Star Wars. Wielka Republika. Ścieżka zemsty - Cavan Scott

Kup ebooka

44.00 zł
37.40 zł (36,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Marda mówiła, a Ścieżka Otwar­tej Dłoni słu­chała.

Płyty pokładu wibro­wały pod jej sto­pami w rytm deli­kat­nego pomruku sil­ni­ków. Wciąż zdu­mie­wało ją, jak potężne, a jed­no­cze­śnie tchnące dziw­nym spo­ko­jem było "Elek­tryczne Spoj­rze­nie", gigan­tyczny okręt, który po latach budowy na zaku­rzo­nych rów­ni­nach Dalny w końcu wzniósł się w niebo i roz­po­czął swój rejs wśród gwiazd. Marda spę­dziła więk­szość swo­jego życia marząc o tej chwili i oto teraz ona - oni wszy­scy - mknęli w kie­runku Jedhy, legen­dar­nego Księ­życa Piel­grzy­mów, aby sze­rzyć słowo Ścieżki. A co naj­bar­dziej nie­wia­ry­godne, to ona im prze­wo­dziła: Marda, zawsze pozo­sta­jąca w cie­niu, pod­czas gdy jej kuzynka Yana wyru­szała z Dziećmi, eli­tarną grupą uczniów Matki, prze­mie­rza­jącą galak­tykę, aby uwal­niać arte­fakty Mocy spod wła­dzy tych, któ­rzy chcieli je nie­wła­ści­wie wyko­rzy­stać. Marda wie­lo­krot­nie pro­siła o dołą­cze­nie do Dzieci, ale jej prośby były odrzu­cane. Pod­czas gdy Yana prze­by­wała pośród gwiazd, ona zosta­wała na Dal­nie, opie­ku­jąc się Malucz­kimi i zasta­na­wia­jąc się, dla­czego nie jest godna bło­go­sła­wień­stwa Matki.

A potem zja­wił się Kevmo Zink - i wszystko się zmie­niło. Piękny, rado­sny Kevmo spra­wił, iż Marda zwąt­piła we wszystko, w co kie­dy­kol­wiek wie­rzyła, zanim udo­wod­niła, że zawsze miała rację. Młody pada­wan wywró­cił jej świat do góry nogami - nie było co do tego wąt­pli­wo­ści - przy­by­wa­jąc na Dalnę, sza­fu­jąc swo­imi sztucz­kami Jedi i lek­ko­myśl­nie mani­pu­lu­jąc Mocą, nie bio­rąc też pod uwagę kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. Marda bła­gała go, by zasta­no­wił się nad tym, co robi, dzie­ląc się z nim praw­dami Ścieżki. Nad­uży­wa­nie Mocy, nawet w naj­bar­dziej try­wialny spo­sób - choćby pod­no­sząc w powie­trze płatki kwia­tów, aby zadzi­wić Malucz­kich, tak jak zro­bił to pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia - mogło spo­wo­do­wać łań­cuch wyda­rzeń o nie­prze­wi­dzia­nych i poten­cjal­nie kata­stro­fal­nych kon­se­kwen­cjach w innych czę­ściach galak­tyki. To, co zaczęło się jako lekka zmarszczka na tafli Mocy na Dal­nie, mogło prze­kształ­cić się w tsu­nami gdzieś daleko, daleko stąd, tsu­nami nisz­czące wszystko na swo­jej dro­dze. Kevmo i jemu podobni nie mieli poję­cia, jaki ból i cier­pie­nie zadają innym. Marda pró­bo­wała wytłu­ma­czyć mu, na czym pole­gają prze­wi­nie­nia, któ­rych nie­świa­do­mie się dopusz­czał, ale on nie chciał słu­chać. Ma się rozu­mieć, nie mogła go cał­ko­wi­cie obwi­niać - nie do końca. Był tylko uczniem, odda­nym swo­jej mistrzyni Jedi, bla­dej Soikance nazwi­skiem Zal­lah Macri. Zal­lah upie­rała się, że Moc nie pod­lega naukom Ścieżki, a Kevmo, indok­try­no­wany od małego, gładko prze­ły­kał jej kłam­stwa.

Gdy Marda myślała o mło­dym Pan­to­ra­ni­nie, jedy­nym chłopcu, któ­rego kie­dy­kol­wiek poko­chała, serce dosłow­nie pękało jej z bólu. Wie­działa, że już ni­gdy wię­cej nie zoba­czy jego olśnie­wa­ją­cego uśmie­chu ani tych gład­kich, nie­bie­skich policz­ków, rumie­nią­cych się pod mister­nymi tatu­ażami, gdy wymie­nili poca­łu­nek. Jego bole­sna, gorzka naiw­ność odci­snęła trwałe piętno na wszyst­kich jej wspo­mnie­niach o nim. Kiedy zamy­kała oczy, widziała tylko zimne ciało Kevma, leżące w jaski­niach pod kom­plek­sem Ścieżki na Dal­nie, jego miękką skórę zwap­niałą od wpływu dziw­nej istoty, nazy­wa­nej przez Ścieżkę Niwe­la­to­rem - tej samej bestii, która teraz obser­wo­wała ją z cie­nia w sali zgro­ma­dzeń, awa­tara samej Mocy.

Kevmo i Zal­lah nad­użyli jej potęgi, a ona uka­rała ich, gasząc świa­tło Jedi w naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący spo­sób, jaki można sobie wyobra­zić. Zostali zre­du­ko­wani do pozba­wio­nych życia sko­rup, a ich ciała roz­pa­dły się w proch i pył.

Marda nosiła miecz świetlny Kevma ukryty w fał­dach swo­ich szat jako przy­po­mnie­nie tego, co stra­ciła i zyskała w tej jed­nej strasz­nej chwili. Śmierć Kevma zła­mała jej serce i nawet gdy Matka ogło­siła, że Ścieżka opu­ści Dalnę, aby udać się na Jedhę, Marda poprzy­się­gła sobie, iż ni­gdy nie pozwoli, by kto­kol­wiek inny cier­piał z powodu bólu i pustki, które odczu­wała teraz ona sama. Ostrze­gała wszyst­kich przed nie­bez­pie­czeń­stwami pły­ną­cymi nie­uchron­nie z nad­uży­wa­nia Mocy, aby nikt już ni­gdy nie doświad­czył tego samego roz­dzie­ra­ją­cego smutku. Kevmo zgi­nął, ponie­waż nie chciał jej słu­chać. Nie pozwoli innym podzie­lić jego losu. Matka dostrze­gła jej poten­cjał, mia­nu­jąc ją duchową prze­wod­niczką Ścieżki, dając przy­zwo­le­nie na pro­wa­dze­nie obrząd­ków i sze­rze­nie jej słowa w zastęp­stwie przy­wód­czyni. Wresz­cie Marda będzie mogła chro­nić Moc. Wresz­cie będzie mogła oca­lić tych, któ­rzy przyjdą po Kevmie.

Uśmiech­nęła się, nie prze­sta­jąc mówić. Jej ciemne oczy zalśniły od łez, a Ścieżka słu­chała, szlo­cha­jąc razem z nią.

Yana nie pła­kała. To zna­czy - nie żeby nie chciała. Naprawdę miała ochotę. Chyba. Ale nie mogła - nie tu, nie teraz. Wszystko zmie­niło się tak szybko! Zale­d­wie kilka tygo­dni temu pla­no­wała opu­ścić sze­regi Ścieżki, aby zacząć od nowa, z miło­ścią swo­jego życia u boku, z dala od machi­na­cji Matki, z dala od tej prze­klę­tej pla­nety.

Opusz­czała Dalnę, ale nie tak, jak pra­gnęła. Po pierw­sze, nie było z nią Kor. Zamiast tego ciało jej dziew­czyny spo­czy­wało głę­boko pod lodem na zamar­z­nię­tym świe­cie odda­lo­nym o całe lata świetlne. To tam Yana musiała porzu­cić uko­chaną, aby unik­nąć tego samego losu. W chwi­lach naj­czar­niej­szej roz­pa­czy wyobra­żała sobie Kor Plo­uth taką jak teraz - nie tęt­niącą życiem Nauto­lankę, którą znała od trzy­na­stego roku życia, ale zwłoki odarte z ciała przez padli­no­żer­ców z głę­bin Thelj. Ten gro­te­skowy i prze­ra­ża­jący obraz spra­wiał, że Yana pra­gnęła spra­wie­dli­wo­ści. Matka zdra­dziła Kor, sprze­da­jąc czwórkę Dzieci pod­czas ich ostat­niej, z góry ska­za­nej na porażkę misji. Yana prze­żyła tylko dzięki swoim ostrym eve­reń­skim kłom. Miesz­kańcy całej galak­tyki - ci któ­rzy nie znali jej gatunku - panicz­nie bali się jego przed­sta­wi­cieli. Oce­niali ich na pod­sta­wie repu­ta­cji i wyglądu - łup­ko­wo­sza­rej skóry, ostrych jak brzy­twa zębów i szpo­nów oraz czar­nych jak węgiel oczu. Eve­re­no­wie byli postrze­gani jak okrutne dra­pież­niki, a Yana, teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, na Wielką Burzę, pra­gnęła udo­wod­nić, że mają rację. Ile razy marzyła o tym, by powa­lić Matkę na zie­mię i roz­szar­pać gar­dło fał­szy­wej pro­ro­kini na oczach wiel­bią­cego ją tłumu! Zamiast tego jed­nak nie robiła nic, sto­jąc z tyłu sali zgro­ma­dzeń "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia" i słu­cha­jąc, jak Marda wygła­sza kolejne naiwne kaza­nie na temat zawi­ło­ści dok­tryny Ścieżki.

Marda... bar­dzo się zmie­niła. Yana chro­niła swoją kuzynkę od chwili, gdy przy­były na Dalnę jako uchodź­czy­nie - pra­gnąc, by w końcu odna­la­zła w sobie odwagę, wzięła się w garść. Myślała... miała nadzieję, że Kevmo Zink sta­nie się dla niej czymś w rodzaju kata­li­za­tora, że uczu­cie, które roz­kwi­tło mię­dzy jej kuzynką a mło­dym Jedi, pomoże Mar­dzie uświa­do­mić sobie, kim jest - i kim może zostać. I fak­tycz­nie tak się stało, ale nie dało efektu, na jaki liczyła Yana. Zamiast tego Marda na nowo odkryła w sobie ducha fana­tyczki i Yana ledwo ją roz­po­zna­wała. Naj­bar­dziej widoczną tego oznaką była zmiana w spo­so­bie malo­wa­nia trzech nie­bie­skich linii, któ­rymi wszy­scy człon­ko­wie Ścieżki nazna­czali swoje twa­rze za pomocą sprosz­ko­wa­nych muszli bri­kal. Sym­bo­li­zu­jące wol­ność, har­mo­nię i jasność, od zawsze miały formę łagod­nych fal, nawią­zu­ją­cych do pły­wów oce­anu, ale od śmierci Kevma Marda prze­kształ­ciła je w trzy pio­nowe linie, prze­ci­na­jące ostro twarz dziew­czyny od czoła aż do pod­bródka. Powie­działa Yanie, że nowy wzór repre­zen­tuje jej prze­ko­na­nie, iż Ścieżka musi stać się bar­dziej wytrwała w swo­ich dąże­niach do aktyw­nego tro­pie­nia nad­użyć Mocy i usu­wa­nia ich niczym zepsu­cia, któ­rym w isto­cie są. Inni poszli w jej ślady, malu­jąc swoje twa­rze w ten sam spo­sób, w miarę jak popu­lar­ność Mardy rosła. Znaki Yany, nakła­dane w tra­dy­cyjny spo­sób wzdłuż czoła, były sym­bo­lami wybie­ra­nymi obec­nie przez zde­cy­do­waną mniej­szość.

- Spójrz na nich tylko - ode­zwał się obok niej cichy głos. Nie odpo­wie­działa, nie odry­wa­jąc wzroku od Mardy. - Uwiel­biają ją. Nową Prze­wod­niczkę Ścieżki.

Lud Yany doznał naprawdę wielu krzywd. Eve­re­no­wie nie mieli praw­dzi­wego domu, praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści - innej niż obe­lgi, któ­rymi obrzu­cali ich inni - żad­nego real­nego celu. Do tego docho­dziły naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dobne plotki na ich temat, histo­rie, w jakie Yana ni­gdy do końca nie wie­rzyła... aż do teraz.

Po raz pierw­szy usły­szała naj­bar­dziej maka­bryczne z nich w barze na Rekar­dii. Począt­kowo pró­bo­wała zigno­ro­wać pomruki grupy prze­myt­ni­ków, któ­rzy obrzu­cili ją nie­na­wist­nymi spoj­rze­niami, gdy tylko prze­kro­czyła próg knajpy.

- Wie­cie, że oni, ci cali Eve­re­no­wie, roz­ma­wiają ze zmar­łymi? - rzu­cił jeden z nich do swo­ich towa­rzy­szy, bez dwóch zdań napę­dzany igno­ran­cją i tanim piwem. - Widzą duchy tych, któ­rych zabili, zagu­bione dusze ska­zane na podą­ża­nie za tymi prze­klę­tymi reki­nami, gdzie­kol­wiek się uda­dzą.

To były oczy­wi­ście zabo­bonne bzdury, jak przy­po­mniała zie­lo­no­skó­remu Argaz­da­ni­nowi po tym, jak roz­biła mu nos o kon­tuar. Opo­wie­działa nawet tę histo­rię Kor, gdy spo­tkały się ponow­nie w kosmo­por­cie, na co ta zare­ago­wała ze śmie­chem, potrzą­sa­jąc wyra­sta­ją­cymi z jej głowy wypust­kami. A jed­nak fakt, że te histo­rie zostały bez wąt­pie­nia wyssane z palca, w żaden spo­sób nie mógł wpły­nąć na to, iż Yana dostrze­gła bole­śnie zna­jomą postać, sto­jącą na tyłach tłumu, gdy po raz pierw­szy wsia­dali na pokład "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia". Wszę­dzie roz­po­zna­łaby te jasno­zie­lone macki. Skóra Nauto­lanki nie zdra­dzała żad­nych oznak roz­kładu, choć jej nie­gdyś ciemne oczy stały się mętne, gdy wpa­try­wała się w Yanę, oto­czona człon­kami Ścieżki, a gdy się uśmiech­nęła, spo­mię­dzy spę­ka­nych ust wypły­nęły strużki lodo­wa­tej wody.

Od tam­tej pory Kor towa­rzy­szyła jej bez­u­stan­nie, zawsze kilka kro­ków za dziew­czyną, nie­wi­doczna dla nikogo poza nią, a jej głos był tak wyraźny, jakby leżała obok niej na pry­czy na Dal­nie.

- Zosta­wi­łaś mnie, ale ja wciąż jestem z tobą. Zawsze będę z tobą, dopóki będziesz mnie potrze­bo­wać.

Yana wie­działa, że tak naprawdę to nie ona - nie do końca. Kor nie żyła. Ta zjawa stała się mani­fe­sta­cją poczu­cia winy i gniewu Yany. Wście­kło­ści, pło­ną­cej głę­boko w jej sercu, tego samego palą­cego gniewu, który dopro­wa­dził ją do sprzy­mie­rze­nia się z pogrą­żo­nym w żało­bie ojcem Kor, Wer­them Plo­uthem, Herol­dem Otwar­tej Dłoni. On rów­nież cze­kał na odpo­wiedni moment, aby pozba­wić Matkę wła­dzy, gdy tylko nada­rzy się oka­zja.

- Zna­czy: kiedy on się na to zde­cy­duje? - szep­nęła Kor.

Yana zaci­snęła dło­nie w pię­ści i sku­piła się na bólu spo­wo­do­wa­nym paznok­ciami wpi­ja­ją­cymi się w jej suche dło­nie. A jed­nak na­dal nie mogła wyci­snąć z oczu choćby jed­nej łzy, nawet gdy człon­ko­wie Ścieżki powtó­rzyli ostat­nie słowa Mardy:

- Moc będzie wolna.

- Moc będzie wolna - powie­działa Kor, owie­wa­jąc chłod­nym odde­chem ucho Yany.

- Tak, ale czy my będziemy? - zapy­tała Yana, nie odry­wa­jąc wzroku od kuzynki.

Zgro­ma­dzeni już wyszli, ale Marda na­dal nie opusz­czała sali. Starsi podzię­ko­wali jej za pocie­sze­nie, jakie przy­nio­sły jej słowa. Matka oczy­wi­ście nie uczest­ni­czyła w spo­tka­niu - Ele­cia spę­dzała więk­szość czasu w swo­ich pry­wat­nych kom­na­tach, obcu­jąc z Mocą. Marda jed­nak czuła się zasko­czona nie­obec­no­ścią Herolda. Przy­wy­kła, że Nauto­la­nin trzy­mał się zazwy­czaj na tyłach; jego oczy wyda­wały się nie­mal tak ciemne jak jej, a kikuty odcię­tych macek odzna­czały się wyraź­nie na tle jego zie­lo­nej cery. Być może miał jakieś sprawy do zała­twie­nia w innym miej­scu na potęż­nym statku? Praw­do­po­dob­nie tak wła­śnie było, ale Marda wąt­piła, by zamie­rzał ją o tym infor­mo­wać. Przed jej awan­sem na Prze­wod­niczkę ich rela­cje stały się napięte, ale teraz ochło­dziły się jesz­cze bar­dziej. Czuła nie­chęć Wer­tha, ema­nu­jącą od niego falami, ale nie orien­to­wała się, dla­czego tak bar­dzo jej nie lubi. Nie sta­no­wiła zagro­że­nia - zwłasz­cza dla niego. Oboje mieli ten sam cel: gło­sić prze­sła­nie Ścieżki jak galak­tyka długa i sze­roka. Czy cho­dziło o jej nowo odkrytą bli­skość z Matką, więź, którą dzie­liły? Czy Herold był... zazdro­sny?

Nie­wąt­pli­wie sfru­stro­wało go, gdy Matka wysłała "Słonko" Dob­bsa na jego statku przed "Elek­trycz­nym Spoj­rze­niem", aby ogło­sił przy­by­cie Ścieżki na Jedhę. Po czę­ści to rozu­miała. Jak suge­ro­wał jego tytuł, Herold miał być posłań­cem Ścieżki, a Słonko Dobbs, cóż... Słonko był nie­wiele wię­cej niż oszu­stem. A przy­naj­mniej zanim poświę­cił swoje życie Ścieżce. Dawny poszu­ki­wacz dosłow­nie pro­mie­niał za każ­dym razem, gdy prze­by­wał w obec­no­ści Matki - do tego stop­nia, że Marda zasta­na­wiała się, czy od czasu nawró­ce­nia nie zaczął żywić do Ele­cii jakichś cie­plej­szych uczuć. Wie­działa jed­nak, że Matka nie wyko­rzy­sta­łaby jego zauro­cze­nia, nawet jeśli fak­tycz­nie coś do niej czuł.

Ale entu­zjazm Słonka spra­wił, że Herold stał się jesz­cze bar­dziej przy­bity. Żal Wer­tha po stra­cie córki wyssał z niego całą radość życia i odarł z wcze­śniej­szego odda­nia spra­wie. Od jakie­goś czasu nie­mal z nikim nie roz­ma­wiał - nawet ze swoją żoną, Opari. Ta po śmierci Kor zamknęła się w sobie, ukry­wa­jąc w kwa­te­rach, które zaj­mo­wała z Herol­dem na pokła­dzie "Spoj­rze­nia". Jego jedy­nym powier­ni­kiem zda­wała się być Yana, co było zaska­ku­jące, bio­rąc pod uwagę dzie­lące ich w prze­szło­ści róż­nice, ale Marda nie mogła mieć do niego pre­ten­sji o to, że szu­kał pocie­sze­nia u jej kuzynki. Bez wąt­pie­nia zbli­żył ich do sie­bie wspólny żal, więź, jaka daw­niej łączyła ich z Kor, córką i dziew­czyną, którą każde z nich kochało na swój spo­sób - jedno miło­ścią rodzica, dru­gie - jako part­nerkę.

Bez względu na powód, Marda chciała jedy­nie, żeby Yana w końcu z nią poroz­ma­wiała.

- Mardo?

Na dźwięk jej głosu nie­mal pod­sko­czyła. Stała tak, zato­piona w myślach, wpa­tru­jąc się w ilu­mi­na­tor, że aż nie usły­szała zbli­ża­ją­cej się Yany. A może cho­dziło po pro­stu o to, że jej kuzynka była tak bie­gła w sztuce skra­da­nia się? Yana potra­fiła być cicha niczym chył­kot, ale mniej­sza o to - naj­waż­niej­sze, że przy­szła tu, chwała niech będzie Mocy, cał­kiem jakby ta odpo­wie­działa na jej modły. Marda odwró­ciła się, by powi­tać kuzynkę, ale jej uśmiech zbladł na widok dłu­gich pałek bojo­wych w rękach Yany.

- Kuzynko?

- Kuzynko - odpo­wie­działa na powi­ta­nie Yana gło­sem kom­plet­nie wyzu­tym z emo­cji, wycią­ga­jąc jedną z pałek w stronę Mardy.

- O co cho­dzi? - zapy­tała Marda.

- A jak myślisz? Przy­dałby ci się tre­ning.

Marda par­sk­nęła śmie­chem, nie wie­rząc wła­snym uszom.

- To sala zgro­ma­dzeń. Święte miej­sce!

Yana wzru­szyła ramio­nami.

- Wiara to pole bitwy.

Marda zro­biła krok w stronę kuzynki.

- Yano. Poroz­ma­wiajmy. Chodźmy... coś zjeść.

- Zjeść? - prych­nęła Yana.

- Maga­zyn jest pełen zapa­sów z Dalny. Star­szy Sare­ve­lin zabrał nawet kan­dy­zo­wane orze­chy! Jeśli masz ochotę na coś bar­dziej tre­ści­wego, w kam­bu­zie jest mnó­stwo pikant­nej potrawki. Two­jej ulu­bio­nej...

Yana na­dal trzy­mała przed sobą wycią­gniętą pałkę.

- Możemy zjeść póź­niej.

Marda zwie­siła ramiona.

- Po tre­ningu?

W odpo­wie­dzi Yana ski­nęła głową, ale Marda wie­działa, że to nie jest obiet­nica.

- Po tre­ningu.

Marda opu­ściła spoj­rze­nie na broń. Może w ten spo­sób kuzynka chciała zła­go­dzić napię­cie, które naro­sło mię­dzy nimi ostat­nimi czasy, zro­bić pierw­szy krok na dro­dze ku odbu­do­wie ich wza­jem­nych rela­cji? To była bez wąt­pie­nia naj­dłuż­sza wymiana zdań, jaką odbyły od momentu wej­ścia na pokład "Spoj­rze­nia". Powinna sko­rzy­stać z oka­zji, zanim Yana się roz­my­śli.

Wzięła pałkę i przy­jęła pozy­cję obronną, a kuzynka natych­miast ruszyła do ataku.

- Zgnu­śnia­łaś! - zadrwiła, gdy Marda jakimś cudem zdo­łała uchy­lić się przed cio­sem. Zamach­nęła się pałką, by zaata­ko­wać z dru­giej strony. Tym razem Marda nie miała nawet szansy zare­ago­wać w porę.

Krzyk­nęła, gdy czu­bek broni Yany tra­fił ją w żebra.

- Kom­plet­nie się nie sta­rasz.

- Bo nie powin­nam! - Marda spró­bo­wała przy­pu­ścić kontr­atak, ale Yana uchy­liła się przed cio­sem i koniec pałki dziew­czyny ude­rzył w płyty pokładu u stóp kuzynki.

Tym razem broń Yany wbiła się w mostek Mardy, odpy­cha­jąc ją z mocą w tył.

- A to... mogło cię zabić.

Kij zawi­ro­wał, tym razem ude­rza­jąc w plecy prze­ciw­niczki.

- Tym... mogłam zła­mać ci krę­go­słup.

Marda ryk­nęła z fru­stra­cji, wzno­sząc swoją pałkę łukiem nad głowę i opusz­cza­jąc ją gwał­tow­nie w cio­sie, który Yana była zmu­szona odbić, zanim tra­fił ją w szczękę.

- No, teraz tro­chę lepiej.

Marda nie prze­sta­wała krzy­czeć, obra­ca­jąc się wokół wła­snej osi, ale Yana ponow­nie zablo­ko­wała jej cios, chwa­ląc Mardę w ten sam spo­sób, w jaki ta chwa­liła Malucz­kich pod swoją opieką za postępy w malo­wa­niu pal­cami.

Łup!

- Teraz lepiej.

Łup!

- Cał­kiem nie­źle.

Łup!

- Skon­cen­truj się!

Przez chwilę Marda zatra­ciła się w walce, dźga­jąc, blo­ku­jąc, ude­rza­jąc i paru­jąc. Obrazy tań­czyły przed oczami dziew­czyny, gdy jej pałka prze­ci­nała z furią chłodne powie­trze prze­fil­tro­wane przez pokła­dowe sys­temy uzdat­nia­nia atmos­fery; wspo­mnie­nia prze­my­kały przez jej umysł - nie­wiele wię­cej niż prze­bły­ski dźwię­ków i barw­nych plam. Moment, kiedy przy­była na Dalnę jesz­cze jako dziecko, zagu­bione i prze­ra­żone. Chwila, w któ­rej pierw­szy raz zoba­czyła Matkę. Spo­tka­nie z Kevmem, szyb­sze bicie serca, to uczu­cie, gdy jego wargi dotknęły jej ust...

- Wystar­czy!

Yana zamach­nęła się swoją pałką, celu­jąc nisko i pod­ci­na­jąc Mar­dzie nogi. Broń dziew­czyny ude­rzyła o pod­łogę, a ona runęła w ślad za nią. Powie­trze uszło jej z płuc, a Yana sta­nęła nad kuzynką i przez sekundę Marda myślała, że za chwilę opu­ści swój kij, aby zadać jej osta­teczny cios... Zamiast tego jed­nak Yana wyraź­nie się roz­luź­niła, a jej bojowe nasta­wie­nie ustą­piło poiry­to­wa­niu, gdy zaczęła ryt­micz­nie ude­rzać pałką o płyty pokładu.

- Nie jesteś gotowa na Jedhę.

Marda z tru­dem zła­pała oddech.

- Lecimy z misją poko­jową...

Yana par­sk­nęła szcze­kli­wym śmie­chem.

- Poko­jową? Aby powie­dzieć wszyst­kim, któ­rzy zebrali się w tym naj­święt­szym z miejsc, że ich wie­rze­nia to bzdura? Aby poin­for­mo­wać całe to Zgro­ma­dze­nie Mocy, że muszą zmie­nić swoje postę­po­wa­nie lub czeka ich zagłada?

- Jedi plu­ga­wią Moc - wyce­dziła Marda, wspie­ra­jąc się drżą­cymi dłońmi o pokład i pró­bu­jąc się pod­nieść.

Yana wycią­gnęła do niej rękę.

- Nie mówi­łam o Jedi.

Marda przy­jęła dłoń i pozwo­liła, aby Yana pomo­gła jej wstać.

- Wiem. Ale Jedi mają destruk­cyjny wpływ na Zgro­ma­dze­nie...

Yana puściła rękę Mardy.

- "Destruk­cyjny wpływ"? Brzmisz jak Matka.

- Dzię­kuję - powie­działa cicho Marda, uzna­jąc drwinę za kom­ple­ment. Spoj­rzała kuzynce w oczy, pró­bu­jąc zła­pać oddech. - Zgro­ma­dze­nie zrze­sza przed­sta­wi­cieli wszyst­kich głów­nych reli­gii. Jeśli uda nam się ich prze­ko­nać, że zagra­żają Mocy...

- Nie uwie­rzą ci.

- Ale musimy spró­bo­wać!

Stały przez chwilę naprze­ciwko sie­bie w mil­cze­niu - Yana z zaci­śniętą szczęką, a Marda dysząc ciężko. Widziała ból w oczach kuzynki, gniew, który pło­nął w jej wnę­trzu. Gdyby tylko Yana mogła odpo­wied­nio go ukie­run­ko­wać, prze­kuć w gor­li­wość, aby gło­sić prawdy Ścieżki... Wyko­rzy­stać do odna­le­zie­nia spo­koju w ich pro­sto­cie... Marda miała ochotę przy­tu­lić ją, powie­dzieć, że rozu­mie i że wszystko będzie dobrze, ale zanim zdą­żyła wyko­nać gest, wła­ściwa pora minęła bez­pow­rot­nie. Yana schy­liła się, aby pod­nieść z pod­łogi pałkę kuzynki.

- Za godzinę - oświad­czyła, wsu­wa­jąc broń z powro­tem w ręce Mardy. - Spo­tkamy się w rezer­wo­wej ładowni. Musisz być przy­go­to­wana na wszystko. Noce na Jedzie są ciemne.

- Ale to Księ­życ Świa­tła!

- To księ­życ pełen piel­grzy­mów, któ­rzy nie zare­agują zbyt dobrze na to, co masz im do powie­dze­nia.

Nie "mamy". "Masz".

- A co z potrawką?

Yana odwró­ciła się i wyszła z sali zgro­ma­dzeń, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

- Może póź­niej.

Marda wie­działa jed­nak, że powie­działa tak tylko po to, by ją zbyć. Drzwi zamknęły się za kuzynką i została sama. "Nie. Nie sama" - popra­wiła się w myśli. Już nie.

- Przej­rzy na oczy - oznaj­miła na głos. - Dostrzeże, jak bar­dzo się myli. Jedha posłu­cha. Wszy­scy ujrzą prawdę...

- Ow­szem - przy­tak­nął sto­jący w pobliżu Kevmo. Jego skóra, nie­gdyś błę­kitna, była teraz kre­do­wo­biała, a głos przy­po­mi­nał chrzęst żwiru pod sto­pami. - Moc będzie wolna.

- Moc będzie wolna - powtó­rzyła z uśmie­chem Marda.

Rozdział pierwszy

Jedha nie słu­chała. Nikt nie słu­chał. A teraz Marda została sama.

Spo­kój, który odczu­wała, sto­jąc w sali zgro­ma­dzeń "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia" (po pobi­ciu przez Yanę na jej ramio­nach i boku już two­rzyły się siniaki), towa­rzy­szył jej przez całą drogę na Księ­życ Piel­grzy­mów. W zasa­dzie to przy­brał na sile, zmie­nia­jąc się w coś w rodzaju zachwytu, gdy scho­dziła po tra­pie promu, któ­rym przy­le­ciała na powierzch­nię ze statku sekty.

Na początku wszystko wska­zy­wało na to, że Marda miała rację. Napo­tkane tutaj istoty były bar­dziej niż gotowe na przy­ję­cie prze­sła­nia Ścieżki. Słonko Dobbs dotrzy­mał słowa, a jego roz­kle­ko­tany, prze­sta­rzały sta­tek, "Szpi­gat", wylą­do­wał na Księ­życu Piel­grzy­mów na kilka dni przed przy­by­ciem "Spoj­rze­nia". Sam Dobbs zro­bił dobry uży­tek ze swo­ich nie­chlub­nych umie­jęt­no­ści, prze­ku­pu­jąc sku­tecz­nie każ­dego, kto mógłby sta­nąć im na dro­dze, i zmniej­sza­jąc, jeśli nie cał­ko­wi­cie usu­wa­jąc poten­cjalne prze­szkody, a nawet inwe­stu­jąc część zaska­ku­jąco zasob­nej kiesy Ścieżki w zakup pod­upa­da­ją­cego przy­tułku - w ramach demon­stra­cji wiel­ko­dusz­no­ści i dobrych zamia­rów sekty. Zgro­ma­dze­nie Mocy zgo­dziło się spo­tkać z Herol­dem, a Matka oka­zała się cenną pomocą w roz­mo­wach poko­jo­wych mię­dzy Eira­mem a E'ronoh, świa­tami od poko­leń pozo­sta­ją­cymi w kon­flik­cie.

Wszystko szło zgod­nie z pla­nem... ale potem zaczęły się roz­ru­chy.

Pyli­ste ulice Jedhy spły­wały teraz krwią. To, co zaczęło się jako scy­sja mię­dzy Herol­dem a Zgro­ma­dze­niem, prze­ro­dziło się w zamieszki, pod­czas któ­rych Herold wyszedł na schody sie­dziby orga­ni­za­cji i pod­bu­rzał prze­chod­niów, żeru­jąc na ich wła­snej nie­uf­no­ści zarówno wobec samego Zgro­ma­dze­nia, jak i sie­bie nawza­jem. Naj­pierw padły obe­lgi, potem ciosy, a następ­nie prze­moc roz­prze­strze­niła się niczym pożoga. Takie wyda­rze­nie samo w sobie byłoby wystar­cza­jąco kata­stro­falne w skut­kach, ale sytu­acja zaogniła się jesz­cze bar­dziej, gdy roz­mowy poko­jowe mię­dzy Eira­mem a E'ronoh zostały bru­tal­nie prze­rwane, a uzbro­jeni straż­nicy i dro­idy-egze­ku­to­rzy z dwóch wal­czą­cych pla­net wyszli na ulice. I tak prze­ra­żeni już miesz­kańcy Jedhy wpa­dli w panikę, roz­pę­tały się istne pie­kło i chaos, aż mia­sto zmie­niło się w pole bitwy, gdy różne frak­cje, wcze­śniej współ­ist­nie­jące tu w sta­nie kru­chej rów­no­wagi i pokoju, zwró­ciły się prze­ciwko sobie, pod­sy­cane tłu­mio­nymi przez lata wza­jem­nymi pre­ten­sjami i zarzu­tami, które, bul­go­czące wcze­śniej cicho pod przy­krywką tego tygla, zawrzały teraz i zaczęły kipieć.

Marda pró­bo­wała słu­żyć Mocy, uspo­ka­ja­jąc tłum i zaj­mu­jąc się ran­nymi, ale wtedy Jedi prze­jęli kon­trolę, jak zawsze, wkra­cza­jąc na scenę ze swo­imi pło­ną­cymi mie­czami świetl­nymi. Tylko pogor­szyli sytu­ację - prze­moc eska­lo­wała, aż w końcu nikt nie pamię­tał już, dla­czego wła­ści­wie roz­go­rzała ta bitwa...

Jedi zawsze wszystko psuli.

Marda odru­chowo przy­pa­dła do ziemi, gdy nad jej głową z rykiem sil­ni­ków prze­mknęły myśliwce. Na sąsied­niej ulicy doszło do eks­plo­zji, a po niej roz­legł się chór okrzy­ków bólu i prze­ra­że­nia. Tak wiele wybu­chów. Tak wiele cier­pie­nia...

Marda się­gnęła po komu­ni­ka­tor i akty­wo­wała łącze.

- Yana? Yano, sły­szysz mnie? Stra­ci­łam z oczu Matkę - nie widzia­łam jej od czasu znisz­cze­nia przy­tułku...

Marda nie mogła już dłu­żej zaprze­czać: ponio­sła kom­pletną porażkę. Yana miała pełne prawo, by trium­fo­wać i z niej drwić. Wszystko, co powie­działa jej kuzynka, oka­zało się prawdą, samo­speł­nia­ją­cym się pro­roc­twem. Lud Jedhy odpo­wie­dział na ich prze­sła­nie prze­mocą. Wszystko było stra­cone...

- Yana? Pro­szę, odpo­wiedz! Yano!

Odpo­wiedź jed­nak nie nade­szła - nawet w for­mie kpią­cego śmie­chu ani peł­nego samo­za­do­wo­le­nia "A nie mówi­łam?".

Jeden z myśliw­ców nad jej głową sta­nął w pło­mie­niach, jego poskrę­cany kadłub spadł z nieba i wbił się w świą­ty­nię jakie­goś na wpół zapo­mnia­nego kultu.

- Co robić? - jęk­nęła Marda, ale nikt nie odpo­wie­dział. Ani Yana, ani nawet Kevmo, który nie poka­zał się, odkąd sytu­acja na Jedzie wymknęła się spod kon­troli. Może w ogóle ni­gdy nie ist­niał? Marda nie była już niczego pewna.

Roz­legł się kolejny krzyk, tym razem bli­żej. Na moment umysł Mardy zalała fala irra­cjo­nal­nego stra­chu: czy to nie Matka? Czy zna­la­zła się w nie­bez­pie­czeń­stwie? Ów lęk, irra­cjo­nalny czy nie, uru­cho­mił w niej odru­chowe mecha­ni­zmy, zmu­sza­jąc do dzia­ła­nia. Chwilę póź­niej bie­gła już w kie­runku źró­dła krzyku. Yana wyśmia­łaby ją, twier­dząc, iż ma omamy, ale Marda musiała wie­rzyć, że kie­ruje nią sama Moc.

Serce pode­szło jej do gar­dła, gdy mija­jąc skru­szone ruiny nie­gdyś potęż­nej świą­tyni, dostrze­gła leżącą w kurzu podartą nie­bie­ską tunikę, pociem­niałą od pyłu i krwi. Odziana w nią postać była zwi­nięta w kłę­bek i osła­niała głowę ramio­nami, pod­czas gdy banda bun­tow­ni­ków kopała ją i biła, obrzu­ca­jąc wyzwi­skami. Czy to Matka? Nie mogła dostrzec szcze­gó­łów - nie w sytu­acji, gdy tłum robił wszystko, co w jego mocy, by zatłuc tego kogoś na śmierć. Marda musiała coś zro­bić, musiała oca­lić mu życie. Yana nie­wąt­pli­wie rzu­ci­łaby się w wir walki bez waha­nia i stra­chu, ale to, co się tu działo, utwier­dziło Mardę raz na zawsze w prze­ko­na­niu o jed­nym: nie była swoją kuzynką. Nie miała nawet broni...

"Ależ ow­szem, masz broń" - powie­dział z prze­ką­sem głos w jej gło­wie.

Marda spoj­rzała na swoje ostre jak brzy­twa paznok­cie, zasta­na­wia­jąc się, czy wystar­czą, ale w głębi serca wie­działa, że to za mało.

- Nie one - powie­dział Kevmo, w końcu mate­ria­li­zu­jąc się ponow­nie, aby szep­nąć jej do ucha: - Pod two­imi sza­tami. Mój miecz świetlny.

Zanim zdą­żyła sobie uzmy­sło­wić, co wła­ści­wie robi, zaczęła gme­rać przy pasie, wsu­wa­jąc dłoń pod zaku­rzone szaty, aby odna­leźć chłodną ręko­jeść, gotową do uży­cia. Chwy­ciła ją i zaczęła obra­cać meta­lowy cylin­der, aby zna­leźć akty­wa­tor, ale panika spra­wiała, że nie była w sta­nie myśleć jasno, mąciła jej wzrok.

- Jest tutaj! Pod kciu­kiem. Użyj go.

Marda naci­snęła, a ręko­jeść zawi­bro­wała Mocą, gdy żółte ostrze pło­ną­cej pla­zmy ożyło. Ten widok zaparł jej dech w pier­siach. Ostatni raz widziała tę broń w rękach Kevma. Od jego śmierci co jakiś czas myślała o tym, by ją akty­wo­wać, ale w jakiś dziwny spo­sób wyda­wało jej się to czymś na kształt świę­to­kradz­twa - odno­siła wra­że­nie, że w ten spo­sób zbez­cze­ści zarówno jego pamięć, jak i samą Moc. Teraz nie miała jed­nak wyboru.

- Prze­stań­cie! Natych­miast prze­stań­cie! - zawo­łała, a w jej gło­sie zabrzmiały ostre nuty groźby - coś, czego ni­gdy by się po sobie nie spo­dzie­wała. - Cof­nij­cie się!

Ban­dziory odwró­ciły się do niej - dwoje ludzi i zło­to­oki Kyuzo­anin.

- Cruk­ko­lona Jedi! - wark­nął Kyuzo­anin, spo­glą­da­jąc na buczące ostrze. - To nie twój inte­res. Odejdź. Spły­waj stąd, ale już.

- Nic z tego - odpo­wie­działa gło­sem drżą­cym nie­mal tak mocno, jak broń w jej rękach.

- A dla­cze­góż to niby, ślicz­notko? - zadrwił jeden z ludzi, męż­czy­zna o sze­ro­kich barach, z rudą czu­pryną i krzy­wymi zębami. - Bo co, Moc ci tak każe?

To prze­są­dziło o spra­wie. Nie musiała wie­dzieć nic wię­cej. Rudy bru­tal nie nale­żał do żad­nego z tutej­szych kul­tów. To, co robił, czy­nił tylko dla roz­rywki, a osoba nale­żąca do Ścieżki, wciąż sku­lona u jego stóp, zna­la­zła się po pro­stu w złym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie.

Marda zro­biła ostrożny krok do przodu.

- Mówi­łam, żeby­ście się cof­nęli...

Ciało na ziemi było nie­ru­chome. Na gwiazdy, dla­czego się nie ruszało? Cóż, przy­naj­mniej wskó­rała tyle, że napast­nicy się od niego odsu­nęli - cała trójka szła teraz w stronę Mardy.

Musiała użyć całej siły woli, żeby nie odwró­cić się na pię­cie i nie uciec.

- Nie jesteś Jedi - uświa­do­mił sobie Kyuzo­anin, uśmie­cha­jąc się paskud­nie pod prze­sła­nia­ją­cym mu usta woka­bu­la­to­rem, tłu­ma­czą­cym jego mowę na basic. - Jesteś jak on. Nale­żysz do tej sekty...

- Nie jeste­śmy sektą - zapro­te­sto­wała. Nie uszło jej uwagi, że mówiąc o ich ofie­rze, użył formy męskiej. A więc to nie Matka, dzięki niech będą Mocy! Sekundę póź­niej ulgę zastą­piło jed­nak poczu­cie winy. Nie miało zna­cze­nia, kogo bili - liczyło się tylko to, że prze­stali to robić, nawet jeśli tylko na chwilę.

- Nie zbli­żaj się - ostrze­gła go, moc­niej zaci­ska­jąc drżące palce na ręko­je­ści.

- Bo co? - prych­nął rudy rze­zi­mie­szek. - Zadźgasz nas tym swoim lase­ro­wym mie­czy­kiem?

- Cruk­ko­lona zabój­czyni pla­net. Ona nie wie, co robi! - par­sk­nął Kyuzo­anin, pod­cho­dząc bli­żej. - Pew­nie zna­la­zła go na ulicy. - Wycią­gnął do niej oble­czoną ręka­wicą dłoń. - Daj mi to, dziew­czyno, zanim zro­bisz komuś krzywdę. Praw­do­po­dob­nie samej sobie.

Marda nie wie­działa, czy to z powodu obe­lgi, tego zarzutu, powta­rza­nego wobec przed­sta­wi­cieli jej rasy, odkąd opu­ścili Eve­ron, czy też z powodu jaw­nego lek­ce­wa­że­nia zagro­że­nia, jakie sta­no­wiła, ale w jej trze­wiach roz­go­rzał nagle pło­mień. Sko­czyła naprzód - z więk­szą gra­cją niż kie­dy­kol­wiek pod­czas tre­nin­gów na pokła­dzie "Spoj­rze­nia", zama­chu­jąc się mie­czem świetl­nym, któ­rego ostrze cięło płyn­nie przez nad­gar­stek Kyuzo­anina. Obcy padł na kolana, wyjąc z bólu i ści­ska­jąc kikut drugą ręką. Nie zdą­żył nawet pod­nieść wzroku, gdy Marda bez zasta­no­wie­nia zaata­ko­wała ponow­nie, wbi­ja­jąc lśniące ostrze głę­boko w jego klatkę pier­siową. Jego żółte oczy otwo­rzyły się sze­rzej, a z woka­bu­la­tora wydo­był się dziwny beł­kot, gdy męż­czy­zna osu­nął się na bok i wylą­do­wał z cięż­kim łomo­tem na ziemi.

Marda wypu­ściła miecz świetlny z dłoni, jakby nagle zaczął ją parzyć, a ostrze natych­miast zga­sło. Co też uczy­niła? Led­wie zauwa­żyła, że towa­rzy­sze Kyuzo­anina wykrzy­kują jego imię i się­gają po bla­stery. Nie była w sta­nie ode­rwać wzroku od roz­cią­gnię­tego na ziemi obcego. Mar­twego.

Jak przez mgłę usły­szała huk wystrza­łów.

Rozdział drugi

Marda zamknęła oczy i cze­kała, aż bla­ste­rowe salwy prze­szyją jej pierś. Zawio­dła ich wszyst­kich. Matkę. Yanę. Nawet Kevma. Zwłasz­cza jego. Mylił się, tak bar­dzo się mylił we wszyst­kim, co robił, ale wie­działa, że ni­gdy nie użyłby swo­jej broni, by zabić. Być może będzie miała oka­zję go prze­pro­sić, gdy zjed­no­czy się z nim w Mocy, bo tam wła­śnie się zna­lazł. Była tego pewna - tak pewna, jak tego, że zoba­czy go ponow­nie. Nie takiego, jakim jawił się jej od swo­jej śmierci, ale tam­tego chłopca, który po raz pierw­szy poca­ło­wał ją na dal­nań­skim tar­go­wi­sku. Być może, gdyby teraz otwo­rzyła oczy, zoba­czyłaby go uśmiech­nię­tego, z jego skórą o bar­wie fal Oce­anu Stru­kiań­skiego...

Ale ból nie nad­szedł. Salwy jej nie dosię­gnęły. Zamiast tego, gdy otwo­rzyła oczy, zoba­czyła tylko kalej­do­skop barw: czer­wień bla­ste­ro­wych pro­mieni, roz­kwi­ta­ją­cych niczym gwiazdy na tle błę­kit­nego łuku. Roz­le­gły się krzyki i szloch, stłu­mione przez trudne do pomy­le­nia z czym­kol­wiek innym bucze­nie mie­cza świetl­nego. Opu­ściła wzrok na zie­mię, ale ni­gdzie nie widziała ręko­je­ści broni Kevma. To nie ją trzy­mała rów­nież Jedi, sto­jąca teraz mię­dzy nią a zbi­rami, z poły­skliwą tar­czą przy­mo­co­waną do jed­nego z jej opa­sa­nych owij­kami ramion i lśnią­cym mie­czem świetl­nym w dru­giej ręce. Jej płynne ruchy przy­wo­dziły na myśl nurt wart­kiego stru­mie­nia - była pełna gra­cji, a jed­no­cze­śnie ema­no­wała pew­no­ścią sie­bie, która budziła słuszną grozę: dało się dostrzec, że jeśli tylko zechce, potrafi być zabój­czo sku­teczna. Rudy bru­tal rzu­cił się na nią z gniew­nym okrzy­kiem, ale wysoka, smu­kła kobieta nawet nie mru­gnęła. Zamiast tego tar­cza ześli­zgnęła się z jej ramie­nia, jakby pchnięta nie­wi­dzialną siłą, i ude­rzyła w sze­roką klatkę pier­siową męż­czy­zny, oba­la­jąc go na plecy, po czym wró­ciła na jej nad­gar­stek. Mardę ogar­nęło zna­jome, mdlące uczu­cie obrzy­dze­nia, gdy zdała sobie sprawę, iż po raz kolejny jest świad­kiem, jak Jedi używa Mocy dla zwy­kłego kaprysu, nawet jeśli ozna­czało to, że ratuje jej życie. Ostatni czło­nek gangu chwy­cił oszo­ło­mio­nego towa­rzy­sza i odcią­gnął go w tył, stwier­dza­jąc, że to bitwa, któ­rej nie zdo­łają wygrać, zwłasz­cza gdy jeden z nich leży mar­twy na ziemi. Jedi nie ruszyła się z miej­sca, sto­jąc murem mię­dzy Mardą a wyco­fu­ją­cymi się zbi­rami. Dopiero gdy znik­nęli im z zasięgu wzroku, kobieta odwró­ciła się i spoj­rzała na Eve­renkę ciem­no­brą­zo­wymi oczami.

- Jesteś ranna?

Jej głos był dziw­nie spo­kojny i kojący, pomimo tej budzą­cej grozę sytu­acji, ale w żaden spo­sób nie mógł stłu­mić ognia, który pło­nął głę­boko w trze­wiach Mardy - pło­mie­nia wstydu, gniewu i potę­pie­nia jed­no­cze­śnie.

Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, ode­zwał się zna­jomy głos:

- Mardo?

Odwró­ciła się w stronę jego źró­dła tak szybko, że nie­mal zakrę­ciło jej się w gło­wie, ale kom­plet­nie się tym nie prze­jęła. Teraz nie liczyło się nic, oprócz...

- Matko! - wykrztu­siła, nie wie­rząc wła­snym oczom. - Matko! Ty żyjesz! Żyjesz!

Poru­sza­jąc się instynk­tow­nie, przy­sko­czyła do niej, obej­mu­jąc ramio­nami pro­ro­ki­nię, która spro­wa­dziła ich na Jedhę, i przy­tu­la­jąc ją mocno. Kobieta zesztyw­niała w jej uści­sku i Marda cof­nęła się o krok.

- Jesteś ranna? - spy­tała z nie­po­ko­jem.

Matka uśmiech­nęła się do niej, ale wyda­wała się dziw­nie star­sza niż wtedy, gdy przy­były na Księ­życ Piel­grzy­mów. Zmarszczki na jej twa­rzy jakby się pogłę­biły, a siwe pasma w jej wło­sach stały się bar­dziej wyra­zi­ste.

- Nic mi nie jest. Jestem bez­pieczna, Mardo - dzięki Silan­drze Sho. - Ski­nęła głową Jedi, nachy­la­ją­cej się teraz przed pole­głym Kyuzo­ani­nem, z mie­czem ponow­nie scho­wa­nym w kabu­rze i tar­czą przy­mo­co­waną do uprzęży noszo­nej na ple­cach. - Praw­dzi­wej słu­żeb­nicy Mocy - dodała gło­sem, w któ­rym pobrzmie­wało zmę­cze­nie.

Marda powio­dła wzro­kiem od Matki do Jedi i z powro­tem. Radość z powodu tego, że Ele­cia prze­żyła bitwę, zastą­piła dez­orien­ta­cja. Dla­czego Matka tak wychwa­lała Jedi - Jedi?! Jak w ogóle mogło jej przyjść do głowy, by nazy­wać ich słu­gami Mocy? Byli jej opraw­cami! Dzia­łali na nią destruk­cyj­nie...

- Co tu się wyda­rzyło? - spy­tała Sho, wyry­wa­jąc Mardę z zamy­śle­nia. Jej smu­kła dłoń spo­czy­wała tuż obok dziury wypa­lo­nej w piersi Kyuzo­anina.

- Ja... - Mardę ści­snęło w gar­dle od dła­wią­cego poczu­cia winy. Nie była w sta­nie wykrztu­sić nic wię­cej, ale nagle roz­legł się inny, głęb­szy głos:

- Zna­leź­li­śmy tego bie­daka leżą­cego na wznak.

Oczy trójki kobiet zwró­ciły się na Ovis­sia­nina, który pod­no­sił się wła­śnie z ziemi. Marda zdzi­wiła się, że choć przez chwilę mogła go wcze­śniej wziąć za Matkę, drobną i niskiej postury, w prze­ci­wień­stwie do obcego. Sze­ro­ko­usty i nie­wiele star­szy od Eve­renki męż­czy­zna miał ze dwa metry wzro­stu, a jego ramiona były rów­nie sze­ro­kie jak roz­ło­ży­ste rogi, wyra­sta­jące z pła­skiej głowy. Zaschnięta krew, pla­miąca szaty Ovis­sia­nina, naj­wy­raź­niej nie nale­żała do niego - jego wła­sna posoka o bar­wie mie­dzia­nej patyny obfi­cie sączyła się z roz­cię­cia na czole i zaskle­piała wokół otworu po wyrwa­nym kle, który powi­nien wysta­wać z lewej strony jego pod­bródka. Czy wyrwali mu go ci oprawcy?

- Marda pró­bo­wała go ocu­cić - dodał, zer­ka­jąc na dziew­czynę - ale bez­sku­tecz­nie.

- Trudno ocu­cić kogoś prze­bi­tego mie­czem świetl­nym - sko­men­to­wała bez­na­mięt­nie Jedi.

- I wtedy te... potwory nas zaata­ko­wały - wykrztu­sił Ovis­sia­nin, po czym opadł na jedno kolano i dokoń­czył schryp­nię­tym, led­wie sły­szal­nym gło­sem: - Obwi­nia­jąc za to, co...

Z tru­dem zaczerp­nął tchu i zachwiał się. Sho przy­sko­czyła do niego, ale Marda przy­pa­dła do jego boku pierw­sza, rzu­ca­jąc Jedi spoj­rze­nie, na widok któ­rego ta zasty­gła w bez­ru­chu. Gdyby tylko zdo­łała wcze­śniej zatrzy­mać w ten sam spo­sób napast­ni­ków...

- Dzię­kuję - szep­nęła do szma­rag­do­wo­skó­rego olbrzyma, wdzięczna za kłam­stwa, chro­niące ją przed gnie­wem Jedi. Spoj­rzał na nią swoim jedy­nym zdro­wym okiem i odchrząk­nął chra­pli­wie.

- Miecz wto­czył się pod szczątki po two­jej pra­wej - dodał szep­tem, ale jego głos brzmiał zde­cy­do­wa­nie pew­niej niż wcze­śniej. - Po tym, jak go upu­ści­łaś.

Marda nie odwa­żyła się spoj­rzeć w tę stronę - na wypa­dek gdyby dostrze­gła to Jedi. Nie cho­dziło o to, że nie chciała sta­wić czoła kon­se­kwen­cjom swo­ich czy­nów... to zna­czy, nie do końca - po pro­stu nie była jesz­cze gotowa oddać tego, co nale­żało do Kevma.

- Och, mój bie­daku! Twoje obra­że­nia... - powie­działa Matka, pod­cho­dząc i ujmu­jąc wielką łapę Ovis­sia­nina w swoją dłoń, uwa­ża­jąc przy tym, aby nie ura­zić zdar­tych do krwi knykci, które świad­czyły o tym, że wal­czył męż­nie, zanim został powa­lony przez napast­ni­ków.

- Wydo­brzeję - zapew­nił ją, pochy­la­jąc z sza­cun­kiem głowę. - Z woli Mocy.

- Moc wybawi nas wszyst­kich - odpo­wie­działa Matka. - Tyle mogę ci obie­cać.

Marda jed­nak tylko poło­wicz­nie sku­piała się na wymia­nie zdań mię­dzy wyznawcą Ścieżki a pro­ro­ki­nią. Zamiast tego patrzyła na Jedi, która wciąż badała ranę szpe­cącą klatkę pier­siową Kyuzo­anina. Tuż obok niej, pod kawał­kiem gruzu, Marda dostrze­gała cha­rak­te­ry­styczny, sre­brzy­sty błysk ręko­je­ści mie­cza świetl­nego Kevma. Gdyby Sho spoj­rzała w bok...

- Powin­ni­śmy już iść - powie­działa, odwra­ca­jąc się w stronę kobiety. - Mistrzyni Jedi, dzię­ku­jemy za zwró­ce­nie nam Matki, ale teraz musimy zabrać ją na nasz sta­tek...

Sho wstała, porzu­ca­jąc oglę­dziny ciała.

- Będę wam towa­rzy­szyć.

Marda zro­biła krok naprzód.

- Nie.

Pro­test zabrzmiał ostrzej, niż pla­no­wała, i Jedi zmru­żyła lekko oczy. Eve­renka unio­sła dłoń w geście prze­pro­sin, doda­jąc nieco łagod­niej:

- Chcę przez to powie­dzieć, że to nasz obo­wią­zek. Jestem Prze­wod­niczką Ścieżki Otwar­tej Dłoni...

- Czyżby? - zapy­tała Sho, a Marda z całej siły sta­rała się nie skrzy­wić, sły­sząc nie­do­wie­rza­nie w gło­sie Jedi.

- Zabiorę moich ludzi w bez­pieczne miej­sce.

Sho na­dal nie zamie­rzała się odda­lić. Czy wszy­scy Jedi byli tak uparci? Gdzieś zza ple­ców Mardy dobie­gło drwiące:

- Tak.

- Nie poma­gasz - mruk­nęła cicho pod adre­sem Kevma. Jej myśli krą­żyły jak osza­lałe. Jeśli Jedi pozwoli im odejść, będzie mogła wró­cić i odzy­skać miecz świetlny. Ale co, jeśli Sho wezwie tu wię­cej swo­ich towa­rzy­szy? Co, jeśli w jakiś spo­sób wyczuje drę­czące Mardę poczu­cie winy?

Z ponu­rych roz­my­ślań wyrwał ją nagły sygnał komu­ni­ka­tora Jedi. Sho unio­sła nad­gar­stek do ust, odwra­ca­jąc się nieco, aby ode­brać połą­cze­nie.

- Tu Sho.

- Silan­dro? Gdzie jesteś? - zapy­tał męski głos, a na linii poja­wiły się zakłó­ce­nia. - Cze­kamy na cie­bie na pokła­dzie repu­bli­kań­skiego statku trans­por­to­wego...

- Eskor­to­wa­łam Matkę Ścieżki Otwar­tej Dłoni do jej statku - odpo­wie­działa Sho.

- I wypeł­niła to zada­nie dosko­nale, mistrzu Sun - wtrą­ciła Matka, pod­no­sząc głos tak, aby było ją sły­chać przez łącze. - Ale teraz, skoro jestem już ponow­nie pośród swo­ich, mistrzyni Sho powinna wró­cić do wła­snych obo­wiąz­ków. Jeste­śmy jej dozgon­nie wdzięczni za pomoc.

- Jesteś tego pewna? - spy­tała mistrzyni, przy­glą­da­jąc się z namy­słem Mar­dzie, która poczuła, jak jej szare policzki ciem­nieją pod czuj­nym spoj­rze­niem Jedi.

Matka uśmiech­nęła się życz­li­wie, łącząc przed sobą dło­nie w uni­wer­sal­nym sym­bolu pokoju.

- Pro­szę... Cho­ciaż możemy ni­gdy nie zgo­dzić się w kwe­stiach uży­wa­nia Mocy, nie mogła­bym - nie śmia­ła­bym! - nie doce­nić war­to­ści two­jej pracy. Jedha cię potrze­buje, Silan­dro. Idź - z moim bło­go­sła­wień­stwem.

Marda tylko z naj­wyż­szym tru­dem stłu­miła cisnące jej się na usta wes­tchnie­nie ulgi, gdy Jedi zło­żyła im krótki ukłon i rzu­ciła na poże­gna­nie:

- Niech Moc będzie z tobą - i two­imi ludźmi.

- Zawsze jest - odparła Matka, gdy kobieta w końcu odwró­ciła się na pię­cie i puściła się bie­giem przed sie­bie z komu­ni­ka­to­rem przy ustach.

Marda miała ochotę zapaść się pod zie­mię i szlo­chać, ale nie chciała oka­zy­wać sła­bo­ści w obec­no­ści Matki i tego nie­zna­nego jej Ovis­sia­nina. Łzy mogły pocze­kać. Zamiast tego, gdy tylko upew­niła się, że Jedi nie zamie­rza zawró­cić, przy­pa­dła do sterty gruzu i wydo­była spod niej miecz świetlny.

- Dobrze się spi­sa­łaś - pochwa­liła ją Matka, gdy dziew­czyna odwró­ciła się z ręko­je­ścią spo­czy­wa­jącą bez­piecz­nie w jej dłoni.

- Naprawdę? - spy­tała, despe­racko sta­ra­jąc się nie patrzeć na ciało leżące u jej stóp.

- Ura­to­wa­łaś mi życie - zauwa­żył Ovis­sia­nin.

- A ty oca­li­łeś mnie - odparła Marda. - Byłam pewna, że ta Jedi się domy­śli... albo przy­naj­mniej będzie coś podej­rze­wała...

- To w tej chwili bez zna­cze­nia - ucięła Matka. - W tej chwili liczy się tylko, żeby zosta­wili nas w spo­koju.

- Nazwa­łaś ją słu­żeb­nicą Mocy - zauwa­żyła Marda, wciąż zasko­czona. - Dałaś jej swoje bło­go­sła­wień­stwo...

- Dałam jej to, co chciała usły­szeć - odpo­wie­działa ostro Matka. - Schle­bia­łam jej ego, nic poza tym.

- Ale...

- Nie ma żad­nego "ale". Byli­śmy w nie­bez­pie­czeń­stwie. Musia­łam... - Urwała, zaczer­pu­jąc gwał­tow­nie tchu i przy­ci­ska­jąc dłoń do boku.

Marda, podob­nie jak Ovis­sia­nin, natych­miast przy­sko­czyła do ich przy­wód­czyni, aby ją wes­przeć, zanim upad­nie.

- Jesteś ranna - zanie­po­ko­iła się, dostrze­ga­jąc na jej pal­cach ślady świe­żej krwi.

- To nic takiego - zapew­niła ją Matka, choć napię­cie w jej gło­sie zaprze­czało tym sło­wom. - Zaapli­kuję sobie pakiet rejuvu, gdy tylko znaj­dziemy się na statku Słonka.

- Słonka? - zapy­tała Marda. - Ale prom...

- Prom został znisz­czony - weszła jej w słowo Matka. Gdy Ovis­sia­nin zdo­łał ode­rwać jej rękę od rany, zbla­dła zauwa­żal­nie.

Na widok kawałka metalu ster­czą­cego z jej boku Marda zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu.

- Odła­mek... - odchrząk­nął Ovis­sia­nin, bada­jąc ranę. - Utkwił głę­boko...

- Jesteś leka­rzem? - spy­tała Marda, ale obcy potrzą­snął głową.

- Powiedzmy, że widzia­łem wiele ran odnie­sio­nych w walce - rzu­cił, po czym sku­pił całą swoją uwagę ponow­nie na Matce, popa­tru­jąc na nią z podzi­wem. - To nie­sa­mo­wite, że szłaś w takim sta­nie... i w dodatku pyta­łaś o moje obra­że­nia, pod­czas gdy twoje wła­sne...

Matka prze­su­nęła dło­nią po policzku Ovis­sia­nina.

- Moc o nas dba... Jak cię zwą?

- Bokana - przed­sta­wił się Ovis­sia­nin, z dumą wypo­wia­da­jąc swoje imię. - Bokana Koss. Świeżo nawró­cony na waszą Ścieżkę.

- Na naszą Ścieżkę, Bokano - popra­wiła go łagod­nie Matka. - Naszą wspólną.

- Która utraci swoją przy­wód­czy­nię, jeśli natych­miast nie zabie­rzemy cię na pokład "Szpi­gatu" - wtrą­ciła Marda, nagle czu­jąc się bar­dziej niż odro­binę zapo­mniana. - Czy wiesz, gdzie go szu­kać?

Matka ski­nęła głową, obli­zu­jąc spierzch­nięte wargi.

- Na pry­wat­nym lądo­wi­sku, nie­da­leko Świą­tyni Roalj... nale­żą­cym do jed­nego z naszych dar­czyń­ców.

Nie­stety, od świą­tyni dzie­lił ich długi marsz przez całe mia­sto - podróż, która byłaby trudna nawet gdyby Matka nie sła­bła wraz z każ­dym poko­na­nym kro­kiem. Spora część mia­sta pło­nęła, wciąż toczyły się walki mię­dzy Straż­ni­kami Whil­lów a eiram­skimi dro­idami-egze­ku­to­rami, zaś opor­tu­ni­ści bez skrę­po­wa­nia plą­dro­wali miej­sca kultu. Marda wciąż pró­bo­wała wywo­łać Yanę, prze­ska­ku­jąc mię­dzy kana­łami w poszu­ki­wa­niu choć jed­nego, który byłby wolny od zakłó­ceń spo­wo­do­wa­nych bitwą. Jedi mieli łącz­ność ze sobą, więc dla­czego ona napo­ty­kała same pro­blemy?

- Tędy - mruk­nął Bokana, gdy musieli się zatrzy­mać, bo natra­fili na kolejne zamieszki. Rzu­cił się w stronę alejki wci­śnię­tej mię­dzy budynki o wypo­le­ro­wa­nych przez burze pia­skowe ścia­nach, jakimś cudem wciąż w miarę nie­tknię­tych.

- Jesteś pewien? - zapy­tała Marda.

- Nie kwe­stio­nuj jego decy­zji, Mardo! - wark­nęła Matka. Jej wyrzut ubódł dziew­czynę, choć ból zamie­nił się w tro­skę, gdy pro­ro­kini potknęła się i upa­dła.

- Matko!

- Nie dam rady... iść dalej... - wysa­pała Ele­cia. - Jestem... zbyt zmę­czona.

- Poniosę cię - zapro­po­no­wał Bokana, pod­no­sząc kobietę.

- Sam jesteś ranny - zauwa­żyła Marda.

- Pora­dzę sobie - zapro­te­sto­wał, bio­rąc Matkę w swoje silne ramiona, choć nie zdo­łał stłu­mić jęku, który wydarł się z jego roz­chy­lo­nych ust, gdy śpie­szyli w stronę zaułka.

- Jesteś pewien, że to wła­ściwa droga? - powtó­rzyła Marda, gdy w pobliżu roz­le­gły się odgłosy kolej­nych eks­plo­zji. Zamiast odpo­wie­dzieć, przy­śpie­szył tylko, ale z każ­dym kro­kiem jego chód sta­wał się coraz bar­dziej chwiejny.

W pew­nym momen­cie, gdy bie­gli, coś przy­kuło uwagę Mardy - coś na skraju jej pola widze­nia: błysk czer­wieni na szczy­cie ściany po ich pra­wej stro­nie. Czy w pobliżu prze­miesz­czało się jakieś zwie­rzę? Marda bez zasta­no­wie­nia dobyła mie­cza świetl­nego Kevma, ale powstrzy­mała się przed zapa­le­niem ostrza. Ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że przy­pad­kowo chla­śnie Bokanę w nogę, ale trzy­ma­jąc ręko­jeść w dłoni czuła się lepiej, nawet jeśli wspo­mnie­nia, które ta przy­wo­ły­wała, były w tej chwili dla niej trud­niej­sze do roz­szy­fro­wa­nia niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

- Już pra­wie jeste­śmy! - stęk­nął Bokana, wpa­da­jąc w ostry zakręt.

Marda podą­żyła instynk­tow­nie za nim i wyha­mo­wała dosłow­nie w ostat­niej chwili, by nie wpaść na niego, gdy się zatrzy­mał, nie­omal prze­wra­ca­jąc przy tym Matkę.

- Ostroż­nie! - wark­nęła, zanim zdała sobie sprawę, co się wła­ści­wie stało. - To ślepy zaułek!

Ovis­sia­nin zachwiał się lekko na nogach i wybeł­ko­tał nie­wy­raź­nie:

- Prze­pra­szam, ja... myśla­łem, że wiem, dokąd nas pro­wa­dzę. Byłem tego taki pewien... - Urwał i ponow­nie się zachwiał, dysząc ciężko.

Jedno wie­dzieli na pewno: nie mogli tu zostać. Teraz od Mardy zale­żało, czy cała trójka dotrze w bez­pieczne miej­sce.

- Powo­dze­nia - par­sk­nął trupi głos w jej gło­wie, ale słowa natych­miast zagłu­szył głę­boki gar­dłowy war­kot, dobie­ga­jący zza ich ple­ców.

Gdy Marda się odwró­ciła, zoba­czyła dzi­kie oczy stwora wpa­tru­ją­cego się w nich wygłod­nia­łym wzro­kiem.

Kevmo miał rację: będzie teraz potrze­bo­wała dużo szczę­ścia.

Prze­ły­ka­jąc ciężko, akty­wo­wała miecz świetlny.

Rozdział trzeci

Sytu­acja na Jedzie była tak zła, jak Yana się spo­dzie­wała. Nie - wła­ści­wie to nawet gor­sza. Znacz­nie gor­sza. Powinna prze­wi­dzieć, jak sprawy się poto­czą, w chwili, gdy tylko wysia­dła z promu "Elek­trycz­nego Spoj­rze­nia" i wmie­szała się w tłum piel­grzy­mów. Powie­trze wyda­wało się tu gęste od dła­wią­cych woni przy­praw i nara­sta­ją­cego z każdą chwilą napię­cia, na uli­cach ście­rały się ze sobą grupy wyznaw­ców i róż­nych frak­cji Mocy. Przez cały czas tak zwane Zgro­ma­dze­nie Mocy pró­bo­wało sze­rzyć pokój i har­mo­nię mię­dzy róż­nymi kul­tami, pro­mu­jąc festi­wal, który miał zjed­no­czyć Święte Mia­sto... ale w rze­czy­wi­sto­ści tylko pogłę­bił ist­nie­jące od wielu lat podziały.

Pod wie­loma wzglę­dami wszystko to było Matce na rękę. Plan, uło­żony wraz z Herol­dem, wyda­wał się dość pro­sty: Werth Plo­uth wystąpi z pety­cją do Zgro­ma­dze­nia o zakaz jakich­kol­wiek form uży­wa­nia Mocy w obrę­bie murów mia­sta, a ten wnio­sek zosta­nie natu­ral­nie z miej­sca odrzu­cony. Wów­czas Herold zaape­luje do tłu­mów zebra­nych przed budyn­kiem Zgro­ma­dze­nia, prze­ko­nu­jąc ich, że rada nie słu­cha głosu roz­sądku, że chcą słu­żyć tylko sobie, a nie Mocy. Wyda­rze­nia poto­czyły się dokład­nie tak, jak prze­wi­działa Matka, a słowa Herolda tak roz­wście­czyły tłum, że zwró­cił się prze­ciwko Zgro­ma­dze­niu, gdy tylko użyt­kow­nicy Mocy wybie­gli ze swo­ich kom­nat, aby zoba­czyć, co się dzieje.

Wtedy do akcji wkro­czyła Yana, uwal­nia­jąc Niwe­la­tora. Upiorne stwo­rze­nie nie zaata­ko­wało, nie żero­wało, ale sama jego obec­ność wystar­czyła, aby dopro­wa­dzić użyt­kow­ni­ków Mocy do sza­leń­stwa. Nie­zdolni roz­róż­nić, co jest rze­czy­wi­sto­ścią, a co oma­mem, człon­ko­wie Zgro­ma­dze­nia wpa­dli w panikę, wyko­rzy­stu­jąc swoje umie­jęt­no­ści prze­ciwko zgro­ma­dzo­nym, któ­rzy z kolei zare­ago­wali stra­chem, wznie­ca­jąc zamieszki na Placu Pro­szal­nym. Prze­moc roz­prze­strze­niła się jak pożoga, a wów­czas Herold i Yana wyco­fali się, gotowi wpro­wa­dzić w życie drugą fazę planu.

Oka­zało się, że Matka miała swo­ich agen­tów na całej Jedzie. Nawią­zy­wała tu kon­takty od mie­sięcy - bez wąt­pie­nia to wła­śnie dla­tego tak bar­dzo sprze­ci­wiała się wysła­niu Ścieżki na Księ­życ Piel­grzy­mów, gdy Marda zasu­ge­ro­wała to po raz pierw­szy. Jej wtyki od tygo­dni plą­dro­wały sank­tu­aria i świą­ty­nie, krad­nąc reli­gijne arte­fakty, aby sprze­dać je na czar­nym rynku i sfi­nan­so­wać dzia­ła­nia Ścieżki. Ale siatka Ele­cii oka­zała się nie­zbyt impo­nu­jąca - skła­dała się z drob­nych zło­dzie­jasz­ków i szem­ra­nych typów, nawet nie­do­my­śla­ją­cych się praw­dzi­wych powo­dów, dla któ­rych Ścieżka zja­wiła się na Jedzie. Różdżka Brza­sku była legen­dar­nym arte­fak­tem i w połą­cze­niu z Różdżką Pór Roku - już pozy­skaną przez Yanę z pałacu kró­lew­skiego na Hyne­stii - pozwa­lała na pełną kon­trolę nad Niwe­la­to­rem. Ale Różdżka Brza­sku zagi­nęła i aby ją zdo­być, Matka potrze­bo­wała swo­ich Dzieci - co sta­no­wiło pro­blem, ponie­waż Yana prze­trwała jako jedyna. Cała reszta zgi­nęła, zło­żona przez Matkę w ofie­rze na ołta­rzu jej wybu­ja­łych ambi­cji.

Zgro­ma­dzono więc nowy zespół. W jego skład weszły osoby, które w prze­szło­ści dobrze roko­wały, a Herold wybrał kilku nowych człon­ków, takich jak Shea Ganan­dra, uta­len­to­wana inży­nier, zaska­ku­jąco dobrze wyszko­lona w walce, oraz Bar­kov, potężny Lasat, doko­op­to­wany - jak podej­rze­wała Yana - bar­dziej ze względu na swój roz­miar niż umie­jęt­no­ści. Pod­czas gdy wła­dze pró­bo­wały uspo­koić motłoch, nowe Dzieci Matki zakra­dły się do jedhań­skich archi­wów, wyko­rzy­stu­jąc wska­zówki dostar­czone przez jeden z najbar­dziej zaufa­nych kon­tak­tów Ele­cii w Świę­tym Mie­ście. Wkrótce prze­trzą­snęli Świą­ty­nię Whil­lów i Archiwa Dra­gi­gań­skie, ale po prze­klę­tej różdżce nie było ani śladu.

Koń­czył im się już czas i Yana zamie­rzała porzu­cić misję, gdy poja­wił się nowy trop - pogło­ski o taj­nym skarbcu Jedi na pustyni, a kon­kret­nie na obsza­rze zna­nym jako Wydmy Kon­tem­pla­cji. Przez wieki na straży miej­sca, w któ­rym podobno znaj­do­wał się skar­biec, stał gigan­tyczny posąg samot­nego Jedi. Gdy jed­nak tam dotarli, potężna sta­tua została już oba­lona przez pro­te­stu­ją­cych prze­ciwko zako­nowi. Moc uśmiech­nęła się do nich po raz pierw­szy, gdy dowie­dzieli się, że posąg nie strzegł skarbca - sam nim był, a w środku ukryto tysiące arte­fak­tów, w tym legen­darną Różdżkę Brza­sku.

Herold ucie­szył się, zwłasz­cza gdy kon­takt Matki ostrzegł ich, że posiłki Jedi są już w dro­dze. Nie mógł się docze­kać oka­zji na prze­te­sto­wa­nie mocy połą­czo­nych róż­dżek - i sko­rzy­stał z niej skrzęt­nie, gdy tylko się nada­rzyła.

Legendy oka­zały się praw­dziwe. Teraz, gdy mieli oba arte­fakty, Niwe­la­tor był im cał­ko­wi­cie posłuszny. Yana na wła­sne oczy zoba­czyła, jak potworna bestia żeruje na selo­niań­skiej Jedi, a szare futro użyt­kow­niczki Mocy zamie­nia się na ich oczach w kamień.

A potem... potem wszystko zaczęło iść na opak. Zja­wił się kolejny Jedi w towa­rzy­stwie fio­le­to­wo­skó­rego Sephia­nina, uży­wa­ją­cego prze­ciwko nim jed­nego z wielu arte­fak­tów ze skarbca.

Niwe­la­tor jako pierw­szy padł ofiarą mocy sta­ro­żyt­nej ręka­wicy, którą Sephia­nin nasu­nął sobie na dłoń. Być może awa­tar Mocy Matki nie był tak nie­znisz­czalny, jak począt­kowo sądzili... podob­nie jak Herold, na tyle nie­roz­sądny, by chwy­cić za miecz świetlny i zaata­ko­wać Jedi, Kif­fara, opie­ra­ją­cego się wpły­wowi Niwe­la­tora i sta­wia­ją­cego opór.

Wciąż wal­czyli, ale Herold, choć uta­len­to­wany, nie mógł poko­nać Jedi, szko­lo­nego w walce od lat. W innych oko­licz­no­ściach Yana pośpie­szy­łaby mu z pomocą, ale teraz miała na gło­wie inne pro­blemy, a mia­no­wi­cie Niwe­la­tora, który leżał na boku, skom­ląc jak ranny ogar kath.

- Wsta­waj! - wark­nęła do stwora, trzy­ma­jąc w dło­niach obie różdżki. Niwe­la­tor pró­bo­wał wypeł­nić roz­kaz, ale nie był w sta­nie pod­nieść się z ziemi, roz­cią­gnięty obok ska­mie­nia­łych zwłok swo­jej ostat­niej ofiary.

- Yana! - krzyk­nął ktoś.

To jed­nak nie Herold, wciąż ście­ra­jący się z Jedi na mie­cze świetlne, ale Shea Ganan­dra. Wal­czyła z Sephia­ni­nem, teraz pozba­wio­nym swo­jej prze­klę­tej ręka­wicy, ale wciąż udo­wad­nia­ją­cym, że i bez niej potrafi być god­nym prze­ciw­ni­kiem.

Yana powio­dła wzro­kiem od stwo­rze­nia do inży­nierki, z każdą chwilą tra­cą­cej prze­wagę, i z powro­tem. Wie­działa, jak bar­dzo wście­kłaby się Matka, gdyby wró­cili bez jej pupila...

- Na litość burz! - syk­nęła, zosta­wia­jąc Niwe­la­tora w miej­scu, w któ­rym zaległ, i pod­bie­ga­jąc do Shei.

Na jej widok Sephia­nin otwo­rzył sze­rzej oczy, ale uchy­lił się w porę, nim zdą­żyła go dosię­gnąć zakrzy­wio­nym ostrzem różdżki. Chwy­cił jej drzewce, obró­cił się i zła­mał ją na pół. Yana rzu­ciła się naprzód, wciąż uzbro­jona w Różdżkę Pór Roku, pod­czas gdy Sephia­nin trzy­mał szczątki Różdżki Brza­sku. Shea pró­bo­wała go schwy­cić, gdy Yana odzy­ski­wała rów­no­wagę, ale obcy wymie­rzył silny kop­niak w jej klatkę pier­siową. Nie­mal natych­miast zwró­cił się w stronę Yany i zaata­ko­wał ją uszko­dzoną bro­nią. Dziew­czyna zamach­nęła się i klinga Różdżki Pór Roku naparła na ostrą jak brzy­twa kra­wędź dru­giego arte­faktu. Yana wciąż jed­nak nie mogła zdo­być prze­wagi nad prze­ciw­ni­kiem, a Sephia­nin obró­cił się i opu­ścił zła­mane drzewce na jej głowę...

Przed oczami zami­go­tały jej gwiazdy i upa­dła, mocno ude­rza­jąc o zie­mię. Zanim zdą­żyła się otrzą­snąć, Sephia­nin stał nad nią z Różdżką Brza­sku wyce­lo­waną w jej serce.

- Ani drgnij - wark­nął, dysząc ciężko. - Tak będzie dla cie­bie lepiej. Dla nas obojga.

Przez chwilę Yana zasta­na­wiała się, czy posłu­chać. Tak łatwo byłoby zerwać się na równe nogi, zmu­sić napast­nika do pchnię­cia zakrzy­wio­nym ostrzem. To by wszystko zakoń­czyło, w ten czy inny spo­sób. Koniec z gnie­wem. Koniec z żalem. Sły­szała już nawet woła­nie Kor:

- Yana! Yano...!

Na burze, jak bar­dzo Yana chcia­łaby do niej dołą­czyć...

Ale wszech­świat miał inne plany. Sephia­nin odwró­cił się, gdy za jego ple­cami roz­le­gło się war­cze­nie. Niwe­la­tor w końcu podźwi­gnął się z ziemi i ruszył na wroga. Naj­wy­raź­niej jego obra­że­nia nie były tak poważne, jak wcze­śniej przy­pusz­czała. Może to żądza zemsty pchała go naprzód, a może wezwa­nie Różdżki Pór Roku, która wciąż znaj­do­wała się w rękach Yany. Tak czy ina­czej, huma­no­idalny obcy nie miał szans, gdy potwór sko­czył i wylą­do­wał na jego klatce pier­sio­wej, powa­la­jąc go na zie­mię. Różdżka Brza­sku wypa­dła mu z ręki, odta­cza­jąc się na bok, gdy Niwe­la­tor przy­gniótł męż­czy­znę do zapy­lo­nej pod­łogi. Ślina kapiąca z pyska stwo­rze­nia zale­wała wykrzy­wioną z wysiłku twarz Sephia­nina, gdy ten pró­bo­wał ode­pchnąć kła­piące szczęki z dala od sie­bie.

Przez cały ten czas w uszach Yany roz­brzmie­wał głos z zaświa­tów:

- Yana! Yano...! Yano, sły­szysz mnie?

Tyle tylko, że... ten głos nie nale­żał do Kor. To była Marda!

Yana obró­ciła się w prawo, dostrze­ga­jąc swój komu­ni­ka­tor na ziemi. To z niego dobie­gał prze­ra­żony głos Mardy.

Się­gnęła po urzą­dze­nie, aby ode­brać.

- Marda? Mardo, sły­szę cię! Potrze­bu­jemy pomocy...

Ale Marda albo nie sły­szała, albo nie mogła jej pomóc, a to dru­gie wyja­śnie­nie sta­wało się coraz bar­dziej realne, gdy jej bła­ga­nia nie usta­wały:

- W pobliżu kosmo­portu... Oni... oni nas zabiją, Yano...! Matka... ranna... Potrze­buję cię, kuzynko... Potrze­buję Niwe­la­tora...

Yana pod­nio­sła wzrok na Herolda, wciąż ata­ko­wa­nego zacie­kle przez Jedi, który, zgod­nie z przy­sięgą zło­żoną zako­nowi, robił wszystko, by obez­wład­nić prze­ciw­nika, zamiast go zabi­jać. Ni­gdzie nie widziała Różdżki Brza­sku, zagu­bio­nej gdzieś pośród szcząt­ków skarbca. Shea przy­sko­czyła do Eve­renki, pró­bu­jąc podźwi­gnąć ją na nogi, póki Sephia­nin siło­wał się z Niwe­la­to­rem, ale sytu­acja jesz­cze się pogor­szyła, gdy do sali wtar­gnęła druga Jedi, brą­zo­wo­skóra kobieta trzy­ma­jąca się za brzuch.

- Yano, musimy się stąd wydo­stać! - jęk­nęła Shea, potrzą­sa­jąc nią. - Na zewnątrz są sku­tery. Możemy wró­cić nimi do mia­sta...

- Ale Herold...

- Już po nim. My wciąż mamy szansę prze­żyć.

"Podob­nie jak Marda" - pomy­ślała Yana, podej­mu­jąc decy­zję.

Zerwała się na równe nogi, odszu­kała zgu­bioną różdżkę i wraz z Sheą puściły się bie­giem przed sie­bie, zosta­wia­jąc Herolda na pastwę losu. Gdy dotarły do zapar­ko­wa­nych na zewnątrz sku­te­rów repul­so­ro­wych, Yana wsko­czyła na sio­dełko naj­bliż­szego z nich, odpa­liła sil­nik i z rykiem wystar­to­wała. Zale­d­wie chwilę póź­niej dotarło do niej, że ktoś za nimi podąża... To jed­nak nie była Jedi, ale Niwe­la­tor, bie­gnący za nimi co sił w łapach, zmu­szony do podą­ża­nia za zewem różdżki.

Misja zakoń­czyła się klę­ską, ale wciąż miała szansę oca­lić Mardę... O ile nie dotrze do niej za późno...

Rozdział czwarty

Stwór był jed­nym z war­ga­ra­nów - bestii, z któ­rymi Marda miała już do czy­nie­nia.

Nie­zwy­kle rzad­kie - i jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczne - dra­pież­niki zostały spro­wa­dzone na Jedhę przez pozba­wio­nego skru­pu­łów han­dla­rza, liczą­cego na to, że zbije for­tunę, wysta­wia­jąc (a może nawet sprze­da­jąc) bestie pod­czas Festi­walu Rów­no­wagi, mię­dzy­wy­zna­nio­wego wyda­rze­nia orga­ni­zo­wa­nego przez Zgro­ma­dze­nie w celu zjed­no­cze­nia frak­cji prze­by­wa­ją­cych na Jedzie. Na nie­szczę­ście dla wszyst­kich, w tym samego biz­nes­mena, zwie­rzęta zostały wypusz­czone z kla­tek przez jedną z Malucz­kich Mardy, despe­racko pra­gnącą "postą­pić wła­ści­wie" i zupeł­nie nie­przy­go­to­waną na kon­se­kwen­cje swo­ich dzia­łań. Marda towa­rzy­szyła Nad­die, gdy po raz pierw­szy zoba­czyły war­ga­rany, piękne, ale i budzące współ­czu­cie w swo­ich klat­kach. Potężne, o smu­kłych cia­łach poro­śnię­tych pió­rami w pło­mien­nych odcie­niach zacho­dzą­cego słońca, bar­dziej przy­po­mi­na­jące gady niż ssaki, leżały za kra­tami swo­ich kla­tek, spo­glą­da­jąc żało­śnie na świat, na któ­rym ni­gdy nie miały zaznać wol­no­ści. Nad­die zro­biło się ich żal, zwłasz­cza gdy han­dlarz zaczął o nich opo­wia­dać, chcąc zacie­ka­wić poten­cjalne klientki:

- War­ga­rany to łowcy - powie­dział, bły­ska­jąc w uśmie­chu swo­imi zło­tymi zębami. - Dra­pież­niki. I do tego sprytne. Polują w sfo­rach - zło­żo­nych z nie wię­cej niż trzech osob­ni­ków - i wyczu­wają ofiary poprzez szmery, które te pozo­sta­wiają w Mocy.

Nad­die była tak zbul­wer­so­wana ich opła­ka­nym poło­że­niem, że gdy Marda nie patrzyła, wymknęła się i otwo­rzyła klatki, uwal­nia­jąc zwie­rzęta.

Odpła­ciły się dziew­czynce za jej dobroć, ata­ku­jąc ją, gdy tylko wyrwały się na zewnątrz. Nad­die prze­żyła wyłącz­nie dzięki szyb­kiej reak­cji Mardy, choć pamiątka po tej przy­go­dzie miała jej zostać do końca życia - w postaci paskud­nych blizn. Nie­stety, inni nie oka­zali się takimi szczę­śliw­cami - wiele osób zgi­nęło, gdy stwo­rze­nia wdarły się na główny rynek Jedhy, mor­du­jąc każ­dego, kto nie mógł ucie­kać wystar­cza­jąco szybko. To nie była wina zwie­rza­ków. Kie­ro­wały się jedy­nie instynk­tem, ale ofiar przy­by­łoby, gdyby Matka nie inter­we­nio­wała, mobi­li­zu­jąc człon­ków Ścieżki, aby powstrzy­mać stwory i zago­nić je z powro­tem do kla­tek. Oca­leni okrzyk­nęli ich boha­te­rami, a Matka została nawet zapro­szona do wzię­cia udziału w zakoń­czo­nych osta­tecz­nie fia­skiem roz­mo­wach poko­jo­wych mię­dzy Eira­mem a E'ronoh.

Jed­nak fakt, iż dwa duże war­ga­rany stały tu teraz, wpa­tru­jąc się w nich wygłod­nia­łym wzro­kiem, dowo­dził, że albo wysiłki Ścieżki podej­mo­wane w celu schwy­ta­nia zwie­rząt nie oka­zały się tak sku­teczne, jak wcze­śniej sądzono, albo war­ga­rany po raz kolejny ucie­kły pod­czas zamie­szek. Nie wyglą­dały już co prawda rów­nie maje­sta­tycz­nie, co wcze­śniej - tu i ówdzie na ich cia­łach można było dostrzec łyse placki po kęp­kach wyrwa­nego pie­rza, a głę­bo­kie roz­cię­cia na bokach tylko doda­wały im dzi­ko­ści i grozy. Jedyną rze­czą, która powstrzy­my­wała je przed sko­cze­niem na trójkę człon­ków Ścieżki, oka­zał się miecz świetlny Kevma. Marda trzy­mała ostrze przed sobą, wyma­chu­jąc nim w przód i w tył, a sto­jące przed nią war­ga­rany wpa­try­wały się w żółtą pla­zmową klingę jak zahip­no­ty­zo­wane. Jed­nak sądząc po pozy­cji ich spię­tych, goto­wych do ataku ciał, for­tel już wkrótce prze­sta­nie się spraw­dzać.

- Postaw mnie na ziemi - wysa­pała Ele­cia, wciąż pod­trzy­my­wana przez Bokanę, który wyglą­dał, jakby lada chwila miał upaść.

- Nie ma mowy - zapro­te­sto­wała Marda, jesz­cze moc­niej ści­ska­jąc w dło­niach ręko­jeść. - Abso­lut­nie nie. Jesteś zbyt mocno osła­biona...

- A ty nie jesteś wojow­niczką. Nie jesteś jak twoja kuzynka.

Słowa Matki zabo­lały, ponie­waż Marda wie­działa, że kobieta tylko stwier­dzała fakt. Podob­nie jak słowa Yany wypo­wie­dziane na "Elek­trycz­nym Spoj­rze­niu", które mimo wszystko oka­zały się prawdą. Ale Yany tu nie było. Marda pró­bo­wała wywo­łać ją przez komu­ni­ka­tor, ale nie wie­działa, czy jej wia­do­mość w ogóle dotarła, a Bokana, choć potężny, ledwo stał na nogach. Nawet Kevmo ją opu­ścił - jego cichy głos znik­nął, gdy naj­bar­dziej go potrze­bo­wała.

Więk­szy z dwóch war­ga­ra­nów zro­bił krok do przodu, a Marda zablo­ko­wała mu drogę mie­czem świetl­nym. Jego towa­rzysz natych­miast sko­czył naprzód i Eve­renka zamach­nęła się w drugą stronę. Czu­bek ostrza dra­snął pie­rza­sty pysk i stwór zawył, odska­ku­jąc w tył, a wów­czas więk­sza bestia pod­jęła atak po raz drugi. Marda zaprze­stała wyma­chi­wa­nia mie­czem - zamiast tego chla­snęła nim dziko w powie­trzu, nie dba­jąc o to, czy ostrze prze­tnie pióra i kości. W tej chwili zale­żało jej tylko na zmu­sze­niu stwo­rze­nia do odwrotu.

Gdy więk­szy z war­ga­ra­nów zaata­ko­wał, a drugi poszedł w jego ślady, zaczęła się wyco­fy­wać, podob­nie jak Bokana. W uszach wciąż dźwię­czały jej drwiące słowa, nagle tak bole­sne:

"Nie jesteś wojow­niczką".

"Musisz być przy­go­to­wana, Mardo".

"Nie jesteś jak twoja kuzynka".

Za jej ple­cami Ovis­sia­nin posta­wił Ele­cię na ziemi.

- Co ty wypra­wiasz?! - krzyk­nęła Marda, a więk­szy z war­ga­ra­nów zawył, gdy ostrze Kevma cięło przez jego szpony, raczej przy­pad­kiem niż celowo.

- Muszę... wal­czyć... - wykrztu­sił Bokana.

- Musisz ją chro­nić! - zapro­te­sto­wała Eve­renka.

- Chroni! - syk­nęła Matka.

I wtedy Marda usły­szała wark­nię­cie. Nie wydo­było się ono jed­nak z pyska żad­nego z war­ga­ra­nów przed nią - pocho­dziło od trze­ciego, sto­ją­cego na murze za ich ple­cami, z obna­żo­nymi kłami i nastro­szo­nymi pió­rami.

"Polują w sfo­rach - zło­żo­nych z nie wię­cej niż trzech osob­ni­ków"...

War­ga­ran rzu­cił się do ataku, ale Marda nie mogła się obró­cić, aby bro­nić się przed szpo­nami, które, jak sobie wyobra­żała, wkrótce roze­drą jej plecy - nie, jeśli chciała ochro­nić swo­ich towa­rzy­szy przed dwoma stwo­rami, osa­cza­ją­cymi ich w zaułku.

Miała wra­że­nie, że czas zwol­nił nagle, a jed­no­cze­śnie wszystko wyda­rzyło się w tym samym momen­cie: jej plecy pozo­stały nie­tknięte, a Bokana stał mię­dzy nią a ska­czą­cym war­ga­ra­nem, roz­kła­da­jąc umię­śnione ramiona, jakby chciał wziąć stwora w obję­cia. Siła impetu ska­czą­cego na nich zwie­rzę­cia spra­wiła, że Ovis­sia­nin zato­czył się i wpadł na Mardę, która stra­ciła rów­no­wagę. Czu­bek mie­cza świetl­nego Kevma ze skwier­cze­niem wbił się w zie­mię. Mniej­szy z dwóch nacie­ra­ją­cych war­ga­ra­nów runął na nią w mgnie­niu oka, prze­wra­ca­jąc ją na plecy. Tylko fakt, że wcze­śniej pozba­wiła go przy­pad­kiem szpo­nów, uchro­nił jej ramię przed roz­szar­pa­niem, gdy olbrzy­mia łapa przy­gnio­tła je do ziemi.

Ale kły stwora wciąż przy­po­mi­nały ostre brzy­twy. W tej chwili wszyst­kim, co widziała, była jedy­nie sze­roka pasz­cza war­ga­rana, rzu­ca­ją­cego się jej do gar­dła. Zadzia­łała instynk­tow­nie, uno­sząc miecz świetlny Kevma, by się bro­nić. Kły bestii zaci­snęły się na ręko­je­ści, wbi­ja­jąc w meta­lowy cylin­der, który Kevmo z taką pie­czo­ło­wi­to­ścią poskła­dał samo­dziel­nie tak dawno temu. Stwór wark­nął z fru­stra­cji, poru­sza­jąc głową w przód i w tył, a gwał­towny ruch wyrwał broń z uści­sku Mardy. Miecz prze­le­ciał przez alejkę, upa­da­jąc poza jej zasię­giem - nawet gdyby chciała, nie zdo­ła­łaby go dosię­gnąć. Zamiast tego wyko­rzy­stała jedyną szansę, jaka jej pozo­stała. W końcu nie tylko war­ga­ran miał szpony. Dra­pież­nik zawył z bólu, gdy wbiła pazury w jego pysk - z wystar­cza­jącą siłą, by odrzu­cić wydłu­żony łeb stwo­rze­nia do tyłu. Zyskała prze­wagę, ale tylko na bole­śnie ulotny moment. Na jej palce pocie­kła krew, jed­nak rany były tylko powierz­chowne. War­ga­ran ponow­nie kłap­nął szczęką - i tym razem nic nie mogło go powstrzy­mać. Chwy­ciła go za gar­dło, odpy­cha­jąc od sie­bie ze wszyst­kich sił, ale zwie­rzę oka­zało się zbyt silne. Ogar­nęły ją mdło­ści, gdy owio­nął ją cuch­nący oddech bestii - ostat­nia rzecz, jaką miała poczuć przed śmier­cią...

A przy­naj­mniej tak jej się wyda­wało.

War­ga­ran zawył prze­cią­gle, kiedy prze­biło go lśniące ostrze - błę­kitna klinga jaśniej­sza niż słońce. Mar­twy, osu­nął się na bok, a miecz świetlny wyśli­zgnął się jed­nym płyn­nym ruchem z jego ciała i opadł na drugą bestię. Przez chwilę Marda myślała, że to Silan­dra Sho powró­ciła, aby po raz drugi oca­lić ją przed śmier­cią, ale wiru­jące szaty nie nale­żały do Jedi, lecz do Matki Otwar­tej Dłoni. Ele­cia trzy­mała w dło­niach miecz świetlny, nale­żący do mistrzyni Kevma, Soikanki, która zgi­nęła wraz z nim na Dal­nie. Musiała go ukry­wać pod swo­imi sza­tami, tak samo jak Marda, nie­roz­sta­jąca się z bro­nią Kevma po jego śmierci - kolejny przy­kład tego, jak wiele je łączyło: Matkę i Mardę, pro­ro­ki­nię i jej Prze­wod­niczkę. Nie­stety, pomimo swo­jego hero­icz­nego wyczynu ta pierw­sza led­wie trzy­mała się na nogach. Tym­cza­sem Bokana wciąż zma­gał się z war­ga­ra­nem, który zaata­ko­wał ich z góry. Stado zostało zre­du­ko­wane do dwójki, ale wciąż było sil­niej­sze niż troje człon­ków Ścieżki, sła­nia­ją­cych się ze zmę­cze­nia i ran­nych.

- Pacy­fi­styczny porzą­dek, który zabija bun­tow­ni­ków na ulicy - szep­nął jej do ucha ten gorzki głos - wbi­ja­jąc im ostrza pro­sto w serce.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki