WOJNY PUTINA
FC SCHALKE 04 & CRVENA ZVEZDA BELGRAD
"Słuchaj, musisz przestać. Nie jestem politykiem. Nigdy nie doświadczyłem wojny. Nawet rozmowa o tym sprawia mi przykrość, ponieważ jestem kimś uprzywilejowanym. Siedzę tu w spokoju i robię, co w mojej mocy, ale musisz przestać zadawać mi takie pytania, nie znam na nie odpowiedzi".
Thomas Tuchel, menedżer Chelsea, luty 2022
"Wszędzie wokół były żółte balony" - wspomina Roman Kolbe, wskazując na niebo nad pagórkami otaczającymi niemieckie miasto Gelsenkirchen. Jest październik 2023 roku, stoimy na schodach stadionu Veltins Arena, gdzie swoje mecze rozgrywa FC Schalke 04, ukochany klub Romana. Za godzinę rozpocznie się mecz, więc Kolbe ma na szyi niebiesko-biały szalik z herbem klubu i wizerunkiem rozbitej swastyki. Jest redaktorem fanzinu "Schalke Unser". Publikowane w nim teksty zdobywają rozgłos nie tylko wtedy, gdy omawiają taktykę i skład drużyny, ale także kiedy dotyczą polityki klubu - a zdarza się to naprawdę często.
Te żółte balony wypuszczono w niebo w 2010 roku, gdy Zagłębie Ruhry zostało Europejską Stolicą Kultury, a Schalke wiele znaczyło w Bundeslidze. Było to wielkie wyróżnienie dla tego przemysłowego, mało popularnego pod względem turystycznym regionu, w którym mieszka pięć milionów ludzi, porozrzucanych po okolicznych miastach takich jak Dortmund, Essen, Duisburg i właśnie Gelsenkirchen. Balony unosiły się nad szybami 350 kopalni znajdujących się na tym obszarze. Niegdyś w tych dziurach w ziemi górnicy czołgali się w ciemności i brudzie, by wydobyć węgiel, który od połowy XIX wieku napędzał rewolucję przemysłową w Niemczech. Balony miały być wyrazem uznania dla znaczenia tych zakładów dla regionu1.
Jednak od lat 50. XX wieku liczba osób zatrudnionych w przemyśle węglowym w Zagłębiu Ruhry spadła z prawie pół miliona niemal do zera. Obecnie znacznie taniej jest importować węgiel i inne surowce, a dwie ostatnie kopalnie zamknięto w 2018 roku. Region przestawił się na nowe gałęzie gospodarki, takie jak usługi finansowe i czysta energia, ale Gelsenkirchen pozostaje niepozornym miastem, któremu daleko do Frankfurtu z jego eleganckimi biurami, pełnego hipsterskich kawiarni Berlina czy Monachium i tamtejszych bogatych parków przemysłowych. To miejsce, które widziało lepsze czasy, i teraz nie dzieje się tu zbyt wiele. Czuć to, gdy w piątek wieczorem kupuję pizzę i piwo przed meczem 2. Bundesligi Schalke - Hannover 96. W 2021 roku gospodarze spadli z najwyższej ligi po raz pierwszy od 30 lat. Wprawdzie od razu wrócili do elity, ale równie szybko, w 2023 roku, ponownie zostali relegowani.
W czasie gdy mam okazję obejrzeć mecz Schalke, klub jest na drodze do pobicia swoistego rekordu świata, który sezon wcześniej ustanowił inny niemiecki zespół, Hamburger SV. Średnia frekwencja na meczach rozgrywanych na Veltins Arenie w sezonie 2023/24 okazała się najwyższa w historii wśród klubów spoza najwyższych lig. Obiekt Schalke nie pasuje do rangi starcia - zaprojektowano go z myślą o elitarnych rozgrywkach, a nie o drugiej lidze niemieckiej. Stadion ma rozsuwany dach i może pomieścić 62 tysiące widzów. W 2004 roku odbył się na nim finał Ligi Mistrzów, dwa lata później gościł ćwierćfinał mistrzostw świata, a niedawno koncerty dały tam takie gwiazdy jak Taylor Swift, U2 i Rolling Stones. Do Gelsenkirchen z całego kraju, a nawet z zagranicy napływają kibice, którzy pragną doświadczyć atmosfery panującej na stadionie jednego z najstarszych i najpopularniejszych niemieckich klubów, który może poszczycić się długoletnimi tradycjami kibicowskimi i silnymi więzami ze społecznością Zagłębia Ruhry. Jeszcze niedawno Schalke regularnie występowało w Lidze Mistrzów (w 2011 roku awansowało nawet do półfinału tych rozgrywek), na początku XXI wieku dwa razy zdobyło Puchar Niemiec, a w sezonie 2006/07 w bolesny sposób straciło w ostatniej kolejce tytuł mistrzowski. Ale obecnie wszystko to wydaje się tylko odległym wspomnieniem.
Kiedy Schalke gra dobrze, zdobycie biletu na jego mecz graniczy z cudem. Tym razem jest o to łatwiej, ponieważ sprawy mają się źle - a nawet bardzo źle. Drużyna nie tylko rywalizuje na drugim poziomie rozgrywkowym - wygrała również tylko jeden z pierwszych dziewięciu meczów sezonu i balansuje nad strefą spadkową, a kibice zaczynają poważnie się martwić widmem relegacji do trzeciej ligi. Rozgrywki dopiero się rozpoczęły, ale obawy są jak najprawdziwsze. A kolejny spadek groziłby upadkiem Schalke.
Mimo wszystko trybuny są prawie pełne, co oznacza, że w ten weekend frekwencja na Veltins Arenie należy do najwyższych w Europie. Pierwszy gwizdek zaplanowano na 13.00, ale nie przeszkodziło to kilku tysiącom kibiców z Hanoweru, miasta położonego trzy godziny jazdy na północny wschód od Gelsenkirchen. Kultura fanowska jest w Niemczech szeroko rozpowszechniona i tylko Anglicy mogą się równać z niemieckimi kibicami pod względem liczby wyjazdowiczów i frekwencji na meczach niższych lig. Wielu kibiców Schalke nosi kultowe dżinsowe bezrękawniki upstrzone naszywkami i przypinkami. Chociaż kopalnie węgla już nie działają, przemysł ciężki nadal stanowi ważną część tożsamości klubu, a niektórzy fani chodzą w białych kaskach, nawiązując w żartobliwy sposób do korzeni Zagłębia Ruhry. Ale nie jestem tu z powodu węgla. Ściągnął mnie inny surowiec naturalny, który również zasila niemieckie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa - gaz. Rosyjski gaz.
Gdy idę na stadion, otaczają mnie kibice w niebiesko-białych koszulkach; na wielu z nich widnieje dobrze znane białe logo z wizerunkiem płomienia. Rosyjska firma Gazprom reklamowała się na strojach Schalke w latach 2007-2022. W tym czasie dzięki długoletniej umowie sponsorskiej z Ligą Mistrzów stała się też wszechobecna w europejskim futbolu. Logo przedsiębiorstwa pojawiało się w tle najbardziej pamiętnych meczów: widniało na stadionowych billboardach, gdy niesamowitych wyczynów w barwach Realu Madryt dokonywał Cristiano Ronaldo, a Lionel Messi czarował w Barcelonie; było je widać, gdy najważniejsze trofeum europejskiej piłki po latach oczekiwań zdobywały takie potęgi jak Bayern Monachium, Liverpool i Inter Mediolan. UEFA i Schalke gwałtownie zerwały swoje związki z Gazpromem w lutym 2022 roku, po pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę. Putin i jego kraj z dnia na dzień stali się międzynarodowymi pariasami, a Gazprom nagle uznano za to, czym naprawdę był - narzędzie autorytarnego państwa. Zwykli Niemcy, podobnie jak inni Europejczycy, zdali sobie sprawę, że import rosyjskiego gazu pośrednio finansuje machinę wojenną Putina.
Historia Gazpromu sięga przełomu lat 80. i 90., czyli czasów rozpadu Związku Radzieckiego, z którego wyłoniło się 15 państw, w tym Rosja, zdecydowanie największa i najludniejsza z nich wszystkich. Na samej górze listy priorytetów nowego kraju, kierowanego przez charyzmatycznego, ale nieobliczalnego Borysa Jelcyna, znalazła się przyszłość ogromnego postsowieckiego przemysłu państwowego. Prezydent i jego doradcy uznali, że rozwiązaniem będzie system bonów. Jedna trzecia przemysłów naftowego i gazowego została z miejsca sprywatyzowana, a każdy obywatel Rosji otrzymał bon, który uprawniał do zakupu udziałów w przedsiębiorstwach. Była to wersja kapitalizmu akcjonariuszy, koncepcji, która w latach 80. XX wieku zyskała popularność w krajach zachodnich; w jej myśl masy miały skorzystać z przekazania publicznej własności do rąk prywatnych. W Rosji jednak ten proces spartaczono - zwykli ludzie, rozpaczliwie potrzebujący pieniędzy z powodu załamania gospodarczego, borykający się z alkoholizmem i ogarniającą cały kraj przemocą, desperacko sprzedawali swoje bony znacznie poniżej ich wartości. Chociaż ZSRR był potęgą, jeśli chodzi o ropę i gaz, niewielu zwykłych Rosjan doceniało ogrom zasobów naturalnych kraju i ich potencjalną cenę, jeżeli w ten przemysł zainwestuje się środki i wiedzę techniczną. Średnia wartość bonu wynosiła 20 dolarów, lecz często sprzedawano je za zaledwie siedem dolarów, czyli za tyle, ile kosztowały dwie butelki taniej wódki. Inne trafiły do "funduszy bonowych", które okazały się oszustwem. Jeszcze inne kupowano na ustawionych aukcjach2.
Prywatyzacja Gazpromu, państwowej spółki gazowej, która posiadała wówczas jedną trzecią światowych zasobów gazu ziemnego, miała szczególnie skandaliczny przebieg. Dziennikarz Peter Conradi opisuje ją następująco:
Ci, którzy chcieli nabyć akcje, mogli to zrobić tylko w położonych daleko na północy małych syberyjskich wioskach, gdzie znajdowały się złoża energii. Kierownictwo [Gazpromu - przyp. red.] zastrzegło sobie również prawo do wykupienia akcji od osób z zewnątrz po cenie, którą samo ustaliło. W rezultacie udziały w spółce nabyli wyłącznie pracownicy Gazpromu, a z aukcji skorzystali menedżerowie, którzy jako jedyni dysponowali pieniędzmi3.
Kiedy spółka wyemitowała akcje, jej wartość wynosiła 250 milionów dolarów, a zaledwie trzy lata później giełda wyceniła ją na 40,5 miliarda dolarów. Biorąc pod uwagę ogromne rosyjskie zasoby, powszechnie uznawano, że ta kwota jest zaniżona, ale mimo to oznaczało to stopę zysku w wysokości 16 192 procent dla nielicznych szczęśliwców i osób mających odpowiednie kontakty, które w dobrym momencie wykupiły tanie akcje. System bonów okazał się "jednym z najbardziej niesprawiedliwych rozwiązań, jakie można było wybrać - twierdzi Conradi. - W efekcie państwo sprzedało znaczną część swoich aktywów za ułamek ich wartości rynkowej". Oznaczało to ogromną redystrybucję rosyjskiego bogactwa do niewielkiej grupy ludzi, których zaczęto nazywać oligarchami. Jednym z nich był Roman Abramowicz, późniejszy właściciel Chelsea, który nabył pakiet kontrolny spółki naftowej Sibneft - zainwestował 100 milionów dolarów, a zarobił wiele miliardów.
Po pełnych chaosu latach 90. XX wieku pierwszego dnia 2000 roku Jelcyna na stanowisku prezydenta Rosji zastąpił niezbyt wówczas znany Władimir Putin. Nowy władca odszedł od systemu, w którym oligarchowie działali całkowicie na własną rękę, i szybko podjął działania mające na celu przywrócenie bezpośredniej kontroli państwa nad przemysłami naftowym i gazowym. Struktura tego pierwszego była skomplikowana, ale drugi funkcjonował na prostszych zasadach - był kontrolowanym przez państwo monopolem trzymającym rękę na największych złożach gazu na świecie. Dyrektorem generalnym Gazpromu był wtedy Rem Wiachiriew i to za jego kadencji z firmy zostały wyprowadzone ogromne sumy, które trafiły do kieszeni członków jej zarządu. Putinowi się to nie podobało i nieco ponad rok po objęciu urzędu wezwał szefów Gazpromu na spotkanie, które zrelacjonował jego biograf Philip Short:
[Putin] powiedział, że nie ma zamiaru ingerować w sprawy prywatnej firmy, ale Gazprom odgrywa wyjątkową rolę w rosyjskiej gospodarce i jeśli nikt nie ma nic przeciwko, przed rozpoczęciem spotkania chciałby zamienić kilka słów z Remem Wiachiriewem. Rozmawiali około godziny. Kiedy Wiachiriew wyszedł, powiedział swoim współpracownikom, że rezygnuje ze stanowiska4.
Putin mianował Aleksieja Millera dyrektorem generalnym Gazpromu, a prezesem państwowej firmy naftowej Rosnieft został Igor Sieczin. Obaj byli bliskimi współpracownikami prezydenta jeszcze z czasów, gdy był zastępcą mera Petersburga, podobnie jak wiele osób, które niewiarygodnie wzbogaciły się w nowej Rosji.
Był to rażący przykład kumoterstwa, ale dzięki temu Putin miał zaufanych ludzi na czele przedsiębiorstw państwowych generujących największe przepływy finansowe - twierdzi Short. - Szybko podporządkował sobie Gazprom ze względu na jego znaczenie dla rosyjskiej gospodarki i uczynił go instrumentem polityki zagranicznej5.
Dzięki temu najbliższe otoczenie nowego władcy Rosji mogło czerpać ogromne zyski kosztem państwa. Z tego powodu Gazprom nie mógł być już postrzegany jako zwykła prywatna firma. Stał się narzędziem państwa, które de facto kontrolował Putin. Naftowy gigant od dawna zapewniał Kremlowi wpływ na sąsiednie postsowieckie kraje, zwłaszcza nieposiadające własnych zasobów gazu Gruzję i Ukrainę. W połowie pierwszej dekady XXI wieku państwa te politycznie i kulturowo zaczęły oddalać się od Rosji i ciążyć ku Unii Europejskiej oraz Stanom Zjednoczonym. Catherine Belton w książce Ludzie Putina. Jak KGB odzyskało Rosję i zwróciło się przeciwko Zachodowi, w której szczegółowo analizuje najbliższe otoczenie Putina, pisze:
Gigant ten [Gazprom - przyp. red.] najczęściej upłynniał swój towar po mocno zaniżonych cenach, podobnie jak wtedy, gdy wszystkie wspomniane państwa wchodziły w skład sowieckiego imperium. Na tym tle wyróżniała się rola Ukrainy jako korytarza tranzytowego o istotnym znaczeniu dla sprzedaży rosyjskiego gazu do Europy; Gazprom pokrywał 25% zapotrzebowania na to płynne paliwo całego kontynentu. Teraz jednak, kiedy kierownictwo państwa ukraińskiego obrało kurs zachodni, Kreml dał jasno do zrozumienia, że zamierza subsydiowanie zakończyć6.
Gazprom stał się narzędziem polityki zagranicznej Rosji, czego dowodzi sytuacja z 1 stycznia 2006 roku, kiedy to po niepowodzeniu ostrych negocjacji dotyczących ceny gazu odciął on Ukrainie dostawy tego surowca. Ostatecznie oba kraje osiągnęły porozumienie, ale towarzyszyły mu podejrzenia korupcji, co zasiało niezgodę wśród prozachodnich ukraińskich przywódców i wzmocniło pozycję Wiktora Janukowycza, byłego premiera, polityka bliższego Putinowi niż jego rywale. Został on zresztą później prezydentem; obalono go w wyniku Euromajdanu, fali protestów z lat 2013-2014, po których Rosjanie dokonali inwazji na Krym.
Związki niemieckiej piłki nożnej i rosyjskiego gazu ujawniły się również w 2006 roku, kiedy moskiewski władca cieszył się na Zachodzie wyjątkową estymą. W tym samym roku wypłynęła niespodziewana informacja, że Schalke 04 otrzymało lukratywną ofertę od potencjalnego sponsora, który chciał umieścić swoje logo na koszulkach klubu. Opublikowano dziwaczne zdjęcie, na którym Putin trzyma niebieski strój niemieckiego klubu z logo Gazpromu w sali konferencyjnej pełnej mężczyzn w ciemnych garniturach. Spotkanie to odbyło się w Dreźnie, gdzie Putin w latach 80. przez pięć lat pracował jako oficer KGB. W tym czasie dogłębnie poznał Niemcy i biegle opanował miejscowy język. Jednym z mężczyzn na fotografii był prezes Schalke Clemens Tönnies, który miał osobiste powody, aby nawiązać relacje z prezydentem Rosji - był bowiem zainteresowany ekspansją na wschód swojej firmy z branży przetwórstwa mięsnego, Tönnies Holding, zwłaszcza że dochody Rosjan szły w górę w związku z rosnącym zapotrzebowaniem na surowce z tego kraju. Próbowałem skontaktować się z kilkoma ludźmi, którzy pracowali dla Schalke w tamtym okresie, i w końcu udało mi się porozmawiać z kimś, kto zajmował odpowiednie stanowisko, by móc skomentować niezwykłe powiązania między niemieckim klubem piłkarskim a państwem rosyjskim. "Zdjęcie Putina i Tönniesa źle się zestarzało - powiedziała mi ta osoba, która zgodziła się na rozmowę pod warunkiem, że pozostanie anonimowa. - Dość dziwne było to, że prezydent Rosji znalazł się na tej fotografii. Teraz jest to jednak jeszcze dziwniejsze. Schalke jako bardzo znany klub stało się symbolem niemiecko-rosyjskich relacji biznesowych". W doniesieniach prasowych z tamtego okresu podawano, że wartość umowy z Gazpromem wynosiła 20 milionów euro, co oznaczało, że przewyższała kontrakt Bayernu z Deutsche Telekom7.
W 2023 roku wielu kibiców Schalke podążających na stadion ma na sobie najnowsze koszulki klubowe z logo lokalnego browaru Veltins, od którego pochodzi nazwa obiektu - Veltins Arena. Ale sporo osób nosi starsze stroje z logo Gazpromu, który sponsorował klub przez 16 lat. Niewielka część fanów zasłoniła nazwę rosyjskiej spółki naklejkami w tym samym odcieniu niebieskiego. Rozdawały je grupy kibicowskie po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy klubowe stroje stały się mimowolnym symbolem zbrodni wojennych Putina. Dużo kibiców już wcześniej odczuwało dyskomfort w związku z umową sponsorską zawartą przez Clemensa Tönniesa - niepopularnego z powodu słabej formy zespołu i kiepskiego zarządzania klubowymi finansami. Wszak już w 2008 roku rosyjskie czołgi wjechały do Gruzji, a sześć lat później, w czasie zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, Rosja zaanektowała Krym. Oba te wydarzenia wywołały oburzenie, ale nazwa Gazprom nadal widniała na koszulkach Schalke.
Przy pitym jeszcze przed południem piwie i kiełbasce zajadanej w barze na stadionie Veltins Arena Roman Kolbe opowiada mi, że jego koledzy, również kibice, byli zaskoczeni i zdezorientowani, gdy Gazprom zastąpił na koszulkach Schalke lokalną firmę ubezpieczeniową. Większość umów reklamowych bazuje na prostej logice - ktoś chce sprzedać swój produkt. Zazwyczaj firmy promują się w sposób, który ich zdaniem zwiększy sprzedaż: poprzez reklamy w telewizji i mediach społecznościowych albo umieszczenie logo na koszulkach piłkarskich. Spójrzmy na innych sponsorów Ligi Mistrzów w ostatnich latach - McDonald's, Heinekena czy Sony (producenta konsoli PlayStation). Wszystkie te przedsiębiorstwa oferują konkretne produkty, które mogą kupić kibice oglądający mecz na trybunach lub z kanapy. To samo dotyczy firm oferujących mniej namacalne usługi, takie jak ubezpieczenia, bankowość czy obstawianie meczów online. Ale nikt, kto ogląda zmagania w Lidze Mistrzów czy spotkanie Schalke, nie kupi sobie przecież metra sześciennego gazu dostarczanego przez Gazprom. Nikt poza wąskim gronem bardzo wpływowych osób, które wiele zrobiły, żeby niemiecki rynek na ogromną skalę otworzył się na rosyjski gaz. "Na początku myśleliśmy, że [Gazprom] chce dotrzeć do użytkownika końcowego, ale nie sądzę, aby kiedykolwiek o to chodziło" - mówi Kolbe. "Myślę, że firma chciała mieć platformę do rozmów z politykami, która jednocześnie służyłaby jej do greenwashingu" - dodaje, używając terminu opisującego praktyki firm zanieczyszczających środowisko, które usiłują zwieść opinię publiczną i poprawić swój wizerunek.
Zależności między niemiecką polityką a rosyjskim gazem mają długą historię. W latach 70., kiedy Związek Radziecki był u szczytu potęgi, rosyjski gaz zaczął płynąć na Zachód szerokim strumieniem, choć metody jego wydobycia były prymitywne, a zimna wojna ograniczała możliwości dystrybucji. Wszystko odbywało się na zasadzie "coś za coś". Kiedy więc centra wydobycia węgla w Zagłębiu Ruhry, takie jak Gelsenkirchen, chyliły się ku upadkowi, Rosja dostarczała gaz dla niemieckich gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, Niemcy zaś oferowały w zamian inwestycje, a także specjalistyczną wiedzę, aby pomóc Sowietom wydajnie wydobywać surowiec i sprzedawać go na całym świecie.
W 1969 roku Willy Brandt, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, zapoczątkował Ostpolitik (politykę wschodnią), czyli próby normalizacji stosunków z ZSRR i podporządkowaną mu Niemiecką Republiką Demokratyczną. Później zaś kolejne niemieckie rządy przyjęły, że trzeba utrzymywać bliskie stosunki ze wschodnim kolosem, aby zapobiec następnej wojnie w Europie, a owo przekonanie umacniała wiara, że doprowadzi to do demokratyzacji komunistycznego państwa i zwiększy bezpieczeństwo na kontynencie. Takiemu podejściu towarzyszyło pogłębienie więzi gospodarczych i idea zmian poprzez handel - Wandel durch Handel - wedle której gospodarka radziecka miała być coraz ściślej powiązana z RFN i resztą Europy. Po upadku muru berlińskiego w 1989 roku, którego efektem było zjednoczenie komunistycznej NRD z jej pewnym siebie kapitalistycznym sąsiadem z zachodu, oparte na dostawach gazu więzi między Rosją a Niemcami stały się jeszcze silniejsze. Peter Conradi wyjaśnia: "Na stosunek Niemiec do Rosji od dawna wpływają poczucie winy za śmierć i zniszczenia spowodowane nazistowską inwazją na Związek Radziecki oraz wdzięczność dla Michaiła Gorbaczowa [ostatniego przywódcy ZSRR], który umożliwił zjednoczenie"8.
Relacje między oboma krajami pogłębiły się w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku, bo Niemcy byli przekonani, że w osobie Putina znaleźli kogoś, z kim mogą współpracować.
Z perspektywy czasu widać, że idea coraz bliższych stosunków gospodarczych z Rosją była piętą achillesową Ostpolitik - twierdzi Bernhard Blumenau, wykładowca stosunków międzynarodowych na szkockim University of St Andrews. - Handel miał powstrzymać Putina od agresywnej polityki międzynarodowej, ale zamiast tego zwiększył zależność Niemiec od taniego rosyjskiego gazu i innych surowców. Najlepszy okres w stosunkach między Europą Zachodnią a Rosją dobiegł końca w 2006 roku. Od tego momentu perspektywa, że Rosja wykorzysta ogromną zależność Europy od jej gazu jako instrument szantażu, stawała się coraz bardziej realna9.
Constantin Zerger jest ekspertem do spraw energii i dawnym kibicem Schalke. Teraz mieszka w stolicy Niemiec i kiedy rozmawiałem z nim przez telefon, szykował się właśnie do wyjścia na mecz Unionu Berlin, drużyny, którą zaczął wspierać po przeprowadzce. Od 2005 roku zespół ten przeszedł niezwykłą drogę - od występów na piątym niemieckim poziomie rozgrywkowym do starć z Realem Madryt w Lidze Mistrzów w sezonie 2023/24. Na co dzień Constantin pracuje jako ekspert i aktywista w obszarze niemieckiej energetyki i zajmuje się jej powiązaniami z polityką. Powiedział mi, że sednem strategii Niemiec było "kupowanie taniego gazu z Rosji i wykorzystywanie go do uzyskania przewagi konkurencyjnej nad innymi krajami i branżami". Dodał, że uzależnienie od rosyjskiego surowca znacznie się pogłębiło od 2011 roku, kiedy to, po katastrofie elektrowni atomowej w japońskiej Fukushimie, kanclerz Angela Merkel podjęła radykalną decyzję o rezygnacji z energii jądrowej. Niemcy obrały w ten sposób całkowicie odwrotną ścieżkę niż wielu sąsiadów. We Francji ogromna część energii - w 2024 roku około 70 procent - pochodzi z energetyki jądrowej, która nie zwiększa emisji dwutlenku węgla i daje niezależność od innych krajów.
Niemcy poszły w innym kierunku i w latach poprzedzających pełnoskalową inwazję Rosji na Ukrainę w 2022 roku udział gazu ziemnego w tamtejszym miksie energetycznym stale wzrastał, osiągając wartość około 55 procent. Oznaczało to, że niemieckie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa płaciły Rosji około 200 milionów euro rocznie, czyli 220 milionów dolarów, za energię dostarczaną przez Gazprom i inne firmy bezpośrednio lub pośrednio kontrolowane przez Kreml. Zerger twierdzi, że odpowiedzialność za tę sytuację spada na polityków z różnych obozów, zarówno lewicowych socjaldemokratów, jak i prawicowych chadeków10. Mówi też, że po inwazji na Ukrainę zaczęli się tego wstydzić. "Nikt nie chce o tym rozmawiać. Mówią: trzeba patrzeć w przyszłość, a nie zajmować się błędami z przeszłości".
Niemcy nie są oczywiście jedynym krajem, który poszedł na kompromisy moralne, aby zapewnić sobie prąd w gniazdkach, a Schalke nie jest jedyną drużyną piłkarską, która ma na koszulkach podejrzanego sponsora - inaczej ta książka byłaby bardzo krótka. Wielka Brytania i USA zrobiły naprawdę niewiele, by zareagować na łamanie praw człowieka w krajach posiadających ogromne złoża ropy i gazu, takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar i Arabia Saudyjska. Wszystkie mają związek z piłką nożną, do czego jeszcze wrócimy. Na obronę niemieckiego społeczeństwa i tamtejszej klasy politycznej można powiedzieć, że gdy w lutym 2022 roku Putin dokonał otwartej inwazji na Ukrainę, podjęły one szybkie i zdecydowane kroki. Kilka dni później kanclerz Olaf Scholz, który dwa i pół miesiąca wcześniej zastąpił Merkel, wygłosił jedno z najdonioślejszych przemówień w najnowszej historii Niemiec - w jednej chwili zerwał z dziesięcioleciami Ostpolitik i Wandel durch Handel. Wystąpienie to stało się znane jako Zeitenwende, czyli "historyczny punkt zwrotny", bo tak Scholz nazwał atak putinowskiej Rosji na jej sąsiada. Od czasów haniebnej drugiej wojny światowej Niemcy prowadziły ultraostrożną politykę obronną, a ich niewielkie siły zbrojne rzadko brały udział w operacjach za granicą. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni właśnie w 2022 roku, kiedy nowy kanclerz zobowiązał się przeznaczyć 100 miliardów euro na modernizację armii. Obiecał też, że Niemcy zwiększą wydatki na obronność powyżej celu NATO, który wynosi dwa procent PKB11. Stany Zjednoczone, w szczególności za pierwszej kadencji Donalda Trumpa, od dawna dawały wyraz frustracji, że Niemcy nie chcą się zbroić, i zarzucały im "pasożytnictwo". Ale rok 2022 zmienił wszystko. "Żyjemy w czasach przełomu, a to oznacza, że świat po nim nie będzie taki sam jak przedtem" - powiedział Scholz w Bundestagu, niemieckim parlamencie.
Na fali tej szybkiej zmiany nastrojów społecznych Schalke zerwało umowę z Gazpromem. Podobnie zrobiła UEFA. Co jeszcze istotniejsze, zakręcono kurki rurociągów, którymi gaz płynął z Rosji do Niemiec. "Niemcy uświadomili sobie, że w zasadzie finansują wojnę na Ukrainie, ponieważ bezpośrednio zasilają budżet Putina - powiedział mi Constantin Zerger. - Panowała powszechna zgoda, że należy zaprzestać importu gazu z Rosji. Po raz pierwszy ubóstwo energetyczne stało się realnym problemem dla wielu gospodarstw domowych, a nie tylko teoretyczną kwestią poruszaną podczas debat". Mój rozmówca twierdzi, że umowa Schalke z Gazpromem zawsze wydawała się dziwna, ponieważ nie istniały żadne powiązania między rosyjską firmą a niemieckimi konsumentami. "To były biznesy między przedsiębiorstwami. Chodziło wyłącznie o wizerunek. Zwrot z inwestycji polegał na tym, że postrzegano Gazprom jako przyjaciela. A największym szaleństwem było to, że współpracowano z rosyjską firmą nawet po tym, jak Putin zaanektował Krym. Widzieć to w niemieckiej telewizji i w żaden sposób nie podważać takiego dealu... Coś takiego normalizuje sytuację".
Związki między Gazpromem a Schalke wykraczały poza przelewy od rosyjskiej spółki dla klubu za umieszczenie jej logo na koszulkach piłkarskich. Agencja Reuters przeprowadziła śledztwo dziennikarskie na temat Clemensa Tönniesa i zasugerowała, że znajdował się on "w samym centrum kampanii wpływów (influence campaign), którą Gazprom przeprowadził w Niemczech", a relacje działacza z Putinem i innymi oficjelami sprawiały, że w Rosji przed jego firmą mięsną rozkładano "czerwony dywan". "Kierownictwo berlińskiego biura Gazpromu zapraszało polityków i biznesmenów do loży VIP, gdy Schalke grało na własnym stadionie"12. Był przecież lukratywny biznes do zrobienia.
Na początku lat 90., tuż po zjednoczeniu Niemiec, transport gazu z Rosji do Niemiec był długą i kosztowną drogą przez mękę; zbiorniki z paliwem ładowano na ciężarówki, które przejeżdżały przez wiele krajów, co powodowało szereg komplikacji logistycznych i politycznych. Jednym z rozwiązań tego problemu był lądowy gazociąg Jamał-Europa, którym gaz płynął z rosyjskich złóż na Syberii przez Białoruś do Unii Europejskiej. Inny system rurociągów przebiegał przez Ukrainę.
W 1997 roku Niemcy i Rosja rozpoczęły prace nad prostszym rozwiązaniem - podwodnym rurociągiem o długości 1200 kilometrów. Nord Stream, jak go nazwano, miał przebiegać dnem Morza Bałtyckiego od leżącego w pobliżu granicy z Finlandią Wyborga w obwodzie leningradzkim aż do Lubmina, nadmorskiego kurortu na niemieckim wybrzeżu Bałtyku. Zaletą tego rozwiązania był transport gazu bezpośrednio z Rosji do Niemiec, dzięki czemu w czasie gdy w wielu byłych republikach radzieckich panował chaos, można było uniknąć związanych z tym kłopotów. Przeciw powstaniu Nord Stream oponowało wiele osób w Stanach Zjednoczonych, Ukrainie i Polsce - w 2006 roku Radosław Sikorski, ówczesny polski minister obrony narodowej, rozgniewał niemieckich polityków, porównując rurociąg do paktu Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku. Przeciwnicy tej inwestycji obawiali się, że uzależnienie Niemiec od rosyjskiego gazu będzie zagrażało bezpieczeństwu Europy, a ominięcie Ukrainy spowoduje dyplomatyczną izolację tego kraju, co oznaczałoby, że Kreml straci powód, by utrzymywać dobre stosunki z Zachodem. Niemcy miały jednak znacznie bardziej otwarte nastawienie wobec Rosji, które wynikało bezpośrednio z decyzji najwyższych władz.
Podczas meczu Schalke - Duisburg w 2011 roku niemiecki prezydent Christian Wulff i były minister spraw zagranicznych (obecnie prezydent) Frank-Walter Steinmeier przebywali w często odwiedzanej przez przedstawicieli Gazpromu strefie VIP. W lipcu 2014 roku, kilka miesięcy po aneksji Krymu przez Rosję, gdy kraj ten był już na najlepszej drodze do zostania pariasem na arenie międzynarodowej, Schalke rozegrało spotkanie towarzyskie w Lubminie, gdzie z morza wychodzi gazociąg Nord Stream. Na trybunach pojawili się przedstawiciele Gazpromu, a także minister spraw wewnętrznych kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie, który twierdził później, że celem meczu było zebranie funduszy na lokalną kampanię przeciwko chuligaństwu i nie był świadomy, iż dla rosyjskiej firmy będzie to okazja do lobbingu. Meklemburgia-Pomorze Przednie, rolniczy kraj związkowy w północno-wschodniej części Niemiec, który graniczy z Polską i Morzem Bałtyckim, odgrywa kluczową rolę w historii relacji Niemców z Gazpromem. Rosjanie regularnie bywali tam na początku XXI wieku, a Angela Merkel przez trzy dekady reprezentowała nadmorski okręg wyborczy Rügen w niemieckim parlamencie.
Gerhard Schröder był kanclerzem Niemiec w latach 1998-2005, następnie zaś funkcję tę przez 16 lat sprawowała Angela Merkel. Zaledwie dziesięć dni przed utratą stanowiska w 2005 roku Schröder sygnował umowę dotyczącą budowy pierwszego gazociągu Nord Stream, znanego jako Nord Stream 1, podpisując gwarancje kredytowe w wysokości miliarda euro z funduszy państwowych. Co warte podkreślenia, kilka tygodni po tym, jak zastąpiła go Merkel, przyjął rolę doradcy przy projekcie Nord Stream jako przewodniczący komitetu akcjonariuszy. Został za to potępiony przez niemiecką opozycję i za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Kwestia gazu nie budziła jednak wówczas wielkich dyskusji, ponieważ Rosja zbliżała się dyplomatycznie do Zachodu, a zimnowojenna rywalizacja wydawała się słabnąć. W 2009 roku Schröder dołączył do rady dyrektorów TNK-BP, rosyjskiej spółki naftowej, którą cztery lata później przejął należący do państwa koncern Rosnieft. Następnie został szefem zarządu tej drugiej firmy, a na początku 2022 roku, zaledwie kilka tygodni przed inwazją na Ukrainę, wszedł w skład zarządu Gazpromu, którego logo w postaci małego płomienia przez 16 lat widniało na koszulkach Schalke, a także na bandach reklamowych podczas tysięcy meczów Ligi Mistrzów.
Po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 roku "New York Times" opisał, jak Schröder, "człowiek Putina w Niemczech", po odejściu ze stanowiska kanclerza w 2005 roku odebrał telefon od swojego "przyjaciela", prezydenta Rosji, który zaproponował mu pracę przy projekcie Nord Stream. Za lobbing na rzecz rosyjskich interesów gazowych w kraju, którym niedawno rządził, polityk miał zarobić ponad milion dolarów rocznie13. Catherine Belton przedstawia Schrödera jako "wiernego sojusznika" Putina, nie tylko zresztą w kwestiach energetycznych; według niej były kanclerz został "hojnie wynagrodzony za swoje wysiłki mające na celu obronę działań Putina w Ukrainie i w Syrii oraz ograniczania demokracji w Rosji"14. Gazociąg Nord Stream 1 został ostatecznie ukończony w 2011 roku, a wspomniany niemiecki polityk uczestniczył w zorganizowanych z tej okazji uroczystościach w rosyjskim Wyborgu u boku Putina oraz w Lubminie, gdzie pojawiła się również Angela Merkel. Jedenaście lat później, kiedy wybuchła pełnoskalowa wojna, szybko podniosły się głosy krytyki wycelowane w Schrödera. Cały 20-osobowy personel jego biura złożył rezygnację, a Hanower, rodzinne miasto byłego kanclerza, pozbawił go honorowego obywatelstwa. Wytykano mu, że tak szybko po odejściu ze stanowiska podjął pracę w zagranicznej firmie, ale sam projekt Nord Stream nie budził w Niemczech kontrowersji. Schröder zresztą trafnie zauważył: "Kolejny rząd kontynuował projekt bez zakłóceń. Żaden członek pierwszego rządu Merkel nie sprzeciwił się Nord Streamowi choćby słowem. Żaden". Nie okazał też skruchy i utrzymywał, że umowy gazowe były korzystne dla obu krajów. "Wszyscy [w Niemczech] zgadzali się z tym przez ostatnie 30 lat - stwierdził. - I nagle okazuje się, że każdy wie lepiej".
Revierderby, czyli derby Westfalii, jak nazywa się rywalizację Schalke z Borussią Dortmund, to jedno z najbardziej emocjonujących starć w światowej piłce nożnej. W ostatnich latach mecze te miały zwykle jednostronny przebieg, ponieważ zespół z Dortmundu bił się o tytuły i zachodził daleko w europejskich pucharach, Schalke natomiast walczyło o uniknięcie spadku. Niemniej gdy kibice Schalke zmierzają na mecz z Hannoverem, w tłumie łatwo dostrzec naszywki i koszulki z napisem Dortmund Scheisse (Dortmund to gówno) lub wizerunkiem mężczyzny w niebiesko-białych barwach oddającego mocz na czarno-żółty trykot rywali. Podobnie jak w przypadku wielu innych wielkich rywalizacji w świecie futbolu fani Schalke i Borussii jednak mają ze sobą więcej wspólnego, niż są skłonni przyznać. W 2024 roku Dortmundczycy wykorzystali najważniejszy klubowy mecz na świecie, finał Ligi Mistrzów (w którym ich drużyna przegrała 0:2 z Realem Madryt), aby zaprotestować przeciwko umowie sponsorskiej ich klubu z firmą Rheinmetall AG. "Z uwagi na realną perspektywę wojny z Rosją kontrakt Rheinmetallu z owianą romantyczną aurą Borussią był jawną próbą znormalizowania interesów z producentem broni - pisze Miguel Delaney. - Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny klubu z Dortmundu, [...] bronił tego dealu, mówiąc z troską o tym, że należy chronić "wolność" w Europie"15.
Zarówno Borussia, jak i Schalke pochodzą z Zagłębia Ruhry i dumnie podkreślają swoje przemysłowe dziedzictwo. W porównaniu z sąsiadami Niemcy zawsze miały stosunkowo niewiele surowców naturalnych, a problem ten stał się jeszcze bardziej palący w drugiej połowie XX wieku, gdy wydobycie węgla stało się nieopłacalne, a przemysł, który nadał regionowi tożsamość, stopniowo podupadał. Żeby Niemcy mogły cieszyć się statusem dużego producenta i eksportera, potrzebowały ogromnych nakładów energii. A to oznaczało uzależnienie od rosyjskiego gazu. Putin był tego doskonale świadomy, gdy na początku 2022 roku wojna zbliżała się wielkimi krokami. "Niech obywatele Niemiec zajrzą do portfeli i zadadzą sobie pytanie, czy są gotowi płacić trzy albo i pięć razy więcej za prąd, gaz i ogrzewanie - powiedział podczas wspólnej konferencji prasowej z Olafem Scholzem tuż przed napaścią na Ukrainę, w dniach gorączkowych zabiegów dyplomatycznych. - Jeśli nie, to powinni podziękować panu Schröderowi, ponieważ to jego osiągnięcie, efekt jego pracy"16.
Gerhard Schröder przez całe życie był fanem Borussii, ale kilka dni po 24 lutego klub z Dortmundu odebrał mu honorowe członkostwo, uznając, że jego działalność w rosyjskich firmach jest "nie do przyjęcia w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę". Pomimo swego przywiązania do największego rywala Schalke ekskanclerz miał udział w zawarciu umowy między klubem z Gelsenkirchen a Gazpromem; jak wynika z dochodzenia Reutersa, ściśle współpracował z Clemensem Tönniesem. Agencja przytoczyła słowa byłego dyrektora Gazpromu, który stwierdził, że umowę z Schalke zainspirował zakup Chelsea przez rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza17.
Nord Stream 2 to rurociąg biegnący równolegle do pierwszej nitki; został zaprojektowany w celu zwiększenia ogromnych ilości gazu płynących codziennie z Rosji do Niemiec w zamian za pieniądze zmierzające w przeciwnym kierunku - z bogatych Niemiec do mniej zamożnej Rosji. Schröder był zaś hojnie wynagradzanym menedżerem projektu. Budowa Nord Streamu 2 rozpoczęła się w 2018 roku i po trzech latach została ukończona, ale z powodu wojny gazociągu nigdy nie uruchomiono. Z tego powodu w Meklemburgii-Pomorzu Przednim wielokrotnie organizowano akcje lobbingowe na rzecz uruchomienia inwestycji, za którymi stały Gazprom i inne rosyjskie firmy. Na przykład na pomarańczowych koszulkach czołowej niemieckiej drużyny siatkarzy, która pochodziła z tego regionu, pojawił się napis "Nord Stream 2". Po ataku putinowskiej Rosji na Ukrainę pojawiły się doniesienia, że Rosjanie od lat pompowali pieniądze w tę część Niemiec, tworząc między innymi coś, co niewinnie zwano "fundacją"; przez instytucję tę przepłynęło co najmniej 165 milionów euro przeznaczonych na lobbing, w tym organizację Dnia Rosji w tym byłym komunistycznym kraju związkowym18.
W Gelsenkirchen, ponad 500 kilometrów na południowy zachód od miejsca, gdzie rurociąg Nord Stream wychodzi na ląd, znacznie bliżej granicy Niemiec z Holandią i Belgią niż z Polską, za chwilę rozpocznie się mecz. Rozmawiam z Suzanne Hein-Reipen i jej mężem Günterem, zagorzałymi fanami Schalke, o ich ukochanej drużynie, którą wielu fanów nazywa po prostu null-vier (zero-cztery), nawiązując do roku jej założenia. Suzanne, która ma długie blond włosy i nosi okulary oraz puchową kurtkę z herbem Schalke, mimo złej sytuacji klubu robi dobrą minę do złej gry. Wyjaśnia mi, że razem z mężem pamiętają 1980 rok, kiedy Schalke grało w drugiej lidze, i mówi, że wówczas jego położenie było jeszcze gorsze. Podobnie jak wszyscy inni kibice zespołu z Gelsenkirchen, z którymi rozmawiam, Suzanne doskonale orientuje się w finansach klubu, wie o kontrowersyjnych pożyczkach zaciągniętych przez Clemensa Tönniesa i o sprawie z Gazpromem. Twierdzi, że popierała nagłe zerwanie umowy z rosyjskim sponsorem, ale uważa, że gwałtowne pozbawienie klubu ogromnej części dochodów w sytuacji, gdy i tak borykał się z problemami, wywołało "efekt domina" - bezpośrednio przyczyniło do spadku Schalke z Bundesligi i utrudniło mu powrót do elity. Ale Suzanne i Günter to typowi niemieccy fani, głęboko przywiązani do idei klubu jako instytucji społecznej, której zobowiązania wykraczają daleko poza zwycięstwa na boisku.
Na stadionie zajmuję miejsce wysoko na zachodniej trybunie, skąd mam doskonały widok na Nordkurve, słynną trybunę za jedną z bramek, na której przez całe 90 minut najzagorzalsi fani prowadzą głośny doping. Kiedyś Suzanne i Günter mieli tam swoje miejsca, ale z wiekiem przenieśli się gdzieś, gdzie mogą usiąść. Przed Nordkurve, w prawdziwie europejskim stylu, stoi odwrócony plecami do boiska bębniarz, który koncentruje się wyłącznie na wybijaniu rytmu dla swoich kumpli i nie ogląda się za siebie nawet wtedy, gdy pada gol. Proste transparenty domowej roboty uderzająco kontrastują z lśniącym, nowoczesnym stadionem.
Po jednej czwartej sezonu, spędzonej na granicy strefy spadkowej, kibice gospodarzy liczą na zwycięstwo, które zmniejszyłoby niepokojące prawdopodobieństwo relegacji do trzeciej ligi. Schalke obejmuje prowadzenie tuż przed przerwą i mimo wczesnej pory rozpoczęcia meczu atmosfera staje się gorąca. Pierwsza połowa kończy się wynikiem 1:0 dla gospodarzy. W przerwie kupuję niedrogie piwo i delektuję się nim na swoim miejscu, co jest miłą odmianą od tego, jak wygląda sytuacja na trybunach w Anglii, gdzie od dziesięcioleci obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, co ma zapobiegać zamieszkom. Hannover wyrównuje niedługo po rozpoczęciu drugiej odsłony spotkania, a wtedy wrzawa dobiega z rogu boiska, w którym zasiadają fani gości. Ale Schalke szybko strzela dwa kolejne gole. Nordkurve ryczy, a zgromadzeni tam kibice, pobudzani rytmem bębnów, nie przestają skakać aż do końcowego gwizdka. Bramka dla gości pod koniec spotkania nie studzi nastrojów miejscowych, którzy w ostatnich miesiącach nie mieli zbyt wielu powodów do radości.
Po każdym golu dla gospodarzy na stadionowym telebimie - zawieszonej nad środkiem boiska ogromnej sześciennej konstrukcji z ekranami ze wszystkich stron - pojawia się zdjęcie strzelca. Takie rozwiązanie jest dość powszechne w stosunkowo niewielkich halach koszykarskich, ale rzadko spotyka się je na stadionach piłkarskich, bo to bardzo kosztowna inwestycja. To właśnie na tym wideosześcianie pojawili się przed dziesiątkami tysięcy słuchaczy Taylor Swift i Ed Sheeran podczas koncertów na tym obiekcie. Roman Kolbe opowiada mi jeszcze jedną anegdotę związaną z telebimem. W późniejszym okresie sponsoringu Gazpromu na urządzeniu widniało logo Nord Stream 2. W czasach gdy rurociąg nie został jeszcze ostatecznie zaaprobowany przez organy regulacyjne, promowały go również reklamy przy boisku, które były widoczne podczas transmisji z meczów Schalke. Klub z Gelsenkirchen odgrywał ważną rolę w lobbingu na rzecz powstania NS2, który miał dostarczać więcej gazu do Niemiec z Rosji, i działo się tak już po tym, jak państwo Putina zaanektowało Krym.
Były pracownik klubu, który poprosił o anonimowość, zwrócił mi uwagę, że umowa z Gazpromem w zauważalny sposób wpłynęła na losy Schalke w połowie pierwszej dekady XXI wieku. "Co najmniej podwoiliśmy nasze dochody z tytułu sponsoringu. Miało to ogromny wpływ na finanse klubu. Mogliśmy wydawać na zawodników dziesięć milionów euro rocznie więcej". Niemal natychmiast po podpisaniu umowy z rosyjskim gigantem Schalke ściągnęło Raúla, byłą gwiazdę Realu Madryt, jednego z najlepszych hiszpańskich piłkarzy w dziejach i długoletniego rekordzistę strzelców Ligi Mistrzów (od tego czasu w tej klasyfikacji wyprzedzili go Cristiano Ronaldo, Lionel Messi, Robert Lewandowski i Karim Benzema). Pięć ze swoich 71 bramek w tych rozgrywkach zdobył w barwach zespołu z Gelsenkirchen, z czego trzy przypadły na wygrany 7:3 dwumecz z Interem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów w 2011 roku, co było jednym z najlepszych wyników w historii klubu. Widziałem na stadionie kilku kibiców ubranych w szaliki wyprodukowane specjalne z okazji tego epickiego wydarzenia sprzed 12 lat. W 2011 roku podczas wygranego 5:0 meczu z Duisburgiem w finale Pucharu Niemiec w składzie Schalke znaleźli się choćby Manuel Neuer, Julian Draxler i Benedikt Höwedes - mistrzostwie świata z 2014 roku - a także Klaas-Jan Huntelaar i Joël Matip, którzy grali w największych klubach Europy.
Na wszystkich zdjęciach z tych wspaniałych lat na koszulkach zawodników widnieje reklama Gazpromu. Po podpisaniu umowy z tą firmą Schalke regularnie rywalizowało z najlepszymi europejskimi drużynami i dostało sporą część ogromnych wpływów, które gwarantowały transmisje telewizyjne rozgrywek Ligi Mistrzów. A dobre wyniki na boisku zawsze pomagają zminimalizować problemy, które pojawiają się poza nim. Były pracownik Schalke wyjaśnia mi, że chociaż już w tych czasach świetności klubu pojawiały się głosy krytykujące deal z gazowym potentatem, to nie były one zbyt donośne ani powszechne. "Klub zawsze argumentował, że [Gazprom] to normalny dostawca, więc nie może być złym przedsiębiorstwem. Przedstawiciele Schalke argumentowali: "Okej, może to nie Oxfam* ani Lekarze bez Granic, ale inne firmy też nie zawsze są takie dobre". Według mojego rozmówcy Tönnies wspominał, że Putin pytał go o wyniki Schalke, choć inni podchodzili do tych rewelacji sceptycznie.
W pewnym momencie rozważano nawet wizytę zespołu u rosyjskiego przywódcy w Moskwie, ale pomysł ten spotkał się z negatywną reakcją kibiców. Latem 2021 roku Schalke rozegrało mecz towarzyski w Austrii z należącym do Gazpromu Zenitem, klubem z Petersburga, rodzinnego miasta Putina. Krytyka umowy klubu z gazowym potentatem nasiliła się po ataku Rosji na Gruzję w 2008 roku i aneksji Krymu w 2014 roku, lecz wielu Niemcom te konflikty wciąż wydawały się odległe czy wręcz abstrakcyjne. Zresztą tak było w całej Europie Zachodniej. Roman Abramowicz został właścicielem Chelsea w 2003 roku i od dawna utrzymywał kontakty z prezydentem Rosji; był na przykład twarzą udanych starań tego kraju o organizację mistrzostw świata w 2018 roku. Wcześniej, bo w 1999 roku, biznesmen prześwietlał ludzi, którzy zabiegali o spotkanie z Putinem na Kremlu. "Bardzo go szanuję - powiedział też o przywódcy swego kraju. - Moim zdaniem robi wszystko bezbłędnie"19. Trudno było jednak udowodnić istnienie jakiegoś bezpośredniego związku między nimi, a oligarcha podejmował bardzo agresywne działania prawne wobec ludzi, którzy wskazywali na to, co wydawało się takie oczywiste. Dopiero po inwazji w 2022 roku rząd Wielkiej Brytanii nałożył na Abramowicza sankcje, co zmusiło go do sprzedaży klubu; dochody z transakcji trafiły do fundacji pomagającej ofiarom wojny w Ukrainie.
Dodatkowe środki finansowe mogły jednak pomóc Schalke tylko w ograniczonym stopniu, klub bowiem był źle zarządzany, a w Bundeslidze Bayern Monachium w coraz większym stopniu dominował nad rywalami. Były pracownik klubu twierdzi, że Schalke roztrwoniło znaczną część dochodów, które nieoczekiwanie otrzymało od Gazpromu. "Zainwestowano mnóstwo w zawodników, choć klub tak naprawdę nie miał wystarczająco dużo pieniędzy". Schalke zapożyczało się, próbując zagwarantować sobie wysoką pozycję w ligowej tabeli i awansować w ten sposób do Ligi Mistrzów, co miało przynieść większe dochody. Tyle że ten plan się nie powiódł. Polityka transferowa polegająca na ściąganiu młodych piłkarzy, których można by rozwinąć, zakończyła się porażką. Zmarnowano w ten sposób ogromne sumy na zawodników, którzy okazali się wtopami, takich jak ukraiński skrzydłowy Jewhen Konoplanka, Nabil Bentaleb czy szwajcarski napastnik Breel Embolo, bohater rekordu transferowego klubu.
Schalke posiadało nowoczesny stadion, dzięki czemu czerpało wysokie zyski ze sprzedaży biletów na mecze oraz zarabiało na koncertach i innych wydarzeniach. Ale właśnie z tego względu pandemia COVID-19 szczególnie mocno dotknęła klub. Spadek z Bundesligi w 2021 roku był efektem długotrwałego procesu. Umowa z Gazpromem pomogła, ale korzyści płynące ze zwykłego kontraktu sponsorskiego są ograniczone, w przeciwieństwie do sytuacji, w której klub jest finansowany przez podmiot z niemal nieograniczonymi zasobami finansowymi, jak to było w przypadku Abramowicza w Chelsea lub arabskich szejków w PSG, Newcastle United i Manchesterze City. Oligarcha spotkał się pewnego razu z Jeffem Luriem, właścicielem Philadelphia Eagles, drużyny futbolu amerykańskiego, i był bardzo zaskoczony, gdy usłyszał pytanie o EBITDA Chelsea, czyli wskaźnik używany do oceny kondycji finansowej przedsiębiorstw20. W ciągu 19 lat Abramowicz wydał - a dokładniej stracił - na londyński klub ponad dwa miliardy funtów. Przy odpowiednim zarządzaniu właściciel drużyny NFL może zarabiać krocie, ale posiadanie czołowej europejskiej drużyny piłkarskiej prawie zawsze oznacza szybkie straty. Robi się to więc z innych powodów. Dzięki Chelsea Rosjanin, wcześniej jeden z wielu biznesmenów, stał się międzynarodową sławą, co pomagało mu nawiązywać kontakty, a może nawet odstraszało ewentualnych przeciwników, którzy woleli nie zadzierać z kimś tak znanym i nie próbowali mu szkodzić. Właścicielami Schalke byli natomiast zawsze kibice, a to dzięki funkcjonującej w Niemczech zasadzie "50+1", wedle której większość udziałów klubów musi należeć do fanów, co skutecznie uniemożliwia inwestorom zewnętrznym przejęcie kontroli nad nimi. Tamtejsi kibice głośno bronią tego rozwiązania pomimo pojawiających się niekiedy opinii, że wzmacnia ono dominację Bayernu i utrudnia innym niemieckim zespołom konkurowanie w europejskich pucharach, zwłaszcza z drużynami, których właścicielami są państwa.
Były pracownik Schalke powiedział mi, że w czasach świetności zespołu media często się zastanawiały, czy Gazprom miesza się w wewnętrzne sprawy klubu i czy to Putin lub jeden z jego popleczników pociąga tam za sznurki. Wyjaśnił również, że tak nie było: "[Rosjan] to nie interesowało. Myśleliśmy, że mogą nie przedłużyć umowy z nami, ponieważ wykazują niewielkie zainteresowanie klubem, zazwyczaj bowiem sponsorzy są bardziej zainteresowani. Zawsze krążyły plotki, że woleliby umieścić swoje logo na koszulkach Bayernu". Domyślał się, że Gazprom wybrał Schalke, ponieważ cieszy się ono opinią "bardzo lokalnego klubu z niezwykle oddanymi fanami", co nadawało firmie sprzedającej rosyjski gaz Niemcom odrobinę charakterystycznej dla Zagłębia Ruhry autentyczności. "Byliśmy czasem nieco zaskoczeni... [Myśleliśmy, że] to musi mieć coś wspólnego z dużą polityką, której nie rozumiemy". Chociaż z perspektywy czasu wszystko wygląda fatalnie, przed inwazją na Ukrainę nie pojawiało się zbyt wiele krytycznych głosów. Gazowy potentat dbał również o poprawę swego wizerunku, przekazując pieniądze lokalnym organizacjom charytatywnym, co samo w sobie jest godne podziwu - tyle że to klasyczna taktyka w przypadku przedsiębiorstw przyciągających uwagę opinii publicznej. "Stale zmagaliśmy się z bardzo trudną sytuacją finansową, naszym nieustannym problemem było wysokie zadłużenie. Kibice Schalke słyszeli więc komunikat: "Zamknąć się, potrzebujemy pieniędzy". Sytuację tak naprawdę zmienił dopiero rosyjski atak na Ukrainę".
W lutym 2020 roku odwiedziłem Belgrad, stolicę Serbii, gdzie miałem wystąpienie na konferencji zorganizowanej przez BBC News, stację, w której pracowałem, zanim zdecydowałem się zostać dziennikarzem zajmującym się piłką nożną na pełen etat. Podczas podróży powrotnej - leciałem na finał Pucharu Ligi Angielskiej, w którym Aston Villa przegrała 1:2 z Manchesterem City na Wembley - zauważyłem w samolocie coś, co mnie zaskoczyło: wielu pasażerów, z których spora część wyglądała na przybyszów z Azji Wschodniej, nosiło maski medyczne. Pomyślałem, że to trochę dziwne. Uznałem to za przesadną reakcję na "koronawirusa", o którym czytałem w wiadomościach. Nie miałem wtedy pojęcia, że to moja ostatnia podróż samolotowa na długi czas. Podczas pobytu w Belgradzie nie widziałem żadnego meczu piłkarskiego, ale zawsze chciałem odwiedzić to miasto ze względu na rywalizację Partizana z Crveną zvezdą, o której obowiązkowo wspomina się w artykułach i filmach na YouTubie poświęconych najbardziej zażartym derbom na świecie.
Trzy lata później, kilka tygodni po podróży do Gelsenkirchen, spędzałem wtorkowy wieczór w domu, przełączając kanały z różnymi meczami Ligi Mistrzów. W końcu zdecydowałem się obejrzeć emitowany w stacji TNT Sports program Goals Show, w którym prezentuje się bramki z różnych meczów, a eksperci omawiają poszczególne spotkania. Nagle zauważyłem znajome logo, biały migoczący płomień na niebieskim tle, choć nazwa "Gazprom" już dawno zniknęła ze stadionowych billboardów podczas meczów Ligi Mistrzów. Firmę tę wciąż jednak reklamowała drużyna FK Crvena zvezda. To 34-krotny mistrz Serbii i ostatni zdobywca Pucharu Europy (w 1991 roku) przed powołaniem do życia Ligi Mistrzów. W latach 80. najlepszymi drużynami Europy zostawały między innymi Nottingham Forest, Aston Villa, HSV, PSV Eindhoven i Steaua Bukareszt. Od tego czasu europejska elita piłkarska stała się jeszcze bogatsza, a prawdopodobieństwo ponownego triumfu takiej drużyny jak Crvena zvezda jest niezwykle niskie. Obecnie to stosunkowo niewielki klub, który regularnie gra w fazie grupowej Ligi Mistrzów, ale nie przechodzi dalej. W meczu, który oglądałem z kanapy, serbski zespół rywalizował z ostatnim zwycięzcą Ligi Mistrzów, Manchesterem City. W pierwszej połowie goście napędzili Anglikom lekkiego stracha i nawet prowadzili do przerwy, ale ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami, przegrali 1:3. Kilka miesięcy później, podczas rewanżu na onieśmielającym obiekcie Crveny zvezdy, nazywanym Marakaną na cześć słynnego brazylijskiego stadionu, drużyna z Wysp wygrała 3:2. Było to zaskakująco wyrównane i emocjonujące spotkanie, co można tłumaczyć faktem, że w składzie City, mającego już zapewnione zwycięstwo w grupie, zagrało sporo zmienników. Na stadionie w Belgradzie logo Gazpromu było wszechobecne.
Rosyjska inwazja na Ukrainę w 2022 roku została odebrana w Serbii zupełnie inaczej niż w innych częściach Europy. Kraj ten nie należy do Unii Europejskiej, która zdecydowanie poparła ofiarę napaści. Serbia wprawdzie rozpoczęła oficjalny proces akcesyjny do tej organizacji, ale trudno sobie wyobrazić, by miała dołączyć do niej w najbliższej przyszłości, choć jest silnie uzależniona gospodarczo od Wspólnoty Europejskiej i graniczy z jej państwami członkowskimi: Chorwacją, Rumunią i Bułgarią, a także z bardziej prorosyjskimi Węgrami21. Ze względu na swoje związki z prawosławiem i doświadczenia z czasów komunistycznej Jugosławii kraj ten od dawna ma bliskie więzi polityczne oraz kulturowe z Rosją i zajmuje dwuznaczne stanowisko w sprawie wojny w Ukrainie. Trzy miesiące po inwazji Serbowie podpisali korzystną trzyletnią umowę na dostawy gazu, aby zapewnić sobie ogrzewanie w zimie - tak, zgadliście, oczywiście z Gazpromem22.
Aby lepiej zrozumieć relacje między rosyjskim koncernem a klubem piłkarskim, który od lat ma związki z serbskim rządem, porozmawiałem z Nebojšą Markoviciem, dziennikarzem piłkarskim z Belgradu. Powiedział mi, że w umowie Crvenej zvezdy z Gazpromem chodzi ostatecznie o kasę. Drużyna, która w 1991 roku została najlepszym zespołem w Europie, trzy dekady później nie liczyła się na kontynencie. A wszystko dlatego, że kluby z Europy Zachodniej, zwłaszcza z Anglii i Hiszpanii, zawarły ogromne kontrakty telewizyjne, które pozwalają im ściągać najlepszych piłkarzy świata. "W lidze serbskiej niełatwo o sponsorów. Rozgrywki w innych krajach gwarantują im większą rozpoznawalność i sprzedaż produktów". Z tego względu obowiązująca od 2010 roku umowa z Gazpromem jest "bardzo ważna" dla Crvenej zvezdy. "W tamtym czasie klub był w nienajlepszej sytuacji, nie tylko finansowej, bo notował też słabe wyniki". Największy rywal, Partizan Belgrad, od sezonu 2007/08 zdobył sześć tytułów z rzędu, a Crvena zvezda kiepsko radziła sobie też w europejskich pucharach. "Dzięki pomocy Gazpromu wszystko stało się łatwiejsze" - stwierdził Marković. W latach 2013-2025 belgradzki klub tylko dwa razy nie wygrał ligi, a od 2016 roku osiem razy z rzędu sięgnął po mistrzostwo Serbii. W ostatnich latach Crvena zvezda zaczęła też osiągać lepsze wyniki w Europie - pokonała na przykład Liverpool i zremisowała z Milanem, co nie tylko wiązało się z przypływem gotówki z UEFA, ale także zaczęło przyciągać sponsorów. Usłyszałem od Markovicia, że ostatnia umowa z Gazpromem była warta około pięciu milionów euro za sezon, czyli tyle samo, ile najniższe kontrakty sponsorskie w Premier League. Choć to wciąż dziesięć razy mniej niż w przypadku najlepszych angielskich drużyn, z którymi serbski potentat mierzy się w europejskich pucharach, to te środki dają mu ogromną przewagę nad rywalami w kraju.
Według mojego rozmówcy sprawia to, że kibice Crveny zvezdy i inni Serbowie postrzegają Gazprom pozytywnie, a do tego wielu jego rodaków ma znacznie bardziej prorosyjskie poglądy na wojnę w Ukrainie niż fani w Niemczech czy innych krajach. Zvezdan Terzić, dyrektor generalny Crvenej zvezdy, powiedział nawet, że klub zawdzięcza rosyjskiej firmie przetrwanie. "Nie wiadomo, czy w ogóle by istniał, gdyby nie Gazprom - stwierdził, gdy w lutym 2022 roku, po inwazji Rosji na Ukrainę, zapytano go o ewentualne zerwanie umowy z gazowym potentatem. - Ludzie, którzy kochają Crveną zvezdę, nigdy nie zapomną tego, co Gazprom dla niej zrobił"23.
Podobnie jak fani Schalke przed rosyjską inwazją na Ukrainę - wielu kibiców Crvenej zvezdy woli rozmawiać o piłce nożnej niż o kontraktach sponsorskich i odrzuca myśl, że chodzi w nich o politykę. Marković opowiedział mi jednak coś, co sugeruje, że to naiwność. "W 2011 roku Władimir Putin był w Belgradzie. Wizyta miała wymiar polityczny, ale odwiedził również stadion Crvenej zvezdy. Z loży VIP oglądał zakończony wynikiem 1:1 mecz drużyn do lat 19, w którym gospodarze zmierzyli się z Zenitem Petersburg. Dla serbskiego klubu obecność tak ważnej postaci na stadionie była wielkim wydarzeniem". W tym czasie Putin był premierem, a nie prezydentem Rosji, ponieważ w 2008 roku na cztery lata ustąpił ze stanowiska w obliczu konstytucyjnego wymogu, wedle którego jedna osoba mogła pełnić w Rosji najwyższy urząd tylko przez dwie kadencje. Zastąpił go Dmitrij Miedwiediew, marionetka Putina, a w 2012 roku zamienili się stanowiskami. Na ziarnistym nagraniu z YouTube'a można zobaczyć Putina na głośnej belgradzkiej Marakanie; wokół palą się race i wiszą czerwono-białe transparenty24.
Ostatnio we wspomnianym serwisie pojawiło się wiele zdecydowanie lepszej jakości filmów z telefonów komórkowych, na których słychać, jak kibice Crvenej zvezdy skandują "Rosja" i machają banerami z połączonymi flagami Serbii i Rosji. Działo się to tuż po inwazji na Ukrainę, kiedy uwaga opinii publicznej skupiła się na umowie klubu z Gazpromem. Po 24 lutego 2022 roku UEFA wykluczyła federację rosyjską z rozgrywek, ponieważ inne kraje odmówiły gry z Rosjanami w eliminacjach do nadchodzących mistrzostw świata. "W całej Europie panuje antyrosyjska histeria - powiedział wówczas Zvezdan Terzić. - Polityka w całkowicie nieuzasadniony sposób wmieszała się w świat sportu. Rosjanie i Serbowie są sobie bliscy i zawsze tak będzie"25.
Rurociąg Nord Stream 2 został ukończony we wrześniu 2021 roku. Sześć miesięcy później seria podwodnych eksplozji uszkodziła Nord Stream 1, którym w tym czasie nadal płynął gaz z Rosji do Niemiec. Początkowo zakładano, że winę za tę akcję ponosi wschodni kolos, ale pojawiły się też sugestie, że w sprawę zaangażowane są amerykańskie służby wywiadowcze. Niedawno "New York Times" i "Wall Street Journal" przedstawiły wiarygodne informacje, że rurociąg wysadzili ukraińscy nurkowie, choć nie wiadomo, kto wydał rozkaz przeprowadzenia tej akcji26,27. Gazprom i Rosja wciąż pozostają pariasami w Niemczech, ale tamtejsze ceny energii znacząco wzrosły. Schalke zaś podpisało nową umowę sponsorską - ze zdecydowanie mniej zamożnym browarem Veltins. Jeśli chodzi o Ligę Mistrzów, to rosyjskie przedsiębiorstwo miała zastąpić internetowa giełda Crypto.com, ale w ostatniej chwili porozumienie upadło. W sierpniu 2024 roku w końcu je sfinalizowano i logo firmy zajmującej się handlem kryptowalutami można zobaczyć na billboardach podczas meczów Ligi Mistrzów (szerzej na temat tej branży napiszę później). Dzięki szeregowi innych bogatych dobrodziejów najważniejsze europejskie rozgrywki klubowe radzą sobie bez milionów Gazpromu, choć na przykład umowa z Qatar Airways oznacza, że wciąż można stawiać ważne pytania dotyczące polityki energetycznej.
Pragnienie, by trzymać politykę z dala od sportu, jest zrozumiałe. Niestety osoby zarządzające Schalke i Crveną zvezdą - pozostawiając już na boku samą Ligę Mistrzów - ochoczo przyjęły pieniądze od państwowego koncernu gazowego z Rosji i w ten sposób wplątały te kluby w procesy geopolityczne. Na niebieskiej koszulce Schalke nie ma już logo Gazpromu. Klub zakończył sezon 2023/24 w środku tabeli drugiej ligi niemieckiej, a okres świetności z pierwszych lat współpracy z Rosjanami wydaje się niesamowicie odległy. Choć inwazja Rosji na Ukrainę sprawiła, że logo z płomieniem stało się nie do przyjęcia w Europie Zachodniej, to nazwa "Gazprom" wciąż widnieje na czerwono-białej koszulce Crvenej zvezdy. Stroje drużyn z Gelsenkirchen i Belgradu kryją w sobie opowieść o tym, jak bogactwo zasobów naturalnych Rosji i agresja terytorialna wywróciły europejską politykę do góry nogami. Krucha równowaga, która utrzymywała się przez trzy dekady po zakończeniu zimnej wojny, została zburzona. To skomplikowana historia, którą możemy nieco lepiej zrozumieć dzięki dwóm koszulkom piłkarskim.
* Międzynarodowa organizacja humanitarna, która zwalcza głód na świecie i organizuje pomoc dla krajów rozwijających się (jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumacza).