Rozdział 3
Sektor Irigoyen
San Martin
Ciudad Libertador
- Sir, muszę to powtórzyć: nie wydaje mi się, że to dobry pomysł, aby leciał pan z dzieciakiem, którego poznał pan ledwie kilka dni temu, do tego w malutkiej korwecie, która nie przegoni nawet najwolniejszego niszczyciela floty.
Komandor porucznik Tim Rice wyglądał niemal komicznie młodo na kogoś, kto narzeka na powierzanie Grangera opiece równie młodego człowieka.
- Daj spokój, synu, jesteście prawie rówieśnikami.
- Mimo wszystko...
- Chcesz złożyć formalną skargę do dowództwa floty? No, nie wydaje mi się... Wyobraź sobie, jak by się na to obruszył Oppenheimer.
Rice pokręcił głową.
- Już to przerabialiśmy, kapitanie. Pańska pamięć wciąż jest niestabilna, a dosłownie przed chwilą dostaliśmy wieści, że nagroda za pańską głowę...
- Wiesz, ile wynosi?
Marudny oficer wzruszył ramionami.
- Nie... Chyba dziesięciokrotność wypłaty jako jednorazowa premia oraz posiadłość nad morzem warta dziesięć milionów?
- Jak dojdzie do miliarda, będę pod wrażeniem. Nie przejmuj się, komandorze. Findiri władają Ziemią. Rój wrócił. Przepisy i zasady można już wyrzucić w kosmos.
- To nie zasady, kapitanie, tylko zdrowy rozsądek.
Granger zaśmiał się krótko.
- Rozsądek jest dla niepewnych, synu. Mam nadzieję, że masz więcej niż tylko zwykły zdrowy rozsądek. Będzie ci to potrzebne, jeżeli chcesz zachować życie w najbliższych tygodniach.
Rice westchnął. Chyba zdawał sobie sprawę, że ten spór zmierza donikąd. Młodziak przynajmniej miał jaja, skoro odważył się kłócić z legendą.
Z Bohaterem Ziemi. Na samą myśl Granger się wzdrygnął. Nie potrafił dopasować do siebie tego tytułu. Przeklęci grangeryści.
- W porządku, kapitanie. Ale proszę zachować ostrożność. I brać regularnie swoje lekarstwa.
- Tak, mamusiu. - Granger przysunął kciuk do klawisza operacyjnego systemu łączności. - "Wyzwanie", macie swoje rozkazy. Oddalcie się na sto tysięcy kilometrów od San Martin i włączcie kamuflaż. Czekajcie w pełnej gotowości, a jeżeli nic się nie zmieni, spotkamy się w ustalonym punkcie. Granger, bez odbioru.
Z kokpitu na dziobie Jasper parsknął śmiechem.
- Jak można pozwalać oficerom, by zwracali się do pana w taki sposób?
- Jak powiedziałem, młody, w obecnej sytuacji zasady można wyrzucić w kosmos. Kiedy zapanuje pokój, będziemy mogli znowu pozwolić sobie na luksus etykiety. A tobie jak idzie? - Granger zerknął przez iluminator, żeby sprawdzić, czy weszli w atmosferę.
- Za kilka minut dotrzemy do Ciudad Libertador i na lądowisko Vestigium.
- Macie prywatne lądowisko? Jakim cudem? Myślałem, że komisja do spraw lotnictwa i kosmonautyki Zjednoczonej Ziemi...
- San Martin to świat Galaktycznego Kongresu Ludzkości, kapitanie. Zjednoczona Ziemia rządzi tutaj tylko na papierze, w rzeczywistości ma bardzo niewielki wpływ na cokolwiek. Przekona się pan, że GKL jest bardziej... wyluzowany. Każdy tutaj ma lądowisko, nawet psy.
Granger pokręcił głową.
- Wiele się zmieniło przez te trzydzieści lat. Kiedy byłem jeszcze pięknym i młodym sześćdziesięcioośmiolatkiem, nikomu nawet się nie śniło o GKL.
- Założę się, że przez trzynaście miliardów lat też wiele się zmieniło.
Granger zamilkł, gdy to usłyszał. Tak dziwnie było odczuwać brzemię trzynastu miliardów lat egzystencji, a jednak niewiele z tego pamiętać. Zaledwie ulotne obrazy, przedmioty, ludzie i zdarzenia wyrwane z kontekstu. Nie był nawet pewien, czy wszystko, co zdołał sobie przypomnieć, przydarzyło się właśnie jemu. Jednak jedna twarz - ta jedna twarz pozostała w głębinach pamięci. Zrozumiał to, gdy zobaczył ją ponownie w kryjówce Vestigium w Bernie.
Rea. Zapomniał o niej. Chyba na miliardy lat. Ale kiedy zobaczył jej zdjęcie, zalała go fala wspomnień. Ich krótki, namiętny romans. Jej prośba, aby został. Jego pocałunek na pożegnanie, ten ostatni raz, gdy powiedział, że już się związał. Poślubił swój okręt. Przeklęty okręt.
- Przepraszam, sir - powiedział Jasper.
- Za co?
- Zapomniałem, że starzy ludzie nie znoszą żartów z podeszłego wieku.
- Kogo nazywasz starym człowiekiem, co?
- Niech to szlag.
W ciągu kilku minionych dni Jasper zmienił się ze zdumionego dwudziestokilkulatka w żartownisia, który traktował Grangera jak członka rodziny. W zasadzie było to miłe. Grangerowi podobało się, że znowu, po tak wielu tysiącleciach, traktowany jest po prostu jak człowiek.
- Proszę się trzymać, zaraz lądujemy.
Dzieciakowi udało się posadzić korwetę wcale gładko i już kilka minut później obaj szli przez płytę lądowiska do budynku, w którym, jak powiedział Jasper, mieściła się pozaziemska kwatera główna Vestigium. Budynek okazał się wysokim biurowcem z siedzibą think tanku, służącym za przykrywkę, aby umożliwić członkom bractwa łatwiejszy dostęp do różnych grup społecznych, gdyby zaszła taka potrzeba. A przynajmniej tak twierdził Jasper.
Wziąwszy pod uwagę rozmiary biurowca - wznosił się na co najmniej dwadzieścia kondygnacji - Granger był zaskoczony, że wewnątrz panuje taka pustka. Przypuszczał, że zatroszczono się o to celowo, bo przecież im więcej ludzi przystępuje do tajnego bractwa, tym mniej tajne się ono staje.
W jednym z gabinetów, który niczym się nie różnił od innych, za równie niewyróżniającym się biurkiem siedział mężczyzna i cierpliwie czekał na pojawienie się gości. Jego obecność okazała się dla Grangera największym zaskoczeniem.
- Kapitanie Granger - przywitał się. Był stary, siwy i przystojny. Splótł dłonie na blacie i zaczekał, aż obaj przekroczą próg. - Trzydzieści lat czekałem, aż wyjdzie pan z tej przeklętej czarnej dziury. Witamy w domu, sir.
- Porucznik... Diaz? - Granger zająknął się, ale miał nadzieję, że dobrze zapamiętał nazwisko. Twarz rozpoznał od razu. Adiutant pierwszego oficera na pokładzie "Konstytucji", a potem na "Wojowniku". Ten mężczyzna zajmował się okrętem, gdy Shelby siedziała w laboratorium i badała materię Roju. Granger sądził, że Diaz zginął pod koniec drugiej wojny z Rojem, ale najwyraźniej udało mu się ujść z życiem...
- Właściwie już kontradmirał. W spoczynku. Gdy Shelby zrezygnowała, a Oppenheimer przejął naczelne dowództwo, cóż, powiedzmy, że ja i ten mały dupek nie potrafiliśmy żyć w zgodzie, a moja chata w Montanie pod wieloma względami przewyższała codzienny opiernicz od naszego dawnego towarzysza broni.
- Dobrze wyglądasz. - Granger wyciągnął rękę.
Diaz uścisnął ją obiema dłońmi.
- Cieszę się, że to słyszę, wziąwszy pod uwagę, że oka nie zmrużyłem od Brytanii...
Na wzmiankę o Brytanii Granger mimowolnie się skrzywił, a Diaz to zauważył.
- Przepraszam. Domyślam się, że to raczej trudny temat.
- Dla nas wszystkich.
Diaz skinął głową.
- Niewyobrażalnie. Minęły dwa miesiące, a ja nadal nie mogę uwierzyć. - Westchnął cicho i spojrzał w twarz Grangerowi. - Ale co się stało, to się nie odstanie. Przeszłość to przeszłość. Mamy ważniejsze sprawy na głowie. Choćby Findiri, Quiassi i Rój. Trzeba wymyślić jeszcze przed kolacją, jak ich wszystkich powstrzymać.
- Najważniejszy problem to odpowiedź na pytanie: czy w ogóle da się ich pokonać.
- Trudno powiedzieć. Ale ze wszystkiego, co czytałem w przechowywanych zapiskach, wynika, że miałeś ukryty plan.
- Zostawiłem coś? Mój Boże... - Granger potarł czoło z zakłopotaniem. - Słuchaj, Diaz, to wszystko jest...
Sam nie wiedział. Przede wszystkim czuł się zdezorientowany.
- Wiem, to trudne. Powiedziano mi, że nie odzyskałeś prawie wcale pamięci. Może zdołamy w tym pomóc.
Jasper podsunął mu krzesło, a Granger z wdzięcznością usiadł.
- Cóż, nie pamiętam nawet twojego imienia...
- Joachin.
- Joachin - powtórzył. - Porucznik Joachin Diaz. Tak, to brzmi znajomo. Porucznik Joachin Diaz... Nie, admirał Joachin Diaz. Tak przy okazji, gratuluję. Szkoda, że nie widziałem cię w akcji.
- W pewnym sensie widziałeś. Wcześniej, przed moim awansem. A odkąd dołączyłem do Vestigium, studiowałem wszystko, co zostało, aby lepiej cię poznać, Tim. Kiedy dziesięć lat temu przejąłem kierownictwo, no... powiedzmy, że byłem pierwszym Strażnikiem, który znał cię osobiście. Nie licząc, rzecz jasna, pierwszego Strażnika.
- A kiedy pojawił się pierwszy Strażnik?
Diaz rozejrzał się po ścianach i suficie gabinetu.
- Zmarł około tysiąc dziewięćset jedenastego roku. Właśnie w Bernie, w Szwajcarii. Nasza kwatera główna mieściła się w opactwie. Strażnik Andros był mnichem i pod nosem zwierzchnika zmienił ten kościół w placówkę Vestigium. Po nim każdy kolejny Strażnik ukrywał istnienie naszej organizacji przed społeczeństwem. Udało nam się nawet zinfiltrować inne organizacje. Członkowie Vestigium znajdowali się wśród templariuszy, masonów, iluminatów, w Zakonie Złotego Runa. A także na kilku europejskich dworach. Do diabła, Thomas Jefferson, gdy był ambasadorem we Francji, lubił się napić z dwudziestym siódmym Strażnikiem. Podczas reformacji omal nie zostaliśmy zniszczeni, ale udało się nam przetrwać. Wystarczająco długo, żebyśmy zdążyli się przygotować na tę chwilę. Na twój powrót.
Granger potarł skronie i czoło.
- Joachin, po jaką cholerę w ogóle powstało Vestigium?
- Według tego, co powiedział mi Strażnik Resnick, gdy się przyłączyłem, założyłeś je jako zabezpieczenie. Jako plan B na wypadek, gdyby Findiri i Quiassi zaczęli znowu powstawać po ostatecznym pokonaniu Roju.
- Czyli przynajmniej zaplanowałem pokonanie Roju, skoro zastanawiałem się, co może się wydarzyć później.
- W rzeczy samej. Podczas ostatnich kłopotów wszyscy poddali się rozpaczy i obawiali się, że przegramy, a Rój zwycięży. - Diaz uśmiechnął się szeroko. - Ale nie Vestigium. Wiedzieliśmy, że wrócisz z drugiej strony. - Spoważniał. - A co będzie potem? Obawiam się, że tego jesteśmy o wiele mniej pewni.
- Mam tak wiele pytań - westchnął Granger. - Nawet nie wiem, od czego zacząć.
Tak wiele szczegółów zdawało się nie pasować. W każdej chwili Granger spodziewał się, że ściany opadną i ukaże się publiczność w studiu nadawczym jakiegoś programu na żywo, w którym nieświadomym ludziom robi się dziwaczne psoty.
- Mam kilka odpowiedzi. - Diaz otworzył szufladę i wyjął kopertę. - Niewiele, ale kilka na pewno. I mam też pytania do ciebie. Przypuszczam, że z czasem będziesz umiał na nie odpowiedzieć.
Otworzył kopertę i wyjął arkusz papieru. Była to kartka z notesu z odręcznymi zapiskami w punktach.
- Przepraszam, to pomoc, aby taki starzec jak ja nie zapomniał, co ma zrobić. Mój poprzednik upewnił się, że nauczyłem się na pamięć tego, co mam ci powiedzieć, jednak wolałem na wszelki wypadek wszystko zapisać.
- Na wszelki wypadek?
- Na wypadek mojej śmierci. Nie wiedzieliśmy, które planety zaatakuje Rój. San Martin w pewnym momencie omal nie zostało rozbite w pył. Ach-em... - Diaz włożył okulary do czytania. - Po pierwsze, Jasper dał ci kulkę. Masz ją?
- Tak. Wygląda bardzo podobnie do rdzenia pamięci, którego użyła Shelby, żeby mnie przywrócić do ciała.
- Zgadza się. To podobny rdzeń. I będziesz musiał użyć znowu aparatury z tego samego pomieszczenia na pokładzie statku pokoleniowego Skiohra, jeżeli chcesz zdobyć dostęp do zawartości tej kulki.
Świetnie.
- Mam wrócić do Skiohra? Chyba ostatnio nie są zbyt towarzyscy? Nie wpuszczają na swoją rodzimą planetę nikogo, kto nie jest Skiohra. Reszcie grożą śmiercią.
- Jestem tylko posłańcem, Tim. Po drugie, ten rdzeń pamięci okaże się bardzo użyteczny w odzyskaniu twoich wspomnień, ale tylko do pewnego stopnia. Nie zmieścisz trzynastu miliardów lat, całej historii wszechświata, w jednym ludzkim mózgu. Ale dostaniesz ogólne zarysy, to pewne. Bardzo niewiele wspomnień sytuacyjnych, raczej indeks albo spis treści. Na pewno okażą się pomocne, ale to nie rozwiązanie, o którym myślisz.
- No dobrze. Jak wypełnię to szczegółami?
Diaz wzruszył ramionami.
- Z tego, co zrozumiałem, nie wypełnisz.
- Żartujesz.
- Naprawdę chciałbyś mieć trzynaście miliardów lat wspomnień? Mnie zdarza się mylić imiona moich wnuków. Pomnóż to sobie przez kilka miliardów.
- Słusznie - przyznał Granger. - Dobra, co jeszcze?
- Po trzecie, niektóre z określonych wspomnień są niezwykle istotne do powstrzymania Findiri. Nie wolno ci ryzykować, że wpadną im w ręce, zanim je odzyskasz. Dlatego zostawiłeś sobie...
- Tak-tak, wiem o manuskryptach.
Diaz uniósł brwi.
- Och?
- Znalazłem jeden na planecie IXF z numerem, jakimś zapadłym świecie w sektorze Poincaré. To jakaś kopia Rękopisu Wojnicza, prawda?
- Zgadza się. Są jeszcze trzy. Potrzebujesz wszystkich czterech, aby złamać szyfr... Bo oczywiście przekaz jest zaszyfrowany. Każdą z ksiąg ukryłeś u innego gatunku obcych.
Granger rozmasował sobie czoło.
- No i właśnie to nie ma dla mnie najmniejszego sensu. Dlaczego w ogóle było to konieczne? Wróciłem jako okręt, stara OZF "Wiktoria". Wtopiłem się w jej systemy komputerowe czy coś podobnego. Moja pamięć była wtedy w jak najlepszym porządku. A wcześniej? Zdołaliśmy już poukładać trochę faktów. Wiadomo, że byłem na Ziemi w okresie średniowiecza, zapewne jako ja, w swoim staroświeckim, ludzkim ciele. Ponownie chyba z całkiem niezłą pamięcią. A teraz? Jestem wrakiem. Co to daje? Co, do jasnej cholery, sobie myślałem? Dlaczego postanowiłem przez to przechodzić?
Diaz pokiwał głową.
- Przykro mi, nie znam odpowiedzi. Przyznaję, że dla mnie to też nie ma wiele sensu.
- Raczej żadnego.
- Na pewno miałeś swoje powody, Tim. I to cholernie dobre, bo stawką jest los całej ludzkości.
Granger zamilkł, jak mu się zdawało, na długo. Kiedy został przywrócony do swojego ciała na statku Skiohra, był taki pewny. Pewny siebie. Wiedział, że szlak, który wytyczył, i plan, który przygotował, są dobre. Pozostawił sobie tylko kilka wspomnień dotyczących szczegółów planu - chyba specjalnie, choć z nieznanych przyczyn - ale miał pewność.
A teraz? Teraz był pieprzonym wrakiem.
- A Vestigium należy do ciebie, Tim. I wierz mi lub nie, grangeryści także. Zaskoczy cię, jak wielka część organiza...
Granger przerwał mu uniesieniem dłoni.
- Nie, no czekaj! Niech to będzie jasne, dobra? Nie chcę mieć nic wspólnego, absolutnie nic, z tymi fanatykami. Czczą jebanego człowieka. Mój Boże, do czego to doszło? Nie chcę się w to mieszać. A Vestigium? Świetnie. Mała grupa spiskowców. Później nauczycie mnie tajnego uścisku ręki. Przyjmę pomoc w pokonaniu Roju, Findiri i Bóg wie kogo jeszcze, kto czai się w kosmosie i chce nas zniszczyć, ale prowadzić was? Dołączyć? Zrobić coś więcej, niż przyjąć tymczasowe wsparcie, aby znowu ocalić świat? Marne, kurwa, szanse. Myślę, że zasłużyłem sobie na emeryturę. Albo na przyjemną śmierć. Tym razem permanentną.
Chyba udało mu się sparaliżować Diaza, a przynajmniej tak to wyglądało.
Jasper natomiast przyglądał mu się uważnie.
- Mówiono, że jesteś wrednym, kaustycznym dupkiem. Szlag. To nie był żart, nie?
Granger miał ochotę wybuchnąć - w głębi duszy. Miał ochotę rzucić krzesłem, walnąć pięścią. Ale tylko się zaśmiał.
- Młody, dopiero się rozkręcam.
Chłopak uśmiechnął się szerzej.
- Cieszę się, że mogę to zobaczyć na własne oczy. Przyrzekali mi, ale nie do końca w to wierzyłem.
- Kto przyrzekał?
Jasper skinieniem głowy wskazał Diaza.
- No, wie pan, Vestigium. Mama, zanim zginęła, była w Vestigium i też sporo mi opowiedziała. W każdym razie cieszę się, że mogę panu towarzyszyć i w miarę możności pomagać. Jak to się mówi: do pańskich usług. No to co teraz robimy?
- Mnie pytasz?
Jasper wzruszył ramionami i wstał.
- Pan jest szefem, szefie.
Granger zerknął na Diaza, który tylko rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: "To teraz twój problem, nie mój".
Musiał podjąć decyzję.
Mógłby się poddać. Mógłby znaleźć piękny, stromy klif i po prostu skoczyć. Mógłby się położyć na plaży i poczekać na przypływ.
Albo mógłby walczyć. Mógłby dowodzić albo udzielać rad.
Mógłby też uciec. Ukryć się i przemyśleć całą tę sprawę z Vestigium. Przesłuchałby dokładniej Diaza i wycisnął z niego każdy szczegół dotyczący organizacji.
Mógłby też wrócić na Ziemię i przywalić Oppenheimerowi w jaja. Albo odnaleźć Skiohra i załadować swój rdzeń pamięci. I znowu ocalić cholerny świat oraz całą ludzkość.
Po chwili wszystko stało się jasne. Tylko jedno miało dla Grangera sens, przynajmniej w kategoriach honoru.
- Wrócimy na Ziemię.
Obaj członkowie Vestigium popatrzyli na niego z niedowierzaniem. Diaz uniósł brwi, a Jasper nie krył całkowitego zaskoczenia.
- Co? - rzucili nierównym chórem.
- Słyszeliście.
- Ale, Tim, za twoją głowę wyznaczono astronomiczną cenę! Nawet na San Martin nie mogę zagwarantować ci bezpieczeństwa. A na Ziemi? Zapomnij. I zamierzasz tam polecieć na okręcie Zjednoczonej Floty? Nawet nie zdążysz wylądować, złapią cię o wiele wcześniej.
Granger wstał i przysunął krzesło do biurka.
- I właśnie dlatego nie zamierzam lecieć okrętem. Weźmiemy któryś z waszych statków. Zakładam, że macie jakąś jednostkę z napędem kwantowym?
Diaz wzruszył ramionami, ale skinął głową.
- Mamy kilka. Szczerze mówiąc, mamy małą flotę, która tylko czeka na twoje rozkazy...
- Świetnie, jeden statek wystarczy. - Granger skinął na Jaspera. - No to ruszajmy. Szkoda czasu.
Chłopak posłusznie podążył za nim do drzwi.
- Ale... co jest na Ziemi?
- Mamy takie motto, synu. Nigdy nie zostawiamy swoich. A ja zostawiłem. To błąd, który należy naprawić. Od razu. Komandor porucznik Qwerty utknął na Ziemi i pewnie jest już przesłuchiwany przez Findiri. Musimy go znaleźć i jak najszybciej stamtąd zabrać.
- Och... - odpowiedział tylko Jasper.
- No i nie przeszkadza, że ma ze sobą jeden z manuskryptów. Przygotuj statek. Odlatujemy natychmiast i nie wrócimy bez naszego człowieka, nawet gdybyśmy musieli przejść przez piekło, zamarznięte albo nie, wybierz sobie przysłowie, które najlepiej pasuje do sytuacji.
Diaz uśmiechnął się promiennie.
- Oto Tim, jakiego znam. - Skinął głową Jasperowi. - Słuchaj jego rozkazów, synu, tak będzie najlepiej. Granger wrócił.