OCZY IMPERIUM. Kiersten White
OCZY IMPERIUM
Kiersten White
Wybierzcie dowolną spośród dziesięciu
ostatnich przeglądanych transmisji. Musicie tam spędzić resztę życia.
Gdzie jesteście? - spytała Lorem, a jej głos rozszedł się echem po
niewielkim pomieszczeniu analiz, gdzie pracowali.
Maela była pod wrażeniem tego, jak Lorem potrafiła robić wiele rzeczy
naraz - sortowała dane, a jednocześnie prowadziła niekończące się
pogaduszki.
Co innego Dirjo Harch.
- Rób, co do ciebie należy, i bądź cicho. - Wyłączył to, czemu
przyglądał się na ekranie, i odpalił kolejny pakiet danych. Maela
wolałaby, gdyby pozwalano im pracować indywidualnie. Albo jeszcze lepiej
- w małych grupach. Wybrałaby do własnej Lorem. I Aziera. Więc tak
naprawdę pracowałaby ze wszystkimi prócz Dirja, zważywszy na jego kwaśne
miny i nędzną osobowość.
- Przecież robię - rzuciła Lorem, jak zawsze radosna. Czasami nosiła
czapkę na ciemnych lokach pod zawadiackim kątem. Na tyle tylko, by
złamać regulamin, a jednocześnie nie zajść za skórę Dirjowi i nie
ryzykować skargi. Maela lubiła ich mundury. To, co oznaczały. Że była
tutaj. Że to robiła.
Światełko zamigotało przy jej twarzy i kobieta przesunęła włącznik.
Przyjęła nadciągającą transmisję i dodała ją do ciągle rosnącej kolejki.
Tak długo pracowała już z sondami zwiadowczymi typu Viper, z ich
niezliczonymi zastępami, z maszynami o okrągłych kopułach i odnóżach
niczym podzielone stawami macki. Wpatrywała się w ich puste czarne
ślepia i zastanawiała się, dokąd je wywieje. Co zobaczą.
A teraz sama widziała wszystko.
- Ale gdy robię, co do mnie należy - ciągnęła Lorem, na co Dirjo aż się
spiął - nie łapię, czemu niby nie mielibyśmy się nieco zabawić. Będziemy
się przedzierać przez sto tysięcy transmisji.
Azier odchylił się w fotelu i rozciągnął ramiona. Rozmasował dłońmi
bladą, nienagannie ogoloną, pokrytą zmarszczkami twarz. Maela
podejrzewała, że praca nad odzyskiwaniem i przetwarzaniem transmisji w ramach Projektu Rój w jego przypadku była degradacją, choć nie wiedziała
dlaczego. Podobnie jak ona sama, Dirjo i Lorem dopiero zaczynali
imperialną służbę.
- Lorem, moja młoda koleżanko - odparł Azier gładkim tonem imperialnego,
tym, który Maela nadal próbowała opanować, by zataić, że pochodzi skądś
indziej. - Mężczyzna, któremu podlegamy, służy na pokładzie "Executora"
w Eskadrze Śmierci Dartha Vadera. Naprawdę uważasz, że zabawa jest
priorytetem dla kogokolwiek z nich?
Lorem zachichotała i nawet Maela mimowolnie się uśmiechnęła. Dirjo
jednak prychnął i odwrócił gwałtownie głowę.
- Śmiesz krytykować lorda Vadera?
Azier machnął lekceważąco ręką.
- Przynoszą śmierć tym, którzy zagrażają Imperium. Przeżyłem wojnę,
której żadne z was nie pamięta i nie rozumie. Ani myślę przechodzić
przez to ponownie. A co do twojego pytania, Lorem, wolę już na zawsze
pozostać w tej latającej metalowej puszce, niż odwiedzić jedną z tych
zapomnianych skał, z których składają meldunki nasze sondy zwiadowcze.
- Nie przez sto tysięcy - wtrąciła lekkim tonem Maela.
- Co? - spytała Loren. Obróciła się w fotelu, by poświęcić całą uwagę
koleżance.
- W ramach Projektu Rój rozsiano po galaktyce sto tysięcy jednostek. Ale
nie wszystkie dotrą do celu. Niektóre się rozbiją i staną bezużyteczne.
Część wyląduje w środowisku uniemożliwiającym transmisję. Gdybym miała
zgadywać, powiedziałabym, że dostaniemy gdzieś od sześćdziesięciu pięciu
do osiemdziesięciu tysięcy transmisji. - Sondy zwiadowcze typu Viper
stanowiły wytrzymałe cudeńka, chronione ponadto przez kapsuły, ale mimo
wszystko. Kosmos był rozległy, a zmiennych zatrzęsienie.
- W takim razie uporamy się z tym przed końcem zmia-ny - odparła Lorem i wyszczerzyła zęby. - A potem postanowimy, na której planecie będziemy
żyć po wsze czasy! Choć moje opcje są takie sobie. Ty jesteś z Głębokiego Jądra, prawda? Masz jakieś nagrania z rodzimego świata,
żebyśmy mogli je dodać do listy potencjalnych relokacji?
Maela odwróciła się w stronę własnej konsoli. Widać jej praca nad
akcentem poszła na marne.
- Nie mam. Nie wysyłaliśmy sond na Vulpter.
Azier prychnął.
- Co? - spytała Lorem. - Co w tym śmiesznego?
Dirjo wcisnął przycisk mocniej, niż było to konieczne.
- Połowa sond, którymi dysponujemy, powstała właśnie tam, na Vulpterze.
Ale wracamy do pracy. - Przybrał opryskliwy ton, ale otaksował Maelę
badawczym spojrzeniem. - Przybyłaś z części produkcyjnej. Chętnie bym o tym kiedyś porozmawiał.
Maela spojrzała na ekran. Wiedziała, że mało kto rwał się do tej pracy.
Że wykonywali ją albo nieudacznicy pokroju Aziera, albo ludzie tacy jak
Dirjo, którzy jeszcze nie zdołali się wspiąć po szczeblach kariery. Sama
jednak wniosła konkretnie o ten przydział i nie miała ochoty trafić
nigdzie indziej w ramach służby Imperium. Wsunęła dłoń do kieszeni i powiodła palcami po gładkiej, okrągłej powierzchni głównej soczewki
sondy. Ile razy wpatrywała się w te fotoreceptory i pragnęła zobaczyć
to, co one? Ile razy wyobrażała sobie, jak pędzi przez bezmiar kosmosu,
by podziwiać niesamowite widoki?
A teraz była tutaj. Możliwie najbliżej. W zasięgu ręki miała wizje i cele podróży dziesiątek tysięcy sond zwiadowczych. Jak w marzeniach.
No, przynajmniej w jej marzeniach.
- Nie - odparła jej matka. Nie zadała sobie trudu, by zdjąć gogle o lustrzanych soczewkach. - Wykluczone.
Maela poczuła, jak na jej twarzy pojawia się kwaśna mina, a to
rozzłościło ją jeszcze bardziej. Sądziła, że już wyrosła z grymasów, no
i zdecydowanie wyrosła z wieku, w którym wargi zdradzały jej każdą
emocję, co spotykało się z szyderstwami.
- To niesprawiedliwe - powiedziała, wskazując prototyp, przy którym
dłubała matka. - Tam jest tyle do zobaczenia, one widzą wszystko, a jedyne, co widzę ja, to ten zakład produkcyjny. - Maela wychyliła się i spojrzała na własne zniekształcone odbicie w głównym oku droida.
Wiedziała, że tak naprawdę to nie oko, nie do końca, ale zawsze tak o nim myślała. Spacerowała wzdłuż rzędów sond, podwieszonych na
mechanicznych pnączach niczym owoce. Starała się ujrzeć siebie w każdej
soczewce. Dzięki temu, gdy już rozprzestrzenią się po galaktyce i polecą
w kierunku ciał niebieskich, których nigdy nie miała odwiedzić,
przynajmniej jakaś jej cząstka tam trafi. Duch w maszynach jej matki.
- Myślisz, że tyle zobaczysz, gdy podejmiesz pracę dla Imperium? - Jej
matka zrobiła minę, jakby zjadła coś niedobrego. - Uwierz mi, nie chcesz
mieć z nimi nic wspólnego.
- Jak możesz tak mówić? - Maela wyrzuciła ręce w powietrze, zniesmaczona
hipokryzją matki. - Sama dla nich pracujesz!
- Nie pracuję dla nich. Projektuję i produkuję droi-dy. A po wojnach
klonów nie jest to najbardziej opłacalny interes. - Westchnęła,
odchyliła się i powiodła dłońmi po niesfornych lokach. Teraz były już
bardziej siwe niż czarne, a Maela wiedziała, że pod goglami ujrzałaby
cienkie linie zmarszczek, powoli zniekształcających skórę wokół oczu
matki. - Ale na tym się znam. I dzięki temu zapewniam bezpieczeństwo
naszej rodzinie.
- I więzisz nas tutaj, na tej pozbawionej życia planecie, w tej
bezdusznej fabryce! - Maela kopnęła w stół i części prototypu poleciały
we wszystkie strony. - Przynajmniej gdybym pracowała dla Imperium,
robiłabym coś ważnego.
- Tak - odparła matka tonem przywodzącym na myśl zasuwające się drzwi. -
Robiłabyś wiele różnych rzeczy. - Oddaliła się i zostawiła Maelę samą z metalem, który jeszcze nie był droidem.
Maela podniosła soczewkę i spojrzała we własne odbicie. Nie chciała być
duchem, wspomnieniem, więźniem. Część zmieściła się idealnie w jej
kieszeni wraz z podjętą przed chwilą decyzją. Zamierzała zobaczyć
galaktykę, posyłana ku coraz nowszym, nieznanym celom przez to samo
Imperium, które odbierało te droidy.
Maela miała zmęczone oczy, tak suche, że gdy mrugała, słyszała, jak
powieki ocierają się o siebie. Nie wiedziała, jak długo oglądała
nagrania, odsiewając te, które nie zawierały żadnych przydatnych
informacji. Pozostali w którymś momencie opuścili pomieszczenie, by coś
zjeść czy pójść spać, nie była pewna.
Nie potrzebowała droidów matki, by jej duch zwiedzał galaktykę, bo teraz
była z nimi połączona. Miała je na wyciągnięcie ręki. Za ich
pośrednictwem ukazywały się jej niezliczone nowe widoki. Była wszędzie.
Rośliny wysokie niczym wieżowce, wznoszące się w niebo, emanujące
barwami niewykrywalnymi ludzkim okiem. Kraj-obrazy pustynne, tak jałowe,
że sam ich widok sprawiał, iż robiło się jej sucho w gardle. Bezdenny
ocean, oczy i zęby skierowane w jej stronę, gdy zagłębiała się w ciemnościach. Świat za światem, a ona widziała je wszystkie.
Tak zaślepiła ją nieskończona biel lodu najnowszej planety, że o mało
tego nie przegapiła.
- Ktoś je wzniósł - szepnęła, wodząc wzrokiem po geometrycznych,
symetrycznych kopcach wystających z lodu. Były zbudowane z metalu, a według droida generowały energię. Co oznaczało, że ktoś z nich
korzystał. Zanim jednak mogła nawiązać połączenie i pokierować sondą
osobiście, ekran zamigotał i łączność ustała.
Maszyna uległa samozniszczeniu. Co oznaczało tylko jedno: została
zaatakowana. Maeli wzrosło tętno. Znalazła to. Była pewna. Znalazła to,
czego szukali.
Wdusiła przycisk komunikatora.
- Dirjo, mam ich.
Z głośnika wydobyły się szumy i zaspany głos.
- Ale że kogo?
- Rebelię.
Po paru minutach mężczyzna stał tuż obok i nachylał się nad ekranem.
Dołączyli i pozostali. W sali było zbyt ciasno, by wszyscy pomieścili
się przy jej stanowisku.
- Jesteś pewna? - zapytał. - W galaktyce jest mnóstwo różnych kolonii.
- Nie na Hoth. Jedynymi rzeczami, które znalazłam, są śnieg i nieliczne
zwierzęta. - Przyjrzała się w całości nagraniom sondy, cofając je od
momentu wybuchu, ale oprócz generatorów i samego ataku dostrzegała
jedynie śnieg, lód i stworzenia człapiące niezgrabnie na dwóch nogach, o małych łapach i potężnych grubych ogonach. Na swój sposób były urocze.
Przez dłuższy czas przyglądała się stadu. Wyobrażała sobie, jak brzmią
te zwierzęta, jakie wydaje się w dotyku ich futro, jaką funkcję pełnią
te zakręcone rogi. W mniejszym stopniu przejmowała się Rebelią.
- Zresztą - dodała, próbując skupić myśli - te generatory są zbyt duże
jak na prostą kolonię. I ktoś strzelił do droida. - To ostatnie ją
zabolało. Żałowała, że nie może wznowić połączenia. Nie chciała, by jej
sonda, jej oczy, leżała martwa w śniegu.
Dirjo skrzywił się i przygryzł wargę.
- Jeśli się mylimy...
- To będziemy szukać dalej.
Azier prychnął.
- To Imperium. Tutaj pomyłki nie uchodzą płazem.
Maeli było wszystko jedno. Żywiła przekonanie, że odnalazła Rebelię. No
i czuła, że to właściwe, by udało się to właśnie jej. Jej droidom, jej
oczom. Przez ten cały czas marzyła o tym, że znajdzie się w ich wnętrzu.
Sprawdziło się.
Dirjo zaczerpnął głęboko tchu, po czym przytaknął.
- Wyślę twoje ustalenia Piettowi.
Maela zwolniła miejsce przy stanowisku. Przejął je Dirjo.
Lorem zmarszczyła brwi.
- To Maela dokonała odkrycia. Powinno pójść na jej konto.
- Przecież nie chodzi o pochwały, a o Imperium - odparł Dirjo.
- Skoro nie, to dlaczego się upierasz, że to ty osobiście przekażesz
informacje Piettowi? - burknął Azier.
Maela już zasiadła przy innym stanowisku. Jeśli się okaże, że nie ma
racji, będą musieli szukać dalej, więc równie dobrze mogła już zacząć.
Nie potrafiła jednak przestać myśleć o zaobserwowanych istotach, ani o rozbłysku światła czy o końcówce transmisji. Istotę, która wyszła spod
rąk jej matki, spotkał gwałtowny koniec. Tak samo gwałtownie skończyła
się wizyta Maeli na Hoth.
Gdy wszyscy byli zaaferowani oczekiwaniem na kontakt ze strony Pietta,
Maela przeglądała niezliczone transmisje. Gdy znalazła tę, której
szukała, zalała ją fala triumfu: kolejna sonda zwiadowcza wylądowała na
Hoth. Co oznaczało, że nadal może się tam rozejrzeć.
Nie powinna. Albo Hoth było ich celem, albo nie. Powinna szukać dalej.
Hoth jednak zdawało jej się miejscem prawdziwszym niż wszystkie
poprzednio odwiedzone. To, co tam ujrzała, miało znaczenie, i była
irracjonalnie zła na to, że transmisja tak szybko dobiegła końca. Jasne,
ciągle tracili sondy zwiadowcze. Ale ta została zniszczona.
Później - nie potrafiła powiedzieć kiedy, bo gorączkowo przeglądała
nagrania w nadziei, że znajdzie coś wyjątkowego, i próbowała zapomnieć,
jak usilnie pragnie wrócić na Hoth - nadeszła transmisja z "Executora".
- Tak, sir. Dziękuję, sir. - Dirjo oparł się o konsolę. Na jego twarzy
walczyły ze sobą ulga i samozadowolenie. - Mieliśmy rację. Są na Hoth.
Lorem położyła dłoń na ramieniu koleżanki.
- Chciałeś powiedzieć, że Maela miała rację.
- To będzie wielkie zwycięstwo dla Imperium. Już jest zwycięstwem dla
Projektu Rój. - Dirjo stanął prosto, obciągnął mundur i wypiął pierś. -
Powinniśmy to uczcić.
- Zrobię wszystko, byle tylko opuścić tę klitkę - burknął Azier i wstał
z fotela, choć on nie poprawił pomiętej kurtki.
Lorem się zaśmiała. Chwyciła Maelę za rękę i odciągnęła ją od
stanowiska. Kobieta obejrzała się tęsknie na migoczące kontrolki, na
kwadratowe przyciski, obietnicę cudów przekazywanych za pośrednictwem
innych oczu. Włożyła rękę do kieszeni i pogładziła gładką powierzchnię
soczewki. Przekaże wieść matce. Wyśle informację o ich sukcesie. Dowód
na to, że nie tylko droidy zasługują, by rozsyłać je po całej galaktyce.
Śniła o lodzie. Nie potrafiła przestać o nim myśleć, zastanawiać się.
Tęskniła za swoją przedwcześnie zakończoną wizytą na planecie, która
faktycznie okazała się mieć znaczenie.
Parę dni później, gdy wszyscy pozostali odsypiali zmianę, Maela
wślizgnęła się do centrali Projektu Rój. Jej fotel był chłodny, a światła - przyćmione, ale pomieszczenie zniknęło, gdy przejęła zdalne
sterowanie nad drugą sondą na Hoth.
Wślizgnęła się w jej metalowy korpus i pozwoliła, by ekran wypełnił jej
wzrok. Chłód fotela zmienił się w chłód skutego lodem krajobrazu.
Znalazła się tam.
Sunęła wzdłuż lodowców i zasp śnieżnych. Liczyła na to, że odnajdzie
stado tamtych zwierząt. Coś innego jednak przykuło jej uwagę. Dym.
Podryfowała w jego stronę - jej metalowe kończyny w ogóle nie dotykały
ziemi. Dym unosił się znad przeogromnych trucheł imperialnych maszyn,
zniszczonych i osmalonych, przypalonych i stopionych. Dotarły tu przed
nią.
Ale przecież nie chodziło tu o podział one-ona. Sama była częścią
Imperium. Skierowała się w stronę ich celu. To, co się tu rozegrało,
dobiegło już końca. Wmówiła sobie, że poszukuje jakichkolwiek
informacji, mogących pomóc Imperium, ale tak naprawdę chciała zobaczyć
miejsce, którego nigdy nie odwiedzi, a które odkryła, które podarowała
Imperium. Bo w końcu to zwycięstwo było i jej udziałem, prawda?
Bez trudu odnalazła wejście do bazy, ostrzelane i powykręcane, podobnie
jak imperialne maszyny. Ostrożnie wślizgnęła się do środka. Nawigowała
poprzez korytarze. W niektórych miejscach zapadł się dach. Kawały lodu i śniegu blokowały przejście. Było ciemno, więc zmieniła ustawienia
obrazu. I wtedy to zobaczyła.
Poczuła na języku metaliczny smak. Usłyszała dzwonienie w uszach.
Imperialne mundury. I inne. Pozostawione ciała, sponiewierane,
wykręcone. Przeleciała nad nimi. Nie dotknęła ani jednego.
Tam, kolejne. Jeszcze inne. Wyciągnęła przed siebie ramię. Pod ogromnym
ciężarem lodu i śniegu leżało przygniecione zwierzę. Wystawała mu sama
głowa. Ramię sondy dotknęło jednego z tych zabawnie skręconych rogów,
ale...
Ale to nie było jej ramię. Należało do droida. Sama zaś nigdy się nie
przekona, jakie to uczucie. Nie doświadczy niczego. Droid obracał się i obracał, i wszędzie napotykał zniszczenie, ciała i roztrzaskane maszyny.
Nie miało znaczenia, czy truchła należą do imperialnych, do rebeliantów
czy do istot, które powinny biegać po lodzie. Wszystkie zostały
jednakowo unicestwione.
Rzuciła się w gwiazdy i zdawało się jej, że tylko patrzy. Jednak oko
nigdy nie było tylko okiem. Było połączone z ciałem.
Była oczyma Imperium. A jego dłonie uczyniły to z jej przyczyny.
Dirjo opierał się o swoje krzesło. Przekazał im informacje o postępach
Imperium po Hoth i przypominał im - znów - o sukcesach Pietta. Lorem
powiedziałaby, że Dirjo plecie jak droid z przepięciem, ale Maela
uznała, że to nie fair w stosunku do droidów. One nie wybrały takiego
życia. Zostały stworzone i robiły, co do nich należy.
Patrzyły tam, gdzie ona im kazała.
Poruszyła dłońmi. Wyobraziła sobie, że dotyka krętych rogów. Projekt Rój
okazał się udany, ale jeszcze nie dobiegł końca. Nigdy nie miał się
skończyć, póki istniała Rebelia, która mogła się skryć gdzie indziej.
Soczewka droida wpatrywała się w nią z miejsca, gdzie ją odłożyła. Maela
spojrzała we własne zniekształcone odbicie, po czym przeniosła wzrok na
ekran. Nagranie po nagraniu. Setki nagrań, zlewających się w jedną
całość.
Księżyc zarośnięty prastarymi lasami. Droid podczas zejścia rozgrzał się
do tego stopnia, że zaprószył ogień wokół siebie i teraz obraz
przedstawiał szalejące inferno.
Planeta pozbawiona światła, tak ciemna, że żadne ustawienie kamer nie
mogło zgłębić mroku. Tylko powtarzające się sygnały z czujników ruchu
wskazywały na to, że coś czai się w pobliżu.
Asteroida wielkości planety. Sonda została uszkodzona podczas podejścia
i teraz mogła jedynie patrzeć bez ruchu, bez zasilania, podróżując na
skale przez przestworza.
Bagnista planeta, zatrzęsienie roślin i mokradeł, błota i pnączy, bez
niczego, co wskazywałoby na to, że Imperium powinno ją zaszczycić drugim
spojrzeniem. Tylko - tam, zarys czegoś na tle nocy! Czegoś
nieorganicznego. Czegoś, co podejrzanie przypominało na wpół zatopionego
X-winga.
Dirjo szarpnął nerwowo za kamizelkę munduru.
- Wyniki - rzucił. - Imperium na nas polega.
Maela wcisnęła przycisk, by usunąć nagranie. Usunęła Dagobah z oczu
Imperium. Przeszła do kolejnych światów. Wreszcie widziała wyraźnie.
GŁÓD. Mark Oshiro
GŁÓD
Mark Oshiro
Lód nie dbał o nikogo.
Przypominał sobie o tym za każdym razem, gdy opuszczał dom. Możliwe, że
słońca i księżyce przesuną się wiele razy po nieboskłonie, nim zdobędzie
wystarczającą ilość pożywienia, by wrócić, by nakarmić je wszystkie.
Szczególnie teraz, gdy z rozbawieniem machnął łapą na jedno z młodych,
plątające się mu między nogami. Młode stanęło przed nim i zaryczało, a tak naprawdę zapiszczało, bo dźwięk nie wzbudzał jeszcze należnego
strachu. Ale na początek dobre i to. Wystarczy praktyka, żywność i czas,
by stało się równie przerażające co jego ojciec.
We dwoje wspięli się długim korytarzem wychodzącym z centralnej groty.
Osoba postronna bez trudu mogłaby się tu zgubić. To właśnie dlatego on i jego partnerka godowa wybrali to miejsce dawno temu. Coś tu dawniej
mieszkało, a świadczyły o tym dziwne pozostawione rzeczy. Po grotach
walały się twarde przedmioty, nie kamienie, kości czy kawałki lodu, a coś nieokreślonego wraz z gnijącymi szczątkami tego, co te bestie jadły.
Ten dom jednak był dobrze chroniony przed zimnem i innymi. To, że
znaleźli to miejsce... Cóż, od samego początku wiedział, że to coś
stałego, tego rodzaju azyl, jakiego przedstawiciele jego gatunku
poszukiwali przez większość życia. Nieliczne drapieżniki, próbujące od
tamtej pory naruszyć to terytorium, zagubiły się bez nadziei na
znalezienie wyjścia wśród krętych tuneli, w pomieszczeniach, które w tych ciemnościach wydawały się identyczne. Było mu łatwo na nie polować,
gdy błąkały się, osłabione i wystraszone.
A teraz miał swój klan. Trzy młode, ich matkę, partnerkę godową. Własną
rodzinę. Nie istnieliby, gdyby nie odkrycie tej groty.
Teraz jednak przyszła pora, by opuścić schronienie.
Samica miała opiekować się młodymi pod jego nieobecność, ale nie
stanowiło to dużego pocieszenia, bo... Cóż, polowanie to polowanie.
Ciągnęło się długo i nie miał gwarancji, że cokolwiek złapie. Kolejne
dni zlewały się ze sobą, a nie dostrzegał ofiar.
Ale musiał wyruszyć po raz kolejny.
Musiał utrzymać swój klan przy życiu.
Potrzeba ta sprawiała, że stawiał kolejne kroki. Matka jego dzieci i jego partnerka otarła się nosem o jego nos na znak szacunku. Młode
piszczały i ryczały, choć tak naprawdę nie rozumiały, kręciły się u jego
nóg. Gdy wyszedł na wiatr, chłód, lód i śnieg, jedno z nich podążyło
jego śladem i zamachnęło się na niego. Zatrzymał się i je odepchnął, po
czym warknął. Zrozumiało. Odprowadzało go wzrokiem, nie ruszając się z miejsca. Wkrótce zanurzył się w bezgraniczną biel tundry.
Rozpoczęły się łowy.
Maszerował. Wspiął się na najbliższe wzniesienie i instynkt pokierował
go ku szeregowi jaskiń w oddali. Raz znalazł tam stado jego ulubionych
ofiar, bestii, które poruszały się na dwóch kończynach i z głów
wyrastały im takie bezużyteczne rogi. Łatwo dawały się upolować,
przynajmniej gdy skupiało się na pojedynczych okazach. W grupie
potrafiły być niebezpieczne, ale łatwiej było oddzielić jedno zwierzę od
stada, udać się za nim w pościg, zmęczyć je i wzbudzić w nim strach, że
nikt mu nie pomoże.
Żywił się mniejszymi stworzeniami, by zachować energię. Rzadko sypiał;
wiedział, że wtedy grozi mu największe niebezpieczeństwo. Odpoczywał
tylko tyle, by móc ruszyć w dalszą podróż.
Wznowić łowy.
Słońce sunęło po niebie. Raz, drugi, trzeci. Księżyce, a każdy miał
własny kształt i barwę, pojawiały się z końcem dnia, gdy nastawała noc i łowcy zagrażał przerażający chłód. Parł jednak dalej. Raz schronił się
przed wyjątkowo srogim wiatrem, takim, który zdawał się przeszywać jego
futro. Schował się pod ścianą klifu, aż znów wstało słońce.
Poświęcał się dla nich.
Znalazł ofiarę na południowym skraju skalnego masywu. Uznał, że bez
trudu osaczy ją w dolinie poniżej. Gdy zdjął największe zwierzę, które
zamachnęło się na niego tymi krętymi rogami, bez trudu wytropił
pozostałe. Pożywił się tym najmniejszym, zjadając je do ostatniej
kosteczki, by starczyło mu energii na długą podróż powrotną. Nie
zamierzał się zatrzymywać ani odpoczywać; ryzyko było zbyt duże, skoro
ciągnął za sobą truchła.
Więc maszerował.
Nie wiedział, ile słońc i księżyców pokonało niebo.
Nie dbał o to, jak jak wielki chłód odczuwał, gdy stąpał po lodzie i śniegu.
Nie pozwolił, by wyczerpanie, które czuł w mięśniach i kościach,
powaliło go na ziemię.
Szedł przed siebie z jedną myślą w głowie.
"Muszę wrócić".
Wspiął się na ostatnie wzniesienie i przez krótką chwilę myślał, że to
światło słoneczne płata mu figle. Może i go oślepiało, gdy odbijało się
od lodu, ale upuścił truchła. Wbił wzrok w dal. Pochylił się.
Wychodzili na lód nieopodal ogromnej struktury: małe istotki, chodzące
prosto na tylnych kończynach, ciemne kształty na tle śniegu. Niektóre
jeździły na grzbietach zwierząt tego samego rodzaju, które właśnie
pozbawił życia; inne kierowały je przed siebie, wrzeszcząc na nie i krzycząc.
Wiedział, że to go opóźni, ale nie powstrzyma.
Ruszył w kierunku wejścia do jaskiń w dalekiej części wzniesienia.
Zastanawiał się, czy ci nowo przybyli utrudnią mu łowy. Będą mu
przeszkadzać w grocie? Przeprowadzą atak?
Kipiał w nim gniew. To był jego dom.
Myślał o swoim klanie, gdy schodził do doliny, do siebie. Mógł
skorzystać z drugiego wejścia - mniejszego, uciążliwego. Przez cały czas
obserwował te istoty. Nie wydawały się tworzyć stad, ale były liczne.
Bez znaczenia. Mógłby je pokonać jednym machnięciem łapy.
Wcisnął się w szparę w jednej z tylnych grot. Upadł na ziemię w korytarzu i przyłożył łapy do uszu. Przez lód niósł się echem straszny
dźwięk: coś wysokiego, powtarzającego się. Przeszywał mu uszy i sprawiał, że przez jego ciało przechodziły kolejne fale mdłości.
Wydawało się to niemożliwe; przecież był tak daleko od tych istot!
Czyżby jakimś cudem wdarły się do środka? Nie były świadome, kto tu
mieszka?
Pozostawił truchła i skierował się w głąb własnej jamy. Gdy wreszcie
dotarł, niemożliwe okazało się prawdą: tam, w ścianie lodu, ziała teraz
wielka dziura, a dźwięki, które z niej dobiegały, powodowały przeraźliwy
ból.
Parł jednak przed siebie. Musiał. Musiał ich odnaleźć.
Szukał. W miejscu, gdzie zakopywali swoje nieczystości. (Puste). W jednej z grot, gdzie się pożywiali. (Teraz zajętej przez całe rzesze
tych strasznych stworzeń). Szedł nisko przy ziemi, gdy wpadła na niego
jakaś istota, wyłoniwszy się z jednego z mniejszych pomieszczeń w głębokiej części jaskini. (Z jego domu). Rzuciła mu szybkie spojrzenie i wrzasnęła. Zamierzała go wystraszyć? A może sama przeraziła się tak
dalece, że instynktownie wydała taki dźwięk? Niektóre stworzenia robiły
tak przed śmiercią. Nie potrafiły się powstrzymać.
Ryknął i zamachnął się, by zmiażdżyć przeciwnika.
Istota uniosła rękę. W jej łapie było coś ciemnego, a potem pojawił się
świetlisty promień. Niemożliwie szybko pokonał dzielącą ich odległość
niczym te smugi światła, które często widywał nocą na niebie.
Jeszcze nigdy nie doświadczył tak rozdzierającego bólu. Miał wrażenie,
jakby promieniował głęboko pod sierść i skórę. Kąsał mięśnie jego nogi.
Tym razem sam zaryczał w agonii.
I dał się ponieść wściekłości.
Nie miał pojęcia, ile istot okaleczył czy zabił w tamtych chwilach, ale
uderzał we wszystko, co się poruszało. Nie potrafił ich odnaleźć. Gdzie
się podziewali? Gdzie była jego rodzina? Gdzie były jego dzieci?
Wparował do największej sali w grocie i ujrzał niezliczone stworzenia.
Rozpierzchły się z wrzaskiem we wszystkie strony, a on znów zaryczał.
Wyczuwał resztki swojego klanu, słaby podmuch tego, kim kiedyś byli.
Gdzie się podziali? Co te istoty z nimi zrobiły?
Pojawiło się tamto przeszywające światło, ale tym razem go nie ugodziło.
Wybiegł z domu przed wejście, brocząc krwią po śniegu i lodzie. Szedł
przed siebie, a te istoty posyłały za nim nieznane mu dźwięki. Zniknął
wśród pobliskich wzgórz.
Dopiero gdy znalazł się w bezpiecznym miejscu, dotarło do niego, że
zawiódł rodzinę. Jego partnerka z pewnością ochroniła młode. Może
znaleźli inne schronienie?
Posmarował ranę śniegiem, zmusił ją, by zdrętwiała, aby mógł się
przemieszczać.
I poszedł.
Nie znalazł ich w grotach po przeciwnej stronie wzniesień, w miejscu,
które było ich domem. Może jego partnerka zabrała młode tam, gdzie
mieszkali wcześniej.
Jednak i tam ich nie znalazł.
Nie znalazł ich nigdzie.
Coś go wypełniło. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie odczuwał. Teraz w jego wnętrzu tkwiła pustka, taka, która wyżerała go od środka, która
zdawała się zwiększać rozmiary z każdym przejściem słońca po niebie.
Starał się wypełnić ją jedzeniem. Tu i ówdzie łapał ofiary. Ale choć
zaspokajał w ten sposób głód, to drugie uczucie rozkwitało. Bez klanu
czuł się pusty.
Czekał. Obserwował. Rozpaczał.
Coraz to kolejne istoty zasiedlały jego dom. Przybywały, odchodziły,
niekiedy udawały się na lód na grzbietach tych innych zwierząt, ale
zawsze przynajmniej parami. Były tak liczne. Jak mogły to robić? Czego
chciały? Czyżby też polowały?
Głodował. Obserwował. Czekał.
Pewnego ranka małe stado opuściło grotę na grzbietach bestii z rogami.
Dał się ponieść instynktowi: mógł sobie poradzić z tak nieliczną grupą.
W końcu prędzej czy później wszystkie istoty żywe padały ofiarą jego
gatunku. A że rogate stworzenia były obciążone, nie mogły rozwijać
normalnej prędkości.
Czyli nie mogły uciec.
To aż za łatwe.
Nie chodziło mu jednak o wyzwanie. Podążył za stadem, obserwował, jak
się rozdziela i jego poszczególni członkowie rozpraszają się po lodzie.
On jednak jak zawsze pozostawał cichy i zachowywał odległość. Chciał, by
ostatnimi rzeczami, jakie zobaczą jego ofiary, były biel jego sierści,
jego przerażająca, otwarta szeroko paszcza i ostre pazury przecinające
miękką szyję.
Nie pragnął zaspokajać głodu. Nie chodziło o ucztowanie.
Nie.
Chciał zapełnić pustkę w swoim ciele.
A mogła to zrobić tylko krew.
Wybrał jedną ofiarę. Nie było potrzeby, by skupiał się na całym stadzie.
Wybrał mizerną istotę, najmniejszą ze wszystkich, którą będzie mu
najłatwiej pokonać.
Czy dzięki temu zjednoczy się ze swoim klanem? Ta istota wyjawi mu jego
los?
Nie.
Ale zawsze to jakiś początek.
Zbliżył się do równiny. Był świadom tego, że nie ma tu wielu miejsc,
gdzie mógłby się przyczaić, ale nie wolno mu zaprzepaścić tej jedynej
szansy. Znieruchomiał i obserwował. Patrzył, jak ta istota zakopuje coś
pod śniegiem.
Czekał. Niezgrabna ofiara wspięła się na wierzchowca i oboje ruszyli
przed siebie.
Zatrzymali się.
Wtedy popędził przed siebie, trzymając się nisko przy ziemi. Zmniejszał
dzielącą ich odległość.
Rogata bestia odwróciła głowę i zamarła w miejscu. Uniosła pysk w powietrze, pociągnęła parę razy nozdrzami. Był już pewien, że go
wyczuwa, że za chwilę rozpocznie się pogoń.
Odwróciła się. Nie zerwała się do biegu.
Ciągle zmniejszał dystans. Trzymał się nisko przy ziemi. Oddychał
miarowo, spokojnie.
Trach!
Nie wyprostował się, ale nie mógł nie odwrócić głowy. Ujrzał w oddali
błysk ognia i dym. To wcale nie było znów tak rzadkie, z nieba ciągle
coś spadało. Raz jedna taka rzecz zabiła inne młode z jego własnego
miotu.
Chwila jednak nadeszła: idealne odwrócenie uwagi.
Sunął po lodzie. Istota na grzbiecie tej drugiej wydawała z siebie
jakieś dźwięki. Strach? Zaniepokojenie? Rozmowa? Nie wiedział. Po prostu
podkradał się coraz bliżej. Zatrzymywał się tylko wtedy, gdy bestia
ryczała. Teraz albo nigdy. Jeśli go zauważą, z pewnością dojdzie do
pościgu. Tak, w końcu ich złapie, ale wolał tego uniknąć.
Pragnął krwi.
Rzucił się przed siebie.
Zamachnął się od góry masywną ręką i wrzasnął możliwie najgłośniej, by
wzbudzić strach w ich sercach, sprawić, by zamarli w miejscu. Ciało
mniejszej istoty padło na lód po jednym ciosie. Następnie złapał rogatą
bestię za kark i skręcił go jednym potężnym ruchem.
Żadna z ofiar się nie poruszyła.
Dziś będzie ucztował.
Ale najpierw przygotowania. Chwycił obie istoty za nogi i zaciągnął do
pustej groty, z której teraz korzystał. Podróż była długa i zazwyczaj by
się martwił, że przedstawiciele innych klanów będą mu się naprzykrzać.
Teraz jednak większość z nich zniknęła, przypuszczalnie wystraszona
przez te niespotykane bestie i tę dziwną rzecz, którą wznieśli w śniegu,
wypuszczającą promienie światła w powietrze.
Był sam wśród śniegu i lodu. Od dłuższego czasu.
Wiedział, że zachowa tę małą istotę na dłużej, a tę drugą zje od razu.
Potrzebował energii, a pożywienie miało mu pomóc w realizacji planu.
Bo na tym jednym ataku nie skończy.
Nie. Odszuka pozostałe ofiary. Będzie je zdejmował jedna po drugiej. Za
każdym razem, gdy pozbawi je życia, będzie bliżej odzyskania domu.
Partnerki. Młodych. Matki jego dzieci.
Wszystkich jeszcze odzyska.
Miał mnóstwo czasu.
Rzucił truchło na tył groty i skupił się na drugiej ofierze, tej, która
nadal żyła. Przyjrzał się jej głowie. Na czubku miała małą kępkę włosów.
Powąchał. Istota miała na sobie obcą sierść. Dziwne. Jak oni przeżywali
w chłodzie tego świata?
Cóż, ten nie pożyje dłużej niż dwa księżyce. Uniósł go za nogi i chuchnął na strop jaskini, by stopić lód. Polizał dziwny materiał na
stopach ofiary, by w jak największym stopniu pokryć go śliną, po czym
przyłożył je do wilgotnego sufitu.
Jakiś mały obiekt odpadł od ciała stworzenia i wylądował wśród śniegu na
dnie groty. Łowca nie poświęcił mu uwagi. Po chwili istota zwisała już
porządnie z lodu.
Przyjrzał się jej ponownie. Miała płytki oddech. Była taka delikatna,
bezużyteczna. Nie potrafił pojąć, jak to coś w ogóle zdołało przeżyć do
tej pory; nie odnosił wrażenia, że to młode. Jego ręce nie zostały
stworzone do zamachiwania się na zdobycz, no i nie miało pazurów. Nogi
wydawały się zbyt krótkie, by biegać prędko po lodzie czy śniegu.
Spojrzał mu w twarz. Czy to też miało rodzinę? Dom? Wiedziało, że
odebrało mu dosłownie wszystko? O czym myślało? Nienawidziło jego
gatunku, tak jak on nienawidził ich? To dlatego zabrali mu dom?
To bez znaczenia.
Odzyska to, co jego.
Posilił się. Odrywał kawałki skóry rogatej bestii i szybko je zjadał, po
czym zajął się tłustym wnętrzem. Żałował, że mięso nie jest już świeże,
mało co było tak przyjemne, jak ciepła krew w gardle. Szarpał mięśnie i ścięgna jednej z kończyn, pochłonięty samą przyjemnością ucztowania. I to właśnie ta przyjemność sprawiła, że nie zauważył tego wcześniej.
Zamarł.
Usłyszał jęk.
Cichy trzask.
Spojrzał na istotę, która wysilała się ze wszystkich sił. Wyciągnęła
rękę i łowcę znów ogarnęła furia. Czy to coś naprawdę uważało, że zdoła
uciec? Że zdoła stawić opór? Że mogłoby go pokonać? Zaryczał na tyle
głośno, że grota zdawała się trząść w posadach, na tyle głośno, że
ofiara zrobiła wielkie oczy, tuż po tym, jak upadła na ziemię. Wstała,
odwróciła się w jego stronę i wtedy...
Światło. Wiązka. Znów.
Jego gatunek nigdy nie zapominał. Dzięki doskonałej pamięci tropił
ofiary, wiedział, które masywy wiodą ku zdradliwym przepaściom.
Pamiętał. Dom. Wrzask. Błysk światła, powodującego ogromny ból. Krew.
Chaos.
Ale to światło było inne. Jakimś cudem. Wiązka nie leciała w jego
stronę. W ogóle się nie poruszała, tak samo zresztą jak oni dwaj na tej
małej przestrzeni.
Ta istota potrafiła utrzymać światło.
Nie.
Dzierżyła światło.
Powąchał powietrze i wyczuł ten sam ostry zapach, jak ten, którym
emanował złom porozrzucany po jego dawnym domu. Czy to właśnie takie coś
trzymało to stworzenie?
Nie bał się jednak. Nie mógł. Buzowała w nim złość.
Zaszarżował, pewien, że skruszy tę paskudą kreaturę jednym zamachem
ręki. A wtedy wiązka przecięła powietrze. Z początku nie czuł bólu - a potem to on skruszył go, wypełnił jego myśli. Jeszcze nigdy nie słyszał
takiego dźwięku, dźwięku rozcinanego mięsa. Nigdy jeszcze nie spoglądał
na dno groty, by ujrzeć tam własną rękę.
Znów zaryczał.
Nie.
Wrzasnął.
Istota uciekła w śnieżne pustkowia. Z pewnością wkrótce umrze;
niemożliwe, by ot tak mogła przetrwać wśród lodu i wiatru. Nie potrafił
jednak o niej dłużej myśleć, gdy ból promieniował po całym ciele. Natarł
kikut śniegiem, tak samo jak wtedy, dawno temu, i zatamował krwawienie.
Jego myśli dryfowały, najpierw w stronę bólu, potem - partnerek, a jeszcze potem młodych, których być może nie spotka już nigdy.
Spał.
Czuł ból.
Ten nie ustępował przez wiele księżyców. Były takie chwile, gdy miał
wrażenie, że kończyna nadal tam jest, jakby mógł rozszarpać ciało ofiary
pazurami niedostępnymi wzrokowi. Nadal polował sam - mniej sprawnie niż
do tej pory - aż wróciły mu siły. Aż doszedł do wniosku, że jest gotów.
Gdy był już w odpowiedniej formie, gdy dostosował się do nowej
codzienności, wreszcie zaczął zmierzać ku dolinie. Niedawno zaspokoił
głód fizyczny i teraz pragnął jedynie zemsty. Jego starania mogą się
okazać bezowocne; nie każde łowy kończyły się sukcesem. Wiedział, że
nadal może ponieść klęskę, że ten dzień może się okazać ostatnim. Musiał
mimo to spróbować.
Gdy jednak wspiął się na wzniesienie i stał tak skulony w oczekiwaniu,
poczuł, że się odpręża, że odpuszcza.
Nie dostrzegł w dolinie żadnych dziwnych obiektów.
Żadne istoty nie krzątały się przy grotach.
Mimo to schodził powoli. Założył, że w każdej chwili te stworzenia mogą
zaatakować z zaskoczenia wiązkami światła i zmusić go do odwrotu.
Niczego jednak nie usłyszał. Nie ujrzał. Nie poczuł zapachu potu ni
ciała. Znów powąchał powietrze.
Coś tu ostatnio płonęło.
U wylotu grot znajdowało się więcej śmieci: postrzępione kawałki czegoś
twardego i ostrego. Smuga zamarzniętej krwi. Osmalone pozostałości tego,
co tu kiedyś było, co zastąpiło jego klan.
Ruszył ku wejściu, trzymając się blisko ziemi, ale nie doszły go żadne
dźwięki, zgrzyty czy trzaski, nic nie dotarło do jego uszu jak
poprzednio. Po paru chwilach już się nie skradał. Wyprostował się i przechodził z jednej sali do drugiej. Wszystkie okazały się puste,
opuszczone, zapomniane.
Musiał jeszcze przeszukać rozliczne zakątki, ale gdy tak stał w miejscu,
które niegdyś było domem jego i klanu, wiedział, że zostało mu ono
przywrócone.
I ta pustka wewnątrz jego ciała skurczyła się, zastąpiona czymś nowym.
Nadzieją.
Nadzieją na to, że powtórne spotkanie jest możliwe.
Z klanem.
Z partnerką.
Z młodymi.
Z tym, co mu ukradli.
Z jego domem.
KONTROLA DZIAŁA JONOWEGO. Emily Skrutskie
KONTROLA DZIAŁA JONOWEGO
Emily Skrutskie
Toryn Farr była pewna, że zna się na
przypadkach beznadziejnych, więc gdy inni zaczęli robić zakłady, nie
miała wątpliwości, na co sama postawi.
- Nawet jeśli zrobi ruch, księżniczka od razu go zgasi - zadeklarowała.
Zapisała obstawianą kwotę na datapadzie krążącym wśród kontrolerów
ruchu. Kapitan Solo niezbyt rokował.
"Z drugiej strony - zastanawiała się, gdy przemytnik wszedł do centrum
dowodzenia i wszyscy, którzy zarejestrowali zakłady, jak jeden mąż nagle
się wyprostowali - Solo to jedna z tych osób, które grają w długą grę".
Próbowała - naprawdę próbowała - skupiać się na odczytach, które powinna
monitorować pod kątem anomalii. Poprzedniego dnia odebrali sygnaturę,
która podejrzanie przypominała gwiezdny niszczyciel, a choć obiekt minął
Hoth, nie zmieniwszy trajektorii, wszyscy najedli się strachu i pozostawali wstrząśnięci i niepewni. Toryn jednak mimowolnie zerkała
przez półprzezroczyste tablice ku miejscu, gdzie księżniczka Leia stała
przy stanowisku kapitana Serpera.
Księżniczka przyglądała się nieufnie kapitanowi Solo. Toryn zauważyła,
że ten przystanął za jej plecami - po czym, ku jej zdziwieniu, ruszył
nie w stronę Lei, a generała Rieekana, dłubiącego coś przy układzie
łącznościowym na tyłach centrum dowodzenia. Toryn poczuła, jak w jej
zespole kolektywnie opada napięcie. Wyglądało na to, że tego dnia zakład
się nie rozstrzygnie.
Wróciła do pracy. Z wyćwiczoną precyzją wodziła wzrokiem po asteroidach
flirtujących z orbitą Hoth. Osłona, którą zapewniały, czyniła planetę
idealnym miejscem dla ukrytej bazy. Sensory Imperium będą miały problem,
by odróżnić rebeliancką jednostkę od co bardziej metalicznych skał.
Niestety, to samo można było powiedzieć o Rebelii i jednostkach
imperialnych.
Nim jednak mogła się skupić na bieżących zadaniach, dobiegła ją końcówka
wypowiedzi Solo. "Czy on naprawdę powiedział: "Nie mogę już dłużej
zostać"?".
Wystarczyło krótkie spojrzenie na panią kapral Sunsbringer, która
desperacko próbowała uchwycić jej wzrok, by zyskała pewność, że się nie
przesłyszała. Kapral zrobiła wielkie oczy i wykonała ręką gest, który
oznaczał "Poważnie?".
Toryn była równie zdziwiona. Kapitan trzymał się Sojuszu Rebeliantów od
lat. Od bitwy o Yavin. A teraz twierdził, że niejaki Jabba Hutt
wyznaczył cenę za jego głowę - co brzmiało jak wygodna wymówka, by
wynieść się z tej skutej lodem skały. Taryn nie miałaby do niego
pretensji, gdyby zamienił pusty, mroźny świat na piaski Tatooine - tyle
że pozbawiłby ją największej radochy, jaka stała się udziałem personelu
placówki, odkąd tutaj wylądowali.
A skoro o rozrywkach mowa, Solo właśnie podał sobie ręce z generałem
Rieekanem, odwrócił się i wbił wzrok w Leię.
- No, wasza wysokość. Na mnie już pora - powiedział, podchodząc do niej.
Ponieważ stanowisko kontrolerów znajdowało się na półce lodowej nad
główną płytą, księżniczka jak rzadko kiedy górowała nad kapitanem. Ba,
robiła to z niewymuszoną gracją, naturalnie przychodzącą osobie o jej
statusie.
- Na to wygląda - odparła chłodno.
Toryn zacisnęła dłoń na rysiku, gdy Solo wykrzywił twarz w przypływie
emocji, które przekonały ją o dwóch rzeczach: raz, że nie opuszczał tego
miejsca z powodu jakiejś tam nagrody, a dwa, że sama za chwilę znajdzie
się w posiadaniu niezłej sumki. Niemal więc jęknęła i pacnęła głową o konsolę, gdy Solo palnął: - Tylko mi się tu nie rozklejaj. Żegnaj,
księżniczko! - po czym skierował się ku wyjściu z centrum dowodzenia.
Leia momentalnie zerwała się z miejsca i zaczęła mu deptać po piętach.
Kompletnie zapomniała o obowiązkach, o których dyskutowała z Serperem.
Wystrzeliła na korytarz.
- Han! - krzyknęła.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, w centrum dowodzenia natychmiast
porzucono kruche pozory subtelności.
- Ktoś musi za nimi pójść - zadeklarowała ponad szeptami Sunsbringer.
Gdy Toryn posłała swojej młodszej koleżance karcące spojrzenie, pani
kapral wzruszyła ramionami. - Musimy wiedzieć, co się stanie - to mój
wyścig w święto Boonta, ma'am.
- Uczyń te odczyty twoim wyścigiem w święto Boonta - odparła stanowczo.
- Koszarowe plotki zaczekają, aż wrócisz do koszar.
Na te słowa generał Rieekan skinął z uznaniem. Toryn spojrzała na niego
z ukosa. Widziała jego imię, zapisane schludnym pismem w tamtym
rejestrze - jako jeden z nielicznych kibicował Solo.
- Na miejsca. Z powrotem do pracy - zarządził i w centrum dowodzenia
ucichło.
Taryn wróciła do tabelowej bieżączki. Napięcie znów osiadło na jej
ramionach niczym doskonale dopasowany mundur. Minęły już całe lata od
Gwiazdy Śmierci, a mimo to kolejne dni nadal trwały w jej cieniu.
Kopnęli gniazdo osorobali. Zrządzeniem losu, dzięki połączeniu cudownej
wady inżynieryjnej i strzału pilota żółtodzioba, Sojusz Rebeliantów
zniszczył monstrualną stację bojową, ale Toryn wiedziała - dochodziła do
tego wniosku przez całe te lata - że nie dysponują wystarczającymi
środkami, by odeprzeć imperialny odwet.
Takie chwile rozrywki, jak zakłady w sprawie Solo, były jedynie
desperackimi próbami oddalenia od siebie pełzającego strachu przed
nieuniknionym. Hoth równie dobrze mogło się okazać ostatnim zrywem
Rebelii.
Toryn znienawidziła ten świat od pierwszego wejrzenia. Rozumiała
konieczność ukrycia się w odległym, nieprzyjemnym miejscu, skrytym za
gęstym pasem asteroid, ale wszystko w tej planecie sprawiało, że
tęskniła za pofalowanymi zielonymi wzgórzami swojego rodzimego świata,
Chandrili. Jedyną pociechą było to, że towarzyszyła jej siostra, z którą
w mesie wspominały stare dobre czasy w tych rzadkich chwilach, gdy
pracowały na tych samych zmianach. Samoc Farr, trzy lata od niej
młodsza, potrafiła wykrzesać z siebie więcej optymizmu do tego świata,
choć pewnie dlatego, że widziała go znacznie więcej, niż będzie to
kiedykolwiek dane Toryn.
- Jest piękny na swój szorstki sposób - przekonywała ją, przeżuwając
twarde, przesolone porosty jaskiniowe. - Jesteś tylko ty, twoja trasa
patrolowa i ten cały lód. Jest cicho. A przecież od dłuższego czasu nie
było cicho, co nie?
Toryn pragnęła czegoś tak nieskomplikowanego jak cisza. Jej dni
wypełnione były gorączkowymi rozmowami w centrum dowodzenia i transmisjami, dochodzącymi do jej uszu przez zestaw słuchawkowy. Noce -
niepokojącymi trzaskami lodu, drążonego po to, by powstała Baza Echo.
Najgorszym dźwiękiem jednak okazał się ten, który słyszała tylko ona -
ten dręczący głos z tyłu głowy, który pojawił się z chwilą eksplozji
Gwiazdy Śmierci. Nie pozwalała, by kiedykolwiek wydostał się na
zewnątrz, by opuścił jej wargi, nawet podczas przyciszonych rozmów z Samoc, gdy obie przyznawały, jak bardzo są zmęczone, ile minęło czasu,
odkąd były promiennymi nastolatkami, gotowymi oddać życie za Mon Mothmę.
To prawda, że rebelie opierają się na nadziei.
Toryn Farr zaś się obawiała, że jeśli jej nasiono wątpliwości
zakiełkuje, sprawi, iż całe przedsięwzięcie zawali się raz na zawsze.
Wiedziała, że dwie rzeczy są nieuchronne i coraz bliższe: po pierwsze,
nie zdoła już długo utrzymywać w tajemnicy własnego kryzysu, a po
drugie, Imperium już wkrótce złapie Bazę Echo za kark, wydrze ją ze
skutych lodem nor i wystawi na okrutne światło dnia. Toryn próbowała
traktować codzienną nudę na Hoth jako szansę na to, by dojść do ładu z wątpliwościami, by zdusić je za pomocą czystego, mocnego przekonania.
Była to winna odważnym osobom, u boku których walczyła - Samoc,
generałowi Rieekanowi, księżniczce Lei. Była to winna Mon Mothmie. Nie
chciała zaprzeczać latom wiernej posługi, załamując się w chwili, gdy
Rebelia potrzebuje jej najbardziej.
Odczuwała jednak ogromne zmęczenie, a na Hoth było tak zimno. Miała
wrażenie, jakby po prostu trwała. Jakby zamarzała w miejscu i nie mogła
zrobić choćby kroku więcej.
Ta druga rzecz wydarzyła się jako pierwsza, a wtedy Toryn poczuła, jak
otchłań przeznaczenia w jej wnętrzu otwiera się szeroko jak paszcza
nexu.
Na swój sposób było to aktem łaski. Nie mieli czasu na wewnętrzne
kryzysy, skoro nadciągała flota gwiezdnych niszczycieli. Toryn sprawiła
więc, że wszelkie jej wątpliwości wyparowały w jednej chwili, tak jak
paruje wilgoć na poszyciu statku w zewnętrznych warstwach atmosfery.
Generał Rieekan wydał rozkaz ewakuacji i w Bazie Echo pojawił się
doskonale im znany funkcjonalny chaos, gdy Sojusz Rebeliantów po raz
kolejny szykował się, by wszystko porzucić i salwować się ucieczką.
Wszystko sprowadzało się do prostych procedur - w gruncie rzeczy
kolejnego aktu łaski, bo tyle dobrego, że ich prosta logika utrzymywała
w ryzach nerwy Toryn. Flota okrętów flagowych wyłoniła się z nadprzestrzeni w Sektorze Czwartym? Uruchom osłony, by nie mieli szansy
zbombardować bazy z orbity. Tarcze blokują ewakuację rebelianckich
jednostek? Wyłączaj je na pojedyncze sekundy, by transportowce GR-75 i ich eskorty mogły opuścić orbitę Hoth. Gwiezdne niszczyciele celują w ewakuujące się jednostki?
Cóż, od tego były działo jonowe i rozkazy Toryn Farr.
Przygotowała się niestrudzenie na te chwile. Nauczyła się momentalnie
kalkulować trygonometrię układu celowniczego działa jonowego. Redukowała
prędkość wiązki i odległość do prostego wyliczenia czasu, by sprowadzić
wszystko do instynktu, dzięki któremu nie będzie musiała odrywać wzroku
od wykresów orbitalnych.
Jeśli zachowa zimną krew. O ile nie będzie zbyt mocno myśleć o tym, że
Imperium nigdy się nie podda i że w tej bitwie też stracą ludzi, statki
i sprzęt, których stracić nie mogą, że jedna bitwa już rozegrała się w jej głowie i że wcale nie była pewna, iż to wszystko ma sens, czy
wygrają, czy nie.
Nie będzie o tym wiedzieć, póki się nie odezwie, a nie odezwie się, póki
nie nadejdzie konkretna chwila, w której jej wiedza będzie potrzebna - a czuła, że ta zbliża się coraz szybciej. Porucznik Navander ogłosił, że
nadlatuje gwiezdny niszczyciel "Tyran", a kapral Sunsbringer
zameldowała, że "Kwantowa Burza", pierwszy z transportowców typu GR-75
gotów do ewakuacji, zakończył procedury przedstartowe. Transportowiec
ożył w lewym dolnym rogu odczytów Toryn i matematyka jego gorączkowej
ucieczki przed przyciąganiem Hoth rozlała się po wyświetlaczu rzeką
danych. Toryn nie spuszczała wzroku z jednostki. Znała już wszystkie
niezbędne liczby.
- Głównym celem wroga będą generatory - mruknął Rieekan. U jego boku
stała księżniczka Leia, gotowa pomóc w chwili, gdy strategia będzie
wymagać relokacji części dowództwa. Gdy "Kwantowa Burza" pędziła ku
perymetrowi defensywnemu Bazy Echo, generał poświęcił uwagę bieżącym
operacjom. - Bądźcie gotowi otworzyć pole ochronne - rozkazał.
Sztuczka polegała na tym, by nie myśleć zbyt wiele o tym, co oznaczał
ten rozkaz - choć ma się rozumieć, że wszyscy zebrani w centrum
dowodzenia dokładnie o tym myśleli. Wyłączenie pola ochronnego wiązało
się z tym, że przez chwilę stawali się podatni na atak, a "Tyran" miał
akurat dogodną pozycję, by z tego skorzystać i wystrzelić w Bazę Echo.
Gwiezdny niszczyciel mógłby zdjąć najlepszy system obronny Rebelii,
który postanowili wyłączyć na jedną krótką chwilę, by mógł się wymknąć
pojedynczy transportowiec z eskortującymi go dwoma X-wingami.
Całe szczęście, że "Tyran" zbyt skoncentrował się na pędzącej w jego
stronę ofierze, by zdać sobie sprawę ze zmarnowanej szansy. Główne
działa niszczyciela zgodnie z przewidywaniami wzięły za cel "Kwantową
Burzę" - Toryn nie była na tyle nieokrzesana, by rzucić
"Rozczarowujące", ale tak właśnie pomyślała. Obserwowała właśnie
klasyczne myślenie imperialnych oficerów, którzy przekładali
okrucieństwo nad strategię. Woleli zestrzelić transportowiec pełen
uchodzących rebeliantów zamiast zdjąć najbardziej krytyczny system
bezpieczeństwa wojskowej placówki.
Toryn rzadko kiedy chlubiła się swoją pracą, ale to?
To zapamięta na długo.
- Bądźcie gotowi, kontrolo działa - powiedziała. Patrzyła, jak
przeciworbitalne działo jonowe typu V-150 Planet Defender przesuwa lufę,
by powstała linia prosta między jego masywną okrągłą obudową a odległym
kadłubem "Tyrana". Mózg Toryn zajął się udostępnionymi obliczeniami.
Konfrontowała je z danymi, które gromadziła, odkąd "Kwantowa Burza"
wystartowała. Rozważany problem miał jedną odpowiedź: szło o to, kiedy
kolejny raz otworzy usta.
Nie mogła wątpić, gdy już się odezwie. Zbyt długo nad tym pracowała,
zbyt wiele lat walczyła, by popełnić amatorski błąd. A mimo wszystko
nadszedł taki moment - moment, który zdawał się brać ją za kark i pytać,
za kogo się ma, że podejmuje taką decyzję, że ma czelność wypełznąć z wilgotnej, mroźnej groty i splunąć w twarz faszystowskiej opresji.
Toryn Farr nie odrywała wzroku od map. Gdy poczuła, że nadeszła właściwa
chwila, ogłosiła spokojnym, wyraźnym głosem:
- Teraz.
Jej głos był palcem na spuście, a technicy sterujący Planet Defenderem -
reakcją chemiczną. Efektem procesu były dwie serie impulsów,
wystrzelonych w odstępie sześciu sekund. Oddalały się od skutej lodem
powierzchni Hoth, gdy wstrząsy wtórne wystrzału działa jonowego
sprawiały, że przez bazę niosły się warkoty i trzaski. Wiązki energii
przeleciały za granicę pola tarczy na pół sekundy przed tym, jak ta
ożyła na nowo, niemalże dotykając "Kwantowej Burzy", jej eskorty i...
Toryn domyślała się na podstawie zgranych oddechów zebranych w sali, że
wszyscy wpatrują się w jej odczyty. Wszystkie oczy ujrzały dane -
moment, gdy pierwsza wiązka uderzyła w kadłub "Tyrana", a druga - w jego
mostek. Idealna synchronizacja czasowa wespół z idealnym celem - no i ten cudowny efekt: cały gwiezdny niszczyciel tracił zasilanie, gdy
impulsy jonowe wyłączały jego układy.
"Kwantowa Burza" prześlizgnęła się obok z gracją. Już rozgrzewała
hipernapęd - byle wydostała się spod grawitacyjnego wpływu Hoth.
- Pierwszy transportowiec odleciał - ogłosił porucznik Navander przez
interkom bazy. Miało się wrażenie, że wszystkie dusze na Hoth zawyły jak
jeden mąż. Pięści poleciały w powietrze. Gwar o mało nie zagłuszył
oficera, gdy ten powtarzał komunikat.
Toryn opadła z powrotem na fotel i pozwoliła, by ogarnęła ją fala
triumfu. Nie zawahała się. Nie zaburzyła delikatnej równowagi morale w bazie. Wykonała obliczenia śpiewająco, zdjęła niszczyciel, uratowała
pełen rebeliantów transportowiec GR-75.
Ale to nie wystarczyło. Już czuła, że chwila zadowolenia mija,
zastępowana falami strachu. Jeden transportowiec ich nie ocali. Nie
podtrzyma tlącej się iskry. Jeden transportowiec nie był odpowiedzią na
pytanie, które w niej wzbierało, głodne odpowiedzi, która nie miała
nadejść. "Dlaczego walczymy?" - gardłowało. "Przecież dla Rebelii nie ma
już żadnej nadziei. Imperium przemieliło nas na miazgę. Nawet jeśli
każdy nasz cios sięgnie celu, wróg będzie niestrudzenie napierał, aż
staniemy się pyłem pod jego butami".
Toryn Farr zacisnęła szczękę i zaczerpnęła głęboko tchu. Zbyt wiele osób
polegało na niej i na jej kruszejących przekonaniach. Czekała ich
klęska, ale skoro tak, w tej ostatniej chwili była im winna jedno:
wszystko, co jej zostało. Rzuci się w wir dowodzenia w nadziei, że
gdzieś po drodze odnajdzie powód, by walczyć dalej.
- Proszę się opanować. Musimy przepuścić jeszcze dwadzieścia dziewięć
transportowców - upomniała zespół.
Tym razem nie miała złudzeń: jej głos zadrżał.
Toryn wpadła w dobry rytm - i przeszkodziło jej dopiero zapadnięcie się
stropu groty.
Przeturlała się na kolana. Od nagłego spadku temperatury aż zaszczypała
ją skóra. Kaszlnęła, gdy poczuła gryzący smród wystrzału, który zwalił
na nich lód. Jej mózg bezskutecznie próbował uporać się z tym, że jej
stanowisko przestało istnieć. A tym bardziej z tym, że udało jej się
odskoczyć na czas.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
- Odmeldujcie się - wychrypiała, ale w odpowiedzi usłyszała tylko jęki i odgłosy kruszejącego sufitu. - Dalej, kto jeszcze żyje?
Wśród opadającego pyłu zauważyła skuloną sylwetkę kapral Sunsbringer,
opartą o swoje stanowisko. Toryn zerwała się na nogi i złapała za
kombinezon śnieżny młodszej kobiety. Ogarnęła ją fala ulgi, gdy tamta
zaczerpnęła gwałtownie tchu. Sunsbringer odchyliła głowę. Po jej
policzku spływała niepokojąca strużka krwi. Kobieta nie mogła skupić
wzroku.
- Sz-szefowo...
- Cii - odparła Taryn, zakładając kobiecie za uszy niesforne kosmyki
włosów. - Zrobiłaś już swoje. Udaj się do ambulatorium. Możesz stać?
Sunsbringer oparła się o swoje stanowisko. Toryn powiodła wzrokiem ku
konsoli. Na przekór wszystkiemu, ta okazała się sprawna.
Więc gdy Sunsbringer opuściła swoje miejsce, zajęła je Toryn.
Jej podwładna się zawahała. Spoglądała na dowódczynię przez mgłę,
oszołomiona.
- Szefowo, musimy le...
- Sama leć - rzuciła. Jej palce już śmigały nad przyciskami i przełącznikami. To stanowisko nie powstało z myślą o tej konkretnej
pracy, którą musiała wykonać, ale zamierzała zrobić swoje... albo
próbować aż do śmierci. - Ruchy, pani kapral.
Sunsbringer nadal się wahała, nawet gdy drugi kontroler przerzucił sobie
jej rękę przez ramię i zaczął prowadzić ją przez pole minowe gruzu ku
drzwiom centrum dowodzenia. Była dobrym dzieciakiem. Zasługiwała na to,
by ewakuować się jednym z transportowców. A to oznaczało, że Toryn miała
do wykonania pracę.
Ale co mogła jeszcze zrobić? Siły imperialne zdjęły działo jonowe,
sensory wydawały ostatnie tchnienie, a blokada wokół Hoth się zacisnęła.
Konsola Sunsbringer została przygotowana z myślą o łączności z hangarami, a nie ogarnianiu gromady okrętów, próbujących złapać
uciekające transportowce. Toryn miała wrażenie, że pracuje z opaską na
oczach i jedną ręką związaną na plecach.
Spojrzała przez ramię i ku swojemu zaskoczeniu stwierdziła, że nie jest
jedyną osobą, która próbuje odratować sprzęt. Księżniczka Leia i jej
zrzędliwy droid protokolarny krzątali się przy stanowiskach łączności.
Usuwali z nich kawałki gruzu i sprawdzali, czy konsole nadal są sprawne.
Toryn zdusiła chichot, gdy księżniczka odsunęła się i sfrustrowana
kopnęła w obudowę.
- Nie powinna pani już się ewakuować? - spytała kontrolerka.
Leia podniosła wzrok.
- A pani? - odparła, ale w jej głosie było coś łobuzerskiego. Gdy
spojrzały sobie w oczy, Toryn poczuła, że są do siebie podobne. Obie w młodym wieku oddały swoje życie Rebelii. Żadna z nich nie zamierzała
teraz się pod-dawać.
Zostało im jedno: dać z siebie wszystko, co miały.
- Zostało pięć transportowców - oznajmiła Toryn, odwracając się w stronę
stanowiska i zakładając zestaw słuchawkowy. - Zróbmy, co w naszej mocy.
Wiedziała, że nie wróci do poprzedniego rytmu. Odebrano jej możliwości,
a z każdą minutą z ekranu znikały odczyty kolejnych sensorów, trafianych
przez jedną z imperialnych maszyn kroczących, podchodzących z hukiem
coraz bliżej. Toryn miała głos ochrypły od pyłu i popiołu. Rozmowy,
które odbierała przez zestaw słuchawkowy, nie miały już nic wspólnego ze
spokojnym ładem Rebelii - urywkowe krzyki świadczyły o chaosie
ewakuacji.
Próbowała jednak - dla wolności w galaktyce, dla Samoc, która pędziła
teraz śmigaczem śnieżnym po polach lodowych, z każdego cholernego
powodu, który przychodził jej do głowy, by nie zaczęła panikować na
krześle. Została na stanowisku.
Aż jej koncentrację zaburzył głos kapitana Solo.
- Wszystko gra?! - zawołał, przedzierając się niezgrabnie przez zwały
gruzu.
- Czemu nadal tu jesteś?! - krzyknęła Leia znad ramienia Toryn.
- Słyszałem, że trafili w centrum dowodzenia.
- Dostałeś pozwolenie na odlot! - warknęła księżniczka. Do tej pory
rozpraszająca obecność kapitana Solo była w tej sali mile widziana, ale
teraz Toryn czuła się tak samo poirytowana, jak Leia. Kapitan już dawno
powinien się zmyć.
To, że tego nie zrobił, było... Cóż, może jednak dziś ktoś wygra zakład.
- Bez obaw, odlecę. Ale najpierw zaprowadzę cię na twój statek.
C-3PO skorzystał z okazji, by znów zacząć jęczeć.
- Wasza wysokość, musimy znaleźć się na pokładzie ostatniego
transportowca. To nasza jedyna nadzieja.
Leia syknęła. Toryn nadal gorączkowo pstrykała przełącznikami, gdy
księżniczka przeszła na przeciwną stronę centrum dowodzenia, gdzie
komandor Chiffonage korzystał z drugiego - i ostatniego - działającego
stanowiska łączności, by koordynować to, co zostało z sił obrony
naziemnej.
- Wyślijcie wszystkie oddziały w Sektorze Dwunastym na południowe
wzniesienie, by ochronić myśli...
Wszechogarniający grom uderzenia przerwał wypowiedź Lei. Toryn skuliła
się nad stanowiskiem. Przykryła głowę, by uchronić ją przed deszczem
odłamków. Gdy tak przyciskała policzek do konsoli, czuła się jak zwierzę
złapane w pułapkę, wierzgające gwałtownie, by wyswobodzić się z potrzasku.
"Imperialne oddziały wdarły się do bazy! Imperialne oddziały wdarły się
do bazy!"
Solo stanął u boku księżniczki. Chwycił ją za rękę zdecydowanie zbyt
łagodnie, jak na środek strefy walk.
- Na nas już pora - mruknął.
Toryn poczuła w kościach milczenie księżniczki. Ten moment, gdy Leia
rozważała, co jeszcze mogą zrobić i ile dzięki temu zyskają.
Przeprowadzała obliczenia, które Toryn sama ignorowała, odkąd zapadł się
strop sali. Gdy Leia zwróciła się do Chiffonage'a i zadeklarowała:
"Proszę nadać sygnał ewakuacyjny", Toryn poczuła, jakby zeszło z niej
całe powietrze.
- I lećcie do swoich transportowców! - dodała Leia, gdy Solo niemal siłą
wyciągał ją z pomieszczenia.
Pierwszą, w pełni irracjonalną myślą, jaka przyszła do głowy Toryn, było
to, że pani kapral Sunsbringer stanęłaby na uszach, byle tylko posłuchać
tej rozmowy.
Druga, zdecydowanie zbyt racjonalna, sprowadzała się do tego, że po
prostu będzie musiała stąd wyjść, by zreferować ją młodej osobiście.
Toryn w zasadzie się spodziewała, że umrze, nie zdjąwszy zestawu
słuchawkowego. Gdy jednak ściągała go z uszu, miała wrażenie, jakby
pozbywała się ciężaru wielkości księżyca. Wyprostowała się na chwiejnych
nogach, a fale bólu przypomniały jej o wszystkich tych częściach ciała,
którymi uderzyła o ziemię, gdy odskakiwała przed walącym się stropem. Na
miejscu został ostatni transportowiec.
Toryn Farr zerwała się do biegu.
Pędziła kruszejącymi korytarzami Bazy Echo niczym wiatr sunący po
lodowych równinach, napędzana nie wiarą, miłością czy przekonaniami,
lecz głupimi koszarowymi plotkami - i szlag, jeśli nie miało to jej
starczyć. Rebelia aż pęczniała od szlachetnych idei, ale ludzki umysł
nie powstał z myślą o trzymaniu się czegoś tak ogromnego, gdy wokół
zapadał się cały świat. Jedyne, co mogła zrobić - co zrobić musiała - to
pozwolić, by to te drobne rzeczy podtrzymywały ją w chwilach, gdy
wszystko stawało się zbyt duże. Gdy wybiegła z tuneli i wparowała do
hangaru, mogłaby przysiąc, że zbrojone poszycie transportowca typu GR-75
jest najpiękniejszą rzeczą, jaką Hoth miało do zaoferowania.
Póki wśród rannych pilotów na noszach nie mignął jej dobrze znany
kawałek chandrilańskiego materiału, noszonego zazwyczaj na szczęście,
owiniętego wokół rękawa kombinezonu lotniczego.
Jej mięśnie mogły sobie ponarzekać później - Toryn zerwała się do
sprintu. Padła na kolana przy noszach. Samoc wyszczerzyła zęby pomimo
niepokojącego oparzenia, które już zostało pokryte bactą.
- Łotr Sześć melduje się do walki - wychrypiała jej siostra. - Rozkazy,
Bazo Echo?
Toryn objęła Samoc. Wiedziała, że odnalazła kolejną rzecz, która
zmotywuje ją do dalszej pracy.
- Wynośmy się z tej cholernej skały. - Usiadła prosto i spojrzała na
GR-75. Jej wzrok przykuły litery zapisane na kadłubie.
Pokręciła głową, uśmiechnęła się słabo i przygotowała się do wejścia na
pokład "Świetlistej Nadziei".
PORZĄDNY CAŁUS. C. B. Lee
PORZĄDNY CAŁUS
C. B. Lee
Chase Wilsorr pociąga za ubrania narzucone
na bieliznę termoaktywną. Drży w chłodzie poranka. Nie żeby potrafił
określić porę dnia, gdyby nie 04:00 migające do niego z ekranu datapada.
W koszarach panują ciemności i jedynym źródłem światła jest blask
wyświetlacza, a Wilsorr - jedyną osobą, która niestety nie śpi o tej
porze.
Klepie się po twarzy, by pobudzić się do życia, i podskakuje parę razy w miejscu. Zaczyna się nowy dzień. Dzień pełen możliwości. Kto wie, może
dziś po raz ostatni będzie pracował w kuchni.
- Jestem pewny siebie. Silny. Jestem cennym członkiem Sojuszu
Rebeliantów i lada chwila major Derlin da mi własną misję.
Chase przesuwa na datapadzie strony, które czytał, nim udał się spać.
Bezdźwięcznie powtarza wypowiedziane pod jego adresem słowa Raysiego
Aniba:
"By urzeczywistniły się twoje sny, musisz najpierw otworzyć się na taką
możliwość. Musisz ucieleśnić to przekonanie. Bo jeśli ty nie wierzysz,
że to możliwe, czemuż mieliby uwierzyć w to inni?"
Z okładki poradnika Bądź najlepszą wersją siebie uśmiecha się do niego
zwycięsko autor. Dzięki mirialańskiemu geniuszowi Wilsorr dotarł już
tutaj. Gdyby nie ta książka, nigdy nie opuściłby Takodany i nie
znalazłby się na Yavinie 4, by spełnić swój sen o bohaterskich czynach
na rzecz Sojuszu Rebeliantów. Jest zatem winien Anibowi to, by teraz się
nie poddawać.
- Za wcześnie na te twoje motywacyjne bzdety - mruczy zaspany głos z górnej pryczy. - Mam czas do dziewiątej. Daj mi spać.
"Malkontenci będą próbowali zasiać w tobie wątpliwości".
Chase ignoruje krytyczny komentarz Joenn i to, jak chłód zdaje się
rozprzestrzeniać po całym ciele przez skarpetki. Zakłada buty i zmierza
do wspólnej łazienki.
- "Jestem silną, zdolną osobą, obdarzoną dużą wartością" - intonuje do
własnego odbicia w lustrze.
- Milcz, kuchenny. Pośpiesz się i znikaj, będę potem chciał śniadanie! -
woła do niego Poras, leżący kilka pryczy dalej.
Na dźwięk tego "kuchennego" Chase'owi rzednie mina. Prawda o tym, kim
jest i co robi, dociera do niego z falą rozczarowania. Chase z wyglądu
jest niesprawiedliwie nijaki, jego cechy w najlepszym razie można
określić słowem "nudne". W niczym nie przypomina bohaterów, o których
pisze się epickie historie szpiegowskie i romansidła.
"Wyobraź sobie, kim chcesz zostać. Skorzystaj z tej energii, by
pokierowała twoim działaniem".
Chase szelmowsko mruga do odbicia w lustrze. Próbuje zachować aurę
pewnego siebie, nieustraszonego bohatera.
Zamiast tego wygląda, jakby coś mu wpadło do oka.
Na datapadzie miga nowe powiadomienie. Chase odpala wiadomość z entuzjazmem.
Do pana Chase'a Wilsorra.
Otrzymałem pana odwołanie w sprawie odmowy majora Derlina dotyczącej
prośby o przydzielenie służby wartowniczej na stanowisku Baza Echo
3-T-8. Zważywszy na raport majora Monnona, zgodnie z którym pana praca w Korpusie Inżynierów nie spełnia oczekiwań, a także jego sugestią, że
powinien pan zostać odsunięty od obowiązków, z przykrością powiadamiam,
iż nie spełnia pan wymagań. Jednocześnie zachęcam, by kontynuował pan
szkolenia, nim podejmie się pan bardziej wyspecjalizowanej służby.
Proszę jak do tej pory zameldować się u porucznik Harlize Dany w kuchni.
Doceniamy pańskie trwające zaangażowanie w spra-wę Sojuszu
Rebeliantów.
Generał Carlist Rieekan
"Ech".
Chase nienawidzi Hoth. Nienawidzi Bazy Echo, siarczystego mrozu,
ciasnych pryczy i tego, jak szarobiałe niebo stapia się z bezkresnymi
lodowymi równinami. Nade wszystko nienawidzi tego uczucia, jakby ktoś
właśnie przybił mu na czole pieczątkę z napisem PRZEGRYW - raz a dobrze.
Na Yavinie 4 było zupełnie inaczej. Jasne, oblał podstawowe szkolenie
sześć razy, ale nadal tliła się w nim nadzieja. Spędzał kolejne dni w towarzystwie młodych rebeliantów, słuchał opowieści o brawurowej pracy
polowej i szpiegowskiej, wyobrażał sobie, że sam stawia czoła
imperialnej agresji. Gdy pokonywał trasy ćwiczeniowe, a bujne zielone
paprocie kołysały się w wilgotnym powietrzu lasu deszczowego, miał
wrażenie, że Yavin to taka dzika przygoda. Nawet praca w kuchni była
fajna - pichcili pikantne potrawki z wełnomandrów i uczyli się o różnych
daniach z rodzimych planet Reynoldsa i Khana. Śmiali się, że wszyscy
będą bohaterami.
Na Hoth praca w kuchni zawsze jest taka sama. Nie ma mowy o różnorodności, czeka go wyłącznie niekończąca się monotonia obierania i szatkowania produktów w tych samych czterech ścianach. Już dawno
zapamiętał przebieg wszystkich rur na suficie, wszelkie skwierczące i buczące dźwięki linii zasilania, a nawet to, jak lód ugina się w miejscu, gdzie siedzi każdego dnia, zagłębia tam, gdzie topi się i przyczepia do jego spodni.
Chase obiera kolejną fioletową bulwę i dorzuca ją do sterty.
X0-R3 pika do niego, odbiera warzywa i kroi je tak skutecznie, jak na
droida przystało.
- Nawet mnie nie potrzebujesz - mówi Chase ze smutkiem. - Obieranie też
można by zautomatyzować.
Harlize mierzwi mu włosy.
- Jesteś ważny, Chase. Wszyscy jesteśmy. - Wiąże długie niebieskie włosy
w schludny kok i chowa go pod nakryciem głowy, po czym dołącza do
chłopaka przy stercie bulw. - Przecież wiesz, że zapełnienie kuchni
samymi droidami to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić. Radzisz
sobie szybko z obieraczką i jesteś kriffolsko dobrym zaopatrzeniowcem.
Nie wszyscy z nas urodzili się pilotami. Nie oznacza to, że nie jesteśmy
wartościowi.
- Kaf. Zaopatrzenie. Praca papierkowa - jęczy Chase. - Wielki ze mnie
bohater.
Jego dwaj dawni druhowie ukończyli szkolenie na Yavinie z najwyższymi
notami: Marinna Reynolds właśnie dołączyła do Eskadry Łotrów, a Oriss
Khan regularnie ćwiczy z siłami specjalnymi Sojuszu, gdy akurat nie jest
na wyczerpującej warcie.
Tymczasem Chase nadal pracuje w kuchni.
Obiera kolejną bulwę i zaczyna następną stertę.
Pierwsze obowiązki Chase'a w kuchni kończą się punkt o siódmej, kiedy to
wzywają go z "kluczowymi dostawami". Zwrot ten czyni jego pracę znacznie
ważniejszą, niż jest naprawdę, bo przecież dostarcza kaf i jedzenie
osobom, które nie mogą przerwać pracy, przenosi pudełka i zapasy z miejsca na miejsce, a od święta robi za gońca i przekazuje informacje.
Chase zna wszystkie tunele na pamięć - ba, sam przecież pomagał przy
budowie większości z nich, nim major Monnon wykopał go z korpusu. Chase
nie nadawał się na inżyniera, ale chciał pomagać pomimo opinii Monnona,
że stanowi zagrożenie dla siebie i innych, gdy bierze się za technologię
cieplną. Wzrusza ramionami. Wraca myślami do tamtego pierwszego
tygodnia, gdy drążyli i wytapiali tunel po tunelu. Jasne, że ciągle
upuszczał narzędzia i stłukł kostkę, ale lodowa podłoga była nierówna!
No i korzystanie z technologii cieplnej okazało się znacznie wolniejsze
niż pomysł Shary Bey, by skorzystać z dział jonowych Y-wingów. Przecież
to nie jego wina, że nie wiedział, które ustawienie będzie dobre, ale
przynajmniej powstała porządna, przestronna sala odpraw. Więc wszystko
dobrze się skończyło, choć majora Monnona wreszcie trafił szlag i kazał
mu pomagać w budowie koszarów zamiast korytarzy.
Chase nadal korzysta z sieci chodników konstrukcyjnych, porozrzucanych
ponad i pod głównymi tunelami dostępowymi. Większość osób albo o nich
nie wie, albo ich unika, bo woli szersze przejścia łączące ze sobą
główne obszary bazy, ale Chase lubi te swoje skróty, no i uwielbia ten
widok zdziwienia na twarzach innych osób, gdy im się zdaje, że Chase
wyskakuje nie wiadomo skąd.
Zostawia sobie na koniec ulubioną trasę po kaf, nim będzie musiał wrócić
do kuchni.
Gwar mechaników, pilotów, buczenie śmigaczy i X-wingów ustępują cichemu
ujadaniu futrzanych bestii, gdy Chase podchodzi do zagród dla
tauntaunów. Nie dysponują wystarczającą liczbą opiekunów, by ci mogli
rotować między zagrodami, stołówką i sypialniami, więc dostawcy posiłków
są niezbędni. Dziś podczas tej zmiany na służbie jest trzech ludzi, a tego Chase nie uwzględnił w harmonogramie.
Baesoon i Murell z wdzięcznością odbierają od niego kaf i posiłki. Chase
maszeruje wzdłuż wydrążonych w lodzie zagród. Podłoga jest zabrudzona
odchodami tauntaunów, zbieranymi na nawóz.
Jordan Smythe, świeżo upieczony opiekun, zauważa, jak Chase spaceruje
między boksami, i wyszczerza szeroko zęby.
- Jesteś równy gość.
- Robię, co do mnie należy - odpowiada Chase. - Najwidoczniej nie jestem
wystarczająco dobry, by zabrać się za cokolwiek innego.
- No weź, jesteś najlepszym dostawcą w Bazie Echo. - Jordan posyła mu
uśmiech i odbiera od niego kubek kafu, specjalnie przygotowanego tuż
przed chwilą.
Chase mruga, zbity z tropu krótką chwilą bliskości, gdy palce Jordana
muskają jego własne.
- Tylko tak mówisz - kwituje zawstydzony. Opuszcza dłoń i czym prędzej
wkłada ją do kieszeni.
"Zbyt szybko? Jordan nie zauważył, prawda?"
Jordan znów upija łyk kafu, po czym odstawia kubek na bramie do boksu
Promyczek.
Niesforny loczek opada mężczyźnie na twarz, gdy ten przerzuca kolejną
łopatę lodomchu do boksu z unoszącego się obok wózka repulsorowego.
Bez wysiłku odsuwa z twarzy zabłąkany kosmyk. Chase widzi, jak ten
układa się wśród zaczesanych na bok ciemnobrązowych loków, zachwycony
ruchem, samym Jordanem, tym, jak napinają się mu mięśnie pod cienką
koszulką o długich rękawach.
- To prawda - stwierdza Jordan, wrzucając do boksu kolejną łopatę
fioletowoniebieskiego mchu. - Nikt inny nie mógłby mi przynieść z kuchni
gorącego kafu. Przecież to po zupełnie przeciwnej stronie placówki.
Nawet ja nie wiem, jak tam trafić, by nie zgubić się po drodze.
- No weź, to proste. Wystarczy udać się tunelem 02-91 na wschód, potem
03-31, a potem przejść skrótem przez najbardziej wysunięte na wschód
koszary. Potem wchodzisz do tunelu 04-21 i lecisz na przełaj przez
zachodnią stołówkę. No i jesteś na miejscu. Góra czternaście minut.
Nawet Hoth nie studzi kafu w tak krótkim czasie. - Chase nie wspomina,
że wlewa napój Jordana do własnego termosu i trzyma go w plecaku, gdy
wie, że jego trasa powiedzie przez zagrody tauntaunów.
- Niesamowite. - Jordan po raz ostatni klepie Promyczek po grzbiecie i zamyka drzwi do jej boksu. Tauntaun z czułością trąca go nosem w ramię.
Chase ostrożnie wyciąga dłoń, ale zwierzę tylko prycha na niego
opryskliwie.
- Mówisz tak tylko, bo się kolegujemy.
- Skąd. Święta prawda. - Jordan kręci głową.
Chase wzdycha. Nie jest w stanie wykrzesać z siebie dużego entuzjazmu po
takim komplemencie, wie, że porusza się po bazie szybciej, niż
ktokolwiek się tego spodziewa, ale koniec końców zaoszczędzenie paru
minut tu czy tam, bo zapamiętał wszystkie skróty, nic nie znaczy. Co to
jest w porównaniu z pracą pilota, szpiega czy kogoś, kto naprawdę ma
znaczenie dla Sojuszu Rebeliantów.
- Chcę robić coś ważnego. Coś większego niż praca w kuchni i robota
dostawcy, ale major Derlin mówi, że powoduję zbyt wiele problemów, a on
nie ma czasu, by mnie szkolić. - Chase przegląda liczne wiadomości,
które wysłał dziś Derlinowi. - Oczywiście, że umiem obchodzić się z blasterem.
Jordan się śmieje.
- Doprawdy? Pokaż. - Odpina od pasa kaburę i rzuca Chase'owi broń.
Ten rusza się gorączkowo, gdy blaster obraca się w powietrzu i leci pod
dziwnym kątem.
Tauntauny zdają się z niego śmiać. Jordan też się śmieje.
- O, tak go trzymaj. - Poprawia chwyt Chase'a. Ma ciepłe, pokryte
odciskami dłonie.
Chase'owi robi się sucho w gardle.
- Jordan, przestańże flirtować na służbie! - Poirytowany ton Baesoona
wyrywa Chase'a z błogostanu. - Komandor Skywalker wyrusza na patrol.
Przygotujcie wierzchowca i sprzęt.
Chase czuje, jak ze wstydu czerwienią mu się policzki.
- Ja...
Jordan ściska mu dłonie i posyła przepraszający uśmiech, po czym chowa
blaster do kabury.
- Pora wracać do pracy. Widzimy się później?
- Taa - mówi Chase. Nie potrafi odwrócić wzroku od promiennego uśmiechu
Jordana ani od widoku, jaki przedstawia sobą mężczyzna wracający do
boksów.
Obraca się i wpada prosto na Promyczek, która spogląda na niego
krytykującymi ślepiami.
- Nawet nie zaczynaj - rzuca Chase, kręcąc głową.
Dzisiejsza trasa jest inna, bo wiedzie do centrum dowodzenia. Chase
przełyka ślinę, otwierając drzwi. Rzadko kiedy musi tu przychodzić, ale
co innego teraz - widać dzięki swoim mechanicznym talentom Joenn jest
rozchwytywana na tyle, że przestała robić za gońca i dostawcę.
- Mam ten nowy holoprojektor - oświadcza.
Toryn Farr obraca się, gdy Chase odkłada ciężką pakę.
- Możesz go zamontować? Spodziewam się... - Nagle odwraca się w stronę
konsoli i nasłuchuje uważnie przez słuchawki.
Chase czeka niezręcznie, gdy kobieta wydaje szereg krótkich poleceń.
Majstruje przy paczce, aż wreszcie Toryn zauważa, że dostawca nadal tu
jest.
- Coś jeszcze?
- Bancie mleko od pani siostry. Prosi, żeby pamiętała pani o przerwach.
- Chase z uśmiechem podaje jej butelkę.
Rysy Toryn łagodnieją, gdy kobieta odbiera prezent.
- Wilsorr, tak? - Główna łącznościowiec posyła mu uśmiech. - Dziękuję.
Chase promienieje z dumy. Raysi Anib miał rację. Ludzie naprawdę cię
cenią, gdy sam się cenisz.
O - a tam stoi generał Rieekan.
"Jeśli nie zadasz pytania, nigdy nie usłyszysz odpowiedzi".
- Generale Rieekan? Może kafu? Akurat szedłem do hangaru, mam trochę
przy sobie...
- Dziękuję, świetnie. - Zwięźle i na temat. Generał nawet nie odrywa
wzroku od planów, które przegląda, ale wskazuje gestem pusty kubek.
Chase opróżnia termos. Musi skorzystać z tej szansy.
- Generale Rieekan, mam nadzieję, że wie pan, iż ja...
Mężczyzna o sokolim wzroku taksuje rozmówcę spojrzeniem.
- Przypomnij mi: kim jesteś?
- Chase Wilsorr, sir. Poprosiłem o przeniesienie mnie do wartowników i mi pan odmówił.
- A, tak, uczeń porucznik Dany. - Rieekan marszczy brwi.
- Mam nadzieję, że...
- Słuchaj, synu. Jestem bardzo zajęty. Wiem, że chcesz pomóc, ale teraz
przydasz się najbardziej, jeśli będziesz robił to, do czego się
najlepiej nadajesz. Major Monnon wyraził się jednoznacznie...
- Wiem, że nie radzę sobie z bronią, sir. Czy z koordynacją
wzrokowo-ruchową. Czy z walką. Czy w ogóle z czymkolwiek w ten deseń.
Ale mógłbym być dobrym wartownikiem. Uważam, że...
Generał Rieekan klepie go po ramieniu.
- O, właśnie to nastawienie i ta determinacja, które lubię widzieć u rebeliantów. Mam dla ciebie ważną misję.
Z ekscytacji Chase'owi aż dudni serce.
- Tak?
Chase przeklina, gdy przenosi kolejną ciężką skrzynię z zaopatrzeniem
przez tunel 05-92 do stanowiska Baza Echo 5-4 przed główną placówką.
Puka w durastalowe drzwi i czeka, aż te się rozsuną.
Rainn Poras prycha, gdy Chase odkłada pojemnik.
- Dzięki za tę niezwykle ważną dostawę - mówi z sarkastycznym uśmiechem.
Chase przewraca oczyma.
- Trzeba naładować blastery - wszystkie są w tej skrzyni.
Chase łapie za drugi pojemnik. Chłodny wiatr szczypie go w oczy. Nie
może nawet cieszyć się tym, że jest tutaj, w punkcie wartowniczym, i widzi niebo i słońce. Lód i śnieg ciągną się aż po horyzont, a wszystko
przybiera barwę wypłowiałej bieli i szarego błękitu.
- Uwierzysz, że trzy razy składał podanie o przydzielenie go do
wartowników?
- Słyszałem, że porucznik Danie już się kończą pomysły, czym go
zajmować.
- Czy to prawda, że Wilsorr potknął się o własne stopy podczas szkolenia
z obsługi broni i zniszczył trzy pomieszczenia koszarowe?
Ich głosy niosą się na wietrze, gdy Chase wraca tunelem. Zaciska zęby,
maszerując przed siebie.
"Jestem ważny" - powtarza sobie, choć już w to nie wierzy.
- Nie słuchaj ich. To znaczy, wiesz, rozumiem tok myślenia generała -
wcześniej nie sądziłeś, że twoje obowiązki są naprawdę ważne, a teraz
powiedział, że tak jest, więc...
Chase siada na skrzyni, którą ma dotachać do hangaru, i wzdycha:
- To mam po prostu przestać się starać?
Jordan wzrusza ramionami.
- Myślę, że skoro tak zaciekle chcesz pełnić warty, możesz nadal o to
wnioskować, ale uważam też, że świetnie radzisz sobie taki, jaki jesteś.
Chase przygryza wargę i czym prędzej odwraca wzrok, by nie gapić się na
ramiona Jordana w koszulce termicznej.
- Jakim cudem nie jest ci zimno? - pyta.
Kurtka Jordana leży obok wózka repulsorowego, obłożonego wysoko balami
mchu.
- Rozgrzewam się, gdy tak to wszystko przerzucam. I potem mi cieplutko.
- Jordan szczerzy zęby. W jego ciepłych brązowych oczach płoną
szelmowskie iskierki.
Chase'owi podoba się, jak słowa pasują do ust Jordana, jakby były
okrągłe z zachwytu. Jego silny akcent sprawia, że zwykłe stwierdzenia aż
kipią od bystrego entuzjazmu. Te chwile z Jordanem są ulubioną częścią
dnia Chase'a.
Jordan wychyla się do przodu i składa ręce na jego ramionach.
Rozmasowuje je kciukami.
- A co, tobie chłodno, chłopcze z Yavina?
- N-nie. Tak. Mówiłem ci, że jestem z Takodany! To znaczy, tak, chłodno
mi. E, już nie. Ja...
"Otwórz się na możliwości. Inni nie będą wiedzieć, co czujesz, chyba że
im to zakomunikujesz. Twoja najbardziej pewna siebie wersja tylko czeka,
aż otworzysz drzwi".
Chase otwiera usta, a potem je zamyka.
- Muszę się zbierać - mruczy. Cofa się i chwyta skrzynię. Przechodzi w szybki trucht. Nie ucieka od obiektu westchnień. Gdzie tam. Po prostu...
wraca do pracy.
Oddech Chase'a materializuje się przed jego twarzą w postaci obłoczków,
gdy mężczyzna opuszcza zagrody tauntaunów ze skrzynią.
"Ech, czemu nie zostałem? Flirtował ze mną? Może powinienem rzucić coś
mądrego czy czarującego".
- Jestem z Takodany! - mruczy do siebie z wyrzutem Chase.
Nie-do-kriffo-rzeczne!
Hoth. Blech. Nienawidzi tego miejsca.
"To dokąd miałem z tym pójść? No tak. Główny hangar".
Chase skręca szybko w prawo, w jeden z głównych tuneli. Mija
przechodzący personel i z szerszego korytarza docierają do niego echem
odgłosy z centrum dowodzenia. Na wprost słyszy znajome głosy.
- Chcesz, żebym został ze względu na to, co do mnie czujesz!
Chase dostrzega kapitana Solo, próbującego uciec przed księżniczką Leią
Organą. Ta przyśpiesza kroku, by się z nim zrównać.
- Tak. Jesteś bardzo pomocny. I jesteś naturalnym przywódcą...
"Znów to samo..."
Chase widział, jak kłócą się po całej bazie: w stołówkach, korytarzach,
hangarze. Nie żeby ich kłótnia w kwestii fiklojagód dodawanych do ciast
mięsnych była pozbawiona argumentów - Chase zdecydowanie popiera
łączenie smaków słodkich i słonych, całą tę alderaańską tradycję - ale
kurczę, międlić o tym przez całą godzinę tylko po to, by wkurzyć
rozmówcę? A teraz blokują mu przejście. Nie mogliby flirtować gdzie
indziej? Ma robotę do wykonania.
Kapitan Solo zbliża się i każdy centymetr jego przystojnej twarzy
doprowadza Chase'a do pasji. Niektórzy to po prostu sobie trafiają do
Rebelii z własnym statkiem i przyjmują faktycznie ważne misje od
generała Rieekana, a do tego ucinają sobie pogawędki z księżniczką po
całej Bazie Echo. Ale niektórzy nie są przystojni i nie roztaczają
takiej aury jak Han Solo. Niektórzy są po prostu normalni, okej?
Chase ściska mocniej skrzynię, wślizguje się w wąską przestrzeń między
kłócącymi się, idzie dalej i ignoruje ich podnoszące się głosy.
- Przydałby ci się porządny całus! - rzuca kapitan Solo. Słowa niosą się
echem po korytarzu.
"Co za tupet!"
Chase aż się jeży. Bieleją mu kłykcie, gdy przyśpiesza kroku. Ma
serdecznie dość osób pokroju Solo. Wiecie, kto nigdy nie dostał całusa?
Chase Wilsorr. To jemu przydałby się porządny pocałunek. Oburza go, że
kapitan Solo i księżniczka Leia ot tak się o to kłócą, że kluczą wokół
tematu, odkąd przybyli na Hoth. Udają, że się wzajemnie nie znoszą. To
co, atrakcyjni ludzie nie mają nic lepszego do roboty, jak drwić ze
wszystkich pozostałych w bazie, wywlekając na widok publiczny panujące
między nimi nieskonsumowane napięcie?
Kolejnego dnia od monotonnej pracy w kuchni odrywa Chase'a doniosły
głos, dochodzący z centralnego systemu komunikacyjnego bazy.
- Tu generał Rieekan. Zarządzam ewakuację. Nadciągają siły Imperium.
Personel bazy: proszę się zameldować na pokładzie właściwego
transportowca w głównym hangarze. Piloci: do X-wingów...
- Ewakuacja? - mruczy Chase. Wczoraj, gdy chodził z kafem, w centrum
dowodzenia utrzymywało się dziwne napięcie, a potem kazano mu tachać
broń do punktów wartowniczych. Miał świadomość, że ewakuacja jest
możliwa, ale nie sądził, że dojdzie do niej tak szybko.
- Przeszkolono nas, by ewakuować się w przeciągu chwili - mówi Harlize.
- Zbierajmy się.
Chase opuszcza kuchnię za Harlize. Chwyta ją za ramię, nim wychodzą na
główny korytarz.
- Chodź, tędy będzie szybciej!
W głównym hangarze panuje chaos. Oficerowie pokładowi gorączkowo kierują
tłumy na transportowce. Niezli-czone skrzynie z zasobami pośpiesznie
przenoszone są głównym ciągiem komunikacyjnym, którym w tę i we w te
maszerują ludzie.
Chase próbuje się nie gapić. Jeszcze nigdy nie widział, by główne wrota
były ot tak otwarte na oścież - w odległości widzi złowieszczy, ostry
zarys okrętu, o którym jedynie słyszał w opowieściach: to gwiezdny
niszczyciel.
- Imperialny atak naziemny od strony zachodniej! Piloci, do mnie! - woła
major Derlin.
Ziemia drży. Coś przemieszcza się na widnokręgu. I coś drugiego. I trzeciego. W ich stronę kierują się potwornie wielkie maszyny. Krajobraz
znaczą eksplozje, a X-wingi eskortują frachtowce. Jeden z nich skacze w nadprzestrzeń i ewakuacja nagle staje się przerażająco prawdziwa.
Opuszczają planetę.
- Baza Echo tego nie wytrzyma - mruczy Harlize. - Wilsorr, wchodzisz na
pokład?
- Tak. Lecę! - Chase wodzi wzrokiem po osobach pracujących w ładowni,
nigdzie jednak nie dostrzega Jordana. Pisze szybko wiadomość na
datapadzie: Dalej, Jordan, gdzie jesteś?
- Widział ktoś doktor Tristan Melthabi? - Major Derlin spogląda znad
datapada. Naglące pytanie zawisa w powietrzu. Na twarzach wszystkich w hangarze maluje się nie-pokój.
- Zapadł się strop w korytarzu dostępowym w ambulatorium - melduje
oficer pokładowa Serenity Meeks, dotykając komunikatora. Buzuje nerwową
energią. - Doktor Melthabi jest uwięziona wraz z trzema technikami
medycznymi.
- Znam inną drogę! - Chase zeskakuje z rampy i macha gorączkowo, biegnąc
w stronę Meeks.
- Szybko. Możemy nie mieć wiele czasu. - Kiwa do niego głową. - Leć!
Chase przytakuje i, niewiele myśląc, biegnie w kierunku tuneli. Ignoruje
gorączkowe dudnienie serca, to, jak krew pulsuje mu w uszach i dobiegające z oddali blasterowe wystrzały. To po prostu kolejna trasa z kafem. Mógłby to zrobić z zamkniętymi oczyma - przynieść ciepły, nadal
parujący napój każdemu, kto o to poprosi. Może i nie wie, jak strzelać z działa czy sterować jakimkolwiek pojazdem, ale wie, jak biegać.
Chase zauważa wejście do wschodniego skrótu i znika w wąskim tunelu.
Zasuwa, ile sił w nogach. Skręca w prawo, w prawo, w lewo. Na przełaj
przez koszary. W prawo. I teraz powinien wyjść na korytarz dostępowy
przed ambulatorium. Skutecznie napiera na pokruszony lód i robi na tyle
szeroki otwór, by się przecisnąć. Szybkie spojrzenie na datapad mówi mu,
że dotarł do ambulatorium w 7,3 minuty. Pobił osobisty rekord, choć nie
ma teraz czasu, by się tym cieszyć. Grunt, że dzięki skrótowi trafia tuż
za punkt, gdzie zapadł się strop.
- Doktor Melthabi? Halo! Transportowce już odlatują, musicie się
ewakuować...
- Ale strop...
Chase chwyta panią doktor za rękaw i kieruje ją oraz trzech techników
medycznych do dziury, przez którą się przecisnął.
- Prosto tunelem, potem w lewo, prosto przez koszary - powinniście
wiedzieć, bo pasiasta narzuta Porasa raczej rzuca się w oczy - potem
znów w prawo, dwa razy w lewo i będziecie w hangarze.
- Dziękuję! - rzuca spanikowana pani doktor.
"Chwila, skoro zapadł się ten korytarz, wszyscy po przeciwnej stronie
nie mają jak uciec..."
- Proszę biec, pani doktor. Wrócę tamtędy, by się przekonać, czy ktoś
jeszcze nie potrzebuje pomocy.
Chase rzuca się biegiem przez korytarz. Sprawdza kolejne magazyny, a potem sypialnie. Odnajduje trójkę żołnierzy, dwoje oficerów łączności i całą grupę uchodźców z Habassy II.
"A Jordan nadal nie odpisał. Gdzie go wcięło?"
"Chyba że nie ma przy sobie datapada, a przecież często o nim zapomina,
gdy jest przy tauntaunach..."
- "Świetlista Nadzieja" odlatuje za dziesięć minut. Powtarzam, dziesięć
minut. To ostatni transportowiec dla ewakuujących się.
Głos Taryn Farr rozbrzmiewa po bazie.
- Dalej!
Nagle we wszystkich korytarzach gasną światła. To już koniec. Stracili
zasilanie.
- Za dużo zakrętów. Nie znajdziemy drogi w tych ciemnościach! - woła
oficer Sendak.
- Za mną - mówi Chase. Zna każdy tunel na pamięć, a choć nic nie widzi,
wie, ile kroków zostało do kolejnego skrzyżowania - tak, właśnie tutaj -
następne dziesięć kroków - i kolejny skręt w prawo. Sprawdza, czy
wszyscy idą za nim. Wparowują do hangaru w chwili, gdy odlatuje następny
transportowiec.
Oficer Meeks kieruje wszystkich na pokład "Świetlistej Nadziei". Trap
nadal jest otwarty.
- Dobra robota, Wilsorr - mówi Meeks. Spogląda z ulgą znad datapada, gdy
Chase podchodzi z grupą odnalezionych. - Nadciągają szturmowcy. Nie mamy
wiele czasu.
- Dajcie mi jeszcze parę minut! - woła Chase.
- Masz trzy.
Chase zrywa się do biegu. Ignoruje blasterowe wystrzały i to, że wokół
niego baza rozpada się na kawałki. Dociera do zagród tauntaunów. Na
miejscu zastaje niepokojącą ciszę - widać wszyscy jeźdźcy dołączyli do
walki.
Promyczek nadal jest w swoim boksie. Gdy zauważa Chase'a, podchodzi do
niego i prycha zestresowana.
Ku ogromnej uldze gońca, jest z nią Jordan. Próbuje ją uspokoić, gdy
Promyczek niemal staje dęba.
- Co ty tu robisz?
- Major Derlin zarządził, żebym tu został, na wypadek gdyby ktoś
potrzebował wierzchowca!
- Straciliśmy Bazę Echo. Chodź, musimy się ewakuować!
- Nie zostawię Promyczek!
- A ja ciebie! Zaraz odleci ostatni statek. - Chase nie chce myśleć, ile
zostało im czasu. - Biegiem! Weźmiemy ją ze sobą!
- Będziemy musieli pojechać wierzchem.
Jordan zarzuca siodło na grzbiet Promyczek. Zwierzę prycha, ale stoi
nieruchomo, gdy podchodzi do niego Chase. Zawsze bał się tych ogromnych
istot, ale sięga po wyciągniętą dłoń Jordana i wspina się na grzbiet za
jego plecami.
- Którędy?
Chase szybko się zastanawia. Typowy skrót odpada, jest zbyt wąski dla
tauntauna - będą musieli zaryzykować podróż głównym korytarzem.
- Skręć we wschodni tunel, a potem odbij w lewo!
Wykrzykuje kierunki, gdy Jordan kieruje zwierzęciem. Promyczek pędzi
przed siebie.
Jeśli Chase w ogóle może na coś w życiu liczyć, to na niezrozumiałą
pewność, że broń w jego dłoniach nawali. Wyciąga blaster z kabury
Jordana, wciska wszystkie przyciski w losowej kolejności i rzuca bronią
prosto w blokadę.
- Co ty...
Blaster eksploduje. Wytwarza wyrwę w lodzie - o dziwo, wystarczającą.
- Skacz, Promyczek! - woła Chase.
Tauntaun przeskakuje nad lodem i wyrywają się na wolność.
Właz "Świetlistej Nadziei" już się zamyka, a silniki są rozgrzane.
- Meeks, zaczekajcie!
- Nadciągają kolejni! - woła kobieta, wstrzymując start. - Dalej!
Promyczek pędzi przed siebie i wspina się z rykiem po rampie. Ładownia
transportowca jest wypełniona po brzegi ludźmi - a wiele z tych osób
trafiło tu dzięki Chase'owi.
W pomieszczeniu rozlegają się oklaski i wiwaty.
- Udało się - kwituje Jordan, jakby ledwie to do niego docierało.
Zsiadają z tauntauna i Chase poklepuje Promyczek, gdy doktor Melthabi
kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Dobra robota, Chase - mówi Poras.
Chase szczerzy zęby. W jego głowie rozlegają się echem słowa z książki
motywacyjnej - "Bądź najlepszą wersją siebie" - które po raz pierwszy
zdają mu się prawdziwe. "Ta moc zawsze w tobie drzemała".
- Jordan? - Chase zaczepia przyjaciela.
- Tak? - Jordan podchodzi bliżej, na tyle blisko, że Chase widzi płatki
złota i zieleni w jego oczach.
- Wyglądasz, jakby ci się przydał porządny całus - rzuca. Przez chwilę
niepokoi się, że powiedział zbyt wiele, ale Jordan uśmiecha się i przyciąga go do siebie.
- Już myślałem, że nigdy nie poprosisz.
Ich usta spotykają się i Chase dochodzi do wniosku, że pewność siebie to
jednak to.
ZAPEWNI IM CIEPŁO. Delilah S. Dawson
ZAPEWNI IM CIEPŁO
Delilah S. Dawson
O życiu tauntauna decydują dwie rzeczy:
ciepło i chłód. To pierwsze sygnalizuje, że należy wstać wraz ze
słońcem, polować, parzyć się, karmić mlekiem piszczące młode, biegać
przez śnieg i chuchać parą przez nozdrza. To drugie, że należy spać. Na
Hoth nastanie nocy wiąże się z ciemnością tak dalece podszytą chłodem,
iż nie przetrwają nawet tauntauny, chyba że skulą się razem i będą stały
niemal nieruchomo, a ich krew zacznie krążyć wolno niczym szlam. Dla
Murry, matki rodu tego stada, takie naturalne rytmy zatraciły wszelkie
znaczenie. Została pojmana, oswojona, trafiła do zagrody. Tak, nadal
wyczuwa zapach zmierzchu, ale rzadko widuje słońca i księżyce. Dziwne,
ciepłe, buczące rzeczy, zapewniające sztuczne światło w zagrodach, są
słabe i zbyt przesłodzone, a do tego nigdy nie gasną.
Teraz jej życiem zawiaduje trzecia rzecz: te dziwne dwunożne istoty.
Nazywają się rebeliantami.
Dla schwytanych tauntaunów z Bazy Echo, po części gadów, po części
ssaków, świat skurczył się do kilku części pojedynczej sali. Tauntauny
nie potrafią liczyć, ale Murra wie, że teraz ma pod swoją opieką mniej
zwierząt niż dawniej, gdy żyły na wolności. Wtedy często spędzały noce w grotach podobnych do tej. Spały tak głębokim snem, iż nic nie było w stanie ich zbudzić, ich krew od zamarznięcia dzieliło jedno uderzenie
serca, gdy kuliły się razem, tak że łączyły się ich zapachy i linie
krwi. Z nadejściem poranka jednak wypełzały na migoczącą jasność i wodziły nozdrzami za wonią drapieżnych wamp. Gdy żadnej nie wyczuły,
prychały z zadowolenia i podrzucały rogami śnieg, by tworzyć skrzące się
tęcze na tle białego nieba.
I właśnie za tym Murra tęskni najbardziej - za wolnością i dobrym
nastrojem, wierzganiem głową, bodzeniem się rogami, trącaniem siostry
czy córki biodrem, oddalaniem się z wybranym przed siebie samcem i machaniem ogonem, by młode miały za czym gonić. Teraz, gdy opuszcza
groty, jest spętana paskami. Jej głowa i ciało nie mogą już w pełni
nacieszyć się świeżym śniegiem. Rebelianci ruszają jej szyją, by
przekazać jej, dokąd ma biec. Trącają ją w żebra twardymi butami i wykrzykują rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia, gdy jest zbyt
głośna. Zna własne imię tylko dlatego, że ktoś wymawiał je raz za razem,
podając jej z wiadra lodoskrobaki. Teraz wie, że gdy usłyszy te dźwięki
i podejdzie bliżej, będą mieć dla niej coś do jedzenia, nawet jeśli nie
aż tak smacznego.
Tego ranka stało się coś, co zdarzało się rzadko: zabrano ją na patrol
wraz z jej ulubioną córką Ribą, a choć obie zostały spętane i miały na
grzbietach siodła, na których zasiadali głośni rebelianci, przynajmniej
przebywały razem wśród żywiołu. Świat był jasny, pełen zapachów i wolnej
przestrzeni. Miotały rogami i napinały ciała, aż jeden rebeliant na
grzbiecie Riby powiedział: "Wow, dziś są wyjątkowo podekscytowane, co,
Han?". A ten na grzbiecie samej Murry szarpnął za jej głowę i mruknął:
"Tylko durne zwierzęta potrafią się cieszyć, że aż tak sypie".
Nie żeby Murra cokolwiek z tego zrozumiała.
Zdecydowanie woli tamtą kobietę, rebeliantkę o łagodnym głosie, tamtą,
która towarzyszyła jej, gdy ostatnim razem rodziła bliźnięta, zamknięta
sama w zagrodzie. Poród był trudny - pewnie dlatego, że tauntauny
powinny wybiegać ciążę, a nie spacerować w ciasnym rogu groty - ale
rebeliantka siedziała z nią, głaskała ją po pysku, szeptała kojące
słowa, a gdy oboje młodych wreszcie przyszło na świat, pogroziła męskim
opiekunom słowami: "Jest wyczerpana. Dajcie nam odetchnąć. Zresztą
przyda się to nam wszystkim".
Nim została schwytana, Murra splunęłaby rebeliantce w twarz, ale tamtej
nocy, osłabiona po porodzie, delikatnie chwytała małe pęczki mchu z jej
słonych rąk. Nie oponowała, gdy kobieta głaskała ją po sierści na szyi.
Gdy Murra przyłożyła głowę do jej ramienia, ta podrapała ją porządnie
wokół swędzących rogów.
- Wiem, jak się czujesz - powiedziała łagodnie kobieta tuż przy jej
uchu. - Zawsze zajęta, zawsze pchana to w jedną, to w drugą stronę. To
chyba pierwsza chwila od miesięcy, gdy byłam sama. - Zachichotała. - Nie
żebym była sama z tobą i twoimi dziećmi. - Gdy rebeliantka schyliła się,
by pogłaskać śpiące młode, Murra jej na to pozwoliła.
Teraz maluchy są już silne i wytrzymałe, a kobieta rebeliantka czasami
odwiedza zagrody sama, cichą nocną porą, gdy Murra jest pogrążona w półśnie i pilnuje swojego stada. Murra zawsze się cieszy, gdy kobieta
drapie ją po rogach, a rebeliantka wydaje się zadowolona, że ma się do
kogo odezwać.
Więc tak, poranny patrol w towarzystwie Riby był miły, ale ich wspólny
czas wśród śniegu okazał się zbyt krótki. Teraz, z powrotem w grotach,
Murra jest niespokojna. Zazwyczaj nie przejmowałaby się tym, że jej
silna córka przebywa na zewnątrz, gdzie jej miejsce, ale wyczuwa w powietrzu, że noc będzie wyjątkowo chłodna. Riba powinna już wrócić.
Jest w ciąży, choć to dopiero początek. Murra doczeka się pierwszych
wnuczek. Otwiera wszystkie nozdrza, łapie powietrze, nerwowo stąpa tam i z powrotem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki