Rozdział pierwszy
Axel Greylark umierał.
A przynajmniej na to wyglądało. Na jego górnej wardze i gładkim czole
perliły się krople potu, przyklejając mu miękkie czarne włosy do skroni.
Chwyciwszy metalowy nadgarstek droidki pielęgniarki, Axel poruszył się
niespokojnie w wilgotnej pościeli.
-?Ratujcie się. Mną się nie przejmujcie... -?zdołał wykrztusić
schrypniętym głosem.
-?Bzdura! -?Ry Harket, dziekanka do spraw studenckich, była wyraźnie
podenerwowana. Bivallka nie ośmieliła się nawet mrugnąć swoimi dużymi,
wyłupiastymi oczami, jakby bała się, że jeśli to zrobi, Axel Greylark
znów wytnie jej tuż pod nosem jakiś numer. -?Zmierz mu ponownie
temperaturę.
Droidka obróciła swoją białą metalową głowę, a jej fotoreceptor
zamigotał na niebiesko, gdy przygotowywała się do udzielenia odpowiedzi.
-?Temperatura pacjenta wynosiła trzydzieści osiem, przecinek, osiem,
osiem, osiem, dziewięć podczas czterech pomiarów z rzędu. Mierzenie jej
piąty raz, psze pani, byłoby kompletnie niedorzeczne.
Axel zamaskował rozbawione parsknięcie przesadnym, być może odrobinę
zbyt scenicznym kaszlem. Na przestrzeni lat spędzonych na Uniwersytecie
Reeny nawiązał dobre relacje z tutejszym zespołem droidów pielęgniarzy.
Jedna z ich grona, która właśnie się nim opiekowała, a którą nazwał Una,
miała chip osobowości, którego nikt nie byłby w stanie podrobić -?ani
zmienić.
-?Zmierz. Ją. Jeszcze. Raz -?wycedziła dziekanka Harket, pozwalając
sobie wreszcie na mrugnięcie jednym z osadzonych po bokach głowy oczu -
choć wyglądało to nie tyle na mrugnięcie, co sprawiało wrażenie, że drga
jej powieka.
Una wydała z siebie sygnał dźwiękowy potwierdzający przyjęcie polecenia
i obróciła głowę w stronę złożonego boleścią siedemnastolatka. Pacjent
trzymał się za brzuch, ale współpracował. Rozchylił usta i pozwolił, aby
umieściła mu pod językiem zimny metalowy pręt. Jego obwiedzione czarnymi
rzęsami oczy zamrugały powoli, ale nic nie mogło ukryć figlarnego
błysku, który w nich zalśnił.
-?Trzydzieści osiem i pół stopnia -?zameldowała Una swoim kojącym,
mechanicznym głosem.
-?Spada! -?wykrzyknęła dziekanka Harket głosem, w którym dało się
słyszeć triumfalną nutę, i zatarła chude dłonie o długich palcach, jakby
w jakiś magiczny sposób zamierzała wydobyć z niego prawdę. -
Najwyraźniej znalazł sposób, aby symulować i uniknąć udziału w zajęciach
oraz wypełniania obowiązków związanych z uroczystościami.
-?Zapewniam panią -?głowa droidki znów się obróciła, gdy mechaniczna
pielęgniarka cofnęła ramię z termometrem -?że gorączka, skurcze żołądka,
ból głowy i gardła, które wykazuje Axel Greylark, to dokładnie te same
symptomy, jakimi objawia się ospa malongo, rozprzestrzeniająca się we
wschodniej wieży. Jeśli będzie miał szczęście, wyliże się z tego. Jeśli
nie, pojawią się ropne pęcherze...
-?Ratuj się, dziekanko Harket... -?wykrztusił Axel między jednym
dramatycznym atakiem kaszlu a drugim.
-?Istoty wodne są całkowicie odporne na ospę malongo -?oznajmiła Una.
-?Ależ ze mnie szczęściara! -?chlipnęła Bivallka. Jej komunikator
brzęczał, aż w końcu odebrała połączenie: -?Tak, tak, zaraz przyjdę na
teren targów -?zwróciła się do droidki i dodała: -?Podaj mu środek
uspokajający.
-?Odmawiam -?powiedziała Una. -?Z akt pana Greylarka wynika, że nie
można mu podawać środków uspokajających.
Dziekanka Harket straciła resztki cierpliwości. Uniosła górną wargę w drapieżnym grymasie, odsłaniając drobne zęby.
-?A to niby dlaczego?
-?Mam po nich koszmary. -?Axel skrzywił się, z wyraźnym trudem podnosząc
się do pozycji siedzącej. -?Jestem pewien, że moi rodzice będą wręcz
zachwyceni, kiedy jutro się tu zjawią, dziekanko Harket. Bez dwóch zdań
opowiem im, jak dobrze się mną zaopiekowałaś. -?Sięgnął po stojącą przy
łóżku filiżankę gorącej herbaty.
Kiedy droidka pielęgniarka odjechała na bok, dziekanka Harket
przykucnęła przy łóżku Axela.
-?Wiem, że to ty -?zakomunikowała mu gniewnym szeptem. -?Wiem, że to ty
wymazałeś atrium sprośnymi bazgrołami. Wiem, że to ty wypuściłeś mynocki
z laboratorium. I wiem, że to ty zalałeś łazienki w dormitoriach w zachodniej wieży. Nie wiem jak ani kiedy, ale wiem, że kiedyś cię w końcu przyłapię, Axelu Greylarku!
Axel, który zdołał zachować wyraz twarzy idealnie oscylujący między
niewinnością a agonalnym cierpieniem, pozwolił sobie na uniesienie
kącików ust w ledwie zauważalnym uśmiechu.
-?Jak wykazało śledztwo, nie mam nic na sumieniu. Żywię jednak głęboką
nadzieję, że znajdziecie tego łobuza i że spotka go zasłużona kara.
-?To byłeś ty! -?syknęła dziekanka, po czym odchrząknęła i poprawiła
kołnierzyk swojej czerwonej szaty. -?Czekam z niecierpliwością na
spotkanie z twoimi rodzicami podczas jutrzejszego festiwalu, aby omówić
z nimi kwestię częstotliwości twoich chorób w tym semestrze.
Axel Greylark miał na koncie trzydzieści nieobecności, z których każda
została potwierdzona przez droidkę pielęgniarkę. Administracja szkoły
sprawdziła personel medyczny pod kątem ewentualnych manipulacji, ale nic
nie znalazła. Poza tym korzyści wiążące się z obecnością na uczelni syna
arystokratycznego rodu coruscańskich polityków zdecydowanie przyćmiewały
fakt, iż co jakiś czas zdarzało mu się opuścić zajęcia z powodu
pogorszenia stanu zdrowia. Celował w nauce, wyróżniał się elokwencją i swadą podczas galaktycznych debat i był środkowym napastnikiem w grav-ballu. Podsumowując: jeśli chodzi o rejestr zasług, młody panicz
Greylark ustępował tylko lordowi Kozmowi Sundrelowi IV z Luzalite'a.
Dziekanka do spraw studenckich na chwilę zrezygnowała z dalszego
bombardowania Axela zarzutami, ale zamierzała mieć na niego oko.
Rzucając mu ostatnie gniewne spojrzenie, wyszła z jego pokoju i stukając
wysokimi obcasami, ruszyła wraz z depczącą jej po piętach Uną w kierunku
miejsca, w którym odbywał się festiwal.
Axel opadł tymczasem na miękkie jak puch poduszki. Wydłubał coś z zębów
i odrzucił małe czerwone nasionko na bok, po czym usiadł i przeciągnął
się, wciąż obolały po przedwczorajszym treningu. Następnie wstał i wygiął plecy w łuk, aż usłyszał cichy trzask. Wówczas sięgnął pod
poduszkę i wyjął ogonki trzech małych papryczek guiji. Każda z nich
miała zaledwie pięć centymetrów długości. Używano ich do produkcji
oleju, służącego do przyprawiania potraw -?jedna jego kropla
wystarczała, aby rozpalić język do czerwoności, a on zjadł ich... cóż,
kilka. Dość dużo, aby tymczasowo symulować objawy ospy malongo.
Właściwie to miał niemal wyrzuty sumienia z powodu oszukania dziekanki
Harket. W końcu, gdyby tylko kazała droidce pielęgniarce sprawdzić jego
temperaturę jeszcze raz, jej spadek zwiastowałby jego cudowne
ozdrowienie. Wcześniej próbował również innych metod sztucznego
podbijania ciepłoty ciała, ale z mniejszym powodzeniem: minuty
intensywnych ćwiczeń fizycznych (których efekty mijały jednak zbyt
szybko), picia gorącej herbaty w momencie, gdy tylko usłyszał zbliżający
się odgłos kół droida lub doprowadzania się niemal do staniu omdlenia w łaźni wskutek wdychania pary.
Dziekanka mogłaby go z łatwością nakryć na gorącym uczynku, gdyby tylko
była cierpliwsza i czujniejsza. No bo właściwie kogo należałoby obarczyć
winą za to, że Axelowi uszło płazem kilka nieszkodliwych psikusów,
którymi zbrukał czcigodne mury Uniwersytetu Reeny?
Axel rozebrał się i wziął szybki prysznic. Jego pokój w dormitorium we
wschodniej wieży był wyposażony we wszystko, czego mógł potrzebować -
miał tu w bród jedzenia, napoi, wybór holofilmów i mały salon, w którym
testował granice zasady "Zakaz imprez".
Kiedy ubrał się w zielony garnitur i przeczesał palcami wilgotne włosy,
rozległ się brzęczyk zwiastujący przybycie gości.
-?To ja! -?dobiegł z głośnika najsłodszy głos w galaktyce.
Otworzył drzwi i wychylił się nieznacznie, aby nikt nie dostrzegł go z ruchliwego korytarza. Na widok Leyli Romero poczuł w żołądku dziwne
mrowienie. Pierwszą rzeczą, która zawsze go uderzała, gdy na nią
patrzył, były dwie złote gwiazdki wytatuowane w kącikach jej oczu.
Właściwie to wszystko było w niej uderzające: jej uśmiech, rumieniec,
delikatnie spiczaste uszy i burza ciemnoróżowych włosów, które zawsze
splatała w dwa długie warkocze, tańczące przy każdym jej ruchu.
Zauważył ją od razu, gdy wrócił na nowy semestr. Kilotowanka zawsze
siedziała samotnie -?czy to w salach wykładowych, czy na stołówce, czy w świetlicy. Wkrótce jej się przedstawił i od tamtej pory byli
nierozłączni. Jej rodzina, klan Romero, pochodząca z odległego świata o nazwie Kilotowa, miała na terenie Środkowych Rubieży reputację złodziei
i przemytników przyprawy, działających pod przykrywką imperium
rolniczego. Jako że nikt nie wysunął wobec nich oficjalnych zarzutów,
wszelkie pomówienia pozostawały w sferze plotek. Mimo to, im lepiej Axel
poznawał Leyli, tym trudniej było mu wyobrazić sobie, by mogła mieć
cokolwiek wspólnego z szemranymi procederami swojego ojca. A nawet gdyby
tak było, jak wyjaśniła mu pewnego wieczoru, to czy powinna być oceniana
przez pryzmat opinii na ich temat? W końcu jego własny ojciec, Lexxir
Greylark, był członkiem Senatu na Coruscant, podobnie jak jego matka.
Kyong Greylark ostrzyła sobie nawet zęby na stanowisko kanclerskie w nadchodzących wyborach. Axel pochodził z długiej linii polityków,
odkrywców, poszukiwaczy przygód i innych osób, które odniosły sukces w dziedzinach ważnych dla uniwersytetu, ale nie chciał mieć z nimi nic
wspólnego. Wolał sam zapracować na własną reputację.
Jego dobry nastrój prysł jak bańka mydlana, gdy zobaczył, kto towarzyszy
Leyli.
-?Kozmo -?wymamrotał tym samym tonem, jakim poinformowałby kelnera, że
zaserwowano mu rozgotowane, niedoprawione warzywa.
Goście weszli do środka, a gdy rozsiedli się w jego salonie, jakby byli
u siebie, pokój wydał mu się nagle stanowczo za ciasny dla ich trójki.
-?Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko -?powiedział Kozmo swoim
dystyngowanym basicem, z wymową typową dla wyższych sfer. -?Leyli
wspomniała, że potrzebujesz śmigacza na wycieczkę.
Axel zagryzł wargę. Spojrzał na Leyli, ale ona wzruszyła tylko niewinnie
ramionami.
-?Na lądowisku jest pełno maszyn, które moglibyśmy... pożyczyć.
-?To, że potrafię kraść, nie oznacza, że muszę to robić -?odparła. -
Zwłaszcza gdy ktoś tak hojnie oferuje pomoc.
Coś w jego wnętrzu aż się skręciło, gdy dziewczyna, do której robił
maślane oczy, i jego najgorszy wróg wymienili spojrzenie -?z rodzaju
tych oznaczających, że dzielą jakąś tajemnicę. On zaś chciał, żeby
sekrety Leyli były tylko jego sekretami -?to,
jak marzyła o ucieczce na jakąś małą wysepkę, z dala od problemów swojej
rodziny. Jak nienawidziła tego, że nawet profesorowie bali się jej i traktowali ją z dystansem, dając fory z powodu plotek, że jej ojciec
pozbawiał swoich wrogów kończyn. Z czego takiego zwierzała się temu
całemu Kozmowi, z jego niedorzecznie starannie ułożonymi lokami i dziwacznym medalionem z luzalitańskim diamentem, kamieniem występującym
tylko na jego planecie?
-?Nie masz dziś nic lepszego do roboty? -?burknął do niego Axel. Rodzina
Kozma wspierała kampanię polityczną jego matki, co oznaczało, że musieli
spotykać się na galach na Coruscant, ale nikt nie mógł go zmusić do
spędzania wolnego czasu z tym wyfiokowanym bubkiem, o arogancji i poczuciu wyższości dorównującym chyba tylko prawdziwym książętom,
których Greylark miał okazję poznać w swoim młodym życiu.
-?Właśnie miałem egzamin z zaawansowanej mineralogii i dostałem
najwyższą notę. -?Kozmo uśmiechnął się szeroko, bez pytania nalewając
sobie wody z bąbelkami.
Ponieważ rodzice Axela zawsze podkreślali, jak ważna jest gościnność,
powstrzymał się od komentarza. To znaczy, przynajmniej na temat wody.
-?Ach, no tak, to właśnie tam bawisz się tymi swoimi błyszczącymi
kamyczkami.
-?Podczas gdy ty wagarujesz -?zauważył Kozmo.
Axel parsknął krótkim śmiechem, po czym zerwał się ze szczerym zamiarem
złapania Kozma za ten jego idiotyczny medalion i zawleczenia go za niego
do drzwi, aby wyrzucić kolegę z pokoju. Nim jednak zdążył mrugnąć, Leyli
przyskoczyła do chłopaka, zajmując pozycję między nimi i kładąc dłonie
na jego klatce piersiowej. Kiedy skupił się na złotych gwiazdkach pod
jej oczami, nagle zdał sobie sprawę, jak łatwo było zapomnieć o złośliwości Kozma.
-?Słuchaj, żadne z nas nie chce marnować pierwszego idealnego dnia
sezonu, pracując jako wolontariusz na Festiwalu Kwiecia Królowej.
Zwłaszcza -?dodała Leyli, przesuwając palcami po jego klatce piersiowej,
tuż nad sercem, a następnie stukając złotym paznokciem w jego nos -?gdy
wszystkie najlepsze imprezy odbywają się nad brzegiem morza, a Kozmo
jest na tyle hojny, że zgodził się nas tam zabrać. Chyba że... czujesz się
zbyt kiepsko, by do nas dołączyć?
Axela irytowała sama myśl, że mógłby przyjąć pomoc od Lorda Bufona. Ale
podobało mu się, że Leyli użyła sformułowania "nas". "Oni" kontra Kozmo
było zdecydowanie lepszą alternatywą niż odwrotna sytuacja.
-?Na co więc jeszcze czekamy? -?spytał Axel, obdarzając ich najbardziej
czarującym z arsenału swoich uśmiechów. -?Czuję, że właśnie cudownie
ozdrowiałem!
Rozdział drugi
Axel nie wybrał Uniwersytetu Reeny z własnej woli. Gdyby ktoś chciał
znać jego zdanie, wolałby lecieć na Alderaan lub pozostać na Coruscant,
jednak jego matka upierała się, że przebywanie z dala od domu pozytywnie
ukształtuje jego charakter. Jeśli zdołał wytrwać w towarzystwie
zepsutych arystokratycznych bachorów ze Światów Jądra, przetrwa
wszędzie, więc wysłano go na prestiżowy uniwersytet na terenie kolonii.
W ciągu pierwszego roku przyśpieszonych studiów poznał każdy zakątek
wysokich murów i starożytnych sal ze lśniącego metalu i szkła, w których
uczyli się i mieszkali studenci z całej galaktyki. Poznał imiona
wszystkich ogrodników, kucharzy i skromnych adiunktów. Upewnił się, że
oni również zapamiętają jego imię. Rzecz w tym, że nie robił tego
interesownie -?naprawdę sprawiało mu to
przyjemność. Każdy z nich miał własną historię i prawdziwe problemy.
Wiódł prawdziwe życie, w którym nie musiał podejmować darczyńców
finansujących kampanie wyborcze i ich okropnych małżonków wystawnymi
obiadami.
Być może właśnie dlatego on i Leyli Romero tak się do siebie zbliżyli.
Mimo iż Axel urodził się w elitarnej rodzinie i pochodził z terenu
Jądra, z trudem podążał ścieżką, którą wytyczono dla niego jeszcze przed
jego narodzinami. Jako dziecko swoich rodziców mógł liczyć na
najlepszych nauczycieli i wszystko, o czym tylko zamarzył, jednak w zamian oczekiwano od niego, że odbędzie praktykę w Senacie, aby
następnie towarzyszyć im w misjach pokojowych, wnosząc tym samym
znaczący wkład w kształtowanie przyszłości światów, których być może
nigdy w życiu nie odwiedzi. A wszystko dlatego, że był Greylarkiem i spodziewano się po nim, iż obejmie rolę przywódcy.
Jasne, zamierzał spełnić wszystkie te oczekiwania. A w międzyczasie
dobrze się bawić.
Prowadząc Leyli i Kozma korytarzem dla służby, biegnącym od wschodniej
wieży do terenów festiwalowych, czuł dreszczyk emocji, który miał swoje
źródło gdzieś w głębi jego trzewi. Aczkolwiek równie dobrze mógł być
spowodowany trzema papryczkami guiji, które spożył, aby symulować
gorączkę.
Pomachał ręką twi'lekańskiemu dozorcy, który uśmiechnął się do nich i przepuścił ich bez słowa.
-?Słyszałem, że płacisz uczelnianemu personelowi, żeby cię nie
wypucował? -?zagadnął Kozmo, a jego głos odbijał się echem od kamiennych
ścian przejścia. -?Czy to prawda?
-?Może tak, a może nie. -?Axel faktycznie dał woźnemu kilka kredytów,
ale tylko dlatego, że podsłuchał, jak Twi'lek prosi dziekana o zaliczkę
na poczet wynagrodzenia, aby opłacić operację córki, a ten odmówił. Poza
tym nie wydawał własnych kredytów -?tylko swoich rodziców.
Gdy dotarli na teren, na którym odbywała się impreza, Leyli ścisnęła
jego dłoń. Każdego roku uniwersytet brał udział w Festiwalu Kwiecia
Królowej. Po sezonie ulewnych deszczy cała planeta rozkwitała feerią
barw -?każde pole, górskie zbocze i ogród pokrywały się olśniewającymi
kwiatami.
O ile Axel się orientował, zjawisko to było spowodowane faktem, iż opady
atmosferyczne zawierały jakiś rodzaj fotoprotein, sprawiających, że
pyłek kwiatowy wydzielał bioluminescencyjny blask, gdy pąki rozkwitały.
Musiał przyznać, że efekt był spektakularny, ale zakładał, iż stanowił
dla całej planety jedynie pretekst do organizowania wielkiej imprezy,
która ściągała turystów z całego układu.
Uniwersytet Reeny również brał udział w uroczystościach. Pośród atrakcji
znajdowało się między innymi minizoo z egzotycznymi zwierzętami oraz
stragany ze słonymi i słodkimi przekąskami. Na rozmaitych stoiskach
objaśniano naukowe zasady zjawiska powodującego bioluminescencję,
organizowano gry i zabawy dla dzieci, a także prezentowano popisy
licznych szkolnych zespołów muzycznych. Zanim Axel zapadł, jakże
niefortunnie, na ospę malongo, był dość biegły w grze na podwójnej wioli
i oczekiwano, że również weźmie udział w uroczystościach.
-?Spójrzcie! Jedi! -?zawołała podekscytowana Leyli.
Greylark zmrużył oczy w palącym słońcu Reeny i rozejrzał się po tłumie,
szukając obiektu jej zainteresowania. Faktycznie, kilka kroków dalej
dostrzegł trójkę Jedi -?starszego opiekuna z dwójką uczniów w wieku
Axela, z charakterystycznymi warkoczykami spływającymi na poły szat.
Towarzyszył im dziekan wydziału teologii, który był tak zafascynowany
zakonem Jedi, że namawiał ich do udziału w festynie, aby udowodnić
kontrowersyjną teorię, wedle której miałby istnieć związek między
zjawiskiem Kwiecia Królowej a mistycznymi właściwościami Mocy.
Axel sądził, że to nieco naciągane, ale był wdzięczny za element
rozproszenia, którego dostarczyli mu ci odziani w szaty czarodzieje. W myślach wytyczył drogę do hangaru, znajdującego się po drugiej stronie
terenów festiwalowych. Jedyny problem stanowiła dziekanka Harket, która
zmierzała właśnie w ich stronę, kierując się do wschodniej wieży, bez
wątpienia po to, aby sprawdzić, jak się miewa Axel. Leyli również ją
dostrzegła.
-?Zajmę się tym -?mruknęła i chwyciła Kozma za rękę.
Stanęli tak, by zablokować jej drogę, podczas gdy Axel schował głowę w ramiona i wmieszał się w tłum.
Po drodze chwycił za rąbek jedwabnego szala mijanej kobiety -?nawet nie
zauważyła, jak zsunął jej się z ramion, gdy się od siebie oddalali. Axel
zarzucił go sobie na głowę, udając, że kompletnie nie zwraca uwagi na
dziekana wydziału teologii. Kiedy droga była już wolna, skierował się w stronę hangaru. Jedna z młodych Jedi -?jak ich nazywano -?podywanami? a może to było raczej coś z chodnikami? -?niemal na niego wpadła i nawet
nie przeprosiła, gdy trąciła go ramieniem. Obrzucił krytycznym
spojrzeniem jej ciemne, upięte w nieco koślawe koki włosy. Zatrzymała
się w miejscu, czujna i skupiona, mimo iż wyraźnie oddzieliła się od
swojej grupy. Gdy zauważył, jak opuszcza ręce na rękojeści swoich
bliźniaczych mieczy świetlnych, mimowolnie drgnęły mu palce. Nagle
przypomniał sobie o Leyli -?z pewnością na niego czekała, a Kozmo bez
skrupułów wykorzysta każdą wymówkę, żeby go zostawić. Puścił się biegiem
przed siebie.
Kiedy dotarł do hangaru, Kozmo uruchamiał już swój luksusowy śmigacz.
-?Zapewne ucieszy cię wiadomość, że dziekanka Harket powierzyła mi
zadanie sprawdzenia, co u ciebie słychać. Ze względu na to, że jesteśmy
w tak dobrej komitywie i w ogóle.
-?Wiedziałem, że w końcu opłaci się znosić twoje towarzystwo -?mruknął
pod nosem Axel, wskakując na tylne siedzenie i rozpierając się na
kanapie z nerfiej skóry.
-?W drogę! -?Leyli roześmiała się radośnie i obejrzała przez ramię na
Axela. Na widok jej zachwyconej miny znów poczuł to szarpnięcie w okolicy pępka, tę potrzebę bycia blisko dziewczyny i dawania jej
wszystkiego, czego tylko zapragnie.
Kozmo puścił głośno electro-trashową piosenkę i pomknęli kamienistą
ścieżką prowadzącą od uniwersytetu w kierunku długiej, krętej drogi
wiodącej ku miejskiemu wybrzeżu. Leyli wydała z siebie entuzjastyczny
okrzyk, a Axel zawiwatował, gdy słona bryza zmierzwiła mu włosy.
Ciągnące się aż po horyzont błękitne wody były usiane rozrzuconymi to
tu, to tam licznymi zielonymi wysepkami. Jasne -?odwiedził z rodzicami
wiele światów, ale nigdy nie mieszkał poza
lśniącym Coruscant. Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, było coś
kojącego w oddaleniu od nieustającego ruchu, zatłoczonych ulic,
migających holobillboardów i tabloidów.
Reeny z pewnością nie można było nazwać centrum galaktyki, ale nie była
też zapadłą dziurą. Budynki historycznego nabrzeża lśniły w słońcu, a Axel zaczynał sobie przypominać zakręty ulic pełnych przechodniów i gości, którzy przybyli na festiwal. Całe miasto wydawało się gotowe, aby
być świadkiem zachwycającego zjawiska Kwiecia Królowej.
Zaparkowali śmigacz za czteropiętrowym budynkiem, gdzie znajdowała się
tawerna Ealy'ego z tarasem na dachu i fontanną tryskającą trunkiem,
który właściciel zwykł nazywać "tonikiem na poprawę humoru". Było to
pierwsze miejsce, jakie Axel odkrył podczas swoich wędrówek po mieście.
Słuchanie opowieści pilotów i handlarzy o unikaniu piratów na trasie
Szlaku Caloriańskiego było bez dwóch zdań bardziej interesujące niż
seminarium z ideologii politycznej na Zewnętrznych Rubieżach. Poza tym w ten sposób uczył się o systemach handlu i innych rzeczach, o których
nigdy nie dowiedziałby się w szkole.
-?Tawerna? Serio? -?prychnął drwiąco Kozmo. Wygładził poły swojej
haftowanej jedwabnej tuniki, a następnie położył dłoń na medalionie z luzalitańskim diamentem. Axel zastanawiał się, ile naprawdę warta jest
ta rodzinna pamiątka.
-?Mam inny pomysł na miejsce, z którego będziemy mieli najlepszy widok
na obchody. -?Leyli obejrzała się w stronę wieży Gorag. Czarno-złoty
budynek był spiralnie skręcony i wznosił się strzeliście ku niebu niczym
przeszywająca warstwę chmur gigantyczna igła.
-?Tamtejszy penthouse należy do rodu królewskiego Reeny -?zauważył Axel,
choć jego towarzysze doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nawet on nie
był na tyle szalony, żeby próbować wprosić się na przyjęcie organizowane
przez włodarzy planety. A może jednak był...?
Leyli chwyciła go za przedramię.
-?Daj spokój, Axelu. Wszyscy wiedzą, kim jesteś. Możesz tam wejść bez
zaproszenia i powiedzieć po prostu, że przybyli Greylarkowie z Coruscant.
To była kolejna rzecz, do której nigdy by się nikomu nie przyznał, ale
jej dotyk w jakiś sposób dodawał mu odwagi. Podobnie jak to, jak na
niego patrzyła. Zatrzepotała swoimi długimi fioletowymi rzęsami i jeszcze zanim otworzył usta, by odpowiedzieć, wiedział, że się zgodzi.
Nie bez wpływu na jego decyzję miał również fakt, iż siedzący na masce
swojego luksusowego śmigacza Kozmo przewrócił ostentacyjnie oczami. Gość
mógł sobie być jakimś tam lordem z mało znanej planetki, ale Axel był
wszak Greylarkiem -?a to coś znaczyło, czyż nie?
Znów poczuł dreszcz emocji, a w jego wnętrzu zatliły się iskry.
-?Za mną! -?rzucił tylko.
Przeszli przez ulicę i weszli do ogromnego holu wieży Gorag. Axel podał
Leyli ramię i napawał się jej perlistym śmiechem, który wypełnił windę,
gdy ta w zawrotnym tempie wiozła ich trójkę na najwyższe piętro budynku.
Kiedy drzwi się otworzyły, czekał na nich wyraźnie podenerwowany Wermal
w smokingu, z datapadem w dłoni. Wyjął z kieszonki marynarki monokl i przez chwilę zerkał przez niego to na Axela, to na listę gości.
-?Nazwisko? -?spytał w końcu piskliwym głosem.
-?Greylark -?odpowiedział Axel, prostując się na pełną wysokość i przywołując na twarz poważną minę. To właśnie robił jego ojciec tuż
przed wejściem do sali Senatu lub przed dołączeniem do któregoś z długich, nudnych przyjęć dobroczynnych organizowanych w ich domu. Axel
wyglądał jak jego wierna kopia. -?Lexxir Greylark.
Na chwilę ogarnęło go poczucie winy, zmieszane z niepokojem wywołanym
przez podszepty zdrowego rozsądku. Co on w ogóle najlepszego wyprawiał?
Czy ten Wermal da się w ogóle nabrać na tę ściemę? Co, jeśli zostanie
zdemaskowany? Matka ostrzegała go, że jeśli usłyszy kolejną skargę od
dziekanki...
-?Ach, tak -?bąknął w końcu Wermal, zezując na rodzinny sygnet
Greylarków na palcu wskazującym Axela. -?Pańska żona już tu jest.
-?Moja... żona? -?Axel natychmiast zdał sobie sprawę z niewybaczalnego
niedopatrzenia w swoim planie. Jego matka tu była!
Zanim zdążył się odwrócić, winda za jego plecami wypluwała już nową falę
gości, a Leyli i Kozmo ciągnęli go za sobą na przyjęcie. Ledwo miał
chwilę, aby rzucić wzrokiem na złocone żyrandole, trio przygrywające
melodyjnie z estrady na podwyższeniu i gości z całej galaktyki,
częstujących się wyborem przekąsek z tac krążących pośród nich kelnerów.
Ci ostatni byli ubrani w jasne uniformy, a górne części ich głów
przesłaniało coś w rodzaju metalowych przyłbic. Słyszał, że ród
królewski Reeny woli organiczny personel od droidów kelnerów, ale w niemożności spojrzenia obsłudze w oczy było coś niepokojącego.
Zanurkował za najbliższy róg, chwycił z tacy kieliszek wypełniony jakąś
parującą zieloną cieczą i uniósł go do ust.
-?Czy to ona? -?szepnął Kozmo teatralnym szeptem. Facet zdecydowanie nie
był mistrzem dyskrecji.
I wtedy ją zobaczył. Kyong Greylark miała na sobie suknię w kolorze
bladolawendowym, a włosy splecione w elegancki warkocz, ułożony w koronę
i opadający jej na ramiona. Axel zaklął pod nosem i schował się za
Kozmem.
-?Twoja matka wygląda oszałamiająco -?westchnęła Leyli.
-?Moja matka mnie zabije -?odmruknął Axel. Ma się rozumieć, musiała się
tu zjawić i zepsuć mu dzień, który chciał spędzić z Leyli. -?Nie powinno
jej tu jeszcze być! Powiedziała, że musi prowadzić kampanię po drugiej
stronie karkolonej galaktyki...
-?Och, to takie urocze! -?Leyli musnęła knykciami jego policzek.
Po raz pierwszy tego dnia jej słowa i dotyk nie wzbudziły w nim żaru.
Zamiast tego ogarnęła go dziwna pustka. Co mogło być "uroczego" w fakcie, że jego rodzice przybyli na planetę dzień wcześniej, niż
planowali? I dlaczego przylecieli na Reenę, jednak zamiast się z nim
spotkać, poszli na imprezę? Czy wkurzało go to, bo jego rywal i jego
dziewczyna byli świadkami tej sytuacji i z pewnością zdawali sobie z tego sprawę? Ale czemu właściwie miałoby go obchodzić, co sobie pomyśli
Kozmo?
Upił łyk spowitego oparami zielonego drinka, skrzywił się z powodu
kwaśnego smaku i odstawił go na tacę przechodzącego obok kelnera.
-?Widzisz? Powinniśmy byli pójść do Ealy'ego.
-?Ale stąd będziemy mieli najlepszy widok na zjawisko Kwiecia Królowej!
-?zauważyła Leyli, starając sobie nałożyć na dłoń jak najwięcej
maleńkich kanapeczek. Jedna z nich wyglądała jak smażona gąsienica
zwieńczona czymś w rodzaju różowej pianki. -?Myślałam, że jako
coruscańskie książątko uwielbiasz tego typu uroczystości.
Kozmo parsknął w kułak, a Axel poczuł, jak po jego szyi rozlewa się
plama ciepła, pełznąc aż do czubków uszu.
-?Skarbie, obiecałaś, że nie będziesz mnie tak nazywać.
Gdy zmrużyła psotnie oczy, w ich kącikach pojawiły się zmarszczki.
-?A ja prosiłam, żebyś nie nazywał mnie swoim "skarbem".
Cóż, zrozumiał aluzję. Nie drążył tematu. Musiał ich stąd jakoś
wyciągnąć, aby uniknąć spotkania z matką.
Wyminęli kilka tańczących na parkiecie par, ale kiedy skręcili za
kolejny filar, ich oczom ukazał się nie kto inny, a Lexxir Greylark we
własnej osobie. Bawił się nerwowo swoimi spinkami do mankietów z księżycowymi opalami -?prawdopodobnie dopiero co odbył niezbyt przyjemną
rozmowę z Wermalem. Ale gdy tylko zobaczył swoją żonę, jego twarz
rozjaśnił uśmiech.
Axel przywarł plecami do najbliższej ściany, wtulając się między dwie
rośliny doniczkowe. W ustach zaschło mu tak bardzo, że język przykleił
mu się do podniebienia. Przez chwilę rozważał wymyślenie jakiegoś
skomplikowanego kłamstwa i ujawnienie się rodzicom. Mógłby powiedzieć,
że wybrali się na wycieczkę, aby obejrzeć zjawisko kwitnienia. W głębi
duszy wiedział jednak, że to by nie zadziałało. Istniało zbyt wiele
zmiennych, nad którymi nie miał kontroli.
-?Możemy już iść -?rzucił Kozmo, a w jego ciemnobrązowych oczach Axel
dostrzegł coś na kształt litości. -?Przylecieliśmy, zobaczyliśmy i...
-?W porządku -?prychnęła Leyli. -?Wiecie co? Wcale nie umiecie się
dobrze bawić.
Axel zaczął wytyczać w myśli trasę z końca penthouse'u do windy, ale
niezależnie od tego, jak mocno kombinował, każdy analizowany scenariusz
narażał go na dostrzeżenie przez rodziców.
-?Idźcie beze mnie. Obawiam się, że przez jakiś czas się stąd nie ruszę.
Miło było was znać...
Leyli uśmiechnęła się pod nosem, a w jej oczach dostrzegł błysk tego, co
tak bardzo w niej lubił: impulsywności. Humoru. Przebiegłości. Sprytu.
-?Tędy! -?rzuciła. -?Wyjdziemy przez kuchnię!
Przecisnęli się przez podekscytowany tłum i przekroczyli próg
przestronnej kuchni. Wszędzie piętrzyły się tace pełne małych,
udekorowanych pienistą substancją przystawek, gotowych do podania. Ale
nie natknęli się na krzyczącego z oburzenia szefa kuchni. Nie było też
zespołu kucharzy, uwijających się w pocie czoła na swoich stanowiskach
pracy. Wszyscy byli związani, zakneblowani i zaganiani do chłodni przez
kobietę i Twi'leka, trzymających ich na muszkach swoich blasterów.
Blasterów, które od razu skierowali w stronę nowo przybyłych.
Rozdział trzeci
-?Najmocniej przepraszam -?powiedział Axel, starając się brzmieć tak
nonszalancko, jak tylko zdołał, choć w tej chwili zdecydowanie nie czuł
pewności siebie. -?Nabraliśmy ochoty na nieco więcej tych smażonych
gąsienic, ale może wrócimy później...
Przez chwilę był pewien, że zdołają się wykpić. Ale wtedy kobieta
uśmiechnęła się pod nosem i dotarło do niego, że im się nie upiecze.
Była drobna i śniada, a jej twarz okalały pofalowane łagodnie czarne
włosy. Axel ze zdumieniem skonstatował, że nigdy nie spotkał nikogo
równie pięknego, mimo iż nieznajoma trzymała go na muszce.
-?Zamknij drzwi -?poleciła nieznoszącym sprzeciwu tonem, wskazując lufą
blastera w ich kierunku.
Axel wiedział, że nie powinien tego robić. Musiał spróbować wydostać się
stąd wraz ze swoimi towarzyszami. Po drugiej stronie znajdowali się jego
rodzice. Cokolwiek się działo, wciąż można było to powstrzymać. Jednak
jej słowa były tyleż stanowcze, co dziwnie kojące. Jej głos brzmiał jak
miłe dla ucha dźwięczenie dzwonków. Zrobił więc, o co prosiła.
-?Axel! -?warknął Kozmo, ale nie opuścił trzymanych w górze rąk. -?Czego
chcecie? -?spytał, zwracając się do intruzów. -?Kredytów? Mamy ich całe
mnóstwo! Damy wam czegokolwiek zażądacie...
Twi'lek obnażył ostre kły w grymasie, który prawdopodobnie miał być w zamyśle uśmiechem.
-?Słyszałaś to, Elecio? Dadzą nam, czegokolwiek zażądamy!
Axel miał ochotę rąbnąć Kozma pięścią w twarz.
-?Oczywiście, w granicach rozsądku. Moje konta są obecnie zamrożone. Ale
z pewnością zdołam coś z tym zrobić, jeśli tylko pozwolicie mi...
-?Nienawidzę tych rzeczy, a wy? -?Elecia spojrzała na swój blaster, a następnie spokojnie schowała go do kabury i zachichotała, jakby
prowadzili towarzyską pogawędkę. Kozmo pokiwał z entuzjazmem głową,
podczas gdy Axel i Leyli trwali w kompletnym bezruchu. -?Mam lepszy
pomysł. Ty, z gwiazdkami. Chodź no tu.
Serce waliło Axelowi jak młotem, słyszał w uszach jego dzikie dudnienie.
Nie myślał -?zareagował po prostu instynktownie, zajmując miejsce między
Leyli a intruzami.
-?Spójrz no, Kerun -?jakie to rycerskie! -?zamruczała z ukontentowaniem
Elecia. -?Czekaj... Znam cię!
Pod jej badawczym spojrzeniem Axel się zaczerwienił.
-?Wielu osobom się wydaje, że mnie znają.
-?Ale ja naprawdę cię znam -?powtórzyła swoim
dźwięcznym głosem. -?Cóż, skoro zaś jesteśmy w tak dobrej komitywie,
powiem ci coś. To zwykłe nieporozumienie. Przybyliśmy tu tylko po to,
aby zaanektować pewne... zasoby, których zniknięcia nikt nawet nie
zauważy. Nikt nie musi ucierpieć. Racz więc wyświadczyć mi małą
przysługę i pozwól swojej uroczej przyjaciółce przejść.
"Zaanektować zasoby". Nigdy wcześniej nie słyszał takiego określenia na
kradzież.
-?Axelu... -?Kiedy Leyli wypowiedziała jego imię, usłyszał w jej głosie
strach i ponownie się skupił. -?Rób, co ona mówi. Proszę...
Rzucił Kozmowi znaczące spojrzenie. Nie był pewien, czy to broń
wycelowana w ich stronę sprawiła, że w samym środku tej traumatycznej
sytuacji połączyła ich swoista więź, czy może Kozmo naprawdę troszczył
się o bezpieczeństwo Leyli. Niezależnie od tego, jak było faktycznie,
luzalitański arystokrata skinął poważnie głową, mimo iż kulił się w sobie i praktycznie chował za samym Axelem.
-?Co mamy robić?
-?Włóżcie to. -?Twi'lek nazwany przez kobietę Kerunem machnął niedbale
swoim blasterem i Axel zesztywniał.
W ciągu kilku chwil on i Kozmo rozebrali się i włożyli śnieżnobiałe
uniformy kelnerów. Ten ostatni przez cały czas mamrotał pod nosem:
-?Wiedziałem, że zadawanie się z tobą przyniesie mi tylko upokorzenie.
Axel poprawił metalowy wizjer przesłaniający oczy. Jego przednia część
uciskała grzbiet nosa na tyle, że czuł dyskomfort, a wszystko w polu
widzenia nabrało rozmytej poświaty. Dlaczego, na wszystkie krwawiące
gwiazdy, ktoś miałby zmuszać swoich pracowników do noszenia czegoś tak
absurdalnego? Cóż, to było w zasadzie bez znaczenia. Zmusił się do
myślenia o Leyli, która została skrępowana i wepchnięta do chłodni wraz
z resztą obezwładnionych pracowników kuchni.
-?Hmm, cóż, nikt cię nie prosił, żebyś się ze mną zadawał! -?odburknął
Axel, być może odrobinę bardziej złośliwie, niż zamierzał.
W odpowiedzi Kozmo prychnął tylko i schował swój głupi medalion pod
uniformem, prawdopodobnie po to, aby intruzi nie pozbawili go i rodzinnej pamiątki.
-?Ciesz się, że masz takiego przyjaciela jak ja. Beze mnie pozwoliłbyś
Leyli zepchnąć się z klifu, święcie przekonany, że to od samego początku
był twój pomysł -?dodał po chwili.
Axel parsknął śmiechem.
-?O czym ty mówisz? Nie jesteśmy przyjaciółmi.
-?Nie? -?Kozmo poprawił swój wizjer, a Axel z zaskoczeniem
zarejestrował, że luzalitański lord sprawiał wrażenie urażonego.
-?Po prostu miejmy to już za sobą -?odparł i odwrócił się do
napastników. Naliczył ich dziesięciu, wszyscy mieli na sobie skradzione
uniformy. Kerun trzymał się z tyłu, ubrany w długi fartuch szefa kuchni
i śmieszną kucharską czapkę.
W środku cały aż dygotał z nerwów, ale jeśli było coś, czego nauczył
się, obserwując swoich rodziców zmagających się z pełnymi piirayi wodami
polityki senackiej, to z pewnością tego, żeby przenigdy, choćby się
waliło i paliło, nie okazywać strachu. Odwrócił się na pięcie i uśmiechnął pod nosem.
-?I jak? Czy zaskarbiliśmy sobie waszą aprobatę?
Elecia zachichotała, ale pozostali, zgromadzeni wokół niej, zareagowali
kwaśnymi grymasami; w ciszy słychać było przytłumione dźwięki muzyki,
dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.
-?W porządku, zjawisko Kwiecia Królowej rozpocznie się lada chwila.
Goście wylegną na balkon, a wówczas będziemy mieli wolną rękę. Bierzcie
klejnoty, zegarki -?wszystko, co znajduje się na liście. Ja zajmę się
główną sypialnią. Reszta z was gromadzi skrzętnie wszystko, co się da.
Mamy tylko jedną szansę, więc dobrze ją wykorzystajcie. Jakieś pytania?
-?Tak -?odpowiedział Axel, podnosząc rękę jak pilny uczeń. -?Co, jeśli
znajdę coś, co mi się spodoba i co zechcę zatrzymać?
-?Wówczas na twoim miejscu zadałabym sobie pytanie, czy to warte życia
twojej dziewczyny. -?Elecia wypowiedziała te słowa z uśmiechem, ale Axel
słyszał w nich echo ledwie zawoalowanej groźby. Cóż, być może powinien
jednak bardziej zwracać uwagę na to, kiedy silić
się na elokwencję. -?Nowa zmiana zaczyna się... -?Zaczekała na pierwszą
falę zachwyconych okrzyków, która napłynęła z zewnątrz. -?Teraz.
Otworzyła drzwi i Axel wraz z Kozmem podążyli za złodziejami, którzy
wychodząc, zabierali ze sobą tace z jedzeniem. Axel skupił się na
utrzymywaniu dłoni w stabilnej pozycji i unikaniu zderzeń z pozostałymi,
ponieważ nie bardzo wiedział, co innego mógłby w tej sytuacji zrobić.
Jednak to nie o swoje życie się martwił. Leyli była w tej chłodni. Leyli
miała kłopoty, ponieważ on chciał się wymknąć niepostrzeżenie z przyjęcia. Powinien był dać się złapać rodzicom. Matka i tak nie
zrobiłaby sceny w miejscu publicznym.
Niestety, było już za późno na żale.
Axel niemal podziwiał plan intruzów. Prosty, bezbłędny. Mieli znakomity
pomysł na odwrócenie uwagi: grupa bogaczy bez reszty zajęta podziwianiem
niezwykłego zjawiska. Ochrona przy drzwiach, pilnująca, by na przyjęcie
nie wszedł nikt niepowołany, ale poza tym? Nikt nie zawracał sobie głowy
zapewnieniem bezpieczeństwa pracownikom kuchni, bo i po co?
Podążał za innymi, pozwalając, aby kolejne szpony, palce i macki sięgały
po przysmaki z jego tacy. Nikt nie zwracał na niego specjalnej uwagi.
Był tu w zasadzie tylko użyteczną ozdobą. Kiedy taca opustoszała,
pozbierał opróżnione kieliszki i rozejrzał się po sali w poszukiwaniu
celu idealnego, który zresztą wkrótce znalazł, w postaci podchmielonego
staruszka, krążącego chwiejnym krokiem i rozglądającego się za kolejnym
drinkiem.
Wzrok Axela padł na jego zegarek, a potem przesunął się na ciężki
łańcuch wykonany z opalizującego metalu, który nadawał mu wygląd na wpół
zastygłej cieczy. Wydawał się drogi. Greylark prędko zdobył kieliszek z czymś zielonym i kwaśnym i zaniósł go wstawionemu mężczyźnie.
-?Co to takiego? Jest niesamowite!
"Niesamowicie paskudne" -?miał ochotę uściślić Axel, jednak zamiast tego
potwierdził tylko grzecznie:
-?Owszem.
Mężczyzna zaczerpnął gwałtownie tchu i pochylił się lekko w jego stronę.
-?Myślałem, że nie wolno wam rozmawiać z gośćmi! -?szepnął mu na ucho.
Greylarka zdjął przelotny strach, ale szybko się opamiętał. Błysnął
zębami w uprzejmym uśmiechu.
-?Nie mogłem się powstrzymać, psze pana. Jak ktoś mógłby nie chcieć
rozmawiać z kimś tak prominentnym?
Zadowolony z odpowiedzi zawiany mężczyzna odpowiedział szerokim
uśmiechem i kołysząc się w rytm muzyki, ruszył wężykiem w stronę
balkonu. Axel tymczasem odszedł w przeciwnym kierunku, dyskretnie
przykrywając skradzione drobiazgi serwetką. Z sercem walącym jak młotem
zaczął się rozglądać w poszukiwaniu kolejnego celu. Wszyscy szli na
balkon, skupiając uwagę na imponującym widoku miasta i majaczących w oddali wysp. Axel był świadkiem zjawiska Kwiecia Królowej podczas
pierwszego roku na uniwersytecie. Kilka dni po porze deszczowej
powietrze było gęste od pyłków i zapachu wilgotnej ziemi. Zewsząd
strzelały zielone pędy -?pojawiały się nawet w szczelinach brukowanych
uliczek i marmurowych podłóg szkolnego gmachu. Wszyscy czekali na to z wytęsknieniem -?i tak właśnie narodziła się tradycja świętowania tego
fenomenu. Po co czekać, skoro można się bawić, dopóki kwiaty się nie
otworzą?
Axel nie był do końca gotowy, aby przyznać, jak bardzo podobało mu się
to zjawisko. Jak rzadko zdarzało się, że coś było w stanie go zaskoczyć
-?wiecznie znudzonego, mającego wrażenie, że widział już wszystko.
Obserwował z dachu wieży swojego akademika, jak słońce zaczyna
zachodzić, a wszystkie pąki kwiatowe wkoło się otwierają. Płatki
rozchylały się, jakby zaczerpywały pierwszy drżący oddech, a pokrywający
je delikatny pyłek mienił się w świetle. Każdy, nawet najlżejszy podmuch
wiatru, niósł ze sobą bioluminescencyjny pył, który osiadał na wszystkim
w okolicy. To było jak przebywanie pośród tysięcy migoczących gwiazd.
Kiedy pył osadzał się na skórze, co było nieuniknione, pozostawiał na
niej fosforyzujące smugi. Wszystko, absolutnie wszystko, pokrywało
Kwiecie Królowej.
Po kilku godzinach blask zanikał i pozostawał tylko zielony pyłek. Czy
to zjawisko było tak piękne ze względu na swoją imponującą skalę? A może
po prostu dlatego, że było tak ulotne?
Nawet teraz drobinki pyłku wlatywały do apartamentu przez balkonowe
drzwi i przyklejały się do każdej odsłoniętej powierzchni. Choć widok
zapierał dech w piersi, Axel zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić
sobie na podziwianie zjawiska. Musiał się skupić, aby jego debiut jako
zwykłego złodziejaszka był wart zachodu -?ponieważ ktoś liczył na to, że
dobrze wypełni swoją rolę.
Kiedy taca zaczęła mu zbyt mocno ciążyć od skradzionych błyskotek,
skręcił za róg, wracając do miejsca, w którym wcześniej ukrył się za
wysokimi roślinami doniczkowymi. Miał kilka chwil, zanim wróci do kuchni
i rozpocznie kolejny kurs, ale kilka sekund później przydybał go Kozmo.
-?Jesteś w tym przerażająco dobry -?stwierdził, chichocząc nerwowo. -
Cóż, chyba nie powinienem być zaskoczony.
-?Bo jestem tak doskonały we wszystkim?
-?Nie we wszystkim, Greylark. W szkole nadal wyprzedzam cię o dwa
punkty. -?Kozmo uśmiechnął się pod nosem, a Axel ze zdumieniem zdał
sobie sprawę z tego, jak ujmujący uśmiech ma jego rywal. Potem
przypomniał sobie ból w głosie młodego arystokraty, kiedy niedawno
powiedział mu, że nie są przyjaciółmi.
-?Greylark! Tu jesteś! -?zawołał ktoś, jednak słowa nie były skierowane
do Axela, ale do mężczyzny kierującego się do małej wnęki, z dala od
zgromadzonych.
Axel zamarł, podobnie jak stojący obok niego Kozmo, gdy senator Lexxir
Greylark odwrócił się i stanął twarzą w twarz z podchmielonym
jegomościem, którego wcześniej okradł. Chłopak wciąż miał na sobie
metalową osłonę. Był nie do poznania. Czyż nie?
-?Hrabio Vennersonie -?powiedział jego ojciec, strzepując z peleryny
błyszczący pyłek, który na niej osiadł. -?Miło cię widzieć.
-?Bałem się, że już cię dziś nie zobaczymy. Czy kosztowałeś tego
cudownie kwaśnego trunku?
Axel nie śmiał nawet głębiej odetchnąć, gdy ojciec spojrzał wprost na
niego. Starszy Greylark zmrużył swoje duże oczy. Czy go rozpoznał? Czy
się domyślał? Wręczył Axelowi swój pusty kieliszek i mu podziękował.
Chłopak trzymał go za nóżkę, wciąż trwając w kompletnym bezruchu.
-?Gdzie się podziała twoja urocza żona? -?zapytał hrabia Vennerson.
-?Kyong jest zajęta podziwianiem tego zjawiska. To jej pierwszy raz.
Planowaliśmy zrobić niespodziankę naszemu synowi, ale nie chcieliśmy go
odrywać od zajęć.
-?Moja córka jest na pierwszym roku -?wybełkotał wcięty mężczyzna. -
Musimy ich sobie przedstawić. Przed nimi świetlana przyszłość! Czy
mógłbym ci chwilę zająć? Chciałbym opowiedzieć ci co nieco o absolutnie
koszmarnej sytuacji szlaków nadprzestrzennych w moim sektorze...
Axel wiedział, że musi się ruszyć, coś zrobić -?cokolwiek! Pozostali
"kelnerzy" wracali już do kuchni, a jeśli nie zjawi się wraz z nimi ze
swoim łupem, Elecia bez dwóch zdań dotrzyma słowa...
-?Wybacz, hrabio Vennersonie -?powiedział Lexxir Greylark, rozkojarzony
hologramem migającym na ekranie jego komunikatora. -?To dziekanka
Harket.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki