Star Wars. Wielka Republika. Przeciwko burzy - Tessa Graton, Justina Ireland

Kup ebooka

44.00 zł
36.86 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ

PIERW­SZY

Avon Star­ros nie­na­wi­dziła Nihi­lów. Nie­na­wi­dziła ich nie­do­rzecz­nych stro­jów, ego­izmu, prze­mocy i każ­dej innej nędz­nej cechy.

I wła­śnie dla­tego dąsała się teraz, sto­jąc w sypialni w nihil­skim kom­plek­sie na Het­zalu wraz ze swoją matką, Ghirrą Star­ros, samo­zwań­czą amba­sa­dorką Nihi­lów, oraz Devą Lom­pop, Nihilką, która po wielu bru­tal­nych star­ciach została przy­dzie­lona Avon jako ochro­niarka.

Jedy­nym, co mogło być gor­sze od Nihi­lów, była kola­cja, do udziału w któ­rej Ghirra pró­bo­wała wła­śnie zmu­sić córkę.

-?To nie­bez­pieczne -?zauwa­żyła Avon, z wes­tchnie­niem krzy­żu­jąc ręce na piersi. -?Nawet z Devą, matko. Pod­czas brun­chu z oka­zji wizyty kró­lo­wej Hyne­stii ktoś pró­bo­wał mnie otruć. Na ban­kie­cie ku czci gene­rał Viess Deva musiała skrę­cić jakiejś kobie­cie kark, żeby nie dźgnęła mnie nożem. A w zeszłym tygo­dniu, kiedy sie­dzia­łam sobie tutaj spo­koj­nie, ktoś strze­lił z bla­stera w moje drzwi!

Ghirra krę­ciła się po pokoju, pod­no­sząc i prze­kła­da­jąc data­pady oraz próbki krysz­ta­łów, pię­trzące się na biurku i bla­cie robo­czym Avon, naj­wy­raź­niej tylko jed­nym uchem słu­cha­jąc tego, co mówi jej córka. Nic nowego. Matka zawsze bar­dziej przej­mo­wała się swoją karierą niż pro­ble­mami swo­jego dziecka, ale po raz pierw­szy zda­rzało się, że nie mar­twiła się o jej bez­pie­czeń­stwo. Jedy­nym, co wyda­wało się ją inte­re­so­wać, była uro­czy­sta kola­cja, na którą miały się wła­śnie wybrać.

Ghirra Star­ros miała na sobie ele­gancką suk­nię z wyso­kim koł­nie­rzem, uszytą z zie­lo­nej saty­sta­lo­wej tka­niny. Wyglą­dała dość eks­tra­wa­gancko, ale Avon pod­słu­chała, jak mówiła dro­idowi odpo­wie­dzial­nemu za stwo­rze­nie tego kosz­mar­nego gie­zła, żeby upew­nił się, iż pod­czas kola­cji nikt nie zdoła strze­lić jej w plecy. Być może to wła­śnie dla­tego Ghirra nie wyda­wała się już tak bar­dzo przej­mo­wać kwe­stiami bez­pie­czeń­stwa? Zagro­że­nie było nie­od­łączną czę­ścią życia Nihi­lów. Nawet ich stroje były pro­jek­to­wane przede wszyst­kim z myślą o zapew­nie­niu bez­pie­czeń­stwa noszą­cym je oso­bom -?albo prze­wagi w walce. Avon wie­działa o tym bar­dzo dobrze, ponie­waż sama nie roz­sta­wała się z ukrytą pod kurtką bro­nią.

Nie żeby w prze­szło­ści jakoś spe­cjal­nie jej to pomo­gło. Dziew­czy­nie bra­ko­wało mor­der­czych instynk­tów, które napę­dzały wszyst­kich Nihi­lów - wyglą­dało na to, że nawet jej matkę.

-?Za każ­dym razem, gdy udaje ci się wyjść cało z kolej­nych prób, poka­zu­jesz im, że jesteś sil­niej­sza, niż się wydaje -?i to jest cudowne, skar­bie. Jeste­śmy dla Mar­chiona ważne, a to spra­wia, że inni są o nas zazdro­śni. To wła­śnie dla­tego pró­bują nas skrzyw­dzić, a kiedy to robią, spła­camy nasze długi po trzy­kroć. Powin­naś trak­to­wać te ataki jako wyzwa­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie uchy­la­łaś się od trud­nych zadań...

-?Krysz­tały nie gra­sują po galak­tyce, plą­dru­jąc i zabi­ja­jąc nie­win­nych ludzi -?bąk­nęła Avon, nie­zdolna nawet spoj­rzeć na matkę. Kie­dyś Ghirra opo­wia­dała jej o pro­to­kole i dobrych manie­rach oraz o tym, jak należy zacho­wy­wać się w naj­słyn­niej­szych salo­nach poli­tycz­nych galak­tyki. Teraz zaś mówiła o zama­chach jako o... szan­sach.

Naj­wy­raź­niej Ghirra Star­ros stra­ciła całą swoją wcze­śniej­szą zdol­ność do logicz­nego rozu­mo­wa­nia, trzeźwy osąd i bystry umysł, a Avon nie widziała sensu, by uda­wać, że jest ina­czej.

-?Avon. Jeśli nie poja­wisz się na kola­cji, Mar­chion będzie bar­dzo roz­cza­ro­wany -?powie­działa Ghirra, odwra­ca­jąc się i obda­rza­jąc córkę bla­dym uśmie­chem. -?A ja za nic we wszech­świe­cie nie chcia­ła­bym go roz­cza­ro­wać.

Avon stłu­miła w sobie chęć zare­ago­wa­nia na jej słowa krzy­kiem. To byłoby miłe, ale jej matka raczej nie zro­zu­mia­łaby prze­kazu. Avon spo­tkała Oko Nihi­lów dwu­krot­nie -?raz pod­czas kola­cji, na którą została zapro­szona wkrótce po przy­by­ciu na pokład jego statku, "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia", tuż po znisz­cze­niu Latarni Gwiezdny Blask, a potem w trak­cie cze­goś w rodzaju trium­fal­nych uro­czy­sto­ści świę­tu­ją­cych wznie­sie­nie Wału Burzo­wego, sta­no­wią­cego pasywną sieć prze­kaź­ni­ków, która unie­moż­li­wiała wszyst­kim pozba­wio­nym napędu Ścieżki bez­pieczne korzy­sta­nie z nad­prze­strzeni w tym rejo­nie. W zasa­dzie były to nie tyle uro­czy­ste obchody, co zamieszki, ponie­waż Nihi­lo­wie prze­to­czyli się przez sto­licę niczym, nomen omen, burza, świę­tu­jąc swoje zwy­cię­stwo sia­niem spu­sto­sze­nia. Mar­chion Ro był zimną istotą, pustą i okrutną, i szcze­rze mówiąc, Avon nie rozu­miała, dla­czego robi się wokół niego tyle szumu. Przy­po­mi­nał jej kwia­towe węże z Haileap: piękne, ale śmier­cio­no­śne, nie­dba­jące o nic poza samymi sobą.

Przy­pusz­czała więc, że jej obec­ność -?lub jej brak -?na tej kola­cji obej­dzie go tyle, co banci bobek.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że za każ­dym razem, gdy spo­ty­kała Mar­chiona, w ciągu nie­ca­łych kolej­nych dwu­dzie­stu czte­rech godzin jakiś przy­pad­kowy Nihil pró­bo­wał ją zabić. Zde­cy­do­wa­nie mogła się bez tego obejść.

-?Panienko Star­ros, jeśli nie zaczniesz się przy­go­to­wy­wać do imprezy, spóź­nisz się -?upo­mniała ją deli­kat­nie Deva, jej ochro­niarka rasy Shani. Ghirra wes­tchnęła ciężko i odwró­ciła się do córki.

-?Nie mam czasu na kłót­nie. Devo? Każ jej się ubrać.

Deva pochy­liła głowę, a wień­czący ją tęczowy grze­bień piór zalśnił feerią barw.

-?Chcesz, żebym użyła prze­mocy wobec two­jego dziecka? -?W gło­sie Devy zabrzmiała cicha groźba, na którą Ghirra zare­ago­wała gry­ma­sem poiry­to­wa­nia.

-?Nie, oczy­wi­ście, że nie! Po pro­stu... zapro­wadź ją do głów­nej sali. Avon, jeśli za godzinę nie będziesz sie­działa obok mnie, możesz zapo­mnieć o stu­diach na Coru­scant.

Avon zrze­dła mina i prze­szedł ją zimny dreszcz. Poświę­ciła całe mie­siące na nego­cja­cje i przy­mi­la­nie się matce, aby pozwo­liła jej pod­jąć naukę poza strefą blo­kady kon­tro­lo­waną przez Nihi­lów, a teraz cała jej ciężka praca miała pójść na marne?

-?Ale prze­cież obie­ca­łaś! Już mnie przy­jęli i wszystko zała­twione! Mamo, nie mogę tu zostać. Tu nie jest bez­piecz­nie i to nie... To nie w porządku. -?Avon urwała i z prze­ra­że­niem poczuła, że do jej oczu napły­wają łzy. - Pro­szę, nie zmu­szaj mnie do udziału w tej kola­cji! Pozwól mi opu­ścić Het­zal...

Wyraz twa­rzy Ghirry zła­god­niał i wycią­gnęła rękę w kie­runku córki... jed­nak w pół gestu zawie­siła ją w powie­trzu, a potem zaci­snęła w pięść.

-?Nihi­lo­wie muszą wie­dzieć, że potra­fię zapew­nić bez­pie­czeń­stwo swo­jej rodzi­nie. Nie możesz się tu ukry­wać. Weź­miesz udział w uro­czy­sto­ści. Devo, zaj­mij się nią.

Z tymi słowy, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyma­sze­ro­wała z pokoju, a Avon została sama ze swoją opie­kunką.

-?Cóż, szcze­niaczku, wygląda na to, że nego­cja­cje się nie powio­dły - powie­działa Deva z wes­tchnie­niem.

-?Jej... kom­plet­nie nie obcho­dzi, że mogę zgi­nąć! -?poskar­żyła się Avon. Czuła się dziw­nie odrę­twiała. -?Taka jest prawda. Mogę zgi­nąć, a ona ma to gdzieś! Dopóki wygląda w oczach innych na silną...

-?Po pierw­sze, ni­gdy bym do tego nie dopu­ściła... -?zaczęła sta­now­czo Deva, ale Avon zbyła ją mach­nię­ciem ręki.

-?Wiem o tym. Szcze­rze mówiąc, jesteś jedyną osobą, któ­rej tu ufam. - Avon spoj­rzała jesz­cze raz na suk­nię leżącą na łóżku, nie­bie­ską kopię paskudz­twa, które miała na sobie jej matka. -?To takie... głu­pie. Nawet nie wiem, co świę­tu­jemy!

-?Triumf nad Jedi i Repu­bliką pod­czas bitwy o Seswennę -?wyre­cy­to­wała Deva, wzru­sza­jąc ramio­nami. -?Pamię­taj, żeby zabrać wyrzut­nię strza­łek. Oba­wiam się, że szy­kuje się nie­zła draka...

-?Może po pro­stu zostanę tutaj -?wymam­ro­tała Avon, czu­jąc w ustach gorzki smak bez­rad­no­ści. Zawsze potra­fiła wymy­ślić wyj­ście z każ­dej sytu­acji, pole­ga­jąc na swo­jej inte­li­gen­cji, tak jak jej matka pole­gała na swoim uroku. Ale teraz czuła się zagu­biona, bez­silna. Jak mogła wydo­stać się z tej prze­ra­ża­ją­cej klatki?

-?Musisz lecieć na Coru­scant -?powie­działa Deva, pod­no­sząc sukienkę i nie­mal ciska­jąc nią w Avon, która led­wie zdo­łała ją zła­pać. -?I to nie tylko ze względu na uni­wer­sy­tet. Cho­dzi o two­jego przy­ja­ciela. Mam wie­ści...

-?Mówisz o Imrim? -?zapy­tała Avon, czu­jąc ulgę, gdy jej myśli skie­ro­wały się na inny tor. Zawsze czuła się lepiej, gdy nie myślała o matce.

-?Tak. Wła­śnie dowie­dzia­łam się, że Kara Xoo orga­ni­zuje ope­ra­cję na Ari­chu. Mają tam cenny zasób, jakieś lokalne zioło, i sporo osób jest zain­te­re­so­wa­nych czer­pa­niem zysków z jego pozy­ski­wa­nia i eks­portu. To tylko kwe­stia czasu, nim gene­rał Viess rów­nież zwę­szy zysk. Potrafi wyczuć forsę na wiele par­se­ków.

-?A gdzie leci gene­rał, tam podą­żają za nią jej potwory -?wymam­ro­tała Avon, ponow­nie ogar­nięta fru­stra­cją. -?Musimy więc w jakiś spo­sób wydo­stać stam­tąd Imriego. Nie mamy wyboru.

-?A co z Mkampą? -?zapy­tała Deva, uno­sząc brew.

Avon jęk­nęła. Od kilku mie­sięcy, odkąd pod­słu­chała roz­mowę matki o dok­tor Mkam­pie pra­cu­ją­cej nad Ude­rze­niem Gromu -?sta­cją kosmiczną, odpo­wie­dzialną za zasi­la­nie i kodo­wa­nie sys­te­mów Wału Burzo­wego, Avon sta­rała się zna­leźć spo­sób, aby dostać się na jej pokład. Jak dotąd wszyst­kie próby koń­czyły się fia­skiem.

Potrzą­snęła głową.

-?Pozwól mi tylko prze­trwać dzi­siej­szy wie­czór, a coś wymy­ślę.

Deva uśmiech­nęła się do niej czule.

-?Nie mam co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Avon ubrała się pośpiesz­nie, nie zawra­ca­jąc sobie głowy zmie­nia­niem butów i zosta­wia­jąc pod suk­nią spodnie -?obszerna spód­nica się­gała aż do ziemi. Gdy sprawy przy­biorą zły obrót, będzie mogła przy­naj­mniej szybko ją z sie­bie zrzu­cić i uciec.

Gdy wyszły, Deva trzy­mała się tuż za nią; wyglą­dała naprawdę groź­nie w swo­jej nihil­skiej masce, pod­czas gdy Avon sta­rała się nie oka­zy­wać stra­chu, mimo iż była bez­gra­nicz­nie prze­ra­żona.

Ghirra Star­ros nie zda­wała sobie sprawy, że za każ­dym razem, gdy ktoś nasta­wał na życie Avon, dziew­czyna miała wra­że­nie, jakby coraz bar­dziej tra­ciła swoją toż­sa­mość -?jakby była jedy­nie pta­kiem gaja, na któ­rego poluje się dla roz­rywki. Nie spała dobrze od mie­sięcy -?wciąż budziły ją kosz­mary, w któ­rych ktoś ją ści­gał. To nie było życie -?tylko wieczna udręka.

Kom­pleks Nihi­lów na Het­zalu był nie­gdyś budyn­kiem par­la­mentu -?a przy­naj­mniej tym, co pozo­stało z ogrom­nej sali po zbom­bar­do­wa­niu mia­sta przez Nihi­lów. W kory­ta­rzach wciąż ostało się kilka posą­gów i holo­gra­mów, przed­sta­wia­ją­cych rol­ni­czą histo­rię pla­nety. Więk­szość z nich została znisz­czona -?popier­sia prze­wró­cono i pokru­szono, a holo­gramy prze­pro­gra­mo­wano tak, aby przed­sta­wiały Nihi­lów wyko­nu­ją­cych nie­przy­zwo­ite gesty lub biją­cych przy­pad­kowe ofiary. Prze­moc i ślady eks­ce­sów Nihi­lów były widoczne wszę­dzie, jak okiem się­gnąć; deko­ra­cję sta­no­wiły teraz sterty śmieci i szcząt­ków. W pew­nym momen­cie Avon musiała nawet przejść nad nie­przy­tom­nym Nauto­la­ni­nem, który naj­wy­raź­niej prze­grał bójkę.

-?Na burzę, to miej­sce szybko pod­upa­dło! -?sko­men­to­wała Deva, spo­glą­da­jąc krzywo na spro­śne napisy wyryte na kolum­nie.

-?Nie wiem, jak możesz z nimi współ­pra­co­wać -?skwi­to­wała Avon.

Deva się roze­śmiała.

-?Nie zawsze taka byłam. Wiesz o tym.

To była prawda. Dawno temu Deva porwała Avon, kiedy jesz­cze pra­co­wała dla Jeźdź­czyni Nawał­nicy Kary Xoo. Ale w ciągu ostat­niego roku wiele się zmie­niło. Avon wybrała Devę na swoją ochro­niarkę, ponie­waż była jedyną Nihilką, któ­rej ufała. Nie była okrutna dla samego okru­cień­stwa. Jej prze­moc wyda­wała się roz­myślna i celowa, bar­dziej defen­sywna niż ofen­sywna. A co naj­waż­niej­sze, dotrzy­mała obiet­nicy danej Avon, kiedy liczyło się to najbar­dziej.

Nikt inny w całym kom­plek­sie nie zro­bił dla niej tak wiele -?nawet jej wła­sna matka.

Były już pra­wie przy tur­bo­win­dzie, która miała ich zabrać do głów­nej jadalni, kiedy za nimi roz­legł się tupot stóp. Gdy Avon się odwró­ciła, spo­strze­gła Nauto­la­nina, któ­rego wcze­śniej widziały roz­cią­gnię­tego na ziemi. Biegł w ich kie­runku, a Deva wes­tchnęła ciężko, gdy wyce­lo­wał do nich z bla­stera.

-?Kryj się! -?krzyk­nęła, sta­jąc mię­dzy nim a Avon. Wystrze­lił mimo to, a jedna z salw tra­fiła Devę w bok. Shani krzyk­nęła z bólu, ale nawet się nie zachwiała -?dobyła wła­snej broni i oddała jeden strzał, a potem drugi i trzeci. Nauto­la­nin upadł na zie­mię, jego ciało drgnęło, po czym zaległ nie­ru­chomo na pod­ło­dze, naj­wy­raź­niej mar­twy.

Avon nie mogła się ruszyć. Stała jak wryta, a serce waliło jej w piersi jak mło­tem. Do oczu napły­nęły jej łzy, ale szybko zamru­gała, aby się ich pozbyć.

-?Nic ci nie jest? -?zapy­tała Deva, a potem wydała z sie­bie jęk, lustru­jąc zwę­gloną skórę na żebrach. Jej bla­do­zie­loną twarz wykrzy­wiał gry­mas bólu.

Avon ski­nęła głową.

-?Cała i zdrowa. Ale... on cię postrze­lił! Zjesz go? -?zapy­tała. Kie­dyś przy­pad­kiem pod­pa­trzyła, co stało się z zabój­cami, któ­rzy pró­bo­wali wykoń­czyć Shani. Deva nie oka­zała skru­chy, choć była nieco zawsty­dzona.

-?Mogę z tym... pocze­kać... -?wymam­ro­tała kobieta, ale Avon potrzą­snęła głową.

-?Nie. Mam pewien... pomysł -?powie­działa i uśmiech­nęła się, gdy dotarło do niej, że to prawda. Po mie­sią­cach fru­stra­cji w końcu zaczęła widzieć świa­tełko w tunelu. Ba! Wszyst­kie ele­menty ukła­danki zaczęły wska­ki­wać na swoje miej­sca, two­rząc jasną, zwię­złą wizję, umoż­li­wia­jącą reali­za­cję każ­dego z jej celów. Nie było to co prawda roz­wią­za­nie, na które zde­cy­do­wa­łaby się jesz­cze kilka mie­sięcy temu, ale była zde­spe­ro­wana. Im dłu­żej pozo­sta­wała w prze­strzeni Nihi­lów, tym trud­niej będzie jej osią­gnąć zamie­rzone cele. -?Moja matka chce, żebym była silna. Udo­wod­nijmy jej, na co mnie stać.

Deva jadła szybko i rów­nie szybko tra­wiła, więc po kilku chwi­lach z Nauto­la­nina pozo­stała tylko głowa z mac­kami i para cięż­kich butów, które Shani sobie przy­własz­czyła. Avon pod­nio­sła cze­rep Nihila z pod­łogi, chwy­ta­jąc go za gło­wo­ogony. Cie­szyła się, że ma na dło­niach ręka­wiczki, ponie­waż sam widok spra­wiał, że robiło jej się nie­do­brze. Nie chciała doty­kać tego obrzy­dli­stwa gołymi rękami

-?Chodźmy zro­bić wiel­kie wej­ście -?mruk­nęła.

Szybko dotarły do Sali Oka, jak wszy­scy nazy­wali teraz dawną par­la­men­tarną aulę. Rzędy sie­dzeń wzno­siły się wysoko w pół­okręgu, ota­cza­jąc podium w cen­trum pomiesz­cze­nia. Kie­dyś pra­wo­dawcy Het­zala oma­wiali tutaj ważne sprawy swo­jego świata, dba­jąc o dobro­byt miej­sco­wych oby­wa­teli. Teraz Nihi­lo­wie urzą­dzali tu sobie strze­la­niny i obja­dali się wyszu­ka­nymi potra­wami z pro­duk­tów skra­dzio­nych rol­ni­kom i miesz­kań­com pla­nety, pod­czas gdy oni sami gło­do­wali.

Avon nie­na­wi­dziła ich wszyst­kich razem i każ­dego z osobna i nie mogła się docze­kać, aż zostaną roz­bici w proch i pył.

Teraz posta­rała się jak naj­le­piej zapre­zen­to­wać ową pogardę i nie­na­wiść, przy­bie­ra­jąc odpo­wied­nią minę. Weszła do sali ban­kie­to­wej i skie­ro­wała się pro­sto do głów­nego stołu -?usta­wio­nego na pod­wyż­sze­niu, w cen­trum uwagi wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych -?przy któ­rym sie­dzieli gene­rał Viess, Mar­chion Ro i jej matka. Ota­czało ich grono pochleb­ców i lizu­sów, wal­czą­cych zacie­kle o ich względy. Po dro­dze Avon ode­pchnęła łok­ciem jed­nego z Nihi­lów, który wszedł jej w drogę, a Deva war­czała na każ­dego, kto zanadto się zbli­żył.

Ghirra dostrze­gła ją jako pierw­sza i zerwała się na równe nogi, gdy jej córka zbli­żała się do stołu. Avon nie zadała sobie nawet trudu, by się przy­wi­tać. Wolną ręką ode­pchnęła ostat­niego z Nihi­lów, sto­ją­cego mię­dzy nią a jej matką, i wspięła się na podium.

-?Avon! Co się dzieje?

Jej córka rzu­ciła na stół głowę Nauto­la­nina, a ta odbiła się od pustego nakry­cia Ghirry i poto­czyła się tak, że jedna z macek wylą­do­wała na tale­rzu Mar­chiona. Avon ponow­nie poczuła mdło­ści, które stłu­miła z naj­wyż­szym tru­dem.

-?Deva i ja lecimy na Coru­scant. Dzi­siaj w nocy. Idę na stu­dia. Mam dość życia w tym par­szy­wym miej­scu.

W sali zapa­dła głu­cha cisza, a Avon poczuła, jak jej deter­mi­na­cja słab­nie. Czy naprawdę cisnęła wła­śnie cze­re­pem mar­twego Nihila w swoją matkę i Mar­chiona Ro? To nie mogła być ona! Ona była prze­cież porząd­nym, dobrym dziec­kiem, a nie potwo­rem rzu­ca­ją­cym w innych gło­wami...

Cóż, może kie­dyś, zanim spę­dziła mie­siące w towa­rzy­stwie Nihi­lów. Teraz Avon myślała tylko o tym, by prze­trwać.

Zdała sobie sprawę, że nie ma potrzeby cze­kać na odpo­wiedź. Jej matka chciała, żeby była taka jak Nihi­lo­wie, więc powinna brać bez pyta­nia to, czego pra­gnęła. Czyż nie tak wła­śnie postę­po­wali pod­władni Mar­chiona Ro?

Odwró­ciła się na pię­cie i wyszła z sali, a jej kroki roz­brzmiały gło­śno w ciszy, która zapa­dła po jej dra­ma­tycz­nym wystą­pie­niu. Całą swoją wście­kłość zama­sko­wała ponurą miną, łypiąc na wszyst­kich gniew­nie, jakby rzu­cała im wyzwa­nie, by spró­bo­wali ją zatrzy­mać.

Nikt tego nie zro­bił. Nie umiała jed­nak powie­dzieć, czy to dla­tego, że Deva podą­żała tuż za nią, czy po pro­stu się bali.

Ostat­nią rze­czą, jaką usły­szała, opusz­cza­jąc Salę Oka, był śmiech Mar­chiona Ro, jakby ktoś wła­śnie opo­wie­dział mu naj­za­baw­niej­szy żart, jaki kie­dy­kol­wiek usły­szał.

Wiele wysiłku kosz­to­wało ją, by utrzy­mać równy krok i nie rzu­cić się do wyj­ścia w panicz­nej ucieczce.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ

DRUGI

Xylan Graf miał zły dzień. Wła­ści­wie to mało powie­dziane -?prawda była taka, że Xylan miał zły dzień, a ten sta­no­wił zwień­cze­nie okrop­nego tygo­dnia po wyjąt­kowo fru­stru­ją­cym mie­siącu i głę­boko iry­tu­ją­cym roku. Nie powi­nien tak ciężko pra­co­wać, mając tak nie­wiel­kie wspar­cie i nie mogąc pozwo­lić sobie na żadne luk­susy -?a przy­naj­mniej nie takie, na jakie zasłu­gi­wał.

A poza tym zde­cy­do­wa­nie nie lubił, gdy na niego krzy­czano.

-?To niczego nie wyja­śnia! -?Gene­rał Viess rąb­nęła zie­loną pię­ścią w lśniący, meta­lowy blat stołu. Holo­gram nihil­skiego Wału Burzo­wego zadrżał pod wpły­wem ude­rze­nia. Xylan prze­su­nął dło­nią po panelu ste­ro­wa­nia i obraz znik­nął.

-?Wła­śnie dla­tego -?powie­dział ostroż­nie -?przed­sta­wi­łem w rapor­cie kilka alter­na­tyw­nych hipo­tez.

Rapor­cie, któ­rego spo­rzą­dze­nie było dla niego uciąż­li­wym obo­wiąz­kiem. Nie pra­co­wał dla Nihi­lów. Tylko z nimi. Miał wła­sne ambi­cje.

Być może, jeśli będzie to sobie powta­rzał odpo­wied­nio czę­sto, w końcu w to uwie­rzy.

-?Zacznijmy od tego -?syk­nęła Miria­lanka -?że koniecz­ność napi­sa­nia podob­nego raportu w ogóle nie powinna mieć miej­sca. Nikt nie powi­nien prze­do­stać się przez Wał Burzowy!

Sie­dząca obok Xylana dok­tor Zadina Mkampa par­sk­nęła drwiąco.

-?W galak­tyce nie ma nic cał­ko­wi­cie nie­za­wod­nego.

Xylan ski­nął ciem­no­skó­rej kobie­cie głową. Lewa połowa jej twa­rzy była cyber­ne­tyczna, włącz­nie z prze­ra­ża­ją­cym czer­wo­nym okiem, a w lewym ramie­niu miała wię­cej sztucz­nych kom­po­nen­tów niż ciała. Nie lubił jej, ale nie z powodu wsz­cze­pów i pro­tez. Nie podo­bało mu się jej obse­syjne odda­nie pracy, bo spra­wiało, że nie ceniła niczego poza nią, co sku­tecz­nie unie­moż­li­wiało mu jej prze­ku­pie­nie.

Cóż, przy­naj­mniej odwra­cała od niego uwagę miria­lań­skiej gene­rał. Ponie­waż naj­wy­raź­niej to jego obar­czano winą za natu­ralne wyłomy w Wale Burzo­wym, Xylan musiał wkraść się z powro­tem w łaski Viess -?to zna­czy, zakła­da­jąc, że w ogóle kie­dy­kol­wiek kogo­kol­wiek nimi darzyła. Jego zły rok stałby się nie­skoń­cze­nie gor­szy, gdyby wciąż czuł jej wście­kłe dysze­nie na karku.

To nie jego wina, że Jedi Avar Kriss była na tyle dobra w tym, co robiła, iż udało jej się prze­drzeć przez Wał Burzowy. Mar­chion Ro i jego nihil­scy poplecz­nicy powinni być wdzięczni, że minął cały rok, nim komu­kol­wiek udało się tego doko­nać. Nihi­lo­wie nie sły­nęli prze­cież z nie­za­wod­no­ści ani solid­no­ści, a ta tech­no­lo­gia była w naj­lep­szym razie... cóż, eks­pe­ry­men­talna. On z pew­no­ścią nie mógł jej ulep­szyć -?potra­fił tylko roz­wią­zy­wać pro­blemy i prze­ko­ny­wać wszyst­kich, że wie, co robi. Bez Chan­cey Yar­row, która ją wyna­la­zła, nie mógł wskó­rać nic wię­cej.

-?Roz­mieść wię­cej Zia­ren Burzy -?nale­gała gene­rał Viess.

Xylan utkwił w niej wzrok i gapił się na nią bez słowa. Wyja­śnił jej już wcze­śniej, że doda­wali urzą­dze­nia w miarę jak Wał Burzowy się roz­sze­rzał -?i że nie było to wcale takie pro­ste, jak zagęsz­cza­nie oczek sieci. To była zaawan­so­wana tech­no­lo­gia, a nie jakieś pry­mi­tywne lase­rowe lasso. Nie miał ochoty tłu­ma­czyć jej tego wszyst­kiego ponow­nie. Miał za to ochotę na zimne wino lodowe z Naboo, wykwintny tort z fasoli fon­tra i trwa­jące dzie­sięć lat waka­cje -?może w ramach tego mie­siąca mio­do­wego, który został mu tak okrut­nie ode­brany, gdy Nihi­lo­wie poj­mali go jako zakład­nika w zeszłym roku.

Zamiast tego, jak przy­pusz­czał, po raz kolejny będzie musiał prze­cho­dzić przez wszyst­kie etapy wyja­śnia­nia spo­sobu dzia­ła­nia Wału Burzo­wego jak ban­cie na rowie, cał­kiem jakby gene­rał Viess była jego nowo naro­dzo­nym kuzy­nem. Któ­rego Xylan oczy­wi­ście jesz­cze nie spo­tkał, ponie­waż utknął w prze­strzeni Nihi­lów, opie­ku­jąc się tą naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­no­lo­gią, wyko­rzy­sty­waną nie­udol­nie jak jakaś pry­mi­tywna broń. Nikt na tym nie zara­biał, a już na pewno nie on -?przy­naj­mniej na razie. Xylan odchy­lił się na opar­cie krze­sła i upił łyk kwa­śnego napoju z kofe­iną, który stał obok niego.

Powi­nien był wie­dzieć, że tech­no­lo­gia opra­co­wana przez Chan­cey Yar­row - za pie­nią­dze Gra­fów -?na pokła­dzie Serca Gra­wi­ta­cji przed jego znisz­cze­niem nie zosta­nie wyko­rzy­stana do pomocy jego rodzi­nie w osią­gnię­ciu dobro­bytu, ale do zaszko­dze­nia Repu­blice.

Nie to jed­nak budziło naj­więk­szą nie­chęć Xylana -?Repu­blika była w naj­lep­szym razie prze­re­kla­mo­wa­nym, nad­mier­nie biu­ro­kra­tycz­nym two­rem, który rzadko reali­zo­wał przy­świe­ca­jące mu ide­ały. Zasad­ni­czo spro­wa­dzała się do rządu -?i jak każdy rząd, była warta tylko tyle, co ludzie, któ­rzy go two­rzyli. I wła­śnie dla­tego Nihi­lo­wie w dłuż­szej per­spek­ty­wie mieli ponieść porażkę. Xylan wie­dział, że byli jedy­nie pira­tami, pró­bu­ją­cymi stwo­rzyć coś na kształt impe­rium.

Mieli szczę­ście, że oka­zał się na tyle prze­zorny, by zbu­do­wać tę sta­cję kosmiczną, która powsta­wała rów­no­le­gle z Ser­cem Gra­wi­ta­cji Chan­cey. Opra­co­wy­wa­nie pla­nów awa­ryj­nych na wypa­dek nie­po­wo­dze­nia pla­nów awa­ryj­nych mogłoby być mot­tem rodziny Gra­fów. Szkoda, że Nihi­lo­wie zapa­mię­tali jego rolę w porażce z poprzed­niego roku i nie­ubła­ga­nie przy­byli, aby upo­mnieć się o swoje, oble­ga­jąc jego wspa­niały Blask Gra­wi­ta­cji, zmu­sza­jąc go do zmiany nazwy na Ude­rze­nie Gromu i zatrzy­mu­jąc jako zakład­nika, aby kie­ro­wał z jego pokładu Wałem Burzo­wym. Na domiar złego... prze­ma­lo­wali sta­cję! Zmie­niła się nie do pozna­nia: ele­ganc­kie wieże pokryte były nie­bie­skimi oczami, a kopułę obser­wa­cyjną zamie­niono w ring, na któ­rym Nihi­lo­wie mogli dawać upust swo­jej fru­stra­cji pod­czas obsta­wia­nych walk. Obu­rza­jące.

Zanim Xylan zdą­żył zde­cy­do­wać, od czego tym razem zacząć wyja­śnie­nia, jego uwagę przy­kuł potwór w odle­głym kącie sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Patrzył na niego.

Xylan ni­gdy nie inte­re­so­wał się Mocą, dopóki nie zoba­czył spu­sto­szeń, jakie ta istota i inne podobne jej stwo­rze­nia potra­fiły siać wśród Jedi.

Potwór, o któ­rym nie­któ­rzy mówili dość roman­tycz­nie jako o bez­i­mien­nym lub Niwe­la­to­rze, kulił się i zawzię­cie węszył. Jego szkie­le­to­wate ciało wyglą­dało, jakby zostało poskła­dane na chy­bił tra­fił z róż­nych przy­pad­ko­wych czę­ści. Pokryte cienką białą skórą i poro­śnięte rzadką sier­ścią, wyglą­dało, jakby led­wie trzy­mało się w jed­nym kawałku. Owa pomarsz­czona skóra, która zwi­sała, gdy stwór trwał w bez­ru­chu, przy­wo­dziła Xyla­nowi na myśl jego wie­ko­wych przod­ków. Ale w prze­ci­wień­stwie do nich, stwór był rów­nież uzbro­jony w szpo­nia­ste łapy, macki i ema­no­wał groźną ener­gią. No i te jego oczy... Oczy, które znów wpa­try­wały się w Xylana, wyda­wały się zaglą­dać pro­sto w jego duszę. Cał­kiem jakby stwo­rze­nie wie­działo, że męż­czy­zna nie jest jed­nym z nich. Bo fak­tycz­nie, Graf zna­lazł się tu z powodu kilku złych decy­zji pod­ję­tych przez jego rodzinę i wła­snych pro­ble­mów finan­so­wych.

Czuł się... osą­dzany.

Ten bez­i­mienny, mniej roman­tycz­nie nazy­wany Poże­ra­czem Mocy, był zde­cy­do­wa­nie więk­szy od ostat­niego, któ­rego widział Xylan -?więk­szy i brzyd­szy. Macki wyra­sta­jące z jego paskud­nego pyska oka­zały się dłuż­sze i bar­dziej przy­po­mi­nały robaki, a kostne wypustki na grzbie­cie wydłu­żały się, two­rząc zło­wrogo wyglą­da­jące kolce. Nie był musku­larny, raczej wychu­dzony, jed­nak nie spra­wiał wra­że­nia sła­bego. Wyglą­dał po pro­stu na bar­dzo, ale to bar­dzo głod­nego.

-?Graf! -?wark­nęła gene­rał Viess.

Xylan ode­rwał wzrok od potwora i się uśmiech­nął. Nie­mal natych­miast przy­szło mu do głowy, że sta­now­czo zbyt sze­roko.

-?Prze­pra­szam. Twój pupil roz­pra­sza moją uwagę.

-?Za chwilę może cię roz­pro­szyć jesz­cze bar­dziej -?burk­nęła Miria­lanka.

-?Nie, dzię­kuję. -?Xylan wygła­dził swoją fio­le­tową jedwab­ste­nową mary­narkę. Jego gest nie umknął uwagi Viess. Strój gene­rał nie był w zasa­dzie mun­du­rem, ale z pew­no­ścią spra­wiał takie wra­że­nie -?pro­sto skro­jony, utrzy­many w bar­wach głę­bo­kiej czerni i krwi­stej czer­wieni, z lśnią­cymi, meta­lo­wymi guzi­kami. Gęste włosy kobiety zostały zacze­sane do tyłu i spięte wysa­dza­nymi klej­no­tami spin­kami, a wstążki na jed­nym ramie­niu suge­ro­wały jakąś rangę, choć zasad­ni­czo wśród Nihi­lów zale­żała ona od liczby zamor­do­wa­nych ofiar. Ale gene­rał Viess nale­żała do trójki naj­bliż­szych dorad­ców Mar­chiona Ro. I naj­wy­raź­niej ceniła sobie luk­sus oraz miała dobry gust. Być może zamiast się z nią kłó­cić, warto byłoby spró­bo­wać się z nią zaprzy­jaź­nić? A przez zaprzy­jaź­nie­nie się Xylan miał oczy­wi­ście na myśli próbę prze­kup­stwa.

Ma się rozu­mieć, krą­żyły też plotki, że w zamian za swoją rangę Viess oddała Ro i Nihi­lom całą pla­netę Sarumo, więc z pew­no­ścią nie można jej było ufać.

Xylan mógł jed­nak poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki osoby, któ­rym ufał, a one praw­do­po­dob­nie nie odwza­jem­niały jego zaufa­nia -?z wyjąt­kiem jego męża, który nie powi­nien.

-?No dobrze -?powie­dział, sta­ra­jąc się nie brzmieć zbyt pro­tek­cjo­nal­nie. -?Pro­jekt Blask Gra­wi­ta­cji miał na celu wycią­ga­nie stat­ków z nad­prze­strzeni poprzez two­rze­nie studni gra­wi­ta­cyj­nej -?sztucz­nej prze­szkody. Oddzia­łuje ona na nad­prze­strzeń jak mała pla­neta, powo­du­jąc awa­rię hiper­na­pędu i wyry­wa­jąc statki z nad­prze­strzeni nawet pod­czas lotu wyty­czo­nymi szla­kami. Może rów­nież po pro­stu je nisz­czyć, tak jakby ude­rzały w pla­netarną prze­szkodę...

Kątem oka Xylan zauwa­żył, jak dok­tor Mkampa prze­wraca swoim jedy­nym ludz­kim okiem. Nie prze­jął się tym. Kon­ty­nu­ował:

-?Na pod­sta­wie tej tech­no­lo­gii zostały opra­co­wane urzą­dze­nia, któ­rym możemy nada­wać formę sieci, two­rzą­cej Wał Burzowy. To małe sate­lity, które nie­ustan­nie poro­zu­mie­wają się ze sobą i są połą­czone. Połowa z nich to zmo­der­ni­zo­wane nadaj­niki nad­prze­strzenne. Komu­ni­kują się one, roz­prze­strze­nia­jąc impulsy frak­talne o sile zbli­żo­nej do jed­nej dzie­się­cio­ty­sięcz­nej siły zakłó­ce­nia gra­wi­ta­cyj­nego, wywo­ły­wa­nego przez Serce. Nie wystar­cza to, aby wpły­nąć na prze­strzeń rze­czy­wi­stą, ale w nad­prze­strzeni może spo­wo­do­wać awa­rię wszyst­kich hiper­na­pę­dów, co unie­ru­cha­mia statki, choć czę­ściej po pro­stu je nisz­czy. Prze­do­sta­nie się przez blo­kadę jest moż­liwe tylko w jeden spo­sób, ten sam, w jaki prze­do­sta­jemy się przez natu­ralne prze­szkody gra­wi­ta­cyjne -?czy może raczej, w jaki je okrą­żamy. Można tego doko­nać jedy­nie posia­da­jąc namiary na bez­pieczną trasę. W tym przy­padku jest to jedna z setek ist­nie­ją­cych Ście­żek, prze­ka­za­nych Nihi­lom przez Mari San Tekkę. -?Xylan wykrzy­wił usta w nie­dba­łym uśmieszku. Nie lubił potwier­dzać zasług San Tek­ków, ale nie dało się zaprze­czyć, że Mari była swego rodzaju teo­re­tyczną geniuszką.

-?Tak, wiem -?burk­nęła gene­rał Viess. -?Potrze­bu­jemy kon­kret­nych współ­rzęd­nych Ście­żek w okre­ślo­nych momen­tach, aby prze­drzeć się przez Wał Burzowy.

-?Impulsy frak­talne są powią­zane ze Ścież­kami -?potwier­dził. -?Tak więc Ścieżki są kodem. Impulsy zmie­niają się co dwa­na­ście godzin -?i jeśli ktoś posiada napęd oraz wła­ściwy kod Ścieżki, może prze­le­cieć przez Wał.

-?Ta Jedi, która ucie­kła, nie dys­po­no­wała sil­ni­kiem Ścieżki, nawet jeśli miała wła­ściwy kod z kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego "Kako­fo­nii"!

-?Dla­tego zadzia­łało to tylko raz -?i nie da się tego powtó­rzyć. Bez napędu Ścieżki, który tłu­ma­czy jej kod, powi­nien on być bez­u­ży­teczny. Jedy­nym wyja­śnie­niem jest to, że była w sta­nie użyć zwy­kłego hiper­na­pędu, aby wyty­czyć trasę przez sieć oklu­zji two­rzoną przez Wał - lub w jakiś spo­sób ją odga­dła. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że użyła sta­rej tech­no­lo­gii poszu­ki­waw­czej -?tras dro­idów EX, do któ­rych, jak wiemy, miała dostęp. Już reka­li­bro­wa­łem impulsy frak­talne, aby uwzględ­nić histo­ryczne szlaki nad­prze­strzenne. To się nie powtó­rzy.

-?Powie­dzia­łeś "jedna dzie­się­cio­ty­sięczna" -?mruk­nęła Viess. -?Jak to moż­liwe, że miała tyle szczę­ścia?

-?Może użyła Mocy? -?pod­su­nął Xylan, roz­kła­da­jąc ręce. -?A może to był po pro­stu łut szczę­ścia. Poszu­ki­wa­cze doko­ny­wali daw­niej sko­ków, nie wie­dząc, dokąd lecą ani co znaj­duje się przed nimi. Wła­śnie w ten spo­sób wyty­czano szlaki nad­prze­strzenne. -?Xylan wstał. -?Chcę przez to powie­dzieć, że naj­bar­dziej praw­do­po­dobne roz­wią­za­nie jest takie, iż ta Jedi miała dostęp do zagu­bio­nej trasy nad­prze­strzennej, która przy­pad­kowo pokry­wała się ze Ścieżką -?i nikt nie będzie w sta­nie tego powtó­rzyć. Dokła­da­nie kolej­nych Zia­ren Burzy nie pomoże. Ale jeśli naprawdę chcesz, możesz poroz­ma­wiać o tym z dok­tor Mkampą. -?Xylan skło­nił się jej szy­der­czo, nie mogąc się powstrzy­mać. -?To ona maj­struje przy sprzę­cie. Ja jestem tylko teo­re­ty­kiem.

Dok­tor Mkampa roze­śmiała się i pokle­pała go po ramie­niu swo­imi cyber­ne­tycz­nymi pal­cami.

-?Nie umniej­szaj swo­ich zasług, Xyla­nie. Bez cie­bie nie dali­by­śmy rady.

Ode­brał to jako groźbę. Bez­ce­re­mo­nial­nie strzą­snął jej dłoń.

-?Czy możesz wysy­łać impulsy szyb­ciej? -?zapy­tała gene­rał Viess. - Zwięk­szyć czę­sto­tli­wość?

To było zaska­ku­jąco trafne pyta­nie jak na zatwar­działą mor­der­czy­nię.

-?Być może -?odparł ostroż­nie -?ale utrud­ni­łoby to komu­ni­ka­cję przy wysy­ła­niu do wszyst­kich odpo­wied­nich kodów. Już teraz koor­dy­nu­jemy dzia­ła­nia "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia", Ude­rze­nia Gromu i jakichś osiem­dzie­się­ciu sied­miu nihil­skich stat­ków...

-?Potrze­bu­jesz wię­cej ludzi.

Wypro­sto­wał się. Oczy­wi­ście, że potrze­bo­wał wię­cej ludzi, ale Nihi­lom nie można było ufać, a oni led­wie ufali jemu. Tak to już bywa, gdy ktoś jest zmu­szony pra­co­wać w takich warun­kach. I to nie on popeł­nił błąd. A dopóki był ska­zany na współ­pracę z Nihi­lami, musiał pil­no­wać, by o tym pamię­tali. Ci bru­tale cenili tylko siłę.

-?Nie. Wyko­nuję swoją pracę. To wy powin­ni­ście byli zła­pać tę Jedi, zanim zdą­żyła prze­drzeć się przez Wał.

-?Ty...

-?Może wy potrze­bu­je­cie wię­cej ludzi. -?Nie dał jej dokoń­czyć, pochy­la­jąc się nad sto­łem. Serce waliło mu jak mło­tem, ale -?na siódme pie­kło Ryloth! -?był zbyt bogaty i zbyt przy­stojny, żeby haro­wać dla tych nędz­nych tyra­nów.

Gene­rał Viess odchy­liła głowę w tył i spoj­rzała na niego ze wzgardą.

-?Waż słowa, chłop­cze. Wbrew temu, co mówi dok­tor Mkampa, możemy zna­leźć kogoś, kto cię zastąpi. Mamy twoje dane i teo­rie. Naprawdę sądzisz, że musimy zno­sić jesz­cze twoje fumy?

Xylan miał na to gotową odpo­wiedź. Uśmiech­nął się.

-?Jestem dobry w osią­ga­niu tego, czego chcę. Czyż nie jest to w zasa­dzie motto Nihi­lów?

Viess wpa­try­wała się w niego bez słowa, a on nie­mal czuł widmo jej poten­cjal­nego gniewu, gdy obrzu­cała go wzro­kiem. Nie prze­sta­wał się jed­nak sze­roko uśmie­chać, aż w końcu Miria­lanka ska­pi­tu­lo­wała i wybuch­nęła śmie­chem. Zawtó­ro­wał jej. Wcale nie uwa­żał, by było w tym coś zabaw­nego, ale wie­dział, że tak wypada.

Dok­tor Mkampa spoj­rzała na niego tak, jakby dosko­nale wie­działa, co pla­nuje.

-?Może udamy się do gór­nego kam­buza na posi­łek? -?zapro­po­no­wał. - Zapro­jek­to­wa­łem go z myślą o oso­bach o wyra­fi­no­wa­nym guście i pozo­stał w więk­szo­ści nie­na­ru­szony, pomimo... upodo­bań Nihi­lów. Będziemy mogli kon­ty­nu­ować naszą roz­mowę przy jed­nym lub dwóch het­zal­skich ape­ri­ti­fach. Jak się domy­ślam, przy­wio­złaś ze swo­jej ojczy­zny jakieś zio­łowe środki pokrze­pia­jące?

Gene­rał Viess ski­nęła głową.

-?Myślę, że ci posma­kują, choć ludzki orga­nizm może na nie róż­nie reago­wać.

-?Zary­zy­kuję -?odparł lekko Xylan.

-?Ja podzię­kuję -?wymam­ro­tała dok­tor Mkampa. -?Alko­hol raczej mi nie służy.

Xylan wie­dział, że kobieta chce po pro­stu jak naj­prę­dzej wró­cić do swo­jej pia­skow­nicy. Krysz­ta­łowa sieć, którą two­rzyła na trzech niż­szych pozio­mach sta­cji, zasi­lała cały Wał Burzowy. Byłby pod wra­że­niem, gdyby tylko zechciał sobie na nie pozwo­lić -?a jesz­cze więk­szym, gdyby pozwo­liła mu sprze­da­wać tę tech­no­lo­gię. Ale nie­któ­rzy naukowcy zaj­mo­wali się podob­nymi rze­czami jedy­nie dla odkryć samych w sobie, postępu czy czego tam jesz­cze. Mkampa zaj­mo­wała się tym z obse­syj­nej żądzy wojny.

-?Czy twoi pupile też muszą z nami iść? -?Xylan wska­zał Poże­ra­cza Mocy i cztery sztuki -?tak, cztery, co było abso­lutną prze­sadą - dro­idów-egze­ku­to­rów, które nie odstę­po­wały Viess na krok. Czy­sta tech­nika zastra­sza­jąca.

-?Dla­czego? Czy ich obec­ność cię dener­wuje, Xyla­nie? -?zapy­tała gene­rał z uda­waną nie­win­no­ścią.

-?Tak -?odparł ostro.

Viess zamru­gała, jakby zasko­czona, że się do tego przy­znał. Ale nie mar­twił się, że weź­mie go za tchó­rza. Nie było powodu, by inwe­sto­wać w hero­izm, a on miał w zwy­czaju grać atu­tami, które otrzy­mał od losu: nie odwagą czy pra­wo­ścią, tylko pie­niędzmi i aro­gan­cją.

Viess wzru­szyła przy­ozdo­bio­nym epo­le­tem ramie­niem.

-?W porządku.

Dok­tor Mkampa mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką i wyszła.

Gdy Viess odpra­wiła swoją świtę, Xylan zapro­wa­dził ją do gór­nego kam­buza. Był naprawdę impo­nu­jący -?wypo­sa­żony w mięk­kie poduszki i naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt. Same szafki mogłyby pomie­ścić zapasy wystar­cza­jące do wyży­wie­nia kolo­nii na małym księ­życu przez cały rok. Co prawda bra­ko­wało rary­ta­sów i ręcz­nie zbie­ra­nych owo­ców, w któ­rych gusto­wał Xylan, ale jedze­nia było w bród. Poka­zał Viess cierpki likier z Het­zala, o któ­rym wspo­mniał wcze­śniej, i namó­wił niskiego rangą Nihila, który został wyzna­czony na szefa kuchni Ude­rze­nia Gromu, aby przy­go­to­wał mały wege­ta­riań­ski posi­łek -?nie dla Miria­lanki, ale dla niego samego. Był wybred­nym sma­ko­szem i lubił uda­wać, że jest jesz­cze bar­dziej gry­ma­śny niż w rze­czy­wi­sto­ści. Dzięki temu wiele się nauczył o innych: o tym, jak daleko są w sta­nie się posu­nąć, aby dosto­so­wać się do wymo­gów czy­jejś diety.

Słod­kimi słów­kami namó­wił Viess, aby opo­wie­działa mu kilka histo­rii o swo­ich wyczy­nach -?na tyle krwa­wych, że cie­szył się, iż nie słu­cha ich na trzeźwo. Usły­szał mię­dzy innymi szcze­gó­łową rela­cję o tym, jak była świad­kiem egze­ku­cji Wiel­kiego Mistrza Jedi Vetera -?cał­kiem jakby cała galak­tyka nie widziała trans­mi­sji -?oraz dowie­dział się o podzi­wie, jakim Viess darzyła Mar­chiona Ro.

Szcze­rze mówiąc, on rów­nież podzi­wiał nie­które cechy Ro: może i Oko był nie­bez­piecz­nym mega­lo­ma­nem, ale pod­po­rząd­ko­wał sobie pokaźny zaką­tek galak­tyki, tuż pod nosem Repu­bliki. Tego nie dało się kupić za żadne pie­nią­dze. Xylan mógłby też przy­znać, gdyby został do tego zmu­szony, że pie­nią­dze to nie wszystko. Dobrze było mieć rów­nież na przy­kład wyjąt­kowo uro­czego psa. Mimo to wciąż pozo­sta­wał nie­prze­ko­nany odno­śnie do korzy­ści pły­ną­cych z posia­da­nia męża. Taka rela­cja wią­zała się nie tylko z iry­tu­ją­cymi uczu­ciami, ale i z nie­bez­pie­czeń­stwem, że owe uczu­cia zostaną odkryte i wyko­rzy­stane prze­ciwko niemu.

Zanim pogrą­żyli się zbyt­nio we wspo­mnie­niach lub zaczęli się kłó­cić - albo, co gor­sza, nim gene­rał Viess uznała, że Xylan z nią flir­tuje, aby coś ugrać -?uśmiech­nął się, posłał star­szej Miria­lance całusa i się poże­gnał.

Kiedy upew­nił się, że jest sam, wypro­sto­wał ramiona i wyrów­nał chód. Nie był wcale tak pijany, jak uda­wał. Roz­wa­żał zatrzy­ma­nie się, aby omó­wić wyda­rze­nia dnia z dok­tor Mkampą, ale jak już wspo­mniał, nie lubił jej.

Jedyne osoby, które darzył sym­pa­tią, były daleko stąd.

Z wyjąt­kiem Plinki.

Jego kwa­tery na pokła­dzie Ude­rze­nia Gromu znaj­do­wały się na naj­wyż­szym pozio­mie. Były to pomiesz­cze­nia naj­bar­dziej zbli­żone do luk­su­so­wego apar­ta­mentu, na jakie można liczyć na czymś, co w zasa­dzie przy­po­mi­nało jedy­nie nieco pod­ra­so­wany holow­nik. Ma się rozu­mieć, Ude­rze­nie Gromu było ele­gancko zapro­jek­to­wane i utrzy­my­wane w ide­al­nym sta­nie. Xylan ni­gdy nie zanie­dby­wał tego, co nale­żało do niego -?lub kie­dyś nale­żało. Poza tym sta­no­wiło to naj­now­szy ele­ment stra­te­gii domi­na­cji Nihi­lów, a życie Xylana zale­żało od tego, czy ta się spraw­dzi. Wszystko musiało dzia­łać bez zarzutu. Kon­struk­cja z jasnego stopu na dura­sta­lo­wym szkie­le­cie pysz­niła się w prze­strzeni kosmicz­nej jak smu­kła wieża, naje­żona ante­nami komu­ni­ka­cyj­nymi i lśnią­cymi krysz­ta­łami.

Kiedy poło­żył dłoń na panelu ste­ro­wa­nia, który odczy­tał jego sygna­turę elek­tro­ma­gne­tyczną i otwo­rzył zamek, Xylan poczuł, jak napię­cie opusz­cza jego mię­śnie.

W chwili, gdy wszedł do swo­jej kwa­tery, powi­tała go góra mięk­kiego, chłod­nego, bia­łego futra jego wiel­kiego śnież­nego thel­jań­czyka. Plinka wie­działa, że nie powinna go lizać, ale mimo to wysta­wiła nie­bie­ski jęzor i zaczęła się o niego ocie­rać, zata­cza­jąc wokół jego nóg kręgi tak cia­sne, jak tylko zdo­łała na swo­ich sze­ściu potęż­nych łapach.

Xylan pochy­lił się, zanu­rza­jąc śniade palce w jej gęstej sier­ści. Pach­niała piż­mem i kwia­tami czar­nego jaśminu, tym samym zapa­chem, który miały jego kosme­tyki do pie­lę­gna­cji wło­sów.

Nie powi­nien był zabie­rać ze sobą Plinki. Powinna być bez­pieczna na Coru­scant lub u jego babki. Może wró­cić na Thelj, zna­leźć sobie psiego męża i mieć gro­madkę dłu­go­no­gich szcze­niąt.

-?Muszę się zdrzem­nąć -?poin­for­mo­wał ją. Plinka cof­nęła się, mru­ga­jąc zawzię­cie czwor­giem oczu. Uśmiech­nął się do niej. Wie­dział, że bez­błęd­nie roz­po­znaje po zapa­chu, w jakim jest nastroju.

Prze­bie­gła przez miękki dywan do łuko­wa­tego wej­ścia pro­wa­dzą­cego do jego sypialni. Usły­szał stłu­mione skrzyp­nię­cie szafy i się roze­śmiał. Domy­ślił się, że nie mogła zna­leźć jego ulu­bio­nej koszuli noc­nej.

-?Idź się poło­żyć, Plinko -?powie­dział i zaczął zdej­mo­wać swój wie­lo­war­stwowy jedwabny strój. Gdy się prze­brał, umył twarz i zęby, a następ­nie nało­żył na skórę kilka warstw kre­mów i bal­sa­mów. Roz­cze­sał włosy -?naprawdę uro­sły już zbyt dłu­gie. Ale nikomu na pokła­dzie Ude­rze­nia Gromu nie można było powie­rzyć ich przy­cię­cia. Nikt na żad­nej z pla­net, na któ­rych spo­ra­dycz­nie bywał po tej stro­nie Wału Burzo­wego, nie potra­fiłby odpo­wied­nio tego zro­bić.

Pomy­ślał, że będzie musiał wró­cić do prze­strzeni Repu­bliki raczej wcze­śniej niż póź­niej. Minęło już sporo czasu, odkąd ostatni raz roz­ma­wiał szcze­rze ze swoją neme­zis.

Poczy­niw­szy przy­go­to­wa­nia do snu, usiadł przy swoim oso­bi­stym ter­mi­nalu łącz­no­ści i zabrał się do nagry­wa­nia wia­do­mo­ści dla gene­rał Viess.

-?Pani gene­rał -?powie­dział -?prze­pra­szam za kło­pot, ale zasta­na­wia­łem się nad tym, o czym roz­ma­wia­li­śmy, i tym, co powie­działaś o koniecz­no­ści zwięk­sze­nia liczby ludzi. Pod­trzy­muję swoje zapew­nie­nia, że nie potrze­buję więk­szej siły robo­czej, ale przy­da­łoby się nieco dodat­ko­wych zaso­bów. Chciał­bym pro­sić o zezwo­le­nie na przej­ście przez Wał Burzowy i moż­li­wość spo­tka­nia z sena­tor Ghirrą Star­ros, aby poroz­ma­wiać o tym, co może dla mnie zro­bić. Dla nas. Był­bym zobo­wią­zany, gdy­byś udzie­liła mi tej zgody. -?Xylan posta­rał się, by w jego głos wkra­dły się cie­płe nuty. Babka byłaby z niego dumna. -?I... mógł­bym przy­wieźć tro­chę tego likieru chili, o któ­rym roz­ma­wia­li­śmy pod­czas kola­cji.

Naci­snął przy­cisk, aby wysłać prośbę, i usiadł wygod­nie. Plinka wes­tchnęła głę­boko, jak to śnieżne psy mają w zwy­czaju, i oparła się o niego ciężko. Xylan miał nadzieję, że do rana otrzyma zgodę. Wtedy w przy­szłym tygo­dniu mógłby być już na Coru­scant. Warto będzie zno­sić obec­ność prze­ra­ża­ją­cego ochro­nia­rza Nihi­lów -?czyli w zasa­dzie niańki - któ­rego mu przy­dzielą.

Dosko­nale wie­dział, gdzie w Jądrze można zro­bić świetną fry­zurę.

Rozdział trzeci

ROZ­DZIAŁ

TRZECI

Avon Star­ros stała przed wej­ściem do Świą­tyni Jedi na Coru­scant i sta­rała się wto­pić w tłum uczo­nych, odwie­dza­ją­cych archiwa Jedi. Popra­wiła nie­bie­ską szatę, licząc na to, że nikt nie zwróci uwagi na chudą dziew­czynę o burzy krę­co­nych wło­sów i brą­zo­wej skó­rze. Lekki wiatr tar­gał rąb­kiem jej kap­tura, więc nacią­gnęła go moc­niej na oczy i spró­bo­wała uspo­koić sza­leń­cze bicie serca. Brała głę­bo­kie odde­chy, przy­wo­łu­jąc kojące wizje -?oce­anów, wód na jej rodzin­nym Hosnian Prime, pta­ków gaja, szy­bu­ją­cych nisko nad falami i wyła­wia­ją­cych z toni nie­ostrożne ryby...

Kiedy poczuła się lepiej, bar­dziej sku­piona i mniej prze­stra­szona, obej­rzała się przez ramię, aby upew­nić się, że nikt jej nie śle­dzi.

O ile była w sta­nie stwier­dzić, nikt za nią nie podą­żał.

Przed sie­dzibą zakonu było tłoczno -?roiło się tu nie tylko od Jedi przy­cho­dzą­cych do Świą­tyni i ją opusz­cza­ją­cych, ale i od peten­tów, pra­gną­cych przed­sta­wić swoje sprawy zako­nowi. Wcze­śniej osoby szu­ka­jące pomocy Jedi były nie­liczne -?spo­ra­dyczni piel­grzymi z odle­głych miejsc, któ­rych cza­sami można było zoba­czyć w oko­li­cach Świą­tyni. Teraz wzdłuż nie­dawno utwo­rzo­nego szpa­leru świą­tyn­nych straż­ni­ków gro­ma­dziły się tłumy istot, woła­ją­cych o pomoc, krzy­czą­cych do Jedi, aby wyzwo­lili tę lub inną pla­netę odciętą przez Wał Burzowy, uwię­zioną i uci­śnioną pod jarz­mem Nihi­lów.

Jarz­mem, które Avon znała aż za dobrze.

Patrzyła na nich wszyst­kich -?i czuła nie­wy­mowny smu­tek. Dobrze wie­działa, jak się czują. Pró­bo­wała nawet tego samego, co oni, aby zna­leźć rycerkę Jedi Ver­ne­strę Rwoh, swoją przy­ja­ciółkę i jedyną nadzieję, jed­nak straż­nicy świą­tynni byli uprzejmi, ale sta­now­czy, nie udzie­la­jąc jej pomocy -?nie ofe­ru­jąc nawet zapew­nie­nia, że prze­każą wia­do­mość.

Teraz zamie­rzała wyko­rzy­stać to, czego nauczyła się pod­czas pobytu wśród Nihi­lów.

Rozej­rzała się ukrad­kiem jesz­cze raz, aby upew­nić się, że Deva stoi dokład­nie w umó­wio­nym miej­scu i obser­wuje ją z daleka. Kie­dyś nie­na­wi­dziła, gdy ktoś kom­pe­tentny i sta­now­czy miał na nią oko. W końcu ostat­nie kilka lat spę­dziła z dro­idką opie­kunką, J-6, którą łatwo było zma­ni­pu­lo­wać. Ale Deva słusz­nie zauwa­żyła, że nie­któ­rzy z Nihi­lów na­dal ukry­wają swoje praw­dziwe prze­ko­na­nia, tak jak przez długi czas robiła to Ghirra. Ostat­nią rze­czą, na jaką miała ochotę Avon, było sta­nie się tym, co Deva zawsze nazy­wała łatwym celem -?eufe­mi­styczne okre­śle­nie na ofiarę, która podaje prze­ciw­ni­kom swoją głowę na srebr­nej tacy.

-?Czy wszy­scy gotowi? -?roz­legł się zakłó­cany szu­mami obrę­czy trans­la­cyj­nej głos. Itho­riań­ski wykła­dowca, dok­tor Yomo Vrex, obrzu­cił znie­cier­pli­wio­nym spoj­rze­niem grupę stu­den­tów, za któ­rych był odpo­wie­dzialny. Nie chciał pozwo­lić Avon do niej dołą­czyć, ponie­waż jej praca doty­czyła teo­rii krysz­ta­łów, a nie agro­bio­lo­gii, ale kiedy wspo­mniała, że pra­cuje pod kie­run­kiem pro­fe­sor Glenny Kip nad hybry­dami Dren­gi­rów, zmie­nił zda­nie. Dzięki niech będą gwiaz­dom za prze­wi­dy­wal­ność har­mo­no­gramu wykła­dów z nauk bio­lo­gicz­nych i coroczną wycieczkę do banku nasion w archi­wach Jedi. Gdyby tylko wydział geo­lo­gii był choć w poło­wie tak zor­ga­ni­zo­wany...

Grupa zaczęła kie­ro­wać się w stronę pil­nie strze­żo­nego bocz­nego wej­ścia, mija­jąc z pra­wej peten­tów, któ­rzy przy­byli pro­sić Jedi o wspar­cie. Avon bar­dzo chciała zapy­tać ich, co wie­dzą na temat Strefy Oklu­zji, obszaru prze­strzeni za Wałem Burzo­wym, ści­śle kon­tro­lo­wa­nym przez Nihi­lów -?i czy sły­szeli coś wię­cej na temat uwię­zio­nych tam człon­ków zakonu. Nie­dawno poja­wiły się pogło­ski o ucieczce rycerki Jedi ze Strefy Oklu­zji, a Avon nie posia­dała się z rado­ści, gdy o tym usły­szała. Było to na tyle ważne, że prze­rwano nawet zaję­cia, aby ogło­sić triumf przez szkolny sys­tem komu­ni­ka­cyjny, a wszy­scy zaczęli wiwa­to­wać. Avon spo­tkała kie­dyś Avar Kriss -?mistrzy­nię, któ­rej udało się prze­drzeć przez Wał Burzowy. Wyglą­dała tak samo jak wszy­scy Jedi, jakich Avon kie­dy­kol­wiek poznała -?z wyjąt­kiem iry­tu­ją­cego nawyku nuce­nia pod nosem. Ale jeśli ona potra­fiła to zro­bić, to inni też mogli.

Wzięła głę­boki oddech i po raz kolejny powtó­rzyła sobie, że nie może się mar­twić o Imriego. Z pew­no­ścią był bez­pieczny. W prze­ciw­nym razie wszystko, co robiła, oka­za­łoby się daremne -?przy­naj­mniej w więk­szo­ści. No i pozo­sta­wała jesz­cze kwe­stia jej zemsty.

Przez chwilę znów prze­by­wała na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku, bie­gnąc kory­ta­rzami wraz z J-6 i Imrim, pod­czas gdy alarmy wyły, a oni pró­bo­wali zna­leźć drogę ucieczki z pokładu sta­cji -?byli już nie­mal wolni, pra­wie bez­pieczni. A potem wszystko poszło bar­dzo, ale to bar­dzo źle.

Wspo­mnie­nie znik­nęło rów­nie szybko, jak się poja­wiło, a Avon prze­łknęła ślinę.

"Koniec ze łzami" -?upo­mniała się w duchu. Imri był na razie bez­pieczny. Nad­szedł czas, by dzia­łać.

Tłum stu­den­tów bio­lo­gii w końcu ruszył do przodu, a ona wraz z nim. Świą­ty­nia Jedi robiła spore wra­że­nie -?to zna­czy, jeśli ktoś inte­re­so­wał się archi­tek­turą i sztuką. Ona nie­spe­cjal­nie, więc sku­piała uwagę wyłącz­nie na maja­czą­cych w oddali drzwiach. Miała ochotę biec w ich stronę, ode­pchnąć sto­jącą przed nią Pan­to­rankę i skie­ro­wać się pro­sto do naj­bliż­szego ter­mi­nala łącz­no­ści, ale powstrzy­mała się i zamiast tego sku­piła na odde­chu. Sły­szała histo­rie o straż­ni­kach Jedi, któ­rzy zatrzy­my­wali nihil­skich sabo­ta­ży­stów, wyczu­wa­jąc ich agre­sywne myśli. Nie chciała ryzy­ko­wać, że ktoś zorien­tuje się, iż kie­rują nią inne motywy niż chęć odwie­dze­nia banku nasion -?zwłasz­cza że wszy­scy na uni­wer­sy­te­cie znali ją jako Avon Sunvale, a nie Avon Star­ros. Nie­stety miała do ukry­cia wię­cej, niż inni mogliby przy­pusz­czać.

To była praw­dziwa iro­nia, że aby unik­nąć zde­ma­sko­wa­nia pod­czas wcho­dze­nia do Świą­tyni, wyko­rzy­sty­wała tech­niki medy­ta­cyjne, któ­rych uczyła ją Ver­ne­stra. Była odprę­żona. Była opa­no­wana i spo­kojna. Była jed­no­ścią z galak­tyką, a galak­tyka była jed­no­ścią z nią. Nie było powodu, aby straż­nicy sto­jący przy drzwiach poświę­cili jej wię­cej niż prze­lotne spoj­rze­nie...

W końcu zna­la­zła się w środku, w impo­nu­jąco zdob­nym, prze­stron­nym holu, pośród odbi­ja­ją­cych echo ścian, kie­ru­jąc się w stronę tur­bo­wind, które miały zabrać ją do banku nasion.

Stop­niowo zwal­niała, aż wresz­cie zna­la­zła się na końcu kolejki, cho­wa­jąc się za parą Togru­ta­nek, zachwy­ca­ją­cych się gobe­li­nami i posą­gami w holu. Następ­nie ukryła się w pobli­skiej wnęce. Zdjęła szatę i odwró­ciła ją na lewą stronę, zastę­pu­jąc nie­bie­skie barwy wyróż­nia­jące stu­den­tów bio­lo­gii poma­rań­czo­wymi, które nosili bada­cze geo­lo­gii. Następ­nie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, zmie­niła kie­ru­nek i ruszyła w stronę głów­nego wej­ścia do archi­wów Jedi.

Była tu raz, kilka lat wcze­śniej. Miała wtedy nieco ponad dzie­sięć lat i uznała, że sek­cja publiczna poświę­cona teo­rii krysz­ta­łów kyber jest nie­kom­pletna i nieco nudna. Powie­działa o tym nawet biblio­te­ka­rzowi, który poma­gał jej w poszu­ki­wa­niach. Jej matka była tym zawsty­dzona i ziry­to­wana, a archi­wi­sta po cichu zgo­dził się zamó­wić dodat­kowe mate­riały, zasu­ge­ro­wane przez Avon.

Teraz, po tylu latach, na­dal odczu­wała podziw i eks­cy­ta­cję, które towa­rzy­szyły jej pod­czas tej pierw­szej wizyty w świą­tyn­nych archi­wach, tak dawno temu. Tym razem jed­nak były one zabar­wione despe­ra­cją. Na szczę­ście nawet Jedi w Świą­tyni nie wyglą­dali na tak spo­koj­nych, jak wcze­śniej.

Nihi­lo­wie zmie­nili życie wszyst­kich -?na gor­sze.

Avon zna­la­zła wej­ście do archi­wów i prze­szła bez pro­blemu przez bramki bez­pie­czeń­stwa. Skie­ro­wała się do ter­mi­nala naj­bar­dziej odda­lo­nego od wej­ścia, usta­wio­nego pod takim kątem, że mogła stąd widzieć każ­dego, kto nad­cho­dził -?zarówno z lewej, jak i pra­wej strony.

A potem zabrała się do pracy.

Sys­te­mów Jedi nie dało się łatwo zha­ko­wać, więc nawet nie pró­bo­wała. Zamiast tego zaczęła wyda­wać ter­mi­na­lowi pole­ce­nia -?szyb­ciej, niż był w sta­nie reago­wać. Kiedy się zawie­sił, nie­zdolny do prze­two­rze­nia wszyst­kich komend, któ­rymi go zasy­pała, mach­nęła na jed­nego z krą­żą­cych w pobliżu dro­idów ser­wi­so­wych.

-?Mój ter­mi­nal nie działa pra­wi­dłowo -?oznaj­miła z uprzej­mym uśmie­chem, gdy pod­szedł do niej ocię­żale.

-?Pro­szę pozwo­lić, że się temu przyj­rzę -?odpo­wie­dział droid, otwie­ra­jąc port w klatce pier­sio­wej i łącząc się z ter­mi­na­lem za pomocą ramie­nia pobie­ra­nia danych. Zbyt pro­ste.

Gdy tylko wpiął się do sys­temu, klep­nęła go w plecy, umiesz­cza­jąc na nich nie­wiel­kie urzą­dze­nie. Natych­miast się wypro­sto­wał.

-?Dostęp przy­znany. Miłego dnia -?powie­dział, po czym scho­wał ramię i odszedł. Mikro­mo­duł został stwo­rzony przez samą Avon -?choć jed­no­ra­zo­wego użytku, zawie­rał zapro­gra­mo­wany uprzed­nio zestaw instruk­cji. Był pry­mi­tywny, ale wystar­cza­jąco mały, aby nie wykryły go czuj­niki w Świą­tyni. Teraz, gdy droid zapew­nił jej swo­bodny dostęp do ter­mi­nala, mogła zabrać się do pracy.

Spró­bo­wała spraw­dzić, czy zdoła wpiąć się do sys­temu loka­li­zo­wa­nia Jedi, ale nawet mając nie­ogra­ni­czony dostęp do danych, nie mogła go namie­rzyć. Zagry­zła dolną wargę i zasta­no­wiła się głę­boko. Może zna­la­złaby to, czego potrze­bo­wała, prze­szu­ku­jąc przy­cho­dzące i wycho­dzące wia­do­mo­ści? Ver­ne­stra z pew­no­ścią wysy­łała regu­larne aktu­ali­za­cje z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wała...

Skie­ro­wała zapy­ta­nie do zewnętrz­nego sys­temu łącz­no­ści, szu­ka­jąc kore­spon­den­cji wysy­ła­nej do Ver­ne­stry -?lub przez nią. Nie siliła się przy tym na fine­zję. Doszła do wnio­sku, że Jedi szybko zorien­tują się, iż coś knuje, ale dopóki pozwoli jej to wysłać wia­do­mość do Ver­ne­stry, to wystar­czy.

-?Hej, co tu robisz? -?zapy­tał ktoś za jej ple­cami. Wci­snęła przy­cisk wysy­ła­nia i odwró­ciła się z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

-?Och, cześć! -?powie­działa, otwie­ra­jąc sze­roko oczy tak, by wypeł­niły się łzami, i pocią­ga­jąc lekko nosem. Przed nią stał blady mło­dzie­niec o brą­zo­wych wło­sach i nie­wy­róż­nia­ją­cej się niczym szcze­gól­nym twa­rzy. Wyglą­dał jak ktoś, kto za dużo się mar­twi, i marsz­czył brwi, jakby podej­rze­wał ją o jakieś nie­cne zamiary. Oczy­wi­ście, tak wła­śnie było, ale ten Jedi nie musiał o tym wie­dzieć.

-?Chyba potrze­buję pomocy -?wes­tchnęła, mając nadzieję, że wygląda jak zagu­bione dziecko, a nie nasto­latka mysz­ku­jąca tam, gdzie nie powinna. - Pró­bo­wa­łam tylko zna­leźć naj­now­sze trak­taty Lerica Schmi­re­landa doty­czące pozy­cjo­no­wa­nia tras pro­mie­nio­wa­nia gwiazd w odnie­sie­niu do tech­no­lo­gii wyko­rzy­sty­wa­nej przez San Tek­ków do póź­niej­szego mapo­wa­nia szla­ków pod­czas Gorączki Nad­prze­strzen­nej. I po pro­stu, jakoś tak... - Urwała i dla lep­szego efektu ponow­nie pocią­gnęła nosem. Nie była dobra w uda­wa­niu pła­czu, więc miała nadzieję, że wzbu­dziła w Jedi wystar­cza­jące współ­czu­cie, aby jej pomógł.

Chło­pak uśmiech­nął się łagod­nie i nie­zręcz­nie pokle­pał ją po ramie­niu.

-?Ojej, nie płacz! Mogę ci pomóc. Dopiero co je prze­glą­da­łem. Mogę ci je poka­zać na moim module -?ten jest chyba uszko­dzony.

Avon zmu­siła się do zamknię­cia roz­dzia­wio­nych ust. Kim był ten chło­pak?

-?Och, to... -?zająk­nęła się, ale wtedy ter­mi­nal zaczął pisz­czeć. Otrzy­mała odpo­wiedź na swoje zapy­ta­nie.

Uśmiech Jedi znik­nął bez śladu, gdy prze­czy­tał wpis na ekra­nie. Wszedł mię­dzy Avon a urzą­dze­nie.

-?Dla­czego szu­kasz Ver­ne­stry Rwoh? -?W spo­so­bie, w jaki wypo­wie­dział to imię, było coś zna­jo­mego, co spra­wiło, że pomy­ślała, iż tra­fiła w dzie­siątkę.

Zamru­gała.

-?Znasz Vern?

Skrzy­żo­wał ręce na piersi, prze­no­sząc cię­żar ciała na jedną nogę.

-?Kim jesteś?

Wahała się przez chwilę, zasta­na­wia­jąc się, jakie są szanse, że zdoła ode­pchnąć Jedi i prze­czy­tać infor­ma­cje na ekra­nie, zanim chło­pak użyje Mocy, aby ją odsu­nąć, tak jak kie­dyś zro­biła to Ver­ne­stra. Cóż, gdy przez jakiś czas prze­by­wało się pod opieką przy­dzie­lo­nej ci w cha­rak­te­rze niańki Jedi, można było przy­swoić wiele cen­nych lek­cji - głów­nie na temat tego, jak bar­dzo uciąż­liwi potra­fią być człon­ko­wie zakonu.

Ale potem zdała sobie sprawę, że w przy­padku tego dziw­nego Jedi naj­le­piej spraw­dzi się to, co zawsze dzia­łało w przy­padku Ver­ne­stry: prawda.

-?Nazy­wam się Avon Star­ros i szu­kam Ver­ne­stry, ponie­waż mam dla niej bar­dzo ważną wia­do­mość.

Jedi potrzą­snął głową.

-?Cze­kaj, to ty jesteś tym genial­nym dziec­kiem?

Uśmiech­nęła się do niego -?tym razem szcze­rze.

-?Vern powie­działa, że jestem genialna? Cóż, to prawda, ale nie sądzi­łam, że to zauwa­żyła! Zawsze trak­to­wała mnie, jak­bym tro­chę sła­bo­wała na umy­śle, wiesz?

Chło­pak ponow­nie pokrę­cił głową.

-?Wybacz, ale... czy przy­pad­kiem nie powin­naś być mar­twa? -?bąk­nął. - Sły­sza­łem, że byłaś jedną z ofiar upadku Latarni Gwiezdny Blask...

-?Cóż, to tro­chę... nie­zręczne, ponie­waż wła­śnie opusz­czam wykład na temat dłu­go­trwa­łej mani­pu­la­cji struk­tu­rami kry­sta­licz­nymi. Poza tym możesz mi wie­rzyć, że gdyby moja matka mogła wyko­rzy­stać moją śmierć jako broń, zro­bi­łaby to bez waha­nia.

Ski­nął głową.

-?Hm. Masz rację.

-?No to... teraz już wiesz, kim jestem. A ty, Jedi? -?zapy­tała, rów­nież krzy­żu­jąc ręce na piersi.

Uśmiech­nął się, jakby coś w jej sło­wach go roz­ba­wiło.

-?Nazy­wam się Reath. Reath Silas. Myślę, że Ver­ne­stra bar­dzo się ucie­szy, gdy się z nią skon­tak­tu­jesz.

-?Mam taką nadzieję, bo potrze­buję jej pomocy. Bez niej nie zdo­łam wycią­gnąć Imriego ze Strefy Oklu­zji.

Reath otwo­rzył sze­roko oczy, wyraź­nie wstrzą­śnięty.

-?Czy powie­dzia­łaś "Imri"? Jak... Imri Can­ta­ros? On żyje?

Ski­nęła głową, czu­jąc, że po roku spę­dzo­nym w samot­no­ści w końcu zna­la­zła sojusz­nika. Przy­naj­mniej jed­nego, który nie był Nihi­lem.

-?Tak. Ale mamy nie­wiele czasu. Pla­neta, na któ­rej się ukrywa, zosta­nie wkrótce opa­no­wana przez Nihi­lów, a tam, gdzie oni, tam i ich Poże­ra­cze Mocy. Pomo­żesz mi zna­leźć Vern czy nie?

Reath potrzą­snął głową i odsu­nął się, aby Avon mogła wresz­cie zoba­czyć ekran ter­mi­nala.

-?Łatwiej powie­dzieć niż zro­bić. Vern -?to zna­czy Ver­ne­stra... Cóż, ona... znik­nęła. Nie wiem, gdzie się podziewa. Pra­co­wała z innym Jedi nad zabez­pie­cze­niem pew­nych arte­fak­tów, a potem pew­nego dnia po pro­stu ode­szła. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach w takiej sytu­acji zakon wysłałby kogoś, żeby ją odna­lazł i upew­nił się, że nic jej nie jest, ale cóż... nie mie­li­śmy na to środ­ków.

Avon zrze­dła mina, ale potem wzięła głę­boki oddech. Jej matka była obec­nie budzącą naj­więk­szy postrach kobietą w galak­tyce. Jeśli Ghirra Star­ros potra­fiła wodzić za nos Mar­chiona Ro, to jej córka z pew­no­ścią pora­dzi sobie z jed­nym samot­nym, nie­śmia­łym Jedi.

-?Cóż, Reacie, wygląda na to, że dziś jest twój szczę­śliwy dzień. Bo już za chwilę odnaj­dziemy zagi­nioną Jedi.

Rozdział czwarty

ROZ­DZIAŁ

CZWARTY

Jordanna Spark­burn pochy­liła się nad ramie­niem Sylve­stri Yar­row, wpro­wa­dza­ją­cej "Mściwą Bogi­nię" do han­garu mobil­nej sta­cji napraw­czej Koali­cji Obrony Repu­bliki. Prze­śli­zgnęły się przez osłony i podą­żyły za sygna­łem napro­wa­dza­ją­cym -?płyn­nie i gładko. Sylve­stri miała do tego praw­dziwy dryg.

Syl pochy­liła się do mikro­fonu i podzię­ko­wała tech­ni­kowi, potwier­dza­jąc jed­no­cze­śnie tym­cza­sowe zezwo­le­nie na lądo­wa­nie.

-?Jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, za trzy godziny wyru­szymy w dal­szą drogę.

Zer­k­nęła na Jor­dannę, która wzru­szyła ramio­nami. Fakt, iż zazwy­czaj to ona była winna, gdy coś szło nie tak, nie ozna­czał, że tym razem rów­nież skrewi.

-?Wezmę M-2 i zabie­rzemy się za roz­ła­du­nek.

-?W porządku -?zgo­dziła się Sylve­stri ze znu­żo­nym uśmie­chem. Jor­danna zatrzy­mała się w pół kroku i obej­rzała się na nią. Syl wyglą­dała tak, jak zawsze: piękna, choć nieco zmę­czona, w świe­żym kom­bi­ne­zo­nie pilota, pod któ­rym nosiła ciem­no­czer­woną koszulę. Cienka czer­wona opa­ska utrzy­my­wała burzę jej nie­okieł­zna­nych czar­nych loków z dala od ciem­nego czoła, a w jej oczach migo­tał cie­pły blask. Jor­danna pochy­liła się i poca­ło­wała swoją dziew­czynę w poli­czek.

-?Masz na nosie smar -?skła­mała i czule musnęła go knyk­ciami.

Syl odsu­nęła dłoń part­nerki, ale jej uśmiech stał się nieco bar­dziej pro­mienny.

-?Jeśli szybko się uwi­niemy, może Pop Teeno przy­go­tuje nam coś na ząb.

-?Dobry pomysł, pani kapi­tan. -?Jor­danna zasa­lu­to­wała jej leni­wie i wyszła z kok­pitu. Bywały tu regu­lar­nie od jakichś dwóch mie­sięcy, a Pop Teeno pro­wa­dził kan­tynę na pią­tym pozio­mie. Syl i Jor­danna tak go ocza­ro­wały, że trak­to­wał je jak swoje sio­strze­nice. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­biły na nim praw­do­po­dob­nie zioła, które pod­rzu­ciły mu pod­czas jed­nej z ostat­nich wizyt.

Gdy tylko Jor­danna wyszła z kok­pitu, jej oswo­jona vol­lka Remy - przy­ja­ciółka, nie pupil, za jakiego brała ją więk­szość ludzi - szturch­nęła ją w bio­dro rogami wień­czą­cymi puchaty łeb.

-?Witaj, maleńka! -?zagru­chała czule Jor­danna, zanu­rza­jąc dłoń w mięk­kiej sier­ści. Gigan­tyczna kotka towa­rzy­szyła jej rodzi­nie od co naj­mniej stu lat, ale Jor­danna poznała ją na Tii­kae. Cza­sami zasta­na­wiała się, czy Remy tęskni za roz­le­głymi łąkami, łowami i swo­bodą, którą miała na tej pla­ne­cie. Tam przynaj­mniej coś się działo. Nie żeby sama narze­kała ostat­nio na brak zajęć, ale ich praca pole­gała głów­nie na trans­por­cie towa­rów, więc Remy mogła jedy­nie prze­cha­dzać się meta­lo­wymi kory­ta­rzami lub zwi­jać w kłę­bek obok kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego.

-?Tym razem musisz zostać na statku -?poin­for­mo­wała vol­lkę, tar­mo­sząc ją lekko za ucho. Remy prych­nęła z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem. -?Ale posta­ram się skom­bi­no­wać ci coś pysz­nego.

-?Przed­sta­wi­cielko Spark­burn? -?roz­legł się zgrzy­tliwy głos M-227. Jor­danna skrzy­wiła się na dźwięk tytułu, któ­rym wciąż się do niej zwra­cał. Nie była już przed­sta­wi­cielką. Porzu­ciła swoje obo­wiązki - obo­wiązki jej rodziny -?opusz­cza­jąc pla­cówkę na Tii­kae. W tam­tym momen­cie uznała, że warto to zro­bić, aby ura­to­wać osad­ni­ków San Tek­ków przed Nihi­lami i pomóc Jedi. Jed­nak więk­szość prze­sie­dleń­ców została prze­nie­siona do kolo­nii na pogra­ni­czu, które obec­nie znaj­do­wało się pod oku­pa­cją Nihi­lów w Stre­fie Oklu­zji -?albo zgi­nęła pod­czas upadku Latarni Gwiezdny Blask.

Jor­danna nie zdo­łała ich ura­to­wać, a prze­by­wa­jąc po repu­bli­kań­skiej stro­nie Wału Burzo­wego, nie mogła pomóc tym, któ­rzy oca­leli. Człon­ko­wie jej rodziny, uwię­zieni w prze­strzeni Nihi­lów, mogli cier­pieć -?lub zgi­nąć. Jor­danna nie wie­działa nawet, czy jej brat i bra­tan­ko­wie wciąż żyją. Wał Burzowy sku­tecz­nie blo­ko­wał wszelką łącz­ność.

Ale M-227 na­dal tytu­ło­wał ją mia­nem, które nosiła, gdy spo­tkali się po raz pierw­szy: przed­sta­wi­cielka Spark­burn. Pomimo moder­ni­za­cji, jaką prze­szedł w ubie­głym roku, po tym, jak zaro­biły pokaźną sumkę dzięki współ­pracy z Maz Kanatą, głos dro­ida ochro­nia­rza na­dal ranił uszy, jakby maszyna nie uży­wała go od tysiąca lat (choć Sylve­stri zapew­niła Jor­dannę, że M-227 ma tak naprawdę tylko około dwu­stu).

-?Co jest, M-2? -?zapy­tała, sta­ra­jąc się, by w jej głos nie wkra­dły się nuty nie­po­koju o bli­skich i brzmiał pro­fe­sjo­nal­nie.

-?Sys­temy "Mści­wej Bogini" opie­rały się wdro­że­niu blo­kady bez­pie­czeń­stwa przez dwie sie­dem­na­ste sekundy.

-?Praw­do­po­dob­nie nie­do­pa­trze­nie kon­struk­cyjne, pozo­sta­łość po poprzed­nim wła­ści­cielu -?odparła Jor­danna lek­ce­wa­żąco.

Sta­tek został zapro­jek­to­wany i zbu­do­wany przez Xylana Grafa, zanim ten został zmu­szony prze­ka­zać go Sylve­stri w ramach zapłaty. Jako kuzynka rodu San Tek­ków, Jor­danna miała nie­jako obo­wią­zek pogar­dza­nia całą rodziną Gra­fów, ale musiała przy­znać, że to był wspa­niały sta­tek - piękny, choć budzący słuszną grozę, dosko­nale chro­niony i uzbro­jony. Nawet ona nie byłaby w sta­nie wymie­nić broni, którą można by dodać do impo­nu­ją­cego arse­nału "Bogini". Kiedy sta­rały się uzy­skać kon­trakt na dostawy dla Koali­cji Obrony Repu­bliki, musiały przy­stać na wpro­wa­dza­nie pew­nych ogra­ni­czeń zwią­za­nych z dzia­ła­niem sys­te­mów obron­nych statku - za każ­dym razem, gdy doko­wały. "Mściwa Bogini" nie miała oso­bo­wo­ści - nie była dro­idem. Ale można było odnieść wra­że­nie, że w jej opro­gra­mo­wa­niu jest coś naro­wi­stego, sprze­ci­wia­ją­cego się odgór­nemu narzu­ca­niu zasad. A Jor­danna i Syl nie miały w sumie nic prze­ciwko.

-?M-2? -?zagad­nęła dro­ida. -?Gotów do pomocy przy roz­ła­dunku?

-?Do usług, przed­sta­wi­cielko.

Jor­danna po raz kolejny nie zadała sobie trudu, aby go popra­wić - wes­tchnęła tylko w duchu.

Kłó­cili się o to wie­lo­krot­nie, ale wie­kowy droid po pro­stu nie przyj­mo­wał tej infor­ma­cji do wia­do­mo­ści -?praw­do­po­dob­nie z winy usterki opro­gra­mo­wa­nia podob­nej do tej, co u "Bogini".

-?W takim razie zabie­rajmy się do roboty.

Zosta­wiła M-227, powie­rza­jąc mu zada­nie odblo­ko­wa­nia paneli roz­ła­dun­ko­wych, i wyszła ze statku, żeby sko­or­dy­no­wać dzia­ła­nia z ekipą han­garu. Praca z orga­ni­za­cjami woj­sko­wymi była prost­sza, ale wyma­gała wię­cej biu­ro­kra­cji niż ich zwy­kłe zle­ce­nia. Przez jakiś czas po tym, jak ponow­nie połą­czyła siły z Sylve­stri, pra­co­wały dla Maz z Tako­dany, obra­ca­jąc się w śro­do­wi­sku bun­tow­ni­ków i prze­myt­ni­ków, z któ­rych więk­szość balan­so­wała na gra­nicy prawa. Wojna domowa na Gene­tii spra­wiła, że miały ręce pełne roboty nawet po tym, jak krif­fo­leni Nihi­lo­wie posta­wili ten swój krif­fo­lony Wał Burzowy i odcięli część galak­tyki od reszty. Jor­danna chciała natych­miast dołą­czyć do walk z Nihi­lami, ale były dwa pro­blemy: po pierw­sze, nie miała w tej kwe­stii zbyt dużego pola do manewru bez dołą­cza­nia do oddzia­łów zbroj­nych, a po dru­gie, Sylve­stri kate­go­rycz­nie sprze­ci­wiła się jej pomy­słowi.

Syl chciał dostar­czać żyw­ność i zaopa­trze­nie ludziom, któ­rzy tego potrze­bo­wali, a wal­cząc, nie mogłyby tego robić. Argu­men­to­wała, że mają dobrą pracę. Maz zała­twiała im świetne fuchy. Poma­gały ludziom i zara­biały -?wystar­cza­jąco dużo, by dawny drugi pilot Syl, Neeto, prze­szedł na eme­ry­turę po zale­d­wie pię­ciu kur­sach. Miały wszystko, czego potrze­bo­wały. Czego mogłyby chcieć wię­cej?

To był prze­ko­nu­jący argu­ment -?zwłasz­cza że oprócz dobrej pracy i lep­szych zarob­ków miały sie­bie nawza­jem.

Jor­danna wciąż krę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową, gdy przy­po­mi­nała sobie, jak nie­wiele bra­ko­wało, a ponow­nie utra­ci­łaby Sylve­stri. To wystar­czało, by powstrzy­mała się przed popy­cha­niem jej dziew­czyny w kie­runku, w któ­rym ta nie chciała podą­żać -?mimo iż Jor­danna despe­racko tego pra­gnęła, ze względu na spo­czy­wa­jący na jej bar­kach cię­żar wie­lo­wie­ko­wej histo­rii rodu San Tek­ków. San Tek­ko­wie dzia­łali, odkry­wali, śmiało parli naprzód -?odci­skali na galak­tyce piętno, pozo­sta­wiali po sobie ślad.

Ale ona i Syl miały dobrą pracę i dobre życie, i nawet pod­czas tego kata­stro­fal­nego dla Repu­bliki ostat­niego roku nie zbo­czyły z raz obra­nego kursu. Ale wciąż ist­niało tak wiele pytań bez odpo­wie­dzi, tak wiele kwe­stii doma­ga­ją­cych się ich uwagi... Matka Sylve­stri zagi­nęła i praw­do­po­dob­nie znaj­do­wała się teraz za Wałem Burzo­wym -?i choć Syl pró­bo­wała uda­wać, że jej to nie obcho­dzi, to Jor­danna wie­działa, że dziew­czyna mar­twi się o nią. Nie mogło być ina­czej. Chan­cey Yar­row zosta­wiła córkę na pewną śmierć, więc Jor­danna rozu­miała postawę Syl, która chciała się nie przej­mo­wać, odpu­ścić i pogo­dzić z tym, że utra­ciła matkę już na zawsze. Ale to nie musiała być prawda! Chan­cey mogła zgi­nąć... ale co, jeśli wciąż żyła? Odpo­wie­dzi na te pyta­nia znaj­do­wały się jed­nak za Wałem Burzo­wym, na razie nie­do­stępne.

Podob­nie jak odpo­wie­dzi, któ­rych potrze­bo­wała sama Jor­danna.

Syl oskar­żyła ją o wyko­rzy­sty­wa­nie jej rze­komo mar­twej matki jako pre­tek­stu do osią­gnię­cia wła­snych celów. Strasz­nie się wtedy pokłó­ciły. W końcu Jor­danna przy­znała, że Sylve­stri ma rację. Jor­dan­nie naprawdę zale­żało na pozna­niu prawdy o losach Chan­cey, ponie­waż kochała Sylve­stri. Ale bar­dziej zale­żało jej na tym, co utra­ciła sama. I nie cho­dziło tylko o Tii­kae -?tę zapo­mnianą przez Moc pla­netę, którą zajęli Nihi­lo­wie, mimo iż teo­re­tycz­nie była chro­niona przez San Tek­ków. Nie tylko o ludzi z pogra­ni­cza, któ­rym miała zapew­nić bez­pie­czeń­stwo -?i któ­rych zawio­dła. Nie tylko o jej obo­wiązki. San Tek­ko­wie funk­cjo­no­wali na pogra­ni­czu od zara­nia dzie­jów. Posze­rzali gra­nice kosmosu, odkry­wali, two­rzyli, prze­wo­dzili -?for­mo­wali Zewnętrzne Rubieże. Jor­danna pra­gnęła na­dal kształ­to­wać galak­tykę tak, jak czy­nili to jej przod­ko­wie -?tak jak na­dal robili to San Tek­ko­wie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki