Start Up My Love - Anna Ryś

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Antyporada #44

Podczas publicznego prezentowania start-upu ignoruj reakcje widowni. Jeśli ludzie, zamiast cię słuchać, patrzą w telefony, to znak, że po prostu jeszcze nie dorośli do twojej wizji. Nie przejmuj się nimi. I tak nie jesteś tam dla nich, tylko dla nagrań i fotek z mikrofonem na scenie, które potem wrzucisz na LinkedIn i Instagrama. To, czy ktokolwiek zrozumie, czym zajmuje się twój start-up, jest drugorzędne.

69 sposobów na spieprzenie start-upu - kompletny antyporadnik

Przez całe życie czułam się w jakimś sensie nieadekwatna. Niewystarczająca. Niepasująca.

Nigdy jednak bardziej niż w tym momencie.

Wdech. Wydech.

Wdech. Wydech.

Spokojnie, to nic takiego.

Tylko prezentacja, od której zależy przyszłość mojej firmy.

Tylko sala pełna inwestorów zarządzających łącznym kapitałem równym PKB średniej wielkości kraju.

Tylko scena, na którą za chwilę wejdę, by spróbować ich przekonać, że powinni wpakować kasę w mój projekt.

Matko. Co ja w ogóle tutaj robię?

To nie pierwszy raz w ciągu ostatnich siedmiu lat, kiedy zadawałam sobie to pytanie. Nie umniejszało to jednak jego zasadności. Ten dzień weryfikował bowiem, czy wszystko, przez co przeszłam, by tu dotrzeć, miało sens. Czy ścieżka, którą trochę przypadkiem dla siebie wybrałam, była tą właściwą. Już niedługo miało się potwierdzić, czy aby na pewno jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu.

Potrzebowałam tego potwierdzenia z zewnątrz, bo wewnątrz kłębiło się we mnie coraz więcej wątpliwości. No i nie ukrywajmy, że potrzebowałam też pieniędzy na rozwój Bondally, czwartego z kolei (i przysięgam, że ostatniego) start-upu, który współtworzyliśmy z Gregiem.

Tak naprawdę jedna potrzeba wiązała się z drugą.

Pozyskanie inwestycji nadałoby moim wysiłkom konkretną wartość. Bardzo konkretną: półtora miliona dolarów. Tyle chcieliśmy - nie, tyle potrzebowaliśmy zebrać w tej rundzie finansowania. To oznaczało wycenę Bondally na poziomie piętnastu milionów dolarów. Ambitny cel, ale nie mniej realny niż dostanie się do prestiżowego programu akceleracyjnego Thrivepad. A to, po wielu próbach, w końcu nam się to udało. W związku z tym ostatnie trzy miesiące spędziliśmy, pracując bez wytchnienia nad rozwojem naszego projektu pod okiem niesamowitych mentorów, o których kiedyś mogliśmy tylko marzyć.

Dzisiejszy Demo Day był zwieńczeniem programu. Finałem, podczas którego mieliśmy się zaprezentować przed najważniejszymi funduszami VC oraz aniołami biznesu z USA i wielu innych krajów.

Tym bardziej nie mogłam tego spieprzyć. Musiałam wykorzystać tę szansę. Dla siebie. Dla Grega. Dla całego zespołu. Dla Bondally, w które wierzyłam bardziej niż w siebie samą. Wiedziałam, że nasza aplikacja jest ludziom potrzebna i że autentycznie może zmienić wiele żyć na lepsze. Nie byłam tylko pewna, czy jestem najwłaściwszą osobą, by poprowadzić ten start-up tak, jak na to zasługiwał. Tak, żeby odniósł sukces.

A jeśli ja nie byłam pewna, jak miałam przekonać o tym inwestorów?

Byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów i żadne głębokie, powolne oddechy nie mogły temu zaradzić. Mimo to cały czas starałam się je uskuteczniać, z nadzieją, że mój mózg w końcu załapie, iż powinien przekazać bijącemu niczym młot pneumatyczny sercu, by się uspokoiło.

Na to, że nie będę się pocić, jakbym zaraz miała stawić czoła stadu rozwścieczonych hien, już dawno przestałam liczyć. Dobrze, że wysmarowałam się grubą warstwą obrzydliwie chemicznego antyperspirantu, który obiecywał zablokować gruczoły potowe na siedemdziesiąt dwie godziny. Wyglądało na to, że działał, bo warstewka wilgoci zdawała się pokrywać absolutnie każdy milimetr mojego ciała poza pachami. Normalnie unikałam takich kosmetyków, ale przecież nie mogłam pozwolić, żeby plamy potu odciągnęły uwagę widowni od prezentacji.

Jeśli już musieli na mnie patrzeć, wolałam, żeby patrzyli na moją pierś. To znaczy na logo Bondally na mojej piersi.

Od jedenastu tygodni nosiłam praktycznie tylko firmowe koszulki - z kodem QR i adresem strony internetowej na plecach. Byłam dosłownie chodzącą reklamą naszego start-upu. Dodatkowym plusem było to, że nie marnowałam rano czasu na przeglądanie ciuchów, bo moim domyślnym wyborem były T-shirt i dowolne spodnie albo legginsy. Zaoszczędzało mi to co najmniej pięć minut dziennie, które mogłam poświęcić na pracę. Opcjonalnie na spanie.

Pięć minut. Chciałabym mieć aż tyle na swoją prezentację. Ale miałam tylko trzy. Nie było szans, żeby Molly, która koordynowała Demo Day, jakby była chodzącym szwajcarskim zegarkiem, dała mi choćby sekundę więcej. Każdy start-up miał dokładnie siedem minut: trzy na pitch i cztery na pytania od inwestorów.

Przezornie ćwiczyłam tak, żeby zmieścić się w dwie i pół minuty, ale z doświadczenia wiedziałam, że na scenie czas biegnie inaczej, a jedno potknięcie może sprawić, że cała misternie przygotowana prezentacja się posypie.

Wdech... Wydech...

Dasz radę, Jules. Musisz dać radę.

- Mikrofon - usłyszałam nagle blisko ucha i przestraszona omal nie podskoczyłam.

Nie dałam jednak po sobie poznać, że cokolwiek jest nie tak. W środku emocje mogły się we mnie gotować, ale na zewnątrz byłam oazą spokoju. Ułożyłam usta w sympatyczny uśmiech i spojrzałam na obwieszonego kablami mężczyznę.

Powinnam się go spodziewać. Zaraz moja kolej.

- Przypnę nadajnik do spodni z tyłu, okej? - zaproponował profesjonalnym tonem, chociaż widać było, że wolałby nie musieć grzebać przy kobiecej odzieży.

- Jasne. - Skinęłam głową i ustawiłam się tak, żeby miał łatwy dostęp do paska spodni.

- Możesz to przeciągnąć pod koszulką? - Podał mi kabel, na którego końcu znajdował się malutki mikrofon.

Spełniłam jego prośbę i przypięłam urządzenie do dekoltu T-shirtu, po czym odwróciłam się przodem do mężczyzny, by mógł skontrolować, czy zrobiłam to dobrze.

Kiedy się tym zajmował, ponownie spojrzałam w kierunku publiczności i odszukałam wzrokiem trzy kamery ustawione w różnych punktach sali. Demo Day był transmitowany online i nagrywany dla tych, którzy zostali zaproszeni do oglądania wydarzenia, ale nie załapali się na miejsce na widowni - ten przywilej był zarezerwowany dla wyselekcjonowanych inwestorów i założycieli start-upów z letnio-jesiennej edycji programu Thrivepad.

Przełknęłam ślinę. Z trudem.

Oczywiście, że zaschło mi w gardle.

Na szczęście w zasięgu ręki, nieopodal wejścia na scenę, był stolik, a na nim - butelki wody oklejone logo Thrivepad. Chwyciłam jedną i zaspokoiłam pragnienie, po czym zerknęłam na zegar odliczający czas do końca prezentacji poprzedzającej moją. Zostało trzydzieści sekund. Potem pytania, maksymalnie minuta przerwy technicznej i moja kolej.

Ba-bam. Ba-bam. Ba-bam... Serce obijało się o żebra z taką siłą, iż miałam wrażenie, że słyszę każde jego uderzenie.

Na chwilę skupiłam uwagę na scenie i stojącym na niej Rohanie, młodziutkim CEO Intellywear. Właśnie dotarł do slajdu, na którym widniało hasło: "Zmieniamy na lepsze".

Parsknęłam cichym śmiechem. Widziałam ten pitch już wcześniej, bo wszyscy ćwiczyliśmy nasze prezentacje do upadłego podczas poświęconych temu warsztatów. Ten tekst jednak niezmiennie mnie bawił. Był modelowym przykładem, jak start-upy dorabiają ideologię do tego, co robią. Dosłownie każdy gadżet i każda aplikacja musiały mieć za sobą misję godną Nagrody Nobla - nawet taki Intellywear, który stworzył inteligentne skarpetki łączące się z telefonem, by informować użytkownika, że najwyższy czas je zmienić.

Nie miałam pojęcia, czy ten produkt kiedykolwiek mi się przyda, ale nie wątpiłam, że Rohan przekona do niego inwestorów. Od tego chłopaka biła pewność siebie. I to w taki niewymuszony, wywołujący natychmiastową sympatię sposób. Miał naturalną charyzmę, której mnie brakowało. Dokładnie wiedział, co i jak mówić. Nie zająknął się ani razu. I naprawdę brzmiał, jakby szczerze wierzył, że jego skarpetki są tym, czego brakuje światu. Czymś, co zaspokoi ukryte pragnienia każdego człowieka. W końcu po co komu sen, jedzenie i seks, kiedy ma czyste skarpetki i aplikację, w której zabawna skarpeta z guzikami zamiast oczu monitoruje postępy, nagradza za sukcesy i gani za ignorowanie zaleceń?

Nie podobało mi się, że o zainteresowanie inwestorów konkurowaliśmy z chłopakami od skarpetek, ale lubiłam ich i im kibicowałam. Byli pełnymi zapału, pozytywnie nastawionymi do życia ludźmi. Widać było, że to ich pierwszy start-up i jeszcze nie poczuli goryczy porażki. Jeszcze nie zdążyli się wypalić.

Całkiem możliwe, że w ich wieku miałam w sobie podobną energię i równie niezłomną pasję.

Ech, czuję się staro.

W każdym razie podziwiałam nie tylko charyzmę Rohana, ale też to, że udało mu się skończyć przed wyznaczonym czasem. Zostało mu piętnaście sekund, a już spuentował swój pitch. Skurczybyk. W trakcie prezentowania wywołał kilka salw śmiechu i wiedziałam, że zaraz wywoła kolejną. I niby nie chodziło o to, kto najbardziej rozbawi publiczność, ale na pewno zwiększało to szanse na bycie zapamiętanym.

Nagle rozległ się głośny sygnał przychodzącego powiadomienia i kątem oka dostrzegłam, jak kilka osób na widowni nerwowo sprawdza swoje telefony w obawie, że zapomnieli wyłączyć w nich dźwięk. Uśmiechnęłam się pod nosem, wdzięczna za ten chwilowy rozpraszacz.

- Przepraszam! - zawołał ze świetnie odegranym zakłopotaniem Rohan, wyciągając smartfon z kieszeni stylowej marynarki. - Wygląda na to, że trochę się zestresowałem, i Intellywear podpowiada mi właśnie, że potrzebuję nowej pary skarpetek. - Podrapał się po karku, jakby nie wiedział, co z tym fantem zrobić.

Na widowni, rzecz jasna, rozległ się śmiech.

Kurczę, gość był naprawdę dobry w te klocki.

- Ale może nie będę ich zmieniać na scenie - dodał wesoło i puścił oko do publiczności, która znowu nagrodziła go śmiechem. - Dziękuję za uwagę, zachęcam was do testowania Intellywear i zapraszam do zadawania pytań! - Ukłonił się, machając zamaszyście ręką.

Dokładnie w tym momencie skończył się czas i rozbrzmiały brawa, a nawet pojedyncze gwizdy. Na zegarze rozpoczęło się kolejne odliczanie. Cztery minuty na pytania i odpowiedzi. Publika natychmiast ucichła.

- Gratuluję świetnej prezentacji - powiedziała siedząca w pierwszym rzędzie kobieta, partnerka jednego z najznamienitszych funduszy VC w Dolinie Krzemowej.

Zaraz potem przeszła do pytania, ale ja już nie słuchałam, zajęta gaszeniem płomyków zazdrości, które we mnie zapłonęły. Nie było opcji, żebym zebrała podobne pochwały.

To nie tak, że jeśli jakiś fundusz zdecyduje się zainwestować w jeden start-up, wszystkie inne nie mają już szans, ale w pewnym sensie stanowiliśmy dla siebie konkurencję. Im lepiej ktoś się zaprezentował, tym gorzej na jego tle wypadali pozostali.

Skup się! - rozkazałam sobie w myślach.

Szybko unosiłam i opuszczałam ramiona, wizualizując strząsanie niewidzialnego ciężaru z barków. Nie było teraz istotne, kto jest lepszy, a kto gorszy. I tak nie mogłam nic z tym zrobić. Mogłam jedynie nie schrzanić własnej prezentacji.

Zagapiłam się w nieokreślony punkt na końcu sali i przewinęłam w myślach slajdy oraz teksty, które znałam na pamięć. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić tuż przed wejściem na scenę, bo jeszcze przypadkiem namieszam sobie w głowie, ale nie umiałam się powstrzymać.

"Sześćdziesiąt sześć procent pytanych przez nas osób nie jest zadowolonych z tego, jak często widuje się ze swoimi bliskimi i znajomymi. Mimo to poświęcają więcej czasu na rozwój w pracy niż pielęgnowanie swoich relacji".

"Liczne badania wskazują na spadek liczby i jakości relacji społecznych, szczególnie wśród młodych ludzi".

"Stoimy u progu Pandemii Samotności".

"Samotność i izolacja społeczna zwiększają ryzyko przedwczesnej śmierci o około trzydzieści procent - porównywalnie do skutków wypalania piętnastu papierosów dziennie".

"Relacje międzyludzkie wpływają na poziom szczęścia, zdrowie i długość życia bardziej niż aktywność fizyczna, zdrowa dieta, medytowanie czy pieniądze".

"Właśnie dlatego stworzyliśmy Bondally! Aplikację, która..."

Omal się nie przewróciłam, gdy ktoś przebiegł obok i mnie przy tym potrącił.

- Ej! - zawołałam poirytowana, trochę głośniej, niż wypadało.

Wysoki blondyn zatrzymał się na sekundę na schodkach prowadzących na scenę.

- Sorry! - rzucił przez ramię i pognał dalej.

Na widok jego przepraszającego uśmiechu natychmiast złagodniałam.

Evan, CTO skarpetkowego start-upu. Musiałam przegapić moment, w którym wspólnik przywołał go do siebie w celu wyjaśnienia jakiejś technicznej zawiłości.

Na Evana nie dało się złościć. Polubiłam go już jedenaście tygodni temu, kiedy poznawaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami programu akceleracyjnego, i od tamtej pory nic się nie zmieniło. Był nieco nieśmiały, super inteligentny, pomocny i mniej więcej tak uroczy jak szczeniak labradora. Był też totalnym nerdem. Zupełnie jak Greg. Nic dziwnego, że świetnie się dogadywali.

Swoją drogą, gdzie jest Greg?

Obiecał, że będzie czekał na mój znak, w razie gdybym ja też potrzebowała wsparcia CTO. Znając go, zaszył się w najciemniejszym kącie i później będzie udawał, że nie słyszał, kiedy został wywołany do odpowiedzi. Na wszelki wypadek nauczyłam się kilku formułek o naszej technologii, ale mimo wszystko liczyłam, że wspólnik mnie nie zawiedzie.

Nie dzisiaj. Dzisiaj nie było miejsca na pomyłki.

To oczywiście nie pierwszy raz, kiedy prezentowałam ten czy inny start-up. Robiłam to wiele, wiele razy, a na widowni nierzadko siedziały setki osób. Raz nawet tysiące - o wiele więcej niż tutaj. Ale nigdy wcześniej tak wiele nie zależało od tego, jak wypadnę.

Podobno bywało, że start-upy zbierały całość finansowania w ciągu kilku godzin od zakończenia Demo Day. Rekordzistom zajęło to pół godziny od zejścia ze sceny. W Europie tego typu akcje się nie zdarzały. I nie wierzyłam, że coś podobnego przytrafi się dzisiaj nam. Zresztą nie zależało mi na biciu rekordów, tylko na znalezieniu inwestorów, którzy uwierzą w Bondally tak jak ja i reszta zespołu. Którzy nie będą oczekiwać natychmiastowych zwrotów z inwestycji. Którzy zrozumieją, że owszem, budujemy biznes, ale też próbujemy zrobić coś dobrego i chociaż droga do sukcesu nie jest prosta, nie możemy iść na skróty.

- Widzicie, a ja bym po prostu powiedział, że to magiczne włókna! - dobiegł mnie głos Rohana, który tym żartem przerwał techniczny słowotok swojego CTO.

Zerknęłam na zegar. Dwadzieścia jeden sekund.

Wdech. Wydech.

- Szybkie pytanie - odezwał się Peter, jeden z założycieli funduszu Thrivepad. Zazwyczaj siedział cicho, bo już wszystko o nas wiedział. Ale czasami zadawał swoje "szybkie pytania", by pomóc start-upowi w wykorzystaniu na maksa czasu na scenie. - Mówiłeś, że macie w planach użycie swojej technologii również w innych ubraniach. Co jest następne na liście po skarpetkach?

- Logicznym krokiem byłaby bielizna - odpowiedział natychmiast Rohan. - Ale rozumiemy, że niektórzy mogą nie chcieć, żebyśmy zaglądali im do majtek, więc... raczej zaczniemy od koszulek. - Jego usta rozciągnęły się w niemożliwie szerokim uśmiechu, odsłaniającym niemal wszystkie zęby, których biel kontrastowała z brązową skórą chłopaka.

Zadźwięczał gong oznaczający koniec czasu.

Nie przestając się uśmiechać, Rohan pomachał publiczności, jakby był artystą, który właśnie zakończył przedstawienie, po czym zszedł ze sceny. Evan skinął tylko głową w stronę inwestorów i z rękami w kieszeniach dżinsów podążył za wspólnikiem.

- Powodzenia - powiedział, gdy zatrzymał się przy mnie.

- Dzięki - odparłam tak cicho, że prawdopodobnie mnie nie usłyszał przez szum rozmów na widowni. Wypiłam ostatni łyk wody i odchrząknęłam. - Poszło wam super.

- Tobie też pójdzie.

Oby.

- Julia, na scenę! - zarządziła Molly i wcisnęła mi do ręki pilota do zmiany slajdów, a drugą popchnęła mnie delikatnie w kierunku schodków.

Wyrzuciłam pustą butelkę do kosza, nabrałam głęboko powietrza i wraz z wydechem weszłam na deski niewielkiego podestu. W kilku krokach znalazłam się za multimedialną mównicą. Był już na niej widoczny mój pierwszy slajd: "Bondally. Prawdziwie ludzkie relacje", a poniżej ustawiony na trzy minuty zegar, który jeszcze nie rozpoczął odliczania. To samo wyświetlało się na wielkim ekranie za moimi plecami.

Jeśli wcześniej się denerwowałam, teraz, w świetle reflektorów, ogarnęło mnie totalne przerażenie.

Było gorąco, potwornie gorąco. Jak Rohan wytrzymał tutaj w marynarce?

Wdech... Wydech... Akcja!

Przykleiłam na usta promienny, wyćwiczony uśmiech i podniosłam oczy na publiczność. Na sali panował półmrok, więc nie byłam w stanie dostrzec zbyt wielu szczegółów, ale udało mi się zauważyć zaciekawienie na niektórych twarzach - to już coś. Inne były znużone lub wpatrzone w ekrany smartfonów. Standard. Musiałam po prostu wzbudzić ich zaciekawienie. Po to tutaj byłam. Z tyłu głowy pojawiła się jednak niewygodna myśl, że nie dostarczę im tyle rozrywki, co Rohan i jego skarpetki. Po tym wystąpieniu każde następne będzie się wydawało nudne.

Zamiast skupić się na tym, co miałam przećwiczone od deski do deski, zaczęłam się zastanawiać, czy nie uda mi się wcisnąć gdzieś jeszcze jakiegoś żarciku.

Cholera, co ja najlepszego wyprawiam?!

Najwyraźniej próbuję zawalić najważniejszą prezentację w swoim życiu. Położyć kolejny start-up. Zawieść Grega. Zespół. Siebie.

Ja pierdolę.

Ha, zabawna sprawa. Zazwyczaj nie przeklinałam. Poza momentami, kiedy byłam bardzo, bardzo zestresowana. Albo kiedy zaczynałam panikować.

Cóż.

Wyobraziłam sobie komiczną minę, która pojawiała się na twarzy Grega za każdym razem, gdy słyszał z moich ust przekleństwo, i zaśmiałam się wewnętrznie. To rozluźniło mnie na tyle, że kiedy odliczanie na zegarze ruszyło, mój uśmiech się poszerzył i bez wahania skierowałam do widowni pytanie:

- Przyznać się: komu zdarzyło się obiecać mamie, że do niej zadzwoni, tylko po to, by później o tym zapomnieć? - Przesunęłam wzrokiem po sali ze śmiałością, której nadal nie czułam, ale którą już potrafiłam przekonująco udawać. - Ręka do góry! - dodałam i sama uniosłam swoją, by zachęcić pozostałych.

No dalej, nie zawiedźcie mnie.

Zajęło to kilka cennych sekund, jednak w końcu publiczność się ożywiła i ręce zaczęły wędrować do góry. Kilka osób się zaśmiało. Niektórzy kręcili głowami, jak gdyby nie dowierzali, że aż tyle ludzi jest współwinnych tego występku.

Już miałam kontynuować, gdy po prawej stronie sali rozległo się czyjeś drwiące parsknięcie, które wybiło mnie z rytmu. Mój wzrok natychmiast powędrował ku źródłu tego dźwięku.

Pomiędzy drzwiami wejściowymi a neonem z hasłem "Launch. Grow. Thrive." stał jakiś cwaniak w białej koszuli z podwiniętymi rękawami. Opierał się nonszalancko o ścianę, krzyżując ręce na piersi. Z tej odległości, w przytłumionym świetle LED, nie widziałam dobrze jego oczu, a mimo to odniosłam wrażenie, że przeszywa mnie oceniającym spojrzeniem.

Niepokój ścisnął mi żołądek. Zmusiłam się, by zignorować to uczucie.

Gdy mężczyzna zauważył, że na niego patrzę, machnął niedbale dłonią w geście, który miał chyba oznaczać: "Mną się nie przejmuj, kontynuuj". I przysięgam, że uniósł przy tym kącik ust w prześmiewczym uśmieszku. A we mnie aż się zagotowało.

Nie zamierzałam pozwolić, by brak zainteresowania jednego ważniaka, który nawet nie był na tyle ważny, by dostać miejsce siedzące na widowni, wytrącił mnie z równowagi.

To mój moment. I niech mnie diabli, jeśli dopuszczę, by cokolwiek go zepsuło.

- Nie martwcie się, to dosyć powszechny problem - zapewniłam wesoło, skupiając wzrok na inwestorach przede mną. - Niestety. - Wykrzywiłam usta w grymasie mającym oznaczać coś pomiędzy rozczarowaniem a współczuciem.

Kliknęłam przycisk na pilocie i szybkim rzutem oka na ekran potwierdziłam, że nic się nie zacięło i wszyscy patrzą na odpowiedni slajd.

A potem przeszłam do głównej części prezentacji.

2

Antyporada #67

Jeśli masz czas na wysypianie się, aktywność fizyczną i cokolwiek, co nie przekłada się bezpośrednio na skalowanie twojego start-upu, to znaczy, że nie ciśniesz wystarczająco mocno. Na zdrowie przyjdzie pora po exicie. Na kluczowych metrykach wzrostu musisz się skupić teraz.

69 sposobów na spieprzenie start-upu - kompletny antyporadnik

5:00 - pobudka, oczywiście bez budzika, bo przecież codziennie wstajesz o tej samej porze i twój organizm tak umie

5:01 - poranna toaleta i duża szklanka ciepłej wody

5:15 - medytacja

5:35 - journaling i/lub praktyka wdzięczności

5:45 - wizualizacja sukcesu i afirmacja

5:50 - aktywność fizyczna (najlepiej połączona ze słuchaniem inspirującego audiobooka lub podcastu i ekspozycją na słońce)

6:20 - lekkie śniadanie niskowęglowodanowe albo - w wersji premium - bulletproof coffee z organicznym olejem MCT i masłem od szczęśliwych krów karmionych trawą

6:40 - zaplanowanie trzech najważniejszych zadań na dziś

6:45 - 90 minut deep work, czyli pracy w pełnym skupieniu, bez rozpraszaczy

8:15 - krótki spacer na świeżym powietrzu w celu ponownego oczyszczenia umysłu

8:30 - otwarcie się na współpracę z innymi, pierwsze spojrzenie na e-maile

Idealna poranna rutyna według guru produktywności.

Zen do kwadratu, synergia ciała i ducha, maksymalna wydajność i tak dalej.

Szkoda, że moje poranki wyglądały zazwyczaj zgoła inaczej.

Dzisiejszy zaczęłam od odklejenia policzka od iPhone'a. Wczoraj od momentu powrotu do mieszkania po Demo Day mniej więcej trzy razy na sekundę odświeżałam aplikację Thrivepad Connect, w której inwestorzy oznaczali ulubione start-upy i wysyłali zaproszenia na spotkania w przyszłym tygodniu. Każde z tych spotkań mogło doprowadzić do inwestycji.

Niby wiedziałam, że brak natychmiastowej reakcji nie sprawi, że zaproszenie przepadnie, ale nie chciałam żadnego przegapić. Przyszłość Bondally zależała od tego, czy uda nam się zebrać pieniądze na dalszy rozwój.

Nie wiem, o której dokładnie zasnęłam. Pewnie gdzieś pomiędzy północą a pierwszą w nocy - za to przynajmniej w łóżku, co można uznać za mały sukces. Obudził mnie dźwięk budzika tuż przy uchu, który rezonował w mojej czaszce i wwiercał się prosto w mózg.

Z głośnym, przeciągłym jęknięciem dotknęłam przycisku drzemki. Raz. Drugi. Trzeci. A potem westchnęłam ciężko i zdecydowałam, że koniec tego dobrego. Bardzo nie chciało mi się wstawać, ale na dalszy sen i tak nie miałam szans. Byłam jednocześnie zbyt zmęczona i za bardzo nabuzowana nerwową energią.

Wraz z budzikiem wyłączył się tryb nocny, a ekran smartfonu zalała fala powiadomień. Mój żołądek zacisnął się pod wpływem mieszanki stresu i ekscytacji.

Powieki miałam ciężkie jak z ołowiu, ale natychmiast się rozchyliły, gdy tylko w mojej głowie pojawiła się myśl, że część powiadomień może dotyczyć kolejnych zaproszeń.

Zegarek w telefonie wskazywał ósmą dwadzieścia osiem. Budzik miałam ustawiony domyślnie na ósmą, bo powiedzmy sobie szczerze, rzadko kładłam się spać na tyle wcześnie, by otworzyć oczy przed tą godziną. I nie było sensu wmawiać sobie, że uda mi się to zmienić. A już na pewno nie w ciągu najbliższych kilku tygodni.

Była sobota, więc prawie cały zespół miał wolne, a mimo to wśród dymków na ekranie roiło się od notyfikacji o nowych wiadomościach na Slacku, naszym firmowym komunikatorze. Uśmiechnęłam się, ale chwilowo je pominęłam i otworzyłam pierwsze powiadomienie z Thrivepad Connect. Kiedy zobaczyłam, że to zaproszenie od Shrub Capital, jednego z funduszy VC, na których najbardziej mi zależało, aż usiadłam na materacu i zapiszczałam z podekscytowania. Serce waliło mi jak szalone.

Czy to już się liczy jako poranne cardio?

Zaakceptowałam zaproszenie i zacisnęłam pięść w geście zwycięstwa. Pogratulowałam sobie w duchu, że poprzedniego wieczoru zebrałam się na odwagę i podeszłam do jednego z partnerów funduszu podczas networkingowego bankietu po Demo Day.

Po siedmiu latach prowadzenia start-upów nadal czułam się nieco niezręcznie, zagadując obcych ludzi, zwłaszcza jeśli nikt mnie im najpierw nie przedstawił, ale była to jedna z (wielu) ról CEO start-upu. Nie mogłam liczyć, że Greg zrobi to za mnie. Zmył się z bankietu jakieś dziesięć minut po jego rozpoczęciu. I tak byłam w małym szoku, że wcześniej, podczas sesji pytań i odpowiedzi, dobrowolnie, bez konieczności bycia zawołanym, wszedł na scenę, gdy tylko padło bardziej techniczne pytanie. Pewnie zdecydował się na to z obawy, że jeśli zostawi mnie samą, palnę coś w stylu: "No więc... to wszystko sprawka naszych magicznych algorytmów". Podchodził do swoich algorytmów zbyt poważnie, by dać je nazwać "magicznymi".

W Thrivepad Connect czekały jeszcze trzy zaproszenia. Je również zaakceptowałam po pobieżnym przeczytaniu opisów funduszy i aniołów biznesu, którzy je wysłali. Dopóki nie mieliśmy konkretnych propozycji inwestycyjnych, nie mogliśmy wybrzydzać. Poza tym porozmawiać nie zaszkodzi.

Przeszłam do zakładki z kalendarzem. Było tam już siedemnaście spotkań. Uśmiechnęłam się z ulgą. To całkiem niezły wynik. Może nie idealny, ale niezły.

Profil Bondally zebrał do tej pory ponad czterdzieści polubień i modliłam się w duchu, by choć część z nich przełożyła się na kolejne zaproszenia.

Sprawdziłam też maila (o dziwo, nie było tam żadnych super ważnych wiadomości) i zajrzałam na Instagrama. Od wczoraj przybyło nam sporo obserwujących, a Magda, nasza mistrzyni marketingu, jak zwykle stanęła na wysokości zadania i odpisała na wszystkie komentarze pod postem zapowiadającym Demo Day. Dzisiaj miał się pojawić kolejny, z fragmentami mojej prezentacji. W aplikacji do zarządzania mediami społecznościowymi znalazłam gotowy szkic, który czekał na akceptację.

Obejrzałam filmik, poprawiłam kilka szczegółów w opisie (wewnętrzna perfekcjonistka nie pozwoliłaby mi na nic innego) i zatwierdziłam publikację. Potem otworzyłam komunikator i napisałam do Magdy, żeby podziękować jej za świetną robotę. Pracowała z Polski, więc dobiegała u niej osiemnasta, ale byłam pewna, że zastanę ją online. Dzisiaj miała monitorować nasze social media, a poza tym ta dziewczyna żyła z nosem przyklejonym do ekranu - i czasami tylko zmieniała ten mały w smartfonie na większy w laptopie.

Odpisała niemal natychmiast.

Kanał: # marketing ?
M
Wiadomość od:
Magda

Nie ma sprawy

J
Wiadomość od:
Julia

A teraz spadaj stąd i spędź trochę soboty na weekendowaniu. Przejmuję pałeczkę.

J
Wiadomość od:
Magda

Daj spokój, to ty powinnaś dzisiaj odpocząć. Będę do końca dnia online. Podładuj baterie, żebyś mogła dać czadu na spotkaniach z inwestorami!

J
Wiadomość od:
Julia

Wspominałam ci już, że jesteś najlepsza?

M
Wiadomość od:
Magda

Mogłabyś wspominać częściej

J
Wiadomość od:
Julia

Jesteś najlepsza!

J
Wiadomość od:
Julia

I policz sobie nadgodziny.

M
Wiadomość od:
Magda

O to się nie martw.

Przełączyłam się na ogólnofirmowy kanał i odpisałam na wiadomości od reszty zespołu. Wszyscy oglądali transmisję z Demo Day na żywo - chociaż w ich strefach czasowych oznaczało to piątkową noc - i dopytywali o odzew inwestorów. Podzieliłam się dobrymi wieściami, dziękując im przy okazji za wsparcie i podkreślając, że to nasz wspólny sukces. Pochwały i motywacyjne frazesy nie przychodziły mi naturalnie, ale wiedziałam, jak bardzo są ludziom potrzebne, więc starałam się o nich nie zapominać.

Poczekałam na pierwsze emotkowe reakcje i bogate w gify komentarze, po czym odłożyłam telefon na ładowarkę indukcyjną i wreszcie zwlekłam się z łóżka.

Pora zacząć ten dzień.

Cały czas przepełniało mnie napięcie, które uniemożliwiało wszelkie statyczne formy odpoczynku. Musiałam je jakoś rozładować. Dlatego zdecydowałam się na prawdziwe cardio w postaci biegania. I po raz pierwszy od dawna nie musiałam się do tego zmuszać. Czułam, że dokładnie tego potrzebuję.

Odsłoniłam rolety, by się upewnić, że pogoda nie pokrzyżuje mi planów. Zgodnie z moimi przewidywaniami nie padało. O tej porze roku w San Francisco deszcz był raczej anomalią.

Przez ostatnie dwa tygodnie panował tu potworny upał, ale dziś na chwilę odpuścił i miało być bliżej dwudziestu niż trzydziestu stopni. Celsjusza, rzecz jasna. Mieszkałam w USA od trzech miesięcy i nadal się nie przestawiłam na ich dziwaczny system miar. I wcale nie miałam zamiaru. Tuż po dopięciu inwestycji i tak planowałam wrócić do Europy.

Od razu włożyłam legginsy i sportową koszulkę (im bardziej gotowa byłam do wyjścia, tym mniejsza szansa, że się rozmyślę) i ruszyłam do łazienki. Na szczęście w mieszkaniu były dwie i jedna przylegała bezpośrednio do mojej sypialni, więc nie musiałam się nią z nikim dzielić.

W każdym razie już nie.

Inaczej było przez pierwszy miesiąc pobytu tutaj. Mieszkaliśmy i pracowaliśmy wtedy na kupie całym sześcioosobowym zespołem. Było wesoło, kreatywnie i intensywnie, a przy okazji udowodniliśmy, że jesteśmy zgraną ekipą, która potrafi się dogadywać nawet w najbardziej stresujących sytuacjach. Nie żałowałam jednak, że na co dzień nie dzieliliśmy ani mieszkania, ani biura i każdy mógł pracować z dowolnego zakątka świata. A prywatna łazienka to zdecydowanie miły bonus.

Szczotkując zęby, przyglądałam się sobie w lustrze i z niezadowoleniem stwierdziłam, że solidna dawka snu nic nie dała. Wyglądałam gorzej niż wczoraj. Miałam podkrążone oczy, stan skóry pozostawiał wiele do życzenia (żadne witaminowe suplementy i odżywcze kremy nie mogły naprawić tego, co zepsuło wiele tygodni nerwów), a na policzku zauważyłam odciśnięty ślad po smartfonie. Cudownie.

Moją uwagę szybko przykuło coś jeszcze: spora czerwona kropka pomiędzy piegami na nosie. Przysunęłam się do lustra i westchnęłam z rezygnacją. Kolejny pryszcz. Nie nadawał się do wyciśnięcia, ale i tak przyłożyłam palce po obu jego stronach i... w ostatniej chwili się pohamowałam. Bardzo odpowiedzialnie postanowiłam, że po bieganiu nakleję na niego plasterek na wypryski.

Brawo ja.

Zirytowało mnie to jednak. Jak to możliwe, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat nadal miewałam pryszcze? Kiedy wchodziłam w okres dojrzewania, mama zapewniała, że to przejściowe. I nawet nie mogę powiedzieć, że rodzona matka mnie okłamała. Po prostu mówiła z własnego doświadczenia. Cóż, moje było nieco inne. Nie wiem, jakim cudem odziedziczyłam po mamie tak wiele cech wyglądu - ciemną, oliwkową karnację, szeroki nos, gęste brwi, włosy w kolorze gorzkiej czekolady i piwne oczy - ale nieskazitelnej cery akurat nie. Ani pełnych ust i dużych piersi.

To jakiś kiepski genetyczny żart.

Powtarzając w myślach, że nie będę się tym teraz przejmować, związałam niesforne kosmyki w kitkę. Wczoraj udało mi się je ujarzmić w coś pomiędzy falami a lokami, ale dzisiaj były jednym wielkim chaosem.

Nie szkodzi. To tylko bieg po parku.

Założyłam na ramię opaskę na telefon, wcisnęłam do uszu słuchawki bezprzewodowe i wyszłam do salonu połączonego z kuchnią i jadalnią. Stąpałam możliwie najciszej, bo Greg spał w swoim pokoiku na antresoli, wydzielonym cienkimi przesuwnymi ściankami. Miał zwyczaj siedzenia przy komputerze do bardzo późna i potrafił być okrutnie zrzędliwy, jeśli obudziło się go za wcześnie. A i bez tego miewał humorki niczym smerf Maruda.

Podeszłam do zlewu, nalałam sobie szklankę wody i wypiłam ją duszkiem.

Ha! Nawadnianie się i ruch. To już dwa z punktów idealnej porannej rutyny. Co prawda był kwadrans po dziewiątej, a nie szósta rano, ale lepiej późno niż wcale, co nie?

Nie chciałam jeść niczego dużego przed bieganiem, jednak czułam, że dobrze byłoby coś przekąsić, więc przejrzałam kuchenne szafki. Niestety świeciły pustkami. Nic dziwnego. Od dawna nie robiliśmy większych zakupów i spałaszowaliśmy już wszystko, co dało się zjeść bez gotowania. Zostały tylko jakieś podejrzane cukierki i jeszcze bardziej podejrzana paczka rodzynek, które były chyba reliktem po poprzednich lokatorach. Na koniec zajrzałam do lodówki, ale i tam nie znalazłam nic sensownego.

Ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo intensywne. Pracowaliśmy od świtu do nocy, żeby mieć jak najwięcej do pokazania na Demo Day. Z mieszkania wychodziliśmy tylko wtedy, gdy naprawdę musieliśmy - głównie na spotkania i wykłady w ramach programu Thrivepad. Na gotowanie nie było czasu, więc żywiliśmy się mrożonkami i fast foodami.

Ustawiłam w telefonie przypomnienie, by w drodze powrotnej kupić coś pożywnego na śniadanie i zapas zdrowych przekąsek. Być może nie mogłam w ten sposób zrekompensować wielu dni byle jakiego odżywiania, ale najwyższa pora się ogarnąć.

Włożyłam sportowe buty, zeszłam na parter i włączyłam jeden z zaległych odcinków podcastu, w którym założyciele znanych start-upów opowiadali, jak z garażu trafili na okładki "Forbesa". Przed budynkiem zrobiłam krótką rozgrzewkę, uruchomiłam trening na smartwatchu (bo wiadomo: bez zapisanego śladu bieg się nie liczy) i ruszyłam w stronę Buena Vista Park.

Lubiłam tam biegać. To bodajże najstarszy park w San Francisco i, jak sama nazwa wskazuje, nie brakuje tam pięknych widoków, zwłaszcza z wyższych punktów, z których można podziwiać panoramę miasta, zatokę i majestatyczny Most Golden Gate. To w zasadzie bardziej górzysty lasek niż typowy park - pełen potężnych, wiekowych dębów, o których skręcone korzenie można się potknąć, jeśli nie patrzy się pod nogi. Ścieżki plączą się w nim między pniami, to nagle skręcając i ginąc w zielonych krzewach, to przechodząc w wąskie schodki na bardziej stromych odcinkach lub drewniane mostki nad nierównym gruntem. Dosyć łatwo było się w tym wszystkim pogubić, ale już dawno nauczyłam się odnajdywać w tej zagmatwanej gęstwinie bez konieczności ciągłego zerkania na mapę.

Z okazji chłodniejszego weekendowego poranka ludzie wylegli na ulice i parkowe ścieżki, więc musiałam między nimi lawirować. Nie zwracałam na nich jednak szczególnej uwagi. Byli tłem do tego, co działo się w mojej głowie. I nie, wcale nie chodziło o skupianie się na podcaście i wyciąganie z niego złotych inspiracji. Przestałam słuchać mniej więcej w momencie, gdy gość odcinka, mówiąc o aż nazbyt mi znajomym temacie radzenia sobie z porażkami, zaczął od słów: "Start-upowcy muszą mieć grubą skórę i twardą dupę". Powiedział to żartobliwie, ale niestety taka była prawda.

I pomyślałam sobie, że w takim razie kiepska ze mnie start-uperka. Za bardzo mi zależało i byłam w to wszystko zbyt emocjonalnie uwikłana, by nie odbierać każdej porażki i każdej krytyki mojego start-upu jak osobistej klęski.

Straciliśmy dwóch użytkowników z dnia na dzień? Miałam ochotę rzucić wszystko, zamiast na spokojnie do nich napisać, zapytać, co im się nie podobało, i przegadać z zespołem ewentualne poprawki. Ktoś wystawił naszej aplikacji negatywną opinię? Przejmowałam się. Nawet jeśli jej treść sugerowała, że autor w życiu nie widział Bondally na oczy. Mentor z Thrivepad zawyrokował, że strategia marketingowa, nad którą ślęczałyśmy z Magdą tygodniami, wymaga dopracowania? Brałam to do siebie, chociaż powinnam się cieszyć, że ktoś z większym doświadczeniem wskazuje nam drogę. Nikt się nie zaśmiał w tym momencie mojej prezentacji, który miał być zabawny? Ledwo powstrzymywałam łzy frustracji.

W takich chwilach zastanawiałam się, czy ja w ogóle powinnam być CEO. Czy nadawałam się do roli osoby, która dźwigała na barkach odpowiedzialność za całą firmę.

Nie miałam grubej skóry. Ani twardego tyłka. Wszyscy wokół zdawali się radzić sobie z tym całym zarządzaniem start-upami lepiej niż ja.

Gdy wbiegłam na szczyt parkowego pagórka i oddaliłam się od największych skupisk ludzi, zatrzymałam się w miejscu, skąd między gałęziami drzew miałam widok na dachy kolorowych domów, a dalej na nierówną linię wieżowców Financial District - w jednym z nich mieściła się siedziba Thrivepad. Jeszcze dalej rozciągała się Zatoka San Francisco, której woda przybrała dzisiaj stalowoniebieski odcień. Po jej drugiej stronie piętrzyły się brązowo-zielone wzgórza, za którymi majaczyły wyższe góry. Powietrze było zaskakująco przejrzyste. Zwykle ten krajobraz przynajmniej częściowo przesłaniała mgła lub smog. Albo jedno i drugie.

Wyciągnęłam z uszu słuchawki, schowałam je do kieszonki w pasie legginsów i zapatrzyłam się na znajomą panoramę miasta. Kiedy na początku lipca zobaczyłam je po raz pierwszy z samolotu, byłam przepełniona nadzieją i ekscytacją. I chyba nawet wierzyłam, iż właśnie tutaj poczuję, że wreszcie znalazłam się we właściwym miejscu.

Spoiler alert: trzy miesiące później nadal tego nie czułam. A w każdym razie niezupełnie.

Zawsze tak było. Od najmłodszych lat miałam poczucie, że nie do końca pasuję.

Swego czasu zrzucałam to na wybory rodziców. Na to, że jako dziecko byłam zmuszona dostosować się do środowiska, które momentami wydawało mi się wręcz wrogie i w którym musiałam walczyć o akceptację swojej odmienności - przez innych, ale też przez siebie (to drugie było trudniejsze). Rodzice jednak już od dawna nie decydowali o moich losach, a ja wciąż miałam wrażenie, że nie pasuję.

Chciałam pasować. Próbowałam pasować. W szkole i później na studiach za punkt honoru stawiałam sobie przynależenie do grup ludzi postrzeganych jako najmądrzejsi, najzdolniejsi, najciekawsi i najpiękniejsi. Jakimś cudem zawsze mi się to udawało. Tyle że ledwo. Wszyscy moi znajomi zdawali się mądrzejsi, zdolniejsi, ciekawsi i piękniejsi ode mnie. Być może powinien mnie zadowalać sam fakt bycia jedną z nich, ale zbyt wyraźnie czułam to nieustanne balansowanie na granicy akceptowalności. Obawiałam się, że wystarczy jeden zły krok, żebym została wykluczona. Żeby wyszło na jaw, że tak naprawdę jestem przeciętna.

Wzięłam głęboki, oczyszczający oddech i postanowiłam, że wystarczy tego biadolenia. Powinnam doceniać to, jak wiele, mimo wszelkich przeszkód, udało mi się w życiu osiągnąć i jak dużo się nauczyłam - często na własnych błędach, ale też na własnych zasadach. Może nie było to stabilne życie i może nie wskoczyło jeszcze na właściwe tory, ale jedno było pewne: nie trwałam w bezruchu. Cały czas szukałam swojego miejsca.

Opuściłam ręce wzdłuż ciała i skoncentrowałam się na równym, spokojnym oddychaniu. Starałam się przy tym nie myśleć o niczym poza zielenią liści, błękitem nieba i leciutkim wiatrem. Aż w końcu poczułam, że napięcie powoli mnie opuszcza.

Może to jeszcze nie medytacja, ale próba uważności jak najbardziej.

Zaliczyłam to sobie jako trzeci punkt porannej listy. Byłam dzisiaj na fali. I musiałam przyznać Magdzie rację: odrobina relaksu przed długim tygodniem wymagających spotkań naprawdę mogła mi się przydać.

Wystawiłam twarz do słońca, przesłoniętego cieniutką warstwą chmur, które łagodziły jego blask. Przeciągnęłam się leniwie i zamknęłam oczy. Na moment świat przestał istnieć. Liczyło się tylko przyjemne ciepło na skórze.

Ten moment nie trwał jednak długo, bo mój zegarek zabzyczał, informując mnie, że nadal jestem w trakcie treningu i najwyższy czas się ruszyć.

Uchhh. Ta technologia to wymysł jakiegoś sadysty. Może nawet samego szatana. A ja z własnej nieprzymuszonej woli poddawałam się jej torturom.

- Okej, okej - burknęłam do urządzenia na nadgarstku i spełniłam jego oczekiwania.

Biegałam tak długo, aż zaliczyłam każdą znaną mi ścieżynkę co najmniej raz i zabrakło mi sił na kolejny podbieg, a ssanie w żołądku przypomniało, że najwyższy czas na śniadanie. Miałam niedaleko do schodów prowadzących do Duboce Avenue, więc właśnie tam potruchtałam.

Ulica prezentowała się z tego miejsca iście bajkowo. Na lewo, u jej wlotu, wznosiła się biała kamienica w stylu wiktoriańskim, a na prawo pastelowołososiowy budynek w klimacie nadmorskich domów z południa Europy. Wysokie, smukłe palmy, posadzone równo wzdłuż chodników po obu stronach drogi, idealnie dopełniały scenerię.

Duboce Avenue opadała dosyć stromo ku wschodniej części miasta, na którą był stąd świetny widok. Wręcz pocztówkowy. A dzisiejsza pogoda zdecydowanie zachęcała do robienia zdjęć.

Najpierw jednak musiałam trochę odsapnąć. Oparłam się pośladkami o betonową kolumienkę w połowie schodów i zwiesiłam głowę. Przetarłam spocone czoło wierzchem wilgotnej dłoni. Czułam pod skórą palące gorąco, a moja twarz niewątpliwie była czerwona. Możliwe, że lekko przegięłam, ale to był przyjemny, satysfakcjonujący rodzaj zmęczenia. Szkoda tylko, że nie wzięłam ze sobą nic do picia. Na szczęście kilkaset metrów dalej, w kolejnym, mniejszym parku, znajdowała się fontanna wody pitnej. Na dziś wystarczyło mi biegania, ale mogłam tam dojść szybkim krokiem - tym bardziej że miałam z górki.

Wyprostowałam się, sięgnęłam po telefon i pstryknęłam kilka fotek. Z niemałą dumą stwierdziłam, że wyszły najlepiej ze wszystkich, jakie kiedykolwiek uchwyciłam w tym miejscu. A skoro już trzymałam smartfon w ręce, schodząc ku przejściu dla pieszych, zerknęłam na powiadomienia. Nie było nic, co wymagało mojej natychmiastowej reakcji, jednak na wszelki wypadek otworzyłam jeszcze Thrivepad Connect.

Nic. Zero nowych polubień. Zero zaproszeń.

Rozczarowujące.

Westchnęłam i przeszłam przez biegnącą wzdłuż parku ulicę na chodnik po prawej stronie Duboce Avenue. Zadarłam głowę ku liściom wielkich palm. Z tej perspektywy, na tle rozjaśniającego się nieba, prezentowały się wyjątkowo ładnie. Majestatycznie.

Je też sfotografowałam.

Już miałam chować telefon, kiedy spostrzegłam kątem oka coś, obok czego nawet ja nie byłam w stanie przejść obojętnie, choć daleko mi do bycia fanatyczką motoryzacji.

Przy krawężniku stał sportowy samochód, pokryty matowosatynowym lakierem w głębokim, hipnotyzującym odcieniu fioletu. Miał duże koła z czarnymi felgami i wyglądał jak coś pomiędzy futurystycznym Lamborghini a przyczajonym smokiem. Z tyłu widniała spersonalizowana tablica rejestracyjna, HDRN211. Nie znalazłam żadnego napisu ani emblematu, który mógłby sugerować markę auta, co wydało mi się trochę podejrzane. Myślałam, że ludzie, którzy kupowali tego typu pojazdy, lubili się chwalić tym, ile na nie wydali, a to najłatwiej ocenić po logo producenta. No chyba że to jedna z tych marek, które rozpoznaje się na pierwszy rzut oka - jeśli się na tym zna, rzecz jasna.

Ja się nie znałam. Ale korciło mnie, żeby to sprawdzić.

Odruchowo się rozejrzałam, jakbym zaraz miała coś przeskrobać i bała się, że ktoś mnie przyłapie, mimo że wcale tak nie było. Po prostu zrobiłam zdjęcie stojącego między palmami samochodu i wrzuciłam je do wyszukiwarki obrazów. A potem kilkukrotnie przenosiłam wzrok między pojazdem a ekranem smartfonu, porównując szczegóły, by się upewnić, że się nie mylę. Wszystko poza kolorem się zgadzało.

Otworzyłam usta w niemym szoku.

Miałam przed sobą najprawdziwszy prototyp Hyderiona H2, hybrydowego samochodu wodorowego, którym niedawno zachwycali się Evan i Greg. Pamiętałam to dobrze, bo mój wspólnik przez kilka dni z podekscytowaniem wykładał mi, dlaczego technologia wykorzystana w tym aucie to największa innowacja ostatnich lat i przyszłość branży motoryzacyjnej. Co prawda słuchałam go jednym uchem, bo głowę zaprzątało mi tysiąc ważniejszych spraw, ale jedno wiedziałam na pewno: to musiało być naprawdę coś. Greg nie podniecał się byle czym. A kiedy mówił o Hyderionie, wyglądał, jakby zaraz miał się oświadczyć tej maszynie.

Posikałby się z wrażenia, gdyby zobaczył to cacko na żywo. Tym bardziej że wyraźnie był to jakiś unikatowy egzemplarz.

Kącik moich ust uniósł się w łobuzerskim uśmieszku, gdy wyobraziłam sobie, jak Greg zareaguje, kiedy pokażę mu zdjęcia auta. Zaznaczyłam na mapie w telefonie lokalizację, na wypadek gdyby zamierzał tutaj potem przybiec. Niby mogłam mu wysłać fotki od razu, ale nie chciałam się pozbawiać przyjemności zobaczenia jego miny, kiedy mu je pokażę.

Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcie od boku i dwa bardziej od tyłu, po czym przeszłam na przód pojazdu, kontynuując swoją małą sesję. Kiedy kadrowałam kolejne ujęcie, na ekranie spostrzegłam delikatny ruch. I dopiero wtedy się zorientowałam, że za kierownicą ktoś siedzi.

Ups.

Do tej pory kierowca najwidoczniej nie zwracał na mnie uwagi, jednak akurat w chwili, gdy pośpiesznie chowałam smartfon za plecami, podniósł głowę i na mnie popatrzył. Chyba. Na nosie miał tak ogromne okulary przeciwsłoneczne, że równie dobrze mógł mnie mierzyć wzrokiem albo liczyć muchy rozgniecione na przedniej szybie - gdyby jakiekolwiek się tam znajdowały. Niestety była nieskazitelnie czysta.

Przełknęłam nerwowo ślinę i zrobiłam jedyne, co zdawało się mieć sens: uśmiechnęłam się z zakłopotaniem i odwróciłam na pięcie. A potem ruszyłam przed siebie jak gdyby nigdy nic, pilnując, by nie przyśpieszać kroku. Bo przecież wcale nie uciekałam.

Matko, co za przypał.

Nie znosiłam takich sytuacji. Wiedziałam, że szanse na to, iż gość będzie mnie ścigał za zrobienie zdjęcia jego autu, są mikroskopijne, ale...

- Hej! - usłyszałam za plecami niski męski głos i momentalnie znieruchomiałam.

Ale to przecież nie mogło być do mnie. Czy mogło?

Na wszelki wypadek obejrzałam się ostrożnie za siebie. Chociaż może rozsądniej byłoby nie reagować.

Drzwi samochodu, który teraz znajdował się kilkanaście metrów ode mnie, były uchylone niczym skrzydła ważki przycupniętej na liściu, gotowej w każdej chwili odlecieć. Gapiłam się na to szpanerskie rozwiązanie przez dobrych kilka sekund, aż wreszcie uświadomiłam sobie, że otwarte drzwi pojazdu prawdopodobnie oznaczają, że ktoś z niego wysiadł.

Cholera.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji