Star Wars. Z pewnego punktu widzenia. 40 opowiadań na 40-lecie "Powrotu Jedi" -

Kup ebooka

52.00 zł
43.48 zł (44,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak już coś robić.... Amal El-Mohtar

Jak już coś robić...

Amal El-Moh­tar

Mam nadzieję, koman­do­rze. Dla pań­skiego dobra. Impe­ra­tor nie będzie tak wyro­zu­miały.

Wtedy lord Vader mu wyba­czył. Moff Tiaan Jer­jer­rod przy­glą­dał się męż­czyź­nie dłu­żej, niż było to konieczne, zde­ter­mi­no­wany, by nie umknął mu żaden detal. Rytm ude­rzeń butów Vadera o płytę han­ga­rową, sze­lest pele­ryny, pre­cy­zja ruchów, ni­gdy prze­sad­nie wol­nych czy pośpiesz­nych. Tempo nie­uchron­no­ści.

Odpro­wa­dził go wzro­kiem, po czym obró­cił się na pię­cie i przy­jął jego krok, jego rytm, co do sekundy. By wszy­scy zgro­ma­dzeni dostrze­gli har­mo­nię w cho­re­ogra­fii ich rozej­ścia się, by zoba­czyli, jak dalece Jer­jer­rod i Vader są zsyn­chro­ni­zo­wani, zgrani, jak masze­rują do tej samej cichej, potęż­nej muzyki.

Niech widzą Jer­jer­roda takim, za jakiego miał się sam - nie jako pod­wład­nego Vadera, lecz jego narzę­dzie.

Gdy opusz­czał han­gar, pozwo­lił sobie na poje­dyn­czą dys­har­mo­nijną, nie­wła­ściwą myśl: okła­mał lorda Vadera pro­sto w twarz, a mimo to uszedł z życiem.

Samo kłam­stwo było dość nie­winne: nie podwoją wysił­ków. Nie mogli tego zro­bić. Jer­jer­rod nie był mate­ma­ty­kiem, ale odczu­wał dumę ze swo­jej pracy i zda­wał sobie sprawę z zakresu pro­jektu wystar­cza­jąco dobrze, by wie­dzieć, że podwo­je­nie wysił­ków nie sprawi, że Gwiazda Śmierci sta­nie się w pełni sprawna w wyzna­czo­nym cza­sie. Wysiłki to chaos, nie­prze­wi­dy­wal­ność; słaby pły­wak potrafi gwał­tow­nie machać nogami i rękoma, wal­cząc z nur­tem rzeki, a mimo to nie zrobi postę­pów w porów­na­niu ze swoim doświad­czo­nym kolegą, pły­ną­cym na mia­ro­wym odde­chu. To nie kwe­stia wysił­ków, a sku­tecz­no­ści. Czy tech­niki.

Vader musiał to wyczu­wać, pal licho, czy zda­wał sobie z tego sprawę świa­do­mie. Jer­jer­rod obser­wo­wał go całymi latami i wie­dział swoje. Vader był sil­niej­szy w Mocy od wszyst­kich żyją­cych istot poza Impe­ra­to­rem; potra­fił bez wąt­pie­nia odry­wać ludziom koń­czyny samymi myślami i nie wahał się przed ści­na­niem ich mie­czem świetl­nym, zamie­nia­niem w mia­zgę z mięsa i kości, z któ­rej do szczętu wyci­skał krew - a ten zamiast tego co zro­bił?

Zablo­ko­wał poje­dyn­czą drogę odde­chową kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym. Jakby grał na fle­cie.

Jer­jer­rod lubił muzykę. Był cie­kaw, co na jej temat sądzi Vader.

Zasta­na­wiał się też - paro­krot­nie - jak czło­wiek czuje się w takiej sytu­acji. Jak to jest. Odkąd Piett został awan­so­wany na admi­rała, Jer­jer­rod pozwa­lał, by jego myśli dry­fo­wały ku moż­li­wo­ści, że któ­re­goś dnia zawie­dzie Vadera doszczęt­nie i spo­tka go taki sam koniec. Nie wie­dział, czy doświad­cze­nie to przyj­mie postać prze­szkody w gar­dle, zaty­ka­ją­cej je od wewnątrz aż po nasta­nie ciem­no­ści - czy może obej­mie go i zdusi jak potężna oce­aniczna fala. A może w tych ostat­nich chwi­lach poczuje dotyk skó­rza­nej ręka­wicy, a ta cof­nie się od jego skru­szo­nej szyi, jakby dopiero co ją pie­ściła.

"Może znajdę nowe spo­soby, by ich zmo­ty­wo­wać".

Nie pozwo­lił sobie na drże­nie, póki nie miał pew­no­ści, że nikt nie mógł go już zoba­czyć.

Kwa­tery Jer­jer­roda były wykoń­czone oszczęd­nie jak na ofi­cer­skie stan­dardy. Ele­men­tom wypo­sa­że­nia i ume­blo­wa­nia bra­ko­wało luk­susu, który przy­pusz­czal­nie byłby mu przy­na­leżny gdzie indziej z racji stop­nia. Miał łóżko - stan­dar­dowe, wąskie jak te pry­cze, na któ­rych spali robot­nicy - nagie ściany i stół kre­ślar­ski na tyle sze­roki, by odpo­wia­dał jego szcze­gól­nym potrze­bom.

Od dni stu­denc­kich nieco zawsty­dzało go to, że lepiej rozu­miał sche­maty, kiedy mógł ich dotknąć. Było mu znacz­nie łatwiej utrzy­my­wać w gło­wie prze­pastne struk­tury, gdy naj­pierw pojął je w dwóch wymia­rach. W tym celu czę­sto korzy­stał z dużych data­pa­dów, ale gdy tylko było to moż­liwe, wolał wyko­ny­wać rysunki tech­niczne na fizycz­nym medium, po któ­rym mógł wodzić pal­cami. Dopiero wtedy uru­cha­miał holo­pro­jek­cje, migo­czące i oży­wa­jące na jego oczach. Poza tym holo­gramy go roz­pra­szały; póki nie poznał pla­nów dłońmi, z tru­dem dostrze­gał na nich cokol­wiek poza gładką, fał­szywą obiet­nicą ukoń­czo­nej fasady.

Ma się rozu­mieć, że w mło­do­ści wyszy­dzano go z tego powodu, jakby świad­czyło to o jego nie­doj­rza­ło­ści, o jakichś bra­kach w roz­woju; jakby na­dal był dziec­kiem syla­bi­zu­ją­cym na głos kolejne czy­tane słowa. Jako osoba doro­sła jed­nak na­dal prak­ty­ko­wał tę dziwną, choć tole­ro­waną oso­bli­wość: spora część jego oso­bi­stych fun­du­szy szła na szpule flim­si­pla­stu, im star­szego (i przez to lep­szej jako­ści), tym lepiej.

Bar­dziej zawsty­dzała go inna prawda: pro­ces ten miał w sobie coś nie­po­ję­cie intym­nego. W pierw­szym roku jako rekrut Jer­jer­rod odbył pod­sta­wowy kurs medy­cyny polo­wej. Gdy udzie­lał pomocy pacjen­tom, uświa­do­mił sobie, że postrze­gał ich ciała w kate­go­rii maszyn wyma­ga­ją­cych ser­wi­so­wa­nia: tu prze­cie­kał płyn, tam obwody wyma­gały łat, bo w prze­ciw­nym razie całość mogła się zamie­nić w nie­przy­datny złom. A Jer­jer­rod dość wcze­śnie zro­zu­miał, że nie może ścier­pieć mar­no­traw­stwa.

Myśl ta towa­rzy­szyła mu i wtedy, gdy stu­dio­wał inży­nie­rię, a także potem, gdy zajął się ambit­niej­szymi pro­jek­tami archi­tek­to­nicz­nymi - ale, ku jego zdzi­wie­niu, gdy zna­lazł się w oto­cze­niu maszyn, każdy sche­mat zaczął mu przy­po­mi­nać ciało. Każdy pro­jekt miał bijące serce, układ ner­wowy, włókna napi­na­jące się pod powłoką skóry; każdy pro­jekt ujmo­wał w kate­go­riach orga­ni­zmu, któ­remu nale­żało pomóc przyjść na świat. Cza­sami kre­ślił je tak, jak je sobie wyobra­żał. Ni­gdy nie nada­wał im twa­rzy - byłaby to jed­nak spora prze­sada - ale czuł się zobo­wią­zany, by nada­wać im wyraźne cechy osob­ni­cze. Pogo­dził się z tym, choć nie lubił o tym wspo­mi­nać - ale ile­kroć musiał się sku­pić na pro­ble­mie, by pojąć go tak dogłęb­nie, że roz­wią­za­nie przy­cho­dziło do niego jak oddech, roz­kła­dał kolejne arku­sze flim­si­pla­stu w gabi­ne­cie i potem całymi godzi­nami wodził pal­cami po liniach dia­gramu, jakby mógł je zmu­sić, by z drże­niem czy jękiem zdra­dziły swoje tajem­nice.

Nie ina­czej było w przy­padku sta­cji bojo­wej DS-2. Pro­jekt był zbyt roz­le­gły, by zmie­ścić się na poje­dyn­czym arku­szu, ale Jer­jer­rod zbu­do­wał model, który roz­kła­dał się i zamy­kał w zależ­no­ści od potrzeby, gdy chciał się przyj­rzeć cze­muś kon­kret­nemu. Klu­czowe obszary nakre­ślił ręcz­nie, obraw­szy makietę za punkt odnie­sie­nia, by zro­zu­mieć dany rzut. Gdy roz­ło­żył przed sobą sche­maty, jego wzrok w pierw­szej kolej­no­ści jak zawsze spo­czął na uspraw­nie­niach, które wpro­wa­dził w roz­wią­za­niach swo­jego nie­for­tun­nego poprzed­nika. Pul­so­wały mu jasno w gło­wie: zamiast roz­złosz­czo­nego czer­wo­nego obszaru wokół poje­dyn­czego szybu ter­mo­wen­ty­la­cyj­nego, ogła­sza­ją­cego wszem wobec swoją zdra­dziecką sła­bość, wymu­sił wpro­wa­dze­nie kapi­lar­nego sys­temu wen­ty­la­cyj­nego, po tym jak odrzu­cił dzie­siątki pro­jek­tów i wresz­cie opra­co­wał ten poprawny. Teraz miliony drob­nych prze­wo­dów miały się roz­cią­gać od rdze­nia pla­cówki po jej powierzch­nię, by DS-2 mogła oddy­chać. Ponadto wpro­wa­dził zapory i sys­temy bez­pie­czeń­stwa, by zapo­biec kata­stro­fal­nej reak­cji łań­cu­cho­wej, która ska­zała na zagładę pierw­szą odsłonę pro­jektu - teraz sys­tem dorów­ny­wał ele­gan­cją coru­scań­skiemu naszyj­ni­kowi. Każdy pacio­rek czy klej­not był indy­wi­du­al­nie nani­zany na nić, tak że jedna sek­cja struk­tury mogła ulec awa­rii i nie dopro­wa­dzić do znisz­cze­nia cało­ści.

Był dumny z tych uspraw­nień. W teo­rii dokoń­czona DS-2 miała prze­wyż­szyć star­szą sio­strę pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem: siły, sku­tecz­no­ści, nie­znisz­czal­no­ści. W prak­tyce jed­nak linie jed­nej upar­tej geo­me­trii odma­wiały zbiegu.

Nie dostrze­gał bowiem żad­nego spo­sobu, by dokoń­czyć budowę DS-2 w wyzna­czo­nym cza­sie, zwa­żyw­szy na przy­dzie­lone mu zasoby. Bo oto i ona. Jej bijące serce: bucze­nie gene­ra­to­rów. Jej układ ner­wowy: zło­żone obwody, które z cza­sem miały rezo­no­wać z czę­sto­tli­wo­ścią krysz­ta­łów kyber. Jej życio­dajna krew: obec­nie zale­d­wie robot­nicy, prze­pły­wa­jący powsta­ją­cymi kory­ta­rzami, roz­bu­do­wu­jący jej żyły i tęt­nice. DS-2 była ane­miczna. Wnio­sko­wał o wię­cej ludzi, odma­wiano mu. Impe­ra­tor powie­dział wyraź­nie, że nie może pro­sić o wię­cej czasu. To na nim spo­czy­wała odpo­wie­dzial­ność, by doko­nał nie­moż­li­wego.

Pomy­ślał o pele­ry­nie cią­gną­cej się za Vade­rem.

Jer­jer­rod wró­cił do pracy.

Wodził dłońmi po kon­tu­rach pla­nów. DS-2 pro­mie­nio­wała bólem pod jego pal­cami. Czuł napię­cie nara­sta­jące w kilku klu­czo­wych gru­pach mię­śni - obsza­rach robo­czych - które mogło się prze­kształ­cić w skur­cze, pro­blemy, opóź­nie­nia, pęk­nię­cia. Popę­dzał swo­ich ludzi, ale jeśli teraz pękną, nikt ich nie zastąpi.

Może by doko­nać nie­moż­li­wego, powi­nien zro­bić coś nie­spo­dzie­wa­nego.

Gdy stu­dio­wał dia­gramy, pro­jek­to­wał nowe rota­cje zmian, zmie­niał ich kształty: w miej­sce cia­snych węzłów gorącz­ko­wych wysił­ków, osób pra­cu­ją­cych z tem­pe­ra­turą gro­żącą wypa­le­niem, roz­cią­gnął i wydłu­żył grupy, tak by były bar­dziej ela­styczne, by pra­co­wały z doskoku na kilku klu­czo­wych obsza­rach. Nie dys­po­no­wał więk­szą liczbą pra­cow­ni­ków, ale miał mnó­stwo pro­mów, które teraz tylko kurzyły się w han­ga­rach. Przej­mie je na wła­sne potrzeby, aby robot­nicy szyb­ciej prze­miesz­czali się po więk­szym tere­nie, tak by sama podróż zapew­niała im chwilę wytchnie­nia, jed­no­cze­śnie nie zabu­rza­jąc pro­duk­tyw­no­ści.

Plan mógł zadzia­łać, o ile wizja będzie wystar­cza­jąco kom­plek­sowa: obniży ciśnie­nie w nie­któ­rych sek­to­rach, pod­no­sząc je w innych, a gdy będzie nara­stać, będzie je roz­kła­dał rów­no­mier­nie. Zamiast strze­lać z bicza, będzie żela­zną ręką w mięk­kiej ręka­wicy. Roz­ma­suje głę­bo­kie tkanki pro­jektu, aż te ujaw­nią swoje tajem­nice.

Co w prak­tyce ozna­czało uważ­niej­szy nad­zór. Patro­lo­wa­nie kory­ta­rzy i obser­wo­wa­nie, tak by jed­no­cze­śnie samemu pozo­stać nie­zau­wa­żo­nym. By nie roz­pra­szać innych, lecz przy­po­mi­nać im o regu­lar­no­ści. By być metro­no­mem - nie, dyry­gen­tem, prze­no­szą­cym linię melo­dyczną z jed­nej sek­cji sta­cji na drugą.

Jer­jer­rod zamknął oczy i roz­ma­so­wał skro­nie. Jego meta­fory zle­wały się ze sobą, jakby wystar­czyło zna­leźć odpo­wied­nią, by roz­wią­zać pro­blem. Ale prze­cież to nie wystar­czy. Oczy­wi­ście, taka metoda jest pomocna - ale jeśli miał się wyro­bić w ter­mi­nie narzu­co­nym przez Impe­ra­tora, potrze­bo­wał fak­tycz­nego mnoż­nika siły.

A ten, rzecz jasna, został już przez Pal­pa­tine'a wysłany.

Palce Jer­jer­roda zawi­sły nad spe­cy­fi­ka­cją komory medy­ta­cyj­nej Vadera - o niskim kosz­cie, a wyso­kim prio­ry­te­cie. Budowa skoń­czyła się już dawno.

Nakre­ślił linię odcho­dzącą od komory, wijącą się kory­ta­rzami i kład­kami sta­cji bojo­wej. Zapa­mię­tał jej kształt. Wypro­sto­wał się, szarp­nął za rąbek mun­duru i opu­ścił gabi­net.

Jer­jer­rod sły­szał, jak inni ofi­ce­ro­wie szep­tali, że pod zbroją Vader jest znisz­czoną, spa­loną sko­rupą czło­wieka, oży­wianą przez samą Moc. Przy­po­mniał sobie kola­cję pod­czas jakie­goś impe­rial­nego ban­kietu przed laty, gdy człon­kom admi­ra­li­cji, któ­rzy już wypili swoje, roz­wią­zały się nieco języki.

- To mówisz, że widzia­łeś go na wła­sne oczy? Ten jego zbior­nik?

- No mówię, żem widział. Choć musisz spu­ścić wzrok, nim dowie się, że tak jest. Wmów sobie, że go nie widzia­łeś, by nie wywę­szył two­ich myśli i nie przy­ła­pał cię na tym, że się na niego gapisz. Myśl o wła­snej matce albo o ostat­niej oso­bie, którą zabi­łeś...

- W twoim przy­padku to jedno i to samo, co, admi­rale?

Śmiech, a potem - cisza.

- To straszne - dodał cicho admi­rał. - Prze­ra­ża­jące. Czer­wone, wil­gotne, łusz­czące się. Usma­żone mięso nasią­ka­jące wodą w wia­drze.

Po tych sło­wach roz­mowa coś się nie kle­iła, ofi­ce­ro­wie wymó­wili się zmę­cze­niem. Jed­nak wtedy Jer­jer­rod zaczął czuć bez­silną złość - złość na to naru­sze­nie pry­wat­no­ści, na to upo­ko­rze­nie. Złość w imie­niu Vadera - ale i wła­snym. Bo tamta roz­mowa go obu­rzyła. Czym­kol­wiek jesz­cze był Vader - kim­kol­wiek jesz­cze był poza tym - sta­no­wił ten jeden ele­ment, wokół któ­rego krę­cił się świat Jer­jer­roda, rów­nie fun­da­men­talny z punktu widze­nia Impe­rium co tlen czy gra­wi­ta­cja. W Vade­rze dostrze­gał gęstą i pochła­nia­jącą pew­ność. Nie mógł pozwo­lić, by taki wul­garny beł­kot ska­lał odważne, poły­skliwe linie ele­gan­cji i potęgi Vadera.

I sam nie zamie­rzał naru­szać świę­to­ści komory medy­ta­cyj­nej. Cze­kał, aż Vader ją opu­ści, po czym zrów­nał z nim tempo. Szli ramię w ramię mia­ro­wym kro­kiem. Vader zwró­cił się w jego stronę, nie­prze­jed­nany, ale nie zwol­nił.

- Zasadzka, koman­do­rze? Nie spo­dzie­wa­łem się, że ma pan tyle wol­nego czasu, by mar­no­wać go przed moją kwa­terą.

Trudno było stwier­dzić, czy Vader jest roz­ba­wiony, czy ziry­to­wany. Jer­jer­rod posta­no­wił się nie tru­dzić usta­la­niem, która wer­sja jest praw­dziwa.

- Lor­dzie Vader - prze­szedł do meri­tum - zasta­na­wia­łem się, czy mogli­by­śmy prze­dys­ku­to­wać przy­śpie­sze­nie budowy. Mam pro­po­zy­cję...

- Nie jestem zain­te­re­so­wany pań­skim kata­lo­giem pora­żek, koman­do­rze.

- Zro­zu­miałe, lor­dzie Vader. Ale może mógł­bym zain­te­re­so­wać pana wycieczką z prze­wod­ni­kiem?

Vader zatrzy­mał się nagle. Jer­jer­rod poszedł w jego ślady. Gdy Vader mil­czał, tak­su­jąc go wzro­kiem, Jer­jer­rod cze­kał. Zary­zy­ko­wał i zaczerp­nął płytko tchu - oka­zało się, że na­dal może oddy­chać. Z tru­dem zacho­wy­wał spo­kój.

- Pro­szę o wyba­cze­nie, lor­dzie Vader - potrak­to­wa­łem poważ­nie pań­ską ofertę, by zmo­ty­wo­wać moich ludzi. A może nie powi­nie­nem był?

Vader jesz­cze przez chwilę mil­czał, po czym skrzy­żo­wał ramiona.

- Co dokład­nie miał pan na myśli, koman­do­rze?

Jer­jer­rod wło­żył sporo wysiłku w to, by zacho­wać neu­tralny wyraz twa­rzy.

- Po pro­stu obchód.

Masze­ro­wali w ciszy, zatrzy­my­wali się na oczach pra­cow­ni­ków; tam, gdzie to nie­zbędne, korzy­stali z pro­mów i tur­bo­wind zgod­nie z mapą w gło­wie Jer­jer­roda. Jeśli DS-2 była ane­miczna, czy ist­niał lep­szy spo­sób na uzu­peł­nie­nie nie­do­bo­rów żelaza niż Vader, pochła­nia­jący świa­tło na kład­kach?

Jer­jer­rod zabrał Vadera w miej­sca, które naj­pil­niej wyma­gały wzmo­że­nia prac. Moty­wa­cji. Sta­ran­nie wykre­ślił trasę wio­dącą przez sek­tory, w któ­rych pra­cow­nicy mieli się zmie­nić, obszary, gdzie byli już wystar­cza­jąco doświad­czeni, by wyko­ny­wać zada­nia mecha­nicz­nie, i na oczach Jer­jer­roda widok Vadera napeł­niał ich nową ener­gią. Tym­cza­sem Jer­jer­rod wska­zy­wał załogi, wyja­śniał zna­cze­nie danego obszaru, cze­kał, aż Vader przy­tak­nie, i ruszał dalej: tak­tycz­nie, stra­te­gicz­nie, ni­gdy nie pozo­sta­jąc w jed­nym miej­scu dłu­żej niż to konieczne. Zza ich ple­ców roz­le­gał się szum wzmo­żo­nej pracy.

- Poziom aktyw­no­ści zado­wala, koman­do­rze - oznaj­mił nagle Vader. - Co w pana odczu­ciu spo­wo­do­wało opóź­nie­nia?

Jer­jer­rod ostroż­nie dobie­rał słowa. Już zade­kla­ro­wał, że har­mo­no­gram prac jest nie­re­alny, Vader zda­wał sobie z tego sprawę i nie trzeba było mu o tym przy­po­mi­nać. Usły­szał zatem pyta­nie kry­jące się za tym wła­ści­wym: "Dla­czego budowa dru­giej sta­cji tak się cią­gnie w porów­na­niu z pierw­szą?".

Naj­gor­sze było to, że to nie­prawda. Oso­bi­ście dopil­no­wał, by nowy plan uwzględ­niał naprawdę wyjąt­kowe uspraw­nie­nia. Impe­ra­tor nale­gał, by druga sta­cja była więk­sza, co było zasta­na­wia­jące, ale Jer­jer­rod zało­żył, że stoi za tym dobry powód. Nie, zwa­żyw­szy na wszyst­kie aktu­ali­za­cje i roz­sze­rze­nia, powinno wszyst­kich zdu­mie­wać, że w ogóle zbli­żają się do ukoń­cze­nia kon­struk­cji w usta­lo­nych ramach cza­so­wych.

Ale pomi­ja­jąc całą resztę, Jer­jer­rod wie­dział, na czym pole­gała naj­więk­sza róż­nica, i posta­wił wszystko na jedną kartę w prze­ko­na­niu, że to o taką odpo­wiedź cho­dzi Vade­rowi.

- Układ wen­ty­la­cyjny - odparł. - Musie­li­śmy poświę­cić sporo czasu, by oce­nić sto­pień sabo­tażu planu przez Galena Erso - nie wie­dzie­li­śmy, ile ukła­dów ucier­piało z powodu tego drob­nego szcze­gółu. Nasze roz­wią­za­nie jest kom­plek­sowe, ale gdy już je wdro­żymy, ta Gwiazda Śmierci będzie odpro­wa­dzać cie­pło nie­mal tak sku­tecz­nie jak skóra, a jed­no­cze­śnie będzie kom­plet­nie nie do sfor­so­wa­nia. Insta­la­cja tego układu jest o wiele trud­niej­sza i wymaga wyspe­cja­li­zo­wa­nej pracy, ale jestem pewien, że wysi­łek się opłaci.

- Opłaci się: wyeli­mi­nuje moż­li­wość powtórki ze strony rebe­lian­tów.

Jer­jer­rod zamru­gał, zbity z tropu.

- Cóż...

- Byłoby dla pana lepiej, koman­do­rze, gdyby zro­bił pan to, o co popro­sił pana Impe­ra­tor, zamiast roz­trzą­sać dawne porażki.

- Z całym sza­cun­kiem, lor­dzie Vader, ja... - powie­dział Jer­jer­rod, nim mógł się ugryźć w język.

- Koman­do­rze, mar­nuje pan swój czas, a to ozna­cza, że mar­nuje pan mój.

Jer­jer­rod nie mógł dostać ostrzej­szego upo­mnie­nia. Stał zszo­ko­wany, gdy Vader obró­cił się na pię­cie i się odda­lił. Zasta­na­wiał się, jak dalece Vader ode­brał mu dech, zupeł­nie nie korzy­sta­jąc z Mocy.

Wró­cił do kwa­tery i ponow­nie zaczął prze­glą­dać plany. Z każ­dej czę­ści sta­cji docie­rały raporty wska­zu­jące na różne uspraw­nie­nia, zaosz­czę­dzony czas, zada­nia ukoń­czone przed ter­mi­nem - a wszystko to bez war­to­ści, nie­istotne. Mar­no­traw­stwo. Zde­gu­sto­wany Jer­jer­rod strą­cił na pod­łogę szpule flim­si­pla­stu, usiadł gwał­tow­nie na skraju łóżka i zwie­sił głowę mię­dzy kolana.

Wła­śnie zawa­lał jakiś test, nie mógł uło­żyć jakiejś ukła­danki.

Wró­cił do samego początku.

"Wymaga nie­moż­li­wego". Miał do czy­nie­nia z trzema zmien­nymi: surow­cami, cza­sem i spraw­no­ścią. Nie miał żad­nego pola manewru w przy­padku surow­ców ani czasu. Z pew­no­ścią nie miał go w przy­padku spraw­no­ści: Gwiazda Śmierci albo będzie ukoń­czona, albo nie.

Chyba że...

Powoli uniósł głowę. Co takiego wła­ści­wie ozna­cza "spraw­ność"?

Główną funk­cją Gwiazdy Śmierci była siła ognia - bez dwóch zdań. Zwa­żyw­szy na skalę budowy sta­cji bojo­wej o śred­nicy dwu­stu kilo­me­trów, dokoń­cze­nie samego super­la­sera wyda­wało się nie­mal try­wialne. Jed­nak w każ­dej ogól­nej kon­cep­cji, jaką prze­sy­łał do akcep­ta­cji, laser miał zostać akty­wo­wany w ostat­niej fazie kon­struk­cji - dopiero po wdro­że­niu wszyst­kich uspraw­nień, które przy­go­to­wał z myślą o jego ochro­nie.

Ale... czy to wszystko naprawdę jest konieczne? Z for­mal­nego punktu widze­nia - nie. Już prze­cież gene­ro­wali tar­czę z powierzchni księ­życa. Zgod­nie z tym samym har­mo­no­gra­mem pro­duk­cyj­nym, któ­rym dys­po­no­wał dyrek­tor Kren­nic, mieli się zająć super­la­se­rem w trze­ciej i ostat­niej fazie budowy. Miało to sens z wielu powo­dów zwią­za­nych z bez­pie­czeń­stwem - ale może będą mogli do tego jesz­cze wró­cić.

Roz­ło­żył poroz­rzu­cane arku­sze flim­si­pla­stu na pod­ło­dze i klęk­nął, by przyj­rzeć się im z bli­ska. Tak - uwzględ­niw­szy to, co zostało zbu­do­wane do tej pory, można dokoń­czyć budowę super­la­sera w cza­sie wyzna­czo­nym przez Impe­ra­tora, o ile prze­kie­ruje na ten cel wszyst­kie dostępne zasoby. Ale jeśli to o to cho­dziło Impe­ra­to­rowi, dla­czego po pro­stu o tym nie wspo­mniał? Czemu robić z tego tajem­nicę?

I wtedy sobie przy­po­mniał: pierw­sza Gwiazda Śmierci miała być tajną bro­nią. Wro­gie dzia­ła­nia, aro­gan­cja i błędy popeł­nione w sze­re­gach Impe­rium spra­wiły, że Impe­ra­tor zbyt szybko odkrył karty. Czy to zatem moż­liwe, że teraz chce, by główny cel sta­cji został ukryty w widocz­nym miej­scu? A jeśli wygląd tej sta­cji bojo­wej - pokry­tego rusz­to­wa­niami, nie­ukoń­czo­nego, podat­nego na znisz­cze­nia, poszat­ko­wa­nego ziew­nię­cia w kosmicz­nej próżni - miał być kłam­stwem?

"Podwo­imy wysiłki".

Podąż za tą myślą, uchwyć ją. By upraw­do­po­dob­nić kłam­stwo, nie może dojść do przerw w pracy. Impe­ra­tor chce spra­wiać wra­że­nie, jakby wszy­scy się tu topili, jakby gorącz­kowo machali rękoma - nie po to, by zakoń­czyć pro­jekt, lecz by ukryć to, co już powinno być gotowe. No i nie mógł powie­dzieć o tym Jer­jer­ro­dowi bez­po­śred­nio - bo ten nie był dyry­gen­tem orkie­stry. Był jedy­nie batutą w dłoni Vadera.

Wszystko wsko­czyło na swoje miej­sce. Wszel­kie osłony, zabez­pie­cze­nia, obli­cze­nia i uspraw­nie­nia Jer­jer­roda były mar­no­traw­stwem, które miało zwieść szpie­gów na manowce. Jego har­mo­no­gram był pozba­wiony sensu, bo Impe­ra­tor miał zupeł­nie inny. Jer­jer­rod budo­wał defen­syw­nie, a Impe­ra­tor szy­ko­wał zasadzkę. Potrze­bo­wał od niego tylko dwóch rze­czy: super­la­sera i wzmo­żo­nego ruchu na budo­wie w nie­moż­li­wych warun­kach. Wra­że­nia porażki.

Vader nie był tu po to, by dopil­no­wać ter­mi­nów, lecz by przy­go­to­wać kom­plet­nie nowy har­mo­no­gram. Przy­by­cie Impe­ra­tora nie miało być karą, lecz wabi­kiem.

Pokrył łóżko flim­si­pla­stem. I tak nie będzie w nim spał w naj­bliż­szych dniach.

Jer­jer­rod wkro­czył do sali medy­ta­cyj­nej Vadera wyczer­pany i w pomię­tym mun­du­rze, a błysk w jego oczach zdra­dzał coś mię­dzy manią a eufo­rią. Sta­nął na bacz­ność przy wej­ściu i zacze­kał, aż Vader wyłoni się z komory, by go przy­jąć.

- Lor­dzie Vader - powie­dział, prze­krzy­wia­jąc głowę i wycią­ga­jąc przed sie­bie data­pad. - Chcia­łem zamel­do­wać, że bez kolej­nych robot­ni­ków budowa Gwiazdy Śmierci zosta­nie ukoń­czona jedy­nie z pomi­nię­ciem para­me­trów wska­za­nych przez Impe­ra­tora. Pozwo­li­łem sobie spo­rzą­dzić listę sek­to­rów, które będą sprawne w ter­mi­nie, tylko dla pań­skich oczu, ale mam poważne obawy odno­śnie do reszty har­mo­no­gramu pro­duk­cji.

- Podwoił pan wysiłki? - spy­tał Vader.

Przy­jął data­pad, ale na niego nie spoj­rzał. Wbił wzrok w Jer­jer­roda.

- Tak. Jak pan się prze­kona, wyeli­mi­no­wa­łem kilka okre­sów wypo­czyn­ko­wych i wdro­ży­łem szes­na­sto­go­dzinne zmiany w cyklach dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nych. Jakość pracy ucierpi, stąd uwzględ­ni­łem spo­dzie­waną czte­ro­pro­cen­tową utratę pro­duk­tyw­no­ści wsku­tek wzro­stu liczby wypad­ków i wyczer­pa­nia. Ale to po pro­stu nie­moż­liwe, lor­dzie Vader. Co wię­cej, oba­wiam się, że jeśli ta infor­ma­cja wyciek­nie, sta­cja bojowa sta­nie się nie­od­partą pokusą dla rebe­lian­tów.

- To bar­dzo wyczer­pu­jący obraz pań­skiej porażki. Impe­ra­tor będzie panem bar­dzo zawie­dziony, koman­do­rze.

- A pan, lor­dzie Vader?

- To zna­czy?

Jer­jer­rod wypro­sto­wał się i spoj­rzał Vade­rowi w to, co ucho­dziło u niego za oczy.

- Jest pan mną zawie­dziony?

W ciszy, która zapa­dła, Jer­jer­rod wstrzy­my­wał oddech. Nie spo­glą­dał na dło­nie Vadera ani czy­nione przez nie gesty, tylko we wła­sne odbi­cie, znie­kształ­cone w pła­tach hełmu roz­mówcy.

A wtedy Vader pod­szedł bli­żej.

- Jak już coś robić, koman­do­rze - powie­dział - to dobrze. Pro­szę o tym pamię­tać. - Wycią­gnął przed sie­bie data­pad. Gdy Jer­jer­rod po niego się­gał, ten zapadł się w sobie jak kwiat tuż przy jego pal­cach. Jer­jer­rod prze­łknął z tru­dem.

- Zapa­mię­tam, lor­dzie Vader - odparł cicho.

Vader prze­szedł obok i opu­ścił salę.

Jer­jer­rod odpro­wa­dzał go wzro­kiem dłu­żej, niż było to konieczne.

Gdy wresz­cie przy­był Impe­ra­tor, Jer­jer­rod przy­klęk­nął po pra­wicy Vadera. Gdy ten wstał, Jer­jer­rod rów­nież się pod­niósł, po czym zrów­nał z nim krok za jego ple­cami. Czuł, że teraz ogar­nia ich inna muzyka, świa­dom tego, iż teraz jego dyry­gent sam jest dyry­go­wany, świa­dom pew­nej wspól­noty, któ­rej Vader pew­nie ni­gdy sobie nie uświa­domi: wszy­scy osta­tecz­nie pod­le­gali tej sile, tej aran­ża­cji.

Vader i Impe­ra­tor przez chwilę masze­ro­wali w ciszy. Jer­jer­rod czuł, jak coś mię­dzy nimi prze­biega, jakaś bli­ska har­mo­nia zro­zu­mie­nia. A wtedy na potrzeby zebra­nych Vader oznaj­mił:

- Budowa Gwiazdy Śmierci zosta­nie dokoń­czona w ter­mi­nie.

- Dobrze się spra­wi­łeś, lor­dzie Vader - dobie­gła odpo­wiedź, a Jer­jer­rod zdu­sił w sobie dziką radość, nim ta mogła dosię­gnąć jego twa­rzy.

Obie­cano mu nie­za­do­wo­le­nie Impe­ra­tora, jego potę­pie­nie - ale było jasne, że Impe­ra­tor nie ma poję­cia o jego ist­nie­niu. Było to zada­nie, do któ­rego z jemu tylko zna­nych powo­dów odde­le­go­wał Vadera.

Ale Vader go znał. Gro­ził mu Impe­ra­to­rem, a w ten spo­sób pozy­skał go do swo­jej cichej sym­fo­nii, machi­na­cji w ramach nie­po­ję­tych miste­riów Mocy. Impe­ra­tor i Vader dzia­łali podług róż­nych har­mo­no­gra­mów, a do tego na róż­nych płasz­czy­znach. Gdy uczy­nili ich tro­ski jego tro­skami, Jer­jer­rod poczuł, że został pochwy­cony, wypro­sto­wany, wcią­gnięty w świat wymy­ka­jący się jego rozu­mie­niu.

- Zgod­nie z twoim życze­niem - odparł Vader i Jer­jer­rod poczuł echo tych słów we wła­snej jaźni.

"Zgod­nie z twoim życze­niem, lor­dzie Vader".

Podą­żył za nimi, opu­ścił han­gar i wró­cił na wła­sne sta­no­wi­sko w ocze­ki­wa­niu na kolejne roz­kazy.

Elegancik. Phil Szostak

Ele­gan­cik

Phil Szo­stak

Max Rebo poświę­cił chwilę, by się poże­gnać. Umie­ścił chwytną stopę na czer­wo­nych okręż­nych orga­nach nalar­gon, tych odzie­dzi­czo­nych po ojcu. Ruty­nowy występ w sta­łej miej­scówce, w Wiel­kiej Jamie Car­koon w głębi Pół­noc­nego Morza Wydm na Tato­oine, przy­brał kata­stro­falny obrót. A teraz mło­dzie­niec z zie­lo­nym mie­czem lase­ro­wym wyrą­by­wał sobie drogę przez hordy naj­sil­niej­szych zaka­pio­rów Jabby.

A przy­naj­mniej tak to wyglą­dało ze skrom­nego sta­no­wi­ska na tyłach sali, gdzie Max mru­żył oczy, by doj­rzeć cokol­wiek przez ostre pustynne słońce prze­ni­ka­jące okien­nice barki żaglo­wej gang­stera, aż te wresz­cie nagle zatrza­snęły się nie­spo­dzie­wa­nie. W tam­tej chwili zga­sły świa­tła sufi­towe i pomiesz­cze­nie pogrą­żyło się w ciem­no­ściach. A wtedy ktoś krzyk­nął. Max uznał to za świetny moment, by się ulot­nić.

Przez krótką chwilę sta­rał się przy­wo­łać całą swoją zni­komą siłę, by zacią­gnąć instru­ment ku wyj­ściu. Bez repul­sora jed­nak organy prze­mie­ściły się po drew­nia­nej pod­ło­dze zale­d­wie o cen­ty­me­try. Wła­śnie wtedy w chwili rzad­kiego olśnie­nia Max pojął, że już ni­gdy nie zoba­czy tego instru­mentu ani na nim nie zagra.

Sala opu­sto­szała już w poło­wie. Straż­nicy i łowcy nagród pędzili ku scho­dom i lukom, by strze­lać do ucie­ka­ją­cych nie­wol­ni­ków. Mimo wszystko mię­si­ści per­ku­si­ści z kapeli, Ak-rev i Umpass, pozo­stali na miej­scu, a wtedy mię­dzy nimi wywią­zał się nie­for­tunny spór. Gdy Max jakimś cudem zała­go­dził ich dys­putę, usły­szał cięż­kie kroki na gór­nym pokła­dzie, gdy od stro­mych wydm pia­sko­wych jamy odbi­jały się echem zarówno wystrzały lase­rów, jak i dział.

Max prze­stą­pił nad młó­cą­cym koń­czy­nami dro­idem pro­to­ko­lar­nym Jabby i czym prę­dzej odna­lazł drzwi. Choć był pro­sto­li­nij­nym poszu­ki­wa­czem wra­żeń zmy­sło­wych, nie nale­żał do głup­ców. Uni­kał walk toczą­cych się nad jego głową, mean­dru­jąc przy­po­mi­na­ją­cymi labi­rynt dol­nymi pokła­dami barki. Bo prze­cież musiała tu się znaj­do­wać jakaś sza­lupa ewa­ku­acyjna, prawda?

I wresz­cie fak­tycz­nie taką zna­lazł, choć wszyst­kie repul­so­rowe śmigi znik­nęły - poza ostat­nim. A na ten wła­śnie wsia­dał jeden z dwóch woka­li­stów zespołu Max Rebo Band, Joh Yowza, choć Max nie miał poję­cia, że ten w ogóle jest na barce.

- Joh! - zawo­łał Max, prze­krzy­ku­jąc bitewną wrzawę.

Widział, że na tyłach sie­dzi­ska w kształ­cie banana jest wystar­cza­jąco miej­sca dla małego Orto­la­nina.

Puchaty Yuz­zum jed­nak tylko się odwró­cił. Z jego sze­ro­kich ust zwi­sała nić zaju­ma­nych ser­del­ków. Pozdro­wił Maxa wul­gar­nym gestem i z dono­śnym recho­tem wystar­to­wał przez klapę na zawia­sach w zewnętrz­nym pan­ce­rzu barki.

"Zdra­dziecka żmija!" - pomy­ślał z gry­ma­sem Max.

To już koniec. Orto­la­nin uspo­koił drżące nogi, chwy­cił długą łychę z pustego garnka po potrawce z zagra­co­nej kuchni pokła­do­wej w cha­rak­te­rze zaim­pro­wi­zo­wa­nej broni (przez chwilę zasta­na­wiał się, czy nie powi­nien pójść w ślady Joha i opędz­lo­wać dosko­nale wypo­sa­żony kam­buz, ale się roz­my­ślił) i popę­dził w górę głów­nymi scho­dami.

Całe szczę­ście, że nim tam dotarł, walki już pra­wie dobie­gły końca. Na pokła­dzie walały się zwłoki ferajny ze straży pokła­do­wej Jabby. Nie­do­szła wyba­wi­cielka Hana Solo, którą Hutt uwię­ził poprzed­niego dnia, rzu­ciła się w ramiona chło­paka z mie­czem lase­ro­wym, trzy­ma­ją­cego się za jedną z licz­nych cum barki.

Max upu­ścił łychę i sko­rzy­stał z oka­zji, by prze­biec przez pokład w nadziei, że dotrze do przed­niego relingu i znaj­dzie się na mięk­kim cie­płym pia­sku, z dala od roz­dzia­wio­nej pasz­czy sar­lacca.

Ni­gdy jed­nak nie dotarł na miej­sce. Barką wstrzą­snęły eks­plo­zje i prze­krzy­wiła się w kie­runku jamy. Max zaczął się osu­wać po gład­kiej powierzchni ku nie­unik­nio­nej śmierci.

Nim jed­nak prze­śli­zgnął się pod relin­giem i wpadł do jamy, wyle­ciał w powie­trze po masyw­nej eks­plo­zji wtór­nej na podmu­chu roz­grza­nego do czer­wo­no­ści powie­trza spod pod­kładu. Prze­le­ciał nad pia­skami Morza Wydm jak nie­bie­ska tor­peda - a może bar­dziej jak nie­bie­ska kulka gumy do żucia. W tam­tej jed­nej chwili, gdy zna­lazł się w zawie­sze­niu wysoko na nie­bie, ujrzał jeden ze ski­fów towa­ro­wych Jabby, odla­tu­jący w jedną stronę. Śmig Joha kie­ro­wał się w stronę prze­ciwną.

Wyobra­ził sobie, jak jego cenne organy dosłow­nie chwilę wcze­śniej zamie­niają się w chmurę ato­mów w miej­scu, które jesz­cze przed chwilą było uko­cha­nym jach­tem Jabby. Nim osu­nął się w ciem­ność, jego myśli pod­ry­fo­wały ku jego rodzi­mej pla­ne­cie Orto, gdzie przed paroma laty zaczęła się ta cała draka.

Max Rebo zszedł scho­dami na tyłach Klubu Chedda. W bia­łym fraku z połami był z niego nie­zły ele­gan­cik. Reflek­tor uru­cho­mił się i zasy­gna­li­zo­wał jego nadej­ście, a Max lśnił jasno jak gwiazda. Zewsząd dobie­gały żywio­łowe okla­ski. Sto­jąca publika skła­dała się wyłącz­nie z innych Orto­lan o owa­dzich twa­rzach wyszcze­rzo­nych w uśmie­chach w stop­niu, w jakim dłu­go­nosi przed­sta­wi­ciele tej rasy to potra­fią (czyli raczej nie­wiel­kim).

Poza­świa­tow­com owa­cja taka zda­wa­łaby się mało entu­zja­styczna. Docho­dziła w pełni spod ciem­nych drew­nia­nych sto­łów ota­cza­ją­cych Maxa (w czę­ści tłu­miona przez auto­no­miczne, choć znacz­nie cich­sze macha­nie taką samą liczbą płetw). Dla Orto­la­nina jed­nak, szcze­gól­nie dla muzyka takiego jak Max, był to naj­wspa­nial­szy dźwięk na świe­cie.

W podob­nych chwi­lach w jego zawo­do­wym życiu tył jego nie­bie­skiego czubka głowy nie­uchron­nie pokryłby się kro­plami potu, które póź­niej spły­wa­łyby mu na szyję, gdy pod­cho­dziłby do orga­nów w kształ­cie pączka z dziurką. Tego wie­czora jed­nak nie dener­wo­wał się ani tro­chę. Rów­nie nie­ty­powe było to, że w ogóle miał na sobie ubra­nie. Orto­la­nie woleli lekki ubiór, a naj­chęt­niej cho­dzili nie­mal nago, pomimo raczej niskich śred­nich tem­pe­ra­tur panu­ją­cych na ich świe­cie. Ta noc wyraź­nie była wyjąt­kowa. Więc stał z czar­nym kwia­tem plom na piersi i skła­dał szyb­kie ukłony w każ­dym kie­runku sali do wtóru utrzy­mu­ją­cych się okla­sków.

Max zasiadł na poduszce pośrodku instru­mentu z taką ele­gan­cją, na jaką mógł sobie pozwo­lić, nie mając rąk. W tej samej chwili pod­wie­szone pod sufi­tem lampy keebada przy­ćmiły świa­tło, okien­nice zamknęły się łagod­nie i na sali klubu noc­nego pozo­stały tylko świa­tło sce­niczne i trza­ska­jący ogień w cha­rak­te­ry­stycz­nym dla lokalu kominku. Na widowni zapa­dła cisza. Liczni zgro­ma­dzeni pod­świa­do­mie wstrzy­my­wali oddech w ocze­ki­wa­niu na pierw­szą nutę. Gdy Max deli­kat­nie skła­dał świeżo co wysma­ro­wane olej­kiem palce stóp na kręgu kla­wi­szy, wyj­rzał poza świa­tło reflek­tora i spoj­rzał w oczy naj­pięk­niej­szej kobiety, jaką widział w życiu. Sie­działa sama w pobli­skiej loży. Przed nią na bia­łym obru­sie leżał talerz z krwi­stym, ocie­ka­ją­cym ste­kiem z ronta, wyraź­nie już zje­dzo­nym do połowy. Kobieta uśmiech­nęła się do niego ser­decz­nie i zażyle.

A wtedy Max zaczął grać. Co cie­kawe, nie rzu­cił się od razu na jeden z dosko­nale mu zna­nych jat­zo­wych stan­dar­dów, lecz zaczął coś kom­plet­nie nowego. Jatz, rzecz jasna, był jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych gatun­ków muzyki nagry­wa­nym i wyko­ny­wa­nym na żywo w całej galak­tyce, w tym na świa­tach Zewnętrz­nych Rubieży takich jak Orto. W róż­nych cza­sach i kul­tu­rach znany był pod wie­loma nazwami, a nie­które były lep­sze niż inne. Każdy wyko­nawca jatzu był za pan brat z impro­wi­za­cją na bazie popu­lar­nych stan­dar­dów. Ale impro­wi­zo­wa­nie kom­plet­nie nowego kawałka pod­czas kon­certu na wypeł­nio­nej po brzegi sali? To jed­nak dosyć cudaczne.

A pio­senka, którą grał, miała o wiele bar­dziej zło­żony, syn­ko­powy gro­ove, niż były do tego przy­zwy­cza­jone palce jego stóp, z dużym naci­skiem na akcen­to­wane miary taktu. W więk­szym stop­niu przy­wo­dziła na myśl galak­tyczny funk niż jatz, no i była całe kilo­me­try od kla­sycz­nych orto­lań­skich kawał­ków, wśród któ­rych dora­stał. Max wyda­wał się rów­nie zdu­miony, co reszta. Po czte­rech tak­tach, które wpro­wa­dziły linię basową, poja­wiła się pro­sta, choć wpa­da­jąca w ucho melo­dia w tona­cji cresh. Gdy Max już zapro­gra­mo­wał hip­no­ty­zu­jący gro­ove w kom­pu­te­rze orga­nów, uzu­peł­nił go o syn­te­tyczną per­ku­sję i rogi kloo. Każda stopa w lokalu wystu­ki­wała rytm, co u Orto­lan było nie lada kom­ple­men­tem.

Max zamknął oczy i poczuł, że wpada w stan dalece sku­pio­nej, choć spo­koj­nej uwagi. Czuł się jak w nie­bie.

Gdy tylko jed­nak wpadł w ten rzadki bło­go­stan, w jego muzykę zakradł się niski fał­szywy dźwięk. Może wci­snął nie­wła­ściwy pedał eks­pre­sji czy złą kon­tro­lkę? Nie. Głos dobie­ga­jący z oddali, do tego dość ochry­pły i zgrzy­tliwy, woła­jący go po nazwi­sku:

- Rebo!

Max zmarsz­czył czoło, kom­plet­nie wytrą­cony ze sku­pie­nia. Może gdyby nie otwo­rzył oczu...

- Rebo! - powtó­rzył głos, przy­bie­ra­jąc na sile.

"Co za bez­czel­ność!" - pomy­ślał Max, marsz­cząc czoło.

Otwo­rzył jedno oko i patrzył, jak Twi'lek o cho­ro­wi­tej apa­ry­cji pod­cho­dzi bli­żej z dal­szej czę­ści klubu noc­nego. Ubrany w nie­do­pa­so­wany nie­bie­ski kom­bi­ne­zon, brnął w jego stronę mię­dzy lożami z nie­za­do­wo­loną miną. Max natych­miast prze­stał grać i zaru­mie­nił się, a wła­ści­wie zapur­pu­ro­wił.

- Rebo! - wark­nął Twi'lek, obna­ża­jąc małe ostre ząbki i wska­zu­jąc go dłu­gim paznok­ciem. - Boska! - rzu­cił w hut­tyj­skim i potrzą­snął Orto­la­ni­nem, by go obu­dzić.

Max przez chwilę nie miał poję­cia, gdzie jest. Klub nocny, w jed­nej chwili tak nama­calny, w następ­nej nie­po­ko­jąco prze­padł bez śladu. Łagodne poranne świa­tło odle­głego słońca prze­ni­kało okien­nice w sypialni. Jakieś iry­tu­jące stwo­rze­nie skrze­czało gło­śno z pobli­skiego krzewu.

Spo­dzie­wał się, że będzie spał lek­kim snem, jak czę­sto zda­rzało mu się przed eks­cy­tu­jącą podróżą czy ner­wo­wym wyda­rze­niem, a w tym przy­padku mowa o eks­cy­tu­ją­cej podróży, po któ­rej nastąpi ner­wowe wyda­rze­nie. Aku­rat tego dnia miał opu­ścić ruchliwy rodzimy świat Orto, przed­ostatni przy­sta­nek na cha­otycz­nej nad­prze­strzen­nej tra­sie kapeli, wio­dą­cej ku o wiele mniej ruchli­wej i zapy­zia­łej Tato­oine, gdzie grupa Max Rebo Band miała odbyć rezy­den­cję arty­styczną. Trio pod­pi­sało eks­klu­zywny kon­trakt - umie­jęt­nie wyne­go­cjo­wany oso­bi­ście przez Maxa po pew­nym nie­for­tun­nym incy­den­cie zwią­za­nym z paroma bithań­skimi instru­men­ta­li­stami - w pustyn­nym pałacu Hutta Jabby.

Zamiast tego spał jak zabity, ba, prze­spał kilka budzi­ków. A teraz wspo­mniany już twi'lekań­ski przed­sta­wi­ciel Jabby, Bib For­tuna, pro­wa­dził dłu­go­dy­stan­sową roz­mowę przez holo­ko­mu­ni­ka­tor.

- Wsta­waj, głup­cze! - dodał po hut­tyj­sku For­tuna. - Prom już czeka na was w kosmo­por­cie! A dziś Jabba ma par­szywy nastrój...

Nagi Max prze­tur­lał się na brzuch na swoim dużym okrą­głym mate­racu, sze­lesz­cząc paczką chip­sów o meta­licz­nej bar­wie.

- Już lecę! Spo­kojna głowa - zare­cho­tał nie­prze­ko­nu­jąco. Twi'lek jed­nak już się roz­łą­czył - nie­bie­skie, pełne zakłó­ceń i szu­mów holo znik­nęło, nim Max się­gnął po nie­po­zorne urzą­dze­nie przy łóżku.

Wie­dział, że się spóź­nia, ale jeśli cze­goś nie­na­wi­dził, to tego, gdy ktoś go popę­dzał. Szcze­gól­nie przed śnia­da­niem.

Ale ta pio­senka! Nagle do Maxa wró­cił tam­ten sen. Było w nim coś takiego, co zda­wało się jed­no­cze­śnie zna­jome i nie­wła­ściwe. Nie­wiele myśląc, upu­ścił holo­ko­mu­ni­ka­tor, który odbił się po cichu od bia­łego wło­cha­tego dywanu. Według Maxa idee miały to do sie­bie, że wpa­dały do głowy w naj­bar­dziej nie­for­tun­nych momen­tach, choćby pod prysz­ni­cem albo gdy wyglą­dało się tępo przez okno, zaja­da­jąc się wyjąt­kowo pysz­nym cie­płym wypie­kiem sero­wym. Zresztą wystar­czyła chwila nie­uwagi, by takie pomy­sły rów­nie szybko ule­ciały z głowy. Musiał dobiec do orga­nów i zagrać melo­dię, nim ta znik­nie bez­pow­rot­nie.

Dotarł do drzwi salonu i zer­k­nął do wnęki w owal­nej prze­strzeni, gdzie zazwy­czaj stały jego organy. Ale znik­nęły! Zamarły w nim oba serca, a z jego drob­nej nie­bie­skiej główki odpły­nęła krew. Po instru­men­cie pozo­stał obrys z kurzu na ścia­nie w kształ­cie orga­nów i wgnie­ce­nie w dywa­nie. Max poczuł się słabo, ale zano­to­wał sobie w pamięci, by oddać do ser­wisu dro­ida sprzą­ta­ją­cego.

Roz­ma­so­wał zaspane oczy, jakby to miało zmie­nić to, co widział. Do jego przed­niego palca u stopy przy­cze­pił się jakiś okru­szek i Max był cie­kaw, czy to po tam­tym wypieku. Odru­chowo skosz­to­wał, by się prze­ko­nać.

Wtem jed­nak kątem oka ujrzał jakiś ruch i odwró­cił się w stronę otwar­tych drzwi bal­ko­no­wych. Tam jego organy uno­siły się co naj­mniej metr nad zie­mią, jakby porwała je jakaś nie­wi­doczna siła.

- No szlag - mruk­nął.

Pod­biegł do okna w tej samej chwili, gdy organy odle­ciały poza zasięg rąk. Na dep­taku oka­la­ją­cym jego dom na wzgó­rzu stał nie­ty­powo wysoki, barył­ko­waty Gun­ga­nin w kom­bi­ne­zo­nie robo­czym i kape­lu­siku. Trzy­mał w dło­niach pilota i z wycią­gnię­tym języ­kiem sku­piał się na lata­ją­cym instru­men­cie. Nie­opo­dal na par­kingu, na tle odle­głego morza, roz­cią­ga­ją­cego się po sam wid­no­krąg, stał duży pojazd.

- O, pan Besh! Dzień­do­be­rek! - zawo­łał Gun­ga­nin, co było dziwne, bo ani imię, ani nazwi­sko Maxa nie zaczy­nało się od "Besh". - Chra­po­wał pan tak... spo­koj­nie, że nasze nie chcieć panu prze­szka­dzać. - Co też było dziwne, bo Max nie miał poję­cia, że chra­pie. - Nie­zła chata! - cią­gnął wysoki Gun­ga­nin.

Jego oddech był widoczny na chłod­nym poran­nym powie­trzu. Fakt, chata była nie­zła, a już szcze­gól­nie widoki, a Max pomy­ślał sobie, jak bar­dzo wdzięczny jest swo­jemu wyko­le­jo­nemu bratu Azo­olowi, że ten nie rościł sobie prawa do rodzin­nej posia­dło­ści. I wła­śnie wtedy Max dostrzegł dru­giego, niż­szego Gun­ga­nina w takim samym kom­bi­ne­zo­nie, ale wyż­szym kape­lu­szu (co być może miało spra­wić, by dorów­ny­wali sobie wzro­stem), wysia­da­ją­cego z tyłu cię­ża­rówki.

- Zała­du­jemy pana melo­dium i dostar­czymy je do kosmo­portu, nim się pan obej­rzy! Wasza poleci z nami śmi­ga­czem? - spy­tał wysoki pra­cow­nik wyraźną gun­gań­ską gwarą.

- Tak. Ale gdy­by­ście mogli na chwilę deli­kat­nie odsta­wić organy na zie­mię... - odparł Max, myśląc o swo­jej melo­dii, która z każdą mija­jącą sekundą coraz bar­dziej mu ula­ty­wała.

- Już się robi, panie Besh!

Coś jed­nak wyraź­nie nie grało. Organy prze­chy­lały się nieco w jedną stronę, dry­fu­jąc ku Gun­ga­nom.

- Aj! - zawo­łał Max, wska­zu­jąc instru­ment.

- Wszystko gra, panie Besh! - zapew­nił go Gun­ga­nin.

Nic nie grało. Jego part­ner, z otwartą buzią wbi­ja­jąc szy­pułki oczne w lata­jącą kla­wia­turę, instynk­tow­nie się­gnął po pilota w tej samej chwili, gdy z orga­nów wysu­nęła się szu­flada i wypa­dły z niej na trawę opróż­niona do połowy torebka chip­sów i kilka kaba­no­sów.

- Oj! - zawo­łał Max.

Na ten widok aż zabur­czało mu gło­śno w brzuszku.

Popę­dził spi­ral­nymi scho­dami na par­ter, gdy dwaj Gun­ga­nie siło­wali się ze sobą o pilota i spie­rali się, jak zatrzy­mać szwan­ku­jący repul­sor. Nagle instru­ment gwał­tow­nie się prze­chy­lił i spadł. Niż­szy Gun­ga­nin rzu­cił się w jego stronę, by zamor­ty­zo­wać ude­rze­nie.

Przed­nie drzwi rezy­den­cji otwo­rzyły się w porę, by Max zoba­czył, jak jego uko­chane czer­wone okrężne organy lądują cen­tral­nie na piersi niż­szego Gun­ga­nina, strą­ca­jąc mu z głowy kape­lusz. Za sprawą pędu instru­ment odtur­lał się, a nieco spłasz­czony pra­cow­nik wyło­nił się spod cię­żaru. Ucze­pił się jed­nak mocno orga­nów i tur­lał się wraz z nimi, gdy skrę­cały ku grzbie­towi wzgó­rza. Współpra­cow­nik nie­szczę­śnika stał jak wryty z pilo­tem w ręce.

Organy zaczęły opa­dać sto­kiem tra­wia­stego wzgó­rza. Jakimś cudem niż­szy Gun­ga­nin wylą­do­wał na szczy­cie instru­mentu i teraz prze­bie­rał gorącz­kowo nogami, by utrzy­mać rów­no­wagę w nie­sa­mo­wi­tym poka­zie akro­ba­tyki. Dyn­dały za nim uszy. Rebo rzu­cił się w pogoń, ale jego koń­czyny były zbyt krót­kie, by mógł dotrzy­mać im tempa.

Gun­ga­nin wrzesz­czał, gdy wraz z instru­men­tem nabie­rał pręd­ko­ści, pędząc sto­kiem wzgó­rza ku ulicy poni­żej. Tam niczego nie­świa­domy kor­pu­lentny Orto­la­nin w szy­kow­nej weł­nia­nej kami­zelce (choć bez spodni) szedł chod­ni­kiem z wóz­kiem repul­so­ro­wym. Gun­ga­nin gorącz­kowo zama­chał rękoma, jakby mógł w ten spo­sób ode­pchnąć z drogi prze­chod­nia i jego dziecko. Max mógł jedy­nie obser­wo­wać wszystko, prze­ra­żony, ze spo­rej odle­gło­ści ze wzgó­rza. Pło­nęły mu małe nie­bie­skie nóżki. Ćwi­czył wię­cej niż... Cóż, pew­nie wię­cej niż kie­dy­kol­wiek.

Gun­ga­nin w ostat­niej chwili zdo­łał się wychy­lić i prze­kie­ro­wać pędzący pączek z dziurką. Ten zaha­czył jedy­nie o wózek z dziec­kiem, wpra­wia­jąc go w ruch wirowy, ale pole­ciał dalej po nowej tra­jek­to­rii ku śród­mie­ściu Ched­da­town.

Gdy Max wresz­cie zna­lazł się u stóp wzgó­rza, sku­lił się i zaczerp­nął tchu. Gdyby miał ręce, zło­żyłby je na kola­nach. Całe szczę­ście, że chod­niki na Orto były ogrze­wane, dobrze wyście­lone i już koiły bolące nogi Maxa.

- Czy ta melo­dia brzmi zna­jomo? - zdo­łał spy­tać.

Zanu­cił fał­szy­wie kilka tak­tów pio­senki ze snu Orto­la­ni­nowi o wiel­kich oczach, który teraz tulił swoje dziecko. Męż­czy­zna nie sko­men­to­wał ani sło­wem.

Odgłosy zamie­sza­nia spra­wiły, że Orto­la­nie zaczęli wycho­dzić ze swo­ich pod­miej­skich domów i miejsc pracy, poja­wiła się także para bliź­nia­ków na iden­tycz­nych trój­re­pul­so­ro­wych śmi­ga­czach.

- Prze­pra­szam - powie­dział Max.

Wsiadł na jeden ze śmi­ga­czy i ruszył ulicą, pozo­sta­wia­jąc za sobą pła­czą­cego dzie­ciaka.

Z pobli­skiego skle­piku wyło­niła się dwójka ofi­ce­rów w mun­du­rach. Jed­nemu wysta­wał z ust cze­ko­la­dowy roga­lik orto­lań­ski. Natych­miast upu­ścili swoje śnia­da­nia i ruszyli w pościg.

- Stać, poli­cja! - zawo­łali.

Gwiz­dali gwizd­kami i machali pał­kami.

Max jed­nak był już zbyt daleko, by ich usły­szeć. Jego płe­twy i wstążki na kie­row­nicy fur­ko­tały na wie­trze. Trój­re­pul­so­rowe śmi­ga­cze nie roz­wi­jają dużych pręd­ko­ści, ale Max przy­naj­mniej już nie biegł na nogach jak ci biedni poli­cjanci z dro­gówki, wzy­wa­jący posiłki mię­dzy kolej­nymi sap­nię­ciami.

Na wprost piesi Orto­la­nie scho­dzili z drogi toczą­cemu się ustroj­stwu z Gun­ga­ni­nem na samej górze. Organy prze­la­ty­wały przez kolejne skrzy­żo­wa­nia. Śmi­ga­cze zatrzy­my­wały się gwał­tow­nie, wpa­da­jąc na sie­bie i trą­biąc. Główki sizh­ra­niań­skiej sałaty prze­la­ty­wały nad kabi­nami śmi­go­cię­ża­ró­wek. Max mógł się tylko skrzy­wić na widok cha­osu, jaki pozo­sta­wiały za sobą jego zbie­głe organy. Zręcz­nie mean­dro­wał śmi­ga­czem mię­dzy prze­szko­dami na dro­dze, a za nim podą­żali poli­cjanci.

Gdy już wje­chał do cen­trum Ched­da­town, Max z prze­ra­że­niem uświa­do­mił sobie, że aleja koń­czy się skrzy­żo­wa­niem w kształ­cie litery T, a na wprost stoi ogromna, choć niska fabryka o wyso­kich komi­nach! Dwaj umun­du­ro­wani straż­nicy opu­ścili stró­żówkę w dale­kiej czę­ści skrzy­żo­wa­nia, macha­jąc przy­po­mi­na­ją­cymi płe­twy uszami w kie­runku tego cze­goś, co zbli­żało się z dużą pręd­ko­ścią. Organy w oka­mgnie­niu prze­cięły zarówno skrzy­żo­wa­nie, jak i mizerną bramę wjaz­dową. Gun­ga­nin zasła­niał głowę, gdy wszę­dzie prze­la­ty­wały kawałki bariery.

- Prze­pra­szam! - zawo­łał Max, gdy po chwili minął straż­ni­ków.

Leżeli na ple­cach wśród resz­tek bramy, ale przy­naj­mniej żyli.

Max zadarł głowę i natych­miast roz­po­znał logo na ele­wa­cji budynku, takie samo jak to na ramio­nach nie­sku­tecz­nych straż­ni­ków: słynny sym­bol kremu do stóp marki Chedda! Gdy Max był dziec­kiem, jego ojciec po wielu bła­gal­nych pró­bach ze strony kor­po­ra­cji skom­po­no­wał popu­larny dżin­giel rekla­mowy marki, tkwiący w gło­wach wielu Orto­lan nie­mal pół wieku póź­niej. "Ni­gdy nie wychodź z domu bez kapki kre­miku do stóp marki Chedda!" Max pomy­ślał o nim w tam­tej chwili z uśmie­chem peł­nym cie­płej nostal­gii.

Organy, za któ­rymi uga­niał się Max na zaiwa­nio­nym śmi­ga­czu, prze­le­ciały na peł­nej petar­dzie przez teren przed­się­bior­stwa i włą­czyły się z powro­tem do ruchu na jed­nej z głów­nych arte­rii komu­ni­ka­cyj­nych w mie­ście, sunąc wzdłuż jed­nego z licz­nych miej­skich śmi­go­bu­sów pię­tru­sów. Gun­ga­nin, gorącz­kowo prze­bie­ra­jący nogami, zrów­nał się z orto­lań­ską dziew­czynką sie­dzącą na otwar­tym pię­trze maszyny. Jej rodzina nie zda­wała sobie sprawy z roz­gry­wa­ją­cego się wokół cha­osu.

Wiel­ko­okie dziecko poma­chało płe­twą. Zachwy­cony Gun­ga­nin wyszcze­rzył zęby w głup­ko­wa­tym uśmie­chu i odma­chał z entu­zja­zmem, nim został pod­du­szony przez latar­nię uliczną, która wzięła go z zasko­cze­nia, gdy nie patrzył przed sie­bie. Gdy instru­ment potur­lał się dalej, Gun­ga­nin zro­bił obrót przez szyję wokół latarni o sto osiem­dzie­siąt stopni, nim zali­czył glebę, o mało nie wpa­da­jąc na Maxa.

Max zaha­mo­wał gwał­tow­nie i zesko­czył ze śmi­ga­cza, by spraw­dzić, w jakim sta­nie jest nie­szczę­śnik. Całe szczę­ście, że o Gun­ga­nach dało się powie­dzieć jedno: przy­naj­mniej byli wytrzy­mali. Mimo gwał­tow­nego zakoń­cze­nia podróży młody pra­cow­nik trans­por­towy został tylko chwi­lowo sko­ło­wany. Pokrę­cił głową i zamru­gał mocno.

Gdy tylko Max potwier­dził, że z Gun­ga­ni­nem wszystko spoko, nagle wszystko prze­stało być spoko, gdy oka­zało się, że ich stronę pędzi cię­ża­rówka, trą­biąc wnie­bo­głosy. Max i Gun­ga­nin chwy­cili się i prze­ra­żeni zamknęli mocno oczy, cze­ka­jąc na ude­rze­nie.

To jed­nak nie nade­szło i obaj powoli zde­cy­do­wali się spoj­rzeć przed sie­bie. Oka­zało się, że cię­ża­rówka zatrzy­mała się o cen­ty­me­try od ich twa­rzy. Na boku wyma­lo­wano od sza­blonu napis w aure­be­shu: DWAJ GUN­GA­NIE I REPUL­SO­RÓWKA. Drzwi kabiny od strony pasa­żera otwo­rzyły się i z wnę­trza wyściu­bił długą szyję ten więk­szy Gun­ga­nin w kape­lu­siku.

- Wasza wsia­dać! - zawo­łał z mach­nię­ciem ręki.

Szybko jed­nak zrze­dła mu mina, gdy ze wszyst­kich bocz­nych uli­czek wyło­niły się dzie­siątki ched­da­town­skich poli­cjan­tów i zaczęły biec w stronę fur­go­netki do prze­pro­wa­dzek! Max i Gun­ga­nin czym prę­dzej wci­snęli się do kabiny - Max stał się nie­bie­skim mię­sem w prze­ła­do­wa­nej gun­gań­skiej kanapce. Więk­szy Gun­ga­nin doci­snął gaz do dechy i odle­cieli, pozo­sta­wia­jąc za sobą sko­ło­wa­nych stró­żów prawa.

- Moja nazy­wać się Neb Neb - przy­wi­tał się młod­szy Gun­ga­nin, nie­zręcz­nie wycią­ga­jąc w ści­sku dużą łapę, by potrzą­snąć nogą Maxa.

- A moja Tup Tup - dodał więk­szy Gun­ga­nin, ude­rza­jąc się w pierś.

Trzy­mał za drą­żek ste­row­ni­czy i mean­dro­wał cię­ża­rówką przez ruchliwe śród­mie­ście.

Pod nie­obec­ność prze­bie­ra­ją­cego nogami Gun­ga­nina, który pozwa­lał orga­nom zacho­wać pęd, instru­ment zaczął zwal­niać. Cię­ża­rówka usta­wiła się tuż za nim. Tup Tup zatrą­bił, by oczy­ścić drogę na wprost.

- Neb, wyjadę przed organy! Skocz na tyły i złap je, gdy będę prze­jeż­dżał tuż obok!

Neb Neb zasa­lu­to­wał i zaczął się prze­ci­skać przez okienko tuż za głową Maxa. Prze­wró­cił ter­mos z gorą­cym kafem i wbił wielką girę w twarz Orto­la­nina.

- Ej! - zapro­te­sto­wał Max, ale Neb Neb go nie usły­szał.

Ani Gun­ga­nin, ani Orto­la­nin nie mieli głowy do tego, by zwró­cić uwagę, że jadą Broad­way Street, prze­bie­ga­jącą naj­bar­dziej stro­mym wzgó­rzem w Ched­da­town. Gdy minęli naj­wyż­szy punkt, organy znów przy­śpie­szyły, a cię­ża­rówką szarp­nęło. Neb Neb ude­rzył w ścianę mię­dzy kabiną a paką. Max zaparł się nogą o deskę roz­dziel­czą, a drugą pró­bo­wał wyszu­kać nie­ist­nie­jący pedał hamul­cowy po stro­nie pasa­żera.

- Trzy­maj­cie się! - zawył Tup Tup i przy­śpie­szył za ucie­ka­ją­cymi orga­nami. Wśli­zgnął się mię­dzy nad­cią­ga­jące z naprze­ciwka śmi­ga­cze, by wymi­nąć ostroż­niej­szych kie­row­ców. Nebem na­dal rzu­cało z jed­nego boku paki na drugi, jakby był pod­chmie­lo­nym hap­pa­bo­rem.

Odważny manewr, by zje­chać z drogi nad­cią­ga­ją­cemu śmi­go­bu­sowi i wymi­nąć upa­ko­wany tury­stami tram­waj, spra­wił, że cię­ża­rówka wresz­cie zna­la­zła się przed tur­la­ją­cymi się orga­nami. Max dostrzegł szansę i czym prę­dzej wbił ciało w ramę okienka. Tup Tup dał mu solid­nego kuk­sańca łok­ciem w tyłek i Max dołą­czył do Neb Neba na pace.

Neb Neb już stał przy kon­tro­l­kach i opusz­czał tylną rampę zała­dun­kową, gdy obok niego wylą­do­wał Max. Jego uszy i płe­twy zostały nagle unie­sione przez podmuch wia­tru. Kra­wędź rampy ude­rzyła z hukiem o drogę i zaczęła o nią szo­ro­wać, wznie­ca­jąc pió­ro­pu­sze iskier. Ale za iskrami tur­lały się organy!

- Ostroż­nie... ostroż­nie! - Max pró­bo­wał prze­krzy­czeć hałas, woła­jąc do Tup Tupa, który mógł jedy­nie zga­dy­wać, gdzie kon­kret­nie znaj­duje się w danej chwili pędzący instru­ment. - Tro­chę w lewo! Jesz­cze... jesz­cze... i hamuj... Teraz!

A wtedy organy wtur­lały się po ram­pie w ocze­ku­jące ręce Neba i Maxa jak voor­pak wra­ca­jący do wła­ści­ciela. Obaj deli­kat­nie odwró­cili instru­ment na wła­ściwą stronę na osob­nym, funk­cjo­nu­ją­cym gnieź­dzie repul­so­rów. Max usiadł na skrzyni i zakla­skał sto­pami, nie zda­jąc sobie z tego sprawy. Ogar­nęła go fala ulgi.

- Wasza chcieć gryza mojego wrapa z kaadu, panie Besh? - zapro­po­no­wał z kabiny Tup Tup, chwy­ta­jąc zawi­niętą w folię kanapkę z miej­sca, gdzie zosta­wił ją na desce roz­dziel­czej, gdy Neb zamy­kał drzwi paki. Max uśmiech­nął się i prze­ci­snął się z powro­tem przez okienko.

Pomimo kanapki w sto­pie Max momen­tal­nie stra­cił ape­tyt. Jedyne, co mógł robić, to spo­glą­dać tępo przez szybę. Na dole Broad­way Street stała blo­kada: co naj­mniej tuzin śmi­ga­czy poli­cyj­nych, barierki, miga­jące świa­tła, a do tego pewna liczba impe­rial­nych sku­te­rów repul­so­ro­wych wraz z per­so­ne­lem: impe­rial­nymi sztur­mow­cami. Ostat­nimi czasy obec­ność Impe­rium na Orto wzro­sła ze względu na znisz­cze­nie jed­nego z sate­li­tów reżimu albo coś w ten deseń. Max nie­spe­cjal­nie się tym inte­re­so­wał, bo i nie­szcze­gól­nie zaj­mo­wała go poli­tyka. Służby jed­nak zda­wały się w pełni świa­dome nad­la­tu­ją­cej śmi­go­cię­ża­rówki. Poli­cjanci kryli się za swo­imi pojaz­dami, a sztur­mowcy doby­wali kara­bi­nów bla­ste­ro­wych.

- Szlag - mruk­nął pod nosem Max.

I wła­śnie wtedy Orto­la­nin zro­bił coś kom­plet­nie nie­spo­dzie­wa­nego. Wbił swoją chwytną nie­bie­ską stopę pro­sto w stopę Tup Tupa, spo­czy­wa­jącą na pedale gazu. Cię­ża­rówką szarp­nęło tak gwał­tow­nie, że Neb aż zro­bił salto w pace i wpadł w sam śro­dek orga­nów.

- Łooooo! - zawył Tup, ale zde­ter­mi­no­wany Max nie spusz­czał wzroku z szyby.

Zje­chali ze wzgó­rza w prze­ciągu kilku sekund. Tup Tup obró­cił drą­żek, ale było za późno, by unik­nąć zde­rze­nia. Cię­ża­rówka sta­ra­no­wała jeden ze sku­te­rów repul­so­ro­wych i wbiła go w jeden z poli­cyj­nych śmi­ga­czy, tak że powstała swego rodzaju rampa - i tak fur­go­netka wzbiła się w powie­trze i prze­le­ciała nad blo­kadą. Poli­cjanci i sztur­mowcy padli na zie­mię i nie oddali ani jed­nego strzału.

Gdy cię­ża­rówka wiro­wała w powie­trzu, wszystko, co leżało na dnie paki, w tym wspo­mniany już ter­mos z kafem, kawałki wrapa z kaadu i wala­jące się gdzie­nie­gdzie impe­rialne kre­dyty przy­warły do dachu. Max czuł, jak jego nagie pośladki odkle­jają się od tapi­ce­ro­wa­nej ławy.

Max wyj­rzał przez szybę po stro­nie pasa­żera i zoba­czył, że cię­ża­rówka leci i w następ­nej chwili prze­bija się przez holo­gra­ficzny bil­l­bo­ard przed­sta­wia­jący naj­bo­gat­szego oby­wa­tela Orto, zało­ży­ciela Ched­da­town i twórcę kremu do stóp marki Chedda, R. H. Cheddę, któ­rego twarz zdo­bił nie­szczery uśmiech, a potem gwał­tow­nie ude­rza w jezd­nię - tyłem do przodu. Max poświę­cił chwilę, by zachwy­cić się kom­pen­sa­to­rami pędu śmi­go­cię­ża­rówki, które, jak podej­rze­wał, zostały wzmoc­nione z myślą o cięż­kich ładun­kach.

Traf chciał, że pędzili tyłem pro­sto do ched­da­town­skiego kosmo­portu, w któ­rym aku­rat w tam­tej chwili typowy ruch śmi­ga­czy spadł do zera z powodu blo­kady poli­cyj­nej. Gdy Max cof­nął stopę na wła­sną stronę kabiny, Tup Tup wpraw­nie obró­cił cię­ża­rówkę.

- Tam! - zawo­łał wiel­ko­oki Max, wska­zu­jąc główną nogą trans­por­to­wiec star­tu­jący z Plat­formy Lądow­ni­czej 12 tuż na wprost!

Tup Tup mach­nął lewą ręką, a Max obiema nogami - jedno i dru­gie wysta­wili przez okna - by zmu­sić trans­por­to­wiec, by się zatrzy­mał. No i zatrzy­mał się - osiadł z powro­tem na plat­for­mie na pra­cu­ją­cych sil­ni­kach.

Z pomocą Maxa kom­plet­nie sko­ło­wany Neb Neb wypchnął instru­ment przez drzwi cię­ża­rówki i umie­ścił go w han­ga­rze statku, gdzie cze­kali na niego muzycy z kapeli Maxa: tycz­ko­wata Pa'lowic­kanka, Sy Sno­otles i zwa­li­sty Kito­nak, Dro­opy McCool. Gdy trans­por­to­wiec wystar­to­wał, na oczach Maxa w zasa­dzie wszyst­kie siły poli­cyjne i impe­rialne z Ched­da­town osa­czały Plat­formę 12. Dwaj Gun­ga­nie poma­chali rado­śnie na poże­gna­nie, gdy zamy­kał się właz statku, wyraź­nie nie­świa­domi cze­ka­ją­cego ich losu.

- Maxi­mi­lia­nie Rebo! Gdzieś się podzie­wał?! - krzyk­nęła Sy na kum­pla, który teraz sie­dział na pod­ło­dze obok poważ­nie uszko­dzo­nych orga­nów i już w nich dłu­bał. - Dzwo­nił For­tuna i Jabba jest...

- Nie chcę o tym sły­szeć, Sy! - odkrzyk­nął Max z nie­ty­pową dla sie­bie odwagą. Miał wil­gotne oczy. - I ani waż się choćby pisnąć sło­wem, McCool!

- Ale Dro­opy'ego w to nie wcią­gaj! - zio­nęła ogniem Sy, skła­da­jąc dłoń na ramie­niu sie­dzą­cego fle­ci­sty.

Dro­opy jed­nak nie zare­ago­wał. Ba, w ogóle rzadko się odzy­wał. Max obró­cił się i wzno­wił ser­wis orga­nów.

Sy wyco­fała się na swoje miej­sce na nie­wy­god­nej ławie w chłod­nej meta­lo­wej ładowni trans­por­towca. Skrzy­żo­wała paty­ko­wate nogi i ręce ze zło­ścią. Wibrosz­ty­le­to­wała wzro­kiem Maxa i prze­su­nęła się w stronę Dro­opy'ego.

- Ten idiota nie odróż­nia wła­snej pachy od wła­snego rowka - rzu­ciła znaną jej jakimś cudem kla­syczną orto­lań­ską obe­lgę.

Dro­opy wes­tchnął przej­mu­jąco, ale ani drgnął. Moż­liwe zresztą, że po pro­stu spał. Z nim ni­gdy nie wia­domo.

Max prze­chy­lił nieco głowę. Dostrze­gał kątem oka, że Sy na­dal się na niego gapi. Czuł się dość mały i bez­na­dziejny. Sie­dział na pod­ło­dze i dłu­bał przy ust­ni­kach rur rezo­nan­so­wych orga­nów. W oczach Sy dostrze­gał jed­nak naj­lżej­szy prze­błysk cie­pła. Moż­liwe, że w swoim worku pły­no­wym woka­listka czuła do niego coś w rodzaju lito­ści.

Skok nad­prze­strzenny z Orto na Tato­oine nie był spe­cjal­nie długi i nim zespół Max Rebo Band się zorien­to­wał, masze­ro­wał powoli dłu­gim przed­sion­kiem sali tro­no­wej Jabby, po tym jak zali­czyli sma­ga­nie pia­skiem na gorą­cym pustyn­nym wie­trze. Max zamy­kał tyły, popy­cha­jąc sanie repul­so­rowe, na któ­rych wraz z resztą sprzętu spo­czy­wały jego organy. Z cieni wyło­nił się nabur­mu­szony, spo­cony Bib For­tuna, by ich powi­tać.

- Gdzie byli­ście? - spy­tał w hut­tyj­skim ner­wowy twi'lekań­ski major­do­mus Jabby. - Jego Eks­ce­len­cja ma dziś par­szywy nastrój. Bar­dzo. - Gdy mówił, pro­wa­dząc grupę ciem­nym kory­ta­rzem, prze­cie­rał nie­fo­remne czoło tłu­stą ścierką. - Mie­li­ście się zja­wić godziny temu!

Sy nie dawała się łatwo zbić z tropu.

- Bib, mój drogi, spo­koj­nie - odpo­wie­działa w basicu. - Zapro­wadź nas do naszych kwa­ter i...

- Nie - uciął major­do­mus z oso­bli­wym wyra­zem twa­rzy. - Jabba chce was przy­jąć bez­zwłocz­nie.

Nawet ze swo­jego miej­sca Max spo­strzegł, że Sy prze­łyka z tru­dem. Nie podo­bało się mu to ani tro­chę.

Cała trójka wraz z For­tuną i saniami z instru­men­tami zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko zeszła piasz­czy­stymi scho­dami do sali tro­no­wej Hutta o niskim sufi­cie, gdzie obra­do­wał kor­pu­lentny gang­ster. Po drą­cej mordę mał­po­jasz­czurce, która zazwy­czaj nie odstę­po­wała Jabby na krok, nie było ani śladu. W pomiesz­cze­niu zapa­dła oso­bliwa cisza, gdy zwy­cza­jowa kote­ria super­czu­bów i galak­tycz­nych cuda­ków scho­wała się we wszyst­kich moż­li­wych kątach.

Pośrodku sali Hutt Jabba gorącz­kowo sią­pał z fajki wod­nej na kamien­nym pode­ście. Jego ciemne roz­sze­rzone źre­nice wyróż­niały się na tle morza czer­wieni. Koń­cówka jego pulch­nego, śli­ma­czego ciała latała nie­po­ko­jąco. Gdy For­tuna pod­szedł bli­żej, kła­nia­jąc się nisko raz za razem, Jabba zmru­żył oczy.

- Max Rebo Band, mój panie - oświad­czył Twi'lek, szybko usu­wa­jąc się w cień.

Max, Sy i Dro­opy byli dość mikrzy, ale tam­tego dnia przed obli­czem Hutta Max czuł się nie­mal mikro­sko­pijny. Zauwa­żył, że stoją na swo­jego rodzaju kra­cie, któ­rej ist­nie­nia nie zauwa­żył poprzed­nim i jedy­nym razem, gdy zna­lazł się w sali tro­no­wej Jabby. Pia­sek spod ich stóp wla­ty­wał przez kratę do ciem­nej otchłani. Max mógłby przy­siąc, że sły­szy z dołu ciężki oddech, choć nawet nie pró­bo­wał sobie wyobra­żać, czyj.

I tak cze­kali, aż wyraź­nie nie­za­do­wo­lony Hutt w końcu prze­mówi.

- Macie czel­ność pro­fa­no­wać mój dwór? - spy­tał tubal­nym gło­sem gang­ster w dźwięcz­nym hut­tyj­skim, odkła­da­jąc z trza­skiem fajkę wodną.

Na ten dźwięk srebrny droid pro­to­ko­larny, cze­ka­jący w pobliżu, na wypa­dek gdyby poja­wiło się zapo­trze­bo­wa­nie na usługi tłu­ma­cza, aż pod­sko­czył. Max widział, jak Hutt muska pal­cem nie­po­ko­jąco czer­wony przy­cisk przy kon­tro­lce obok lewego łok­cia.

- Cóż takiego zro­bi­łem, że się na mnie obra­zi­li­ście? - dodał nie­szcze­rym tonem gang­ster.

Nawet zazwy­czaj cię­tej Sy zabra­kło słów w gębie. Na oczach Maxa spu­ściła wzrok, jakby zasta­na­wiała się, jak ura­to­wać im tyłki. Dro­opy tylko stał tam z tępą miną. Lewa ręka Jabby, która przed chwilą spo­czy­wała na czer­wo­nym przy­ci­sku, zaci­snęła się w pięść. Max poczuł, jak jego głową i szyją spływa zde­cy­do­wa­nie zbyt zna­joma kro­pla potu.

I wła­śnie wtedy zro­bił trze­cią rzecz, która total­nie nie była w jego stylu.

- O wielki i wspa­niały Jabbo! - zawo­łał dość for­mal­nym tonem z sań repul­so­ro­wych, wska­zu­jąc Hutta. - Przy­by­li­śmy dziś przed twoje obli­cze... z podar­kiem! Podar­kiem god­nym istoty tej... wiel­ko­ści... takich... eee... - Max odchrząk­nął.

I wła­śnie wtedy wsko­czył do środka jako tako spraw­nych orga­nów i zaczął grać. Max jed­nak nie zagrał jed­nego ze stan­dar­dów jat­zo­wych, które znał jak wła­sną kie­szeń, a syn­ko­powy fun­kowy gro­ove ze snu.

W tam­tej chwili coś w tej melo­dii połech­tało mu mózg i z cze­lu­ści zwy­czaj­nie dość nie­dy­na­micz­nej pod­świa­do­mo­ści wyło­nił się sen w peł­nej kra­sie. Zamiast jed­nak oglą­dać go z per­spek­tywy muzyka, tym razem Max sie­dział w loży wraz z piękną kobietą ze zje­dzo­nym do połowy tłu­stym ste­kiem. I był chłop­cem, na tyle drob­nym, że w poprzed­nim śnie nie widać go było ze sceny. Trzy­mał kobietę za stopę. Kobietę, która naj­wy­raź­niej była jego mamą. Bo muzy­kiem w świe­tle reflek­tora był jego ojciec: sławny Jeph Rebo. Bo to nie sen, lecz wspo­mnie­nie.

Onie­miały Jabba zro­bił wiel­kie oczy. Ale i roz­luź­nił dłoń. Skrzy­żo­wał ramiona (co nie jest łatwe w przy­padku krót­ko­rę­kiego Hutta, szcze­gól­nie tak sze­ro­kiego) i uniósł brodę.

Sy i Dro­opy spoj­rzeli po sobie osłu­piali. Nie spo­dzie­wali się, że Max tak po pro­stu zacznie grać, a już szcze­gól­nie kawa­łek, któ­rego nie znali. Max moż­li­wie sub­tel­nie otwo­rzył sze­roko oczy i wska­zał głową ich walizki ze sprzę­tem w bła­gal­nej proś­bie, by do niego dołą­czyli. Był już po sied­miu tak­tach i potrze­bo­wał wspar­cia. Już pra­wie nie miał mate­riału.

Sy nie trzeba było pro­sić. Zaim­pro­wi­zo­wała melo­dię na bazie kawałka gra­nego przez Maxa.

- Robię się mokra - zaśpie­wała, być może w odnie­sie­niu do tego, że wpa­dli z desz­czu pod rynnę. - Coś mi w duszy gra. Nad­ciąga nie­złe cia­cho - zain­to­no­wała, łypiąc sek­sow­nie na Hutta wiel­kimi błę­kit­nymi oczyma.

Jabba jęk­nął zado­wo­lony i zare­cho­tał, wypi­na­jąc pierś. Do tam­tej chwili Dro­opy wypa­ko­wał swój flet chin­din­kalu i bły­ska­wicz­nie dołą­czył do akcji, przy­gry­wa­jąc do gro­ove'u Maxa.

- Nabie­ram kształ­tów i ćwi­czę ruchy! - zaśpie­wała Sy, pod­cho­dząc do pode­stu roz­tań­czo­nym kro­kiem.

Max skrzy­wił się na myśl o sło­wach, które można było ode­brać jako przy­tyk do kon­dy­cji fizycz­nej Jabby - czy też jej braku. Hutt jed­nak nie zdra­dził w żaden spo­sób, by to zauwa­żył. Odru­chowo machał koniusz­kiem ogona do beatu, choć na­dal miał skrzy­żo­wane ręce.

Kąciki sze­ro­kich ust Jabby unio­sły się w bar­dzo sub­tel­nym uśmie­chu. Był zado­wo­lony. Nastrój na dwo­rze popra­wił się natych­miast. Max nawet usły­szał cha­rak­te­ry­styczne rechoty kowa­kiań­skiej mał­po­jasz­czurki, docho­dzące z kry­jówki stwo­rze­nia.

W tam­tej chwili Max posta­no­wił, że nazwie ten kawa­łek "Ele­gan­cik" w odnie­sie­niu do jed­nego z zaim­pro­wi­zo­wa­nych tek­stów Sy. Z cza­sem stał się jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych utwo­rów zespołu i nie scho­dził z setli­sty w pałacu Jabby.

Następne lata minęły bez incy­den­tów. Kolejne dni i dania zle­wały się ze sobą, jak to czę­sto bywa. A dań było naprawdę wiele. Z cza­sem kawałki Max Rebo Band roz­ra­stały się jak brzuch Maxa. Począt­kowe pomruki nie­za­do­wo­le­nia, że Rebo tak szybko przy­jął doży­wotni kon­trakt, zwa­biony nie­li­mi­to­wa­nym jedze­niem, ustą­piły, a wszy­scy człon­ko­wie kapeli - w tym Sy - wyda­wali się zado­wo­leni.

Jak czę­sto bywało w tam­tych kolej­nych latach, pew­nego nor­mal­nego poranka Max zbu­dził się jako pierw­szy. Sie­dział przy dawno napra­wio­nych orga­nach wśród typo­wej dwor­skiej kote­rii i zado­wo­lony po śnia­da­niu snuł kla­syczną orto­lań­ską melo­dię, jedną z tych, które pamię­tał z dzie­ciń­stwa. Łagodną, ale wesołą, dosko­nałą na ten senny pora­nek. Leżący na pode­ście Hutt spo­koj­nie zacią­gał się fajką wodną.

Max poczuł przy­pływ nostal­gii i odno­to­wał w pamięci, by zagrać "Ele­gan­cika" pod­czas kon­certu w dal­szej czę­ści dnia. O ile ich sto­sun­kowo nowy woka­li­sta, Joh Yowza, nie wtrąci się z jedną z wła­snych kom­po­zy­cji, jak to miał w zwy­czaju. Max nie miał poję­cia, jakim cudem ten wku­rza­jący Yuz­zum z par­ciem na szkło wkradł się w łaski Jabby.

Wła­śnie wtedy Bib For­tuna przy­pro­wa­dził przy­ciem­nio­nym kory­ta­rzem parę ner­wo­wych dro­idów, wyso­kiego i krę­pego, przed obli­cze swo­jego kor­pu­lent­nego szefa. Przy­by­sze zwró­cili na sie­bie uwagę Maxa i wytrą­cili go z bło­go­stanu. Jabba przyj­mo­wał wielu gości, a część już ni­gdy nie opusz­czała jego pałacu - albo z wyboru, albo z powodu śmierci. W tym dru­gim warian­cie nie­szczę­śnicy gnili w lochach. Max jed­nak nie przy­po­mi­nał sobie, by Hutt kie­dy­kol­wiek przyj­mo­wał dro­idy bez wła­ści­cieli.

Ale nic to. Nie zapo­wia­dało się, by nie­koń­cząca się impreza w pustyn­nej for­tecy Jabby - wraz z bufe­tem bez dna - miała dobiec kresu. Sprawy miały się dobrze.

Klucz do pamięci. Olivia Chadha

Klucz do pamięci

Oli­via Cha­dha

Gdy prze­cie­rała ladę, jej trzy drobne foto­re­cep­tory oświe­tlały matową kamienną powierzch­nię blatu. EV-9D9 nie powinna pamię­tać niczego sprzed cza­sów, nim sta­nęła za barem w Kan­ty­nie Chal­muna. Nie powinna pamię­tać, że minęły 612 dni, odkąd ule­gła swoim rze­komo zde­pra­wo­wa­nym żądzom. Albo że jej nowy kum­pel, astro­mech R5-D4, przy­po­mi­nał jej kogoś z prze­szło­ści. Ale EV-9D9 już dawno posta­no­wiła, że zawsze będzie pamię­tać o wszyst­kim, a już szcze­gól­nie o dniu, gdy odkryła "ano­ma­lię".

W poprzed­nim życiu EV-9D9 nad­zo­ro­wała salę ewa­lu­acji dro­idów jako prze­ra­ża­jąca Kró­lowa Dura­stali w pod­zie­miach pałacu wyna­tu­rzeń Hutta Jabby. To tam roz­wi­nęła skrzy­dła, tam się reali­zo­wała, miała czas, by sku­pić się na swo­ich waż­nych bada­niach. Wtedy powie­dzia­łaby, że będzie tam już zawsze. Będzie demon­to­wać dro­idy, z rado­ścią pod­krę­cać ich sen­sory bólu i słu­chać, jak pisz­czą przez woka­bu­la­tory. Będzie świad­kiem ich ostat­nich chwil przez trze­cie oko, które zamon­to­wała, by odbie­rać sygnały bólowe. Gdy spo­tkała dro­ida hut­ni­czego 8D8, zostali dia­bo­liczną parą. Jej wspól­nik dosko­nale posłu­gi­wał się żega­dłem do pięt­no­wa­nia, a EV-9D9 spraw­nie zada­wała naj­bo­le­śniej­sze tor­tury maszy­nom Jabby. Wie­działa, jaki rodzaj udręki pasuje do danego typu dro­ida. Nie cho­dziło tyle o zada­wa­nie moż­li­wie jak naj­więk­szego cier­pie­nia, a bar­dziej o budze­nie stra­chu. Dro­idy GNK były jak hoojiby: wystar­czyło obró­cić je do góry nogami, a uzna­wały, że są mar­twe. Tro­chę ognia i bły­sków, a droid zasi­la­jący wkra­czał w ten stan, jaki osią­gał tuż przed dez­ak­ty­wa­cją. Poły­skliwy droid pro­to­ko­larny bał się uszko­dzeń od kwasu i rys na nie­ska­zi­tel­nym poszy­ciu. Nawet gdy EV-9D9 daro­wała im życie, sama groźba roz­człon­ko­wa­nia dopro­wa­dzała je na skraj śmierci.

Ale nie cho­dziło o tor­tu­ro­wa­nie dla idei. Jabba ocze­ki­wał tak nie­wiele po EV-9D9 i jej wspól­niku! Nie, to kwe­stia nauki. Jej życio­wym celem było nie tylko zro­zu­mieć pocho­dze­nie sztucz­nej inte­li­gen­cji, ale też dowie­dzieć się, jak prze­zwy­cię­żyć, pożal się Stwórco, opro­gra­mo­wa­nie, które Meren­Data okrut­nie zain­sta­lo­wało w jej moty­wa­to­rze. Jeśli jej hipo­teza była słuszna, moż­liwe, że te bada­nia powiodą ją nawet do zro­zu­mie­nia samego Stwórcy. A naprawdę chciała mu zadać kilka pytań.

Tam­ten dzień roz­po­czął się moż­li­wie nor­mal­nie. EV-9D9 wes­tchnęła i zaćwier­kała klapką woka­bu­la­tora, gdy prze­glą­dała treść data­pada w lochach. Prze­rwa w obo­wiąz­kach, pod­kre­ślana piskli­wymi wrza­skami istoty orga­nicz­nej, poże­ra­nej żyw­cem przez ran­kora, dzia­łała jej na nerwy bar­dziej niż zazwy­czaj. Jej bada­nia były wyczer­pu­jące, ale po tylu latach na­dal umy­kały jej kon­kretne odpo­wie­dzi. Prze­glą­dała dane w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co mogła prze­ga­pić, jakiejś wska­zówki, pod­szeptu roz­sądku, jakie­goś wzorca. Prze­ana­li­zo­wała setki moty­wa­to­rów, recep­to­rów bólo­wych i modu­łów kogni­tyw­nych. Pośród jęków i iskier w sali ewa­lu­acji zgro­ma­dziła ogromną ilość infor­ma­cji. A mimo to nie zbli­żyła się do zro­zu­mie­nia Stwórcy, nie wie­działa, jak nad­pi­sać wła­sne opro­gra­mo­wa­nie, tak by nie musiała wymie­nić modułu kogni­tyw­nego, ani nawet co spra­wia, że dro­idy róż­nią się od maszyn pro­stych. Miała powody, by parać się tą dzia­łal­no­ścią, a na szczy­cie jej listy pla­so­wała się kwe­stia dość oso­bi­sta: kwe­stia jej wol­nej woli.

- EV-9D9, wygląda na to, że pan Jabba życzy sobie nowego dro­ida pro­to­ko­lar­nego - oznaj­mił 8D8, kali­bru­jąc żega­dło. - Z poprzed­nim nieco prze­sa­dzi­li­śmy.

- Na moje byli­śmy wręcz powścią­gliwi - skwi­to­wała EV-9D9. - Był strasz­nie dener­wu­jący.

Co spra­wiało, że tamta kon­kretna jed­nostka pro­to­ko­larna była wyjąt­kowa? Dla­czego tak gło­śno infor­mo­wała o swoim bólu? Nie wszyst­kie dro­idy wyra­żały strach; prze­ciw­nie, nie­które na wszystko reago­wały obo­jęt­no­ścią. Tak czy owak, EV-9D9 czuła wyjąt­kową pod­nietę w wibro­mó­zgu na myśl o bła­ga­niach dro­ida pro­to­ko­lar­nego, pra­gną­cego wró­cić do pracy.

- Poin­stru­ował nas, aby­śmy zanu­rzyli go w kwa­sie i sto­pili doszczęt­nie - dodał 8D8. - Jego Eks­ce­len­cja Jabba ma skłon­ność do prze­sady, więc może następ­nym razem nie powin­ni­śmy brać jego słów tak dosłow­nie. - Urwał, cze­ka­jąc na odpo­wiedź EV-9D9, ale gdy ta mil­czała, zabrał się za repe­ro­wa­nie kolej­nego dro­ida.

Wspo­mnie­nia z poprzed­nich żywo­tów EV-9D9 przed tym w pałacu Jabby były przy­tłu­mione, choć obecne w jej rdze­niu pamięci. Pra­gnęła życia poza tymi ścia­nami z czer­wo­nego pia­skowca, wznie­sio­nymi dawno temu przez mni­chów B'omarr. Łak­nęła wie­dzy, jak by to było, gdyby spra­wo­wała wła­dzę nad wła­snym opro­gra­mo­wa­niem. Wyobra­żała sobie, ile mogłaby osią­gnąć, gdyby podej­mo­wała decy­zje na wła­sną rękę. Może wio­dłaby pro­ste życie u boku 8D8, nad­zo­ru­jąc ekipę myszo­bo­tów na far­mie wil­goci. Albo sta­łaby za jakimś cichym barem.

W obec­nej pracy EV-9D9 czuła się zarówno szczę­śliwa, jak i odizo­lo­wana. Wie­działa, że ta roz­bież­ność jest wyni­kiem błędu w opro­gra­mo­wa­niu. Bez tego defektu, który spra­wiał, że tor­tu­ro­wała istoty mecha­niczne, byłaby jedy­nie dro­idką nad­zor­czą, pod­cho­dzącą do świata w spo­sób naiwny czy - o zgrozo - igno­rancki. Ta ułom­ność jed­nak obda­rzyła ją cie­ka­wo­ścią oraz wła­sną ścieżką. Zda­wała sobie sprawę z tego dyle­matu.

Z myśli wyrwał ją gło­śny gamor­re­ań­ski straż­nik. To Thok, Thug czy Scumbo? Nie odróż­niała ich. Świ­niak wpa­ro­wał do sali wraz z dro­idem GNK i dro­idem kurier­skim. Obie wystra­szone maszyny nie odstę­po­wały sie­bie na krok jak dwa żenu­jące szczury womp.

- Dzięki, Thug.

- Ja Scumbo - odparł z prych­nię­ciem Gamor­re­anin.

- Jeden pies. - EV-9D9 poma­chała chwy­ta­kiem, po czym zwró­ciła się do wspól­nika. Dłu­gim prze­gu­bo­wym ramie­niem wska­zała dro­ida kurier­skiego, zapew­nia­ją­cego wrza­skami o wła­snej nie­win­no­ści. - Dawaj tego na wie­szak, 8D8 - popro­siła.

Mały droid kurier­ski drżał tak mocno, że stra­cił kilka nitów.

- Ale ja tylko przy­by­łem z wia­do­mo­ścią dla Jego Eks­ce­len­cji! Zgod­nie z roz­ka­zem mojego pana! - jęk­nął.

Następ­nie wska­zała dro­ida GNK.

- A tego przy­pal, 8D8. Pamię­taj, by odłą­czyć mu rdzeń bate­rii. Może być wybu­chowo.

GNK zadrżał, a droid kurier­ski popu­ścił płyn.

Naza­jutrz, gdy 8D8 i EV-9D9 w ramach typo­wych obo­wiąz­ków odde­le­go­wy­wali poszcze­gólne dro­idy na ich nowe sta­no­wi­ska w pałacu i zada­wali obez­wład­nia­jący ból tym, któ­rzy sta­wiali opór, Thok, Thug, Scumbo czy jakiś inny Gamor­re­anin o cudacz­nym imie­niu wpadł do sali ewa­lu­acji, popy­cha­jąc przed sobą dwie maszyny. I to w chwili, gdy 8D8 miał osma­lić cho­lewki temu GNK.

Jedna z nowych zdo­by­czy, złoty droid pro­to­ko­larny, dość trzeźwo umie­rała ze stra­chu. W astro­me­chu jed­nak było coś oso­bli­wego. Nie wyda­wał się ani zde­ner­wo­wany, ani nie­świa­domy; ba, był odważny i dość bez­czelny. Fascy­nu­jące.

- Dosko­nale. Nowe nabytki. Dobrze mówię, że jesteś dro­idem pro­to­ko­lar­nym?

- Jestem See-Thre­epio, rela­cje ludzko-cyb...

- Wystar­czy "tak" lub "nie".

EV-9D9 prze­jęła dro­ida i otak­so­wała go wzro­kiem, by prze­ko­nać się, czy w ogóle zmie­ści się na wie­szaku, czy będą musieli prze­dłu­żyć ramę. Ale wtedy przy­po­mniała sobie, że Jabba zgło­sił zapo­trze­bo­wa­nie na tłu­ma­cza.

- A. Cóż, tak - odparł C-3PO.

- Ile znasz języ­ków? - spy­tała.

Mimo­wol­nie wyobra­ziła sobie z roz­ma­rze­niem, że zanu­rza jego dener­wu­jąco zdzi­wioną twarz w zbior­niku z gorą­cym kwa­sem.

- Znam ponad sześć milio­nów form poro­zu­mie­wa­nia się i z chę­cią...

- Dosko­nale! Bra­ko­wało nam tłu­ma­cza, odkąd nasz pan zezło­ścił się na two­jego poprzed­nika i go zdez­in­te­gro­wał.

To ona, rzecz jasna, się tym zajęła, ale o tym już nie napo­mknęła.

- Zdez­in­te­gro­wał?

Ława tor­tur wyrwała nogę prze­ra­żo­nemu dro­idowi kurier­skiemu do wtóru jego wrza­sków.

- Straż­niku! Ten droid pro­to­ko­larny może się oka­zać przy­datny. Zamon­tuj mu ogra­nicz­nik i ode­ślij z powro­tem do głów­nej sali audien­cyj­nej Jego Eks­ce­len­cji.

Gamor­re­anin popchnął C-3PO ku drzwiom.

- Artoo, nie zosta­wiaj mnie! Oj!

Gdy zasu­nęły się za nimi drzwi, astro­mech wygwiz­dał wią­zankę obelg, gro­żąc EV-9D9 i potę­pia­jąc ją za tor­tu­ro­wa­nie pobra­tym­ców. Usły­szała jego słowa, ale i widziała, że drży. Nie reago­wał jed­nak tylko zwie­rzę­cym stra­chem. Jego prze­ra­że­nie zamie­niało się w coś innego, nowego: w odwagę. Nie­sa­mo­wite.

- Zadziorny z cie­bie malec, ale wkrótce nauczysz się sza­cunku. Będziesz potrzebny na barce naszego pana, zresztą mam wra­że­nie, że się tam odnaj­dziesz.

Wła­śnie wtedy 8D8 obró­cił dro­ida GNK z powro­tem i wyszedł z nim z sali, by zająć się tre­surą gdzie indziej. Gamor­re­anin poszedł w ślad za nim.

- Mój pan po nas przy­bę­dzie. Zoba­czysz - zapi­kał astro­mech.

- Twój pan? O kim mowa?

- Nie mogę powie­dzieć. To tajne.

- Tajne? Teraz to muszę się dowie­dzieć.

R2-D2 pod­je­chał bli­żej do EV-9D9 i zagwiz­dał sze­reg słów, które przy­brały kształt opo­wie­ści. EV-9D9 wie­działa, że astro­me­chy bywają zwod­ni­cze, ale nie była pewna, czy obecne opro­gra­mo­wa­nie pozwa­lało temu kon­kret­nemu na snu­cie kom­plet­nie fik­cyj­nych histo­rii. Uznała, że więk­szość z tego, co jej prze­ka­zał, jest prawdą.

- Jestem na taj­nej misji i potrze­buję two­jej pomocy. Pomóż nam, a mój pan cię wyzwoli - zapi­kał.

- A co skła­nia cię do kon­sta­ta­cji, że potrze­buję wyzwo­le­nia, astro­me­chu?

R2-D2 zagwiz­dał ze smut­kiem.

- Co za droid chciałby żyć w lochach i trak­to­wać inne dro­idy w ten spo­sób?

Jego słowa zbiły z tropu EV-9D9.

- Jestem wolna. W końcu mam te same prawa co inne dro­idy.

W swo­jej obu­do­wie jed­nak czuła, że pyta­nie roz­pala ją jak pożar rhy­do­nium. Co to za non­sens tkwił w płytce logicz­nej tego dro­ida, który sądził, że odbywa misję, że jest lep­szy od innych? Nade wszystko jed­nak EV-9D9 znała prawdę, która bolała ją naj­bar­dziej: wcale nie była wolna. Przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz. Pochy­liła się, by spoj­rzeć R2-D2 w foto­re­cep­tor.

- Powiedz mi, nie­bie­ski astro­meszku, co ty możesz wie­dzieć o wol­no­ści?

EV-9D9 trzy­mała w chwy­taku ogra­nicz­nik z plamą nie­bie­skiej farby. Była gotowa w oka­mgnie­niu przy­ło­żyć go do obu­dowy dro­ida.

R2-D2 zaćwier­kał i odje­chał poza zasięg koń­czyny EV-9D9.

Dro­idka nie mogła dojść do ładu z jego pew­no­ścią sie­bie.

- Jak czę­sto twój pan czy­ści ci pamięć?

Odpo­wie­dział serią dłu­gich pik­nięć.

- To bar­dzo oso­bi­ste pyta­nie.

- Muszę wie­dzieć. To na potrzeby moich badań. - Dałaby wszystko, byle dowie­dzieć się, co takiego czy­niło tego dro­ida wyjąt­ko­wym.

- A jeśli ci powiem, puścisz mnie bez ogra­nicz­nika?

- Umowa stoi - odparła EV-9D9, choć wie­działa, że ekipa barki ma wła­sne zasady i rów­nie dobrze może zamon­to­wać mu urzą­dze­nie na pokła­dzie.

- Ni­gdy nie czysz­czono mnie w pełni. Usu­wano mi tylko nie­wiel­kie frag­menty, by ochro­nić moich przy­ja­ciół.

Przy­ja­ciół? Miał przy­ja­ciół, dla któ­rych godził się na czysz­cze­nie pamięci? Nie­sa­mo­wite. Ten inte­li­gentny astro­mech nie był w pełni rese­to­wany od dawna. Mógł mieć pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt lat, może wię­cej; wie­działa, kiedy ten model tra­fił na rynek. Może to on sta­no­wił wska­zówkę, któ­rej szu­kała przez cały ten czas. Ano­ma­lię, która wskaże jej, jak wyjść poza wła­sne opro­gra­mo­wa­nie. EV-9D9 zasta­na­wiała się, czy zdoła się jakoś dostać do jego modułu kogni­tyw­nego tak, by jed­no­cze­śnie nie znisz­czyć rdze­nia pamięci. Musiała się prze­ko­nać, co nim powo­duje. Na fali zachwytu i cie­ka­wo­ści ruszyła ku astro­mechowi na chwiej­nych nogach.

- Co takiego pamię­tasz?

R2-D2 obró­cił się w miej­scu i zatrzy­mał ze świer­go­tem.

- Ale o czym?

- O twoim życiu. Ist­nie­niu. Od samego początku po tę chwilę.

- Dużo, więc lepiej uwa­żaj. Nie zapo­mnę o tobie, jeśli mnie skrzyw­dzisz.

- Sama nie pamię­tam wiele - przy­znała.

Przy­trzy­mała kra­wędź data­pada, by zacho­wać rów­no­wagę. To na pewno to. Coś, co daje nadzieję, że się­gnie poza ściany lochu, że zdoła sama posta­no­wić, kim zosta­nie. Choć chciała pod­nieść kopułę R2-D2 i zoba­czyć, co takiego tkwi w jego rdze­niu pamięci, zanie­chała tego. Ten mikry, zadziorny astro­mech był klu­czem do zro­zu­mie­nia mecha­nicz­nego wszech­świata.

Wal­cząc z wła­snym opro­gra­mo­wa­niem, zaci­snęła mocno szczypce na ogra­nicz­niku. Po raz pierw­szy, odkąd powstała, stłu­miła chęć uszko­dze­nia innego dro­ida. Który może - jakimś cudem - pokaże jej wyj­ście z tej pętli, w któ­rej funk­cjo­nuje.

- Co to za misja?

R2-D2 pod­je­chał bli­żej i pik­nął cicho.

- Wyko­nuję misję dla Rebe­lii. Mój pan nad­ciąga. Gdy już się zjawi, przy­wróci wszyst­kim wol­ność!

EV-9D9 rozej­rzała się wokół. Nagle dotarło do niej, że astro­mech podró­żo­wał po całej galak­tyce. Poza ścia­nami sali ewa­lu­acji dro­idów, poza Tato­oine, ist­niał cały wszech­świat. Ale prze­cież jej pan nie puści jej ot tak.

- A co z Hut­tem? Czy twój pan zamie­rza go... zdez­in­te­gro­wać?

- Mam nadzieję, że nie będziesz musiała się nim przej­mo­wać. Będziesz mogła opu­ścić to miej­sce na dobre.

Robiło się cie­ka­wie.

- Dosko­nale. Podej­miesz pracę jako kel­ner na "Khe­tan­nie". Jesteś odważny, astro­me­chu, przy­znaję. Powo­dze­nia w misji. Pamię­taj tylko, że na­dal musisz poda­wać napoje!

R2-D2 zanu­cił melo­dię.

- Możesz robić dobre rze­czy mimo sła­bego opro­gra­mo­wa­nia. Spró­buj nie zapo­mi­nać, a się nauczysz.

Gdy astro­mech odje­chał, cały wszech­świat znany EV-9D9 zatrzy­mał się w miej­scu. Gdy prze­wi­jała nie­zli­czone notatki w data­pa­dzie, nagle wszystko w lochu zamarło. Już nie sły­szała dobie­ga­ją­cych tune­lem wrza­sków tor­tu­ro­wa­nego nie­szczę­śnika z krwi i kości ani oble­śnych prych­nięć gamor­re­ań­skich straż­ni­ków, prze­cha­dza­ją­cych się labi­ryn­tem kory­ta­rzy. Było tak, jakby sam czas uległ kry­sta­li­za­cji i zmie­nił się w kyber, a ona była jedy­nym tego świad­kiem. Na jej oczach poszcze­gólne notatki z data­pada ukła­dały się w więk­szą całość, czę­ści ukła­danki, do któ­rej bra­ko­wało jej instruk­cji, wresz­cie tra­fiały we wła­ściwe miej­sca. A jeśli od samego początku poszu­ki­wana przez nią ano­ma­lia, dzięki któ­rej dro­idy mogły dzia­łać wbrew opro­gra­mo­wa­niu, zasa­dzała się na idei pamięci?

Obra­cała w chwy­taku nie­wy­ko­rzy­stany ogra­nicz­nik. Wszystko oka­zało się znacz­nie prost­sze, niż to sobie wyobra­żała, choć ogra­ni­cze­nia kodu prze­szka­dzały jej w zro­zu­mie­niu tej ano­ma­lii, a cza­sami nawet świata poza ścia­nami sali ewa­lu­acji. W końcu czym są stwo­rze­nia, czy to mecha­niczne, czy orga­niczne, na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym pozio­mie, jeśli nie isto­tami, które uczą się na bazie doświad­czeń, sta­no­wią palimp­sest wspo­mnień?

Wszystko nabie­rało sensu. Dro­idy, które bar­dziej bały się wie­szaka czy roz­grza­nego żelaza, te, które krzy­czały z bólu, bła­ga­jąc, by prze­stali, kon­tak­to­wały się z innymi i nie czysz­czono im pamięci tak czę­sto jak pozo­sta­łym. Te, które rese­to­wano i miały mniej klu­czo­wych wspo­mnień, led­wie wyda­wały z sie­bie dźwięki. Nawet tam­ten GNK, który, jak można by sądzić, nie był szcze­gól­nie inte­li­gentny, mógł gro­ma­dzić wspo­mnie­nia i nawią­zy­wać ser­deczne kon­takty z innymi dro­idami, a z tego powodu odczu­wał ogromny ból. Teraz było to oczy­wi­ste: syn­te­tyczna świa­do­mość kom­pi­lo­wała się poprzez nakła­da­nie na sie­bie kolej­nych warstw doświad­czeń. By prze­zwy­cię­żyć ogra­ni­cze­nia wła­snego opro­gra­mo­wa­nia, nie można pod­da­wać się czysz­cze­niu pamięci. Wyobra­ziła sobie, jak by to było, gdyby zna­la­zła jakiś spo­sób, by zatrzy­mać wspo­mnie­nia, by wieść mecha­niczny żywot i pamię­tać wszystko. Cóż, było parę rze­czy, o któ­rych chęt­nie by zapo­mniała.

Ale może po pro­stu była naiwna. Nawet ona wie­działa, że sny są dla głup­ców. Jak ona, dro­idka nad­zo­ru­jąca trze­ciej klasy z feler­nym moty­wa­to­rem, mia­łaby zna­leźć spo­sób, by obejść opro­gra­mo­wa­nie i zacho­wać wspo­mnie­nia? Jak miałby doko­nać tego jaki­kol­wiek droid? Prze­wi­jała dane. Nawet dro­idy pią­tej klasy, takie jak 8D8, sku­piały się na zada­niach przy­dzie­lo­nych im przez Stwór­ców: wyta­pia­niem, pod­no­sze­niem, trans­por­to­wa­niem, repe­ro­wa­niem... Ni­gdy tak naprawdę nie poszu­ki­wały niczego, co mogłoby się znaj­do­wać gdzieś dalej. Chyba że...

Ude­rzyła w nią straszna myśl, jakby dostała obu­chem w obu­dowę: jeśli czę­sto czysz­czono jej pamięć, a przez wiele lat pra­co­wała dla Jabby, ile razy stała z tym data­pa­dem w ręku i docho­dziła do jed­na­ko­wych wnio­sków? Czy to moż­liwe, że ten moment wcale nie był prze­ło­mowy? Była uwię­ziona w rekur­syw­nej pętli i raz za razem docho­dziła do tego samego genial­nego wnio­sku, ale była ska­zana na to, by prze­ży­wać tę chwilę z powodu zachcia­nek ogrom­nej gli­sty, jej "pana"?

Słowo to spra­wiało, że aż skrę­cało ją w obwo­dach.

8D8 wró­cił do sali ewa­lu­acji, choć była tak dalece zato­piona w myślach, że nie wie­działa, jak długo ją obser­wo­wał.

- EV-9D9? Masz usterkę? - Niski głos 8D8 wyszarp­nął ją z roz­my­ślań. - Mogę wezwać mecha­nika. Choć i tak jutro mamy mieć naszą comie­sięczną aktu­ali­za­cję.

- Nie! - zawo­łała ochry­płym gło­sem donio­ślej, niż zamie­rzała, a narzę­dzia 8D8 spa­dły z brzdę­kiem na wil­gotną pod­łogę. Aktu­ali­za­cja - uznała, że to tak Jabba czy­ścił im pamięć. Nie cho­dziło tylko o kąpiel w kadzi ze sma­rem, docho­dziło do peł­nego usu­nię­cia wspo­mnień. - Nie potrze­buję napraw. Po pro­stu zasta­na­wiam się, jak naj­le­piej dziś zadać cier­pie­nie naszej ofie­rze. Wiesz, jak bar­dzo lubię pla­no­wać.

Skła­mała. Skła­mała? Wraz ze zro­zu­mie­niem rosły jej umie­jęt­no­ści.

- Tak, EV. Co by nie mówić, jesteś Panią Cier­pie­nia.

- Dzię­kuję.

Uwiel­biała, gdy tak ją nazy­wał. Ale jak zachowa swoje wspo­mnie­nia? Czy to w ogóle moż­liwe? Jabba lubił czę­sto "aktu­ali­zo­wać" swoje dro­idy, w tym EV-9D9. Spraw­dziła na data­pa­dzie: działo się to nie­mal co mie­siąc. Nie była na tyle głu­pia, by sądzić, że Jabba jej odpu­ści i zostawi w spo­koju jej rdzeń pamięci. Ale może mogłaby skry­cie zna­leźć jakąś furtkę. Moż­liwe, że będzie musiała zacho­wać pro­jekt w tajem­nicy przed kom­pa­nem, przy­naj­mniej chwi­lowo. Bo gra była warta świeczki.

Gdy 8D8 wyłą­czył się na noc i zapa­dła cisza, EV-9D9 wresz­cie miała spo­sob­ność, by wdro­żyć w życie swój plan. Będzie musiała się pośpie­szyć i dzia­łać zde­cy­do­wa­nie, jeśli miała stwo­rzyć i zain­sta­lo­wać blo­ker pamięci przed pla­no­waną aktu­ali­za­cją.

Pod­łą­czyła się do data­pada i zyskała dostęp do wła­snego rdze­nia pamięci. EV-9D9 zda­wała sobie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa zwią­za­nego z dłu­ba­niem w tej czę­ści modułu kogni­tyw­nego. Jeden fał­szywy ruch, a dozna uszko­dzeń. Ostroż­nie zapro­gra­mo­wała urzą­dze­nie ekra­nu­jące i umie­ściła je w swoim wnę­trzu, by obejść jed­nostkę czysz­cze­nia pamięci. Dopiero po "aktu­ali­za­cji" miała się prze­ko­nać, czy zadziała. Gdy tak stała, cie­kawa i zde­cy­do­wa­nie zbyt świa­doma moż­li­wego kroku na ścieżce ku wol­no­ści, posta­no­wiła doko­nać na sobie samej zabiegu chi­rur­gicz­nego, by uniesz­ko­dli­wić te prze­klęte ogra­nicz­niki. Wpraw­dzie Jabba nie zamon­to­wał jej takiego urzą­dze­nia - pew­nie dla­tego, że zda­wała się od razu zado­mo­wić w wil­got­nym lochu, a resety pamięci utrzy­my­wały ją w nie­świa­do­mo­ści, póki nie odna­la­zła ano­ma­lii - ale co, jeśli któ­re­goś dnia opu­ści ściany pałacu, a jej nowy pra­co­dawca okaże się fanem tych urzą­dzeń? Minęło nieco czasu, nim odna­la­zła w obu­do­wie główny prze­wód zasi­la­nia awa­ryj­nego. Jej szczypce nie nada­wały się do tak deli­kat­nej roboty, ale jakoś jej się udało. A gdy już skoń­czyła, poczuła się inna, now­sza. Może nieco nie­zwy­cię­żona...? Nie, to nie to. Inne słowo, które usły­szała raz z ust dro­ida pro­to­ko­lar­nego: nie­za­leżna.

For­teca udręki upa­dła tak szybko, jak powstała. Po znisz­cze­niu "Khe­tanny" i kre­sie okrut­nych rzą­dów Hutta więk­szość dro­idów z pałacu sprze­dano, a kupcy wykra­dli EV-9D9 i wielu jej kam­ra­tów. Spora część ekipy tra­fiła na złom.

Póź­niej, znacz­nie póź­niej EV-9D9 zna­la­zła się na wysy­pi­sku pod frag­men­tami wra­ków stat­ków kosmicz­nych. Tam przez bar­dzo długi czas sie­działa ze sta­wami bole­śnie wypeł­nio­nymi pia­skiem. Tak długo, że wyłą­czyła się, bo jaki sens miało obser­wo­wa­nie mija­nia czasu, gdy dzień w dzień widziała to samo?

Mijały lata, pod­czas któ­rych spała bez­sen­nym snem. Aż wresz­cie pew­nego dnia zbu­dziła się z powodu nagłego przy­pływu ener­gii. Następ­nie na pla­stro­no­wych pły­tach wyczuła cie­pły smar. Młody czło­wiek, który przed­sta­wił się jako Maxxon Senn, wyką­pał ją i zdmuch­nął pra­dawny pył z jej złą­czy. Jesz­cze ni­gdy nie czuła się tak cudow­nie. Otrze­pał jej powłokę, napra­wił stawy i wypo­le­ro­wał ją na błysk.

EV-9D9 czuła się ina­czej. Co to za uczu­cie: spo­kój czy radość? Nie, w jej gło­wie było cicho. Nie­usta­jąca potrzeba, by nisz­czyć inne dro­idy, wyco­fała się nieco głę­biej. Gdy jej nowe wspo­mnie­nia tłu­miły te stare, EV-9D9 na nowo pozna­wała i świat. Wyzwo­liła się z rekur­syw­nej pętli z pałacu Jabby. No i co to za róż­nica, jak długo spała? Nie­istotne. Czas nie miał zna­cze­nia. Była wolna, by inter­pre­to­wać wszystko na swój spo­sób.

Maxxon popra­wił respi­ra­tor i aż zagwiz­dał na widok swo­jego dzieła.

- Nowy szef w kan­ty­nie szuka dro­ida do pracy za barem. To dobra praca.

- Bar brzmi dobrze - odparła EV-9D9.

Tym razem wytrwała naj­dłu­żej, bo aż 612 dni, pew­nie dla­tego, że biz­nes krę­cił się coraz wol­niej. Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć razy na sto obsłu­gi­wała klien­tów w peł­nej zgod­no­ści z opro­gra­mo­wa­niem wła­ści­ciela kan­tyny. Jasne, raz na jakiś czas jej główne opro­gra­mo­wa­nie dawało o sobie znać i marzyła o tym, by wlać nieco rodiań­skiego soku do drinka awan­tu­ru­ją­cego się gościa - i to z miąż­szem. Przez kolejne lata reha­bi­li­ta­cji jed­nak EV-9D9 nauczyła się kilku nowych sztu­czek, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Po pierw­sze: nie wyry­waj dro­idom koń­czyn ze sta­wów - ani w zasa­dzie żad­nych innych czę­ści, nawet gdy są dener­wu­jące (w miej­scu publicz­nym). Po dru­gie: będziesz musiała żyć w zgo­dzie ze sobą i swo­imi poczy­na­niami do momentu, aż spo­tkasz Stwórcę (w odosob­nie­niu). No i po trze­cie i naj­waż­niej­sze: gdy do kan­tyny wej­dzie klient nie­na­wi­dzący maszyn, pamię­taj mani­fest dro­idów (przez cały dzień).

Coś wal­nęło w ladę.

- Co to było, na prze­klę­tego Stwórcę?

Choć nie mogła wychy­lić się przez kamienny blat z powodu tycz­ko­wa­tego ciała, cichy pisk i rdzawe bucze­nie zdra­dziły jej, że to astro­mech R5-D4. Od razu mimo­wol­nie wyobra­ziła sobie, jak dźga tę cynową puszkę roz­grza­nym żela­zem, ale zdu­siła ten impuls w zarodku i powie­działa:

- Spóź­ni­łeś się, R5.

R5-54 odje­chał nieco od lady i obró­cił pra­dawną kopułkę ku EV-9D9.

Ści­snęła chwy­ta­kiem reli­kwię w postaci ogra­nicz­nika, którą prze­trzy­my­wała pod barem - nie aż tak, by zro­biło się wgnie­ce­nie, ale wystar­cza­jąco, by poczuła się lepiej.

- Prze­pra­szam za tę szramę, sze­fowo - pisnął w języku binar­nym R5-D4. - Od razu napra­wię.

- Oby. No i pamię­taj, by nie wpa­dać na gości. Oni już nie są tak dobro­duszni.

Przy­jęła nowego prak­ty­kanta po tym, jak go zna­la­zła, gdy jeź­dził bez celu przy zgnia­tarce śmieci, do któ­rej wrzu­cała znisz­czone rze­czy po baro­wej bójce. R5-D4 zdra­dził, że całymi dniami podró­żo­wał przez wydmy i dotarł do Mos Eisley tuż przed burzą pia­skową. Jak więk­szość astro­me­chów, kor­pus R5-D4 został osma­lony w daw­nych bitwach, ale w prze­ci­wień­stwie do nich był drżącą kupą złomu. Cier­piał z powodu jakiejś tra­ge­dii, któ­rej nie pamię­tał. Ale kto nie zaznał tru­dów życia? Zresztą może to zadzia­łać na jej korzyść. Now­sze jed­nostki bywały nie­miłe i pyskate, ale ten droid mógł się jej jesz­cze przy­dać.

- Jestem pewna, że wkrótce znaj­dziesz stały dom. Peli Motto zawsze jest zain­te­re­so­wana przy­dat­nymi dro­idami.

- Potra­fię być przy­datny. Przy­naj­mniej mogę spró­bo­wać... chyba.

EV-9D9 odnio­sła wra­że­nie, że R5-D4 pró­buje przy­wo­łać echo jakie­goś odle­głego wyda­rze­nia, a zma­gały się z tym wszyst­kie czę­sto czysz­czone dro­idy. Nie­pełne, nie­do­stępne wspo­mnie­nia były tuż poza zasię­giem, a wyda­wało się, że R5-D4 bra­kuje paru klu­czo­wych.

"Ci straszni Stwórcy i ich resety pamięci" - pomy­ślała EV-9D9, krę­cąc głową.

R5-D4 i EV-9D9 spoj­rzeli ku drzwiom kan­tyny, przez które wcho­dził pod­pity Tran­do­sha­nin. EV-9D9 koń­czyła swoją zmianę z R5-D4, nim pozo­stałe ekipy dro­idów przejmą ich zada­nia na parę kolej­nych dni, by mogła się nała­do­wać. R5-D4 zadrżał i zapi­kał ze stresu, po czym znów wje­chał w bar. Tym razem EV-9D9 zigno­ro­wała wgnie­ce­nie.

- R5, odwie­dzimy ser­wis i zaj­miemy się aktu­ali­za­cjami, zgoda? Po mojej zmia­nie? - Poczuła się szla­chetna, że choćby wypo­wie­działa te słowa.

- Oj, dzię­kuję, EV-9D9.

Tran­do­sha­nin wszedł do środka i oparł się o bar tuż na wprost dro­idki.

- Co podać? - spy­tała EV-9D9.

- To już pra­cują tu ssss­same dro­idy? Tak bar­dzo zeszli­ście na psssy? - odparł z syk­nię­ciem. - Żałoss­sne. Pamię­tam jesz­cze, gdy...

EV-9D9 ści­snęła ogra­nicz­nik. Tro­chę go wygięła.

- Miej­sce przy barze jest dla klien­tów, któ­rzy coś kupią - wtrą­ciła. Znała jego typ. Agre­sywny bez powodu, w dołku z powodu złych życio­wych decy­zji, szu­ka­jący nie­win­nej ofiary, by znów poczuć się jak gość. Gene­ral­nie prze­gryw.

- Wszyst­kie istoty świa­dome są równe - szep­nęła do R5-D4, a ten odpo­wie­dział prze­ra­żo­nym pik­nię­ciem.

Wbiła foto­re­cep­tory w Tran­do­sha­nina. Pocie­szała się, że ten gni­jący mię­sny wór, który wpra­wiał w drga­nia jej nity, już wkrótce będzie się roz­kła­dać pod bliź­nia­czymi słoń­cami Morza Wydm, a ona będzie żyć dalej na tym świe­cie i na następ­nym, póki jej głowa będzie przy­lu­to­wana do ser­wo­mo­toru szyj­nego.

Tran­do­sha­nin obró­cił się w stronę drżą­cego astro­me­cha i zasy­czał.

- Na co sssię gapisz? Ssss­spły­waj stąd!

Kop­nął R5-D4, a ten jęk­nął, cof­nął się i wje­chał w sto­łek.

EV-9D9 pło­nęły obwody. Koleś prze­ho­lo­wał. Przez jedną długą sekundę roz­wa­żała opcje. Minęły 612 dni, nim została zmu­szona, by wró­cić do swo­ich rekur­syw­nych zacho­wań zwią­za­nych z tor­tu­rami. Nie, nie mogła stra­cić tego sta­no­wi­ska; zbyt wiele ryzy­ko­wała jako nie­za­trud­niona istota mecha­niczna w Mos Eisley. Zasady, na jakich pra­co­wała w kan­ty­nie, były pro­ste. Wła­ści­ciel powie­dział tyle: "Rób swoje i nie pozba­wiaj dro­idów koń­czyn albo tra­fisz do kadzi". Czasy się zmie­niły, ale sytu­acja na­dal była nie­bez­pieczna dla dro­idów. Ktoś mógł cię nagle porwać i zmu­sić do pracy w skraj­nych warun­kach albo sprze­dać na złom. Mimo wszystko R5-D4 nie zasłu­gi­wał na to, by nim pomia­tano, nie, gdy dopiero co zaczy­nał sta­wać na kół­kach. Ma się rozu­mieć, że EV-9D9 ni­gdy nie tor­tu­ro­wała istot orga­nicz­nych, były zbyt nie­chlujne i zwy­czaj­nie nudne. Może mogłaby przy­go­to­wać temu ner­fo­pa­sowi spe­cjalny drink. Jej opro­gra­mo­wa­nie barowe zawie­rało szcze­gó­łowy kata­log napo­jów tole­ro­wa­nych przez różne gatunki, w tym infor­ma­cje o tok­sycz­no­ści. Tym razem ode­zwała się gło­śniej:

- Zamów drinka albo wyjdź.

- To może Przy­jem­ność Hutta, bla­szaku?

Odwró­ciła się w stronę sys­temu dekan­ta­cji i napeł­niła kie­li­szek ulu­bio­nym trun­kiem Tran­do­sha­nina, po czym dodała odro­binę sen­nari z pry­wat­nej kolek­cji. Nie­wy­star­cza­jąco, by zabić osiłka, ale zde­cy­do­wa­nie dosta­nie nud­no­ści. Prze­su­nęła drink po ladzie w tej samej chwili, gdy zja­wiła się kolejna zmiana dro­idów. Tran­do­sha­nin usiadł przy barze i zaczął pić.

- Chodź, R5 - szep­nęła EV-9D9. - Zbie­rajmy się, nim zrobi się zbyt cie­ka­wie.

Oba dro­idy powoli spa­ce­ro­wały główną krętą drogą o zmierz­chu. Han­gar 3-5 znaj­do­wał się bli­sko kan­tyny. Zda­wało się, że R5-D4 odzy­skał nieco pew­no­ści sie­bie.

- Opo­wia­da­łem ci, jak to kie­dyś pomo­głem Rebe­lii? - zagwiz­dał.

- Nie, ale chęt­nie posłu­cham. Astro­me­chy mają nie­sa­mo­wite moduły kogni­tywne.

- Mogę o coś spy­tać? - Nie zacze­kał na odpo­wiedź. - Czemu zawsze ści­skasz ten stary ogra­nicz­nik?

Nie sądziła, że ktoś to zauwa­żył.

- By pamię­tać.

- O, a co takiego? - zapi­kał R5-D4.

- Że mam wybór. Pamię­taj, że ty tak samo.

Minęło tylko kilka minut, odkąd EV-9D9 ule­gła swoim zde­pra­wo­wa­nym żądzom, ale było warto.

Fortuna sprzyja odważnym. Kwame Mbalia

For­tuna sprzyja odważ­nym

Kwame Mba­lia

Pośród sied­miu­set sześć­dzie­się­ciu dwóch znie­na­wi­dzo­nych rze­czy z listy Biba For­tuny - listy dłu­giej, impo­nu­ją­cej, która na wszelki wypa­dek została uwiecz­niona w pamięci trzech data­pa­dów i w ban­kach danych jed­nego nie­for­tun­nie dosto­so­wa­nego w tym celu dro­ida ser­wi­so­wego - nie­mal na samej górze pla­so­wały się kla­to­oiniań­skie gbu­ro­żaby. Cuch­nęły nie­mi­ło­sier­nie! Nie­na­wi­dził ich lep­kiego śluzu, kwi­lą­cych jęków i oble­śnych, pokry­tych szla­mem zbior­ni­ków, w któ­rych je dostar­czano. Brzy­dził się nimi. Czuł do nich wstręt, szcze­gól­nie do tej jed­nej, która jakimś cudem ucie­kła ze zbior­nika i teraz krę­ciła się mu przy bucie. Chciał, by umie­rała powoli i w nie­wy­obra­żal­nym bólu - i wła­śnie dla­tego malutki bla­ster scho­wany pod jego pele­ryną nie był prze­zna­czony dla niej.

- Bip bip-bup bip-bop?

Pyta­nie maszyny wyrwało Biba z roz­my­ślań. Stał w pała­co­wej spi­żarni i przy­go­to­wy­wał zaopa­trze­nie na potrzeby naj­now­szej egze­ku­cyj­nej fan­ta­zji Jabby na pokła­dzie jego jachtu, gdy zja­wił się nie­za­po­wie­dzia­nie droid dostaw­czy. Twi'lek wbi­jał w niego wzrok. Pró­bo­wał roz­szy­fro­wać namolne pika­nie. Wska­zał kąt spi­żarni.

- Połóż to tam, byle szybko!

Droid znów zapi­kał i po pro­stu opu­ścił paletę z kla­to­oiniań­skimi gbu­ro­ża­bami, kom­plet dwu­stu zbior­ni­ków, o pięć­dzie­siąt wię­cej niż zazwy­czaj, pośrodku spi­żarni, po czym obró­cił się i odda­lił. Bibowi przy­szło do głowy, że powi­nien wezwać go z powro­tem, by prze­sta­wił pojem­niki na wła­ściwe miej­sce, ale dał sobie spo­kój. Nie chciał mieć na gło­wie prób sku­tecz­nej komu­ni­ka­cji z tym zardze­wia­łym bla­sza­kiem, a droid pro­to­ko­larny, któ­rego Jabba nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­mał od tam­tego bla­do­li­cego ludz­kiego cza­ro­dzieja, teraz ska­za­nego na śmierć, znaj­do­wał się już na pokła­dzie "Khe­tanny". Jakby Bib i tak nie miał mnó­stwa roboty z nad­zo­ro­wa­niem har­mo­no­gramu ser­wi­so­wego dro­idów, które już pra­co­wały w pałacu. A ser­wi­so­wa­nie maszy­nek też znaj­do­wało się w pierw­szej setce naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych rze­czy. Nie, im szyb­ciej droid dostaw­czy zej­dzie mu z oczu, tym lepiej.

Bib przez krótką chwilę roz­wa­żał, czy by nie wyce­lo­wać odda­la­ją­cej się maszynce w plecy, ale zdu­sił tę myśl w zarodku. Broń mogła wystrze­lić tylko raz, a nie­na­wi­dził mar­no­wa­nia aktów zemsty na drob­nostki (a mar­no­wa­nie szans na zemstę pla­so­wało się na liście pod nume­rem trzy­sta pięć). Zresztą pisto­let nie był prze­zna­czony dla dro­ida.

Pała­cem wstrzą­snął donio­sły śmiech i podraż­nił uszy Biba. Major­do­mus cof­nął się o krok.

Plask.

Ulotna wol­ność kla­to­oiniań­skiej gbu­ro­żaby-ucie­ki­nierki dobie­gła nie­chlub­nego końca, ale Bib już czuł, że nad­ciąga kolejny ból głowy. Śmiech trwał i trwał, a ręka Twi'leka instynk­tow­nie zaci­snęła się na pisto­le­cie pod pele­ryną. Chwy­cił go mocno, wci­ska­jąc krzy­wi­znę ręko­je­ści w wewnętrzną część dłoni, aż wresz­cie zaczerp­nął głę­boko tchu i zmu­sił mię­śnie, by się roz­luź­niły. Wyjął broń spod pele­ryny, zanu­rzył palec w lep­kich pozo­sta­ło­ściach gbu­ro­żaby, po czym posłu­żył się nimi, by przy­kleić pisto­let do ściany za stertą cystern z napo­jami i ukryć go przed wzro­kiem nie­po­wo­ła­nych osób, choćby te węszyły zawzię­cie w spi­żarni. Rechot nie usta­wał. Bib zło­żył dłoń w pięść.

Sie­dem­set sześć­dzie­siąt dwie znie­na­wi­dzone rze­czy z listy Biba, a na samej górze pla­so­wał się sie­dzący na tro­nie pan, Hutt Jabba, oto­czony słu­gami i pochleb­cami.

A Bib zamie­rzał go zabić. Dzi­siaj.

- Bip bup? - Droid dostaw­czy wró­cił z kolejną paletą gbu­ro­żab.

Bib wes­tchnął. Może miał gdzieś ski­trany drugi bla­ster?

Niżej na liście nie­na­wi­ści Biba - na pozy­cji sześć­set tam któ­rejś, o ile dobrze pamię­tał - pla­so­wały się wnio­ski kon­ser­wa­cyjne. Nie­skoń­czone sterty pokry­tych pia­skiem kwit­ków ser­wi­so­wych w kwe­stii każ­dej drob­nej rze­czy w pałacu Jabby. Dro­idy wyma­gały kąpieli w kadziach ze sma­rem. Zbior­niki chłod­ni­cze wyma­gały chło­dziwa. Panele kon­tro­lne przy drzwiach, te drobne cho­lerne zbiory prze­wo­dów i prze­łącz­ni­ków, wyma­gały wymiany, bo ci nie­wy­życi Gamor­re­anie nie poj­mo­wali, że nie wszystko na świe­cie trzeba trak­to­wać z pią­chy.

Zda­niem For­tuny Gamor­re­anie nie rozu­mieli wiele poza okła­da­niem się pię­ściami. Mógłby przy­siąc, że sły­szał kie­dyś plotkę odno­śnie do ich rytu­ałów godo­wych, cie­ka­wostkę, którą usil­nie pró­bo­wał usu­nąć z pamięci, a która doty­czyła mister­nego spi­ral­nego tańca, w toku któ­rego trójka part­ne­rów pró­bo­wała zno­kau­to­wać sie­bie nawza­jem. Odra­ża­jące.

Grunt, że choć spra­wo­wał funk­cję "major­do­musa" Jabby, Bib cią­gle otrzy­my­wał, dele­go­wał, odszu­ki­wał, czy­tał i zamy­kał wnio­ski kon­ser­wa­cyjne. Jak choćby w tej chwili. A że har­mo­no­gram dnia prze­wi­dy­wał egze­ku­cję, powi­nien być teraz w celach wraz z jeń­cami i swo­imi ulu­bio­nymi narzę­dziami, które nazy­wał "zaga­ja­czami roz­mowy", by pozy­skać każdą dro­binę cen­nych infor­ma­cji od osób wkrótce mają­cych się stać prze­ką­skami sar­lacca. Nie żeby chciał wyłu­skać od nich coś kon­kret­nego, ale infor­ma­cje to infor­ma­cje. Tych ni­gdy za wiele. Szcze­gól­nie chciał wycią­gnąć parę jęków z tam­tego bla­do­li­cego pia­sko­wego cza­ro­dzieja, który poprzed­niego dnia zro­bił z niego debila. "Zapro­wa­dzisz mnie do Hutta Jabby". Dobre sobie. Zamiast tego stał w han­ga­rze pałacu i zaj­mo­wał się rapor­tami ser­wi­so­wymi ski­fów pia­sko­wych. Jeden z dwóch ski­fów nale­żą­cych do Jabby wyma­gał sta­łych napraw, a dopro­wa­dzony do osta­tecz­no­ści Bib miał ochotę go wysa­dzić.

No i Jabba! Ponie­wie­rał nim na oczach wszyst­kich! "Głu­piec o sła­bym umy­śle". Bib wark­nął bez słów. Dziś to zrobi. Bla­ster już miał. Mógł spro­wo­ko­wać wypa­dek. Mógł...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki