ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ
PIERWSZY
Droid dryfował od wielu dni.
Wokół niego rozciągała się atramentowa czerń kosmosu, zimna i surowa.
Przerażająco pusta.
Jeśli kiedyś miał jakieś oznaczenie, to już go nie pamiętał. Nie był też
pewny celu swojej podróży ani nawet tego, czy wciąż podąża we właściwym
kierunku. Wszystkie te myśli zniknęły, wymazane przez tę samą burzę
asteroid, która uszkodziła jego silniki. Zachowane jeszcze wspomnienia
wydawały się mgliste - stanowiły wirującą jak w kalejdoskopie sekwencję
obrazów: migawki innych światów, innych czasów.
Był sam - i był zagubiony.
Podczas długiego, trudnego lotu widział różne rzeczy... Umierającą
gwiazdę, przekształcającą się w jasnego czerwonego olbrzyma,
pożerającego krążące wokół niego planety niczym wściekłe kule ognia.
Ogromną ławicę purrgilów, elegancko przemykającą pośród ścierających się
ze sobą księżyców. Wspaniały blask sztucznych świateł, którymi migotał
zamieszkany wodny świat...
I potwory.
Widział też potwory.
A może to wydarzyło się wcześniej? Wtedy, gdy mistrz Rok i pozostali
wyruszyli na Gloam? Przed długą podróżą pośród gwiazd...?
Czy to było po eksplozji statku?
Droid nie miał pewności. Wszystko mu się mieszało. Gmatwało. Wydawało
się kompletnie pozbawione sensu.
Dryfował więc dalej, być może wyczuwając gdzieś głęboko w swoich
uszkodzonych obwodach, że kiedyś, dawno temu, myślał o jakimś celu - o wiadomości, którą powinien dostarczyć.
Być może...
Dass Leffbruk nigdy nie wiódł życia, jakie inni uznaliby za typowe. Nie
mógłby nazywać domem żadnego wiejskiego obejścia ani mieszkania w mieście, nie odbył praktyk na farmie ani w fabryce, nie chodził do
szkoły, nie należał do żadnej społeczności i nie miał przyjaciół. To
znaczy, poza małą grupką dzieci poszukiwaczy, na które od czasu do czasu
wpadał na stacjach kosmicznych. Nie sądził jednak, aby to naprawdę się
liczyło.
Odkąd podrósł na tyle, aby podskakiwać na kolanach ojca - jego matka
zginęła w wypadku promu, gdy był jeszcze dzieckiem - Dass przebywał
pośród gwiazd, prowadząc nomadyczny tryb życia. Wiecznie w drodze z miejsca na miejsce, z miasta do miasta, ze świata na świat.
Przemieszczali się swoim starym, wiernym statkiem poszukiwawczym o nazwie "Srebrna Smuga" - tylko Dass i jego ojciec, w dodatku nie
pozostawali nigdzie dłużej niż przez kilka dni. Przeczesywali granice w poszukiwaniu nowych, niezbadanych szlaków nadprzestrzennych, odgrywając
swoją rolę w czynieniu galaktyki nieco bardziej przystępnym, lepiej
znanym obszarem.
Pod wieloma względami wiedli szczęśliwe życie - i Dass już dawno nauczył
się nim cieszyć. Gwiazdy były dla niego niczym wierni druhowie. Niewiele
rzeczy kochał bardziej niż stanie pod rozgwieżdżonym niebem w zimną,
bezchmurną noc, w otoczeniu pustki i ze świadomością, że on i jego tata
są jedynymi ludźmi na całym świecie.
Naprawdę warto spojrzeć na wszystko z odpowiedniej perspektywy i uświadomić sobie, jak wielkim jest się szczęściarzem. W ciągu swojego
dotychczasowego, krótkiego dwunastoletniego życia wiele zobaczył: kry
lodowe dryfujące na różowych morzach, burze ogniowe, rozświetlające
horyzont niczym blask nowego świtu, światy opanowane przez trujące
rośliny, chcące go pożreć... Starożytne, zapomniane świątynie na dawno
opuszczonych księżycach, dżungle, pustynie, bezkresną, tętniąca życiem
tundrę pełną nieznanych gatunków zwierząt. Tak wiele gatunków! I... raj.
Widział też raj.
A teraz znalazł się tutaj.
Dass westchnął ciężko. Jak właściwie do tego doszło? Porzuceni...
Nie wiedział nawet, jak nazywa się ta planeta, ale wiedział, że jej
nienawidzi. Nie było tu kompletnie nic. Nic poza ciągnącymi się w nieskończoność pasmami ciemnych, poszarpanych skał, skrywających kałuże
kwaśnej wody, poza kilometrami tuneli zasiedlonych przez wielkie,
brzydkie chrząszcze, zdające się uwielbiać smak ludzkiego mięsa, i burzami. Niekończącymi się burzami, rozświetlającymi niebo piorunami,
dudniącymi jak okrutne grzmoty odległej wojny.
Takiej jak ta pustosząca planety Eiram i E'ronoh, która spowodowała tak
wiele zawirowań w całym sektorze. Zamknięto szlaki nadprzestrzenne.
Racjonowano żywność i zasoby. Wśród gwiazd dryfowały szczątki wraków,
zniszczonych podczas straszliwych kosmicznych bitew. Dass i jego ojciec
utknęli nawet raz podczas blokady, wskutek czego przez kilka dni byli
uwięzieni na swoim statku i przesłuchiwani przez tak zwane służby
bezpieczeństwa. A potem musieli uciekać przed gangiem piratów,
wykorzystujących owe zawirowania do plądrowania spokojnych sektorów.
Dlaczego te planety nie mogły się po prostu ze sobą dogadać?
Chłopiec podniósł wzrok. Miał taki zwyczaj, że zawsze szukał odpowiedzi
na nurtujące go pytania w gwiazdach. Ale tym razem przez grubą warstwę
smogu, skrywającą niebo niczym skłębiony koc, nie mógł dostrzec żadnej z nich.
O tak - nienawidził tego miejsca.
Czuł to jeszcze zanim dowiedział się o... rzeczach, które przychodziły
nocą.
O potworach.
Ale nie chciał o tym myśleć.
W tej chwili musiał się skupić na upolowaniu kolacji. Dass stał się
ekspertem w łapaniu małych jaszczurkopodobnych stworzeń, czających się w szczelinach między skałami. Tego dnia został ugryziony tylko trzy razy.
Jego ojciec, Spence, przebywał w ich prowizorycznym obozie, pracując nad
boją awaryjną, którą wspólnie budowali. Kilka dni wcześniej Spence
uszkodził sobie nogę podczas wyprawy na jeden ze starych wraków statków
górniczych, porozrzucanych na skałach w okolicy. Upadł i mocno ją
skręcił, gdy próbował podważyć poszycie kadłuba - i od tego czasu był
zmuszony trzymać się blisko obozu, na wypadek gdyby...
Dass potrząsnął głową. Czuł, jak strach kipi w jego wnętrzu, czuł jego
zimny ucisk w klatce piersiowej.
"Nie myśl o potworach. Skoncentruj się na czmychaczach".
Wziął głęboki oddech, a następnie wbił włócznię - drewnianą, zaostrzoną
gałąź - w szczelinę w skale. Usłyszał pisk czmychaczy, ale stworzenia
były zbyt szybkie i coraz sprytniejsze. Musiał ruszać dalej i spróbować
znaleźć inną kolonię. Szukając pożywienia, każdego dnia zapuszczał się
coraz dalej i dalej. Dalej od obozu i od ojca.
Spojrzał w górę, wyczuwając jakiś ruch, i zamarł.
Rozejrzał się po okolicy. Ale to był tylko wiatr, mierzwiący jego
kędzierzawe włosy.
Tylko wiatr.
Tam, w mroku, coś wyło, długo i żałośnie. Dass poczuł, jak włosy na
karku stają mu dęba. Ścisnął trzon włóczni tak mocno, że aż pobielały mu
knykcie.
Czy to znów tylko wiatr gwizdał między dwoma graniami?
A może to właśnie one?
Dass nie zamierzał ryzykować. Odwrócił się i puścił biegiem przed
siebie. Były tam, skryte w cieniu. Obserwowały. Czekały.
Stopy Dassa uderzały rytmicznie o skały, gdy śpieszył z powrotem do
obozu.
Tam będzie bezpieczny.
Na razie...
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ
DRUGI
Cóż, Amos, jestem kompletnie skołowany. Nie
wiem, co o tym myśleć. To nie do wiary - powiedział Kam, stukając
irytująco stopą w metalową kratkę. - To znaczy, brak mi słów.
- Na to wygląda. - Amos przewrócił oczami. Mógłby przysiąc, że w kostnych wypustkach na skroniach czuł dziwne mrowienie - niechybny znak,
że coś tu było nie tak.
Dwóch techników łączności stało obok siebie w ładowni ich małego promu,
spoglądając na zdezelowanego droida, którego właśnie wciągnęli na pokład
za pomocą zdalnych holowników. Kam, rutiański Twi'lek o bladoniebieskiej
skórze i długich głowoogonach przerzuconych przez ramiona, założył ręce
na piersi i skrzywił się kwaśno. Otworzył usta, jakby chciał dodać coś
jeszcze, ale najwyraźniej zmienił zdanie i zamknął je z kłapnięciem.
Amos wymamrotał tymczasem przekleństwo w swoim ojczystym theelińskim i przykucnął, aby dokładniej przyjrzeć się uszkodzonej maszynie.
To był jeden z niezwykle wytrzymałych, małych modeli EX, używanych do
komunikacji na pograniczu po tym, jak wynegocjowano nowe traktaty i wytyczono nowe szlaki handlowe. Miały dostarczać łącznościowcom prośby o uruchomienie boi przekaźnikowych, pozwalających coraz większej liczbie
planet pozostawać w kontakcie z Republiką. Zazwyczaj towarzyszyły one
grupom Zwiadowców na przygraniczne światy, wchodząc w skład zespołów,
które odkrywały nieznane wcześniej, inteligentne rasy lub pomagały im,
jeśli te potrzebowały pomocy.
To oznaczało zaś, że ów mały droid należał do którejś z drużyn
dokonujących zwiadu, a także, że powinien w tej chwili przebywać gdzie
indziej, przekazując wiadomość innemu zespołowi łączności.
Nie był też w szczególnie dobrym stanie.
- To nie jest droid, którego się spodziewaliśmy, prawda? - spytał Kam. -
9B ma wrócić dopiero za kilka miesięcy.
EX-9B, droid typu EX, został przydzielony do zespołu Zwiadowców, z którym Kam i Amos zwykle pracowali, składającego się z dwóch Jedi -
mistrzyni Silandry Sho i padawanki Rooper Nitani - a także pilotki i medyka. Ale Kam miał rację. Zespół EX-9B dopiero co wyruszył na nową
misję.
- A jeśli to nie Silandra i Rooper go przysłały...
- ...to kto? - mruknął Kam, jak zwykle kończąc myśl Amosa. Zdarzało im się
to bardzo często i prawdopodobnie wynikało z tego, że współpracowali
bardzo ściśle przez zbyt długi czas, ale Amos nie miał nic przeciwko
temu. W zasadzie to nawet mu się to podobało. Na pograniczu samotność
czasem porządnie dawała się we znaki. Nic dziwnego, że się do siebie
zbliżyli.
- Lepiej spróbujmy się tego dowiedzieć - powiedział Amos, podnosząc to,
co zostało z droida. Brakowało mu dwóch nóg, a jego uszkodzone silniki
manewrowe nie nadawały się do naprawy. Soczewka fotoreceptora była
pęknięta, a zewnętrzna powłoka pokryta dziurami i osmaleniami. - Wygląda
na to, że wpadł w małe tarapaty.
- Małe?!
Kam podążył za Amosem do stanowiska roboczego w jednym z bocznych
pomieszczeń głównej ładowni promu. Było tam trochę ciasno - lecz nie
wynikało to z małej przestrzeni, ale z ogromnej liczby spiętrzonych w sterty różnych komponentów, porozrzucanych wszędzie narzędzi i połowicznie zmontowanych boi.
Kam zrzucił ze stanowiska roboczego część zaśmiecających je rzeczy,
zwalając je na podłogę - tak gwałtownie, że aż zakołysały mu się
głowoogony.
Amos ostrożnie położył uszkodzonego droida na blacie.
- Ma dziurę w obudowie - zauważył, wskazując Kamowi poszarpaną wyrwę w powłokach maszyny. - Wygląda na to, że pamięć i obwody nawigacyjne
zostały uszkodzone. Mimo wszystko te EX to solidne maleństwa. Większość
droidów nie dotarłaby tak daleko, zwłaszcza bez kapsuły ochronnej
silnika manewrowego.
- Spróbuj go uruchomić - poprosił Kam.
Amos otworzył klapę z tyłu przypominającego dysk centralnego modułu
droida. Wsunął palec do środka i nacisnął przycisk. W głębi soczewek
fotoreceptorów zamigotały światła, niczym odległe błyskawice. Cała
powłoka zadrżała, jedyna pozostała noga drgnęła, ale potem maszyna znów
się wyłączyła przy akompaniamencie głuchego rzężenia. Amos podchwycił
wzrok Kama.
- Myślisz, że możemy zaryzykować podłączenie go do systemów statku?
- Chyba nie mamy zbyt wielkiego wyboru - odpowiedział Twi'lek. Wyciągnął
kabel spod warsztatu i podał jeden koniec Amosowi. Drugi wetknął do
gniazda w ścianie, tuż pod szeregiem monitorów. Theelin podłączył
droida.
- Bee-dee-biddle-boop! - Gdy jego obwody ożyły, droid niemal
natychmiast zaczął wydawać z siebie przenikliwe, podekscytowane dźwięki.
- Bipp-bipp-biddle-wheee.
- Tak, tak, już dobrze - zapewnił go Amos, pstrykając kilkoma
przełącznikami wewnątrz obudowy maszyny. - Nie rozumiem ni w ząb, co
mówisz.
- Myślę, że nawet on sam nie wie, co chce powiedzieć - zauważył Kam. -
To jakiś straszliwy bełkot!
- Prześlę to na ekran. Może w ten sposób uda nam się odcyfrować to, co
pozostało w jego bazie danych. - Amos wcisnął kolejny przycisk i na
wyświetlaczach zaczęły się przewijać migoczące strumienie liter i cyfr.
- Och - bąknął Kam i przez chwilę wpatrywał się w odczyty w milczeniu. -
Nie jest dobrze, Amos - podjął wreszcie. - To 8C. Należy do ekspedycji
Dwa-Pięć-Dwa, wysłanej na Zewnętrzne Rubieże.
- To zespół Zwiadowców mistrza Burana - przypomniał sobie Amos. - Ale
czy oni nie powinni być przypadkiem...?
- ...na planecie Aubadas w sąsiednim sektorze? - dokończył Kam,
spoglądając na powłokę EX-8C, rozbebeszonego na blacie warsztatu, a potem przenosząc wzrok z powrotem na monitory. - Sądząc po tym, co tu
widzę, coś poszło nie tak. Są tu jakieś zapisy na temat eksplozji,
potwora i... Zaraz! - Urwał gwałtownie. - Mam część wiadomości. Spójrz, ta
zapętlona sekwencja. Chwileczkę. - Zaczął stukać z ożywieniem w klawiaturę na ścianie - jego palce tańczyły sprawnie nad zużytymi
przyciskami. - To powinno wystarczyć. - Wcisnął kolejny przycisk i głośniki statku obudziły się do życia.
Początkowo rozbrzmiewały jedynie trzaskami zakłóceń. A potem rozległo
się coś więcej:
- ...sabotaż. Zostaliśmy... w zasadzkę... Maliq i inni, oni... a teraz jestem...
uwięziony... Gloam. Jest tu coś niebezpiecznego. Wysyłam... was odnaleźć.
Niech Moc będzie...
Kam odwrócił się do Amosa i spojrzał mu w oczy.
- To był Rok.
Milczeli przez chwilę, rozważając w myśli to, co usłyszeli.
Zasadzka. Sabotaż. Coś niebezpiecznego. I... gdzie właściwie znajdował się
ten cały Gloam? Czy nie mieli przypadkiem przebywać na Aubadasie?
Jeszcze bardziej niepokojące było to, co stało się z Maliqiem -
padawanem Roka - i resztą zespołu. Galaktyczne pogranicze często
okazywało się niebezpieczne, ale to...? To wszystko brzmiało zdecydowanie
kiepsko. Rok należał do najbardziej doświadczonych mistrzów Jedi na
Zewnętrznych Rubieżach. Prowadząc żywot na pograniczu, był w swoim
żywiole - wyruszając na nowe światy, spotykając nowe istoty, ciesząc się
tym, że nigdy nie wiedział, co przyniesie nowy dzień. A jeśli miał
kłopoty...
Amos potarł kciukiem jeden ze swoich krótkich theelińskich rogów na
skroni. W głowie wirowało mu tysiące myśli, ale żadna nie zwiastowała
niczego dobrego.
- Będziemy musieli skontaktować się z Silandrą i resztą, prawda?
Kam powoli pokiwał głową.
- Są najbliżej. W tym sektorze nie ma nikogo innego, kto byłby na tyle
niedaleko, aby móc go wezwać na pomoc. Nie wiemy nawet, ile czasu
minęło, odkąd Rok nagrał tę wiadomość. - Kam wyciągnął wtyczkę z tylnej
części obudowy EX-8C. Drgająca spazmatycznie noga droida natychmiast
znieruchomiała, a strumień tekstu na monitorach zamigotał i zgasł. -
Musimy działać szybko - teraz, zaraz.
- Pójdę uruchomić łączność dalekiego zasięgu - powiedział Amos. - Ty w tym czasie...
- ...obierz kurs na Aubadas - dopowiedział Kam, przytakując. - Już się
robi. - Odwrócił się i szybkim krokiem wymaszerował z warsztatu.
Amos patrzył przez chwilę w ślad za nim, a potem spojrzał z powrotem na
milczącego, uszkodzonego droida, leżącego na blacie.
- Mam tylko nadzieję, że ktoś z nas dotrze tam na czas - mruknął pod
nosem.
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ
TRZECI
Dotarcie na miejsce zabrało zespołowi
Zwiadowców mistrzyni Sho niecały dzień.
- Dwie planety?
Padawanka Jedi Rooper Nitani spojrzała przez przedni panel widokowy
"Umberfalla" na majaczące w dole światy. Na przejrzystej transpastalowej
powierzchni iluminatora widniało jej odbicie, wpatrujące się w nią
szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Kosmyk długich, ciemnych włosów
opadał jej na policzek. Dmuchnęła, aby go odsunąć sprzed oczu, ale z marnym skutkiem.
Bliźniacze planety były podobnej wielkości - małe, jak na galaktyczne
standardy, ledwie odrobinę większe od księżyców - ale widziane z orbity
nie mogłyby się bardziej od siebie różnić. Podczas gdy jedną pokrywały
rozległe błękitne oceany i lądy porośnięte szmaragdowozieloną
roślinnością, druga zdawała się być przykryta grubą warstwą czarnego
smogu. W jej górnych warstwach atmosfery kłębiły się wiry
zanieczyszczeń, rozświetlane raz po raz rozbłyskami piorunów i skutecznie przesłaniające Rooper wszystko znajdujące się poniżej ich
grubej pokrywy. Co jakiś czas udawało jej się coś dostrzec, ale widziała
jedynie jałowe skały - i przepełniało ją to uczuciem głębokiego
niepokoju. To miejsce miało w sobie coś... złowieszczego.
- Tak - potwierdziła Dietrix, siedząca w fotelu pilota po lewej stronie
Rooper. - To... dość wyjątkowe i niezwykłe miejsce. Według 9B oba światy
krążą wokół siebie, podobnie jak ich gwiazdy. To jak skomplikowany
taniec, pełen ruchów przeplatających się ze sobą niczym pasemka w padawańskim warkoczyku.
Rooper spojrzała na pilotkę, która uśmiechała się, wykonując w powietrzu
okrężne ruchy rękami. Odwzajemniła uśmiech.
Odnosiła wrażenie, że Dietrix bezustannie tryska entuzjazmem,
niezależnie od okoliczności. Dostrzegała jasne strony każdej nowej
sytuacji i rzeczy - zwłaszcza, jeśli miało to jakiś związek ze statkami,
ich silnikami lub naprawami. Była pilotką "Umberfalla", ale jako że
okazała się zaledwie sześć lat starsza od czternastoletniej Rooper,
szybko się ze sobą zaprzyjaźniły. Poza tym miała jedną z najfantastyczniejszych fryzur, jakie padawanka kiedykolwiek widziała -
pasmo włosów we wszystkich kolorach tęczy, sterczące niczym wachlarz na
środku jej ogolonej po bokach głowy. Już samo przebywanie w jej
towarzystwie sprawiało, że na twarzy Rooper samoistnie pojawiał się
uśmiech. Czasami żałowała, iż brakuje jej odwagi, aby wyrażać siebie tak
śmiało jak Dietrix - nie żeby miała pewność, co mogłoby to oznaczać w praktyce. Mieszkańcy rodzinnej planety Rooper, Rohma, czasami używali
kolorowych tuszy do rysowania skomplikowanych wzorów na policzkach, ale
ona nie praktykowała tej tradycji, zdecydowanie woląc swoją twarz o śniadej karnacji w wersji pozbawionej naniesionych farbą znaków. Ale
włosy...?
Może po tej misji przefarbuje je na jaskrawą czerwień? Zastanawiała się,
co powiedziałaby na to mistrzyni Sho.
- Która z nich to Aubadas? - zapytała, skupiając się ponownie na
planetach w dole.
- Domyślam się, że ta, która wygląda, jakby miała przyjazną istotom
żywym atmosferę - odpowiedziała Dietrix. - Chociaż na odprawie nie
wspomniano nic o bliźniaczych światach.
- Na odprawie nie udzielono nam zbyt wielu informacji na jakikolwiek
temat - zauważyła Rooper. - Powiedzieli tylko tyle, że ekipa Roka Burana
została wysłana na Aubadas jako forpoczta zespołu negocjacyjnego
Republiki po tym, jak Katikootowie poprosili o pomoc - i że od tamtej
pory nie dali znaku życia. A potem, pół sektora dalej, pojawił się nagle
ich droid z tym zniekształconym wołaniem o pomoc. Jedyne, co możemy
zrobić, to udać się do ich ostatniej znanej lokalizacji na Aubadasie i zobaczyć, co zdołamy znaleźć.
Dietrix odchyliła się na oparcie fotela pilota.
- Trochę się nad tym wszystkim zastanawiałam - powiedziała. - I w zasadzie... nie wiadomo, czego możemy się spodziewać tam na dole. Kryzysu
dyplomatycznego? Zakładników? Katastrofy?
Rooper próbowała stłumić cisnący jej się na usta uśmiech. Chociaż żywiła
nadzieję, że nikt z zespołu Roka nie został ranny, była podniecona
perspektywą przeżycia przygody. W końcu mogła zrobić coś ekscytującego.
Bo czy to właśnie nie tym mieli zajmować się tam, na obrzeżach
Zewnętrznych Rubieży? Eksplorować nowe, niezbadane światy? Pomagać
istotom w potrzebie? Zażegnywać kryzysy, odkrywać?
Jak dotąd jednak jedynym, co kazała dziewczynie robić jej mistrzyni,
Silandra Sho, było ćwiczenie walki na miecze świetlne, medytacja i szkolenie się w niuansach dyplomacji. Każde miejsce, które odwiedziły,
okazywało się albo gołą skałą, albo maleńką placówką, gdzie Rooper mogła
co najwyżej sprawdzać, jakie niezwykłe lokalne owoce są sprzedawane na
tamtejszych targowiskach. Dziewczyna bardzo szanowała swoją mistrzynię -
być może bardziej niż kogokolwiek innego, kogo kiedykolwiek spotkała w życiu - ale chciała, żeby Silandra trochę jej odpuściła i przestała być
taka sztywna. Jasne, Jedi mieli swoje obowiązki. Na ich barkach
spoczywało brzemię olbrzymiej odpowiedzialności. Rooper to rozumiała.
Ale to wcale nie znaczyło, że musieli się wiecznie nudzić. Jaki był sens
przebywania w danej okolicy, skoro nie mogli cieszyć się tym, co
oferowała?
Wyglądało jednak na to, że sytuacja już wkrótce ulegnie zmianie.
- To może być pułapka - zastrzegła, być może odrobinę nieco zbyt
entuzjastycznie. - Albo... cokolwiek.
- I właśnie dlatego powinniśmy unikać spekulacji i skupić się na faktach
- dobiegł zza jej pleców karcący głos. Gdy padawanka się odwróciła,
zobaczyła Silandrę Sho wchodzącą do kokpitu.
Silandra była wysoką, szczupłą kobietą o gęstych brązowych włosach
upiętych z tyłu głowy. Nietypowo jak na Jedi, nosiła dużą tarczę w kształcie dysku, przypiętą do uprzęży na plecach - srebrną metalową
obręcz z przecinającym ją w poprzek elementem, na którym umieszczono
uchwyt. Pustą przestrzeń po obu jego stronach po aktywacji wypełniało
rozedrgane pole plazmy. Silandra rzadko z niej korzystała podczas ich
sesji sparingowych, ale Rooper wiedziała, że to symbol głębokiej wiary
jej mistrzyni w kodeks Jedi, a zgodnie z nim członkowie zakonu używali
broni tylko w obronie własnej lub innych. Mistrzyni Sho często
powtarzała swojej padawance, że woli być tarczą niż mieczem - że zawsze
woli stać na straży i chronić, niż walczyć. Nie oznaczało to, że nigdy
nie używała miecza świetlnego - należała do najsprawniejszych
wojowniczek, jakie Rooper kiedykolwiek widziała - po prostu preferowała
tarczę, chyba że sytuacja wymagała zgoła innego podejścia.
Silandra była cichą, wiecznie zamyśloną osobą, a Rooper bezustannie
zazdrościła jej umiejętności zachowywania spokoju w każdej sytuacji.
Zwykle wiedziała też dokładnie, o czym myśli Rooper - czasem nawet
jeszcze zanim padawanka zdążyła o tym pomyśleć.
- Mistrzyni Sho - powiedziała dziewczyna. - Właśnie...
Silandra uciszyła ją gestem.
- Wiem. Nie możesz się doczekać, żeby sprawdzić swoje umiejętności. Ale
musimy pamiętać o naszych głównych celach. Nawiążemy kontakt i spotkamy
się z mistrzem Buranem i jego zespołem. Następnie wypełnimy ich
pierwotną misję, niosąc każdą pomoc, jaką zdołamy zaoferować miejscowej
ludności. - Położyła dłoń na ramieniu uczennicy. - Bez względu na
okoliczności. - Jej wyraz twarzy nie zdradzał żadnych emocji, choć
Rooper wiedziała, że Silandrę i Roka łączyła wieloletnia przyjaźń i że
jej mistrzyni z pewnością musiała być tak samo zaniepokojona tą całą
sytuacją, jak wszyscy inni - i bez dwóch zdań zależało jej głównie na
upewnieniu się, że mężczyzna jest cały i zdrowy.
Rooper nigdy nie spotkała tego Jedi, ale miał on reputację prawie tak
wytrzymałego i niezłomnego, jak droidy typu EX. Cokolwiek się tam
wydarzyło, istniała całkiem spora szansa, że nic mu się nie stało.
Wierzyła, że to samo dotyczy jego padawana, Maliqa. Nigdy nie byli ze
sobą jakoś specjalnie blisko, ale znała go i szanowała, podobnie jak
większość padawanów w podobnym wieku. Przypominał charakterem Dietrix -
która zawsze wydawała się być uśmiechnięta, niezależnie od sytuacji.
- Czy próbowałaś nawiązać łączność? - spytała Silandra, kierując te
słowa do Dietrix.
Pilotka potwierdziła.
- Zero odpowiedzi. Ani od drużyny Roka, ani od Katikootów. Zapętliłam
wiadomość, ale jak dotąd albo ją ignorują, albo coś jest nie tak z ich
łącznością.
Silandra skinęła głową.
- W takim razie zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby uprzedzić ich
o naszym przybyciu. Sprowadź nas na dół.
Dietrix pstryknęła serią przełączników, po czym chwyciła oburącz stery
statku. Widok za przednim iluminatorem uległ zmianie. Rooper starała się
nie skupiać zanadto na kłębiącym się w jej wnętrzu poczuciu niepokoju,
który ogarniał ją za każdym razem, gdy spoglądała na ponury bliźniaczy
świat Aubadasa, spowijający jej umysł dziwną, ciemną mgłą.
"Umberfall" zaczął powoli opadać ku nieznanemu.
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ
CZWARTY
Gdzie, na Błękitne Słońce, podziało się to
draństwo?
Dietrix zmarszczyła brwi, pochylając się nad sterami, przesuwając wzrok
z odczytów komputera nawigacyjnego na ekran i z powrotem. Znajdowali się
już nisko w atmosferze Aubadasa, przelatując nad ciągnącymi się w dole
bagnami i mokradłami. W oczach Rooper planeta wyglądała jak dzikie,
piękne miejsce, otulone płaszczem mgły. O kadłub statku bębnił deszcz.
Ale nigdzie nie mogli dostrzec ani śladu miasta!
- Jesteś pewna, że masz właściwe współrzędne? - spytał Obik, stojący tuż
przy drzwiach. Był medykiem ich zespołu, niezwykle wysokim Mirialaninem
o zielonej skórze. Nosił charakterystyczny, biało-granatowy mundur
republikańskich Zwiadowców, którzy nie należeli do zakonu Jedi, a jego
policzki i grzbiet nosa zdobił szereg misternych, symetrycznych tatuaży,
stanowiących zapis dotychczasowych osiągnięć mężczyzny. Nad jego lewym
ramieniem unosił się w powietrzu ich droid typu EX, EX-9B.
- Te same, które Katikootowie dostarczyli poprzedniemu zespołowi -
powiedziała Dietrix. - Ale jak widać na załączonym obrazku - machnęła
ręką w stronę iluminatora - nic tu nie ma.
- Może to była pułapka? - zastanowiła się na głos Rooper. - Powinniśmy
zachować ostrożność...
- Beee-broo-deet! - zarzęził nerwowo EX-9B.
- Spokojnie, Nibs - powiedział Obik. - Damy radę.
- Whoooo - zabuczał w odpowiedzi droid, nie sprawiając wrażenia
przekonanego.
- Zawrócę i zrobię jeszcze jeden przelot - powiedziała Dietrix,
przyciągając do siebie drążek sterowniczy. "Umberfall" gwałtownie
przechylił się na bok, a potem poderwał w górę i wyprysnął naprzód przy
akompaniamencie gromkiego ryku silników, gdy pilotka obróciła go,
zawracając w stronę, z której przybyli. Rooper poczuła gwałtowny skurcz
żołądka i chwyciła się konsoli, aby nie spaść z fotela. - Tym razem
zejdę trochę niżej, na wypadek, gdybyśmy coś przeoczyli - poinformowała
ich Dietrix.
Po chwili statek powrócił do jednostajnego lotu, sunąc nisko nad
pofałdowanym krajobrazem. Teraz Rooper dostrzegała sieć wąwozów i dolin
pośród wzgórz, ale nie widziała nic, co choć odlegle przypominałoby
miasto. Żadnych upraw. Prawdę powiedziawszy, to miejsce wyglądało na tak
samo niezamieszkałe, jak większość innych światów, które odwiedzili w ostatnich miesiącach.
- Dietrix? Zwolnij - poprosiła Silandra. Stała za fotelem Rooper, ale aż
do tej pory zachowywała się tak cicho, że padawanka prawie zapomniała o jej obecności.
Statek posłusznie zmniejszył prędkość, gdy Dietrix zredukowała energię
kierowaną do silników manewrowych. Silandra podeszła bliżej i zatrzymała
się obok swojej padawanki, a potem przykucnęła, aby móc spojrzeć jej w oczy.
- Rooper? - zagadnęła. - Rozsnuj wici Mocy. Powiedz mi, co czujesz.
- Tak jest, mistrzyni. - Rooper skinęła głową. Zawsze była dobra w wyczuwaniu obecności istot żywych poprzez Moc, ale ostatnio razem z mistrzynią ćwiczyła rozszerzanie zasięgu zmysłów, eliminując
jednocześnie wszelkie zakłócenia, aby mogła sięgać coraz dalej, poza
granice swojego jestestwa.
- Pamiętaj o twoim szkoleniu. Jestem pewna, że dasz radę - powiedziała
Silandra pokrzepiającym tonem.
Rooper przez chwilę przygryzała dolną wargę, ale w końcu usadowiła się
wygodniej, uspokoiła oddech i zamknęła oczy. Rozszerzyła postrzeganie
swoich zmysłów poza rytmiczne łomotanie własnego serca, poza kokpit - w którym reszta jej zespołu zdawała się świecić jak błyszczące, wirujące
spirale światła - poza "Umberfall" i jeszcze dalej, aż krajobraz poniżej
ożył.
Rooper zawsze postrzegała Żywą Moc jako tygiel mieniących się kolorów, a każde istnienie - nieważne, jak duże czy małe - miało swój wkład w ten
większy, ogólny wzór, lśniący najjaśniejszym blaskiem. To była sieć,
rozciągająca się jak galaktyka długa i szeroka, łącząca ze sobą
wszystkie istoty żywe. Teraz Rooper widziała całą paletę jej barw: róże
i fiolety, zielenie i czerwienie, żółcie i ochry. Powierzchnia Aubadasa
tętniła życiem. A tam, w oddali, pośród dolin i wąwozów, w głębi wzgórz...
coś mieniło się feerią barw tak jasną, że niemal oślepiającą. Ogromne
skupisko życia.
- Tam - powiedziała, unosząc rękę i wskazując źródło światła. Oczy wciąż
miała zamknięte. - W wąwozie.
Znów poczuła dłoń Silandry na ramieniu.
- Świetnie - pochwaliła ją mistrzyni. - Dobra robota, Rooper.
Padawanka otworzyła oczy, oddychając głęboko. Krajobraz w dole był taki
sam jak przedtem - połacie zieleni i podmokłe tereny. Stojąca obok niej
Silandra uśmiechała się od ucha do ucha.
- Posadź nas jak najbliżej, Dietrix - powiedziała. - Resztę drogi
będziemy musieli przebyć pieszo.
- Się robi - potwierdziła Dietrix. - Tamten skalny występ wygląda wręcz
idealnie.
- Pójdę po swój plecak - zakomunikował Obik. - Na wypadek, gdyby
potrzebowali pomocy medycznej, gdy ich znajdziemy. Chodź, Nibs.
Rooper wciąż wpatrywała się w sieć wąwozów, które przecinały
powierzchnię krajobrazu przed nimi. Czy Katikootowie naprawdę zbudowali
całe miasto wśród tych pęknięć w nagiej skale?
Cóż, przypuszczała, że wkrótce się o tym przekona.
Rooper zsunęła się po pokrytym piargiem zboczu, ciągnąc za sobą zwał
luźnego żwiru.
- Spokojnie, padawanko - zmitygowała ją schodząca za nią Silandra.
Rooper zamachała ramionami, aby utrzymać równowagę, czując mrowiący opór
Mocy, gdy przyzwała ją, aby pomogła jej zwolnić tempo. Dotarła do stóp
zbocza i się zatrzymała. Wiedziała, że nie powinna dać się tak ponieść.
W końcu była Jedi. Ale zniecierpliwienie, spowodowane chęcią
odnalezienia miasta Katikootów, niemal rozpierało ją od środka niczym
ciepła, pulsująca jasnym blaskiem potrzeba, przenikająca całe jej ciało.
To było to! Właśnie dlatego tu się znalazła, pośród gwiazd. To dlatego
została wybrana do wypełnienia tego zadania: aby służyć z mistrzynią Sho
na pograniczu. Z powodu jej wiecznej niechęci do stagnacji, potrzeby
bycia gdzieś, tam - byle dalej, gdziekolwiek! Robienia czegoś -
czegokolwiek! Wciąż innego, nowego. W końcu miała udowodnić Silandrze,
że dysponuje odpowiednimi umiejętnościami. Że można jej zaufać. Że jest
gotowa podjąć się prawdziwych misji, takich jak ta. Zamierzała sprawić,
aby mistrzyni była z niej dumna.
Spojrzała w górę zbocza. Pozostali - Silandra, Dietrix, Obik i ich
wytrzymały droid astromechaniczny GT-11 - szli za nią, podczas gdy EX-9B
unosił się gdzieś po lewej, skanując okolicę w poszukiwaniu
jakichkolwiek oznak cywilizacji.
Gdy podchwyciła wzrok Silandry, mistrzyni Jedi skinęła jej głową w geście zezwolenia na przeprowadzenie zwiadu w pierwszym wąwozie. Rooper
odpowiedziała tym samym. Czyżby dostrzegła, jak usta Silandry ułożyły
się w uśmiechu?
Powoli podkradła się do miejsca, w którym postrzępione krawędzie skały
wznosiły się po obu stronach, tworząc ujście wąwozu. Na szczęście
przestało padać, ale Rooper i tak naciągnęła kaptur swojej szaty na
głowę. Jej długie, czarne włosy były gładko zaczesane i splecione w ciasny warkocz, grubszą wersję cienkiego padawańskiego warkoczyka,
opadającego jej na ramię zza lewego ucha. Miecze świetlne spoczywały
bezpiecznie w kaburach u jej pasa, a do ramion i nóg przytroczyła pasami
kilka małych sakw, do których schowała zabrany z pokładu statku
niezbędny sprzęt i prowiant. Jej strój polowy w niczym nie przypominał
ceremonialnych szat noszonych w świątyni, ale został zaprojektowany do
innego rodzaju działań: do życia w terenie, gdzie liczyły się
praktyczność i umiejętność przetrwania w każdych warunkach. Poza tym
świątynne szaty były szorstkie i sztywne. Rooper uwielbiała to, jak
swobodnie czuła się, mogąc nosić swój strój polowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki