", gdzie będziesz nad­zo­ro­wał całą ope­ra­cję i prze­sy­łał mi raporty na temat postę­pów prac. Jeśli dostrze­żesz coś, co by choć śla­dowo zwia­sto­wało suk­ces, masz mi natych­miast wysłać szcze­gó­łowe spra­woz­da­nie.

- Tak jest, sir - potwier­dził Ronan, wpa­tru­jąc się w ekran ter­mi­nala. O tak, zna­lazł je: ofi­cjalne dane floty na temat Thrawna. Oczy­wi­ście, dużo lep­sze byłyby infor­ma­cje mniej ofi­cjalne, będące w posia­da­niu wielu gru­bych ryb w Impe­rial Cen­ter, jed­nak pry­watne dane Savita były z pew­no­ścią zaszy­fro­wane i nie miał szans się do nich doko­pać. - A więc jeśli po upły­wie tygo­dnia będzie chciał się pod­dać... - zagad­nął, wsu­wa­jąc w szcze­linę portu data­kartę.

- Do cie­bie będzie nale­żało dopil­no­wa­nie, aby tak się nie stało - dokoń­czył dyrek­tor. - Jeśli ci się to nie uda, zgro­ma­dzisz wszel­kie dane, które zdo­bę­dzie, i dostar­czysz mi je, tak aby­śmy mogli zna­leźć roz­wią­za­nie na wła­sną rękę. Jakieś pyta­nia?

- Nie, sir.

- W takim razie możesz odejść - zakoń­czył dyrek­tor Kren­nic. - Thrawn spo­dziewa się cie­bie. Masz się z nim spo­tkać w han­ga­rze. - Wyjął data­kartę i podał ją Rona­nowi. - Oto współ­rzędne punktu trans­fe­ro­wego dla załogi "Chi­ma­ery". Thrawn będzie wie­dział, jak je deszy­fro­wać.

- Tak jest, sir - odpo­wie­dział Ronan.

Wsu­nął data­karty do kie­szeni, ski­nął Kren­ni­cowi głową i ruszył w stronę drzwi.

- Ronan? Jesz­cze jedno - rzu­cił w ślad za nim dyrek­tor.

- Tak? - Męż­czy­zna odwró­cił się do niego.

- Miej go na oku - dodał cicho Kren­nic. - Obser­wuj bar­dzo uważ­nie. Nie zostałby wiel­kim admi­ra­łem, gdyby nie był bystry. Moż­liwe, że w tej zagrywce Tar­kina jest coś wię­cej, niż się na pozór wydaje.

- Oczy­wi­ście, sir - zapew­nił Ronan. - Cokol­wiek knuje Tar­kin, będę na to przy­go­to­wany.

Savit ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał Thrawna. Jed­nak podob­nie jak Kren­nic sły­szał opo­wie­ści o jego doko­na­niach.

Teraz, sto­jąc z nim twa­rzą w twarz, musiał przy­znać, że był odro­binę roz­cza­ro­wany.

Ow­szem, jeśli cho­dzi o apa­ry­cję, wielki admi­rał bez wąt­pie­nia robił wra­że­nie. Błę­kitna skóra i lśniące, czer­wone oczy impo­nu­jąco kon­tra­sto­wały z nie­ska­zi­tel­nie bia­łym mun­du­rem i zło­tymi epo­le­tami. Roz­ta­czał rów­nież aurę auto­ry­tetu, spo­koju, a także ogól­nej świa­do­mo­ści oto­cze­nia, która spra­wiała, iż zde­cy­do­wa­nie wyróż­niał się spo­śród zna­ko­mi­tej więk­szo­ści ofi­ce­rów - nawet tych wyż­szych stop­niem - któ­rych Savit miał oka­zję poznać i pod roz­ka­zami któ­rych słu­żył w ciągu wielu lat swo­jej kariery.

Nie­ba­ga­telne zna­cze­nie miał rów­nież fakt, że kolor skóry i oczu Thrawna - cechy, które czy­niły z niego istotę huma­no­idalną, ale nie czło­wieka - powinny były znacz­nie utrud­nić mu pię­cie się po szcze­blach kariery, jeśli w ogóle nie unie­moż­li­wić wstą­pie­nie w sze­regi floty. Fakt, iż mimo wszystko zdo­łał dosłu­żyć się tak wyso­kiego stop­nia, nie­zbi­cie świad­czył o jego talen­tach w dzie­dzi­nie stra­te­gii i tak­tyki.

Nie dało się jed­nak ukryć, że miał jedną poważną, haniebną i widoczną na pierw­szy rzut oka wadę: kom­plet­nie nie potra­fił się poru­szać w świe­cie poli­tyki.

Świad­czył o tym dobit­nie spo­sób, w jaki roz­ma­wiał z Kren­ni­kiem i Tar­ki­nem. Bły­sko­tliwy tak­tyk czy nie, pupil Impe­ra­tora czy nie, pod­czas tam­tej kon­fron­ta­cji spra­wiał wra­że­nie zwie­rzę­cia spa­ra­li­żo­wa­nego bla­skiem reflek­to­rów.

Jeśli cho­dzi o ści­słość, to Savit był skłonny posta­wić każde pie­nią­dze na to, że Thrawn wciąż nie poj­muje, o co w tym wszyst­kim naprawdę cho­dzi.

Cóż, tak czy ina­czej, łatwo mógł to spraw­dzić.

- Cie­kawa sprawa, czyż nie? - zagad­nął kon­wer­sa­cyj­nym tonem, gdy szli ramię w ramię kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do han­garu "Fire­drake'a". - Ta ich zabawa w prze­cią­ga­nie liny...

- Prze­pra­szam? - odpo­wie­dział Chiss.

Savit potrzą­snął głową. No tak. Sam się o to pro­sił...

- Rywa­li­za­cja Kren­nica i Tar­kina - wyja­śnił. - Kren­nic dowo­dzi pro­jek­tem Gwiaz­deczka. Tar­kin bar­dzo, ale to bar­dzo chce mu go ode­brać. Dla­tego wła­śnie wplą­tał w to wszystko pana.

Thrawn uszedł kilka kro­ków w mil­cze­niu, jakby zasta­na­wiał się nad jego sło­wami.

- Czy Tar­kin sądzi, że poprę go w tym spo­rze? - zapy­tał wresz­cie.

- To nie­wy­klu­czone - przy­znał Savit. - Jed­nak bar­dziej praw­do­po­dobne, że po pro­stu pró­buje udo­wod­nić, iż jest lep­szym admi­ni­stra­to­rem od Kren­nica. Dyrek­tor ma pro­blem, ale to Tar­kin jest dość bystry, by spro­wa­dzić eks­perta, który zdoła go roz­wią­zać. Oczy­wi­ście, mam tu na myśli pana.

Kolejne dwa kroki w mil­cze­niu.

- A więc twier­dzi pan, że jestem dla niego nie tyle osobą zdolną zna­leźć roz­wią­za­nie pro­blemu, ile... bro­nią?

- Nie ina­czej - potwier­dził Savit.

Jego mnie­ma­nie o ofi­ce­rze idą­cym u jego boku wła­śnie odro­binę wzro­sło, ale tylko nie­znacz­nie. W końcu on sam musiał oso­bi­ście mu to wszystko wytłu­ma­czyć. A nawet wów­czas Thrawn musiał prze­ło­żyć to sobie na język woj­sko­wo­ści, zanim zorien­to­wał się, o co cho­dzi.

- Pro­szę też nie mieć złu­dzeń - pod­jął Savit. - Teraz, gdy Tar­kin wpro­wa­dził już pana na pole walki, obie strony będą pró­bo­wały pana wyko­rzy­stać. Tar­kin spró­buje użyć pana prze­ciwko Kren­ni­cowi, ten zaś postara się za pań­skim pośred­nic­twem pod­ko­pać pozy­cję guber­na­tora w oczach Impe­ra­tora.

- Tylko jeśli mi się nie uda.

- Pro­szę mi zaufać - par­sk­nął Savit. - Jeśli guber­na­tor Have­land nie zdo­łała się pozbyć tego cho­ler­stwa w ciągu trzech lat, pan raczej nie zrobi tego w tydzień.

- Zoba­czymy - rzu­cił krótko Thrawn. - Czy ma pan może te dane na temat gral­lo­ków, o któ­rych dostar­cze­nie pro­sił Impe­ra­tor?

Savit musiał przy­znać, że gość ma wyso­kie mnie­ma­nie o swo­ich moż­li­wo­ściach.

- Oto one - powie­dział, wyj­mu­jąc z kie­szeni data­kartę i poda­jąc mu nośnik. - Jak wła­ści­wie zamie...

- Admi­rale? - roz­legł się czyjś głos.

Gdy Savit się odwró­cił, zoba­czył, że w ich stronę idzie męż­czy­zna w śred­nim wieku. Pla­kietka z insy­gniami puł­kow­nika na piersi jego nie­ska­zi­tel­nie bia­łej bluzy mun­du­ro­wej lśniła w świe­tle pokła­do­wych lamp "Fire­drake'a", a za nim powie­wała rów­nie biała pele­ryna.

Savit lekko się skrzy­wił. Znał aż za dobrze zadę­cie Kren­nica, zwią­zane z tą jego hołu­bioną pele­rynką, nie miał jed­nak poję­cia, że dyrek­tor zaszcze­pił tę samą non­sen­sowną modę u swo­jego wyż­szego per­so­nelu.

- Och, mia­łem nadzieję, że pana zła­pię, admi­rale Thrawn, zanim wróci pan na pokład "Chi­ma­ery" - powie­dział nie­zna­jomy. Cho­ciaż męż­czy­zna z całych sił sta­rał się spra­wiać wra­że­nie kogoś, komu się śpie­szy, Savit zauwa­żył, że tak naprawdę było wręcz prze­ciw­nie. Na co dzień fur­ko­cząca pele­ryna wywo­ły­wała zapewne u osób postron­nych auto­ma­tyczny respekt, dzięki któ­remu jej wła­ści­ciel zyski­wał na cza­sie kosz­tem innych. Jeśli jed­nak dzia­łało to wła­śnie w ten spo­sób na per­so­nel Gwiaz­deczki, to na pewno nie tutaj, na pokła­dzie okrętu pod roz­ka­zami admi­rała Savita.

- W takim razie radzę się pośpie­szyć - odparł Savit.

Odwró­cił się ple­cami do nowo przy­by­łego i pod­jął marsz. Uszedł trzy kroki, gdy dotarło do niego, że Thrawn został w tyle. Zatrzy­mał się i obej­rzał przez ramię. Chis­sań­ski admi­rał stał w tym samym miej­scu, w któ­rym Savit go zosta­wił, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż męż­czy­zna w pele­ry­nie ich dogoni.

Savit pokrę­cił głową, tym razem nie faty­gu­jąc się nawet z ukry­wa­niem roz­draż­nie­nia. Zwy­czaj­nie tego nie poj­mo­wał: dopiero co wyja­śnił Thraw­nowi, że Tar­kin zamie­rza go wyko­rzy­stać, a teraz facet nie jest w sta­nie przej­rzeć nawet tak pro­stac­kiej zagrywki w wyko­na­niu jed­nego z ludzi Kren­nica?

Cóż, naj­wy­raź­niej miał do czy­nie­nia z bez­na­dziej­nym przy­pad­kiem. W tej sytu­acji można było jedy­nie zasta­na­wiać się nad tym, któ­remu z nich - Kren­ni­cowi czy Tar­ki­nowi - uda się go mak­sy­mal­nie wyzy­skać, zanim prze­sta­nie im być potrzebny.

Pod­władny Kren­nica pod­szedł do nich nie­śpiesz­nym kro­kiem. Savit zauwa­żył, że męż­czy­zna nie był jesz­cze w śred­nim wieku - a przy­naj­mniej tak można było wnio­sko­wać na pod­sta­wie jego postury i sto­sun­kowo gład­kiej cery - jed­nak jego oczy spra­wiały wra­że­nie dziw­nie sta­rych.

- Zastępca dyrek­tora Brierly Ronan - przed­sta­wił się, jakby sądził, że dwóch wiel­kich admi­ra­łów nie zdą­żyło jesz­cze tego wyde­du­ko­wać. - Dyrek­tor Kren­nic pro­sił mnie o nad­zo­ro­wa­nie prze­biegu pań­skiej ope­ra­cji, admi­rale Thrawn.

- Miło mi będzie gościć pana na pokła­dzie "Chi­ma­ery" - odpo­wie­dział Thrawn, po czym dodał pod adre­sem Savita: - Prze­pra­szam, admi­rale? O czym pan mówił?

Minęła dobra chwila, nim Savit zorien­to­wał się, o co pyta Chiss.

- Chcia­łem się po pro­stu dowie­dzieć, od czego zamie­rza pan zacząć.

- Od początku, oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Thrawn i ski­nął głową. - Dzię­kuję, admi­rale, za poświę­ce­nie mi czasu oraz za pań­skie cenne rady. Jestem prze­ko­nany, że zastępca dyrek­tora Ronan i ja tra­fimy już stąd na pokład mojego statku.

- Oczy­wi­ście - powie­dział Savit. - W takim razie pozo­staje mi życzyć panu powo­dze­nia, admi­rale.

- Dzię­kuję. - Thrawn odwró­cił się do Ronana i ponow­nie ski­nął głową. - Pro­szę za mną, zastępco dyrek­tora. Chciał­bym zacząć moż­li­wie jak naj­prę­dzej.

- Mam nadzieję - powie­działa komo­dor Faro, otwie­ra­jąc drzwi nowych kwa­ter Ronana i zapra­sza­jąc go gestem do środka - że będzie pan się tu czuł kom­for­towo.

Ronan wymi­nął ją i rozej­rzał się po wnę­trzu. Jako jeden z wyż­szych stop­niem bli­skich współ­pra­cow­ni­ków dyrek­tora Kren­nica bywał wie­lo­krot­nie na pokła­dach róż­nych gwiezd­nych nisz­czy­cieli. Kajuta, którą przy­dzie­liła mu Faro, nie nale­żała do naj­gor­szych, na jakie mógł liczyć ktoś w jego ran­dze, jed­nak nie była rów­nież czymś naj­lep­szym, co miała do zaofe­ro­wa­nia "Chi­ma­era". A już z pew­no­ścią nie umy­wała się do kwa­ter, które dyrek­to­rowi i jego per­so­ne­lowi przy­dzie­lił Savit. Naj­wy­raź­niej Faro i jej dowódca ase­ku­ro­wali się, przy­zna­jąc Rona­nowi coś, co go zado­woli, i zacho­wu­jąc lep­sze kwa­tery, na wypa­dek gdyby przy­szło im gościć kogoś wyżej posta­wio­nego - Tar­kina, a może nawet samego dyrek­tora Kren­nica.

Cóż, to nie było nic nowego. Poli­tyka, lawi­ro­wa­nie, próby zabez­pie­cza­nia się na każdą oko­licz­ność i uszczę­śli­wie­nia wszyst­kich naraz, tak aby jed­no­cze­śnie zapew­nić sobie mak­sy­malne korzy­ści. Wszy­scy to robili - począw­szy od tego sta­rego głupca Impe­ra­tora aż po naj­po­śled­niej­szego gry­zi­piórka.

Ronan cie­szył się, że nie musi uczest­ni­czyć w tych idio­tycz­nych prze­py­chan­kach. Prze­ni­kli­wość, kom­pe­ten­cja i zdol­no­ści dyrek­tora Kren­nica gwa­ran­to­wały odpo­wiedni dystans od podob­nych głu­pich gie­rek.

- Dzię­kuję, to wystar­cza­jąco kom­for­towe warunki - zapew­nił, opie­ra­jąc się chęci zauwa­że­nia, iż na pokła­dzie "Chi­ma­ery" są kajuty wygod­niej­sze od tej, którą mu przy­dzie­liła. On sam rów­nież wolał się w miarę moż­li­wo­ści trzy­mać z dala od poli­tyki. - Ja z kolei mam nadzieję, że wielki admi­rał jak naj­szyb­ciej deszy­fruje dane zawarte na data­kar­cie, tak aby­śmy mogli już wkrótce udać się na miej­sce.

- Zrobi to z pew­no­ścią naj­prę­dzej, jak się da - zapew­niła Faro. - Choć tro­chę mnie dziwi, że prze­ka­zany oso­bi­ście nośnik musiał zostać zaszy­fro­wany...

- Roz­kazy dyrek­tora Kren­nica - odparł krótko Ronan. - Nawet na pokła­dzie impe­rial­nego okrętu mogą znaj­do­wać się szpie­dzy, a naj­bar­dziej zaufany kurier może paść ofiarą kra­dzieży. A dzięki tym środ­kom ostroż­no­ści nawet podob­nie bez­czelny zło­dziej będzie musiał obejść się sma­kiem.

- Rozu­miem - potwier­dziła Faro, ale Ronan nie­mal sły­szał ukryty pod war­stewką uprzej­mo­ści komen­tarz: "Para­noik".

Nie­zbyt przej­mo­wał się opi­niami innych. Podobne środki ostroż­no­ści były oznaką roz­sądku i kre­atyw­no­ści - i wła­śnie dla­tego Gwiaz­deczka pozo­sta­wała tak dobrze chro­niona przez wszyst­kie te lata przed wścib­skimi oczami i lep­kimi palu­chami innych.

- Na szczę­ście deszy­fra­cja nie opóźni zbyt­nio naszej podróży - pod­jęła tym­cza­sem Faro. - Admi­rał Thrawn usta­lił już, że od celu dzieli nas odle­głość, którą prze­bę­dziemy w nie­spełna trzy godziny, a z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zmie­ścimy się w dwóch.

Ronan zmru­żył oczy. Obecny punkt trans­fe­rowy rze­czy­wi­ście znaj­do­wał się zale­d­wie pół­to­rej godziny lotu gwiezd­nym nisz­czy­cie­lem stąd, jed­nak infor­ma­cja o jego loka­li­za­cji była pil­nie strze­żona.

- A czy mógł­bym wie­dzieć, na jakiej pod­sta­wie to wyde­du­ko­wał? - zapy­tał, sta­ra­jąc się mówić ostro.

- Admi­rał wyszedł z zało­że­nia, że dyrek­tor Kren­nic pod­jął jesz­cze jedną, ostat­nią próbę roz­wią­za­nia pro­blemu przed kon­fron­ta­cją z guber­na­to­rem Tar­ki­nem - wyja­śniła Faro. W jej oczach dało się dostrzec lek­kie roz­ba­wie­nie na widok wyraź­nej kon­ster­na­cji Ronana. - Obszar jurys­dyk­cji admi­rała Savita pozwo­lił zawę­zić poten­cjalną loka­li­za­cję do tego regionu, a obec­ność guber­na­tora Tar­kina pod­czas nie­daw­nej kon­fe­ren­cji han­dlo­wej na Char­rze okre­śliła praw­do­po­dobny wek­tor jego podróży. Dla admi­rała Thrawna była to kwe­stia pro­stych wyli­czeń.

- Rozu­miem - bąk­nął Ronan, przy­pa­tru­jąc się jej z namy­słem. Przy­pusz­czał, że Thrawn jest kolej­nym pion­kiem na poli­tycz­nej plan­szy, podob­nie jak więk­szość z pozo­sta­łych jede­na­stu wiel­kich admi­ra­łów, jed­nak w przy­padku Chissa naj­wy­raź­niej to Impe­ra­tor bawił się w poli­tykę, a nie on sam. Tak czy ina­czej wszystko wska­zy­wało na to, iż Thrawn dys­po­no­wał czymś wię­cej niż tylko krztyną wro­dzo­nej inte­li­gen­cji.

Co w tej sytu­acji było nie­ko­niecz­nie pożą­dane. Dopil­no­wa­nie, by pro­blem z gral­lo­kami został roz­wią­zany po upły­wie wyzna­czo­nego ter­minu, miało klu­czowe zna­cze­nie dla gwa­ran­cji, że ani jeden kre­dyt z fun­du­szy prze­zna­czo­nych na reali­za­cję Gwiaz­deczki nie trafi do krót­ko­wzrocz­nego pro­jektu TIE defen­de­rów Thrawna. W oczach Ronana czę­ściowe zwy­cię­stwo było mimo wszystko czę­ściową porażką.

Cóż, skoro jed­nak guber­na­tor Have­land i wiel­kiemu admi­ra­łowi Savi­towi nie udało się pozbyć gral­lo­ków w ciągu tylu lat, nie było szans, by osoba z zewnątrz doko­nała tego w tydzień - nie­ważne, jak bar­dzo była sprytna. Ronan musiał tylko dopil­no­wać, żeby po tym, jak Thrawn ponie­sie klę­skę, dostar­czył mu dość kawał­ków ukła­danki, by dyrek­tor Kren­nic zdo­łał roz­wią­zać ten pro­blem oso­bi­ście.

- Chęt­nie prze­ko­nam się, czy wyli­cze­nia wiel­kiego admi­rała okażą się trafne - poin­for­mo­wał Faro. Tak czy ina­czej nie miał zamiaru ujaw­niać wię­cej infor­ma­cji, niż to abso­lut­nie konieczne, nie mówiąc już o dostar­cza­niu jej dar­mo­wej roz­rywki. - Pro­szę mnie zawia­do­mić, gdy tylko dotrzemy na miej­sce.

Rozdział 2

W ukła­dzie, w któ­rym znaj­do­wał się punkt trans­fe­rowy, wrzało jak w ulu. Roiło się od setek stat­ków róż­nych roz­mia­rów i kształ­tów, prze­miesz­cza­ją­cych się gru­pami lub cze­ka­ją­cych w kolej­kach bądź też wyska­ku­ją­cych z nad­prze­strzeni lub ska­czą­cych w nią na jego obrze­żach. Głów­nymi punk­tami, wokół któ­rych była sku­piona więk­szość aktyw­no­ści, wyda­wało się kil­ka­na­ście dużych masow­ców, roz­pro­szo­nych tu i ówdzie po całym tere­nie. Ich ozna­cze­nia iden­ty­fi­ko­wały je jako nie­wy­róż­nia­jące się niczym szcze­gól­nym jed­nostki cywilne. Wokół każ­dego z nich tło­czyły się grupki mniej­szych stat­ków cze­ka­ją­cych na swoją kolej, aby zado­ko­wać i dostar­czyć ładu­nek. Pery­metr patro­lo­wało kilka śred­niej wiel­ko­ści okrę­tów, mię­dzy któ­rymi klu­czyły pil­nu­jące porządku myśliwce TIE.

Faro widziała już kie­dyś podobną scenę - gdy miała oka­zję odwie­dzać układ, w któ­rym apro­wi­zo­wano i obsa­dzano załogą świeżo odde­le­go­wany do służby gwiezdny nisz­czy­ciel - jed­nak tamto wyda­rze­nie miało nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­szą skalę.

Nie bez satys­fak­cji zauwa­żyła rów­nież, że układ, do któ­rego przy­byli, znaj­do­wał się dokład­nie godzinę i trzy­dzie­ści dwie minuty drogi od punktu spo­tka­nia z gwiezd­nym nisz­czy­cie­lem Savita, a więc czas trwa­nia ich podróży zde­cy­do­wa­nie mie­ścił się w prze­dziale wska­za­nym przez Thrawna. Zasta­na­wiała się, czy dokład­ność wiel­kiego admi­rała zro­biła wra­że­nie na Rona­nie.

Jeśli sądzić po kamien­nym wyra­zie jego twa­rzy, gdy zja­wił się na mostku "Chi­ma­ery", nie­szcze­gól­nie.

- Zastępco dyrek­tora - przy­wi­tał Thrawn idą­cego kładką dowo­dze­nia męż­czy­znę. - A może raczej wolałby pan, by tytu­ło­wać pana puł­kow­ni­kiem?

- Może pan uży­wać oby­dwu tych tytu­łów - odpo­wie­dział Ronan.

- Ale który z nich pan woli? - docie­kał Thrawn. - Jak się domy­ślam, ranga woj­skowa ma w dużym stop­niu zna­cze­nie hono­rowe?

W policzku Ronana drgnął mię­sień.

- Może i tak - potwier­dził kwa­śno - ale jest nie­zbędna z uwagi na zakres moich obo­wiąz­ków. Byłby pan zasko­czony, jak wielu impe­rial­nych woj­sko­wych odma­wia trak­to­wa­nia poważ­nie cywi­lów i wypeł­nia­nia wyda­wa­nych przez nich roz­ka­zów.

- Wręcz prze­ciw­nie. Nie był­bym tym zasko­czony wcale a wcale - zapew­nił Thrawn i wska­zał na przedni ilu­mi­na­tor. - Pro­szę mi wyja­śnić, co tu się dzieje.

Ronan wykrzy­wił pogar­dli­wie usta.

- To wcale nie takie trudne, jak mogłoby się wyda­wać - powie­dział i Faro wyczuła w jego aro­ganc­kim tonie pro­tek­cjo­nalne nuty. - Tra­fiają tu dostawy zaopa­trze­nia ze wszyst­kich oko­licz­nych sek­to­rów. Są prze­ka­zy­wane na pokłady więk­szych frach­tow­ców, które dostar­czają je na teren Gwiaz­deczki. Dzięki temu jedy­nie garstka ostroż­nie wybra­nych i ści­śle moni­to­ro­wa­nych pilo­tów zna osta­teczny cel dostaw.

- To wydaje się oczy­wi­ste - zauwa­żył spo­koj­nie Chiss. - Pyta­łem raczej o szcze­góły.

- Jakie szcze­góły?

- Chciał­bym wie­dzieć, które statki pocho­dzą z jakich ukła­dów w jakich sek­to­rach - wyja­śnił Thrawn. - Oraz poznać listy kapi­ta­nów i ich załóg, treść poszcze­gól­nych mani­fe­stów prze­wo­zo­wych, a także firm dostar­cza­ją­cych te ładunki.

- A co to ma do rze­czy? - prych­nął Ronan, marsz­cząc czoło. - Jest pan tu po to, by pozbyć się gral­lo­ków.

- Jeste­śmy tu po to, by roz­wią­zać pro­blem - spro­sto­wał z naci­skiem Thrawn. - A w tym celu potrze­buję wszel­kich infor­ma­cji z nim zwią­za­nych.

- To kwe­stia bez­pie­czeń­stwa - oświad­czył Ronan. - Może mógł­bym je ujaw­nić, gdyby były bez­po­śred­nio powią­zane z powie­rzo­nym panu zada­niem, ale tak nie jest.

- Ośmielę się z tym nie zgo­dzić - zaopo­no­wał Chiss. - Zapy­tajmy o zda­nie dyrek­tora Kren­nica. A może sądzi pan, że powin­ni­śmy raczej popro­sić o wer­dykt samego Impe­ra­tora?

Ronan zasznu­ro­wał wargi i odwró­cił się w stronę ilu­mi­na­tora. Wpa­try­wał się przez chwilę z nachmu­rzoną miną w uwi­ja­jące się jak w ukro­pie statki. W końcu pocią­gnął lekko nosem.

- Na pokła­dzie któ­rejś z tych jed­no­stek powi­nien prze­by­wać kapi­tan punktu prze­ła­dun­ko­wego - powie­dział wresz­cie z ocią­ga­niem. - Być może zdo­łał­bym go namó­wić, by udo­stęp­nił mi odpo­wied­nie doku­menty.

- Star­szy porucz­nik Lomar to nasz główny ofi­cer łącz­no­ści. - Thrawn mach­nął ręką w stronę odpo­wied­niego sta­no­wi­ska w niszy dla załogi mostka. - Pomoże panu nadać sto­sowną wia­do­mość. - Wska­zał pal­cem za ilu­mi­na­tor. - A tym­cza­sem... czy to wła­śnie jeden z tych całych gral­lo­ków?

- Tak. - Ronan par­sk­nął cicho.

Faro pochy­liła się lekko. W oko­licy jed­nej z pobli­skich jed­no­stek, led­wie widoczny na tle miriad pokła­do­wych świa­teł, trze­po­tał... tłukł się czy też może koło­wał - nie umiała dokład­nie usta­lić z tej odle­gło­ści - ciemny kształt. Nie­to­pe­rzowe skrzy­dła, smu­kłe ciało, a także duża pasz­cza, oto­czona zakoń­czo­nymi przy­ssaw­kami wąsami, nie pozo­sta­wiały żad­nych wąt­pli­wo­ści, że to jakiś bli­ski krewny mynocka.

Bar­dzo bli­ski... i znacz­nie od niego więk­szy. Pod­czas gdy mynocki rzadko osią­gały roz­miar paru metrów, to stwo­rze­nie na zewnątrz miało ciało o dłu­go­ści co naj­mniej pię­ciu metrów i pro­por­cjo­nal­nie więk­szą roz­pię­tość skrzy­deł. Już sam ten fakt mógłby wystar­czyć, by zakwa­li­fi­ko­wać je nie jako "drobną nie­do­god­ność", ale raczej poważne zagro­że­nie...

- Szybki jest, sku­bany - mruk­nęła pod nosem. - Sądzę rów­nież, że mynocki nie są tak zwinne.

- Tak jak wspo­mniał dyrek­tor Kren­nic, to poważny pro­blem - przy­znał Ronan. - Czy wylą­do­wał? Stra­ci­łem go z oczu...

- Chyba przy­ssał się do tego VCX-Dwie­ście - zauwa­żył Thrawn, wska­zu­jąc frach­to­wiec, ku któ­remu zawi­nął wcze­śniej gral­lok. - Porucz­nik Pyrondi?

- Sir? - zgło­siła się główna ofi­cer uzbro­je­nia.

- Chciał­bym usły­szeć pani opi­nię - popro­sił Thrawn. - Gdy­by­śmy mieli zli­kwi­do­wać to stwo­rze­nie, czego uży­cie by pani zale­cała?

- Naj­szyb­szym spo­so­bem byłby ostrzał z tur­bo­la­se­rów - oce­niła Pyrondi - jed­nak z uwagi na obec­ność tych wszyst­kich stat­ków w pobliżu, nara­zi­li­by­śmy je na spore ryzyko...

- Nie mówiąc już o tym, że po bez­po­śred­nim tra­fie­niu nie zosta­łoby nam wiele mate­riału, który mogli­by­śmy potem zba­dać - zauwa­żył Chiss.

- Zga­dza się, to rów­nież byłby pro­blem - przy­tak­nęła Pyrondi. - Gdy­by­śmy zamiast tego użyli któ­re­goś z dział lase­ro­wych...

- A w jakim celu chce pan doko­ny­wać oglę­dzin zwłok? - wszedł jej w słowo Ronan. - Wyda­wało mi się, że admi­rał Savit dostar­czył już panu wszyst­kich nie­zbęd­nych infor­ma­cji zgro­ma­dzo­nych przez guber­na­tor Have­land.

- Ow­szem - potwier­dził wielki admi­rał. - Mimo to chciał­bym pozy­skać wła­sne dane.

Ronan zaczął coś mówić, jed­nak po namy­śle urwał i mach­nął ręką, jakby chciał prze­pro­sić.

- Oczy­wi­ście - powie­dział. - Pro­szę kon­ty­nu­ować.

- Dzię­kuję - odparł Thrawn. - Co chciała pani powie­dzieć, pani porucz­nik?

- Działa lase­rowe byłyby bez­piecz­niej­sze dla osób postron­nych - dokoń­czyła myśl Pyrondi - jed­nak gdy­by­śmy chcieli ich użyć, musie­li­by­śmy pod­le­cieć bli­żej. Inna moż­li­wość to wyko­rzy­sta­nie pro­mie­nia ścią­ga­ją­cego, który ma więk­szy zasięg od lase­rów. Nie jestem jed­nak pewna, czy zdo­ła­li­by­śmy go nakie­ro­wać odpo­wied­nio pre­cy­zyj­nie, aby schwy­tać coś tak małego, szcze­gól­nie ciska­ją­cego się tak jak... to coś.

- A co z dzia­łami jono­wymi? - zagad­nęła Faro.

- Wąt­pię, by nam się w tym przy­padku na coś przy­dały, pani komo­dor - zaprze­czyła Pyrondi. - Jeśli wziąć pod uwagę śro­do­wi­sko byto­wa­nia gral­lo­ków, mają zapewne wysoką odpor­ność na wszel­kiego rodzaju wyła­do­wa­nia jonowe.

- Można rów­nież odnieść wra­że­nie, że są w sta­nie wyko­rzy­sty­wać wia­try sło­neczne - zauwa­żył Thrawn. - Pani ogólna ocena sytu­acji wydaje się słuszna, pani porucz­nik. Jed­nak pierw­szym eta­pem w spraw­dza­niu każ­dej teo­rii jest skon­fron­to­wa­nie jej z rze­czy­wi­sto­ścią. Odpalmy więc działa jonowe i zobaczmy, co się wyda­rzy.

Jeśli cho­dzi o ści­słość, nie wyda­rzyło się wła­ści­wie nic.

Pierw­szym pro­ble­mem było usta­wie­nie "Chi­ma­ery" w taki spo­sób, żeby w ogóle dało się wziąć na cel któ­re­goś z gral­lo­ków. Z jed­nej strony, gdy się zbli­żyli, Faro dostrze­gła, że bez wąt­pie­nia mieli w czym wybie­rać: w oko­licy krę­ciły się setki ciem­no­sza­rych stwo­rów, śmi­ga­ją­cych w tę i we w tę w poszu­ki­wa­niu kabli zasi­la­ją­cych lub nie­do­sta­tecz­nie osło­nię­tych zespo­łów czuj­ni­ków; inne zna­la­zły już sobie miej­sce do żero­wa­nia i posi­lały się w naj­lep­sze. Z dru­giej strony jed­nak, jak zauwa­żyła Pyrondi, gral­loki poru­szały się tak cha­otycz­nie i szybko, że dokładne wzię­cie któ­re­goś na cel gra­ni­czyło wła­ści­wie z cudem. Po nie­mal godzi­nie spę­dzo­nej na pró­bach usta­wie­nia się w pozy­cji odpo­wied­niej do odda­nia strzału, Thrawn roz­ka­zał Pyrondi zna­le­zie­nie istoty przy­cze­pio­nej już do kadłuba i jej zestrze­le­nie.

Oka­zało się jed­nak, że to rów­nież była strata czasu. Tak jak prze­wi­działa ich główna ofi­cer uzbro­je­nia, gral­lok wyszedł z eks­plo­zji jono­wej bez szwanku - a przy­naj­mniej tak mogło się wyda­wać. Nie­stety, sam frach­to­wiec nie miał już tyle szczę­ścia, a gdy jego sys­tem łącz­no­ści został w końcu napra­wiony, jego kapi­tan zagro­ził, że skon­tak­tuje się ze wszyst­kimi: od Kren­nica, poprzez Tar­kina, aż po samego Impe­ra­tora i zadba o to, by dowódca "tego głu­piego gwiezd­nego nisz­czy­ciela" został pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści.

Na Thraw­nie jego pogróżki nie zro­biły spe­cjal­nego wra­że­nia - ina­czej niż na Rona­nie. Faro z zafa­scy­no­wa­niem obser­wo­wała, jak przez twarz zastępcy dyrek­tora prze­myka wachlarz emo­cji. W pew­nym momen­cie była świę­cie prze­ko­nana, iż lada chwila męż­czy­zna poma­sze­ruje pro­sto do sta­no­wi­ska łącz­no­ści na mostku, aby oso­bi­ście skon­tak­to­wać się z samym Kren­ni­kiem.

Na szczę­ście - głów­nie dla niego - prze­my­ślał sprawę i nie zro­bił tego.

I praw­do­po­dob­nie poża­ło­wał tej decy­zji rów­nie szybko, co ją pod­jął, bo już chwilę póź­niej Thrawn posta­no­wił wydać roz­kaz do ataku na kolejne trzy gral­loki, przy­ssane do kolej­nych trzech frach­tow­ców.

- To cie­kawe - stwier­dził spo­koj­nie wielki admi­rał, gdy już wybrzmiały ostat­nie inwek­tywy, któ­rymi zasy­pały ich załogi rze­czo­nych stat­ków w odpo­wie­dzi na test "Chi­ma­ery". - Pani komo­dor, czy zauwa­żyła pani pra­wi­dło­wość w wek­to­rach ucieczki gral­lo­ków pró­bu­ją­cych umknąć przed strza­łami?

Faro zmarsz­czyła czoło, odtwa­rza­jąc w pamięci całą scenę. Z tego, co zauwa­żyła, stwory po pro­stu odry­wały się od kadłu­bów i odfru­wały w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia, naj­wy­raź­niej jed­nak Thrawn - jak zwy­kle zresztą - dostrzegł w ich zacho­wa­niu coś wię­cej.

- Nie bar­dzo, sir - przy­znała. - Gdy atak się nie powiódł, sku­pia­łam się na poten­cjal­nym zagro­że­niu dla stat­ków.

- Koman­dor Ham­merly, pro­szę wywo­łać na ekran zapisy z czuj­ni­ków - roz­ka­zał Thrawn. - Obej­rzyjmy to sobie jesz­cze raz.

Faro uważ­nie śle­dziła powtórki. Pod­czas trze­ciego ataku zaczęła podej­rze­wać, że widzi w ruchach gral­lo­ków pewną pra­wi­dło­wość, a przy czwar­tym zyskała już pew­ność.

- Ucie­ka­jące gral­loki kie­rują się w stronę, z któ­rej padły strzały - powie­działa.

- Dosko­nale - pochwa­lił ją Thrawn. - Pani koman­dor: pro­szę jesz­cze raz odtwo­rzyć nagra­nia. Chciał­bym usły­szeć, co pani o tym sądzi.

Faro ze zmarsz­czo­nym czo­łem obser­wo­wała zapis odtwo­rzony ponow­nie przez Ham­merly.

- Nie jestem pewna, sir - zaczęła. - Być może salwy w jakiś spo­sób je mamią, skła­nia­jąc do zacho­wy­wa­nia się na wzór insek­tów lecą­cych do pręta jarze­nio­wego w prze­ko­na­niu, że to księ­życ? A może po pro­stu kar­mią się ich ener­gią...

- Zastępco dyrek­tora? - zagad­nął Thrawn, odwra­ca­jąc się do Ronana. - A jakie jest pana zda­nie?

- Sądzę, że to pań­ski pro­blem, nie mój - burk­nął Ronan. - Poza tym uwa­żam, że mar­nuje pan czas. - Mil­czał przez moment i Faro ponow­nie odnio­sła wra­że­nie, że zmu­sza się do zmiany nasta­wie­nia. - Acz­kol­wiek to pań­ska misja i pań­ski czas - pod­jął za chwilę nieco bar­dziej ugo­do­wym tonem. - Jeśli ma pan ochotę tra­cić go na pogłę­bia­nie impe­rial­nej wie­dzy, zamiast zwy­czaj­nie poza­bi­jać te stwory, droga wolna.

- Doce­niam pań­ską wspa­nia­ło­myśl­ność - sko­men­to­wał Thrawn. - Porucz­nik Pyrondi? Pro­szę pole­cić swoim ludziom roz­grzać działa lase­rowe. Zastępca dyrek­tora Ronan chciałby się prze­ko­nać, czy łatwo jest zabić gral­loka.

Salwa z działa jono­wego mogła unie­ru­cho­mić frach­to­wiec i ośle­pić go na okres od kilku minut do góra paru godzin, jed­nak rzadko powo­do­wała trwałe uszko­dze­nie sys­te­mów - w prze­ci­wień­stwie do tra­fie­nia z działa lase­ro­wego. I wła­śnie dla­tego wśród wytycz­nych prze­ka­za­nych przez Thrawna obsłu­dze dział zna­la­zły się lista ści­śle okre­ślo­nych punk­tów, w które mogli celo­wać, dokład­nie zde­fi­nio­wana czę­sto­tli­wość ostrzału, a także jego moc.

Efekty były jesz­cze mniej spek­ta­ku­larne niż w teście jono­wym. W ciągu dwóch godzin "Chi­ma­era" zdo­łała namie­rzyć tylko trzy gral­loki, do któ­rych mogła strze­lić, a cha­otyczny spo­sób lata­nia tych istot spra­wił, że wszyst­kie trzy strzały chy­biły sro­mot­nie.

- Czy spró­bu­jemy teraz tur­bo­la­se­rów? - zapy­tał Ronan tonem suge­ru­ją­cym, że jego cier­pli­wość jest na wyczer­pa­niu, gdy ostatni z wzię­tych na cel gral­lo­ków umknął poza ich zasięg, cho­wa­jąc się za frach­tow­cem typu YT-2400. - Zwięk­sza­jąc pro­fil ostrzału, może zdo­ła­li­by­ście przy­naj­mniej przy­sma­żyć któ­re­muś skrzy­dło...

- Admi­rale! - weszła mu w słowo Ham­merly. - Frach­to­wiec typu Alla­nar N Trzy na dwie­ście czter­dzie­ści sie­dem na trzy­dzie­ści trzy. Cha­otyczny lot, odpa­lony hiper­na­pęd. Nali­czy­łam cztery do sze­ściu gral­lo­ków przy­ssa­nych do jego kadłuba...

- Uszko­dziły jego sys­tem zasi­la­nia i kable kon­tro­lne - zawy­ro­ko­wał Ronan. - Jeśli teraz sko­czy...

- Działa jonowe - rzu­cił Thrawn. - Celo­wać w Alla­nara i strze­lać.

Było już jed­nak za późno. Led­wie "Chi­ma­era" zdą­żyła wysłać w stronę zaata­ko­wa­nego statku serię z dział jono­wych, ten znik­nął w roz­bły­sku pseu­do­ru­chu w nad­prze­strzeni.

Ronan zaklął pod nosem.

- Kolejny sta­tek, który można spi­sać na straty. Pew­nie nawet nie zdą­żył zosta­wić ładunku...

Faro zmru­żyła oczy.

- Ładunku? - powtó­rzyła, odwra­ca­jąc się w stronę zastępcy dyrek­tora. - Czy jedy­nie o to się pan trosz­czy? O ładu­nek?

- A także, oczy­wi­ście, o jego załogę - dodał sztywno Ronan, łypiąc na nią nie­na­wist­nie. - Nie jestem potwo­rem.

- Nie. Oczy­wi­ście, że nie - odpo­wie­działa, siląc się na łagodny ton.

- Jak wiele stat­ków stra­ci­li­ście w ten spo­sób? - zapy­tał Thrawn.

- Nie wiem - burk­nął Ronan, prze­kie­ro­wu­jąc swój gniew na wiel­kiego admi­rała. - Wiem jed­nak, że sta­now­czo zbyt wiele. Jakie to ma zna­cze­nie?

- Czy zawsze zni­kają?

- A co to za pyta­nie? - zje­żył się Ronan. - Oczy­wi­ście, że zni­kają bez śladu. Te prze­klęte gral­loki wgry­zają się w prze­wody zasi­la­jące i kon­tro­lne, dopóki hiper­na­pęd nie pad­nie, a statki nie skoń­czą zagu­bione gdzieś w prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej.

- Cóż, to nie­zbyt roz­sądne zacho­wa­nie z ich strony - zauwa­żył Thrawn. - W ten spo­sób pozba­wiają się zarówno źró­dła poży­wie­nia, jak i nara­żają na tra­fie­nie w nie­do­godne dla nich miej­sce.

- Na wypa­dek gdyby pan nie zauwa­żył, gral­loki nie są gatun­kiem rozum­nym.

- Być może - przy­znał wielki admi­rał. - O ile się nie mylę, suge­ro­wał pan przed chwilą uży­cie prze­ciwko nim tur­bo­la­se­rów, zga­dza się?

- Uży­cie... - Ronan zmarsz­czył nos, a Faro wbrew sobie poczuła zło­śliwą satys­fak­cję. Thrawn był lep­szy w nawią­zy­wa­niu do roz­ma­itych wąt­ków prze­rwa­nych roz­mów, niż przy­pusz­czała więk­szość osób, co czę­sto wpra­wiało jego roz­mówców w zakło­po­ta­nie. - Och, ależ skąd! - żach­nął się zastępca dyrek­tora. - Żar­to­wa­łem tylko.

- Rozu­miem - odparł Thrawn. - Mimo to ma pan rację. Pora opra­co­wać nową stra­te­gię. Kapi­ta­nie Dobbs?! - zawo­łał. - Czy śle­dził pan roz­wój wyda­rzeń i naszą dotych­cza­sową dys­ku­sję?

- Tak jest, sir - roz­legł się w gło­śni­kach mostka głos star­szego pilota TIE defen­de­rów.

Faro ścią­gnęła brwi. Zupeł­nie nie zauwa­żyła, kiedy Thrawn dołą­czył do ich roz­mowy Dob­bsa.

- I co pan o tym sądzi? - zapy­tał go Chiss.

- To może być trudne, sir - ostrzegł kapi­tan. - Są dość szyb­kie i znacz­nie zwin­niej­sze od jakie­go­kol­wiek myśliwca, z któ­rym mia­łem do czy­nie­nia. Sądzę jed­nak, że zdo­łam jed­nego dla pana zdo­być.

- Dosko­nale, kapi­ta­nie - ucie­szył się Thrawn. - Pro­szę w takim razie star­to­wać, gdy tylko będzie pan gotów. Znaj­dziemy panu dogodny cel.

- Tak jest, sir.

- Co pan wypra­wia? - żach­nął się Ronan. - Kim jest kapi­tan Dobbs?

- Kapi­tan Benj Dobbs to obecny dowódca mojej eska­dry TIE defen­de­rów.

Faro lekko się skrzy­wiła. "Obecny dowódca" ozna­czało w skró­cie tyle, iż zastą­pił on kapi­tana Vulta Sker­risa, któ­rego nie­po­prawna aro­gan­cja dopro­wa­dziła do tego, że dał się zabić pod­czas star­cia myśliw­skiego nad Lothal.

Nie­stety, tak się pechowo skła­dało, iż aro­gan­cja ta szła w parze z nie­zrów­na­nymi zdol­no­ściami bojo­wymi. Ani Dobbs, ani żaden inny z pilo­tów, zasia­da­ją­cych za ste­rami defen­de­rów, nie dora­stał mu pod tym wzglę­dem do pięt.

To zaś mogło nastrę­czyć poważ­nych pro­ble­mów. Gdy Thrawn upora się już z gral­lo­kami i wyplą­cze z prze­py­cha­nek Tar­kina i Kren­nica, "Chi­ma­era" naj­praw­do­po­dob­niej wróci do walki.

Faro mogła tylko mieć nadzieję, że Dobbs i inni piloci zdo­łają osią­gnąć odpo­wiedni poziom bie­gło­ści w swoim fachu, zanim to nastąpi.

Ronan był wcze­śniej raz czy dwa świad­kiem doko­nań owych słyn­nych defen­de­rów Thrawna i szcze­rze powie­dziaw­szy, nie był pod dużym wra­że­niem.

Teraz rów­nież jego mnie­ma­nie o nich nie wzro­sło ani na jotę.

Dowo­dzący eska­drą Dobbs radził sobie cał­kiem nie­źle, lawi­ru­jąc pośród roją­cych się w oko­licy stat­ków niczym wyro­śnięty gral­lok - tyle tylko, że zamiast dwóch, mając trzy skrzy­dła. Za każ­dym razem, gdy ofi­cer czuj­ni­ków Thrawna prze­sy­łała mu nowe współ­rzędne, natych­miast rzu­cał się w pościg za upa­trzoną ofiarą, ści­ga­jąc ją w naj­wyż­szym sku­pie­niu i z zabój­czą deter­mi­na­cją.

Nie­stety, sku­pie­nie i deter­mi­na­cja nie wystar­czyły, by zagwa­ran­to­wać suk­ces. Po dwóch godzi­nach uwi­ja­nia się jak w ukro­pie Dobbs wcale nie był bli­żej osią­gnię­cia upra­gnio­nego celu, niż wów­czas gdy roz­po­czął tę z góry ska­zaną na nie­po­wo­dze­nie kru­cjatę.

Tym­cza­sem mogło się wyda­wać, iż sam wielki admi­rał stra­cił zain­te­re­so­wa­nie całym przed­się­wzię­ciem. Znik­nął zale­d­wie dzie­sięć minut po roz­po­czę­ciu całej akcji, aby po krót­kiej nara­dzie odby­tej z komo­dor Faro w jed­nej z nisz dla obsady mostka zosta­wić Ronana, zmu­szo­nego odtąd obser­wo­wać to miał­kie wido­wi­sko w samot­no­ści.

"O tak, wysoko posta­wieni ofi­ce­ro­wie floty - zży­mał się w duchu zastępca dyrek­tora. - Bez­u­ży­teczne kukły w mun­du­rach, co do jed­nego".

Wziął głę­boki oddech. Wszystko w nim aż krzy­czało ze zło­ści na rażącą nie­efek­tyw­ność tych dzia­łań - od bez­sen­sow­nej fascy­na­cji Thrawna zwy­cza­jami gral­lo­ków, poprzez jego idio­tyczne próby wyko­rzy­sta­nia prze­ciwko nim dział jono­wych, aż po pozba­wione głęb­szego sensu próby pilota Defen­dera, wciąż nada­remno uga­nia­ją­cego się za swoją zwie­rzyną. Dyrek­tor Kren­nic ponad wszystko wyma­gał od swo­ich ludzi sku­tecz­no­ści w dzia­ła­niu i Ronan spę­dził całe lata, dosko­na­ląc swe zdol­no­ści w tym zakre­sie.

Mimo to nie wysłano go na pokład "Chi­ma­ery" wła­śnie po to, by ją egze­kwo­wał. Zga­dza się, zale­żało mu na tym, by Thrawn roz­wią­zał pro­blem z gral­lo­kami, jed­nak nie w spo­sób szybki czy efek­tywny. Im dłu­żej wielki admi­rał będzie prze­cią­gał czyn­no­ści wstępne, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że skoń­czy mu się czas przy­dzie­lony na tę ope­ra­cję.

I wów­czas wszyst­kie upra­gnione przez niego fun­du­sze na roz­wój pro­jektu defen­de­rów wrócą bez­piecz­nie tam, gdzie było ich miej­sce, mia­no­wi­cie do puli prze­zna­czo­nej na reali­za­cję Gwiaz­deczki.

- I co pan o tym sądzi, zastępco dyrek­tora?

Ronan nie­mal pod­sko­czył. Sku­piony bez reszty na wyczy­nach Dob­bsa i pochło­nięty roz­my­śla­niem o ogól­nym braku kom­pe­ten­cji, która dawała się we znaki Gwiaz­deczce na każ­dym kroku, zupeł­nie nie zauwa­żył, kiedy tuż obok zja­wił się Thrawn.

- Jak już wspo­mnia­łem dwie godziny temu, to strata czasu - stwier­dził z naci­skiem. - Nawet pań­ski sła­wetny defen­der nie może ich dości­gnąć.

- To prawda - zgo­dził się Thrawn. - Jed­nak w dużej mie­rze jest to spo­wo­do­wane fak­tem, że gral­loki go uni­kają.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki