Steelborn - Taylor J. LaRue

Kup ebooka

51.90 zł
41.52 zł (51,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SŁOWNICZEK Z WYMOWĄ

OSOBY

Anwyn Odell - AN-łyn o-DEL

Caelan Halcyon - KEJ-len HAL-sjon

Citrio - SI-trjo

Domwell St. Lucius - DOM-łel sejnt LU-sjus

Eddar Bartholomew Foster - E-dar bar-TO-lo-mju FO-ster

Evelyn Margot Foster - E-we-lyn MAR-go FO-ster

Fionan - fjo-NAN

Gavin Price - GA-win prajs

Gerhardt Świetlisty - GER-hart świetlisty

Gwendolyn Connery - GŁEN-do-lyn KO-ne-ri

Hector Connery - HEK-tor KO-ne-ri

Igraine - i-GREJN

Kalue Volani - ka-LU-e wo-LA-ni

Nivaan Montri - ni-WAN MON-tri

Regoman Daranathius - RE-go-man da-ra-NA-tjus

Rothmire Daranathius - ROT-majer da-ra-NA-tjus

Lennox Raulin - LE-noks RAŁ-lin

Leo Connery - LI-o KO-ne-ri

Omira Bruadair - o-MI-ra bru-a-DER

Paxton Connery - PAKS-ton KO-ne-ri

Reardon Volani - RI-er-don wo-LA-ni

Reyanwyn / Reya Connery - re-JAN-łyn / RE-ja KO-ne-ri

Stellene - ste-LIN

Thance Bruadair - TENS bru-a-DER

Tyrus - TY-rus

Zaim - ZAJM

Zantae - ZAN-tej

MIEJSCA

Aletia - a-LET-ja

Alendar - A-len-dar

Rzeka Avarene - rzeka AWA-rin

Zatoka Briony - zatoka BRI-jo-ni

Caeruleum - se-RU-le-um

Clare View - kler wju

Knieja Cleary - knieja KLI-ri

Rzeka Delrene - rzeka DEL-rin

Deltia - del-TI-ja

Edris - ED-ris

Etellina - e-te-LI-na

Evalis - E-wa-lis

Ianess - aj-a-NES

Idrias - aj-DRI-jas

Kalterra - kal-TE-ra

Głębia Kasmore - głębia KAZ-mor

Stare Deming - stare DE-ming

Ombriar - OM-bri-jar

Port Talluah - port ta-LU-ła

Pustynia Rakana - pustynia RA-ka-na

Riterra - ri-TE-ra

Zatoka Rudrock - zatoka RAD-rok

Góry Sinfair - góry SYN-fer

Rzeka Sirene - rzeka SAJ-rin

WSZECHBOGOWIE

Atyx - A-tyks

Beo - BE-jo

Ciszo - SY-zo

Della - DE-la

Dymis - DAJ-mys

Hahlo - HA-lo

Iena - I-na

Iro - I-ro

Loire - LU-ra

Maris - ME-ris

Pirax - PAJ-raks

Rathos - RA-tos

Ria - RI-ja

Rova - ROŁ-wa

Ryksis - RAJK-sys

Talise - ta-LIS

Tella - TE-la

Tika - TI-ka

Una - U-na

Veda - VEJ-da

ŁODZIE I OKRĘTY

"Akadia" - a-KA-dja

"Argus" - AR-gus

"Balfour" - BAL-fur

"Konkord" - KON-kord

"Narissa" - na-RI-sa

INNE TERMINY

Ciron - KAJ-ron

Dellasine - DE-la-sin

Fae - FEJ

iracundire - I-ra-kun-dajr

Lumus - LU-mus

Mireli - MI-re-li

mo real - MO re-AL

Veraquisin - we-RA-kłi-syn

Volucrum Serpentis - wo-LU-krum ser-PEN-tis

ROZDZIAŁ 1

ZŁODZIEJKA

Reya Connery przycisnęła plecy do spodu mostu. Tuż pod nią nic, powietrze.

Jeszcze tylko chwila, pomyślała, zapierając się o poprzeczne belki. Na czoło wystąpił jej pot. Skapnęła kropla. Reya śledziła jej lot. Trzy piętra w dół, aż do brukowanej ulicy.

Nie pierwszy raz ryzykowała życie dla mieszka pełnego monet, choć całkiem możliwe, że ostatni, jeśli wykona zadanie poprawnie - a Reya nie zwykła knocić roboty. Ze skomplikowanego warkocza wciśniętego pod kaptur wydostał się niesforny kosmyk rudych włosów. Zaklęła, gdy przesłonił jej widok.

- Uważaj, Ruda, bo cię namierzą - rzucił złośliwie Gavin. Spiął drżące ramiona i z wysiłkiem wyprostował plecy między krokwiami.

Gdyby nie byli zakleszczeni wysoko ponad ulicami Edris, pokazałaby mu wulgarny gest.

- Gdzie oni są, na piekielne czeluści? - jęknął Zaim wiszący po drugiej stronie. - Pot zalewa mi oczy.

Reya zacisnęła powieki. Wciągnęła powietrze nosem. To był długi, żmudny dzień, a na dodatek dopiero co wyczyściła pancerz. Jeśli tych dwóch imbecyli się nie zamknie, będzie musiała całą robotę odwalić jeszcze raz, choć usuwanie ich krwi spomiędzy fałd skórzanego napierśnika zajęłoby wieki.

Oby dotrwać do rana. Potem wolność.

Zanim zdążyła ich przestrzec, by trzymali języki za zębami, bo inaczej je utnie, ciszę przerwały odgłosy: stukot kopyt na bruku i pobrzękiwanie zbroi. Natychmiast wyostrzyła zmysły. Zza rogu wyjechała karawana strzeżona przez opancerzoną Srebrną Gwardię.

Nareszcie.

Konwój wyglądał dokładnie tak, jak opisywał to jej zleceniodawca. Trzy złączone powozy jadące jeden za drugim. Sześciu konnych strażników. Dwóch kolejnych na tylnej platformie. Jeden uzbrojony woźnica.

Za mało, by powstrzymać napad.

- W gotowości. Na mój znak - wyszeptała Reya.

Nie mieli ani lin, ani haków. Żeby wylądować na dachach karawany, musieli zeskoczyć w idealnym momencie.

To się musi udać. Plan był jej dziełem.

- Teraz!

Na tle osławionej stolicy Imperium Riterrańskiego spod mostu oddzieliły się trzy ciemne sylwetki złodziei.

Reya rzuciła się w ciemność nocy. Nad jej ramionami jak wojenny sztandar rozpostarł się płaszcz w kolorze głębokiego granatu. Żołądek podjechał dziewczynie do gardła, lecz lata szkolenia pozwoliły jej zachować spokój. Pod stopami Reyi rosła karawana. Zgięła nogi w kolanach i z głuchym tąpnięciem wylądowała na dachu drugiego powozu. Od razu chwyciła dwa sztylety. Dwa spośród całego arsenału stalowych ostrzy przytroczonych do pasów na biodrach i udach.

Zaim trafił na kozioł woźnicy. Wyrwał mu z rąk lejce i zepchnął nieszczęśnika z wozu. Mężczyzna nawet się nie połapał, co jest grane.

- Zasadzka! - wrzasnął inny strażnik.

- Lewo! - Reya cisnęła przed siebie nożem. Gavin schylił się, a ostrze przeleciało tuż nad jego ramieniem. Reya rzuciła jeszcze dwa razy, celując w łączenia płyt pancerza strażników: pachy, biodra, szyje.

Dwóch jeźdźców odłączyło się od konwoju. Kolejny uniósł nad głowę flarę.

Reya skoczyła przed siebie, gotowa przeciąć ścięgna na jego przedramieniu, lecz nie zdążyła. Bo nagle w gardle mężczyzny utkwiła strzała. Z cienia wychynęły cztery kolejne, odziane w płaszcze postaci; pędziły po dachach kamienic wzdłuż trasy karawany. Każda w biegu wypuszczała strzałę za strzałą, przetrzebiając straż.

Tuż koło ucha złodziejki świsnął bełt. Reya syknęła i skręciła tułów z szybkością wyuczoną przez lata morderczego treningu. Wbiła wściekły wzrok w Srebrnego Gwardzistę, którego strzał minął ją o centymetry. Mężczyzna ponownie napiął łuk, ale zbyt wolno. W oko wbił mu się sztylet. Ciało z łoskotem i zduszonym jękiem zleciało z białego konia, który pogalopował w dal.

Reya przesłała zwierzęciu całusa, życząc mu w duchu, by wydostało się z miasta i powróciło do północnej dziczy.

Zaim gwizdnął przeciągle z czoła karawany, po czym szarpnął lejcami. Stojący na dachach kompani zniknęli w ciemności, a Reya i Gavin przytrzymali się mocniej. Konwój wystrzelił naprzód. Śpiące miasto rozmazało się nagle, rozlało w smugi barw i świateł. Koła powozów z głośnym terkotem toczyły się w szalonym tempie po nierównym bruku.

W szeregach Srebrnej Gwardii Reya i jej kompani znani byli wyłącznie jako "ci przeklęci skurwiele". W półświatku stolicy nazywano ich jednak Niebieskimi Kapturami, najgroźniejszą grupą przestępczą imperium. Ich przywódcą był niesławny Lennox Raulin, któremu kłaniali się wszyscy przedstawiciele zawodów nie do końca legalnych. Reya wolała pracować w pojedynkę, lecz Lennox uznał, że ta robota jest zbyt skomplikowana dla jednej osoby.

"Zrób to, młoda, a będziemy kwita", powiedział.

O świcie, po raz pierwszy od dziesięciu lat, Reya wreszcie będzie mogła sama decydować o swoim losie.

- Patrz w górę. - Ruchem głowy wskazała dwóch strażników wciąż stojących na platformie. Tylko oni pozostali z całej obstawy. Obaj właśnie wdrapywali się na dach powozu.

Na ich napierśnikach widniało riterrańskie godło - na tle ośmioramiennej gwiazdy orzeł z szeroko rozpostartymi skrzydłami, wbijający pazury w węża. Miało symbolizować walkę z korupcją tego świata. Reya przewróciła oczami na widok tej hipokryzji. Węży nie trzeba było szukać w szerokim świecie, który król Rothmire pragnął podbić - pełzały po jego stolicy i bogaciły się kosztem słabszych.

Reya wiedziała o tym najlepiej. Była jednym z tych gadów.

Gavin rzucił się w kierunku upatrzonego celu. Oczywiście wybrał mniejszego z dwóch napastników.

- Przeklęty tchórz - warknęła dziewczyna, wyciągając kolejne noże. Przyjęła odpowiednią postawę. Powóz podskoczył na kolejnym wyboju.

W chłodnym świetle dwóch księżyców widziała oczy przeciwnika. Wzrokiem wodził po jej kształtnych biodrach. Potrafiła odczytać jego myśli, dostrzegła pyszałkowaty uśmieszek, kiedy dojrzał delikatne rysy twarzy ponad ciemną przepaską, za którą kryła dolną połowę twarzy. Wysokie, pokryte piegami kości policzkowe, zielone oczy podkreślone głębokim szafirowym błękitem. Mimo agresywnej postawy złodziejki strażnik widocznie nie uważał jej za godnego przeciwnika. Ten błąd miał być jego ostatnim.

- Wiesz - odezwała się Reya - każdy mężczyzna, z którym walczyłam, właśnie tak na mnie patrzył. I każdy zginął.

Zastygła, czekając, aż przeciwnik wykona jakiś ruch. W momencie, kiedy zaatakował, odkryła, że zarówno on, jak i jego kompan to nie szeregowi gwardziści. To elita wyznaczona do walki z najgroźniejszymi wrogami. Strażnik miał nad nią tę przewagę, że był większy, więc ona musiała wykorzystać swoją szybkość. Rozpoczęła taniec. Każdy ruch znała tak dobrze, że potrafiłaby go wykonać nawet we śnie. Unik za unikiem, sprawnie omijała ciosy wyprowadzane przez napastnika, choć dach powozu mocno się chybotał. Przykucnęła, wyciągając nogę, żeby kopnięciem powalić przeciwnika na kolana, ale przewidział ten ruch. Wstała podskokiem. Strażnik zamachnął się, chcąc przeciąć ją mieczem na pół, ale była zbyt szybka. Odchyliła się do tyłu. Ostrze zatoczyło łuk tuż nad twarzą. Reya musiała przyznać, że ten Srebrny Gwardzista radził sobie o wiele lepiej niż inni, którzy dotychczas próbowali ją zabić.

Jego pewność siebie przerodziła się we frustrację. Reya rozciągnęła usta w uśmiechu. Wiatr rozwiał niebieski płaszcz, a księżycowe światło wydobyło z mroku wysadzany rubinami sztylet u jej pasa - ten, z którym nigdy się nie rozstawała. Strażnik rozdziawił usta, nagle zdając sobie sprawę, z kim ma do czynienia.

Ten moment uwielbiała najbardziej. Kochała tę chwilę, kiedy przeciwnik uświadamiał sobie, na kogo trafił. Jego stanowcze dotychczas ruchy stały się nagle chaotyczne. Ze wściekłością ciął powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała złodziejka. Reya wykonała fintę w lewo, po czym natychmiast wykorzystała ruch gwardzisty, by wbić sztylet prosto pod hełm. On jednak zdołał złapać ją za nadgarstek, a później uderzył ją czołem. Mocno.

Sycząc wiązankę przekleństw, która zawstydziłaby wszystkich przodków spoglądających na walkę z zaświatów, Reya odskoczyła w tył. Unikała kolejnych ciosów, słysząc świst ostrza. Zaciskała pięści i podkulała palce u stóp, czekając, aż przestanie jej się kręcić w głowie. Przez ostatnie pięć lat niewielu przeciwników aż tak wyprowadziło ją z równowagi. Zliczyłaby ich na palcach jednej ręki.

Poczuła chłód na ustach. Maska opadła i wisiała jak szal na szyi. Żołnierz uśmiechnął się lekko, czując, że zwycięstwo ma w garści. Wbił wzrok w twarz przeciwniczki. Mógłby z łatwością opisać ją stróżom prawa. I co z tego? Została mu może minuta życia.

Reya wsunęła sztylety w pochwy przy pasie i sięgnęła po przytroczony do pleców miecz. Należał do jej ojca. W skórzanej rękojeści wciąż dało się wyczuć zagłębienia po palcach.

Walka tą bronią była jak spojrzenie duchowi w oczy. Bolesna. Lecz tym bólem Reya się rozkoszowała.

Złodziejka i żołnierz zwarli się ze szczękiem stali. Karawana mknęła ulicami miasta, a ostrza lśniły w świetle księżyców. Reya odwróciła wzrok od wroga na krótką chwilę. Tyle wystarczyło, żeby się zorientowała, gdzie są. Gwardzista świetnie władał mieczem, ale w tym przeklętym przez bogów mieście tylko jedna osoba potrafiłaby ją pokonać. Kiedy wóz dotarł do ostrego zakrętu, Reya była gotowa. Przykucnęła, złapała się krawędzi dachu powozu. Wcześniej kazała Niebieskim Kapturom przemierzać całą trasę przejazdu konwoju tyle razy, że teraz znali tę drogę na pamięć - każdy zakręt, każdy wybój. Wiedziała doskonale, w którym momencie się zaprzeć, kiedy przenieść ciężar ciała na jedną czy drugą stronę, kiedy się przytrzymać, by nie spaść.

Żołnierz runął na kolano, żeby nie zlecieć z dachu. Reya nie wahała się ani chwili. Jakiekolwiek miały być jego ostatnie słowa, szybko przerwał je charkot z rozciętego gardła. Złodziejka wbiła ostrze w szparę pomiędzy dolną krawędzią hełmu a naramiennikiem. Zacisnęła palce na rękojeści, po czym kopnęła martwego wroga w pierś, jednocześnie wyrywając miecz z ciała. Zacisnęła powieki i usta, po czym obróciła się na piętach, żeby za bardzo nie obryzgała jej krew. Trup sturlał się z dachu.

Dziewczyna otarła posokę z twarzy. Dojrzała własne odbicie w wypolerowanym ostrzu. Załamywało się na wygrawerowanych w stali słowach. Zapisano je alfabetem runicznym, w Pierwszej Mowie. "Nie uciekaj. Nie ulegaj. Nie przemijaj". Święte słowa. Stare słowa. Słowa jej ojca. Reya z trudem przełknęła ślinę. Ile razy skąpała te litery we krwi?

Każdy złodziej do czegoś dąży. Myśląc o swoim celu, często wyobrażała sobie, jak stoi w wielkiej kuźni. Powietrze rozedrgane od żaru, posadzka pokryta popiołem. Nad wejściem kuty żelazny znak. Jej herb. Pragnęła bowiem być w miejscu, gdzie się tworzy, zamiast niszczyć. Kuźnia. Inne życie - takie, jakiego chcieli dla niej rodzice. Kiedy spłaci dług wobec Lennoksa, będzie mogła wreszcie wyjechać z miasta. Odpłynąć w kierunku odległych krain, a swój niebieski płaszcz cisnąć w płomienie. Nauczy się rzemiosła.

Fachu ojca.

Gavin stanął naprzeciwko niej, przygniatając pokonanego wroga do dachu powozu.

- Przez chwilę myślałem, że nie dasz mu rady, Ruda - powiedział i nogą strącił trupa w dół.

Reya wyobraziła sobie minę Gavina pod maską. Kręcone włosy spięte ciasno tuż nad karkiem. Miał szerokie ramiona i szczupłą, umięśnioną sylwetkę. Skórę w kolorze ciepłego brązu, twarz z króciutkim zarostem. Uśmiech chłopaka potrafił stopić lód w sercu każdej kobiety. Reya nagle przypomniała sobie dotyk szorstkiej brody na własnych udach, dłonie zaciśnięte na jej biodrach - przyciągały ją, zapraszając, by go dosiadła i zaspokoiła swoje pragnienia. Wspólna akcja bywała grą wstępną. Błysk wielokolorowych oczu Gavina - mieszały się w nich jasna zieleń, błękit i brąz - wskazywał na to, że jego myśli krążą wokół podobnych tematów.

Za każdym razem obiecywała sobie, że to już ostatni raz. A potem i tak wracali do siebie. Reya nie wdawała się jednak w związki. To, co ich łączyło, musiało się skończyć.

Jutro.

Oczyściła ostrze o spodnie, po czym wsunęła je do pochwy. Porywisty wiatr szybko suszył szkarłatne rozbryzgi na jej policzkach.

- Zawsze zostawiasz mi największego - sarknęła.

- Na zarobek trzeba zapracować - odpowiedział Gavin ze śmiechem. - Nie żebyś potrzebowała pieniędzy. Już masz ich więcej niż wszyscy my razem wzięci. A z jakiegoś powodu wciąż mieszkasz w tej klitce w dzielnicy zachodniej.

Reya prychnęła.

- Mam stamtąd najlepszy widok na miasto.

Gavin przeskoczył na jej powóz, co uznała za wdarcie się do jej prywatnej przestrzeni.

- A mnie się zdaje, że to tylko wymówka, by spać u mnie.

Arogancki skurczybyk. Uwielbiała tę jego cechę.

- Ach, tak? A od kiedy to u ciebie się sypia?

Roześmiał się i uniósł dłoń, by otrzeć kroplę krwi z jej policzka.

- Wziąłbym na siebie większego, ale nie chciałem ci odbierać zabawy. Czy też może sławny Szkarłatny Sztylet nieco się stępił?

Wielki rubin osadzony w głowicy noża zalśnił w świetle księżyców, jak gdyby domagał się uwagi. Reya zapracowała na to, aby ten przydomek wywoływał strach u nawet najgroźniejszych przedstawicieli riterrańskiego podziemia.

- Co ty możesz wiedzieć o zabawie?

Mrugnął do niej.

- Jeśli chcesz, pokażę, co wiem. Jeśli ci się poszczęści, to może nawet dziś w nocy.

Popchnęła go trochę za mocno, ale Gavin tylko się roześmiał. Czuł się w jej towarzystwie całkiem swobodnie. Tak jak ona w jego. Może zbyt swobodnie.

- Skończyliście wreszcie? - zawołał Zaim przez ramię.

Odwróciła się, żeby ocenić, gdzie się znajdują. Ponownie założyła maskę. Po pozbyciu się strażników Zaim skierował karawanę na Trakt Suwerena. Powozy jechały teraz z szaleńczą prędkością w kierunku dzielnicy południowej bądź też Stogów, jak nazywali ją mieszkańcy.

Edris było sercem imperium, stolicą pełną życia i energii. Idealnym miejscem na siedzibę króla. Nawet tak paskudnego jak obecny.

A Reya została dziedziczką całego przestępczego półświatka tej metropolii.

Lennox wyraził się jasno: mają mu dostarczyć całą karawanę. Ani słowem nie wspomniał o tym, co przewoziła.

Zresztą Reya chyba wolała nie wiedzieć. Ostatnio dawał coraz dziwniejsze zlecenia. Nawet jak na kogoś, kto działał w każdej branży, jaką tylko można sobie wyobrazić. Im mniej legalne prowadził interesy, tym bardziej narażał się władzom. I tym więcej grzechów wytkną Reyi Wszechbogowie, gdy stanie przed bramą do wieczności. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie uwolni się od Raulina.

Z jej nieskalanej duszy zostały już zaledwie strzępy, ale planowała choć tyle dla siebie zachować.

Jeszcze tylko jedna robota. Ostatnia.

- Jeśli zauważysz, że ktoś za nami jedzie - powiedziała, wskazując na kołczan wystający zza ramienia Gavina - strzelaj.

Karawana minęła pierwszy punkt orientacyjny - kamienny pomnik jakiegoś starożytnego króla. Zaim prowadził powozy trasą specjalnie wytyczoną na wypadek pościgu. Dokładnie dziesięć minut dzieliło ich od celu. Trzymając się uchwytów na ścianie wozu, Reya zeszła po stopniach na niższy podest. Dała znać Gavinowi, żeby zajął miejsce z tyłu.

Wszystkie drzwi zabezpieczono łańcuchem i kłódką. Teraz dziewczyna musiała je zdjąć, zanim dotrą do punktu zbiórki, gdzie Niebieskie Kaptury szybko wyładują zawartość powozów i spalą całą resztę.

Zadanie było w zasadzie wykonane. W myślach już pakując swoje kufry, Reya wyciągnęła zza pasa toporek i rąbnęła nim w łańcuch. Nawet przy tak wielu talentach nie zdołałaby otworzyć zamka powozu pędzącego ulicami miasta. Po trzech uderzeniach łańcuch pękł. Schowała broń, złapała za zniszczoną belkę, uchyliła drzwi i wcisnęła łańcuch do środka. Nie zamierzała zostawiać jakichkolwiek śladów, po których Srebrna Gwardia mogłaby do niej dotrzeć. Z wnętrza rozległ się głuchy łoskot. Otworzyła drzwi szerzej, spodziewając się widoku skrzyń, pudeł, beczek, antyków. Czegoś takiego. Czegokolwiek.

Lecz powóz był... pusty.

Niemożliwe, pomyślała. Gorączkowo próbowała zrozumieć, co oznacza ten widok. Czy karawana mogła być zmyłką? Gavin zapewniał Lennoksa, że czas i trasę przejazdu potwierdziło trzech informatorów. Reya całymi tygodniami opracowywała plan tego skoku. Śledziła Srebrnych Gwardzistów, płaciła łapówki, przeprowadzała zwiad, układała wszystkie elementy ataku.

Nie lubiła polegać na innych, dlatego wolała pracować w pojedynkę.

Zgrzytnęła zębami, przeniosła ciężar ciała na jedną nogę i przeskoczyła na kolejny powóz. Niemożliwe, by cała praca poszła na marne. Złapała uchwyt, podciągnęła się z wysiłkiem i postawiła nogi na stopniach.

Minęli kolejny punkt orientacyjny - tawernę z nadłamanym znakiem przedstawiającym półksiężyc. Zostało siedem minut. Adrenalina płynąca w żyłach pobudzała lepiej niż whiskey. Najlepiej pracowało jej się do rytmu tykającego zegarka i bicia własnego serca.

Złapała kłódkę, obróciła ją i przyjrzała się dokładnie. Misterna robota. Nigdy nie widziała takiego modelu. Na tym powozie nawet łańcuchy były grubsze.

Na pewno więc tutaj schowano cały towar. Tylko w takim razie po co aż trzy wozy?

Nagle poczuła coś dziwnego - z metalowego mechanizmu biła... obcość. Dziewczyna się wzdrygnęła. Modląc się, by to była pomyłka, obróciła kłódkę tak, aby w księżycowym blasku lepiej dostrzec dziurkę od klucza. Powierzchnia mieniła się zielonkawo. Reya zaklęła.

Zamek zrobiono z kelmienia - jedynego naturalnego materiału, całkowicie odpornego na magię. A to znaczyło, że cokolwiek znajduje się w powozie, jest tak cenne, że Srebrna Gwardia zdecydowała się użyć nadzwyczajnych środków ochrony, albo... samo w sobie jest magiczne. A magię w Imperium Riterrańskim zdelegalizowano setki lat temu.

Przy jakiejkolwiek innej robocie Reya zeskoczyłaby z karawany i wzięła nogi za pas. Byle uciec jak najszybciej i jak najdalej od tego, co tu się przewozi. Lecz od tego zlecenia zależała jej przyszłość. Policzyła do pięciu w nadziei, że ktoś ją powstrzyma. Skoro nikt taki się nie pojawił, wyciągnęła toporek i zamachnęła się energicznie. Raz, drugi, trzeci. Przy każdym uderzeniu strzelały iskry, lecz łańcuch nie puścił.

Znów rąbnęła.

Nic.

I jeszcze raz, i jeszcze.

- Przeklęte cholerstwo!

Metal wreszcie pękł. Reya wyciągnęła rękę, by złapać kłódkę, ale ta poleciała pod koła. Trzeba będzie później po nią wrócić. Z jękiem zawodu złodziejka wsunęła broń za pas i poluzowała łańcuchy. Zawahała się.

Jeśli w środku znajdowało się coś magicznego, otwieranie drzwi byłoby błędem. Najlepiej rzucić łańcuch na ziemię i zabrać się za ostatni powóz. Z jakiegoś powodu nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Kilka kolejnych sekund zmarnowała na rozmyślanie nad decyzją, którą już i tak podjęła. Musiała wiedzieć, z czym ma do czynienia.

Zmówiła w duchu kolejną modlitwę: o to, by zawartość powozu nie wpędziła jej do grobu.

Pociągnęła za żelazny uchwyt. Drzwi odskoczyły gwałtownie. Płuca Reyi natychmiast wypełniła dusząca woń zgnilizny, pleśni i ziemi zroszonej deszczem. W jej oczach zebrały się łzy. Złodziejka zatkała nos i usta, po czym zajrzała do środka. Wydyszała paskudne przekleństwo.

Wszechbogowie!

Mieli problem. I to poważny.

ROZDZIAŁ 2

WIATR W OCZY I SIEKIERA W PLECY

Gdy Reya spojrzała w oczy istocie, do której porwania została wynajęta, w gardle wezbrała jej żółć.

Nieśmiertelna przypominała zwykłą kobietę. Prawie. Skórę pokrywały szmaragdowe, jaśniejące znaki. Były na piersi, ramionach i nogach. Wydawały się zarazem kunsztowne i przerażające - jak gdyby ktoś wyciął je w ciele, chcąc uwolnić wewnętrzne światło. Siedziała w rogu swojej celi. Obejmowała rękami kolana. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest w kiepskim stanie i że od dawna nic nie jadła, a światła słonecznego nie widziała jeszcze dłużej. Pomimo pobladłej, posiniaczonej skóry jej widok wciąż robił piorunujące wrażenie. Na ramionach rozlewały się czarne jak atrament włosy. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia pięć lat, choć mogła mieć nawet i dwieście.

Była Wiedzącą - najgroźniejszą z magicznych istot. I nie dała się pojmać bez walki. Nie tylko mocno ją poturbowano, ale też przykuto łańcuchami do podłogi.

Na szyi miała obrożę z kelmienia.

Krew zabuzowała w żyłach Reyi.

Morderczy szał w szarych oczach nieśmiertelnej mieszał się z przeraźliwym strachem. Niegdyś Wiedzący władali całym kontynentem Ianess. Dzięki ogromnej sile i nienaturalnie wyostrzonym zmysłom, a także potężnym zdolnościom magicznym cieszyli się szacunkiem, choć podszytym obawą. Odkrycie kelmienia wyrównało szanse w starciu między ludźmi a Wiedzącymi. Dzięki przewadze liczebnej ludzie wygonili Wiedzących z ich ziem. Wojna trwała setki lat i była najkrwawszym konfliktem w historii. Wiedzący z wyglądu przypominali ludzi, dlatego bez trudu mogli się wśród nich ukryć, lecz większość opuściła Ianess w poszukiwaniu bezpiecznej przystani.

Karawana skręciła gwałtownie w lewo. Reya mocniej złapała się drzwi. Wewnątrz powozu było tak niewiele miejsca, że więźniarka nie mogła nawet wstać. Powietrze i światło wpadały przez cienką szparę w tylnej ścianie. Wiedząca wcisnęła się głębiej w róg pomieszczenia.

Dlatego Lennox nie zająknął się o tym, co takiego mają ukraść, i obiecał niezłą fortunę za wykonanie zadania. Kopalnie kelmienia z każdym rokiem przynosiły coraz mniejszy urobek. Sama obręcz na szyi Wiedzącej musiała być warta krocie. Wartość tego cacka była jednak niczym przy wartości samej nieśmiertelnej. Żywa czy martwa, była bezcenna. Napadając na karawanę, Lennox dostał w swoje ręce i jedno, i drugie. Reya z niechęcią pochwaliła genialny plan. Lecz bez niej by się nie powiódł.

Kolejny przeciągły gwizd Zaima dał znać, że minęli trzeci punkt orientacyjny. Ostatni. Zostały cztery minuty.

Niebieskie Kaptury nigdy wcześniej nie parały się handlem istotami magicznymi. Skąd ta nagła zmiana? I dlaczego porwano akurat tę Wiedzącą? Czy Gavin i Zaim wiedzieli? Pytania kłębiły się w głowie Reyi. A najważniejsze: co teraz?

Znając Lennoksa, sprzeda kobietę temu, kto zaoferuje najwięcej. Z doświadczenia Reyi wynikało, że dobrze płacą szemrane typy. W najlepszym wypadku Wiedząca posłuży komuś jako broń. Stanie się narzędziem w rękach złych ludzi. Takich jak Reya. W najgorszym... Lennox w zamian za okup odda tę kobietę królowi, któremu ją ukradł. A monarcha znany był z tego, że zrodzonych z magii kroi na stołach badawczych. Nie ulegało wątpliwości, że Wiedzącą w takim przypadku czeka los gorszy od śmierci.

- No dalej! - zawołał Gavin. Wiatr zagłuszał jego słowa.

Reya mocno zacisnęła dłoń na drewnianej krawędzi, aż deska skrzypnęła od naporu. Wolność jest tak blisko. Jeśli teraz oszuka Lennoksa, nie tylko wróci do domu bez pieniędzy, ale też będzie spłacała dług przez wiele lat. Magia to niebezpieczna rzecz - co do tego Reya i król Riterry się zgadzali. Całymi latami unikała parających się nią osób. Gdyby uwolnić Wiedzącą, ta mogłaby od razu zaatakować. Reya nie miała najmniejszej ochoty na własnej skórze przekonać się, jaką magiczną moc władze imperium postanowiły poskromić, zakładając na szyję kobiety obrożę. Zresztą to nie jej problem.

Skuta łańcuchami kobieta nagle zaszlochała, jak gdyby czytając w myślach złodziejki. W jej głosie wściekłość mieszała się z rozpaczą tak przejmującą, że Reya aż zacisnęła powieki. Była pewna, że ten pozostanie z nią na długo.

"Proszę", błagały oczy Wiedzącej. "Nie zostawiaj mnie tu".

Reya poczuła, jak wielki ciężar osiada na jej barkach. Kiedyś ona też zamknięta była w podobnej klatce. I dałaby wtedy wszystko, by ktoś ją uwolnił.

Była złodziejką, oszustką, morderczynią. Świat odebrał jej wszystko, więc ona w odwecie postanowiła odwdzięczyć się tym samym.

Przez ostatnie dziesięć lat była głodzona, bezdomna, bita i więziona. Raz nawet o mało jej nie powiesili.

Krwi, którą miała na rękach, nie dało się zmyć. A winę za to wszystko ponosił Lennox Raulin.

Nigdy jednak nie zniżyła się do handlu niewolnikami.

Ojciec by jej tego nie wybaczył... gdyby żył.

Gavin miał rację. Zmiękła.

Lennox ją ukarze. To nie ulegało wątpliwości. Lecz Reya potrafiła przetrwać gniew księcia złoczyńców. Już nieraz go znosiła. Trudy życia ją zmieniły, lecz w głębi duszy wciąż pozostawała córką Gwendolyn i Hectora Connerych. I czuła, że rodzice patrzą na nią z gwiazd.

Niech to piekło pochłonie!

- Dobra, słuchaj uważnie. - Odłożyła łańcuch i wczołgała się do powozu. Drewno podłogi gniło. Wolała nie myśleć, od czego pochodzi ta wilgoć. W zamkniętej przestrzeni jej oddech przyśpieszył. Zamknęła oczy. Wyobraziła sobie kuźnię, zapach domu, uśmiech ojca. Poczuła na szyi pieczenie, ale nie uniosła dłoni, by dotknąć wiszącego na niej naszyjnika. To nie czas, by poddawać się słabości. Nie teraz. Nie tutaj. - Jeśli chcesz dożyć ranka, rób dokładnie to, co mówię. Trzymaj ręce przy sobie, tak żebym je widziała. Zdejmę kajdany.

Paskudne rany pokrywały nadgarstki Wiedzącej. Stawy miała opuchnięte, skórę zaczerwienioną. Próbowała się uwolnić. Reya wyciągnęła dłonie, chcąc dokładniej sprawdzić okowy. Wtedy kobieta energicznie machnęła rękami, celując w głowę złodziejki. Ta uchyliła się w ostatniej chwili.

Uno, miej litość.

- Przestań! - Reya złapała więźniarkę za ramiona i mocno przyparła je do ściany. Gdyby nie skrajne wycieńczenie Wiedzącej, nie dałaby rady tego zrobić. Opanowana przez instynkt przetrwania kobieta zaczęła krzyczeć i kopać z zaciekłością, na jaką stać było tylko nieśmiertelnych. Reya była pełna podziwu dla determinacji kobiety. Chociaż w tym momencie miała ochotę ją udusić. - Zachowaj siły na tych, którzy chcą ci zrobić krzywdę - warknęła, przygniatając kobietę do ściany z całą mocą. - A uwierz, będzie ich wielu.

- Ruda, ruchy! - zawołał Gavin. Jego kroki słychać było na dachu powozu.

Wiedząca znieruchomiała. Reya puściła jedną rękę i przytknęła palec do ust. Trzy minuty.

- Wiem, że żadne moje słowa nie sprawią, że mi zaufasz. Ale nie mamy czasu - odezwała się cicho. - Jeśli nie chcesz być uwolniona, dostarczę cię mojemu mocodawcy i niech on decyduje, co z tobą zrobić. A ty przejdziesz do historii jako najgłupsza kobieta, którą kiedykolwiek zrodziła magia. Masz osiemnaście sekund na zastanowienie.

Wiedząca zacisnęła powieki tak mocno, że cała twarz pokryła się zmarszczkami. Jak gdyby mogła w ten sposób zmienić swój los. Przełknęła głośno ślinę, a potem rozluźniła pięści.

Waleczna. Dobrze.

- Mądra decyzja - szepnęła Reya. Powiodła palcami po łańcuchu, aż dotarła do pierścienia przymocowanego do metalowej płytki w podłodze. Kowale riterrańscy nie znali się zbyt dobrze na swojej robocie. Zdarzało im się nie podgrzać metalu do odpowiedniej temperatury lub niedokładnie go oczyścić przed obróbką. Wtedy wystarczyło mocno uderzyć w odpowiedni punkt, aby połączenie pękło. Reya przejechała kciukiem po nierównym spawie. Wyciągnęła toporek i stuknęła dwukrotnie. Metal puścił. Uśmiechnęła się szeroko. - Każda klatka ma słaby punkt. Trzeba go tylko znaleźć.

Wyciągnęła rękę w kierunku Wiedzącej. Ten prosty gest znaczył bardzo wiele. Oferowała pomoc. Jeżeli kobieta miała w sobie wystarczająco dużo siły, mogłaby ją przyjąć. No chodź, pomyślała Reya. Przecież cię nie złamali. Po chwili wahania nieśmiertelna złapała wyciągniętą dłoń. W jej oczach złodziejka dostrzegła błysk. W odpowiedzi uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

- Trzymaj się mnie - poleciła, łapiąc Wiedzącą. - I nie krzycz.

Wyskoczyła z powozu, odpychając się nogami z całej siły. W locie obróciła się tak, by uderzyć w ziemię jako pierwsza. Wiedziała, że upadek skończy się posiniaczonymi plecami.

Kobieta zawyła, kiedy obie rąbnęły o bruk. Gavin musiał ją usłyszeć.

- Co ja mówiłam? - warknęła Reya, po czym wstała i podniosła Wiedzącą z ziemi. Owinęła siebie i ją płaszczem. Wciąż usiłowała powstrzymać mdłości. Po wszystkim przydałaby jej się porządna kąpiel. Albo trzy.

Gavin wydarł się na Zaima, by ten zatrzymał karawanę, ale powozy już minęły zakręt. Nawet gdyby teraz wstrzymać konie, nie dało się zawrócić w wąskiej alejce. A Reya zniknęłaby na długo, zanim Gavin znów by tu dotarł. Złodziejka ruszyła przed siebie najszybciej, jak się dało, spowolniona obecnością uratowanej więźniarki. Ponaglała kobietę raz za razem, zagłębiając się w labirynt krętych uliczek najgorszej dzielnicy Edris.

Do świtu zostało jeszcze kilka godzin. Poruszały się po opuszczonej części miasta. Dlatego właśnie tu zaplanowali skok. Ci, których można było spotkać po drodze, nie śmieliby wejść w drogę komuś noszącemu niebieski kaptur. Im bliżej murów, tym większa szansa na napotkanie patrolu Srebrnej Gwardii. Niestety właśnie tam zmierzała Reya.

- Z miasta jest tylko jedno wyjście, którym można się wydostać niepostrzeżenie. Nie spodoba ci się - powiedziała, nie zwalniając kroku. Trzymała się głębszego mroku. Ukradkiem wyglądała zza rogu każdego mijanego budynku. - Lepsze to jednak niż nic.

Zdarzało się po drugiej stronie Morza Środkowego, że zrodzeni z magii podawali do stołu, nalewali napoje w tawernach, widywało się ich na ulicach. Mieszkali po sąsiedzku z ludźmi. Tutaj takie istoty zabijano bez wahania.

Zza zakrętu wyłoniła się grupka Srebrnych Gwardzistów, jak gdyby sama myśl o nich przywołała ich w to miejsce. Reya wepchnęła Wiedzącą w najbliższe drzwi i plecami osłoniła ją przed wzrokiem strażników. Wstrzymała oddech. Po samym zapachu łatwo było je odnaleźć. Dopiero kiedy patrol zniknął z pola widzenia, wyciągnęła Wiedzącą z niszy.

Plan był bardzo ryzykowny. Aby jednak stawić czoło gniewowi Lennoksa, musiała poznać odpowiedzi na kilka pytań.

- Wszystko w porządku?

Wiedząca kiwnęła głową. Zerknęła w kierunku, w którym odeszli gwardziści, zaskoczona, że zdołały się ukryć.

- Dobrze. - Zdając sobie sprawę, że nie będzie miała kolejnej szansy, Reya wyciągnęła swój sztylet z rubinem i gwałtownie przytknęła ostrze do gardła kobiety. W szarych oczach rozgorzał blask furii. - Spokojnie. Nie po to cię uwolniłam, żeby teraz zabić. Za chwilę zdejmę z ciebie kajdany. Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań, bo nie ufam ci na tyle, żeby zaryzykować spopielenie - skinęła głową na Wiedzącą - czy co tam innego potrafisz robić.

- Dlaczego miałabym ci cokolwiek mówić? - syknęła kobieta głosem słabym od krzyku lub długiego milczenia.

- Bo chcesz, żebym zdjęła z ciebie tę obręcz. A musisz wiedzieć, że zamki potrafię otwierać szybciej niż ktokolwiek inny w tym mieście.

W oczach kobiety złość mieszała się z desperacją. W końcu spuściła wzrok na naszyjnik Reyi. Złoty łańcuszek i zielony wisior. Reya nie zdejmowała go nigdy, nawet w kąpieli. Wiedząca rozdęła nozdrza, a jej źrenice się zmniejszyły.

- To...

- Nawet nie próbuj - ostrzegła Reya.

- Wydaje ci się, że ta błyskotka z kelmienia cię ochroni?

Reya nie miała pojęcia. Nigdy nie testowała naszyjnika. Poza tym nawet bez magii Wiedząca mogła być śmiertelnie niebezpieczna. Stąd sztylet. Reya mocniej przycisnęła go do skóry kobiety.

- Czego chcesz? - spytała Wiedząca z pewnością w głosie, jaką dać może wyłącznie bardzo długie życie. Przerażenie zniknęło bez śladu. Z ofiary zmieniła się w drapieżnika. Tak jak w legendach: była piękna i przerażająca zarazem. Nagle irracjonalny strach króla Riterry przed zrodzonymi z magii przestał się wydawać taki dziwny.

- Masz jakieś imię? - Reya postanowiła zacząć od podstaw. - Jak cię nazywają? I nie kłam. Rozpoznam fałsz.

Bardzo niewiele osób potrafiło okłamać ją tak, by się nie zorientowała. Każde kłamstwo odczuwała tak, jakby ktoś wbił jej w brzuch haczyk i pociągnął. Czasami wydawało jej się nawet, że czuje w ustach smak nieprawdy.

- Stellene.

- Jak długo cię więzili, Stellene?

- Nie mam pojęcia. Straciłam rachubę czasu.

Prawda.

- Dlaczego mój szef uważa, że jesteś tak wartościowa?

- Skąd mam wiedzieć? - Stellene spojrzała Reyi prosto w oczy, ale to jej nie zwiodło. Żołądek złodziejki dał o sobie znać ostrym ukłuciem.

- Mówiłam, że masz nie kłamać.

Stellene się zawahała. Spojrzała na sztylet, potem w oczy Reyi.

- Król Rothmire uważa, że posiadam coś, czego tak naprawdę nie mam.

Reya przyjrzała się Wiedzącej w świetle księżyców. Coś w tej twarzy nie dawało jej spokoju.

- Rozpoznaję cię. - Dopiero po chwili udało się przywołać wspomnienie. - Jesteś na tych wszystkich plakatach. Oferują za ciebie niemałą nagrodę. - Widywała podobiznę Stellene tuż obok własnej. Kobiety poszukiwano w związku z napadami na posterunki imperialne i uwalnianiem przetrzymywanych tam istot magicznych. - To ciebie nazywają Sanktą... Świętą.

- Nie zamierzałam zwracać na siebie uwagi. - Stellene się skrzywiła.

Z plakatów nie dało się wyczytać, że była Wiedzącą. Król nie chciał, aby ktokolwiek domyślił się, że zrodzona z magii mogłaby umknąć Srebrnej Straży. Wiedząca nie mówiła jej wszystkiego. Coś taiła. Reya wiedziała jednak, że to nienajlepszy moment na dociekania. Nie teraz. Czasu było coraz mniej.

Tylko wzruszyła ramionami.

- Czemu nie? Święta Stellene brzmi całkiem ładnie. - Szare oczy rozbłysły irytacją. Reya parsknęła. - Spokojnie. Twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna.

- Z jakiegoś powodu wątpię.

- Dlaczego uwalniałaś zrodzonych z magii? - Reya nie wiedziała, czemu akurat to pytanie przyszło jej do głowy.

- Bo tak było trzeba - odparła Wiedząca z determinacją. - A dlaczego ty uwolniłaś mnie?

Reya postanowiła zignorować te słowa.

- Przypomnę ci, że z tego miasta jest tylko jedno wyjście. A ty go beze mnie nie znajdziesz. Tak samo jak nie pozbędziesz się tej obroży. Pamiętaj o tym. Teraz cię puszczę. Jeśli chcesz, żebym ci pomogła, lepiej nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów.

Nieśmiertelna zacisnęła zęby.

- Przytaknęłabym, gdyby nie ostrze przy mojej szyi.

Reya omal nie wybuchła śmiechem. Szkoda, że ich drogi za kilka chwil się rozejdą. Zaczynała lubić Stellene.

- Ostra jak brzytwa. Dobrze. Przyda ci się ta zadziorność. Potrzebuję jednak zapewnienia. Wyraźnego.

Wiedząca uśmiechnęła się nieznacznie.

- Nie zabiję cię... dzisiaj.

Prawda.

Powoli, nie chcąc jej wystraszyć, Reya wsunęła do pochwy sztylet, potem skupiła się na kajdanach Stellene. Zamek był prosty, choć nie dało się go otworzyć bez odpowiedniego narzędzia. Na szczęście złodziejka miała je przy sobie.

- Nie ruszaj się. - Pogmerała w przytroczonej do paska sakiewce. Szybko otworzyła zamki kajdan na nadgarstkach i kostkach Wiedzącej, obracając mechanizm w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Obręcz na szyi stanowiła większe wyzwanie. Miała najbardziej złożony zamek, jaki Reya w życiu widziała. Otwór na klucz przypominał kształtem zębatkę w jakimś skomplikowanym mechanizmie. Złapała za dwa metalowe wytrychy - jeden płaski, zagięty, drugi łukowaty i spiczasty. Najpierw wsunęła płaski, potem łukowaty. Nasłuchiwała. Poruszała nimi nieznacznie z wielką wprawą.

- Zalutowali to czy jak? - mruknęła, obracając wytrych wsadzony w sam środek zamka, jednocześnie naciskając drugim na wszystkie siedem kołków po kolei, aż doszła do tego, które należy poruszyć, by otworzyć zamek. Rdzeń obrócił się o czterdzieści pięć stopni. Reya cmoknęła z zadowoleniem, ale zaraz potem wszystkie kołki z trzaskiem wskoczyły ponownie na swoje miejsce. Złodziejka z irytacją szarpnęła pierwszym wytrychem.

Nie popełniła błędu. Była pewna. Kołki ułożone na obwodzie okręgu po prostu wraz z obrotem bębna wskoczyły na kolejną pozycję. Genialne. Reya powtórzyła sekwencję. Rdzeń obrócił się o kolejne dziewięćdziesiąt stopni, kliknął. Obroża ześlizgnęła się z szyi Wiedzącej, ukazując napuchnięty, poczerwieniały pas.

Reyę przebiegł dreszcz. Gwałtownie odsunęła się od Stellene. Zielonkawe znaki na skórze nieśmiertelnej pojaśniały. U Wiedzących te symbole są fizycznym dowodem ich magicznych zdolności. Podobnie jak ich krew. Ta wyciekająca z rany na szyi kobiety była błękitna. Powietrze dookoła zaczęło pulsować od energii.

W oddali rozległ się grzmot. Reya z roztargnieniem spojrzała w niebo, a zaraz potem odskoczyła z obrzydzeniem, bo Stellene gwałtownie zwymiotowała. Nie żeby obficie, bo prawie jej nie karmili, ale żółć i tak zbryzgała ulubione buty Reyi. Zaczęła wycierać je o bruk, dając Wiedzącej chwilę na dojście do siebie. Kajdany, łańcuchy i obręcz włożyła do skrzyni stojącej obok magazynu, przy którym się zatrzymały. Mogła po nie później wrócić.

Gdy Stellene w końcu się wyprostowała, Reya przysięgłaby, że nieśmiertelna urosła o dobre kilka centymetrów. Wiedząca przechyliła głowę. Coś chrupnęło jej w szyi. Po chwili złodziejka zarzuciła na nią swój płaszcz i obie ruszyły w dalszą drogę, wypatrując pogoni. Po kilku minutach Reya zatrzymała się przy studzience kanalizacyjnej.

- Mam nadzieję, że potrafisz pływać - odezwała się, wskazując na rwący strumień w dole, poniżej kratownicy. Usiłowała spłycić oddech, by nie czuć smrodu. - Bo twoja droga wiedzie tędy.

Wiedząca zmarszczyła nos w grymasie obrzydzenia.

Dolne dzielnice Edris chronił wysoki kamienny mur, szeroki na sto kroków. Wiódł wzdłuż rzeki Sirene. Posiadając odpowiednie dokumenty, można było wjechać do miasta lub z niego wyjechać przez jedną z trzech bram - południową, zachodnią i wschodnią - z których każda prowadziła na most strzeżony całą dobę. Stolica, granicząca od północy z Górami Etellińskimi, była fortecą nie do zdobycia.

Jedynym słabym punktem były kanały.

- Idź tunelem prosto przed siebie. Dotrzesz do rzeki - wyjaśniła Reya. - Nie skręcaj, bo się zgubisz. Della i Dymis świecą dziś mocno, twoje znaki też, więc trzymaj się przy samej ścianie. Kiedy natrafisz na patrol, zanurz się cała. Prąd zniesie cię w dobrym kierunku. - Reya znała drogę ucieczki jak własną kieszeń. Zbadała ją dokładnie kilka lat wcześniej. - Popłyniesz rzeką Sirene aż do zatoki Rudrock. W doku siedemnastym stoi stara łódź rybacka "Konkord". Zabierz pakunek z prowiantem schowany pod zwojem liny i stosem sieci. Wysusz się i przebierz. Ubrania, które zostawiłam w skrytce, powinny pasować. Stamtąd możesz odpłynąć dowolnym statkiem pod banderą deltijską. Schowasz się w luku. Uciekaj z kontynentu. W Deltii istnieje sanktuarium dla zrodzonych z magii. Będziesz tam bezpieczna. Albo w każdym razie bezpieczniejsza niż tutaj. Wszystko jasne?

Stellene spojrzała jej w oczy.

- Zabiją cię za to.

- Nic podobnego. Dam sobie radę. - Reya wyciągnęła jeden ze swoich sztyletów i wcisnęła go Stellene w dłoń. - Zawsze sobie daję radę.

- Stać! - zawołał donośny głos.

Reya obróciła się błyskawicznie i ujrzała patrol straży. Ten sam, przed którym wcześniej udało im się ukryć.

- Wskakuj - syknęła, unosząc ciężką kratę.

Stellene się zawahała. Przeniosła wzrok z Reyi na gwardzistów. Nad ich głowami zbierały się burzowe chmury.

- Mogę pomóc...

- Idź! Poradzę sobie!

Popatrzyły na siebie jeszcze jeden, ostatni raz.

- Nie dosłyszałam twojego imienia - powiedziała Stellene.

Reya się uśmiechnęła.

- Bo się nie przedstawiłam.

Wiedząca pokręciła głową, prychając lekko z rozbawieniem.

- Nie zapomnę, co dla mnie zrobiłaś. - Wskoczyła do tunelu z głośnym pluskiem.

Dziewczyna rozciągnęła usta w uśmiechu, po czym puściła kratę, która opadła z głośnym brzdękiem.

- Ręce do góry!

Ta noc chyba nigdy się nie skończy.

Złodziejka obróciła się przez ramię. Pięciu strażników. W pełnym rynsztunku. I każdy widział, jak Wiedząca wskakuje do kanału. Gdyby o tym donieśli, zamknięto by port, odcięto Stellene drogę ucieczki. Cały trud poszedłby na marne.

A to znaczyło, że strażnicy muszą zginąć.

Reya wyciągnęła miecz ojca, wciąż brudny od krwi. Zanim cały skład patrolu do niej dotarł, jej pierwszy cel już krwawił.

ROZDZIAŁ 3

KREW W WODZIE

Nieczęsto zdarzało się, by Reya zostawiała za sobą ślad z własnej krwi.

Rana nad prawym naramiennikiem - prezent od jednego ze Srebrnych Gwardzistów - pulsowała czerwienią, mimo że złodziejka usiłowała zatamować krwawienie ręką. Piekielnie bolało, ale było to jedno z mniejszych zmartwień.

W zabłoconych butach szła, potykając się, przez południową dzielnicę. W głowie, za oczami, pojawił się tępy ból.

Edris było jak labirynt. Mosty, wąskie uliczki i jeszcze węższe alejki wiły się, kończyły ślepymi zaułkami. Budynki stały tak blisko siebie, że nie dawało się stwierdzić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna kolejny. Reya wyobrażała sobie architekta tego miasta jako pijanego artystę, który plan tworzył z butelką wina w dłoni.

Riterranie nazywali Edris Srebrnym Miastem, lśniącą gwiazdą północy. W świetle dnia srebrne dachy oślepiały odbitym blaskiem. Jednak dla Reyi miasto stawało się najpiękniejsze dopiero nocą, kiedy przeglądające się w połyskujących metalowych dachówkach gwiazdy i księżyce tworzyły iluzję drugiego nieba.

Poruszała się po Edris, kierując się znakami szczególnymi - ręcznie malowanymi szyldami, kolorowymi drzwiami, znajomymi sklepikami, łukowatymi sklepieniami porośniętymi wisterią lub bluszczem, tablicami ogłoszeń i listami gończymi. Na tych ostatnich często widywała własne oblicze.

Nawet teraz natknęła się na jeden z nich. Zatrzymała się i przyjrzała prymitywnemu rysunkowi. Postać w kapturze miała wyraźnie męskie rysy. Jedyne, co dało się wyraźnie dostrzec, to nastroszone brwi i przymrużone oczy o groźnym spojrzeniu. SZKARŁATNY SZTYLET. POSZUKIWANY ZA KRADZIEŻE, MORDERSTWA I ZDRADĘ. NAGRODA: 10000 SZTUK ZŁOTA. Ponad plakatem wisiał kolejny. Ten przedstawiał Stellene. Świadek, według którego zeznań narysowano podobiznę, podał więcej szczegółów. SANCTA. POSZUKIWANA ZA ZNISZCZENIE MIENIA IMPERIALNEGO, PODBURZANIE PRZECIWKO WŁADZY, NAPAŚĆ ZE SKUTKIEM ŚMIERTELNYM. ZACHOWAĆ SZCZEGÓLNĄ OSTROŻNOŚĆ. NAGRODA: 20000 SZTUK ZŁOTA.

Reya zatrzymała wzrok na kwocie. Była oszałamiająca. A nagroda za nią wynosiła tylko połowę tego? Skurwiele. Tak nisko ją cenili? Parsknęła, zerwała plakat ze Szkarłatnym Sztyletem, by dodać go do kolekcji. Po wydarzeniach tej nocy będą mogli dopisać "pomoc w ucieczce zrodzonej z magii".

Rozejrzała się po okolicy. Ciekawe, czy Lennox wybrał to miejsce specjalnie z myślą o niej. Niedaleko stąd do stajni, w której trzymała swojego konia, Popioła. Jabłkowity ogier był jedynym, co łączyło ją z domem, nie licząc miecza po ojcu. Unosząc nieoznakowaną kratę prowadzącą do kanałów, wyobraziła sobie, że otwiera bramę stajni. Kiedyś ucieczka konno wydawała się taka prosta. Dziś nie była już możliwa.

Lennox wręcz ją prowokował do ucieczki.

Reya zeszła po drabinie i znalazła się na chodniku prowadzącym wzdłuż rwącego kanału. Szef regularnie organizował spotkania w podziemiach, gdzie szum wody zagłuszał rozmowy. Wieści o tym, gdzie i kiedy ma się stawić, dostarczył jeden z Niebieskich Kapturów, który natknął się na Reyę wracającą z nocnej eskapady. Zniknął, gdy tylko przekazał informację. Złodziejka nie miała nawet czasu wstąpić do domu, aby opatrzyć rany.

Szczury uciekały jej spod nóg, kiedy szła wijącymi się pod ziemią tunelami. Woda szumiała coraz głośniej, odgrywając symfonię w takt krwi pulsującej w uszach. Reya wyprostowała się, przygotowując na to, co miało nadejść. Szyb rozszerzał się i kończył sporych rozmiarów komorą.

Lennox Raulin stał po kostki w wodzie na samym środku pomieszczenia, otoczony Niebieskimi Kapturami. Z rur w ścianie za nim sączyła się woda.

Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto na szczyt hierarchii przestępczej wspiął się po trupach. Był po czterdziestce. Miał w sobie coś z arystokraty. Odziany w skórzany pancerz, prostszy od tego, który włożyła Reya, lecz dobrej jakości. Przyprószone siwizną blond włosy opadały mu na ramiona, okalając dość przystojną twarz, teraz zastygłą w wyrazie absolutnego spokoju. To, że jest niebezpieczny, zdradzały jedynie blizny, lecz starannie ukrywał je pod zarostem i ubraniem.

Naprzeciwko Reyi stał najpotężniejszy mistrz złodziejski w Riterrze. To on kiedyś ukradł, a następnie zwrócił klejnoty koronne. Tylko po to, by udowodnić, że potrafi.

Reya weszła do komory, brodząc w brązowej wodzie. Zatrzymała się przed człowiekiem, któremu zawdzięczała to, kim jest.

Po obu stronach Lennoksa stali Gavin i Zaim. Obaj z zaciętymi minami. Reya chciała spojrzeć temu pierwszemu w oczy, ale unikał jej wzroku. Nie powinno jej dziwić, że przyjmują ją bez entuzjazmu, lecz i tak poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi. Czuła się, jakby przytknęła dłoń do lodu - im dłużej trzymała ją w miejscu, tym bardziej drętwiała z zimna. Lennox uniósł nieco brodę, a Zaim i Gavin dołączyli do reszty złodziei, blokując wszystkie drogi ucieczki. Reya nie miała wśród nich sojuszników.

- Jesteś albo wariatką, albo zdrajczynią - odezwał się przywódca. - Powiedz: która wersja jest bliższa prawdy?

Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Już nieraz przychodziło jej tłumaczyć się przed Raulinem. I dotychczas wychodziła z opresji cało.

- Żadna.

- Masz pojęcie, ile przez ciebie straciłem? - W tonie głosu mężczyzny pobrzmiewała nuta, której Reya nie słyszała od bardzo dawna. Wiedziała, że przyjdzie jej zapłacić za swój wybór, lecz, sądząc po minie Lennoksa, cena była o wiele wyższa, niż można by przypuszczać.

- Zadbałam o to, aby kobieta nie stała się dla ciebie kulą u nogi - powiedziała w końcu.

- Niemożliwe, byś była aż tak naiwna - odparł tonem pełnym pogardy. - Nie tego cię uczyłem.

Król przestępczego podziemia miał tylko trzy zasady. Pierwsza: nie szukaj honoru wśród złodziei. Druga: dobre ostrze daje przewagę w negocjacjach. Trzecia: tylko martwi dochowują tajemnicy. Reya miała przeczucie, że jej droga prowadzi prosto w szeregi tych ostatnich.

Odpowiedziała cicho, lecz nie ulegle:

- Nie kradnę ludzi.

Lennox uderzył ją znienacka na odlew. Niby się tego spodziewała, lecz ból i tak był szokiem. Oczy zaszły jej łzami. W ustach pojawił się metaliczny posmak. Lennox złapał ją za brodę i ścisnął mocno.

- Robisz to, co ci każę, bo jesteś moja. Należysz do mnie. Nie zapominaj, Szkarłatny Sztylecie, że to ja cię stworzyłem. Znam każdą twoją sztuczkę, bo to ja cię ich wszystkich nauczyłem.

Reya od początku wiedziała, że takie życie odciśnie na niej piętno. Kiedy Lennox zaoferował jej sztylet i kaptur, obiecał, że zapewni dach nad głową, nakarmi i zapłaci tyle, by mogła sobie kupić, czego tylko dusza zapragnie. Po latach życia na ulicach, okradania przechodniów, by nie umrzeć z głodu, oferta wydawała się więcej niż szczodra. Nawet teraz, znając prawdę, nie zmieniłaby swojej decyzji. Żaden dobry uczynek nie był już w stanie odwrócić jej losu.

- Gdzie ją zabrałaś? - wycedził Lennox.

- Nigdzie - syknęła. - Puściłam wolno.

Lennox obnażył zęby, a Reya powstrzymała pisk, który wzbierał w jej gardle. Paznokcie przywódcy wbiły się w skórę.

- Masz pojęcie, ile ta kobieta była warta? Ile król by zapłacił, by ją odzyskać? - Zacisnął palce jeszcze mocniej. - On wierzy, że ta Wiedząca posiada Boską Moc.

Reya znieruchomiała. Tysiące maleńkich igiełek wbiły się w jej pierś i policzki. Tak zwana Boska Moc była darem dla wybranego Wiedzącego od Wszechbogini Uny, matki wszystkich Wszechbogów, od których płynęła cała magia świata. W legendach takich wybrańców nazywano Strażnikami. Ci wojownicy mieli chronić dzieło stworzenia przed wszelkim zagrożeniem. Nowego Strażnika wybierano dopiero po śmierci innego. Według niektórych Boska Moc to ucieleśnienie potęgi sztormu. Inni opisywali ją jako furię oceanu. Nie miało to jednak większego znaczenia, ponieważ zniknęła dawno, dawno temu. Jeśli w ogóle istniała... Jednak sama pogłoska o jej powrocie sprawiała, że królowie Riterry poświęcali absurdalne środki, by wytępić wszystkich Wiedzących.

Kiedy Reya zdjęła obrożę z szyi Stellene, w powietrzu pojawiło się napięcie, jakaś energia, a po plecach przeszły jej ciarki. Jeśli król uważa, że ta kobieta posiadła moc Uny, nie zawaha się przed niczym, by ją pojmać.

- Boska Moc to mit - stwierdziła Reya.

- Mnie obchodzi tylko to, że król w nią wierzy. A teraz, kiedy podniesie nagrodę za schwytanie Wiedzącej, ja zostaję z pustymi rękami. Długi, których nie mogę ściągnąć w złocie, ściągam we krwi. - Oczy Lennoksa rozbłysły niebezpiecznie. - Do mojego miasta zjadą się wszyscy złodzieje, zabójcy i Łowcy Krwi. I każdy będzie jej szukać. Mieliśmy tylko tę jedną szansę.

Palce Reyi drgnęły. Instynktownie chciała złapać za naszyjnik, który palił skórę. Złość tylko pogłębiała tę potrzebę, a to przerażało ją o wiele bardziej niż ból, którego zaraz z pewnością doświadczy.

- Chcę wiedzieć, gdzie ona jest. I gdzie ukryłaś kelmień.

- Większość zostawiłam w skrzyni w Stogach, niedaleko miejsca, gdzie zeskoczyłam z powozu. Mogę cię zaprowadzić.

Lennox wydał rozkazy dwóm Niebieskim Kapturom. Natychmiast ruszyli na poszukiwanie.

- Nie trzeba. Sami sobie znajdziemy. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - A teraz Wiedząca.

Reya zacisnęła pięści, powstrzymując się przed zrobieniem czegoś, czego później by pożałowała. Żołądek zacisnął się boleśnie. Nie poddała się jednak. Lennox odczytał odpowiedź w jej oczach. "Nie".

Mogła mu to równie dobrze wykrzyczeć w twarz. Wszyscy wstrzymali oddech.

Raulinowi się nie odmawia.

Przywódca zbliżył do niej twarz.

- A może myślisz, że skoro mam do ciebie słabość, nie poniesiesz konsekwencji? - spytał cicho, tak by tylko ona usłyszała. Jego głos stał się łagodny, lecz w oczach wciąż połyskiwała ledwo tłumiona furia. - Daj mi choć jeden powód, bym nie zabił cię od razu.

Lennox nie zwykł wypowiadać gróźb bez pokrycia. Jeśli Reya miała przeżyć tę noc, musiała zaoferować mu coś w zamian.

- Zarobię dla ciebie całą kwotę, którą zyskałbyś ze sprzedaży Wiedzącej - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. Grymas wykrzywił białą bliznę przecinającą lewy kącik ust. 

- Powiedz, niby jak zamierzasz odpracować sto tysięcy sztuk złota?

Szok sprawił, że prawie się zakrztusiła. Pozostali złodzieje wymienili zaskoczone spojrzenia. Widać wartość nieśmiertelnej wzrosła, odkąd król odkrył, jaką posiada moc.

- Dam radę. Wiesz, że mnie na to stać. - Utkwiła wzrok w zleceniodawcy.

- Jak zwykle pewna siebie. - Lennox roześmiał się krótko, lecz w dźwięku nie było ani krzty rozbawienia. - Pewnego dnia ten niewyparzony język cię zgubi. - Puścił ją. Reya zwalczyła odruch, by rozmasować obolałą szczękę.

Wiedziała, że to jeszcze nie koniec. Tego nauczyło ją doświadczenie. I tym razem okazało się dobrym doradcą.

Lennox uderzył ją ponownie. Pięścią. Dziewczyna runęła twarzą w brudną wodę. Obrzydliwy smak ścieków zmieszał się z żelazistą krwią w jej ustach. Podniosła się na kolana. Ból w głowie rozbrzmiewał jak dzwon. Lennox złapał ją za warkocz i gwałtownie poderwał jej głowę, zmuszając, by dziewczyna ponownie spojrzała mu w oczy. Obniżył głos.

- Wiedz, że nie sprawia mi to przyjemności.

Zamachnął się po raz kolejny. Cios wstrząsnął całym jej ciałem. Wytrącił sztylet z rubinem z pochwy. Gdyby po niego sięgnęła, zostałoby to odebrane jako atak, więc po prostu patrzyła, jak tonie w brązowej brei. Ten teatrzyk Reya z Lennoksem odgrywali już setki razy. Wiedziała, że nie powinna się bronić.

Nawet gdyby umiała go pokonać - a to wcale nie było takie pewne - było sporo świadków. Gdyby go zabiła, wielu ludzi straciłoby mnóstwo pieniędzy. Wszyscy żądaliby jej krwi.

Wzrok jej się rozmył.

"Kiedy skończymy, nie będziesz już tą samą dziewczyną", powiedział Lennox tej nocy, kiedy ją znalazł. "Ale nigdy już nie będziesz głodna". Nie wiedział tylko, że dziewczyna, którą była, zginęła już wcześniej, na długo zanim nauczyła się rzucać nożami do ruchomych celów.

Czekając, aż Lennox wyładuje swoją złość, ledwo stojąc na chwiejących się nogach, Reya usiłowała odciąć się od cierpienia - stanąć obok, na szczycie góry, skupić się na wspomnieniu osoby, którą niegdyś była, a także wszystkich, których zabiła, by zostać Szkarłatnym Sztyletem.

Ktokolwiek sprowadził ją na ten świat, pozostawił ją na śmierć w dziupli drzewa na zboczach Gór Etellińskich. Miała wtedy niecały dzień. Kobieta z pobliskiej wsi usłyszała jej płacz. Potraktowała dziecko jako dar Wszechbogów i zaniosła je do domu. Tam, wraz z mężem, nadali maleństwu imię. Bardzo stare imię.

Reya nie wymówiła go ani razu przez ostatnie dziesięć lat. Jego dźwięk przypominał ból w sercu, który nigdy nie gasł, choćby nie wiadomo jak bardzo starała się zapomnieć.

Reyanwyn. Było to imię etellińskie, znaczyło tyle, co "córka Góry".

Nie była go godna, więc zakopała je głęboko tej nocy, kiedy wszystko się zmieniło. Przysięgła sobie, że zachowa zaledwie część. Maleńką, drogocenną pamiątkę.

Reya.

Reyanwyn, córką Góry, była wyłącznie dla Gwendolyn i Hectora Connerych. A oni odeszli.

Ponad ramieniem Lennoksa napotkała wzrok Gavina. Wiedziała, że nie powinna patrzeć, lecz najwyraźniej nie wycierpiała jeszcze wystarczająco wiele. Kiedy przywódca po raz kolejny zdzielił ją pięścią w brzuch i usłyszała trzask łamanych żeber, Gavin nawet nie mrugnął. Reya nie była pewna, na co liczyła. Może chciała wiedzieć, że coś dla niego znaczy? Uszczęśliwiłoby ją cokolwiek, co nie byłoby tą chłodną obojętnością. Obydwoje znali jednak zasady gry.

Uniosła dumnie głowę.

Miało boleć. Miała krwawić. Ale nie wolno było krzyknąć z bólu ani błagać o litość. Była silna. Potrafiła wytrzymać.

Raz na jakiś czas Lennox przerywał katusze, pozwalając jej splunąć krwią. Nie chciał, żeby się nią zadławiła. Potem wracał do bicia. Męczył ją, aż dosłownie każda część ciała wyła z bólu, aż Reya opadła bez sił u jego stóp, zakrwawiona i posiniaczona.

On jednak zawsze zostawiał najgorsze na sam koniec. Złapał dwa palce jej lewej dłoni, mały i serdeczny, i powoli odgiął je do tyłu. Aż trzasnęły. Krzyk, który do tej pory w sobie dusiła, wyrwał się z gardła i wypełnił korytarze echem. Nawet Stellene musiała go usłyszeć w zatoce Rudrock. Możliwe, że dotarło do niej, jak wysoką cenę przyszło zapłacić wybawicielce za jej wolność.

Lennox skończył.

- Masz czas do wigilii święta Lumus - odezwał się przytłumionym głosem. - Nie muszę ci chyba mówić, co cię czeka, jeśli spróbujesz uciec?

Sześćdziesiąt dni.

Nie mówił chyba poważnie? Żeby zarobić taką kwotę w ciągu całego roku, musiałaby poruszyć ziemię i niebo. Nie była w stanie nawet skinąć głową, więc opadła po prostu bez czucia na ziemię.

Ktoś coś komuś powiedział, a potem ktoś inny złapał ją i uniósł. Reya traciła przytomność, potem ją odzyskiwała. Gavin i Zaim w ciszy ciągnęli ją przez tunele, potem w górę drabiną i w ciemność nocy. Ona z ulgą napawała się chłodem mokrych ubrań. Była zbyt wycieńczona, by martwić się smrodem. Kiedy wreszcie rzucili ją na ziemię, uderzyła o bruk jak worek ziemniaków.

- Idziemy, Gavin - rzucił Zaim.

Zapuchniętymi oczami Reya nie mogła dostrzec miny Gavina, lecz cisza, która nastąpiła, była ogłuszająca. Zanim obrócił się, by zostawić ją na pastwę losu, rzucił coś na ziemię obok niej. Wyciągnęła powoli rękę, a jej palce zacisnęły się na wysadzanej rubinami rękojeści. Wydała z siebie cichy, żałosny jęk. Kroki złodziei ucichły.

Minuty, godziny lub dni później dziewczyna obudziła się, czując, że ktoś przetrząsa jej kieszenie.

- Hej! - wycharczała i natychmiast jej ramię i brzuch przeszył straszliwy ból. Machnęła sztyletem, który jakimś cudem wciąż miała przy sobie. Mężczyzna, który ją okradał, odskoczył z krzykiem.

Jedno oko Reyi było kompletnie zapuchnięte. Przez drugie dostrzegła, że dwa palce lewej ręki ma wygięte pod nienaturalnym kątem. Sądząc po ostrym bólu przy każdym wdechu, miała złamane jedno lub więcej żeber. O wyglądzie swojej twarzy nie chciała nawet myśleć. Musiało być bardzo źle, skoro ten przybłęda pomyślał, że jest trupem.

Zmarszczyła nos, poszukała palcami miecza po ojcu. Odetchnęła z ulgą, znajdując ostrze na plecach. Przycisnęła rękę do piersi, jakby bojąc się, że bez tego rozpadnie się na kawałki, po czym podniosła się na łokciu.

Wrzucili ją do ścieku.

I to nie byle jakiego. Trzymając bezużyteczną rękę przy ciele, użyła drugiej, by wydostać się z rowu, w którym Lennox znalazł ją dziesięć lat temu. Wiadomość była jasna: "Wyciągnąłem cię stamtąd i mogę wrzucić z powrotem".

Reya pokuśtykała w kierunku najbliższego budynku. Nikt na nią nie patrzył. W Stogach taki widok nie był rzadkością. Jeśli napotykała czyjś wzrok, oczy obserwatora natychmiast znajdowały lepszy cel, a nogi zaczynały przebierać szybciej, by ominąć ją szerokim łukiem. Nie winiła za to ludzi. Ktoś z okrwawioną twarzą w tej części miasta mógł zwiastować wyłącznie kłopoty.

Czerwone fale włosów z rozplątanego warkocza zmieniły się w mokrą, poskręcaną masę oblepiającą twarz i ubiór. Sięgały aż do pasa. Prędzej jednak koniowi wyrosną skrzydła, niż ona zetnie swoje loki. Mieszkańcy Starej Etelliny nigdy się nie strzygli. Może w jej żyłach nie płynęła krew Connerych, lecz serce na zawsze należeć będzie do gór.

Etellińczycy żyli na północy, na długo zanim Riterranie osiedlili się w tych stronach. Byli ludem dumnym i równie starym co Wiedzący. Byli także doskonałymi rzemieślnikami. Słynęli na cały świat ze swych kowali-wojowników zwanych Zrodzonymi ze Stali, którzy wykuwali broń lżejszą i mocniejszą niż tworzona przez innych, a w dodatku odporną na upływ czasu i wszelką magię. Tajniki ich kunsztu zapomniano po podboju, lecz spuścizna wciąż trwała - oręż przekazywano z pokolenia na pokolenie.

Reya zacisnęła palce na znoszonej skórzanej pochwie etellińskiego miecza po ojcu, upewniając się, że wciąż jest przy niej, wciąż bezpieczny.

Niemal godzinę zajęło jej przejście szesnastu przecznic do mieszkania w zachodniej dzielnicy. W pewnym momencie zaczął padać rzęsisty deszcz, który przemoczył ją do suchej nitki. Odchyliła głowę, pozwalając, by woda obmyła twarz.

Reya mieszkała w najstarszym budynku na swojej ulicy. Widok trzypiętrowej kamienicy sprawił, że do oczu napłynęły jej łzy. Nie zamierzała się jednak rozkleić, na pewno nie tutaj. Stareńką, spękaną fasadę budynku porastały pędy bluszczu i wisterii. Pod każdym błękitnym witrażem w oknie stały donice pełne ziół.

Długie schody, prowadzące do jej lokum, stanowiły wyzwanie. Zaczęła z mozołem wspinać się na górę, krok po kroku, stopień za stopniem, wciąż tłumiąc płacz. Kiedy wreszcie dotarła na górę, odkryła, że drzwi są otwarte. To znaczyło, że Lennox złożył w jej mieszkaniu wizytę. Zapewne sprawdzał, czy nie ukryła tam Wiedzącej. Weszła i opadła na podłogę z mokrym plaśnięciem.

Widok na zatokę Rudrock i przyprawiające o zawrót głowy zapachy wiecznie rojącego się od ludzi targu skłoniły ją do wyboru tego mieszkania. No i jeszcze cena.

Na ścianach z nagiej cegły gęsto wisiały dzieła sztuki, które kupiła - lub ukradła - w sklepach w dzielnicy artystycznej. Szafa i łóżko były antykami. Spod spękanej złotej farby wyzierało solidne drewno dębowe. Wszystkie klamki i całą armaturę wymieniła na bardziej eklektyczne zamienniki znalezione na miejskich pchlich targach. Nie przeszkadzało jej, że nic do siebie nie pasuje. Jedynym nowym meblem był granatowy szezlong stojący teraz obok żelaznego piecyka. Służył jej za miejsce do czytania.

W każdym rogu pokoju wznosiły się stosy książek. Sięgały prawie do sufitu. Księgi leżały pod meblami i na nich, opierały się o obrazy i mieszały z walającą się tu i ówdzie bronią. Reya zgromadziła tu całą bibliotekę.

Kuląc się z bólu przy każdym ruchu, zdjęła pancerz i ubranie. Przeczołgała się do kuchni. Pod zlewem stały butelki. Miała teraz ochotę utonąć w ich zawartości. Odnalazła najstarszą: bogato zdobioną butelkę whiskey o etykiecie pożółkłej ze starości. W czerwonym laku odciśnięto datę. Rok, w którym Lennox odnalazł Reyę. Podarował jej trunek w prezencie z okazji zakończenia szkolenia. Miała wznieść nim toast, kiedy spłaci zaciągnięty u szefa dług.

Nagle uświadomiła sobie, ile właśnie straciła.

Było warto? Na to pytanie odpowiedź nie chciała przyjść. Reyę ogarnęło obrzydzenie samą sobą.

Podniosła butelkę o wiele tańszego napoju. Wzięła porządny łyk. Zerknęła na szafkę nocną, na której leżał list, mocno już pognieciony od wielokrotnego otwierania i składania. Nie mogłaby go teraz przeczytać. Nie musiała. Treść znała na pamięć.

Przez całe życie jedyne, czego chciała, to pracować w kuźni. Zostać kowalem jak ojciec. Odkąd miała siłę unieść szczypce, była jego uczennicą. Lecz potem ojciec odszedł. Od dziesięciu lat noga Reyi nie postała w kuźni.

W ciągu ostatniego roku złodziejka wysłała setki listów, głównie do kowali z zagranicy, w desperackiej nadziei, że uda się jej opuścić Riterrę. Odpowiedzi nie było. Pierwsza pojawiła się dopiero trzy tygodnie temu. Do Anwyna Odella napisała spontanicznie, przelewając na papier całą swoją historię, zwierzając się ze wszystkiego. Nie wierzyła, że tak znamienity kowal zechciałby odpisać. Kiedy dotarł do niej list opatrzony kolorowym znaczkiem z Deltii, omal nie wyściskała tragarza, który jej go przyniósł.

Odell oferował pracę, szansę, by wreszcie powrócić do życia, o którym marzyła, zanim poznała Lennoksa Raulina. Jedyne, o co prosił, to by do końca lata odpisała mu, kiedy zamierza się u niego pojawić.

A teraz, jeśli nie nastąpi jakiś cud, nie zdoła spłacić Lennoksa wystarczająco wcześnie, by móc skorzystać z oferty Odella.

Nie miała siły, by przejmować się krwią i brudem na ubraniach i butach porozrzucanych po garderobie. Ruszyła do łazienki. Nad stojącą na żelaznych nóżkach spękaną porcelanową wanną było kolejne okno z witrażem i głębokim parapetem, na którym przechowywała mydła i sole do kąpieli. Zatkała odpływ i odkręciła kurek z zimną wodą, po czym wetknęła połamane palce pod lodowaty strumień.

Czekając, aż dłoń zdrętwieje, piła whiskey.

Jej ojciec był Zrodzonym ze Stali. Tylko inny mistrz kowalstwa mógł złożyć go do grobu. I dlatego szkolił ją od najmłodszych lat. Kiedy nadszedł jego czas, by dołączyć do przodków wśród gwiazd, ona miała odprawić starożytny, święty rytuał. Bracia pochowali kości ojca na zboczu góry, lecz ona miała zadbać o wysłanie jego duszy w ostatnią podróż. I zawiodła.

Uciekła.

Nie uciekaj. Nie ulegaj. Nie przemijaj.

Reya wzięła głęboki oddech, który zupełnie nie uspokoił walącego w szalonym tempie serca. Nastawiła palce, nie tłumiąc krzyku, który wyrwał jej się z gardła.

Ona nie należała do Zrodzonych ze Stali - była Szkarłatnym Sztyletem. I teraz już nie mogła tego zmienić.

Drżącą ręką złapała prześcieradło i, pomagając sobie zębami, podarła je na pasy. Owinęła obolałe palce i usztywniła je kawałkiem deszczułki. Nie pierwszy raz nastawiała własne połamane kości. Całe ciało pokrywały blizny. Były mapą wydarzeń ostatnich dziesięciu lat.

Oplotła kolana ramionami i kołysząc się, zmówiła modlitwę do Ieny, Wszechbogini uzdrawiania. Gdy wanna wypełniła się po samą krawędź, zakręciła kurek, wsunęła się do zimnej wody i rozpłakała.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.