Nieczęsto zdarzało się, by Reya zostawiała za sobą ślad z własnej krwi.
Rana nad prawym naramiennikiem - prezent od jednego ze Srebrnych Gwardzistów - pulsowała czerwienią, mimo że złodziejka usiłowała zatamować krwawienie ręką. Piekielnie bolało, ale było to jedno z mniejszych zmartwień.
W zabłoconych butach szła, potykając się, przez południową dzielnicę. W głowie, za oczami, pojawił się tępy ból.
Edris było jak labirynt. Mosty, wąskie uliczki i jeszcze węższe alejki wiły się, kończyły ślepymi zaułkami. Budynki stały tak blisko siebie, że nie dawało się stwierdzić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna kolejny. Reya wyobrażała sobie architekta tego miasta jako pijanego artystę, który plan tworzył z butelką wina w dłoni.
Riterranie nazywali Edris Srebrnym Miastem, lśniącą gwiazdą północy. W świetle dnia srebrne dachy oślepiały odbitym blaskiem. Jednak dla Reyi miasto stawało się najpiękniejsze dopiero nocą, kiedy przeglądające się w połyskujących metalowych dachówkach gwiazdy i księżyce tworzyły iluzję drugiego nieba.
Poruszała się po Edris, kierując się znakami szczególnymi - ręcznie malowanymi szyldami, kolorowymi drzwiami, znajomymi sklepikami, łukowatymi sklepieniami porośniętymi wisterią lub bluszczem, tablicami ogłoszeń i listami gończymi. Na tych ostatnich często widywała własne oblicze.
Nawet teraz natknęła się na jeden z nich. Zatrzymała się i przyjrzała prymitywnemu rysunkowi. Postać w kapturze miała wyraźnie męskie rysy. Jedyne, co dało się wyraźnie dostrzec, to nastroszone brwi i przymrużone oczy o groźnym spojrzeniu. SZKARŁATNY SZTYLET. POSZUKIWANY ZA KRADZIEŻE, MORDERSTWA I ZDRADĘ. NAGRODA: 10000 SZTUK ZŁOTA. Ponad plakatem wisiał kolejny. Ten przedstawiał Stellene. Świadek, według którego zeznań narysowano podobiznę, podał więcej szczegółów. SANCTA. POSZUKIWANA ZA ZNISZCZENIE MIENIA IMPERIALNEGO, PODBURZANIE PRZECIWKO WŁADZY, NAPAŚĆ ZE SKUTKIEM ŚMIERTELNYM. ZACHOWAĆ SZCZEGÓLNĄ OSTROŻNOŚĆ. NAGRODA: 20000 SZTUK ZŁOTA.
Reya zatrzymała wzrok na kwocie. Była oszałamiająca. A nagroda za nią wynosiła tylko połowę tego? Skurwiele. Tak nisko ją cenili? Parsknęła, zerwała plakat ze Szkarłatnym Sztyletem, by dodać go do kolekcji. Po wydarzeniach tej nocy będą mogli dopisać "pomoc w ucieczce zrodzonej z magii".
Rozejrzała się po okolicy. Ciekawe, czy Lennox wybrał to miejsce specjalnie z myślą o niej. Niedaleko stąd do stajni, w której trzymała swojego konia, Popioła. Jabłkowity ogier był jedynym, co łączyło ją z domem, nie licząc miecza po ojcu. Unosząc nieoznakowaną kratę prowadzącą do kanałów, wyobraziła sobie, że otwiera bramę stajni. Kiedyś ucieczka konno wydawała się taka prosta. Dziś nie była już możliwa.
Lennox wręcz ją prowokował do ucieczki.
Reya zeszła po drabinie i znalazła się na chodniku prowadzącym wzdłuż rwącego kanału. Szef regularnie organizował spotkania w podziemiach, gdzie szum wody zagłuszał rozmowy. Wieści o tym, gdzie i kiedy ma się stawić, dostarczył jeden z Niebieskich Kapturów, który natknął się na Reyę wracającą z nocnej eskapady. Zniknął, gdy tylko przekazał informację. Złodziejka nie miała nawet czasu wstąpić do domu, aby opatrzyć rany.
Szczury uciekały jej spod nóg, kiedy szła wijącymi się pod ziemią tunelami. Woda szumiała coraz głośniej, odgrywając symfonię w takt krwi pulsującej w uszach. Reya wyprostowała się, przygotowując na to, co miało nadejść. Szyb rozszerzał się i kończył sporych rozmiarów komorą.
Lennox Raulin stał po kostki w wodzie na samym środku pomieszczenia, otoczony Niebieskimi Kapturami. Z rur w ścianie za nim sączyła się woda.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto na szczyt hierarchii przestępczej wspiął się po trupach. Był po czterdziestce. Miał w sobie coś z arystokraty. Odziany w skórzany pancerz, prostszy od tego, który włożyła Reya, lecz dobrej jakości. Przyprószone siwizną blond włosy opadały mu na ramiona, okalając dość przystojną twarz, teraz zastygłą w wyrazie absolutnego spokoju. To, że jest niebezpieczny, zdradzały jedynie blizny, lecz starannie ukrywał je pod zarostem i ubraniem.
Naprzeciwko Reyi stał najpotężniejszy mistrz złodziejski w Riterrze. To on kiedyś ukradł, a następnie zwrócił klejnoty koronne. Tylko po to, by udowodnić, że potrafi.
Reya weszła do komory, brodząc w brązowej wodzie. Zatrzymała się przed człowiekiem, któremu zawdzięczała to, kim jest.
Po obu stronach Lennoksa stali Gavin i Zaim. Obaj z zaciętymi minami. Reya chciała spojrzeć temu pierwszemu w oczy, ale unikał jej wzroku. Nie powinno jej dziwić, że przyjmują ją bez entuzjazmu, lecz i tak poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi. Czuła się, jakby przytknęła dłoń do lodu - im dłużej trzymała ją w miejscu, tym bardziej drętwiała z zimna. Lennox uniósł nieco brodę, a Zaim i Gavin dołączyli do reszty złodziei, blokując wszystkie drogi ucieczki. Reya nie miała wśród nich sojuszników.
- Jesteś albo wariatką, albo zdrajczynią - odezwał się przywódca. - Powiedz: która wersja jest bliższa prawdy?
Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Już nieraz przychodziło jej tłumaczyć się przed Raulinem. I dotychczas wychodziła z opresji cało.
- Żadna.
- Masz pojęcie, ile przez ciebie straciłem? - W tonie głosu mężczyzny pobrzmiewała nuta, której Reya nie słyszała od bardzo dawna. Wiedziała, że przyjdzie jej zapłacić za swój wybór, lecz, sądząc po minie Lennoksa, cena była o wiele wyższa, niż można by przypuszczać.
- Zadbałam o to, aby kobieta nie stała się dla ciebie kulą u nogi - powiedziała w końcu.
- Niemożliwe, byś była aż tak naiwna - odparł tonem pełnym pogardy. - Nie tego cię uczyłem.
Król przestępczego podziemia miał tylko trzy zasady. Pierwsza: nie szukaj honoru wśród złodziei. Druga: dobre ostrze daje przewagę w negocjacjach. Trzecia: tylko martwi dochowują tajemnicy. Reya miała przeczucie, że jej droga prowadzi prosto w szeregi tych ostatnich.
Odpowiedziała cicho, lecz nie ulegle:
- Nie kradnę ludzi.
Lennox uderzył ją znienacka na odlew. Niby się tego spodziewała, lecz ból i tak był szokiem. Oczy zaszły jej łzami. W ustach pojawił się metaliczny posmak. Lennox złapał ją za brodę i ścisnął mocno.
- Robisz to, co ci każę, bo jesteś moja. Należysz do mnie. Nie zapominaj, Szkarłatny Sztylecie, że to ja cię stworzyłem. Znam każdą twoją sztuczkę, bo to ja cię ich wszystkich nauczyłem.
Reya od początku wiedziała, że takie życie odciśnie na niej piętno. Kiedy Lennox zaoferował jej sztylet i kaptur, obiecał, że zapewni dach nad głową, nakarmi i zapłaci tyle, by mogła sobie kupić, czego tylko dusza zapragnie. Po latach życia na ulicach, okradania przechodniów, by nie umrzeć z głodu, oferta wydawała się więcej niż szczodra. Nawet teraz, znając prawdę, nie zmieniłaby swojej decyzji. Żaden dobry uczynek nie był już w stanie odwrócić jej losu.
- Gdzie ją zabrałaś? - wycedził Lennox.
- Nigdzie - syknęła. - Puściłam wolno.
Lennox obnażył zęby, a Reya powstrzymała pisk, który wzbierał w jej gardle. Paznokcie przywódcy wbiły się w skórę.
- Masz pojęcie, ile ta kobieta była warta? Ile król by zapłacił, by ją odzyskać? - Zacisnął palce jeszcze mocniej. - On wierzy, że ta Wiedząca posiada Boską Moc.
Reya znieruchomiała. Tysiące maleńkich igiełek wbiły się w jej pierś i policzki. Tak zwana Boska Moc była darem dla wybranego Wiedzącego od Wszechbogini Uny, matki wszystkich Wszechbogów, od których płynęła cała magia świata. W legendach takich wybrańców nazywano Strażnikami. Ci wojownicy mieli chronić dzieło stworzenia przed wszelkim zagrożeniem. Nowego Strażnika wybierano dopiero po śmierci innego. Według niektórych Boska Moc to ucieleśnienie potęgi sztormu. Inni opisywali ją jako furię oceanu. Nie miało to jednak większego znaczenia, ponieważ zniknęła dawno, dawno temu. Jeśli w ogóle istniała... Jednak sama pogłoska o jej powrocie sprawiała, że królowie Riterry poświęcali absurdalne środki, by wytępić wszystkich Wiedzących.
Kiedy Reya zdjęła obrożę z szyi Stellene, w powietrzu pojawiło się napięcie, jakaś energia, a po plecach przeszły jej ciarki. Jeśli król uważa, że ta kobieta posiadła moc Uny, nie zawaha się przed niczym, by ją pojmać.
- Boska Moc to mit - stwierdziła Reya.
- Mnie obchodzi tylko to, że król w nią wierzy. A teraz, kiedy podniesie nagrodę za schwytanie Wiedzącej, ja zostaję z pustymi rękami. Długi, których nie mogę ściągnąć w złocie, ściągam we krwi. - Oczy Lennoksa rozbłysły niebezpiecznie. - Do mojego miasta zjadą się wszyscy złodzieje, zabójcy i Łowcy Krwi. I każdy będzie jej szukać. Mieliśmy tylko tę jedną szansę.
Palce Reyi drgnęły. Instynktownie chciała złapać za naszyjnik, który palił skórę. Złość tylko pogłębiała tę potrzebę, a to przerażało ją o wiele bardziej niż ból, którego zaraz z pewnością doświadczy.
- Chcę wiedzieć, gdzie ona jest. I gdzie ukryłaś kelmień.
- Większość zostawiłam w skrzyni w Stogach, niedaleko miejsca, gdzie zeskoczyłam z powozu. Mogę cię zaprowadzić.
Lennox wydał rozkazy dwóm Niebieskim Kapturom. Natychmiast ruszyli na poszukiwanie.
- Nie trzeba. Sami sobie znajdziemy. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - A teraz Wiedząca.
Reya zacisnęła pięści, powstrzymując się przed zrobieniem czegoś, czego później by pożałowała. Żołądek zacisnął się boleśnie. Nie poddała się jednak. Lennox odczytał odpowiedź w jej oczach. "Nie".
Mogła mu to równie dobrze wykrzyczeć w twarz. Wszyscy wstrzymali oddech.
Raulinowi się nie odmawia.
Przywódca zbliżył do niej twarz.
- A może myślisz, że skoro mam do ciebie słabość, nie poniesiesz konsekwencji? - spytał cicho, tak by tylko ona usłyszała. Jego głos stał się łagodny, lecz w oczach wciąż połyskiwała ledwo tłumiona furia. - Daj mi choć jeden powód, bym nie zabił cię od razu.
Lennox nie zwykł wypowiadać gróźb bez pokrycia. Jeśli Reya miała przeżyć tę noc, musiała zaoferować mu coś w zamian.
- Zarobię dla ciebie całą kwotę, którą zyskałbyś ze sprzedaży Wiedzącej - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Grymas wykrzywił białą bliznę przecinającą lewy kącik ust.
- Powiedz, niby jak zamierzasz odpracować sto tysięcy sztuk złota?
Szok sprawił, że prawie się zakrztusiła. Pozostali złodzieje wymienili zaskoczone spojrzenia. Widać wartość nieśmiertelnej wzrosła, odkąd król odkrył, jaką posiada moc.
- Dam radę. Wiesz, że mnie na to stać. - Utkwiła wzrok w zleceniodawcy.
- Jak zwykle pewna siebie. - Lennox roześmiał się krótko, lecz w dźwięku nie było ani krzty rozbawienia. - Pewnego dnia ten niewyparzony język cię zgubi. - Puścił ją. Reya zwalczyła odruch, by rozmasować obolałą szczękę.
Wiedziała, że to jeszcze nie koniec. Tego nauczyło ją doświadczenie. I tym razem okazało się dobrym doradcą.
Lennox uderzył ją ponownie. Pięścią. Dziewczyna runęła twarzą w brudną wodę. Obrzydliwy smak ścieków zmieszał się z żelazistą krwią w jej ustach. Podniosła się na kolana. Ból w głowie rozbrzmiewał jak dzwon. Lennox złapał ją za warkocz i gwałtownie poderwał jej głowę, zmuszając, by dziewczyna ponownie spojrzała mu w oczy. Obniżył głos.
- Wiedz, że nie sprawia mi to przyjemności.
Zamachnął się po raz kolejny. Cios wstrząsnął całym jej ciałem. Wytrącił sztylet z rubinem z pochwy. Gdyby po niego sięgnęła, zostałoby to odebrane jako atak, więc po prostu patrzyła, jak tonie w brązowej brei. Ten teatrzyk Reya z Lennoksem odgrywali już setki razy. Wiedziała, że nie powinna się bronić.
Nawet gdyby umiała go pokonać - a to wcale nie było takie pewne - było sporo świadków. Gdyby go zabiła, wielu ludzi straciłoby mnóstwo pieniędzy. Wszyscy żądaliby jej krwi.
Wzrok jej się rozmył.
"Kiedy skończymy, nie będziesz już tą samą dziewczyną", powiedział Lennox tej nocy, kiedy ją znalazł. "Ale nigdy już nie będziesz głodna". Nie wiedział tylko, że dziewczyna, którą była, zginęła już wcześniej, na długo zanim nauczyła się rzucać nożami do ruchomych celów.
Czekając, aż Lennox wyładuje swoją złość, ledwo stojąc na chwiejących się nogach, Reya usiłowała odciąć się od cierpienia - stanąć obok, na szczycie góry, skupić się na wspomnieniu osoby, którą niegdyś była, a także wszystkich, których zabiła, by zostać Szkarłatnym Sztyletem.
Ktokolwiek sprowadził ją na ten świat, pozostawił ją na śmierć w dziupli drzewa na zboczach Gór Etellińskich. Miała wtedy niecały dzień. Kobieta z pobliskiej wsi usłyszała jej płacz. Potraktowała dziecko jako dar Wszechbogów i zaniosła je do domu. Tam, wraz z mężem, nadali maleństwu imię. Bardzo stare imię.
Reya nie wymówiła go ani razu przez ostatnie dziesięć lat. Jego dźwięk przypominał ból w sercu, który nigdy nie gasł, choćby nie wiadomo jak bardzo starała się zapomnieć.
Reyanwyn. Było to imię etellińskie, znaczyło tyle, co "córka Góry".
Nie była go godna, więc zakopała je głęboko tej nocy, kiedy wszystko się zmieniło. Przysięgła sobie, że zachowa zaledwie część. Maleńką, drogocenną pamiątkę.
Reya.
Reyanwyn, córką Góry, była wyłącznie dla Gwendolyn i Hectora Connerych. A oni odeszli.
Ponad ramieniem Lennoksa napotkała wzrok Gavina. Wiedziała, że nie powinna patrzeć, lecz najwyraźniej nie wycierpiała jeszcze wystarczająco wiele. Kiedy przywódca po raz kolejny zdzielił ją pięścią w brzuch i usłyszała trzask łamanych żeber, Gavin nawet nie mrugnął. Reya nie była pewna, na co liczyła. Może chciała wiedzieć, że coś dla niego znaczy? Uszczęśliwiłoby ją cokolwiek, co nie byłoby tą chłodną obojętnością. Obydwoje znali jednak zasady gry.
Uniosła dumnie głowę.
Miało boleć. Miała krwawić. Ale nie wolno było krzyknąć z bólu ani błagać o litość. Była silna. Potrafiła wytrzymać.
Raz na jakiś czas Lennox przerywał katusze, pozwalając jej splunąć krwią. Nie chciał, żeby się nią zadławiła. Potem wracał do bicia. Męczył ją, aż dosłownie każda część ciała wyła z bólu, aż Reya opadła bez sił u jego stóp, zakrwawiona i posiniaczona.
On jednak zawsze zostawiał najgorsze na sam koniec. Złapał dwa palce jej lewej dłoni, mały i serdeczny, i powoli odgiął je do tyłu. Aż trzasnęły. Krzyk, który do tej pory w sobie dusiła, wyrwał się z gardła i wypełnił korytarze echem. Nawet Stellene musiała go usłyszeć w zatoce Rudrock. Możliwe, że dotarło do niej, jak wysoką cenę przyszło zapłacić wybawicielce za jej wolność.
Lennox skończył.
- Masz czas do wigilii święta Lumus - odezwał się przytłumionym głosem. - Nie muszę ci chyba mówić, co cię czeka, jeśli spróbujesz uciec?
Sześćdziesiąt dni.
Nie mówił chyba poważnie? Żeby zarobić taką kwotę w ciągu całego roku, musiałaby poruszyć ziemię i niebo. Nie była w stanie nawet skinąć głową, więc opadła po prostu bez czucia na ziemię.
Ktoś coś komuś powiedział, a potem ktoś inny złapał ją i uniósł. Reya traciła przytomność, potem ją odzyskiwała. Gavin i Zaim w ciszy ciągnęli ją przez tunele, potem w górę drabiną i w ciemność nocy. Ona z ulgą napawała się chłodem mokrych ubrań. Była zbyt wycieńczona, by martwić się smrodem. Kiedy wreszcie rzucili ją na ziemię, uderzyła o bruk jak worek ziemniaków.
- Idziemy, Gavin - rzucił Zaim.
Zapuchniętymi oczami Reya nie mogła dostrzec miny Gavina, lecz cisza, która nastąpiła, była ogłuszająca. Zanim obrócił się, by zostawić ją na pastwę losu, rzucił coś na ziemię obok niej. Wyciągnęła powoli rękę, a jej palce zacisnęły się na wysadzanej rubinami rękojeści. Wydała z siebie cichy, żałosny jęk. Kroki złodziei ucichły.
Minuty, godziny lub dni później dziewczyna obudziła się, czując, że ktoś przetrząsa jej kieszenie.
- Hej! - wycharczała i natychmiast jej ramię i brzuch przeszył straszliwy ból. Machnęła sztyletem, który jakimś cudem wciąż miała przy sobie. Mężczyzna, który ją okradał, odskoczył z krzykiem.
Jedno oko Reyi było kompletnie zapuchnięte. Przez drugie dostrzegła, że dwa palce lewej ręki ma wygięte pod nienaturalnym kątem. Sądząc po ostrym bólu przy każdym wdechu, miała złamane jedno lub więcej żeber. O wyglądzie swojej twarzy nie chciała nawet myśleć. Musiało być bardzo źle, skoro ten przybłęda pomyślał, że jest trupem.
Zmarszczyła nos, poszukała palcami miecza po ojcu. Odetchnęła z ulgą, znajdując ostrze na plecach. Przycisnęła rękę do piersi, jakby bojąc się, że bez tego rozpadnie się na kawałki, po czym podniosła się na łokciu.
Wrzucili ją do ścieku.
I to nie byle jakiego. Trzymając bezużyteczną rękę przy ciele, użyła drugiej, by wydostać się z rowu, w którym Lennox znalazł ją dziesięć lat temu. Wiadomość była jasna: "Wyciągnąłem cię stamtąd i mogę wrzucić z powrotem".
Reya pokuśtykała w kierunku najbliższego budynku. Nikt na nią nie patrzył. W Stogach taki widok nie był rzadkością. Jeśli napotykała czyjś wzrok, oczy obserwatora natychmiast znajdowały lepszy cel, a nogi zaczynały przebierać szybciej, by ominąć ją szerokim łukiem. Nie winiła za to ludzi. Ktoś z okrwawioną twarzą w tej części miasta mógł zwiastować wyłącznie kłopoty.
Czerwone fale włosów z rozplątanego warkocza zmieniły się w mokrą, poskręcaną masę oblepiającą twarz i ubiór. Sięgały aż do pasa. Prędzej jednak koniowi wyrosną skrzydła, niż ona zetnie swoje loki. Mieszkańcy Starej Etelliny nigdy się nie strzygli. Może w jej żyłach nie płynęła krew Connerych, lecz serce na zawsze należeć będzie do gór.
Etellińczycy żyli na północy, na długo zanim Riterranie osiedlili się w tych stronach. Byli ludem dumnym i równie starym co Wiedzący. Byli także doskonałymi rzemieślnikami. Słynęli na cały świat ze swych kowali-wojowników zwanych Zrodzonymi ze Stali, którzy wykuwali broń lżejszą i mocniejszą niż tworzona przez innych, a w dodatku odporną na upływ czasu i wszelką magię. Tajniki ich kunsztu zapomniano po podboju, lecz spuścizna wciąż trwała - oręż przekazywano z pokolenia na pokolenie.
Reya zacisnęła palce na znoszonej skórzanej pochwie etellińskiego miecza po ojcu, upewniając się, że wciąż jest przy niej, wciąż bezpieczny.
Niemal godzinę zajęło jej przejście szesnastu przecznic do mieszkania w zachodniej dzielnicy. W pewnym momencie zaczął padać rzęsisty deszcz, który przemoczył ją do suchej nitki. Odchyliła głowę, pozwalając, by woda obmyła twarz.
Reya mieszkała w najstarszym budynku na swojej ulicy. Widok trzypiętrowej kamienicy sprawił, że do oczu napłynęły jej łzy. Nie zamierzała się jednak rozkleić, na pewno nie tutaj. Stareńką, spękaną fasadę budynku porastały pędy bluszczu i wisterii. Pod każdym błękitnym witrażem w oknie stały donice pełne ziół.
Długie schody, prowadzące do jej lokum, stanowiły wyzwanie. Zaczęła z mozołem wspinać się na górę, krok po kroku, stopień za stopniem, wciąż tłumiąc płacz. Kiedy wreszcie dotarła na górę, odkryła, że drzwi są otwarte. To znaczyło, że Lennox złożył w jej mieszkaniu wizytę. Zapewne sprawdzał, czy nie ukryła tam Wiedzącej. Weszła i opadła na podłogę z mokrym plaśnięciem.
Widok na zatokę Rudrock i przyprawiające o zawrót głowy zapachy wiecznie rojącego się od ludzi targu skłoniły ją do wyboru tego mieszkania. No i jeszcze cena.
Na ścianach z nagiej cegły gęsto wisiały dzieła sztuki, które kupiła - lub ukradła - w sklepach w dzielnicy artystycznej. Szafa i łóżko były antykami. Spod spękanej złotej farby wyzierało solidne drewno dębowe. Wszystkie klamki i całą armaturę wymieniła na bardziej eklektyczne zamienniki znalezione na miejskich pchlich targach. Nie przeszkadzało jej, że nic do siebie nie pasuje. Jedynym nowym meblem był granatowy szezlong stojący teraz obok żelaznego piecyka. Służył jej za miejsce do czytania.
W każdym rogu pokoju wznosiły się stosy książek. Sięgały prawie do sufitu. Księgi leżały pod meblami i na nich, opierały się o obrazy i mieszały z walającą się tu i ówdzie bronią. Reya zgromadziła tu całą bibliotekę.
Kuląc się z bólu przy każdym ruchu, zdjęła pancerz i ubranie. Przeczołgała się do kuchni. Pod zlewem stały butelki. Miała teraz ochotę utonąć w ich zawartości. Odnalazła najstarszą: bogato zdobioną butelkę whiskey o etykiecie pożółkłej ze starości. W czerwonym laku odciśnięto datę. Rok, w którym Lennox odnalazł Reyę. Podarował jej trunek w prezencie z okazji zakończenia szkolenia. Miała wznieść nim toast, kiedy spłaci zaciągnięty u szefa dług.
Nagle uświadomiła sobie, ile właśnie straciła.
Było warto? Na to pytanie odpowiedź nie chciała przyjść. Reyę ogarnęło obrzydzenie samą sobą.
Podniosła butelkę o wiele tańszego napoju. Wzięła porządny łyk. Zerknęła na szafkę nocną, na której leżał list, mocno już pognieciony od wielokrotnego otwierania i składania. Nie mogłaby go teraz przeczytać. Nie musiała. Treść znała na pamięć.
Przez całe życie jedyne, czego chciała, to pracować w kuźni. Zostać kowalem jak ojciec. Odkąd miała siłę unieść szczypce, była jego uczennicą. Lecz potem ojciec odszedł. Od dziesięciu lat noga Reyi nie postała w kuźni.
W ciągu ostatniego roku złodziejka wysłała setki listów, głównie do kowali z zagranicy, w desperackiej nadziei, że uda się jej opuścić Riterrę. Odpowiedzi nie było. Pierwsza pojawiła się dopiero trzy tygodnie temu. Do Anwyna Odella napisała spontanicznie, przelewając na papier całą swoją historię, zwierzając się ze wszystkiego. Nie wierzyła, że tak znamienity kowal zechciałby odpisać. Kiedy dotarł do niej list opatrzony kolorowym znaczkiem z Deltii, omal nie wyściskała tragarza, który jej go przyniósł.
Odell oferował pracę, szansę, by wreszcie powrócić do życia, o którym marzyła, zanim poznała Lennoksa Raulina. Jedyne, o co prosił, to by do końca lata odpisała mu, kiedy zamierza się u niego pojawić.
A teraz, jeśli nie nastąpi jakiś cud, nie zdoła spłacić Lennoksa wystarczająco wcześnie, by móc skorzystać z oferty Odella.
Nie miała siły, by przejmować się krwią i brudem na ubraniach i butach porozrzucanych po garderobie. Ruszyła do łazienki. Nad stojącą na żelaznych nóżkach spękaną porcelanową wanną było kolejne okno z witrażem i głębokim parapetem, na którym przechowywała mydła i sole do kąpieli. Zatkała odpływ i odkręciła kurek z zimną wodą, po czym wetknęła połamane palce pod lodowaty strumień.
Czekając, aż dłoń zdrętwieje, piła whiskey.
Jej ojciec był Zrodzonym ze Stali. Tylko inny mistrz kowalstwa mógł złożyć go do grobu. I dlatego szkolił ją od najmłodszych lat. Kiedy nadszedł jego czas, by dołączyć do przodków wśród gwiazd, ona miała odprawić starożytny, święty rytuał. Bracia pochowali kości ojca na zboczu góry, lecz ona miała zadbać o wysłanie jego duszy w ostatnią podróż. I zawiodła.
Uciekła.
Nie uciekaj. Nie ulegaj. Nie przemijaj.
Reya wzięła głęboki oddech, który zupełnie nie uspokoił walącego w szalonym tempie serca. Nastawiła palce, nie tłumiąc krzyku, który wyrwał jej się z gardła.
Ona nie należała do Zrodzonych ze Stali - była Szkarłatnym Sztyletem. I teraz już nie mogła tego zmienić.
Drżącą ręką złapała prześcieradło i, pomagając sobie zębami, podarła je na pasy. Owinęła obolałe palce i usztywniła je kawałkiem deszczułki. Nie pierwszy raz nastawiała własne połamane kości. Całe ciało pokrywały blizny. Były mapą wydarzeń ostatnich dziesięciu lat.
Oplotła kolana ramionami i kołysząc się, zmówiła modlitwę do Ieny, Wszechbogini uzdrawiania. Gdy wanna wypełniła się po samą krawędź, zakręciła kurek, wsunęła się do zimnej wody i rozpłakała.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.