CZARNA BEZGWIEZDNA NOC(FULL DARK, NO STARS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2010
Wydania polskie: Albatros, 2011; Albatros, 2014 (wydanie rozszerzone o opowiadanie Pod psem przełożone przez Krzysztofa Sokołowskiego)
Przełożył Krzysztof Obłucki
Trzecia i jak do tej pory ostatnia antologia składająca się z czterech minipowieści. W Czterech porach roku mieliśmy opowiadania o dojrzewaniu, w Cztery po północy czysty horror, tu zaś również mamy... horror, ale nie oczywisty. Raczej ten rodzaj horroru, jaki często sprowadza bliźni na bliźniego.
Dawno temu, w latach siedemdziesiątych, King pisał w jednym z esejów o tym, jak nie znosi filmu Wesa Cravena Ostatni dom po lewej. Poświęcił mu mnóstwo stron i sprowadził cały swój wywód do tezy, że nie jest to horror, lecz pornografia śmierci, a reżyser napawa się dręczeniem bohaterek. Od tamtej pory minęło ponad trzydzieści lat. W 2010 roku wydał Czarną bezgwiezdną noc, w której w zasadzie zaprzeczał samemu sobie. Bo każdy tekst z tego zbioru jest opowieścią o dręczeniu kobiet lub mężczyzn i o powolnej zemście albo agonii. Oczywiście trochę żartuję sobie z Kinga i jego świętego oburzenia na film Cravena, ale nie bez podstawy. Ten przypadek pokazuje, że lepiej jednak mocno przemyśleć swoje stanowisko i pomysł innego twórcy, bo pewnego dnia można stworzyć coś niebywale podobnego i narazić się na żarty ze strony takich patałachów jak ja (wiem, King nic sobie z tego nie robi).
Czarna bezgwiezdna noc, Albatros, 2014
W Czarnej bezgwiezdnej nocy Król Horroru straszy czytelnika przede wszystkim tym, co czai się w naszych głowach. Bohater 1922 już w pierwszym zdaniu przyznaje, że zabił żonę. Bohaterki Wielkiego kierowcy i Dobrego małżeństwa to kobiety postawione w ekstremalnych sytuacjach. Pierwsza, zgwałcona i pobita, planuje zabójstwo prześladowcy; druga odkrywa, że mąż jest seryjnym mordercą.
Jedynie w Dobrym interesie pojawia się diabeł, który oferuje bohaterowi dziwny i mroczny układ. W każdym opowiadaniu King dręczy swoje postacie, nie jest to lektura przyjemna, momentami bohaterowie budzą obrzydzenie. Ale czyta się to z zapartym tchem i nie sposób przerwać. King od lat nie był w tak dobrej formie pisarskiej. Nie ma tu przegadanych fragmentów czy stylistycznych fajerwerków - język jest prosty, ale przerażająco precyzyjny. Mocne. I mimo dopisanego gdzieniegdzie happy endu... przygnębiające. Bo pokazuje, jak łatwo ulec złu.
ADAPTACJA FILMOWA DOBREGO MAŁŻEŃSTWA ZE ZBIORU CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
Dobre małżeństwo(A Good Marriage)
2014, w reżyserii Petera Askina, z Joan Allen, Anthonym LaPaglią i Kristen Connolly
Filmowa adaptacja jednego z najlepszych opowiadań Stephena Kinga, która, niestety, nie dorównuje oryginałowi. Filmowemu Dobremu małżeństwu bliżej do telenoweli rodem z Hallmarku niż do rasowego thrillera.
Dennis Rader sprawiał wrażenie miłego faceta. Żona, dom, dzieci, spokojna praca. Zawsze uprzejmy dla sąsiadów, kochający mąż i ojciec. Ideał? No, prawie. Otóż Rader prowadził podwójne życie. Jako Dusiciel BTK z niezwykłym okrucieństwem zabił co najmniej dziesięć osób. W ręce policji wpadł w 2004 roku. Kiedy ujawniono tożsamość Dusiciela BTK, jego rodzina nie chciała uwierzyć, że kochający tatuś i mąż okazał się psychopatycznym zabójcą.
Historia dobrego męża i ojca prowadzącego podwójne życie zainspirowała Kinga do napisania długiego opowiadania, które trafiło do antologii Czarna bezgwiezdna noc. To opowieść bliźniaczo podobna do przypadku Dusiciela BTK, tyle że snuta z perspektywy żony. Oto sympatyczna i miła kura domowa odkrywa, że jej zapracowany mąż ma swoiste hobby - w czasie podróży służbowych gwałci i morduje młode kobiety. Co zrobi? Jak się zachowa w łóżku z mordercą? Może i King nie wykorzystał w swoim tekście jakichś wyjątkowych twistów, ale udało mu się stworzyć niesamowitą atmosferę osaczenia i lęku.
Nie był to łatwy tekst do ekranizacji. Historia opowiadana przez Kinga była prosta, a całe jej napięcie brało się ze skomplikowanych relacji między bohaterami, nie z fabuły. Reżyser powinien mieć pomysł na film, bez niego bowiem łatwo ugrzęznąć na mieliznach i pasjonujący thriller psychologiczny - z naciskiem na psychologiczny - zamienić w banalną opowieść o skrzywdzonej i oszukanej kobiecie. Niestety, Peterowi Askinowi pomysłu zabrakło. Nie pomógł mu w tym sam King, który napisał pierwszy kinowy scenariusz od czasu Smętarza dla zwierzaków. No a King do najlepszych scenarzystów na świecie nie należy. Własny tekst przeniósł na ekran niemal słowo w słowo. Tyle że słowa na ekranie nie robią już takiego wrażenia jak w książce. Dobre małżeństwo nie ma zatem tempa. Postacie są przewidywalne i papierowe. To, co mogło być fascynujące, czyli przyglądanie się temu, jak zabójca przemienia się w kochającego męża, jest tu zupełnie niewygrane, a Anthony LaPaglia grający męża ani nie budzi w nas odrazy, ani lęku. Ot jest. A to chyba coś najgorszego, co o tak skomplikowanej postaci można powiedzieć. Joan Allen jako żona także nie wypada specjalnie przekonująco. Pół filmu szlocha, a przez drugą połowę chodzi przed kamerą z miną, jakby miała skurcz szczęki.
Cóż więcej można powiedzieć o tej ekranizacji? Jest nijaka, niepotrzebna, a co najgorsze - nudna, czego o tekście literackim powiedzieć nie można. Szkoda, bo to mogła być najlepsza adaptacja Kinga od lat. Gdyby tylko nakręcił ją reżyser, a nie pozbawiony wyobraźni wyrobnik.
ADAPTACJA TELEWIZYJNA WIELKIEGO KIEROWCY ZE ZBIORU CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
Wielki kierowca(Big Driver)
2014, w reżyserii Mikaela Salomona, z Marią Bello, Olympią Dukakis i Joan Jett
Trzecia adaptacja prozy Stephena Kinga, która powstała w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku. Najlepsza ze zrealizowanych, co wcale nie znaczy, że udana.
Wielki kierowca to drugie opowiadanie opublikowane w tomie Czarna bezgwiezdna noc. Jego bohaterką jest Tess, autorka serii kryminałów o paniach z kółka robótek ręcznych, które rozwiązują zagadki. Ot, czytadła dla samotnych bibliotekarek, idealne do zabijania nudnych zimowych wieczorów. Pewnego dnia Tess przyjmuje zaproszenie na spotkanie autorskie w małej bibliotece. Impreza miała nie różnić się niczym od innych podobnych. Ta jednak zakończyła się zupełnie nieprzewidywalnie. W drodze do domu Tess została napadnięta i wielokrotnie zgwałcona przez tytułowego Wielkiego Kierowcę. Cudem ocalona kobieta najpierw dochodzi do siebie, a potem... planuje bolesną i okrutną zemstę. Proste opowiadanie udało się Kingowi naładować niesamowitą ilością negatywnej energii. Wszyscy bohaterowie są nią skażeni. Zarówno Tess, która obsesyjnie pragnie zemsty, jak i jej gwałciciel oraz jego pomocnicy.
Na potrzeby scenariusza tekst adaptował syn Richarda Mathesona - Richard Christian - a reżyserię powierzono Mikaelowi Salomonowi. Obaj pracowali już wcześniej nad tekstami Kinga - przy serialu Marzenia i koszmary i drugiej wersji Miasteczka Salem - i obaj to starzy telewizyjni wyjadacze. Dzięki ich doświadczeniu telewizyjnego Wielkiego kierowcę ogląda się bez bólu. Realizacyjnie to kawał rzetelnej filmowej roboty. Napięcie rośnie cały czas, a Maria Bello wypada przekonująco w roli zgwałconej i mszczącej się Tess.
Niestety, z filmu, który jest jedną z najwierniejszych adaptacji prozy Kinga, zupełnie wyparowała agresja, która napędzała działania bohaterów opowiadania. I choć niby wszystko jest tu na swoim miejscu - Tess wciąż rozmawia z wyimaginowanymi postaciami, powoli osuwając się w obłęd - to całość nie ma w sobie tego gatunkowego ciężaru, który sprawiał, że o opowiadaniu trudno było zapomnieć. Literacka Tess to postać z krwi i kości, a jej losy - i obłęd - nas dotykają, tu nic takiego się nie dzieje. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało.
Telewizyjnemu Wielkiemu kierowcy brakuje odrobiny realizacyjnego szaleństwa i niepokoju. Czegoś, co poza nazwiskiem Stephena Kinga wyróżniłoby go na tle innych podobnych opowieści o kobietach, które mszczą się za swoje krzywdy. Szkoda, że Salomon się nie wysilił. Przez co prosta, ale mocna jak diabli opowieść stała się kolejną rzemieślniczą historią o krzywdach wyrządzanych kobietom. I opowiada o tym tak, jak dyktuje się komuś przepis na jajecznicę na maśle. Szybko i zupełnie beznamiętnie.
ADAPTACJA FILMOWA OPOWIADANIA 1922 ZE ZBIORU CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
1922
2017, w reżyserii Zaka Hilditcha, z Thomasem Jane'em, Dylanem Schmidem i Molly Parker
Rok 2017 był najlepszym filmowo rokiem Kinga od co najmniej dwudziestu lat. Oczywiście największy splendor i chwała spłynęły na To Andy'ego Muschiettiego, ale dwie produkcje zrealizowane na zlecenie Netflixa, czyli Gra Geralda i 1922, wcale mu nie ustępowały.
Australijczyk Zak Hilditch o kulisach powstawania swojego filmu opowiada w wywiadzie zamieszczonym na kolejnych stronach, więc tu skoncentrujmy się tylko na ocenie.
Adaptacja 1922 była wyzwaniem, bo samo opowiadanie jest niezwykle kameralną historią o morderstwie i karmie, która mści się na pewnym farmerze. Ameryka, tytułowy rok 1922. Wilfred "Wilf" James jest farmerem, dla którego całym życiem jest farma na zapyziałej prowincji. Żona Wilfreda ma jednak inne ambicje; chciałaby sprzedać ziemię i zamieszkać w Omaha. Ponieważ Wilf nie ma najmniejszej ochoty się przeprowadzać, wraz z synem morduje żonę, a jej ciało wrzucają do studni. To, co dzieje się potem, jest opowieścią o tym, jak wyrzuty sumienia powoli niszczą ojca i syna. Wyrzuty sumienia i szczury...
Film Hilditcha zaczyna się niespiesznie i z każdą kolejną sceną przyspiesza w rytm rozwijającej się psychozy bohatera. Australijczykowi udała się sztuka niezwykła - oparł narrację na rozwoju choroby, ale zrobił to tak dobrze, że 1922 w niczym nie ustępuje największym filmom o obłędzie.
Traktowanie 1922 jako tylko horroru o szaleństwie byłoby jednak krzywdzące. Bo Hilditch wychodzi w swojej adaptacji poza historię o farmerze, który postradał zmysły. Jego film jest z jednej strony, opowieścią o rodzinie i jej rozpadzie. Z drugiej, o Ameryce i cenie, jaką płaci się za wiarę w to, że wszystko może się udać.
Absolutnie przygnębiający, znakomicie zagrany i poprowadzony film jest jedną z najlepszych adaptacji prozy Kinga, jakie powstały w XXI wieku. Trzeba obejrzeć! A przy okazji cieszy fakt, że w końcu Czarna bezgwiezdna noc doczekała się filmu dorównującego jakością książce.
JOYLAND
Pierwsze wydanie amerykańskie: Hard Case Crime, 2013
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2013; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożył Tomasz Wilusz
W horrorowym panteonie miejsc strasznych wesołe miasteczko zajmuje pozycję szczytową. Ten przybytek beztroskiej rozrywki wielokrotnie stawał się areną, na której bohaterowie zmuszeni byli walczyć z najgorszymi koszmarami. W filmie Dziwolągi Toda Browninga z 1932 roku mamy historię dziwolągów, czyli okrutnie zdeformowanych cieleśnie przez naturę ludzi, pokazywanych w objazdowych cyrkach jako swoiste atrakcje. Nastolatkowie z powieści Jakiś potwór tu nadchodzi Raya Bradbury'ego właśnie w wesołym miasteczku walczą o swoje dusze i przyszłość - a także rodzicielską miłość - z samym diabłem. Bohaterka Karnawału dusz, kanonicznego filmu grozy, bez którego nie byłoby dziś kina Davida Lyncha, w lunaparku trafia na demoniczne kreatury, które nie dają jej zapomnieć o... Nie zdradzę, ale to jedna z najbardziej przerażających opowieści o wesołym miasteczku. Tobe Hooper, reżyser Lunaparku, wpuścił do wesołego miasteczka seryjnych morderców. Litanię dzieł związanych z tym miejscem mógłbym tu ciągnąć w nieskończoność.
U Kinga do 2013 roku wesołe miasteczko nie odgrywało nigdy kluczowej roli. Owszem, pojawiało się - jak choćby w zbiorze opowiadań Marzenia i koszmary - ale stanowiło jedynie tło dla opowieści. Do wydania Joylandu.
Joyland nie jest standardową, regularną powieścią Kinga. Podobnie jak kilka lat temu Colorado Kid, jest napisaną dla wydawnictwa Hard Case Crime powieścią i podobnie jak Colorado Kid, to powieść obyczajowa z elementem kryminalnym, a nie horror. Choć duchy się w niej pojawiają - sztuk jeden - są marginalne i równie dobrze mogłoby ich nie być. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka. Bo im dłużej o tej powieści myślę, tym mocniej skłaniam się ku opinii, że jest to nie tylko jedna z najlepszych książek, które King wydał w XXI wieku, ale też paradoksalnie jest w niej pełno duchów, choć nie takich, jakich spodziewamy się w powieściach Króla Horroru. Ale po kolei.
Bohaterem Joylandu jest Devin Jones, młody student, którego właśnie rzuciła dziewczyna i który leczy złamane serce, pracując w tytułowym wesołym miasteczku Joyland. Devin odkrywa, że w gabinecie strachów ktoś zamordował dziewczynę. Sprawcy nigdy nie złapano... Brzmi jak wprowadzenie do mrocznego thrillera? I pewnie tak by było, gdyby nie kilka drobnych, acz istotnych elementów.
Devina poznajemy, gdy jest już mężczyzną sześćdziesięcioletnim. Opowieść o pracy w Joylandzie to tak naprawdę wycieczka w przeszłość. Powrót do czasów młodości wymuszony na Devinie przez ducha prześladującego go przez całe dorosłe życie. Duch nazywa się Wendy Keegan i jest wspomnieniem dziewczyny, która porzuciła młodego Jonesa. Z tym odtrąceniem nie potrafił sobie poradzić, gdy był dwudziestolatkiem. To ona sprawiła, że szukając zapomnienia, zatrudnił się w wesołym miasteczku. I to pamięć o niej sprawi, że jako dojrzały mężczyzna zacznie wspominać tamten czas. A zatem mamy pierwszego ducha. Kolejnym jest główny bohater, który wraca do samego siebie. A raczej do wizji, wyobrażenia tego, kim był czterdzieści lat wcześniej.
Doskonale pamiętam reakcje polskich dziennikarzy na Colorado Kida - były bardzo nieprzychylne. Zarzucano Kingowi, że za bardzo skupił się na kreśleniu klimatu sennego amerykańskiego miasteczka, zupełnie ignorując wątek kryminalny. Tu jest tak samo. A nawet jeszcze gorzej, bo Joyland jest objętościowo dłuższy i King jeszcze mocniej koncentruje się na opisywaniu wesołego miasteczka, złamanego młodocianego serca i widoków na ocean. Mimo to w polskiej prasie nastąpiła nagła zmiana frontu. To, co w Colorado Kidzie było uznawane za złe, w Joylandzie wszystkich zachwyca... Ciekawy tok myślenia, przyznacie. Ale już bez złośliwości, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tę powieść przyjęto tak ciepło.
Joyland to nie tylko solidny kawał obyczajowej prozy. Podobnie jak w noweli Ciało ze zbioru Cztery pory roku, King udowadnia, że poza straszeniem świetnie wychodzi mu opisywanie małych radości i porażek codziennego życia. Dodam, że w Joylandzie, który jest dedykowany Donaldowi E. Westlake'owi, autor w piękny sposób bawi się pulpową frazą, opierając narrację na krótkich, czasami bardzo ciętych zdaniach, co opowieści o życiu dodaje gatunkowej dynamiki.
O wyjątkowości tej książki świadczy jednak nie tylko umiejętność snucia opowieści, ale także to, co udało się osiągnąć Kingowi dzięki osadzeniu akcji w wesołym miasteczku. Bo nie ma chyba lepszego miejsca, które będąc pozornie oazą radości, staje się miejscem smutku. Metaforą ulotności życia i wszystkiego, co jest nam dane. Radość - tytułowe joy - odchodzi w zapomnienie. Przyjaźń nie przechodzi próby czasu i w zasadzie budowana jest na kłamstwie. Seks daje ulotną i chwilową przyjemność. A śmierć jest wszechobecna.
King wpadł na pomysł tego tekstu, obserwując na plaży chłopca na wózku inwalidzkim, puszczającego latawiec. To o nim miała być ta powieść, ale im dłużej ją pisał, tym bardziej chłopiec schodził na dalszy plan. I choć sekwencja puszczania latawców pojawia się w Joylandzie - i jest niezmiernie ważna - to chłopca zastąpił mężczyzna prześladowany przez duchy własnej przeszłości. W tym ducha owego chłopca.
Czy Joyland jest dziełem wybitnym? Kiedy ukazał się w 2013 roku, zadając sobie to pytanie w recenzji, odpowiedziałem: "Ależ skąd!". Pięć lat później zmieniłem zdanie. Jest. Bo to jedna z nielicznych współczesnych amerykańskich powieści, która w całości poświęcona jest rytuałowi przejścia z wieku nastoletniego w dorosłość, bo przecież ucieczka Devina ze studiów i praca w Joylandzie to nic innego jak klasyczny gap year, czyli przerwa na zaczerpnięcie oddechu i znalezienie swojego miejsca w życiu. Rytuałowi, który dziś zaginął... czy raczej zanikł. Czy słusznie? Nie wiem. Ale jednego jestem pewny - jeśli ktoś niebawem nakręci film na podstawie Joylandu, to może być to jedna z najlepszych adaptacji powieści Kinga.
CIEKAWOSTKA
Joyland Chrisa Speddinga, Cleopatra Records
Nie wiecie, kim jest Chris Spedding? I nic w tym dziwnego. Spedding (naprawdę Peter Robinson) to tajna broń brytyjskiego rocka. Człowiek, który zawsze stał w cieniu sław, ograniczając się do nagrywania partii gitar na słynnych płytach. To on wspierał w studiach nagraniowych na gitarze Roxy Music, Rolling Stonesów, Sex Pistols i masę innych. Ponad siedemdziesięcioletni dziś muzyk ma w Wielkiej Brytanii status najpilniej strzeżonej legendy i najbardziej anonimowej...
Co kilka lat Spedding wpada na pomysł, aby wydać własną płytę. Zbiera w studio kolegów i nagrywa takie krążki jak wydany w 2015 roku Joyland. Już sama lista zaproszonych przyprawi fanów rocka o drżenie serduszek. Bryan Ferry i Andy Mackay (Roxy Music), Johnny Marr (The Smiths) czy Glen Matlock (Sex Pistols) wspierają Speddinga w tej sentymentalnej wycieczce przez historię muzyki. Bo Joyland to taka muzyczna kronika stylistycznych zmian, jakie następowały w rocku przez ostatnie cztery dekady.
Mamy tu i balladę żywcem wyrwaną z lat osiemdziesiątych (I Still Love You), i piekielnego mrocznego bluesa (Gun Shaft City), świetnie zaśpiewanego przez Ferry'ego, rockabilly (Message for Stella), klasycznego rocka rodem z lat siedemdziesiątych (The Pied Piper) czy southern rocka (Go Down South). Spedding nie próbuje wymyślać prochu. Nie musi. On po prostu w każdej piosence na tej płycie udowadnia, że jako gitarzysta zawsze czuł się i czuje dalej jak ryba w wodzie w dowolnej estetyce. Wszechstronna bestia i mimo wieku przepełniona energią, której pozazdrościć mogliby mu trzydziestoletni koledzy.
Dlaczego wspominam o tej płycie tutaj? Otóż na okładce mamy obrazek przedstawiający wielki lunapark o nazwie Joyland. Całość krążka wypełniają zaś sentymentalne opowieści o miłości, utracie i duchach przeszłości. Coś wam to przypomina? Tak, Spedding, dając swojemu albumowi tytuł Joyland, w subtelny sposób oddał hołd powieści Króla Horroru. I muszę przyznać, że ilekroć słucham tej płyty, nachodzi mnie ochota na powrót do książki.
WSZYSTKO JEST WZGLĘDNE. 14 MROCZNYCH OPOWIEŚCI(EVERYTHING'S EVENTUAL: 14 DARK TALES)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2002
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2002; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożyli Łukasz Praski, Danuta Górska, Maciejka Mazan i Marek Mastalerz
Ten zbiór ważny jest z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, zawiera opowiadanie, za sprawą którego King wylądował na okładce "Timesa". Po drugie, ukazał się tuż po tym, jak pisarz zapowiedział przejście na emeryturę. I wreszcie po trzecie, znalazło się w nim opowiadanie wyróżnione Nagrodą O. Henry'ego - najważniejszą literacką nagrodą, jaką może w Stanach Zjednocznych dostać opowiadanie. Więc po kolei. A może jednak nie. Może zacznijmy od środka.
W 1999 roku King miał wypadek samochodowy, który niemal zakończył nie tylko jego karierę, ale też życie. Trzeźwy, choć roztargniony kierowca potrącił spacerującego Stephena tak mocno, że ten spędził kolejne miesiące w szpitalach, a następne dwa lata dochodził do siebie w domu. Ale o tym czytaliście przy opisie pierwszej powieści wydanej po wypadku, czyli Łowcy snów. Finałem tego zdarzenia był wywiad, którego King udzielił w styczniu 2002 roku "Los Angeles Times". Wyznał w nim, że postanowił zakończyć karierę, a ostatnimi pozycjami, jakie wyda, będą powieść Buick 8, finał Mrocznej Wieży i zbiór opowiadań Wszystko jest względne. Ale czy King może rzucić pisanie?
To ono pomagało mu przetrwać koszmarne dzieciństwo w biedzie. To ono dało mu sukces. To ono pozwoliło pokonać w finale alkoholizm. I ono dało siłę, aby przetrwać ciągnący się latami proces rekonwalescencji. A zatem czy należało się wtedy obawiać? Czas pokazał, że nie, a sam King pod koniec 2002 roku odciął się od własnych słów, twierdząc, że powiedział to, co powiedział, bo był pod wpływem silnych środków przeciwbólowych i czuł się przytłoczony ogromem Mrocznej Wieży. Nie zmienia to jednak faktu, że Wszystko jest względne trafiło na rynek jako ostatni zbiór opowiadań Stephena Kinga.
Z okładką "Timesa" i zamieszaniem dookoła Kinga było jeszcze zabawniej. Otóż pewnego dnia, kiedy świat wydawniczy zaczął interesować się nowością, jaką były e-booki, King wpadł na szatański pomysł. A może by tak wydać minipowieść w formie elektronicznej? A gdyby tak dodatkowo sprzedawać ją za symboliczną kwotę? Był to rok 2000 i jeszcze nikt, ale to nikt nie myślał o tym, aby wydawać książki elektroniczne. Gdy King wrzucił w sieć opowiadanie Jazda na kuli, świat oszalał. W ciągu doby tekst został pobrany czterysta tysięcy razy, a udostępniające go serwery zwyczajnie padły. Rekordziści czekali na pobranie pliku po kilka godzin! A zatem pierwszy na świecie profesjonalny e-book okazał się tak wielkim sukcesem, że King stał się bohaterem mediów, opisywanym jednak nie w dziale kultura, ale technologie i społeczeństwo. Czy była to jaskółka zwiastująca naprawdę wielkie zmiany? Nie bardzo. Kolejny publikowany w odcinkach tekst, The Plant (stara, nigdy nieukończona powieść, którą King wygrzebał ze swojego przepastnego archiwum), okazał się porażką, a rynek księgarski skrzętnie schował e-booki na kolejne pięć lat. Ale Jazda na kuli zrobiła - i zarobiła - swoje. Jak sam autor podkreślał, dzięki zamieszaniu wokół niej ludzie zaczęli rozpoznawać go na lotniskach. Nie dziwi zatem fakt, że gdy przystąpił do pracy nad Wszystko jest względne, uznał, że tekst powinien znaleźć się w wydanej tradycyjnie antologii.
A co do Nagrody O. Henry'ego... O motywie kompleksów i prób wyrwania się z matni autora popowego pisałem tu już wielokrotnie. Status McDonalda literatury po prostu Kinga uwierał. Więc kiedy pisarz dowiedział się, że jego oniryczne, balansujące na granicy horroru i historii rodzinnej opowiadanie Człowiek w czarnym garniturze - pierwotnie opublikowane w "New Yorkerze" - zostało wyróżnione Nagrodą O. Henry'ego, wpadł w zachwyt. Oto w końcu jego tekst zdobył najważniejszą nagrodę przyznawaną opowiadaniom. Lepiej nie będzie. To był szczyt. I King w końcu się na niego wdrapał.
Skoro mamy już omówione powody, dla których ta antologia jest ważna, przejdźmy może do samego tekstu. Paradoksalnie Wszystko jest względne wcale nie jest względne. To bardzo zwarty i dobry zbiór. Obok klasycznych horrorów, jak kapitalne 1408, i ciepłych opowiadań, jak wspomniany już Człowiek w czarnym garniturze, w jego skład weszły wampirza opowieść osadzona w świecie Mrocznej Wieży - Siostrzyczki z Elurii - oraz nietypowe, bo pokazujące mechanizm rodzenia się legendy teksty bazujące na prawdziwych zdarzeniach, na przykład Śmierć Jacka Hamiltona. To ostatnie opowiadanie jest intrygujące, bo King uchwycił w nim moment, w którym prawda przestaje się liczyć, a zaczyna nią rządzić opowieść mitotwórcza.
A zatem dobry zbiór. Naprawdę dobry. I dokumentujący status rynkowy i pisarski Kinga.
ADAPTACJA FILMOWA JAZDY NA KULI ZE ZBIORU WSZYSTKO JEST WZGLĘDNE
Jazda na kuli(Riding the Bullet)
2004, w reżyserii Micka Garrisa, z Jonathanem Jacksonem, Barbarą Hershey i Davidem Arquette'em
Śmierć podróżuje szybko.
Cztery lata po elektronicznej publikacji minipowieści Jazda na kuli, która zrobiła w sieci furorę, do kin trafiła jej filmowa adaptacja. Za przeniesienie opowiadania na duży ekran odpowiadał Mick Garris. Ponieważ tekst był dość krótki, Garris dopisał do niego wprowadzenie, zmienił czas, w którym toczyła się akcja, i generalnie po swojemu rozbudował historię. I chyba tu tkwi główny problem tego filmu.
Tekst Kinga był zwartą, krótką opowieścią o młodym mężczyźnie spotykającym na swojej drodze śmierć, która daje mu ultimatum: chłopak musi wybrać, kogo śmierć zabierze najpierw, jego czy matkę... Siła tego opowiadania tkwi w prostocie. Czytelnik nie wie zbyt wiele o bohaterze, nie zna życiorysu matki. Chodzi o decyzję. Najtrudniejszą decyzję w życiu.
W filmie motyw decyzji zostaje totalnie rozmyty wprowadzonymi przez Garrisa pobocznymi wątkami. A to chłopak chce się zabić, a to ma jakieś traumy. Cały czas się miota i ostatecznie jego spotkanie ze śmiercią nie robi już wrażenia. Na domiar złego Garris chciał ze swojej Jazdy na kuli uczynić coś na kształt metafory Ameryki lat sześćdziesiątych, która musiała opowiedzieć się, czy stoi za śmiercią, czy życiem. Bohater jest zatem studentem historii sztuki na uniwersytecie w roku 1969, a jego spotkanie z ponurym żniwiarzem to dosłowna i bardzo toporna próba komentarza do ówczesnej rzeczywistości (mimo dobrych chęci całego pokolenia dzieci kwiatów w końcu wszyscy opowiedzieli się za śmiercią, czyli wojną).
Jak się okazuje, widzom w Stanach łopatologia uprawiana przez Garrisa także nie przypadła do gustu. Nie pomógł wielki sukces oryginału na wydawniczym rynku - filmowa Jazda na kuli okazała się wielką wpadką kinową. Producenci po obejrzeniu efektu finalnego zdecydowali się wpuścić go do raptem kilku kin i zarobili zaledwie sto tysięcy dolarów. I jakoś to nie dziwi. Trudno obejrzeć ten film do końca, nie zasypiając. Jeszcze trudniej jest połapać się, o co tak naprawdę w nim chodzi.
ADAPTACJA FILMOWA OPOWIADANIA 1408 Z ANTOLOGII WSZYSTKO JEST WZGLĘDNE
1408
2007, w reżyserii Mikaela H?fströma, z Johnem Cusackiem, Samuelem L. Jacksonem i Mary McCormack
Dolphin Hotel zaprasza do każdego pokoju... poza jednym.
Na początek złośliwa anegdota. Otóż kiedy 1408 trafiło do polskich kin, recenzent z "Dziennika. Gazety Prawnej" napisał, że film byłby udany, gdyby nie tani reżyserski zabieg sprowadzający całą intrygę do rojeń bohatera, który dostał w głowę deską surfingową. Faktycznie jest tu scena, w której grany przez Johna Cusacka Mike Enslin obrywa deską... Tyle że jest ona w połowie filmu i nie ma nic wspólnego z zakończeniem. Czasami przed zabraniem się za krytykowanie warto obejrzeć film do końca... lub choćby przeczytać streszczenie w internecie.
Już wiecie, że ekranizacje opowiadań Stephena Kinga często cierpią na tę samą chorobę - scenarzyści kilkustronicowe historyjki rozciągają do pełnometrażowych filmów, dopisując po drodze stek banałów, wątków, których nigdy nie było. Adaptację krótkiego 1408 powinna trawić ta sama przypadłość. Na bazie stosunkowo krótkiego opowiadania - trzydzieści siedem stron w polskim tłumaczeniu, przy czym akcja toczy się głównie w pokoju - powstał prawie dwugodzinny film. Cytując błyskotliwą frazę Lady Pank - strach się bać. I tu niespodzianka. Historia specjalisty od obalania mitów o nawiedzonych miejscach, który trafia do tajemniczego tytułowego pokoju 1408, to kawał rzetelnej filmowej roboty.
Plakat do filmu 1408, 2007
Na to, że ten film świetnie się ogląda, ogromny wpływ ma doborowa obsada ze sfrustrowanym Johnem Cusackiem na czele. Mimo że scenarzyści dopisali wątek prywatnej tragedii bohatera - zmarła mu córka, a małżeństwo się rozpadło - nie przesadzili z melodramatycznym tonem, dzięki czemu film nie tonie w prorodzinnym cukierkowym klimacie. Najważniejsze jednak jest to, że twórcy filmu oparli się pokusie tłumaczenia pochodzenia zła w pokoju 1408. Tak jak w opowiadaniu Kinga, i tu jest to po prostu miejsce przesiąknięte złem.
Film H?fströma to pierwszy od lat czysty, rasowy kinowy horror oparty na prozie Kinga. 1408 straszy przede wszystkim klimatem. Napięcie budowane jest powoli, zło atakuje podstępnie i bawi się bohaterem jak kot myszą. Przez to, że akcja toczy się w hotelu, tu i tam pojawiły się głosy, jakoby 1408 miało być Lśnieniem dwudziestego pierwszego wieku. Nie jest. To zupełnie inna historia i zupełnie inny film. Zło kieruje się tu zupełnie innymi motywacjami niż w Lśnieniu, a przede wszystkim jest czymś namacalnym i realnym. Nikt tu nie bawi się jak Kubrick w gierki w stylu "być może to wszystko dzieje się w głowie bohatera". Nie dzieje się. Piekło dopada słabych i połamanych - dokładnie takich jak Mike.
Co ciekawe, producenci 1408 po pokazach testowych zdecydowali się zmienić zakończenie. Publiczność uznała bowiem, że oryginalna puenta filmu jest zbyt dołująca. Tym sposobem powstały dwie wersje: jedna rzeczywiście przygnębiająca, druga optymistyczna. W polskim wydaniu DVD filmu zamieszczono wszystkie nakręcone zakończenia, dzięki czemu sami możecie zdecydować, co wydarzyło się w pokoju 1408. Moim zdaniem pierwotne zakończenie jest lepsze...
1408 zarobiło ponad sto milionów i jest to najlepiej zarabiający film, jaki powstał na podstawie prozy Kinga w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Pobije go dopiero To.
REGULATORZY(THE REGULATORS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Dutton, 1996
Wydania polskie: Prima, 1997; Świat Książki, 1999; Albatros, 2005; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożył Piotr Jankowski
Eksperyment literacki, który kosztował wydawcę dwa miliony dolarów wydane na promocję. Pomysł był prosty i czytaliście o nim przy omawianiu Desperacji. W tym samym momencie na rynku w Stanach Zjednoczonych miały się ukazać dwie powieści Kinga, z czego jedna opublikowana pod pseudonimem Bachman. Chociaż były fabularnie odległe, łączyły je postacie i emanacja złego - demoniczny byt o nazwie TAK.
Regulatorzy dostali się w spadku Bachmanowi z prostego powodu. Ich początek sięgał pierwszej połowy lat osiemdziesiątych. Gdzieś w okolicach 1983 roku King poznał Sama Peckinpaha. Legendarny twórca Dzikiej bandy miał problemy z alkoholem, zdrowiem i kręceniem filmów. King pojawił się w jego życiu nagle, a pomysł na film, który mu przedstawił, był ponoć tak dobry, że Peckinpah zapragnął wrócić za kamerę. The Shotgunners był osobliwym miksem westernu i horroru. Akcja rozgrywała się w prowincjonalnym miasteczku, do którego przyjeżdża trzech tajemniczych osobników, szukających zemsty na mieszkańcach. Tyle że zamiast na koniach, przyjeżdżają w cadillacach z czarnymi szybami. Niestety, w 1984 roku, podczas przygotowań do realizacji, Peckinpah zmarł na zawał. King porzucił projekt na lata i przypomniał sobie o nim dopiero podczas pisania Desperacji. Tym sposobem Bachman otrzymał nową powieść.
Dylogia Desperacja/Regulatorzy Kinga to dziwny przypadek w bibliografii. Nie można odmówić pisarzowi genialnego pomysłu marketingowego. Dwie połączone powieści miały wspólną szatę graficzną - jedna okładka uzupełniała drugą - i dodatkowo sprzedawane były w pakietach. Problem polega na tym, że za świetnie wymyśloną akcją marketingową nie szedł dobry produkt.
Desperacja i Regulatorzy nie są dobrymi powieściami, ale jeśli mielibyście przeczytać jedną z nich, to radziłbym jednak Regulatorów.
W małym miasteczku dosłownie znikąd pojawiają się postacie z popularnego serialu MotoGliny 2200 i... zaczynają mordować mieszkańców. I tu na arenę wkraczają bohaterowie znani z Desperacji, tyle że w tej książce są kimś zupełnie innym.
Pierwsza rzecz, która szokuje, to okrucieństwo. King, czy raczej Bachman, nie oszczędza czytelników. Krew leje się tu strumieniami. Druga to abstrakcja. W Regulatorach nic nie jest tym, co się wydaje, a abstrakcyjne zjawiska są na porządku dziennym. Te dwa elementy sprawiły, że wiele osób nie przepada za tą powieścią, a szkoda. Mimo że King w finale decyduje się na uproszczenia, to Regulatorzy pokazują jednak, że jego wyobraźnia nie zna ograniczeń, i bardzo dobrze - choć dosadnie i brutalnie - odnajduje się w bardzo dziwnej estetyce.
PO ZACHODZIE SŁOŃCA(JUST AFTER SUNSET)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2008
Wydanie polskie: Albatros, 2009
Przełożył Andrzej Szulc
Miała być emerytura, a zamiast niej dostaliśmy kilka powieści i kolejny zbiór opowiadań. Antologię, o której pisano w USA, że jest najlepszą, jaką wydał King od czasu Szkieletowej załogi. Czy to prawda?
Pewna kobieta traci dziecko. Jej mała córeczka dusi się podczas snu. Po tragedii kobieta nie może dojść do siebie. Oddala się od męża, zamyka w sobie. Lekarstwem na ból okazuje się bieganie. I nie jest to zwykłe bieganie, ale morderczy bieg przed siebie, dopóki starcza sił. Tego sposobu radzenia sobie z traumą jednak nie akceptuje mąż. Rozwód wisi w powietrzu, kobieta postanawia więc na jakiś czas wyprowadzić się do letniego domu swojego ojca. Tam na plaży biega i myśli. Pewnego dnia wbiegnie wprost w objęcia psychopatycznego mordercy. Tak zaczyna się Piernikowa dziewczyna, jedno z najlepszych opowiadań Stephena Kinga zamieszczone w Po zachodzie słońca.
Po zachodzie słońca, Albatros, 2013
I rzeczywiście ta książka jest jedną z najlepszych antologii Kinga, ale też jedną z najbardziej wyciszonych. Dominują w niej opowiadania, których akcja rozwija się powoli, groza narasta, by w zupełnie niespodziewanym momencie rzucić się czytelnikowi do gardła. Tak jest choćby w rewelacyjnym N., które zaczyna się jak psychoanalityczna opowiastka o lekarzu i pacjencie, a kończy niczym koszmar rodem z opowieści H.P. Lovecrafta, czy we wzruszającej, lecz również strasznej Willi.
Poza nowymi tekstami w zbiorze znalazło się także miejsce dla starego, doskonale znanego fanom Kinga opowiadanka z 1977 roku Kot z piekła rodem - zekranizowanego jako część filmowej antologii Opowieści z ciemnej strony - i kuriozalnego Bardzo trudnego położenia, w którym bohater zostaje uwięziony w przenośnej toalecie, a King udowadnia, że fekalia można nazywać na milion sposobów. Reszta to perełki na wysokim poziomie, które zadowolą nie tylko fanów horroru, bo w Po zachodzie słońca King bardzo sprawnie wymyka się gatunkowym ograniczeniom. Te opowiadania są świetnie skonstruowanymi historiami, które uwodzą również tych stroniących od horroru. Zresztą większość z nich ukazała się w magazynach, które z grozą, a nawet literaturą gatunkową, nie mają wiele wspólnego.
ADAPTACJA FILMOWA, W KTÓREJ WYKORZYSTANO OPOWIADANIE KOT Z PIEKŁA RODEM Z ANTOLOGII PO ZACHODZIE SŁOŃCA
Opowieści z ciemnej strony(Tales from the Darkside: The Movie)
1990, w reżyserii Johna Harrisona, z Deborah Harry, Christianem Slaterem i Steve'em Buscemim
Cztery opowieści, które ukażą wam rzeczywiste oblicze ciemności.
Tom Savini, specjalista od efektów specjalnych i przyjaciel George'a A. Romero, jakiś czas temu rozpuścił plotkę, że Opowieści z ciemnej strony tak naprawdę powinny nosić tytuł Creepshow 3. Owszem, sporo je z opisaną już serią łączy - i King, i Romero, i nowelkowa forma - ale nikt nigdy nie myślał o tym filmie jako o kontynuacji Creepshow. Jak sam tytuł wskazuje, Opowieści z ciemnej strony to kinowa wersja popularnego w latach osiemdziesiątych serialu telewizyjnego, stworzonego przez George'a A. Romero.
King nie był bezpośrednio zaangażowany w pracę nad filmem. Z trzech nowelek, które się na niego składają, tylko środkowa, Kot z piekła rodem - o kociaku, który mści się za śmierć futrzastych kolegów - oparta jest na jego prozie, a scenariusz do filmu powstał trzy lata wcześniej.
Kinowe Opowieści z ciemnej strony idealnie oddają charakter serialu, który, składając hołd takim kultowym cyklom jak Strefa mroku, był bardzo nierówny i trafiały tam zarówno opowieści doskonałe, jak i zwyczajnie przeciętne. W kinowej odsłonie świetna jest przede wszystkim historyjka splatająca w całość trzy nowele. Zabawna wariacja na temat Jasia - bez Małgosi - i złej wiedźmy (kapitalnej Debbie Harry), która przygotowuje kolację dla koleżanek po fachu. Trzy nowele idealnie wpisują się w telewizyjny format i jedyne, co w nich zaskakuje, to imponująca obsada, jaką udało się zebrać na planie debiutującemu w roli reżysera kompozytorowi Johnowi Harrisonowi, który skomponował muzykę do Koszmarnych opowieści. A więc Steve Buscemi, Julianne Moore, Christian Slater oraz James Remar.
Na co warto zwrócić uwagę w przypadku tego filmu, to nazwisko współscenarzysty, Michaela McDowella. Ten nieznany w Polsce autor - choć przecież był pomysłodawcą kultowego Soku z żuka - był, zdaniem Kinga, "najlepszym współczesnym pulpowym autorem". McDowell przyjaźnił się z Kingami, a gdy nagle zmarł w 1999 roku, Tabitha King ukończyła rozpoczęty przez niego gotycki horror W cieniu płonących świec. Do dziś jest to jedyny horror, pod którym podpisała się żona Króla, i zarazem jej jedyna powieść wydana w Polsce.
OPOWIADANIADOSTĘPNE PO POLSKU
Gaz do dechy(Throttle)
2009, napisane wspólnie z Joe Hillem, w Polsce dostępne w antologii Jest legendą (Sine Qua Non, 2011)
Opowiadanie, które powstało na potrzeby antologii Jest legendą - wydaną w hołdzie dla Richarda Mathesona. King i Hill stworzyli coś na kształt kontynuacji kultowego opowiadania Mathesona Pojedynek na szosie. Problem tego tekstu tkwi w tym, że zarówno King, jak i Hill nie potrafią bawić się niedopowiedzeniami jak Matheson; w efekcie powstała nudna jatka, która ma się nijak do twórczości Mathesona.
W wysokiej trawie(In the Tall Grass)
2009, napisane wspólnie z Joe Hillem; w Polsce dostępne jako e-book i audiobook (Albatros, 2012)
Opowieść o rodzeństwie, które podczas podróży przez Stany zatrzymuje się przy polu wysokiej trawy. W nienaturalny gąszcz wabi ich głos dziecka. A potem zaczyna się horror. Czuć tu wpływ Dzieci kukurydzy, ale tekst broni się duszną atmosferą i ponurym zakończeniem.
Twarz w tłumie(Face in the Crowd)
2012, napisane wspólnie ze Stewartem O'Nanem; w Polsce dostępne jako e-book i audiobook (Albatros, 2013)
Prosty, by nie powiedzieć prostacki pomysł King i O'Nan zamienili w zabawną, ale i nostalgiczną opowieść o godzeniu się ze śmiercią. Punkt wyjściowy przypomina odrobinę Opowieść wigilijną, z tą różnicą, że przemiana bohatera zachodzi w zupełnie innych okolicznościach. Nie jest to opowiadanie wybitne, ale zostaje w czytelniku. A to chyba najważniejsze.
Pokój muzyczny(The Music Room)
2016, w Polsce dostępne w antologii W świetle i w mroku (W.A.B, 2018)
Opowiadanie, jak wszystkie z tego zbioru, zainspirowane malarstwem Edwarda Hoppera.
Charlie Ciuch-Ciuch(Charlie the Choo-Choo)
wydane pod pseudonimem Beryl Evans Pierwsze wydanie amerykańskie: Simon & Schuster, 2016 (Prószyński i S-ka, 2017)
Bajeczka dla dzieci napisana przez Kinga pod pseudonimem Beryl Evans. Oryginalnie wydana w 2016 roku. Na premierę wynajęto nawet aktorkę, która udawała Beryl Evans. Pech chciał, że to historia, która swój początek ma w serii Mroczna Wieża, i King nie miał jak się wyłgać z autorstwa. Mimo że jest dziełem Mistrza Horroru, bez większego lęku można czytać ją dzieciom. Bardzo sympatyczna.
Laurie
2018, dostępne w internecie
Tekst, który King wrzucił na swoją stronę tuż przed premierą Outsidera. Prosta opowieść o pewnym mężczyźnie, który dostaje w prezencie szczeniaka. Szczeniak, jak się okaże, ocali mu życie, gdy w okolicy pojawi się wredny aligator. Szybka, sympatyczna opowieść o przyjaźni i odpowiedzialności.
Specjalista od turbulencji(The Turbulence Expert)
2018; w Polsce dostępne w antologii 17 podniebnych koszmarów (Prószyński i S-ka, 2019)
King panicznie boi się latania, czemu wyraz dawał już w wielu tekstach, na przykład w Langolierach. Na potrzeby antologii 17 podniebnych koszmarów, którą redagował i opatrzył wstępem, stworzył nową historię o tym, dlaczego latanie jest tak straszne...
Nietłumaczone na POLSKI
The Blue Air Compressor, 1971
Opowiadanie, które najpierw ukazało się w uczelnianej gazetce, potem w magazynie "Heavy Metal" (1982) i dopiero w 2017 roku w antologii Shining in the Dark. Rzecz o pewnej kobiecie, pisarzu i o tym, co się stanie po podłączeniu człowieka do kompresora. Klasyczna makabra. Ale napisana z humorem.
The Old Dude's Ticker, 1972
Po raz pierwszy ukazało się dekady po tym, jak zostało napisane - w antologii The Big Book of Necon (2009). Kingowska wariacja na temat klasycznego opowiadania Edgara Allana Poe Serce oskarżycielem. Fabuła jest bliźniaczo podobna do tamtej (mężczyzna pod wpływem wyrzutów sumienia powoli popada w obłęd), ale King przeniósł akcję do Ameryki lat siedemdziesiątych, a bohaterem uczynił weterana wojny wietnamskiej.
Weeds, 1976
Opublikowana po raz pierwszy w magazynie "Cavalier" w 1976 roku żartobliwa opowieść o farmerze, który znajduje meteoryt. King zaadaptował ten tekst na potrzeby filmu Koszmarne opowieści, a potem, w wersji komiksowej, trafiło do Opowieści makabrycznych.
Man with a Belly, 1978
Kryminał napisany dla magazynu "Cavalier". Głównym bohaterem jest płatny cyngiel, który wykonuje dla tytułowego "faceta z brzuszkiem" nietypowe zlecenie. Ma zgwałcić jego żonę. Ale kobieta ma inny plan... Klasyczne opowiadanie noir, które po czterdziestu latach trafiło do antologii Killer Crimes, która ma się wkrótce ukazać.
The Crate, 1979
Kolejne opowiadanie, które najpierw było wydane w magazynie "Gallery" z 1979 roku, a potem trafiło do filmowej antologii Koszmarne opowieści i komiksowych Opowieści makabrycznych.
The Reploids, 1985
Do tej pory wydane tylko raz w antologii Dark Visions. Horror z prawdziwymi postaciami - między innymi z Johnnym Carsonem prowadzącym The Tonight Show - i zabawą z rzeczywistością, która wygląda jak nasza, ale różnią ją od niej tylko drobne, pozornie niezauważalne szczegóły.
The Plant, 2000
Powieść w odcinkach The Plant, pisana w latach 1982-1985, powstawała tylko dla znajomych i bliskich pisarza, a gdy nastały czasy internetu, King zaczął udostępniać ją za symboliczną opłatę na swojej stronie. Niestety, czytelnicy w pewnym momencie przestali płacić i King stracił zapał do opowieści, więc na razie nie wiemy, jak kończy się historia dziwnej rośliny.
Są jeszcze opowiadania, które nie znalazły się w żadnej z publikowanych antologii, jak: The Hotel at the End of the Road, Jhonathan and the Witches, The Night of the Tiger, The King Family and the Wicked Witch, The Killer, Rush Call, Jumper, For the Birds, The 43rd Dream czy The Glass Floor.
No i są wiersze, lecz o nich z powodów wspomnianych na stronie 31 postanowiłem w tej książce nie pisać.
TO(IT)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1986
Wydania polskie: Amber (wydanie trzytomowe), 1993; Zysk i S-ka, 1997; Albatros, 2009
Przełożył Robert Lipski
Do tej pory wydawało mi się, że wielbiciele Kinga dzielą się na dwie grupy: tych, którzy uważają, że Bastion to opus magnum pisarza, i tych, którzy twierdzą, że jest nim To. A tu niespodzianka. Cały ten podział - najprawdziwszy - narodził się dopiero lata po ukazaniu się powieści, która w chwili premiery spotkała się... No właśnie, jej odbiór w tamtym czasie to coś, czego w amerykańskiej literaturze popularnej nie było już nigdy później. Absolutny podział na dwie frakcje. Tych, którzy powieść znienawidzili (w "Newsweeku" padło słynne pytanie: "Kiedy Stephen King przestał być straszny?") albo pokochali (z okładki "Time'a" King spoglądał na czytelników, a w środku mogli przeczytać, że To jest powieścią wybitną, która zaraz po wejściu na rynek osiągnęła rekordową sprzedaż). Innych reakcji nie było. Za to rekordy owszem, tak. Wydawca źle oszacował nakład i musiał zrobić pięć dodruków, co dało łącznie milion dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy.
Czegoś takiego nie spodziewał się nikt. Nawet sam King, który owszem, uważał, że jest to powieść podsumowująca wszystko, co do tej pory osiągnął, ale nigdy nie twierdził, że taka cegła - blisko tysiąc dwieście stron - sprzeda się w tak oszołamiającym nakładzie. Zwłaszcza że wówczas rynek źle przyjmował grube powieści. A po wymuszonych skrótach Bastionu w pisarzu wciąż pozostała bolesna rana.
Czy powodem sukcesu była pozycja rynkowa Kinga, czy też tematyka powieści, zapewne się nie dowiemy, lecz jedno jest pewne - To rozbiło bank, ale i przy okazji wylało na głowę Kinga wiadro pomyj. Bo niepochlebne opinie przeważały. Obrywało mu się za to, że książka jest za gruba, za zabawę z cytatami i nawiązaniami do popkultury i wreszcie za seks. Dziś oczywiście wiemy, że niesłusznie, a To broni się właśnie swoim rozmachem i umiejętnym połączeniem młodzieńczych fascynacji - od kina, przez komiksy, po seks.
Zaczęło się jeszcze w 1976 roku w Kolorado, kiedy King pisał Bastion. Pewnego dnia padł mu w samochodzie alternator i musiał odstawić wóz do warsztatu. Czekając na wymianę części, chodził po okolicy. Tuż obok warsztatu znajdował się mały mostek. I wtedy w głowie Kinga zrodziła się taka scenka: grupka dzieciaków przechodzi przez most, pod którym siedzi zły troll. Wystarczyło. Spisanie tej historii zajmie mu kolejnych dziesięć lat.
Snując tę opowieść, King oddał w niej hołd wszystkim potworom, jakie tylko przyszły mu do głowy, i wszystkim gatunkom horroru ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, żeby po jej ukończeniu porzucić pisanie o potworach. To miało być czułe pożegnanie. I rzeczywiście, przez lata od premiery To nie pisał o potworach; w jego książkach pojawiali się źli kosmici, demony, nawiedzone samochody i inne tego typu straszydła.
Akcja To toczy się na przestrzeni dwudziestu siedmiu lat w prowincjonalnym Derry - miasteczku, w którym dzieją się przerażające rzeczy. Od dziesiątków lat co jakiś czas giną tam nie tylko dzieci... ale także dorośli. Nikt nie zwraca na te śmierci uwagi, a policja przez dekady nie potrafiła ich ze sobą połączyć. Czynią to dopiero dzieciaki z Klubu Frajerów - grupka szkolnych wyrzutków połączonych lękiem przed czymś potwornym, czymś, co żyje w podziemiach Derry i żywi się strachem.
King z rozmachem buduje mitologię zła. Sięga do wierzeń indiańskich, czasów przedkolonialnych, a wszystko po to, aby stworzyć powieść, która oszołamia swoją konsekwencją zarówno w budowaniu postaci, jak i w tworzeniu poczucia obezwładniającej grozy.
W świetle tego łatwiej zrozumieć, dlaczego To zaraz po premierze wywołało taką konsternację. W To Kingowi, który do tej pory wycieczki w stronę literatury głównonurtowej ograniczał do takich pozycji jak Cztery pory roku, udało się idealnie połączyć horror - straszny, chwilami nad wyraz okrutny - i powieść inicjacyjną z amerykańską literacką tradycją wyrastającą z prozy Steinbecka. Z tą różnicą, że jego bohaterowie nie podróżują po Stanach Zjednoczonych, lecz odbywają dziwną, chwilami mistyczną, podróż w głąb lęków trawiących i Amerykę, i jej dzieci.
ADAPTACJA SERIALOWA TO
To(It)
1990, serial (pierwsza emisja ABC), w reżyserii Tommy'ego Lee Wallace'a, z Johnem Ritterem, Annette O'Toole i Timem Currym
Król horroru uwalnia wszystko to, czego się bałeś.
Najpierw za adaptację telewizyjną To odpowiedzialny miał być George Romero. Planowano nakręcić sześciogodzinny serial opowiadający niemal całą powieść. Takie były zamierzenia. Nierealne. Ponieważ To ma ponad tysiąc stron, King często podkreślał w wywiadach, że gdyby to on pisał scenariusz, powstałby pierwszy miniserial trwający trzydzieści dwie godziny. A że końcówka lat osiemdziesiątych nie była jeszcze epoką seriali rozbudowanych do kilkudziesięciu odcinków, dokonana przez telewizję ABC adaptacja obszernej powieści siłą rzeczy musiała kilka wątków opuścić. Skrócono sceny zabójstw, usunięto kilka postaci, a przede wszystkim wycięto motyw seksualnej inicjacji bohaterów. Co akurat nie dziwi - do dziś motyw seksu nastolatków, a bohaterowie To mają zaledwie po jedenaście lat, nie ma prawa znaleźć się w żadnym amerykańskim serialu. Gdy fabułę ściśnięto w czterech godzinach, Romero powiedział "Pasuję" i opuścił pokład. Wtedy pojawił się Tommy Lee Wallace, wieloletni współpracownik Johna Carpentera i twórca świetnego, choć niedocenionego Halloween 3.
Scenariusz napisał Lawrence D. Cohen, który wcześniej mistrzowsko zaadaptował Carrie. To on, poza niezbędnymi cięciami scen i wątków, zmienił jeszcze jeden element. Akcja powieści toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych - w latach pięćdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku - natomiast twórcy serialu przenieśli ją o dekadę w przód. Poza tym, że pojawiają się inne piosenki, to przede wszystkim panuje inna atmosfera. Beztroska lat pięćdziesiątych ustąpiła miejsca nerwowym latom sześćdziesiątym ze zbliżającą się atmosferą lata miłości i rewolucją kontrkulturową. Ale zanim do tego dojdzie, w prowincjonalnym miasteczku pojawi się zło.
Jak w powieści, bohaterami serialu są znajomi z dzieciństwa, którzy lata temu zmierzyli się ze złym klaunem mordującym inne dzieci. Teraz, gdy są już dorośli, klaun powraca i znów zabija, a oni muszą przypomnieć sobie ze szczegółami to, jak walczyli ze złem, aby pokonać je ostatecznie.
Od telewizyjnej premiery serialu minęło już sporo czasu i najwyraźniej widać to po efektach specjalnych, ale ich toporność nie odbiera przyjemności oglądania. No i Tim Curry (tak, doktor Frank N. Furter z kultowego The Rocky Horror Picture Show), wcielający się w postać złego klauna, wciąż budzi dreszcze.
Pierwszy odcinek przyciągnął przed telewizory siedemnaście milionów Amerykanów. Drugi o dwa miliony więcej. Był to rekord oglądalności miniseriali, który otworzył prozie Stephena Kinga drogę na mały ekran. A stacja, która bała się wydać dziesięć milionów dolarów na produkcję, zarobiła na niej dziesięć razy więcej, niż zainwestowała. Co zabawne - mimo że serial był takim hitem, stacja ABC nie zdecydowała się stworzyć na jego podstawie filmu kinowego. Mówiono o tym przez kilka lat, ale na mówieniu się skończyło. Być może z obawy, że to, co doskonale sprzedaje się w telewizji, nie musi równie dobrze wypaść w kinie. Blisko dwadzieścia lat później Andy Muschietti wyprowadzi jednak wszystkich z błędu.
TALIZMAN(THE TALISMAN)NAPISANY Z PETEREM STRAUBEM
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1984
Wydania polskie: Amber (przełożyły Sylwia Twardo i Anna Kidawa), 1994; Prószyński i S-ka (przełożył Marek Mastalerz), 2002; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe, przełożył Marek Mastalerz), 2018
Pamiętacie, jak King z rodziną wyjechał do Londynu szukać inspiracji dla wiktoriańskiej powieści o duchach? Dał nawet ogłoszenie w brytyjskiej prasie, że wynajmie nawiedzony dom! Niestety, londyńska aura dała się Kingom mocno we znaki, więc skrócili wyjazd z roku do trzech miesięcy. Ale nie wszystko, co spotkało ich w Wielkiej Brytanii, było złe. Tam przecież King poznał Petera Strauba, amerykańskiego pisarza mieszkającego od lat w Londynie.
Obaj panowie zapałali do siebie miłością absolutną - King był wielkim fanem Upiornej opowieści Strauba, Straub zaś uznawał Lśnienie za najwybitniejszy amerykański horror - i postanowili coś wspólnie napisać. Jako że były to czasy, w których nie istniały internet i maile, a najszybszą formą komunikacji, choć wcale nie tanią, był telefon, zwlekali z rozpoczęciem współpracy do momentu, aż Straub wróci do USA. Zresztą o kulisach pisania tej powieści i grze, w jaką ci dwaj zagrali z czytelnikami, przeczytacie w wywiadzie z Peterem Straubem. Na razie skupmy się na samej powieści.
W 1984 roku obaj autorzy uznawani byli za bogów literackiego horroru. Dlatego też niemal wszyscy spodziewali się po ich wspólnej powieści... grozy. A ponieważ obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, czego od nich oczekują odbiorcy, postanowili zrobić wszystkim psikusa. I tak powstała epicka opowieść fantasy, która owszem, wykorzystuje elementy grozy, ale jej siłą napędową jest podróż pewnego chłopca przez magiczną krainę.
Nie brzmi to oryginalnie, ale też nie miało takie być. Straub z Kingiem absolutnie świadomie uznali, że nie będą ścigać się na zaskakujące wolty fabularne, a zamiast tego skoncentrują się na strukturze świata i zagubionych w nim bohaterów.
I w ten sposób powstała opowieść o nastoletnim Jacku podróżującym przez tajemnicze Terytoria, które są alternatywną wersją Stanów Zjednoczonych. Jest królowa, którą trzeba uratować, dobry wilkołak i występny zły. Wszystko to użyte jest po to, aby King i Straub mogli opowiedzieć bardzo zgrabną i mimo całego okrucieństwa ciepłą opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności.
Talizman był jedną z pierwszych - a może nawet pierwszą - powieścią, którą wydawca traktował tak jak filmowy blockbuster. Budżet promocyjny na powieść wynosił pół miliona dolarów, a książkę reklamowano jako "najlepszy horror, jaki napisano". Udało się połowicznie, bo wprawdzie powieść okazała się gigantycznym sukcesem - w dwa tygodnie sprzedano ponad osiemset osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy - tylko że trudno uznać ją za horror. Ale z pewnością warto ją przeczytać. A już zwłaszcza jej kontynuację Czarny Dom.
KING WEDŁUG...RAFAŁA KOSIKA
Rafał Kosik (rocznik 1971) Jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy science fiction i zarazem jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy tworzących dla dzieci. Jego cykl Felix, Net i Nika od lat bije rekordy popularności.
Stephen King wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia i sam nie wiem, czy to on tak nierówno pisze, czy ja tak nierówno czytam. Są jego opowiadania i powieści, które niezwykle sobie cenię, a są i takie, przez które nie przebrnąłbym, nawet gdyby mi płacili. Jasne, wszystko ma jakąś cenę, ale tu byłaby wysoka.
Co mi się najbardziej podoba u Kinga? Chyba konsekwencja, z jaką pisze. Podejrzewam, że zasada "nie wstanę od komputera, dopóki nie napiszę xxx znaków", może częściowo tłumaczyć dłużyzny, jakich pełno w jego książkach, niemniej to działa - z dnia na dzień tekstu przybywa. Pewnie napisany na siłę, nudny jak flaki z olejem fragment da się następnego dnia przerobić na coś genialnego. Ta konsekwencja Kinga to coś więcej, bo przecież jego historie też są konsekwentne. Nie ma w nich porwanych wątków, przypadkowych sytuacji, a większość nawet drugoplanowych bohaterów znamy od dzieciństwa.
Co mi się najbardziej nie podoba u Kinga? To samo, tylko widziane z drugiej strony. On się zwyczajnie nie może powstrzymać, żeby nie opisać dzieciństwa, dorastania, małżeństwa, awansów zawodowych i porażek kolesia, który pojawi się w trzech akapitach na trzysta osiemdziesiątej pierwszej stronie. A raczej pojawiłby się w trzech akapitach, gdyby nie dziesięć stron retrospekcji. A wystarczyłoby napisać "strachliwy, zmęczony życiem", a jeszcze lepiej pokazać w jakiejś prostej sytuacji.
Nie zdarzyło mi się pisać na siłę, jak radzi King, ale z drugiej strony, ja nie miewam blokad trwających dłużej niż kilka dni. Być może ta metoda po prostu do mnie nie pasuje. A jednak za każdym razem, gdy sięgam po jego twórczość lub czytam jego wypowiedzi, stwierdzam, że Stephen King jest mi bardzo bliski. Solidnie podbudowało mnie to, że niemal wszystkie porady pisarskie Kinga znałem i stosowałem już wcześniej. Nikt mi tych zasad nie wpajał, doszedłem do nich, ucząc się na własnych błędach. I na sukcesach. Co więcej, ich wprowadzanie zwykle nie wiązało się z wielkimi wyrzeczeniami. Na przykład rezygnacja z telewizji okazała się wielką ulgą, bez cienia poczucia straty.
Kiedyś wydawało mi się dziwne, wręcz w jakimś stopniu niestosowne, to jego ciągłe pisanie o... pisarzach. Teraz jestem skłonny przyznać, że pisanie o własnych lękach jest najszczerszą formą twórczości. Ja chyba zwyczajnie nie potrafię tego robić. Piszę więc o cudzych strachach i tego akurat nie zamierzam zmieniać.
KOMIKSY
Pierwsze wydanie amerykańskie: Plume 1982
Wydania polskie: Prószyński i S-ka 2008; Albatros, 2017
Przełożyła Paulina Braiter
Opowieści makabryczne(Creepshow)
z ilustracjami Berniego Wrightsona
Opowieści makabryczne to pierwsza świadoma i w pełni zaplanowana wycieczka pisarza w czasy własnej młodości, którą rządziły tanie komiksy i potwory. A wszystko zaczęło się od niesławnego senatora Josepha McCarthy'ego.
Dziś mało kto pamięta (zwłaszcza w Polsce, która borykała się z zupełnie innymi problemami niż Stany Zjednoczone), że ofiarami szalejącego makkartyzmu i polowania na komunistyczne czarownice padali nie tylko hollywoodzcy artyści. Próby wytropienia zła infekującego umysły Amerykanów nie ograniczały się do szukania komunistów, ale każdego przejawu sztuki. Jednym z nich był komiks. I wydawnictwo EC Comics. Firma, którą amerykańscy cenzorzy z lat pięćdziesiątych kochali nienawidzić.
Historia EC Comics sięga pierwszej połowy lat czterdziestych ubiegłego wieku. Wtedy to Max Gaines założył wydawnictwo, które początkowo nosiło nazwę Educational Comics i jak łatwo się domyślić, wydawało książeczki i zeszyty skierowane do młodych odbiorców. Na ich portfolio składały się publikacje dotyczące Biblii, podstaw historii czy fizyki. Rozwój firmy przerwała śmierć Maxa Gainesa, kiedy na arenę wkroczył jego pierworodny syn - William. Były żołnierz, chemik i człowiek, który chciał poświęcić karierę i życie nauce. Nigdy nie planował być, jak ojciec, wydawcą. A już na pewno nie zamierzał wydawać nudnych komiksów o Panu Bogu. Los bywa jednak okrutny. Gdy okazało się, że nikt inny rodzinnego interesu przejąć nie chce, William wkroczył do wydawnictwa. Tyle że jego plan zakładał publikacje rzeczy drastycznie różnych od tego, z czym do tej pory kojarzono Educational Comics. W 1950 roku wypuścił na rynek trzy nowe komiksowe magazyny: "Tales from the Crypt", "The Vault of Horror" i "The Haunt of Fear". Wszystkie ukazywały się niemal przez pięć lat, a Educational Comics zmieniło nazwę na EC Comics, stając się rynkowym potentatem w branży tanich, fatalnie wydanych, ale za to strasznych, krwawych i zabawnych komiksów.
I w tym momencie na arenę wkroczyli cenzorzy od McCarthy'ego... oraz młody Stephen King. Ci pierwsi, martwiąc się o nieskalane złem umysły młodych Amerykanów, nieustannie zsyłali na wydawnictwo kontrole, nakładali kary finansowe za publikacje treści uwłaczających dobremu smakowi, a na koniec cenzurowali zeszyty. Ich wojna z EC Comics w finale doprowadziła do wycofania się wydawnictwa z grozy. Zmęczony walką o każdą ilustrację i każde słowo William Gaines zdecydował, że zacznie z cenzurą walczyć inaczej - wyśmiewając ją. Ogłosił na przykład, że skoro cenzurze udało się doprowadzić do zamknięcia jego pism, on będzie teraz czekał, aż w Stanach Zjednoczonych opadnie wskaźnik przestępczości. Potem założył legendarny satyryczny magazyn "MAD". Ale to już zupełnie inna historia, bo zanim Gaines zaczął bawić Amerykanów i kpić z ich przywar, sprawił, że mały Stephen King pokochał horror. Ze wzajemnością.
Opowieści makabryczne, Albatros, 2017
To właśnie dzięki komiksom wydawanym przez Gainesa King zainteresował się strachami. Ponieważ pochodził z niezamożnej rodziny, na każdy zeszyt odkładał kieszonkowe, odmawiając sobie innych przyjemności. Miał wtedy siedem lat.
W 1982 roku w wywiadzie udzielonym Douglasowi Winterowi długo opowiadał o tym, co dały mu choćby "Tales from the Crypt": "Druga wojna światowa zmieniła spojrzenie na świat całego pokolenia - do tej pory ludziom wydawało się, że rycerz w lśniącej zbroi uratuje dziewicę, a dobro zawsze zwycięża. Tak było do czasu, aż całe pokolenie spojrzało na trupy rzucone na froncie. Wtedy zrozumieli, że sprawiedliwość to fikcja. Gdy pojawiły się komiksy EC, ludzie byli zawiedzeni i rozczarowani. Tymczasem te komiksy odwoływały się do ładu i podziału rzeczywistości, w którym po winie następuje kara. Przez pierwszą część historii czytałeś o tym, jak bohater robi coś złego, a potem trup zamordowanego wracał i mścił się za krzywdy. I choć wiedzieliśmy, że w rzeczywistości tak nie jest, to naprawdę chcieliśmy w to wierzyć. W tę romantyczną wizję horroru, w którym zło zostaje ukarane".
Opowieści makabryczne (które są niejako uzupełnieniem filmu Koszmarne opowieści i bez niego nigdy by nie powstały) to z jednej strony powrót do pierwszej literackiej miłości, komiksów; z drugiej - powrót do świata, w którym zło zostaje ukarane. A wszystko to jest skąpane w czarnym jak smoła humorze, który w momentach najstraszniejszych rozładowuje napięcie. I narzuca pewien rytm opowieści.
Świetnie w tych historiach i estetyce odnalazł się ilustrujący je Bernie Wrightson. Dzięki jego ilustracjom Opowieści makabryczne nie tylko nie odstają od estetyki komiksów z lat pięćdziesiątych, ale też mają w sobie pazur i energię. Z ilustracjami innego grafika mogłyby zamienić się w odtwórczy hołd dla lat minionych. Na szczęście tak się nie stało. Są zabawnym i wciągającym komiksem.
Warto zwrócić uwagę na pewien element Opowieści makabrycznych, związany z postrzeganiem horroru przez pryzmat wieku. Zarówno w komiksie, jak i w filmie głównym bohaterem jest chłopiec, który czyta komiks, dzięki czemu czytelnicy czy widzowie przenoszą się w świat horroru. Postacią, która utrudnia chłopcu lekturę, jest ojciec, nazywający te opowiastki "śmieciami".
King w niemal całej twórczości stawia wyraźną granicę między postrzeganiem i odbiorem horroru przez dzieci i dorosłych. Dziecięca ciekawość świata sprawia, że mali bohaterowie najczęściej z potyczek wychodzą obronną ręką. Dorośli konfrontowani z grozą zazwyczaj przegrywają, a jeśli już udaje im się zwyciężyć, to tylko dzięki ponownemu odkryciu w sobie dziecka. Opowieści makabryczne są dla Kinga próbą odkrywania w sobie dziecka. I wychodzi z tej próby zwycięsko.
George A. Romero (pierwszy z lewej), Stephen King (na dole pośrodku), producent Richard Rubinstein (z prawej) podczas kręcenia Koszmarnych opowieści, 1982
Koszmarne opowieści / Show kreatury(Creepshow)
1982, w reżyserii George'a A. Romero
Koszmarne opowieści Stephena Kinga i George'a Romero mimo swoich lat wciąż bawią i straszą.
Ten film powstał przez przypadek. W 1979 roku George A. Romero wraz z producentem Richardem Rubinsteinem przyleciał do Kinga, aby przedyskutować ekranizację Bastionu. King uznawał wówczas tę powieść za swoje opus magnum, choć ukazała się dość poważnie okrojona przez wydawcę, a George A. Romero był bohaterem jego młodości - Noc żywych trupów, debiut Romera, według Kinga zmieniła historię współczesnego kina grozy - i jedynym reżyserem, który jego zdaniem mógł sprostać temu wyzwaniu.
Podczas rozmowy doszli jednak do wniosku, że aby zdobyć budżet niezbędny na tak ogromną produkcję, najpierw nakręcą film mniejszy i skromniejszy... Takie maleństwo, które dzięki wyobraźni Kinga i talentowi Romera zarobi dla nich na Bastion, a przynajmniej otworzy drzwi do większych budżetów.
Ponieważ obaj wychowali się na groszowych magazynach pulpowych i podrzędnych komiksach grozy, postanowili oddać hołd tamtej estetyce - tak narodziły się Koszmarne opowieści (lub Show kreatury, bo film jest u nas znany także pod takim tytułem) - antologia filmowych nowelek grozy. W karierze Kinga ważna nie tylko ze względu na współpracę z George'em A. Romero, ale również dlatego, że po raz pierwszy napisał historie specjalnie na użytek filmu. Z pięciu nowelek, które się na niego składały, tylko dwie bazowały na istniejących już tekstach: Skrzynia i Samotna śmierć Jordy'ego Verrilla.
Oglądane dziś Koszmarne opowieści to przede wszystkim kawał świetnej zabawy. Może dlatego, że obaj twórcy nie traktowali filmu zbyt poważnie (w końcu miał być tylko produkcją, która pozwoli im zebrać fundusze na prawdziwy film), a być może dlatego, że obaj uwielbiali krótkie horrorowe formy. W każdym razie Koszmarne opowieści, mimo że pod względem warsztatowym bardzo się postarzały, wciąż uwodzą klimatem i lekkością. To blisko dwugodzinna bezpretensjonalna żonglerka horrorowymi stereotypami, tyle że z szelmowskim przymrużeniem oka. Zupełnie jakby twórcy mówili do widzów: "Wydaje wam się, że nie pokażemy tatusia-zombie? To macie! Nie będzie potwora zjadającego jędzowatą żonę? A właśnie że będzie!".
King nie ograniczył się do napisania scenariusza, ale i wystąpił jako aktor (wcześniej zaliczył dwudziestosekundowe cameo na planie Rycerzy na motorach, zapomnianego dziś, dość zabawnego filmu o motocyklistach i królu Arturze, także w reżyserii Romera, ale trudno uznać to za rolę), i to nie w epizodycznej roli. Wcielił się w tytułowego Jordy'ego Verrilla.
Stephen King w Koszmarnych opowieściach
Jak wypadł? Ujmę to tak - ta wiekopomna rola powinna raz na zawsze powstrzymać go przed wystąpieniami przed kamerą... Gdyby nie ironiczny wydźwięk nowelki, Król Horroru zapewne pogrążyłby ją swoją kreacją.
Na planie Koszmarnych opowieści pojawiło się dwóch Kingów. W postać gnębionego przez ojca tyrana chłopca wcielił się jego młodziutki syn Joe, który towarzyszył ojcu na planie. Okazał się lepszym aktorem niż tata, pewnie dlatego, że Stephen King za bardzo się starał, podczas gdy Joe był po prostu sobą, czyli przestraszonym małym chłopcem osaczonym przez wielki plan filmowy. Co ciekawe, obu Kingom zdarzało się ponoć schodzić z planu bez usunięcia charakteryzacji. Pewnego razu patrol policyjny zatrzymał pisarza i niemal oskarżył o znęcanie się nad dzieckiem, bo mały Joe... nie zmył z twarzy sztucznych siniaków.
Amerykański wampir tom I (American Vampire)NAPISANY WSPÓLNIE ZE SCOTTEM SNYDEREM
Pierwsze wydanie amerykańskie: Vertigo 2010
Wydanie polskie: Egmont 2011
Przełożyła Paulina Braiter
Prosta, ale intrygująca rzecz. King wspólnie ze Snyderem spróbował opowiedzieć historię powstania amerykańskiego wampira - czyli krwiopijcy wychowanego w Ameryce. Pierwszy tom, pisany przez nich wspólnie, był zabawną grą z konwencją, ale w tworzeniu kolejnych King już nie uczestniczył.
KING WEDŁUG...MARIUSZA CZUBAJA
Mariusz Czubaj (rocznik 1969) Twórca postaci profilera Rudolfa Heinza oraz cyklu o Marcinie Hłasce. Jeden z najpopularniejszych polskich autorów kryminałów.
Tak naprawdę bardzo późno odkryłem dla siebie Kinga. Najpierw przeszkadzała mi opinia o tym autorze jako "tym od horrorów", a kto to widział, żeby dorosły mężczyzna pisał taką literaturę albo ją czytał? Za horrorami i fantasy, jako gatunkami, nie przepadam, trudno mi się jakoś skleić z konstruowanym w tej literaturze światem, nic na to nie poradzę. Jedni wolą hipopotama, inni mrówkojada. Po drodze obejrzałem kilka adaptacji, Misery mnie zachwyciła, Zielona mila też, Skazani na Shawshank takoż, Lśnienie akurat mniej, no ale skorom obejrzał, to uznałem, że nie ma co już czytać. Aż razu pewnego sięgnąłem po Szkieletową załogę, opowiadania. Pomyślałem: zwykle krótkie są, poza tym jak jedno nie podpasuje, nie trzeba brnąć. No i zachwyciłem się. Zwłaszcza trzema. O mleczarzu; o facecie, który odkrywa niezwykłe możliwości klawisza "Delete" w komputerze; o obsesji pani Todd (tak chyba się nazywała) polegającej na szukaniu skrótów podczas jazdy samochodem. A nie, jest jeszcze o facecie, który przeżył katastrofę lotniczą i na bezludnej wyspie zaczyna pisać dziennik. No tak po prawdzie to wszystkimi się zachwyciłem. Zresztą, po czasie i nadrobieniu lekturowych zaległości uważam, że King - jak wielu innych amerykańskich pisarzy, dla których pisanie do magazynów było chlebem powszednim - to mistrz krótkiej formy. Powieści bywają często przegadane, wloką się niemiłosiernie, zanim nastąpi turbodoładowanie, a w opowiadaniach nie ma skuchy. No a potem przeczytałem Jak pisać. Nie bardzo chyba interesowało mnie wtedy pytanie tytułowe, bardziej intrygował mnie biograficzno-wspomnieniowy wątek. No i zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z autorem w stu procentach świadomym swojego pisarstwa. Właściwie od Jak pisać moimi ulubionymi fragmentami książek Kinga stały się wstępy i posłowia, w których często-gęsto tłumaczy okoliczności powstania utworów, mielenie się pomysłów, od szczątkowej formy do finalnej, zastosowanie pewnych chwytów. No i jedną z takich historyjek wziąłem sobie do serca. Dotyczy opowiadania, nie pamiętam już którego, a w historii tej dochodzi do scysji między dwoma bohaterami. Jeden z nich z wściekłością zgniata w dłoni puszkę po piwie i ciska gdzieś w krzaki. A King tłumaczy, że chodziło w tej scence o pokazanie, że jeden z antagonistów jest miejscowy, a drugi przyjezdny. Skąd to wiadomo? Ano stąd, mówi King dalej, że w stanie Maine puszki po piwie są zwrotne i żaden mieszkaniec, wytresowany i wytrenowany kulturowo, nie wykona takiego gestu jak ów bohater. Potęga detalu, drobiazgu, mikroobserwacji. Dobrego pisarza poznaje się po szczególe. Po tym, jak potrafi nim rozegrać scenę. I King jest tu mistrzem.
CZTERY PO PÓŁNOCY / CZWARTA PO PÓŁNOCY / 4 PO PÓŁNOCY(FOUR PAST MIDNIGHT)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1990
Wydania polskie: Amber (pod tytułem Czwarta po północy, przełożył Paweł Korombel) 1994; Zysk i S-ka (pod tytułem Czwarta po północy, przełożył Paweł Korombel), 1998; Albatros (pod tytułem 4 po północy, przełożył Paweł Korombel), 2008; Albatros (pod tytułem Cztery po północy; przełożyli Rafał Lisowski, Danuta Górska, Andrzej Szulc i Robert Waliś), 2015; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, pod tytułem Cztery po północy, przełożyli Rafał Lisowski, Danuta Górska, Andrzej Szulc i Robert Waliś), 2019
Czysta uczta dla każdego fana horroru i King w najwyższej formie "straszenia", czyli antologia czterech małych powieści grozy, z których każda jest doskonała.
Oczywiście, że Cztery pory roku pozostają zbiorem, który mieć trzeba, ale... No właśnie... Cztery po północy są jak Strefa mroku - po prostu trudno się od nich oderwać. Ale po kolei.
Był rok 1990. King nigdy wcześniej i nigdy później nie miał tak mocnej pozycji rynkowej. W zasadzie czegokolwiek dotykał, zamieniało się w bestseller. Mniej więcej w tym okresie sam zaczął mówić o sobie jako o Bestsellerus Rex. Głównonurtowi krytycy wciąż mieli wówczas wątpliwości co do jego książek (po co te wszystkie potwory?!), fani zaś byli gotowi na wszystko, byleby być bliżej swojego mistrza. Wydawcy byli wniebowzięci. Zanim w 1982 roku Cztery pory roku weszły na rynek, King musiał negocjować zarówno zawartość, jak i datę premiery zbioru. W 1990 roku nikt nie miał już wątpliwości. Może opowiadania gorzej sprzedają się niż powieści, ale nie dotyczyło to opowiadań Kinga. Cztery po północy sprzedało się w gigantycznym nakładzie - milion dwieście tysięcy egzemplarzy. Obłęd.
Oczywiście nie można wykluczyć, że na dobrą sprzedaż wpłynęło to, że ten zbiór był absolutnym zaprzeczeniem Czterech pór roku. Tam King zmagał się z życiem i historiami o obłędzie codzienności, tu spuścił ze smyczy ukochane potwory. Ale aby były to potwory wiarygodne - obudował je odniesieniami do własnego życia.
Najmocniej widać to w otwierającym zbiór tekście Langoliery. Stephen King panicznie boi się samolotów. Przez moment jego strach przed lataniem był tak wielki, że potrafił pokonywać samochodem tysiące kilometrów, podróżując ze swojego Maine na spotkania z wydawcami w Nowym Jorku. Ponieważ uwielbia tworzyć różne teorie związane ze swoimi obsesjami i lękami, kiedyś wymyślił "teorię wspólnego strachu", która w skrócie polegała na tym, że lepiej jest siedzieć na pokładzie samolotu, w którym wszyscy boją się latać, niż na takim, gdzie ludziom jest to obojętne. Jego zdaniem, strachem przed katastrofą pasażerowie byliby w stanie podświadomie uratować samolot. Co ciekawe, nie brał pod uwagę faktu, że grupowa panika mogłaby do niej doprowadzić. Langoliery są ilustracją obsesyjnych lęków przed lataniem.
Cztery po północy, Kolekcja Mistrza Grozy, 2019
Tak więc podczas nocnego lotu z Los Angeles do Bostonu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Część pasażerów znika z pokładu, a ci, którzy na nim pozostali, odkrywają, że najprawdopodobniej odbyli podróż w czasie. I muszą nie tylko znaleźć sposób na powrót do swojego czasu, ale też przede wszystkim uciec przed langolierami. Balansujące na pograniczu fantastyki i horroru Langoliery są pięknym przykładem wielkiej miłości, jaką King darzy historie rodem ze Strefy mroku.
Kolejny tekst nie był już tak przyjemny i abstrakcyjny. Minipowieść Sekretne okno, sekretny ogród narodziła się pewnego dnia, gdy do domu Kinga wtargnął intruz. Z oskarżeniami o plagiat pisarz w swojej karierze spotykał się wielokrotnie, natomiast pewnego dnia (nie było go wtedy w domu) w jego kuchni zjawił się mężczyzna, który wykrzyczał żonie Kinga w twarz, że jej mąż ukradł powieść Misery jego ciotce. Zamiast tekstu manuskryptu ciotki przyniósł ze sobą... bombę. Kiedy w końcu policja go obezwładniła, okazało się, że w "bombowym" pudle były temperówki i ołówki. Ale lęk pozostał. Pomysł na tekst także.
Bohaterem Sekretnego okna, sekretnego ogrodu jest pisarz, któremu pewien człowiek zarzuca, że ukradł mu tekst. Tak zaczyna się podróż w głąb obsesji i psychozy. Przed wydaniem Cztery po północy King wydał powieść Mroczna połowa, w której rozprawiał się ze swoim alter ego, Richardem Bachmanem. Sekretne okno stanowi dopełnienie tej historii. I zarazem miało być w zamierzeniu Kinga ostatnim tekstem, jaki napisze o pisarzu.
Ale ta minipowieść to przede wszystkim kapitalna zabawa z konwencją grozy, która zarówno straszy, jak i bawi. A finał to jedno z najlepszych, budzących niepokój zakończeń, jakie wymyślił Król Horroru.
Trzeci tekst ze zbioru, Biblioteczny policjant, jest podobnie jak Sekretne okno, sekretny ogród swoistym dopełnieniem wcześniejszej powieści, horrorowego opus magnum Kinga - To. Pomysł jest prosty: co by było, gdyby po odbiór nieoddanych w terminie książek biblioteka wysyłała upiornego bibliotecznego policjanta? Na własnej skórze przekonuje się o tym Sam Peebles. Ale policjant to tylko początek koszmaru, który sięga głębiej i w finale rozgrzebuje rzeczy, o których społeczność małego miasteczka chciałaby nie pamiętać. Czuć tu echa Upiornej opowieści Strauba, ale przede wszystkim właśnie To, z którym tę opowieść łączy emanacja zła oraz powód, dla którego ono istnieje.
Zamykający tom Pies z aparatu lub Polaroidowy pies miał w zamierzeniu Kinga stanowić początek końca opowieści o miasteczku Castle Rock. Początek końca, bo ta minipowieść jest swoistym wprowadzeniem do powieści Sklepik z marzeniami, która miała się ukazać rok później i definitywnie zakończyć historię najstraszniejszego miasteczka w USA. Miała, bo u Kinga z definitywnymi końcami bywa różnie... Pies z aparatu to historia chłopca, który otrzymuje wymarzony aparat fotograficzny. Pech chce, że robi on bezustannie jedno zdjęcie - demonicznego psa, który na każdym kadrze zdaje się podchodzić bliżej i bliżej...
Minipowieści z Cztery po północy to opowieści grozy. Czyste gatunkowo horrory, napisane z taką werwą i energią, że trudno się oderwać. Cudowne. Nawet jeśli niektórzy krytycy - jak Josh Rubins z "Entertainment Weekly" - próbowali zarzucać Kingowi powielanie formuły i wtórność. Nic bardziej mylnego.
ADAPTACJA SERIALOWA MINIPOWIEŚCI LANGOLIERY ZE ZBIORU CZTERY PO PÓŁNOCY
Pożeracze czasu(The Langoliers)
1995 (pierwsza emisja ABC), w reżyserii Toma Hollanda, z Patricią Wettig, Deanem Stockwellem i Davidem Morse'em
Przygotuj się na lot życia!
Telewizyjna adaptacja minipowieści Langoliery zrealizowana przez Toma Hollanda powstała na fali popularności seriali opartych na prozie Kinga, którą zapoczątkował Bastion. Nie spotkała się z dobrym przyjęciem wśród krytyków. Zarzucano jej przede wszystkim rozdmuchaną do monstrualnej objętości fabułę - ponad trzy godziny - i brak dobrze skrojonych postaci. O ile z pierwszym zarzutem można się zgodzić, o tyle drugi wydaje się dość kuriozalny. Postacie w serialu są wzorowane na tekście oryginalnym - choć niektóre mają zmodyfikowane biografie - a co za tym idzie, bardzo dobrze skonstruowane.
Jeśli coś w tym serialu naprawdę nie zagrało, to przede wszystkim efekty specjalne. Holland przez dwie godziny buduje napięcie, tworzy aurę zagrożenia, ale trudno się nie uśmiechnąć, gdy zobaczymy prawdziwe oblicze langolierów. I to największy mankament tej serii, która nawet nie próbuje ukrywać, że jest trzygodzinną współczesną wariacją na temat Strefy mroku. Nazwisko Kinga i gwiazdy w obsadzie - jak popularni wówczas Dean Stockwell czy David Morse - zagwarantowały serialowi genialne otwarcie. Pierwszy odcinek zobaczyło siedemnaście milionów widzów, drugi blisko dwadzieścia. Do dziś Pożeracze czasu są jednym z najczęściej powtarzanych seriali powstałych na podstawie twórczości Kinga.
ADAPTACJA SERIALOWA MINIPOWIEŚCI SEKRETNE OKNO, SEKRETNY OGRÓD ZE ZBIORU CZTERY PO PÓŁNOCY
Sekretne okno(Secret Window)
2004, w reżyserii Davida Koeppa, z Johnnym Deppem, Johnem Turturro i Marią Bello
Niektórych okien nie powinno się otwierać.
Przechodzący kryzys twórczy pisarz spotyka pewnego dnia mężczyznę, który twierdzi, że ten ukradł mu opowiadanie. Autor wszystkiemu zaprzecza i przegania intruza, ale kiedy dokoła niego zaczynają ginąć ludzie, a on nie może znaleźć swojego tekstu... No cóż, zaczyna się zastanawiać, czy aby nie ukradł tego opowiadania. Problem pojawia się w chwili, gdy okazuje się, że nikt poza nim tajemniczego intruza nie widział.
Johnny Depp w Sekretnym oknie, 2004
Rozdwojenie jaźni, zabójstwo, obłęd i Johnny Depp - film Davida Koeppa, wieloletniego współpracownika Stevena Spielberga i jednego z najbardziej rozchwytywanych współczesnych scenarzystów, miał wszystkie elementy, aby stać się - jeśli nie najlepszą ekranizacją prozy Kinga w tej dekadzie - to przynajmniej najbardziej intrygującą. Niestety, podzielił los Ucznia szatana, w którym dobre pomysły rozwodniono fabularną watą.
Koepp zresztą miał pomysł w pewnym sensie podobny do koncepcji Singera, reżysera Ucznia szatana. Spowolnił akcję, skoncentrował się na stopniowym popadaniu w obłęd bohatera, a krew, pot i łzy zupełnie zignorował. Niestety, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Owszem, Sekretne okno jest koncertowo zagrane przez Johnny'ego Deppa - film powstał jeszcze w czasach, kiedy aktor grał, a nie tylko przebierał się za piratów - ale ta historia nie trzyma się kupy. Zbyt szybko domyślamy się, o co chodzi, nazbyt nachalnie wprowadzony jest wątek żony i jej nowego partnera, a zakończenie... no cóż... King postawił na niepewność i tajemnicę. Koepp zaś zmienił wszystko tak, że cała tajemnica znika, a fabuła sprowadza się do banalnych w gruncie rzeczy wyrzutów sumienia, jakie targają zbrodniarzem. Szkoda. Wystarczyło tym razem po prostu zaufać tekstowi.
MROCZNA WIEŻA IV. CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ(THE DARK TOWER IV: WIZARD AND GLASS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 1997
Wydania polskie: Albatros, 2003; Świat Książki, 2003; Albatros, 2015
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Wraz z każdym tomem cyklu opowieść o Rolandzie poszukującym Mrocznej Wieży nabiera większego rozmachu, a jednocześnie coraz wyraźniej widać uwypuklające się części składowe: western, fantasy, horror i rozpoznawalne pióro Stephena Kinga.
Czarnoksiężnik i kryształ rozpoczyna się dokładnie w miejscu, w którym skończył się tom trzeci, a więc od pojedynku na zagadki z szalonym pociągiem napędzanym sztuczną inteligencją. Z trudem zdobyte zwycięstwo przenosi członków ka-tet do Topeki we współczesnej Ameryce, wyludnionej niemal całkowicie przez tajemniczego wirusa. Czytelnicy Kinga bez problemu odnajdą tu wątki z Bastionu, a w mężczyźnie w czerni rozpoznają Randalla Flagga. Podczas jednego z postojów rewolwerowiec opowiada przyjaciołom o swojej przeszłości, o tragicznych losach pierwszej i jedynej miłości, które pchnęły go na drogę ku Mrocznej Wieży.
W ten oto prosty sposób King wyjaśnia motywację Rolanda, pozwala wziąć oddech przed kolejnymi wydarzeniami, a przede wszystkim robi to, co lubi i potrafi najlepiej - snuje opowieść. Jest to opowieść niezwykła i bardzo przejmująca, ukazująca nowe aspekty cyklu, bo pomiędzy western i fantasy wplata się romans rycerski. Co istotniejsze, King dał się całkowicie ponieść opowiadanej historii - gawęda płynie nieskrępowaną strugą, z jednej opowieści wynika kolejna, dygresja przechodzi w dygresję, a jedna szufladka otwiera następną.
Wypada z podziwem spojrzeć na dzieło autora, wciąż niepodzielnie panującego nad opowiadaną historią, choć i tu trzeba przyznać, że nie zabrakło elementów rozwleczonych i niepotrzebnych. Niemniej wzruszająca i zaskakująca opowieść o inicjacji - a w zasadzie kilku inicjacjach - Rolanda stanowi jeden z najjaśniejszych punktów cyklu. Skrzyżowanie spaghetti westernu z romansem rycerskim w delikatnym sosie tolkienowskim wypada zaskakująco dobrze. Niestety, ma to również swoje minusy. Podstawowym jest nadmierne odwoływanie się do innych tekstów popkultury. O ile jeszcze pojedynek na zagadki będący industrialną wersją tego, który stoczył Bilbo z Gollumem na kartach Hobbita, jest znakomity, o tyle kryształy mocy nawiązujące jawnie do Palantirów czy Krainy Oz są zapożyczeniami zbyt dosłownymi, a w przypadku tego ostatniego po prostu nietrafionymi. Inną kwestią jest coś, co dręczy mnie od jakiegoś czasu. Bohaterowie Sergia Leone wydawali się wyjątkowi dzięki temu, że byli anonimowi; otaczała ich aura tajemnicy. Podobieństwa Rolanda do Bezimiennego, Blondyna, Mańkuta - granych przez Clinta Eastwooda - czy Człowieka z Harmonijką, w którego wcielił się Charles Bronson, ujmowały mnie w pierwszym tomie cyklu. Każdy kolejny odziera bohatera z tej niesamowitości, czyni go bliższym czytelnikowi i być może przez to niknie ta niezwykłość, która była dla mnie najważniejszym elementem postaci Rolanda. Ale, jak powiedziałem, to tylko moje subiektywne odczucia.
Nie ma co ukrywać, czwarty tom cyklu Mroczna Wieża to mistrzostwo gawędy przy jednoczesnym wycofaniu akcji i dynamiki. To King w najlepszej formie, która jednak nie każdemu musi przypaść do gustu.
BASTION(THE STAND)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1978 (wersja bez skrótów 1990)
Wydania polskie: Zysk i S-ka, 2000; Albatros, 2009
Przełożył Robert Lipski
Bastion ukazał się w chwili, gdy King znajdował się już na szczycie i choć dla wydawcy był kurą znoszącą złote jaja, to zarząd wydawnictwa Doubleday w żaden sposób nie chciał dać mu odczuć, jak jest dla nich istotny. Przeciwnie - wraz z Bastionem rozpoczęła się wojna pisarza z wydawcą, którą finalnie wygrał King, choć przyszło mu za to zapłacić wysoką cenę... No dobra, może nie wysoką, ale musiał zajrzeć do szuflad w poszukiwaniu niepublikowanych manuskryptów.
Był rok 1975. W kolejce na wydanie czekało Lśnienie, a King postanowił powrócić do porzuconej wcześniej powieści o Patty Hearst. I znów mu nie szło. Męczył się nad kolejnymi rozdziałami, które w żaden sposób nie układały się w całość. I wtedy z pomocą przyszła mu rzeczywistość.
Kingowie wciąż mieszkali w Kolorado. I tam w lokalnej telewizji Stephen obejrzał program o wypadku, do którego doszło w sąsiednim stanie. W 1968 roku na poligonie znajdującym się niespełna sto czterdzieści kilometrów od Salt Lake City doszło do wycieku groźnych substancji chemicznych. Paraliżujący gaz zabił kilkadziesiąt owiec, a ofiar w ludziach udało się uniknąć tylko dzięki temu, że wiatr zmienił kierunek i rozwiał gaz na pustyni, a nie nad miastem.
Bastion, Albatros, 2009
Bastion, Albatros, 2017
Sprawa, nazwana w mediach Dugway Sheep Incident, choć odbiła się szerokim echem w Stanach - zainspirowała nawet scenarzystę filmu Rage z George'em C. Scottem - i doprowadziła do zakazu eksperymentów z gazami bojowymi na otwartym terenie, to do Kinga dotarła dopiero w 1975 roku. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy czytał klasyczną powieść SF Earth Abides George'a R. Stewarta. Wtedy w głowie Mistrza Grozy coś przeskoczyło. Miał już na koncie trzy powieści grozy. Ponieważ od zawsze był wielkim fanem Tolkiena i marzył o swoim epickim fantasy, uznał, że najwyższy czas zmierzyć się z tym gatunkiem. Z tą różnicą, że gnomy i trolle miały w niej zostać zastąpione zwyczajnymi ludźmi, a Śródziemiem miała się stać Ameryka. Ameryka po zagładzie sprowadzonej na kraj przez zadufanie i głupotę armii.
Bastion był odejściem od horroru. Choć oczywiście elementów grozy jest w nim pełno, a oś fabularna opiera się na konflikcie między istotą demoniczną a ludźmi będącymi wybrańcami Boga, to był to krok w zupełnie inną stronę. Zarówno pod względem narracji - tak wielowątkowej, toczącej się w wielu miejscach równocześnie powieści jeszcze nie stworzył - jak i objętości. Wprawdzie Miasteczko Salem i Lśnienie były pozycjami grubaśnymi, to jednak daleko było im do ponadtysiącstronicowego manuskryptu Bastionu.
Gdy szefowie Doubleday poznali objętość powieści, wpadli w panikę i popełnili błąd, którego zapewne żałują do dziś. Uznawszy, że wydanie tak grubej książki podniesie jej okładkową cenę i może przysporzyć problemów, nakazali Kingowi skrócenie jej o kilkaset stron. Po długotrwałych awanturach pisarz zgodził się na cięcie. Jego epicka powieść fantasy została brutalnie okaleczona. A on sam wyszedł z tego zamieszania z jednym, ale to bardzo ważnym postanowieniem - przestanie sam siebie reprezentować. Pisarz jest od pisania, a od użerania się z wydawcami są agenci.
Trudno Bastionowi odmówić rozmachu. To bezsprzecznie największa, najbardziej rozbudowana powieść, jaką napisał do tej pory. Paradoksalnie również chyba najprostsza w swojej fabularnej konstrukcji. Bo przecież mimo mnogości postaci i wątków tak naprawdę sprowadza się do przypowieści o walce zła z dobrem.
W jednej z amerykańskich baz wojskowych dochodzi do tajemniczego wypadku. Pewien młody strażnik, zamiast pozostać na posterunku, ucieka z bazy, wywożąc z niej żonę i małą córeczkę. Nieszczęsny nie zdaje sobie sprawy, że jego rodzina została już zainfekowana nowym szczepem grypy - Kapitanem Tripsem. Pędząc przez Amerykę, żołnierz i jego rodzina rozsiewają wirusa, który niebawem wykończy niemal wszystkich mieszkańców Stanów.
Początek powieści sugeruje kolejną, mocną postapokaliptyczną prozę, jaka była modna w tamtym okresie, ale King nie byłby sobą, gdyby nagle nie dokonał narracyjnej i gatunkowej wolty. Gdy Trips wykończy już niemal wszystkie postacie przewijające się na stronach książki, fantastyka postapokaliptyczna ustępuje miejsca mistycznej fantasy, której główny bohater Stu Redman - prosty Teksańczyk, którego grypa się nie ima - odbędzie podróż, podczas której zbierze swoją drużynę i wyruszy do walki z demonicznym Randallem Flaggiem. Zanim jednak dojdzie do ostatecznej konfrontacji, King stworzy w powieści istną mozaikę postaci, ich wzajemnych zależności i relacji. Wszystko po to, aby w finale zadać pytanie o to, co czyni nas ludźmi, i dać nadzieję...
Bo Bastion, chociaż opowiada o rozpadzie świata, jest w gruncie rzeczy powieścią o nadziei. O odrodzeniu społeczeństwa i tym, jak wielką rolę w cementowaniu relacji międzyludzkich odgrywa wiara. Dla kogoś spoza Stanów takie szukanie oparcia w religii może być nie do zniesienia, trzeba jednak pamiętać, że King wychowywał się na amerykańskiej prowincji, gdzie religia była istotną częścią życia społecznego. I w Bastionie to widać. Nie jest to może przekaz nachalny, ale mocno podkreślający przywiązanie autora do wiary. To pierwsza powieść, w której King pozwolił sobie na taki zabieg, i będą musiały minąć lata, zanim zrobi to po raz drugi. Tyle że w dylogii Desperacja i Regulatorzy wyjdzie mu to o wiele bardziej łopatologicznie i prosto.
Czy Bastion jest jego najlepszą powieścią, jak King sam twierdzi w wielu wywiadach? Nie. Ale jest powieścią bardzo dobrą, która pokazuje dobitnie, że jest pisarzem, który potrafi konstruować niezwykle rozbudowane, połączone siecią zależności światy. W zasadzie od momentu wydania Bastionu King zaczął komplikować i rozbudowywać powieściowe uniwersum, a Randall Flagg miał się stać etatowym czarnym charakterem, który odegra kluczową rolę w cyklu Mroczna Wieża.
Warto tu wspomnieć o zmianach, jakich pisarz dokonywał w fabule powieści na przestrzeni lat. W pierwszym wydaniu, ze względu na skróty, postać seryjnego zabójcy Dzieciaka została okrojona i była nieistotną postacią trzecioplanową. W wydaniu bez skrótów z 1990 roku King przywrócił wszystkie wyrzucone sceny, w rezultacie czego Dzieciak stał się jedną z kluczowych postaci.
ADAPTACJA FILMOWA BASTIONU
Bastion(The Stand)
1994 (pierwsza emisja ABC), w reżyserii Micka Garrisa, z Robem Lowe'em, Garym Sinise'em i Miguelem Ferrerem
Koniec świata to dopiero początek.
Historia filmowej adaptacji Bastionu sięga końcówki lat siedemdziesiątych, kiedy Stephen King wraz ze swoim idolem George'em A. Romero planowali wspólnie nakręcić film. King uważał Bastion za swoje opus magnum i zależało mu na tym, aby to właśnie Romero go adaptował. Tyle że opasłe tomiszcze o tajemniczym wirusie doprowadzającym do zagłady ludzkości wymagało gigantycznego budżetu, którego nikt nie chciał im zapewnić. W efekcie powstały Koszmarne opowieści (więcej o nich w Części szóstej), a Bastion trafił na półkę z projektami. Jedynym śladem po próbach adaptacji, jakich podjęli się twórcy, jest pochodzące z 1980 roku wydanie powieści w miękkiej oprawie, na którym widnieje blurb o treści: Niebawem do kin trafi film George'a Romero.
Do pracy nad filmem King i Romero powrócili w połowie lat osiemdziesiątych. Ze względu na objętość powieści zdecydowali, że na jej podstawie muszą powstać dwa filmy. I kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały już na to, że w końcu uda im się zrealizować dawny projekt, po raz kolejny budżet okazał się nie do przeskoczenia. Kolejną próbę, już bez Kinga i Romera na pokładzie, podjęto pod koniec lat osiemdziesiątych. Powieść trafiła wówczas w ręce scenarzysty Rospa Pallenberga, lecz ten stworzył scenariusz tak zły, że studio filmowe zwróciło prawa do powieści pisarzowi. I wtedy do Kinga zgłosiła się stacja ABC z propozycją produkcji serialu opartego na motywach Bastionu. Co zaszło między Romerem a Kingiem, że ten pierwszy nie został zaangażowany w projekt, nie wiadomo. Jedno jest pewne: King już bez pomocy twórcy Nocy żywych trupów napisał scenariusz i został jednym z producentów serialu.
Jak wyszło? Powiem tak: tym, którzy uwielbiają powieść, serial może się spodobać. To rzetelna adaptacja, kręcona na dziewięćdziesięciu pięciu lokacjach, kosztująca prawie trzydzieści milionów dolarów i niemal wierna książce - no ale przecież nad scenariuszem pieczę trzymał sam King. Ci, dla których Bastion nie jest najlepszym dziełem pisarza, serial mogą obejrzeć, ale na kolana ich nie rzuci. Być może wynika to z tego, że telewizyjny Bastion niebywale się postarzał, przez co dziś ogląda się go niemal jak rozbudowany teatr telewizji, w którym najbardziej zawodzi odtwórca roli głównego złego.
Oczywiście najgorzej próbę czasu zniosły efekty specjalne, które ciągną całość w dół. Reasumując: obejrzeć można, ale nie spodziewajcie się rewelacji. Dzieło rzetelne, choć zaskakująco staroświeckie. No i wciąż żyjące w cieniu legendy - filmu George'a Romero, który nigdy nie powstał, a miał być arcydziełem.
MROCZNA WIEŻA II. POWOŁANIE TRÓJKI(THE DARK TOWER II: THE DRAWING OF THE THREE)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 1987
Wydania polskie: Albatros, 2002; Świat Książki, 2003; Albatros, 2015
Przełożył Zbigniew A. Królicki
W Rolandzie, pierwszym tomie cyklu Mroczna Wieża, pokazał się zupełnie inny Stephen King niż ten znany jego dotychczasowym fanom. Tom drugi, Powołanie trójki, był znacznie bliższy "tradycyjnemu" Kingowi, co nie znaczy, że przez to mniej pasjonujący.
W drodze do tytułowej Mrocznej Wieży rewolwerowiec Roland musi zmierzyć się z tajemniczym mężczyzną w czerni. Za dążenie do celu płaci życiem przyjaciela i w zamian otrzymuje proroctwo. Ma znaleźć trzy osoby, które pomogą mu w dalszej wędrówce: Więźnia, Władczynię Mroku i Śmierć. Jak się okazuje, każda z nich znajduje się w innym czasie naszego realnego świata. To jednak dopiero początek problemów. Już na samym początku Roland zostaje zaatakowany przez dziwacznego i krwiożerczego stwora, który go okalecza, uniemożliwiając mu posługiwanie się prawą dłonią. A wycieczka do świata równoległego ujawnia prawdę o potencjalnych współtowarzyszach. Więzień okazuje się narkomanem uwikłanym w poważne przestępstwa, a Władczyni Mroku - niebezpieczną schizofreniczką. To wszystko jednak nic w porównaniu z ostatnim kandydatem do drużyny - seryjnym mordercą, który ma na sumieniu również osoby bliskie Rolandowi.
Roland, Albatros, 2015
Powołanie trójki, Albatros, 2015
O tym, jak znakomicie pisze King, nikogo przekonywać nie trzeba, ale czy jego styl odpowiada czytelnikowi, to już kwestia gustu. Pierwszy tom cyklu mógł się okazać za trudny do przebrnięcia dla odbiorców mniej zaprawionych w literackich bojach, w drugim powraca pisarz, jakiego wszyscy znają. W Powołaniu trójki jest więc oryginalna fantastyka, brutalnie wdzierająca się do naszego świata, są znakomite portrety psychologiczne, nie brak przewrotnych zwrotów akcji i specyficznego humoru autora. No i oczywiście słynnych opisów, bo najzwyklejsze wydarzenie King potrafi rozpisać na kilka stron, i to w taki sposób, że nie sposób oderwać się od lektury. Fani Kinga bez problemu odnajdą przewodnie motywy jego prozy: walkę z uzależnieniem (Eddie Dean), rozdwojenie jaźni (Detta Walker/Odetta Holmes) czy mroczną stronę ludzkiej psychiki kryjącą się za pozornie niewinną naturą (Jack Mort). Powołanie trójki jest bardzo różnorodne gatunkowo. Mamy tu sensację (w przygodach Eddiego), odrobinę dramatu obyczajowego (w historii Detty/Odetty) i wreszcie thriller (związany z postacią Jacka). A wszystko spina fantastyczno-horrorowy wątek Rolanda, którego w tym tomie poznajemy znacznie bliżej i trzeba przyznać, że nie da się go nie polubić.
Rozmach gatunkowy i fabularny przyprawia o zawrót głowy, ale to u Kinga standard. Niestety, nawet jemu zdarza się po takich akrobacjach i piruetach lądować, jeśli nie na plecach, to przynajmniej w lekkim przysiadzie. Na szczęście nie tym razem. Każdy wątek, każde zdarzenie - również te niepozorne z poprzedniego tomu - mają swoje uzasadnienie i trafiają w końcu na właściwe miejsce, sprawiając, że finał na długo pozostaje w pamięci. I dopiero po chwili oszołomiony czytelnik uświadamia sobie, że choć ta układanka, pozornie chaotyczna, zazębiła się perfekcyjnie, to jednak pozostało wiele elementów, z którymi nie wiadomo, co począć. Ale to chyba oczywiste - trzeba sięgnąć po trzeci tom.
CARRIE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1974 Wydania polskie: Iskry, 1990; Prima, 1996; Prószyński i S-ka, 2003; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017*
Przełożyła Danuta Górska
* W związku z różnym podejściem polskich wydawców do kwestii kolejnych wydań i dodruków, przy tej i innych książkach są podane tylko pierwsze wydania poszczególnych wydawców.
O tym, że droga do sławy Kinga nie była usłana różami, już wiecie. Ale nie pisałem jeszcze o jednym istotnym szczególe. Otóż zanim zadebiutował Carrie, dwa razy przeżył gigantyczne upokorzenie. Pierwsze w roku 1970, kiedy wysłał do wydawnictwa Doubleday maszynopis powieści Getting It On, pierwowzór powieści Rage, która ukazała się pod pseudonimem Richard Bachman. Trafiła do redaktora Billa Thompsona i ten, zachwycony tekstem, zaczął nad nim pracę. King, wówczas dwudziestotrzyletni, myślał, że złapał Pana Boga za nogi. Posłusznie, choć bez umowy, zrobił pierwszą redakcję, drugą i trzecią. Po blisko półrocznej pracy nad książką w końcu otrzymał list od wydawnictwa. A w nim, zamiast czeku na miliony i umowy, znalazł informację o odrzuceniu powieści. Identyczny los podzieliła powieść numer dwa - Wielki marsz, która również ukazała się później pod pseudonimem Richard Bachman. Także w niej za namową Thompsona King wprowadził poprawki, choć nie miał umowy, i w finale, po kilku miesiącach pracy, po raz kolejny dowiedział się, że Doubleday jednak nie jest zainteresowane.
Carrie, Prima, 1996
Jak widać, na początku lat siedemdziesiątych Stephen King na pewno nie był człowiekiem sukcesu. Jego młoda żona Tabitha spodziewała się pierwszego dziecka, uczył w szkole, pracował na kilku etatach - w tym w osławionej pralni - i ledwo wiązał koniec z końcem. Na opowiadaniach drukowanych w tanich magazynach dla mężczyzn zarabiał grosze, widoków na wydanie powieści nie było. A mimo to się nie poddawał. Mając w szufladzie dwie ukończone, ale odrzucone przez wydawców powieści, a za sobą bardzo słaby początek współpracy z wielkim wydawcą, zabrał się do pisania nowej. I tak powoli zaczęła się rodzić Carrie. Poród jednak okazał się bolesny i niebywale trudny.
A wszystko przez to, że King tak naprawdę nie znał się na kobietach. Owszem, wychowała go matka. Owszem, opiekowały się nim babki i ciotki. Ale o kobietach nie wiedział nic. I nigdy tego nie ukrywał.
Kiedy był dzieckiem, chorował i zamiast spędzać czas z rówieśnikami, leżał w domu. Jego okres dojrzewania naznaczony był wzmożonym zainteresowaniem literaturą, która stała się dla niego odskocznią od problemów rodzinnych. Książki i komiksy były drogą ucieczki od biedy i poczucia wyobcowania. Rozwijały wyobraźnię, ale nie pomagały w kontaktach międzyludzkich. Choć nigdy nie został typowym szkolnym chłopcem do bicia - od tego losu uratowała go gigantyczna postura - to daleko mu było do bycia ulubieńcem dziewcząt. Swoją żonę Tabby poznał na studiach, zakochał się w niej - czy może w jej cyckach, jak sama mówi - szaleńczo i tak już zostało. Całe doświadczenie w stosunkach damsko-męskich zamyka się w jego przypadku w jednym związku, który trwa do dziś.
Nic więc dziwnego, że kiedy postanowił pisać powieść o dziewczynie przechodzącej okres dojrzewania, to zarówno sama postać, jak i powieść rodziły się w bólach. I bez pomocy Tabithy zapewne nigdy by nie powstała, bo King w końcu porzucił pisanie Carrie, twierdząc, że... nic nie wie o kobietach i menstruacji. To Tabby wygrzebała ze śmietnika porzuconą przez męża książkę... zakładając, że kilka stron maszynopisu można uznać za powieść. No ale w większości biografii Kinga jest mowa o wyrzuconej do kosza powieści.
Nie radził sobie z opisem pierwszej miesiączki bohaterki, nie wiedział, co to tampon, i generalnie z dziewczynami i ich fizjologią był dość na bakier... Dopiero Tabby wytłumaczyła mu, że w szkolnych automatach za tampony się nie płaci, a okres to nic strasznego... chyba że się nie wie, co to jest. Tak narodziła się jedna z najważniejszych scen w historii horroru - zarówno książkowego, jak i filmowego. A reszta powieści powstawała pod czujnym okiem małżonki.
Istnieje teoria, że każdy z nas nosi w sobie powieść. W przypadku Kinga i Carrie sprawdza się ona w stu procentach. Abstrahując od tego, że autor niewiele wiedział o kobietach, Carrie to kawał autentycznego życia Kinga i opis jego bliskiego otoczenia. Już sama postać tytułowej bohaterki, wykluczonej społecznie nastolatki, która odkrywa w sobie dar telekinezy, powstała jako miks postaci autentycznych. W liceum King miał bowiem koleżankę, która notorycznie padała ofiarą klasowych żartów. Była to dziewczyna wychowywana w ortodoksyjnie religijnym domu, w którym centralny punkt stanowił wielki krucyfiks z udręczonym Chrystusem. King wspominał, że raz odwiedził tę koleżankę. Krzyż tak go przeraził, że nigdy więcej nie odważył się do niej wrócić. Dziewczyna, podobnie jak on, pochodziła z biednej rodziny i podobnie jak jego, nie było jej stać na nowe ubrania. Kiedy pewnego dnia przyszła do szkoły w nowych ciuchach, koleżanki z klasy wyśmiały ją publicznie. Biedaczka uciekła do domu. Po latach pisarz wspominał, że ta dziewczyna jako dorosła kobieta popełniła samobójstwo. Nie potrafiła odnaleźć się w życiu. Każdy, kto czytał Carrie, wie, jak bliska powieści jest ta historia.
"Pożyczona" z życia jest także postać ojca bohaterki. Tym razem jednak King nie sięgał po życiorys znajomych, lecz po własny. W rodzinnym domu jego ojciec, który porzucił żonę i dzieci, stał się symbolem zła. Człowiekiem wyklętym, o którym albo się nie mówiło, albo wspominało tylko w kontekście zła, jakie wyrządził. Matka Kinga, która nigdy nie związała się z żadnym innym mężczyzną, nienawidziła byłego wiarołomnego męża, ale w głębi duszy za nim tęskniła i łudziła się, że być może pewnego dnia wróci. Nie wrócił. A ona zmarła w samotności na raka.
Pisana w gniewie i frustracji powieść przeleżała w szufladzie rok. Bo dokładnie tyle zajęło Kingowi wyleczenie ran po pierwszym brutalnym zetknięciu się z wielkim wydawnictwem. Kiedy w końcu Doubleday otrzymało Carrie, historia potoczyła się inaczej. Thompson przyznał szczerze, że choć jego osobiście ta powieść specjalnie nie ruszyła, to zachwyciły się nią wszystkie panie w wydawnictwie. Zachwyt wyceniono na dwa i pół tysiąca dolarów. W 1973 roku King podpisał umowę.
A rok później Carrie się ukazała. Czy rzeczywiście była tak wielkim objawieniem literackim, jak opisywany jest debiut Kinga? Raczej nie.
Carrie to literacka wprawka. Powieść, w której sekwencje genialne sąsiadują ze sztampowymi, a całość konstrukcyjnie pokazuje, jak bardzo w chwili pisania King... bał się pisania.
Dziś znakiem rozpoznawczym pisarza jest nie tyle groza, ile umiejętne budowanie soczystych postaci i konstruowanie niezwykle rozbudowanego świata, w którym zaczynają się dziać rzeczy dziwne i nadnaturalne. Już sam pomysł wyjściowy Carrie - budowa opowieści na podstawie listów, wycinków prasowych i wspomnień - jest zaprzeczeniem wszystkiego, do czego King przyzwyczaił nas później. Jest próbą stworzenia małomiasteczkowego mikrospołeczeństwa, w której pisarza blokuje nieśmiałość.
W dużej mierze wynika to, niestety, z samej fabuły. Akcja Carrie toczy się zaledwie w ciągu kilku dni i nie oszukujmy się - jest niebywale prościutka. Skrzywdzona przez rówieśników nastolatka, Carrie White, zostaje zaproszona na bal maturalny przez kolegę. Podczas balu pada ofiarą niewybrednego żartu, w efekcie czego, załamana, bierze odwet na całym mieście, niemal zrównując je z ziemią. Tyle. W tle mamy wątłe opisy matki, koleżanek i nauczycieli. Dzięki użyciu epistolarnych wstawek, fragmentów pamiętników i wycinków z gazet autorowi udaje się rozdmuchać materiał wyjściowy, który właściwie nadawał się na opowiadanie, do rozmiarów powieści. Dość kalekiej, bo niezwykle popękanej.
Czy zatem Carrie to literackie nieporozumienie? Nie. To powieść, w której tli się geniusz, ale King nie ma jeszcze siły i zdolności, które w późniejszym okresie pozwolą mu zaszaleć. Pewnie gdyby pisał Carrie dziś, byłaby to epicka opowieść obyczajowa z wątkiem paranormalnym w tle. Poznalibyśmy wszystkich mieszkańców fikcyjnego miasteczka Chamberlain, a sama Carrie White nabrałaby głębi. Ale napisał ją ponad czterdzieści lat temu, w okolicznościach, które pisaniu nie sprzyjały. Zaległe rachunki, kilka etatów, dwójka małych dzieci. Carrie to tak naprawdę powieść napisana na pożyczonym czasie, co w ogromnej mierze tłumaczy jej pospieszną konstrukcję i braki narracyjne.
Ale są też plusy. Wspomniana już wiele razy kapitalna scena z tamponami. Ładnie poprowadzony wątek szkolnych katów - dziewczyny i chłopaka. No i motyw neurotycznej matki skrywającej w sercu tajemnicę. Każdy z tych elementów będzie często powracał w twórczości Kinga. Ofiary znajdujące w sobie siłę do walki. Dojrzewanie jako najtrudniejszy okres w życiu człowieka. Szkolni prześladowcy. Rodzice dręczący dzieci. No i wreszcie senne małe miasteczka, które stają się areną dziwnych zdarzeń. King nigdy się od tych motywów nie uwolni i choćby z tego powodu warto przeczytać Carrie - żeby zobaczyć, jak to wszystko się zaczęło. I jak King z autora, który unika epickich opisów, staje się królem rozbudowanej popowej narracji.
Warto też zwrócić w Carrie uwagę na puentę. I nie chodzi mi tu o otwarte zakończenie, o którym zazwyczaj szybko zapominamy, lecz o scenę konania głównej bohaterki. To jeden z najlepszych i najbardziej przerażających opisów śmierci we współczesnej literaturze komercyjnej. Jest prosty, ale przerażający. Chyba nawet bardziej niż popis śmiercionośnych możliwości bohaterki.
Ale wróćmy jeszcze do historii wydawania tej powieści. Kiedy King dowiedział się, że prawa do jej wydania w miękkiej oprawie sprzedano za dwieście tysięcy dolarów (w sumie za czterysta tysięcy, z czego połowę oddał wydawcy i agentowi), najpierw prawie zemdlał, a potem, gdy dotarło do niego, że nie musi już martwić się o pieniądze, poszedł kupić żonie prezent. Ponieważ był już lekko zawiany - w tym czasie King pił już bardzo dużo - skierował swoje kroki do pobliskiej drogerii, gdzie nabył... suszarkę do włosów. O takim prezencie nie marzy zapewne żadna kobieta... Ale Tabitha nie narzekała. Początkowo była wściekła, że wyrzucił pieniądze w błoto. Ochłonęła dopiero wówczas, gdy dowiedziała się o kontrakcie. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że złe czasy się skończyły. Ale przypieczętował to nie dar telekinezy bohaterki, ale talent reżyserski Briana De Palmy.
ADAPTACJE FILMOWE CARRIE
Carrie
1976, w reżyserii Briana De Palmy, z Sissy Spacek, Johnem Travoltą i Nancy Allen.
Chcesz koszmaru... zabierz Carrie na bal.
O takim kinowym debiucie marzy każdy pisarz. Film, który nie tylko staje się wielkim hitem, ale także paszportem do kariery, zarówno dla aktorów wcielających się w głównych bohaterów, jak i dla autora. Zanim Carrie trafiła do kin, King nie był bestsellerowym pisarzem. Carrie sprzedawała się słabo, Miasteczko Salem na tyle źle, że wydawca zdecydował się zmniejszyć nakład kolejnej powieści Kinga, Lśnienie, która miała się ukazać w styczniu 1977 roku. Sukces ekranizacji Carrie pokrzyżował mu plany i na gwałt musiano dodrukowywać Lśnienie - podobnie zresztą jak pozostałe, wydane już, powieści Kinga.
Dlaczego akurat Carrie? Co sprawiło, że film okazał się takim hitem? Przy budżecie niespełna dwa miliony zarobił prawie trzydzieści! Na pewno czas, w jakim powstał, miał ogromny wpływ na odbiór. Lata siedemdziesiąte to złoty okres filmowego horroru, który jako gatunek wybił się z niszowego getta tanich filmów, oglądanych głównie przez dzieciaki, wprost na salony. Kasowe i artystyczne sukcesy Dziecka Rosemary, Nocy żywych trupów czy Egzorcysty sprawiły, że horror zaczęto traktować jak gatunek poważny, który może być nośnikiem istotnych treści. Horror stał się zwierciadłem nastrojów społecznych, a producenci, zachęceni kasowym powodzeniem filmów gatunkowych, z chęcią w nie inwestowali. Carrie idealnie wpisywała się w ów horrorowy nurt społeczny. W historii wychowanej przez matkę - fanatyczkę religijną - dziewczynki, która odkrywa w sobie moc telekinezy, widziano zarówno jedną z najlepszych opowieści o budzącej się seksualności, jak i historię o lękach, które w konserwatywnym amerykańskim społeczeństwie budziła emancypacja kobiet. King, który miał niewielkie pojęcie o kobiecej naturze - i fizjologii - zapewne nigdy nie przypuszczał, że książka, która rodziła się w takich bólach, zostanie odczytana jako manifest feministyczny.
Plakat filmowy Carrie, 1976
Abstrahując od nastrojów i oczekiwań rynku, Carrie odniosła także sukces, bo... to po prostu wybitny film. Mimo lat, które upłynęły od jego nakręcenia, wciąż szokuje i przeraża i jest podręcznikowym wręcz przykładem, jak straszyć w kinie. Od rewelacyjnej sceny pod prysznicem De Palma mistrzowsko buduje napięcie i wodzi widzów za nos. Kiedy się wydaje, że zaraz wydarzy się coś strasznego, akcja zwalnia, by po chwili znów przyspieszyć, finałowa scena zaś to istny majstersztyk. Co ciekawe, choć film sprawia wrażenie wysokobudżetowego, De Palma prawie nie miał na niego pieniędzy i głównie improwizował. Wyszło mu to tak dobrze, że żadna z późniejszych ekranizacji Carrie - do tej pory powstały trzy - nie dorównuje jego wersji. Może właśnie dlatego, że ich twórcy nie musieli kombinować z efektami specjalnymi, bo było ich stać na najlepsze.
Na koniec ciekawostka. Jeśli ktoś nie wierzy w to, jaki status miał wówczas King w branży rozrywkowej, może obejrzeć oryginalny trailer do Carrie i zobaczyć, jak pisarz był tam podpisany... Tak... To powszechna praktyka, aby imiona wielkich gwiazd pisać z błędem!
Furia: Carrie 2(The Rage: Carrie 2)
1999, w reżyserii Katt Shea, z Emily Bergl, Jasonem Londonem i Amy Irving.
Zabójczy widok...
Znacie odpowiedź na cisnące się na usta pytanie: Po co? Znacie, oczywiście, że znacie. Dla pieniędzy. Tak - kontynuacja Carrie powstała dla pieniędzy. Z prostego, cynicznego powodu. I te pieniądze zarobiono w dość nieuczciwy sposób. W końcu bowiem tytuł filmu sugeruje, że główna bohaterka powieści Stephena Kinga i filmu Briana De Palmy przeżyła... Otóż nie przeżyła.
Choć paradoksalnie, aby wybrnąć z tej dość niekomfortowej sytuacji i nakręcić kontynuację filmu, którego bohaterowie zginęli, twórcy Carrie 2 wcale nie musieli wspinać się na wyżyny kreatywności. King zastosował bowiem w swojej powieści tak zwany otwarty finał. Gdyby książkowa Carrie okazała się hitem, mógł zupełnie śmiało dopisać kontynuację, z inną bohaterką, bo przecież na końcu pojawia się dziewczynka, która porusza marmurkami.
Kadr z filmu Furia: Carrie 2, 1999
Tyle że King nigdy nie wyjaśnił, kim ona jest. Twórcy Furii - owszem, zrobili to.
Kim zatem jest enigmatyczna Furia, czyli Carrie 2? Otóż ma na imię Rachel, jest smutną, wykluczoną z towarzystwa dziewczyną i - tak, nie mylicie się - to siostra Carrie White! Choć, jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, wcale takie głupie to nie jest. Przecież każdy, kto zna oryginał, wie, że matka Carrie nienawidziła mężczyzn. Teraz przynajmniej wiemy dlaczego. Bo mąż ją zdradzał! I dzięki temu powstała Carrie 2.
A już na poważnie, w pierwotnym zamierzeniu Furia nie miała być kontynuacją Carrie. Najpierw planowano nakręcić oparty na prawdziwej historii film o chamskiej i prostackiej grze w zaliczanie koleżanek, którą prowadzili uczniowie pewnego amerykańskiego liceum. Afera wybuchła w Kalifornii na początku lat dziewięćdziesiątych i odbiła się dość szerokim echem w Stanach; zamieszani w nią byli chłopcy z dobrych domów, którym oskarżenie o gwałt skomplikowało uzyskanie sportowych stypendiów. Jak jednak widać, życie nie zadowala producentów z Hollywood. Scenariusz oparty na tej historii został wysłany do poprawek, a ktoś tam wpadł na "genialny" pomysł, aby połączyć go z Carrie.
Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, sam pomysł miał w sobie pewien potencjał. Pisałem już, że opowieść o wykluczonej z życia w szkolnej społeczności Carrie to archetypiczna baśń o dojrzewaniu. Od lat siedemdziesiątych sporo w kwestii seksualności młodzieży się zmieniło, a uwspółcześnienie tej historii wcale nie musiało być skazane na porażkę. Uwspółcześnienie, a nie kontynuacja!
Furia w zasadzie powiela automatycznie fabułę Carrie, modyfikując ją nieznacznie tam, gdzie historia tego wymaga. Zamiast sceny pod prysznicem mamy nagrane kamerą filmiki, bal maturalny zamienia się w imprezę z nagraniami wideo, a nowa Carrie/Rachel jest ponurą gotką słuchającą Type O Negative i Paradise Lost.
Oczywiście, aby nie płacić Kingowi tantiem za nową adaptację, twórcy Carrie 2 usilnie starali się wmówić widzom, że ich film jest bezpośrednią kontynuacją. I tak pojawiają się tu ruiny dawnego liceum, rodzina bohaterki i jej była koleżanka, w którą ponownie wcieliła się podstarzała Amy Irving. Na nic jednak ich zabiegi - Furia: Carrie 2 to wciąż remake udający sequel. Owszem, sprawnie zrobiony, bo za całkiem spore pieniądze - budżet wynosił dwadzieścia jeden milionów dolarów - ale wtórny, męczący i zupełnie niepotrzebny.
Podobny los zresztą podzielą dwie kolejne wariacje na temat Carrie.
Carrie
2002 (Stacja NBC), w reżyserii Davida Carsona, z Kandyse McClure, Reną Sofer i Angelą Bettis
Chcesz przeżyć noc, której nigdy nie zapomnisz? Zabierz Carrie na bal.Tu będzie krótko. Owszem, David Carson przynajmniej nie udawał, że kręci remake Carrie. Więcej - jego wersja jest nawet na początku o wiele wierniejsza książce niż film De Palmy. Losy Carrie wyłaniają się tu z opowieści innych osób, narracja toczy się już po zdarzeniach na balu.
Telewizyjna Carrie na początku miała być pilotowym odcinkiem serialu. W trakcie zdjęć decydenci ze stacji NBC uznali jednak, że materiał nie nadaje się na serię, i postanowili zmontować pełnometrażowy film telewizyjny. Przypominam o tym nie bez powodu. Otóż (uwaga - spoiler!) jeśli kiedykolwiek zdarzy wam się oglądać Carrie Carsona, nie wyrzucajcie telewizora przez okno i nie wyzywajcie reżysera - telewizyjnego wyrobnika, który ma na koncie sporo odcinków Star Treka - od półgłówków. Za co? Za to mianowicie, że w tej ekranizacji Carrie przeżyła! Tak, tak - udało się jej, a na końcowych napisach odjeżdża w siną dal.
Z perspektywy serialu takie zakończenie by nie raziło, a przynajmniej byłoby z pewnych względów zrozumiałe. Nie jest natomiast zrozumiałe, dlaczego ze wszystkich powieści Kinga NBC uparło się robić serial właśnie ma motywach Carrie. Nie wyszło i dzięki Bogu!
Carrie
2013, w reżyserii Kimberly Peirce, z Chloë Grace Moretz, Julianne Moore i Judy Greer
Zapamiętasz jej imię.
Kimberly Peirce, reżyserka, która dała nam wstrząsające Nie czas na łzy, wydawała się idealną kandydatką do ekranizacji opowieści o bolesnym dojrzewaniu. Niestety, tak źle porozkładała akcenty w swoim filmie, że jej Carrie zupełnie niezamierzenie bliżej do hollywoodzkiej produkcji niż rasowego horroru.
Plakat do filmu Carrie, 2013
Czegoż tu nie ma! Mroczna postać matki (karykaturalna, niezamierzenie śmieszna Julianne Moore), przygnieciona kompleksami tytułowa nastolatka (boleśnie przerysowana Chloë Grace Moretz), kolorowa paczka okrutnych dziewczyn, małe, tętniące od plotek miasteczko, tępy dyrektor szkoły, upiorny wiatr... Długo by wymieniać. Wszystkie te elementy zebrane do kupy tworzą film, który trudno potraktować poważnie.
Siła zarówno literackiego pierwowzoru, jak i genialnego filmu Briana De Palmy tkwiła w zwykłości dramatu dorastającej Carrie. Jej telekinetyczne moce budziły się powoli, za bardzo nie potrafiła sobie z nimi radzić, ale przede wszystkim nie było w niej niczego demonicznego i złego. Ot, biedna zagubiona dziewczynka, która padła ofiarą podłych żartów. Tu emanacji sił Carrie towarzyszą efekty dźwiękowe rodem z taniego horroru pod tytułem Demoniczny wiatr. Robi się ciemno, groźnie... Jakby tego było mało, Peirce od otwierającej film sceny stawia na dosłowność obecną w powieści Kinga. Matka, rodząc dziecko w samotności, sięga po nożyczki, gdyż uznaje je za pomiot szatana...
Już od pierwszej sceny reżyserka pokazuje, jaki film ją interesuje. Ma być mrocznie, posępnie i beznadziejnie. I tak jest. Każda scena, w której pojawia się Carrie, utrzymana jest w funeralnej tonacji. Niestety, mrok znika, gdy na ekranie pojawiają się radosne koleżanki głównej bohaterki, które tańczą, bawią się i generalnie cały czas mają się dobrze. Deszcz kontra słońce. Mrok kontra światło.
Rozumiem intencje reżyserki, która chciała pokazać dwa skrajnie różne światy - wyalienowanej Carrie i jej "normalnych" rówieśników.
Więcej, w swoim debiutanckim Nie czas na łzy świetnie jej to granie na kontrastach wyszło. Tu jednak przedobrzyła. Za mocno podkreśliła horror. W efekcie wyszło jej "czasem słońce, czasem deszcz", czyli film, w którym następują po sobie takie scenki jak utrzymana w klimacie Egzorcysty mroczna lewitacja czy radośni chłopcy stylizujący się na Justina Timberlake'a, przymierzający smokingi. Ba, pojawia się tu nawet scenka ze słoneczkiem przebijającym się przez chmurki i śpiewającymi ptaszkami, kiedy chłopiec zaprasza Carrie na bal. Niestety, to nie żart. Takie nagłe zmiany nastroju i klimatu, zamiast budować napięcie, wywołują śmiech. A na taki efekt Peirce na pewno nie liczyła.
Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, aby uznać tę czwartą już adaptację powieściowego debiutu Kinga za film udany. Zamiast straszyć - bawi. Zamiast wzruszać - irytuje. Aktorzy zachowują się tak, jakby trafili na plan przypadkowo, a całość z każdą minutą seansu coraz bardziej oddala się od horroru, niebezpiecznie ocierając się o parodię. Podkreślam: niezamierzoną, bo Peirce swój film traktuje śmiertelnie poważnie. A tymczasem uśmierca, wydawałoby się, uniwersalną i nośną opowieść o koszmarze, jakim jest dojrzewanie.
CIEKAWOSTKA
W 1988 roku powstał Carrie: The Musical. Muzykę skomponował Michael Gore, libretto napisał Dean Pitchford, a fabułę oparto na scenariuszu Lawrence'a D. Cohena, wykorzystanym w filmie De Palmy. Do dziś musical ten uważany jest za jedną z największych wtop, jaką wystawiono na Broadwayu. Ale mimo to żyje... Magia Carrie działa i dzieło Gore'a wraca a to na scenach Off Broadway, a to na przykład... w Moskwie w 2016 roku. W 2018 roku o niesławnym musicalu przypomnieli twórcy serialu Riverdale, którzy w specjalnym odcinku kazali bohaterom przygotowywać owo dzieło.
ZIELONA MILA(THE GREEN MILE)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Signet (sześciotomowe wydanie w miękkiej oprawie), 1996; Scribner (pierwsze wydanie w twardej oprawie), 2000
Wydania polskie: Prima, 1996; Albatros, 1999; Świat Książki, 2000; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Andrzej Szulc
Wszystko zaczęło się od kłopotów ze snem. King zaczął cierpieć na bezsenność, a ponieważ z całych sił próbował uniknąć łykania leków, walczył z przypadłością domowymi sposobami. Ciut zmodyfikowanymi. Czyli zamiast liczyć przed snem barany, wymyślał historie. Jedną z nich była opowieść o wielkim jak dąb facecie, który ma zostać stracony na krześle elektrycznym. Tuż przed egzekucją nagle znika. Facet nazywał się Luke Coffey.
Minęło kilka miesięcy. Luke zmienił imię na John, historia zmieniła zakończenie, a sam King wpadł na szatański pomysł. A gdyby tak powieść wydać w odcinkach? Tak narodził się projekt Zielona mila: powieść w odcinkach, która między marcem a sierpniem 1996 roku podbiła wszystkie listy bestsellerów.
Ten hołd dla Karola Dickensa okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego stopnia trafionym, że przez Kinga spece od podliczania bestsellerów na liście "New York Timesa" musieli zmienić metodę. Okazało się bowiem, że King i jego Zielona mila po prostu zdominowali rynek.
Poza chęcią zwrócenia na siebie uwagi, poza potrzebą złożenia hołdu dawnym mistrzom, Kingiem kierowała jeszcze jedna - ciekawa - pobudka. Chciał się przekonać, czy ludzie wciąż mają w sobie cierpliwość i potrafią, jak dawno temu, czekać na rozwiązanie zagadki kolejne tygodnie. Mieli. Ogromną.
Sama powieść była także sporym zaskoczeniem. Po kilku książkach, w których pisarz koncentrował się na postaciach kobiecych i problemach wówczas nieporuszanych zbyt często w prozie gatunkowej - jak molestowanie czy przemoc domowa - tu zrobił zwrot w stronę pięknej i czułej baśni. Zielona mila jest bowiem baśnią o dobrym olbrzymie i złych ludziach.
Można jej zarzucić naiwność - bo jest naiwna - ale nie można nie dostrzec ciepła emanującego z dwóch centralnych postaci. Jest to jedna z tych powieści Kinga, w których fabularnie niewiele się dzieje, a cała narracja skoncentrowana jest na postaciach. To ich życiorysy stanowią siłę napędową opowieści, a główny wątek fabularny schodzi na boczny plan.
Czy jest to powieść wybitna? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno ma w sobie to coś, co odróżnia ją od filmu - nagromadzenie dobra i pozytywnego przekazu nie irytuje tu tak jak w dziele Darabonta. I na pewno jest to powieść ważna, bo King w końcu, po nieudanych próbach w Bezsenności i Rose Madder, odnalazł sposób na umiejętne wyważenie części składowych opowieści, dzięki czemu niebawem wyda najprawdziwsze arcydzieło.
ADAPTACJA FILMOWA ZIELONEJ MILI
Zielona mila(The Green Mile)
1999, w reżyserii Franka Darabonta, z Tomem Hanksem, Michaelem Clarkiem Duncanem i Davidem Morse'em
Paul Edgecombe nie wierzył w cuda... Dopóki cud się nie zdarzył.
Jest taka scenka w kinowej adaptacji przygód Spawna - jednego z najbardziej niedocenionych w Polsce komiksowych herosów - w której grabarz trafia na czarną mszę na cmentarzu. Robi dużo szumu i czciciele diabła uciekają w popłochu. "Niedzielni sataniści, takich najbardziej nienawidzę" - podsumowuje zamieszanie. Być może po tym, co teraz napiszę, wielu z was rzuci tę książkę w kąt, ale... cóż pocznę, skoro to prawda. Po premierze Zielonej mili cały świat zalała fala "niedzielnych fanów Kinga". Takich, co to uwielbiają tego pisarza i filmy oparte na jego powieściach, a za najlepszy uznają Zieloną milę. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że gdybyście ich zapytali "Który jeszcze film lubicie?", odpowiedzieliby: "Skazanych na Shawshank". Niedzielni fani tak mają. Ich percepcja Kinga ogranicza się do tych dwóch tytułów. Jeśli docisnąć ich mocniej, dorzucą Lśnienie Kubricka - nie dlatego, że je lubią, ale dlatego, że wypada je znać, no i grał w nim Jack Nicholson.
Określenie "niedzielni fani" wymyśliłem sam (chyba że ktoś pisał o tym wcześniej, a ja nie zauważyłem), ale zjawisko nie jest niczym nowym. Spektakularny sukces filmu Darabonta sprawił, że nazwisko Kinga przestało kojarzyć się tylko z horrorem. To, czego nie udało się na wielką skalę osiągnąć filmom Stań przy mnie czy Skazani na Shawshank (przy których nieoficjalnie rozpoczął się ruch "niedzielnych fanów"), uczyniła Zielona mila. To po tym filmie King nareszcie - jak sam twierdzi w wywiadach - zaczął być zaczepiany przez ludzi, którzy dziękowali mu nie za horrory, lecz za wrażliwość i delikatność w pokazywaniu relacji międzyludzkich.
Plakat do Zielonej mili, 1999
Tak naprawdę sukces i odbiór Zielonej mili wcale nie dziwi. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych - po premierach Forresta Gumpa, Apolla 13, Toy Story, Szeregowca Ryana czy Masz wiadomość - Tom Hanks był bezdyskusyjnie największą gwiazdą w Hollywood. Niemal każdy film, w którym się pojawiał, okazywał się hitem, a on sam uchodził za najcieplejszego i najnormalniejszego gwiazdora. Frank Darabont dzięki nominacjom do Oscarów za Skazanych na Shawshank także dorobił się całkiem dobrej pozycji. No i hitem okazała się książka... czy raczej powieść w odcinkach, którą King publikował w miesięcznych odstępach. Te trzy elementy złożyły się na sukces filmu, z czego to właśnie Tom Hanks, a nie King, wydaje się najważniejszy. To na niego ruszyły do kin tłumy i to on znów zagrał taką postać, za jaką kochali go wszyscy - przyjemnego, przeciętnego Amerykanina, który nikomu nie wadzi, nikomu źle nie życzy i ma dobre, ciepłe serce. Zielona mila, kosztująca sześćdziesiąt milionów dolarów, zarobiła w kinach trzysta i do dziś uchodzi za jeden z najczęściej emitowanych w święta Bożego Narodzenia filmów. Oczywiście znów posypały się nominacje do Oscarów - tym razem cztery, w tym dla najlepszego filmu.
A jak to całe zamieszanie ma się do filmu? No cóż... Podobnie jak w Skazanych na Shawshank mamy tu sterylne więzienie, sterylne mundury i przegląd stereotypowych ludzkich zachowań. Tyle że tym razem dorzucono odrobinę magii.
Pewnego dnia do więzienia, w którym pracuje strażnik Paul Edgecombe (Tom Hanks), zostaje przywieziony skazany na śmierć czarnoskóry olbrzym - John Coffey. Więzień od początku intryguje Paula, bo mimo swoich gabarytów nie wygląda na mordercę dzieci. Niebawem okazuje się, że Coffey ma pewien magiczny dar - potrafi wskrzeszać zmarłych - i właśnie przez ten dar został skazany.
Żeby nie wyszło na to, że tylko się czepiam. Trzygodzinna Zielona mila to bardzo przyjemny film. Ogląda się go bez większego bólu, narracja poprowadzona jest gładko, a aktorom nie można niczego zarzucić. Zwłaszcza nieżyjącemu już Michaelowi Clarke'owi Duncanowi, który wcielił się w Johna Coffeya. A mimo to trudno uznać ten film za jeden z najlepszych w historii kingowskich adaptacji.
Zielona mila, abstrahując od jej fabularnej sprawności, to dziełko dość naiwne. Każdy zwrot akcji jest tu łatwy do przewidzenia, każda postać została skonstruowana według prostego klucza. Oczywiście to ta prostota i klarowność przekazu sprawiły, że ci, którzy byli do tej pory nieczuli na twórczość Kinga, od Zielonej mili ją pokochali. Na swoje nieszczęście zakochali się w tym najprostszym, najbardziej sentymentalnym i amerykańskim obliczu Króla Horroru - gdzie zło jest złem, dobro dobrem, a świat... owszem, bywa niesprawiedliwy, ale w gruncie rzeczy to dobre miejsce do życia. Jeśli szukacie półcieni, mroku i niepokoju, tu go nie znajdziecie. Za to dużo ciepła - owszem.
CIEKAWOSTKA
Pewnego dnia, kiedy King odwiedził ekipę, Tom Hanks postanowił zrobić mu dowcip. Założył na głowę pisarza worek, zawołał: Dead man walking! - słowa, które krzyczy się podczas prowadzenia skazańca na egzekucję - i posadził pisarza na krześle. Zapiął pasy, założył mu metalową czapę, a na końcu... pociągnął wajchę od prądu. Po latach King wspominał, że chociaż wiedział od początku, że to żart, to gdy spojrzał w oczy Hanksa, poczuł się jak skazaniec. Na kilka sekund fikcja, którą stworzył, zlała się z rzeczywistością. Od tamtej pory unika takich żartów na filmowych planach.
KING WEDŁUG...JAKUBA MAŁECKIEGO
Jakub Małecki (rocznik 1982) Autor między innymi Dygotu, Rdzy i Śladów, jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy.
Cześć, mam na imię Kuba i przeczytałem ponad pięćdziesiąt książek Kinga.
Zaczęło się niewinnie, jak pewnie w przypadku wielu z Was. Najdziwniejsze, że nie zacząłem wcale od którejś z najsilniejszych szpryc w rodzaju Bastionu czy To, ale od rzeczy uznawanej (przeze mnie również) za jedną z najsłabszych - od Rose Madder.
To było na czwartym roku studiów. Znajomi z grupy wykładowej (bankowość) opowiadali, że świetne i że jak już spróbujesz, to wpadłeś po uszy. Nie wierzyłem, jak pewnie wielu z Was.
Zgubiły mnie wakacje. Wróciłem z Poznania i siedziałem w Kole, spędzając czas przed blokiem z kolegami na rozrywkach mniej lub bardziej niebezpiecznych i mniej lub bardziej legalnych. Któregoś dnia nie było akurat co robić - ktoś wyjechał, ktoś inny był zajęty i tak dalej - wybrałem się więc do biblioteki, przypomniałem sobie tamte zachwyty znajomych ze studiów i tak się to właśnie zaczęło. Sięgnąłem do półki po powieść z ciekawą okładką, na której ptak wylatuje z obrazu. Pożarłem w kilka dni i wróciłem po więcej. Wypożyczyłem kieszonkowe Lśnienie.
I wtedy los próbował ocalić mnie przed nałogiem - otóż zostawiłem Lśnienie w autobusie. Zapłaciłem karę w bibliotece i wydawało się, że być może na tym moja przygoda ze Stephenem Kingiem się zakończy, a jednak kilka dni później przyniosłem do domu Bezsenność. Potem Miasteczko Salem, potem Cmętarz Zwieżąt - dobrze znacie ten schemat.
Od tamtej pory trwam w uścisku kolejnych historii opowiadacza z Maine, który nawet jeśli mnie nie zachwyca, to trzyma za gardło tak mocno, że ani nie pomyślę o przerwaniu lektury. A potem kończę taką gorszą powieść (Łowcę snów na przykład) i pierwsze, na co mam ochotę, to przeczytać kolejną. Miewam oczywiście okresy abstynencji. Rok, nawet półtora. Im dłuższa przerwa, tym silniejszy jednak głód, który narasta we mnie w tym czasie - obżeram się później trzema, czterema, pięcioma powieściami z rzędu, nabierając pod koniec złudnego przekonania, że tym razem wystarczy.
Dziś mam trzydzieści sześć lat i w chwili, kiedy Robert odzywa się do mnie z propozycją napisania tego tekstu, siedzę na kanapie z pięknym brytyjskim hardcoverem najnowszego Outsidera. Dotarłem do połowy i znowu bawię się świetnie.
Tak, mam na imię Kuba, przeczytałem ponad pięćdziesiąt książek Kinga i jest mi z tym dobrze. Od pewnego czasu nie oszukuję się już, nie wmawiam sobie, że ostatnia przeczytana książka będzie naprawdę OSTATNIA. Chcę więcej i więcej, na szczęście trochę jeszcze przede mną. Z egoistycznych pobudek trzymam też kciuki, żeby stary wyga z Maine pociągnął jak najdłużej.
KOMÓRKA(CELL)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2006
Wydania polskie: Albatros, 2007; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Wszystko zaczęło się na ulicy w Nowym Jorku. King stał przed hotelem, gdy zauważył kobietę dyskutującą z kimś przez telefon. Zachowywała się tak, jakby świat dookoła niej nie istniał. I wtedy wpadła mu do głowy myśl. A co by było, gdyby telefony komórkowe miały specjalny dar i zamieniały ludzi w bezwładnych zabójców? Czy kobieta pobiegłaby przed siebie, mordując każdego, kto stanie jej na drodze?
Tak narodziła się Komórka - horror o technologii, która nagle zamienia ludzi w maszyny do zabijania. Zabawne w przypadku tej powieści jest jedno - jako atak na społeczeństwo uzależnione od technologii sama powstała i zdobyła rozgłos dzięki niej. Bo przecież podczas pisania Komórki King ogłosił w internecie aukcję na bohatera książki (kto zapłaci więcej, ten stanie się jedną z postaci w książce). Licytację wygrała Pam Alexander, która zapłaciła ponad dwadzieścia pięć tysięcy dolarów za to, aby jej brat Ray Huizenga mógł zostać jednym z walczących z hordami zombie. Został.
Sama powieść z upływem lat szlachetnieje. O ile w chwili wydania sprawiała wrażenie sztampowej zabawy z zombie, do której dopisano wątek społeczny, o tyle dziś czyta się ją lepiej, a jej konstrukcja - mimo że odwołuje się do schematów stworzonych i ogranych przez George'a A. Romero - nie razi już tak sztucznością. Być może wynika to z faktu, że w pewien sposób King przewidział rozwój współczesnego świata, a dziś ludzie - choć na szczęście nie kierują nimi zabójcze instynkty - stali się niewolnikami telefonii komórkowej.
ADAPTACJA FILMOWA KOMÓRKI
Komórka(Cell)
2016, w reżyserii Toda Williamsa, z Johnem Cusackiem, Samuelem L. Jacksonem i Isabelle Fuhrman
Nad adaptacją powieści pracowano od 2006 roku, miała być kinowym hitem, ale paradoksalnie do kin nie trafiła. I słusznie, bo Komórka Toda Williamsa okazała się, niestety, filmem nieudanym. I co najgorsze - sztampowym i niemiłosiernie nudnym.
Kiedy w 2007 roku do adaptacji powieści zgłosił się Eli Roth, można było mieć jeszcze nadzieję. Nie tyle na dobry film, ile na okrutny hołd dla kina grozy lat siedemdziesiątych. Twórca Hostelu bowiem niemal w każdym swoim filmie pokazuje, że tamten okres w kinie grozy ukochał najmocniej. Pech chciał, że w wyniku nieporozumień z producentami Roth wycofał się z projektu i Komórka przeleżała na półkach kilka lat. W 2013 roku ogłoszono obsadę: John Cusack i Samuel L. Jackson - czyli duet, który znamy z 1408. A potem zaczęło się produkcyjne piekło. Zdjęcia ruszyły rok później. Reżyserem finalnie został Tod Williams, który wielkim dorobkiem pochwalić się nie może. Na koncie ma niewiele - raptem nieudaną adaptację Jednorocznej wdowy Johna Irvinga, zatytułowaną Drzwi w podłodze, oraz drugą część Paranormal Activity. Być może twórca obdarzony filmową wyobraźnią potrafiłby twórczo zabawić się dość prostą fabułą powieści Komórka, ale Williams do tej grupy, niestety, nie należy. Dlatego też jego film ogląda się jak kolejną nieciekawą powtórkę z zombie rozrywki.
Pierwsza połowa filmu to nudna bieganina po mieście, w którym grasują zombie. Nie ma tu ani zbyt wiele makabry, ani pomysłów. Ot kilku bohaterów przenosi się z punktu A do punktu B, spotykając po drodze tych złych. Cusack wcielający się w szukającego syna Claya nie próbuje nawet ukrywać tego, że się nudzi. Jego bohater jest nijaki, pozbawiony charyzmy i motywacji... a przecież powinien je mieć, skoro szuka w świecie zombie zaginionego syna. Nie lepiej wypada postać, w którą wcielił się Jackson - jest sztampowo napisana i zagrana. Scenarzyści (w tym King) wycięli z powieści kilkanaście postaci, zapewne dlatego, że budżet filmu nie pozwalał na zatrudnienie większej liczby osób. Zresztą budżet to kolejna słaba strona Komórki. Braki finansowe widać zwłaszcza w finale, gdzie tanie efekty CGI psują nastrój zagrożenia i zamiast budzić lęk, bawią do łez. Tak oto powstał kolejny film, w którym koniec ludzkości, zamiast poruszać, wywołuje śmiech.
Plakat do Komórki, 2016
King nie był zadowolony z zakończenia powieści, więc w filmie je poprawił, dzięki czemu otrzymaliśmy dwie puenty i w sumie trudno zdecydować, która jest gorsza - ta fantasmagoryczna czy ta niby prawdziwa.
Od lat - konkretnie od premiery 1408 - King nie ma szczęścia do filmów kinowych i Komórka nie wyłamuje się z tego schematu. To kolejny niepotrzebny horror. Bez pomysłu, polotu, a co najgorsze - pozbawiony choćby grama twórczej energii.
MISERY
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1987
Wydania polskie: Amber, 1991; Prószyński i S-ka, 2008; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Robert Lipski
Przez lata King opowiadał w wywiadach pewną anegdotę. Ponoć któregoś dnia pod koniec lat siedemdziesiątych zaczepił go na ulicy czytelnik, prosząc o autograf. Nic dziwnego, pisarzowi zdarzało się i zdarza się to często. To zdarzenie było o tyle istotne, że osobą, która poprosiła o autograf, okazał się... Mark Chapman, człowiek, który zabije Johna Lennona. Historię tę King opowiadał do momentu, aż ktoś sprawdził i wykluczył udział "tego" Chapmana. Okazało się bowiem, że zabójca Lennona nie przebywał wówczas w Nowym Jorku. Wspominam tę anegdotę nie przez przypadek. King wracał do niej bowiem podczas spotkań autorskich promujących Misery. Bo w zamyśle autora psychofan to coś najgorszego, co może przydarzyć się twórcy. A wiedział, co mówi.
W 1986 roku King był literackim bogiem. Miał miliony swoich wyznawców, którzy, niestety, coraz bardziej utrudniali mu życie. Byli wszędzie. Zaczepiali go w sklepach, wystawali pod domem, zaglądali do knajp, w których siedział. Powoli, ale dotkliwie, poznawał ciemną stronę sukcesu.
Wtedy wpadł na pomysł, aby w literacki sposób ograć to, co sam przeżywał. Tak narodził się Paul Sheldon, główny bohater Misery, autor bestsellerowych romansów, który postanawia dokonać gwałtownej wolty stylistycznej. W odciętym od świata hotelu pisze nową powieść i natychmiast po jej ukończeniu wyrusza do swojego wydawcy. Pech chce, że podczas podróży rozpętuje się śnieżyca, samochód Paula wpada w poślizg i ląduje w rowie. Od zamarznięcia ratuje go Annie Wilkes, pozornie sympatyczna kobieta, która okazuje się wielką fanką romansów autorstwa Paula Sheldona. Pisarz, ze złamanymi nogami, trafia do domu kobiety, a ta, jak się okazuje, przez lata była pielęgniarką. Ponieważ drogi są nieprzejezdne, Paul jest zdany na jej opiekę. Kłopoty zaczynają się w chwili, gdy Annie zaczyna czytać nowy maszynopis Sheldona...
W zasadzie zbyt wiele się w Misery nie dzieje. Mamy tylko parę zamkniętą w domu na pustkowiu. To jednak wystarczyło Kingowi do stworzenia jednego z najbardziej klaustrofobicznych współczesnych horrorów. Choć, ponieważ nie pojawiają się w niej elementy nadprzyrodzone, powieść jest często wrzucana przez gatunkowych purystów do worka z thrillerami. Sam King zresztą miał problem z jej gatunkową przynależnością - mimo że sam chciał przecież zmienić swój wizerunek - i początkowo planował wydać ją pod pseudonimem Richard Bachman. Zrezygnował jednak z tego pomysłu, i dobrze. Bo o ile wydanie Oczu smoka odrobinę zachwiało rynkową pozycją autora - sprzedało się raptem pół miliona egzemplarzy - o tyle Misery nie tylko okazała się książką Kinga docenioną przez "poważnych" krytyków z "New York Timesa", ale także znów, z nakładem miliona egzemplarzy, wywindowała nazwisko pisarza na szczyt list bestsellerów.
Co ciekawe, Misery miała być powieścią o wiele bardziej okrutną. Annie miała zabić Paula Sheldona, nakarmić nim swoją świnię Misery - nazwaną na cześć bohaterki jego książek - a ze skóry pisarza zrobić okładkę książki, którą dla niej napisał. I to byłby prawdziwy horror. Choć na brak krwawych scen książkowa Misery narzekać nie może: amputowana stopa Sheldona, ludzie zabici przez Annie Wilkes w dość okrutny sposób.
W 1990 roku King zaczynał trzeźwieć. Pił przez blisko trzydzieści lat, ćpał całą dekadę. Misery powstała w okresie, gdy sięgał dna. W zasadzie przez cały czas był wtedy w alkoholowym ciągu, a na nogach utrzymywały go wciągane hurtowo grube kreski kokainy. To, że udało mu się w ogóle przetrwać drugą połowę lat osiemdziesiątych, można zaliczyć do małych cudów. Kiedy zatem spojrzymy na Misery z tej perspektywy, należy ją uznać za jedno wielkie wołanie o pomoc. Lub, jeśli ktoś woli, doskonałe opisanie stanu uwięzionego przez używki umysłu. Na początku lat dziewięćdziesiątych sam zresztą przyznawał w wywiadach, że Annie Wilkes to metafora alkoholu i kokainy, które uwięziły bohatera, nakazując mu robić rzeczy, na które nie ma ochoty. Każda próba ucieczki skazana jest na porażkę dopóty, dopóki Sheldon nie odnajdzie w sobie prawdziwej siły. Bohaterowi powieści udaje się ją odnaleźć dość szybko, ale King potrzebował na to kilka lat i co najmniej jednej nieudanej próby ucieczki od uzależnień.
ADAPTACJA FILMOWA MISERY
Plakat filmowy do Misery, 1990
Misery
1990, w reżyserii Roba Reinera, z Jamesem Caanem i Kathy Bates
Paul Sheldon żył z pisania, teraz musi pisać, by przeżyć.
Tak jak pierwsze dziesięć lat obecności Kinga w kinie (1976-1986) Rob Reiner w kapitalny sposób zamykał swoim Stań przy mnie, tak w kolejnej dekadzie uratował on honor pisarza. Mowa oczywiście o ekranizacji Misery - pierwszej od czasu wspomnianego filmu Reinera ekranizacji prozy Kinga, którą absolutnie z ręką na sercu można nazwać genialną.
Film miał wyglądać inaczej. Rob Reiner, który kupił prawa do Misery, doszedł do wniosku, że nie będzie tego filmu reżyserować. Chciał być producentem i mieć wpływ na finalny wygląd dzieła. Realizowana przez niego adaptacja Kinga miała być pierwszą powstałą pod skrzydłami jego wytwórni Castle Rock, którą założył po gigantycznym sukcesie filmu Stań przy mnie.
King, którego Stań przy mnie zachwycił, próbował namówić reżysera do przejęcia filmu, ale Reiner był nieugięty, a swoją niechęć do Misery tłumaczył tym, że zupełnie nie czuje gatunku, jakim jest thriller. Logiczne. Gdy wybrano scenarzystę - giganta kina Williama Goldmana - panowie w trójkę zaczęli zastanawiać się nad tym, komu powierzyć reżyserię. Goldman przekonał Kinga i Reinera, że najlepszym kandydatem będzie George Roy Hill, z którym pracował przy kultowym Butchu Cassidym i Sundance Kidzie. Na początku Hill był zachwycony pomysłem. Im więcej jednak o nim myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że Misery nie jest dla niego. Z powodu jednej sceny. Niezwykle krwawej i brutalnej. Chodziło o obcięcie stopy Paula. Reiner koniecznie chciał ją zostawić, więc Hill wycofał się z projektu. A że nikt inny nie przychodził im do głowy, Reiner dał się w końcu przekonać Kingowi i sam usiadł na reżyserskim krześle. I - co zabawne - uznał, że scena obcięcia stopy jest bezsensowna i należy ją wyciąć. Tłumaczył to tym, że siłą napędową historii nie powinna być eskalacja przemocy, lecz powolny szachowy pojedynek, jaki rozgrywają między sobą kat i ofiara. I trzeba przyznać, że był to absolutny strzał w dziesiątkę.
Ten subtelnie skonstruowany film jeszcze mocniej uwypuklił coś, co King przez dwadzieścia lat skrzętnie ukrywał przed światem... i po części przed samym sobą. Że opowieść o dręczącej bohatera psychopatce tak naprawdę jest metaforą uzależnienia, z którym zmagał się pisarz. Dopiero dwie dekady po premierze filmu potwierdził to oficjalnie w wywiadzie.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element filmowej adaptacji Misery - kapitalnie poprowadzony wątek podstarzałego szeryfa i jego napalonej żony. Czułość, z jaką Reiner pokazuje uczucie sędziwych już ludzi, stanowi idealny kontrapunkt dla obłędu Annie.
Co ciekawe, hollywoodzcy gwiazdorzy nie widzieli potencjału w tej historii i masowo odmawiali zagrania Paula Sheldona. Z roli zrezygnował Jack Nicholson, który po traumie, jaką przeżył na planie Lśnienia, uznał, że więcej w ekranizacji Kinga nie zagra; Warren Beatty - ten był nawet skłonny zagrać, ale pod warunkiem że Reiner zmieni charakter bohatera z ciepłych kluch na twardziela, do czego niemal doszło, ale Beatty wycofał się z projektu tuż przed podpisaniem umowy - Al Pacino, Robert De Niro, Robert Redford, Gene Hackman, Harrison Ford, Michael Douglas, Dustin Hoffman oraz William Hurt. Temu ostatniemu ponoć propozycję składano dwa razy. W efekcie rola trafiła do Jamesa Caana, który stworzył jedną z najwybitniejszych kreacji w swojej karierze. A mało brakowało, by do tego nie doszło. Caan pod koniec lat osiemdziesiątych zmagał się z uzależnieniem od alkoholu i niewielu reżyserów chciało z nim pracować. On sam, gdy dowiedział się o otrzymaniu roli Sheldona, położył się na tydzień do łóżka, w którym ćwiczył... sikanie do butelki. Reiner zlekceważył jego poświęcenie, twierdząc, że było niepotrzebne.
Stephen King, 1990, rok premiery filmu Misery
No i wreszcie Kathy Bates! Była pierwszą aktorką, której zaproponowano kobiecą rolę w Misery, ponieważ zarówno Goldman, jak i Reiner byli pod ogromnym wrażeniem jej osiągnięć teatralnych. Dzięki Annie Wilkes z nikomu nieznanej aktorki stała się ikoną i wielką gwiazdą. Za rolę w Misery otrzymała Oscara. I jest to do tej pory jedyny Oscar związany z filmem nakręconym na podstawie prozy Kinga.
CIEKAWOSTKA
Misery trafiła także na deski teatrów. W 2015 roku na Broadwayu odbyła się premiera sztuki z udziałem Bruce'a Willisa i Laurie Metcalf. W Polsce po Misery sięgnął Robert Gliński. W wystawionej w 2017 roku w teatrze Kwadrat sztuce wystąpili Ewa Wencel i Piotr Polk.
GRA GERALDA(GERALD'S GAME)DOLORES CLAIBORNE
GRA GERALDA
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1992
Wydania polskie: Prima, 1994; Świat Książki, 1995; Albatros, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Tomasz Wyżyński
DOLORES CLAIBORNE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1992
Wydania polskie: Prima, 1994; Świat Książki, 1995; Albatros, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Tomasz Mirkowicz
W 1966 roku King napisał do Billa Thompsona - wówczas jeszcze z wydawnictwa Doubleday - list. Padło w nim jedno, kluczowe zdanie pokazujące, jakimi motywacjami kierował się młody autor. Chciałbym zostać kimś na kształt nazwy supermarketu. Chciałbym, żeby moje nazwisko było rozpoznawalne przez większość Amerykanów, i nie wydaje mi się, aby w tym pragnieniu było coś niewłaściwego.
Młody redaktor, czytający to wyznanie padające ze strony autora, który nie tylko jeszcze nie wydał, ale nawet nie napisał ani jednej powieści nadającej się do publikacji, mógł się co najmniej przestraszyć. Ale nie Thompson. On wierzył.
Dwadzieścia sześć lat później King był tak rozpoznawalny jak Walmart. Ale nawet najbardziej rozpoznawalne sieci handlowe, gdy zmieniają coś w swoim asortymencie, ładują masę pieniędzy w kampanie reklamowe, by oswoić klientów ze zmianami. Nie inaczej było z Kingiem.
Gdy wydawnictwo Viking dowiedziało się, jakie powieści planuje oddać im King, uznało, że aby oswoić czytelników z czymś zupełnie zaskakującym u tego autora, musi zainwestować w promocję. I tak premiera Gry Geralda została wsparta kampanią promocyjną wartą siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jakby tego było mało, na największych targach książkowych organizowanych przez American Booksellers Association - stowarzyszenie zrzeszające niezależne sieci księgarskie - zamiast klasycznego katalogu i fragmentów utworów Kinga przygotowano prebooki jego książki. Wszystko po to, aby oswoić zarówno sprzedawców, jak i czytelników z nowym obliczem pisarza, który definitywnie porzucał horror i potwory.
Ktoś mógłby przytomnie zauważyć, że King bez grozy i potworów to nic nowego. Wydał już przecież i Cztery pory roku, i Misery i pokazał też takie oblicze w kinie. Ale nie chodziło tylko o to, że Gra Geralda i napisana równocześnie z nią Dolores Claiborne są powieściami obyczajowymi z elementami thrillera, lecz także o to, że wkraczały na teren, po którym King dotąd nie stąpał - i robiło to niewielu pisarzy - opowieści o skatowanych przez życie kobietach, które zmagają się z prześladującym je widmem molestowania seksualnego.
King głupi nie jest. Miał świadomość, że gdy wkracza się na teren tak newralgiczny jak molestowanie i wykorzystywanie dzieci, należy podejść do niego z szacunkiem i pewną dozą subtelności. Zwłaszcza gdy molestowanie staje się nie elementem historii - jak na przykład w To czy Bibliotecznym policjancie - ale osią, na której budowane są narracja i fabuła.
Uznałem, że najlepiej będzie omówić te dwie powieści jednocześnie - nie tylko dlatego, że stanowią awers i rewers tej samej historii i były początkiem nowej drogi twórczej Kinga. Zdecydowałem się na to przede wszystkim dlatego, że Gra Geralda i Dolores Claiborne były pierwszymi powieściami stworzonymi przez już świadomie trzeźwiejącego pisarza. Człowieka, który nie tylko podjął decyzję, że nie chce pić, ale również że chce się zmienić. King należy do grona autorów, którzy pisanie traktują jako formę terapii, i wielokrotnie nakazywał swoim bohaterom zmagać się z demonami, które prześladowały jego. Tu było podobnie.
W trzeźwieniu najtrudniejszy moment to świadomość potrzeby zmian, ponieważ wraz z tą decyzją kończy się pewien etap życia i zaczyna kolejny. Wcale nie prostszy i łatwiejszy. Trzeźwiejący alkoholik zostaje sam, krąg jego znajomych gwałtownie się kurczy, a on musi się zmagać z demonami, o których osoby nieuzależnione nie mają zielonego pojęcia. Łatwo na tym etapie potknąć się i poddać, o wiele trudniej przetrwać i dokonać realnej zmiany jakości swojego życia. I dokładnie o tym - najtrudniejszym i najmroczniejszym etapie choroby alkoholowej - opowiadają te dwie książki.
W Grze Geralda wszystko zaczyna się niewinnie. Ona, piękna uległa żona, daje się przekonać mężowi do erotycznej gry. Ma przykuć ją kajdankami do łóżka. Pech chce, że zanim do czegokolwiek dojdzie - na co bohaterka w pewnym momencie nie wyraża jednak zgody i wpada w panikę - mąż umiera na zawał. To, co dzieje się później, jest rozpisaną na jedną postać, łóżko i wzrokowe omamy opowieścią o kobiecie, która stając twarzą w twarz ze śmiercią, musi dokonać rachunku sumienia i zrozumieć, co doprowadziło ją do momentu, w którym się znalazła. Dlaczego stała się tak uległa? Kto sprawił, że poczuła się zagubiona? Czy kochała męża? Czy kiedykolwiek kogokolwiek kochała? A najważniejsze - czy kocha siebie? Oczywiście mamy tu element fantasmagoryczny, ale szybko zostaje wyjaśniony, a całość historii sprowadza się do mrocznej podróży w głąb siebie i własnych traum.
W Dolores Claiborne tytułowa bohaterka w formie długiego monologu wyrzuca z siebie wszystkie dręczące ją tajemnice, grzechy przeszłości i porażki. Co prawda punktem zapalnym jest tutaj nie terapia, lecz oskarżenie o zabójstwo, ale to szczegół. Ważne jest to, z czym musi zmierzyć się samotna, porzucona przez wszystkich - jak każdy alkoholik - kobieta. Aby przetrwać, będzie musiała nie tylko być do bólu szczera, ale też, co najbardziej bolesne: z odwagą spojrzeć we własne odbicie w lustrze i pogodzić się sama ze sobą.
Kiedy Gra Geralda i Dolores Claiborne ukazały się na rynku, krytycy literaccy, którzy wcześniej wieszali psy na Kingu za pisanie horrorów, teraz jak jeden mąż zaczęli zadawać słynne pytanie: "Kiedy Stephen King przestał straszyć?". Odpowiedź na nie jest bajecznie prosta. Nigdy. Zarówno Gra Geralda, jak i Dolores Claiborne należą do najbardziej przerażających powieści Króla Horroru. Tyle że źródło grozy nie płynie w nich z nawiedzeń, opętań czy wizyt nieproszonych potworów, ale wprost z głębi duszy człowieka. Z iluzji, zaprzeczeń, życia w kłamstwie, wykluczenia i braku akceptacji tego, kim się jest.
I jeszcze jedno - kilka lat później, kiedy krytycy w końcu oswoją się z faktem, że King potrafi pisać nie tylko horrory, ale też przejmujące i straszne historie o ludziach skatowanych przez bliskich, okrzykną go mistrzem wnikania w kobiecą psychikę. I trzeba powiedzieć, że jest w tym coś zabawnego, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie kulisy powstania Carrie i to, jak King bał się pisać o dziewczynach.
FILMOWA ADAPTACJA DOLORES CLAIBORNE
Kathy Bates w Dolores Claiborne, 1995
Dolores(Dolores Claiborne)
1995, w reżyserii Taylora Hackforda, z Kathy Bates, Jennifer Jason Leigh i Davidem Strathairnem
Czasami wypadek to najlepszy przyjaciel nieszczęśliwej kobiety.
Taylor Hackford, który podjął się filmowej adaptacji powieści, stanął przed nie lada wyzwaniem. Gęstą, przygnębiającą powieść o samotności w tłumie i życiu z piętnem musiał przełożyć na język filmowy, nie tracąc przy tym nic z jej ciężaru. Wielkie brawa należą się tu przede wszystkim Tony'emu Gilroyowi. Autor scenariuszy do filmów o Bournie i do Michaela Claytona, za który dostał nominację do Oscara, zamienił książkowy monolog w zwarty scenariusz. Osią fabularną filmu wciąż jest zabójstwo, o które oskarżona zostaje Dolores; wciela się w nią Kathy Bates i ponownie daje niezwykły popis. Pracująca w Nowym Jorku córka Dolores, dowiedziawszy się o aresztowaniu matki, pakuje się i wraca do rodzinnego domu. Nie była to łatwa decyzja, bo drogi obu kobiet rozeszły się dawno temu i wydaje się, że nic nie jest w stanie znów ich do siebie zbliżyć. Pewnej deszczowej nocy zaczynają rozmawiać i wraz z upływem czasu powracają uśpione demony.
Filmowa Dolores to historia o konfrontacji. O absolutnym obnażeniu emocjonalnym i uczeniu się życia na nowo. Żadna, ani wcześniejsza, ani późniejsza, adaptacja filmowa prozy Kinga nie pokazała z tak niesamowitą siłą bagna, jakim jest początek świadomego trzeźwienia. Tego, jak alkoholik zostaje sam i aby przeżyć, musi najpierw pogodzić się z sobą. I właśnie dlatego Dolores - a nie Skazani na Shawshank - należy, obok Misery, do najważniejszych i najlepszych ekranizacji prozy Kinga.
CIEKAWOSTKA
Dolores Claiborne doczekała się... adaptacji operowej. W 2013 roku w San Francisco miała premierę opera, do której muzykę skomponował Tobias Picker, a libretto napisał J.D. McClatchy.
ADAPTACJA FILMOWA GRY GERALDA
Gra Geralda(Gerald's Game)
2017 (Netflix), w reżyserii Mike'a Flanagana, z Carlą Gugino i Bruce'em Greenwoodem
Dolores Claiborne to powieść mroczna ze względu na zawiesistą, przygnębiającą atmosferę, jednak mroczność Gry Geralda wspina się na poziom jeszcze wyższy. Bo przecież jest to powieść nie tylko depresyjna i przygnębiająca, ale też przede wszystkim opowiadająca o... kobiecie przykutej kajdankami do łóżka. Ona, łóżko i wszystko, co w mroku nocy tworzy przed jej oczami udręczony i przerażony umysł.
Nic dziwnego, że przez lata nikt nie chciał się podjąć adaptacji Gry Geralda. Bo żeby opowiedzieć taką historię, trzeba było nie tylko mieć na nią pomysł, ale także znaleźć aktorkę, która udźwignie na swoich barkach ciężar całego filmu. I kiedy wydawało się, że po powieść nie sięgnie nikt, na horyzoncie pojawił się Mike Flanagan. Młody, okrzyknięty wielką nadzieją kina grozy reżyser, realizując Grę Geralda, zastosował się do nieśmiertelnej zasady tworzenia dobrego horroru wymyślonej przez Maria Bavę. Zasada ta sprowadza się do prostego - ale jakże trudnego do zrealizowania - stwierdzenia, że siedemdziesiąt procent udanego filmu grozy to światło. Reszta jest już dodatkiem.
I tak Gra Geralda Flanagana to gra świateł i półcieni, pośród których leży przykuta Carla Gugino. Fenomenalnie leży i fenomenalnie gra. Ten film to jej show. Przez półtorej godziny jej twarz zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz jest piękna i pociągająca, raz przerażona, kiedy indziej zmęczona, udręczona, a wreszcie niewinna i szczęśliwa.
Film Flanagana należy do ścisłego grona najlepszych adaptacji prozy Kinga i jeśli ktoś o nim nie słyszał, to tylko przez absurdalny zbieg okoliczności... czy raczej dat. Gra Geralda trafiła do Netflixa w czasie, gdy rekordy popularności biło kinowe To Muschiettiego i hype dookoła tego filmu przykrył trochę dzieło Flanagana. Niesłusznie, bo reżyserowi udało się tu zarówno pozostać wiernym powieści - czyli opowiedzieć o życiu w cieniu molestowania - jak i wyciągnąć na ekran wszystkie demony, z jakimi mierzy się bohaterka, tak że film przeraża, choć tak naprawdę dzieje się w nim w zasadzie niewiele. Pozycja obowiązkowa!
Plakat do Gry Geralda, 2017
HISTORIA LISEY(LISEY'S STORY)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2006
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2006; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2019
Przełożyli Maciejka Mazan i Tomasz Wilusz
Kolejna książka, która nie powstałaby, gdyby nie wypadek samochodowy Kinga. Punktem wyjścia jest tu bowiem opowieść o tym, co dzieje się w życiu kobiety, która traci ukochanego i musi zacząć sprzątać swoje życie... oraz jego gabinet. King przyznał, że główną inspiracją dla Historii Lisey był powrót do domu ze szpitala. Pod jego długą nieobecność żona wysprzątała mu gabinet, przez co pierwszą rzeczą, którą zobaczył, były spakowane kartonowe pudła. Zupełnie jakby umarł, a ktoś sprzątnął wszystko, co po nim zostało.
Od takiej sceny właśnie zaczyna się Historia Lisey. Tytułowa bohaterka jest wdową po popularnym pisarzu, która po jego śmierci musi na nowo ułożyć sobie życie. Gdy zaczyna pakować rzeczy męża, powoli wkracza w świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Poznaje ukrywaną przed nią przeszłość, rodzinne tragedie i tajemniczą krainę... Niestety, Lisey nie jest jedyną osobą zainteresowaną spuścizną męża. Niebawem zacznie ją prześladować jego psychopatyczny fan, a jedynym schronieniem okaże się kraina, wydawałoby się, zmyślona przez ukochanego.
King wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że Historia Lisey to jego najbardziej osobista, a przy tym najlepsza powieść. I rzeczywiście odkrywa się w niej przed czytelnikami, część fabuły opierając na zdarzeniach, które naprawdę miały miejsce w jego życiu. Ale czy jest to powieść najlepsza? Na pewno jedna z tych najbardziej czułych.
Trudno nie potraktować Historii Lisey jako swoistego rewersu Worka kości. Tam mieliśmy opowieść o pisarzu, który stracił żonę, tu mamy żonę, która traci pisarza. Tam on odkrywał tajemnice ukochanej, tu ona poznaje sekrety męża. W obu jednak mamy złowrogi świat, który wkracza w życie bohaterów, zmuszając ich do ucieczki w krainę wyobraźni.
Dlatego też warto czytać te powieści jedną po drugiej. Wtedy w pełni odkrywamy to, co King myśli o miłości i związkach, widzimy, jak pięknie i czule połączone są ze sobą światy.
King przez lata powtarzał, że marzy mu się serial oparty na Historii Lisey, ale ponieważ żadna stacja nie chciała go zrealizować, prawa do książki sprzedane zostały Marty'emu Bowenowi, producentowi między innymi nowej wersji Power Rangers i Więźnia labiryntu. Póki co jednak prace nad filmem nie posuwają się do przodu.
BAZAR ZŁYCH SNÓW(THE BAZAAR OF BAD DREAMS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2015
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2015; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2019
Przełożył Tomasz Wilusz
Ostatni na dziś zbiór opowiadań Kinga. Spotkał się z dość ciepłym przyjęciem, ale też nikt specjalnie nie wpadł w euforię.
Od czasu, gdy Stephen King zajmował się rewolucjonizowaniem rynku e-booków, minęło blisko dwadzieścia lat. Coś, co było w 2000 roku ciekawym eksperymentem, stało się wydawniczą normą, sam pisarz zaś zaczął coraz częściej bawić się w eksperymenty z tym typem nośnika. Najbardziej spektakularny był ten przeprowadzony wspólnie z Amazonem w 2009 roku. Amerykański gigant wprowadzał wówczas do swojej oferty nowy czytnik - Kindle - i King dostał propozycję napisania opowiadania dla użytkowników Kindle'a, w którym nie tylko ulokuje towar, ale też sprawi, że dookoła niego będzie toczyła się akcja. Tak narodziło się opowiadanie UR. Opowieść o różowym Kindle'u nie z tego świata. Efekt tej kooperacji łatwo przewidzieć. W ciągu trzech dni tekst został pobrany prawie pół miliona razy, a King zgodnie z umową z Amazonem zarobił w kilka dni osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Jak sam przyznawał, napisał ten tekst z ciekawości, a przypadkowo zarobił na nim największe w swoim życiu pieniądze za opowiadanie.
UR trafiło do Bazaru złych snów w wersji mocno zredagowanej. Podobnie zresztą rzecz ma się z innym tekstem opublikowanym początkowo tylko elektronicznie - Wrednym dzieciakiem, który pierwszy raz został wydany tylko po niemiecku i francusku jako prezent dla europejskich fanów. Do Bazaru złych snów również trafił po daleko idących poprawkach.
Trzecim e-bookowym opowiadaniem jest 130. kilometr, choć jego historia sięga lat siedemdziesiątych, gdy King zaczął pisać opowiadanie 135. kilometr, którego nie ukończył. To znaczy nie udało się to do roku 2011, kiedy trafiło do czytelników w pakiecie promującym powieść Dallas '63. Co ciekawe, czytając ten tekst, nie czujemy, że powstał on stosunkowo niedawno. King bowiem straszy w nim jak za dawnych czasów, czyli ciut bardziej pulpowo.
Reszta tekstów, które trafiły do Bazaru złych snów, pochodzi albo z magazynów, albo z antologii, albo z książek, jak Billy Blokada, wydany w Stanach Zjednoczonych jako osobna pozycja, czy nawet z audiobooka, jak Pijackie fajerwerki. Nie wszystkie są wybitne, ale wszystkie potwierdzają jedno - King jest marką, która po prostu dba o swój znak towarowy i nigdy nie publikuje czegoś, co zaniżałoby jej jakość i wartość.
Warto na chwilę pochylić się tu nad tekstem Zielony bożek cierpienia. W tym opowiadaniu King powraca do swojego wypadku i opisuje ogrom cierpienia, jakie spływało na jego ciało. Oczywiście wszystko to ubrane jest w klasyczny horror o opętaniu i koresponduje bezpośrednio z powieścią Przebudzenie, ale nie zmienia to faktu, że jest to tekst niezwykle osobisty. I mimo pozornego happy endu smutny.
COLORADO KID(THE COLORADO KID)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Hard Case Crime, 2005
Wydanie polskie: Prószyński i S-ka, 2005
Przełożyła Maciejka Mazan
Minipowieść Stephena Kinga Colorado Kid powstała przez przypadek. Wydawca serii Hard Case Crime poprosił Kinga o notkę na okładkę książki. Pisarz uznał, że nie chce mu się pisać notki, za to... napisał powieść. Malutką, bo w oryginale miała sto osiemdziesiąt cztery strony, i dość przewrotną, bo była to powiastka kryminalna, która miała nawiązywać do klasycznych groszowych pulp fictions, ale z dość zabawnym twistem, a mianowicie w powieści zagadka... nie zostaje rozwiązana.
Zresztą nie był to jedyny twist, który wpędził w zakłopotanie czytelników i krytyków. Drugi zafundowała im amerykańska okładka z piękną brunetką. Wiele osób zadawało sobie pytanie: Kim jest ta kobieta, która nawet na sekundę nie pojawia się w powieści? Oczywiście odpowiedź jest banalnie prosta - nikim. Okładka była żartem. Nawiązaniem do estetyki, w którą wpisywała się seria wydawnicza, ale niekoniecznie ta powieść...
W Colorado Kidzie King podjął swoistą grę zarówno z czytelnikiem, jak i z gatunkiem. Prosta, zdawałoby się, powiastka o dziennikarce szukającej odpowiedzi na pytanie, kim był trup, nagle zamienia się w filozoficzną dysputę dotyczącą prawdy. Czy prawda w ogóle jest ważna, czy jesteśmy w stanie ją odkryć, a co najważniejsze - czy ktokolwiek tak naprawdę prawdy potrzebuje? King stawia pytania, ale nie daje odpowiedzi. Co oczywiście wkurzyło gatunkowych purystów. Abstrahując jednak od tych, których niejednoznaczność Colorado Kida rozwścieczyła - ta mała powieść pokazała światu, że King nie jest niewolnikiem konwencji i gdy tylko chce, uwalnia się z jej łańcuchów.
Warto jeszcze wspomnieć o czymś, co wydarzyło się przed wydaniem Colorado Kida. Otóż w 2003 roku King został uhonorowany najważniejszą literacką nagrodą w Stanach - National Book Award. Przyznanie nagrody za wielki wpływ na amerykańską literaturę Kingowi wywołało skandal w środowisku. Część "prawdziwych" pisarzy, na czele z Philipem Rothem, była oburzona tą decyzją i twierdziła, że King jest tylko sztukmistrzem i rzemieślnikiem, a nie prawdziwym pisarzem. Roth podobno planował nawet zwrócić swoją nagrodę. Czy zamieszanie to było uzasadnione, a oskarżenia padające pod adresem Kinga celne? Zdecydowanie nie. Jeśli spojrzymy nie tylko na to, jak się sprzedawał, ale też na to, jak ogromny wpływ miał na literacki rynek w Stanach Zjednoczonych, trudno kapitule nie przyznać racji. Poza tym, nawet jeśli większość utworów Kinga było gatunkową zabawą, to jednak napisał kilka, a nawet kilkanaście wymykających się schematom gatunkowym. Malutki Colorado Kid był jednym z nich.
ADAPTACJA SERIALOWA COLORADO KIDA
Haven / Przystań(Haven)
2010 (kanał SyFy), pomysł Sama Ernsta i Jima Dunna, z Emily Rose, Lucasem Bryantem i Erikiem Balfourem
Nigdzie nie ukryjesz swoich tajemnic lepiej niż w małym miasteczku.
Być może dzięki wymykaniu się Colorado Kida systematyzacji gatunkowej scenarzyści Sam Ernst i Jim Dunn uznali, że da się na podstawie tej minipowieści stworzyć intrygujący serial. I po pewnych perturbacjach - jedna stacja wycofała się z produkcji, a King zrezygnował z pisania scenariusza, zostawiając wszystko Ernstowi i Dunnowi - powstała historia, która poza tytułowym motywem trupa Colorado Kida nie ma zbyt wiele wspólnego z książką, jest za to bardzo sympatyczną i bardzo kingowską opowieścią o pewnym miasteczku, w którym dzieją się dziwne, nadprzyrodzone rzeczy. Główną bohaterką jest agentka FBI, Audrey Parker, która zostaje wysłana do Haven w stanie Maine, aby znaleźć i schwytać groźnego przestępcę. Na miejscu odkrywa, że Haven nie jest zwyczajnym miasteczkiem, a sympatyczny szeryf, który nie odczuwa bólu, skrywa w sobie dziwne tajemnice.
Widać w Haven silną inspirację Z Archiwum X, przefiltrowaną przez Miasteczko Twin Peaks. Nie jest to serial tak wybitny i przełomowy jak te, na których się wzorował, ale to wciąż kawał świetnej roboty telewizyjnej.
Plakat do filmu Haven, 2010
Najbardziej uwodzi w serialu Haven jego celowa staroświeckość. Jako jeden z niewielu, zamiast ścigać się ze współczesnymi produkcjami, wygląda tak, jakby nakręcono go w latach siedemdziesiątych. Akcja toczy się niespiesznie, nie ma przemocy, nie wydano milionów na efekty specjalne, za to postacie są wiarygodne, a zagadki wciągające. Serial retro został bardzo dobrze przyjęty na świecie, udowadniając tym samym potencjał, jaki tkwi w staroświeckich produkcjach. Haven przetrwał w ramówce pięć sezonów, a jego twórcy bawili się w nich nie tylko Colorado Kidem, ale także całą twórczością Kinga, stąd też w serialu pojawiały się odniesienia a to do To, a to do Maksymalnego przyspieszenia. I choćby dla rozszyfrowywania tych metazabaw warto na Haven poświęcić kilka dni z życia.
STEPHEN W BOLLYWOOD
Nie od dziś wiadomo, że hinduscy producenci uwielbiają "pożyczać" sobie fabuły znanych filmów bez kupowania do nich praw. Amerykańskie wytwórnie co prawda próbują robić z tym porządek, straszą pozwami i procesami (swego czasu głośny był przypadek subtelnego "ogłoszenia z pogróżkami", które zamieściło w prasie Warner Bros zaraz po tym, jak w świat poszła plotka o kręceniu w Bollywood przeróbki Ciekawego przypadku Benjamina Buttona), a w Indiach i tak ciągle powstają filmy mocno inspirowane amerykańskimi produkcjami. Studio Fox chciało nawet rozpętać międzynarodową awanturę, gdy w Indiach do kin trafiła kopia ich przeboju Mój kuzyn Vinny, ale awantura rozeszła się po kościach.
Skoro zatem w Indiach biznesowy model polegający na pożyczaniu fabuł jest niebywale popularny i bezkarny - choć prawda jest taka, że hinduscy producenci nie odczuliby zbytnio finansowych kar narzucanych przez Amerykanów - aż dziw bierze, że Stephena Kinga potraktowano w ten sposób tylko trzy razy.
Najpierw w telewizji. W 1998 roku na ekrany trafił serial Woh, który był... adaptacją powieści To. W 2003 roku do kin trafiła tam Julie Ganapathy, czyli bollywoodzka przeróbka Misery, a cztery lata później No Smoking oparte na opowiadaniu Quitters, Inc. Przy żadnej z tych produkcji nazwisko Kinga nie zostało wymienione w napisach początkowych. Więcej, filmy nie dość, że nie figurują w oficjalnych filmografiach Kinga, to jeszcze są skrzętnie przemilczane przez biografów pisarza. Co szczerze mnie zadziwia, ponieważ z uporem godnym lepszej sprawy w książkach o Kingu pisze się o kontynuacjach Dzieci kukurydzy czy Maglownicy, które na dobrą sprawę nie mają nic wspólnego z twórczością pisarza. Tymczasem bollywoodzkie dzieła mają, i to całkiem sporo. W przypadku Julie Ganapathy mamy do czynienia z niemal idealną kopią filmu Roba Reinera.
Ignorowanie hinduskich adaptacji Kinga wynika z dwóch zupełnie różnych powodów. Pierwszy jest prozaiczny: mało kto o nich wie. Nie odniosły w Indiach spektakularnych sukcesów - No Smoking było wręcz jedną z największych porażek finansowych 2007 roku - i nie miały dystrybucji poza granicami kraju. No i żaden z producentów nie odkupił od Kinga praw i nie umieścił jego nazwiska na liście płac. Drugi powód jest moim zdaniem bardziej skomplikowany. Otóż autorzy piszący biografie, filmografie czy eseje dotyczące twórczości Stephena Kinga najczęściej stawiają tezę, że jest on popkulturowym królem świata. A, niestety, status Kinga w Bollywood przeczy tej tezie. Żaden amerykański film oparty na jego prozie nie odniósł tam sukcesu, nikt też nie zainteresował się oficjalnie adaptowaniem któregoś z jego tekstów. Ktoś powie: "A kogo obchodzi rynek w Indiach?". Ano jednak chyba obchodzi. Indyjscy widzowie to największa publiczność kinowa na świecie - rocznie sprzedaje się tam ponad cztery miliardy biletów. W ciągu roku powstaje tam ponad tysiąc filmów, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych dwa razy mniej. W tym ogromie produkcji dwa filmy oparte na twórczości Kinga i jeden serial to tyle co nic - wąski margines błędu.
Oczywiście King nie jest jedyną światową gwiazdą, która przegrała walkę o indyjski rynek. W Indiach dobrze się sprzedają właściwie tylko produkcje bazujące na rodzimych tekstach. W walce o tamtejszych widzów nie pomógł Kingowi również gatunek, który uprawia. Chociaż powstają bollywoodzkie horrory czy mroczne thrillery, nie jest to jednak gatunek, który cieszy się tam wielkim powodzeniem. W dodatku świat tworzony przez Kinga w powieściach zupełnie nie przystaje do indyjskich realiów i aby zaadaptować jego teksty na tamtejszy rynek, trzeba by wprowadzać w nie mnóstwo poprawek. Najlepiej widać to na przykładzie przeróbki Misery, gdzie bohaterowi dorobiono życiorys, który niewiele ma wspólnego z Kingowską powieścią i jej amerykańską adaptacją filmową.
Jak wypadają owe bollywoodzkie adaptacje na tle innych filmów opartych na prozie Króla Horroru? Jak łatwo się domyślić - po bollywoodzku kuriozalnie.
Pięćdziesiąt dwa odcinki - dokładnie tyle trwał serial Woh. Obejrzenie ich sprawia fizyczny ból... choć w małych dawkach nawet bawią. O czym serial opowiada? Pamiętacie klauna Pennywise'a? No więc tu zło przybiera postać klauna, który wygląda jak jakaś biedna, niebywale zapuszczona wersja klauna Pogo, za którego przebierał się seryjny morderca John Gacy. Jeśli znajdziecie czas, wpiszcie w Google WOH George Death Scene. Obiecuję, że nigdy nie zapomnicie o tym, co zobaczycie. I ta drobna scena idealnie pokazuje, czym jest serial Woh i jak potraktowano w nim oryginał Kinga.
Punkt wyjścia jest podobny. Mamy zło, które atakuje dzieci. Wszystko toczy się we współczesnych Indiach, a Woh, czyli zło, nie jest pradawnym złem uwięzionym na Ziemi, lecz złym duchem. Do walki z nim przystępuje siedmioro dzieciaków. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Po pierwszej potyczce z Woh bohaterowie przysięgają powrócić do miasta. Oczywiście Woh nie zginął, więc wracają po piętnastu latach. Znów go pokonują. I znów muszą wrócić, gdy po siedmiu latach okazuje się, że nie udało im się to tak do końca. W końcu poznają prawdziwe oblicze Woh, i tu zaczyna się melodramat rodem nie z Bollywood, ale z Wenezueli. Wszystko zostało opowiedziane w stylu tanich seriali z lat dziewięćdziesiątych, jest więc sztucznie, papierowo i absolutnie niewiarygodnie. Kompletne zaprzeczenie wszystkiego, co stanowi siłę Kingowskiego To.
Choć blisko dwuipółgodzinna Julie Ganapathy jest - poza zmienieniem życiorysu bohatera - niemal wierną adaptacją Misery (bardziej scenariusza niż powieści), to wyparowała z niej cała groza oryginału. Siłą rzeczy nie ma tu oczywiście śniegu i leśnych ostępów. Bohater jest scenarzystą. Wracając do domu ze scenariuszami ostatnich odcinków serialu, ulega wpadkowi, a życie ratuje mu pewna, wydawałoby się, sympatyczna pani. Opiekuje się nim, ale kiedy przeczyta teksty... Resztę znacie. Twórcy tego filmu kalkują bezmyślnie ujęcia z oryginalnej Misery, od czasu do czasu przetykając je bollywoodzkimi wstawkami. I tak raz pojawia się tu tańcząca pani, kiedy indziej tańcząca pani śpiewa, innym razem zalewa się łzami. Warto zwrócić uwagę na to, jak cudownie zmieniono aparycję bohatera. Ze szczupłego, przystojnego, dojrzałego mężczyzny stał się jowialnym grubaskiem z wąsem, który nie wiedzieć czemu, działa niebywale na kobiety... Annie Wilkes zaś... bollywoodzka Annie jest dalej duża...
O ile Julie Ganapathy to klasyczne bollywoodzkie kino, które bardziej bawi, niż straszy, o tyle z No Smoking sprawa jest bardziej skomplikowana. Anurag Kashyap, reżyser i scenarzysta filmu, wykorzystał opowiadanie Kinga do snucia pełnej metafizyki i mroku opowieści o duchowym zatraceniu. No Smoking oczywiście zaczyna się niemal tak samo jak tekst Kinga. Oto K, trzydziestoletni egoista i pozer, pali namiętnie papierosy i nie liczy się z uczuciami bliskich. Kiedy opuszcza go żona, postanawia coś w swoim życiu zmienić i decyduje się na drastyczną, acz ponoć skuteczną terapię antynikotynową. Podobnie jak u Kinga, K podpisuje cyrograf, z którego jasno wynika, że jeśli zapali... Jeśli pamiętacie, co pisałem o Oku kota, filmie z Drew Barrymore, wiecie, co grozi bohaterowi... Tyle że Kashyap do listy konsekwencji palenia dodał niepokojący punkt czwarty: utratę duszy. Kiedy już wydaje się nam, że No Smoking będzie fabularną kliszą Quitters, Inc., w filmie nagle następuje wolta, a obraz Kashyapa coraz mocniej zanurza się w filmowej psychodelii rodem z twórczości Davida Lyncha, tyle że przefiltrowanej przez wschodnią wrażliwość i religię.
Dziwny to film. Niepokojący, mroczny, odbiegający od tego, jak standardowo wyobrażamy sobie bollywoodzkie kino. Zresztą nie jest tajemnicą, że właśnie przez swoją inność No Smoking okazał się klapą finansową. Nikt w Indiach nie chciał oglądać ponurej opowieści o facecie, który w wyniku własnych błędnych decyzji życiowych traci wszystko - nawet duszę.
Dwa bollywoodzkie filmy, jeden serial i zupełnie inne oblicza tego kina. Z każdym warto się zapoznać, ale to No Smoking jest intrygującą i oryginalną propozycją. Odstającą nie tylko od standardowego kina rodem z Indii, ale i od większości ekranizacji prozy Kinga...
A co do podboju tamtejszego rynku... W 2013 roku King opowiadał w wywiadach o swoim zainteresowaniu Bollywoodem. Tyle że raczej chodziło mu nie o filmy produkowane w Indiach, lecz o to, że najbogatsi hinduscy producenci od pewnego czasu inwestują sporo pieniędzy w produkcję amerykańskich filmów... Prawdopodobieństwo, że King będzie pierwszym amerykańskim pisarzem, którego adaptacje podbiją wschodni rynek, wciąż jest równe zeru.
WYWIAD Z MICKIEM GARRISEM
Mick Garris to legenda amerykańskiej telewizji. Twórca takich seriali jak Mistrzowie horroru czy Oblicza strachu. Etatowy współpracownik Stephena Kinga. Tworzą wspólnie od lat dziewięćdziesiątych.
Ten przeklęty Jack Nicholson
ROBERT ZIĘBIŃSKI: Przyglądając się twojej filmografii, nie można oprzeć się wrażeniu, że kochasz horrory.
MICK GARRIS: Na pewno od dawna mnie interesują, bo kocham także inne gatunki. Ale prawda jest taka, że dzięki filmom grozy odniosłem sukces, a jeśli coś daje ci nie tylko satysfakcję, ale też uznanie, to należy za tym iść.
Nie bałeś się zaszufladkowania?
Zupełnie się tym nie przejmuję. Poza tym horror jako gatunek towarzyszy mi, odkąd pamiętam. W szkole nie byłem zbyt popularnym dzieciakiem... dobra, trochę się to zmieniło, gdy zacząłem grać w kapeli rockowej, ale miałem wtedy już osiemnaście lat. Moi rodzice najpierw się kłócili, a potem rozwiedli, jeszcze kiedy byłem małym gówniarzem... Więc rozumiesz - w potworach, mrocznych opowieściach i szalonych naukowcach znalazłem ukojenie.
Pamiętasz, jak się poznaliście ze Stephenem Kingiem?
Gdy dostałem do reżyserii jego scenariusz, w ogóle się nie znaliśmy. Raz rozmawialiśmy przez telefon i to wszystko. A potem przyszedł moment, kiedy mieli wspólnie z Clive'em Barkerem i Tobem Hooperem wystąpić w jednej scenie. Właśnie wtedy się poznaliśmy. I spotkanie nie trwało zbyt długo. Dwie godziny na planie i wio... tyle go widzieli.
Lunatycy byli waszym pierwszym filmem. Spodziewałeś się, że zostaniecie przyjaciółmi i będziecie pracować razem przez następne dekady?
No coś ty! I on chyba też się tego nie spodziewał. Dlatego tak bardzo szanuję i dbam o tę przyjaźń. Jest niezwykła.
Na planie Lunatyków stworzyłeś coś na kształt drużyny Avengersów popkultury - w jednym miejscu pojawili się John Landis, Joe Dante, Clive Barker, Tobe Hooper i Mark Hamill...
Nie wymagało to wielkich kombinacji - wszyscy się ze sobą przyjaźniliśmy [śmiech]. King napisał blurb na okładkę Ksiąg krwi Barkera - słynny cytat: "Widziałem przyszłość horroru - nazywa się Clive Barker" - który tak naprawdę otworzył Barkerowi drzwi do kariery w USA, jego obecność była więc formą spłaty długu. Reszta wymienionych przez ciebie ludzi to moi kumple. Marka znam z czasów, gdy pracowałem na planie oryginalnych Gwiezdnych wojen. John Landis robił preprodukcję Menażerii w tym samym budynku, w którym pracowaliśmy nad Gwiezdnymi wojnami. Tobego Hoopera poznałem na planie Ducha, gdzie byłem odpowiedzialny za kontakty z mediami. Joego - gdy zajmowałem się promocją Skowytu, w którym zresztą zagrałem małe cameo. Poza tym byłem zombie na planie Thrillera i pojawiałem się w Samozapłonie Tobego Hoopera. Kiedy kręciłem Lunatyków, pomyślałem więc: ale fani horrorów się ucieszą, jeśli uda mi się zaprosić te wszystkie gwiazdy do jednego filmu. My bawiliśmy się świetnie, a ludzie do dziś zwracają uwagę na nagromadzenie ikon gatunku na planie, więc się opłacało.
Stephen King i Mick Garris na planie Lunatyków, 1992
Podobno najgorzej bawili się producenci, którzy chcieli zmusić cię do usunięcia z filmu wszystkich krwawych scen.
Chodziło o kategorię wiekową. Musieliśmy usuwać pewne sceny z filmu, żeby nie dostać najwyższej kategorii wiekowej. Nie był to jakiś wielki problem, ale wymagał dyplomacji i cierpliwości, bo odrzucali nam film chyba pięć razy. Najtrudniejsza moim zdaniem była scena pościgu, w której brali udział Brian Krause i policjant. Nad jej realizacją miał czuwać Mickey Moore, świetny drugi reżyser, który pracował między innymi na planie Indiany Jonesa. Pech chciał, że tuż przed zdjęciami Mickey miał zawał i musiałem sam nakręcić tę scenę, a nie miałem zbyt dużego doświadczenia w tego typu ujęciach. Kurde, nawet praca ze stu dwudziestoma sześcioma kotami (tak, dokładnie ze stu dwudziestoma sześcioma kotami) była łatwiejsza niż ten zakichany pościg.
W Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych Lunatyków reklamowano w magazynach typu "Bravo" i wszyscy spodziewali się filmu młodzieżowego...
Z zaklasyfikowaniem gatunkowym tego filmu wiele osób miało problem. Zarówno ja, jak i Steve zdajemy sobie sprawę, że nie jest to najambitniejszy film świata, ale też nie miał taki być. Chcieliśmy stworzyć coś, co byłoby połączeniem filmu o potworach z dziwną, pokręconą opowieścią o dojrzewaniu, budzeniu się seksualności. Ten ostatni aspekt nawet nas zaskoczył. Na etapie scenariusza nie czuło się tego, ale gdy przenieśliśmy go na wielki ekran... coś przeskoczyło i zaiskrzyło. I myślę, że w efekcie Lunatycy to naprawdę pokręcona opowieść o dojrzewaniu z potworami w tle.
King wraz z George'em Romero walczyli przez lata o ekranizację Bastionu, a tymczasem nagle pojawiasz się ty i realizujesz projekt ich marzeń. Jak do tego doszło?
To wszystko dzięki Lunatykom. King był bardzo zadowolony z tego, co udało nam się osiągnąć na planie Lunatyków. A gdy znalazł się budżet na Bastion, zapytał, czy nie chciałbym tego reżyserować. Bez obaw: nie wygryzłem George'a. Przez lata obaj walczyli o ten film, ale rzeczywistość non stop rzucała im kłody pod nogi. Kiedy okazało się, że Bastion może powstać, ale jako serial, Romero był zajęty kręceniem innego projektu. I tak serial trafił w moje ręce. Na prośbę samego Steve'a.
Plakat do Lunatyków, 1992
Wybranie obsady do filmu, który King układał w głowie od blisko dwudziestu lat, musiało być wyzwaniem.
Wiesz co? Nigdy, ale to nigdy nie próbuję sobie wyobrażać, kto zagra daną rolę, zanim zacznie się casting. To ogranicza wyobraźnię. Niezmiernie rzadko zdarza się także, że pierwsza osoba, którą zapraszasz na casting, dostaje rolę. Mówimy oczywiście o telewizji, w której panują ciut inne zasady niż w kinie, i te zasady mimo rozwoju seriali wcale się nie zmieniły. Dlatego zawsze jestem otwarty na castingi i traktuję je jako rozwijające doświadczenie. W przypadku Bastionu cały proces był niezwykle inspirujący, bo przychodzili do nas aktorzy i aktorki, którzy nie grali w serialach. Ale w tym projekcie chcieli wziąć udział. Gary Sinise był objawieniem. I to dzięki roli w Bastionie zagrał w Foreście Gumpie. Zaangażowanie takich ikon jak Ossie Davis i Ruby Dee pozwoliło nam oprzeć serial nie tylko na marce Stephena, ale także na ich legendzie. Matt Frewer był jednym z pierwszych, którzy przyszli na castingi, i dosłownie zwalił nas z nóg swoją interpretacją postaci, która balansowała na pograniczu obłędu. Zresztą z Mattem pracowałem potem przez lata. Cały proces wybierania obsady był niezwykle męczący i pracochłonny. Wiesz, obsadziliśmy nawet Diane Kruger w roli Frannie Goldsmith. Ostatecznie zastąpiła ją Molly Ringwald, ale tylko dlatego, że Diane była w ciąży, a my, mając plan trwający blisko pół roku, nie mogliśmy czekać, aż urodzi. No a gdyby wcieliła się we Frannie w finale, wyglądałaby inaczej niż na początku. Ale nikt się na taki obrót sprawy nie pogniewał. Po prostu natura spłatała nam figla.
W Bastionie pojawiają się Ed Harris i Kareem Abdul-Jabbar, nie wymieniliście ich jednak na liście płac na końcu serialu. Dlaczego?
A to akurat proste. Zarówno Ed, jak i Kareem byli przyjaciółmi producenta, Richarda Rubinsteina. Tutaj, podobnie jak w przypadku epizodu Marka Hamilla w Lunatykach, uznaliśmy, że najlepiej będzie, jak zaskoczymy widzów i nie podamy największych gwiazd na liście płac.
Oglądałeś Bastion po latach? Myślałeś może, co by w nim zmienić? Obok serialowego To jest chyba najpopularniejszym serialem opartym na prozie Kinga.
Nigdy nie myślałem o tym, żeby zmieniać cokolwiek w swoich ukończonych filmach. To byłoby nie fair. Ukończenie filmu jest jakby zamknięciem pewnego rozdziału. Potem ruszasz przed siebie i tyle. Więc w przypadku Bastionu jestem po prostu szczęśliwy, że udało mi się nakręcić serial, który połączył przed telewizorami miliony widzów. Pamiętaj: to serial, który w latach dziewięćdziesiątych pobił wszystkie rekordy oglądalności w kategorii miniserial. Nie było lepszego.
Podobno postać Larry'ego Underwooda to tak naprawdę Bruce Springsteen. Myślałeś o tym bohaterze w takiej kategorii?
W przypadku powieści - tak. Steve pisał Larry'ego, inspirując się Bruce'em, ale na planie filmowym o tym nie rozmawialiśmy, a ja nie myślałem o Bossie. Więc powieść tak, film nie.
Adaptując Bastion, miałeś przed sobą jedno wyzwanie: jak wiarygodnie przenieść na ekran powieść uznawaną za arcydzieło. W przypadku Lśnienia wyzwanie było podwójne - wybitna powieść i jej kontrowersyjna, ale mimo wszystko uznawana za horror wszech czasów adaptacja. Stresowałeś się?
Byłem naiwny. W ogóle nie myślałem o tej adaptacji w tych kategoriach, aż do momentu, gdy zaczęliśmy pracować. King nie był zadowolony z tego, co z jego powieścią zrobił Kubrick, i nigdy tego nie ukrywał. Ja też nie przepadałem za filmowym Lśnieniem. Uwielbiam powieść Steve'a i choć wiem, że film Kubricka jest wybitny, ma jednak niewiele wspólnego z książką. Kiedy rozmawialiśmy o adaptacji Lśnienia, nie myśleliśmy w kategoriach "robimy na złość Kubrickowi", ale raczej o tym, że kręcimy adaptację wielkiej powieści. Kubrick nie przewijał się przez nasze rozmowy. King napisał scenariusz, podobnie zresztą jak było to w przypadku filmu Kubricka, tyle że Stanley wyrzucił tekst do kosza. Dla Steve'a Lśnienie to niezwykle osobista powieść, a Kubrick wyrzucił z niej wszystko, co było dla niego ważne. Więc ignorowaliśmy ten film do momentu, gdy ogłosiliśmy castingi. I tu zaczęła się zabawa, która pokazała nam, jak ważną rolą jest kreacja Nicholsona.
Nicholson i jego Jack Torrance to ikona, rola legenda. Trudno było znaleźć kogoś na tyle szalonego, aby odważył się konfrontować z Nicholsonem?
No właśnie! Rola Jacka niemal doprowadziła do odwołania zdjęć i zawieszenia produkcji. Nie mieliśmy aktora na trzy dni przed rozpoczęciem zdjęć! Wszyscy odmawiali albo nie sprawdzali się w konfrontacji z Rebeccą De Mornay grającą Wendy. Doszliśmy do momentu, w którym King był na granicy wytrzymałości i chciał wycofać się z projektu. A potem do pokoju wszedł Steve Weber, przeczytał rolę razem z Rebeccą i... wszyscy odlecieliśmy. To było coś niesamowitego!
Bastion był wielkim projektem, który wymagał ogromnego zaangażowania, ale oglądając Lśnienie, odnosiłem wrażenie, że ten serial wcale nie był łatwiejszy w realizacji.
Wiesz co? Lśnienie od strony opowieści jest filmem o wiele bardziej intymnym, ale wcale nie znaczy to, że prostszym. Przez to, że ograniczał się tylko do kilku osób i kilku planów, miałem nad nim większą kontrolę, co widać w, nazwijmy to, wykończeniu serialu. Mogliśmy tu po prostu dopracować wszystko w większych szczegółach. Dlatego uważam, że Lśnienie jest lepsze od Bastionu. Na poziomie czysto techniczno-filmowym. Ogrom Bastionu był przytłaczający.
Pamiętasz reakcję na serial Lśnienie?
Recenzje były bardzo, bardzo dobre, nawet lepsze od tych, które dostaliśmy za Bastion, który uznawany był za szczyt Kingowskich adaptacji w telewizji. Fani Kinga byli serialem zachwyceni, a wielbiciele filmu Kubricka... No cóż, ci chcieli mnie zabić za to, że odważyłem się nakręcić ten serial. Nic na to nie poradzę... [śmiech].
Podobno Autostrada strachu miała być serialem. Co poszło nie tak?
Bez przesady. Nic nie poszło nie tak. Wszystko zaczęło się od tego, że stacja FOX, która nigdy nie realizuje filmów telewizyjnych, zamówiła u mnie pilota serialu. Umowa była prosta. Zrób dwa odcinki i zobaczymy. Nakręciłem. Nikt nie zwrócił na nie uwagi, pomysł na antologię horrorową umarł, a ja zostałem z pilotem, który zamieniliśmy na nowelkowy film.
Opowiadanie Gryziszczęka, które wybrałeś, to dość zaskakujący tekst...
Przede wszystkim chciałem zobaczyć, jak ta historia będzie działać na dużym ekranie. A poza tym w tamtym momencie to był jeden z nielicznych tekstów Kinga, do którego nie sprzedano jeszcze praw. No i uwielbiam pustynną odmianę noir, a adaptacja Gryziszczęki była swoistym poligonem przed realizacją osadzonej na pustyni Desperacji.
Jazda na kuli to opowieść o życiu, śmierci i wyborach, jakie motywują nasze życie. Czytałem gdzieś, że to twój najbardziej osobisty film.
Bo jest. Oryginalna historia ma tylko trzydzieści stron, a Steve pozwolił mi uzupełnić ją po swojemu, więc wypełniłem ją doświadczeniami z własnego życia. Podczas kręcenia zmarli mój ojciec i brat - co sprawiło, że Jazda na kuli stała się dla mnie swoistym rozliczeniem z własnym życiem.
To czym dla ciebie jest horror? Formą pokonywania własnych demonów? Gatunkiem dającym oczyszczenie?
Tak. Ale kręcąc horror, chcę także sięgnąć głęboko, jak najgłębiej w dusze widzów, zagłębić się w nie i znaleźć to, co łączy nasze emocje. Ten pierwiastek, który łączy wszystkich ludzi niezależnie od ich wiary, rasy i wychowania. Bo wszyscy odczuwamy lęk, strach, a horror łączy nas ponad wszelkimi podziałami.
Desperacja to horror o Bogu. Trudno adaptuje się tak otwarcie religijną powieść?
Bardzo trudno. Już rozmowy o Bogu i religii potrafią stawać się początkiem konfliktu, a co dopiero film, który swoim podejściem do wiary bardzo łatwo może zirytować widza. W Bastionie udało się nam tego uniknąć, ale tam środek ciężkości znajdował się gdzie indziej. Tu było trudniej. Stephen jest głęboko wierzącym człowiekiem, ja jestem jego przeciwieństwem. Desperacja była w ogromnej mierze jego aktem wiary i musiałem to uszanować. Z drugiej strony, jest to oczywiście wymyślona historia, więc po prostu ją opowiadałem. Starałem się jednak, aby dialogi, w których bohaterowie mówią o Bogu, nie były zbyt nachalne. Nie chciałem, żeby widzowie się zirytowali i nie obejrzeli filmu do końca.
Mimo twoich starań Desperacja spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Dlaczego?
Po pierwsze, była to adaptacja jednej z mniej znanych powieści Steve'a; po drugie, bardzo mało zainwestowano w jej promocję i reklamę. W efekcie film wpadł w czarną dziurę. Ci, którzy wielbią Kinga, obejrzeli, ale niewielu więcej.
Wszystko zależy od promocji?
Powiem inaczej: nigdy nie wiesz tak naprawdę, jak odbiorca zareaguje. Czy film będzie hitem, czy nie. Ale promocja pomaga. Im większy zasięg ma film, tym większa szansa na to, że ktoś go zauważy.
Podobno przy Desperacji toczyłeś wojny ze stacją telewizyjną.
Tak naprawdę ABC najmocniej ingerowało w casting. To była wojna. O tyle niespotykana, że do tej pory nie ingerowali w nasze produkcje.
Czytałem, że próbowali ingerować w efekty specjalne.
Tak, ale to klasyczne wojny, jakie toczy się z producentem pod koniec filmu. Ta sytuacja mnie nie zaskoczyła tak bardzo jak to, że próbowali narzucić nam obsadę.
Porwałeś się na adaptację jednej z najlepszych powieści Kinga, Worka kości, i trochę za nią oberwałeś.
Nie odczułem tego. Serial świetnie się sprzedał, stacja A&E była zachwycona wynikami, a to ich pierwsza adaptacja Kinga.
Pierce Brosnan w Worku kości, 2011
Chodziło mi o recenzje, w których pisano, że sprowadziłeś tę powieść do walki Brosnana z drzewem.
Bez przesady! Nie mam wpływu na to, jak odbierają moje filmy krytycy, a serial na pewno nie sprowadzał się do walki z drzewem. Zbyt duże uproszczenie.
Trudno było przekonać Pierce'a Brosnana do zagrania w horrorze?
Akurat wcale. Szukał jakiegoś innego wyzwania i miał ochotę wrócić do telewizji, a dla mnie Mike Noonan miał jego twarz. Ułożyło się zatem idealnie. Pierce szybko wszedł w rolę, zresztą przyznawał, że w jakimś stopniu była ona odzwierciedleniem tego, co sam przeżył. Podobnie jak bohater, stracił żonę, więc emocje, które przekazał bohaterowi, były tak naprawdę jego emocjami. Dlatego był tak niesamowity. Nigdy do tej pory nie widziałem aktora, który tak dobrze pokazał na ekranie rozpacz po utracie bliskiej osoby.
Worek kości to nie tylko opowieść o utracie bliskich, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka w kinie to ostatnia, ale kto wie, czy nie najważniejsza warstwa. To ona nadaje filmowi rytm i od niej zależy, jakie emocje będzie u widza wywoływał. Dlatego też w tej części Worka kości, która odnosi się do przeszłości bohaterki, muzyka staje się równorzędnym bohaterem opowieści. W ogóle to jako dzieciak byłem muzykiem, wspomniałem ci, że grałem w zespole. Z tym że mnie zawsze ciągnęło w stronę progresywną. Porzuciłem granie, gdy zająłem się na poważnie filmem. I w sumie do dziś tego żałuję.
Że nie grasz?
Nie. Że nie słucham, że muzyka nie odgrywa już tak ważnej roli w moim życiu, jaką kiedyś odgrywała.
Co się stało z adaptacją Talizmanu, nad którą lata temu pracowałeś?
To było tak: na zlecenie stacji ABC napisałem scenariusz miniserialu, opartego na Talizmanie. Tylko okazało się, że efekty specjalne byłyby tak drogie, że z niego zrezygnowano. No i w produkcję zaangażowani byli i Steve, i Spielberg, i kilka innych wielkich nazwisk, które skutecznie zawyżały budżet. Nie zdecydowano się, bo aby ten serial był dobry, musiał być drogi. Wiem, że potem parę razy podejmowano próby ożywienia projektu, ale nikomu nie udało się doprowadzić tego do końca. Świat wymyślony przez Steve'a i Petera jest tak wymagający, że bez doskonale przygotowanych efektów nie ma co porywać się na adaptację. Z tego, co wiem, projekt wciąż czeka na lepsze czasy.
Twój najlepszy film?
Chyba nie ja powinienem o tym mówić, tylko ludzie, którzy je oglądają.
To inaczej. Gdybyś miał wybierać, to którą ze swoich adaptacji Kinga uznajesz za najlepszą?
Nie ułatwiasz... [śmiech]. Powiem tak: jeśli chodzi o to, jak mi się ją kręciło - Lśnienie. To najlepsza rzecz od strony technicznej, jaką zrobiłem. Ale najbardziej osobistą i taką bardzo moją jest cały czas Jazda na kuli.
Nad czym teraz pracujesz?
Kończę, tak naprawdę to ostatnie szlify, pracę nad antologią filmową Nightmare Cinema. Jestem jej producentem, a poza mną straszne historie opowiadają w niej Joe Dante, Alejandro Brugués, David Slade i Ry?hei Kitamura. Cały czas prowadzę swój podcast POST MORTEM WITH MICK GARRIS, a jak znajduję czas, to jeszcze piszę nową powieść. Więc nie narzekam. Trochę tego jest.
Dlaczego do serialu Mistrzowie horroru nie wrzuciłeś ani jednego opowiadania Kinga?
Tak naprawdę były takie plany, ale nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego tekstu. A potem Mistrzowie horroru zostali zdjęci.
To na koniec wymień pięć filmów grozy, które twoim zdaniem powinien znać każdy:
Szlag... To wcale nie jest takie proste. Dobra, zaczynam: Nierozłączni i Mucha Cronenberga, Rzecz Carpentera (absolutnie wybitna pozycja), Amerykański wilkołak w Londynie... I na koniec poważnie i serio: Abbott i Costello spotykają Frankensteina.
LŚNIENIE(THE SHINING)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1977
Wydania polskie: Iskry (pod tytułem Jasność) 1990; Prószyński i S-ka, 1997; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożyła Zofia Zinserling
Chyba najczęściej omawiana i zarazem najbardziej znana powieść Stephena Kinga. Tytuł, który ostatecznie utwierdził jego pozycję na rynku wydawniczym i od którego zaczęto określać go mianem Króla Horroru. Zanim jednak dojdziemy do tego momentu, musimy cofnąć się w czasie do roku 1974. Trzy lata przed wydaniem Lśnienia King był autorem, który miał na koncie jedną wydaną powieść i dwie wielkie zaliczki - w sumie w kieszeni pół miliona dolarów - na paperbackowe wydanie Carrie i Miasteczka Salem. Niezłe osiągnięcie jak na dwudziestosiedmiolatka do tej pory żyjącego w ubóstwie. Dlatego też King wraz z rodziną podjął decyzję o przeprowadzce, o opuszczeniu Maine, gdzie dorastali, i szukaniu szczęścia gdzieś indziej. Ich wybór pada na Boulder w stanie Kolorado. Oddalone o jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Denver miasto z niespełna dziewięćdziesięcioma tysiącami mieszkańców, położone u podnóża Gór Skalistych. Tu King planował pisać brutalny kryminał oparty na prawdziwej historii porwania Patty Hearst. Książka miała nosić tytuł The House on Value Street. Ale nigdy jej nie ukończył. Za sprawą wizyty w pewnym hotelu...
Był koniec września. Kingowie uznali, że wyjadą za miasto i wyruszą w góry. Sezon turystyczny chylił się ku końcowi. Wynajęli pokój w hotelu Stanley - zbudowanej na ponad dwóch tysiącach metrów głównej atrakcji turystycznej w maleńkiej miejscowości Estes Park. Nie mieli pojęcia, że trafili na ostatni roboczy weekend w hotelu i że będą ostatnimi gośćmi, których w tym sezonie przyjmie Stanley. Sama kolacja w pustej sali restauracyjnej była traumatycznym wspomnieniem. Ale najgorsze było przed nimi. W nocy, w pustym gigantycznym hotelu, którego byli jedynymi gośćmi, Kingowi przyśnił się koszmar. W śnie jego mały synek uciekał na trójkołowym rowerku przed przerażającym wężem pożarownym, który gonił go hotelowym korytarzem. Pisarz obudził się z krzykiem. Wyszedł z pokoju, usiadł przy stole w jadalni, otworzył piwo, a w głowie miał już pomysł na powieść. Historię o rodzinie mieszkającej w odciętym od świata hotelu. Rodzinie, którą prześladują duchy...
Wspominając o genezie Lśnienia, warto przypomnieć opowiadanie Raya Bradbury'ego The Veldt. King tak uwielbiał historię o człowieku, którego sny stają się rzeczywistością, że sam próbował napisać horror oparty na tym pomyśle. Tyle że u niego bohaterem miał być mały chłopiec. Powieść miała nosić tytuł Darkshine i nigdy nie powstała. Za to wiele jej elementów finalnie trafiło do Lśnienia.
Gdy dziś myślimy o tej powieści, często patrzymy na nią przez pryzmat filmu Kubricka. I, niestety, nie jest to najlepszy odnośnik. Nie, nie uważam, żeby to był zły film (przeciwnie, o czym poniżej), ale jest to film, który zmienia percepcję Kingowskich bohaterów. Jack Torrance, czyli ojciec, skory do przemocy niepijący alkoholik, w powieści jest miłym facetem, który tylko po kielonie traci kontrolę. Wendy, jego żona, jest piękną kobietą, która trwa u boku frustrata z miłości, ale i poczucia obowiązku wobec dziecka. Jest wreszcie Danny, obdarzony talentem lśnienia chłopiec - pomysł na lśnienie King zaczerpnął z piosenki Instant Karma Johna Lennona - który w powieści od początku wie, że zdarzy się coś złego. No i mamy hotel. W filmie miejsce upiorne, ale realne. W powieści małe piekło na ziemi. Miejsce obdarzone historią, żyjące własnym życiem i de facto opętujące swoich mieszkańców. Bo w Lśnieniu King pisze o dobrych ludziach trafiających do miejsca, które celowo budzi w nich uśpione demony. Do piekła, domu złego, który czerpie przyjemność z cierpienia i strachu. Dla Kinga motyw złego domu (użyty po raz drugi, po Miasteczku Salem) był tu kluczowy. Dla Kubricka kluczowe okazały się relacje międzyludzkie.
Dziś wiemy już, że King podczas pisania zmagał się z alkoholizmem, że tworząc postać Jacka, tak naprawdę egzorcyzmował własne mroczne myśli; sam lata po wydaniu Lśnienia przyznał się, że pisząc o przemocy wobec dzieci, pisał tak naprawdę o tym, co czasami przychodziło mu do głowy, kiedy jego dzieci płakały, podczas gdy on próbował pisać. W chwili ukazania się tej powieści nikt nie miał o tym pojęcia, a Lśnienie, ze swoimi scenami okrucieństwa, wywołało poruszenie pośród krytyków, którzy zarzucali pisarzowi przekraczanie granic dobrego smaku i epatowanie przemocą.
Może i jest w tej książce kilka mocnych scen, w których Torrance, tracąc panowanie nad sobą, krzywdzi bliskich, ale trzeba też uczciwie przyznać, że są one świetnie wkomponowane w całość i dzięki nim King osiąga to, na czym mu zależało - szokuje czytelników tym, jak łatwo Jack Torrance z miłego faceta, któremu życzymy dobrze, przekracza granicę, stając się potworem. Tyle że przemiana nie następuje zgodnie z jego wolą, lecz w wyniku nacisków demonicznych sił żyjących w murach hotelu Panorama. To one odkrywają słaby charakter Torrance'a i powoli popychają go w obłęd.
Warto jeszcze zwrócić uwagę przy omawianiu Lśnienia, na liczbę odniesień do klasyki literackiego horroru. King, z wykształcenia anglista, po raz pierwszy w swojej twórczości zagrał tu w erudycyjną, metatekstową grę z czytelnikiem, a to bawiąc się nawiązaniami do Shirley Jackson, a to cytując Edgara Allana Poe, a to Nathaniela Hawthorne'a. Wszystko to jednak robił z wyczuciem, jakiego pozazdrościć mógłby mu Quentin Tarantino. Nie orientujemy się przecież, że scena balu w hotelu została pożyczona z Maski czerwonego moru Poego, że w opisach Panoramy King cytuje Nawiedzony dom na wzgórzu Jackson. Można zatem zupełnie śmiało uznać, że Lśnienie przewidziało i Tarantina, i popkulturowy postmodernizm. Wciąż przy tym pozostając klasyczną opowieścią o duchach.
W 2013 roku ukazała się powieść Doktor Sen, kontynuacja Lśnienia.
CIEKAWOSTKA
Hotel Stanley istnieje do dziś i można spędzić w nim noc (już za 150 dolarów za dobę). Co ciekawe, o ile szefostwo hotelu nie wyraziło zgody, aby Kubrick nakręcił w nim swój film, tłumacząc się obawą o to, jak zareagują potencjalni goście, o tyle dziś nie przeszkadza im odcinanie kuponów od popularności Lśnienia. I tak w hotelu można kupić specjalne piwo Overlook i masę gadżetów nawiązujących do filmów i powieści.
CIEKAWOSTKA 2
W 2017 roku specjalizujące się w kolekcjonerskich edycjach powieści Kinga wydawnictwo Cemetery Dance wydało Lśnienie w wersji pełnej - czyli z nieusuniętymi scenami, nowym rozdziałem oraz z dodanym prologiem i epilogiem, Before the Play i After the Play, które z oryginału usunął sam King.
ADAPTACJE FILMOWE LŚNIENIA
Lśnienie(The Shining)
1980, w reżyserii Stanleya Kubricka, z Jackiem Nicholsonem, Shelley Duvall i Dannym Lloydem
Arcydzieło współczesnego horroru.
Wszystko zaczęło się od tego, że Stanley Kubrick, związany ze studiem Warner Bros wieloletnim kontraktem, na jednym z zebrań z szefami powiedział, że chciałby nakręcić "najstraszniejszy horror wszech czasów". Producenci, mając w pamięci fortunę, jaką przyniósł im Egzorcysta, najpierw zaproponowali Kubrickowi wyreżyserowanie jego kontynuacji. A kiedy pogonił ich z tym projektem, niezmordowani i niezrażeni, zaczęli wysyłać do biura reżysera wszystkie powieściowe horrory, jakie nawinęły im się pod ręce. Tak narodziła się pewna hollywoodzka legenda. Ponoć Kubrick zaglądał do każdej podesłanej mu książki i co pół godziny jego sekretarka słyszała głuchy huk dobiegający z gabinetu reżysera. To Kubrick rzucał o ścianę powieściami, które znudziły go po czterdziestu stronach. Kiedy pewnego poranka sekretarka nie usłyszała hałasu, a reżyser nie reagował na wezwania przez interkom, pobiegła do gabinetu, obawiając się, że Kubrick zmarł na zawał serca. Nie zmarł, czytał Lśnienie. Po jakimś czasie wyszedł i oznajmił: "To ta powieść".
Stanley Kubrick i Jack Nicholson podczas zdjęć do Lśnienia, 1980
Tak narodził się horror, który albo się kocha, albo nienawidzi. Adaptując bestsellerową powieść Stephena Kinga, Kubrick wyciął z niej wszystko, co uznawał za zbędne. Zniknęła opowieść o nawiedzonym domu, przepadł straszny kocioł i demoniczne zwierzęta. Została sama oś fabularna - historia mężczyzny, który mieszka wraz z rodziną w hotelu odciętym od świata przez zimę. Gdy wyjeżdża ostatnia osoba z obsługi, a Jack zostaje sam z żoną i synem, zaczyna się koszmar. Z upływem dni popada bowiem w coraz większy obłęd, a w finale próbuje zamordować żonę i syna.
Lśnienie to mistrzowska szkoła filmowa budowania nastroju. Kubrick gra dźwiękiem, wykorzystując muzykę Pendereckiego, i obrazem; montuje obrazy tak sprawnie, że fabuła przypomina bardziej koszmarny sen niż film. Wszystko jest nierealne, dziwne, zawieszone gdzieś na pograniczu dwóch tajemniczych światów. Nawet duchy, z którymi rozmawia bohater, okazują się nie duchami, lecz fantasmagoriami umęczonego umysłu. Zresztą Kubrick celowo i z pełną premedytacją usuwał z fabuły wszystkie elementy, które mogły jednoznacznie sugerować nadprzyrodzone źródła tego, co przydarza się bohaterom. Najlepszym dowodem na to było wycięcie z filmu granego już w kinach (w USA) sekwencji wizyjnej Wendy, kiedy wpada do pokoju pełnego szkieletów. Scena ta przez dekady uchodziła za zaginioną. Na szczęście znaleziono ją w archiwach Kubricka i dodano do specjalnej edycji Blu-ray filmu. Co ciekawe, wielkim fanem tej sekwencji był sam Steven Spielberg, który sięgnął po nią w swoim Ready Player One, choć przecież niewiele osób miało o niej pojęcie. Lśnienie miało prowokować do myślenia, a nie dawać gotowe odpowiedzi. Bo w końcu to, co przeraża najbardziej, to rzeczy, których pojąć nie potrafimy. I one też działają najmocniej na wyobraźnię. Zapewne dzięki tym wszystkim zabiegom film Kubricka do dziś interpretowany jest na nowo. Doczekał się nawet poświęconego mu dokumentu Room 237 (2012), którego twórcy opowiedzieli o niemal wszystkich teoriach spiskowych narosłych dookoła filmu. A więc o tym, że Kubrick chciał swoim filmem skomentować ludobójstwo, którego Amerykanie dopuścili się na Indianach. Że jest to jego zakamuflowana spowiedź, w której przyznaje się do pracy dla NASA i CIA, polegającej na markowaniu lądowania na Księżycu. Albo oskarżenie wobec wszystkich, którzy negowali Holokaust. Każda z tych historii oddala film jeszcze mocniej od oryginału Kinga. Nic zatem dziwnego, że swobodne podejście do literackiego oryginału sprawiło, że przez lata Stephen King odcinał się od tego filmu i wreszcie w 1997 roku nakręcił własną wersję. Dużo słabszą, jak się okazało. Nie tylko odstępstwa fabularne irytowały Kinga, który pisał, że film Kubricka przypomina cadillaca bez silnika - piękny z zewnątrz, ale pusty - ale również fakt, że reżyser wyciągnął na powierzchnię to, co jego, Kinga, najbardziej uwierało: alkoholowe demony. Dopiero po latach - i odwyku - przyzna, że Lśnienie to tak naprawdę zapis alkoholowych lęków i paranoi, jakie go wówczas dręczyły. W chwili gdy Kubrick dopatrzył się ich w powieści, King - jak każdy alkoholik - żył w zgodzie z mechanizmami uzależnienia i nie miał ochoty słuchać o tym, że być może ma problem z piciem. A już na pewno nie miał ochoty na to, aby pewne zachowania i mechanizmy pokazywał mu ktoś obcy.
Plakat filmowy do Lśnienia, 1980
Oglądając Lśnienie Kubricka, warto zwrócić uwagę na słynną scenę z rzeką krwi wylewającą się z windy. Reżyser kręcił ją prawie rok, bo ciągle twierdził, że krew nie wygląda jak krew. Gdy w końcu udało mu się osiągnąć zamierzony efekt, postanowił, że scena ta będzie trailerem. Wtedy okazało się, że w Stanach krew nie może promować filmów. Chociaż wygląda niezwykle realistycznie, Kubrickowi udało się wmówić cenzorom, że widzą na ekranie wodę z rdzą, i trailer został zaakceptowany. Dziś, w czasach, kiedy producenci ciągle usuwają krew z kadrów, taka scena byłaby niemożliwa. Dzięki Bogu zatem, że Kubrick nakręcił ją w latach siedemdziesiątych.
Lśnienie(The Shining)
1997 (pierwsza emisja miniserialu ABC), w reżyserii Micka Garrisa, ze Stevenem Weberem, Rebeccą De Mornay i Wilem Horneffem
Niektórzy goście nigdy się nie wymeldowują...
Nawet jeśli Stephen King w Danse Macabre zamieścił Lśnienie Stanleya Kubricka na liście najważniejszych filmowych horrorów, była to z jego strony czysta kokieteria. Prawda jest taka, że zawsze tego filmu nienawidził. Nie ma w tym określeniu przesady. Gdzie tylko mógł, podkreślał fakt, jak bardzo był niezadowolony z filmu Kubricka; twierdził, że reżyser skrótami fabularnymi okaleczył jego powieść.
Więcej - uważał, że obsadzenie w roli głównej Jacka Nicholsona było błędem, bo od początku było wiadomo, że będzie to postać demoniczna. Nigdy też nie wybaczył Kubrickowi końcówki filmu, czyli tego, że hotel Panorama nie został spalony. Stosunkowo niedawno, zapowiadając kontynuację Lśnienia - powieść Doktor Sen - King nie odmówił sobie uszczypliwości i przypominał fanom, że oryginalna powieść kończy się zupełnie inaczej niż film Kubricka, a Doktor Sen nie będzie miał z nim nic wspólnego. W zasadzie trudno mu się dziwić. Jak już pisałem, Lśnienie było jego pierwszym prawdziwym bestsellerem, no i pierwszą powieścią, w której - jeszcze podświadomie - rozliczał się ze swoim alkoholizmem. Rozczarowanie adaptacją książki mimo upływu czasu nie malało, a gdy w 1996 roku do Kinga zgłosiła się stacja telewizyjna ABC z pytaniem, czy nie miałby ochoty napisać dla nich scenariusza serialu, bez wahania odparł, że chciałby przenieść na ekran Lśnienie.
Jak się okazało, nie było to wcale takie proste. Ponieważ prawa filmowe do książki wciąż należały do Warner Bros, producentów Kubrickowego Lśnienia, King musiał w obecności agenta Kubricka i szefów wytwórni złożyć pisemne oświadczenie, że nie będzie już publicznie dyskredytował reżysera ani mówił źle o jego filmie. Tylko pod takim warunkiem mógł zrealizować serial. A podpisanie klauzuli zakazującej obrażania Kubricka, którą złamał dopiero po śmierci reżysera, było zaledwie początkiem walki o "prawdziwe" Lśnienie.
Jak łatwo się domyślić - aktorów chętnych do zmierzenia się z ikoniczną postacią stworzoną przez Nicholsona nie było wielu. Produkcję, której realizacja wisiała na włosku z powodu braku głównego aktora, uratował Steven Weber.
King także nie był łatwym partnerem dla studia telewizyjnego. Ponieważ lata temu sam napisał adaptację Lśnienia, obecnie ze swoim statusem supergwiazdy nie pozwalał niczego wyciąć. Jego przywiązanie do własnego tekstu zaowocowało galopującym budżetem, który sięgnął... dwudziestu jeden milionów dolarów. Jak na miniserial produkowany w latach dziewięćdziesiątych była to mała fortuna.
Lśnienie według Stephena Kinga okazało się niebywale wierne książce... I to chyba największy problem tego serialu. Kubrick zamienił prostą historię nawiedzonego hotelu w opowieść o tajemnicy, obsesji i niepokoju; King wspólnie z Mickiem Garrisem zrealizowali prosty horror, który nawet nie jest za bardzo straszny. Wszystko mamy tu dopowiedziane tak, aby widz przez przypadek nie mógł zinterpretować historii po swojemu. Oczywiście serial ma swoich zwolenników, ale w porównaniu z filmem Kubricka wypada po prostu blado. A co bardziej złośliwi krytycy piszą o nim, że jest najdroższą ilustracją do powieści, jaka kiedykolwiek powstała.
Warto wspomnieć o problemach, jakie Kingowska wersja Lśnienia miała z cenzurą telewizyjną. Otóż niewinna, wydawałoby się, scena, w której Wendy Torrance informuje męża, aby wetknął sobie robotę w dupę, wywołała burzę, a King musiał zmienić tę kwestię na "sobie wsadził". Po pierwszej emisji zarząd ABC został zasypany listami od oburzonych widzów, którzy byli wstrząśnięci scenami znęcania się nad dzieckiem. Sprawa zakończyła się ugodą, a trzy największe stacje telewizyjne w Stanach podjęły decyzję, że ze wszystkich programów emitowanych przed godziną dwudziestą pierwszą znikną sceny zawierające przemoc wobec dzieci.
KING WEDŁUG...REMIGIUSZA MROZA
Remigiusz Mróz (rocznik 1987) Prawnik i najpopularniejszy polski pisarz, autor powieści oraz cyklu publicystycznego Kurs pisania, laureat Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru z 2016 roku za powieść Kasacja.
Mimo że teraz właściwie nie wyobrażam sobie życia bez składania wizyt w rzeczywistości Stephena Kinga, przez lata wzbraniałem się przed jego książkami. Wychodziłem bowiem z założenia, że wszystkie pojawiające się w nich lejtmotywy zostały dogłębnie wyeksploatowane przez tuzów hard SF - i że facet piszący horrory niewiele może wnieść do tego czy innego tematu.
Obrona tej wzniesionej na mylnym przekonaniu twierdzy trwała aż do 2011 roku, kiedy dostałem w prezencie Dallas '63. Zerknąłem na opis, niespecjalnie przekonany do lektury. O podróżach w czasie napisano mniej więcej tyle, ile o rzekomych chorobach Jarosława Kaczyńskiego, a historie alternatywne w fantastyce pojawiały się właściwie od poczęcia samego gatunku. Co takiego mógłby stworzyć King, czego nie napisali już Philip K. Dick, Kim Stanley Robinson, Stephen Baxter (który też brał na warsztat Kennedy'ego) czy choćby Robert Harris? Fajerwerków się nie spodziewałem.
I ich nie dostałem. Zamiast nich otrzymałem eksplozję, która przewróciła mój literacki świat do góry nogami i sprawiła, że po siedmiu latach od tamtego wybuchu większą część mojego regału z książkami zajmują pozycje Króla Grozy. Podczas lektury Dallas '63 przepadłem nie za sprawą elementów nadprzyrodzonych czy nowatorskich, niespotykanych w fantastyce rozwiązań, ale przez... pisarską autentyczność.
Powieści Kinga są dla mnie bowiem bardziej rzeczywiste niż literatura faktu. Świat przez niego tworzony jest prawdziwy, bo urealnia się najpierw w jego, a potem w naszej wyobraźni. Brzmi to jak komunał, ale niewielu jest pisarzy, którzy potrafią wywołać ten niemal mistyczny efekt - i uważam, że nie da się umiejętności tej ubrać w tradycyjne ramy analizy literackiej. Owszem, możemy podkreślać, że Stephen King potrafi z prawdziwą maestrią tworzyć zamknięte społeczności, kreślić niepokojące rysy charakterologiczne i powoływać do życia genialnie nakreślone postacie, ale ostatecznie nie wyczerpuje to tematu. Brakuje czegoś, by w pełni oddać, w czym tkwi siła Kingowskiej prozy. Tego nienazwanego pierwiastka, który sprawia, że ilekroć biorę do ręki jakąkolwiek jego książkę, odnoszę wrażenie, jakbym był Dannym Torrance'em wracającym do Stovington. Stu Redmanem odnajdującym drogę do Arnette w Teksasie. Eddiem Deanem lub Paulem Sheldonem przeniesionymi z powrotem do Nowego Jorku czy Edgarem Freemantle'em kończącym swój niezbyt przyjemny wypad na Florydę. Innymi słowy, czuję się, jakbym wracał do domu po długiej podróży. I z pewnością nie tylko ja.
SCENARIUSZE
Lunatycy(Sleepwalkers)
1992, w reżyserii Micka Garrisa, z Brianem Krause'em, Mädchen Amick i Alice Krige
Ich strawą jest twój strach - podano do stołu.
Wcześniej lub później to musiało się zdarzyć. Oto pierwszy film bazujący w całości na autorskim pomyśle Kinga. Co prawda, powstał ponoć na podstawie nigdy nieopublikowanego opowiadania, ale to nieistotne. Liczy się fakt, że Lunatycy reklamowani byli w kinach jako film, który został nakręcony na podstawie pierwszego autorskiego scenariusza Kinga. Jak się udał? Pamiętacie reżyserską próbę Króla Horroru? Lunatycy to film na bardzo podobnym poziomie.
Głównymi postaciami są matka i syn: zmiennokształtni somnambulicy, którzy podróżują od miasta do miasta, zostawiając po sobie trupy kotów i zjedzone ludzkie ciała. Ponieważ ich siły witalne naładować może tylko dziewica, syn zapisuje się do lokalnego liceum, by znaleźć dla mamy niewinną dziewczynę. I choć akcja toczy się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to seks wkroczył już do szkół, syn bez trudu odnajduje piękną, słodką i niewinną panienkę. Pozostaje mu tylko uwieść ją i dostarczyć matce. I tu zaczynają się problemy.
Największym mankamentem tej historii jest nadmiar elementów, z których została skonstruowana. W swoich powieściach i opowiadaniach King zazwyczaj pilnuje się, aby nie obdarzać bohaterów (zarówno tych złych, jak i pozytywnych) zbyt wieloma talentami nadprzyrodzonymi. Tu, niestety, zaszalał, i to na całego. Potwory, telekineza, zdolność do zmieniania rzeczywistości, ofiary z dziewic, polujące na zło koty, kazirodztwo... Od tego przybytku aż głowa boli, a film zaczyna staczać się w odmęty bełkotu.
Jakby tego było mało, reżyser nie mógł się zdecydować, czy kręci poważny horror, czy też parodię. I tak obok scen okrutnych i teoretycznie strasznych pojawiają się ujęcia zabawne, rujnujące cały klimat. Choć akurat trzeba uczciwie przyznać, że sceny, w których pojawiają się Mark Hamill (tak, Luke Skywalker we własnej osobie), John Landis, Joe Dante, Clive Barker czy Tobe Hooper są najlepsze z całego filmu.
Mimo sukcesu kasowego (ponad trzydzieści milionów przychodu) trudno uznać ten film za udany. King chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo nie pokusił się o napisanie kolejnego autorskiego scenariusza do filmu kinowego.
Warto wspomnieć, że Lunatycy to pierwszy wspólny film Micka Garrisa i Kinga. Zanim Garris poznał Kinga, był hollywoodzkim trzecioligowym wyrobnikiem, specjalizującym się w pisaniu i reżyserowaniu tanich kontynuacji znanych filmów. Spod jego ręki wyszedł między innymi scenariusz do takiego arcydzieła jak Mucha 2; wyreżyserował "wiekopomne" Critters 2 i Psychozę 4. Po Lunatykach został etatowym reżyserem telewizyjnych adaptacji Kinga.
Złote lata(Golden Years)
1991 (pierwsza emisja CBS), w reżyserii Michaela Gornicka i innych, z Keithem Szarabajką, Felicity Huffman i Frances Sternhagen
Jego ciało skrywa w sobie tajemnicę przemijania. A czas płynie nieubłaganie.
Powtórka z rozrywki, czyli sytuacja bliźniacza do Lunatyków. Kwestią czasu był moment, w którym King otrzyma propozycję od którejś ze stacji na stworzenie autorskiego serialu. Pierwsi na ten pomysł wpadli specjaliści z CBS i to dla nich twórca Lśnienia stworzył Złote lata - skrzyżowanie fantastyki i sensacji. Tytuł serialu został zainspirowany piosenką Davida Bowiego i jest to dość ciekawe nawiązanie. Przynajmniej dla psychoanalityków, którzy zauważyli pewną niepokojącą zbieżność. Otóż piosenka Bowiego pochodzi z albumu Station to Station, który artysta nagrał w okresie największego uzależnienia od kokainy...
Same Złote lata nie mają jednak zbyt wiele wspólnego z narkotykami. Bohaterem serialu jest Harlan Williams, który w wyniku zetknięcia się z tajemniczymi radioaktywnymi chemikaliami zaczyna nagle młodnieć. Wkrótce zaczynają go ścigać agenci z tajnej rządowej agencji zwanej Sklepikiem (znanej z Podpalaczki i Stukostrachów).
Serial jest hołdem Kinga dla "złotych czasów fantastyki", opowieści o szalonych naukowcach, eksperymentach i spiskach rządowych. Trzeba przyznać, że jest to hołd sympatyczny, choć daleko mu do oryginalności. Jak się okazało, daleko mu również było do bicia rekordów oglądalności. Złote lata zostały zdjęte z anteny po siedmiu odcinkach, a serialowa fabuła urywa się nagle i w kluczowym momencie. To niewyjaśnione zakończenie zaskoczyło fanów Kinga, którzy byli wprawdzie oburzeni zdjęciem serialu, ale jakoś nie przyczynili się do wzrostu jego oglądalności. Na DVD można dostać wersję ze zmienionym zakończeniem. Jeśli nie macie co zrobić z wolnym czasem, możecie obejrzeć Złote lata... ale pamiętajcie, proszę, o Lunatykach...
Chinga, Z Archiwum X
1998 (stacja Fox), w reżyserii Kima Mannersa, z Davidem Duchovnym i Gillian Anderson
Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania Davida Duchovnego i Kinga. Panowie spotkali się na planie jednego z amerykańskich teleturniejów, przypadli sobie do gustu i Duchovny wpadł na pomysł, aby King napisał autorski odcinek do wówczas przebojowego serialu. Chris Carter, który był szefem i pomysłodawcą Z Archiwum X, także zapalił się do tego pomysłu. I tak zaczęła się chyba najdziwniejsza współpraca Kinga z telewizją.
Najdziwniejsza, bo odcinek Chinga w efekcie ma niewiele wspólnego z pomysłem Króla Horroru. Okazało się bowiem, że podczas, wydawałoby się, zwyczajnej pracy nad scenariuszem doszło do wojny na ego między bestsellerowym pisarzem a będącym wówczas u szczytu popularności producentem telewizyjnym.
Carter odrzucał pomysły Kinga, ingerował w jego scenariusz. W efekcie tarć, po trzecim odrzuceniu skryptu, King odciął się od Z Archiwum X, zostawiając wszystko w rękach Cartera. I tak prosta opowieść o nawiedzonej lalce... w sumie dalej jest prostą opowieścią o nawiedzonej lalce. Tyle że nikt dziś nie wie, ile w tym pomyśle jest Kinga, a ile Cartera. Ten pierwszy nie przeczytał finalnego scenariusza i nie oglądał premiery odcinka. Tym samym nie dołączył do blisko dwudziestu dwóch milionów widzów, którzy zasiedli przed odbiornikami. Bo Chinga, mimo awantur i problemów ze scenariuszem, okazała się odcinkiem, który przyciągnął przed telewizory rekordową widownię.
Bo też jest to przyjemny i mało skomplikowany odcinek. Agentka Scully na wakacjach rozwiązuje sprawę tajemniczej lalki. Co ciekawe, tym razem to agent Mulder okazuje się sceptyczny wobec zjawisk nadprzyrodzonych. Jak się domyślacie, nigdy później King nie pracował już z Chrisem Carterem... Jak dotąd.
CIEKAWOSTKA
Studio Fox zmieniło tytuł odcinka na Bunghoney, ponieważ Chinga w hiszpańskim slangu znaczy... domyślcie się, co znaczy. A zatem w Hiszpanii, Ameryce Południowej i paru innych miejscach Chingi nie uświadczycie...
Sztorm stulecia(Storm of the Century)
1999 (stacja ABC), w reżyserii Craiga R. Baxleya, z Colmem Feore'em, Timem Dalym i Debrah Farentino
Coś strasznego właśnie się zaczęło. I nikt nie wie, jak się skończy.
Drugi serial w całości oparty na oryginalnym pomyśle Kinga. Chociaż Złote lata nie były wielkim sukcesem, King wcale nie zamierzał porzucić pisania autorskich scenariuszy telewizyjnych. Potrzebował tylko odpowiedniego pomysłu. W końcu pewnego dnia pomyślał: "Co by było, gdyby na odciętej od świata wyspie pojawił się taki złośliwy demon jak Pazuzu z Egzorcysty?". I tak narodził się Sztorm stulecia.
Na początku pisany jako powieść, szybko przepoczwarzył się w scenariusz miniserialu, choć fani Kinga znajdą tu wszystkie charakterystyczne elementy jego prozy.
Stephen King na planie Sztormu stulecia, 1999
Do zamkniętej dla obcych społeczności małego miasteczka przybywa tajemniczy nieznajomy, a wraz z nim skrzętnie chowane tajemnice i brudy wychodzą na jaw. Nastrój nieuchronności postępującego zła potęguje burza śnieżna, która odcina bohaterów od reszty świata.
Co ciekawe, w przeciwieństwie do scenariuszy telewizyjnych Lśnienia czy Bastionu, tym razem King nie miał większych problemów z telewizyjną cenzurą. W zasadzie zakwestionowano w scenariuszu (momentami dość brutalnym) jedno zdanie: You know, this is gonna be one bad mother of a storm. W polskim wydaniu Sztormu stulecia słowa bad mother of a storm przetłumaczono dość swobodnie jako "kurewsko wielką burzę".
W każdym razie King wybronił tę frazę, twierdząc, że nie obraża ona niczyich uczuć religijnych i nie nawołuje do przemocy, a podobne konstrukcje językowe używane są w popularnych sitcomach nadawanych we wczesnych godzinach.
Chociaż do dziś twierdzi, że jest to najlepszy serial, jaki napisał, to jego odbiór w mediach w chwili premiery nie był entuzjastyczny. Sztormowi stulecia zarzucano przede wszystkim rozwlekłość fabularną i to, że King buduje postacie na zasadzie klisz swoich poprzednich bohaterów. W jednej z recenzji napisano nawet, że serial powinien nosić tytuł Sztorm, który ciągnął się stulecie.
Owszem, Sztorm powiela schematy fabularne Miasteczka Salem czy Sklepiku z marzeniami, ale to i tak jeden z najlepszych, bo najbardziej klimatycznych seriali Kinga. No i ma świetne zakończenie. King, wbrew sobie, kończy opowieść w mroczny, acz nieunikniony z punktu widzenia narracji sposób. Co ciekawe, od fanów najczęściej mu się za to obrywa - za wyskakiwanie poza schemat. Niezbadane są ścieżki, po których stąpają umysły fanów.
Czerwona Róża(Rose Red)
2002 (stacja ABC), w reżyserii Craiga R. Baxleya, z Nancy Travis, Mattem Rossem i Julianem Sandsem
Każdy dom ma swoją historię... Ten cię zabije.
Historia trzeciego autorskiego serialu Kinga sięga lat dziewięćdziesiątych. To wtedy po raz kolejny Mistrz Grozy próbował pracować wraz ze Stevenem Spielbergiem. Ich supertajny projekt miał być hołdem dla ukochanego horroru z dzieciństwa Spielberga i zarazem ulubionej powieści Kinga. Mowa o Nawiedzonym domu na wzgórzu - powieści Shirley Jackson, którą w genialny sposób w 1963 roku przeniósł na wielki ekran Robert Wise. King pisał scenariusz remake'u filmu (który tak naprawdę miał być nową adaptacją powieści), a Spielberg miał go wyreżyserować. Niestety, panowie nie doszli do porozumienia i w efekcie King odkupił od Spielberga prawa do swojego scenariusza, a twórca Szczęk powierzył realizację filmu Janowi de Bontowi (Speed). Tak powstał koszmarny Nawiedzony, z błąkającymi się po wielkim domiszczu Liamem Neesonem i Catherine Zetą-Jones. Tymczasem osiemnastego czerwca 1999 roku King sprzedał prawa do swojego pomysłu stacji ABC. Prace nad poprawkami do scenariusza miały ruszyć dwudziestego pierwszego czerwca. Tyle że dziewiętnastego w pisarza wjechał samochód...
Do pracy nad Czerwoną Różą wrócił dopiero kilka miesięcy później. Niestety, serial wciąż prześladował pech. Planowany budżet z trzech milionów dolarów nagle urósł do, bagatela, trzydziestu pięciu. W dodatku tuż przed końcem zdjęć zmarł na zawał aktor David Dukes (tuż przed tym, jak miały być kręcone zdjęcia śmierci bohatera, w którego się wcielił), King musiał więc przepisać na nowo kilka scen. W końcu jednak udało się Czerwoną Różę ukończyć. Ponieważ produkcja serialu pochłonęła małą fortunę, zdecydowano się na agresywną i dość specyficzną kampanię promocyjną. Zanim w ogóle serial ujrzał światło dzienne, kolega Kinga, pisarz Ridley Pearson, napisał na zamówienie stacji (i za zgodą Kinga) książkę The Diary of Ellen Rimbauer, która potem posłużyła jako podstawa filmowego prequela serialu. Promowano ją jako autentyczny dziennik jednej z kluczowych postaci w serialu, co miało sprawiać pozory, jakoby scenariusz Czerwonej Róży bazował na prawdziwych zdarzeniach. W tym celu stworzono w internecie stronę fikcyjnej uczelni oraz biogram bohaterki - doktor Joyce Reardon.
Może i nawet udałoby się wmówić widzom, że serial opowiada prawdziwą historię, gdyby nie jeden drobny, acz niebywale istotny szczegół. Otóż mimo zapewnień Kinga, że to jego autorska koncepcja, Czerwona Róża nie jest niczym innym jak... rozbudowanym remakiem Nawiedzonego domu na wzgórzu.
Zarys fabularny jest identyczny. Grupa naukowców przyjeżdża do podobno nawiedzonego domu, by sprawdzić, czy rzeczywiście mieszka tam coś złego. Jak łatwo się domyślić, szybko przekonują się, że w wielgachnym domostwie nie są sami. Choć King starał się rozpisać relacje między bohaterami po swojemu, widać jednak silny wpływ bohaterów Shirley Jackson. Oczywiście na potrzeby trwającego ponad cztery godziny miniserialu wiele wątków dodano, a te pierwotne rozbudowano, ale atmosfera i konstrukcja jest, niestety, bliźniaczo podobna do Nawiedzonego domu na wzgórzu. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie te nieszczęsne zapewnienia Kinga o autorskiej koncepcji.
Czerwona Róża przypadła do gustu fanom, lecz krytycy nie zostawili na serialu suchej nitki. Jeśli ich zdaniem Sztorm stulecia był czymś ciągnącym się w nieskończoność, tak tu jeden z krytyków napisał, że oglądaniu serialu towarzyszy takie napięcie jak przyglądaniu się wieszakowi... O ile w przypadku Sztormu stulecia zarzuty były nazbyt krzywdzące, tak tu, niestety, należy się z nimi zgodzić. Cóż z tego, że King złożył hołd Jackson, cóż z tego, że naszpikował scenariusz odwołaniami do własnej twórczości, kiedy z ekranu wieje nudą?
Ponoć kość niezgody między Kingiem a Spielbergiem tkwiła w tym, iż reżyser marzył o filmie dynamicznym, a King o strasznym. Trzeba przyznać jedno: żadnemu z nich marzeń nie udało się zrealizować. I Czerwona Róża, i Nawiedzony należą do czołówki najnudniejszych horrorowych produkcji ostatnich dekad.
Z dziennika Ellen Rimbauer, kadr promocyjny
Z dziennika Ellen Rimbauer: Czerwona Róża(The Diary of Ellen Rimbauer)
2003, w reżyserii Craiga R. Baxleya, z Lisą Brenner, Stevenem Brandem i Tsidii Le Loka
Posłuchaj historii o duchu... opowiadanej przez ducha.
Z dziennika Ellen Rimbauer, prequela Czerwonej Róży, poznajemy historię posiadłości i kulisy nieudanego małżeństwa Ellen i Johna Rimbauerów. On - seksoholik; ona - młoda i zagubiona. On ciągle eksperymentuje, przekraczając granice perwersji i bólu, ona jest bierna. Do momentu, gdy podczas podróży do Afryki poznaje Sukeenę, która zostanie jej służącą, przyjaciółką i powierniczką. W tle obyczajowych zmagań małżeńskich przewija się oczywiście dom, który powoli pokazuje właścicielom swoje prawdziwe oblicze.
Na szczęście Z dziennika Ellen Rimbauer nie trwa czterech godzin, a jest filmem telewizyjnym, uzupełniającym brakujące wątki z historii posiadłości. Ogląda się go nawet nieźle, lecz, niestety, bez znajomości choćby zarysu fabularnego serialu trudno się w nim połapać.
Mimo to filmowi należy oddać sprawiedliwość - w porównaniu z kontynuacją Podpalaczki czy Carrie tu twórcy nie ograniczyli się jedynie do powtarzania pomysłów Kinga, ale próbowali dodać coś od siebie do świata stworzonego przez pisarza. Efekt? Film hermetyczny nawet dla fanów, ale mimo wszystko...
Szpital "Królestwo"(Kingdom Hospital)
2004 (stacja ABC), w reżyserii Craiga R. Baxleya, z Andrew McCarthym, Diane Ladd i Bruce'em Davisonem
Gdzie wrogość spotyka ignorancję...
Co łączy Larsa von Triera i Stephena Kinga? Otóż pomysłodawca Dogmy 95, czołowy nimfoman kina, i amerykański Król Horroru nakręcili własne wersje tej samej historii - serialu o nawiedzonym szpitalu nazywanym Królestwem.
Królestwo nie jest zwyczajnym serialem, bo jego pomysłodawca, Lars von Trier, nie jest zwyczajnym reżyserem. Duńskiemu filmowcowi nie wystarczało robienie kolejnych obrazów, marzył o tym, by zrewolucjonizować język kina. Próbą takiego przewrotu był manifest Dogma 95, nakazujący między innymi kręcenie kamerą z ręki i w naturalnych plenerach. Ale zanim pod koniec lat dziewięćdziesiątych von Trier wziął się za rewolucję w kinie, próbował zmieniać język telewizji, realizując Królestwo.
Serial - często określany mianem europejskiego Miasteczka Twin Peaks - to opowieść o nawiedzonym szpitalu, w którym dawno temu ktoś popełnił zbrodnię. Von Trier bawi się konwencją opowieści grozy. Koszmary, duchy, szatan i voodoo funkcjonują tu równolegle z codziennym życiem szpitala, które przypomina telenowelę Na dobre i na złe. Lekarze romansują, knują spiski, są zazdrośni. Kluczową rolę odgrywa para zakochanych z zespołem Downa, którzy pełnią funkcję wszystkowiedzącego narratora.
Serial stał się obiektem kultu i uczynił z von Triera gwiazdę. Cieszył się takim zainteresowaniem, że w wielu krajach wprowadzono go do kin.
Reżyser nie dokończył Królestwa. Po zrealizowaniu ośmiu odcinków zmarli odtwórcy dwóch głównych ról - Ernst-Hugo Järeg?rd, który wcielił się w złego doktora Stiga (Szweda nienawidzącego Duńczyków), i Kirsten Rolffes, czyli sympatyczna staruszka Drusse. Lars von Trier nie chciał ich zastąpić nikim innym i większość wątków fabuły nie została doprowadzona do końca. Serial kończy się, gdy pani Drusse zjeżdża windą do piekła, a Stig wariuje.
Skromna duńska produkcja z połowy lat dziewięćdziesiątych tak zachwyciła Stephena Kinga, że postanowił zrealizować jej amerykańską wersję.
Odkrył Królestwo przez przypadek, buszując w 1997 roku po wypożyczalni kaset wideo. Z miejsca zakochał się w serialu i postanowił sprawdzić, czy można kupić do niego prawa. Okazało się, że nie. Królestwo przed nim zauważyło studio Columbia, które planowało nakręcić na jego podstawie film kinowy. Tyle że po pięciu latach próbowania film wciąż nie powstał, a King zwrócił się do producentów z propozycją odkupienia serii. W końcu dobili targu. Za prawa do Królestwa King oddał im prawa do Sekretnego okna (tak powstał film z Johnnym Deppem). I rozpoczął pracę nad pierwszą w jego karierze adaptacją cudzego tekstu. Co więcej, był tak przekonany o potencjale komercyjnym Szpitala "Królestwo", że jeśli wierzyć plotkom, z własnej kieszeni pokrył część kosztów produkcji i reklamy. Czy się opłaciło? No cóż - połowicznie.
Choć Szpital "Królestwo" należy do seriali udanych, to nie sposób nie zauważyć kilku poważnych wpadek. Przede wszystkim łzawego happy endu i paru dopisanych na siłę amerykańskich wątków, takich jak opowieść o bejsboliście cudownie ocalonym przez duchy.
Von Trier robił Królestwo, nie oglądając się na nic. Oczywiście gdyby King zdecydował się na równie radykalny eksperyment, nie miałby szans na pokazanie serialu w liczącej się telewizji. Musiał więc zrezygnować z najbardziej ekscentrycznych rozwiązań fabularnych z oryginału, na przykład z historii dziecka, które urodziła lekarka zapłodniona przez demona, czy z umieszczenia w podziemiach szpitala siedziby szatana. Postawił więc na pastisz. I tak pojawia się postać doktora Clooneya, będąca żartem z aktora, któremu sławę przyniósł serial Ostry dyżur, a w strasznych scenach bohaterowie mówią, że "to koszmar jak ze Stephena Kinga". Sam mistrz obsadził się w roli dozorcy Johnny'ego B. Gooda, którego nazwisko "pożyczył" z repertuaru Chucka Berry'ego.
Szpital "Królestwo" był drugim serialem w karierze Kinga, który uzupełniała książka - Dzienniki Eleanor Druse, wydana bez nazwiska autora. Nieoficjalnie wiadomo było, że napisał ją znajomy Kinga, współautor scenariusza serialu - Richard Dooling. To opowieść staruszki medium o jej kontaktach z duchami nawiedzającymi szpital. Rzecz napisana jest sprawnie, ale niewiele z niej wynika. Jest to jednak intrygujący dowód na to, jak silnie duński serial zaistniał w amerykańskiej popkulturze.
Szpital "Królestwo" poległ, niestety, w słupkach oglądalności i mimo wsparcia finansowego ze strony Kinga został zdjęty z ramówki po pierwszym sezonie.
DOKTOR SEN(DOCTOR SLEEP)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2013
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2013; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2019
Przełożył Tomasz Wilusz
Pisałem tu już wiele razy, że to nie od Carrie, ale od Lśnienia zaczęła się spektakularna kariera Króla Horroru. Dwie wcześniejsze książki sprzedały się dość marnie... Oczywiście spory wpływ na sukces Lśnienia miało to, że ekranizacja Carrie z premierą dwa miesiące przed książkowym Lśnieniem okazała się wielkim kinowym przebojem. Ale chodzi o coś jeszcze - Lśnienie było powieścią, w której King nieświadomie dotknął problemu, z jakim sam się borykał, choć wówczas nie potrafił tego przed sobą przyznać: alkoholizmem.
Okrucieństwo głównego bohatera, Jacka Torrance'a, wobec rodziny, wyimaginowane, nierealne plany na przyszłość, kolejne próby "niepicia". Tak, Lśnienie było podręcznikowym wręcz opisem postępującej choroby alkoholowej. O wiele bardziej przerażającym niż wszystkie duchy nawiedzające hotel Panorama. Przez lata czytelnicy Stephena Kinga zwracali mu uwagę właśnie na te elementy, podkreślając, że bali się o wiele bardziej Jacka niż duchów.
A King przez lata nie tylko zaprzeczał temu, że pisząc o Jacku, pisał o sobie, ale też przede wszystkim zaprzeczał, że ma jakikolwiek problem z piciem. Każdy alkoholik zna ten stan. Każdy alkoholik wie także, że najpierw musi sięgnąć swojego dna, aby się od niego odbić... lub nie. Innej drogi terapii nie ma. A przynajmniej jeszcze nikt jej nie wymyślił.
King jeszcze przez blisko piętnaście lat walczył ze sobą, nie chcąc przyznać się do problemu. Przełom nastąpił u niego w podręcznikowy sposób - w chwili, gdy dobił do dna. W pierwszej powieści, którą napisał po odwyku, czyli w Sklepiku z marzeniami, jeszcze nie dało się wyczuć przemiany pijanego Kinga w trzeźwego, ale już kolejne jego książki, Dolores Claiborne i Gra Geralda, były dowodem na to, że pisarz wraca do świata żywych - bo każdy pijący alkoholik to żywy trup - i staje się kimś innym.
Znamienne dla tych dwóch powieści było to, że ich bohaterki zmagały się z wyrzutami sumienia i przeszłością, z którą nie potrafiły sobie poradzić, choć próbowały ją oswoić. Każdy alkoholik przechodzi przez ten etap w czasie terapii. Każdy buduje i modli się w swoim prywatnym Kościele Bezustannego Poczucia Winy.
Zapytacie, czy to ma jakiś związek z Doktorem Snem? Ma, i to bardzo istotny. O ile bowiem Lśnienie było powieścią o alkoholizmie napisaną przez pijącego alkoholika, który wstydzi się przed sobą choroby - bo każdy się wstydzi, tylko każdy w inny sposób swój wstyd opisuje i maskuje - o tyle Doktor Sen to powieść o uzależnieniu napisana przez dojrzałego i świadomego swojej choroby alkoholika. Tu już nie ma przypadkowych opisów, nie ma bezsensownych aktów przemocy... ani niemocy. Jest za to niezwykle rzeczowy i mądry opis zarówno mechanizmu choroby, jak i życia w trzeźwości.
Danny Torrance, czyli syn Jacka, chłopiec obdarzony darem lśnienia, jest tu już dorosły. Kiedy był młodszy, obiecywał sobie, że nigdy nie będzie pił tak jak tata, ale... alkoholicy mogą długo i potoczyście opowiadać o obietnicach... Dan się stacza. Powoli i metodycznie. Najpierw pije, aby zagłuszyć wspomnienia i coraz silniej dopominający się o niego dar. Potem pije już, bo musi. Kiedy sięga dna, w czym pomaga mu pewna młoda matka, postanawia przestać. I pozornie przestaje.
Jak każdy alkoholik, zaczyna robić sobie przerwy w ciągach, okłamując się, że przecież już nie pije nałogowo, bo może bez flaszki wytrzymać miesiąc, a nawet dłużej. Potem kilkudniowy ciąg i znów przerwa na regenerację. Nie istnieje chyba bardziej podręcznikowy opis tego, jak alkohol potrafi oszukiwać alkoholika, a ten samego siebie. Nie, nie jesteś uzależniony, przecież nie piłeś miesiąc. Ba... nie piłeś nawet pół roku... kilka dni ciągu i wracasz do żywych, każdy przecież musi wyluzować... Jest piątek, przecież wszyscy piją... Mam brzuch, ale to nie od picia, po trzydziestce każdemu rośnie, zwłaszcza kobietom...
Dan luzuje się wtedy, kiedy alkohol się o niego upomina. Pije ciągami, potem pracuje. I cały czas podróżuje po Stanach. Kiedy dociera do małego miasteczka w New Hampshire, coś nagle w jego życiu się zmienia. Poznaje sympatycznego, acz stanowczego mężczyznę, który jest niepijącym alkoholikiem. Swój swego zawsze wyczuje. Niestety, a może na szczęście, to prawda. Mężczyzna daje Danowi pracę, a potem w spokoju czeka na to, aż ten zapije, nie po to jednak, aby wyrzucić go z pracy, lecz, żeby... pomóc. Ci, którzy nie wiedzą nic o chorobie alkoholowej, nie zrozumieją tych specyficznych motywacji. Ale każdy alkoholik będzie wiedział, o co chodzi.
I tak Dan, w końcu pogodzony z własnym uzależnieniem i prawie oswojony z wszystkimi swoimi demonami, zaczyna powoli trzeźwieć, pracując przy tym w hospicjum, w którym dzięki swojemu darowi pomaga odchodzić starszym ludziom. Kiedy pewnego dnia z Danem skontaktuje się dziewczynka o imieniu Abra, jego trzeźwiejący od dziesięciu lat świat wywróci się do góry nogami. Abra bowiem ma ten sam dar co on, tyle że o wiele silniejszy. Dar, którym karmią się pradawne istoty nazywające się Prawdziwym Węzłem. Jeśli Dan będzie chciał pozostać trzeźwy, będzie musiał pomóc Abrze, mierząc się najpierw z własnymi demonami, a potem z Prawdziwym Węzłem.
Doktor Sen to pierwszy od Ręki mistrza rasowy horror Kinga. Są w nim potwory, istoty demoniczne, jest odwieczna walka dobra ze złem. Są sceny epatujące okrucieństwem, jakich nie było w powieściach Króla Horroru od czasów To, które uznaje za swoje pożegnanie z horrorem o potworach. Ale tak naprawdę nie one są najważniejsze. Motyw nadprzyrodzony służy tu czemuś zupełnie innemu niż straszenie potworami.
Groza i (nie boję się użyć tego słowa) wielkość powieści Doktor Sen biorą się jak w najlepszych powieściach Kinga z codzienności. Tak naprawdę głównym złym nie jest tu Prawdziwy Węzeł, lecz to, co te niemal nieśmiertelne istoty symbolizują... Jak myślicie? Co? Wóda, oczywiście. To ów niemal nieśmiertelny twór, który podróżując po bezkresach naszego świata, sieje spustoszenie pośród ludzi, zamieniając ich w niczego nieświadome żywe trupy. Karmą alkoholu są nasze kompleksy i to wszystko, co czyni nas wyjątkowymi: lęki, talenty, inteligencja, siła. Tak, uzależnienie to coś prawie nieśmiertelnego i tylko nielicznym udaje się je pokonać.
King zawsze - choć zapewne wciąż temu przeczy - miał kompleks autora popularnego. Zawsze chciał być kimś więcej niż pisarzem produkującym horrory, pragnął, by poważni krytycy zaczęli traktować go z należytym szacunkiem. Nie pomogły prestiżowe nagrody i wyróżnienia. Krytyka, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, ma Kinga za rzemieślnika, a nie artystę. Czy słusznie? Otóż nie. Trzeba być nie tylko rzemieślnikiem, ale też wybitnym twórcą, by stworzyć powieść taką jak Doktor Sen. Powieść, która pozostając popkulturową rozrywką (bo to przecież horror rządzący się kilkoma gatunkowymi uproszczeniami), niezwykle mocno i wiarygodnie opisuje kolejne etapy alkoholizmu.
Doktor Sen jest prawdopodobnie pierwszym w historii popowym horrorem o piciu. Niebagatelizującym problemu (opis nawrotu bohatera to po prostu scena genialna w swojej prawdziwości), wnikającym głęboko w chorobę, jak może to zrobić tylko osoba świadoma uzależnienia, a przy tym dostarczającym kapitalnej rozrywki. Bo wcale nie musicie wiedzieć, że czytacie powieść o przebiegu i skutkach choroby alkoholowej, możecie po prostu ją czytać jak zwykły, świetnie napisany horror. Na tym polega geniusz Kinga: na umiejętnym wyważeniu proporcji.
To nie są nudne wspomnienia z odwyku. To nie jest przeintelektualizowany bełkot naukowców perorujących o tym, jak zły wpływ na ludzi ma alkohol. To po prostu opowieść o demonach, które podróżując po amerykańskich drogach, żywią się dziećmi, i o pewnej dziwnej parze, która im się przeciwstawia.
Dawno, dawno temu pewna dziwna para, podróżując po Stanach, przeciwstawiła się alkoholizmowi... Nazwano ich wariatami, ale ich dziedzictwo do dziś pomaga pijącym znaleźć dom. Spadkobiercy tych dwóch wariatów uratowali życie Kingowi. Doktorem Snem spłacił dług wobec nich. A światu dał jedną z najlepszych popkulturowych powieści o uzależnieniu. O niebo lepszą od Lśnienia, bo świadomą i przerażająco wiarygodną w rekonstruowaniu choroby alkoholowej. Tym bardziej ciekawie zapowiada się film Mike'a Flanagana, w którym w dorosłego Danny'ego wcieli się Ewan McGregor. Pojedynek wielkich. I pojedynek dwóch różnych opowieści o tym samym: jak żyć z wódą.
WYWIAD Z LISĄ I LOUISE BURNS - SIOSTRAMI GRADY Z LŚNIENIA
Lisa i Louise Burns były dziewczynkami, gdy trafiły na plan Lśnienia. Ich rola była epizodyczna, mimo to na stałe weszły do panteonu grozy, stając się symbolami, z którymi dziś wszyscy kojarzą film. Nie zostały aktorkami. Za to do dziś są nierozłączne.
Pan Kubrick i straszne windy
ROBERT ZIĘBIŃSKI: Miałyście dziesięć lat na planie Lśnienia. Czy mimo tak młodego wieku czułyście, że powstaje film niezwykły?
LISA I LOUISE BURNS: No coś ty! Wtedy byłyśmy małymi dziewczynkami, które były zachwycone możliwością grania w prawdziwym filmie. A Lśnienie... to jeden z tych filmów, które uznanie i szacunek zdobywały przez lata, a dziś uważany jest za absolutne arcydzieło.
W chwili premiery tak nie było?
Nie o to chodzi. Lśnienie zebrało bardzo dobre recenzje i nieźle zarobiło, ale mamy wrażenie, że Kubrick, adaptując powieść Kinga, koncentrował się na zupełnie innej grozie niż ta wpisana w tekst i obecna wówczas na ekranach. Kubrickowi zależało na psychologii, na zagłębieniu się w obłęd postaci, a nie na kolejnym straszaku. Niewielu reżyserów filmów grozy myślało wówczas tak o tym gatunku. Lśnienie było więc przełomem, na który nie każdy był gotów.
A pamiętacie okoliczności, w jakich dostałyście role sióstr Grady?
Poszłyśmy na przesłuchanie i zostałyśmy przedstawione Kubrickowi przez Leona Vitalego, jego asystenta, jednego z najbliższych współpracowników. To Leon uważał, że mamy w sobie to coś, czego potrzebuje Kubrick, że nasz wygląd wpisuje się w klimat, który chce zbudować w filmie. Oczywiście słyszałyśmy o Kubricku wcześniej i nie były to miłe rzeczy. Uchodził za niezwykle trudnego i wymagającego człowieka. No cóż... Dla nas był absolutnie czarujący. Cały czas prosił, żebyśmy mówiły do niego Stanley, ale jakoś się nie przemogłyśmy. Rodzice nauczyli nas, że do starszych zawsze odnosi się z szacunkiem i po nazwisku. On z kolei uznał, że nasze zachowanie jest takie... uroczo angielskie i osobliwe. W końcu przecież większość osób chce być z gwiazdami kina na "ty", a my, ku zaskoczeniu wszystkich, nie!
Kiedy pierwszy raz przeczytałyście Lśnienie?
Gdy kręciłyśmy film, nikt nam na to nie pozwolił! Nawet na premierę nie mogłyśmy iść, bo w końcu to była straszna, absolutnie nieprzeznaczona dla dzieci historia. Zresztą, żeby uchronić nas przed tym, co działo się na ekranie, nie dano nam całego scenariusza. Tylko scenki, w których się pojawiałyśmy. Powieść przeczytałyśmy lata po powstaniu filmu.
A kiedy pierwszy raz obejrzałyście Lśnienie?
Dopiero na studiach! Na którymś kanale leciał jako nocny seans grozy. A właśnie! Małe polskie wtrącenie: kiedy zaproszono nas do Krakowa na retrospektywny przegląd dzieł Kubricka, miałyśmy niezwykłą okazję zobaczyć ten film nie dość, że na wielkim ekranie, to jeszcze na świeżym powietrzu. I cóż możemy dodać? Lśnienie właśnie tak powinno się oglądać! Na wielkim ekranie, a nie w telewizorze. To film stworzony do kina.
Stephen King nie ukrywa swojej niechęci do filmu Kubricka. Jak myślicie, dlaczego ta adaptacja tak mu się nie podoba?
Tak nie cierpiał tego filmu, że w końcu postawił na swoim i nakręcił własną wersję, która wiernie oddaje fabułę powieści. Każdy, kto chce zrozumieć powody niechęci Kinga do filmu Kubricka, powinien obejrzeć ten film. Nam wystarczyło piętnaście minut, żeby zrozumieć, dlaczego King jest wybitnym pisarzem, ale nie ma pojęcia o kinie.
Nie obejrzałyście serialu do końca?
Nie. Przykro nam. Może kiedyś.
A wolicie powieść czy film?
Film. To znaczy Kubrick tak zmodyfikował powieść, że jego historia stała się osobnym bytem, który nie wymaga znajomości oryginału. Przypuszczamy, że gdybyśmy nie zagrały w filmie, nie sięgnęłybyśmy po powieść. Stanowczo bliżej nam do opowieści grozy uprawianych przez M.R. Jamesa czy H.H. Munro, który podpisywał się pseudonimem Saki.
W ogóle nie lubicie horrorów?
Raczej thrillery psychologiczne, jeśli już. Choć na przykład Blair Witch Project zrobił na nas wrażenie, bo był świetnie wymyślony. Jeśli już oglądamy coś, co jest podszyte grozą, to takie zabawne filmy jak Wszystko zostaje w rodzinie.
Ta komedia z Rowanem Atkinsonem?
Tak! Cudownie angielska i zabójcza. No i teściowa wikarego jako morderczyni... Uwielbiamy.
Jak reagujecie, gdy ludzie rozpoznają w was siostry Grady?
Najczęściej jest zabawnie, więc i reagujemy śmiechem. Nie zdarzyła się jeszcze sytuacja, żeby ktoś się nas przestraszył [śmiech]. Najzabawniej było na jednym konwencie w USA. Trwa spotkanie z fanami filmu, zadają nam pytania. Ponieważ jesteśmy Brytyjkami, mówimy z absolutnie brytyjskim akcentem, do tego, aby oddać w pełni brzydotę nieszczęsnych błękitnych sukienek, w których wystąpiłyśmy - a były to naprawdę najbardziej niewygodne i okropne ciuchy, jakie kiedykolwiek wkładałyśmy - użyłyśmy starego brytyjskiego powiedzenia. No więc ludzie pytają o sukienki, a my mówimy, że były tak paskudne, że nawet po śmierci byśmy ich nie włożyły. Na sali konsternacja. A my łapiemy się na tym, że w filmie występujemy w scenach, w których już jesteśmy martwe! Po chwili publiczność i my zrozumieliśmy absurdalność tego, co powiedziałyśmy, i wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
Tak straszne były te sukienki?
Daj spokój! Najgorsze z możliwych. To ten typ sukienek, których nienawidzą wszystkie dziewczynki, a z kolei ich mamy zmuszają je do wbijania się w nie na wszystkie rodzinne imprezy.
Dobra, to na koniec fundamentalne pytanie. Najstraszniejszy film grozy to...?
Lśnienie! A poważnie - jeśli przez horror rozumiemy lęk przed znalezieniem się w sytuacji, która z normalnej i naturalnej nagle zamienia się w coś przerażającego, to film Kubricka idealnie oddaje ten stan. On miał plan i wiedział od początku, czego chce. Hotel Panorama miał być zwyczajnym wielkim hotelem, jednym z tych, które Amerykanie namiętnie odwiedzają z rodzinami, a potem wystarczyło tylko tak poprowadzić akcję, by to, co zwyczajne, zamieniło się w horror. I tak wizyta w hotelu staje się przedsionkiem piekła, w którym bohaterowie muszą zmierzyć się ze swoim lękiem. A z którego nie ma ucieczki. W hotelu zaczyna i kończy się wszystko. Kubrick położył jeszcze ogromny nacisk na coś, na co nie zawsze zwracamy uwagę, oglądając film, ale tu ten element jest, i jest kluczowy. Chodzi o windy. Amerykanie używają ich przez cały czas. Winda jest częścią amerykańskiego stylu życia, zbudowali dookoła niej nawet element szkoleń biznesowych, czyli słynne rozmowy w windzie. W każdym razie Kubrick chciał pokazać, że w zamkniętym ekosystemie, jakim jest hotel, funkcjonuje jeszcze jeden, mniejszy - winda. A co, jeśli będziemy jechać z kimś w windzie i ten ktoś okaże się kimś złym? Jak uciekniemy? Co zrobimy? Na co dzień nie myślimy o takich rzeczach, gdy wsiadamy do winy, ale kiedy ktoś stoi obok nas i zaczyna się zachowywać dziwnie, pojawia się w nas lęk... I właśnie o uchwycenie tego lęku, tego momentu, gdy jesteśmy zamknięci sam na sam z własnym strachem i tym, co nas przeraża, chodziło Kubrickowi w Lśnieniu. I wydaje nam się, że udało mu się to koncertowo.
MROCZNA WIEŻA I. ROLAND(THE DARK TOWER I: THE GUNSLINGER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 1982
Wydania polskie: Albatros, 2002; Świat Książki, 2003; Albatros (z opowiadaniem Siostrzyczki z Elurii przełożonym przez Danutę Górską), 2015
Przełożył Andrzej Szulc
Nazwisko Stephena Kinga wciąż pozostaje jednym z najjaśniej błyszczących na panteonie współczesnej literatury. I choć dla większości jest ono synonimem grozy i horroru, to on sam uważa, że dziełem jego życia jest cykl Mroczna Wieża.
Świat po zagładzie. Ludzka cywilizacja cofnęła się w rozwoju, uwsteczniając się do poziomu prymitywnych plemion albo niewielkich zgrupowań osiedlonych wokół małych osad wzorem z Dzikiego Zachodu. To świat, w którym istnieje magia; zagrożenie stanowią demony, wiedźmy, czarnoksiężnicy, a także mutanty, potwory i zdziczali ludzie. Tu właśnie wędruje tajemniczy mężczyzna, ostatni z dumnego klanu rewolwerowców, Roland. Jego marzeniem jest dotarcie do Mrocznej Wieży, tajemniczego miejsca w centrum świata... A może światów? Wędrówka jest nad wyraz niebezpieczna, a za spełnianie marzeń trzeba czasem drogo zapłacić.
Całymi latami wzbraniałem się przed tym cyklem. Nie należę do fanatycznych wyznawców prozy Kinga i chociaż mam i przeczytałem wszystkie jego utwory, uważam, że obok arcydzieł zdarzały mu się rzeczy słabe, co najwyżej dobrze napisane. Świata fantasy w Kingowskim wydaniu liznąłem, czytając Oczy smoka oraz powieści napisane do spółki z Peterem Straubem, i doszedłem do wniosku, że książki z cyklu Mroczna Wieża będą ostatnie na mojej liście pozycji Kinga do przeczytania. I dzięki temu zapewniłem sobie idealne zwieńczenie lektury książek autora Lśnienia. Bo Roland rzucił mnie na kolana. Nie wiem, czy to za sprawą nowego wydania - poprawionego i rozszerzonego przez pisarza - czy po prostu do pewnych książek trzeba dojrzeć. Może wystarczyło wyjście z getta horroru. Ważne jest to, że pierwszy tom zbliża się niebezpiecznie do poziomu arcydzieła.
King mówi o Mrocznej Wieży jako skrzyżowaniu prozy Tolkiena ze światem ze spaghetti westernów. I o ile skojarzenia z Władcą Pierścieni są w Rolandzie jeszcze mgliste, o tyle motywy z filmów Sergia Leone uderzają pełną mocą. Zawsze uwielbiałem produkcje tego reżysera, nic więc dziwnego, że dałem się całkowicie porwać tej niezwykłej historii, która prezentuje absolutnie ponury i wyzuty z człowieczeństwa świat po zagładzie. Pobrzmiewają tu echa horroru, widać wyraźnie, skąd czerpali inspirację twórcy gier komputerowych Fallout. Dostrzegam także podobieństwa do genialnej powieści Imajica Clive'a Barkera. Absolutnie wyjątkowy świat, w który czytelnik wpada już od pierwszej tragedii w miasteczku, a potem tylko brnie dalej z nadzieją, że wkrótce, czy może wreszcie, odnajdzie promień światła w tym smutnym świecie. Nie udałoby się to żadnemu innemu autorowi, ale o tym, jak wiarygodne i przejmujące postacie tworzy King, wspominać nie trzeba, efekt jest więc oczywisty.
Do polskiego wydania Rolanda w twardej oprawie, z 2015 roku, dołączono obszerne opowiadanie Siostrzyczki z Elurii, które polscy czytelnicy mogli wcześniej znaleźć we Wszystko jest względne. Przyznaję, że czytając tę antologię, pominąłem je, a tym samym znów zrobiłem sobie prezent. Bo Siostrzyczki z Elurii doskonale wkomponowują się w pierwszy tom Mrocznej Wieży i przenoszą czytelnika w rejony grozy i horroru bardziej typowego dla Kinga. Z Rolandem trzeba się zapoznać, a jeśli kupić, to właśnie to wydanie.
A TERAZ...BARDZO DŁUGI WSTĘP
Czytelnicy mają go za literackiego boga, krytycy za popowego rzemieślnika, a on sam twierdzi, że pisze, bo niczego innego poza piciem i pisaniem nie potrafi. Z alkoholem rozstał się dwie dekady temu. Z pisaniem nigdy.
Rok 1986, biblioteka miejska w Virginia Beach w stanie Wirginia. Stephen King zjawia się na spotkaniu autorskim spóźniony... i mocno wstawiony. Kiedy w końcu siada przy stole, zamiast odpowiadać na pytania, wyciąga z kieszeni kurtki butelkę piwa, unosi ją i krzyczy: "Ej, ludzie, ktoś tu chce iść dziś na polowanie!". Połowa zebranych w bibliotece czytelników opuszcza salę. I nie, nie po to, by wybrać się na polowanie.
Dziś, patrząc na ponadsiedemdziesięcioletniego, wyciszonego i sympatycznego Kinga, trudno w tę historię uwierzyć, ale to szczera prawda. Dawno temu, w innych czasach, King był literackim odpowiednikiem Keitha Richardsa. Piwo i kokaina były jego najlepszymi przyjaciółkami, a ciągi alkoholowe trwały u niego po kilka miesięcy. Przez lata uważał, że skoro picie nie przeszkadza mu w pisaniu, to nie ma w nim nic złego. Co innego przygodny seks. Najbardziej na świecie bał się gniewu żony, gdyby ta przez przypadek dowiedziała się, że miał romans. Dlatego na własny użytek stworzył wersję słynnego rockandrollowego sloganu: Books, drugs and rock'n'roll.
Takiego Stephena Kinga nie znacie. A przynajmniej w Polsce ten aspekt jest skrzętnie ukrywany lub pomijany w publikowanych u nas tekstach. Kinga w Polsce albo się nienawidzi (bo to pisarz dla mas), albo kocha (bo to genialny pisarz dla mas), ale o jego słabościach i ekscesach się nie pisze. Bo genialnemu pisarzowi nie przystoi.
Tymczasem w jego przypadku bycie genialnym popkulturowym twórcą od początku szło w parze z całą mroczną stroną sukcesu. Z jednej strony - warsztat literacki, talent i wyobraźnia; z drugiej - alkohol, narkotyki i kliniki odwykowe. King bowiem to nie tylko cudowne dziecko popkultury, ale bodaj jedyny żyjący pisarz, którego początki przypominają karierę muzyka rockowego. Tyle że zamiast uczyć się nut z bluesowych płyt, zdobywał warsztat, czytając groszowe pisma i powieści. I popijając przy tym z butelki bud light.
Horrory to moja specjalność
Pisał od zawsze. Taką wersję podają wszyscy znani biografowie i sam King potwierdza ją w autobiografii. Pewnego wieczoru 1950 roku ojciec przyszłego pisarza, Donald King, powiedział żonie, że wychodzi po papierosy i... nigdy nie wrócił (po latach okazało się, że założył nową rodzinę i miał inne dzieci, ale Stephen nigdy się z nimi nie skontaktował). W latach pięćdziesiątych porzucona przez męża matka dwójki dzieci nie miała lekkiego życia. Sąsiedzi szybko rozpuścili plotkę, jakoby Donald odszedł z jej winy, a prace, jakie jej oferowano, nie należały do dobrze płatnych. Dzieciństwo Kinga upłynęło na ciągłych przeprowadzkach i w zasadzie bez obojga rodziców, ponieważ matka, aby utrzymać rodzinę, pracowała bezustannie na dwóch, trzech etatach - jako kelnerka, praczka, w cukierni czy piekarni.
W takiej sytuacji nie powinno nikogo dziwić, że dla przyszłego autora Miasteczka Salem czytanie, a potem pisanie było formą ucieczki od otaczającej go życiowej beznadziei.
Mniej więcej odkąd skończył pięć lat, interesowała go proza gatunkowa. Pokochał zaborczą miłością komiksy z serii Opowieści z krypty, teksty Edgara Allana Poe i H.P. Lovecrafta, nie powinno więc dziwić, że to horror okazał się gatunkiem, w którym doskonalił się najlepiej. Pierwsze opowiadanie, które opublikował - w 1965 roku w amatorskim fanzinie "Comics Review" - nosiło tytuł I Was a Teenage Grave Robber, a jego tytuł idealnie oddawał zainteresowania autora: ożywione trupy, cmentarze i potwory. Ta tematyka dominować będzie w wielu młodzieńczych tekstach Kinga, który powiększając swoją bibliografię o kolejne teksty, będzie powoli budował markę najstraszniejszego faceta w Ameryce.
Zanim w 1974 roku ukaże się jego debiutancka powieść Carrie, napisze do szuflady co najmniej cztery powieści (potem wyda je pod pseudonimem Richard Bachman), opublikuje dziesiątki opowiadań (głównie w pismach dla panów, spośród których "Playboy" był najbardziej ekskluzywnym) i zaliczy drobny epizod muzyka folkowego. Tak, King w czasie studiów, jak niemal każdy amerykański student anglistyki słuchający Boba Dylana i Phila Ochsa, próbował swych sił w występach na scenie. Nie wiadomo, co szło mu bardziej opornie - granie na gitarze czy śpiewanie - ale po kilku występach porzucił karierę muzyka. Powróci do niej dopiero w latach dziewięćdziesiątych, gdy wraz z kolegami po piórze założy rockowy zespół The Rock Bottom Remainders, w którego skład wchodzić będą cenieni w USA pisarze, między innymi Scott Turow, Greg Iles i Mitch Albom.
Stephen King, 2012
Przez chwilę w czasie studiów próbował także swych sił jako stand-uper, ale publiczność, która liczyła na dowcipy, a nie recytowane z pamięci opowiadania grozy, wygwizdała przyszłego autora bestsellerów. W efekcie jeszcze podczas studiów postanowił zostać aktywistą politycznym; wygłaszał płomienne przemówienia podczas wieców, ale któregoś razu spałowała go policja i tak się skończyła jego kariera polityczna. Pisanie było o wiele bezpieczniejsze. No i nikt nie miał do niego pretensji o to, że w zaciszu piwnicy wypijał w kilka godzin dwanaście piw. Bo pił tak samo, jak pisał - odkąd sięgał pamięcią.
Jeśli pisanie było dla Kinga ucieczką od trudów codzienności, to alkohol był sposobem na zmierzenie się z nią. Wychowywany bez ojca i męskiego autorytetu, miał bardzo zaniżoną samoocenę. Nigdy nie był przystojny, nie miał pieniędzy, a często nawet butów (jego oklejone taśmą buty, w których paradował latem, jesienią, zimą i wiosną, przeszły do uczelnianej legendy). Alkohol pozwalał pokonywać mu wstyd i brylować w towarzystwie. W chwili swojego głośnego debiutu King był już alkoholikiem, który funkcjonował w stanie permanentnego ciągu. Po latach przyznał, że telefon od agenta, który poinformował go o pierwszych zarobionych dwustu tysiącach dolarów, "odebrałem w stanie zamroczenia i nie bardzo rozumiałem, co do mnie mówi". Kiedy w końcu zrozumiał - najpierw zemdlał, a potem po pijaku kupił żonie prezent: wielką suszarkę do włosów. Na pytanie, dlaczego akurat suszarkę, do dziś nie jest w stanie odpowiedzieć.
Sukces trzeciej powieści, czyli Lśnienia (1977), ugruntował na rynku pozycję Kinga i sprawił, że pisarzem na dobre zainteresowało się Hollywood. A jak pokazywał to Woody Allen w Annie Hall - Los Angeles to kraina śniegiem usłana. Na pierwszej imprezie z producentami z Warner Bros. King odkrył, że wciągany do nosa biały proszek o nazwie kokaina doskonale pomaga na dręczącego go kaca i sprawia, że zamiast spać, chce mu się pracować. Tak oto hurtowe ilości piwa poznały swoją młodszą siostrę kokę, a King rozpoczął trwający kolejną dekadę ciąg, który cudem przetrwał.
Ktoś mógłby przytomnie zapytać, dlaczego we wstępie do książki o Kingu tyle miejsca poświęcać jego uzależnieniom. Odpowiedź jest prosta. Ponieważ w ogromnym stopniu odciskały się na tym, co i jak pisał. Weźmy choćby Cujo, powieść o wściekłym bernardynie atakującym pewną panią z dzieckiem. Po latach King przyznał w autobiografii, że nie pamięta za bardzo, jak ją pisał, a już zupełnie nie potrafi przypomnieć sobie nanoszonych na nią poprawek. I to czuć. Cujo to powieść napisana w dziki i szalony sposób. Tryska agresją, jadem. Jest absolutnie niepoprawna i wściekła, napędza ją bowiem ta sama szalona energia, jaką daje kokainowy kopniak. Lśnienie z niepijącym, odciętym od świata alkoholikiem, który zabije za kieliszek... Misery z uwięzionym przez psychopatkę pisarzem, wreszcie monumentalne To, gdzie ckliwe wspomnienia z dzieciństwa zniszczone są przez demony dorosłości. Te powieści nie powstałyby, gdyby podświadomie King nie opisywał w nich swoich alkoholowo-kokainowych traum.
Stephen i Tabitha Kingowie na ceremonii wręczenia National Book Award, 2003
Przebudzenie nadeszło w roku 1989. Picie wyrwało się spod kontroli i galopowało przed siebie, niszcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Na spotkaniach autorskich King zjawiał się wstawiony. W wywiadach bywał zgryźliwy i złośliwy. A przede wszystkim, gdziekolwiek się pojawiał, musiał być tam alkohol, nawet w jednym z kościołów w Maine, gdzie zorganizowano mu spotkanie autorskie. Gdy zebrani na sali poczuli alkohol, wyszli. King miał już wówczas trójkę dzieci i żonę, którą poznał podczas studiów (jak sama mówiła w jednym z wywiadów: "zakochał się na zabój w moich cyckach"). To właśnie Tabitha King uznała, że mąż zmierza na dno i jeśli czegoś z tym nie zrobi, skończy jak jeden z jego ulubionych wokalistów, Bon Scott - frontman AC/DC, który zapił się na śmierć. I postawiła mężowi ultimatum. Albo ona zabiera dzieci, połowę konta i dom, albo on przestanie pić. Przestał. Choć lekko nie było. Najpierw, jak każdy alkoholik, uznał, że poradzi sobie z chorobą sam, i przez rok próbował ograniczać picie. Kiedy okazało się, że domowa terapia nie skutkuje, w końcu trafił do kliniki. Żaden biograf Kinga nie podaje informacji o tym, jak przebiegało leczenie, ile czasu spędził w klinice. On sam także o tym nie wspomina. Nie ukrywa jednak, że trzeźwość utrzymuje dzięki mitingom Anonimowych Alkoholików. O tym, jak wielki wpływ na jego życie miała ta organizacja, widać w powieści Doktor Sen - kontynuacji Lśnienia - pełnej odniesień do terapii i sposobów walki z alkoholizmem propagowanych przez AA.
Pieniądze, władza i grube powieści
Jak niemal każdy artysta, który popadł w uzależnienie, King bał się panicznie, że rezygnując z alkoholu i kokainy, utraci zdolność pisania. Niepotrzebnie. Mimo że pierwsza po odwyku powieść, Sklepik z marzeniami, nie należała do udanych, to kolejne - Dolores Claiborne czy Gra Geralda -pokazały zupełnie inne, dojrzalsze, oblicze Kinga. Potwory i zjawiska nadprzyrodzone odeszły w cień (sam King mówi: "Wszystko, co miałem do powiedzenia o potworach, zawarłem w To"), a na pierwszy plan wysunęła się psychologia postaci i mroczne opisy ludzi zmagających się ze swoimi słabościami i traumami. Zmieniła się nie tylko tematyka powieści, ale też sam autor.
O ile do tej pory nie przeszkadzało mu, że krytycy uznają go za Króla Horroru, o tyle teraz postanowił to zmienić. Ale chociaż jego opowiadania zaczęły się ukazywać w "New Yorkerze", chociaż otrzymał wiele prestiżowych nagród, w tym medal National Book Foundation za całokształt twórczości, "poważni" krytycy do dziś uznają go za pana od horrorów, którego nie należy traktować poważnie. Szkoda - bo kilka powieści Kinga ociera się o wielkość. Choćby wspomniane już To, które swoim rozmachem w niczym nie ustępuje epickim powieściom Dickensa, Worek kości zaś to bezsprzecznie jedna z najlepszych współczesnych powieści gotyckich, jakie wydano.
Rozstając się z alkoholem, King zmienił swój stosunek nie tylko do własnego wizerunku, ale też finansów. Do tej pory większość decyzji związanych z pieniędzmi podejmował za niego agent, Kirby McCauley. To on negocjował zaliczki (między innymi słynne cztery miliony z 1979 roku, które przeszły do legendy rynku wydawniczego) i zajmował się prawami. Kiedy King postanowił przyjrzeć się bliżej swoim własnym finansom, zwolnił Kirby'ego i z nowym agentem zaczął negocjować nowe zaliczki.
Honoraria Kinga były gigantyczne - według magazynu "Forbes" ponad dwadzieścia milionów dolarów rocznie tylko za same powieści (łączna suma nakładów jego książek we wszystkich krajach wynosi blisko czterysta milionów egzemplarzy, z czego wynika, że co 175 osoba na świecie musiała kupić którąś z jego powieści). Do tej kwoty trzeba jeszcze dorzucić sumy, jakie otrzymuje za prawa do ekranizacji (średnio około dziesięciu milionów za tytuł). Kiedy na trzeźwo dotarło do niego, jaki jest bogaty, postanowił zacząć wydawać pieniądze mądrze i sensownie.
Kupił w rodzinnym stanie Maine radiostację WZON AM, której właścicielem jest do dziś, wielki dom oraz dwa mniejsze na Florydzie, gdzie spędza większą część roku (bo cieplej zimą i trudniej poślizgnąć się na lodzie). Zainwestował w seriale telewizyjne, takie jak Czerwona Róża, Szpital "Królestwo", Pod kopułą czy Castle Rock). Założył kilka fundacji, w tym jedną wspierającą artystów, którzy w wyniku wypadków losowych nie mogą kontynuować pracy, i zabezpieczył przyszłość dzieci: dwóch synów pisarzy oraz córki, która jako jedyna wyłamała się i nie pisze; jest lesbijką i pastorem w Kościele Unitarian Uniwersalistów w Utica. Pytany o to, co robi w wolnym czasie, zawsze odpowiada tak samo: "Piszę, bo mam to szczęście, że moja praca jest moim najukochańszym hobby, a kiedy pisanie mnie znudzi, oglądam bejsbol". Ot, klasyczny Amerykanin.
Dziś, pytany w wywiadach, czego najbardziej żałuje w życiu, zawsze odpowiada tak samo. Nie przepitych lat, nie zniszczonego przez kokainę organizmu, ale dwóch prozaicznych rzeczy. Pierwszą jest udzielony w latach osiemdziesiątych wywiad, w którym powiedział, że nie uważa się za pisarza, lecz za hamburgera z McDonalda. Drugą jest reklama kart kredytowych z zamczyskiem. "Z tym hamburgerem nie chodziło mi o to, że jestem tak tani jak McDonald, ale o jego zasięg! Krytycy jednak zrozumieli mnie opatrznie i tkwią w tym przekonaniu do dziś" - wyjaśniał w innym wywiadzie.
Choć twierdzi, że brzydzi się przypiętej mu etykietki pisarza popowego, chyba nie do końca zależy mu na uwalnianiu się od niej. Wydał przecież trylogię kryminalną Pan Mercedes, jak najbardziej gatunkową i popową. Pierwszy tom był pierwszym rasowym kryminałem w jego ponadczterdziestoletniej karierze. Zapytany przez dziennikarza, dlaczego postanowił tym razem stworzyć opowieść o poszukiwaniu niebezpiecznego psychopaty, King odparł z rozbrajającą szczerością: "Bo jeszcze nigdy nie napisałem prawdziwego krwistego kryminału". W tym gatunku zbyt długo nie wytrzymał. Powieść zamykająca cykl, Koniec warty, była już horrorem. Horrorem - religijnym - było też od początku do końca Przebudzenie. Czy ta książka była formą pokuty za picie w kościołach - nie wiadomo. Jedno jest pewne: King kocha grozę, a groza kocha jego.
Dlaczego uwielbiam Stephena Kinga?
Kiedy w prasie pojawia się tak sformułowane pytanie, możecie być pewni trzech najbardziej wyświechtanych odpowiedzi. Pierwsza brzmi: "Uwielbiam Kinga, bo jest mistrzem narracji". Owszem, jest, ale czy jedynym we współczesnym świecie? Nie sądzę. Jest wielu innych pisarzy, którzy radzą sobie z narracją równie dobrze jak on. Z miejsca przychodzi mi do głowy niedoceniony wciąż w Polsce Peter Straub - znany u nas głównie z tego, że napisał dwie książki... z Kingiem - który, na szczęście, zgodził się zabrać głos w tej książce.
Druga odpowiedź brzmi: "Uwielbiam Kinga, bo jest królem literackiego horroru". Jest, to nie ulega wątpliwości. Ale nie niedościgłym. Żyjemy w specyficznym kraju, w którym gatunek literacki zwany horrorem jest przekleństwem wydawców, a nie błogosławieństwem. Po tym, jak w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przez nasz rynek przetoczyła się dosłownie lawina szmatławych... dobra, będę uczciwy, doskonałe też się trafiały... powieści grozy, rynek się nasycił. I ten stan utrzymuje się do dziś. Powieści grozy nie sprzedają się tak, jak powinny, i potwierdzi to każdy polski wydawca (a jeśli twierdzi inaczej - zwyczajnie kłamie). Owszem, horrory osiągają swoje malutkie nakłady, ale nie powalają one nikogo. Dobrze sprzedają się u nas oczywiście King, Masterton czy... No właśnie. Oto, co się ostało z horrorowego boomu. Światowa gwiazda i taki nasz horrorowy Jonathan Carroll. Clive Barker umarł dla polskich czytelników dawno temu, Peter Straub nie miał szansy zaistnieć, Ramsey Campbell, Dan Simmons wciąż mocniej kojarzą się z fantastyką, Richard Matheson wielki nieobecny... Tę litanię moglibyśmy ciągnąć w nieskończoność. Dobrze sprzedaje się - czy raczej sprzedawał - Dean Koontz, ale zwróćcie uwagę na drobny szczegół: jego powieści zwykle opatrywano u nas szyldem "thriller". Chcesz się u nas sprzedawać - uciekaj jak najdalej od określenia "horror".
Wreszcie trzecia odpowiedź: "Uwielbiam Kinga, bo pod płaszczykiem grozy snuje opowieści o ludziach i małych amerykańskich miasteczkach". Taaa... Jakby robił to on jedyny! Setki amerykańskich pisarzy wychowanych na brytyjskiej wiktoriańskiej prozie (bo tego uczą ich w szkołach) kontynuują dickensowską narrację, czego najlepszym przykładem niech będzie kariera Richarda Russo czy Johna Irvinga.
No więc dlaczego uwielbiam Stephena Kinga?
Otóż uwielbiam go z jednego prostego powodu. Nie ma na tym świecie drugiego pisarza, który jak King uosabiałby sobą cały rynek wydawniczy. Kiedy myślę: "King", nie myślę: "Groza, psychologia postaci, narracja". Myślę: "Historia rynku wydawniczego w pigułce". Chcecie dowiedzieć się, jak osiągnąć sukces? Chcecie się przekonać, jak zmieniały się zasady wydawania powieści, styl promocji, układania list bestsellerów? Chcecie poznać każdy znany ludzkości model kariery literackiej? Wystarczy, że przyjrzycie się bliżej życiorysowi Stephena Kinga. Jest tam wszystko. Lata wykładów na bibliotekoznawstwie - czy w szkołach marketingu - zamknięte w życiorysie jednego faceta z amerykańskiego prowincjonalnego miasteczka.
Potrzebujecie dowodów? Proszę bardzo.
King pisał od zawsze. Taką wersję podają wszyscy znani biografowie, i sam autor potwierdza ją w autobiografii. Pisanie stało się dla niego ucieczką: od biedy, chorób, dzieciństwa, które upłynęło mu na ciągłych przeprowadzkach. Od zawsze - czyli mniej więcej odkąd skończył pięć lat - interesowała go proza gatunkowa i doskonalił się w niej. Najpierw, jak na małego chłopca przystało, pisał o króliczkach, potem o cmentarnych hienach i postapokaliptycznych wizjach upadku ludzkości, by wreszcie dorosnąć do debiutu - powieści o dręczonej przez bliskich i przez wyrzuty sumienia dziewczynce posiadającej tajemne moce. Wprawdzie po drodze dopuścił się - bodaj jedynego w karierze - plagiatu, czyli przepisał po swojemu Studnię i wahadło Edgara Alana Poe, czy raczej jej adaptację dokonaną przez Rogera Cormana, ale to zupełnie inna historia. Wspominam o tym, aby pokazać, jak płynnie początki kariery literackiej Kinga wpisywały się w klasyczny model kariery pisarskiej panujący wówczas na rynku literatury popowej. Pod tym względem King nie różnił się niczym od Richarda Mathesona czy Philipa K. Dicka. Całe życie chciał pisać, pisał i pragnął się z tego utrzymywać. Publikował hurtowo opowiadania, zarówno w pismach pornograficznych, jak i w tanich magazynach SF. Nieistotna była jakość gazety, liczyła się publikacja. Im częściej pojawiało się nazwisko, tym lepiej. Portfolio rosło, agenci od czasu do czasu trafiali na jego teksty, ale przede wszystkim King dbał o to co najważniejsze - dziś nazwalibyśmy to bazą użytkowników, czyli czytelników, którzy zaczynali kojarzyć jego nazwisko.
"Kariera przez wytrwałość" - tak działali Mickey Spillane, Raymond Chandler, Jim Thompson, John D. MacDonald i wielu, wielu innych. Jeśli którymś z waszych ulubionych pisarzy jest amerykański autor, który debiutował jakieś cztery dekady temu - sprawdźcie listę jego publikacji. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent jest imponująca.
Czy Carrie ukazałaby się, gdyby nie to, że King po prostu miał szczęście i polubił go redaktor? Pewnie nie. Niestety, element szczęścia w karierze jest dość istotny, choć oczywiście niedecydujący. W końcu któraś z kolejnych powieści Kinga i tak by się ukazała. Z książki na książkę stawał się coraz bardziej sprawny... Ale czy bez Carrie zostałby królem? Chyba nie. Ta powieść - mimo że okazała się finansową klapą - utorowała mu drogę do prawdziwego sukcesu. A wszystko dzięki jej ekranizacji. I tu pojawia kolejny model kariery literackiej, w której siłą napędową staje się film.
Dzięki temu, że Carrie w reżyserii Briana De Palmy okazała się hitem kinowym, ludzie zainteresowali się najnowszą - trzecią - powieścią Kinga: Lśnieniem. Wydawnictwo Doubleday, z którym wówczas był związany, wcale nie wierzyło w jej rynkowy potencjał. Ukazała się w nakładzie zaledwie dwudziestu pięciu tysięcy egzemplarzy! Dopiero nagły wzrost zainteresowania sprawił, że wydawnictwo zdecydowało się na dodruki.
Tak narodził się Najstraszniejszy Facet w Ameryce. Przydomek, który King pielęgnował przez lata, potem stał się jego kulą u nogi. No ale jeśli ktoś występuje w telewizyjnych reklamach kart kredytowych jako postać demoniczna, to może mieć pretensje tyko do siebie. Ale o tym za chwilę.
W 1977 roku King powoli stawał się gwiazdą. Może jeszcze nie największą - wydawca wciąż grzebał mu w książkach i narzucał własne zmiany, jak miało to miejsce przy pierwszym wydaniu Bastionu w 1979 roku - ale całkiem solidną.
Każdy dbający o dobre imię autor, pretendujący do miana literackiej gwiazdy, po takim hicie jak Lśnienie wydałby szybko kolejną przebojową powieść. Ale nie King. On zdecydował się na dziwny eksperyment - z perspektywy czasu wiemy, że miało to związek z ilością spożywanego wówczas przez pisarza alkoholu. Otóż wydał zbiór opowiadań oraz powieść pod pseudonimem. Rage, podpisane "Richard Bachman", przepadło w księgarniach, ale zbiór Nocna zmiana sprzedał się tak świetnie, że ustanowił rekordy pośród sprzedaży antologii opowiadań.
Podsumowując ten etap kariery Kinga: od ambitnego chłopaka, który chce pisać za wszelką cenę, przez pisarza, którego powieść przeniesiono na ekran, co znacznie przyspieszyło jego karierę, po niestroniącego od eksperymentów rynkowych autora. Nieźle. A to dopiero początek.
Po awanturze związanej z cięciami w Bastionie (zmuszono go do skrócenia powieści o kilkaset stron) zdecydował się zrezygnować ze współpracy z wydawnictwem Doubleday, i zrobił to w stylu, jaki dziś nazwalibyśmy transferowym: niczym wielka gwiazda piłki nożnej.
Przedstawił Doubleday ultimatum - płacą mu trzy i pół miliona zaliczki albo się rozstają. Wyłożyli na stół trzy miliony. Rozstali się. King trafił do domu wydawniczego Viking.
Był rok 1978. Stephen King rozpoczął nową erę w historii rynku wydawniczego. Erę gigantycznych zaliczek, transferów między wydawnictwami i wojny na agentów. Oczywiście pomógł w tym nowy agent i kumpel od kieliszka, Kirby McCauley, który uświadomił mu, ile tak naprawdę zarabia (rozstali się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy King przestał pić), ale decyzję o skierowaniu swojej kariery na nowe tory pisarz podjął świadomie i z pełną premedytacją.
I mniej więcej wtedy wypowiedział publicznie to zdanie, z którego będzie wycofywał się okrakiem całe życie: że jest literackim odpowiednikiem McDonalda (czyli że jedzą go wszyscy Amerykanie i jest w każdym domu). Ta jedna niefortunna wypowiedź, w połączeniu ze wspomnianą reklamą kart kredytowych American Express, emitowaną w 1985 roku, w której King przechadzał się po nawiedzonym zamczysku pośród mgieł i dziwnych odgłosów, sprawiły, że poważni krytycy literaccy uznali go za pisarza pulpowego i popowego. I tak naprawdę nigdy zdania nie zmienili.
Tak czy inaczej, w lata osiemdziesiąte King wkroczył już jako gwiazda totalna. Jego powieści osiągały milionowe nakłady, stał się marką, która decydowała o sukcesie innych (to dzięki jego namaszczeniu rozwinęła się kariera Clive'a Barkera), mimo to potrafił zachować dystans do sukcesu. I znów zaskoczył branżę, tym razem przez wprowadzenie na rynek wydawniczy nowego modelu promocji: limitowanych edycji książek. Od wydania Podpalaczki niemal każda jego książka ukazywała się w tak zwanej edycji limitowanej. Nie byłoby w tym nic dziwnego - nie on wymyślił wydania dla fanów - gdyby nie jeden drobny szczegół. Nowością było to, że wszystkie edycje limitowane zostały opublikowane nie przez wielkie wydawnictwa, z którymi miał umowy, lecz przez maleńkie oficyny literackie, które dzięki temu finansowały cały rok swojego działania. Co więcej - edycje limitowane trafiały do niezależnych sieci księgarskich. King wyrażał w ten sposób poparcie dla niezależnych księgarzy walczących z wielkimi sieciami. Stosując taki zabieg, postanowił spłacić dług, jaki miał wobec małych wydawców, którzy publikując jego opowiadania, pomagali mu budować markę literacką. Który z pisarskich gwiazdorów tak się zachowuje? Niewielu. Do dziś - o czym mało kto wie - King rozdaje swoje opowiadania niewielkim oficynom za bezcen (tylko trzeba trafić na jego dobry dzień). I za dolara oddaje prawa do adaptacji swoich tekstów młodym reżyserom.
Oczywiście to nie zawsze działa. Limitowana edycja Szkieletowej załogi doprowadziła do bankructwa maleńką oficynę Scream Press. No ale tak to już jest w biznesie - nie zawsze się udaje.
Jeśli chodzi o wspieranie młodych i małych, nigdy nie zmienił podejścia, natomiast w kwestii bycia gościem, który przyjaźni się ze wszystkimi, owszem. Prawdopodobnie dlatego, że jego kariera nabrała tak gigantycznego rozpędu, że zwyczajnie nie był w stanie wyjść na ulicę. Do legendy przeszły historie o tym, jak fani szturmowali autokar, którym podróżował podczas trasy koncertowej rockowego zespołu The Rock Bottom Remainders. King stał się po prostu ikoną popkultury, a ikony mają utrudnione możliwości poruszania się.
Pisząc o rynku wydawniczym i o tym, jak ogromny wpływ na jego rozwój wywarł King, nie mogę nie wspomnieć o dwóch rzeczach: e-bookach i listach bestsellerów. Tak jest - to King jako pierwszy na masową skalę testował książki elektroniczne, za które płaci się przez internet. Eksperyment okazał się niezbyt udany - pisana w odcinkach powieść The Plant nigdy nie doczekała się ukończenia, ale prawda jest też taka, że zwyczajnie stracił serce do tej historii. Niemniej jednak to on rozpoczął romans literatury z elektroniką. Tyle że działo się to prawie dwadzieścia lat temu! Kto wtedy myślał o e-bookach? Nikt. Przez lata specjaliści od rynku wydawniczego nabijali się z Kinga, rozgłaszając plotki, jakoby jego próba podbicia internetu brała się z tego, że chciał więcej zarabiać i rozstać się z wydawcami drukowanych książek - co po części było prawdą - ale dziś wszyscy jak jeden mąż powielają wypracowany przez niego w 2000 roku schemat internetowego publikowania. No cóż, takie jest życie.
Co do list bestsellerów... Wie o tym bardzo niewiele osób, ale... to właśnie Stephen King, publikując w odcinkach powieść Zielona mila, sprawił, że wydawcy zmusili prestiżową listę bestsellerów "New York Timesa" do zmiany reguł "podliczania". Otóż poszło o to, że we wrześniu 1996 roku na liście najlepiej sprzedających się książek znajdowało się: sześć tomów Zielonej mili, Desperacja, Regulatorzy i Rose Madder. Tak więc w pierwszej dziesiątce została tylko jedna pozycja dla autora, który nie był Stephenem Kingiem. Ponieważ Zielona mila była jedną książką podzieloną na sześć tomów, wydawcy ustalili nową zasadę (obowiązującą do dziś): na listach bestsellerów może znaleźć się tylko jeden tom powieści drukowanej w odcinkach lub podzielonej na tomy. Który? Oczywiście ten najnowszy.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem was na śmierć, odpowiadając na pytanie: "Dlaczego uwielbiam Stephena Kinga?". Uwielbiam go, bo jego kariera to niesamowita lekcja historii rynku wydawniczego przełomu wieków. A przyglądanie się temu, jak sobie radził - i radzi - to niebywała lekcja pokory.
Jeszcze na koniec anegdota. Kiedy King był już wielką gwiazdą, poprzez swojego agenta wydał dyrektywę, która zaskoczyła wydawców i pokrzyżowała im plany: zakazał wyróżniania w jakikolwiek sposób swojego nazwiska na zbiorczych antologiach opowiadań. Miał być pisany tak samo jak inni. Powód? Jak sam tłumaczył: to, że nazywa się King i sprzedaje miliony książek, nie znaczy, że jest najlepszy w branży. Są lepsi, więc dlaczego ma przygniatać ich swoim nazwiskiem? I takie podejście bardzo mi imponuje.
Dlaczego napisałem tę książkę?
Wprawką do niej był Sprzedawca strachu - mała książeczka z omówieniem samych ekranizacji. Wciąż uważam, że była dobrym pomysłem. Mimo wszystkich niedociągnięć, mimo przygód, jakie spotkały tamtą książkę - stanowi fundament mojego dalszego pisania o Kingu. Chodziło mi w niej o wprowadzenie porządku w chaosie. Stephen King wciąż rozdaje za dolara prawa do ekranizacji swoich opowiadań, dzięki czemu jego filmografia jest tak ogromna, że trudno się w niej połapać. Liczba filmów nakręconych na podstawie jego utworów przekracza sto dwadzieścia; aby obejrzeć je wszystkie, trzeba by poświęcić rok życia, a większość z nich i tak, jak przystało na filmy amatorskie, nie wnosi zbyt wiele do filmografii autora Miasteczka Salem. Dlatego też tym tak zwanym dollar babies poświęciłem osobny rozdział.
Kiedy pisałem Sprzedawcę strachu, odkryłem, że adaptacje jego prozy tworzą pewien wzór. Ułożone w kolejności chronologicznej, idealnie odzwierciedlają życiorys Kinga. Jego wzloty w latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, upadki przypadające na drugą połowę lat osiemdziesiątych, trudny powrót do formy, który nastąpił na początku dziewięćdziesiątych, i wreszcie stagnację gwiazdy w ostatniej dekadzie. Oglądając te ekranizacje, widzimy, jak King się rozwijał, podbijał świat, ale też mylił się i błądził. I widzimy również to, jak rozwijało się Hollywood - jak z miejsca, które nie bało się eksperymentów, stawało się tworem zachowawczym i wycofanym.
Już oddając Sprzedawcę strachu wydawcy, miałem jednak wrażenie, że mogłem zrobić to lepiej, że mogłem pójść na całość. Jasne, zajęłoby mi to znacznie więcej czasu, musiałbym od nowa wymyślić konstrukcję, pozmieniać tekst. Ale King na to zasługuje. Zwłaszcza że w Polsce nie wydano nigdy kompendium wiedzy na temat całej artystycznej działalności Kinga.
Pierwsze, co powinienem był wtedy zrobić, to wywalić w kosmos konstrukcję tej książki. Podział na dekady miał sens przy filmach, bo każdy z nich oddawał ducha czasów, w jakich powstawał. Ale z powieściami i opowiadaniami to już całkiem inna bajka. Część z nich - tych wcześniejszych - wpisuje się w polityczny i historyczny klimat epoki, ale im dalej w las, tym bardziej sprawy się komplikują. Weźmy Pod kopułą, rzecz współczesną, ale opartą na pomyśle pochodzącym z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i być może z tego powodu tak dziwacznie popękaną; czy Worek kości - powieść napisaną w latach dziewięćdziesiątych, którą czyta się jak te z najmroczniejszego okresu twórczości Kinga, tyle że lepszą niż one; czy choćby cykl Mroczna Wieża, pisany przez czterdzieści lat, szalony, wymykający się klasyfikacjom gatunkowym.
Przez rok, a może nawet dłużej, po ukazaniu się Sprzedawcy strachu dodawałem powoli kolejne cegiełki do spisu treści. Osobny rozdział poświęcony jest dziełom non-fiction. Uznałem też, że powieści i opowiadania to w zasadzie dwa różne byty, więc byłoby sensownite je rozdzielić. No i Castle Rock! Może warto stworzyć osobną opowieść o mitologii Kinga? W końcu chyba się udało. Stało się to, co stać się musiało. Ta książka wchłonęła Sprzedawcę strachu, który posłużył za fundament - punkt wyjścia do kompleksowego omówienia twórczości Kinga. Kilka lat temu chciałem stworzyć coś na kształt biografii pisarza opowiedzianej przez pryzmat adaptacji. Chyba dziś odważyłbym się usunąć z tego zdania "coś na kształt".
Wierzę, że udało mi się uniknąć błędów mojej poprzedniej książki. Mam nadzieję, że ta jest nie tylko dłuższa, ale także mocniejsza i lepsza. Oczywiście nie wiem tego na pewno. Sami oceńcie. Zjedziecie mnie lub nie. Zrobiłem, co mogłem, aby sprawić wam (i sobie) przyjemność. Jeśli się nie udało - obiecuję poprawę.
I jeszcze o moich kontaktach z Kingiem, czyli samochwała
Jestem chyba jedynym dziennikarzem w Polsce, który "prawie" przeprowadził wywiad z Kingiem. Rzecz miała miejsce dawno temu, kiedy jeszcze pracowałem w "Newsweeku". Cała procedura dobicia się do niego była żmudna i niebywale skomplikowana. Wydawca przebijał się przez kolejnych asystentów, ci zaś przekazywali nam kolejne daty i tak dalej. W końcu udało się dotrzeć do tego ostatniego - najbliższego autorowi. Padła data. Zanim jednak miało dojść do wywiadu, musiałem spisać pytania do pisarza i przesłać je asystentowi. Całonocną debatę z samym sobą zakończyłem z listą trzydziestu sześciu pytań. W końcu gotowy plik poleciał do Stanów... i po kilku dniach wrócił. Asystent poprosił o złagodzenie tonu niektórych pytań (tych o dość absurdalne chwalenie przez Kinga remake'u Ostatniego domu po lewej). Poprawiony tekst znów poleciał do asystenta. Po kilku dniach dostałem informację, że pytania zostały zaakceptowane przez Kinga. Rozpoczęło się czekanie na dzień zero. Pamiętam, że miała to być środa. Nocą w poniedziałek asystent odwołał wywiad. Decyzję pisarza tłumaczył nagłymi zmianami, które ten musiał wprowadzić do scenariusza Mrocznej Wieży. King w końcu dostał swoją filmową Mroczną Wieżę. A ja swoją książkę.
MROCZNA WIEŻA VII. MROCZNA WIEŻA(THE DARK TOWER VII: THE DARK TOWER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 2004
Wydania polskie: Albatros, 2005; Świat Książki, 2005; Albatros, 2015
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Mroczna Wieża według samego autora to jego opus magnum, cykl, który łączy wiele wątków z jego twórczości i wymyka się zręcznie jakimkolwiek klasyfikacjom. Według słów "koniec wieńczy dzieło" pozostaje nam rozprawić się z ostatnim tomem serii.
Ka-tet zostaje całkowicie rozdzielone. Susannah zostaje matką potwornego Mordreda, biologicznego syna Rolanda, ale również Karmazynowego Króla. Potwór pożera swoją alternatywną matkę - Mię - i rusza na łów za rewolwerowcem. Ten zaś wraz z Eddiem utknął w Maine 1977 roku. Zależy im szczególnie na zajęciu się opuszczoną parcelą na Manhattanie, gdzie rośnie czerwona róża, od której zależą losy świata. Tymczasem Callahan wyrusza na swój ostatni bój z wampirami. To jednak nie koniec komplikacji. Gdy wreszcie drużynie udaje się zebrać, muszą zmierzyć się z Karmazynowym Królem i załogą więzienia Algul Siento, pragnącą zniszczyć ostatnie Promienie i Mroczną Wieżę. Najważniejsza jednak okazuje się próba uratowania Stephena Kinga przed śmiertelnym wypadkiem w 1999 roku. Wszystkie te działania prowadzą do ostatecznego upragnionego celu. Czy Roland i jego ka-tet dotrą do miejsca przeznaczenia? Co ich tam czeka?
Mroczna Wieża, Albatros, 2015
Wiatr przez dziurkę od klucza, Albatros, 2015
King od samego początku ostatniego tomu daje do zrozumienia, że tym razem kłopoty, które czekają drużynę rewolwerowca, są największe z dotychczasowych i nie każdy przejdzie przez próby szczęśliwie. Ka-tet się przerzedza i kilka osób ginie w imię wielkiej misji Rolanda. Nie mogło być zresztą inaczej. Zbyt wielka to wyprawa i zbyt dużo trzeba poświęcić dla ostatecznego celu. Autor mistrzowsko splata w tym tomie wszystkie dotychczasowe wątki, zazębia relacje i prowadzi do finału poprzez poszczególne potyczki, starcia i bitwy. Jeżeli ktoś narzekał na brak akcji we wcześniejszych tomach, to tutaj jest jej mnóstwo. Oczywiście King nie powstrzymał się przed typowym dla niego rozpisywaniem się, czasem nadmiernie drobiazgowo bada każdy krok Rolanda i ucieka do rozwlekłych dygresji, ale przyznam, że buduje to doskonały klimat całości i w ostatecznym rozrachunku wychodzi na plus. Czy można zatem stwierdzić, że ostatni tom sagi jest idealny? Nie.
Pomijam w tym momencie styl i gadaninę autora. Powiedzmy szczerze, jeśli ktoś za tym nie przepada, raczej wątpliwe jest, że dobrnął aż do siódmego tomu. Przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej, choć przyznaję, że jest to opinia całkowicie subiektywna. Rozmach serii poraża, podobnie jak pomysłowość Kinga i jego umiejętność splatania wątków popkulturowych z fikcyjnymi, własnej twórczości i rzeczywistości. A jednak momentami nie sposób odnieść wrażenia, że ten rozmach przerósł i jego samego, a ostateczne rozwiązanie kilku wątków nie spełnia oczekiwań. Nie znaczy to, że jest złe, nieodpowiednie czy nielogiczne. Po prostu przy takim rozmachu kompozycyjnym chwyty zastosowane przez autora są zbyt oczywiste, mało zaskakujące. Największy problem jest z finałem - z jednej strony wstrząsający, ale dość ograny w literaturze i filmie. Z drugiej jednak, biorąc pod uwagę wszystko, co przyniósł ten cykl, jego finał nie mógł być inny. Pozostaje więc pogodzić się ze słowami autora napisanymi w posłowiu: "Może nie spodoba Wam się to, co Roland znalazł na szczycie, ale to już inna historia. (...) Nie mam już nic do powiedzenia".
Chociaż uważam, że stawianie Mrocznej Wieży w jednym rzędzie z trylogią Tolkiena jest sporą przesadą, to cykl ten pozostaje wybitnym dokonaniem Kinga, a jego bohaterowie i wątki na zawsze zostaną w sercu tych, którzy odważyli się śledzić losy ka-tet. W związku z tym ocenę ostatniego tomu - jako ukoronowania serii - pewnie odrobinę zawyżam.
CMĘTARZ ZWIEŻĄT / SMĘTARZ DLA ZWIERZAKÓW(PET SEMATARY)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1983
Wydania polskie: AS-Editor (pod tytułem Smętarz dla zwierzaków, przełożył Michał Wroczyński), 1993; DAMA (pod tytułem Smętarz dla zwierzaków, przełożył Michał Wroczyński) 1994; Prószyński i S-ka (pod tytułem Cmętarz zwieżąt, przełożyła Paulina Braiter), 2008; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, pod tytułem Cmętarz zwieżąt, przełożyła Paulina Braiter), 2017
Historia Cmętarza zwieżąt sięga połowy lat siedemdziesiątych. Wtedy to King wraz żoną przeprowadził się do domu wynajętego na obrzeżach Bangor. Tuż obok przebiegała ruchliwa droga, po której bezustannie kursowały ciężarówki. Jakby tego było mało, w zagajniku obok domu Kingów miejscowe dzieciaki urządziły mały cmentarzyk dla potrąconych przez samochody zwierząt. Jak opowiadała Tabitha King, jej mężowi często zdarzało się chodzić tam na spacery. To te spacery oraz pewien drobny, lecz niebezpieczny incydent - ich synek Owen niemal wbiegł pod samochód - dały początek najstraszniejszej powieści w dorobku Kinga. A potem zdarzył się wypadek. Córka pisarza, Naomi, miała kotka, który pewnego dnia wbiegł pod koła ciężarówki. Gdy jej ojciec poszedł na cmentarz pochować resztki zwierzaka, towarzyszyły mu okrzyki zrozpaczonej dziewczynki, która wzywała Boga, aby oddał jej pupila.
Jeśli Cmętarz zwieżąt w głowie Kinga układał się w optymistyczną historię, ten wypadek i okrzyki małej dziewczynki wszystko zmieniły. Tak narodziła się powieść, która zdaniem autora była tak przerażająca, że miała się nigdy nie ukazać.
I rzeczywiście przeleżała w szufladzie blisko pięć lat, aż nadszedł rok 1982 i moment, kiedy King z pomocą swego prawnika postanowił odzyskać pieniądze, których nie chciało wypłacić mu wydawnictwo Doubleday. Ponieważ kilka lat wcześniej propozycja wydania Carrie była dla niego czymś, na co czekał całe życie, to podpisując umowę wydawniczą, nie zwracał uwagi na to, co było zapisane w umowie drobnym drukiem. A tam, niestety, kryły się kruczki prawne, które umożliwiały wydawcy obracanie zarobionymi przez pisarza pieniędzmi i uniemożliwiały wypłacenie ich pisarzowi. Tym sposobem wydawnictwo Doubleday było dłużne Kingowi trzy miliony dolarów, których nie miało ochoty wypłacać. Do tego trzymało łapę na prawach do pięciu wydanych u nich powieści, w tym do Bastionu, którego odzyskanie było największym marzeniem Kinga. Oddanie im powieści miało być początkiem końca ugody, dzięki której mógł wreszcie odzyskać zarobione pieniądze i prawa do powieści.
Przekazując im Cmętarz zwieżąt, ani pisarz, ani jego agent i prawnicy nie spodziewali się, że wydarzy się coś, co nie tylko zmieni status rynkowy autora, ale też uwolni wszystkie zablokowane fundusze. A mianowicie powieść stała się gigantycznym, wręcz absurdalnie gigantycznym bestsellerem. Sprzedała się w nakładzie sięgającym siedmiuset tysięcy egzemplarzy, przekraczając wszystkie przewidywania wydawcy i sumy w umowach obwarowujące wypłaty. I stało się to zupełnie niespodziewanie. Po prostu. Powieść nie miała promocji; King nie chciał, aby tak mroczna książka była połączona z intensywną kampanią, więc nawet nie wysyłano jej do dziennikarzy. Do dziś nikt nie wie, co się w zasadzie wydarzyło. Ale stało się. King stał się królem nie tylko wydań w miękkiej oprawie, ale także - przede wszystkim - elitarnego rynku książek w twardych okładkach.
Czy Cmętarz zwieżąt jest rzeczywiście tak przerażający, jak twierdzi jego autor? Może i znajdziecie wśród światowych horrorów straszniejsze i bardziej okrutne, ale w bibliografii Kinga ta powieść jest absolutnie zaskakująca. Po pierwsze, nie ma w niej happy endu; po drugie, dzieci stają się istotami złymi i podłymi; po trzecie, każdy pozytywny bohater ginie albo popada w obłęd. Dlatego obok Cujo to jednak najmocniejsza i najbardziej przygnębiająca książka Kinga. No i podobnie jak Cujo, dotykająca tego, co jest najbardziej powszechne i zarazem najbardziej kruche - rodziny i jej rozpadu.
Creedowie, bohaterowie Cmętarza zwieżąt, powoli ze szczęśliwej zwyczajnej rodziny zamieniają się w rodzinę prześladowaną przez niewyobrażalne zło. Zło, które przyjmuje postać najbardziej niewinną i czystą - ukochanego dziecka. Czy to wina ojca? Być może... zakładając, że kochanie kogoś i niemożliwość pogodzenia się z jego śmiercią jest grzechem. Pytanie o winę i o to, kto jest odpowiedzialny za tragedię, towarzyszy nam w całej powieści, ale nie uzyskamy na nie jednoznacznej odpowiedzi.
Miłość nieraz przywdziewa mroczną maskę. No i dla miłości czasami jesteśmy w stanie zrobić rzeczy najstraszniejsze i ostateczne. Jak pakt z pradawnym złem.
King do dziś nie zmienił zdania i wciąż uważa, że to najmroczniejsza powieść, jaką napisał. I ma rację. Przy okazji także jedna z tych, których nie sposób zapomnieć. Absolutne mistrzostwo.
ADAPTACJE FILMOWE CMĘTARZA ZWIEŻĄT
Smętarz dla zwierzaków(Pet Sematary)
1989, w reżyserii Mary Lambert, z Denise Crosby, Dale'em Midkiffem i Fredem Gwynne'em
Czasami śmierć jest lepsza.
Ten film miał nie powstać. King tuż po ukazaniu się książki odmówił podpisania umowy z, jak sam mówił, wielkim producentem, choć ten oferował okrągły milion za prawa. Nie i już. Silna wola pisarza została wystawiona na próbę, gdy adaptacją Cmętarza zwieżąt zainteresował się jego przyjaciel George A. Romero.
Warunki odsprzedania praw za symboliczne dziesięć tysięcy dolarów były dwa. Po pierwsze, King miał otrzymać pokaźny procent od wpływów z dystrybucji. Po drugie, i bardziej istotne, film miał być nakręcony tam, gdzie toczy się akcja książki i gdzie mieszka King - w stanie Maine. Jego rodzinny stan znajdował się w okropnej sytuacji finansowej, a wpływy z produkcji mogły się okazać pokaźnym zastrzykiem gotówki.
Dowodzone przez Romero studio Laurel Entertainment przystało na warunki postawione przez pisarza i ruszyły prace nad preprodukcją. Był rok 1984. Aby uzyskać pełne finansowanie projektu, Romero wraz ze wspólnikami podpisał kontrakt z Paramount Pictures. Pech chciał, że przygotowania do filmu trwały latami i kiedy wreszcie w 1988 roku ekipa była gotowa do zdjęć, Romero wycofał się z projektu, koncentrując się na zdjęciach do Małpiej intrygi. Wtedy prace nad filmem przejęło studio Paramount, które zdecydowało się na Mary Lambert - cenioną wówczas reżyserkę wideoklipów, która miała na koncie jeden psychodeliczny thriller, Sjesta. W tym wypadku King postawił producentom jeszcze jeden warunek - miał sam napisać scenariusz. Tak też się stało i film trafił do kin wiosną 1989 roku, stając się kolejnym wielkim hitem opartym na prozie Kinga.
Stephen King, 1989
Co ciekawe, pisarz, adaptując własną "najbardziej przerażającą" powieść, nie zdecydował się na zmianę zakończenia i happy end. Filmowy Smętarz dla zwierzaków to wciąż mroczna i posępna opowieść o ojcu, który decyduje się wskrzesić tragicznie zmarłego syna. Dziecko powraca, ale nie jest już tym miłym chłopcem... I choć zmiany wprowadzone w scenariuszu są właściwie kosmetyczne, to film nie przeraża tak jak powieść.
Winę za ten stan rzeczy ponosi ciężka reżyserska ręka Lambert, która opowieść o śmierci dziecka i jego potwornym powrocie naszpikowała tanimi "strasznymi" chwytami. I tak wizyjna scena z duchem studenta w powieści przerażała, natomiast tu skonstruowana jest na prostej zasadzie: trochę mgły, dużo posępnej muzyki i stukanie łańcuchami. Irytuje też, zamiast straszyć, motyw siostry żony głównego bohatera. Lambert z dzikim uwielbieniem ciągnie w nieskończoność ujęcia udręczonej kobiety, lecz nic z tego nie wynika. Gdyby ktoś o większym wyczuciu klimatu grozy przemontował ten film, być może Smętarz dla zwierzaków dołączyłby do grona całkiem dobrych adaptacji prozy Kinga, niestety, tak się nie stało. Co oczywiście nie znaczy, że film jest zły. Nie jest. To zupełnie przeciętny horror, który mógł być wielki.
Co ciekawe, trzy lata później, już bez Stephena Kinga, Mary Lambert postanowiła powrócić na przeklętą ziemię, kręcąc Smętarz dla zwierzaków 2. Ujmę to tak: jeśli pierwsza część otworzyła jej drzwi do wielkiej kariery, to druga definitywnie je zamknęła. Smętarz dla zwierzaków 2 był bowiem automatycznym powieleniem pomysłów z jedynki, tyle że w lżejszej i przyjaźniejszej wersji. Mamy tu zatem happy end: ocalonych ojca i syna. Ponieważ film nie doczekał się kontynuacji, można się domyślić jego wyników finansowych. Mary Lambert nigdy już nie wróciła po nim na hollywoodzkie szczyty, a dziś produkuje tanie filmy na rynek DVD.
Pisząc o Smętarzu dla zwierzaków, warto wspomnieć o jeszcze jednym drobnym szczególe. Mary Lambert wsławiła się pracą nad teledyskami, a jej bliskimi przyjaciółmi byli chłopcy z grupy Ramones. King, zatwardziały fan zespołu, ubłagał ją, aby przedstawiła mu ich, bo miał zamiar poprosić osobiście o napisanie piosenki do filmu. Tak też się stało. Cały zespół zjawił się pewnego dnia na popijawę w domu pisarza. Legenda głosi, że piosenkę do filmu napisali... w toalecie Kinga. Jeśli tak było, to miejsce powstania piosenki mocno zdeterminowało jej odbiór. Walory artystyczne utworu docenili jurorzy Złotych Malin, nominując ją w kategorii najgorsza piosenka roku.
Smętarz dla zwierzaków(Pet Sematary)
2019, w reżyserii Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera z Jasonem Clarkiem, Amy Seimetz i Johnem Lithgowem
Druga adaptacja "najstraszniejszej powieści" Stephena Kinga powstała na fali popularności kinowego To. Do realizacji filmu zaproszono duet reżyserski Kölsch & Widmyer, który w 2014 roku zabłysnął na horrorowym firmamencie znakomitym filmem grozy Gwiazdy w oczach. Obaj panowie w wielu wywiadach podkreślali, że nie interesuje ich realizacja remake'u dzieła Mary Lambert, lecz zupełnie nowa, autorska adaptacja powieści. I podobnie jak w przypadku To w reżyserii Muschiettiego, na czczych obietnicach się nie skończyło. Nowy Smętarz dla zwierzaków to rzeczywiście zupełnie inny film niż poprzednia adaptacja, co więcej - powieść Kinga potraktowano tu jedynie jako punkt wyjścia do opowieści, a scenariusz odbiega od oryginału, zwłaszcza w trzecim akcie, w sposób, który nadaje całej historii jeszcze bardziej posępny i depresyjny klimat.
O tym, że film Kölscha i Widmyera nie będzie powieleniem tego z roku 1989, przekonaliśmy się, oglądając już pierwszy trailer. Dokonano bowiem wolty fabularnej, która przeraziła fanów powieści: zamieniono dzieci. W oryginale (w powieści i w pierwszym filmie) pod kołami ciężarówki ginie mały chłopiec, tu natomiast - starsza od niego siostra. Zarówno reżyserzy, jak i scenarzysta - a nawet sam Stephen King - uspokajali fanów: ta zmiana miała czemuś służyć. I rzeczywiście tak jest. Ponieważ historia ma zupełnie inne zakończenie. Nie będę pisał jakie, żeby nie psuć nikomu przyjemności oglądania, ale odstępstwo jest duże. Czy na korzyść filmu? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć.
Plakat do Smętarza dla zwierzaków, 2019
Twórcy nowego Smętarza dla zwierzaków przez dwa akty kapitalnie budują i atmosferę grozy, by w trzecim akcie zamienić swój film w coś zupełnie innego. Jest wciąż dobry, wciąż przygnębiający, ale, moim zdaniem, zbyt efekciarski. Nie zmienia to jednak faktu, że ogląda się go świetnie.
DALLAS '63(11/22/63)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2011
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2011; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2018
Przełożył Tomasz Wilusz
Ta powieść miała powstać dawno temu. Jeśli wierzyć temu, co opowiada Stephen King, pomysł na Dallas '63 przyszedł mu do głowy w 1971 roku, jeszcze przed wydaniem debiutanckiej Carrie. Wówczas książka miała nosić tytuł Split Track i zamiast opowieścią o podróży w czasie miała być powieścią historyczną z elementami fantastyki. Tyle że wtedy młody pisarz zrezygnował z pisania, bo przerażał go ogrom pracy, jaką musiałby włożyć w zbadanie wszystkich historii związanych z zamachem na JFK. Poza tym zamach był wówczas dla Amerykanów jeszcze zbyt świeżą raną. Musiało minąć kilka dekad - i powstać kilka teorii spiskowych - aby King zasiadł do porzuconego pomysłu.
Dallas '63 ukazało się dwa lata po Pod kopułą, które także powstało na bazie pomysłu porzuconego w latach siedemdziesiątych. Obie powieści łączy też gatunek. Nie są one horrorami, lecz fantastyką, po którą King nieczęsto sięga. Fantasy? Owszem, nawet cały cykl. Horror? Oczywiście. Powieść psychologiczna, thriller, kryminał, postapokalipsa - tak. Ale z fantastyką romansował bardzo rzadko. Pierwsze były Stukostrachy, które nawet King uznaje za jedną ze swoich najgorszych książek, i gdyby nie redaktor, powieść zapewne nigdy by się nie ukazała. Tam w sennym amerykańskim miasteczku pewna lokalna pisarka odkrywa, że w lasach zakopany jest statek obcych. Statek, który zaczyna mieć coraz większy wpływ na poczynania mieszkańców. Potem był Łowca snów - kolejna wariacja na temat inwazji obcych, z armią w tle, telepatami i toną obrzydliwości. To także była nieudana powieść. Pisana tuż po wypadku, ręcznie. Dziś jest raczej dowodem na niebywale silną wolę pisarza niż na jego talent. Pod kopułą - kolejne senne miasteczko, które tym razem zostaje odcięte od świata przez tytułową kopułę. W finale pojawiają się obcy. Z tych trzech książek ta jest najlepsza - i warsztatowo, i fabularnie.
Wymieniam powieści fantastyczne Kinga nie przez przypadek. Wszystkie bowiem swoją konstrukcją świata przywodzą na myśl powieści fantastyczne z lat pięćdziesiątych. Nie przez przypadek. King nigdy nie ukrywał przywiązania do pulpowej literatury tamtego okresu, a w jego powieściach fantastycznych widać to najmocniej. Być może dlatego, że nigdy tak naprawdę nie odważył się zaszaleć i nagiąć ram gatunku wypracowanych w złotej erze fantastyki. Ma to swój urok. Nie ulega to wątpliwości. Ale też może być męczące.
W Dallas '63 mamy to samo. Tym razem oczywiście nie pojawiają się obcy, a bohater podróżuje w czasie, ale cała reszta to sentymentalna opowieść utrzymana w retrostylistyce. Bohaterem powieści jest współczesny nauczyciel, który dostaje od losu niezwykłą szansę. Ma możliwość cofnięcia się w czasie do 1958 roku. Dlaczego akurat do tego roku? Bohater nie ma pojęcia, ale jeśli przeżyje w przeszłości pięć lat, będzie mógł uratować prezydenta Kennedy'ego. Motyw zapobiegania zamachowi na prezydenta schodzi jednak szybko na boczny plan i King zaczyna snuć wzruszającą i nieco staroświecką opowieść miłosną. Mężczyzna z przyszłości poznaje w latach pięćdziesiątych idealną kobietę. Czy ten związek przetrwa? Czy można bezkarnie bawić się podróżami w czasie?
Niestety, wnioski, jakie wysnuwa King, znane są fanom fantastyki od dawna. I chyba to najbardziej w tej książce irytuje. Po raz kolejny, mierząc się z fantastyką, King postawił na przewidywalność i gatunkową schematyczność. Jeśli jednak podejdziemy do Dallas '63 uzbrojeni w tę wiedzę, to przeczytamy niezwykle sprawną i autentycznie wzruszającą powieść. Dla fanów mistrza dodatkowym smaczkiem będzie rozpoznawanie bohaterów i motywów z innych powieści. A pojawiają się tu i postacie z To - w kapitalnej scenie, w której bohater podejrzany jest o bycie klaunem Pennywise'em - i elementy z Martwej strefy czy Serc Atlantydów. Reasumując: wstydu nie ma, wielkiej powieści także. Ale dziewięćset stron rozrywki gwarantowane.
ADAPTACJA SERIALOWA DALLAS '63
22.11.63(11.22.63)
2016, w reżyserii Kevina Macdonalda, z Jamesem Franco, Chrisem Cooperem i Cherry Jones
Jak pisałem, Dallas '63 to powieść specyficzna, bo niebywale sentymentalna. Powstała w chwili, kiedy Ameryka walczyła z pierwszą falą kryzysu finansowego, i trudno nie odczytać jej jako tęsknoty za lepszymi czasami. Za Ameryką, która nie straciła niewinności. Ameryką, w której shake i hamburger kosztowały centy, każdego było stać na samochód, dom z ogródkiem i wakacje nad oceanem. Ameryką, której jeszcze nie przejęły korporacje i banki. Ameryką, w której ludziom żyło się dobrze i godnie. Nie jest tajemnicą, że data zamachu na JFK to w historii Ameryki moment symboliczny. Chwila, w której kraj właśnie stracił niewinność. Cztery lata później zacznie się kontrkulturowa rewolucja, po niej będzie afera Watergate. Stany Zjednoczone staną się innym, zbrukanym, krajem.
King w swoim sentymentalnym dziele wysłał, korzystając z tajemniczego portalu, współczesnego nam nauczyciela do Stanów z roku 1960. Bohater cofnął się w czasie nie bez powodu. Ma uniemożliwić zamach na prezydenta Kennedy'ego i uratować w ten sposób niewinność ukochanego kraju. Jake - w serialu grany przez Jamesa Franco - zachłyśnie się dawną Ameryką i odnajdzie w niej miłość i sens życia.
Dallas '63 to prosta, nawet bardzo prosta, powieść. Ponieważ King od lat nie miał szczęścia do adaptacji, prostota tej książki nie musiała zwiastować sukcesu. Proste historie można bowiem nad wyraz łatwo zepsuć. Dlatego też - po całej serii filmowych i serialowych ponurych rozczarowań - wcale nie paliłem się do oglądania 22.11.63. Mimo że reżyser pilota to sprawny twórca, który ma na koncie Ostatniego króla Szkocji czy dokument Marley. Mimo że James Franco, kiedy chce, bywa naprawdę porywający. Zwyczajnie bałem się, że naiwna magia powieści Kinga na ekranie zamieni się w watę cukrową. I tu niespodzianka. Bo choć oczywiście 22.11.63 jest cukierkowy i słodki, to daleko mu do banału. Macdonald ograniczył się w gloryfikacji dawnej Ameryki. Ta Ameryka jest w serialu genialnie zrekonstruowana, wymyślona, ale nie czuje się tu kiczu. Przeciwnie - radość, jaką dała twórcom zabawa z przeszłością.
Po wielu wtopach i nieudanych produkcjach proza Kinga nareszcie na ekranie błyszczy. Dialogi nie irytują, lecz bawią, podobnie jak lapsusy i błędy, jakie popełnia podróżnik, a polityka skrywa się gdzieś na trzecim planie. Na pierwszym mamy Stany Zjednoczone, których już nie ma. Pokazane z czułością, ale bez emocjonalnego szantażu. Po prostu kawał dobrej rozrywki.
BEZSENNOŚĆ(INSOMNIA)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1994
Wydania polskie: Prima, 1996; Świat Książki, 1997; Albatros, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2019
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Kiedy wydaje się dwie powieści, które z jednej strony zaskakują tematyką, z drugiej okazują się - mimo wszystkich obaw - wielkimi bestsellerami, oczekiwania wobec kolejnej rosną. Nawet jeśli autorem jest sam Stephen King. Zwłaszcza wtedy, gdy Gra Geralda i Dolores Claiborne pokazały nowe oblicze pisarza, jego fani i krytycy zastanawiali się... czym zaskoczy tym razem. I zaskoczył.
Zacznijmy od tego, że Bezsenność początkowo miała w ogóle się nie ukazać. Nie był to jednak przypadek Cmętarza zwieżąt, którego King się bał, ale wiedział, że jest wybitny. Pierwsza wersja Bezsenności po prostu była zła i pisarz nie chciał, aby kiedykolwiek została opublikowana. Potem zaczęła się praca i piętnastego września 1994 roku książka trafiła na rynek. Niestety, nie spotkała się z ciepłym przyjęciem. Owszem, półtoramilionowy nakład rozszedł się jak ciepłe bułeczki, ale euforii ani wśród fanów, ani wśród krytyków nie było. Po latach zresztą autor sam w Jak pisać przyznawał, że nie była to dobra powieść i powinien przeredagować ją jeszcze raz.
W Bezsenności powrócił on na znane z To ulice miasteczka Derry. Tym razem jednak bohaterem powieści nie są dzieci, a starszy pan, Ralph Roberts, który cierpi na tytułową bezsenność. Nie może spać, nie ma też za bardzo z kim dzielić się swoimi problemami. Ukochana żona zmarła, a on z każdym dniem coraz bardziej tęskni za śmiercią. Aż pewnego dnia coś się zmienia: Ralph zaczyna widzieć tajemnicze aury otaczające żywe istoty. I tak zaczyna się jego dziwna i przerażająca przygoda, która zaprowadzi go najpierw na skraj szaleństwa, a potem nada życiu sens.
Największy problem Bezsenności polega na tym, że King wrzucił tu zbyt wiele elementów. Mamy zatem - za sprawą osadzenia akcji w Derry - odwołania do To, a mroczna istota, z którą Ralph Roberts musi się zmierzyć, przypomina demoniczny byt z To (niektórzy wielbiciele Kinga uważają nawet, że to ten sam byt, a bohaterom To tak naprawdę nie udało się go pokonać). Jest także mnóstwo aluzji i odniesień do cyklu Mroczna Wieża - przez co powieść czasami staje się niezrozumiała dla czytelników, którzy nie mają pojęcia, o czym jest ta seria. Mamy także mocno zarysowany wątek społeczno-polityczny, związany z prawem do aborcji (i King dość jasno pokazuje swoje poglądy na aborcję). I wreszcie mamy romans.
Mimo siedmiuset stron zbyt duże nagromadzenie różnych elementów - miejscami zupełnie do siebie nieprzystających - sprawia, że Bezsenność zaczyna nużyć. Zwłaszcza tych, którzy nie są przygotowani na ciągnące się przez ponad trzysta stron wprowadzenie. Nie jest to zatem powieść, którą koniecznie trzeba znać, ale na pewno warto po nią sięgnąć, jeśli się przeczytało To, Bastion i Mroczną Wieżę.
Przy okazji tej książki trzeba wspomnieć o dwóch rzeczach: miłości Kinga do motocykli i małych księgarni. Otóż podczas specjalnej trasy promocyjnej (która kosztowała... uwaga!... milion dolarów) King podróżował po Stanach na swoim ukochanym harleyu faritage softail z 1986 roku. Trasa obejmowała tylko małe niezależne księgarnie, w których organizowano spotkania z pisarzem. Jak sam tłumaczył, wpadł na ten pomysł, gdy dowiedział się, że małe księgarnie przegrywają walkę o klientów z gigantycznymi sieciami. Sama idea i Insomnia Tour były czymś godnym pochwały, ale aż korci, żeby wbić w wizerunek podróżującego po Stanach pisarza delikatną szpilę. Otóż podróż harleyem przez kraj odbywała się pod czujnym okiem ekipy, która przewoziła motocykl pisarza z miasta do miasta, a on sam wsiadał na niego na kilka kilometrów przed kolejnym miastem. Nie ma w tym niczego zdrożnego, ale świadomość towarzyszącej mu świty pomocników w jakiś sposób burzy wizerunek samotnego jeźdźca, który powraca między zwykłych ludzi.
Jest jeszcze coś, o czym trzeba wspomnieć w tym miejscu. Otóż na początku lat dziewięćdziesiątych King pierwszy raz w swojej karierze musiał zacząć walczyć o topowe miejsca na listach bestsellerów z nową gwardią pisarzy, których przedstawicielami byli między innymi John Grisham i James Patterson. Tak więc, poza chęcią ratowania małych księgarni, Kingowi przyświecał jeszcze jeden cel: przekonanie Amerykanów z małych miasteczek, by nie rezygnowali z kupowania jego powieści. Stąd tak wielkie nakłady na promocję. Król mógł stracić status króla - a na to nikt w wydawnictwie nie miał ochoty czekać z założonymi rękami.
JAK PISAĆ. PAMIĘTNIK RZEMIEŚLNIKA(ON WRITING: A MEMOIR OF THE CRAFT)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2000
Wydanie polskie: Prószyński i S-ka, 2001
Przełożyła Paulina Braiter
Dwadzieścia lat po publikacji Danse Macabre King wydał książkę, która stanowiła idealne uzupełnienie tej pozycji. Mowa oczywiście o autobiograficznym poradniku "pisania" Jak pisać. Dlaczego uzupełnienie? Z prostego powodu - bo King wraca tu do kilku istotnych zdarzeń z życia, uzupełniając je o nową wiedzę i spojrzenie pięćdziesięcioletniego dojrzałego mężczyzny. Ale po kolei.
Tak naprawdę tej książki miało nie być. Jej pisanie przerwał wypadek samochodowy, a po nim King pierwszy raz od lat osiemdziesiątych zaczął cierpieć na tak zwaną "blokadę twórczą". Ból po kontuzji był niewyobrażalny i odbierał mu chęć do życia, a co dopiero pisania. Tyle że ojciec Carrie nie należy do osób, które łatwo się poddają. I choć media huczały od doniesień na temat jego domniemanej śmierci, kalectwa i upadku, zagryzł wargi i postanowił pracować. Kryzys trwał pięć tygodni - jak na Kinga to naprawdę szmat czasu. W "Postscriptum", rozdziale Jak żyć, autor dokładnie rekonstruuje zarówno sam wypadek, jak i następujące po nim zdarzenia. Z problemami z pisaniem włącznie.
Jak pisać powstawało blisko cztery lata. Czasy, kiedy King pisał eseistyczne kawałki z wielką łatwością, odeszły w zapomnienie. Poradnik pisania połączony z autobiografią rodził się w bólach i przeleżał w szufladzie mniej więcej tyle samo czasu co Bastion. Powody były jednak różne. O ile w przypadku Bastionu przerastał pisarza ogrom fabuły, o tyle tu miał on wrażenie, że wszystko, co pisze, jest nijakie i słabe. Gdy po dwóch latach powrócił do zapisanych stron, odkrył, że wcale nie były tak złe, jak mu się wydawało. Więcej - były na tyle dobre, że zaczął kontynuować pisanie. A potem wjechała w niego ciężarówka. Dokładnie w chwili, gdy wyszedł na spacer po zapisaniu kilku nowych stron poradnika. Wróci do pracy nad tą książką w listopadzie 1999 roku. Pięć miesięcy po wypadku.
Wspomniałem, że Jak pisać idealnie uzupełnia Danse Macabre. Obie pozycje są próbą spojrzenia na kulturowe fenomeny - horror i pisanie jako proces - i obie pokazują zjawiska poprzez biografię. W Danse Macabre mieliśmy czas dojrzewania i okres kształtowania się własnego gustu, w Jak pisać wracamy do okresu dojrzewania, ale też - co naturalne - otrzymujemy spojrzenie na życie po trzydziestce i na to, jak zmienia się z upływem lat podejście do kultury, pisania i literatury gatunkowej.
W Jak pisać, poza barwnymi anegdotami, opowieściami o zmaganiu się z gramatyką, życiem i problemami, jest również niezwykle ważny rozdział, w którym King pokazuje działanie mechanizmu redakcji. Obserwowanie tego, jak zmienia swój własny tekst (opowiadanie 1408), to lektura obowiązkowa dla każdego pisarza.
Ale też dla osób, które interesują się szeroko pojętą kulturą masową.
RĘKA MISTRZA(DUMA KEY)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2008
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2008; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2017
Przełożył Michał Juszkiewicz
Ręka mistrza to triumfalny powrót Kinga do rasowego horroru i zarazem kolejna powieść, której punktem wyjścia jest wypadek.
Edgar Freemantle był facetem sukcesu. W poprzednim życiu prowadził świetnie prosperującą firmę budowlaną. Miał miliony na koncie, kochającą żonę i dwie śliczne córki. Pewnego dnia mydlana bańka otaczająca Edgara pęka. Na budowie dźwig wjeżdża w jego samochód, a dawne życie nagle się kończy. Bohater traci rękę, ma połamane w wielu miejscach biodro (tak jak King) i uraz mózgu. Jego życie zamienia się w pasmo ciągłego bólu (zupełnie jak życie Kinga). Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zaniki pamięci, napady agresji i rozpad rodziny. Załamany Edgar postanawia opuścić rodzinne strony i zamieszkać samotnie na słonecznej Florydzie (tak jak King), na cichej wyspie Duma Key. I tam, w wynajętym wielkim domu, oddaje się swojej nowej pasji - malowaniu. I to tam zacznie się prawdziwy koszmar jego życia, gdy okaże się, że obrazy, które tworzy, żyją własnym życiem, a w ciemnościach czekają mroczne upiory.
Od czasu swojego wypadku King nie napisał tak dobrej powieści jak Ręka mistrza. Horror jest tu dawkowany powoli, akcja toczy się niespiesznie, a niesamowite zdarzenia są świetnie wplecione w otaczającą bohatera codzienność. No ale umiejętne wprowadzanie strasznych elementów w szare życie to charakterystyczna cecha pisarstwa Kinga. Kto nie wierzy, niech sięgnie po jedną z jego najlepszych powieści, Martwą strefę.
Dobra, przyznaję: Ręka mistrza chwilami wkurza. Irytuje tu przede wszystkim zupełnie zbędny zabieg narracyjny, czyli krótkie rozdzialiki zatytułowane "Jak powstaje obraz". Ale i tak darzę tę powieść ogromnym sentymentem. Lubię jej duszną atmosferę, powolność i grozę rodem z horrorów osadzonych na amerykańskim Południu.
Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden mocno autobiograficzny wątek. Otóż King, podobnie jak bohater Ręki mistrza, przez kilka lat po wypadku nie mógł normalnie funkcjonować, bo ból połamanego biodra był nie do zniesienia. W pewnym momencie ogłosił nawet publicznie, że odchodzi na emeryturę (tak jak Edgar). Nie odszedł. W końcu pisanie zabiło ból. Jego Edgar Freemantle także zdrowieje dzięki sztuce. Tyle że sprowadza ona na niego upiory. Jak widać, na Kinga także, bo zaczął pisać dobre horrory.
A, jeszcze jedno - jeśli ktoś z was miałby ochotę pospacerować śladami bohatera powieści, to można znaleźć wycieczki oferujące zwiedzanie Florydy tropem Ręki mistrza.
To wszystko przez Sergia Leone, Władcę Pierścieni i rolki zbędnego papieru. Bo tak to się zaczęło. Był 1970 rok. Młody Stephen poszedł do kina na film Dobry, zły i brzydki. Wrócił nie tylko pod wielkim wrażeniem arcydzieła Sergia Leone, bezsprzecznie najlepszego westernu włoskiego reżysera, ale też z pomysłem w głowie. Jak sam wspomina w przedmowie do wydania pierwszego tomu Mrocznej Wieży, zapragnął napisać epicką powieść fantasy, ze światem osadzonym w rzeczywistości rodem z westernu. Ponieważ w tamtych czasach był biedny jak mysz kościelna (swoją drogą, nigdy nie opowiadał o tym, skąd miał pieniądze na bilet do kina), pisanie epickiej sagi wymagało jednej rzeczy. Papieru. Dziś, po tym, jak zarobił fortunę, tak banalna rzecz jak brak papieru może bawić, wtedy jednak była dla niego nie lada wyzwaniem. Ale opatrzność czuwała. Ktoś na akademickim kampusie wyrzucił do kosza ogromną ilość niewymiarowo przyciętego papieru. Dla pracowników uczelni był bezwartościowy, dla Kinga, kiedy się przekonał, że ten papier da się nawinąć na rolkę jego maszyny - bezcenny. I tak to się zaczęło.
Mroczna Wieża, choć szumnie zapowiadana przez Kinga jako epickie fantasy, wcale epicko się nie zapowiadała. Pierwszy - i przez lata jedyny - tom miał niespełna dwieście stron. Co więcej, nikt nie był nim zainteresowany, dopóki w 1981 roku Donald M. Grant, wydawca "The Magazine of Fantasy and Science Fiction", nie zdecydował się na jego wydanie. Roland ukazał się w pięciu częściach w tym piśmie. Rok później doczekał się wydania książkowego. Jeśli przypomnicie sobie nakłady powieści Kinga i porównacie je z Rolandem, uświadomicie sobie, jak mocno wydawca wierzył w sukces serii. Pierwsza Mroczna Wieża ukazała się w dziesięciu tysiącach egzemplarzy i słyszeli o niej tylko najbardziej zatwardziali fani pisarza.
Ten stan miał zmienić się rok później. Gdy na okładce Cmętarza dla zwieżąt ukazała się informacja "Autor cyklu Mroczna Wieża", świat zbaraniał. Jakiego cyklu? Na odpowiedź musieli poczekać do 1988 roku, gdy New American Library kupiło prawa do wydania Rolanda. Rok wcześniej Grant wydał drugi tom, Powołanie trójki, również w małym nakładzie.
Po przejęciu serii przez wielkiego wydawcę uzyskała ona swój epicki rozmach, ale droga do zamknięcia cyklu była równie epicka jak ambicje pisarza. Ukończenie serii zajmie mu szesnaście lat.
Ponieważ nie jestem fanem tego cyklu, a moja wiedza na ten temat nie jest tak kompleksowa jak wiedza kolegi, Łukasza Radeckiego, postanowiłem oddać mu pole.
MROCZNA WIEŻA. WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA(THE DARK TOWER: THE WIND THROUGH THE KEYHOLE)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2012
Wydania polskie: Albatros, 2012; Albatros, 2015
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Kiedy już się wydawało, że cała historia Mrocznej Wieży i poszukującego wyjaśnienia jej zagadki Rolanda dobiegła końca, okazało się, że King trzymał w zanadrzu jeszcze jedną historię. Czy raczej chciał powrócić do swojego ulubionego świata, nie burząc porządku cyklu. Dlatego też Wiatr przez dziurkę od klucza chronologicznie należy umieścić jako przerywnik między czwartym a piątym tomem... No i tu pojawia się wyraźny zgrzyt. Już tom piąty - Wilki z Calla, powieść przekombinowana, przegadana i niepotrzebnie rozciągnięta - był przerywnikiem w głównej historii. Dlaczego więc robić kolejny przestój? Tym bardziej że w tym dodatkowym tomie Roland opowiada swoim towarzyszom historię o tym... jak kiedyś opowiedział pewnemu chłopcu historię... I tyle. Naprawdę.
Jak to się ma do fabuły cyklu? Otóż nasz wędrowiec, podróżując ze swoim ka-tet, zostaje zatrzymany przez wichurę zwaną Lododmuchem. Grupa chowa się w opuszczonej wiejskiej świetlicy, żeby przeczekać żywioł. Tam Roland opowiada o swojej pierwszej misji rewolwerowca, w trakcie której uratował chłopca, Billa Streetera, i uspokoił go, opowiadając mu tytułową opowieść - bajkę z dzieciństwa.
Cykl Mroczna Wieża przyzwyczaił nas do wielowątkowości, przenikania się czasów, płaszczyzn, motywów, wątków i gatunków, tutaj King dodatkowo jeszcze dorzucił kompozycję szkatułkową, którą swoim zwyczajem jeszcze bardziej pogłębił (bo skoro w Czarnoksiężniku i krysztale już taka była, to tu będzie bardziej). Otrzymujemy więc tak naprawdę trzy opowieści, z których jedna, choć rozgrywa się w Świecie Pośrednim, nawet nie dotyczy wędrówki ka-tet. Z drugiej strony, w tym świecie wszystko wzajemnie się przenika, więc... Zdecydowanie najciekawiej wypada tutaj druga opowieść, skrzyżowanie westernu z kryminałem - o ściganiu morderczego skóroczłeka. To historia z najjaskrawszym rysem fabularnym, w odróżnieniu od dwóch pozostałych, w których tak naprawdę istotna jest sama gawęda. Tytułowy Wiatr przez dziurkę od klucza to po prostu baśń, którą King snuje tak, jak to tylko on potrafi, ale trzeba przyznać, że nie każdemu musi się to podobać, bo oczywista w swej konstrukcji baśń momentami zwyczajnie nuży. Oczywiście, gdy trzeba, programowo wzrusza, mimo wróżek, trujących grzybów, bagiennych ludzi i smoczych. W dodatku miejscami jest dość brutalna. Niemniej jednak ten tom na tle całej serii wypada słabo. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że poszczególne elementy tej opowieści zyskałyby, gdyby nie trafiły do dodatkowego tomu, ale stanowiły osobne opowiadania ze Świata Pośredniego. Tom zdecydowanie dla najzagorzalszych fanów serii!
ADAPTACJA FILMOWA MROCZNEJ WIEŻY
Mroczna Wieża(The Dark Tower)
2017, w reżyserii Nikolaja Arcela, z Idrisem Elbą, Matthew McConaugheyem, Tomem Taylorem i Jackiem Haleyem
Ten film przypomina mi piosenkę Talking Heads Once in a Lifetime. Nie, nie jest tak dobry jak znakomity kawałek Davida Byrne'a. Chodzi o to, że oglądając filmową Mroczną Wieżę, zaczynamy zadawać sobie te same pytania co narrator u piosenkarza. "Co ja tu robię?", "Jak ja się tu dostałem?", "Jak to działa?", "Co to za wielkie maszyny?". Problem jest jeden - w piosence Byrne'a mieliśmy do czynienia z opowieścią o życiu i przemijaniu człowieka. Tu, niestety - jeśli decydujemy się na obejrzenie filmu - krzywdę robimy sobie sami.
Mroczna Wieża była przeklęta. Od pierwszej próby adaptacji podejmowanej jeszcze przez Rona Howarda. Dlaczego? Przecież Tolkiena adaptowali z powodzeniem, to czemu nie Kinga? Na to pytanie nie da się łatwo odpowiedzieć. Diabeł tkwi w szczegółach. Być może twórcy Mrocznej Wieży wychodzili z założenia, że Kinga adaptuje się łatwiej? Może nie darzyli go takim szacunkiem jak Tolkiena? No bo przecież Czasami wracają po hamburgery, Dzieci kukurydzy i tak dalej. A może zwyczajnie Mroczna Wieża nie ma takiego potencjału jak Władca Pierścieni? W każdym razie i Ron Howard, i J.J. Abrams w pewnym momencie rezygnowali z produkcji, nie widząc w Mrocznej Wieży rynkowego potencjału. Tym, który się nie uląkł, był Nikolaj Arcel - człowiek mający dość duże doświadczenie w adaptowaniu, wydawałoby się, gigantycznych serii, w końcu sam pracował nad szwedzką adaptacją cyklu Millennium Stiega Larssona.
Mroczna Wieża, plakat filmowy, 2017
Zanim ktokolwiek mógł zobaczyć film Arcela, rozpętała się o niego wojna w sieci. Poszło o obsadzenie w roli Rolanda czarnoskórego Idrisa Elby. Pośród fanów zawrzało. Jak to? Żeby czarny grał postać zainspirowaną rolami Clinta Eastwooda? Absolutnie niemożliwe! Więc krzyczeli, ile mogli. Gdyby Elba był w stanie przeczytać wszystkie komentarze na swój temat, które pojawiły się w sieci, zapewne nigdy nie zagrałby w żadnym filmie. Na szczęście nie mógł. Dodam też, że całe wiadro pomyj, jakie wylano na głowę - i skórę - aktora, było w największym stopniu niezasłużone. Jeśli bowiem cokolwiek ratuje ten film od stoczenia się na dno, to właśnie on i jego Roland.
Czyli jest źle? Tak. Twórcy Mrocznej Wieży w półtoragodzinnej produkcji próbowali upchnąć całą mitologię cyklu i większość kluczowych elementów. W efekcie powstał film, który z jednej strony jest okrutną i chaotyczną bajką dla dzieci, z drugiej - niezbornym wprowadzeniem w cykl. Jako bajka nie spełnia podstawowego założenia: zupełnie nie wciąga w przedstawiony świat. Jako adaptacja budzi politowanie fanów. I tak film, który powstawał blisko piętnaście lat, miał być wielkim wydarzeniem i otworzyć Mrocznej Wieży drogę do kin, swoją finansową klapą zamknął ją z hukiem.
Jednak nawet jeśli plany producentów filmów kinowych zwizualizowały się w koszu na śmieci, to idea Mrocznej Wieży jako serialu nie umarła. Na początku 2019 roku ruszyła produkcja serialu opartego na tomie Czarnoksiężnik i kryształ. Rolę Rolanda otrzymał młody aktor Sam Strike. Jeśli serial się przyjmie, istnieje spora szansa, że Mroczna Wieża otrzyma drugą szansę na małym ekranie.
BUICK 8(FROM A BUICK 8)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2002
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2003; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożyła Maciejka Mazan
Nad tą powieścią King pracował tuż przed swoim wypadkiem. Dokończenie jej zajęło mu dwa lata, a gdy w końcu się ukazała - wprawiła czytelników w konsternację. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że zanim ktokolwiek miał możliwość przeczytać powieść, przyległa do niej łatka Christine 2. O tyle niesłuszna i błędna, że ze słynną powieścią łączył ją, owszem, tajemniczy i zabójczy samochód, ale na tym podobieństwa się kończą.
W posłowiu do Buicka 8 King zdradza historię tego, co przydarzyło mu się na pewnej małej stacji benzynowej w Pensylwanii i w efekcie doprowadziło do powstania powieści. Po wyjściu z toalety pisarz potknął się i niemal zleciał z małej skarpy wprost do górskiego strumyka. Tego dnia zapewne nic by mu się nie stało, ale gdyby wydarzyło się to w chwili roztopów, gdy strumyk zamienia się w rwącą rzekę? Dywagacje na temat przypadkowości śmierci stały się punktem wyjścia dla opowieści o policji stanowej i tajemniczym buicku, którego funkcjonariusze ukrywają przed światem.
Jak wspomniałem, pierwszą wersję powieści King napisał tuż przed wypadkiem, co wielu fanów odebrało jako zachowanie profetyczne. Oto znany pisarz pisze o samochodzie i przypadkach, a kilka tygodni później niemal ginie w wypadku. Pisarz odcinał się od tych spekulacji i starał się ich nie komentować, bo, jak sam twierdził, nie było czego komentować.
To, że King jakoby przewidział swój los, nie było jedyną plotką, jaka pojawiła się na jego temat wraz z wydaniem tej powieści. Druga, która o wiele bardziej przeraziła fanów, była taka, że Buick 8 to ostatnia powieść Kinga.
Źródłem tej nowiny, jak się okazało, był sam King, który w wywiadzie udzielonym "Los Angeles Times" wyznał, że gdy tylko ukaże się Buick 8, zbiór opowiadań Wszystko jest względne i ostatnie tomy Mrocznej Wieży, odejdzie na emeryturę. Swoją decyzję motywował lękiem przed powielaniem samego siebie, bo choć, kiedy to mówił, Buicka 8 jeszcze nikt nie czytał, już pojawiały się głosy zarzucające pisarzowi autoplagiat.
Kilka lat później w innym wywiadzie wyznał, że wspominał o emeryturze, bo w czasie udzielania wywiadu wciąż brał leki przeciwbólowe i nie doszedł do siebie po wypadku. Ale gdy jego ciało wróciło do dawnej formy, wizja emerytury przestała być atrakcyjna. Dodam, że doszedł do siebie dość szybko, jakiś rok po udzieleniu niefortunnego wywiadu.
MROCZNA POŁOWA(THE DARK HALF)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1989
Wydania polskie: Amber (przełożył Paweł Korombel), 1993; Prószyński i S-ka (przełożył Paweł Korombel), 2005; Albatros (przełożył Marek Fedyszak), 2012
Przy omawianiu Misery wspomniałem, że w 1990 roku King trafił do kliniki odwykowej. To ważny, jeśli nie kluczowy moment w jego karierze, ponieważ zerwanie z nałogiem będzie w latach dziewięćdziesiątych determinować nie tylko tematykę jego tekstów, ale też styl pisania. Zanim jednak do tego dojdzie, a King po rodzinnej interwencji w końcu trafi do miejsca, w którym ktoś pomoże mu pokonać jego własne demony, twórca Miasteczka Salem wyda jeszcze jedną powieść: Mroczną połowę, która jest czymś na kształt demonicznego odbicia Misery.
Podczas gdy historia o Paulu Sheldonie jest opowieścią o konsekwencjach spotkania twórcy z "największym fanem", to w Mrocznej połowie chodzi o to, co dzieje się, gdy autor spogląda w twarz samemu sobie.
Wykładowca akademicki i autor ambitnych książek, Thad Beaumont, ukrywa przed światem fakt, że jest także świetnie zarabiającym autorem krwawych pulpowych kryminałów - George'em Starkiem. Kiedy pewien szemrany typ zaczyna mu grozić upublicznieniem jego sekretu, Beaumont postanawia działać. Wraz z żoną i wydawcą uznają, że najwyższa pora pożegnać się z George'em Starkiem. Urządzają pseudonimowi publiczny pogrzeb, informując przy tym świat o tym, kto ukrywał się pod tym nazwiskiem. Pech chce, że kilka dni po pogrzebie ktoś rozgrzebuje świeży grób i zaczynają ginąć znajomi Thada Beaumonta, mordowani w niebywale okrutny sposób.
Mroczna połowa to doskonały zapis rozpadu osobowości. Gdy tylko Beaumont siadał do pisana powieści jako Stark, stawał się innym człowiekiem. Złym, aroganckim, skorym do przemocy. Wraz z końcem powieści wracał do bycia sobą, czyli poczciwym i miłym wykładowcą. Aż do następnej butelki... to znaczy książki.
King nie próbował nawet ukryć tego, że w Mrocznej połowie pisze o sobie. Alter ego jego bohatera nosi nazwisko Stark, podczas kiedy King używał pseudonimu Richard Bachman - którego imię pożyczył sobie od pisarza Richarda Starka, o którym będzie mowa dalej. A powieści autorstwa książkowego Starka są niczym innym jak nawiązaniem do pulpowej estetyki Richarda Starka. To niejedyne odniesienie do własnej biografii. O istnieniu Kingowskiego pseudonimu także doniósł "życzliwy" czytelnik, a podczas pisania King potrafił upijać się do nieprzytomności i zasypiać na podłodze, gdzie często znajdywała go żona.
Mroczna połowa była pożegnaniem z dawnym sobą. Okrutnym i definitywnym, ale też jedynym możliwym.
Po latach King przyznał, że jego żona absolutnie nie znosi tej książki. Zdaniem Tabithy mąż obnażył się w tej powieści jak w żadnej innej i pokazał, jak cienka granica dzieliła go od obłędu. Fani byli innego zdania. Powieść sprzedała się w milionie dwustu tysiącach egzemplarzy. King może i był słaby duchem, ale wciąż pozostawał królem bestsellerów.
ADAPTACJA FILMOWA MROCZNEJ POŁOWY
Mroczna połowa(The Dark Half)
1993, w reżyserii George'a A. Romero, z Timothym Huttonem, Amy Madigan i Michaelem Rookerem
Są powody, by bać się ciemności.
Kiedy George A. Romero przeczytał Mroczną połowę, postanowił ją zekranizować, nie bacząc na koszty. Uznał bowiem, że jest to najlepszy horror o podwójnym życiu, jaki przeczytał. I miał rację. Choć, niestety, droga filmu na wielki ekran miała okazać się niemal równie wyboista jak próby realizacji Bastionu. A wszystko oczywiście przez pieniądze.
W moim osobistym rankingu ekranizacji Kinga tytuł ten zajmuje miejsce w pierwszej piątce, choć oczywiście nie każdemu przypadnie on do gustu. W filmie nie ma bowiem żadnych specjalnych technicznych fajerwerków, a mroczna i przygnębiająca historia walki Thada z samym sobą opowiedziana jest bardzo powoli. Twórca Nocy żywych trupów, zamiast na galopującej akcji, koncentruje się tu na budowaniu relacji między dwiema osobowościami bohatera, drobiazgowo pokazując ich podobieństwa i różnice. Cały ciężar filmu spadł na barki Timothy'ego Huttona, grającego zarówno Thada, jak i Starka. I trzeba przyznać, wywiązał się ze swojego zadania koncertowo, choć na planie był ponoć niebywale uciążliwy i chimeryczny. Doszło nawet do tego, że zażyczył sobie od producentów dwóch przyczep. W jednej, czystej i zadbanej, siedział, gdy kręcił sceny z udziałem Thada. W drugiej, pełnej puszek po piwie i kartonów po pizzy, zamykał się, gdy realizowano ujęcia ze Starkiem.
Niestety, Mroczna połowa okazała się finansową klapą i nie zwróciła zainwestowanych w nią pieniędzy. Nie dlatego, że film był zły - przeciwnie, zebrał bardzo dobre recenzje - lecz z powodu gigantycznych problemów z dystrybucją. Romero ukończył prace nad Mroczną połową już w 1991 roku, ale produkująca film wytwórnia najpierw opóźniła premierę, obawiając się, że obraz Romera może przepaść w konkurencji z także przez nich produkowanym Milczeniem owiec, a potem... zbankrutowała. W efekcie premiera Mrocznej połowy była przekładana przez dwa lata i film trafił do kin bez żadnej promocji. Jakby tego było mało, producent tuż przed zakończeniem zdjęć obciął reżyserowi budżet, przez co nie wystarczyło pieniędzy na ukończenie efektów specjalnych. Jeśli pod adresem filmowej Mrocznej połowy padają niepochlebne epitety, dotyczą one zazwyczaj sceny z wróblami. Pech chciał, że George'owi Romero nie było dane jej ukończyć, a film trafił do kin z za szybko zmontowanymi tanimi efektami. Szkoda, bo jest to na pewno jedna z najciekawszych ekranizacji Kinga, jakie powstały w latach dziewięćdziesiątych. Mimo to wciąż pozostaje zapomniana.
DESPERACJA(DESPERATION)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1996
Wydania polskie: Prima, 1997; Świat Książki, 1998; Albatros, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2017
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Desperacja, która ukazała się tego samego dnia co wydani pod pseudonimem Richard Bachman Regulatorzy, narodziła się podczas podróży do Portlandu w stanie Oregon. King, przejeżdżając przez małą miejscowość w stanie Nevada, nie spotkał w niej nikogo. Wtedy do głowy wpadła mu myśl: szeryf zabił ich wszystkich. A potem się potoczyło.
Obie książki wzajemnie się uzupełniały i opowiadały historię osadzoną w tej samej rzeczywistości. Ale to Desperacja była tą dziwniejszą. Jeśli do tej pory King nigdy w swojej twórczości nie opowiadał się jednoznacznie po stronie wiary, tak tu - mówiąc w dużym skrócie - Bóg stał się głównym bohaterem, a religijne tyrady wygłaszane przez jedną z postaci stanowią siłę napędową fabuły.
Przez swoją wzniosłą religijność Desperacja szybko z intrygującego horroru - w którym kilka osób trafia do miasteczka, gdzie mieszka tylko jedna osoba, szeryf, najprawdopodobniej opętany przez coś bardzo złego - zamienia się w naiwną powiastkę o mocy Pana, co autentycznie irytuje. I na nic zapewnienia Kinga o tym, że jego powieść nie jest wyznaniem wiary, a jedynie próbą uczynienia z Boga bohatera horroru. Desperacja momentami zwyczajnie nuży i wkurza. Choć kilku ciekawych scen wizyjnych odmówić jej nie można. Podobnie jak nie można oprzeć się wrażeniu, że chwilami autor bardzo tęskni tu za powieściami takimi jak To. Tyle że, niestety, tu zabrakło zarówno rozmachu, jak i uniwersalnego pomysłu.
ADAPTACJA FILMOWA DESPERACJI (TELEWIZYJNA)
Desperacja(Desperation)
2006 (stacja ABC), w reżyserii Micka Garrisa, z Ronem Perlmanem, Tomem Skerrittem i Stevenem Weberem
W tym miasteczku nie ma wypadków.
Z filmem telewizyjnym, niestety, jest jak z powieścią. King sam napisał do niego scenariusz i podobnie jak w przypadku Szpitala "Królestwo" traktował jak oczko w głowie. Tyle że wspólnie z Garrisem zwyczajnie przedobrzyli, a Desperacja gdzieś po półgodzinie traci tempo i staje się parodią samej siebie.
A wcale nie musiało tak być. Obaj - King i Garris - pracowali nad tym projektem od 1998 roku. Najpierw miał to być film kinowy, potem, gdy Warner Bros nie zgodziło się na trzydziestomilionowy budżet (czasami i Kingowi się odmawia), szukali dla filmu domu w telewizji. I znaleźli. Tyle że początkowo stacja chciała przekonać obu panów, aby zamiast adaptować kinowy scenariusz, stworzyli nowy, do miniserialu. Ale byli uparci. Ze stratą dla filmu.
Oczywiście pisarz jest zupełnie innego zdania. Dla niego film był arcydziełem, na którym nikt się nie poznał. A zwłaszcza szefowie stacji ABC, którzy Desperację zamówili. Otóż niewdzięcznicy ustawili datę premiery tego samego dnia - i o tej samej godzinie - kiedy emitowano American Idol. I to jego finał! Jak się domyślacie, nie był to fortunny zabieg i Desperacja poległa, przyciągając przed odbiorniki raptem siedem i pół miliona widzów. King uznał tę decyzję za spisek i śmiertelnie obraził się na ABC - stację, z którą pracował niemal od początku swojej kariery. Co tylko potwierdza fakt, że pisarz w kwestii filmów albo stracił gust, albo, niestety, najzwyczajniej nigdy go nie miał i dopiero teraz zdecydował się do tego przyznać.
WYWIAD Z TOMMYM LEE WALLACE'EM
Tommy Lee Wallace karierę zaczynał u boku swojego przyjaciela Johna Carpentera. Wspólnie stworzyli takie klasyki gatunku jak Halloween czy Mgła. Jego reżyserki debiut - Halloween 3 - uchodzi do dziś za najlepszy film o Halloween. Ale przede wszystkim Wallace przeszedł do historii jako ten, który jako pierwszy adaptował powieść To. Jego dzieło jest przez wielu uznawane za najlepszy telewizyjny horror w historii gatunku.
To, czyli szansa życia
ROBERT ZIĘBIŃSKI: Sławę przyniosły ci filmy grozy. Dlaczego akurat ten gatunek?
TOM LEE WALLACE: Kiedy byłem dzieckiem kochałem, horrory. Najpierw te klasyczne, oglądane w telewizji w ramach programu Shock Theater. Tam pierwszy raz zobaczyłem Drakulę, Mumię czy Frankensteina. Potem było kino i historie o zmutowanych pająkach, insektach i innych stworzeniach, które zamieniały się w potwory. Spore wrażenie wywarły na mnie sceny z The Tingler i The Hypnotic Eye.
A pierwszy horror, który naprawdę cię przeraził?
Do tego zmierzałem. O ile obcowanie z klasyką czy horrorami o mutacjach albo dziwnych rzeczach, jak The Tingler [horror Williama Castle'a o pasożycie odpowiadającym u ludzi za lęki], było bardziej przyjemne niż straszne, o tyle pierwszym filmem, który autentycznie mnie przestraszył, była Inwazja porywaczy ciał. To było coś nowego, absolutnie przerażającego. Przeżycie tak intensywne, że w zasadzie trudne do porównania z czymkolwiek, co widziałem wcześniej. Ogromna w tym zasługa zarówno autora literackiego pierwowzoru, czyli Jacka Finneya, jak i scenarzysty Daniela Mainwaringa oraz reżysera Dona Sigela. Doskonały film. Szkoda tylko, że w czasach, gdy trafiał do kin, producenci tak się wystraszyli oryginalnego pesymistycznego zakończenia, że nakazali zastąpić je innym. Ale to już nie wina reżysera.
Plakat do To, 1990
Plakat do Halloween 3: Sezon czarownic, 1982
A jak doszło do tego, że sam stałeś się specem od horrorów?
W sumie przez przypadek. Studiowałem na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, to taka szkoła, przedsionek Hollywood. Mój serdeczny przyjaciel John Carpenter trafił tam wcześniej i poprosił mnie o pomoc przy pracy nad swoim debiutem, czyli filmem fantastycznym Ciemna gwiazda. A że świetnie nam się pracowało, to potem poleciały Halloween i Mgła i powoli zaczęto kojarzyć mnie z horrorami. Po tym, jak wypracowałem warsztat, będąc na planie drugim reżyserem, dostałem propozycję nakręcenia swojego własnego filmu, czyli Halloween III: Sezon czarownic. Film nie był wielkim hitem, ale zebrał na tyle pochlebne recenzje, że producenci zaczęli do mnie dzwonić z propozycjami realizowania właściwie samych filmów grozy. W branży filmowej to, niestety, częsty przypadek: jeśli ktoś zaczyna kojarzyć cię z jakimś gatunkiem, przykleja się do ciebie etykietka, od której trudno się uwolnić.
Na pewno wieloletnia współpraca i przyjaźń z Johnem Carpenterem temu pomogła. Jak w zasadzie się poznaliście?
Tu akurat nie ma żadnej tajemnicy ani zbiegów okoliczności. Znamy się od dzieciństwa. Pochodzimy z tej samej mieściny, chodziliśmy do tej samej podstawówki (jest o rok starszy), graliśmy wspólnie w szkolnej orkiestrze, potem założyliśmy trio folkowe, zespół rockowy. Jak już wspominałem, John pierwszy trafił do filmówki, ja poszedłem najpierw studiować sztukę w Ohio, ale kiedy tylko skończyłem, trafiłem na ten sam uniwersytet co John, żeby studiować "najważniejszą formę sztuki stulecia" [śmiech].
Kiedy przyglądam się z polskiej perspektywy temu, co działo się dookoła was w latach siedemdziesiątych, czyli całemu boomowi horrorowemu i gatunkowej rewolucji, jaką wywołały Halloween i inne wasze wspólne projekty, odnoszę wrażenie, że osiągnęliście to wszystko właśnie dzięki temu, że środowisko twórców grozy było w zasadzie grupą wzajemnie wspierających się przyjaciół.
Dokładnie tak było. Ekipę filmową, członków obsady - wszystkich nas łączyła nie tyle zależność zawodowa, ile prywatna. Znaliśmy się z czasów, zanim ktokolwiek z nas myślał o kręceniu filmów, i być może dlatego na planie dawaliśmy z siebie wszystko, ale świetnie się przy tym bawiliśmy. Poza tym, co ważne - to reżyser i producent mają największy wpływ na atmosferę panującą na planie. A John potrafił o nią zadbać. Zawsze przyjacielski, zawsze pewny siebie, ale inspirujący. Mogłeś przyjść do niego nawet z najbardziej porąbanym pomysłem - jeśli mu się spodobał, trafiał do filmu. A przy tym swoim przyjacielskim podejściem do ludzi sprawiał, że praca była nie tylko przyjemnością, ale też dobrą zabawą, z toną żartów dookoła.
Ponoć to właśnie ty wymyśliłeś wygląd maski Mike'a Myersa.
Tak jest. Potrzebowaliśmy maski, która nie będzie wyrażała żadnych uczuć. I wtedy wpadłem na pomysł użycia halloweenowej maski kapitana Kirka ze Star Treka. Niby robiono ją na podobieństwo Williama Shatnera, ale tak naprawdę zupełnie go nie przypominała.
I w ten sposób narodziła się ikona grozy.
Zanim się narodziła, musiałem powiększyć jej oczodoły, usunąć bokobrody, przefarbować i poprawić włosy, a na koniec wybielić. Efekt przeszedł nasze oczekiwania. To była magia. Maska była przerażająca, nawet bez dobudowanej do niej historii. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że prosta zabawka nagle stała się czymś tak przerażającym.
Twoje Halloween 3: Sezon czarownic jest do dziś uznawane za najlepszy film grozy opowiadający o nocy Halloween. Co ciekawe, z oryginalną serią łączy go tylko tytuł, bo nie pojawia się Mike Myers. Jak namówiłeś Carpentera na coś takiego?
Och, to było zupełnie inaczej. Nie miałem nic do gadania w kwestii nowego kierunku serii. Po sukcesie dwóch części Halloween - swoją drogą miałem reżyserować dwójkę, ale odmówiłem - John i Debra [Debra Hill - producentka, współscenarzystka i wieloletnia współpracownica Carpentera; zmarła w 2005 roku] byli zmęczeni Shape'em [tak potocznie nazywano mordercę Mike'a Myersa, bohatera serii], wielkim nożem i relacjami łączącymi Laurie Strode i Mike'a. Debra, która miała świadomość, że udało się nam stworzyć świetnie działającą filmową ekipę, nie chciała nas tracić, ale też nie chciała powielać tych samych pomysłów. I tak narodził się pomysł na zupełnie nową opowieść osadzoną w świecie Halloween. Pomysł był w swojej prostocie genialny - jeśli film odniósłby sukces finansowy, otwierałby drzwi do mnóstwa sequeli, które łączyłyby się ze sobą tylko tym, że ich akcja rozgrywa się w noc halloweenową. Pomysł był świetny, ale my popełniliśmy jeden wielki błąd.
Jaki?
Absolutnie banalny. Nie wytłumaczyliśmy widzom intencji. Studio, które produkowało film, miało w nosie, czy jest w nim Myers, czy nie, ale widzowie powinni wiedzieć, czego mają się spodziewać. A nie wiedzieli. I tak w premierowy weekend fani serii rzucili się do kin i... wyszli zawiedzeni. A to zabolało, zwłaszcza mnie. Potem ten zawód odbił się na wynikach finansowych. Na szczęście po latach film znalazł swoją widownię, odrobił zaległości finansowe, a dziś stał się kultowy. Zawsze wiedziałem, że udało się nam nakręcić naprawdę dobry film, a jego obecny status jest małym zadośćuczynieniem za to, jak oberwał w chwili premiery. I nie powiem, to miłe uczucie. Swoją drogą, kiedyś rozmawialiśmy z Johnem i byliśmy pewni, że film poradziłby sobie o wiele lepiej w kinach, gdyby nosił tytuł Sezon czarownic. Tyle że nikt wtedy nie dałby na niego pieniędzy. Ot paradoks.
Skoro mowa o paradoksach, to nie masz wrażenia, że niskobudżetowe filmy, które kręciliście w latach siedemdziesiątych, jak właśnie Halloween czy Mgła, przetrwały tak dobrze próbę czasu właśnie dlatego, że były tanie? Istnieje przecież teoria, że wielkie budżety zabiły kino grozy.
Znam tę teorię. Od dawna zastanawiam się, jak to jest, że bardzo często tanie, robione za kilka groszy filmy przerażają o wiele mocniej niż wielkie blockbustery, w których twórcy nie są ograniczani budżetowo... Wychodzi na to, że pieniądze w żaden sposób nie wpływają na jakość. Choć na sposób myślenia o filmie już tak. Z miejsca mógłbym tu wymienić listę filmów, które przerażają nie tym, za ile je zrobiono - Noc żywych trupów, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Blair Witch Project i oczywiście Mgła czy Halloween. Czy te filmy byłyby bardziej przerażające, gdyby miały większe budżety? Nie sądzę. Myślę, że byłoby odwrotnie. Brak pieniędzy sprawia, że twórcy zaczynają myśleć. Muszą wzbijać się na swoje wyżyny, jeśli chcą osiągnąć zamierzony efekt. I być może ta desperacja sprawia, że budzi się w nich kreatywność, która zasypia w chwili, gdy pojawiają się pieniądze.
Sugerujesz, że bogactwo rozleniwia?
Sugeruję, że komfort pracy rozleniwia. Nie pamiętam żadnego wysokobudżetowego filmu grozy, który by mnie przeraził, i myślę tu także o kanonicznym Lśnieniu Kubricka. Wszystkie drogie horrory, które przychodzą mi do głowy, są owszem, lepiej nakręcone, mają lepsze efekty, są bardziej wystawne, ale czy straszniejsze? Nie. Pewnie, że niskobudżetowe kino grozy wygląda często tanio, ale to też wielokrtonie stanowiło wyzwanie: sprawić, by odbiorca zapomniał o tym, że ogląda tani film... Żeby to osiągnąć, twórcy stosowali masę różnych chwytów, łącznie z tym najsłynniejszym, czyli próbą nadania filmowi wyglądu dokumentu. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły. Weźmy znów Halloween - wygląda na drogi, wystawny film, a kosztował nas grosze... W żadnym wypadku jednak nie chcieliśmy, żeby było to widać. Przeciwnie, marzył nam się drogi film. I osiągnęliśmy to - za pomocą gumy do żucia i taśmy klejącej.
Czytałeś To, zanim trafiłeś na plan serialu?
Nie. Gdy zadzwonili do mnie z propozycją, akurat tej powieści nie znałem.
A coś innego Kinga czytałeś?
Oczywiście, najbardziej zapamiętałem Podpalaczkę. A wracając do To... Zanim przeczytałem książkę, zachwycił mnie scenariusz. Zwłaszcza jego pierwsza część. Ale gdy tylko podpisałem umowę, rzuciłem się na powieść.
I?
I byłem zachwycony tym, jak z tak trudnego materiału Larry Cohen stworzył fantastyczny scenariusz.
Co dla ciebie było najważniejsze w tej powieści? Który jej element?
Kinga chwali się za to, że potrafi przerażać czytelników, a tymczasem dla mnie jego największy atut polega na tym, że niezwykle mocno i żarliwie potrafi oddać w swoich utworach prawdziwy smak dzieciństwa. To, że traktuje dzieci z tak niezwykłą wrażliwością. Właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Niezwykły humanizm tej opowieści. Stephen jak mało który amerykański pisarz doskonale rozumie, czym jest okres dojrzewania, czym jest rytuał przejścia, czego boją się dzieci, ale przede wszystkim - jak niezwykle ważna jest dla nich przyjaźń.
To jest powieścią gigantyczną, bałeś się tej adaptacji?
Czy się bałem? Nie! Byłem niezwykle podniecony. To była szansa życia i wiedziałem, że adaptując tę powieść, zapewne stworzę coś, dzięki czemu zostanę zapamiętany jako reżyser. Owszem, w czasie przygotowań do produkcji było kilka momentów zawahań, pojawiały się lęki - czy damy radę, czy fabuła nas nie przygniecie? - ale takich chwil było raptem kilka. Poza tym wiedziałem, co chcę osiągnąć, wspierała mnie świetna ekipa i producenci zapaleni do projektu. Więc nie, lęk był ostatnią rzeczą, o której myślałem.
Wspominasz o ekipie. Miałeś na planie i dzieci, i dorosłych grających te same role. Nad kim było trudniej zapanować?
Dzieci to urodzeni aktorzy. Grają od początku, bo dla nich to część zabawy. Jeśli dziecko nie nabędzie kiepskich odruchów rodem ze świata dorosłych, jest w zasadzie aktorskim samograjem. Myślę, że największą siłą tego filmu było to, że udało nam się świetnie zgrać dzieci z ich dorosłymi odpowiednikami. Pewnie, że niektóre musiały się oswoić z planem i kamerami, ale od tego były próby. Gdy doszło do zdjęć, mieliśmy absolutnie zgraną ekipę aktorską. Co ważne - na niezwykłym poziomie stanęli dorośli aktorzy. Nikt nie gwiazdorzył, choć przecież w obsadzie były niemal same gwiazdy tamtej dekady. Wszyscy wspierali się nawzajem. W efekcie To jest do dziś jednym z moich najprzyjemniejszych wspomnień filmowych.
Widać to na ekranie... znaczy tę chemię między aktorami.
Możesz mi wierzyć albo nie, ale to była świetnie dopasowana ekipa. Pewnie, że dla dzieciaków było to trudne doświadczenie, zdjęcia trwały długo i były wyczerpujące, ale tego nie widać. Za to energię tych dzieciaków - bardzo.
I dochodzimy tym sposobem do Tima Curry'ego i jego ikonicznego klauna Pennywise'a. Spodziewałeś się, że przejdzie do historii?
Tim dostał rolę jak wszyscy - w zasadzie bez castingu, przez telefon. Ponieważ na planie zbieraliśmy same gwiazdy tamtego okresu, nie czuliśmy potrzeby organizowania specjalnych castingów. Obsadzanie ról ograniczało się do pomysłu na postać i telefonu do agenta. W przypadku Pennywise'a kilku aktorów odmówiło, ale gdy tylko wpadliśmy na pomysł obsadzenia w tej roli Tima Curry'ego, wszyscy, ale to wszyscy, byli pewni, że to nasz klaun. A czy spodziewałem się, że stanie się ikoną? No coś ty! Podczas zdjęć wiedzieliśmy, że Tim przechodzi sam siebie, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, jak potężna jest to kreacja. Dopiero w montażowni dotarło do nas, co zrobił. Udało mu się stworzyć postać z jednej strony odstręczającą, przerażającą, a z drugiej tak charakterystyczną, że nie sposób o niej zapomnieć.
Tim Curry jako klaun Pennywise, 1990
To na koniec zapytam o coś okropnego... Czy widziałeś nowe To?
[śmiech] Nie. Jeszcze nie. Ale obejrzę. Nie jestem uprzedzony, nic z tych rzeczy. Po prostu nie miałem jeszcze czasu, ale obiecuję obejrzeć.
ADAPTACJA FILMOWA TO
To(It. Chapter One)
2017, film kinowy w reżyserii Andresa Muschiettiego, z Jaedenem Lieberherem, Jeremym Rayem Taylorem, Sophią Lillis, Finnem Wolfhardem, Chosenem Jacobsem, Jackiem Dylanem Grazerem, Wyattem Oleffem i Billem Skarsg?rdem
Agnieszka ma trzydzieści siedem lat. Pracuje w dziale PR jednej z sieci komórkowych. Przyszła do kina sama. Była ciekawa. "Ten klaun jest wszędzie. Wyskakuje z każdego fanpage'a, który lubię, pojawia się na niemal każdej stronie filmowej, którą odwiedzam - opowiada i po chwili dodaje: - Z zawodowej ciekawości uznałam, że muszę się przekonać, co w tym filmie jest takiego, że w tak szybkim czasie zawładnął niemal wszystkimi mediami społecznościowymi". Na pytanie, czy zna powieść Stephena Kinga, zawstydzona odparła, że nie.
Łódka Georgiego, kadr z filmu To, 2017
Jest sobota. Wczesne popołudnie w jednym z warszawskich multipleksów. Od premiery To minął miesiąc. Chociaż obok puszczane są My Little Pony, Botoks Vegi i Blade Runner 2049, sala jest niemal pełna. Mijając bileterkę, pytam ją, czy to częste zjawisko. Żeby film, który jest już grany w kinach od miesiąca, wciąż przyciągał tłumy. Dziewczyna uśmiecha się i odpowiada szybko: "Nie, nawet filmy z superbohaterami nie cieszą się takim ruchem". "A zatem fenomen?" - dopytuję. "Mega!" - woła za mną, gdy ludzka rzeka porywa mnie w stronę ruchomych schodów.
Kilka minut później siedzę w fotelu, obserwuję ludzi wchodzących na salę. Ponad połowa z nich to ludzie w moim wieku. Są po trzydziestce, zbliżają się do czterdziestki. Siadają w fotelach i nic nie mówiąc, czekają na seans. Inną grupą są rozwrzeszczane dzieciaki. Chociaż To ma w Polsce kategorię wiekową "od 16 lat", oni mają najwyżej po piętnaście. Obrzucają się popcornem, robiąc przy tym zdjęcia na Instagrama. "Zaraz was zajebie klaunnnn!" - krzyczy jakiś podrostek. Dziewczyny obok niego chichoczą. Są głośni i napastliwi, jak większość dzieciaków w tym wieku. Ktoś próbuje ich uciszyć, ale reakcją na reprymendę jest tylko śmiech.
Potem na sali zapada mrok. Na ekranie mały Georgie biegnie za papierowym stateczkiem. Pada ulewny deszcz. Statek spływa do kanału. Muzyka potęguje napięcie. Pojawia się klaun Pennywise. Sala milknie. Rozwrzeszczane dzieciaki wpatrują się skupione w ekran. Gasną błyskające telefony komórkowe. Siedząca obok mnie Agnieszka podciąga kolana pod brodę. W opinającej nogi spódnicy wygląda zabawnie. Jak przestraszona dziewczynka, a nie szefowa promocji w wielkiej firmie. Ale ona nie zwraca na to uwagi. Jej brązowe oczy wpatrują się w czyhającego na chłopca klauna. Jak zahipnotyzowane.
Sukces, którego miało nie być
Kiedy To Andy'ego Muschiettiego wchodziło piątego września 2017 roku do kin, żaden z filmowych analityków nie spodziewał się sukcesu. Owszem, King jest na świecie marką, która rocznie sprzedaje ponad dwadzieścia milionów książek, ale w kinie, jak wiemy, ostatnio nie radził sobie tak dobrze jak na listach bestsellerów. Najlepszym dowodem była klapa ekranizacji Mrocznej Wieży. Film, który miał być spektakularnym hitem w Stanach, zarobił tylko pięćdziesiąt milionów dolarów, nie zwracając nawet swojego budżetu produkcyjnego (sześćdziesiąt milionów). O kosztach kampanii reklamowej (kolejne pięćdziesiąt milionów) nie wspominając. Dlatego też wstępne prognozy finansowe dla To były niebywale ostrożne. Analitycy zakładali maksymalny przychód na poziomie trzydziestu milionów. A potem zaczęła się zabawa.
Noc przedpremierowych pokazów filmów w samych Stanach Zjednoczonych przyniosła blisko czternaście milionów przychodu, To stało się najlepiej zarabiającym na przedsprzedaży filmem w kategorii "R" (czyli "tylko dla dorosłych") oraz najbardziej dochodowym horrorem.
Po przedsprzedażowym sukcesie analitycy postawili na przychód w granicach sześćdziesięciu milionów. Trzy dni później okazało się, że się pomylili... Film zarobił sto dwadzieścia trzy miliony, ustanawiając rekord przychodu z premiery w historii horroru. Miesiąc później To ustanowiło kolejny rekord: z przychodem wysokości sześciuset milionów dolarów stało się najbardziej dochodowym horrorem w historii kina.
Andy Muschietti podczas premiery To, Kalifornia, 5 września 2017
Muschietti, adaptując wielowątkową, ponadtysiącstronicową powieść Kinga, uznał, że w filmie skoncentruje się tylko na okresie dojrzewania bohaterów. W obliczu tak spektakularnego sukcesu prezesi Warner Bros wydali zgodę na nakręcenie części drugiej - opowiadającej o dorosłym życiu postaci. Reżyser otrzymał absolutnie wolną rękę w kwestii obsady i produkcji. Datę premiery wyznaczono na szóstego września 2019 roku.
Geneza zła
Co zatem się stało, że skromne, kosztujące raptem trzydzieści pięć milionów, To ustanowiło nowe rekordy? Dlaczego akurat ten film ze wszystkich ekranizacji powieści Kinga - a były ich przecież dziesiątki - stał się światowym fenomenem? Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy cofnąć się w czasie do okresu, gdy King kończył pisać tę powieść.
Był rok 1986. King był już literackim bogiem. Lśnienie, Podpalaczka, Martwa strefa okupowały listy bestsellerów, a pisarz wypracował sobie status "najstraszniejszego faceta w Ameryce". "New York Times" okrzyknął go Królem Horroru, a American Express zatrudnił do telewizyjnej reklamy swoich kart. King był na szczycie. Tyle że powoli czuł się znużony przyklejoną mu przez media i wydawców etykietką "mistrza grozy". Dlatego też kończył pracę nad powieścią, która miała stanowić zamknięcie "strasznego" etapu w jego twórczości.
Odczytanie powieści jedynie przez pryzmat literackiego pożegnania z horrorem ma jednak tyle sensu co uznanie Biblii za pospolite czytadło. Bo jest to tylko pozornie kolejna gatunkowa wprawka mistrza. Pod płaszczykiem opowieści o dzieciach ścigających zło w miasteczku w stanie Maine King tak naprawdę opowiada o utraconej dziecinnej niewinności. Snuje subtelną opowieść o przemijaniu, ze strachem, ale i nostalgią w tle. Układa swoją opowieść w sposób perfekcyjny. Sceny straszne sąsiadują ze scenami zabawnymi. Nostalgiczne z czułymi. Śmiech miesza się ze łzami, a w innych miejscach łagodzi wszechobecną grozę.
Dla literackiego horroru To stało się powieścią-matrycą, od której bite będą wszystkie kolejne książki próbujące ukazywać grozę dojrzewania poprzez grozę otaczającego świata. W Stanach Zjednoczonych podobne napiszą Robert McCammon (Magiczne lata), Dan Simmons (Letnia noc), we Francji Maxime Chattam, w Polsce Łukasz Orbitowski (Szczęśliwa ziemia).
Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby King nie zbudował To na własnej biografii, a dziecięcych bohaterów książki nie obdarzył własnymi traumami i doświadczeniami: porzuceniem przez ojca, problemami finansowymi rodziny czy częstymi przeprowadzkami. W To mamy spojrzenie na Amerykę lat pięćdziesiątych widzianą z perspektywy chłopca, który jest wyrzucony poza społeczny margines. Bo przecież w świecie, w którym wszystko miało być idealne - od przyciętych trawników po rodzinę - Stephen nie miał ani normalnej rodziny, ani domu na przedmieściach. Dlatego jego Ameryka to kraj pęknięty, którego obywatelom dobrobyt zasłania prawdziwe i okrutne oblicze ojczyzny. I dlatego zło w To poluje właśnie na dzieci. One widzą rozdwojenie rzeczywistości, które dorośli ignorują. Próbują z nim walczyć, choć walka dziecka z rzeczywistością jest skazana na porażkę.
Tworząc swoją Amerykę dzieciństwa, King ułożył ją z obrazków, które odcisnęły na nim największe piętno. Mamy więc narodziny rock and rolla, ale również rasizm i wojnę klas. Mamy eksplozję filmowego horroru i kin dla zmotoryzowanych, ale także niesprawiedliwość społeczną. Lęk przed Związkiem Radzieckim i dumę z potęgi Ameryki. Wszystko to układa się w amerykański mit - opis kraju, który nigdy nie istniał, choć złożony jest z elementów prawdziwych.
Amerykańska mitologia
Wybitny dwudziestowieczny antropolog i mitoznawca Joseph Campbell mawiał, że współczesna popkultura jest rodzajem zbiorowego snu, w którym oglądamy nasze najgłębsze pragnienia i najgłębsze lęki. Filmy, komiksy czy literatura popularna cieszą się powodzeniem wtedy - przekonywał Campbell - kiedy dotykają tych lęków i pragnień w sposób najbardziej elementarny. Czy istnieje zatem jakaś recepta zapewniająca sukces w tej dziedzinie? Jak najbardziej - twierdził buńczucznie - wystarczy sięgnąć do postaci i schematów fabularnych rodem z mitologii.
Nie tylko z mitologii regionalnej, lecz także z egzotycznych, wszystkie bowiem mitologie opowiadają tak naprawdę jedną i tę samą historię, choć w różnych dekoracjach i maskach. Krytykom, którzy pokrzykiwali, że gdyby jego teoretyczne rozważania miały wartość, stałby się autorem bestsellerów, Campbell zamknął usta, zatrudniwszy się jako konsultant przy pracy nad scenariuszem Gwiezdnych wojen George'a Lucasa. Pokazał wówczas, że nie tylko wie, o czym mówi, lecz także, że jego diagnozy przekładają się na bardzo konkretną rzeczywistość komercyjną.
King jest pilnym uczniem Campbella. I przyrządza swoje powieści według przepisu słynnego antropologa. Garściami czerpie z mitów i podań. Zręcznie rozgrywa odwieczne tematy, odwołuje się na przykład do wyobrażeń Indian - jak w To, gdzie pojawiają się obrządki i przywoływanie duchów - kreuje baśniową rzeczywistość, w której dosłownie wszystko jest możliwe, stwory mogą przybierać każdą postać. A jednocześnie jest jak najdalszy od bezrefleksyjnego zatopienia się w tym magiczno-mitycznym panoptikum. Cały czas twardo stąpa po ziemi i mitologizując Amerykę, rozprawia się z jej przeszłością.
Gdy wydano To, pokolenie dzieci kwiatów, do którego King należy, wkraczało w czwartą dekadę życia. Ideały, jakimi się żywili, upadły bądź odeszły w zapomnienie. Powieść Kinga przeniosła ich do czasów, gdy dojrzewali do buntu. Dzięki temu książka ta stała się czymś w rodzaju pokoleniowego wyrzutu sumienia. Bo dziecięcy bohaterowie pisarza jako dorośli stają się kimś innym, niż planowali. Dopiero powrót do miasteczka, w którym walczyli ze złem, przypomina im o dawnych ideałach i potrzebach. Ale muszą wspólnie wybudzić się z odrętwienia, w które popadli jako dorośli. Jeden z nich przypłaci to przebudzenie życiem. Popełniając w symboliczny sposób samobójstwo, ucieknie od rozczarowania sobą. Od świadomości, że stał się kimś, kim jako dziecko nigdy nie chciał być.
Scena z planu filmowego To, 2017
Pokoleniowy wehikuł czasu
Twórcy filmowego To, mając świadomość, że ich film trafia do zupełnie innego pokolenia, zastosowali w nim dwa proste, ale skuteczne chwyty. Po pierwsze, przenieśli akcję do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, czyli czasów młodości dzisiejszych czterdziestolatków. Po drugie, aby mocniej wygrać sentymentalny - i rozliczeniowy - ton, ograniczyli akcję tylko do lat młodości bohaterów. Przyszłość i to, kim się staną, zobaczymy dopiero w części drugiej, której akcja będzie się toczyć współcześnie. Jeśli zatem powieść Kinga była rozliczeniem z dzieciństwem pokolenia dzieci kwiatów, to w filmie stworzonym przez dzisiejszych czterdziestolatków, czyli przedstawicieli pokolenia X - wychowanego na MTV, świadomego upadku muru berlińskiego - tę funkcję pełnią lata osiemdziesiąte.
Tę tendencję w kulturze widzimy zresztą nie od dziś. To ona sprawiła, że w dwadzieścia dni twórcy filmu Kung Fury zebrali na serwisie Kickstarter ponad sześćset tysięcy dolarów na produkcję. To ona wypromowała takich muzyków jak zespół Hurts. I wreszcie ten sam sentyment stał się siłą napędową serialu Netflixa Stranger Things. O ironio, serial ten powstał po tym, jak Warner Bros odrzuciło jego twórców, Dufferów, jako potencjalnych reżyserów kinowego To. Bracia zabrali swoje pomysły do Netflixa, tworząc tam serialową kalkę powieści Kinga.
Muschietti miał pełną świadomość, do kogo kieruje swój film i jak ma on wyglądać. Stąd pełno w nim nawiązań i odniesień do filmów z dzieciństwa pokolenia obecnych czterdziestolatków, jak Gremliny rozrabiają, Koszmar z ulicy Wiązów, Batman czy Zabójcza broń. Tyle że sama gra na sentymentach nie gwarantuje sukcesu. Dlatego filmowe To idzie krok dalej. W przeciwieństwie do wymienionych wcześniej filmów, nie ogranicza się do powielania motywów z lat osiemdziesiątych, ale - podobnie jak King w swojej powieści - buduje na naszych oczach wymyślony świat tamtej dekady.
Bo znów mamy tu wszystko przepuszczone przez filtr osobisty. I to filtr człowieka, który w Ameryce nie dorastał - Andy Muschietti urodził się i dorastał w Argentynie - i nie miał prawa jej znać. Jego Stany to Stany wyśnione. Oparte na percepcji obcokrajowca, który nasiąknął mitem. Film jest zatem pokoleniowym wehikułem czasu, który dzięki swojemu spojrzeniu na Amerykę z dystansu - i dzięki kolejnemu jej umitologizowaniu - stał się fenomenem nie tylko na skalę amerykańską, ale też światową.
W Wielkiej Brytanii film zarobił blisko czterdzieści milionów dolarów, we Francji prawie siedem. W Australii jego przychód sięgnął siedemnastu milionów. W Holandii - pięciu. Do tego Hongkong z blisko dwoma milionami, Korea Południowa, w której zarobił siedem, Brazylia z wynikiem siedemnastu milionów. Również w Polsce To ustanowiło rekordy. Blisko cztery miliony dolarów przychodu. W całym byłym bloku wschodnim prawie czterdzieści. I to nie dziwi. Wszyscy przecież żyliśmy tu snem o Ameryce. Campbell nie ma więc złudzeń, twierdząc w Potędze mitu, że dzisiejsza mitologia urodziła się na ekranach kin i telewizorów.
Kadr z filmu To, 2017
Czasy się zmieniają
Czasy wciąż się zmieniają - śpiewał Bob Dylan. Ale jedna rzecz pozostaje niezmienna i o niej w kontekście To należy jeszcze wspomnieć. Chodzi o strach. Jak twierdzi sam King, "groza powstaje w wyniku uczucia powszechnej dezintegracji, wrażenia, że rzeczy wokół zaczynają się rozpadać". A lekarstwem na lęk jest oswojenie go poprzez zażycie jeszcze większej ilości strachu. Historia kina i literatury grozy pokazuje to dobitnie.
Gdy w powojennych Stanach społeczeństwo karmione propagandą senatora McCarthy'ego popadało w komunistyczny obłęd, doszukując się wszędzie szpiegów, do kin trafił film, który nie tylko zmienił gatunek, ale też stał się nieśmiertelną metaforą lęku przed obcymi. Mowa oczywiście o Inwazji porywaczy ciał Dona Siegela z 1956 roku, początkowo traktowanej jako trzecioligowy horror science fiction. Dziś omawiana jest w szkołach filmowych jako idealny przykład filmu, który odzwierciedlił grozę swoich czasów. Podobnie rzecz ma się z wyreżyserowanym przez Stuarta Rosenberga Horror Amityville, który z filmu o nawiedzonym domu stał się dla Amerykanów symbolem recesji i załamania rynku pracy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego pewne proste horrory nagle zamieniają się w filmy, które definiują lęki społeczne? Na które tłumy walą do kin? Z odpowiedzią spieszy sam King, twierdząc, że "jest to jedyny gatunek, którego popularność jest ściśle powiązana z okresami poważnego politycznego lub ekonomicznego napięcia. Horror bowiem to alegoria, a jej element wpisany jest w samą ideę horroru. On sam pociąga nas, bo w sposób symboliczny przedstawia lęki jak najbardziej racjonalne".
Na pięć dni przed premierą To Donald Trump zerwał stosunki dyplomatyczne z Koreą Północną. Dwa tygodnie wcześniej terroryści uderzyli w samym centrum Barcelony. Żyjąc w niepewnych czasach, na świecie rządzonym przez ludzi, którzy tracą społeczne zaufanie, ludzie potrzebowali wytchnienia. Czegoś, co mogło sprawić, by na chwilę zapomnieli o tym, o czym donoszą telewizja i Facebook. Potrzebowali klauna w dziwnym ubraniu, żeby przypomniał im o czasach, w których czuli się bezpiecznie, i pozwolił zapomnieć o tym, co uwiera i niepokoi.
Gdy w multipleksie wybrzmiewa ostatnia nuta niepokojącej muzyki Benjamina Wallfischa, Agnieszka powoli wstaje z fotela. Dzieciaki, które tuż przed seansem głośno podkreślały swoją obecność, idą w ciszy po schodach. Przyglądam się im z dystansu. Żaden z nich nie sięga po telefon komórkowy. Agnieszka w końcu się podnosi. Chwyta płaszcz i rusza do wyjścia. Kiedy mnie mija, widzę na jej policzkach łzy. Uśmiecham się. Ona też.
- Podobało ci się? - pytam.
- Bardzo. Ale wiesz, to nie jest taki film, jak myślałam.
- To znaczy?
Plakat do To, 2017
- Myślałam, że to horror. A to film o mnie.
- Jak to? - dopytuję, nie ukrywając zaskoczenia.
- No bo wiesz, tu nie chodzi o klauna. Ja po prostu chciałabym mieć takich przyjaciół.
Wychodzimy. Myślę o jej słowach. O tym, że wszyscy potrzebujemy bliskości i poczucia przynależności. A To - niezależnie od szerokości geograficznej - właśnie o tym nam przypomniało.
STUKOSTRACHY(THE TOMMYKNOCKERS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Putnam, 1987
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2018
Przełożył Łukasz Praski
Stukostrachy nawet King uznaje za jedną ze swoich najgorszych książek. Pisał ją w kokainowym i alkoholowym ciągu. Fabuła rwała mu się na kawałki i gdyby nie redaktor, powieść zapewne nigdy by się nie ukazała. W 2014 roku w magazynie "Rolling Stone" autor wyznał wprost, że to "okropna powieść i zarazem ostatnia, którą napisałem pod wpływem środków odurzających. Gdy dziś o niej myślę, wydaje mi się, że gdzieś pośród tych siedmiuset stron istnieje jakieś trzysta pięćdziesiąt stron dobrej prozy, rozdmuchanej niepotrzebnie przez kokainę".
Może i była to rozdmuchana powieść, może i podyktowała ją kokaina, ale pisarz zarobił na niej dwa i pół miliona dolarów; wydawnictwo Putnam opublikowało ją na podstawie umowy na dwie książki opiewającej na okrągłe pięć milionów i sprzedało z marszu ponad milion egzemplarzy.
W zamyśle autora Stukostrachy miały być z jednej strony hołdem dla Koloru z przestworzy H.P. Lovecrafta, z drugiej wariacją na temat inwazji obcych i fantastycznych filmów z lat pięćdziesiątych, na których mały Steve się wychował. Co ciekawe, Brytyjczycy doszukali się tu także inspiracji przygodami ich ukochanego Bernarda Quatermassa, postaci, bez której nie byłoby Doktora Who.
W sennym amerykańskim miasteczku pewna lokalna pisarka odkrywa, że w lasach zakopany jest statek obcych, który zaczyna mieć coraz większy wpływ na poczynania mieszkańców. To prawda - rozdmuchane do ponad pięciuset stron Stukostrachy mogą nużyć, ale trudno odmówić im uroku starych fantastycznych opowieści o UFO.
King wrzucił tu wspominany w rozdziale poświęconym opowiadaniom tekst o Becce Paulson i nawtykał mnóstwo odniesień do klasyki science fiction. Przede wszystkim jednak zbudował postać uzależnionego od alkoholu głównego bohatera, który w kluczowych momentach nie potrafi pokonać własnego uzależnienia. Forma autoterapii? Zapewne tak. Jeszcze nie tak brutalna i szczera jak w Misery, ale już zwiastująca gigantyczny kryzys w osobistym życiu autora. W 1987 roku King kończył czterdzieści lat. Był na szczycie i miał wszystko, o czym zawsze marzył. Nie zauważył tylko jednego - rzucając się w katorżniczy wir pracy, powoli, lecz systematycznie tracił siebie. Stukostrachy były brutalnym, ale niezbędnym do dalszego funkcjonowania przebudzeniem. Kiczowatym i chaotycznym, ale przynajmniej szczerym.
ADAPTACJA SERIALOWA
Plakat filmowy do Stukostrachów, 1993
Stukostrachy(The Tommyknockers)
1993 (pierwsza emisja ABC), w reżyserii Johna Powera, z Marg Helgenberger, Jimmym Smitsem, Traci Lords
Nie uciekniesz, nie ukryjesz się. Możesz tylko zostać jednym z nich.
Po gigantycznym sukcesie To było tylko kwestią czasu, kiedy studio ABC znów sięgnie po tekst Kinga. Padło na Stukostrachy. Scenariusz znów oddano w ręce Lawrence'a Cohena, a reżyserię powierzono twórcy filmowego Cujo - Lewisowi Teague. Chociaż akcja powieści toczy się w fikcyjnym miasteczku (tym razem Haven) w stanie Maine, ABC uznało, że najlepszy plan filmowy dla projektu znajduje się w Nowej Zelandii. Kiedy przetransportowano tam ekipę, okazało się, że... reżyser miał absolutnie inną wizję filmu i producenci poprosili go grzecznie o pożegnanie się z ekipą. Na jego miejsce zatrudniono australijskiego wyrobnika telewizyjnego Johna Powera.
Serial Stukostrachy, podobnie jak powieść, to historia UFO, które przejmuje władzę nad amerykańskim miasteczkiem. Kilka wątków drastycznie tu zmieniono - choćby motyw trującego gazu, który w książce zabija, czy szczegóły anatomiczne przemiany w kosmitów. Zmieniono także zakończenie - ale oś fabularna pozostała taka sama.
Trudno coś więcej powiedzieć o tym serialu, należy bowiem do tych adaptacji Kinga, które ani nie irytują, ani nie zachwycają. Ot, poprawna telewizyjna robota rodem z lat dziewięćdziesiątych, którą można obejrzeć, a można też sobie darować.
Co ciekawe, w jednej z głównych ról wystąpiła Traci Lords, niegdyś wielka gwiazda porno. Zaczynała w tak młodym wieku, że producentów oskarżono o pedofilię, a dziś jej pierwszy film uznawany jest za pornograficznego białego kruka; na początku lat dziewięćdziesiątych postanowiła jednak zmienić filmową branżę.
Pisząc o tym serialu, trudno pominąć pewną bardzo, ale to bardzo zabawną rzecz. Otóż jak wspomniałem, omawiając książkę, Stukostrachy wchłonęły tekst The Revelations of 'Becka Paulson. Cztery lata po premierze producenci serialu Po tamtej stronie kupili prawa do porzuconego tekstu o pani Paulson i oparli na nim jeden z odcinków. Tym sposobem powstały dwie - zupełnie inne - opowieści o kobiecie, która pewnego dnia zaczęła rozmawiać z telewizorem.
PODPALACZKA(FIRESTARTER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking Press, 1980
Wydania polskie: Phantom Press (pod tytułem Firestarter), 1992; Prószyński i S-ka, 1999; Albatros, 2013; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Pierwszy autoplagiat Kinga? Jakkolwiek to groźnie brzmi - tak określił pierwszą wersję powieści sam autor i zanim trafiła ona do redakcji, została przez niego gruntownie przepisana. Oczywiście chodzi o plagiat Carrie, bo według Kinga Podpalaczka mocno przypominała opowieść o Carrie White. Nie wiadomo, ile w tej historii prawdy, ale jedno jest pewne: powieści łączy jedynie punkt wyjścia - dziewczynka obdarzona supermocami. Reszta to zupełnie inna historia. I jak na zupełnie inną historię - ta późniejsza inaczej się sprzedała. Carrie w twardej oprawie sprzedała się w niespełna trzydziestu tysiącach egzemplarzy, Podpalaczka zaś osiągnęła imponujący wynik dwustu osiemdziesięciu pięciu tysięcy egzemplarzy. Imponujący, bo wydanej rok wcześniej Martwej strefy sprzedało się o sto tysięcy egzemplarzy mniej. King stawał się potęgą nie tylko na rynku wydań w miękkiej oprawie, które osiągały dwumilionowe nakłady, ale też w prestiżowych "twardych" wydaniach.
Nieźle jak na powielanie siebie.
A teraz już poważnie. O ile Carrie była metaforą dojrzewania, o tyle Podpalaczka jest opowieścią o... ucieczce od dojrzewania i odpowiedzialności. Ojciec Charlie ucieka i ukrywa córkę przed tajną agencją rządową, ponieważ ucieczka wydaje mu się jedyną formą obrony. Tajna agencja - Sklepik - próbując zatrzeć ślady ich istnienia, tak naprawdę ucieka od odpowiedzialności za własne decyzje. Dopiero dziecko, które staje się zabawką w rękach dorosłych, w kluczowym momencie podejmuje najbardziej dojrzałą decyzję ze wszystkich występujących w książce postaci. Ale żeby ją podjąć, musi przejść przez piekło. A raczej - poznać się na dorosłych, zrozumieć sposób, w jaki nią manipulują, i zemścić się tak dotkliwie, jak tylko potrafi.
Jeśli spojrzeć na wszystkie powieści Kinga wydane wcześniej, Podpalaczka może fabularnie sprawiać wrażenie najsłabszej, i pewnie słusznie. Bo nawet wprawka literacka, jaką była Carrie, opowiadała w swojej prostocie jakąś historię, a tu w zasadzie historii nie ma. Wszystko sprowadza się do ucieczki.
Książka ma także swoje mocne strony. O ile do tej pory King traktował seks jako coś, co istnieje, ma się dobrze i czasami jego bohaterowie go uprawiają, o tyle tu seks wydaje się czynnikiem determinującym. Charlie jest efektem zbliżenia ludzi, którzy dziecka mieć nie powinni - wzięli udział w tajnym eksperymencie medycznym, co obudziło w ich mózgach niezwykłe moce. Kiedy w końcu Charlie i jej ojciec zostają schwytani przez Sklepik, główny czarny charakter, zabójca Rainbird, manipuluje uczuciami dziewczynki do tego stopnia, że ta przez chwilę wierzy, że właśnie on jest w stanie zapewnić jej przyszłość i bezpieczeństwo. Zresztą ta pełna napięcia seksualnego relacja między oprawcą a młodą ofiarą rzuciła się w oczy nie tylko recenzentom, ale i czytelnikom. Do tego stopnia, że jeden z bibliotekarzy próbował przekonać Kinga do wprowadzenia zmian w książce, tak by pozbawić ją podtekstów seksualnych.
King, który etap kaleczenia własnych powieści miał już za sobą, oczywiście się nie ugiął, ale też nie mógł tego zrobić.
W wielu swoich tekstach pisarz należący do pokolenia dzieci kwiatów otwarcie celebrował tamten okres w historii Stanów. W Podpalaczce mamy jednak do czynienia z mocno konserwatywnym atakiem na rówieśników. I to nawet niezbyt starannie ukrytym. Eksperymenty z LSD prowadzą tu do tragedii. Para hipisów jest skrajnie nieodpowiedzialna. Całe pokolenie daje się omotać wizjom snutym przez ludzi będących na rządowym wikcie. Oto kim byliśmy - zdaje się mówić King - uwielbiającymi narkotyki dzieciakami, które nawet nie zauważyły, kiedy rząd przejął władzę nie tylko nad nimi, ale także nad całym infantylnym hippisowskim ruchem.
CIEKAWOSTKA
Na potrzeby tej powieści King wymyślił określenie pirokineza, które weszło na stałe do języka.
ADAPTACJE FILMOWE PODPALACZKI
Podpalaczka(Firestarter)
1984, w reżyserii Marka L. Lestera, z Drew Barrymore, Davidem Keithem i George'em C. Scottem
Czy posiada moc... by przeżyć?
Mało brakowało, a powieść Kinga połączyłaby go z księżną Dianą... Zgoda, nie połączyłaby, ale sprawiłaby, że najsłynniejsza księżna XX wieku pojawiłaby się w otoczeniu Kinga. A wszystko przez to, że prawa do Podpalaczki - i to na rok przed jej ukazaniem się - kupił w 1980 roku Dodi al-Fayed, producent filmowy i kochanek Diany, który w 1997 roku zginie z nią w wypadku. Zanim jednak do tego dojdzie, Dodi sprzeda prawa do Podpalaczki Dino De Laurentiisowi, bo straci zainteresowanie adaptacją Kinga. A skoro jesteśmy przy tragediach, to wspominałem już, że obsesja Dino De Laurentiisa na punkcie Kinga będzie prowadzić do katastrofy. Oto pierwszy z dowodów na tę tezę. W powszechnej świadomości Lśnienie Stanleya Kubricka to najbardziej znienawidzona przez Kinga ekranizacja jego prozy. Błąd. Owszem, King nie lubi Lśnienia i nigdy tego nie ukrywał, ale Kubrick był zbyt wielkim i niepokornym twórcą, aby pisarz kiedykolwiek powiedział mu to w twarz. Za to Mark L. Lester tak wielki nigdy nie był i nie będzie. I to on padł ofiarą pierwszego publicznego ataku wściekłości Kinga. Poszło o Podpalaczkę, wyprodukowaną przez Laurentiisa i reżyserowaną przez Lestera.
Podpalaczka nie była horrorem. To powieść fantastyczna o tajnych rządowych eksperymentach, dziewczynce obdarzonej darem pirokinezy, podpalającej siłą woli, i tajnej agencji Sklepik, która ją ściga. Powieść wyrastała zarówno z paranoicznych obsesji Kinga, który wówczas wierzył w świat rządowych spisków, w tajemnicze organizacje i to, że siłą woli można powstrzymać katastrofę lotniczą (to, niestety, nie jest żart), jak i z jego fascynacji tanią literaturą fantastyczną lat pięćdziesiątych.
Lester, który potem błyśnie jako twórca kultowego Komando, nigdy nie należał do twórców wyrafinowanych i dbających o szczegóły. Dla niego liczyła się akcja, i to szybka akcja. Podpalaczka była takim właśnie filmem. Młoda Drew Barrymore wcieliła się w postać Charlie McGee. Jej ucieczka z ojcem była w powieści Kinga pełna dramatyzmu i retrospekcji, budujących napięcie i konflikt - rodzina kontra źli agenci. U Lestera psychologiczna konstrukcja postaci ogranicza się do kilku ujęć z cyklu "tak to było wcześniej" i ciągłej bieganiny.
King był oburzony. I chyba słusznie. Trudno Podpalaczkę uznać za dobry film. Poszatkowana przez scenarzystów historia Charlie i jej ojca jest niespójna i pełna dziur logicznych. Film co chwila zmienia nastrój i klimat. Z mrocznego thrillera o ściganych staje się ckliwą historyjką o dziewczynce, po kilku scenach zamienia się w fantastykę, a potem, gdy pojawia się zdrajca, który omamia Charlie - w dramat obyczajowy. I tak cały czas, aż do wybuchowego finału, który owszem, musiał sporo kosztować, ale wcale nie robi wielkiego wrażenia.
W tym stylistycznym i fabularnym chaosie pogubili się także świetni skądinąd aktorzy. George C. Scott ze swoim kucykiem wygląda karykaturalnie. Drew Barrymore ogranicza się do ciągłego szlochania, Martin Sheen przewija się przez plan niczym bezpłciowy duch... Mimo to Lester był ze swojego filmu dumny, co więcej, przekonany, że Kingowi jego wersja Podpalaczki się podoba. Jakże musiał być zaskoczony, gdy pisarz zaczął nazywać go beztalenciem, a film kupą gnoju...
Drew Barrymore na planie Podpalaczki, Karolina Północna, 1982
Pierwszy raz w karierze Króla Horroru przez prasę przetoczył się istna lawina wzajemnych oskarżeń i pomówień. Lester twierdził, iż King jest hipokrytą, który widział wcześniej film i był nim zachwycony. King odpowiadał, że reżyser musi cierpieć na zaburzenia pamięci, bo pokazywał mu tylko krótkie nieukończone fragmenty. Zdaniem Kinga - Lester był reżyserskim dnem; zdaniem Lestera - King był bufonem i kretynem. I tak to chłopcy przepychali się między sobą przez kilka tygodni.
Niestety, ich prywatna wojna nie przełożyła się na sukces frekwencyjny Podpalaczki. Pierwszy kinowy "niehorror" Kinga zarobił raptem siedemnaście milionów dolarów. Co przy budżecie sięgającym czternastu nie było wynikiem zadowalającym. Zabawne jest to, że rok później kolejny film Lestera, kultowe Komando, zmasakrował w box office inną adaptację prozy Kinga - Srebrną kulę.
Dziś Podpalaczka Lestera jest otoczona kultem, ale nie takim, o jakim marzyłby reżyser. Film bowiem uchodzi za niezamierzenie śmieszne filmowe kuriozum. I, niestety, trudno się z tym osądem nie zgodzić. Choć żeby być uczciwym, trzeba przyznać, że to i tak arcydzieło w porównaniu ze zrealizowaną w 2002 roku przez Roberta Iscove'a Podpalaczką 2.
Podpalaczka 2(Firestarter 2: Rekindled)
2002 (kanał SyFy), w reżyserii Roberta Iscove'a, z Marguerite Moreau, Dannym Nuccim i Dennisem Hopperem
Mała Charlie dorosła... I podpali całe miasto.
Jak twierdzą producenci tego miniserialu, pomysł na opowieść o dalszych losach Charlie McGee narodził się z tęsknoty za dziewczynką. King zakończył Podpalaczkę w chwili, gdy obdarzona telekinezą bohaterka, używając swojego daru, zabija drani i ucieka, by odnaleźć wytchnienie i spokój u obcych ludzi. Scenarzysta Philip Eisner był niebywale ciekaw, co wydarzyło się później. A ponieważ King stanowczo odmówił napisania kontynuacji Podpalaczki, na co spory wpływ miało zamieszanie wokół powstałego na jej podstawie filmu kinowego, kanał SyFy zamówił u niego scenariusz opowiadający o dalszych losach Charlie.
W Podpalaczce 2 mamy do czynienia z podobną sytuacją jak z Carrie 2. Niby jest to kontynuacja, niby twórcy serialu próbują dopowiedzieć dalsze losy Charlie, ale tak naprawdę oglądamy uwspółcześniony trzygodzinny remake filmu.
Podpalaczka 2 bowiem nawet na sekundę nie wychyla się poza schemat fabularny wymyślony przez Kinga. Cóż z tego, że bohaterka jest już dorosła, skoro przez pierwszą połowę produkcji akcja składa się głównie z reminiscencji - tyle że snutych z perspektywy szukającego Charlie mężczyzny - a potem dziewczynę znów gonią źli agenci z cudownie zmartwychwstałym Rainbirdem (nieżyjącego już George'a C. Scotta zastąpił Malcolm McDowell) na czele.
Początkowo SyFy planował zrealizować pełnowymiarowy serial opowiadający o przygodach dorosłej Charlie. Kiedy jednak produkcja zaczęła zamieniać się w piekło na ziemi - na planie eksplodowały fajerwerki, a jedna z aktorek niemal zmarła na udar - zrezygnowano z długoterminowej produkcji, koncentrując się na miniserialu. I dobrze.
Jeśli naprawdę poczujecie przeogromną potrzebę dowiedzenia się, co wydarzyło się z Charlie po ucieczce ze Sklepiku, lepiej przeczytajcie jeszcze raz powieść, dodając bohaterce dziesięć lat więcej. Wiem, że zabrzmi to jak świętokradztwo, ale możecie nawet spróbować obejrzeć film Lestera, myśląc o dorosłej Drew Barrymore...
CIEKAWOSTKA
W 2007 roku Drew Barrymore wystąpiła w programie Saturday Night Live w skeczu, w którym "dopowiedziała" to, co przydarzyło się Charlie po zakończeniu powieści... i filmu. Monolog ma tytuł Firestarter Brand Smoked Sausages i jest autentycznie zabawny.
MROCZNA WIEŻA III. ZIEMIE JAŁOWE(THE DARK TOWER III: THE WASTE LANDS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 1991
Wydania polskie: Albatros, 2002; Świat Książki, 2003; Albatros, 2015
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Stephen King wielokrotnie wspominał, że cykl Mroczna Wieża to jego najlepsze dzieło, a jako źródła inspiracji podawał przede wszystkim westerny Sergia Leone i trylogię Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena. O ile w pierwszych tomach można mieć jeszcze wątpliwości co do drugiego źródła, o tyle tom trzeci skutecznie je rozmywa.
Roland, świadom swego kalectwa, szkoli Eddiego i Susannah, jednocześnie wprowadzając ich w tajniki ka-tet. Podczas gdy jego nowi towarzysze radzą sobie coraz lepiej, z nim jest coraz gorzej. Szaleństwo ściska swą pętlę wokół jego karku. Kluczem do ozdrowienia jest Jake, chłopiec, który musi powrócić do Świata Pośredniego. Gdy po starciu z gigantycznym niedźwiedziem Shardikiem Roland odnajduje ścieżkę Promienia, rozpoczyna się główna wyprawa do Mrocznej Wieży.
Ziemie jałowe, Albatros, 2015
Czarnoksiężnik i kryształ , Albatros, 2015
W Ziemiach jałowych King jeszcze bardziej niż w poprzednich tomach wkracza w rejony zabaw popkulturowych, garściami wprost czerpie z własnej twórczości i co rusz puszcza oko do czytelników zorientowanych w jego dokonaniach. Ma to swoje wady i zalety. Dla zagorzałych fanów będzie to niewątpliwie okazja do sprawdzenia własnej wiedzy, wyłapywania przeróżnych smaczków i rozkoszowania się stylem autora, nieporównywalnym z żadnym innym. Wadą będzie jednak spora schematyczność. King trzyma się konwencji, czy to wykreowanej przez innych autorów (jak zagadki inteligentnego pociągu, będące szaloną parafrazą pojedynku Bilba z Gollumem z Hobbita), czy to konwencji questu z gier komputerowych, czy też własnej, gdy skupia się na dramatycznych losach Jake'a w naszym świecie. Z jednej strony wiadomo, że z takimi fabułami autor radzi sobie najlepiej, z drugiej - akurat w tym przypadku wprowadza to niepotrzebne dłużyzny i raczej niefortunne rozwiązania fabularne. Nie dość, że wyhamowuje akcję, która rozpędza się po fantastyczno-westernowym początku, to jeszcze rozciąga ją na siłę, by wzmocnić dramatyzm. Jest to na szczęście jedyny zarzut wobec tej powieści, bo kiedy już Jake trafia do "drużyny", akcja rusza z kopyta, a King puszcza wodze wyobraźni i wreszcie pozwala rozwinąć skrzydła szalonemu Światu Pośredniemu, czego brakowało mi w tomie pierwszym i drugim. Tu bohaterowie trafiają do zrujnowanego miasta Lud, natykają się na dziwaczne i niebezpieczne stwory, konfrontują się z pociągiem sterowanym przez nad wyraz rozwiniętą sztuczną inteligencję. Horror miesza się z postapo, western z tradycyjnym fantasy, a całość kończy się klasycznym cliffhangerem, który wywołuje natychmiastową chęć do sięgnięcia po następny tom. Jest to też pewien problem tej powieści, ponieważ nosi wszelkie znamiona tego, by nazwać ją przejściową. Mamy tu zawiązanie "drużyny" i wprowadzenie akcji na właściwe tory, ale całość rozwija się brawurowo dopiero w drugiej połowie, po mocno przegadanej części pierwszej. Mimo wszystko King po raz kolejny udowadnia swoją klasę i trudno wytrzymać w oczekiwaniu na kolejny tom.
Pseudonim Kinga żył swoim życiem do chwili, aż pewien wścibski fan odkrył mistyfikację. Tu dowiecie się, skąd wziął się ten pseudonim, co znaczył i jakie powieści ukazały się pod szyldem Richard Bachman.
Richard Bachman narodził się z ciekawości. Był rok 1977. King wznosił się ku sławie, a w jego szufladzie wciąż ukrywały się powieści, których nikt nie chciał wydać. Było ich pięć. Pierwsza, napisana jeszcze w 1966 roku Getting It On, niemal ujrzała światło dzienne. Miała być pierwszą jego powieścią opublikowaną w wydawnictwie Doubleday. Pech chciał, że po długotrwałej - i darmowej - pracy nad poprawkami wydawca usunął powieść z planów tuż przed publikacją. Dla Kinga był to cios. Ale też impuls, który finalnie doprowadził go do napisania Carrie.
W 1977 roku, mając już zaplanowany grafik wydawniczy na kilka lat, King uznał, że może warto przeprowadzić drobny eksperyment. A gdyby tak stare powieści - te, w których nie pojawiały się elementy nadprzyrodzone - opublikować pod pseudonimem? Nowy Król Horroru nie mógł zrobić czegoś takiego, ale niejaki Bachman?
Pisarz uzgodnił strategię wydawniczą z New American Library (również z nimi ustalił kwestię pseudonimu, bo najpierw chciał wydawać pod nazwiskiem własnego dziadka, co skutecznie wybito mu z głowy) i maszyna ruszyła... maszyna, której właściwie nie było. Bo książki Bachmana ukazywały się bez jakiejkolwiek promocji i wsparcia marketingowego. Po prostu pewnego dnia trafiały w miękkich okładkach do wszystkich drugstore'ów i sklepików na lotniskach. Tak, do takich miejsc. Ponieważ Bachman był projektem z założenia masowym. Tylko miękka oprawa. Książki dla zwyczajnych Amerykanów, do czytania, nie podziwiania.
Na pierwszy ogień poszło Getting It On, które ukazało się pod zmienionym tytułem Rage. Na okładce zamieszczono zdjęcie znajomego Kinga oraz krótki biogram, z którego wynikało, że Richard Bachman urodził się w 1940 roku w Nowym Jorku. Skończył studia, a potem przez dziesięć lat pracował w Straży Przybrzeżnej. W końcu osiadł na wsi w New Hampshire, gdzie czas dzielił między pisanie książek i uprawianie roli. Miał żonę, Claudię Inez, i synka, który niestety miał pecha i utonął w wieku sześciu lat.
Idealna przykrywka dla zupełnie nowej kariery. Niestety, ta nigdy nie nabrała rozpędu. Bo niewiele osób zainteresowało się ponurymi powieściami Bachmana. Oczywiście zdarzały się wyjątki, na przykład Paramount kupił za grosze - za dwadzieścia tysięcy dolarów - prawa do ekranizacji Uciekiniera, ale generalnie projekt Bachman przeszedł bez echa. King stracił do niego serce i w pewnym momencie postanowił zabić swoje alter ego, skazując je na guza mózgu. Wtedy zdarzył się cud. Czy raczej Chudszy.
King popełnił błąd, nie biorąc pod uwagę tego, że przez lata jego pisarstwo wyszlachetniało i nabrało rozmachu. Powieści Bachmana - te pisane przed Carrie - były literackimi wprawkami. Chudszy bił je na głowę. I w końcu doprowadził do zdemaskowania pisarza. Ale nie ma tego złego... Bez całej szopki z pseudonimem King zapewne nigdy nie napisałby Mrocznej połowy.
Zanim przejdziemy do powieści Bachmana, kilka słów o genezie pseudonimu.
Zagadka pseudonimu
RICHARD STARK
Jeśli chcesz kogoś okraść, sprawdź dobrze, kogo wybrałeś na swoją ofiarę. Jeżeli typ, któremu chcesz odebrać pieniądze, nazywa się Parker, lepiej od razu zrezygnuj. Bo nie chodził po tej ziemi człowiek gorszy i podlejszy od Parkera. Kim jest i skąd pochodzi? Nie do końca wiadomo. Jedno jest pewne: lepiej z nim nie zadzierać. Nieważne, czy jesteś szefem mafii, komendantem policji, czy wpływowym politykiem. Parker jest jak śmiercionośny duch. Osaczy cię, zabije twoich przyjaciół i wspólników, zabierze co jego, a na końcu miłosiernie odbierze ci życie.
Na świat przyszedł w 1962 roku i od razu miał jakieś trzydzieści osiem lat. Skórę miał jak z kamienia, a jego spojrzenie mogło zabić. Już w chwili swoich narodzin Parker miał kłopoty - żona wraz z jego wspólnikiem postanowiła go zabić i ukraść łup ze skoku. Postrzelony, zostawiony na pewną śmierć, Parker się nie poddał. Cudem uratowany, po wylizaniu się z ran powrócił, by wyrównać rachunki i odzyskać swoje dziewięćdziesiąt trzy tysiące dolarów. Kiedy okazało się, że będzie musiał wyszarpnąć je z gardeł członków mafii, nie zrezygnował i pozbył się tylu drani, ilu udało się zabić.
Kiedy Westlake (ukrywający się pod pseudonimem Richard Stark) skończył pisać pierwszą powieść z Parkerem, czyli Godzinę zemsty, był ponoć tak przerażony wymyśloną przez siebie postacią, że w finalnej scenie ją uśmiercił. To agent literacki pisarza ocalił życie Parkera, twierdząc, że Godzina zemsty to świetny początek serii, która przyniesie Westlake'owi fortunę. Nie mylił się. Powieści z Parkerem sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, a ich pierwsza seria napisana w latach 1962-1974 weszła do kanonu mrocznego i okrutnego kryminału.
Cóż zatem było tak bardzo przerażającego w Parkerze, że jego ojciec chciał go zabić? Aby zrozumieć specyfikę tej postaci, musimy ją umiejscowić na mapie kryminalnych bohaterów tamtych lat. Hammett i Chandler dali światu twardych prywatnych detektywów, kierujących się w życiu własnym kodeksem moralnym. Mike Hammer czy Dogeron Kelly z powieści Mickeya Spillane'a byli, owszem, okrutni, ale w gruncie rzeczy honorowi. Jim Thompson stworzył świat ponurych, przegranych życiowo postaci, których nic dobrego nie czeka. Podobni byli bohaterowie Davida Goodisa czy W.R. Burnetta. U Jamesa M. Caina zwykli ludzie popełniający zbrodnię zazwyczaj w efekcie byli ukarani - jeśli nie przez prawo, to przez ślepy los. A Parker... Nawet jeżeli przyjmiemy, że to Jim Thompson, pisząc Mordercę we mnie, dał światu kryminału pierwszego głównego bohatera socjopatę, to Westlake i tak poszedł o krok dalej.
W świecie jego powieści nie ma dobra i zła. Są tylko źli, gorsi i najgorsi. Próżno szukać tu policji, prawa czy skrzywdzonych, których ma bronić detektyw. Każdy jest umoczony, każdy jest skażony. A po tych, którym wydaje się, że są cwani, przychodzi Parker. Urodzony socjopata, absolutny egocentryk i człowiek, który nie cofnie się przed niczym, aby dopiąć swego. Do tej pory bohaterowie czarnych kryminałów, nawet jeśli byli przestępcami, kierowali się kodeksem honorowym i w efekcie opowiadali się po jakiejś stronie. Nawet jeśli dobro było coraz trudniej zauważalne - jak w Długim pożegnaniu Chandlera - to i tak opowiadali się po jego stronie. Parker nie stał po żadnej stronie. Parkera nie interesowało nic poza końcem własnego nosa. Dobro, zło, prawo, sprawiedliwość - to w jego świecie rzeczy tak marginalne, że nie ma co zawracać sobie nimi głowy.
Westlake, tworząc postać skończenie egoistycznego i wypranego z jakichkolwiek emocji bandyty, otworzył nowy rozdział w czarnym kryminale, bez którego trudno wyobrazić sobie kariery Jamesa Ellroya czy Lee Childa.
Co ciekawe, okrucieństwo i brud Parkera musiały długo psychicznie uwierać Westlake'a, ponieważ pewnego dnia zupełnie podświadomie stworzył zaprzeczenie tej postaci, czyli sympatycznego złodzieja Johna Dortmundera, który według pisarza był antidotum na Parkera. Dowcipny, nie tak cyniczny i zły, choć również działający po złej stronie prawa.
Zarówno Parker, jak i Dortmunder szybko stali się bohaterami filmów. Po świat Parkera pierwszy sięgnął Jean-Luc Godard, kręcąc w 1966 roku Made in USA, w którym zmienił bohaterowi płeć. I tak Parker stał się u niego Paulą Nelson graną przez Annę Karinę, a film okazał się celowo przerysowanym żartem z popkultury. Godard miał do tego prawo, w końcu ze świecą szukać postaci równie mocno przerysowanej jak Parker. Rok później do kin trafił już Parker w wersji poważnej, czyli legendarny Zbieg z Alcatraz Johna Boormana - jeden z najlepszych i najważniejszych filmowych kryminałów w historii kina. Porównajcie sobie ten film z nakręconą pięć lat później Diamentową gorączką - pierwszy film z Johnem Dortmunderem, w którego wcielił się Robert Redford - a szybko zrozumiecie różnice dzielące te postacie.
W sumie Parker - także pod innymi nazwiskami, Walker czy Porter - wracał na ekrany kin osiem razy. Ostatni raz pod koniec 2012 roku, w pierwszym filmie zatytułowanym po prostu Parker. Użycie prawdziwego nazwiska bohatera stało się możliwe dopiero po śmierci pisarza. Całe swoje życie Westlake jak lwica bronił Parkera przed ugładzeniem - bo nawet Zbieg z Alcatraz jest stonowany - i kiedy scenariusz na podstawie jego powieści stawał się zbyt lekki, zakazywał używania nazwiska Parker. Ale to tylko jedna strona prawdy. Druga, ciut brzydsza, jest taka, że Westlake był dość zachłannym człowiekiem i postanowił, że zgodę na używanie nazwiska Parker wyda tylko wtedy, kiedy producent kupi prawa do ekranizacji wszystkich powieści, w sumie dwudziestu ośmiu. Wdowa po nim okazała się nie aż tak stanowcza.
Na koniec warto wspomnieć jedno: poza brudem i skrajnie podłym bohaterem Westlake dał światu kryminału coś jeszcze - zabawę w przeplatanie się wątków, czyli popularne dziś crossover. I tak w jednej z powieści Dortmunder planował okraść Parkera, w innej zaś Parker spotyka postacie z książkowego cyklu Joego Goresa, popularnego pisarza i przyjaciela Westlake'a. Jak widać, Orchidea Grina, Grzegorzewskiej i Świetlickiego nie była pierwszą powieścią, w której bohaterowie różnych książek współpracują.
Szkoda tylko, że ze wszystkich powieści o Parkerze w Polsce ukazała się tylko jedna: Godzina zemsty (tak - film z Gibsonem to też adaptacja Parkera). W dodatku fatalnie przetłumaczona.
BACHMAN-TURNER OVERDRIVE
Tu będzie krócej, bo też i kanadyjski zespół Bachman-Turner Overdrive nie miał tak gigantycznego wpływu na popkulturę jak powieści Richarda Starka. Choć oczywiście należy oddać im sprawiedliwość - sprzedali ponad trzydzieści milionów płyt, a w Kanadzie cieszą się statusem zespołu kultowego.
Pojawili się w latach siedemdziesiątych jako kanadyjska odpowiedź na glam rocka i z miejsca podbili tamtejsze listy przebojów. Ogromną popularnością cieszyła się ich druga płyta Bachman -Turner Overdrive II, na której okładkę spoglądał King, wymyślając swoje alter ego.
Jeśli czujecie ogromną potrzebę zapoznania się z twórczością grupy, polecam właśnie ten album - to z niego pochodzi wielki hit grupy: Taking Care of Bussines, który posłużył nawet jako tytuł do filmu Dbać o interes z Jimem Belushim.
KING WEDŁUG...ROBERTA SZMIDTA
Robert Szmidt (rocznik 1962) Pisarz science fiction i fantasy, tłumacz, redaktor oraz dziennikarz i wydawca. Autor cykli Szczury Wrocławia i Pola dawno zapomnianych bitew.
Lubię Kinga, zawsze go lubiłem, można powiedzieć. Przygodę z nim, jak chyba wielu, zacząłem od nieśmiertelnej Carrie, i to w wersji filmowej, ale tak naprawdę niedługo później niesamowicie mnie wciągnęła inna opowieść o dziewczynce, znacznie mniej znana, choć wcale nie gorsza. Wciągnęła mnie na tyle, że po latach przetrawiania idei, jaką niosły ze sobą powieść i nakręcony na jej podstawie film (który trafił w moje ręce jeszcze w latach osiemdziesiątych, kilka lat przed tekstem Stephena, wydanym po polsku dopiero w roku 1992), napisałem książkę nawiązującą do tej właśnie historii.
Firestarter, czy jak kto woli, Podpalaczka, to opowieść o dziewczynce obdarzonej darem (czy może raczej przekleństwem) pirokinezy. Charlie jest córką pary ludzi, na których w młodości przeprowadzano eksperymenty mające na celu spotęgowanie takich mocy, i choć zakończyły się one tylko połowicznym sukcesem, to zainteresowanie tajnych agencji ponownie wzrosło, gdy okazało się, że dziecko urodzone przez kobietę poddaną owym testom jest czystej krwi esperem, kto wie, czy nie zdolnym do podpalenia całego świata. Kimś takim jak Carrie, tylko rzuconym na żer nie zbzikowanej matce, lecz bezwzględnym naukowcom.
Pomimo upływu lat, i lektury kolejnych książek Króla, ten tytuł na zawsze pozostał w mojej pamięci, głównie za sprawą świetnej ekranizacji Marka L. Lestera, tego samego, który niespełna rok później dał nam Komando ze Schwarzeneggerem. Drew Barrymore niemal każdemu kojarzy się z ET, albo - jeśli mówimy o pokoleniu Netflixa - z Sheilą Hammond z prześmiewczego Santa Clarita Diet, ale dla mnie już na zawsze pozostanie niepokorną Charlene McGee.
Dlaczego?
Firestarter nie należy do najwyżej ocenianych utworów Kinga, lecz w moim przekonaniu to jedna z najciekawszych powieści wieloletniego i kto wie, czy nie wiecznego Króla Horroru. To książka napisana w początkowych latach jego kariery, w okresie, gdy powstawały największe klasyki, a płodny umysł pisarza mógł bez obaw tworzyć kolaże przeróżnych idei (jak twierdzi sam Stephen, to jego ulubiona metoda pracy). Czym ujęła mnie Podpalaczka? Aurą tajemniczości i realizmu - to, co wtedy było teorią spiskową, dzisiaj jest powszechną wiedzą. Wszystkie największe agencje wywiadowcze próbowały pozyskać do współpracy agentów obdarzonych nadludzkimi mocami. W zderzeniu z rzeczywistością te programy oczywiście upadły, ale Firestarter pokazuje, co by było, gdyby... Gdyby u człowieka dało się rozwinąć zdolność telekinezy, telepatii czy tytułowej pirokinezy. Co więcej, nie jest to bezrefleksyjna opowieść o superbohaterach, mutantach z X-Mena, wręcz przeciwnie, obserwujemy losy ludzi, których eksperymentami doprowadzono na skraj upadku. Odrzuconych i porzuconych przez system jak odpady poprodukcyjne. Cierpiących, a mimo to próbujących żyć dalej. To kawał literatury, w której obserwacje socjologiczne, oczywiście nienachalnie podane, pozwalają czytelnikowi wczuć się w ludzkie rozterki, przeżywać dylematy, współdzielić cierpienie. Brzmi to wzniośle, może zbyt wzniośle jak na gatunek, o którym mowa, ale czy prosty tekst, w którym dziewięcioletnia dziewczynka musi walczyć o życie w tajnym ośrodku rządowym (jakich w późniejszych latach powstało tysiące), skłoniłby kogokolwiek do refleksji? Wrył się w pamięć tak, że nawet po dekadach pamięta się poszczególne sceny i dialogi?
Zaufajcie mi, nie "popycham" was do tej lektury.
Nie posiadam mocy telekinezy...
PRZEBUDZENIE(REVIVAL)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2014
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2014; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożył Tomasz Wilusz
Przez całą swoją karierę King podkreślał, że jest wielkim dłużnikiem klasyków grozy, i co jakiś czas składał im hołd. Bramowi Stokerowi w Miasteczku Salem, H.P. Lovecraftowi w wielu opowiadaniach, Henry'emu Jamesowi w Lśnieniu i tak dalej. Z całego panteonu wielkich tylko jedna powieść nie doczekała się kingowskiej wariacji. Tylko jedna autorka była, jak do tej pory, przez niego niezauważana. Do 2015 roku. Wtedy to ukazała się powieść Przebudzenie, stanowiąca ukłon Kinga w stronę Mary Shelley i jej Frankensteina. Ale nie tylko - w wywiadach King podkreślał, że poza Shelley ta powieść jest także hołdem dla Arthura Machena, klasyka niesłusznie w Polsce pomijanego, i jego kontrowersyjnej noweli Wielki Bóg Pan, którą oskarżano o szerzenie plugastwa i zgorszenia seksualnego.
Jak pewnie już się domyślacie, Przebudzenie jest klasycznym horrorem. Powieścią, która jak to bywa zazwyczaj u Kinga, zaczyna się niewinnie, ale kończy koszmarnie.
W otwierającej scenie autor parafrazuje słynną scenę z filmowego Frankensteina, w której monstrum rzuca cień na małą dziewczynkę. Z tą różnicą, że tu nie ma monstrum, jest kaznodzieja domokrążca, a jego cień pada na małego chłopca. Ten cień będzie prześladował go przez całe życie.
Przebudzenie jest więc historią o tym, jak dzieciństwo i to, co się z nami dzieje, determinują przyszłość; cień raz rzucony nie odstępuje na krok. Ale nie tylko o tym. To także powieść o Bogu, lecz jakże inna od Desperacji. Tam mieliśmy wyznanie wiary, tu mamy wyznanie wątpiącego. Małym chłopcem był Jamie Morton, cień rzucił na niego pastor Charles Jacobs - bohaterowie, których na zawsze połączył cień.
King dorastał w niezwykle religijnym zakątku Stanów. Wielokrotnie opowiadał o tym, jak będąc dzieckiem, straszony był sądem ostatecznym i wiecznym potępieniem. Tu powrócił do lęków z dzieciństwa, obudowując je historią o utracie.
Co by się stało, gdyby pastor, którego wielbią tłumy, stracił powołanie i zwątpił? Co stałoby się, gdyby z taką samą pasją, z jaką kiedyś nauczał Słowa Bożego, teraz rzucił się w poszukiwanie przejścia, czegoś, co łączy świat żywych i umarłych? I co stałoby się, gdyby je odnalazł?
W Przebudzeniu King ucieka od bigoteryjnej religijności. Jego powieść drąży i próbuje z całych sił pokazać inną stronę wiary. Tę, która doprowadza w finale człowieka do przeciwstawienia się Bogu.
Nie obawiajcie się jednak. King pozostaje sobą. Jakkolwiek trudne i mroczne zaułki wiary penetruje w Przebudzeniu, wszystko podane jest w sposób niezwykle lekki. Nie napiszę "przyjemny", bo to pierwsza od dawna powieść Kinga, która zagłębia się w brud i pozostawia na czytelniku osad, ale to wciąż rozrywkowa proza. I gatunkowa. Czysto gatunkowa.
KING WEDŁUG...WOJCIECHA CHMIELARZA
Wojciech Chmielarz (rocznik 1984) Polski pisarz i dziennikarz. Autor książek z cyklu Jakub Mortka.
Ten obraz i ta scena pozostaną ze mną chyba do końca życia. Mężczyzna i chłopiec na plaży. Szum fal i przerażający przestwór oceanu. Pomimo tego, że są razem, daje się wyczuć jakąś ogromną samotność. Obaj coś stracili. W końcu chłopiec, jeśli dobrze pamiętam, się odzywa. Mówi, że muszą wrócić. Mężczyzna się zgadza, pomimo swojego oczywistego strachu. To jest prosta scena. Ledwo kilka stron. Ale jest w niej jakaś istota grozy. Konieczność zmierzenia się z nieznanym. Ponury determinizm. Brak możliwości ucieczki. Mężczyzna i chłopiec będą musieli zmierzyć się ze swoim największym koszmarem. Tak właśnie zaczyna się Miasteczko Salem Stephena Kinga.
Będę pierwszy, który się zgodzi z tym, że nie jest to najwybitniejsza powieść Kinga. Wyżej stawiam chociażby Misery, To, Lśnienie czy Christine. Nie jest to też najlepsza powieść Kinga, jeśli się zastanowić nad jej fajnością, przyjemnością czytania czy łatwością zatopienia się w fabule. Ani nie jest to też pierwsza powieść Kinga, którą przeczytałem. Jest to po prostu ta jego książka, która w jakiś magiczny, nie do końca zrozumiały dla mnie sposób, najmocniej zapadła mi w pamięć.
Miasteczko Salem znalazłem wiele, wiele lat temu jako jeden z prezentów pod choinką w wigilijny wieczór. Zacząłem przerzucać kartki gdzieś między barszczem a karpiem, a potem wykorzystywałem właściwie każdą możliwą chwilę, żeby poznać dalsze losy bohaterów. Czytałem do późnej nocy, a skończyłem w pierwszy dzień świąt.
Jest w tej powieści jakaś esencja Kingowskiej prozy. Mamy głównych bohaterów - pisarza, który wraca do rodzinnej miejscowości, żeby napisać kolejny bestseller, i chłopca, dziecko, które musi wydać walkę złemu. Mamy pełne pokory nawiązania do horrorowej klasyki, a konkretnie do Nawiedzonego domu na wzgórzu Shirley Jackson. Mamy też odświeżające zmierzenie się z jednym z toposów literatury grozy, jakim są wampiry. Wszystko w zderzeniu z codziennością zwyczajnego amerykańskiego miasteczka, cudownie opisaną warstwą obyczajową. Z bohaterami, którzy po prostu zapadają w pamięć.
Miasteczko Salem to chyba też powieść lekko zapomniana. Wydana pomiędzy rewelacyjnym debiutem, jakim była Carrie, a Lśnieniem czy Bastionem, które wywindowały Kinga na zupełnie inny poziom popularności. Ja jednak jestem do niej cholernie przywiązany. Bo jest dla mnie pewnym symbolem siły literatury, tego, że są pewne książki, które po prostu trafiają w swój czas i na swojego czytelnika i zostają z nim na zawsze. A poza tym to naprawdę dobra powieść.
CHUDSZY(THINNER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: NAL, 1984
Wydania polskie: Zysk i S-ka, 1997; Albatros, 2008; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Robert Lipski
Jak już pisałem, ta powieść miała się ukazać pod nazwiskiem Kinga. Decydując się na wydanie jej pod pseudonimem, miał wrażenie, że popełnia błąd. Chudszy jest bowiem świetnie napisany. To najdojrzalsza powieść Bachmana i pierwsza, która wkroczyła na teren opowieści nadprzyrodzonych zarezerwowany dla Stephena Kinga. Być może gdyby posłuchał swojego wewnętrznego głosu, sprawy potoczyłyby się inaczej, a Richard Bachman wciąż chodziłby między nami...
A tak Chudszy ukazał się w 1984 roku i był pierwszą książką Bachmana, która zaczęła się dobrze sprzedawać. A ponieważ, jak wspominałem, ze wszystkich napisanych i wydanych pod pseudonimem ta była zdecydowanie najlepsza i przy tym najbardziej kingowska, pewien fan Kinga zdecydował się przeprowadzić małe śledztwo, w wyniku którego odkrył, że książki Bachmana i Kinga łączy... nazwisko agenta. Ponoć wysłał on do pisarza list z pytaniem, czy to, co odkrył, jest prawdą. King podobno oddzwonił do niego i pogratulował mu spostrzegawczości. Kilka tygodni później na łamach prasy opublikował tekst, w którym przyznawał się do bycia Bachmanem.
Eksperyment o nazwie Richard Bachman zakończył się połowicznym fiaskiem. Kingowi nie udało się wypromować nowego autora, ale za to książki Bachmana zaczęły się sprzedawać jak świeże bułeczki.
Chudszy to kolejna powieść Kinga, którą zainspirowało życie. W 1983 roku pisarz poszedł do lekarza. Był to okres, gdy tracił zupełnie kontrolę nad piciem. Ważył prawie sto dziesięć kilogramów i miał problemy z kondycją. Lekarz uznał, że jeśli natychmiast nie przejdzie na dietę, jego serce może tego nie wytrzymać. Tak zaczęło się odchudzanie. Choć nikt nie rzucił na niego klątwy, King uważał, że nakaz lekarza był co najmniej tak silny, potężny i niesprawiedliwy.
Głównym bohaterem powieści jest Billy Halleck - podły, egoistyczny prawnik, który potrącił starszą Cygankę. Gdy sąd podczas procesu prowadzonego przez przyjaciela Billy'ego uznaje go za niewinnego, stary Cygan rzuca na Hallecka klątwę. Będzie chudł, aż w końcu umrze z wycieńczenia. Tak zaczyna się horror człowieka, który zrobi wszystko, by uratować swoje nędzne życie. A King opisuje jego zmagania w tak barwny sposób, że trudno się oderwać.
Warto tu wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Otóż Chudszy to idealny przykład na to, jak King traktuje zbieranie informacji przed rozpoczęciem pisania. W pierwszym wydaniu książki Cygan rzucający urok na bohatera miał mówić po rumuńsku. Ponieważ King nie miał pojęcia, jak brzmi rumuński, ale miał na półce czechosłowackie wydanie którejś ze swoich powieści... Tak, naprawdę... użył w powieści języka czeskiego. Rumuński czy czeski... Jaka to różnica? Europa Wschodnia to Europa Wschodnia. Pod tym względem stosunek pisarza do zdobywania informacji w zasadzie się nie zmienił, tyle że teraz źródłem wiedzy jest dla niego Google. Mając świadomość tego, jak traktuje research, trudno się nie uśmiechnąć, kiedy czyta się w polskiej prasie recenzje książek Kinga, w których dziennikarze chwalą go za wnikliwe badanie źródeł...
Na koniec coś o magii. Powieść pod nazwiskiem Bachman sprzedała się w dwudziestu ośmiu tysiącach egzemplarzy. Pod nazwiskiem King sprzedaż sięgnęła dwustu dwudziestu ośmiu tysięcy. To się nazywa siła marki.
FILMOWA ADAPTACJA CHUDSZEGO
Przeklęty(Thinner)
1996, w reżyserii Toma Hollanda, z Robertem Johnem Burkiem, Joem Mantegną i Lucindą Jenney
Niech klątwa pasuje do zbrodni.
Jedenaście lat po wydaniu powieści reżyserem jej adaptacji został sprawny horrorowy rzemieślnik - Tom Holland, twórca takich filmów jak przebojowy Postrach nocy i kultowa dziś Laleczka Chucky. On i King poznali się na planie serialu Pożeracze czasu i tam też wpadli na pomysł przeniesienia na wielki ekran Chudszego. King odmówił jednak pisania scenariusza, a nad adaptacją tekstu czuwał przyjaciel rodziny, Michael McDowell. I chociaż na planie Przeklętego zebrała się całkiem zacna ekipa specjalistów od kina grozy, produkt finalny trudno zaliczyć do najlepszych adaptacji Kinga.
Stephen King podczas kręcenia Chudszego, 1996
Ze wszystkich ekranizacji prozy Kinga ta jest najdziwniejsza, nie ma tu bowiem ani jednego bohatera, którego moglibyśmy polubić. Billy to szuja, jego koledzy są draniami, a Cyganie wydają się tak antypatyczni, że chwilami życzymy im jak najgorzej. W efekcie powstał film, który zupełnie nie angażuje widzów, bo tak naprawdę nie ma w nim osoby, z którą moglibyśmy się utożsamiać. I być może dlatego Przeklęty okazał się finansową klapą i dziś pamiętają o tym filmie tylko fani twórczości Kinga. Szkoda, bo potencjał był. Zabrakło tylko pomysłu, jak go wykorzystać.
MIASTECZKO SALEM('SALEM'S LOT)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1975
Wydania polskie: Amber, 1991; Prószyński i S-ka, 2008; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożył Arkadiusz Nakoniecznik
W 1960 roku trzynastoletni Stephen King pierwszy raz spróbował podbić świat. Wspólnie z przyjacielem ze szkolnej ławy, Chrisem Chesleyem, napisał zbiór opowiadań People, Places and Things, który wydał we własnym wydawnictwie - Triad & Gaslight Books. Oczywiście była to oficyna powołana do życia w pokoju młodego pisarza. Nigdzie niezarejestrowana, nieposiadająca jakiejkolwiek formy prawnej. Antologia ukazała się w niezwykle limitowanej edycji - dziesięciu egzemplarzy. Do dziś przetrwał jeden - bez dwóch opowiadań - skrzętnie ukrywany przez Kinga w domowym archiwum. Ale sama antologia jest tu najmniej istotna. Chodzi o Chrisa Chesleya. Przyjaźń z kumplem z liceum przetrwała lata, a King często, pijąc piwo, dyskutował z nim o tym, jaką powieść mógłby napisać. Jedna z takich dyskusji dotyczyła napisania na nowo Drakuli. Doszło do niej trzynaście lat po tym, jak dwaj chłopcy próbowali podbić świat.
King uważał, że hrabia Dracula nie miałby szans we współczesnym świecie. Że FBI szybko namierzyłoby go i zgarnęło. Chesley był sceptyczny wobec wizji kolegi. Obaj wychowali się na prowincji. Obaj nigdy na oczy nie widzieli agenta FBI. Za to wiedzieli, że w małych miasteczkach dzieją się rzeczy, o których nie wie nikt. Małe społeczności nie dzielą się informacjami na swój temat... I tak pod wpływem argumentów kolegi - oraz żony - King zaczął zmieniać swoją opinię na temat ponownego zjawienia się pośród ludzi Drakuli... Wymyślił nawet potencjalny tytuł Second Coming.
Niewiele później został zawezwany przez swojego wydawcę do Nowego Jorku. Niebawem miała się ukazać Carrie, a wydawnictwo, które wierzyło w potencjał autora, chciało drugiej powieści. To Bill Thompson - redaktor, który jako pierwszy uwierzył w talent Kinga - namówił go na wydanie Second Coming. Podczas biznesowego lunchu pisarz zreferował mu fabuły dwóch powieści. Pierwszą była Blaze, balansująca na pograniczu melodramatu i thrillera opowieść o porwaniu, które poszło źle; drugą - Kingowska wariacja na temat Drakuli. Wydawca wybrał tę drugą.
Sam King w wielu wywiadach przyznawał później, że decyzja o publikacji Miasteczka Salem zaważyła na całym jego życiu, ale obaj z Thompsonem podjęli ją z pełną świadomością konsekwencji. Obaj bowiem obawiali się wydania tuż po Carrie kolejnego horroru, po którym czytelnicy i krytycy mogliby uznać Kinga za autora piszącego tylko powieści grozy. Uznali i z tą łatką King będzie walczyć - mniej lub bardziej udanie - przez całe życie. Ale czymże jest etykieta wobec dobrej powieści?
Tymczasem Miasteczko Salem to bezsprzecznie powieść wybitna i tak różna od Carrie, że chwilami trudno uwierzyć, że wyszły spod jednego pióra. Przede wszystkim jednak ta książka będzie w zasadzie wyznaczać kurs, jakim przez całą swoją karierę podróżować będzie King.
Mamy w niej bohatera, który wraca do rodzinnego miasta, uciekając przed traumami przeszłości: Bena Mearsa, który przybywa do Salem, gdzie spędził dzieciństwo, by odnaleźć w sobie chęć życia i przy okazji napisać nową powieść. Mamy miasto, zamknięty samowystarczalny ekosystem, który King wykorzystuje zarówno do pokazywania różnorodnych modeli ludzkich zachowań, jak i do budowania parafrazy Ameryki. Mamy wreszcie romans, który od tej powieści w niemal każdej książce Kinga będzie miał bardzo podobny przebieg. Mężczyzna zawsze traci kobietę, którą kocha. Kobieta zawsze będzie bardziej odważna i bohaterska od mężczyzny i za to przyjdzie jej płacić najwyższą cenę. Tak, związek Mearsa z Susan Norton będzie powracał jeszcze wiele razy i zawsze King będzie go kończył w taki sam ponury i przygnębiający sposób. Na końcu mamy wreszcie zły dom - miejsce przeklęte, nie tylko górujące nad miastem, ale też mające realny wpływ na historię i losy mieszkańców.
Czytając dziś Miasteczko Salem, trudno nie odnieść wrażenia, że to powieść, w której King po prostu odważył się pisać. Dzięki pierwszemu kontraktowi i temu, że został doceniony przez wydawcę, rozwinął skrzydła, pokazując przy tym, że potrafi straszyć jak mało kto i ma na to straszenie swój własny patent, który polegał na prostym zabiegu - odwlekaniu momentu kulminacyjnego. Miasteczko Salem to powieść, w której groza jest elementem napędzającym fabułę, ale podana jest ona w tak inteligentny sposób, że czytelnik nie zauważa nawet momentu, w którym sam dopowiada sobie to, czego się boi. King ogranicza pojawianie się wampira, wzorując się przy tym zresztą na Drakuli Stokera, i stawia na poczucie zagrożenia, a nie na sam horror.
O czym tak naprawdę jest Miasteczko Salem? W ogromnym skrócie - to historia pisarza przyjeżdżającego do małego miasta w stanie Maine, do którego równocześnie trafia także pewien wiekowy wampir. Podczas kiedy pisarz próbuje wrócić pamięcią do radosnych czasów dzieciństwa, wampir z pomocą swojego ludzkiego pomocnika powoli przejmuje władzę nad miastem. W pokonaniu go pomaga Mearsowi pewien młody chłopiec. I w ten sposób King wprowadza kolejny motyw powtarzający się w jego twórczości - odtrącone przez rodziców dziecko walczące ze złem.
Miasteczko Salem trafiło do księgarni w ponaddwudziestotysięcznym nakładzie w twardej oprawie i... nie było hitem. Był rok 1975, właśnie kończono produkcję Carrie, a King i jego wydawca czekali na sukces. Sprzedażowo Miasteczko Salem tuż po wejściu na rynek nie przyniosło tego sukcesu. Ale literacko - owszem. Na powieść zwrócili uwagę krytycy; recenzje ukazały się między innymi w "New York Times Book Review". King udowodnił nią, że jego talent sięga o wiele dalej niż pisanie prostych horrorów. Że jeśli tylko mu się chce - i ma dobrą historię - jest w stanie budować światy, które wciągają i nie dają o sobie zapomnieć.
CIEKAWOSTKA
Miasteczko Salem to druga powieść Kinga, przy której prawa do wydania kieszonkowego sprzedano za pół miliona dolarów. Cokolwiek złego przeżył w swoim życiu, lata chude właśnie się dla niego zakończyły.
ADAPTACJE FILMOWE MIASTECZKA SALEM
Miasteczko Salem(Salem's Lot)
1979 (pierwsza emisja CBS), w reżyserii Tobego Hoopera, z Davidem Soulem, Jamesem Masonem, Bonnie Bedelią.
Szczyt grozy!
Pierwsze spotkanie Kinga z telewizją i zarazem druga filmowa adaptacja jego prozy. Reżyserię powierzono twórcy Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, Tobemu Hooperowi, a serial powstał w chwili, kiedy w Stanach wampiry były na topie. Dlatego, aby odróżnić Kingowskiego wampira Kurta Barlowa od innych - między innymi od Draculi - producenci wpadli na pomysł, aby przez całą projekcję nie wypowiadał on ani słowa. I tak Barlow w serialu komunikuje się z otoczeniem tylko przez swojego wspólnika Strakera. Fakt, że powstawało wówczas sporo filmów o krwiopijcach, a sam horror był już w kinach gatunkiem niezwykle cenionym, nie oznaczał, że telewizyjne Miasteczko Salem powstawało bez większych problemów. W 1979 roku bowiem stacje telewizyjne wciąż żyły głównie z seriali takich jak Domek na prerii. Stąd też droga do przeniesienia na srebrny ekran drugiej powieści Kinga była długa i wyboista. Tak naprawdę okres preprodukcji, czyli przygotowywania do realizacji, trwał blisko trzy lata. I serial powstał dzięki samozaparciu jednego człowieka - Richarda Kobritza, producenta, który wierzył w projekt od początku, od momentu, gdy planowano nakręcić Miasteczko Salem jako film kinowy. Bo tak naprawdę od tego wszystko się zaczęło. Studio Warner Bros próbowało powtórzyć sukces Carrie, ale żaden ze scenariuszy nie nadawał się do produkcji; sam King kpił z nich, mówiąc, że "zalatują trupem". Żeby było jeszcze zabawniej, serial powstał w ogromnej mierze dzięki temu, że... Kubrick zaczął kręcić Lśnienie. To wtedy Warner Bros ostatecznie odpuściło realizację kinowego Miasteczka Salem, a Kobritz ruszył z produkcją serialu.
Jego oś fabularna pozostała wierna powieści.
Plakat do Miasteczka Salem, 1979
Mimo lat, które upłynęły od powstania Miasteczka Salem, serial Hoopera pozostaje jedną z najlepszych telewizyjnych adaptacji prozy Kinga. Wynika to przede wszystkim stąd, że producenci i reżyser nie bali się zastosować pewnego przewrotnego zabiegu: tożsamość złego jest trzymana w tajemnicy przez blisko połowę projekcji. Wiemy, że coś się dzieje, wiemy, że jest to coś złego, wampir jednak objawia się dopiero po dziewięćdziesięciu minutach. Co ciekawe, tuż przed premierą okazało się, że stacja uznała scenę, w której bohaterowie rozprawiają się z krwiopijcą, za zbyt okrutną i została ona "wyciemniona".
Warto dodać, że był to także jeden z najpopularniejszych miniseriali tamtych lat. Obawy, że wychowana na Domku na prerii publiczność ucieknie przed horrorem, okazały się bezpodstawne. A kiedy w 1980 roku CBS emitowała jego powtórkę, zbiegła się ona z wyborami na burmistrza Los Angeles. Film przerywano spotami wyborczymi, co doprowadziło do wściekłości telewidzów, którzy zasypali szefostwo CBS pełnymi oburzenia listami. Miasteczko Salem cieszyło się tak dużą popularnością, że stacja planowała nakręcenie kontynuacji. Nad jej scenariuszem pracował Robert Bloch - autor Psychozy i jeden z ulubionych autorów Kinga - ale serial zawieszono. W 1987 roku powstała jednak kinowa kontynuacja Miasteczka Salem, zatytułowana Powrót do miasteczka Salem. Jej twórcą był Larry Cohen, który, co zabawne, miał być reżyserem Miasteczka Salem w czasach, gdy Warner Bros chciało zrobić film kinowy.
Powrót do miasteczka Salem(A Return to Salem's Lot)
1987, w reżyserii Larry'ego Cohena, z Michaelem Moriartym, Samuelem Fullerem i Andrew Dugganem
Film Larry'ego Cohena.
Ten film to bardziej ciekawostka niż adaptacja twórczości Kinga. Zresztą nawet trudno nazwać go adaptacją, King bowiem nigdy nie napisał kontynuacji Miasteczka Salem, choć ponoć, jak wieść gminna niesie, zarówno producenci, jak i wydawcy go do niej namawiali, a on sam miał śladowy pomysł na nią. Widać jednak nie był to dobry moment na kontynuowanie własnych historii, chociaż przecież napisał dwa opowiadania osadzone w Salem.
Powrót do miasteczka Salem to dowód na to, że King stał się już instytucją, a producenci zaczęli krążyć dookoła niego jak rekiny. W 1987 roku Miasteczko Salem wciąż uchodziło za jeden z najlepszych seriali telewizyjnych, a skoro King nie chciał dopisać drugiej części... należało napisać ją samemu. Tak powstał film dziwny, szalony, ale intrygujący. Oczywiście nawiązanie do Miasteczka Salem miało gwarantować przychód i było tanim chwytem reklamowym, ale na szczęście ta kontynuacja została nakręcona przez Larry'ego Cohena - jednego z najciekawszych, a na pewno najbardziej pomysłowych rzemieślników kina klasy B - który, co ciekawe, był wówczas zobowiązany kontraktem do kręcenia wyłącznie kontynuacji znanych filmów.
Głównym bohaterem jest Joe Weber - antropolog, ale przede wszystkim menda żerująca na ludzkich nieszczęściach. Pewnego dnia Joe, ku swojemu zaskoczeniu, dowiaduje się, że nie dość, że musi się zająć swoim nastoletnim synem, to jeszcze wrócić do miasta, a raczej miasteczka, w którym się wychował. Na miejscu okazuje się, że Salem rządzą wampiry, a Joe ma z nimi więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Cohen nie próbuje podrabiać Kinga, przeciwnie - skonstruował swój film tak, aby był on zaprzeczeniem Miasteczka Salem. U Kinga grozę budowała tajemnica, tu tajemnic nie ma. Wampiry pojawiają się od razu i są zupełnie innymi stworami niż w powieści i serialu. Ich społeczeństwo podzielone jest na kasty i rządzi się swoistym regulaminem. Przede wszystkim zaś wampiry bawią się ludźmi, tak jak koty zamęczają dla rozrywki myszy.
W filmie Cohena kicz miesza się z zabawą, punk z pulpem, a całość balansuje na pograniczu mrocznej komedii, celowej parodii i taniego filmu grozy. A gdy na ekranie pojawia się legendarny Sam Fuller, wcielający się w postać łowcy nazistów - a skoro w okolicy nie ma nazistów, to czemu nie pozabijać wampirów? - Powrót do miasteczka Salem wzbija się na wyżyny absurdu. Ale właśnie dzięki temu, że wszystko, co widzimy na ekranie, jest celowo przerysowane, film autentycznie bawi. Trudno oczywiście uznać go za dzieło kontynuujące historię Kinga, ale obejrzeć na pewno warto. Choćby po to, by zobaczyć, jak można zabawić się twórczością autora Lśnienia.
Sam King nie komentuje publicznie produkcji Cohena, choć nietrudno się domyślić, jaki jest jego stosunek do tego filmu. Niemniej jednak wyraził zgodę na użycie swojego nazwiska w kampanii promocyjnej i na odniesienie w tytule do Miasteczka Salem.
Miasteczko Salem(Salem's Lot)
2004 (stacja TNT), w reżyserii Mikaela Salomona, z Robem Lowe'em, Donaldem Sutherlandem i Rutgerem Hauerem
W małych miasteczkach zło rozprzestrzenia się szybko.
Niesamowicie ogląda się tę ekranizację, mając w pamięci rewelacyjną telewizyjną adaptację z 1979 roku. Tamten serial to majstersztyk grozy umiejętnie połączonej z wątkami obyczajowymi. Tu mamy do czynienia z tworem, który z całych sił próbuje być lepszy od poprzednika, przez co niszczy misterną konstrukcję Kingowskiego oryginału.
Bo w serialu Salomona wszystko jest inaczej. Niby oś fabularna jest taka sama - wampir składa wizytę w małym amerykańskim miasteczku - ale diabeł tkwi w szczegółach. I w powieści Kinga, i w serialu tożsamość złego była długo ukrywana. Tu od samego początku wiemy, kim jest. Tam nie wchodził on w interakcję - poza oczywiście gryzieniem - z mieszkańcami, tu jest bardziej towarzyski. Ale to jeszcze nie koniec. Scenarzyści nowego Miasteczka Salem pozmieniali bohaterom życiorysy, niektóre w dość absurdalny sposób. Ben nie jest już autorem powieści, lecz reportażystą, który przeżył piekło wojny w Afganistanie, a do Salem trafia wiedziony nie traumą, ale chęcią napisania reportażu o domu Marstenów, co doprowadza do konfliktu z Susan. Poza tym mamy i dziewczynę gwałconą przez ojca, i starszą panią, która chadzała w młodości na orgie do domu Marstenów, a jakby tego było mało, twórcy serialu na siłę tłumaczą wszelkie niuanse i niedopowiedzenia z oryginału. W dodatku dopisano dziwną klamrę kompozycyjną (nawiasem mówiąc, nawiązującą do Mrocznej Wieży: do historii opowiedzianej przez ojca Callahana), pożyczono kilka wątków ze Sklepiku z marzeniami... Litanię udziwnień mógłbym tu ciągnąć w nieskończoność. Pytanie tylko - czemu one służą?
Niestety, odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca. No, może niezupełnie. Bo wszelkie ingerencje w oryginalny tekst pokazują, jak mocno na przestrzeni lat zmieniły się telewizja i podejście producentów do serialu. W pierwszym Miasteczku Salem ufano wyobraźni widza i budowano serial na grze w niedomówienia. Tu niedomówień już nie znajdziecie. Wszystko, co widzicie, jest szczegółowo opisane i zaplanowane, żeby przypadkiem nikt z odbiorców nie musiał zbyt długo myśleć nad tym, co widzi. Przykre to, bo akurat na planie nowego Miasteczka Salem zebrano świetną obsadę, a reżyser - zawodowy rzemieślnik - doskonale panuje nad narracją. Szkoda tylko, że nie ma niczego ciekawego do opowiedzenia. Choć amerykańscy widzowie byli innego zdania - serial był najpopularniejszym miniserialem roku gromadzącym przed odbiornikami prawie sześć milionów Amerykanów.
WYWIAD Z PETEREM STRAUBEM
Peter Straub napisał wspólnie ze Stephenem Kingiem dwie powieści: Talizman i Czarny Dom. Jest jednym z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy, a jego Upiorna opowieść to żelazny klasyk amerykańskiej literatury grozy.
Horror jest w nas
ROBERT ZIĘBIŃSKI: Upiorna opowieść to książka, która się nie starzeje...
PETER STRAUB: I ku mojemu zaskoczeniu, wciąż cieszy się ogromnym powodzeniem, jeśli sądzić po tym, ile osób w mediach społecznościowych oznacza mnie, nawiązując do niej.
Spodziewałeś się tego?
Że Upiorna opowieść będzie żyła swoim życiem?
Tak.
Nie. Choć muszę ci się do jednego przyznać: kiedy ją pisałem, czułem, że to coś innego. Że będzie lepsza od wszystkiego, co napisałem do tamtej pory. I że zmieni moje życie.
Zmieniła?
Kiedy piszesz bestseller, wszystko się zmienia. Nagle wydawcy traktują cię lepiej. Stan twojego konta się zmienia, zmienia się też sposób, w jaki patrzysz na świat, bo czujesz, że w końcu coś osiągnąłeś, a to daje ci możliwość budowania przyszłości.
Zmienia się twój status podatkowy. Podobno po sukcesie Upiornej opowieści musiałeś uciekać z Wielkiej Brytanii.
Tak było [śmiech]. W 1979 roku w Wielkiej Brytanii rządziła Partia Pracy, a oni mieli niebywale wyśrubowaną politykę podatkową. Kiedy okazało się, że Upiorna opowieść jest megabestsellerem, a ja zaczynam zarabiać spore pieniądze, mój księgowy przyszedł do mnie i powiedział: "Jeśli tu zostaniesz, stracisz dziewięćdziesiąt procent przychodu, położy na nim łapę państwo". Zapytałem go, kiedy mam zatem wyjechać, na co on odparł: "Najlepiej wczoraj". Tak szybko nie udało mi się pozamykać wszystkich spraw w Wielkiej Brytanii, ale kilka miesięcy później wróciliśmy z rodziną do Stanów.
Upiorna opowieść ukazała się czterdzieści lat temu, już wtedy była powieścią, którą moglibyśmy nazwać czymś w rodzaju "sumy wszystkich strachów". Bo straszyłeś w niej wieloma koszmarnymi opowieściami i motywami. Jak przez lata zmieniało się to, czego my, ludzie, się boimy?
Dobre pytanie i w zasadzie pozornie bardzo prosta odpowiedź. Pozornie, bo właściwie to, czego się boimy, nie zmienia się od zarania ludzkości. Boimy się nieznanego, tego, czego nie potrafimy zrozumieć i co sprawia, że zaczynamy wątpić w otaczającą nas rzeczywistość. Ten mechanizm się nie zmienia i możesz go obserwować dziś choćby w świecie polityki. Ludzie boją się imigrantów, uchodźców nie dlatego, że ci są kimś strasznym, kto nas najeżdża, ale dlatego, że ich nie rozumiemy. Są obcym elementem w naszym krajobrazie. A taki element najłatwiej wykorzystać do manipulowania tłumem. Kiedyś tak było choćby z zaćmieniem Słońca. W czasach, gdy ludzkość nie miała pojęcia o astronomii, łatwo było przekonać innych, że zaćmienie to robota sił nieczystych. Ten sam mechanizm obserwujemy dziś.
Paradoksalnie lęk przed zaćmieniem ma się dobrze do dziś. Jakiś czas temu poszedłem z dzieckiem oglądać zaćmienie Księżyca i pewna pani uraczyła moją córkę opowieścią, że zaćmienie Księżyca to znak szatana i nadciąga zło. Mała się popłakała.
I to jest ten mechanizm, o którym mówię - nie zmienia się od tysiącleci. Jeśli dzieje się coś, co zaburza nasze poczucie bezpieczeństwa, rozumienie świata, reagujemy lękiem. A żeby oswoić lęk, często - użyję tego brzydkiego określenia - infekujemy nim innych. Wtedy tłumaczymy sobie, że boimy się nie tylko my, i jest nam pozornie lepiej. Pozornie, bo tak naprawdę zaćmienie nadal jest czymś obcym, ale gdy tworzy się wspólnota, strach łatwiej się znosi. Kolejną rzeczą, której się boimy i która się nie zmienia od początku świata, jest śmierć. Ją też oswajamy, pisząc o niej, budując na lęku przed nią sztukę, politykę, w zasadzie całe życie. Podstawy lęku zawsze są zatem takie same, tym, co się zmienia, jest technika. Popatrz na to, co dzieje się w Stanach. Nieobliczalny prezydent zbudował swoje poparcie właśnie na strachu przed innością. Obudził w ludziach tęsknotę za czasami, w których wydawało im się, że wszystko rozumieją i nad wszystkim panują.
W Polsce sytuacja polityczna jest zbliżona.
Ależ wiem, przecież co chwila czytam coś o waszych rządzących. Władza pod pozorem powstawania narodu z kolan tak naprawdę sprawia, że kraj cofa się w rozwoju. A wszystko to w imię walki z tym, czego nie rozumiemy i co zaburza naszą wizję świata.
Wróćmy jednak do literatury. Upiorna opowieść wpisywała się w horrorowy boom, który panował wówczas na rynku.
Ta książka pojawiła się w chwili, gdy Stephen King przeprowadzał totalną rewolucję. Pewnie, że powieści grozy istniały wcześniej. Pewnie, że cieszyły się popularnością. Ale Stephen wraz z wydaniem Lśnienia zrobił coś, czego nie udało się żadnemu pisarzowi przed nim - sprzedał horror masom. Matheson, Levin i wielu innych przed nim odnosiło sukcesy, ale Steve odniósł sukces totalny, na skalę, jakiej wcześniej nie było. I dzięki temu wydawnictwa, które do tej pory stroniły od horroru, nagle zaczęły się tym gatunkiem interesować. Upiorna opowieść wpisywała się w ten nurt zapoczątkowany przez Steve'a.
Tyle że była to - i nie próbuję tu, uwierz mi na słowo, ci kadzić - powieść wybitna.
Dziękuję. Według mnie jednym z najwspanialszych horrorów w historii gatunku jest właśnie Lśnienie, ze swoją prostą konstrukcją historii o nawiedzonym domu, która nagle zamienia się w opowieść o walce człowieka ze słabościami. Pozwolisz, że o Upiornej opowieści, jako że to moja powieść, nie będę mówił w takich superlatywach [śmiech]. Tym, co łączyło powieść Kinga, moją oraz kilka innych, które w tamtym momencie odniosły sukces, było poważne potraktowanie czytelnika. Literaturę grozy uznawano przez dekady za rozrywkę dla młodzieży. W ogromnym stopniu winę za to ponosiło zarówno kino - które choćby w latach pięćdziesiątych celowało ze strasznymi opowieściami głównie w młodzież - jak i autorzy budujący swoje historie na banalnych schematach. My staraliśmy się te schematy obejść. Tego typu proza oczywiście musi odnosić się do archetypów zachowań, do schematów fabularnych, ale naszym zadaniem było wymyślenie narracji, która z jednej strony trafi do dzieciaków, z drugiej - nie będzie obrażała inteligencji dorosłych.
To trudne?
Pozornie łatwe, ale tak naprawdę trudne, bo musisz opowiadać straszną historię w taki sposób, aby czytelnik nie czuł, że sprzedajesz mu bzdurę. Że to historia o demonie, upiorach i tak dalej. Czytelnik musi wierzyć, że to, co się dzieje, jest prawdopodobne, bo w świecie przez ciebie stworzonym coś nadprzyrodzonego może się zdarzyć.
Musisz oszukać czytelnika?
Sprawić, żeby zapomniał, że to, co czyta, jest wymyślone. Klucz do dobrego horroru leży właśnie w tym. Dlatego Steve ze swoim rozbudowanym wątkiem obyczajowym rozbił bank. Bo dał ludziom coś, czego nie mieli wcześniej: opowieść obyczajową, w którą nagle wkracza groza.
Boom horrorowy jak wybuchł, tak się skończył.
Dokładnie, a literatura tego gatunku znów trafiła do podziemia, czy jak kto woli, do drugiej ligi.
Dlaczego?
No właśnie przez to, że napisanie dobrej powieści grozy jest trudne. Horror to paradoksalnie gatunek niezwykle mocno osadzony w konwencji. Już ci to wspominałem: sztuką jest znalezienie wyjścia z niej, tylko wtedy udaje się odnieść sukces. Boom się skończył, bo wydawcy i promowani przez nich autorzy skoczyli w koleiny konwencji. Kolejne książki masowo powielały te same elementy - a to opowieść o zmutowanej rybie, a to kolejny nawiedzony dom, zombie, wampiry. I tak gatunek sam wykopał pod sobą dołek, do którego wpadł i już się z niego nie wygrzebał.
A myślisz, że dałoby się tego uniknąć?
Nie wiem. Wydaje mi się, że potrzeba pisania prostego, wręcz prostackiego jest silniejsza. Tworzenie powieści grozy, które będą jednocześnie uznawane za literaturę, to ciężka praca.
Czy horror musi mieć element nadprzyrodzony?
Nie! Horror to emocje. Wampir czy zombie to tylko tło. Dodatek, który w sumie jest często zbędny. W dobrym horrorze zawsze chodzi o emocje. One są początkiem opowieści, one nadają rytm i sens historii. Dobre pytanie, bo uświadomiłeś mi teraz, czego brakuje tym horrorom, które zamieniły się w literaturę śmieciową. Właśnie emocji. Wielu autorom wydaje się, że jeśli nagromadzą gigantyczne ilości flaków, potworów i strasznych zabójców, stworzą powieść przerażającą. Nie. Przerażająca jest co najwyżej głupota tych książek. Nie o to chodzi w tym gatunku.
A o co?
O to, o czym już mówiliśmy. O przerażenie wynikające z tego, że nagle zapominasz się w stworzonym przez autora świecie, który jest na tyle rzeczywisty, że i znajdujesz w nim swoje problemy, i akceptujesz fakt istnienia potwornego klauna.
Sam odszedłeś od horroru.
Bo poczułem się zmęczony. Poza tym pisząc powieść Koko, odkryłem, że o wiele większą przyjemność sprawia mi zagłębianie się w świecie traum bohaterów. W tym, jak bolesne doświadczenia mają wpływ na dorosłe życie postaci. Jak zmieniają życie i niszczą wszystko dookoła.
Ale Upiorna opowieść to też historia o traumie.
Trauma to coś, co tak naprawdę napędza całe moje życie. Kiedyś przeżyłem wypadek, który odcisnął ogromne piętno na moim życiu. To on determinował wszystko, co pisałem.
Pisanie jako forma autoterapii?
Tak! Dla mnie tak, ale żeby to zrozumieć, musiałem dorosnąć i zobaczyć, jak moje własne życie wpływa na to, co piszę.
Ten sam motyw mamy u Kinga - przecież Lśnienie było tak naprawdę opowieścią o jego alkoholizmie.
Myślę, że bardzo wielu z nas, ludzi piszących, tworzących, bardzo często traktuje sztukę jako formę terapii. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić. Nie możesz zdominować książki sobą, problem, z którym się borykasz, musi być czymś dodanym do całości.
Nie masz wrażenia, że w przypadku horrorów dochodzimy do jeszcze jednego paradoksu? Wielu chłopców jest wychowywanych na tak zwanych twardzieli. Nie wolno im płakać, bo prawdziwy facet nie płacze. I prawdziwy facet także niczego się nie boi. A potem ci twardziele, którym nie wolno się niczego bać, sięgają po powieści właśnie po to, żeby się bać.
Ten model wychowywania mężczyzn na takich, co nie ulegają emocjom i mają nad wszystkim władzę, na szczęście odchodzi w zapomnienie. To jeden z najbardziej krzywdzących stereotypów. Bo wtłaczanie w dziecko przekonania, że nie może się potknąć, nie może okazać słabości, ponieważ jest mężczyzną, to największa krzywda, jaką można mu wyrządzić. Każdy się myli, każdego boli. Ale ty nie możesz, bo jesteś facetem. To podejście naprawdę odbijało się na ludziach i relacjach między nimi przez setki lat. I w ogromnym stopniu miało wpływ na to, jak dorośli mężczyźni radzili sobie z problemami. Żołnierze, którzy wracali z wojny czy to z Wietnamu, czy Iraku i nie otrzymywali profesjonalnej pomocy, bardzo często kończyli tragicznie, po części właśnie przez to, że nauczono ich, że to oni mają władzę i nie powinni się niczego bać. Bali się, nie mieli władzy, ale nie mieli też nikogo, kto by im wytłumaczył, że tkwią w martwym punkcie.
Ale czy to da się wytłumaczyć?
Nie zawsze, ale warto próbować.
Poznaliście się ze Stephenem w Londynie...
Poznaliśmy się w barze Dukes w wykwintnym hotelu. Steve zachowywał się wówczas mało wykwintnie [śmiech]. Był po prostu sympatycznym, głośnym Amerykaninem, który kocha zwracać na siebie uwagę. Dowcipny, wyluzowany facet. Od razu się polubiliśmy, choć sporo nas różniło. Ja jestem typem wycofanym, on ekspansywnym. Ja nie przepadam za telewizją, on ją kocha. To jedyny człowiek, jakiego znam, który przed kamerą telewizyjną czuje się jeszcze bardziej wyluzowany niż poza nią. Absolutnie medialne zwierzę. Spędziliśmy razem sporo czasu, Kingowie chcieli zamieszkać w Wielkiej Brytanii, ale ostatecznie im to nie wyszło. Ale zanim wyjechali, pewnego dnia, gdy siedzieliśmy u nich w domu, Steve rzucił hasło "Może napiszemy wspólnie powieść?". No i napisaliśmy. Tyle że zajęło nam to w sumie cztery lata.
Dlaczego?
Po pierwsze, dużo o niej rozmawialiśmy; po drugie, technologia nie pozwalała wtedy na szybkie przesyłanie sobie tekstów. Nie było maili. Pisałem rozdział i wysyłałem go do Steve'a, a potem go odsyłał. Ciągnęło się to latami.
Zanim przejdziemy do Talizmanu, chciałbym zapytać cię o opowiadanie Kinga Metoda oddychania. Pochodzi z tomu Cztery pory roku i jest dedykowane tobie i twojej żonie. A czytając je, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że King pokochał do tego stopnia Upiorną opowieść, że składając ci hołd, opowiedział ją na nowo.
Nie [śmiech]. Metoda oddychania była po prostu angielską opowieścią, zanurzoną w świecie podobnym do tego, który sam stworzyłem. Steve prawie nigdy nie inspirował się mną, bo jest autorem, który ma własny niepowtarzalny głos. Mówię prawie, bo raz mu się zdarzyło. I jeśli ktoś przeczyta moją Upiorną opowieść, a potem powieść To, zrozumie, o jaką formę inspiracji chodzi. Steve po ukończeniu To wsiadł na motocykl, wsunął pod pachę maszynopis i przyjechał do mnie tylko po to, żebym przeczytał tę powieść. Niemal stał nade mną [śmiech]. W końcu skończyłem - byłem pod totalnym wrażeniem. To była najlepsza powieść, jaką napisał. Poruszająca, wstrząsająca i... skonstruowana na bazie opowieści w opowieści, co z kolei było moim patentem na Upiorną opowieść. Pamiętam, że wtedy, gdy czytałem To, w maszynopisie, byłem dumny. Oto Stephen King gra na moim fortepianie i robi to pięknie. Niby podobna melodia, ale jak inaczej zaimprowizowana.
Od lewej: Stephen King, John Grisham oraz Peter Straub, 2016
W wielu recenzjach Talizmanu krytycy pisali, że King daje powieści pop, a Straub jest tym poważnym. Tak było?
A skąd! Cały dowcip polegał na tym, żeby totalnie odwrócić role. Steve pisał partie w moim stylu, ja w jego. Ja pisałem o rock and rollu, popie, Steve zaś rozwodził się nad jazzem i muzyką poważną. Nikt z krytyków nie odkrył tego żartu, co pokazuje, że dobrze to wszystko wymyśliliśmy. Tak naprawdę znam tylko jedną osobę potrafiącą wskazać, które partie pisałem ja, a które Steve. To Neil Gaiman. Nie wiem, jak on to robi, ale jest cholernie utalentowanym sukinsynem. A reszta? No cóż, za każdym razem, gdy ktoś przychodził i mówił "Wiem, który fragment napisałeś", po czym wskazywał, zawsze pokazywał część Steve'a.
Spodziewaliście się takiego sukcesu Talizmanu?
Nie. Wiesz, to była inna powieść. Steve pisał horrory, ja także. Wszyscy spodziewali się po nas horroru, a my zaskoczyliśmy ich mrocznym fantasy, i to takim, w którym bohaterem jest młody chłopiec.
Kolejny tom opowiadający o Jacku Sawyerze, Czarny Dom, to zupełnie inna powieść.
Bo napisali ją inni ludzie. Kiedy pisaliśmy Talizman, mieliśmy po trzydzieści lat. Pracując nad Czarny Domem, dobijaliśmy pięćdziesiątki, byliśmy bogatsi o nowe doświadczenia i mądrzejsi. Dlatego ta powieść była tak inna. Lepsza, bo dojrzalsza, sprawniej napisana. Ale też, w przeciwieństwie do Talizmanu, miała pecha.
Bo?
Bo ukazała się piętnastego września 2001 roku. Nie było gorszej daty w Stanach na premierę powieści grozy niż data pokrywająca się z zamachem na wieże WTC. To nie tak, że Czarny Dom sprzedał się źle. Poszedł zgodnie z oczekiwaniami, ale nie cieszy się taką sławą jak Talizman.
O którego ekranizacji krążą plotki od lat. Niedawno do gry znów powrócił Steven Spielberg.
Spielberg kupił prawa do tej powieści tuż po tym, jak wyszła. Przez lata największym problemem z ekranizacją Talizmanu były efekty specjalne. To książka, której akcja toczy się w dwóch rzeczywistościach, a ta druga jest krainą magiczną. Żeby wypadła dobrze na ekranie, trzeba nad nią pracować, a w latach osiemdziesiątych technika na to nie pozwalała. Spielberg odłożył projekt na półkę, potem pojawił się pomysł na serial, który także nie wypalił. Nie wiem, czy to efekt sukcesu filmu Player One, ale po trzydziestu latach Steven wrócił do pomysłu ekranizacji Talizmanu i tym razem zabrał się do tego naprawdę. Czy powstanie? Tego jeszcze nie wiem, ale jednego jestem pewny: kiedy Spielberg chce coś zrobić, robi to. Więc wydaje mi się, że ten film ma ogromne szanse.
To na koniec - wymienisz trzy powieści, od których ktoś, kto nie czytał takiej literatury, mógłby zacząć przygodę z horrorem?
Lśnienie Steve'a, bo to powieść wybitna. Polecam też House of Windows Johna Langana, świetna rzecz. I Experimental Film napisany przez Gemmę Files, świeże i jakże fajne spojrzenie na klasyczne opowieści o duchach.
CHRISTINE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking Press, 1983
Wydania polskie: Amber (przełożył Arkadiusz Nakoniecznik), 1992; Prószyński i S-ka, 1998; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, przełożyła Agnieszka Lipska), 2019
Jest zapewne wiele rzeczy, których King w życiu żałuje, ale publicznie nieczęsto zdarza mu się o tym opowiadać. Dlatego też dla wielu była pewnie sporym zaskoczeniem jego odpowiedź udzielona pisarce (a wtedy dziennikarce) Lynn Flewelling, która przeprowadzając z nim w 1990 roku wywiad, zapytała o powieść, która najbardziej go zawiodła. Nie zająknął się nawet przez chwilę i wyznał, że była nią Christine. Wydana w 1983 roku powieść o nawiedzonym samochodzie i osobliwym trójkącie - ona, on, samochód - została dosłownie zmiażdżona przez krytyków. Ale spokojnie - złe recenzje nie miały przełożenia na sprzedaż na poziomie trzystu trzech tysięcy egzemplarzy w twardej oprawie. Zarzucono jej infantylność, niepotrzebne epatowanie okrucieństwem i... głupotę. Czy tak było rzeczywiście? Jeśli przeczyta się Christine po latach, okazuje się, że absolutnie nie.
Na pomysł książki King wpadł podczas spaceru. Był rok 1978. Ukończone powieści czekały na wydanie, a on - zgodnie z umową opiewającą na trzy tytuły - był zobowiązany przez nowego wydawcę do dostarczenia treatmentu ostatniej. I właśnie wtedy przyszedł mu do głowy pomysł na historię o samochodzie, który młodnieje z każdym przejechanym kilometrem. Taka mechaniczna wariacja na temat Benjamina Buttona, z tą różnicą, że w finale samochód miał się rozpaść na części, z których był złożony. Właścicielem młodniejącego samochodu miał być szkolny wyrzutek, który jednak w przeciwieństwie do Carrie White nie posiadał żadnych mocy nadprzyrodzonych.
Jak to często bywa w przypadku procesu twórczego, gdy tylko King zasiadł do pisania, rzecz z historii o samochodzie i chłopaku zamieniła się w posępną opowieść o obsesji i mordzie. Na taki obrót spraw krytycy nie byli przygotowani. I być może właśnie dlatego po raz pierwszy kilku z nich głośno zasugerowało, że Król Horroru ociera się o plagiat. Nie była to prawda (gdyby być dociekliwym, to plagiatem powinno się okrzyknąć raczej opowiadanie Ciężarówki), co jednak nie zmienia faktu, że King, wychowany na kultowym serialu Strefa mroku, tworząc swoją opowieść o nawiedzonym samochodzie, bardzo silnie inspirował się dwoma odcinkami serii: A Thing About Machines i You Drive. Tyle że przetworzył je po swojemu i przez własną wrażliwość. Christine była zarówno horrorem, jak i powieścią o dojrzewaniu, a także... o upadku Ameryki.
Gdy Arnie Cunningham, pryszczaty szkolny nieudacznik, widzi czerwonego plymoutha fury, jego życie zmienia się na zawsze. Nieważne, że osobnik, od którego go kupuje, wydaje się co najmniej podejrzany, a przyjaciel Arniego robi wszystko, żeby wybić mu zakup z głowy. Miłość nie wybiera, trafia na piorun. Zwłaszcza ta toksyczna. A kiedy między Arniem a samochodem, czyli tytułową Christine, stanie piękna dziewczyna... No cóż... Miłość każe wybierać. A toksyczna miłość - wybierać radykalnie.
Czytając tylko streszczenie tej książki, można zgodzić się z jej krytykami. Historia o opętanym samochodzie, który rozkochuje w sobie chłopaka, a potem zabija wszystkich, którzy do niego się zbliżą... Nie brzmi to najlepiej. Ale to tylko pierwsza warstwa. Najbanalniejsza i najprostsza. Im głębiej zanurzamy się w świat w Christine, tym bardziej odkrywamy, że cała demoniczność bytu, jakim jest nawiedzony plymouth, to tylko fasada. Gra z czytelnikiem zmuszająca go do odkrycia tego, co kryje się pod... użyjmy metafory samochodowej... maską. Gdy ją uniesiemy, naszym oczom ukazuje się pozbawiona złudzeń opowieść o dojrzewaniu, które sprowadza na złą drogę, i Ameryce, która tracąc niewinność, pokazała światu twarz.
Posiadanie samochodu dla amerykańskiego nastolatka to pierwszy krok w dorosłość. Samochód uczył odpowiedzialności, zmuszał do systematyczności, ale też budował plemienne poczucie przynależności do grupy społecznej. Tak od czasu upowszechnienia samochodów wyglądał amerykański rytuał przejścia. Cztery kółka stały się metaforą wjazdu w nowe życie. Jednym z najważniejszych pokoleniowych filmów pokazujących zależność między dojrzewaniem młodych Amerykanów a posiadaniem przez nich samochodów było Amerykańskie graffiti George'a Lucasa (tak, tego samego, który nakręcił Gwiezdne wojny). Christine jest czymś na kształt mrocznego odbicia tej historii. Samochód z wejścia na nową drogę życia staje się początkiem jej końca. Demonem, który z zakompleksionego chłopca czyni kogoś pozbawionego skrupułów i moralności.
Używając metafory demonicznego opętania, tak naprawdę King opowiada o brudzie skrzętnie skrywanym za fasadą idealnie przystrzyżonych trawników, szeregowych domków i pięknych cheerleaderek. Idealne amerykańskie dzieciństwo okazuje się bujdą. Wykluczenie pozostaje wykluczeniem i wystarczy tylko jeden drobny impuls, by wykluczony zaczął mścić się na tych, którzy nim wzgardzili.
O upadku Ameryki wspomniałem nieprzypadkowo. Plymouth, którego kupuje bohater, to samochód z lat pięćdziesiątych, czasów, gdy wszystko miało być idealne, a problemy, nawet jeśli istniały, zamiatano pod dywan. Akcja Christine zaczyna się w roku 1978. Punk rock rządzi wyobraźnią młodych, lato miłości pokazało, że idealna Ameryka była mitem, a afera Watergate obnażyła matactwa władzy. W tym świecie przybysz sprzed dwóch dekad jest obcym. Kimś, kto nie rozumie otaczającego go świata, a co za tym idzie, reaguje na niego agresją. Ale powrotu do czasów niewinności już nie ma. Ameryka się zmieniła.
Patrząc na tę powieść z tej perspektywy, łatwo zrozumieć, dlaczego krytycy ją odrzucili... i dlaczego King w nią zwątpił. Trudno jest przyglądać się własnej niedoskonałości. Nawet jeśli podana jest ona w formie horroru o demonicznym samochodzie.
ADAPTACJA FILMOWA CHRISTINE
Christine
1983, w reżyserii Johna Carpentera, z Keithem Gordonem, Johnem Stockwellem i Harrym Deanem Stantonem
Jak zabić coś, co nie żyje?
Triumfalny filmowo dla Kinga rok 1983 zamyka Christine Johna Carpentera - pierwszy film, do którego scenariusz powstał, zanim powieść, wydana w kwietniu 1983 roku, trafiła na rynek. Richard Kobritz - producent serialowego Miasteczka Salem - kupił prawa do ekranizacji w chwili, gdy King złożył maszynopis w wydawnictwie, wiosną 1979 roku. Zdjęcia ruszyły na początku 1983 roku i już w grudniu film był gotowy. Carpenter, w którego karierze była to druga wysokobudżetowa produkcja, i jedyna tak naprawdę kasowa, wprowadził istotną zmianę w fabule... Otóż o ile u Kinga przeklęty samochód, czyli tytułowa Christine, jest opętany przez ducha byłego psychopatycznego właściciela, tak w filmie samo auto jest złe... Złe do szpiku kości... przepraszam, raczej karoserii. Film otwiera scena, której próżno szukać w powieści - z hali montażowej, gdzie Christine, plymouth fury z 1958 roku, zabija swoją pierwszą ofiarę: niechlujnego robotnika, który ma czelność strząsnąć popiół na jej nowiutkie siedzenie.
Owszem, Christine to opowieść o samochodzie. Nie pierwszy raz King odnalazł grozę w przedmiotach użytku codziennego - wystarczy wspomnieć tylko opowiadania, Maglownicę i Ciężarówki - ale pierwszy raz głośno i szczerze wyznał on miłość do muzyki rockowej. Powieść wręcz tętniła ukochanymi kawałkami Kinga - od wówczas już starych rockandrollowych kawałków po wtedy stosunkowo nowsze piosenki Bruce'a Springsteena (przyznam się bez bicia: to z powieści Christine dowiedziałem się, kim jest Bruce Springsteen... a płyta Darkness on The Edge of Town pozostaje do dziś jednym z moich ulubionych albumów z amerykańskim rockiem).
W filmie Carpenter porzucił rocka na korzyść własnej, niesamowitej i nastrojowej muzyki, która idealnie podkreśla mroczny charakter filmu. Twórcy Halloween udała się bowiem w ekranizacji Christine sztuka niezwykła. Stworzył mroczny i ponury obraz o zabójczej obsesji, która powoli zabija młodego właściciela samochodu. A wszystko to zaczyna się radośnie (trochę jak początek Martwej strefy) - niemal jak kolejna przyjemna i zabawna historia o pryszczatym kujonie, który okazuje się fajnym gościem.
Gdyby Arnie Cunningham nie przyjaźnił się ze szkolną gwiazdą futbolu, Dennisem, jego szkolne życie byłoby piekłem na ziemi. Na szczęście chłopcy wzajemnie się wspierają i ratują w kryzysowych sytuacjach. Pewnego dnia, gdy wracają ze szkoły samochodem Dennisa, Arnie wypatruje na zapuszczonym trawniku zniszczony samochód. To Christine - zaniedbana ruina niegdyś pięknego samochodu. Arnie odkupuje ją od dziwacznego właściciela i w tym momencie zaczyna się horror. Czy raczej opowieść o powolnej przemianie zakompleksionego chłopca w zarozumiałego prostaka. Christine pomoże mu się uporać z bandą chuliganów, którzy utrudniali mu życie, a w zamian będzie chciała tylko jednego - dozgonnej miłości.
Są w Christine sceny, które mimo upływu lat i rewolucji w efektach specjalnych wciąż robią gigantyczne wrażenie. Choćby ta, w której Christine sama się naprawia, czy ta z pustymi ulicami, po których ściga dręczących Arniego gówniarzy. Carpenter tak kapitalnie zbudował w filmie napięcie, że po jego obejrzeniu, przechodząc przez ulicę, odruchowo przyglądamy się zaparkowanym samochodom.
Oczywiście nie udałoby się to wszystko, gdyby nie świetnie dobrana obsada. Zarówno Keith Gordon w roli Arniego, jak i John Stockwell grający jego przyjaciela wypadają bardzo wiarygodnie. Co ciekawe, to były najlepsze role w ich karierach aktorskich. Obaj porzucili aktorstwo, by zająć się reżyserią. Pierwszy był jednym z głównych twórców popularnego Dextera, a Stockwell zrealizował między innymi niesławne Turistas.
Grafika do plakatu filmowego Christine, 1983
Co do tytułowej Christine... Z sześciu używanych na planie modeli do końca produkcji dotrwały dwa, a jeden z nich tuż po zakończonych zdjęciach zmienił historię telewizyjnych konkursów. Szefowie młodej i jeszcze nieznanej stacji muzycznej MTV wyżebrali go od producentów jako nagrodę w konkursie. Tak zaczęła się trwająca do dziś era rozdawanych gadżetów filmowych.
DANSE MACABRE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Everest House, 1981
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 1995; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożyli Paulina Braiter i Paweł Ziemkiewicz
Ile razy to przerabialiście? Siedzicie w barze z najlepszym kumplem. Pijecie pierwsze, drugie, siódme piwo. Jesteście młodzi, stuknęła wam dopiero trzydziestka. Świat leży u waszych stóp. W pewnym momencie kumpel wpada na najbardziej szalony pomysł, jaki kiedykolwiek przyszedł mu do głowy, a ty odpowiadasz: "Super, pewnie, zrób to! Będzie znakomicie".
Tego typu historie zazwyczaj kończą się tragedią - jeśli koledzy wpadają na pomysły z cyklu "skoczmy do rzeki z mostu" - albo czymś co najmniej oryginalnym - jeśli dotyczą rzeczy, nazwijmy je górnolotnie, "twórczych".
Popijawa Kinga z Williamem Thompsonem, wtedy byłym już pracownikiem wydawnictwa Doubleday, który odkrył Kinga, zakończyła się najbardziej zaskakującą książką w całej karierze pisarza: Danse Macabre, czyli monumentalną historią horroru. Thompson, jak na doskonałego redaktora przystało, wiedział, w którym momencie podrzucić Kingowi ten szalony pomysł. Było to w listopadzie 1978 roku, gdy pisarz przygotowywał się do gościnnych wykładów na Uniwersytecie Maine z historii literatury grozy. Thompson, wiedząc o tym, po prostu pchnął Kinga w dobrą stronę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu trzy lata później ukazała się książka, którą przeczytać powinien każdy - niezależnie od tego, czy lubi powieści Kinga, czy też nie.
Danse Macabre to gigantycznych rozmiarów, ponadpięćsetstronicowy, esej, w którym King snuje opowieść o gatunku, jakim jej horror. Skąd się wziął, jak się rozwijał, dlaczego stał się tak popularny i wreszcie, co dał światu dobrego, a co fatalnego. Od powieści przez słuchowiska radiowe, kino, telewizję, po komiksy - King rozkłada na części pierwsze gatunek, tłumacząc jego światowy fenomen.
Jest to bezsprzecznie jedno z najważniejszych omówień zjawiska horroru, jakie kiedykolwiek się ukazało. Bez obaw: nie jest to nudne naukowe bajdurzenie. King, pisząc o historii, używa tego samego języka, jaki znamy z jego powieści, dlatego też Danse Macabre bliżej narracyjnie do opowieści snutej przez bardzo mądrego kumpla niż do nudnego wykładu.
Książka zawiera listy najlepszych powieści, filmów i autorów gatunku, dzięki czemu w ramach bonusu otrzymujemy gotową instrukcję, jak horroru używać.
Oczywiście można zarzucić autorowi, że jego gust bywa kontrowersyjny, a on sam czasami nie rozumie nowych trendów - zaskakuje na przykład jego oburzenie twórczością Wesa Cravena, reżysera Koszmaru z ulicy Wiązów - lecz to tylko udowadnia wartość tej pozycji. Bo Danse Macabre jest zaproszeniem do dyskusji. Chwilami kontrowersyjnym, ale na każdym kroku niebywale merytorycznym. No i przede wszystkim - niebywale osobistym. King bowiem pisze tu o horrorze, opowiadając o swoich doświadczeniach z gatunkiem przez pryzmat własnego życia. I ta możliwość spojrzenia na artystyczne dojrzewanie twórcy jest bezcenna.
MARTWA STREFA(THE DEAD ZONE)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking Press, 1979
Wydania polskie: Phantom Press (pod tytułem Strefa śmierci), 1993; Prima, 1998; Prószyński i S-ka, 2004
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Pierwszy prawdziwy kryzys twórczy dopadł Kinga w 1976 roku. Miał za sobą dekadę pisania na akord. Publikowania opowiadań za grosze i walczenia o wydawcę. I miał za sobą pierwszą wielką awanturę z zarządem wydawnictwa. Choć pozycja Kinga była coraz bardziej stabilna na rynku, coś w jego głowie powiedziało: "Przerwa!".
W 1976 roku wypełnił wszystkie zobowiązania wobec Doubleday. Choć książek nie było jeszcze na rynku - miały trafić do księgarni w ciągu najbliższych dwóch lat - agent pisarza już podpisał kontrakt z nowym domem wydawniczym. Opiewał na trzy powieści i blisko trzy miliony dolarów. Pierwszym tytułem miała być właśnie Martwa strefa. Tyle że King za diabła nie potrafił jej skończyć.
Punkt wyjściowy był doskonały - prowincjonalny nauczyciel w wyniku wypadku samochodowego ląduje w śpiączce, a gdy się z niej wybudza, odkrywa, że posiada dar jasnowidzenia. Dar, który zamieni jego życie w koszmar.
Konstrukcja, wydawałoby się, prosta. Realizacja okazała się jednak nie tak oczywista. King w wielu wywiadach wspominał, że nic w tej powieści nie szło jak należy. Fabuła się nie kleiła, postacie nie chciały wskoczyć na swoje miejsce. W dużym stopniu powodem kryzysu była... wóda. Nadużywający od zawsze alkoholu King w końcu osiągnął w życiu moment, w którym mógł odpuścić. A każdy alkoholik wie, że gdy stres opada, zaczyna się prawdziwa zabawa... Ale to tylko jeden z elementów składających się na problem. Reszta to wyczerpanie, zmęczenie i poczucie zagubienia. Kiedy całe życie walczysz o sukces, moment, w którym go osiągasz, powoduje, że opuszczasz gardę. I choć wiszą ci nad głową kontrakty, czasami trudno zebrać siły. Zwłaszcza gdy tyle lat walczyło się ze ścianą.
Momentem przełomowym okazało się wymyślenie postaci Franka Dodda. Seryjnego mordercy, który grasował w miasteczku Castle Rock. Gdy tylko King zaczął pisać tę część powieści - wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsce i kryzys odszedł tak szybko i niespodziewanie, jak się pojawił. Castle Rock i Frank Dodd okazali się terapią doskonałą. I to w tej książce się czuje.
Martwa strefa to jedna z najlepszych powieści Kinga. W The Art of Darkness, kanonicznej biografii Kinga - pierwszej definiującej jego fenomen, do tego jednej z niewielu, w których wypowiada się sam pisarz - autor Douglas E. Winter w kontekście tej powieści przywołuje słynny cytat z jednego z ukochanych pisarzy Kinga, Roberta Blocha: Prawdziwy horror to zrzucanie masek. Chodzi o powolne obdzieranie rzeczywistości z jej warstw. W Polsce moglibyśmy powiedzieć - obieranie cebuli. I właśnie o tym jest Martwa strefa. To opowieść o tym, co kryje się za maskami. Idealnego miasteczka, idealnej rodziny, idealnego polityka i wreszcie idealnej Ameryki. Ktoś kiedyś napisał, że King zamienił amerykański sen w amerykański koszmar - i w Martwej strefie znajdziecie wszystko, co potwierdzi tę tezę.
Bohaterów mamy dwóch. Pierwszy to wspomniany nauczyciel. Pocieszny, niczym niewyróżniający się everyman, który pewnego dnia przeżyje potworny wypadek. Gdy wróci do świata żywych, wszystko, co wydawało mu się, że ma - odejdzie w zapomnienie. Ukochana poślubiła innego, posadę przejął ktoś inny, a rodzina ze spokojnej i normalnej zamieni się w obsesyjno-patologiczną. I tak Johnny Smith będzie musiał nauczyć się żyć na nowo. A jego dar jasnowidzenia wcale mu tego nie ułatwi.
Drugim równorzędnym bohaterem jest Greg Stillson, człowiek, którego w przeciwieństwie do Johnny'ego - prowadzącego do czasu wypadku idealne amerykańskie życie - los nigdy nie rozpieszczał. Johnny Smith miał kiedyś śliczną partnerkę, kochających rodziców, dom na przedmieściu i pracę w szkole; Stillson musiał walczyć. O wszystko, bo jego amerykański sen był tak naprawdę koszmarem. A gdy w końcu uda mu się odnieść sukces, jego serce będzie przepełnione nienawiścią do ludzi, zwierząt i wszystkiego, co żyje. Niekoniecznie dobry materiał na polityka... A jednak Stillson zwiąże swoją karierę z polityką. I polityka połączy tych dwóch bohaterów. Czy raczej lęk przed tym, co politycy mogą zrobić. Dla Grega polityka będzie formą terapii i odreagowania za wszystkie niepowodzenia, dla Johnny'ego zaś stanie się celem. Sensem tłumaczącym dar.
Oczywiście w Martwej strefie jest też wątek poboczny, nawet kilka. Bo zanim w końcu dojdzie do spotkania bohaterów, King zbuduje cały świat tłumaczący, dlaczego Johnny nie będzie miał innego wyjścia, a Greg okaże się tym, kim się okaże. Kluczowym wątkiem pobocznym jest opowieść o Castle Rock; miasteczko pojawia się tu po raz pierwszy i stanie się jednym z ulubionych miast wymyślonych przez Kinga. Autor wzbija się w tej powieści na wyżyny budowania nastroju. Akcja toczy się niespiesznie, napięcie rośnie, a Król Horroru udowadnia dobitnie, że nie ma sobie równych w straszeniu czytelników zwyczajnością.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt Martwej strefy - jej absolutnie antyamerykański wydźwięk. Tak, King, piewca amerykańskiej prowincji, w tej książce pozwolił sobie wyprowadzić kilka ciosów w stronę ukochanej ojczyzny, co nie zdarzało mu się często. Były społeczny aktywista, niedoszły pieśniarz folkowy i domorosły polityk... W Martwej strefie King pisze głównie o rozczarowaniu latem miłości. Z hipisowskich ideałów we współczesnej Ameryce nie zostało nic. To samo pokolenie, które dekadę wcześniej wkładało we włosy kwiaty i krzyczało Make love, not war!, jest w stanie nie tylko głosować na populistów, ale przede wszystkim stawiać swoje wygodnictwo nad dobro ogółu. Nie ma ideałów. Jest tylko samotność. I skazany na nią Johnny niczym westernowy ostatni sprawiedliwy ruszy do nierównego pojedynku, który musi skończyć się źle. Brzmi dramatycznie? Pewnie tak. Ale chyba lepiej niż zapewnienia Kinga, że chciał napisać klasyczny romans.
ADAPTACJE FILMOWE MARTWEJ STREFY
Martwa strefa(The Dead Zone)
1983, w reżyserii Davida Cronenberga, z Christopherem Walkenem, Martinem Sheenem i Brooke Adams
W wizjach zobaczył przyszłość, teraz może ją zmienić.
Cztery lata po ukazaniu się powieści do kin trafia adaptacja Martwej strefy. W ogóle rok 1983 był w amerykańskich kinach rokiem Stephena Kinga. W sierpniu premierę miał Cujo, w październiku Martwa strefa, a w grudniu Christine.
Gdybym miał wybrać najlepszą z nich - bezsprzecznie zdecydowałbym się na Martwą strefę. I wcale nie dlatego, że pozostałe są złe. Przeciwnie - są równie dobre. Martwa strefa to po prostu mistrzowski popis sztuki subtelnej reżyserii w wykonaniu człowieka, po którym nikt subtelności by się nie spodziewał. W 1983 roku David Cronenberg uznawany był za papieża nowego gore - niebywale krwawej odmiany kina grozy - a filmy takie jak Dreszcze czy Wścieklizna wytyczały nowe kierunki w rozwoju ekstremalnego horroru. Kiedy zatem reżyser o takiej renomie zabrał się do ekranizacji prozy Kinga, wszyscy spodziewali się kubłów krwi. A dostali... No właśnie, coś, co było zaprzeczeniem ekstremum - delikatnie poprowadzoną, lecz przy tym niebywale mroczną i zimną opowieść o Johnnym Smicie, mężczyźnie, który otrzymał dar, jakiego wcale nie pragnął.
Sam King o powieści Martwa strefa mówi, że była jego pierwszą świadomą powieścią. Książką, w której poszczególne wątki i postacie rozwijały się dokładnie tak, jak zaplanował. Podobno, pisząc ją, opisywał także zjawisko, które sam obserwował - coraz silniejsze publiczne zainteresowanie jego osobą. Co prawda wówczas mógł jeszcze w spokoju wychodzić na zakupy czy spacerować po mieście, ale niebawem miało się to zmienić. A w Martwej strefie da się odnaleźć lęk przed utratą prywatności wiążący się ze spektakularną karierą.
Wielu krytyków zarzucało Cronenbergowi, że poskracał wątki w Martwej strefie i - w przeciwieństwie do powieści - nie eksploatował postaci psychopatycznego Grega Stillsona. Trudno jednak takie zarzuty traktować poważnie. Gdyby reżyser chciał wiernie adaptować powieść, wyszedłby mu z tego nie stuminutowy film, lecz serial (o tym, że taki powstał dwadzieścia lat później, przeczytacie w dalszej części książki). Cronenberg, podobnie jak Kubrick, wyciągnął po prostu esencję z książki Kinga. Mało brakowało, a stałoby się inaczej. Zanim Cronenberg został zatrudniony do reżyserii, film miał realizować Stanley Donen - hollywoodzki weteran z takimi filmami na koncie jak Deszczowa piosenka czy Szarada. Kolejnym zaś pretendentem do reżyserii był Andriej Konczałowski. Rosyjski reżyser napisał nawet scenariusz, który został odrzucony tuż przed zatrudnieniem Cronenberga. A ten uznał, że nie będzie oglądał się na nic, co zostało zrobione wcześniej w związku z ekranizacją tej powieści, i będzie pracował po swojemu. Lepszej decyzji nie mógł podjąć.
Plakat do fimu Martwa strefa, 1983
Martwa strefa zaczyna się niemal pogodnie. Poznajemy młodego nauczyciela Johna Smitha oraz jego ukochaną - koleżankę z pracy. Wydaje się, że świat stoi przed młodymi otworem... Ale powoli pojawiają się pierwsze skazy na idealnym obrazku. Z każdą kolejną sekundą projekcji ciepło znika, zastąpione coraz mroczniejszymi kadrami. Widz domyśla się, że szczęście nie będzie pisane tej parze, a Johnny'ego musi spotkać coś złego. Wypadek samochodowy i śpiączka to dopiero początek jego tragicznej historii. Dar jasnowidzenia, z którym się obudzi, stanie się przekleństwem życia. Johnny bowiem nie będzie mógł zbliżyć się do nikogo - każdy dotyk będzie wywoływał wizje przyszłości, co uniemożliwi mu normalne funkcjonowanie.
Cronenberg prowadzi narrację niespiesznie. Buduje napięcie oparte nie na krwawych efektach, lecz na niepokojącym spokoju i chłodzie. Nie wiem, czy istnieje druga ekranizacja prozy Kinga, z której emanowałoby takie zimno. Ten lodowaty efekt pogłębia swoją obecnością fenomenalny Christopher Walken, który gra Johnny'ego Smitha. Jego umęczona, trupio blada twarz... Takiej kreacji się nie zapomina. Zresztą sam jestem najlepszym na to przykładem. Dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy filmy oglądało się w Polsce na pirackich kasetach wideo, mój ojciec przyniósł taśmę. Nie pamiętam, co było na niej nagrane, ale na końcu ostał się początek Martwej strefy. Wtedy nie wiedziałem, co to za film. Ale do końca życia zapamiętałem niepokojącą scenę z facetem i kobietą w wesołym miasteczku. On dostaje ataku migreny na diabelskim młynie... Ta twarz... Nigdy jej nie zapomnę, a miałem wtedy może osiem lat.
King również był zachwycony kreacją Walkena. Do tego stopnia, że szybko wybaczył producentom, że nie potraktowali poważnie jego sugestii, by w roli jasnowidza Johnny'ego obsadzić młodego Billa Murraya. Warto tu dodać, że Martwa strefa była pierwszym filmem w karierze Kinga, przy którego tytule dopisano jego imię i nazwisko. King stał się marką. Legenda się narodziła. No i producentem filmu był sam Dino De Laurentiis - wówczas filmowy gigant, który tą adaptacją zaczął swoją przygodę z Kingiem. Przygodę, która na początku nie zwiastowała niczego złego, ale wraz z upływem lat okazała się prawdziwą katastrofą. Ale o tym później.
Martwa strefa(The Dead Zone)
2002-2007 (pierwsza emisja CBS), w reżyserii Roberta Liebermana i innych, z Anthonym Michaelem Hallem, Nicole de Boer i Chrisem Bruno
Powinieneś zobaczyć to, co widzi on.
Gdy w 2002 roku Michael i Shawn Pillerowie - ojciec i syn - ogłosili światu, że zamierzają adaptować Martwą strefę na potrzeby serialu telewizyjnego, spekulacjom, czy to się uda, nie było końca. Bo chociaż Cronenberg dość poważnie skrócił powieść Kinga, to jednak stworzył niezwykle sugestywne widowisko. Czy serial mógł mu dorównać? Zapewne nie. I na szczęście Pillerowie postanowili nie ścigać się z filmem Cronenberga i stworzyć własną wariację na temat powieści mistrza.
Martwa strefa emitowana była w amerykańskiej telewizji w latach 2002-2007 i cieszyła się sporym zainteresowaniem. Pierwszy sezon był spektakularnym sukcesem; oglądalność sięgała ośmiu milionów. Niestety, tendencja zwyżkowa nie utrzymała się zbyt długo, a gdy szósty sezon, przy oglądalności nieprzekraczającej dwóch milionów, sięgnął dna, produkcję zawieszono. Ponoć zrobiono to z dnia na dzień i nikt z ekipy nie wiedział o decyzji kierownictwa stacji. Dlatego też Martwa strefa nie ma oficjalnego zakończenia, a rozpoczęte wątki - w tym zagłady świata - zawisły w filmowej próżni.
Najbardziej zabolało to ponoć Anthony'ego Michaela Halla - aktora, który wcielił się w Johnny'ego Smitha, byłego nauczyciela, który tak jak w powieści i filmie Cronenberga, posiada zdolności paranormalne. Aktor wciąż odgraża się w wywiadach, że Martwa strefa doczeka się kontynuacji i zamknięcia otwartych wątków.
Znając bezlitosną politykę studiów telewizyjnych, należy w to wątpić. Przez moment kanał SyFy rozważał odkupienie od stacji CBS serialu, ale ta chciała za niego zbyt wiele. Na otarcie łez pozostają nakręcone już odcinki. Trzeba przyznać, że Michael i Shawn Pillerowie odwalili kawał rzetelnej filmowej roboty. Pierwszy sezon to powolne wprowadzenie w klimat serialu. Wątki zawiązują się powoli, a fani książki znajdą sporo odniesień do oryginału Kinga. Postać Grega Stillsona jest w serialu bardziej rozbudowana niż w filmie Cronenberga, lecz podstawowa różnica między wcześniejszą adaptacją Martwej strefy a serialem Pillerów polega na tym, że w wersji telewizyjnej Johnny Smith, zamiast być samotnym, cierpiącym i niemogącym pogodzić się z utratą miłości mężczyzną, staje się kimś w rodzaju obdarzonego mocami nadprzyrodzonymi detektywa, który wspólnie ze swoim rehabilitantem rozwiązuje kryminalne - i nie tylko - zagadki.
Twórcom serialu Martwa strefa udało się zatem stworzyć kryminał z elementami paranormalnymi, który wciąga co prawda dopiero w drugim sezonie, ale trzyma poziom i bawi. Szkoda tylko, że wątek nadciągającego Armagedonu i walki sił dobra i zła nie doczekał się ciekawszego rozwinięcia. Ale i tak nie ma co narzekać - w porównaniu z innymi telewizyjnymi adaptacjami powieści Kinga serial Martwa strefa to zupełnie przyzwoita rozrywka. A jeśli ktoś nie ma ochoty przyglądać się temu, jak rozbudowano opowieść Kinga, może obejrzeć tylko premierowy i drugi odcinek pierwszego sezonu, w całości poświęcone polowaniu na seryjnego mordercę z Castle Rock.
Anthony Michael Hall, i Nicole de Boer, Martwa strefa, sezon 1, 2002
BLAZE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2007
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2007; Albatros, 2015; Kolekcja Mistrza Grozy; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożył Michał Juszkiewicz
Historia tej powieści w zabawny sposób pokazuje, jak King tworzy własny mit. W przedmowie do wydania Blaze'a z 2007 roku King opowiada, jak to napisał tę powieść w 1972 roku - czyli przed Carrie - po czym uznał, że jest tak zła, że nigdy jej nikomu nie pokazał. Brzmi wiarygodnie. King pisał - i pisze - bardzo dużo. Wiele tekstów zapewne nie ujrzało światła dziennego... albo ujrzy je dopiero po śmierci pisarza, gdy zaczną się wielkie wyprzedaże. Ale do meritum. Manuskrypt Blaze'a miał zaginąć gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych, ale King nie przywiązywał do niego wielkiej uwagi, bo powieść była fatalna. I tu mamy pewien zabawny paradoks.
Nie jest ważne, po którą biografię pisarza sięgnięcie - czy będzie to Beahm, Winter, czy ktokolwiek inny - w każdej znajdziecie anegdotę, którą zresztą już tu przytaczałem. Historię o tym, jak King po wydaniu Carrie położył na biurko Billa Thompsona z Doubleday dwie powieści. Jedną z nich było Miasteczko Salem i Thompson podjął najlepszą decyzję, jaką mógł podjąć przytomny redaktor. A drugą? To tyle w kwestii niepokazywania przez Kinga nikomu Blaze'a. Co do tego, że ta powieść została napisana przed Carrie... Tu znów wracamy do biografii. Źródła podają, że powstała tuż przed Miasteczkiem Salem.
Dodam jeszcze, że informacje o niej pojawiają się w Czterech porach roku i kilku wywiadach. Niezłe osiągnięcie jak na tekst, którego się nienawidzi. A potem nagle jej maszynopis zaginął.
Prawda oczywiście była zupełnie inna. Powieść nie zaginęła, ale trafiła razem z innymi maszynopisami do archiwum biblioteki Uniwersytetu Maine. I tam czekała na lepsze czasy. Konkretnie do roku 2006, gdy King uznał, że chyba ma ochotę wydać kryminał. Wydał. Choć nazwanie Blaze'a kryminałem to spore nadużycie.
Tak naprawdę jest to powieść obyczajowa, która garściami czerpie z książek Johna Steinbecka, a zwłaszcza z Myszy i ludzi. Podobnie jak tam, mamy tu ograniczonego umysłowo człowieka, który funkcjonuje w społeczeństwie dzięki wsparciu przyjaciela. Tytułowy Blaze nie należy do najmądrzejszych. Kiedy żył jego przyjaciel George, zawsze mógł na nim polegać. Gdy go zabrakło, Blaze próbuje na swój ograniczony sposób przeprowadzić porwanie małego syna bogatego biznesmena. Co oczywiście nie może się skończyć dobrze.
Myszy i ludzie, odrobina noir spod znaku Jima Thompsona, nawiązania do porwania syna Charlesa Lindbergha i dużo ckliwych opisów zmarnowanego dzieciństwa. Oto właśnie Blaze. Nie jest to powieść wybitna. Wydano ją jako ostatnią, zaginioną, powieść Bachmana, bo jest realistyczna i pochodzi z czasów, gdy realistyczne powieści King wydawał pod pseudonimem. Czy Blaze zmienia coś w bibliografii pisarza? Nie. To literacka ciekawostka. Dowód na to, jak bardzo Król Horroru rozwinął się jako pisarz, ale też i na to, że ckliwość zawsze była bliska jego sercu. Nie przestaniecie Kinga po tej książce kochać, ale też nic się nie stanie, jeśli jej nie przeczytacie.
POD KOPUŁĄ(UNDER THE DOME)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2009
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2010; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2018
Przełożyli Tomasz Wilusz i Agnieszka Ciepłowska
Geneza Pod kopułą sięga lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pierwszą próbę napisania powieści o tym, co dzieje się z ludźmi w odciętym od świata ekosystemie, King podjął w 1972 roku. Wtedy napisał kilka stron i porzucił pomysł. Dekadę później spróbował po raz kolejny, na planie Koszmarnych opowieści, i napisał ręcznie ponad czterysta stron. Powieść miała tytuł The Cannibals i opowiadała historię ludzi zamkniętych w apartamentowcu, którzy zostają zmuszeni do zjadania się wzajemnie. Punktem wyjścia była słynna Wyprawa Donnera - udokumentowana historia grupy pionierów, którzy utknęli na zimę w Sierra Nevada i aby przeżyć, musieli zjadać się nawzajem.
Niestety, choć King mówił o tej powieści w samych superlatywach - miała być jego najbardziej pokręconym utworem - wena go opuściła, a fragmenty tekstu, które zapisał finalnie, wcale nie zachwycały. Dlatego też manuskrypt The Cannibals trafił na półkę z dziełami porzuconymi. Trzydzieści lat później pisarz uznał, że warto jednak dać tej książce drugą szasnę. Tyle że apartamentowiec zamienił na małe miasteczko - oczywiście w stanie Maine - a kanibalizm zastąpiły społeczne i socjologiczne obserwacje natury ludzkiej.
Bo Pod kopułą to tak naprawdę powieść o demonach, jakie budzą się w ludziach, gdy ci zostaną postawieni w ekstremalnej sytuacji, a odcięte od świata przez kopułę miasteczko Chester's Mill to Ameryka w pigułce.
King nie oszczędził tu nikogo. Właściciel salonu z używanymi samochodami i zarazem samozwańczy przywódca społeczności został obdarzony cechami prezydenta George'a W. Busha. Tajemniczy były żołnierz staje się kimś w rodzaju pobrudzonego sumienia. Mamy też chłopaka, u którego odcięcie od świata budzi psychopatyczne odruchy, i całą galerię postaci, od absolutnie pokręconych po zagubionych i szukających siebie.
Trudno odmówić Pod kopułą energii i wigoru. Tę prawie tysiącstronicową cegłę czyta się z wypiekami od pierwszej strony. Akcja, choć dzieje się tu niewiele, gna na złamanie karku, a postacie są niezwykle wiarygodne i intrygujące... irytujące oczywiście także.
Jeśli coś przeszkadza w cieszeniu się z tej powieści w stu procentach, to jej zakończenie. Zupełnie jakby King budował przez setki stron całą misterną konstrukcję, a potem nagle mu się odechciało. Dlatego nie dziwi mnie fakt, że część recenzentów polecała odpuszczenie ostatnich pięćdziesięciu stron. Bez nich Pod kopułą jest po prostu lepsze. Chyba że nie przeszkadzają wam trywialne zakończenia.
ADAPTACJA SERIALOWA POD KOPUŁĄ
Pod kopułą(Under the Dome)
2013 (pierwsza emisja CBS), według scenariusza Briana K. Vaughana, z Mikiem Vogelem, Rachelle Lef?vre i Natalie Martinez
Bez wejścia. Bez wyjścia.
Na tę współpracę zanosiło się od blisko czterech dekad, ale nie wiadomo było, czy kiedykolwiek do niej dojdzie. W końcu nie od dziś wiadomo, że kiedy spotyka się dwóch samców alfa... Mowa oczywiście o współpracy między dwoma wielkimi przedstawicielami popkultury - Kingiem i Spielbergiem.
Trzy razy próbowali wspólnie pracować. Najpierw przy adaptacji Talizmanu (na początku 2018 roku Spielberg powiedział, że wraca do porzuconego projektu i film powinien trafić do kin w 2021 roku), potem przy Duchu, a na końcu przy tajnym autorskim projekcie - Czerwonej Róży. Za każdym razem współpraca kończyła się awanturą i zawieszeniem bądź wycofaniem się jednego z panów z projektu.
Ostatni raz King i Spielberg próbowali pracować wspólnie w 2002 roku. Dopiero dekadę później w końcu udało im się dojść do porozumienia, może dlatego, że obaj zrezygnowali z pisania scenariusza, zadowalając się funkcjami producentów wykonawczych. A być może to po prostu kwestia wieku. Obaj są już starszymi panami i nie muszą już sobie niczego udowadniać.
Projektem, który w końcu udało się im zrealizować, jest serialowa adaptacja Pod kopułą.
Stephen King na planie Pod kopułą, 2013
Jako że powieść należy do najgrubszych książek Kinga - jak sam mówił, manuskrypt ważył ponad osiem kilogramów, a druk powieści pochłonął wiele, wiele lasów - wydawała się idealna na scenariusz rozbudowanego serialu. Jej akcja, choć zaczynała się od trzęsienia ziemi, które spowodowało pojawienie się kopuły, potem zwalniała, by skoncentrować się na charakterach postaci i powolnym konflikcie narastającym w miasteczku. Bo przecież podział jego mieszkańców na tych, którzy postanowili rządzić w kryzysowej chwili, i tych, którzy stali się ofiarami, był nieunikniony.
Serial początkowo skonstruowany jest tak samo. W pierwszym odcinku pojawia się kopuła, tryska krew z przeciętych na pół zwierząt, jest kilka wypadków, ale akcja szybko ustępuje kreśleniu postaci. Zawiązują się relacje, konflikty, zostaje delikatnie zaznaczony element nadprzyrodzony... Wszystko to opowiedziane jest dynamicznie i z nerwem, więc nawet nie zauważamy, że przez godzinę oglądaliśmy odcinek oparty głównie na gadaniu. Potem jest równie dobrze, zwłaszcza w drugiej części serialu, kiedy zdarzenia nabierają tempa, a postacie ujawniają swoje prawdziwe oblicza. Dopiero tu zaczynają się schody.
Początkowo Pod kopułą planowano jako zamknięty trzynastoodcinkowy serial, coś na kształt bardziej rozbudowanego Bastionu, do którego zresztą odnosi się na początku. Po sukcesie pierwszych odcinków (pilot obejrzało w Stanach Zjednoczonych ponad trzynaście milionów widzów) producenci zdecydowali się jednak na serial z kilkoma sezonami. Ponieważ King trzymał się w powieści na tyle, na ile to możliwe, realiów - czyli czasu, jaki mogą przeżyć ludzie odcięci od świata - scenarzyści musieli zacząć eksperymentować, co poprowadziło serialowe Pod kopułą w zupełnie inne rejestry niż powieść.
Wielbiciele pisarza ucieszyli się, gdy nad scenariuszem pilotowego odcinka drugiego sezonu pracę zaczął sam King. Ale na tym euforia się zakończyła. Im bardziej adaptacja odbiegała od powieściowego oryginału, tym bardziej kuriozalna się stawała. W finale od Pod kopułą odwrócili się krytycy i publiczność; ostatni, zamykający całość, odcinek trzeciego sezonu obejrzały raptem cztery miliony widzów. I tak coś, co mogło być wybitnym serialem, zakończyło żywot jako parodia.
WOREK KOŚCI(BAG OF BONES)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 1998
Wydania polskie: Prószyński i S-ka (przełożył Arkadiusz Nakoniecznik), 1999; Albatros (przełożył Krzysztof Sokołowski), 2013; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe, przełożył Krzysztof Sokołowski), 2018
Wspominałem o arcydziele. I proszę - oto ono. Tyle że zanim do niego dojdziemy, muszę opowiedzieć inną historię. Bo kulisy wydania Worka kości są równie ciekawe jak sama powieść.
Wspominałem już o tym, że na rynku literackim pojawiało się coraz więcej autorów, z którymi powieści Kinga musiały konkurować, choć żaden z jego kolegów po piórze nie preferował literatury grozy. Jednym z nich - oprócz Grishama i Pattersona - był Tom Clancy. Mistrz technothrillera sprzedawał tyle samo książek co King i jego tytuły często spychały pozycje twórcy Carrie z pierwszych miejsc list bestsellerów. Czara goryczy przelała się, gdy Clancy podpisał umowę z tym samym wydawcą co King. W sumie nikt nie wie do końca, dlaczego King zareagował na to z taką furią, ale tak się stało. Nawet doszło do tego, że konflikt między Kingiem a jego wydawcą trafił na łamy prasy, gdzie donoszono o kolejnych personalnych przepychankach. W końcu King zagrał va banque. Jego prawnik przedłożył NAL - National American Library, gigantycznemu domu wydawniczemu - propozycję nie do odrzucenia. Albo podpiszą z jego klientem umowę, zgodnie z którą wypłacą mu siedemnaście milionów (płacili o dwa miliony mniej!) zaliczki, a procent od sprzedaży podniosą do dwudziestu siedmiu, albo autor zmieni wydawcę. Nie dogadali się i King z dnia na dzień przeszedł do oficyny Scribner, z którą wynegocjował zupełnie nowy kontrakt. Zaliczka nie była tak kolosalna, bo wynosiła tylko dwa miliony dolarów, za to King otrzymywał połowę prowizji ze sprzedaży, a wydawnictwo spisało z nim umowę partnerską, czyli w skrócie miano go traktować jak przyjaciela, a nie kolejnego klienta.
Podczas tych negocjacji - opisanych między innymi na łamach "New York Timesa" - King wyruszył w motocyklową podróż po USA. Tym razem bez wsparcia technicznego i watahy pomocników. Tylko on, harley i amerykańskie bezdroża. Plus odwiedziny w księgarniach, gdzie sprawdzał, jak eksponowane są jego powieści. Gdy afera zakończyła się sukcesem, nowy wydawca ogłosił publikację powieści Worek kości, określanej jako "nawiedzony romans".
Jeśli przez ostatnie lata King zwodził czytelników, zmieniał estetykę, stylistykę i gatunki, tak tu powrócił do horroru. Prawdziwego, strasznego, ale przy tym innego od jego wczesnych powieści grozy. Bo podszytego ogromną dozą melancholii i smutku. Jest to powieść o miłości. A także powieść o duchach i przeznaczeniu.
Główny bohater Mike Noonan to pisarz, autor bestsellerów. Kiedy umiera jego ukochana żona, zaczyna mieć problemy z pisaniem. Próbując przerwać blokadę twórczą i pogodzić się ze śmiercią ukochanej, wyjeżdża do letniego domku położonego w lasach Maine. I tam przyjdzie mu skonfrontować się z przeszłością zarówno swoją i żony, jak i pewnej zaginionej przed laty piosenkarki bluesowej.
A gdzie tu miejsce na miłość? Jest jej całe morze. Podobnie jak i morze czułości, konfrontowanej z brudem i ludzką zawiścią.
Worek kości należy do najdojrzalszych i najlepszych powieści Kinga. Pisarz kapitalnie balansuje w niej na pograniczu ckliwości, czułości i strachu. Mike Noonan to jedna z jego najlepiej napisanych postaci, a motyw szukania zrozumienia drugiej osoby po jej odejściu stanie się lejtmotywem, który będzie się przewijać przez następne powieści Kinga.
ADAPTACJA WORKA KOŚCI (MINISERIAL)
Worek kości(Bag of Bones),
2011 (stacja A&E), w reżyserii Micka Garrisa, z Pierce'em Brosnanem, Melissą George i Annabeth Gish
Wystrzegaj się jeziora.
Jak pisałem, Worek kości to bez wątpienia triumfalny powrót Kinga do literackiej grozy, który zdobył nagrodę Brama Stokera, Fantasy Award i zupełnie zasłużenie zebrał entuzjastyczne recenzje. Trzynaście lat po jej wydaniu zaadaptował ją na potrzeby telewizyjnego miniserialu Mick Garris, który bezdyskusyjny literacki triumf Kinga zamienił w... tanią opowieść o duchach - co szczerze zaskakuje, zwłaszcza że filmowy Worek kości został zrealizowany ze sporym rozmachem i ma świetnego odtwórcę głównego bohatera. Pierce Brosnan grający Mike'a Noonana to bezsprzecznie największa gwiazda, jaka pojawiła się w serialowych adaptacjach Kinga.
Worek kości, Albatros, 2013
Worek kości, Albatros, 2015
Największym mankamentem telewizyjnego Worka kości jest scenariusz. To, że na potrzeby filmowej narracji zmieniono wątki powieści, dałoby się jeszcze wybaczyć, ale prostackich uproszczeń już nie. O ile pierwsza godzina serialu jeszcze trzyma poziom, o tyle każda następna to powolna droga w dół. Nastrój zastąpiony zostaje dosłownością. Bohaterowie zaczynają wygłaszać coraz większe banały "o życiu", całość zaś z horroru stacza się w niezamierzony i nieśmieszny camp. A dwa pojedynki - najpierw Brosnan walczący z drzewem, a potem z demoniczną starszą panią - to już dno, z którego produkcja się nie podniesie.
Naturalna charyzma Pierce'a Brosnana i zabawne gry z innymi powieściami Kinga - na przykład nawiązania do Historii Lisey czy Misery - nie były w stanie uratować tej produkcji. Worek kości jest tak zły, jak tylko mogą być złe tanie filmy grozy ze strasznymi burzami, przerażającymi drzewami i irytującymi duchami.
KING'N'ROLL, CZYLI STEPHEN W KRAINIE ROCKA
Stephen B. Goode, czyli rockandrollowy horror
Wystarczy rzucić okiem na jedną powieść Kinga, aby uświadomić sobie, że on i muzyka to jedność. Twórca Miasteczka Salem kocha rocka, cytuje rocka i odkąd tylko zaistniał na rynku, zawsze podkreśla swoją miłość do muzyki. W roku 1996, gdy do kin trafił Przeklęty, przed jego projekcją widzowie w Stanach mogli obejrzeć półgodzinną miniaturkę zatytułowaną Ghosts. Był to film, czy bardziej rozbudowany teledysk, promujący album Michaela Jacksona: Blood on the Dance Floor: HIStory in the Mix - jak się okazało, niezbyt skutecznie, bo płyta była finansową porażką i początkiem definitywnego końca Króla Popu.
Za chwilę przeczytacie, jak doszło do tego, że King zaczął grać w zespole, troszkę więcej o Ghosts; dowiecie się, kto jest jego ukochanym artystą wszech czasów, no i opiszę album (tak, album!), który wydał Król Horroru. Piszę o tym wszystkim, aby was zachęcić do śledzenia historii muzyki w twórczości i życiu Kinga.
Radio...
Zanim King pokochał kino, zanim zaczął pisać i nawet zanim zaczął masowo czytać, kochał radio. A jego muzyczną wyobraźnię ukształtowało tych czterech panów:
Arnie "Woo-Woo" Ginsburg
Joel Reynolds
Cousin Brucie
Murray the K
Byli to radiowi prezenterzy specjalizujący się w rock and rollu. Każdy z nich tak naprawdę budował świadomość rocka w umysłach - i sercach - młodych Amerykanów. U Kinga wpływ ich audycji nie ograniczył się tylko do wyboru ukochanej muzyki. W 1983 roku, gdy pisarz został już milionerem, jedną z jego pierwszych poważnych inwestycji było wykupienie udziałów w najstarszej stacji radiowej w Maine - WZON. Założona do tego celu korporacja The Zone - nazwana tak w hołdzie dla serialu Strefa mroku - do dziś pozostaje głównym udziałowcem stacji. A King dzięki radiu nauczył się, jak układać playlisty.
Zespół...
The Rock Bottom Remainders (1992-2012)
Zanim King został wielką gwiazdą literacką, jak większość chłopaków marzył o tym, by zostać muzykiem rockowym. Miał nawet gitarę, a w czasach studenckich kilka razy występował na scenie. Szybko jednak przekonał się, że pisanie idzie mu znacznie lepiej niż granie, i porzucił marzenia o podbijaniu stadionów swoimi przebojami... Tyle że nie definitywnie. Bo w 1992 roku pewna miła i niepozorna kobieta - Kathi Kamen Goldmark - wpadła na iście diabelski pomysł. Ponieważ znała Kinga i kilku innych pisarzy, zaproponowała im, aby wspólnie założyli zespół rockowy. Jak się okazuje, długo na odpowiedź czekać nie musiała. Pisarze i pisarki (bo w skład grupy wchodziły też panie) okazali się sfrustrowanymi muzykami i szybko zmontowali skład.
Pierwsze koncerty dali na amerykańskich targach książki, ale tak bardzo przypadło im do gustu wspólne granie, że w 1994 roku wyruszyli nawet w trasę po Stanach! Tak jest, w prawdziwym autokarze, z prawdziwymi próbami i tłumami oblegającymi scenę. Co prawda tłumy zjawiały się głównie po to, aby zobaczyć Kinga - ponieważ był bezsprzecznie największą gwiazdą w tym składzie - ale były i to się liczy.
Ponieważ nikt z Remaindersów nie traktował grania w zespole na poważnie, kapela zazwyczaj zbierała się przy okazji wydarzeń literackich, a dochód z koncertów przekazywali na cele charytatywne. W sumie zespół przekazał różnym organizacjom ponad dwa miliony dolarów. Niestety, w 2012 roku Goldmark zmarła na raka i zespół postanowił zakończyć działalność.
I na koniec nagły zwrot akcji - w 2019 roku zespół reaktywował się na potrzeby festiwalu książki Wordplay.
W najbardziej aktywnym okresie w skład Rock Bottom Remainders wchodzili:
MITCH ALBOM - klawisze i wokal
DAVE BARRY - gitara i wokal
SAM BARRY - harmonijka ustna
KATHI KAMEN GOLDMARK - chórek
MATT GROENING - chórek
GREG ILES - gitara i wokal
STEPHEN KING - gitara i wokal
JAMES MCBRIDE - saksofon
RIDLEY PEARSON - bas i wokal
AMY TAN - chórek
SCOTT TUROW - chórek
Stephen King podczas koncertu The Rock Bottom Remainders, Los Angeles, El Rey Theatre, 2012
Zdjęcia z koncertów i trasy możecie podziwiać w książce Mid-Life Confidential: The Rock Bottom Remainders Tour America with Three Chords and an Attitude, a kulisy powstania zespołu panowie (i panie) opisali w książce Hard Listening - pozycji podsumowującej karierę zespołu, z której dochód przeznaczono na opłacenie rachunków za leczenie Goldmark. Grupy można "posłuchać", wpisując ich nazwę w wyszukiwarkę... Ostrzegam, może być ciężko...
Idol...
Bruce Springsteen
Zacznę od anegdoty. Bruce Springsteen ma życiowego pecha. Otóż kilka lat temu mój znajomy, który prowadzi rockowe wycieczki po Londynie, pewnego dnia zabrał do ulubionej knajpy Bono wycieczkę Irlandczyków. Pech chciał, że akurat Bono siedział przy stoliku i jadł kolację w towarzystwie kolegi. Ian, mój znajomy, zapanował nad szalonymi Irlandczykami i wyprowadził ich, zanim zadusili ukochanego wokalistę. I kiedy był już szczęśliwy, że opanował pożar, okazało się, że jednej osoby brakuje. Wrócił do knajpy, ale jego zagubiony podopieczny zdążył już dopaść Bono i właśnie prosił kolegę wokalisty o zrobienie zdjęcia... Ian, zamiast dostać zawału, wybuchnął śmiechem. Okazało się, że podniecony Irlandczyk pomylił się i prosił o zdjęcie... Bruce'a Springsteena. Przytaczam tę anegdotę nie bez powodu. Otóż ulubionym wokalistą Kinga jest właśnie Bruce. Pewnego dnia, gdy jedli wspólnie kolację, do ich stolika podbiegła młoda kobieta. Springsteen sięgał już po długopis, kiedy ona wyrzuciła z siebie: "O Boże, mój Boże, panie King, czytałam wszystkie pana powieści!".
A już poważnie. King twierdzi, że Boss to jego muzyczne alter ego. Debiutowali niemal w tym samym czasie - Springsteen w 1973 roku, King rok później - pochodzili z biednych rodzin i całą swoją karierę koncentrowali na opisywaniu życia przeciętnej Ameryki. W wielu powieściach Kinga pojawiają się cytaty z piosenek Springsteena - cała Christine jest nimi naszpikowana, zwłaszcza z płyty Darkness on the Edge of Town; a jeden z bohaterów Bastionu, Larry Underwood, to tak naprawdę Bruce Springsteen. Bastion zresztą zawdzięcza Bossowi nie tylko bohatera i cytaty - z Jungleland - lecz także jedną z najbardziej przerażających scen, jaką napisał King, czyli przeprawę przez Lincoln Tunnel, łączący New Jersey, w którym wychował się Boss, z Nowym Jorkiem.
W miłości do muzyków King nie jest stały. Kiedyś kochał AC/DC, ale porzucił ich dla country rocka, a Phila Ochsa zamienił na Boba Dylana. Jedyną stałą w muzycznych fascynacjach Kinga jest Bruce Springsteen. W 1997 roku razem wystąpili na scenie, wykonując cover piosenki Gloria. King był tak zestresowany, że zapomniał akordów. Wszystkich trzech.
Film...
Ghosts, 1996, w reżyserii Stana Winstona, z Michaelem Jacksonem
Fajnie jest być Stephenem Kingiem. Człowiek siedzi sobie w kuchni, je płatki z mlekiem, a żona woła z pokoju: "Hej, Steve, telefon! Michael coś od ciebie chce...".
Tak mniej więcej wyglądała chwila, kiedy King został zaangażowany w projekt Ghosts. No, drobna różnica polegała na tym, że King nie siedział w domu, lecz w studiu filmowym. Był rok 1993. Wspólnie z Mickiem Garrisem pracował nad filmową adaptacją Bastionu. Kiedy zadzwonił telefon, słuchawkę podniosła asystentka, która nie mogła uwierzyć, z kim rozmawia. Gdy w końcu połączyła Jacksona z Kingiem, mistrz usłyszał ponoć takie zdanie: "Jestem twoim największym fanem i chciałbym, abyśmy wspólnie zrobili coś strasznego". Tak wspominał King pierwszy kontakt z Królem Popu w jednym z felietonów dla "Entertainment Weekly".
Idea była prosta. Jacksonowi marzyła się uwspółcześniona wersja Frankensteina. Zadanie Kinga polegało na wymyśleniu fabuły, która przeniosłaby opowieść o samotnym monstrum do współczesności. King pierwszy draft scenariusza napisał ponoć w trakcie rozmowy z muzykiem. Reżyserem odpowiedzialnym za projekt miał być Mick Garris, a efekty specjalne powierzono Stanowi Winstonowi. Tak sytuacja wyglądała na początku 1993 roku. Kilka miesięcy później wszystkie plany wzięły w łeb i projekt z najstraszniejszego filmu, jaki powstanie, zamienił się w emocjonalną fanaberię Jacksona, z której po kolei wycofywali się wszyscy zainteresowani.
A wszystko zaczęło się w chwili, gdy dentysta Evan Chandler oskarżył Jacksona o molestowanie jego syna Jordana. Był lipiec 1993 roku. Król Popu został publicznie zlinczowany, a jego wielką trasę koncertową odwołano. To był początek końca muzyka, który po trzech latach walki zawarł z Chandlerem ugodę w sądzie, wypłacając za milczenie piętnaście milionów dolarów.
Stres, w jakim żył Michael Jackson, nie pomagał w decyzjach twórczych, a Król Popu uparł się, aby Ghosts stało się swoistym manifestem jego niewinności i braku społecznego zrozumienia.
Kiedy wybuchła afera z Chandlerem, zdjęcia do projektu trwały już dwa tygodnie. W związku z zamieszaniem produkcję zawieszono. Krótka przerwa zamieniła się w trzyletni przestój, a z filmu wycofali się i King, i Garris. Ich decyzje nie były spowodowane brakiem wiary w Jacksona. Po prostu nie mogli czekać w nieskończoność, aż muzyk znajdzie czas i siły, by dokończyć zdjęcia. Tym sposobem reżyserem Ghosts został Stan Winston, a z pierwotnego scenariusza Kinga niewiele się ostało. Szkoda, bo być może gdyby King pilnował tekstu, nie znalazłyby się w nim niezręczne i - patrząc na całość z perspektywy oskarżeń o pedofilię - niesmaczne scenki jak ta, gdzie dzieci rozmawiają z postacią graną przez Jacksona o małych tajemnicach, o których nikt poza nimi wiedzieć nie musi...
Ghosts opowiada historię pewnego zaszczutego i niesłusznie oskarżonego samotnika, któremu małomiasteczkowy tłum każe opuścić ich sąsiedztwo. Fabuła jest tu szczątkowa i dość banalna. Wszystko sprowadza się do starego powiedzenia, aby nie osądzać książki po okładce. Co zostało z pomysłu Kinga? Na pewno nawiązania do filmowego Frankensteina i inne cytaty z filmów grozy.
Pisarz nie traktuje tej współpracy ze śmiertelną powagą, ale też nie odcina się od niej definitywnie. Ot, taka malutka i drobna współpraca między największymi w popkulturze. Dla potomnych nic z niej nie wynika. Nie zmienia ona także historii muzyki. Ale jest na czym przez pół godziny zawiesić oko. No i dzięki niefortunnym Ghosts King znów ustanowił rekord. Tym razem jego nazwisko trafiło do Księgi rekordów Guinnessa jako współtwórcy najdłuższego w historii teledysku.
Płyta...
Ghost Brothers of Darkland County, Stephen King, John Mellencamp, T. Bone Burnett; Hear Music, 2013
W 2013 roku, w cieniu zamieszania wokół powieści Joyland i Doktor Sen, ukazała się pierwsza w karierze Kinga płyta! Tak, Król Horroru wspólnie z Johnem Mellencampem i wybitnym producentem T. Bone Burnettem stworzyli wspólnie musical. Dodam, że musical zebrał entuzjastyczne recenzje w Stanach, a jego muzyka, wydana na płycie, jest więcej niż dobra.
O tym, że King kocha muzykę, już wiecie... Ghost Brothers of Darkland County nie jest już jednak zabawą pisarza w granie, lecz bardzo dobrą płytą komercyjną, na której gościnnie udzielają się takie gwiazdy jak Elvis Costello, Sheryl Crow czy sam Kris Kristofferson.
Przygoda Kinga z musicalem zaczęła się pod koniec ubiegłej dekady, kiedy amerykański muzyk John Mellencamp zaproponował mu napisanie historii do wymyślonego przez niego musicalu. Na jego pomysł wpadł w chwili, gdy dowiedział się, że letni domek, który kupił dla rodziny, jest podobno nawiedzony. Straszyć miały w nim duchy trzech chłopców, którzy zginęli w okolicy. A skoro w historii pojawiają się duchy, warunek powstania Ghost Brothers of Darkland County mógł być tylko jeden: Mellencamp skończy pracę nad muzyką, jeśli King zgodzi się napisać do niej historię. Król Horroru się zgodził, choć - co sam przyznawał - nie miał pojęcia, jak pisze się musicale.
Akcja toczy się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i oparta jest na prawdziwej historii dwóch braci zakochanych w tej samej dziewczynie. Jeden z nich przypadkowo zabija drugiego i kiedy pędzą z dziewczyną na złamanie karku do szpitala, wpadają na drzewo i giną na miejscu. Dorzućmy jeszcze duchy, fatum, duszne amerykańskie Południe, a otrzymamy czystą kingowską historię.
Powiem szczerze - bałem się tej historii i płyty, bo zazwyczaj romanse pisarzy z muzyką kończą się zupełnie niepiękną katastrofą. A tu niespodzianka. Płyta do musicalu jest świetna. T. Bone Burnett zadbał o rewelacyjną produkcję. Kompozycje brzmią mrocznie, gęsto i są przesiąknięte do cna klimatem amerykańskiego Południa. Trochę bluesa, trochę folku, ciut country, a przede wszystkim masa amerykańskiego rocka.
Jeśli nigdy nie lubiliście płyt Johna Mellencampa, Creedence Clearwater Revival, Krisa Kristoffersona, to ten album oczywiście was nie przekona. Trudno, wasza strata. Ale ja, przyglądając się wydanym w 2013 roku książkom Kinga - a wciąż uważam, że Doktor Sen to najlepsza popkulturowa opowieść o alkoholizmie i walkach z nawrotami, jaka powstała w ostatnich dekadach - dochodzę do wniosku, że ta płyta sprawia mi więcej przyjemności. Jest mroczniejsza, bardziej zaskakująca i wciągająca!
A na koniec...
Pięć albumów do słuchania podczas czytania powieści Kinga:
Darkness on the Edge of Town
Bruce Springsteen
Blonde on Blonde
Bob Dylan
The Doors
The Doors
Highway to Hell
AC/DC
Rust Never Sleeps
Neil Young
I jeszcze...
Pierwsza płyta Kinga
Singiel Hound Dog Elvisa Presleya kupił - choć sądząc po tym, że miał wówczas dziewięć lat, to raczej dostał - w okolicach 1956 roku.
NOCNA ZMIANA(NIGHT SHIFT)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Doubleday, 1978
Wydania polskie: Prima, 1994; Prószyński i S-ka, 2003; Albatros, 2005; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2018
Przełożył Michał Wroczyński
Najważniejszy zbiór opowiadań Kinga. A ukazał się... właściwie przez przypadek.
Chociaż powszechnie uznaje się Stany Zjednoczone za kraj, w którym opowiadania są solą literackiej ziemi i nikt nie ma problemów z ich wydawaniem, to prawda jest ciut inna. Otóż może i opowiadania są cenione i uznawane za wartościowe w świecie literatury wysokiej (jeśli coś takiego w ogóle istnieje), ale na rynku komercyjnym wydawcy boją się ich tak samo jak w Polsce. A przynajmniej bali się - do czasu wydania Nocnej zmiany.
Ta książka miała się nie ukazać, bo wydawnictwo Doubleday nie wierzyło w sprzedażowy potencjał krótkich form. Z kolei King, który karierę zaczynał od opowiadań, marzył, aby w końcu wydać teksty, które funkcjonowały rozproszone po magazynach. I to nie literackich, lecz przede wszystkim tych dla panów (czytaj: z dużą ilością golizny).
Kiedy okazało się, że dotychczasowy wydawca Kinga nie tylko nie był z nim do końca fair (nie wypłacono mu tantiem na blisko trzy miliony dolarów), to jeszcze domagał się absurdalnych interwencji w tekst powieści - jak przy Bastionie - King postanowił coś w swoim życiu zmienić. Pomógł mu w tym jego agent literacki Kirby McCauley, który wynegocjował opiewający na ponad dwa miliony kontrakt z wydawnictwem Viking. Tyle że aby kontrakt mógł wejść w życie, King musiał pozbyć się zaległości wobec Doubleday, czyli napisać dla nich dwie książki.
Nocna zmiana, która powstała jako spłata zobowiązań wobec wydawcy, okazała się nie tylko sprzedażowym hitem, ale i niezwykle ważnym tytułem w Kingowskiej bibliografii. Zamyka bowiem w symboliczny sposób zarówno etap zabiegania pisarza o sławę, jak i twórczości młodzieńczej.
Większość składających się na ten zbiór opowiadań powstała w czasach, gdy King walczył o uznanie, więc czytelnik czuje bijącą z nich z jednej strony frustrację związaną z poziomem życia, na jakie był skazany, z drugiej - niebywałą energię twórczą emanującą z każdego zdania. W zasadzie nie ma tu złego tekstu. Wszystkie są bardzo dobre albo wybitne. Wszystkie - poza Dolą Jerusalem - zostały sprzedane studiom filmowym. Ale co najważniejsze, zebrane w jeden tom, pokazują skalę talentu Kinga i jego wszechstronne zainteresowania literackie. A mamy tu i opowiadania SF (Jestem bramą), i klasyczny horror (Dzieci kukurydzy), i teksty podszyte absurdem (Pole walki), i czułe, wrażliwe opowieści z pogranicza dramatu i prozy obyczajowej (Kobieta na sali czy Ostatni szczebel w drabinie). Mamy też, co warto zauważyć, zapowiedzi przyszłych powieści. No bo przecież Nocny przypływ (oryginalnie opublikowany w 1969 roku) to nic innego jak wstęp do Bastionu, Czarny Lud (oryginalnie wydany w 1971 roku) jest zapowiedzią To, a Szara materia (wydana po raz pierwszy także w 1971) znajdzie wiele lat później rozwinięcie w powieści Łowca snów.
Nocna zmiana, Prima, 1994
Nocna zmiana, Albatros, 2015
Żadna późniejsza antologia tekstów Kinga - tych krótkich - nie będzie już tak spójna i zwarta. Czy ma to związek z tym, że wszystkie ukazały się już w czasach, gdy był pisarzem docenionym i majętnym? Być może. Sukces czasami rozleniwia. Ale wydaje się, że siła Nocnej zmiany wynika bezpośrednio z niemal namacalnego, autentycznego wkurwu i niezgody na życie. Te opowiadania to zapis walki pisarza z otaczającą go rzeczywistością i własnymi słabościami. W końcu większość z nich powstawała nocami, gdy wracał zmęczony po pracy w szkole i pralni (fabryce, myjni czy innych dziwnych miejscach, w których zatrudniał się do dorywczych prac). Zamykał się wtedy w pokoju, słuchał muzyki, pił piwo i pisał. A propos muzyki - zbiór miał nosić tytuł Night Moves, w hołdzie dla genialnej płyty Boba Segera. W ostatniej chwili King zmienił jego tytuł, do czego przekonał go przyjaciel Rick Hautala.
O najsłynniejszych ekranizacjach przeczytacie poniżej, lecz zanim do nich przejdziemy, pozwólcie, że omówię krótko cztery najważniejsze - moim zdaniem - teksty z tej antologii.
Jestem bramą
Punkt wyjścia jak w klasycznym starym science fiction. Misja na Wenus, o której opowiadają nam zaangażowani w nią astronauci. Wszystko miało być idealnie, ale jak wiemy... gdy coś idzie zbyt dobrze, musi się schrzanić. I tak fantastyka zamienia się w horror. To opowiadanie nie tylko pokazuje, jak wielkim fanem tekstów fantastycznych był King. Przede wszystkim jest dowodem na to, że od najmłodszych lat próbował łamać schematy gatunkowe. Mamy więc i horror, i sekwencje rodem z Obcego... choć Ridley Scott za Obcego wziął się siedem lat później.
Czarny Lud
Wspomniałem już, że jest to tekst zwiastujący To, ale nie tylko. To przede wszystkim świetne opowiadanie grozy, w którym King sprawnie buduje fabułę, by potem w kilka chwil pokazać, że nic z tego, co nam się wydawało, nie jest prawdą. A opowieść jest prosta - w gabinecie psychiatry pewien mężczyzna opowiada o śmierci swoich dzieci. Myślał, że przeżył już najgorszy horror, lecz prawdziwa groza czeka go właśnie tu, na pozornie bezpiecznej kozetce.
Truskawkowa wiosna
Perła suspensu i mistrzowski przykład na budowanie zwrotów akcji. Akademicki kampus. Seryjny morderca zabija studentki. O wszystkim tym opowiada bezimienny narrator, który wspomina czasy młodości. Im dłużej słuchamy jego historii, tym większy niepokój w nas budzi... Aż do puenty.
Wiem, czego ci potrzeba
Pierwsze opowiadanie Kinga napisane dla "Cosmopolitana". I zarazem jedno z pierwszych podejść autora Miasteczka Salem do tworzenia pełnokrwistych postaci kobiecych. Główną bohaterką jest Elisabeth Rogan, młoda, piękna studentka, która pewnego dnia poznaje chłopca marzeń... A że za marzenia płaci się najwyższą cenę...
EKRANIZACJE OPOWIADAŃ Z NOCNEJ ZMIANY
Dzieci kukurydzy(Children of the Corn)
1984, w reżyserii Fritza Kierscha, z Lindą Hamilton, Peterem Hortonem i Johnem Franklinem
A dziecię ich powiedzie...
To musiało nastąpić. Po jednej telewizyjnej i sześciu kinowych świetnych adaptacjach prozy Kinga musiała pojawić się pierwsza zła. Dzieci kukurydzy, choć stały się gigantycznym hitem kinowym - przy niespełna milionowym budżecie zarobiły blisko czternaście milionów - były nie tylko zapowiedzią powoli nadciągającej tak zwanej "czarnej serii" Kingowskich ekranizacji, ale też przede wszystkim niemal podręcznikowym przykładem, jak będą zazwyczaj w przyszłości ekranizowane opowiadania Kinga. Czyli? Ano niechlujnie, z dopisaną na siłę fabułą i dorzuconymi krwawymi - niepotrzebnymi - scenami, które maskują brak treści.
Początkowo nad scenariuszem do Dzieci kukurydzy pracował sam King, który ponoć dopisał do krótkiego opowiadania historię dzieci z mieściny Gatlin i rozbudował postacie Burta i Vicky - przypadkowych turystów, którzy trafiają do opuszczonego miasteczka w Nebrasce. Skrypt jego autorstwa nie przypadł jednak do gustu producentom i zdecydowali się na scenariusz o wiele prostszy i bardziej krwawy. A przede wszystkim zmieniający oryginalne ponure zakończenie opowiadania.
Warto dodać, że film Kierscha nie był pierwszą adaptacją tekstu Kinga (napisanego w 1977 roku dla magazynu "Penthouse"). Rok wcześniej sięgnął po niego młody reżyser John Woodward, który na podstawie Dzieci kukurydzy zrealizował nowelkę filmową Disciples of the Crow - drugie filmowe dollar baby - tyle że nie doczekała się ona prawdziwej dystrybucji kinowej i o jej istnieniu wiedzieli tylko wybrani. Producenci filmu Kierscha najwyraźniej do nich nie należeli - gdyby było inaczej, być może przyszłoby im do głowy, że nastrój i klimat o wiele prościej i lepiej buduje się na niedopowiedzeniach niż poprzez rzucanie widzom potworów pod nos.
Tytułowe Dzieci kukurydzy to mali mordercy, dzieciaki, które wybiły wszystkich dorosłych w miasteczku Gatlin, oddając tym samym cześć żyjącemu na polach kukurydzy tajemniczemu bóstwu, zwanemu "Ten, który kroczy między rzędami". Przywódcą dzieci jest charyzmatyczny młodociany pastor Isaac. Kiedy Vicky i Burt, podróżujący samochodem przez Nebraskę, potrącają małego chłopca, nie mają pojęcia, że szukając w opuszczonym Gatlin pomocy, wkroczą w sam środek piekła.
Obsesje religijne, tajemnicze bóstwo, kult, dziwne dzieci, opuszczone miasteczko - z tych elementów można było sklecić całkiem sprawny horror. Ale twórca Dzieci kukurydzy nie miał na to pomysłu i brakowało mu warsztatu. Jego film to tak naprawdę zbiór scenek, które teoretycznie mają budować napięcie, a w praktyce niemiłosiernie nudzą. Kiedy po siedemdziesięciu minutach projekcji w końcu dobijamy do puenty, jej kuriozalność nie robi wrażenia. Przyjmujemy ją raczej z ulgą i wytchnieniem.
No dobra, skoro film jest taki zły, to jakim cudem pośród wszystkich Kingowskich ekranizacji doczekał się największej liczby kontynuacji (siedmiu) i remake'u? - zapyta ktoś przytomnie. Na to pytanie można odpowiedzieć w sposób absurdalny, czyli zgodnie z teorią głoszoną przez uniwersyteckiego wykładowcę Tony'ego Magistrale'a, iż Dzieci kukurydzy to alegoria wojny w Wietnamie, która wciąż żywo oddziałuje na wyobraźnię Amerykanów. (Przyszło mu to do głowy po tym, jak odkrył, że w Gatlin znajdowała się szkoła imienia JFK, a główny bohater był weteranem).
Moja, mniej wydumana, teoria tłumacząca fenomen Dzieci kukurydzy brzmi następująco: film doczekał się tylu kontynuacji, ponieważ od zarania gatunku horrory z dziećmi cieszą się ogromnym powodzeniem. Tu dodatkowo jest element satanistyczny, który dodaje historii grozy. Niemały wpływ na kontynuacje ma zapewne także fakt, że w większości są one - podobnie jak oryginał - niezwykle tanie... Dzieci, diabeł, mały budżet i nazwisko Kinga - murowany (no, kukurydziany) hit.
Dzieci kukurydzy 2: Ostateczne poświęcenie(Children of the Corn II: The Final Sacrifice)
1992, w reżyserii Davida Price'a, z Terence'em Knoxem, Ryanem Bollmanem i Nedem Romero
Dzieciaki zostały same w domu, ale rodzice już nie wrócą.
Kolejna franczyza, która poza tym, że jej twórcy korzystają z elementów zapożyczonych z opowiadania Kinga, niewiele ma wspólnego z oryginałem. Jedynym, co łączący wszystkie filmowe części Dzieci kukurydzy, jest demon - "Ten, który kroczy między rzędami".
Druga część kontynuuje wątki pierwszego filmu. Po rzezi w Gatlin mieszkańcy sąsiedniego miasteczka postanawiają przygarnąć ocalone dzieci. Nieszczęśni nie wiedzą, co czynią. Wraz z dziećmi bowiem pod swoje strzechy zapraszają "Tego, który kroczy między rzędami". Co wydarzy się dalej? Spróbujcie zgadnąć sami.
Jedyną ciekawostką, jaką można przytoczyć, pisząc o tym schematycznym i tanim horrorze, jest plotka o rzekomych protestach chrześcijańskiej społeczności z miasteczka, w którym kręcono film. Ponoć oburzeni wierni stanęli murem u drzwi lokalnego kościoła, zakazując ekipie kręcenia zdjęć wewnątrz świątyni. Tym sposobem budżet filmu podskoczył do kilkuset tysięcy, producenci musieli bowiem wybudować własny kościół. Co się z nim później stało - nie wiadomo.
Ponieważ do dziś Dzieci kukurydzy doczekały się siedmiu kontynuacji, myślę, że wypada je wszystkie przynajmniej wymienić. A więc trzy lata po Ostatecznym poświęceniu (które, jak widać, nie było ostateczne) powstały Dzieci kukurydzy III: Miejskie żniwa lub Miejscowy żniwiarz (1995) - film, w którym po raz pierwszy swoją twarz pokazała światu Charlize Theron. Pokazała, bo jej rola wyznawczyni "Tego, który kroczy między rzędami" nie wymagała od niej wypowiadania choćby jednego słowa. Rok później zrealizowano Dzieci kukurydzy IV: Zgromadzenie (1996), gdzie z demonem walczyła Naomi Watts. Potem przyszła pora na Dzieci kukurydzy V: Pola grozy i groźną Evę Mendes (1998), Dzieci kukurydzy VI: Powrót Isaaca (1999), gdzie pojawiła się znana z Carrie Nancy Allen, Dzieci kukurydzy VII: Objawienie (2001), Dzieci kukurydzy VIII: Geneza (2011). Chociaż podtytuł tego ostatniego sugeruje powrót do korzeni, film wciąż nie ma nic wspólnego z opowiadaniem Kinga. W 2018 roku ostatnim rzutem na taśmę wytwórnia Dimension Films spróbowała reanimować serię po raz ostatni, tworząc Dzieci kukurydzy: Ucieczka (2018). Reżyserię powierzono Johnowi Gulagerowi, sprawnemu rzemieślnikowi grozy, twórcy Krwawej uczty, lecz i on poległ; walczył jednak i widać w tym filmie minimalny pomysł na nadanie opowiadanej historii jakiegokolwiek sensu. A piszę "po raz ostatni", bo prawa do Dzieci kukurydzy nareszcie wracają do Kinga i nie zapowiada się, by dał szybko zgodę na kolejną kontynuację...
Dzieci kukurydzy(Children of the Corn)
2009 (kanał SyFy), w reżyserii Donalda Borchersa, z Davidem Andersem, Kandyse McClure i Prestonem Baileyem
Ponowne narodziny klasycznego horroru...
Intrygująca ciekawostka: po gigantycznej ilości sequeli opowiadanie Dzieci kukurydzy doczekało się... pierwszej pełnometrażowej "niemal" wiernej adaptacji.
Jej twórca, Donald Borchers, okazał się fanem opowiadania i jako jeden z nielicznych Amerykanów zauważał pewne drastyczne nieścisłości między tym, co napisał King, a tym, co pokazywano w kinach i telewizji. Zanim przystąpił on do realizacji swojego projektu, wysłał do Kinga list, w którym prosił o pomoc przy pracy nad adaptacją. Zamiast błogosławieństwa czy choćby dobrego słowa, otrzymał pismo od prawnika Kinga, w którym dobitnie nakazano mu zostawić pisarza w spokoju, bo ten nie chce mieć nic wspólnego z Dziećmi kukurydzy. Co ciekawe, Borchers nie poczuł się urażony ani zniechęcony i z zapałem rzucił się w wir pracy. Jego ambicją było stworzenie filmu, który z jednej strony oddawałby sprawiedliwość tekstowi Kinga, z drugiej był komentarzem do współczesności, której zmorą stały się sekty religijne. I postawił na swoim, bo w końcu nazwisko Kinga widnieje w początkowych napisach jako współtwórcy scenariusza. Ale jak doszło do porozumienia między panami - wiedzą tylko oni.
Na ile Borchersowi udało się zrealizować swoje cele? Biorąc pod uwagę fakt, że opowiadanie Kinga nie należy do najwybitniejszych (czego większość Amerykanów jakoś nie chce zauważyć), film wyszedł mu całkiem sprawnie.
Tak jak w opowiadaniu, akcja toczy się tu w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w okolicach miasteczka Gatlin, a główni bohaterowie to młode, przechodzące kryzys małżeństwo. On - weteran - ma problem z dostosowaniem się do rzeczywistości, ona nie potrafi go zrozumieć. Zachowano nawet - co niespotykane - posępne i mroczne zakończenie oryginału.
Mimo to ta wersja Dzieci kukurydzy (choć bezsprzecznie najlepsza ze wszystkich adaptacji) nie rzuca na kolana. Przede wszystkim dlatego, że jest to kolejny film na siłę rozdmuchany pustymi scenami. Sam tekst Kinga jest krótki i wystarcza na filmową nowelkę. Jeśli chce się zamienić ją w film pełnometrażowy, trzeba szyć po swojemu. W tym wypadku mamy do czynienia z ciągnącymi się w nieskończoność długimi ujęciami pól kukurydzy nocą. Nie przeczę, że gdzieś na świecie istnieją miłośnicy oglądania łanów kukurydzy przy świetle księżyca, ale mam czelność twierdzić, że należą jednak do mniejszości. Ale tak czy siak - z pomocą przycisku "Przewiń" nowe Dzieci kukurydzy da się obejrzeć. Czego, niestety, nie można powiedzieć o mutujących w błyskawicznym tempie sequelach pierwszego kinowego filmu.
Oko kota(Cat's Eye)
1985, w reżyserii Lewisa Teague, z Drew Barrymore, Jamesem Woodsem i Robertem Haysem
Gra w kotka i myszkę, jakiej do tej pory nie widziałeś.
Drugi po Koszmarnych opowieściach film, do którego scenariusz napisał osobiście King, i zarazem druga antologia krótkich nowelek filmowych opartych na jego opowiadaniach. No i jeszcze druga adaptacja prozy Kinga zrealizowana przez Lewisa Teague... Oko kota nie jest produkcją tak mroczną i drapieżną jak Cujo, ale nie ma tego złego... Bo to wcale nie oznacza, że jest gorszą.
Drew Barrymore, Oko kota, 1985
Oko kota to, podobnie jak Koszmarne opowieści, bardziej zabawa niż poważny film. W pierwszej nowelce, Quitters, Inc., z kapitalnym neurotycznym Jamesem Woodsem, przyglądamy się, jak grany przez niego bohater próbuje rzucić palenie. Do tej pory nie poradził sobie z nałogiem sam, a zatem oddaje się w ręce specjalistów - firmy Quitters, Inc. Nieszczęsny nie wie, że jej pracownicy rzucanie palenia traktują śmiertelnie poważnie. W drugiej nowelce, Gzyms, bogaty gangster proponuje pewną grę kochankowi swojej lubej. Otóż będzie on mógł odejść z kobietą i pieniędzmi, jeśli przespaceruje się po tytułowym gzymsie. Naszego bohatera czeka długi i bardzo ciężki spacer. W trzeciej, tytułowej, znów pojawia się młoda Drew Barrymore (zdjęcia kręcono równocześnie ze zdjęciami do Podpalaczki, a producent Dino De Laurentiis miał nadzieję, że Drew zostanie wielką gwiazdą związaną z jego studiem). Tym razem gra małą dziewczynkę - zmieniono płeć bohatera opowiadania - na której życie dybie wredny troll. Na szczęście dziewczynka znajdzie pewnego kota przybłędę, który zajmie się nieproszonym gościem. I to kot, który zresztą pojawia się w każdej nowelce, jest tak naprawdę głównym bohaterem filmu.
Oczywiście w porównaniu z Koszmarnymi opowieściami mniej tu opowieści nadprzyrodzonych (raptem jedna), ale za to z ekranu emanuje podobna radość, jaką musieli odczuwać twórcy filmu na planie zdjęciowym. Oko kota nie próbuje udawać wielkiego dzieła, nikt tu się nie napina i nie stroszy. Za to każda historyjka płynnie przechodzi w następną, bawiąc i strasząc na zmianę.
Warto wspomnieć o jednym drobnym, acz niebywale ważnym szczególe. Oko kota było pierwszą ekranizacją prozy Kinga, w której filmowa rzeczywistość jest niebywale silnie powiązana z rzeczywistością kreowaną przez Kinga w powieściach. Mamy tu zatem masę drobnych dowcipnych nawiązań, które wychwycą tylko ci, którzy znają twórczość Króla Horroru na wylot. Na przykład na zderzaku samochodu pojawia się naklejka z napisem: "Uważaj na mnie. Jestem czystym złem. Jestem CHRISTINE". James Woods ogląda w telewizji Martwą strefę, krzycząc przy tym: "Kto pisze takie gówno?". Bohaterski kot ucieka przed wściekłym bernardynem, jedna z bohaterek czyta Cmętarz zwieżąt, a akcja trzeciej nowelki osadzona jest w tej samej mieścinie co opowiadanie Ciężarówki. W 1985 roku nikt nie miał jeszcze pojęcia o filmowym postmodernizmie, więc metaliterackie i metafilmowe zabawy Lewisa Teague były czymś nowym i niespotykanym. Być może dlatego nikt wówczas nie zwrócił na nie zbytniej uwagi. Co nie zmienia faktu, że Oko kota to pierwsza ekranizacja tekstów Kinga, która bawiąc się w cytaty z jego twórczości, pokazuje, jak rozbudowany, ale i zarazem spójny świat stworzył Król Horroru.
Cóż jeszcze mogę dodać... Oko kota okazało się kinowym hitem, nominowano je do kilku branżowych nagród - między innymi do International Fantasy Film Award - i przy okazji było także pierwszym filmem opartym na prozie Kinga, który otrzymał kategorię wiekową PG-13. I jeszcze jedno: mimo sporego - prawie siedmiomilionowego - budżetu twórców filmu nie było stać na wykupienie praw do wykorzystania piosenki Every Breath You Take grupy The Police. To, co słyszycie w filmie, jest bardzo sprawną i bardzo podobną przeróbką... Jak widać, nazwisko King nie otwierało jednak wszystkich drzwi. Na pewno nie tych do portfela i serca Stinga.
Maksymalne przyspieszenie(Maximum Overdrive)
1986, w reżyserii Stephena Kinga, z Emiliem Estevezem, Patem Hingle'em i Laurą Harrington
Kto kim rządzi?
Po pierwszych scenariuszach, próbach aktorskich i przyglądaniu się produkcji filmów King musiał wreszcie spróbować zostać reżyserem. Zresztą w chwili, gdy zdecydował się na ten krok - z maleńką pomocą producenta Dino De Laurentiisa, który, nie wiedzieć czemu, wierzył, że King będzie wirtuozem reżyserii - był już w Stanach literackim bogiem. Jego powieści biły rekordy popularności, filmy oparte na nich także, no i wystąpił w reklamie kart kredytowych, stając się tym samym "najstraszniejszą twarzą American Express". Próżność lubi być zaspokajana. Pijana próżność wręcz się tego domaga. A więc King zdecydował się udowodnić światu, że oprócz tego, że jest wielkim pisarzem, jest także wielkim reżyserem.
Na filmowy debiut wybrał adaptację własnego opowiadania Ciężarówki. Już wspominałem, że opowiadanie to niebezpiecznie balansowało na pograniczu plagiatu filmowej nowelki A Thing About Machines. Aby odciąć się od spekulacji i porównań ze Strefą mroku, King zdecydował się pójść na całość. Jego film z założenia nie miał powoli budować napięcia, nie miał stopniowo wprowadzać widza w koszmarny świat, w którym maszyny przejęły władzę nad ludźmi. Co to, to nie. Zgodnie z tytułem, miał być szybki i ostry jak brzytwa. Filmowa makabra skumulowana w dziewięćdziesięciu minutach projekcji. Może i ten eksperyment mógłby się udać, gdyby King posiadał jakikolwiek zmysł filmowy. Tego, niestety, mu zabrakło i tak powstał jeden z najbardziej kuriozalnych filmów grozy lat osiemdziesiątych, jeśli nie wszech czasów. Jak sam King przyznał podczas wywiadów promujących serial Pod kopułą - Maksymalne przyspieszenie było najgorszą adaptacją jego prozy, jaka powstała.
Akcja toczy się dziewiętnastego czerwca 1987 roku w sennej mieścinie Wilmington. Tego dnia nad planetą Ziemia przelatuje kometa Rhea-M, która, jak się okazuje, bardzo dziwnie oddziałuje na wszelkie maszyny. Pod wpływem promieniowania z jej ogona ciężarówki, elektryczne noże czy karabiny maszynowe zaczynają pałać nienawiścią do swoich twórców. Na własnej skórze przekona się o tym garstka nieszczęśników, która utknie na stacji benzynowej.
To, że film jest kompletnie nielogiczny - chociaż wszystkie samochody się buntują, jakimś cudem para nowożeńców może jednym jechać dość długo - nie jest jego najgorszym grzechem. Najgorszy jest totalny chaos. King nie potrafi prowadzić postaci. Każdy z bohaterów to dziwaczna samotna wyspa, na dodatek przerysowana i niezamierzenie karykaturalna. Akcja rwie się i plącze. Bohaterowie przemieszczają się z jednego miejsca w drugie zupełnie bez celu i sensu. No i jeszcze te kompletnie surrealistyczne, pełne okrucieństwa sceny, które miały przerażać, a w rzeczywistości bawią. Kobieta walcząca z elektrycznym nożem, zły karabin, niemal dysząca ciężarówka... Przykłady można ciągnąć bez końca. Scena erotyczna? Oczywiście jest. Po co? Tego już nie wie nikt.
Stephen King na planie Maksymalnego przyspieszenia, 1986
Za jakość filmu w dużej mierze odpowiedzialny był stan emocjonalny Kinga. Tkwił wtedy po uszy w kokainowym i alkoholowym nałogu, na plan przychodził na zmianę pijany lub skacowany. Ekipa, wykorzystując niedyspozycję reżysera, także nie wylewała za kołnierz. Zresztą po części za przyzwoleniem Kinga. W filmie jest scena, w której eksploduje ciężarówka z piwem. King uznał, że puste puszki będą lepiej latały, i ekipa musiała w ramach obowiązków opróżnić je metodą doustną.
W takich warunkach nie mógł powstać film wybitny. Za to o wypadki nie było trudno. Nóż elektryczny naprawdę poranił aktorkę, a operator stracił podczas kręcenia Maksymalnego przyspieszenia oko. Jest zabawa - jest i cena za nią.
Kiedy film trafił do kin, został wyśmiany przez krytyków, a King dostał nominację do Złotej Maliny dla najgorszego reżysera. Po przygodzie z Maksymalnym przyspieszeniem przyznał uczciwie, że na kręceniu filmów się nie zna, i po raz drugi nie podjął się już reżyserii.
Ale żeby nie było, że piszę tylko o rzeczach koszmarnych i złych. Otóż plan Maksymalnego przyspieszenia, czyli stacja benzynowa, był ponoć tak perfekcyjny, że co jakiś czas zajeżdżali do filmowców prawdziwi kierowcy, którzy chcieli napoić swoje zwyczajne samochody. Jak widać, magia nawet koszmarnego filmu potrafi oddziaływać na rzeczywistość.
Trucks
1997, w reżyserii Chrisa Thomsona, z Timothym Busfieldem, Brendą Bakke, Aidanem Devine'em
Skręcisz, umrzesz!
Pamiętacie Maksymalne przyspieszenie, reżyserski debiut Kinga? Otóż wyobraźcie sobie, że są tacy, którzy nie pamiętają, jak kończy się adaptacja opowiadania Ciężarówki. Nie wiadomo, jaki cel przyświecał producentom telewizyjnego filmu Trucks, który w zamyśle autorów miał być... pilotem serialu. Być może chcieli udowodnić światu, że potrafią lepiej od Kinga. Nie potrafią. Za to udało im się coś przedziwnego - zrealizowali film jeszcze gorszy niż "arcydzieło" pisarza. To będzie najkrótszy tekst o adaptacji filmowej w tej książce.
UCIEKAĆ OD TEGO FILMU JAK NAJDALEJ, JEŚLI NIE CHCECIE SIĘ ZANUDZIĆ NA ŚMIERĆ!!!
Cmentarna szychta(Graveyard Shift)
1990, w reżyserii Ralpha S. Singletona, z Stephenem Machtem, Davidem Andrewsem i Bradem Dourifem
To żyje. Ale już niedługo.
Z wszystkich złych ekranizacji opowiadań i powieści Kinga Cmentarna szychta należy moim zdaniem do szlachetnego grona guilty pleasures. Jest zła, koszmarna, niesmaczna i głupia. Ale jak wybornie się ją ogląda!
Opowiadanie Cmentarna szychta King napisał, gdy pracował w pralni i nocami stukał na maszynie teksty, marząc o byciu pisarzem. Jak przyznał po latach, zostało zainspirowane opowieściami, które słyszał od pracowników fabryki bawełny, gdzie także przyszło mu kiedyś pracować. Ponoć w podziemiach tej fabryki grasowały gigantyczne szczury, a pracownicy po godzinach zostawali, aby za dodatkowe pieniądze na nie polować...
U Kinga mamy zatem i posępną fabrykę bawełny, i wielkie szczury, i ekipę wyruszającą na nocne łowy. Nieszczęśnicy nie wiedzą jednak, że w podziemiach przyjdzie im się zmierzyć nie tylko ze zwykłymi szczurami, ale też z gigantycznym potworem.
Ten tekst zdecydowanie nie należy do najlepszych. To klasyczna opowieść grozy, pełna stworów, krwi i czarnego humoru. Podobnie zresztą jak oparty na jej motywach film. O ile jednak horrorowy kicz w opowiadaniu Kinga bawi i jest sprawnie wygrany, o tyle w filmie...
No cóż, jeśli potraktujemy Cmentarną szychtę poważnie, to należy ten film omijać łukiem jak najszerszym. Prezentuje sobą wszystko, co najgorsze w filmowej grozie. Potwór jest kuriozalny, postacie... hm... Jakie postacie! To raczej osoby, które przewijają się przez plan, aby akcja mogła przeć naprzód. Dodajmy do tej litanii jeszcze zamglone cmentarzysko, stare ruiny, mokradła i demonicznego deratyzatora - wyrzutka, który podejmuje się trudnego zadania.
Plakat do filmu Cmentarna szychta, 1990
A więc film jest zły, nawet bardzo zły i przez to, paradoksalnie, aż piękny. Ralph Singleton tak mocno starał się nakręcić film straszny, że jego Cmentarna szychta nagle zamieniła się w parodię gatunku, która bawi do łez. Oczywiście nie będę nikogo namawiał do testowania tego filmu na sobie, ale... jeśli macie ochotę przekonać się na własne oczy, jak z prostego opowiadania nakręcić absurdalny film, to polecam. Finałowa scena z puszkami na długo zapadnie wam w pamięć.
A co na to King? Nazwiska z czołówki nie wycofał, ale też nie chwali się tą ekranizacją w wywiadach. Zresztą nie ma za bardzo czym. Cmentarna szychta była pierwszą spektakularną klapą finansową w historii ekranizacji Kinga. Film kosztował dziesięć milionów (pytam się: na co oni wydali te pieniądze?), a do dziś zarobił raptem jedenaście.
Oni czasami wracają(Sometimes They Come Back)
1991, w reżyserii Toma McLoughlina, z Timem Mathesonem, Brooke Adams i Robertem Ruslerem
Smętarzem dla zwierzaków i Misery King przeraził cię na śmierć. Teraz przerazi cię z powrotem do życia.
Telewizyjna adaptacja opowiadania Czasami wracają, które początkowo miało zostać zekranizowane jako nowelka wchodząca w skład Oka kota, ale producent tamtego filmu, Dino De Laurentiis, uznał, że ta opowieść ma w sobie potencjał na film pełnometrażowy. I tak sześć lat później prosta historia o nauczycielu nękanym przez duchy z przeszłości została zrealizowana przez McLoughlina na zlecenie stacji CBS. Jedną z głównych ról zagrała Brooke Adams, która wcieliła się w ukochaną Johna Smitha z ekranizacji Martwej strefy, i w zasadzie powtórzyła tu swoją rolę zakochanej w bohaterze kobiety.
Oni czasami wracają to średniak, z którym nie wiążą się ani jakieś szczególnie zabawne anegdoty, ani nie odgrywa istotnej roli w filmografii Kinga. Jak na film telewizyjny, jest zrealizowany bardzo starannie, choć, niestety, rozdmuchana do dziewięćdziesięciu minut fabuła w pewnym momencie zaczyna nużyć.
Co jednak ciekawe, Oni czasami wracają - podobnie jak nieszczęsne Dzieci kukurydzy - poza Stanami Zjednoczonymi odniósł spory kasowy sukces, zamienił się więc w filmowy cykl, w którego skład wchodzą obecnie trzy tytuły. Dwa pozostałe to Czasem oni wracają... Ponownie (1996) i Czasem oni wracają... Po więcej (1998). Obu filmów, poza tytułem i podobną konstrukcją fabularną - bohater nękany przez upiory z przeszłości, które nabrały realnych kształtów i zabijają, zabijają, zabijają... - nic z Kingiem nie łączy i nie ma większego sensu o nich pisać. No, chyba że z dziennikarskiego obowiązku wypada wspomnieć, że w drugiej części oblubienicę rogatego zagrała młodziutka Hilary Swank, a trzecia część była próbą połączenia wyreżyserowanego przez Johna Carpentera Coś z Kingowskim pomysłem na zemstę zza grobu.
Po latach sam King nabijał się w wywiadach z serii, mówiąc, że zapewne następny film z tego cyklu będzie miał tytuł Oni czasem wracają... Po hamburgery... Żarty żartami, kpina kpiną, ale tantiemy za użycie nazwiska i odniesienia do opowiadań płyną, płyną...
Kosiarz umysłów(The Lawnmower Man)
1992, w reżyserii Bretta Leonarda, z Pierce'em Brosnanem, Jeffem Faheyem i Jenny Wright
Bóg stworzył go prostaczkiem. Nauka uczyniła z niego boga.
Kosiarz umysłów to ostateczny dowód na to, że King stał się człowiekiem instytucją, marką samą w sobie. To także podręcznikowy przykład na to, jak wielka awantura może wybuchnąć, gdy ktoś zacznie, bez zgody zainteresowanych, czerpać profity z marki.
Otóż w latach siedemdziesiątych Stephen King napisał krótkie, zabawne opowiadanie Kosiarz trawy, w którym pewien mężczyzna zamawia strzyżenie przydomowego trawnika. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, człowiek, który strzyże trawę, nagle rozbiera się do naga. Zleceniodawca interweniuje ostro, nie mając pojęcia, że kosiarz to tak naprawdę satyr, który składa go w krwawej ofierze Panowi. Ponieważ King w latach osiemdziesiątych masowo wyprzedawał prawa do opowiadań różnym wielkim wytwórniom, zapomniał, że Kosiarz trawy został kupiony przez New Line Cinema.
Niestety, szefowie wytwórni o tym pamiętali. W poszukiwaniu pomysłu na nowy film wygrzebali z szuflady opowiadanie Kinga i... połączyli je z futurystyczną opowieścią o szalonym naukowcu, pracującym nad sztuczną inteligencją i wirtualną rzeczywistością. Ponieważ gotowy scenariusz nie miał nic wspólnego z tekstem Kinga - poza sceną, w której jeden mężczyzna zabija drugiego kosiarką - dorzucili do niego Kingowską rządową agencję Sklepik i fantastyczny horror o człowieku z kompleksem Boga, po czym całość podpisali bezczelnie: "Kosiarz umysłów Stephena Kinga". Pod takim tytułem film Leonarda trafił do kin, a prawnicy Kinga błyskawicznie trafili do lokalnego sądu z pozwem. Po dwóch procesach New Line Cinema otrzymało zakaz dystrybucji pod takim tytułem. Sąd nakazał im także usunąć nazwisko Kinga z napisów początkowych.
Pierce Brosnan i Jeff Fahey w Kosiarzu umysłów, 1992
Jeśli zatem kiedyś zdarzy wam się obejrzeć wersję Kosiarza umysłów z dopiskiem "Stephen King" - uważajcie! Oglądacie wersję nielegalną i zakazaną.
A sam film? Choć nie jest to obraz wybitny, trzeba przyznać, że afera z nadużyciem nazwiska Kinga przyćmiła główne walory tej produkcji. Jakkolwiek na to spojrzeć - był to pierwszy film, który w tak dużej mierze opierał się na animacji komputerowej. Owszem, raczkującej i dziś wyglądającej topornie, ale jednak animacji. Do tego mamy Pierce'a Brosnana w roli naukowca i Jeffa Faheya jako obiekt jego eksperymentów. Na niego warto zwrócić uwagę, bo Kosiarz umysłów pokazuje, że tlił się w nim materiał na znakomitego aktora. Nie było mu dane rozwinąć talentu i kilka lat po premierze tego filmu trafi na listę aktorów klasy C. Szkoda.
Mimo całego zamieszania Kosiarz umysłów okazał się hitem. W 1996 roku doczekał się kontynuacji Kosiarz umysłów 2: Ponad cyberprzestrzenią. I to jest dopiero zły film!
Maglownica(The Mangler)
1995, w reżyserii Tobego Hoopera, z Robertem Englundem, Tedem Levine'em i Danielem Matmorem
Wpadłeś w jej tryby.
Jeśli takie filmy jak Skazani na Shawshank pomagały Kingowi zmienić wizerunek, to obrazy w rodzaju Maglownica te starania skutecznie niwelowały. Choć akurat po filmie reżyserowanym przez Tobego Hoopera można było się tego spodziewać. Twórca Teksańskiej masakry piłą mechaniczną od 1982 roku, czyli premiery Ducha, nie nakręcił jednego dobrego filmu, za to z obrazu na obraz pogrążał swoje nazwisko, niegdyś tak wiele znaczące dla filmowej grozy. Jeśli ktoś miał nadzieję, że powrót do twórczości Kinga - bo przecież na podstawie Miasteczka Salem nakręcił świetny serial - będzie równoznaczny z powrotem do formy, to po premierze Maglownicy szybko porzucił wszelkie złudzenia.
Ten film jest tak zły, jak tylko potrafi być zły tani, nieśmieszny film grozy. Już sam pomysł wyjściowy, czyli opowiadanie Magiel, nie należy do szczytowych osiągnięć Kinga. Powstało na początku kariery pisarza, a bezpośrednią inspiracją do jego napisania była praca Kinga w dużej pralni chemicznej. Poznał tam człowieka, który stracił obie dłonie, gdy maszyna do maglowania wciągnęła mu krawat, a on próbował go wyciągnąć. Mimo kalectwa mężczyzna wciąż pracował w pralni, a zamiast dłoni miał dwa haki. Demoniczny inwalida, opętany przez złe siły magiel... O tym właśnie było to opowiadanie.
Z odrobiną poczucia humoru można by na jego podstawie stworzyć zabawny film grozy z zabójczym przedmiotem jako głównym negatywnym bohaterem. Pech chciał, że Hooper okazał się twórcą pozbawionym poczucia humoru i dystansu do opowiadanej historii. Potworna maglownica ocieka u niego smarem i domaga się krwi. Jakby tego było mało, po drugim planie snuje się przesadnie ucharakteryzowany Robert "Freddy" Englund, a film z minuty na minutę coraz mocniej irytuje.
Nie jest to rodzaj złego filmu, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku Cmentarnej szychty. To po prostu śmiertelnie nudny i śmiertelnie poważny horror o fabule dziurawej jak autostrada łącząca Kraków i Katowice. Co o tyle zaskakuje, że sam King nadzorował i akceptował zmiany w fabule, polegające na przykład na rozbudowaniu niektórych postaci.
A na koniec niespodziewany żart od losu. Cóż z tego, że Maglownica była klapą finansową, największą wtopą w całej filmografii Kinga, cóż z tego, że zebrała druzgoczące recenzje? I tak doczekała się dwóch kontynuacji! Zarówno Maglownica 2 (2001), jak i Maglownica: Odrodzenie (2005) poza tytułem nie mają nic wspólnego ani z Kingiem, ani z filmem Hoopera. W pierwszej duch z magla przenosi się do internetu, w drugiej (obejrzenie jej do końca stanowi wyzwanie porównywalne z oglądaniem po pijaku Konia turyńskiego Béli Tarra) diabelskiej maglownicy służy obrzydliwy typ z młotkiem. Chcecie obejrzeć te filmy? Proszę bardzo, ale pamiętajcie: maglujecie na własną odpowiedzialność. O czymś jednak warto w przypadku Maglownicy: Odrodzenie wspomnieć. Otóż ponieważ budżet filmu wynosił zawrotne osiemdziesiąt pięć tysięcy dolarów, producenci wynajęli plan filmowy, który służy na co dzień do kręcenia filmów porno. I tak jeden jedyny raz twórczość Kinga autentycznie otarła się o pornografię.
UNIESIENIE(ELEVATION)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2018
Wydanie polskie: Albatros, 2018
Przełożyła Danuta Górska
Minipowieść, rozbudowane opowiadanie. Tak zapowiadano w mediach Uniesienie. Dlatego też sporym zaskoczeniem było to, że amerykański wydawca postanowił promować tę książkę jako - "nową powieść". Bo Uniesienie ma raptem sto czterdzieści nadmuchanych stron i jest tak jak Pudełko z guzikami Gwendy historią osadzoną w Castle Rock. Obie książeczki są ze sobą połączone drobnymi zdarzeniami, ale każdą czytać można osobno i opowiadają zupełnie inne historie. Choć łączy je sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterowie.
W Pudełku z guzikami Gwendy młoda dziewczyna otrzymuje przyrząd, który może zmienić losy świata, a bohaterka, dorastając, musi nauczyć się odpowiedzialności za siebie i świat. W Uniesieniu mamy sytuację odwrotną. Bohaterem jest dorosły Scott Carey. Odeszła od niego żona, zaczyna mieć nadwagę i w zasadzie to tyle komplikacji życiowych. Do czasu, aż zaczyna chudnąć. Choć chudnięcie to złe określenie. Scott zaczyna tracić wagę, nie tracąc nic ze swojej postury. Po prostu kilogramy znikają, jakby unosiły się w powietrzu i rozpływały. Początkowo Scott podejrzewa u siebie raka. Potem, gdy okazuje się, że nic mu nie dolega, zaczyna rozumieć. Po prostu znika. Kilogramy spadają, a pewnego dnia Scott po prostu uniesie się w powietrze i odleci. Pogodzony z nieuniknionym, postanawia zrobić ostatnią dobrą rzecz w życiu - pogodzić się z nowymi sąsiadkami. Lesbijskim małżeństwem, które sprowadziło się do Castle Rock, by prowadzić restaurację. Małe miasteczka mają to do siebie, że nie lubią obcych. Zwłaszcza tak innych obcych.
Uniesienie, Albatros, 2018
Uniesienie jest swoistą kontynuacją Outsidera. I nie chodzi tu o potwory i poczucie grozy. Raczej o moment, w którym znalazła się współczesna Ameryka, i to, jak zwykli jej mieszkańcy radzą sobie na co dzień z obsesyjnymi fobiami, które uwalnia rząd Trumpa. Tak, jest to powieść polityczna, bo King głośno i wyraźnie przeciwstawia się tu polityce społecznej propagowanej przez rządzącego USA prezydenta. Ale autor przedstawia też lekarstwo na Trumpa. A jest nim zwyczajna ludzka dobroć. Bezinteresowność i dobroć.
Trudno również nie odczytać tej książki jako próby oswojenia śmierci. Bo to jest historia o umieraniu. Powolnym odchodzeniu i chwili, gdy już nas nie ma. Nie jest smutna, przygnębiająca. Raczej zaskakująca w swoim spokojnym i zdystansowanym podejściu do tematu. Na umieranie nic nie poradzimy. Jedyne, co możemy, to pogodzić się i zostawić po sobie tyle dobra, ile to możliwe. Owszem - brzmi to naiwnie, ale prawdziwie. Bo co innego zostało?
Ponieważ Uniesienie w amerykańskich katalogach opisane było jako horror, obawiam się, że część fanów może być zaskoczona tym, o czym tak naprawdę ta książka opowiada i jak daleko jej do grozy, a blisko do życia. Ale jeśli nie dadzą się zwieść łatkom przypisywanym przez wydawców i sięgną po Uniesienie bez uprzedzeń, będą zaskoczeni tym, jak ładnie King opowiada o odchodzeniu. Bez epatowania okrucieństwem, zwyczajnie. Jak to z umieraniem bywa.
UCIEKINIER(THE RUNNING MAN)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Signet, 1982
Wydania polskie: CIA Books, 1992; Prószyński i S-ka, 2005; Albatros, 2010; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2017
Przełożył Robert Lipski
Uciekiniera King napisał w latach siedemdziesiątych. Po latach mówił o nim jako o książce napisanej przez wściekłego na świat, przepełnionego energią młodego faceta. Pierwszy draft powieści powstał w siedemdziesiąt dwie godziny! Tę wersję King wysłał do dwóch wydawnictw. Oba ją odrzuciły. Był rok 1971. King znów zwątpił w siebie. Uciekinier trafił zatem do szuflady, w której przeleżał do 1982 roku.
Początkowo miał być ostatnią powieścią Richarda Bachmana, który po napisaniu jej miał zachorować na raka mózgu, a wkrótce potem umrzeć. Jak wiemy z ogłoszeniem śmierci swojego alter ego King się wycofał. Z rozrzuceniem po świecie plotek o jego chorobie - już nie. W 1982 roku zresztą spekulowano już w branży, że Bachman i King to jedna osoba. Nikt jednak tego nie potwierdził. A powieści Bachmana wciąż sprzedawały się słabo.
W całym tym projekcie bawi jedna rzecz. King niemal każdą powieść wydaną pod pseudonimem wysyłał różnym wydawcom. Żaden, absolutnie żaden, nie zwrócił na nie uwagi, co świadczy dobitnie o tym, z jaką atencją wydawcy pochylają się nad nadsyłanymi rękopisami.
A wracając do Uciekiniera. To kolejna po Wielkim marszu dystopijna wizja Ameryki. W roku 2025 kraj rządzony przez korporacje dogorywa, a ludzie żyją w nędzy. Główny bohater, Ben Richards, jest tak biedny, że nie stać go na lekarstwa dla córki (Kinga w latach siedemdziesiątych nie było stać na leki dla chorego syna, udało mu się je kupić cudem - dzięki sprzedanemu opowiadaniu). W akcie desperacji Richards postanawia zgłosić się do okrutnego reality show. Wygrana gwarantuje mu bogactwo, przegrana... śmierć z rąk polujących na niego łowców. Im dłużej bierze udział w grze, tym głębiej poznaje rządzące nią mechanizmy, a wizja bogactwa i leków dla córki staje się coraz bardziej odległa...
Zarówno Wielki marsz, jak i Uciekinier są w pewnym stopniu powieściami profetycznymi. King przewidział w nich rozwój telewizji i reality show, które stają się częścią życia społeczeństwa. I najlepszym sposobem na manipulację nim. A ponieważ King pisał te powieści pogrążony w apatii i postępującym zwątpieniu we własne możliwości, obie mają niezwykle przygnębiający wydźwięk.
Tuż po wydaniu Uciekiniera Paramount Studios kupiło prawa do jego ekranizacji za gigantyczne pieniądze jak na nieznanego autora - dwadzieścia tysięcy dolarów. Zakupiło je jeszcze przed aferą z pseudonimem. Gdy w 1985 roku wybuchło zamieszanie wokół duetu Bachman-King, szefowie Paramount nie mogli uwierzyć we własne szczęście. Produkcja filmu ruszyła w chwili, gdy oficjalnie potwierdzono artystyczną schizofrenię Kinga.
Uciekinier, Albatros, 2015
Plakat do filmu Uciekinier, 1987
ADAPTACJA FILMOWA UCIEKINIERA
Uciekinier(The Running Man)
1987, w reżyserii Paula Michaela Glasera, z Arnoldem Schwarzeneggerem, Maríą Conchitą Alonso i Jessem Venturą
W 2019 roku Uciekinier jest zabójczą grą, której nikt nie przeżył... Ale Schwarzenegger dopiero w nią zagra.
Pierwsza prawdziwa adaptacja prozy Kinga, jaka trafiła do kin w 1987 roku (bo w Creepshow 2 dwie nowele były napisane specjalnie do filmu). Choć przepraszam... Uciekinier tak naprawdę nie jest adaptacją powieści Stephena Kinga, lecz jego pisarskiego alter ego - Richarda Bachmana. No i film niewiele ma wspólnego z książką.
Twórcy filmowego Uciekiniera tak naprawdę z powieści Kinga/Bachmana zostawili tylko nazwisko bohatera i wizję reality show jako współczesnej wersji walk gladiatorów. Richards o aparycji "austriackiego dębu" to nie zdesperowany ojciec, ale niesłusznie oskarżony o zbrodnię heros, który zabije każdego, kto stanie mu na drodze. Oskarżenie galopującego konsumpcjonizmu (tak, w młodych latach Stephen King był lewicowcem), pesymizm i ponure zakończenie wyleciały ze scenariusza, zastąpione radosną rozwałką i wybuchami. Uproszczenie fabuły zirytowało ponoć nawet samego Arniego, który w swojej autobiografii wspominał o krzywdzących zmianach fabularnych. Choć on akurat nie miał podstaw do narzekania, mógł sobie dużo pobiegać, postrzelać i podeklamować beznamiętnie swoje one-linery (powtarza tu nawet słynne I'll be back).
Oglądanie Uciekiniera dziś przypomina wizytę w bardzo starodawnym gabinecie dentystycznym, gdzie pani doktor boruje powoli w zębie. Efekty specjalne się zestarzały, fabuła jest szczątkowa i w zasadzie stanowi pretekst do popisów Arniego, całość zaś przypomina bardzo zły i bardzo tani film SF. Postacie polujących na bohaterów łowców są tak kuriozalne, że zamiast budzić lęk, bawią do łez. A mimo to - a może raczej dlatego - Uciekinier to dziś film niemal kultowy. I nawet jeśli jestem w stanie zrozumieć mechanizm tego kultu (na świecie: Schwarzenegger połączony z Kingiem, fantastyczna wizja przyszłości, antykorporacyjny wydźwięk; w Polsce: ach, ten podziemny rynek wymiany kaset wideo), to bronić tego filmu nie będę.
Po latach Uciekinier zamienił się bowiem w niezamierzoną i drażniącą parodię political fiction. Niepotrzebną, hałaśliwą i nudną, co więcej - dającą mylne pojęcie o powieści Kinga. Bo przecież w literackim pierwowzorze nie ma śladu mięśni, twardzieli i tanich romansów. Powieść zabiera nas na przejażdżkę po piekle ubezwłasnowolnienia, podczas gdy film zamienił piekło w tekturowe studio telewizyjne, które Arnie roznosi w perzynę.
Castle Rock - najstraszniejsze miejsce na ziemi
Andrzej Bursa w słynnym wierszu Sobota pisał:
Boże jaki miły wieczór
tyle wódki tyle piwa
a potem plątanina
w kulisach tego raju
między pluszową kotarą
a kuchnią za kratą
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
w którą wyposażyła mnie młodość
możliwe
że mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek
ale
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
Lou Reed, wychowanek nowojorskich ulic, w piosence poświęconej Andy'emu Warholowi stwierdził:
Gdy dorastasz w małym miasteczku
Wiesz, że w nie wrośniesz
A jedyną dobrą rzeczą płynącą z małych miasteczek
Jest fakt, że ich nienawidzisz i chcesz z nich uciec.
Burt Bacharach mawiał:
W małym miasteczku nie ma miejsca, do którego nie powinieneś pójść.
Małe, prowincjonalne miasteczka to amerykański mit. Dla osób spoza Ameryki są ziemią obiecaną, pejzażem z obrazów Normana Rockwella, który koniecznie trzeba zobaczyć na żywo. Dla ludzi z USA - siłą napędową nostalgii i zarazem miejscem, które kochają nienawidzić. Nie jest ważne, czyje wspomnienia, wszędzie znajdziemy ten sam motyw: amerykańska prowincja staje się początkiem końca, miejscem, z którego wszyscy chcą wyjechać i za którym wszyscy tęsknią. Nieżyjąca już playmate Anna Nicole Smith mawiała, że w jej mieście nie było osoby, która by jej nie znała (co paradoksalnie utrudniało i ułatwiało życie). Potwierdzała tym słowa Trumana Capote, że sława jest najlepszą walutą, jaką można się posługiwać w małym mieście. Ikona muzyki country Willie Nelson w wielu wywiadach podkreślał, że miasteczka nauczyły go pokory; wychowany przez dziadków, na ulicy małego miasta nauczył się przyzwoitości. W opozycji do niego stoi Trent Reznor, lider Nine Inch Nails; jego cytat o potrzebie ucieczki z małego miasteczka wylądował na magnesach na lodówki (można je kupić za 4,95 dolara).
Ta okropna prowincja...
Miasteczko to współczesny amerykański mit, a Stephen King stał się kimś w rodzaju tamtejszego Homera, kumulującego w swoich opowieściach najlepsze i najgorsze cechy prowincji. Dlaczego tak się stało? Dlaczego King nie został, jak choćby Raymond Chandler, kronikarzem wielkiego miasta? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest chyba wspomniany już przeze mnie pijacki wieczór, podczas którego King zastanawiał się, co by było, gdyby hrabia Drakula zjawił się na amerykańskiej prowincji. Kluczem, bo choć prowincjonalne miasteczko było wcześniej areną zdarzeń w Carrie (nazywało się tam Chamberlain i było pierwszym wejściem Kinga w małomiasteczkową mitologię), to Miasteczko Salem stanie się powieścią matrycą, do której będzie przykładać swoje opowieści i której wzór z upływem lat będzie modyfikował. Zdanie, które ponoć podczas tego wieczoru wypowiedziała Tabitha King ("mieszkańcy stanu Maine potrafią dochować tajemnic"), będzie prześladować jej męża przez lata, a w finale stanie się osią napędową jego autorskiego scenariusza Sztorm stulecia. To właśnie ciekawość - co by było, gdyby - połączona ze znajomością realiów, sprawiła, że King nigdy ze swojej prowincji nie wyjedzie. Wielkie miasto nigdy nie stanie się dla niego celem; będzie stanowić jedynie przystanek w podróży - w Bastionie, Komórce czy w Dallas '63 - zawsze prowadzącej do miasteczek, w których wszyscy wiedzą niemal wszystko o sobie nawzajem, życie toczy się powoli, a zło nikogo nie zaskoczy (chociaż może zabić, okaleczyć czy zamienić w potwora).
Lisa Morton w swoim felietonie poświęconym małym miasteczkom w twórczości Kinga napisała celnie, że fascynacja nimi jest efektem gorzkiej tęsknoty za przeszłością (...) i odzwierciedla zmieniający się amerykański krajobraz minionego półwiecza. W zapomnienie odeszły już miasteczka rodem z prozy Raya Bradbury'ego, gdzie Main Street była zbiorem osobliwych jadłodajni i wszyscy znali twoje imię. Sklepy Mom and Pop zostały zastąpione przez markety Walmart, a miasteczka wyginęły w chwili, gdy miejsca pracy niemal w całości przeniosły się do centrów miejskich. I tak współczesne zło pochłonęło klasyczne małe miasteczko. (...) Dziś każdy, kto urodził się w ostatnich dwudziestu latach [tekst pochodzi z 2013 roku, więc autorce chodzi o pokolenie tak zwanych millennialsów], prawdopodobnie myśli, że wszystkie małe miasteczka wyglądają jak miniatury metropolii - wszystkie mają takie same stacje benzynowe i takie same wielkie sklepy... i te same fast foody...
Najmocniej Kingowską tęsknotę czuć w powieści, która w całości jest z niej utkana - czyli w Dallas '63. Ale my nie o tym przecież. A o miasteczku, które skumulowało w sobie wszystko to, o czym wspomniałem wyżej. O miasteczku, które stało się synonimem nazwiska King, odciskając swoje piętno na współczesnej amerykańskiej popkulturze. O miasteczku, które miało ogromny wpływ na amerykański przemysł filmowy i które na zawsze wielu kinomanom kojarzyć będzie się z samotną latarnią morską w symboliczny sposób oświetlającą pogrążoną w półmroku salę. O miasteczku Castle Rock.
Castle Rock über alles!
Dlaczego ze wszystkich miast, które wymyślił King (a było ich trochę, począwszy od wspomnianego już Chamberlain, przez Salem, Haven, Chester's Mill czy Little Tall Island), to Castle Rock stało się tym kluczowym, nierozerwalnie związanym z twórczością Króla Horroru? Zanim odpowiemy sobie na to pytanie, wróćmy jednak do początku. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.
Już pisałem, że King jest nieodrodnym synem swojej ziemi. Pochodzi z Maine, tu się wychował, tu zaczął pisać, założył rodzinę i zbudował karierę. Maine jest najdalej wysuniętym na północ stanem w USA. Na zachód i północ od jego granicy rozciąga się już Kanada, od południowego wschodu ocean, a w środku są gęste lasy i skraj Appallachów. Nie jest to miejsce, w którym życie kulturalne rozwijałoby się niezwykle dynamicznie. Wręcz przeciwnie. Maine to stan robotniczy. Większość jego mieszkańców utrzymuje się z prac związanych albo z oceanem (od stoczni przez rybołówstwo i przetwory po atrakcje turystyczne dla przejezdnych), albo z lasami (tartaki, fabryki mebli). Ponieważ jest to jedno z najpiękniejszych, ale i najbardziej niedostępnych miejsc w USA, Maine słynie ze swojej skrytości i małych społeczności, które funkcjonują niemal na zasadzie państw w państwie. Co nie dziwi - większość małych miejscowości rozsypana jest po lasach czy skalistych nadbrzeżach. King, który do jedenastego roku życia podróżował z matką po Stanach Zjednoczonych, a potem osiadł w niewielkim Durham, wyrósł w takim środowisku. Czy raczej wrósł w nie i tak naprawdę nigdy go nie opuścił. Nawet kiedy odniósł sukces, zamiast przeprowadzić się do centrum literackiego świata, czyli Nowego Jorku, wolał trwać niczym wierny mąż w Maine. Przez co legendami obrosły jego samochodowe nocne podróże przez lasy Maine do najbliższego lotniska w Portlandzie, podczas których do głowy wpadały mu pomysły na wczesne powieści. Prawdopodobnie gdyby nie wypadek z 1999 roku, King nigdy nie opuściłby tego stanu. Kontuzjowane biodro wymusiło na nim jednak kupienie domu na Florydzie i spędzanie tam zim. Bo zimy w Maine do najłatwiejszych nie należą. Ani do najbezpieczniejszych.
Tylko co to wszystko ma wspólnego z Castle Rock? Wiele. Aby stworzyć miasto, czy też swoiste uniwersum, które służyć będzie za tło różnych opowieści, lepiej osadzić je w lokalizacji, która wyda się czytelnikowi wiarygodna. A miejscem, które King zna najlepiej, jest Maine. W zasadzie w każdej powieści, nawet jeśli jej akcja toczy się w Boulder w stanie Kolorado, opisy przyrody czy relacji międzyludzkich są oparte na zachowaniach rodowitych mieszkańców Maine. Narodziny Castle Rock jako autorskiego uniwersum, dookoła którego King będzie budować swój świat, były tak naturalne jak oddychanie. Podobnie rzecz miała się z wyborem nazwy miasteczka. Kiedy King wymyśla coś, co ma trwać przy nim długo, zazwyczaj inspiruje się rzeczami czy ludźmi, których lubi. Tak było z jego pseudonimem literackim, tak też było z ukochanym małym miasteczkiem. Castle Rock zawdzięcza zatem swoją nazwę ukochanej powieści Kinga - Władcy much Williama Goldinga. U Goldinga Castle Rock było górą, na której założyła bazę grupa niezwykle agresywnych chłopców. Niemym świadkiem okrucieństwa, do którego zdolne są dzieci. Kingowskie Castle Rock także jest niemym świadkiem. Miejscem, w którym niczym w zwierciadle przegląda się Ameryka klasy B. Z tą różnicą, że najgorsze cechy mieszkańców wychodzą na wierzch zwykle nie dlatego, że są oni pozostawieni sami sobie, lecz dlatego, że zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy.
Geneza, czyli wprowadzamy się!
Zgodnie ze spisem mieszkańców z końca lat dziewięćdziesiątych w Castle Rock mieszka około 1500 osób (w ciągu czterdziestu lat przybyło ich 220, a wiemy to stąd, że w 1959 roku mieszkało tam 1280 osób). Największym miastem leżącym obok Castle Rock jest oddalony od niego o 59 kilometrów Portland. Kolejną metropolią jest oddalony o 188 kilometrów Boston. Zapewne nikt nigdy nie zwróciłby na Castle Rock uwagi, gdyby nie rok 1970, kiedy to opinią publiczną wstrząsnęła seria brutalnych zabójstw. Okazało się, że w zapomnianym przez Boga miasteczku pojawił się okrutny seryjny morderca. Nazywał się Frank Dodd. Jego tożsamość odkrył lokalny jasnowidz, Johnny Smith. Dodd był policjantem. I psycholem.
Od chwili, gdy świat zauważył Castle Rock, zdarzenia nabrały tempa. Okazało się, że w pozornie miłym miasteczku grasował także prawdziwy wściekły pies, jak ten demoniczny, który pojawiał się na polaroidowych zdjęciach robionych magicznym aparatem. Pośród mieszkańców ukrywała się bogini Diana, która odkryła tajne skróty w otaczających Castle Rock lasach. Jakby tego było mało, wyszło na jaw, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku grupka nastolatków znalazła na torach zwłoki zabitego przez pociąg chłopca. Chłopcy wyruszyli na wyprawę wzdłuż torów, którą jeden z nich - dorosły już autor bestsellerów - opisał jako przejmującą podróż ku dorosłości.
Frank Dodd nie był oczywiście jedynym zabójcą nawiedzającym Castle Rock. To tam zaczął mordować George Stark - tajemnicze alter ego pisarza Thada Beaumonta. I wreszcie to tam pojawił się Leland Gaunt - podejrzany właściciel jeszcze bardziej podejrzanego sklepiku, w którym sprzedawał... marzenia. Otwarcie tego sklepu niemal doprowadziło do upadku Castle Rock, a ci, co przeżyli hekatombę, mówili, że Gaunt był... wcielonym diabłem.
Wielu twierdziło, że działalność Gaunta była początkiem końca Castle Rock, ale na szczęście wszyscy się mylili. Wiele lat później w miasteczku pojawili się Gwendy, dziewczynka, która miała magiczny przycisk do końca świata, oraz niejaki Scott Carey, który zapadł na tajemniczą chorobę powodującą... nieważkość. Jeśli zatem planujecie wprowadzenie się do Castle Rock, jednego możecie być pewni - nic nie będzie tym, czym się wydaje. I nie zaznacie tam małomiasteczkowej nudy. Co to, to nie.
Centrum wszechświata...
A teraz zupełnie poważnie. W literackim świecie Castle Rock pełni taką samą funkcję jak Twin Peaks w telewizji. Stało się symbolem miasta, które kryje niezwykłe tajemnice, i swoistym wzorcem, do którego pozostali autorzy odnoszą swoje miasteczka i historie. Sam King zresztą bardzo mądrze i delikatnie zbudował jego mitologię, nie tylko poprzez powieści i opowiadania, w których miasteczko się pojawia, ale przede wszystkim przez ciągłe mnożenie odniesień do niego w innych tekstach. Bo Castle Rock jest niemal wszędzie. A to bohaterowie Cmętarza zwieżąt wspominają agresywnego Cujo, a to obok domu Jordy'ego Verrilla - jednego z bohaterów Opowieści makabrycznych - pojawia się drogowskaz kierujący do Castle Rock, a to mieszkańcy odciętego pod kopułą Chester's Mill wspominają sąsiadujące z nimi miasteczko. Castle Rock pojawia się także na zasadzie "trzecioplanowego" bohatera w Worku kości czy w Skazanych na Shawshank. Zresztą listę powieści i opowiadań można by ciągnąć tu długo, dopisując do niej To, Bastion czy Łowcę snów. Budując swoje uniwersum, King nie ograniczył się tylko do książek. Castle Rock pojawia się także w filmach. W Lunatykach szeryf wzywa posiłki z Castle Rock, w Jeździe na kuli bohater mija miasteczko, wspominają je również rezydenci Szpitala "Królestwo".
Nie przez przypadek zatem Castle Rock doczekało się własnego serialu. Jeden z pomysłodawców telewizyjnego Castle Rock, Dustin Thomason, przyznawał w wywiadach, że zdecydowali się na tę produkcję, bo "Castle Rock jest bijącym sercem całego Kingowskiego uniwersum". Miał rację. Co zresztą w zrealizowanym dla stacji Hulu serialu widać doskonale.
Cała konstrukcja serii (której drugi sezon powstaje w chwili, gdy piszę te słowa) opiera się na bezustannym nawiązywaniu i żonglowaniu odniesieniami zarówno do miasteczka, jak i twórczości Kinga. Wyjściowy pomysł pożyczono z opowiadania Człowiek w czarnym garniturze, wyróżnionego prestiżową Nagrodą O. Henry'ego. Tyle że podczas gdy tam bohater, który uciekł diabłu, całe życie czeka, aż ten wróci po swoje, tu mamy sytuację odwrotną. Jedna z postaci serialu ma wrażenie, że schwytała diabła, i całe życie poświęciła na pilnowanie, aby ten nie uciekł. Reszta jest już genialnie poskładaną w całość mozaiką Kingowskich motywów. Ale bez obaw - poskładaną na tyle inteligentnie, że sprawia frajdę zarówno fanom, jak i czytelnikom niezaznajomionym z twórczością Króla Horroru.
Mamy więc w serialu Castle Rock postacie (szeryf Pangborn) i miejsca (jedna z bohaterek mieszka w domu, w którym popełnił samobójstwo Frank Dodd) znane z powieści, a wymyślone postacie, bawiące się z Kingowskim kanonem (Jackie Torrance, siostrzenica Jacka i kuzynka Danny'ego Torrance'ów). Przede wszystkim zaś mamy spójną grę z przenikającymi się światami Kinga, których centrum znajduje się gdzieś w lasach otaczających więzienie Shawshank. Jest to świetny serial, bo jego twórcom udało się uchwycić przede wszystkim klimat Kingowskich małomiasteczkowych opowieści. Duszny, mroczny i intrygujący.
Drugi sezon, osadzony w rzeczywistości znanej z Misery (bohaterką będzie młoda Annie Wilkes, w którą wciela się śliczna Lizzy Caplan), zapowiada się nad wyraz smakowicie.
A zatem - zapraszamy do Castle Rock.
KANON CASTLE ROCK
Powieści:
Martwa strefa
Cujo
Mroczna połowa
Sklepik z marzeniami
Minipowieści:
Ciało
Pies z aparatu
Pudełko z guzikami Gwendy
Uniesienie
Opowiadania:
Ciężarówka wuja Otto ze zbioru Szkieletowa załoga
To żyje w nas ze zbioru Marzenia i koszmary (opowiadanie to powstało w 1973 roku, lecz King dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych dopisał Castle Rock jako miejsce akcji)
Premium Harmony ze zbioru Bazar złych snów
Pijackie fajerwerki ze zbioru Bazar złych snów
ROK WILKOŁAKA(CYCLE OF THE WEREWOLF)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Land of Enchantment, 1983
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2004; Albatros, 2015; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożyła Paulina Braiter
Wszystko zaczęło się w 1979 roku. King spotkał się wtedy z niezależnym wydawcą Chrisem Zavisą, który zaproponował mu przystąpienie do zabawnego projektu. Chodziło o stworzenie kalendarza, bogato ilustrowanego przez Berniego Wrightsona i zawierającego miniopowiastki o wilkołakach. Dlaczego akurat o nich? Jak twierdził sam Zavisa, to, co łączy każdy miesiąc, to pełnia. A pełnia to wilkołak... King ochoczo przystąpił do projektu, ale gdy tylko zaczął pisać, okazało się, że idea kalendarza oddala się w niezwykle szybkim tempie.
Powód? Rozbudowanie historii. Małe notki o wilkołakach zamieniły się w mikropowieść o jednym, bardzo konkretnym wilkołaku nawiedzającym miasteczko Tacker's Mills.
Rok wilkołaka stanowi zatem zamkniętą, podporządkowaną naturze całość. Czytając tę książkę, warto zwrócić uwagę na jeden drobny, ale istotny szczegół. King zerwał w niej z klasyczną wilkołaczą mitologią i zbudował swoją własną. Jego wilkołak nie narodził się w wyniku ukąszenia, klątwy czy uroku. On taki jest. Po prostu. Pewnego dnia czuje żądzę krwi i przemienia się. Ani nie sprawia mu to przyjemności, ani nie jest formą zemsty. Po prostu dzieje się. Niewiele w popkulturze znajdziemy takich wilkołaczych tworów, więc jeśli ktoś jest wielbicielem likantropii - to pozycja obowiązkowa.
Z Rokiem wilkołaka powinni także zaznajomić się wszyscy ci czytelnicy, którzy wiele słyszeli o Kingu, ale zawsze odstraszała ich objętość powieści. W zwartej, niewiele ponadstustronicowej książce znajdziemy wszystko, co stanowi o oryginalności prozy Kinga: małomiasteczkową mikrospołeczność, tajemnice, codzienne problemy i pojawiające się znikąd zło.
Nie jest to najwybitniejsze osiągnięcie pisarskie Kinga, ale jako przewodnik dla leniwych sprawdza się idealnie. Poza tym ilustracje Berniego Wrightsona mają niezwykły klimat i świetnie uzupełniają historię.
ADAPTACJA FILMOWA ROKU WILKOŁAKA
Srebrna kula(Silver Bullet)
1985, w reżyserii Daniela Attiasa, z Coreyem Haimem, Garym Buseyem i Megan Follows
Gdy nadchodzi pełnia, zaczyna się koszmar...
Może Kingowi coraz bardzie zaczynała podobać się zabawa w kino i po dwóch antologiach postanowił napisać scenariusz, który tym razem został skierowany do produkcji, ale prawda jest taka, że wciągnął go w ten biznes wspomniany już producent Dino De Laurentiis. Włoch miał nosa do szybkiego zarabiania pieniędzy, a jego specjalnością były filmy, które albo odcinały kupony od popularnych hitów - jak Orka czy King Kong żyje - albo za niewielkie pieniądze bazowały na popularności pracujących przy nich twórców. A King miał być biletem do raju dla multimiliarderów. Gdy De Laurentiisa nie było stać na regularne powieści Kinga, skupiał się na prawach do opowiadań albo mniej znanych powieści. Tym sposobem nabył on prawa do minipowieści Rok wilkołaka.
To nie musiał być zły film. Początkowo za reżyserię odpowiadać miał twórca legendarnych Morderczych kuleczek, Don Coscarelli. De Laurentiis, znając próżność Kinga i mając przy tym świadomość, że jego scenariusze zazwyczaj lądowały w koszu na śmieci, zatrudnił pisarza jako scenarzystę. Taki duet mógł dać światu małe arcydzieło. Problemy zaczęły się w chwili, gdy De Laurentiis nie chciał zaakceptować budżetu na wizualizację wilkołaka.
Spec od efektów specjalnych Carlo Rambaldi opracowywał kolejne wersje monstrum, lecz każda z nich była odrzucana przez producenta. W finale doszło do tego, że zdjęcia ruszyły bez postaci wilkołaka. Zirytowany wojną o potwora Coscarelli rzucił reżyserski ręcznik na deski. I tak scenariusz i film trafiły do rąk Daniela Attiasa, reżysera, który do tej pory miał na koncie raptem kilka odcinków serialu Policjanci z Miami.
Wtręt osobisty: kiedy byłem chłopcem, Srebrna kula była jednym z tych horrorów, który przeraził mnie nie na żarty. Bałem się wilkołaka, bałem się posępnej atmosfery, a przede wszystkim kibicowałem niepełnosprawnemu bohaterowi, jeżdżącemu na wózku Marty'emu, w którego wcielił się nieżyjący już Corey Haim. Dziś film wcale nie wydaje mi się tak straszny, jak pamiętam z dzieciństwa.
Kadr z filmu Srebrna kula, 1985
Srebrna kula jest przede wszystkim niezamierzenie zabawna. King tak bardzo chciał podkreślić trudną życiową sytuację bohatera, że zamiast smutnej opowieści o rozpadającej się rodzinie w małym miasteczku, wyszła mu parodia kina rodzinnego. Postacie są karykaturalne, dialogi zabawne, a postać pijanego wujka irytuje. Choć trzeba przyznać jedno - udało się fajnie zbudować atmosferę niepewności i strachu paraliżującego małą mieścinę. Niestety, im bliżej puenty, tym gorzej. Nastrój znika, horror zamienia się w komedię, a wilkołak, zamiast przerażać, budzi politowanie. Mimo to wciąż lubię ten film i czasami wracam do niego, choć bardziej z sentymentu niż za sprawą realnej wartości obrazu.
Pisząc o Srebrnej kuli, warto wspomnieć o zmianach, jakie wprowadził w fabułę sam King. Tak jest - pisarz, który irytował się, gdy ktoś grzebał w jego fabułach, tak naprawdę wywrócił do góry nogami całą swoją minipowieść. W książkowym Roku wilkołaka akcja - zgodnie z tytułem - obejmowała cały rok, a każde morderstwo było związane z jakimś ważnym świętem. W książce świetnie budowało to napięcie i relacje między postaciami - a może już nie będzie zabójstw... może się skończyło... w końcu w takie i takie święto nikt nie zginął... W filmie akcja nie obejmuje roku, a w zabójstwach trudno się doszukać jakiegoś wzoru. To dziwne i nielogiczne odstępstwo od fabuły zaskoczyło fanów Kinga, którzy nie do końca zrozumieli zabieg artystyczny mistrza. Sam Roger Ebert pisał, że "oglądając ten film, miał wrażenie, że King celowo sparodiował własną książkę". Coś było na rzeczy. Do dziś King niezwykle rzadko wspomina o Srebrnej kuli, może dlatego, że uznaje ją raczej za twórczy eksperyment niż pełnoprawne dzieło filmowe, a może po prostu nie chce mówić o czymś, co miało jakikolwiek związek z De Laurentiisem. Sam Attias także nie potraktował swojej przygody z Kingiem i kinem zbyt poważnie, bo już nigdy potem nie wrócił do kręcenia filmów kinowych; skoncentrował się na karierze telewizyjnej.
MROCZNA WIEŻA V. WILKI Z CALLA(THE DARK TOWER V: WOLVES OF THE CALLA)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 2003
Wydania polskie: Albatros, 2004; Świat Książki, 2005; Albatros, 2015
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Trudno nie docenić talentu Kinga do tworzenia wielowątkowych, obszernych powieści, ale trudno też nie przyznać, że często zdarza mu się przegadanie i niepotrzebne przedłużanie i gmatwanie wątków. Chyba najbardziej wyrazistym tego przykładem jest piąty tom cyklu Mroczna Wieża, który sam w sobie jest właśnie wtrąconym do serii wątkiem. Czy jednak rzeczywiście niepotrzebnym?
Wilki z Calla, Albatros, 2015
Pieśn Susannah, Albatros, 2015
Wilki z Calla to przerywnik w drodze do Mrocznej Wieży. Roland i jego ka-tet zgadzają się pomóc napotkanym ludziom, którzy proszą ich o ochronę przed grupą bezlitosnych najeźdźców - tytułowych Wilków. W tym miejscu autor zawraca do źródeł cyklu, kierując ten tom jednoznacznie na tory westernowe, bo choć King przyznaje się otwarcie do inspiracji Siedmioma samurajami Akiry Kurosawy, to ewidentnie skłania się ku zachodniemu remake'owi w reżyserii Johna Sturgesa, po amerykańsku skromnie zatytułowanemu Siedmiu wspaniałych. Mamy więc grupkę rewolwerowców, którzy przygotowują wieśniaków do obrony przed złowieszczymi bandytami. Klasycznie: ci, którzy pomocy potrzebowali, potem zaczynają wątpić, czy jest im niezbędna. Wilki zaś okazują się... Ale po kolei.
King nie byłby sobą, gdyby nie podszedł do tematu po swojemu. Tym razem idzie nawet dalej, bo miesza już nie tylko gatunki literackie, ale również świat przedstawiony z rzeczywistym, bawi się jawnie popkulturą (wygląd tytułowych agresorów i ich broń mogą się okazać dla niektórych żartem nie do zniesienia), a nawet własną twórczością. Wprowadza do akcji bohatera Miasteczka Salem i opowiadając jego dalsze losy, rzuca nowe światło na tę powieść. Mamy również powrót do Nowego Jorku, gdzie znów wiele będzie się działo wokół sławetnej róży.
Żeby jeszcze bardziej wszystko pogmatwać, dodaje kolejne wcielenie ciężarnej Susannah, Mię, i nawiązania do wypadku, któremu King uległ we wrześniu 1999 roku. To wszystko sprawia, że powieść okazuje się bardzo nierówna, i tak jak to bywa w tekstach Kinga, obok znakomitych momentów mamy liczne fragmenty bezprzykładnie przegadane, rozwleczone do granic. Odniosłem nieodparte wrażenie, że autor nie przejmuje się już nikim i niczym i zupełnie nie dba o to, czy ktoś tam czeka na dalszy rozwój głównego wątku. Ot, po prostu bawi się opowiadaną historią, jakby od niechcenia dorzucając, co mu tylko przychodzi do głowy. Wstrząsające mutanty bliźniaki? Są. Hołd dla Kurosawy czy raczej Sturgesa? Jest. Autocytaty? Dlaczego nie? Komiksy Marvela, Harry Potter? A co mi szkodzi!
Problem w tym, że wszystko to wprowadza pewien dysonans również w odbiorze książki. Trudno przyznać, żeby wnosiła wiele do głównego wątku - co nie znaczy, że nie wnosi niczego - ale momentami zwariowany miszmasz popkulturowy ostatecznie wchłania czytelnika i trudno mu odmówić walorów rozrywkowych. Ostatecznie więc: Wilki z Calla to dobra, choć przeciągnięta powieść, pozwalająca spojrzeć na cykl z dystansu i dobrze się przy tym bawić. Nic nie poradzę jednak, że tęskno mi do bardziej enigmatycznych i mrocznych pierwszych tomów.
WYWIAD Z ZAKIEM HILDITCHEM
Zak Hilditch to australijski reżyser i scenarzysta, którego These Final Hours zostało przyjęte entuzjastycznie przez krytyków i jest uznawane za jeden z najlepszych filmów o apokalipsie. W 2017 roku nakręcił dla Netflixa adaptację opowiadania Stephena Kinga 1922. Film zebrał znakomite recenzje i uchodzi za jedną z najciekawszych adaptacji prozy Kinga w historii.
1922 i przeklęte szczury
ROBERT ZIĘBIŃSKI: W swoich filmach traktujesz bohaterów bez znieczulenia i wrzucasz ich w sytuacje ekstremalne i graniczne. W These Final Hours kazałeś im okazywać człowieczeństwo w obliczu końca świata. 1922 to w jakimś stopniu także opowieść o końcu świata, ale w wersji mikro - bo pokazuje nieodwracalny rozpad rodziny. Lubisz dręczyć swoich bohaterów?
ZAK HILDITCH: Nie wiem, czy dręczyć [śmiech]. Po prostu uwielbiam filmy, które pokazują zwykłych ludzi uwikłanych w niezwykłe sytuacje. Wrzucenie postaci w traumatyczne, bardzo dramatyczne sytuacje, w których muszą zrewidować wszystko, co wiedzą o życiu, pozwala tak naprawdę obnażyć najbardziej pierwotne ludzkie instynkty. Gdy wszystko dookoła ciebie się sypie i świat wydaje się beznadziejny, wtedy najczęściej pokazujesz swoje prawdziwe oblicze.
Wszyscy jesteśmy skażeni złem?
Nie sądzę. Człowiek w obliczu sytuacji ekstremalnej jest zdolny zarówno do niezwykłego dobra, jak i skrajnego skurwysyństwa. Od zawsze fascynowało mnie to zrzucanie masek, ten moment, kiedy nie są już potrzebne i nie musimy niczego przed sobą udawać. Dlatego sięgam po takie, a nie inne historie. Żeby pokazywać, co dzieje się z ludźmi w obliczu zagrożenia i jak wpływa to na podejmowane przez nich decyzje. Bardzo często ludzie, pokazując to, kim są, zaskakują nawet samych siebie. Są zdolni zarówno do dobra, jak i zła, kiedy stają w obliczu prawdziwych przeciwności. To zawsze mnie fascynowało.
Jak trafiłeś na 1922?
W 2012 roku, kiedy walczyłem o finansowanie These Final Hours, czytałem w ramach odprężenia niezwykły i przerażający w swojej prostocie zbiór Czarna bezgwiezdna noc. Pamiętam, że 1922 zrobiło na mnie ogromne wrażenie i w tyle głowy zaświtała mi myśl - to opowiadanie jest wręcz stworzone dla Franka Darabonta. I byłem święcie przekonany, że już dawno temu kupił do niego prawa. Dlatego też wydawało mi się, że nie ma nawet co myśleć o adaptacji tego tekstu. I choć zdrowy rozsądek mówił "Odpuść, jest za dobre, żeby nikt nie miał do niego praw", to serce oszalało. Dostałem obsesji na punkcie tego tekstu. Kiedy zacząłem rozglądać się za pomysłem na nowy film, oczywiście pomyślałem o 1922. Tym razem sprawdziłem prawa i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że są wolne. Napisałem scenariusz, posłałem go do Stephena Kinga, a on go zaakceptował. No i na pokład wkroczył Netflix jako główny producent.
Trudno zdobywa się prawa do ekranizacji Stephena Kinga?
W tym przypadku była to bułka z masłem. Jak się okazało, moje wyobrażenie o wielkim zainteresowaniu tekstem było błędne. Nikt nie pytał o prawa. King był zachwycony moją wizją filmu i nie wymagał ode mnie niczego więcej. Dał zielone światło, a potem zaczęliśmy szukać producenta. To zajęło nam rok. Dokładnie tyle czasu, na ile dał nam opcję na wyłączność King. A potem wszystko ruszyło sprawnie i bezboleśnie.
Siłą napędową tego filmu jest Thomas Jane. Jego Wilfred to absolutny aktorski majstersztyk. Trudno było go przekonać do roli?
Thomas wpadł w rolę już po pierwszym czytaniu. I kiedy mówię "wpadł", dokładnie o to mi chodzi. On stał się Wilfredem, kompletnie zatracił się w tej postaci. Wiem, że wielu reżyserów mówi o tym, jak to dobrze im się pracowało z aktorami, ale tym razem to nie kokieteria. Thomas swoim zaangażowaniem sprawił, że kręcenie tego filmu zamieniło się w pracę marzeń dla całej ekipy. Niezwykły talent. Niezwykłe oddanie dla filmu i roli.
To w takim razie co sprawiało na planie największe problemy?
Szczury! Przeklęte, zakichane szczury. Każdy szczur, który pojawia się na ekranie, jest prawdziwy. Nie korzystaliśmy z efektów specjalnych, żeby nadać filmowi maksimum realności. No i okazało się, że praca ze zwierzętami chwilami nas przerastała. Na szczęście mieliśmy na planie ekipę świetnych trenerów zwierzęcych i jakoś to poszło.
Zarówno opowiadanie Kinga, jak i twój film to bardziej - nazwijmy go górnolotnie - horror egzystencjalny, który koncentruje się na ukazywaniu konsekwencji złych decyzji, jakie podjęli bohaterowie.
Dla mnie to opowieść o tym, jak pewien człowiek, chcąc spełnić swój Amerykański Sen, niszczy wszystko, co go otacza. Wciąga w swoje fantasmagorie syna, przekonuje go, że jest to droga jedyna i słuszna. A w finale niszczy najpierw życie dziecka, a potem każdej osoby, którą napotyka na swojej drodze. Amerykański Sen zamienia się w Amerykański Koszmar. Czystej wody tragedię.
W swoim filmie idealnie balansujesz na pograniczu jawy i snu. Trudno było uzyskać taką harmonię?
Tak naprawdę nie było to trudne, dzięki tekstowi Kinga, który został napisany plastycznym językiem. King idealnie balansował właśnie na tym pograniczu. Wystarczyło tylko słuchać tekstu i być mu wiernym.
Twój ulubiony pisarz?
Oczywiście, że moim ulubionym pisarzem, nie tylko w kategorii "groza", ale ogólnie, jest Stephen King. Dorastałem, czytając jego powieści i oglądając ich adaptacje. Przez pewien czas miałem obsesję na punkcie pierwszej telewizyjnej adaptacji powieści To.
W takim razie, gdybyś miał nakręcić kolejną adaptację Kinga, byłoby to...?
I tu cię zaskoczę - nie wiem. Żeby sięgnąć po projekt, muszę go czuć. Jeśli znów jakieś opowiadanie czy powieść Kinga przemówi do mnie tak jak 1922, zrobię wszystko, żeby nakręcić film.
A twoja ulubiona adaptacja kinowa Kinga to...?
O rety! Od której zacząć...? [śmiech] Dobra, pierwsze skojarzenia są najlepsze. Misery, Skazani na Shawshank, Stań przy mnie i oczywiście niezwykłe i niebywałe Lśnienie.
LITERATURA
Tak jak w przypadku filmu, mógłbym stworzyć słownik, dlatego wybieram tylko kilka nazwisk. Raptem pięć, ale jakże ważne dla Kinga! Poe to jego kuźnia obsesji, Matheson, Bradbury i Shirley Jackson są dla Króla Horroru mistrzami, a MacDonald... MacDonald osiągnął to, o czym zawsze marzył King - szacunek u poważnych krytyków.
Edgar Allan Poe
Każdy fan filmu Rambo pamięta kultową scenę aresztowania bohatera. Zły szeryf znajduje przy Johnie Rambo nóż myśliwski i pyta: "Po co ci ten nóż?". "Do polowania" - odpowiada Rambo. "A na co polujesz?" - dopytuje się wścibski stróż prawa. Rambo z poważną mina wyrzuca z siebie: "Na wszystko". Przypominam tę scenkę nie bez powodu. Otóż Sylvester Stallone ogłosił niedawno, że zakończył pracę nad scenariuszem swojego życia. Po Rockym i Rambo nadszedł czas na kompletnie innego bohatera - Edgara Allana Poe. To nie żart - heros kina akcji lat osiemdziesiątych od dekady przymierza się do nakręcenia biograficznego filmu opowiadającego o życiu i tajemniczej śmierci autora Kruka.
Film, zatytułowany roboczo Poe, miał trafić do kin w roku 2011.
Edgar Allan Poe
Nie trafił, bo reżyserowany przez Stallone'a film Niezniszczalni odniósł sukces i Stallone porzucił projekt. Szkoda. Wyobraźcie sobie, że on sam wciela się w postać wybitnego pisarza (co z tego, że za wielki i za stary)! Wtedy na sto procent w filmie znalazłaby się taka scena: Edgar Allan Poe jako chorąży amerykańskiej armii zostaje zatrzymany przez przełożonego, który znajduje przy nim pióro. "Po co ci to pióro?" - pyta oficer. "Do pisania" - rzuca Poe. "A o czym piszesz?". "O wszystkim".
Nie jest to scena nieprawdopodobna. W roku 1827 Poe pod fałszywym nazwiskiem Perry zaciągnął się z biedy do wojska. Miał wówczas zaledwie osiemnaście lat. To w armii pod pseudonimem Bostończyk wydał swój pierwszy tomik poezji: Tamerlan i inne wiersze. Ukazał się on zaledwie w pięćdziesięciu egzemplarzach i nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi.
Krótka kariera wojskowa to jedyna rzecz, która łączy Poego z typowymi bohaterami Stallone'a. Oczywiście Poe nigdy nie był twardzielem, dla którego armia była spełnieniem marzeń. W mundurze wytrzymał zaledwie dwa lata, a nad służbę dla ojczyzny zawsze przedkładał pisanie. Od dziecka bowiem pragnął zostać najwybitniejszym amerykańskim pisarzem i poetą. Niestety, za życia mu się to nie udało. Prawdziwa sława spłynęła na niego dopiero po przedwczesnej śmierci (zmarł w wieku zaledwie czterdziestu lat), do której przyczynił się człowiek szczerze nienawidzący Poego i jego twórczości - znany dziewiętnastowieczny amerykański krytyk literacki i redaktor, Rufus Wilmot Griswold.
Postaci obu panów pojawiły się w filmie Kruk. Zagadka zbrodni Jamesa McTeigue'a. W Poego wcielił się John Cusack, Griswolda zagrał John Warnaby. I na tym kończy się lista dobrych rzeczy, jakie można powiedzieć o tym filmie, który miał w pomysłowy sposób połączyć fabuły opowiadań z tajemnicą śmierci ich autora (i jego enigmatycznymi ostatnimi słowami). Film utonął w bagnie banałów, kompletnie nielogicznych rozwiązań fabularnych i bełkocie, który próbowano markować efektami specjalnymi. Mogło być świetnie - bo tak się zapowiadało - wyszło jednak dość nieporadnie.
Jeśli chcecie się przekonać, jak wygląda dobra zabawa w mieszanie życiorysu Poego z faktami historycznymi, przeczytajcie raczej powieść norweskiego pisarza Nikolaja Frobeniusa Pokażę wam strach. Balansująca na pograniczu horroru, kryminału i opowieści biograficznej książka koncentruje się na dziwnej relacji Poego i Griswolda.
Podobnie jak noblista John Coetzee w Mistrzu z Petersburga próbował opisać narodziny geniuszu Fiodora Dostojewskiego, tak Frobenius, przedstawiając narodziny legendy Poego i upadek wybitnego krytyka, próbuje pokazać przebieg procesu twórczego. W Mistrzu z Petersburga Coetzee wrzucił Dostojewskiego w wir wymyślonej kryminalnej afery, która służyła jako tło do nakreślenia portretu psychologicznego pisarza, i autor Pokażę wam strach stosuje ten sam zabieg.
W Bostonie, Filadelfii i Nowym Jorku krok w krok za pisarzem podąża tajemniczy człowiek, który popełnia zbrodnie w taki sam sposób, w jaki opisał je w swoich opowiadaniach Poe. Pisarz popada w coraz większą paranoję i przy swojej rozchwianej osobowości zaczyna przypuszczać, że być może sam popełnia te morderstwa. Oliwy do ognia dolewa skłócony z nim Griswold, rozsiewając coraz dziwniejsze plotki o poecie.
W czasach Poego nikt nie popełniał zbrodni inspirowanych jego książkami (podobnie jak Dostojewski nigdy nie prowadził śledztwa w sprawie tajemniczej śmierci swojego pasierba), ale kłótnia z Griswoldem była jak najbardziej prawdziwa. Niechęć Poego i Griswolda narodziła się w 1842 roku, w chwili wydania przez krytyka pierwszej poważnej antologii poezji amerykańskiej The Poets and Poetry of America. Griswold, dla którego poezja Edgara Allana Poe była zbyt mroczna, brutalna i tajemnicza, wybrał do antologii mało reprezentatywne dla autora wiersze, czego Poe nie mógł mu wybaczyć.
Z tego, wydawałoby się, błahego nieporozumienia narodził się jeden z największych literackich sporów w historii. Griswold bowiem, nie mogąc wybaczyć Poemu zjadliwych recenzji zredagowanego przez niego tomu, za cel życia postawił sobie zniszczenie reputacji pisarza. A Poe był łatwym obiektem takich ataków. Paranoik, który obsesyjnie bał się pogrzebania żywcem (jego najsłynniejsze utwory, jak Ligeja, Czarny kot czy Przedwczesny pogrzeb odzwierciedlają paniczny strach przed takim zejściem), na dodatek ożeniony z młodszą od siebie kuzynką - gdy się pobierali, miała zaledwie trzynaście lat - i obdarzony niewiarygodnie słabą głową (upijał się w sztok zaledwie kilkoma kieliszkami wina).
Jeszcze za życia Poe, dzięki plotkom rozsiewanym przez Griswolda, uznawany był za dziwaka, alkoholika i narkomana. Gdy umierał, znaleziono go w stanie agonalnym, ubranego w nieswoje rzeczy, na ulicach Baltimore. Dotąd zresztą nie wiadomo, co było przyczyną zgonu. Alkoholizm, zawał serca, epilepsja, kiła, zapalenie opon mózgowych, cholera i wścieklizna - to lista przypadłości, które rzekomo doprowadziły do jego śmierci, ale nie przeprowadzono autopsji. Po tym nagłym i tajemniczym zgonie Griswold zaczął prawdziwą batalię mającą na celu zniszczenie autora i wymazanie jego nazwiska z historii amerykańskiej literatury. Rozpoczął ją, pisząc słynny nekrolog, zaczynający się od słów: "Edgar Allan Poe nie żyje. Umarł przedwczoraj w Baltimore. Ta wiadomość wielu zaskoczy, ale niewielu zasmuci". Ten zjadliwy pamflet podpisał pseudonimem Ludwig.
Rok później napisał pierwszą oficjalną biografię Poego: Memoir of the Author, która w jego mniemaniu miała ostatecznie zdyskredytować autora Zagłady domu Usherów. Stało się jednak na odwrót. Pełen przekłamań, półprawd i jadu tekst, opierający się na sfałszowanych listach, stał się początkiem mrocznej legendy Poego. To po jego przeczytaniu w twórczości autora Kruka rozkochał się najsłynniejszy europejski poeta wyklęty - Charles Baudelaire, który nie tylko tłumaczył na francuski dzieła Poego, lecz także stworzył pod jego wpływem słynne Kwiaty zła (1857).
Poe, choć utracjusz, człowiek uzależniony i zmagający się z własnymi słabościami, zapisał więc w dziejach światowej literatury jako niedoceniony innowator zarówno poezji, jak i prozy. Był geniuszem i wielkim literackim wizjonerem. To on, tworząc w noweli Zabójstwo przy Rue Morgue postać detektywa C. Auguste'a Dupina, dał podwaliny pod współczesny kryminał. Bez jego opowiadań grozy nie byłoby horroru, a bez poematu Kruk - współczesnej mrocznej i wieloznacznej poezji.
Rufus Griswold, mając świadomość wielkości Poego, próbował zniechęcić do niego czytelników. Nie udało mu się. Co więcej, sam padł ofiarą własnej intrygi, co świetnie opisuje Frobenius. Dziś poza znawcami literatury amerykańskiej nikt nie pamięta, kim był Rufus Griswold, podczas gdy o Edgarze Allanie Poe słyszeli wszyscy.
Warto też zaznaczyć, że Poe - z czego mało kto zdaje sobie dziś sprawę - był pierwszym amerykańskim pisarzem, który próbował utrzymywać się wyłącznie z pisania. Do tej pory autorzy poezji i prozy albo wywodzili się z bogatych rodzin szlacheckich, albo mieli wpływowych mecenasów. Wydziedziczony przez przybranego ojca, kupca Johna Allana, Edgar starał się z żyć z tego, co potrafił najlepiej - tworzenia opowiadań. Było to o tyle trudne, że w dziewiętnastym wieku nie istniało prawo autorskie, a wydawcy płacili grosze (za Kruka Poe otrzymał zawrotną kwotę dziewięciu dolarów) i nie uznawali czegoś takiego jak tantiemy za wznowienia dzieł.
Edgar Allan Poe był także jednym z prekursorów dziennikarstwa tabloidowego, czyli mówiąc prościej, brukowych historii. Oczywiście wyglądało to zupełnie inaczej niż dziś. Nie było wówczas gwiazd popkultury, wobec czego plotki i wymyślne historie dotyczyły zupełnie innych spraw. W 1835 roku na łamach magazynu "Southern Literary Messenger" Poe opublikował opowieść Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaala, będącą jednym z pierwszych w historii dziennikarstwa w całości zmyślonym reportażem ("New York Sun", także w 1835 roku, drukował szereg tekstów o odkryciu życia na Księżycu). Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaala to historia człowieka, który dociera balonem na Księżyc. Na jej podstawie trzy dekady później Juliusz Verne napisze jedną ze swoich najsłynniejszych powieści Z Ziemi na Księżyc.
Dziewięć lat później Poe stworzył fikcyjny reportaż po raz drugi - tym razem ukazał się on na łamach nowojorskiego dziennika "The Sun". Była to szczegółowa relacja z przelotu nad Atlantykiem, zatytułowana Bujda balonowa. Jej bohater, Monck Mason, miał według Poego w trzy dni przelecieć nad oceanem w specjalnie zaprojektowanym balonie. Tekst wywołał burzę w naukowym światku, a redakcja "The Sun" dwa dni po jego ukazaniu się została zmuszona do opublikowania sprostowania.
Dziennikarskie żarty Poego pokazują dobitnie, że nie był on człowiekiem pozbawionym poczucia humoru i dystansu do świata. Uwielbiał kpić, żartować i wmawiać ludziom nieprawdę. Jedyną rzeczą, do której nie miał dystansu, była literatura. Wierzył bowiem, że czytelnika nie można oszukiwać, sprzedając mu źle napisane historie.
Dlatego też był zjadliwym krytykiem literackim, który wypominał każdy błąd zarówno sobie, jak i braciom po piórze. Przykładem tego może być fragment recenzji, w której kpił z zapomnianego dziś pisarza Theodore'a S. Faya: "Albo autor nigdy nie natknął się na egzemplarz podręcznika do gramatyki, albo tak długo podróżował po świecie, że wyszedł z wprawy w posługiwaniu się mową ojczystą". Dla Poego gramatyka była świętością, język narzędziem, a klarowny przekaz - celem. Dlatego też to on, a nie Fay czy Griswold, który wydał kilka zapomnianych tomików poezji, jest do dziś jednym z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy.
Richard Matheson
Nekrolog Richarda Mathesona, który zamieszczono dwudziestego trzeciego czerwca 2013 roku w porannej prasie, nie był zaskoczeniem. Pisarz miał 87 lat i piękne, długie życie za sobą. Dla popkultury była to jednak śmierć niebywale znacząca i istotna. Wraz z odejściem twórcy Jestem legendą kończy się pewna epoka. Matheson był bowiem ostatnim z wielkich. Autorem, który nie tylko zrewolucjonizował fantastykę i literaturę grozy, ale to przede wszystkim dzięki niemu stała się ona rozrywką masową.
To on, wraz z kilkoma przyjaciółmi - między innymi Rayem Bradburym - sprawił, że groza i fantastyka z literackiego getta przedostały się na salony. To on promował fantastykę i horror w wielkich stacjach telewizyjnych i nigdy się nie wstydził, że wywodzi się z pulpowego pisania. Więcej - udowodnił krzykaczom i populistom, że opowieści o obcych, zabójcach i wampirach to nie tylko karma dla pryszczatych chłopców, ale też studnia masowej rozrywki.
Roger Corman może i był reżyserem, który sprawił, że Edgar Allan Poe stał się ikoną popkultury, ale nie udałoby mu się to bez scenariuszy Mathesona. To dzięki Mathesonowi dziś wszyscy mniej więcej wiedzą, o czym jest Zagłada domu Usherów czy Studnia i wahadło. To Matheson pisał najlepsze odcinki serialu Star Trek i to Matheson pomagał Rodowi Serlingowi tworzyć legendę Strefy mroku.
Dziś trudno sobie wyobrazić współczesną telewizję bez pomysłów Mathesona, podobnie jak fantastykę i horror - literackie i filmowe. Bo przecież Noc żywych trupów nie powstałaby, gdyby nie powieść Mathesona Jestem legendą. Steven Spielberg nie zacząłby swojej kariery, gdyby nie Pojedynek na szosie. J.J. Abrams wszystkimi swoimi filmami spłaca dług zaciągnięty u Mathesona. Jak wielu innych. Dean Koontz, Stephen King, Harlan Coben - każdy z nich to nieślubne dziecko wyobraźni autora Hell House. Dodam, że nie przypadkiem w Z Archiwum X pojawił się senator Matheson. No i nasz King Size... to też Matheson.
Odejście Mathesona to koniec ery pisarzy, których nie ograniczały ani gatunki, ani medium. Potrafił pisać wszystko i doskonale odnajdywał się zarówno w kinie, jak i w telewizji. Dziś takich autorów już nie ma.
Nie wierzycie, że Matheson potrafił napisać wszystko? To sięgnijcie po wydany w Polsce zbiór Jest legendą. Większość zebranych w nim opowiadań rozwija wątki i motywy z utworów Mathesona. W przypadku tych flagowych, jak Pojedynek na szosie, aluzje są czytelne, ale że w Polsce - poza Jestem legendą - Mathesona nie publikowano, to kiedyś wydawało mi się, że większość opowiadań z tego zbioru będzie niezrozumiała dla polskiego czytelnika.
Dziś już tak nie myślę i uważam, że po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto chce się przekonać, co tak naprawdę znaczy być kreatywnym. Co znaczy nieograniczona wyobraźnia. Jest legendą to także dowód na to, że Mathesona nie da się zastąpić. Nikt nie potrafi pisać jak on. Nie wierzycie? To przeczytajcie opowiadanie Kinga z tej antologii. Piękny przykład na to, jak bardzo zmieniła się dziś literatura. Kiedyś mniej znaczyło więcej. Dziś wszystko musi być wyjaśnione, żeby przypadkiem czytelnik nie zadawał zbyt wielu pytań. Czytelnik... lub potencjalny producent filmowy.
Matheson nie przejmował się takimi pierdołami. I to dlatego producenci przychodzili do niego, błagając o teksty, a nie na odwrót.
Ray Bradbury
Temperatura, w której płonie papier, wynosi dokładnie 451 stopni Fahrenheita (na nasze: 232,78 stopnia Celsjusza). Zapewne mało kto by o tym wiedział, gdyby w 1953 roku pewien amerykański pisarz nie zatytułował tak swojej powieści. 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego była kamieniem milowym w literaturze fantastycznej. Dziś opisana przez pisarza historia świata, w którym książki uznano za zakazane i palono na stosach, jest uznawana za jedną z najwybitniejszych antyutopii i stawiana na równi z Nowym wspaniałym światem Aldousa Huxleya i Rokiem 1984 George'a Orwella. Jej autor zaś ma w anglosaskiej literaturze status współczesnego klasyka.
"Miałem dwanaście lat, gdy napisałem swoje pierwsze opowiadanie. Dekadę później napisałem pierwsze opowiadanie, które nadawało się do druku" - opowiadał w jednym z wywiadów Bradbury. Obecnie jego Kroniki marsjańskie, Słoneczne wino czy Człowiek ilustrowany znajdują się na listach lektur szkolnych w każdym anglojęzycznym kraju. I nie tylko - powieści i opowiadania Bradbury'ego otoczone są kultem we Francji, Niemczech, a nawet w Rosji.
Bradbury, który karierę pisarską zaczynał w latach czterdziestych (pierwsze opowiadanie opublikował w 1941 roku i zarobił na nim całe piętnaście dolarów), był wówczas zaliczany - razem z Isaakiem Asimovem, Arthurem C. Clarkiem i Robertem A. Heinleinem - do pisarzy tak zwanego "złotego wieku fantastyki". Nigdy jednak z tym nurtem się nie utożsamiał. "Nie jestem pisarzem science fiction, w całej swojej karierze napisałem tylko jedną powieść SF i było to 451 stopni Fahrenheita" - podkreślał w niemal każdym wywiadzie. Nie wynikało to ani z przekory, ani z poczucia wyższości.
W przeciwieństwie do powieści Asimova, który sformułował prawa robotyki i stworzył słynne cykle Ja, robot oraz Fundacja, czy Heinleina, autora militarno-fantastycznych Żołnierzy kosmosu i Władcy marionetek, twórczość Bradbury'ego już od książkowego debiutu w 1947 roku wymykała się prostym klasyfikacjom gatunkowym. Rakiety, przestrzeń kosmiczna, astronauci czy duchy i zjawy były dla niego tylko rekwizytami, wykorzystywanymi do snucia opowieści o kondycji współczesnego człowieka.
Tak jest w Kronikach marsjańskich - zbiorze luźno ze sobą powiązanych opowiadań o kolonizacji Marsa. Tuż po ich wydaniu w 1950 roku zachwycił się nimi pisarz Christopher Isherwood, autor słynnego Pożegnania z Berlinem, na podstawie którego powstał Kabaret. Isherwood zauważył w recenzji, że "Bradbury nie pisze fantastyki, on tworzy współczesne mity obrazujące słabość i małostkowość człowieka". Dzięki tej pochwale ze strony znanego i cenionego pisarza Bradbury wybił się z fantastycznego getta i został uznany za pisarza głównonurtowego.
Ray Bradbury, 1959
Pozycję tę umocnił siedem lat później, publikując autobiograficzne Słoneczne wino, którego bohaterem jest dorastający chłopiec - alter ego autora. Akcja toczy się w fikcyjnym mieście Green Town, które Bradbury wzorował na miasteczku Waukegan w stanie Illinois, gdzie dorastał. Książka, której akcja rozgrywa się na pograniczu świata magicznego i rzeczywistego, jest uznawana za jedną z najbardziej wzruszających opowieści o dzieciństwie. Gdy w 1971 roku astronauci z Apollo 15 wylądowali na Księżycu, na jej cześć nazwali jeden z kraterów - Dandelion Crater (oryginalny tytuł powieści brzmi Dandelion Wine).
Urodzony w 1920 roku Ray Bradbury nie miał łatwego dzieciństwa. Jego rodzina splajtowała podczas wielkiego kryzysu (dziadkowie byli wydawcami prasowymi), przez co mały Ray często zmieniał miejsce zamieszkania. We wspomnianym Waukegan spędził wczesną młodość, a jako trzynastolatek przeniósł się z rodzicami do Los Angeles. Tam skończył liceum, ale z braku pieniędzy nie mógł pójść na studia. W wieku osiemnastu lat podjął pierwszą pracę - został gazeciarzem handlującym na skrzyżowaniu. Codziennie po sprzedaniu gazet zaszywał się w miejskiej bibliotece, gdzie namiętnie czytał wszystko, co wpadało mu w ręce. "Ludzie pytają mnie często, czy żałuję, że nie mam wyższego wykształcenia. Nigdy w życiu! Biblioteka była moim uniwersytetem przez prawie dziesięć lat i tam nauczyłem się wszystkiego o pisaniu. Żadne studia nie dałyby mi tej wiedzy" - powtarzał w wywiadach.
To w bibliotece młody Ray odkrywał zarówno kosmiczne przygody Bucka Rogersa, jak i Moby Dicka Hermana Melville'a. Jako dorosły i ceniony już autor w 1956 roku napisał scenariusz do słynnej filmowej adaptacji tej powieści wyreżyserowanej przez Johna Hustona. Współpraca wybitnego reżysera i pisarza była tak burzliwa i pełna agresji, że Bradbury opisał ją w opowiadaniu Zjawa, w którym zarozumiały reżyser zostaje zamordowany przez ducha pięknej kobiety.
Praca nad Moby Dickiem nie była jedynym romansem pisarza z kinem. Na podstawie jego opowiadań powstały takie klasyki kina SF, jak Przybysze z przestrzeni kosmicznej (1953) czy The Beast from 20,000 Fathoms (1953). Opowiadania Bradbury'ego adaptowano do kultowego serialu Strefa mroku, a w latach osiemdziesiątych pisarz doczekał się nawet własnego serialu telewizyjnego: The Ray Bradbury Theater. No i nie można pominąć legendarnej adaptacji 451 stopni Fahrenheita z 1966 roku, wyreżyserowanej przez mistrza francuskiej nowej fali François Truffauta.
Mało kto zdaje sobie sprawę, że wkład Bradbury'ego we współczesną popkulturę nie ogranicza się tylko do wielkich sukcesów literackich i udanych filmowych adaptacji. Ten pisarz samouk jest także ojcem jednej z najsłynniejszych popkulturowych rodzin wszech czasów, czyli upiornej Rodziny Addamsów. W latach czterdziestych, wspólnie z ówczesnym przyjacielem, rysownikiem Charlesem Addamsem, wymyślił przygody upiornej rodzinki Elliotów. Pisane przez autora Kronik marsjańskich oraz ilustrowane przez Addamsa nowelki opowiadające o ich strasznych perypetiach ukazywały się na łamach "New Yorkera". Z bliżej nieznanych powodów panowie nagle się pokłócili i Addams, aby odciąć się od przyjaciela, dał filmowej rodzinie swoje rodowe nazwisko.
W ostatnich latach życia Bradbury, mimo bardzo podeszłego wieku, wciąż tworzył (ostatnią antologię opowiadań wydał w 2011 roku) i podróżował z odczytami po amerykańskich uniwersytetach. Jak często mawiał, wygłaszał te odczyty, bo musiał przypominać młodym ludziom, że poza internetem i wirtualną rzeczywistością jest inne, lepsze, życie. Od 2012 roku przestał im o tym przypominać.
Shirley Jackson
To, co napiszę, będzie okrutne, ale, niestety, prawdziwe. Shirley Jackson miała pecha. Zamiast być eteryczną blondynką, brylować na salonach i popełnić samobójstwo w jakiś spektakularny sposób (zostawiając po sobie nieopublikowaną powieść o depresji), zmarła na zawał podczas snu. Miała czterdzieści osiem lat, a z powodu leków, które zażywała, wyglądała jak otyła, zaniedbana, przeciętna Amerykanka. Tak oto zakończyła swój żywot jedna z najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarek. Smutny koniec kariery kobiety, która zmieniła wizerunek amerykańskiej prowincji.
To nie David Lynch w swoich filmach i serialach jako pierwszy pokazał, że ciepłe i kochane amerykańskie miasteczka to tak naprawdę wylęgarnia demonów i frustracji. Jackson na wiele lat przed Lynchem zdjęła z twarzy Ameryki maskę słodkości, pokazując, czym ten kraj naprawdę jest - piekłem na ziemi, gdzie człowiek czeka tylko na dogodny moment, by zranić bliźniego. Gdzie nie ma niewinnych, a każdy ma coś na sumieniu i do ukrycia. A już na pewno dotyczy to małych miasteczek, stanowiących zamknięte społeczności nieprzepadające za obcymi.
Taką rzeczywistość przedstawiła czytelnikom w genialnym opowiadaniu Loteria oraz w powieściach Zawsze mieszkałyśmy w zamku czy Nawiedzony dom na wzgórzu. Ta ostatnia książka interesuje nas tu najbardziej, uznawana jest bowiem w historii literatury popularnej za najważniejszą i najlepszą opowieść o nawiedzonym domu, jaka powstała. Tyle że trudno tu mówić o czystym gatunkowo horrorze. W tej powieści Jackson, korzystając z atrybutów grozy, tak naprawdę tworzy ponury i przytłaczający obraz, w którym fikcja zastąpiła rzeczywistość, a człowiek wciąż szuka klucza do zrozumienia otaczającego go świata.
U Jackson nic nie jest oczywiste i nic nie jest tym, czym się wydaje. Dom jest zły, ale czy nawiedzony? Pytanie bez odpowiedzi. Co przyciągnęło do niego jedną z bohaterek, Eleanor? Tak naprawdę nigdy się nie dowiemy. Autorka po mistrzowsku mnoży tropy, by w końcu zostawić czytelnika z szeroko otwartymi ustami. Czy raczej z pracującym na pełnych obrotach mózgiem, który próbuje zrozumieć to, co właśnie przeczytał.
Taka była szkoła pisarska Jackson, a Nawiedzony dom na wzgórzu jest jej najlepszym przykładem. Łatwe rozwiązania pisarka rzuciła w kąt, zastępując je wieloznacznością i mnożonymi tajemnicami. Tak naprawdę (poza wspomnieniami) większość powieści i opowiadań Jackson podąża tym tropem. Chodzi w nich bardziej o zburzenie starego ładu i zasianie niepokoju niż o szukanie odpowiedzi.
Co akurat nikogo dziwić nie powinno. Jackson należy bowiem do pokolenia pisarzy zaskoczonych ogromem okrucieństwa, które wyrządzili sobie wzajemnie ludzie podczas drugiej wojny światowej. Wojna zniszczyła panujący do tej pory ład i porządek. Ludzkość pokazała swoje prawdziwe oblicze, którego pisarka nie potrafiła ani zaakceptować, ani zrozumieć.
O rozbiciu świata i nieudanych próbach zrekonstruowania go opowiada także jej wybitna, niewydana w Polsce powieść The Bird's Nest - o kobiecie, która pewnego dnia odkrywa, że ktoś wysyła do niej tajemnicze listy. Im bardziej będzie próbowała poznać tożsamość owej osoby, tym dotkliwiej będzie obnażać złudność otaczającego ją świata.
Trudno sobie wyobrazić współczesną popkulturę bez prozy Jackson. To ona przecież, prawie dziesięć lat przed tym, jak Robert Bloch napisał Psychozę, zajmowała się rozdwojeniem jaźni i konsekwencjami podwójnego życia. I to ona, tworząc Nawiedzony dom na wzgórzu, zmieniła współczesny horror. Jej powieść udowodniła światu, że można wykorzystać elementy charakterystyczne dla literatury grozy po to, by straszyć nie duchami, lecz tym, co skrywa ludzki mózg.
Stephen King nigdy nie ukrywał swojej fascynacji twórczością Jackson. Wielbił i sławił Nawiedzony dom na wzgórzu, a Loterię uważał za jedno z najważniejszych opowiadań w historii amerykańskiej literatury. Zainspirowany Jackson, zaczął pisać o mroku skrywającym się za fasadą przyjemnych i spokojnych amerykańskich miasteczek. Paradoks polega na tym, że King, mimo całej miłości do Shirley Jackson, nie potrafił zaakceptować tajemnicy jej tekstów. Tego, że nigdy nie dają łatwych odpowiedzi. Dlatego też, pisząc swoją wersję Nawiedzonego domu na wzgórzu, czyli serialową Czerwoną Różę, zdecydował się... wszystko nam wyjaśnić. Czy to źle o nim świadczy? Przeciwnie. Bardzo dobrze. Okazuje się bowiem, że King ma świadomość uprawianej przez siebie prozy i tego, czego oczekują od niego czytelnicy. A niedopowiedzenia i tajemnice na pewno nie są tym, co fani Kinga kochają najbardziej.
John D. MacDonald
John D. MacDonald, jedyny pulpowy pisarz wyróżniony prestiżową National Book Award, to w historii czarnego kryminału postać o wiele ważniejsza niż sam Raymond Chandler. Ikoną i legendą jest jednak tylko w Stanach Zjednoczonych; w Polsce zna go tylko grupka wtajemniczonych. W kilku wydanych u nas niby-poważnych kompendiach wiedzy na temat literackiego kryminału (pisanych przez Polaków) nie znajdziecie śladu po MacDonaldzie. Ani po jego flagowym bohaterze Travisie McGee. Szkoda. Wielka szkoda. Bo był to pisarz niezwykły, a jego bohater to postać, która tchnęła życie w papierowych i wyniosłych prywatnych łapsów.
Choć Travis McGee nie jest typowym prywatnym detektywem. Raczej specem od rozwiązywania problemów poza prawem. Za pięćdziesiąt procent wartości odnajduje zaginione przedmioty, rozwiązuje dziwne sprawy i cały czas pakuje się w kłopoty. Podobnie jak Marlowe, kieruje się specyficznym kodeksem moralnym, ale w przeciwieństwie do Chandlerowskiego detektywa, żyje pełną piersią, nie oglądając się za siebie. A zatem kiedy McGee ma ochotę na kobietę, bierze ją. Kiedy chce komuś przylać - leje.
Przez całą swoją karierę John MacDonald uznawany był za "króla wydań kieszonkowych", a jeśli wierzyć legendom, to u szczytu popularności pisarza - na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku - przeciętny Amerykanin czytał w pociągu lub autobusie którąś z jego powieści. Sam King wielokrotnie przyznawał, że zasięg prozy MacDonalda mu imponuje i budzi respekt.
John D. MacDonald
"Skoro był taką gwiazdą, to dlaczego nikt po jego śmierci nie kontynuuje cyklu, jak ma to miejsce choćby z Robertem Ludlumem czy nawet Chandlerem?" - mógłby ktoś zapytać. Otóż rodzina MacDonalda to dziwne typy. Szanując ostatnią wolę pisarza, zakazali pisania kontynuacji cyklu! Tak jest. Nawet Stephen King, który w końcu zaprzyjaźnił się z Johnem i chciał napisać mu w hołdzie tom przygód Travisa, został odprawiony z kwitkiem.
FILMY I SERIALE
Przyglądając się filmowym inspiracjom Kinga, moglibyśmy napisać historię kinematografii. Ja zdecydowałem się na kilka tytułów (seriali i filmów kinowych), ponieważ:
Są niebywale ważne dla kina i telewizji. Stephen King do dziś często czerpie z nich inspirację. W Polsce wciąż jakoś uznawane są za dzieła wyklęte.
Strefa mroku(The Twilight Zone)
pierwsza emisja CBS, 1959-1964 pomysłodawca Rod Serling
W branży filmowej krąży jedno, ale jakże celne określenie serialu Strefa mroku - "książka kucharska". Celne, bo kto wie, jak by wyglądała współczesna telewizja bez tego serialu. Sądzicie, że J.J. Abrams niczym się nie inspirował, wymyślając Zagubionych? Obejrzyjcie odcinek King Nine Will Not Return - dziejącą się podczas drugiej wojny światowej opowieść o samolocie rozbijającym się na bezludnej wyspie. Uważacie, że pierwszym przewrotnym satanistycznym horrorem było Dziecko Rosemary? Nic z tych rzeczy - rzućcie okiem na odcinek The Howling Man. Wpływy Strefy mroku nie ograniczają się tylko do kina i telewizji.
Myślicie, że to Stephen King wymyślił opętany samochód Christine? Nic bardziej mylnego - wystarczy obejrzeć The Whole Truth - pochodzący z 1956 roku odcinek Strefy mroku. Podobnie rzecz się ma z mechanicznymi przedmiotami codziennego użytku, które nagle buntują się przeciwko ludziom. Wiele lat przed tym, jak King napisał o tym opowiadanie, w Strefie mroku powstała nowelka A Thing About Machines. Nie ulega wątpliwości, że ten realizowany w latach 1959-1964 serial nie tylko zmienił oblicze telewizji, ale także całej popkultury. Bez Strefy mroku nie byłoby zapewne takich serii jak Zagubieni, Z Archiwum X, Supernatural, a pewnie również nawet Miasteczka Twin Peaks, powieści Stephena Kinga czy Petera Strauba. Prawdopodobnie nie byłoby także grupki najsłynniejszych reżyserów filmowych, którzy otwarcie przyznają, że to za sprawą Strefy mroku zainteresowali się kinem. Do tych zapaleńców należą Steven Spielberg, John Landis, Joe Dante i George Lucas.
Rod Serling - pomysłodawca, scenarzysta i producent telewizyjny Strefy mroku - wychował się w średniozamożnej rodzinie. Zanim trafił do telewizji, skończył uniwersytet i, jak przystało na patriotę, odsłużył swoje w wojsku. Podczas drugiej wojny światowej był skoczkiem spadochronowym i specem od wyburzania. Prawdopodobnie wpływ na wybór drogi życiowej młodego Roda miała wojenna trauma. Ponoć przez lata dręczyły go koszmary, w których widział śmierć swoich kamratów.
W 1951 roku Rod Serling trafił do telewizji. Zanim wymyślił Strefę mroku, pracował nad scenariuszami do seriali obyczajowych, społecznych i związanych z tematyką wojenną. Napisany w 1955 roku skrypt Patterns - opowieść o władzy i korupcji w wielkim biznesie - okazał się hitem i po tym sukcesie Serlingowi powierzono realizację własnej produkcji. Upłynęły jednak jeszcze cztery lata, zanim po raz pierwszy wyemitowano Strefę mroku.
Pomysł na serial był prosty. Postawmy przeciętnego człowieka w sytuacji nieprzeciętnej. Bo czy to, co nas otacza, jest prawdziwe? A jeśli rzeczywistość ma jakieś drugie dno - strefę mroku, która czasami przenika do naszego świata, wywracając nam życie do góry nogami? Pojawienie się tej drugiej rzeczywistości okazało się przełomem w telewizji, bo wprowadziło fantastykę (do tej pory traktowaną jako gatunek niższej kategorii) na salony. Nie przez przypadek Stephen King w Danse Macabre poświęca całe strony Serlingowi - jego pomysły stały się elementami popkultury.
Rod Serling, 1959
Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na pewien niezwykle istotny szczegół. Strefa mroku była dzieckiem człowieka, który kochał literaturę, groszowe magazyny - jak "Amazing Stories" - i opowieści z dreszczykiem. Dlatego też, pisząc scenariusze i planując układ kolejnych sezonów Strefy mroku, Serling otaczał się pisarzami. I to takimi, którzy do tej pory nie cieszyli się zbyt wielkim poważaniem. Bo przecież fantastyka, horror czy fantasy były uznawane i przez krytyków literackich, i przez producentów filmowych za gatunki o niskiej - by nie napisać fatalnej - jakości. Najlepszym dowodem na podejście w tamtych czasach do fantastyki jest sama geneza Strefy mroku. W 1956 roku Serling napisał scenariusz filmowej nowelki The Time Element. To historia młodego mężczyzny opowiadającego psychoanalitykowi o prześladującym go śnie, w którym przenosi się do Pearl Harbor tuż przed japońskim nalotem. Mężczyzna próbuje ostrzec ludzi przed atakiem, ale nikt nie daje temu wiary. Sen jest na tyle realistyczny, że pacjent wierzy, że przenosi się w czasie, co psychoanalityk oczywiście neguje. Dopóki podczas jednej z sesji bohater nie zasypia i w trakcie próby uratowania ludzi ginie, zastrzelony przez japońskiego pilota. A psychoanalityk odkrywa, że na kozetce nie ma nikogo. Nikt z telewizyjnych bossów nie wierzył w potencjał tej opowieści. Ale Serling był uparty. Najpierw sprzedał ją do serialu obyczajowego Westinghouse Desilu Playhouse, a gdy okazało się, że tam bardzo się spodobała, dosłownie wychodził zgodę w stacji CBS na zrealizowanie pilota Strefy mroku. Ciągnęło się to dwa lata, ale przez ten czas Serling stworzył sztab scenarzystów, którego szeregi zasilili tacy giganci, jak Ray Bradbury, Richard Matheson, Charles Beaumont czy George Clayton Johnson. Gdy serial odniósł sukces, stał się dla nich domem na długie lata i nowym medium dla opowiadań. Tanie pisma z powodu rozwoju telewizji umierały, a twórcy produkcji telewizyjnych stali się nowymi bogami. Co niebawem zaowocowało kolejnymi serialami zmieniającymi historię popkultury. Wystarczy wymienić Star Trek czy Po tamtej stronie.
Oryginalna Strefa mroku liczyła 156 odcinków, a jej produkcja zakończyła się w 1964 roku. Sześć lat później Serling rozpoczął pracę nad nowym serialem - Night Gallery. Był on skonstruowany w podobny sposób co Strefa mroku, a na jego planie debiutował reżysersko w telewizji sam Steven Spielberg. W 1975 roku Serling zmarł na trzy następujące po sobie zawały serca. Miał niespełna pięćdziesiąt lat.
Chociaż od zakończenia emisji Strefy mroku minęło czterdzieści pięć lat, serial cieszy się niesłabnącą popularnością. W latach osiemdziesiątych, w ramach hołdu Serlingowi, powstał trzysezonowy serial w kolorze.
Stephen King niemal został następcą Serlinga - telewizja zaproponowała mu bowiem prowadzenie serialu, ale odmówił. Uznał, że nikt nie pozwoliłby mu zrobić krwawej wersji Strefy mroku. W 2002 roku zrealizowano jeszcze jeden sezon reaktywowanego serialu, w którego skład wchodziły aż czterdzieści cztery odcinki.
W 2019 roku Jordan Peele na zlecenie stacji CBS przygotował nową odsłonę Strefy Mroku.
Inwazja porywaczy ciał(Invasion of the Body Snatchers)
1956, w reżyserii Dona Siegela, z Kennethem Pattersonem, Virginią Christine i Carolyn Jones
Przez historyków kina Inwazja porywaczy ciał uznawana jest za sztandarowy przykład filmu fantastycznego, reagującego na amerykańskie lęki społeczne. Opowieść o obcych, którzy pewnego wieczoru pojawiają się w małym miasteczku, aby podstępnie zamienić się w jego mieszkańców, a potem podbić Amerykę (i świat), powstała w 1956 roku u szczytu "polowania na czarownice" rozpętanego w Stanach Zjednoczonych przez senatora Josepha McCarthy'ego.
Ten łowca komunistów twierdził, że czają się oni wszędzie i tylko czekają, aby podbić USA. Inwazja porywaczy ciał świetnie oddaje paranoję tamtych czasów. Ale abstrahując od politycznego podtekstu, to kapitalny przykład filmu o inwazji obcych, który przeraża i zostaje w pamięci, choć prawie wcale nie ma w nim efektów specjalnych. Jego ponadczasowe mistrzostwo polega na tym, że przy minimalnym nakładzie środków udało się Siegelowi stworzyć niezwykle intensywny nastrój grozy.
Mimo upływu lat ten film wciąż pozostaje kwintesencją suspensu. W miarę upływu czasu widz coraz bardziej nerwowo ściska poręcz fotela, a fenomenalne zakończenie dosłownie ścina go z nóg. Producenci byli tak przerażeni pesymistyczną wymową filmu, że kazali reżyserowi dokręcić początkową sekwencję w szpitalu oraz nawiązujące do niej zakończenie. Mimo ich starań Inwazja porywaczy ciał wcale nie stała się filmem bardziej optymistycznym. Jest za to wciąż niedościgłym wzorcem niepokojącego kina SF.
Film Siegela doczekał się trzech remake'ów, z czego najlepszym jest pierwszy, zrealizowany przez Philipa Kaufmana.
Byłem nastoletnim wilkołakiem(I Was a Teenage Werewolf)
1957, w reżyserii Gene'a Fowlera Jr, z Michaelem Landonem, Whitem Bissellem i Yvonne Lime
Ten film miał być cwanym chwytem marketingowym. Kosztował niecałe sto tysięcy dolarów, nakręcono go szybko, jeszcze szybciej zmontowano i wpuszczono do kin. Pomysł był prosty. Skoro w 1955 roku Buntownik bez powodu z Jamesem Deanem okazał się wielkim hitem i stworzył nowy kanon kina młodzieżowego, dlaczego nie nakręcić młodzieżowego horroru? Przecież wszyscy lubią się bać, a dzieciaki najbardziej. Tak powstał film łączący elementy opowieści o zbuntowanym nastolatku, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie dorosłych, z klasyczną historią o wilkołaku. Producent Herman Cohen nie przypuszczał nawet w najśmielszych snach, że żerując na legendzie Jamesa Deana, przypadkiem stworzy jeden z najważniejszych filmów o dojrzewaniu.
Ktoś może spytać: "Film o chłopaku zmieniającym się w wilkołaka ma być ważnym i istotnym filmem młodzieżowym?". Oczywiście jeśli odczytamy Byłem nastoletnim wilkołakiem dosłownie, to rzeczywiście trudno za taki go uznać. Jest kiczowaty, tani i banalnie skonstruowany. Ale w tym filmie chodzi o wpływ, jaki wywarł na popkulturę. Patrząc na niego od tej strony, należy oddać mu należny szacunek.
Byłem nastoletnim wilkołakiem, plakat filmowy, 1957
Nikt bowiem wcześniej nie wpadł na pomysł, aby w jednym filmie połączyć to, co wydaje się naturalne - metaforyczną grozę wieku dojrzewania (przecież nie od dziś wiemy, że ten okres to najtrudniejszy emocjonalnie czas w życiu człowieka) z grozą dosłowną. Tak powstała opowieść, która na zawsze zmieniła filmowy - i nie tylko, bo także literacki - sposób opowiadania o dojrzewaniu. Zupełnie jakby nagle producenci odkryli starą, wydawałoby się, prawdę i wszyscy jednomyślnie powiedzieli to głośno: "Przestańmy się okłamywać, życie nastolatka to horror". I lawina ruszyła.
Dziś uwielbiamy produkcje takie jak Pamiętniki wampirów, Nastoletni wilkołak czy ekranizację sagi Zmierzch. Wciąż wielką popularnością cieszą się krwawe slashery o pięknych nastolatkach zabijanych przez potwory. Nie należy jednak zapominać, że to wszystko jest pokłosiem sukcesu Byłem nastoletnim wilkołakiem. To ten film wskazał drogę i oswoił grozę. Czy raczej pokazał, że ten sposób opowiadania o młodości trafia do wyobraźni dzieciaków o wiele bardziej niż instruktażowe filmy z cyklu "Konsekwencje palenia marihuany". Zresztą Byłem nastoletnim wilkołakiem okazało się początkiem końca instruktażowych filmów dla uczniów. A że stało się to przez przypadek i z czystego wyrachowania producenta, to zupełnie inna para kaloszy.
Wielkimi spadkobiercami horroru z Michaelem Landonem - późniejszym Małym Joe z Bonanzy - są także tacy autorzy jak Stephen King, Robert McCammon czy Dan Simmons. Każdy z nich ma na koncie powieści grozy o dojrzewaniu - To, Magiczne lata i Letnią noc - i w każdej z nich pojawiają się odniesienia do Byłem nastoletnim wilkołakiem. U Kinga widoczne są najmocniej (i to nie tylko w To), zapewne dlatego, że sam nigdy nie ukrywał faktu, że będąc dzieckiem, często wbrew nakazom matki wymykał się do kina, by oglądać straszne filmy, między innymi Byłem nastoletnim wilkołakiem. Swoją drogą, nieźle musiała mu zapaść w pamięć ta projekcja, skoro potem w To wilkołak z filmu okazuje się jednym z najstraszniejszych potworów.
Wioska przeklętych(Village of the Damned)
1960, w reżyserii Wolfa Rilli, z George'em Sandersem, Barbarą Shelley i Martinem Stephensem
Jeśli spojrzycie na jakąkolwiek listę "ukochanych" filmów Kinga, na milion procent znajdzie się na niej ten film. Król Horroru uznaje go za jedną z najdoskonalszych brytyjskich produkcji grozy. I słusznie. Bo nie ulega wątpliwości, że Wioska przeklętych jest filmem wybitnym. Podobnie zresztą jak wybitna jest powieść, na podstawie której powstała, czyli Kukułcze jaja z Midwich Johna Wyndhama. Sama Margaret Atwood uznała ją za "absolutne mistrzostwo" i do dziś książka uchodzi za jedną z najoryginalniejszych opowieści o inwazji obcych, nieustępującą w niczym Wojnie światów.
Film Wioska przeklętych, podobnie jak powieść Kukułcze jaja z Midwich, opowiada o losach mieszkańców małej angielskiej miejscowości, którzy pewnego dnia bez jakiejkolwiek przyczyny zaczynają mdleć. Kiedy po dłuższej chwili wybudzają się, wszystko pozornie wygląda tak samo. Ale tylko pozornie. Okazuje się bowiem, że każda kobieta z Midwich jest w ciąży. Dziewięć miesięcy później rodzą identyczne dzieci. Blade blond istoty, które tylko z wyglądu przypominają ludzi. Są jednak obdarzone niezwykłym darem - potrafią siłą sugestii zmuszać do uległości, czytają w myślach i powoli przejmują władzę nad mieszkańcami osady. Do nierównej walki z nimi staje pewien nauczyciel.
Film zrealizowany przez Wolfa Rillę trafił do kin w 1960 roku. Wtedy też pierwszy raz obejrzał go King. Miał wówczas trzynaście lat. A teraz przeczytajcie jeszcze raz to, co napisałem w poprzednim akapicie, a potem przypomnijcie sobie najbardziej charakterystyczne motywy prozy Kinga.
Odcięte od świata małe miasteczko, w którym dzieje się coś dziwnego? - Obecne. Dzieci posiadające dar telekinezy, dzięki któremu wypowiadają wojnę światu? - Obecne. Nadwrażliwy bohater o duszy artysty, który jako jedyny staje do walki ze złem? - Obecne.
Wioska przeklętych jest wzorcem dla całej twórczości Kinga. I bynajmniej nie chodzi o kopiowanie. Raczej o to, że obejrzany za młodu film zakodował w przyszłym Królu Horroru pewien rodzaj konstrukcji opowieści, któremu pozostanie on wierny niemal całe życie. Dlatego też, omawiając twórczość autora Stukostrachów, trudno ten film pominąć - jest na to zbyt ważny. Stanowi coś na kształt archetypu narracji świata według Kinga.
A mało brakowało i Wioska przeklętych nigdy by nie powstała. Prawa do adaptacji powieści Wyndhama kupiło studio MGM i film miał zostać nakręcony w Stanach Zjednoczonych. Pech chciał, że o książce i motywie niepokalanego poczęcia dowiedzieli się przedstawiciele amerykańskich związków wyznaniowych. MGM zalała fala skarg na powieść oraz gróźb, że jej adaptacja zakończy się skandalem obyczajowym. Pod ich presją szefowie MGM przenieśli projekt do swojej filii w Wielkiej Brytanii, z dala od amerykańskich religijnych oszołomów. W efekcie powstał film, który nie tylko był wielkim przebojem, ale także wytyczył drogę rozwoju dla fantastycznych filmów grozy. A błyszczące oczy niebezpiecznych dzieciaków stały się jednym z najczęściej powielanych motywów w kinie.
Niestety, Wioska przeklętych doczekała się kontynuacji - Dzieci przeklętych - i remake'u zrealizowanego przez Johna Carpentera. Niestety - bo kontynuacja jest jednym z najgorszych sequeli w historii kina, a film Carpentera, jak on sam przyznaje, powstał tylko dlatego, że reżyser musiał zgodnie z podpisaną wcześniej umową nakręcić dla studia Universal film wskazany przez producentów. Dziś Carpenter nie ukrywa rozczarowania własnym dziełem i publicznie się od niego odcina.
Noc żywych trupów(Night of the Living Dead)
1968, w reżyserii George'a A. Romero, z Judith O'Dea, Duane'em Jonesem i Karlem Hardmanem
W Polsce pisanie na poważnie o zombie to zadanie dość niewdzięczne. Gdy w 2005 roku pisarz Irek Grin opublikował w "Nowej Fantastyce" tekst o żywych trupach, do redakcji przyszły listy, w których oburzeni czytelnicy twierdzili, że tak obscenicznych rzeczy dawno nie widzieli (na zdjęciu była babcia-zombie). Gdy przy okazji premiery Grindhouse: Planet Terror Rodrigueza opublikowałem w "Newsweeku" tekst o zombie, żona redaktora naczelnego powiedziała, że ilustracje, które wykorzystaliśmy, budzą obrzydzenie (rozkładający się zombiak Tarantina) i nie rozumie, po co o czymś tak brzydkim pisać. Tak, poczciwy zombiak potrafi wzbudzać kontrowersje. I nie wierzcie w to, że sukces Żywych trupów (serialu) coś w tej kwestii zmienił. Zombie są dla "poważnych dziennikarzy" stworami gorszej kategorii - po prostu.
Powodów takiego podejścia do zombie jest oczywiście kilka. Po pierwsze - dla wielu osób pomysł, że postacią w filmie jest ożywiony trup, jest na tyle idiotyczny, że nawet nie próbują się nim zainteresować. Po drugie - filmy z zombie zazwyczaj są dość obrzydliwe (zjadanie żywcem ludzi nie jest widokiem, który każdy akceptuje). Po trzecie wreszcie - i chyba najistotniejsze - horrory o zombie są gatunkiem nierównym jak polskie drogi i bardzo trudno trafić na dobry.
Nie zawsze tak było. Zanim ten specyficzny gatunek uległ modzie na krwawe, pozbawione sensu jatki, powstało kilka filmów wybitnych. Jak ten, bez którego zombie zapewne nigdy nie zajmowałyby ważnego miejsca w popkulturze - oryginalna Noc żywych trupów George'a A. Romero.
Noc żywych trupów, plakat filmowy, 1968
Cóż jest takiego niezwykłego w starym filmie o ożywionych trupach? To, czego dziś na próżno szukać w masowo produkowanych horrorach - inteligencja, głębia i celne obserwacje społeczne. Ale po kolei. Gdy młody Romero (miał wtedy 28 lat) realizował swój debiut filmowy, w kulturze popularnej zombie było zazwyczaj przedstawiane jako martwe truchło, pobudzone do życia przez kapłanów voodoo. Tak było choćby w Wędrowałem z zombie (1943) Jacques'a Tourneura czy Białe zombie (1932) Victora Halperina. Horror jako gatunek filmowy traktowany był po macoszemu. W kinach roiło się od strasznych filmów dla nastolatków i z nastolatkami, a potworami były zmutowane pająki, mrówki czy inne wilkołaki i wampiry. Rok 1968 miał to na zawsze zmienić.
Na przedmieściach Pittsburgha Romero za zaledwie sto czternaście tysięcy dolarów kończył zdjęcia do Nocy żywych trupów, a w Nowym Jorku Roman Polański kręcił Dziecko Rosemary. Te dwa filmy były gatunkową rewolucją. Polański zmienił oblicze horroru satanistycznego, Romero zaś stworzył nową definicję kina zombie, a przy tym i horroru w ogóle.
Hordy zombie pożerające bohaterów nie miały żadnego wytłumaczenia (po prostu były), a ich zachowaniem nie kierowały zasady logiki. Co najważniejsze, uosobieniem zła w Nocy żywych trupów były zarówno zmartwychwstali zmarli, jak i zwykli ludzie. Bo u Romera to człowiek postawiony w ekstremalnej sytuacji okazuje się prawdziwym potworem.
W chwili premiery Noc żywych trupów wywołała niemałe zamieszanie. Krytycy w Stanach Zjednoczonych nie mieli pojęcia, czy traktować ten film jak kolejny film dla nastolatków (na co był zbyt brutalny i okrutny), czy wątpliwy efekt chorej wyobraźni twórców. Stephen King wspominał w wywiadzie, że gdy pierwszy raz zobaczył ten film w kinie, był przerażony - "Wchodząc do kina, spodziewaliśmy się obejrzeć kolejny horror z cyklu potwory, nastolatki i gumowe efekty. Gdzieś po piętnastu minutach na zazwyczaj roześmianej widowni zapanowała grobowa cisza. Gdy film się skończył, wszyscy widzowie byli bladzi z przerażenia. Przyglądałem się wychodzącym z kina milczącym dzieciakom i zastanawiałem, czy są na taki film gotowe... Jakiś czas później doszedłem do wniosku, że nikt z nas nie był".
Film Romera łamał wszelkie obowiązujące dotąd horrorowe zasady. Dziecko pojawiało się tu jako potwór zabijający rodziców, główny bohater (ciemnoskóry, co w tamtych czasach także nie było codziennością) ginął zamordowany przez białych, a nad całością unosiła się atmosfera fatalizmu, do tej pory zarezerwowana dla "czarnych kryminałów".
Romero do żywych trupów powracał jeszcze pięciokrotnie - za każdym razem udanie. Świt żywych trupów (1978) był horrorowym atakiem na konsumpcyjny tryb życia - akcja toczyła się w supermarkecie, a zombiakami były i trupy, i ci, którzy rzucali się w wir bezmyślnych zakupów. Dzień żywych trupów (1985) pokazywał, do czego zdolni są wojskowi w chwili zagrożenia. Ziemia żywych trupów (2005) toczyła się w świecie podzielonym na kasty lepszych i gorszych. Kroniki żywych trupów (2007) to rozważania nad potwornością ludzkiej natury ("Czy zasługujemy na ocalenie?" - pyta pod koniec filmu bohaterka). A Survival of the Dead (2009)... No cóż, kończy się sekwencją, z której jasno wynika, że nawet śmierć niczego nas nie uczy.
Ze wszystkich tych filmów Noc żywych trupów wywołała największe kontrowersje i to ona została uznana przez amerykańską Bibliotekę Kongresu za jeden z filmów, które na zawsze zmieniły oblicze kina, i wciągnięta na listę filmowych zabytków.
Siła oddziaływania filmu Romera nie słabnie, mimo że od jego premiery minęło czterdzieści pięć lat. Noc żywych trupów wciąż uwodzi klimatem czy nowatorskim kadrowaniem (scena z wypchanymi zwierzętami powtarzana jest w co trzecim współczesnym horrorze). W tym wszystkim największe wrażenie robi to, że Romero z kolegami zrobił ten film niemal za darmo, a do efektów specjalnych użył syropu czekoladowego, który miał imitować krew, czy przypieczonej szynki w scenach z rozszarpywanym ciałem. Noc żywych trupów jest jednak tak inteligentnie skonstruowana, że na te techniczne niedociągnięcia nikt w zasadzie nie zwraca uwagi.
Czego, niestety, nie można powiedzieć o większości współczesnych horrorów, w których niezwykle realistyczne efekty specjalne zabijają fabułę i konstrukcję postaci. Po film Romera warto sięgnąć, by przekonać się, czym kiedyś w Hollywood była potęga wyobraźni.
Paradoks sukcesu Nocy żywych trupów polega na tym, że choć jest to najbardziej dochodowy niezależny film w historii kina (do dziś zyski z niego sięgnęły rzędu pięćdziesięciu milionów dolarów), Romero nie zobaczył z zarobionych pieniędzy ani centa. W wyniku źle spisanych umów stracił prawa do filmu i zarabiać może na nim każdy (bo jest w public domain), ale nie on.
Żeby nie wyszło, że Romero to twórca zasłużony dla kina tylko dzięki zombie - oczywiście, że tak nie jest. Niestety, jego najlepszy poza Nocą żywych trupów film - demitologizujący mit wampira Martin - jest w Polsce niedostępny i nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić. Na szczęście w Amazonie można kupić specjalną edycję tego obrazu, który bez wątpienia należy do pierwszej dwudziestki najlepszych horrorów w historii gatunku.
ŁOWCA SNÓW(DREAMCATCHER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2001
Wydania polskie: Prószyński i S-ka (przełożył Arkadiusz Nakoniecznik), 2001; Albatros (przełożył Robert Lipski), 2014; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe, przełożył Robert Lipski), 2017
Nie sposób pisać o Łowcy snów, pomijając to, co wydarzyło się pewnego popołudnia dziewiętnastego czerwca 1999 roku na ulicy w Lovell w stanie Maine. Około szesnastej trzydzieści King spacerował, czytając książkę, kiedy nagle wjechał w niego samochód. Dosłownie. Van uderzył w niego z taką siłą, że pisarz przeleciał w powietrzu cztery metry. Miał wielokrotnie złamane biodro, połamane żebra i zapadnięte płuco. Jak sam mówił, jedyną kością, która w nim wówczas nie pękła, była czaszka. Blisko miesiąc spędził w szpitalu, przechodząc pięć operacji. Rehabilitacja ciągnęła się miesiącami, a ból, który odczuwał, nie opuszczał go przez lata. Przez niego po raz kolejny zaczął balansować na pograniczu uzależnienia, łykając gigantyczne ilości środków przeciwbólowych.
Ponieważ nie mógł siedzieć ani zbytnio się ruszać, King zaczął pisać na leżąco, ręcznie. Łowca snów to jego pierwsza powieść stworzona po wypadku, w całości napisana odręcznie. Czy jest dobra? Nie. To stanowczo jedna z najgorszych pozycji w bogatej bibliografii pisarza. On sam zresztą przyznał w wywiadzie dla "Rolling Stone", że nie cierpi tej książki, bo tak naprawdę całość napisał, będąc naćpany oksykodonem. Być może na skutek otępienia połączonego ze zmęczeniem regenerującego się organizmu autora Łowca snów ociera się niebywale blisko o nieudolny autoplagiat powieści To - tyle że w samczym wydaniu, no i z kosmitami zastępującymi upiornego klauna. Podobnie jak w To, akcja toczy się tu na dwóch płaszczyznach czasowych - początku lat sześćdziesiątych i współcześnie. Grupka dorosłych przyjaciół przyjeżdża do chatki w lesie. Mają ze sobą piwo, papierosy, strzelby i masę spraw do obgadania. Kiedy spada śnieg, część z nich wyrusza na łowy. W lesie spotykają pewnego przemarzniętego mężczyznę. Szybko okazuje się, że w jego ciele ukrywa się kosmiczny pasożyt, który planuje podbić Ziemię. Aby uratować siebie i świat, bohaterowie będą musieli przypomnieć sobie o tym, co naprawdę ich łączyło, i o tym, jak narodziła się ich przyjaźń, kiedy poznali niepełnosprawnego Dudditsa.
Czegoż tu King nie nawkładał! Jest i zagubiona dziewczyna, i telekineza, i rock and roll, i tępe osiłki, i występny pułkownik, będący najgorszym popkulturowym nawiązaniem do Czasu apokalipsy i Jądra ciemności, i zabójcze UFO, i wypadek samochodowy, i rozwody, i małe miasteczko, i nawet odniesienia do własnego wypadku samochodowego. Tak, udało mu się wcisnąć do jednego gara wszystkie elementy, które wykorzystywał do tej pory w swoich powieściach, tyle że zupełnie nie potrafił sobie z nimi poradzić. Akcja toczy się niemrawo, a psychologia postaci - to, co zawsze było najmocniejszą stroną książek Kinga - jest tu śladowa.
Rozpisana na ponad pięćset stron prosta historyjka o inwazji obcych zebrała cięgi od krytyków literackich i spotkała się z chłodnym odbiorem pośród fanów. Zasłużonym. Choć i tak film oparty na jej motywach miał gorzej.
Na pocieszenie dodam, że jest to powieść, w której King złożył hołd Josephowi Conradowi i jego Jądru ciemności. W końcu nie przez przypadek główny ludzki zły nazywa się tu Kurtz i jest obłąkanym wojskowym.
ADAPTACJA FILMOWA ŁOWCY SNÓW
Łowca snów(Dreamcatcher)
2003, w reżyserii Lawrence'a Kasdana, z Damianem Lewisem, Thomasem Jane'em, Jasonem Lee i Morganem Freemanem
Czterech przyjaciół powiesiło w chatce łapacz snów. Wkrótce złapią coś, czego nie będą mogli powstrzymać.
Odważnym, który zdecydował się adaptować Łowcę snów, był Lawrence Kasdan, autor scenariuszy do Poszukiwaczy zaginionej arki i Gwiezdnych wojen, jeden z najciekawszych twórców filmowych XX wieku. Film w założeniu twórców miał być jednym z największych hitów kinowych 2003 roku. Zebrano imponującą obsadę (nawet Morgan Freeman zgodził się zagrać psychopatycznego pułkownika), jako scenarzystę zatrudniono Williama Goldmana i po blisko roku pracy... do kin wypuszczono film, który ostatecznie złamał karierę twórcy Wielkiego chłodu. Od premiery Łowcy snów Kasdan nie nakręcił już żadnego filmu w wielkim hollywoodzkim studio. Tak oto Stephen King swoją powieścią zniszczył karierę człowieka, który dał światu Gwiezdne wojny i Indianę Jonesa.
Plakat do Łowcy snów, 2003
Stephen King podczas premiery Łowcy snów, Los Angeles, marzec 2003
Oczywiście Kasdan osobiście przyłożył do tego rękę. Łowca snów to bowiem dwugodzinny filmowy chaos, o którym trudno napisać cokolwiek dobrego. Sceny z siebie nie wynikają, wątki się nie łączą, a bohaterowie (w tym kuriozalny Morgan Freeman) błąkają się po ekranie niczym psy, które źli właściciele porzucili w lesie. Takiego bałaganu nikt po Kasdanie się nie spodziewał. Podobnie jak nikt nie spodziewał się, że z jednego z kluczowych bohaterów zrobi... kosmitę.
W efekcie film zebrał jeszcze gorsze recenzje niż kiepska powieść i do dziś uchodzi - zupełnie słusznie - za jedną z najgorszych wysokobudżetowych adaptacji prozy Kinga. A, i w zasadzie do dziś film nie zwrócił swojego budżetu. I jeszcze coś ciekawszego - King uwielbia ten film. Być może dlatego, że całość przypomina wyprodukowany za ciężkie miliony kiczowaty horror science fiction z lat pięćdziesiątych.
KING WEDŁUG...KATARZYNY PUZYŃSKIEJ
Katarzyna Puzyńska (rocznik 1985) Bestsellerowa autorka kryminałów. Jej cykl o policjantach z Lipowa sprzedał się w nakładzie sięgającym ośmiuset tysięcy.
Wspomnienia tak zwanego "pierwszego razu" ze Stephenem Kingiem aż chciałoby się rozpocząć jakimś nieco mroczniejszym akcentem. Można by na przykład powiedzieć, że było wtedy zupełnie ciemno, a gałąź, której przed zimą jakoś nikt nie miał okazji przyciąć, raz po raz uderzała w okno. Rytm był nierówny, dyktowany kaprysami lodowatego wiatru. Luty w tym roku zdecydowanie nie rozpieszczał.
Rozważania meteorologiczne pewnie przeszłyby mi wówczas przez myśl, gdyby nie skrzypnięcie drzwi. Ciche, jakby od niechcenia. Niewyraźne, ale o wątpliwościach nie mogło być mowy. Ktoś wszedł do środka. Dom tonął w mroku. Przecież byłam sama. Kto miałby pozapalać światła? Żałowałam, że nie zrobiłam tego już wtedy, kiedy krótki dzień zaczął się chylić ku zachodowi. Teraz trudno było zorientować się, czy ktoś nie kryje się w cieniu.
Skrzypnięcie. Nagła myśl - telefon. Zadzwonić! Ale do telefonu trzeba iść do przedpokoju. To były przecież czasy linii naziemnych, aparatów z okrągłą tarczą, kiedy pracowicie wykręcało się numer rozmówcy.
Skrzypnięcie. A może to okno balkonowe, a nie drzwi wejściowe? Kroki? Nie, teraz cisza. Tylko mój przyspieszony z lekka oddech. Nic więcej.
Tak chciałoby się zacząć... Czy tak właśnie było? Można powiedzieć, że całkiem podobnie...
Swoją przygodę czytelniczą rozpoczęłam kryminałami i fantastyką. W moim sercu królowali zdecydowanie Agatha Christie (ach, te pierwsze książki wykradzione z biblioteczki mojej babci prokurator!) i J.R.R. Tolkien (Władca pierścieni przeczytany jakiś milion razy - przy ostrożnych kalkulacjach). Stephen King gdzieś tam się przewijał w mojej świadomości, ale dosyć długo nie sięgałam po jego dzieła.
Zmieniło się to dopiero, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Pierwszą książkę mistrza grozy kupiłam nie dla siebie, ale dla przyjaciółki, która w Kingu była wtedy zakochana już od dłuższego czasu. To był zbiór opowiadań Wszystko jest względne. Nawiasem mówiąc, napisałam dedykację, z której obie śmiejemy się do dzisiaj. Nie zdradzę przezornie, co w niej było...
Ale wracając do tego lutowego wieczoru, o którym wspomniałam na początku. Kiedy ja skradałam się do telefonu, kilka bloków dalej Magda - też akurat była sama w domu - czytała właśnie książkę, którą jej podarowałam. Opowiadanie za opowiadaniem. Atmosfera grozy narastała więc powoli, acz nieubłaganie - zwłaszcza kiedy pomagała w tym bujna wyobraźnia.
Kiedy Magda była już pod koniec dziewiątej historii - Wirus drogowy zmierza na północ (dla niewtajemniczonych: rzecz traktuje o obrazie, który się zmieniał, oraz pewnym młodzieńcu ze spiłowanymi zębami) - wtedy do niej zadzwoniłam.
Nie byłoby w tym nic dziwnego (jako nastolatki długie godziny wisiałyśmy na telefonie, wprawiając tym wszystkich w lekką irytację), gdyby nie to, że udało mi się trafić idealnie w punkt... Zadzwoniłam akurat w momencie, kiedy w opowiadaniu zadźwięczał dzwonek do drzwi (jak można się domyślić, u Kinga nie zwiastował niczego dobrego).
Magda tak się przestraszyła, że postanowiła za karę streścić mi opowiadanie (wiadomo, lepiej bać się we dwójkę niż samotnie - również ze względu na starą jak świat zasadę, że strach narasta w miarę nakręcania się rozmówców). Mój wyraźny opór nie pomógł.
Do tej pory wspominamy tę historię z rozrzewnieniem. Od tamtego czasu przeczytałam trochę książek Kinga - choć nadal do moich ulubionych należą te nieco mniej przerażające, jak na przykład Zielona mila.
SZKIELETOWA ZAŁOGA(SKELETON CREW)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Putnam, 1985
Wydania polskie: Prószyński i S-ka, 2010; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożyli Arkadiusz Nakoniecznik, Paulina Braiter, Dorota Malinowska, Krzysztof Sokołowski, Danuta Górska, Jan Pyka, Rafał Wilkoński
Następcę Nocnej zmiany trudno już uznać za tak udany zbiór opowiadań jak pierwszy, napędzany energią, której nie da się podrobić, mimo to czyta się go wspaniale. Podobnego zdania byli fani, którzy wykupili sześćset tysięcy egzemplarzy z pierwszego nakładu. O najdłuższym tekście z tego zbioru - czyli Mgle - przeczytacie poniżej, ale zanim do niego dojdziemy, przyjrzyjmy się kilku innym.
Do Szkieletowej załogi King oprócz opowiadań dołączył jeszcze dwa wiersze, Lament paranoika i Dla Owena, a także dwa fragmenty nieukończonej powieści The Milkman, o mleczarzu, który zabija swoich klientów, podrzucając im na ganek wraz z butelką mleka takie niespodzianki jak jadowite pająki, węże i inne przyjemności. Co ciekawe, choć King stracił zapał do tej powieści gdzieś na początku lat osiemdziesiątych, to historia ze "zwyczajnym" seryjnym mordercą siedziała mu w głowie przez lata. Bo nie ulega wątpliwości, że Pan Mercedes jest literackim synem Mleczarza, który nie tylko zabijał, lecz także przejawiał niezwykły talent do oddziaływania na ludzi i zmuszania ich do robienia okropnych rzeczy.
Mleczarz 1 oraz Mleczarz 2 nie są jedynymi tekstami w tym zbiorze, które autor po latach na nowo wykorzysta. Antologię zamyka fenomenalna Cieśnina - jedno z najlepszych opowiadań Kinga w całej karierze - której echa odnajdujemy w Panu Ciacho ze zbioru Bazar złych snów. Cieśninie warto poświęcić kilka słów, bo chyba jest niesłusznie zapomnianym arcydziełem. Pomysł wyjściowy jest tu prosty - na wyspie mieszka samotna stara kobieta. Pewnego dnia zaczyna widzieć znajomego z przeszłości. Im wyraźniejsze stają się te wizje, tym jaśniejsze się staje, że ów znajomy jest śmiercią i właśnie przyszedł po kobietę. Niby horror, niby duchy, ale tak naprawdę to czuła opowieść o umieraniu i pamięci. I o tym, co po nas zostaje.
Świetnym tekstem jest Tratwa - zekranizowana w Koszmarnych opowieściach 2 - na pozór banalna opowiastka o dzieciakach uwięzionych na środku jeziora, ale emocje pulsujące w tekście tej historii są niezwykłe. A sam pomysł wyjściowy znakomity.
Z ciekawych opowiadań mamy tu jeszcze Nonę - czyli wejście Kinga w świat mitologii Lovecrafta - zabawne i okrutne, szkolne Zjawi się tygrys czy Skrót pani Todd, w którym pojawia się Castle Rock, a bohaterka jest wzorowana na... żonie Kinga, która ma obsesję na punkcie skrótów.
Jest także Szkoła przetrwania, która wywołała mały skandal swoim okrucieństwem, opowiada bowiem o lekarzu zmuszonym do kanibalizmu, a sekwencje zjadania ciała są tak sugestywne, że u niektórych czytelników wywoływały mdłości.
Co najważniejsze, Szkieletowa załoga jest antologią niezwykle zróżnicowaną gatunkowo. King sięgnął w niej po czystą fantastykę, fantasy, horror, prozę obyczajową i klasyczny kryminał. Ten rozrzut został przez niektórych recenzentów uznany za brak spójności, ale akurat z takim zarzutem zgodzić się nie można. Szkieletowa załoga może się podobać właśnie dzięki temu, że King w każdym tekście zaskakuje stylistyką i nie boi się umieścić obok siebie opowiadania o młodym chłopaku, który wpada w szał zabijania - Bunt Kaina - z Małpą, historią opętanej zabawki.
Limitowane amerykańskie wydanie Szkieletowej załogi zawiera dodatkowy tekst The Revelations of 'Becka Paulson, podpisany jako fragment powieści Stukostrachy (co nie jest do końca prawdą, bo opowiadanie było pierwszy raz publikowane w magazynie "Rolling Stone", ale King często stosował ten zabieg; publikował fragmenty powieści zmienione o tyle, o ile wymagała tego forma opowiadania).
Reasumując - dobry zbiór.
Mgła
Ze wszystkich opowiadań Kinga Mgła wydaje się jednym z najważniejszych i najlepszych i w niebywały wręcz - jak na tę formę literacką - sposób odcisnęło swoje piętno na współczesnej kulturze masowej.
Bez tego tekstu nie powstałyby dwie wybitne i dziś absolutnie kultowe gry komputerowe - Half-Life i Silent Hill. Pierwsza całą fabułę - czyli co by było, gdyby wojskowy eksperyment poszedł źle i z równoległej rzeczywistości przybyłyby zamieszkujące ją potwory - zaczerpnęła z tekstu Kinga; druga swój niezwykły mglisty klimat zawdzięcza właśnie Mgle. Podobnie jak atakujące bohaterów pterodaktyle.
To zresztą nie są jedyne gry komputerowe, zainspirowane tą nowelą. W 1985 roku powstała komputerowa adaptacja opowiadania. W roku 2009 weszło Vorago, w 2012 po tekst sięgnęli twórcy The Secret World, a pięć lat później programiści nowej odsłony Fallouta oddali hołd Kingowi, pożyczając sobie elementy z Mgły. To, że ta nowela weszła tak intensywnie w świat wirtualnej rozrywki, wspiera tezę, że Mgła o wiele lepiej sprawdza się jako podstawa dla formy opartej na niedopowiedzeniach niż w adaptacjach filmowych.
Wszystko zaczęło się od burzy. Małego tornada i wycieczki do supermarketu.
Był rok 1976. King wraz z rodziną mieszkał w letniskowym domku nad Long Lake w Bridgton. Pewnej nocy zerwała się gigantyczna burza, której finałem było małe tornado. Jak pisał w posłowiu do Szkieletowej załogi, ta noc, podczas której na zewnątrz szalała burza, o on tulił żonę w sypialni na parterze, dała początek Mgle. Ona i poranek nazajutrz, gdy pisarz pojechał z synem do lokalnego supermarketu. Stojąc przy kasie, nagle wyobraził sobie gigantycznego pterodaktyla atakującego klientów. Tyle wystarczyło. Reszta to Mgła.
W 1976 roku King wspinał się na szczyt. W kinach szalała już Carrie, a do księgarni trafiło Miasteczko Salem. To jeszcze nie był moment, w którym King mógł odrzucać zlecenia - zresztą tak naprawdę nie odrzuca ich do dziś - ale mógł już pozwolić sobie na małe pisarskie wakacje. I pewnie by je miał, gdyby dziury w brzuchu nie wiercił mu agent, Kirby McCauley. Był wówczas odpowiedzialny za redakcję antologii Dark Forces i wszystkimi siłami natury zmuszał swojego podopiecznego do napisania tekstu, który byłby ozdobą książki. W końcu King je napisał. Dziś o wydanej finalnie w 1980 roku antologii pamięta się tylko dzięki temu, że debiutowała w niej Mgła.
Dlaczego ten tekst jest tak ważny? Poza wspomnianym już wpływem na kulturę, poza adaptacjami filmowymi Mgła jest wybitnym dowodem na to, jak gigantyczna rzeka rwącego talentu płynęła w żyłach Kinga. I jak czasami znajdowała upust na kartkach papieru.
Zaczyna się od niemal dokładnego opisu tego, co przydarzyło się Kingowi i jego rodzinie podczas burzy ("nie, moje książki nigdy nie są autobiograficzne..."). Kilka stron później zaczyna się horror. Główny bohater David wraz z synem wyrusza na zakupy do supermarketu. A tam zaledwie w kilka minut ich życie zamienia się w koszmar. Zostają odcięci od świata przez gęstą mgłę, w której ukrywają się tajemnicze i krwiożercze stwory. Wraz z upływem czasu David zaczyna się zastanawiać, gdzie jest bezpieczniej - w sklepie, w którym ludzie zaczynają przejawiać najgorsze instynkty, czy pośród potworów we mgle?
Kiedy King pisał tę nowelę, był już po ukończeniu Miasteczka Salem, i to się wyczuwa. Bo Mgła, podobnie jak słynna powieść o wampirach, oparta jest nie tyle na lęku przed potworami, ile na tym, jak ludzie w obliczu zła sami zamieniają się w potwory. Zamknięta sklepowa społeczność jest wręcz idealną areną do snucia opowieści o tym, do czego jesteśmy zdolni. W tej sytuacji nawet demoniczne istoty przybyłe do naszego świata w wyniku wojskowego eksperymentu wydają się bardziej przyjazne. A już na pewno bardziej przewidywalne, ponieważ wiadomo, jaki los może spotkać człowieka z ich łap. Z ludźmi sprawy nie mają się tak lekko.
Poza kapitalnym oddaniem klimatu osaczenia i ludzkiego upodlenia wielkie brawa należą się także Kingowi za umiejętną, w zasadzie już postmodernistyczną zabawę z horrorem. Bo przecież to, co dybie na bohaterów we mgle, równie dobrze mogłoby pojawić się na kartach opowieści H.P. Lovecrafta. Z tą różnicą, że ten nie poradziłby sobie tak dobrze z ludzką psychiką.
Czytana po latach, Mgła wciąż zaskakuje swoją intensywnością i klimatem beznadziei. Przy okazji także dobitnie pokazuje, że od napisania tego tekstu motyw izolacji bohaterów stanie się pisarską obsesją Kinga. W wersji mikro - rodzina i dom - powróci do niego w Lśnieniu, w wersji makro - całe miasteczka - choćby w Sztormie stulecia czy w Pod kopułą.
ADAPTACJA KINOWA OPOWIADANIA MGŁA ZE ZBIORU SZKIELETOWA ZAŁOGA
Mgła(The Mist)
2007, w reżyserii Franka Darabonta, z Thomasem Jane'em, Marcią Gay Harden i Samem Witwerem
Strach zmienia wszystko.
Mam dwa wspomnienia związane z tym filmem. Kiedy oglądaliśmy go z Lechem Kurpiewskim na pokazie prasowym, po półgodzinie nie wytrzymaliśmy i rycząc ze śmiechu, wyszliśmy z sali. Za nami ruszył wianuszek innych dziennikarzy, których do łez doprowadziły macki atakujące bohaterów. Drugie wspomnienie sięga jeszcze czasów dzieciństwa i dotyczy samej noweli, na podstawie której powstał film. Otóż pewien starszy ode mnie o rok kolega - fan muzyki metalowej, który chodził po szkole z wielkim, ciężkim, odwróconym krzyżem na szyi, przez co wyglądał tak, jakby bił pokłony rogatemu - chciał mnie pobić za to, że śmiałem publicznie powiedzieć, że Mgła Kinga nie ma nic wspólnego z filmem Johna Carpentera. Dla niego było oczywiste, że Carpenter adaptował Kinga. I chociaż wiedziałem, że się myli - kiedy Carpenter kręcił Mgłę, King nawet nie zabrał się do pisania swojej - dla świętego spokoju przyznałem mu rację. Z bijącym pokłony rogatemu lepiej nie dyskutować. A swoją drogą Szkieletowa załoga z nowelą Mgła ukazała się u nas dopiero po tym, jak skończyliśmy liceum.
Plakat do Mgły, 2007
Ale wracając do filmu - Mgła to trzecie kinowe spotkanie Franka Darabonta i Kinga. Dwa poprzednie zaowocowały powstaniem "niedzielnych fanów" pisarza i dwoma filmami, które w niektórych kręgach są uznawane za arcydzieła. Mgła nie podzieliła ich losu. Nie zarobiła wielkich pieniędzy - przy siedemnastomilionowym budżecie przychody wyniosły sześćdziesiąt sześć milionów dolarów - i nie cieszy się dziś taką popularnością jak Zielona mila czy Skazani na Shawshank. Oczywiście głównie dlatego, że w przeciwieństwie do tamtych filmów jest horrorem w stanie czystym.
Pewnego dnia nad małym miasteczkiem przechodzi gigantyczna burza. Nad ranem ojciec i syn jadą do sklepu na zakupy. Gdy stają w markecie w kolejce do kas, nagle na miasto opada gigantyczna mgła i wychodzą z niej tajemnicze, mordercze stwory...
Na takie stwory fani Skazanych na Shawshank nie byli przygotowani. Gumowate macki, wielgachne insekty - to, co w Mgle miało budzić przerażenie u osób, które nie miały pojęcia, o czym opowiada ta historia, budziło śmiech. Ci zaś, którzy wiedzieli, co niesie ze sobą mgła, też wybuchali śmiechem, ponieważ w wyniku niskiego budżetu potwory wyglądają jak wielkie gumowe żelki atakujące ludzi. Nie jest to wprawdzie poziom Plazmy, ale niestety, Mgle niebezpiecznie do tego filmu blisko.
Choć reszta historii, czyli opowieść o rodzących się w sklepie sojuszach, złych instynktach, które wychodzą z ludzi, i tak dalej, jest absolutnie po kingowsku sprawna. Cóż jednak z tego, skoro lateksowe stwory burzą klimat opowieści. To właśnie przez nie ponure zakończenie - dopisane przez Darabonta i pochwalone przez Kinga - zamiast wybrzmieć apokaliptycznie, niezamierzenie bawi.
Ja osobiście w pewnym stopniu przekonałem się do tego filmu dopiero w chwili, gdy obejrzałem reżyserską - czarno-białą - wersję dodaną do edycji DVD. Pozbawione kolorów potwory bawią mniej, ale i tak irytują. Poza tym miał rację King, pisząc w posłowiu do Mgły, że jeśli ten tekst miałby być adaptowany, to tylko w wersji czarno-białej. Bo jest w tej noweli coś ze starych opowieści o potworach i równie dobrze mogłaby zostać napisana w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, dajmy na to przez Raya Bradbury'ego.
Problem irytacji powtarza się zresztą w większości filmów o potworach, które próbują być czymś więcej niż klasycznym monster movies. Albo kręcimy Godzillę i pokazujemy widzom od początku, o co chodzi, albo pojawienie się stworów próbujemy tak wygrać, aby publiczność bała się na samą myśl, że w mroku może się coś kryć. Film Darabonta próbuje połączyć dosłowność i tajemnicę, lecz w efekcie zamiast grozy wyszła z tego breja, w której, co ciekawe, zakochał się sam King, uznając Mgłę za jedną z najlepszych adaptacji jego prozy. Jego prawo. Tak samo jak moim jest to, żeby powiedzieć: nie.
ADAPTACJA TELEWIZYJNA MGŁY
Mgła(The Mist)
2017 (Spike TV), pomysł Christiana Torpe'a, z Morganem Spectorem, Alyssą Sutherland i Gus Birney
Strach. Człowiek. Natura.
Dekadę po kinowej premierze Mgły tekst Kinga trafił do telewizji. Abstrahując od wspomnianych założeń pisarza, że tekst najlepiej wyglądałby jako czarno-biały film, serial wydawał się naturalnym środowiskiem dla opowieści o mrocznych instynktach budzących się w duszach ludzi uwięzionych przez potwory.
Dlaczego idealnym? Choćby z tego powodu, że Mgła jest tekstem, który można dowolnie rozbudowywać. Wystarczy odrobina wyobraźni i znajomości ludzkiej natury. Zamykając w supermarkecie osaczonych bohaterów, King stworzył mikrośrodowisko, którego nie rozpisał tylko z jednego powodu - objętości antologii, do której zamówiono tekst. A nagromadzone tam postacie aż się prosiły o barwniejsze życiorysy. Zresztą swoistą powtórką Mgły była powieść Pod kopułą, która bazowała przecież na tym samym pomyśle - odcięte od świata postacie, których egzystencję ogranicza byt nadprzyrodzony - i miała blisko tysiąc stron.
Wspominam Pod kopułą nie przez przypadek. Twórcy serialu bowiem, rozbudowując jego fabułę, ewidentnie zapatrzyli się w ten tekst. Serialowa Mgła nie opowiada więc o grupce ludzi zamkniętych w supermarkecie, lecz o całym miasteczku odciętym od świata, jak w Pod kopułą. Jest tu kilka ośrodków, gdzie ukrywają się bohaterowie - kościół, supermarket, warsztat samochodowy - którzy o wiele częściej wychodzą w tytułową mgłę niż w opowiadaniu i filmie kinowym.
Czy to źle? Nie. Ten zabieg jest chyba dla serialu naturalny. Podobnie jak naturalne wydaje się dzielenie na podgrupy uwięzionych i tworzenie nowych, radykalnych mikrospołeczności.
Wszystkie zatargi, plotki i małomiasteczkowe pretensje w zetknięciu z mgłą i wychodzącymi z niej stworami urastają do rangi greckiej tragedii, co oczywiście dla nikogo dobrze skończyć się nie może.
Żeby zbudować całą miasteczkową społeczność, siłą rzeczy scenarzyści musieli dodać postaci i dramatów.
Mamy tu więc skonfliktowaną z radą rodziców nauczycielkę, która w młodości prowadziła dość rozwiązły tryb życia. Jej męża i córkę, która pada ofiarą gwałtu. W kontrze do tej rodziny pojawia się potencjalny gwałciciel - syn policjanta wykorzystującego daną mu władzę. Jest podstarzała hipiska, widząca we mgle zemstę sił natury. Są żołnierze - związany z nimi wątek właściwie pokrywa się z oryginałem. Jest narkoman, ksiądz, lokalny gej... Twórcy serialu wpisali w fabułę niemal każdy możliwy model ludzkiego charakteru, bo bez tego nie mieliby szans prowadzić wciągającej narracji przez cały sezon. Pytanie, czy zrobili to na tyle sprawnie, by zaintrygować widzów.
I tu pojawia się pierwszy problem.
Owszem, siła prozy Kinga tkwi w zderzeniu zwyczajności z bytem nie z tego świata. W serialu jednak zwyczajność zbyt często popada w banalność i zamiast intrygować i budować napięcie, zaczyna irytować, i to o wiele bardziej niż gumowe potwory z filmu Darabonta.
Schematyczność konstrukcji postaci to pierwszy grzech serialowej Mgły. Drugi - o wiele cięższy - polega na schematycznym budowaniu napięcia. O ile w Mgle Darabonta potwory wywołały śmiech części widzów, ale też sporą konsternację - poziomu zaskoczenia, jaki wypracował duet Tarantino/Rodriguez w Od zmierzchu do świtu, może nie osiągnięto, ale było blisko - o tyle w serialu mamy do czynienia z najbardziej przewidywalnymi horrorowymi zagrywkami, jakie tylko można wymyślić. A zatem jeśli ktoś robi głupi żart, zostanie ukarany. Jeśli ktoś wydaje się zły, okaże się dobry. Tchórz staje się religijnym neofitą, a mgła straszy mniej więcej tak samo jak wyskakujący spod łóżka psychopata. Nie budzi grozy swoją majestatycznością i tajemnicą, bo wiemy, że zaraz zdarzy się coś złego, zanim zdąży zaakcentować to posępna muzyka.
Czy zatem serialowa Mgła to porażka? Niestety, tak. Jest schematyczna, do bólu przewidywalna. Choć należy twórcom oddać honor: do czwartego odcinka ukrywają fizis demonicznych postaci. Powściągliwość w epatowaniu bytami z innego wymiaru to największy plus serialu. I niestety, z perspektywy widza, który oglądał wszystkie adaptacje prozy Kinga, jedyny. Nie znaczy to, że serial nie może się podobać. Może, bo jest zbudowany z elementów, które zachwycały inżyniera Mamonia. Taka piosenka, co to ją już słyszeliśmy. Ale słuchamy, bo przez cały czas liczymy, że ktoś zagra tu inną nutę. Nie zagrał. A serial skasowano po pierwszym sezonie.
CIEKAWOSTKA
Za najlepszą adaptację Mgły uchodzi zrealizowany w technice binauralnej audiobook, który ukazał się w 1988 roku. Jego twórcom udało się stworzyć coś na kształt trójwymiarowego słuchowiska radiowego, które o wiele mocniej przeraża i przemawia do wyobraźni niż dosłowność filmowych potworów.
INNE ADAPTACJE OPOWIADAŃ ZE SZKIELETOWEJ ZAŁOGI
Babcia(Mercy)
2014, w reżyserii Petera Cornwella, z Chandlerem Riggsem, Markiem Duplassem i Dylanem McDermottem
Scenariusz oparty został na krótkim opowiadanku Babcia. Opublikowane w Szkieletowej załodze, było Kingowską wariacją na temat mitologii Cthulhu. Tytułową babcią jest dybiąca na duszę wnuczka wiedźma, która kolaboruje z Przedwiecznymi. Tekst Kinga, krótki i zwięzły, został w 1986 roku adaptowany przez legendarnego Harlana Ellisona na potrzeby serialu Strefa mroku. Nowelka filmowa, która wówczas powstała, była wierną fabule klasyczną telewizyjną opowiastką grozy.
Trzydzieści lat po opublikowaniu opowiadania jego adaptacji podjął się Peter Cornwell, reżyser przebojowych, choć nie do końca udanych, Udręczonych. Ponieważ tekst był minimalistyczny, a film trwa osiemdziesiąt minut, scenarzysta dopisał do Kingowskiej opowieści tło. Babcia młodego George'a kiedyś była pobożną chrześcijanką, ale ponieważ nie mogła mieć dzieci... oddała duszę Hasturowi w zamian za cud macierzyństwa. Historię poznajemy w retrospektywach, główna fabuła koncentruje się na relacji wnuczek-babcia.
Babcia nie jest filmem ani przełomowym, ani istotnym w bogatej filmografii Kinga. Cornwell, podobnie jak w przypadku Udręczonych, przez całą projekcję udowadnia nam, że jest sprawnym horrorowym stylistą i ma w jednym palcu gatunek i rządzące nim klisze. Problem jednak polega na tym, że poza klisze za diabły nie chce mu się wyjść. I tak widz bezustannie boryka się z ponurym poczuciem déja vu. Wszystkie straszne scenki widzieliśmy już milion razy. Cmentarz i krzyże, demoniczne psy z piekła rodem, mgłę i tak dalej. Pomyślcie o pierwszym najbardziej ogranym chwycie, jaki się wam kojarzy z paranormalnymi horrorami, a gwarantuję, że tu go zobaczycie.
Taki właśnie jest ten film. Wtórny, przewidywalny i momentami, mimo prostej historii, nazbyt chaotyczny - w kilku minutach finału scenarzysta gonił się chyba z rogatym i próbował pozamykać wszystkie rozpoczęte wątki w jednej scenie. Paradoksalnie, mimo tych wad Babcię da się oglądać. Jeśli oczywiście lubicie przewidywalne do bólu horrory klasy B.
Word Processor of the Gods
1984, odcinek serialu Opowieści z ciemnej strony, oparty na opowiadaniu Edytor tekstu
Maleńka nowelka zrealizowana na potrzeby serialu, którego pomysłodawcą był George A. Romero. Ojciec filmowych żywych trupów na fali popularności Koszmarnych opowieści postanowił stworzyć własny serial, składający się z dwudziestominutowych strasznych nowelek filmowych. Całość miała składać hołd legendarnej Strefie mroku Roda Serlinga.
Edytor tekstu idealnie wpisywał się w tę konwencję, bo było to opowiadanie, które samo w sobie składało hołd serialowi Serlinga, a konkretnie odcinkowi A World of His Own, w którym wszystko, co zostało napisane na maszynie, zamieniało się w rzeczywistość. U Kinga również edytor tekstu tworzył nowy świat.
Odcinek sam w sobie nie powala niczym szczególnym. Ot, solidny kawał amerykańskiej telewizyjnej roboty z uroczo-okrutną puentą. Idealny dla wielbicieli nowelek filmowych w stylu retro.
Gramma
1986, odcinek nowej serii Strefy mroku, oparty na opowiadaniu Babcia
Kilku producentów telewizyjnych nakłaniało Kinga, aby to on został szefem literackim reaktywowanej po latach Strefy mroku. Odmówił, twierdząc, że nie chce się użerać z producentami, którzy będą odrzucali wybrane przez niego scenariusze. Dobry horror wymaga czasami pokazania krwi, a na to w telewizji nikt nie chce się zgodzić - tak miał ponoć tłumaczyć swoją decyzję. Tym sposobem pieczę nad nową Strefą mroku przejął Harlan Ellison, który... od razu kupił od Kinga prawa do opowiadania Babcia.
Historia o demonicznej babci, która oddała duszę pradawnym bóstwom z mitologii H.P. Lovecrafta, spotkała się z dość mieszanym przyjęciem. Z jednej strony, chwalono klimat i ascetyczną narrację - akcja całego odcinka toczy się w głowie wnuczka, który musi opiekować się babcią; z drugiej, wyszydzano czerwone demoniczne oczy i przewidywalną puentę. Zresztą słusznie, bo twórcy tego odcinka ewidentnie nie mogli się zdecydować, czy zachować pełną powagę i straszyć na serio do końca, czy też zakpić sobie z gatunku. W efekcie jedyne w karierze Kinga spotkanie z jego ukochanym i niebywale ważnym w karierze pisarskiej serialem okazało się sukcesem zaledwie połowicznym... i to delikatnie rzecz ujmując.
Creepshow 2 - Opowieści z dreszczykiem
1987 (jedna z nowelek jest adaptacją opowiadania Tratwa ze Szkieletowej załogi), w reżyserii Michaela Gornicka, z Lois Chiles, George'em Kennedym i Tomem Savinim
Gdy kurtyna idzie w górę, zaczyna się horror.
Jaki polski tytuł nosi ten film? Trudno zgadnąć. Na oficjalnym DVD widnieje Creepshow 2 i tej wersji będziemy się trzymać. Jak łatwo się domyślić, Creepshow 2 to kontynuacja zrealizowanych w 1982 roku Koszmarnych opowieści. Na planie tamtego filmu Michael Gornick pełnił funkcję operatora. Kiedy okazało się, że Romero nie stanie za kamerą części drugiej, Gornick otrzymał oficjalne namaszczenie - zarówno ze strony Kinga, jak i George'a A. Romero.
Kontynuacje filmów powstają zazwyczaj w chwili, gdy część pierwsza odnosi spory sukces kasowy. Tak było i w tym przypadku. Kontynuacje są zwykle droższe od poprzedników, ponieważ producenci wychodzą z prostego założenia, że film się sprzeda. A tu, niestety, tak nie było. Creepshow 2 to paradoksalny przykład sequela, który producenci postanowili zarżnąć, zanim został ukończony. Zapewne stało się tak, ponieważ przy produkcji pierwszej części budżet rósł w galopującym tempie, niemal pogrążając projekt. W końcu początkowe pięć milionów zamieniło się w osiem. Aby uniknąć powtórki z rozrywki, producenci trzymali ręce na ponad trzech milionach dolarów i... skrzywdzili film. Creepshow 2 miał jak pierwsza część składać się z pięciu nowelek i historyjki przewijającej się między nimi. W wyniku cięć dwa scenariusze zostały odrzucone. Ten oparty na opowiadaniu The Cat from Hell trafił do kinowej wersji Opowieści z ciemnej strony, natomiast Pinfall nigdy nie został zrealizowany. Komiks bazujący na tej opowiastce został jednak dodany do amerykańskiego wydania DVD filmu.
Okrojony film, niestety, wypadł o wiele słabiej niż część pierwsza. Owszem, Creepshow 2 wciąga, ale nie ma w nim tego luzu, który sprawiał, że we wcześniejszym filmie uśmiechaliśmy się od ucha do ucha na widok taty-zombie.
Głównym problemem tego filmu jest jego gatunkowe rozedrganie. Reżyser Creepshow 2 nie potrafił się zdecydować, czy kręci poważną antologię, czy gatunkowy żarcik. W efekcie powstał film niespójny i bardzo nierówny. Przewijająca się przez nowelki opowieść o chłopcu prześladowanym przez szkolne osiłki miała w zamierzeniu być zabawna, ale swoim klimatem zupełnie nie pasuje do nowelek. Pierwsza z nich, napisana przez Kinga specjalnie na potrzeby filmu historia pewnego mściwego drewnianego Indianina (Wódz drewniana głowa), jest prostą, a przy tym zaskakująco poważną opowieścią o zemście. Wręcz za poważną. Rasizm, kryzys, młodociany gang i przemoc... Owszem, dla horroru to idealna pożywka, ale raczej nie w chwili, gdy lekcji pokory i szacunku dla innych zupełnie na poważnie udziela złym chłopakom drewniana figurka. Trzeciej nowelce, także napisanej specjalnie na potrzeby produkcji - Autostopowiczowi - o wiele bliżej już do poprzedniego filmu. Mamy tu kobietę bogatą i niewierną oraz pewnego upartego trupa. Jest czarno i straszno, w idealnych proporcjach. Niestety, też bez większych zaskoczeń.
Celowo w tej wyliczance nowelkę drugą zostawiłem na koniec, zasługuje bowiem na ciut więcej uwagi. Tratwa, bo taki nosi tytuł adaptacja opowiadania ze Szkieletowej załogi, jest powodem, dla którego ten film obejrzeć trzeba. Zaczyna się niewinnie. Grupka przyjaciół jedzie nad wodę. Mają zamiar pić piwo, palić, kąpać się i dobrze bawić. Znacie ten scenariusz, prawda? W horrorach sprowadza się on zazwyczaj do opowieści o szalonym zabójcy grasującym w pobliskim lesie. Tu także pojawia się zabójca, oj, pojawia... Tyle że jest on czymś dziwnym, tajemniczym i irracjonalnym. Czarna maź pojawia się nagle na tafli jeziora i bohaterowie zostają uwięzieni na tytułowej tratwie. Próby dopłynięcia do brzegu są z góry skazane na porażkę, pozostaje czekanie.
Tratwa to horror na poważnie, bez mrugania okiem do widza i bez zabawy z żonglowaniem cytatami. Malutki film, który w swojej prostocie genialnie pokazuje siłę prozy Kinga: jego zdolność znajdywania grozy w prozaicznych sytuacjach, wprowadzania do rzeczywistości elementów absurdalnych i tajemniczych, ale opisanych tak, że nikt nawet przez sekundę nie wątpi w ich prawdopodobieństwo. Tak, jeśli zatem oglądać Creepshow 2, to dla tego filmu. I - choć może to zabrzmieć jak świętokradztwo - jeśli chcecie zrozumieć fenomen Kinga, sięgnijcie po ten dwudziestominutowy film. Jeżeli was uwiedzie, uwiedzie was również cała twórczość pisarza.
Mimo swoich niedoróbek Creepshow 2 dobrze poradził sobie w kinach, zarabiając ponad czternaście milionów. King współpracował z Gornickiem jeszcze kilka razy, między innymi przy serialu Złote lata - ale były operator, niestety, nigdy nie nakręcił filmu udanego w stu procentach i Creepshow 2 do dziś pozostaje jego najlepszym, choć nierównym dziełem.
W 2006 roku powstał Creepshow 3, który poza tytułem nie ma nic wspólnego ani z Kingiem, ani z George'em A. Romero. To bardzo tania i bardzo nieudana próba podszycia się pod znane produkcje. I tego filmu naprawdę wystrzegajcie się jak ognia. W 2009 roku próbowano stworzyć internetowy serial Creepshow Raw, lecz z braku funduszy produkcję zawieszono. Za to w sieci możecie wygrzebać zrealizowany odcinek z Michaelem "Zagram We Wszystkim" Madsenem.
Na początku 2019 roku ruszyły prace nad wskrzeszeniem Creepshow w postaci serialu. Za produkcję odpowiada Greg Nicotero. Pomysł jest dość prosty - każdy odcinek będzie się składał z dwóch strasznych nowelek. Jednym ze sfilmowanych opowiadań będzie Szkoła przetrwania ze zbioru Szkieletowa załoga, drugim Szara materia z Nocnej zmiany.
The Revelations of 'Becka Paulson
1997 (na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem, które ukazało się w limitowanej edycji Szkieletowej załogi), odcinek nowej odsłony serialu
Po tamtej stronie
Tytułowa Becka Paulson to stateczna pani domu, która pewnego dnia podczas oglądania kolejnego odcinka ulubionej telenoweli... przypadkowo strzela sobie w głowę. Kula jednak, zamiast roztrzaskać mózg naszej niezdarze, utkwiła głęboko w czaszce, powodując dość intrygujące efekty uboczne. Otóż po postrzale Becka zaczyna słyszeć głosy... A konkretnie jeden głos, pewnego przystojnego pana, który zaczyna sugerować bohaterce, co powinna zmienić w swoim życiu.
Ów przystojniak to największe odstępstwo od opowiadania Kinga. Tam Becka zażarcie dyskutowała z Jezusem. King nie dlatego nie zdecydował się na włączenie tego tekstu do któregoś ze swoich zbiorów (poza limitowaną edycją Szkieletowej załogi z 1985 roku), że jest kiepski. Przeciwnie - jest bardzo zabawny i przewrotny. Tyle że postać Becki Paulson wpisał w powieść Stukostrachy, w której bohaterka również słyszy głosy i kończy tak samo jak ta w opowiadaniu.
Na serial, w skład którego wszedł odcinek The Revelations of 'Becka Paulson, na pewno warto zwrócić uwagę. Po tamtej stronie to telewizyjny remake świetnego czarno-białego serialu fantastycznego pod tym samym tytułem, który obok Strefy mroku jest uznawany za najważniejszy (a mówimy o nowelkowych cyklach, w których każdy odcinek stanowił zamkniętą całość) serial fantastyczny w historii amerykańskiej telewizji. Opowiadanie Kinga jest na tyle ponadczasowe, że spokojnie mogłoby wylądować także w oryginalnej serii. No ale, jak wiemy, zamiast trafić do starego serialu, zostało zamienione we fragment Stukostrachów.
SPIS TREŚCI
Ważna rzecz...
A teraz... bardzo długi wstęp
Parę naj i kilka pierwszych razów
Trzy rzeczy, z którymi Stephen King sobie nie radzi
Siedem najstraszniejszych scen z filmowych adaptacji Kinga
Sześć miejsc w stanie Maine, które powinieneś odwiedzić, jeśli jesteś fanem Kinga
CZĘŚĆ PIERWSZA - Bestsellerus Rex, czyli powieści
Carrie
Miasteczko Salem
KING WEDŁUG... WOJCIECHA CHMIELARZA
Lśnienie
WYWIAD Z LISĄ I LOUISE BURNS - SIOSTRAMI GRADY Z LŚNIENIA
Bastion
Martwa strefa
Podpalaczka
KING WEDŁUG... ROBERTA SZMIDTA
Cujo
Christine
Cmętarz zwieżąt / Smętarz dla zwierzaków
Rok wilkołaka
Talizman
WYWIAD Z PETEREM STRAUBEM
To
WYWIAD Z TOMMYM LEE WALLACE'EM
Pięć książek powiązanych z To
Oczy smoka
Stukostrachy
KING WEDŁUG... MARTY GUZOWSKIEJ
Misery
Mroczna połowa
Sklepik z marzeniami
Gra Geralda i Dolores Claiborne
KING WEDŁUG... ARTURA CIEŚLARA
Bezsenność
Rose Madder
Zielona mila
KING WEDŁUG... KATARZYNY PUZYŃSKIEJ
Desperacja
Worek kości
Dziewczyna, która kochała Toma Gordona
Łowca snów
KING WEDŁUG... JAKUBA MAŁECKIEGO
Czarny Dom
Buick 8
Colorado Kid
Komórka
Historia Lisey
Ręka mistrza
Pod kopułą
Dallas '63
KING WEDŁUG... REMIGIUSZA MROZA
Joyland
Doktor Sen
Trylogia Pan Mercedes
Przebudzenie
Śpiące Królewny
Pudełko z guzikami Gwendy
Outsider
Uniesienie
WYWIAD Z MICKIEM GARRISEM
KING'N'ROLL, CZYLI STEPHEN W KRAINIE ROCKA
CZĘŚĆ DRUGA - Opowiadania i co z nimi zrobiono
Nocna zmiana
KING WEDŁUG... MORTA CASTLE'A
Cztery pory roku
Szkieletowa załoga
KING WEDŁUG... MARIUSZA CZUBAJA
Cztery po północy / Czwarta po północy / 4 po północy
Marzenia i koszmary
Serca Atlantydów
Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści
Po zachodzie słońca
Czarna bezgwiezdna noc
WYWIAD Z ZAKIEM HILDITCHEM
Bazar złych snów
DOLAR ZA DZIECIAKA, CZYLI DZIECI ZA DOLARA
CZĘŚĆ TRZECIA - Richard Bachman - ten zły typ
Rage
Wielki marsz
Ostatni bastion Barta Dawesa
Uciekinier
Chudszy
Regulatorzy
Blaze
Z WIZYTĄ W INDIACH
CZĘŚĆ CZWARTA - Być rewolwerowcem Mroczna Wieża
Mroczna Wieża - cykl
Roland
Powołanie trójki
Ziemie jałowe
Czarnoksiężnik i kryształ
Wilki z Calla
Pieśń Susannah
Mroczna Wieża
Wiatr przez dziurkę od klucza
WITAMY W CASTLE ROCK
CZĘŚĆ PIĄTA - Mniej fikcji w fikcji, czyli non-fiction
Danse Macabre
Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
King według... Rafała Kosika
WYWIAD Z ROBERTEM MCCAMMONEM
CZĘŚĆ SZÓSTA - Bękarty, sieroty i dzieci niechciane
SCENARIUSZE
KOMIKSY
OPOWIADANIA
SUPLEMENT
PODZIĘKOWANIA
ŹRÓDŁA ZDJĘĆ
OkładkaO książceO autorzeStrona tytułowaStrona redakcyjnaSpis treściWażna rzecz...A teraz... bardzo długi wstępParę naj i kilka pierwszych razówTrzy rzeczy, z którymi Stephen King sobie nie radziSiedem najstraszniejszych scen z filmowych adaptacji KingaSześć miejsc w stanie Maine, które powinieneś odwiedzić, jeśli jesteś fanem KingaCZĘŚĆ PIERWSZA - Bestsellerus Rex, czyli powieściCarrieMiasteczko SalemKING WEDŁUG... WOJCIECHA CHMIELARZALśnienieWYWIAD Z LISĄ I LOUISE BURNS - SIOSTRAMI GRADY Z LŚNIENIABastionMartwa strefaPodpalaczkaKING WEDŁUG... ROBERTA SZMIDTACujoChristineCmętarz zwieżąt / Smętarz dla zwierzakówRok wilkołakaTalizmanWYWIAD Z PETEREM STRAUBEMToWYWIAD Z TOMMYM LEE WALLACE'EMPięć książek powiązanych z ToOczy smokaStukostrachyKING WEDŁUG... MARTY GUZOWSKIEJMiseryMroczna połowaSklepik z marzeniamiGra Geralda i Dolores ClaiborneKING WEDŁUG... ARTURA CIEŚLARABezsennośćRose MadderZielona milaKING WEDŁUG... KATARZYNY PUZYŃSKIEJDesperacjaWorek kościDziewczyna, która kochała Toma GordonaŁowca snówKING WEDŁUG... JAKUBA MAŁECKIEGOCzarny DomBuick 8Colorado KidKomórkaHistoria LiseyRęka mistrzaPod kopułąDallas '63KING WEDŁUG... REMIGIUSZA MROZAJoylandDoktor SenTrylogia Pan MercedesPrzebudzenieŚpiące KrólewnyPudełko z guzikami GwendyOutsiderUniesienieWYWIAD Z MICKIEM GARRISEMKING'N'ROLL, CZYLI STEPHEN W KRAINIE ROCKACZĘŚĆ DRUGA - Opowiadania i co z nimi zrobionoNocna zmianaKING WEDŁUG... MORTA CASTLE'ACztery pory rokuSzkieletowa załogaKING WEDŁUG... MARIUSZA CZUBAJACztery po północy / Czwarta po północy / 4 po północyMarzenia i koszmarySerca AtlantydówWszystko jest względne. 14 mrocznych opowieściPo zachodzie słońcaCzarna bezgwiezdna nocWYWIAD Z ZAKIEM HILDITCHEMBazar złych snówDOLAR ZA DZIECIAKA, CZYLI DZIECI ZA DOLARACZĘŚĆ TRZECIA - Richard Bachman - ten zły typRageWielki marszOstatni bastion Barta DawesaUciekinierChudszyRegulatorzyBlazeZ WIZYTĄ W INDIACHCZĘŚĆ CZWARTA - Być rewolwerowcem Mroczna WieżaMroczna Wieża - cyklRolandPowołanie trójkiZiemie jałoweCzarnoksiężnik i kryształWilki z CallaPieśń SusannahMroczna WieżaWiatr przez dziurkę od kluczaWITAMY W CASTLE ROCKCZĘŚĆ PIĄTA - Mniej fikcji w fikcji, czyli non-fictionDanse MacabreJak pisać. Pamiętnik rzemieślnikaKing według... Rafała KosikaWYWIAD Z ROBERTEM MCCAMMONEMCZĘŚĆ SZÓSTA - Bękarty, sieroty i dzieci niechcianeSCENARIUSZEKOMIKSYOPOWIADANIASUPLEMENTPODZIĘKOWANIAŹRÓDŁA ZDJĘĆ
SKLEPIK Z MARZENIAMI(NEEDFUL THINGS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1991
Wydania polskie: Prima, 1996; Świat Książki, 1998; Albatros, 2004; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2018
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Joe Queenan z "New York Timesa" w recenzji Sklepiku z marzeniami napisał, że jest to "literacki odpowiednik muzyki heavymetalowej". I nie był to komplement. Dziennikarzowi powieść wybitnie nie przypadła do gustu. Zarzucił jej wszystko, co można zarzucić powieści - brak fabuły, chaos narracyjny, papierowe postacie i bijącą z każdej strony nudę. Reasumując - głośna, bez sensu i dla dzieci. Czy miał rację? Nie!
Na amerykańskiej okładce widnieje dopisek "Ostatnia powieść o Castle Rock". King już od pewnego czasu planował pożegnać się ze swoim ulubionym miasteczkiem. I nie chodziło o to, że czuł się nim zmęczony. Przeciwnie - raczej obawiał się, że jeśli dalej będzie pisać o Castle Rock, zacznie osiadać na laurach. W swoim miasteczku czuł się jak ryba w wodzie. Dlatego postanowił z tym skończyć. By zburzyć poczucie komfortu. Ucieczka z Castle Rock wiązała się z jeszcze jednym, bardzo ważnym, elementem z życia Kinga. Kto wie, czy nie ważniejszym od lęku przed osiadaniem na laurach i pisaniem wygodnych - bo osadzonych w przyjaznym i znanym świecie - powieści.
W 1991 roku King już nie pił. A przynajmniej próbował nie pić, bo zdarzały mu się potknięcia. A że osoby, które przechodzą przez odwyk, bardzo często próbują w swoim życiu sprzątać... Oberwało się Castle Rock. Tyle że King nie miał zamiaru żegnać się po cichu i spokojnie. Postanowił rozpętać małe piekło na ziemi. I to dosłownie.
Sklepik z marzeniami opowiada o tajemniczym Lelandzie Gauncie, który przyjeżdża do Castle Rock, aby otworzyć w nim tytułowy sklepik. Tyle że jest to sklep niezwykły. Nie można w nim niczego kupić, choć klienci znajdują tu rzeczy, o których skrycie marzyli całe życie. Każdy z nich dostaje "marzenia" za darmo... prawie za darmo. W zamian za to, o czym marzył, musi spełnić drobną przysługę, która wydaje się banalna. A to zrobić psikusa sąsiadowi. A to uszkodzić mienie. Nic dramatycznego. Ale tylko pozornie. Bo każda przysługa ma swoje konsekwencje, a Gaunt rozgrywa między mieszkańcami - czy raczej rozgrywa mieszkańcami - swoistą grę w szachy. Szachownicą jest całe Castle Rock. Zwycięzca może być tylko jeden: Leland Gaunt. Ze strony na stronę powoli zagłębiamy się w obłęd, który zaczyna rządzić miasteczkiem, a wszystko zmierza do apokaliptycznego finału, po którym Castle Rock już nigdy nie będzie takie samo.
Wielu krytyków dopatrywało się w Sklepiku z marzeniami metafory reaganowskiej Ameryki. I coś w tym jest. King pokazuje w tej książce konsekwencje, z jakimi muszą się zmierzyć przeciętni obywatele Stanów po spotkaniu z cudotwórcą. Podobnie jak Ameryka musiała na początku lat dziewięćdziesiątych zmierzyć się z gospodarczą i społeczną spuścizną prezydenta Reagana. Jest to zatem powieść o konsekwencjach lekkomyślnego zachowania i decyzji podejmowanych bez namysłu.
Chociaż krytycy byli Sklepikiem z marzeniami zawiedzeni, to czytelnicy wręcz przeciwnie. Powieść stała się bestsellerem sprzedanym w nakładzie półtora miliona egzemplarzy.
I nawet jeśli gdzieś pojawiały się głosy, że King kopiuje w niej swoje stare pomysły, bo w zamyśle przypomina Miasteczko Salem, w którym także pojawia się tajemniczy przybysz otwierający sklepik, to fani się tym nie przejmowali. Działo się to bezsprzecznie za sprawą magii Castle Rock. Fani Kinga wielbili to miasteczko i byli skłonni wydać każdą kwotę na opowieści z nim w tle.
Dziś już wiemy, że King bez Castle Rock nie był w stanie wytrzymać i powrócił do niego w Pudełku z guzikami Gwendy i Uniesieniu. Ale trzeba przyznać, że próba zdmuchnięcia z powierzchni ziemi tej mieściny wypadła imponująco.
ADAPTACJA FILMOWA SKLEPIKU Z MARZENIAMI
Sprzedawca śmierci(Needful Things)
1993, w reżyserii Frasera C. Hestona, z Edem Harrisem, Bonnie Bedelią i Maxem von Sydowem
Kup teraz. Zapłać później.
Ponieważ Sklepik z marzeniami był gigantycznym hitem, prace nad adaptacją filmową rozpoczęto tuż po jego wydaniu. Prawa kupił Rob Reiner. Produkcją zajmowało się jego studio Castle Rock, a scenarzystą został W.D. Richter, człowiek, który napisał kapitalny remake Inwazji porywaczy ciał z 1978 roku i dał światu szaloną Wielką drakę w chińskiej dzielnicy. Jak to często bywa, z wyborem reżysera nie obyło się bez komplikacji.
Pierwszą osobą, której zaproponowano realizację filmu, był Peter Yates - ikona kina, twórca Bullitta i Głębi. Szybko jednak wycofał się z produkcji, twierdząc, że zupełnie nie czuje kina grozy. Tym sposobem na krzesło reżyserskie wskoczył syn Charltona Hestona, Fraser. Mimo że udało się zebrać na planie naprawdę imponującą obsadę - Ed Harris z pojedynku z aktorską legendą, Maxem von Sydowem, wychodzi obronną ręką - film naprawdę trudno uznać za udany.
Sprzedawca śmierci zapadł na dość powszechną w Hollywood chorobę fatalnego montażu. Dwugodzinna projekcja ciągnie się niemiłosiernie długo, a zniecierpliwiony bądź znudzony widz traci całe zainteresowanie historią. Chociaż przecież skonstruowana jest ona z elementów, wydawałoby się, gwarantujących świetną rozrywkę. Mamy zatem barwną galerię postaci, przeplatające się wątki i intrygi knute przez mieszkańców. A mimo to Hestonowi nie udało się tchnąć życia w tę historię.
Ponieważ film spotkał się z dość chłodnym przyjęciem pośród krytyków, Heston za ten stan rzeczy obwinił producentów, którzy nakazali mu skrócić wersję Sprzedawcy śmierci z trzech godzin projekcji do dwóch. Ale choć w emitowanej w amerykańskiej telewizji pierwotnej wersji pojawia się więcej bohaterów, a niektóre wątki są rozbudowane, to film i tak nuży. Oczywiście można - wzorem niektórych recenzentów - doszukiwać się problemu w materiale wyjściowym, lecz prawda jest taka, że ekipie po prostu nie udało się zapanować nad materią. Znakomici aktorzy snują się po planie, wygłaszając mechanicznie kwestie. I choć nie jest to najgorsza adaptacja prozy Kinga w historii, to trudno uznać ją za udaną. Co najwyżej za nijaką.
Max von Sydow i Amanda Plummer w Sprzedawcy śmierci, 1993
WYWIAD Z ROBERTEM MCCAMMONEM
Robert McCammon (rocznik 1952) obok Kinga jeden z najważniejszych współczesnych autorów grozy. Jego powieści - Stinger, Magiczne lata czy Łabędzi śpiew - wylądowały na liście bestsellerów "New York Timesa" i sprzedały się w ponad pięciu milionach egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych. Zdobywca między innymi Nagrody World Fantasy i Brama Stokera. Tu udało się namówić go na opowieść o literackim horrorze w Stanach Zjednoczonych i roli, jaką na tym rynku odgrywa Stephen King.
Lek na głupotę
ROBERT ZIĘBIŃSKI: Pamiętasz pierwszą powieść grozy, jaką przeczytałeś?
ROBERT MCCAMMON: Pewnie! To było broszurowe wydanie powieściowej adaptacji scenariusza do Narzeczonej Drakuli. Kupiłem je w księgarni wysyłkowej prowadzonej przez redakcję magazynu "Famous Monsters of Filmland". Znasz taki magazyn?
Tak. Choć, niestety, nie załapałem się na lata jego świetności.
Szkoda. W każdym razie było tak, że obejrzałem film, zachwycił mnie i czułem, że muszę przeczytać tę powieść. Co ciekawe, o ile nie pamiętam zupełnie treści tej książki, o tyle doskonale zapamiętałem jej zapach. Pachniała tak, jakby ktoś wrzucił ją do karafki z perfumami! Zapach był niezwykle intensywny, ale bardzo przyjemny. Natomiast zanim sięgnąłem po pierwszą powieść, byłem już niewolnikiem krótkich opowiadań o duchach i ludowych podań, które znalazłem w domowej biblioteczce.
A jak na przestrzeni lat zmieniało się to, czego się bałeś? Czy może to zawsze było to samo?
Zawsze to samo. Zawsze bałem się bycia uwięzionym w mikroskopijnej przestrzeni. Paradoks polega na tym, że nawet nie zauważyłem, jak zacząłem żyć w swoim koszmarze.
To znaczy?
Chodzi o to, że nawet nie zauważyłem, jak dałem się zamknąć w mikroskopijnym świecie rynku wydawniczego. Bo uwierz mi: on jest naprawdę mały.
Zaraz przejdziemy do rynku, a póki co chciałem zapytać o coś ciut innego. W Polsce lat komunizmu nie mieliśmy szerokiego dostępu do klasycznych filmów grozy czy science fiction, dlatego pamiętam, że gdy czytałem twoje Magiczne lata, a miałem jakieś dwanaście lat, z całych sił pragnąłem zobaczyć Najeźdźców z Marsa. Kiedy po latach wróciłem do powieści, dopiero wtedy, będąc dorosłym człowiekiem, zauważyłem, że użyłeś tego filmu jako metafory alkoholizmu. Czy zatem horror może być metaforą wszystkiego?
Oczywiście! I jako taki jest i był używany przez pisarzy nie od dekad, ale od setek lat. Popatrz na Beowulfa - to jeden z najlepszych horrorów w historii i zarazem niezwykle uniwersalna metafora lęku przed tym, co obce. Grendel jest tu symbolem nieznanego, które nadciąga i budzi lęk. Jest także - choć może się to komuś nie spodobać - symbolem przyszłości. Przyszłości, która nadejdzie, a wraz z nią wszystko to, czego się boimy: nienazwane byty, potwory, nazwij je jak chcesz. I nikt jej nie powstrzyma.
Dlaczego zatem, skoro jest to gatunek tak pojemny, krytycy często traktują go jak coś gorszego? Pamiętam poruszenie pośród amerykańskich pisarzy, gdy Stephen King dostał National Book Award. Odebrali to wyróżnienie jako świętokradztwo. Dlaczego?
Wszystko to wynika z tego, że bardzo wielu ludziom literatura grozy myli się z kinem grozy. Filmy są o wiele popularniejsze od książek. I, niestety, są najczęściej okropne, realizowane za bezcen i pozbawione scenariuszy. Oczywiście zdarza się literatura grozy, która powstaje tylko po to, aby wylać na czytelnika kilka kubłów krwi i dać autorowi parę groszy, ale trudno takie coś nazwać literaturą. A nie tak powinno być. Literatura grozy powinna prowokować do myślenia i sięgać po coś więcej niż tylko tanie chwyty. Horror ma niezwykle bogate dziedzictwo, mimo to dla wydawców jest wciąż literaturą dla idiotów. Z kolei czytelnicy nie sięgają po horrory, bo kojarzą się im z idiotycznymi filmami, i krąg się zamyka. Moją ulubioną powieścią grozy jest Nawiedzony dom na wzgórzu Shirley Jackson, a film, który powstał na jej podstawie - myślę tylko o oryginale z lat pięćdziesiątych - jest moim zdaniem jednym z najlepszych filmowych horrorów. Bo zarówno film, jak i powieść nie są kolejną historią o "nawiedzonym domu". To niezwykle wnikliwa opowieść o samotności i izolacji. Dotyczy to i bohaterki, i bytu, który zamieszkuje dom na wzgórzu, bytu, który przemierza dom "od zawsze samotnie".
Kto zatem miał na ciebie największy wpływ? Magiczne lata to powieść, w której w pas kłaniasz się Rayowi Bradbury'emu.
W ogromnej mierze moją wyobraźnię ukształtowały stare baśnie i podania o duchach, które podkradałem z biblioteki, miejskiej i domowej. Miałem kilka ukochanych zbiorów - Ghost Stories of Ireland, Ghost Stories of the Old South. A jeśli pytasz o pisarza, to już go wymieniłeś - nie przez przypadek Magiczne lata odczytywane są często jako hołd dla Bradbury'ego. Ta powieść zapewne nigdy by nie powstała, gdyby nie pełne ciepła, melancholii, ale i grozy opisy okresu dojrzewania, które tworzył. U Bradbury'ego młodość zawsze szła w parze z radością, ale i ze smutkiem, który wynikał ze świadomości, że wszystko jest ulotne, a młodości nie da się odzyskać. Bradbury o tym pisał i robił to tak pięknie, że trudno od jego prozy się oderwać. Kiedyś zetknąłem się z nim osobiście. Miałem spotkanie w księgarni w Los Angeles, w której on chwilę wcześniej także spotkał się z czytelnikami. Myślał, że pracuję w tej księgarni, więc poprosił mnie, żebym zamówił mu taksówkę (Ray nigdy nie jeździł samochodem). Mimo że tam nie pracowałem, z przyjemnością zamówiłem mu taksówkę. Bradbury całe życie był w ciągłym ruchu, cieszę się, że choć odrobinę mogłem mu pomóc. Myślę, że nawet przez myśl mu nie przeszło, że przyszedłem do tej księgarni na spotkanie z moimi czytelnikami.
A jak myślisz, co zmieniło na rynku pojawienie się Stephena Kinga?
Musimy mieć świadomość, że sukces Kinga należy rozpatrywać od zupełnie innej strony. Carrie odniosła sukces w chwili, gdy została przeniesiona na wielki ekran. Zaraz po niej Hollywood zaczęło kupować prawa do jego powieści, co sprawiło z kolei, że branża wydawnicza przekonała się, że są w nich wielkie pieniądze. Gdyby Carrie De Palmy nie odniosła sukcesu... Pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej, a tak wydawcy odkryli, że King równa się ogromne pieniądze.
Ale bez odbiorców tego by nie było.
Oczywiście. Carrie wstrzeliła się w niszę, w którą nikt nie zaglądał, czyli horror dla młodzieży i o młodzieży. Po jej sukcesie zdarzyło się coś, co nie przydarza się pisarzom w tak młodym wieku - wydawcy uwierzyli w potencjał Kinga i zaczęli go promować.
Bez promocji nie ma sukcesu?
Bez promocji nie ruszysz z miejsca. Będziesz tkwił w niszy. A żeby uzyskać promocję, musi uwierzyć w ciebie grupa ludzi, którzy zobaczą w tobie zysk. Gigantyczny zysk.
Czy zatem sukces Kinga był rewolucją w literaturze gatunkowej, czy odosobnionym przypadkiem, który nie miał żadnego wpływu na postrzeganie literackiego horroru?
King jest odosobnionym przypadkiem. Jego sukces nie przełożył się na postrzeganie gatunku czy łatwiejszy start na rynku dla autorów grozy. Tu wszystko sprowadzało się do pieniędzy. Wydawcy, gdy tylko zwietrzyli sukces, zaczęli pompować pieniądze, bo wierzyli w zwrot inwestycji, nawet jeśli nie wierzyli w gatunek. To wszystko działo się w latach siedemdziesiątych. Dziś z kolei jest jeszcze gorzej, bo większość wydawnictw wchłonęły gigantyczne korporacje.
I co to zmienia?
Przede wszystkim podejście do autora. Zniknęło coś takiego jak wyciąganie wniosków z porażki. Dziś porażka, czyli sprzedanie liczby egzemplarzy mniejszej, niż zakładał wydawca, jest równoznaczna z końcem kariery. Nikt nie będzie ci dawał drugiej szansy, bo w kolejce czeka następny.
Przypomina to bardziej fabrykę niż wydawanie powieści.
Bo to jest trochę fabryka. Mówimy oczywiście o autorach, którzy podpisują kontrakty z wydawcami z Nowego Jorku, czyli z serca amerykańskiego rynku wydawniczego. Wyciąganie wniosków z porażki zawsze było częścią naturalnego rozwoju, tu tej szansy nie ma. Jeśli próbujesz wejść na szczyt list bestsellerów, możesz spróbować raz. Potem wydawca postawi na kogoś innego.
A myślisz, że istnieje na rynku ktoś, kto zastąpi Kinga?
Syn - Joe Hill. Już dziś jego książki mają astronomiczne budżety reklamowe. Bo widzisz, dla amerykańskiego rynku wydawniczego horror - cały gatunek - sprowadza się do jednego nazwiska. Dlatego też cała masa autorów grozy została zepchnięta do niszy, do małych niezależnych wydawnictw, których nie stać na wielkie kampanie reklamowe. Bo, jakkolwiek to smutno brzmi, wszystko sprowadza się do pieniędzy. Nie tylko tych wydawanych na promocję, lecz przede wszystkim tych, które zwracają się wydawcy z kontraktów filmowych itp. King zarobił dla branży niepoliczalną ilość pieniędzy, a Joe jest na dobrej drodze, żeby to powtórzyć. Nikt nie ma w sobie tyle odwagi, aby zmienić ten stan rzeczy, nikomu też nie chce się pracować nad nowym nazwiskiem. Tak jest wygodniej i bezpieczniej.
Joe Hill, 2019
Ty kiedyś chciałeś rzucić karierę pisarską. Co się stało?
Po pierwsze, znudził mnie horror. O wiele większą frajdę zaczęło mi sprawiać pisanie fantastyki, kryminału i powieści historycznych. Moje kłopoty zaczęły się w chwili, gdy skończyłem pracę nad Speaks the Nightbird. Pewna pani redaktor z wielkiego wydawnictwa chciała wprowadzić zmiany, które zniszczyłyby powieść. To była najgłupsza osoba, jaką spotkałem w całej swojej karierze, ale niestety, była niezwykle wpływowa. Musiałem wycofać powieść. Po prostu nie mogłem pozwolić na te zmiany. W tym samym momencie, kiedy toczyła się awantura o Speaks the Nightbird, zacząłem pisać inną powieść. Nosiła tytuł The Village i opowiadała o małej grupie, która powstała w Rosji podczas drugiej wojny światowej. Ich zadaniem było rozweselanie żołnierzy, zanim wyruszą na front dać się zabić Niemcom. Główną bohaterką była młoda dziewczyna, która chciała być aktorką i trafiła do tej grupy, nie mając pojęcia, że tak naprawdę cały teatr został stworzony przez radziecki rząd i był częścią operacji wojskowej. Tytułową "Wioską" była mała aktorska społeczność. W każdym razie skończyłem powieść, którą do dziś uznaję za bardzo dobrą, ale żaden wydawca się nią nie zainteresował. Dlaczego? Bo przyklejono mi łatkę "autor powieści grozy", a to nie był horror. Doprowadziło mnie to do furii. Rozumiesz: z jednej strony traktują cię jak autora grozy, z drugiej - masz świadomość, że groza w tym kraju ogranicza się do Stephena Kinga, który, owszem, ma niezwykle oddaną grupę fanów, ale oni... nie chcą czytać niczego innego poza Kingiem. A ja co miałem zrobić? W końcu uznałem, że odejdę na emeryturę. A potem nagle Pocket Books kupiło Speaks the Nightbird, a ja wróciłem. Na dobre i na złe. Moja kariera przypomina więc jazdę na rollercoasterze, nie zawsze była przyjemna i miła, ale jest moja. Teraz największą frajdę sprawia mi pisanie opowieści o Matthew Corbetcie. To kryminały osadzone w XVIII wieku. Nie ma za wiele w nich horroru, ale są dziwne i niepokojące elementy ocierające się o historie nadprzyrodzone.
Twój Łabędzi śpiew jest często porównywany do Bastionu. Mam wrażenie, że większość popularnych autorów w pewnym momencie próbuje zmierzyć się z historią o zagładzie świata.
Oczywiście. Przecież opowieść o zagładzie w zasadzie sprowadza się do odwiecznej walki między dobrem a złem. Zacząłem pisać Łabędzi śpiew na długo przed lekturą Bastionu. Miałem świadomość, że oddani fani Kinga rozniosą mnie na strzępy, ale musiałem skończyć. W ogóle z fanami Kinga jest tak, że uważają, iż powinien mieć on ostatnie słowo we wszystkim. Co w jego przypadku nie jest niewykonalne. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim pisze.
Z kolei w Stingerze połączyłeś horror, fantastykę i czysty western. Jak mocno ten ostatni gatunek wpłynął na fantastykę i grozę?
Dobrzy faceci kontra źli. Zwyczajni ludzie kontra nieznane. To podstawa wszystkiego. Trzon każdej opowieści, czy to będzie horror, western, czy powieść historyczna. W literaturze popularnej wszystko zaczyna się od tego schematu. Od autora zależy, dokąd zaprowadzi czytelnika.
Wspominałeś już o tym, że ludzie utożsamiają mylnie literacki horror z filmowym. Zastanawiam się, na ile filmowa narracja wpłynęła na tę literacką. Czy może wcale?
Wpłynęła, i to bardzo. Bo filmowa narracja bardzo często zmusza autorów do zaniżania poziomu narracji do prostego, filmowego opowiadania historii. Rozrywka staje się coraz głupsza, a co za tym idzie, jej odbiorcy stają się powoli ludźmi pozbawionymi wyobraźni. Nie interesuje ich ciąg przyczynowo-skutkowy, nie rozumieją procesu myślowego, ma być szybko i łatwo. W sumie mógłbym zadać ci inne pytanie: Jakie wyciągasz wnioski na temat inteligencji odbiorców, przyglądając się temu, na co reagują entuzjastycznie? Bo w Stanach nie jest dobrze.
U nas także. Myślę, że nie różnimy się pod tym względem - Polska i USA. W końcu masową wyobraźnią rządzi wciąż Hollywood. To w takim razie na koniec podaj swoją odtrutkę. Co oglądać, czytać?
Moim ukochanym filmem jest Speedy, niema komedia z Haroldem Lloydem, a ukochaną powieścią - Napoleon Symphony Anthony'ego Burgessa, tego samego, który napisał Mechaniczną pomarańczę. I to moja odtrutka na głupotę popkultury.
OUTSIDER(THE OUTSIDER)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2018
Wydanie polskie: 2018 Prószyński i S-ka
Przełożył Tomasz Wilusz
Król Horroru to polityczne zwierzę. Doskonale wie o tym blisko pięć milionów osób obserwujących go na Twitterze. To tam pisarz prowadzi swoje wojny z obecnym prezydentem USA, który często w ramach rewanżu za gorzkie słowa blokuje Kingowi możliwość oznaczania i czytania swoich tweetów. Co oczywiście przynosi efekt odwrotny od zamierzonego. A King atakuje Trumpową administrację z jeszcze większą zaciętością.
Przez niemal całą trwającą blisko pół wieku karierę literacką autor Lśnienia grubą kreską oddzielał powieści od bieżącej polityki, poglądy zawsze wyrażał w wywiadach, a wraz z nastaniem ery mediów społecznościowych - na oficjalnych kanałach komunikacji z fanami. Wynikało to w dużym stopniu z tego, że choć w swych utworach opisywał Amerykę klasy B i zawsze był blisko przeciętnych Amerykanów, wprowadzając zło i horror do ich domów, zachowawczo starał się nie przekraczać granicy, za którą rozpoczynałaby się debata nie o jakości powieści, lecz o polityce. Dlatego też na palcach jednej ręki zliczyć można te dzieła, w których pisarz pozwalał sobie na jawną manifestację własnych poglądów politycznych.
Wprawdzie w Sklepiku z marzeniami wydanym w 1991 roku, po upadku muru berlińskiego, dał autorski komentarz do zmian geopolitycznych na świecie, a w Bezsenności zajął określoną pozycję w sporze o aborcję, ale tak naprawdę najbardziej polityczne książki pojawiły się w bibliografii Kinga stosunkowo niedawno - po światowym kryzysie ekonomicznym w 2008 roku. Dallas '63 stało się czymś w rodzaju otwartego Kingowskiego listu miłosnego do Ameryki sprzed kryzysu. Listu, w którym po raz pierwszy pisarz wyraźnie mówi, że za rozpad tego kraju odpowiadają konserwatywni bigoci i egoiści, którzy w imię własnych interesów zniszczyli amerykańską tradycję. Ponieważ motyw ten powracał w trylogii Pan Mercedes - seryjny zabójca morduje ludzi, którzy najmocniej ucierpieli na kryzysie, podczas gdy władze nie potrafią stanąć w ich obronie - a w mediach społecznościowych konflikt King - Trump eskaluje, było do przewidzenia, że polityka powróci do prozy Króla Horroru. Mimo to w Outsiderze zaskakuje jednak skala tego powrotu.
Powieść zaczyna się jak rasowy mroczny thriller. Seryjny zabójca brutalnie gwałci i morduje chłopca. Akcja toczy się w prowincjonalnym mieście gdzieś w Oklahomie. Podejrzanym okazuje się popularny w miasteczku trener Małej Ligi. Policja dokonuje spektakularnego aresztowania. I kiedy sprawa wygląda na zamkniętą, zaczynają się komplikacje. Trener bowiem w dniu zabójstwa był poza miastem - na spotkaniu z Harlanem Cobenem. Czym jest jednak żelazne alibi wobec oskarżenia rzuconego na forum przerażonej i wściekłej społeczności? Tłum nie reaguje na fakty, więc szybko dochodzi do tragedii. I wtedy kończy się thriller, a zaczyna horror. King bowiem wprowadza do fabuły potwora. Wywodzącego się z hiszpańskiej mitologii El Cucuy, zmiennokształtnego demona żywiącego się cierpieniem. Finał historii rozegra się na amerykańsko-meksykańskim pograniczu, gdzie zhańbiony policjant, neurotyczna detektyw - znana z Pana Mercedesa Holly Gibney - i zasymilowani Meksykanie będą walczyć z tytułowym Outsiderem.
King nie próbuje ukrywać niechęci do Trumpa i jego populistycznych politycznych gier. Populizm prowadzi tu do tragedii. Populizmem żywi się potwór. I wreszcie populizm jest rakiem trawiącym umysły Amerykanów. To on sprawił, że Ameryka utraciła zdrowy rozsądek i daje sobą manipulować. To on sprawia, że tłum dokonuje linczu na niewinnych. Ten sam tłum, który pragnąc reformy służby zdrowia - motyw ten przewija się w tle przez całą powieść - oddał głos na Trumpa, którego administracja reformy powstrzymała. Zastępując je strachem. Przed obcymi, przed sąsiadami. Przed każdym, kto myśli samodzielnie.
Czy istnieje lekarstwo na tę chorobę? King twierdzi, że tak. Gdy jego bohaterowie, zamiast poddawać się lękowi, otwierają umysły na inność - i obcą kulturę - demoniczna istota zaczyna się ich bać, a wtedy już tylko krok dzieli ich od zwycięstwa. Nie ostatecznego, ponieważ trudno sprawić, by cała społeczność otworzyła oczy i zrozumiała inność, ale ważnego z punktu widzenia jednostki. Bo przemiana zaczyna się od jednostki. Zarówno zła, jak i ta dobra, społecznie zbawienna.
Dodam oczywiście dla tych, których jakakolwiek forma zaangażowania politycznego przeraża, że antytrumpowy przekaz Outsidera nie przeszkadza w odczytaniu powieści na jej najprostszym, rozrywkowym poziomie. Z wszystkich powieści Kinga wydanych w drugiej dekadzie XXI wieku ta wydaje się jedną z najlepszych. Narracja prowadzona jest wręcz podręcznikowo, potwór i sceny grozy przerażają jak należy - zwłaszcza w sekwencjach wizyjnych, gdy zło nawiedza bohaterów na pograniczu jawy i snu - i trudno nie odnieść wrażenia, że pisanie tej książki sprawiło Kingowi autentyczną przyjemność. Niewymuszoną. Naturalną. Bo przecież nic nie sprawia twórcy większej frajdy jak sytuacja, w której może wbić kilka wielkich szpil we wroga (i kilku wrogów minionych, takich jak Stanley Kubrick), dostarczając przy tym rozrywki milionom czytelników na całym świecie. Niestety, panie prezydencie Trump, złego wybrał pan sobie adwersarza.
TRYLOGIA PAN MERCEDESPAN MERCEDES(MR. MERCEDES)ZNALEZIONE NIE KRADZIONE(FINDERS KEEPERS)KONIEC WARTY(END OF WATCH)
PAN MERCEDES
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2014
Wydanie polskie: Albatros, 2014
Przełożyła Danuta Górska
ZNALEZIONE NIE KRADZIONE
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2015
Wydanie polskie: Albatros, 2015
Przełożył Rafał Lisowski
KONIEC WARTY
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 2016
Wydanie polskie: Albatros, 2016
Przełożył Rafał Lisowski
Wszystko zaczęło się w roku 2012, od powrotu z Florydy do Maine. King, który nie przepada za samolotami, zmęczony prowadzeniem samochodu, uznał, że zrobi sobie małą przerwę na sen. Zatrzymał się w tanim motelu w Karolinie Południowej, a że nie mógł zasnąć, z nudów oglądał lokalne wiadomości. To właśnie w tym tanim przydrożnym motelu obejrzał reportaż o kobiecie, która przejechała trzy osoby stojące w kolejce po umowę o pracę w McDonald's. Wszystko to wydarzyło się podczas targów pracy zorganizowanych przez sieć McDonald's w ramach National Hiring Day. Obraz samochodu wjeżdżającego w tłum zapadł Kingowi w pamięć, ale zanim użył go w powieści, musiały minąć dwa lata. W roku 2014 ukazuje się Pan Mercedes - zainspirowany prawdziwym zdarzeniem pierwszy kryminał napisany przez Kinga.
Pan Mercedes, Albatros, 2014Znalezione nie kradzione, Albatros, 2015Koniec warty, Albatros, 2016
Do tego gatunku Król Horroru planował zabrać się od dawna. W roku 1986 ubiegał się u spadkobierców Johna D. MacDonalda o prawa do kontynuacji serii o Travisie McGee - bezskutecznie. Rodzina zmarłego mistrza noir pozostała wierna postanowieniom testamentu i odmówiła. Nawet takiej gwieździe.
Niezrażony niepowodzeniem King próbował dalej. Jako John Swithen napisał opowiadanie Piąta ćwiartka, pod własnym nazwiskiem krótki tekst Ostatnia sprawa Umneya. W Mrocznej połowie zły brat bohatera pisał okrutne powieści hardboiled. No i był jeszcze Colorado Kid - zabawna wprawka kryminalna stworzona na potrzeby serii Hard Case Crime. Teraz, po flirtach, grach i zabawach w podchody, King nareszcie zdecydował się na krok ostateczny - wielką powieść kryminalną.
W Panu Mercedesie bohaterów jest dwóch: Bill Hodges, podstarzały emerytowany gliniarz, który spędza wolny czas na objadaniu się i rozmyślaniu nad samobójstwem, oraz Brady Hartsfield, młody mężczyzna, który przed rokiem z premedytacją rozjechał wielkim mercedesem osiem osób. Bill prowadził śledztwo w tej sprawie, nigdy jednak nawet się nie zbliżył do Brady'ego. Sfrustrowany morderca nie potrafi się z tym pogodzić i wysyła do Billa list, wciągający emerytowanego policjanta do zabójczej gry, która będzie się toczyć i na ulicach miasta, i na enigmatycznym portalu społecznościowym. Na szczęście sfrustrowany glina do walki z mordercą nie staje sam - wspierają go młody, sympatyczny chłopak Jerome i wiecznie zlękniona, pełna kompleksów Holly, która ma własne porachunki z mordercą.
Gdzieś w połowie King, kryminalny stylista, zaczyna jednak rezygnować z gatunkowej czystości i pierwsze skrzypce w opowieści zaczyna grać King, którego znamy z wcześniejszych powieści. Wątek zabójcy, żywcem przepisany z Psychozy Blocha, zamiast ograniczyć się do sugerowania czytelnikowi pewnych zdarzeń z życia psychopaty, nagle zostaje po kingowsku rozbudowany.
Postać matki, zapitej podstarzałej lalki śpiącej przed telewizorem, zostaje rozpisana niemal jak w społecznej psychodramie, a morderca chwilami opisywany jest tak szczegółowo, że wiemy o nim więcej niż o ścigającym go detektywie. Ba, gdzieś w tle przewija się nawet motyw duchów. Oczywiście James M. Cain czy Robert Bloch poprowadziliby tę opowieść inaczej. Wywaliliby zbędne opisy, zaciemnili relacje między postaciami. Ale King nie jest ani Cainem, ani Blochem. I dlatego zapewne w tym literackim pojedynku w pewnym momencie zwyczajnie ulega sobie, czyli pisarzowi uwielbiającemu snuć długie opowieści o ludziach, w których życiu pojawia się coś złego. Co zresztą docenili recenzenci na świecie - między innymi w "Guardianie" - pisząc, że największą siłą Pana Mercedesa jest to, że po raz kolejny King udowadnia czytelnikom, że najgorszy horror to ten, który dzieje się za zamkniętymi drzwiami domów.
Kto zatem wychodzi zwycięsko z tej walki? Otóż nikt. King bajarz, zapędzony w kozi róg na początku, w końcu regeneruje siły, wyprowadza kilka prostych, tyle że te nokautują Kinga twórcę kryminału. W efekcie gatunkowy eksperyment pod tytułem Pan Mercedes kończy się remisem. Czytelnicy dostają po części powieść zaskakującą, po części kingowsko klasyczną. I wilk syty, i owca cała. A zabawa przednia.
Bo jak nie cieszyć się, czytając powieść, w której pojawiają się cytaty z Agathy Christie, Arthura Conan Doyle'a, Raymonda Chandlera czy Roberta Blocha, wplecione sprawnie w opowieść o mieście, w którym nie ma pracy - tu ukłon Kinga w stronę Eda McBaina - za to dzieją się rzeczy potworne. A więc wracając do pytania o to, kto wychodzi z tego pojedynku zwycięsko, zmieniam swoją odpowiedź: z pojedynku pod tytułem Pan Mercedes zwycięsko wychodzą czytelnicy. Dostali bowiem powieść i do czytania, i do bawienia się w popkulturowe puzzle. Zresztą chyba właśnie za tę gatunkową mozaikowość i inteligentne bawienie się zarówno konwencją kryminału, jak i własną twórczością King otrzymał za Pana Mercedesa Nagrodę im. Edgara Allana Poe - najwyższe wyróżnienie przyznawane kryminałom. Ta powieść dała początek trylogii opowiadającej o przygodach Billa, Jerome'a i Holly. Trylogię, która ostatecznie udowodniła, że King kocha grozę i nie potrafi się bez niej obejść.
***
Jeśli pierwszy tom trylogii był ukłonem Kinga w stronę gatunku, który zawsze wielbił, ale nigdy nie dane mu było się w nim spełniać, to w drugim... W drugim mistrz grozy postanowił dokonać pewnego ciekawego literackiego eksperymentu. Od razu dodam, że eksperymentu, który zakończył się fiaskiem. Ale żeby zrozumieć dlaczego, musimy się cofnąć do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy King studiował na Uniwersytecie Maine anglistykę.
Tam młody Stephen zanurzał się w historię amerykańskiej literatury i tam wchodził w zażarte dyskusje z wykładowcami, którzy nie chcieli poważnie traktować pisarzy gatunkowych. Ale nie tylko ich. Na indeksowanym był również J.D. Salinger, twórca kontrowersyjnego Buszującego w zbożu, którego nauczyciele akademiccy kochali nienawidzić. King oczywiście bronił i prozy Salingera, i jego decyzji w kwestii kariery. Salinger u szczytu sławy uznał, że napisał w życiu wszystko, co miał do napisania, i wycofał się z życia literackiego. Przestał publikować.
Znalezione nie kradzione zaczyna się od opowieści o pisarzu wzorowanym na Salingerze. John Rothstein jest ukochanym pisarzem Ameryki. Koledzy po fachu i krytycy go wielbią, czytelnicy polują na jego powieści. Ale pewnego dnia Rothstein postanawia się wycofać. Zamknięty w swoim domu, pisze do szuflady i marnieje. Pewnego wieczoru do jego domu włamują się rabusie. Pisarz ginie, a złodzieje poza pieniędzmi wynoszą z sobą nigdy niepublikowane teksty. Ich szef jest bowiem wielkim fanem Rothsteina. Pech chce, że zamiast cieszyć się łupem, trafia za kratki. Wiele lat później pewien nastolatek znajduje ukryte przez bandytę precjoza, w tym manuskrypty Rothsteina.
Tę powieść należy podzielić na dwie części. Pierwsza - wybitna - ta, w której King pierwszy raz w historii swojej twórczości tak naprawdę wygłasza długi wykład na temat wartości amerykańskiej literatury. Odniesienia do Salingera - ale nie tylko, bo pełno tu nawiązań do Johna Updike'a - są punktem wyjścia do rozważań o procesie twórczym i warsztacie. Oraz, co najważniejsze, do powinności pisarza względem czytelnika. Dywagacje literackie Kinga - a właściwie skróconą historię amerykańskiej literatury - czyta się z wypiekami na twarzy... jeśli takie rzeczy was interesują. Problem zaczyna się, gdy dochodzimy do fabuły i zagadki kryminalnej. Tu powieść się sypie. King nawet nie próbuje przekonać nas do tego, że interesowało go coś poza wygłoszeniem swojego stanowiska wobec literatury. Zagadka się nie klei, zwroty akcji są koszmarne, a postacie Billa i jego pomocników prowadzone są tak topornie, jakby pisał to debiutant, a nie mistrz prozy.
Na koniec zaś King serwuje bombę. Istny niewypał, którego nikt się już nie spodziewa. Tu następuje zwrot. Ale może lepiej, gdyby go jednak nie było.
***
Bomba, którą odpalił King w finale Znalezione nie kradzione, wybucha. Pan Mercedes żyje! Jest warzywem, ale żywym. I jak na warzywo, powoli, ale całkiem skutecznie uczy się, jak przejąć władzę nad światem, nie wstając z łóżka.
King powiela tu patent z australijskiego horroru Patrick - sam się do tego przyznał - czyli obdarza mocą telekinezy faceta, który z łóżka szpitalnego próbuje się zemścić za swoją porażkę. Problem polega na tym, że twórcy Patricka znali umiar i prowadzili narrację tak, że widz nie czuł się oszukiwany. King, niestety, przedobrzył.
I niestety, na tym można zakończyć opowieść o tej książce. Autor mnoży tu tak irracjonalne rozwiązania fabularne, że pękają oczy i głowa. Bohaterowie są absolutnie niewiarygodni, czasami zdarza mu się o nich zapominać, a intryga wymyślona przez Pana Mercedesa jest po prostu głupiutka. Koniec warty. Koniec serii. Na szczęście.
ADAPTACJA SERIALOWA PANA MERCEDESA
Brendan Gleeson podczas eventu Pana Mercedesa, Hollywood, Kalifornia, kwiecień 2018
Pan Mercedes(Mr. Mercedes)
2017, wyprodukowany przez Davida E. Kelleya, z Brendanem Gleesonem, Harrym Treadawayem, Justine Lupe i Jharrelem Jerome'em
Serial, o którym pisano w USA, że staje się przeklęty. Zanim ruszyły zdjęcia, w tragicznym wypadku zginął Anton Yelchin - aktor, który miał się wcielić w tytułowego mordercę. Rozjechał go własny samochód. Kilka tygodni później Ann-Margret, która miała zagrać sąsiadkę detektywa Hodgesa, z przyczyn osobistych zrezygnowała z roli. Na szczęście po perturbacjach z obsadą prace ruszyły pełną parą. I dobrze, bo Pan Mercedes to mocna i rzetelna adaptacja powieści.
Największym atutem serialu jest paradoksalnie to, co zarzucano mu w niektórych amerykańskich recenzjach - jego powolność i staroświeckość. Pomysłodawca serii David E. Kelley, ten sam, który błysnął ostatnio produkcją Wielkich kłamstewek, postawił w Panu Mercedesie na powolną budowę napięcia i postaci. Dzięki temu powieść Kinga nabiera na ekranie rozmachu, zamieniając się z prostej gatunkowej powieści o pościgu za mordercą w uniwersalną opowieść o frustracji rodzącej gniew - z wszystkimi jego konsekwencjami.
Serial zaczyna się od niemal paradokumentalnego ukazania samochodowego zamachu, którego dopuścił się Brady. Poznajemy jego ofiary, poznajemy ich świat i lęki, a potem obserwujemy, jak rozjeżdża je kilkutonowy mercedes. Jest w tym otwarciu niebywała moc. Brud. Ból. I horror. Potem jest spokojniej. Co nie znaczy, że mniej boleśnie.
Bill Hodges, emerytowany gliniarz grany przez Brendana Gleesona, który daje tu popis swoich aktorskich możliwości, nie może zapomnieć o Panu Mercedesie. Morderca o nim zresztą także i próbuje wciągnąć byłego policjanta w grę, która ma doprowadzić Billa do samobójstwa. Pech chce, że im bardziej Pan Mercedes dręczy naszego bohatera, tym więcej woli życia wygrzebuje z siebie były detektyw... A to dla zabójcy nie może się skończyć dobrze.
Składający się z dziesięciu odcinków Pan Mercedes nie ogląda się na współczesne mody. Nie próbuje gnać na złamanie karku, bawić się montażem i dźwiękiem. Przeciwnie. Serial zwalnia jeszcze bardziej niż narracja powieści, a kolejni scenarzyści - między innymi A.M. Homes i Dennis Lehane - dokładają kolejne cegiełki do stworzonej przez Kinga historii.
Bohaterowie są wprowadzani powoli. Zanim pojawi się Holly, muszą minąć cztery odcinki. Rola Jerome'a z marginalnej powoli się rozrasta, a dookoła Billa tworzony jest cały miniekosystem ludzkich zależności. I tak rozbudowany zostaje wątek jego znajomości z sąsiadką. Lepiej poznajemy policjantów, z którymi pracował, i tak dalej. Jest wreszcie Brady - morderca, socjopata, ale też istota głęboko samotna i pogubiona. Jemu również poświęca się w serialu mnóstwo miejsca, a wszystko po to, by pokazać, jak i skąd wziął się rozpad jego osobowości. David E. Kelley stara się - z powodzeniem - stworzyć jak najbardziej realną, a co za tym idzie, taką, w której wszystko toczy się w swoim tempie, opowieść o chłopcu, którego złamało życie, i policjancie, który aby podjąć z nim walkę, najpierw musi pokonać siebie.
W drugim sezonie twórcy serialu wzięli na warsztat powieść zamykającą trylogię, ale "poprawili" niedoróbki Kinga. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, serial jest lepszy od powieści, a wątek telekinetycznego bytu został poprowadzony sprawniej i bardziej wiarygodnie... jeśli oczywiście możemy mówić o wiarygodności w opowieści o zabójczym człowieku-warzywie. Zdecydowanym odstępstwem od oryginału jest finał. Ponieważ przewidywano realizację kolejnego sezonu, zmieniono kolejność zdarzeń. W trzecim sezonie, który trafi do nas jesienią 2019 roku, poznamy historię genialnego pisarza (w postać Johna Rothsteina wcieli się gigant kina, Bruce Dern), zaginionych dzieł i pewnego bardzo złego człowieka.
Na tle adaptacji telewizyjnych Kinga, które powstały w ostatniej dekadzie, Pan Mercedes jest, obok serialowej ekranizacji powieści Dallas '63, jedną z najbardziej udanych. Jej twórcy, zamiast bowiem iść na łatwiznę, postawili na rozbudowanie świata Kinga w sposób racjonalny i logiczny - stawiając na realizm historii. Nawet jeśli ucierpiało na tym tempo.
SERCA ATLANTYDÓW(HEARTS IN ATLANTIS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Scribner, 1999
Wydanie polskie: Prószyński i S-ka, 2000
Przełożyli Arkadiusz Nakoniecznik i Maciejka Mazan
Ni to powieść, ni to zbiór opowiadań, a przede wszystkim pierwsza podjęta przez Kinga próba napisania książki, która będzie swoistą cenzurką jego pokolenia. Wyszła z tego rzecz intrygująca. Choć oczywiście niekoniecznie skierowana do wielbicieli horroru.
Jest coś, czego Kingowi nie było dane nigdy zaznać - armia. Podczas kiedy jego koledzy ze studiów trafiali do Wietnamu, on został uznany za niezdolnego do służby. Lata chorób, słaby wzrok, problemy z ciśnieniem i płaskostopie mocno mu w tym pomogły. Oczywiście jak większość młodych studentów, których życie w kampusach przypadało na burzliwe lata sześćdziesiąte, próbował angażować się w walkę o wolność i prawa obywatelskie. Próbował, bo nie miał w sobie tej odwagi, która pozwalałaby wdawać się w walki z policją i aktywne uczestnictwo w marszach i manifestacjach.
Nie ulega jednak wątpliwości, że nawet jeśli trzymał się z boku hipisowskiej rewolty, to była ona częścią jego życia i dojrzewania. A skoro najlepszym budulcem dla jego prozy były własne doświadczenia, było pewne, że wcześniej czy później sięgnie po Wietnam i zmarnowane pokolenie. Pierwszą próbę podjął w 1973 roku na zamówienie samego Harlana Ellisona, ale opowiadanie, które wtedy napisał, Squad D, nie trafiło do antologii i King potem nikomu go nie pokazał, dopóki nie weszło w skład antologii Shivers VIII, która na razie ukazała się tylko w Niemczech w 2019 roku.
Serca Atlantydów weszły na rynek w 1999 roku i z miejsca zostały okrzyknięte przez krytyków biblią pokolenia baby boomers. Czy zasłużenie? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Można się zżymać, że powieść - czy raczej zbiór powiązanych ze sobą postaciami opowiadań - jest prosta, że King nie odkrywa w niej niczego nowego, że to oczywiste, że wojna niszczy i wszyscy wiemy, że hipisowska rewolta zakończyła się porażką, ale... No właśnie. Choć Serca Atlantydów mówią rzeczy oczywiste, napisane są tak, że trudno się od nich oderwać. I trudno się przy nich nie wzruszać.
Wszystko zaczyna się, gdy młody Bobby Garfield pewnego dnia spotyka tajemniczego Teda Brautigana, człowieka, który najprawdopodobniej nie pochodzi z tego świata. I którego najprawdopodobniej ścigają jakieś tajemnicze istoty. Spotkanie z Tedem będzie rzutowało na całe dorosłe życie nie tylko Bobby'ego, ale też jego bliskich znajomych.
W Sercach Atlantydów akcja skacze a to do lat siedemdziesiątych, a to do dziewięćdziesiątych. Czytelnik obserwuje, jak Wietnam i ówczesne nastroje społeczne i polityczne wpłynęły na życie bohaterów. Nie zawsze są to obserwacje przyjemne, ale każda z nich jest niezwykle bliska rzeczywistości. To mogłyby być opowieści o ludziach, których znamy. I to jest największym atutem tej książki. Jej prozaiczność.
Warto tu podkreślić, że Serca Atlantydów są bardzo mocno związane z Kingowskim opus magnum - cyklem Mroczna Wieża. Pojawiają się tu postacie i zdarzenia znane z Mrocznej Wieży, ale na szczęście King wprowadza je tak, że czytelnik, który nie zna opowieści o Rolandzie, może śmiało czytać Serca Atlantydów. A warto, bo King włożył w te opowieści kawał serducha. I to się czuje. Nawet jeśli nie jest to arcydzieło.
ADAPTACJA FILMOWA FRAGMENTÓW SERC ATLANTYDÓW
Kraina wiecznego szczęścia(Hearts in Atlantis)
2001, w reżyserii Scotta Hicksa, z Anthonym Hopkinsem, Hope Davis i Antonem Yelchinem
A co jeśli jedna z największych tajemnic właśnie się wprowadziła?
Film w zamyśle producentów miał powtórzyć sukces Zielonej mili. Co prawda zabrakło tu olbrzyma, ale na jego miejsce wskoczył sam sir Anthony Hopkins. Pozostałe części składowe dobrano idealnie pod publiczność, która pokochała film Franka Darabonta. Mamy zatem prowincjonalną Amerykę początku lat sześćdziesiątych, bohatera, który skrywa tajemnicę, przyjaźń, namiętności, bardzo dużo nostalgii i szczyptę fantastyki. Murowany hit? Nie do końca. Raczej film, który do tej pory zwraca swój raptem trzydziestomilionowy budżet. I nie pomógł nawet wybitny scenarzysta i pisarz, William Goldman, który przecież kilka lat temu genialnie przepisał na potrzeby filmu Misery.
Co poszło nie tak? Po pierwsze, wybór tekstu na adaptację. Scenariusz do Krainy wiecznego szczęścia powstał na bazie Małych ludzi w żółtych płaszczach ze zbioru Serca Atlantydów; wpleciono w nie także kilka wątków z innych tekstów z tej książki. Po pierwsze, Goldman, adaptując tekst, starał się go maksymalnie uprościć i usunąć z niego wszystkie elementy świadczące o tym, że ta opowieść przenika się z inną, o wiele bardziej skomplikowaną, czyli z Mroczną Wieżą. Po drugie - i chyba bardziej istotne - wyrwany z kontekstu tekst traci swoją głębię i emocje. I przez to oglądanie Krainy wiecznego szczęścia przypomina patrzenie na ładny, utrzymany w tonacji sepii obrazek, z którego za wiele nie wynika. W książce Mali ludzie w żółtych płaszczach byli fragmentem większej całości, tu są dość nieciekawą opowiastką o tym, jak wakacje zmieniły życie pewnego chłopca. Owszem - takie filmy odnoszą sukcesy, by przypomnieć choćby niedawne Najlepsze najgorsze wakacje, ale Krainie wiecznego szczęścia zabrakło tego specyficznego czegoś, co przyciąga widza i sprawia, że chce on obejrzeć historię do końca. Zwłaszcza że reżyser zbyt często nie potrafił się zdecydować, czy chce nakręcić dramat, czy ciepły film obyczajowy. A takie rozedrganie nie służy narracji.
Hopkins, który jeśli wierzyć plotkom, był pomysłodawcą filmu, zbytnio się w nim aktorsko nie wysilił. Historia toczy się, toczy, aż wreszcie się kończy. W bogatej filmografii Kinga naprawdę trudno znaleźć drugi film obyczajowo-magiczny, który byłby tak nieciekawy. Morał? Warto w zanadrzu trzymać olbrzyma o gołębim sercu... albo nie wycinać ze scenariusza wrednych małych ludków w żółtych płaszczach. Bez nich niebezpiecznie łatwo zanudzić widza... czy raczej ukołysać do snu pięknymi zdjęciami Piotra Sobocińskiego - to jego ostatni film - i nastrojową muzyką Mychaela Danny, zdobywcy Oscara za ścieżkę dźwiękową do Życia Pi. Tylko że nikt z decydentów w Warner Bros nie planował wydać trzydziestu milionów na stuminutową kołysankę.
Plakat filmowy do Krainy wiecznego szczęścia, 2001
SZEŚĆ MIEJSC W STANIE MAINE, KTÓRE POWINIENEŚ ODWIEDZIĆ, JEŚLI JESTEŚ FANEM KINGA
1. Durham w stanie Maine
Miejsce, gdzie King przyszedł na świat i dorastał. Niespełna tysiąc mieszkańców. Kompletne zadupie. Ale jakże istotne. To tu znajdziemy kościół Shiloh i opuszczony dom przy Deep Cut Road (swoją drogą, co za nazwa dla ulicy!), które zainspirowały pisarza do stworzenia domu Marstenów.
2. Lisbon Falls
Liceum, do którego uczęszczał King, mieściło się w miejscowości Lisbon Falls - ciut większej od Durham i bardziej rozwiniętej. Jeśli chcielibyście zobaczyć, jak wyglądają opisane w Carrie szafki w szatni przy prysznicach, wpadnijcie do liceum w Lisbon Falls. Tylko lepiej nie zaczepiajcie żadnych nastolatek, nie wiadomo, co King w Carrie wymyślił, a co było prawdą...
3. North Windham
Szukacie warsztatu samochodowego, w którym zaatakuje was wściekły pies? A może macie ochotę na wizytę w markecie, który zostanie odcięty od świata przez groźną mgłę? Te wszystkie rozrywki zapewni wam miasteczko North Windham. Niespełna trzy i pół tysiąca mieszkańców. Jezioro. Wielki market. King mieszkał tu z żoną i dziećmi między 1973 a 1978 rokiem.
4. Orrington
To właśnie tu w domu przy szosie numer 15 zamieszkał w 1978 roku King z rodziną. I to tu ciężarówka przejechała kota jego córeczki. To także tu tata poszedł z truchłem zwierzaka odprawić mu pogrzeb na cmentarzu dla zwierząt, który znajdował się za ich domem.
5. Uniwersytet Stanu Maine w Orono
Alma Mater Kinga i miejsce, w którym narodziły się takie powieści jak Wielki marsz, Mroczna Wieża czy Mroczna połowa (w końcu nie przez przypadek główny bohater tej ostatniej był pisarzem wykładającym na uczelni. Miejsce kluczowe dla rozwoju pisarza. Poza tym ma dużą bibliotekę z manuskryptami wielu nieukończonych i niewydanych powieści Kinga).
6. Bangor
Miasto, które stało się domem dla Kinga - mieszka w willi Williama Arnolda, którą kupił w 1980 roku - ale i miejsce inspirujące go od początku kariery. Jeśli chcecie zobaczyć kino, które stało się pierwowzorem wszystkich kin z jego powieści, wpadnijcie do Hoyt's Cinema. Chcecie lotniska z Langolierów? Możecie też odwiedzić księgarnię Gerald Winters and Son, która specjalizuje się w Kingu. A były właściciel księgarni Bett's, Stu Tinker, może was zabrać na wycieczkę śladami Kinga. I może nawet uda wam się trafić do lombardu braci Fratti.
CUJO
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking Press, 1981
Wydania polskie: Prima, 1994; Prószyński i S-ka, 2000; Albatros, 2014; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożył Jacek Manicki
W większości wywiadów King zawsze podkreśla swój emocjonalny stosunek do własnych powieści. Zazwyczaj określa je mianem przyjaciół, których zna doskonale, jeśli nie na wylot. I tylko w stosunku do jednej jest bardziej powściągliwy. Mowa o Cujo - jednej z najbardziej zaskakujących i najbardziej przerażających powieści Kinga, a zarazem jedynej, której pisania autor do końca nie pamięta.
Zanim przejdziemy jednak do tego, dlaczego zaczęła szwankować mu pamięć, warto skoncentrować się na kulisach powieści, bo wiele one mówią o procesie twórczym przebiegającym w głowie Kinga.
Wspominałem już kilka razy o tym, że planował napisać powieść opartą na historii porwania Patty Hearst. W 1977 roku porzucił ten pomysł na dobre, ale jakaś cząstka tej opowieści w nim została. Jednym z założycieli Symbionicznej Armii Wyzwolenia, organizacji terrorystycznej, która uprowadziła Hearst, był Willie Wol, zbuntowany młody anarchista, który pochodził z szanowanej i majętnej lekarskiej rodziny. Porzucając wygodne życie na przedmieściach, przyjął ksywę CUJO. King doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego tytuł powieści i zarazem imię wściekłego bernardyna nie są przypadkowe.
Bernardyny nie są rasą kojarzącą się z przemocą. King zdecydował się uczynić negatywnym bohaterem zwierzę, które jest symbolem psiego ratownictwa, nie z przekory, lecz w wyniku dwóch zdarzeń. Po pierwsze, pewnego dnia zajechał na motorze do mechanika. Właściciela warsztatu nie było widać, za to pisarza przywitał jego niezwykle agresywny pies. Bernardyn. Mechanik zjawił się w chwili, gdy King nieopatrznie wyciągał rękę w stronę zwierzęcia. Po drugie, mniej więcej w tym samym czasie w Portlandzie w stanie Maine bernardyn zagryzł dziecko, o czym donosiły lokalne media. Takie rzeczy zostają w głowie. Zwłaszcza w głowie autora powieści grozy. Zresztą to, jak w małych społecznościach funkcjonują złe wiadomości, King w powieści Cujo ograł znakomicie, ale o tym za moment. Skupmy się jeszcze na historii.
Pierwszym samochodem, który kupił po tym, jak zaczął zarabiać na powieściach, był ford pinto. Stary, rozklekotany model, który częściej trzeba było naprawiać, niż dało się nim jeździć. Samochodem-pułapką, w którym utkną powieściowi bohaterowie, jest... właśnie ford pinto.
Jak zatem widać, w konstrukcji Cujo nie ma przypadków. Wszystko ma swój początek w życiu autora. Dlatego wydaje się, że ta książka stanowi odpowiedź na fundamentalne pytanie zadawane często pisarzowi. Skąd czerpie pomysły? Z życia. Po prostu.
O zapominaniu procesu pisania sam King opowiada w Jak pisać. Powieść Cujo powstawała zrywami po części w Londynie, dokąd poleciał z rodziną, aby pomieszkać i może napisać wiktoriańską powieść o duchach - z której nic nigdy nie wyszło - po części w Maine. W tym czasie odkrył "zbawienne" działanie kokainy połączonej z wódką. O ile początek pisania pamięta doskonale - wielokrotnie opowiadał, że miała to być nie powieść o wściekłym psie, lecz o kobiecie chorej na wściekliznę, która martwi się o to, by nie zabić własnego dziecka - o tyle etapu końcowego wcale. Tym samym King dołączył do panteonu największych zapominalskich amerykańskiej prozy, który otwiera Raymond Chandler, ponieważ będąc w alkoholowym ciągu, "zapomniał" o tym, że napisał powieść Playback. O jej istnieniu przypomniał mu redaktor, który wysłał pisarzowi do domu kopertę z poprawionym tekstem.
Tym, co najbardziej odróżnia Cujo od innych powieści Kinga, jest mroczny realizm opowiadanej historii. Nie ma tu potworów, demonów, magii ani wampirów. Jest za to rodzina pogrążona w stagnacji, która zamienia się w kryzys. King odwrócił tu role. Stroną, która doprowadza do rozpadu związku, jest kobieta. To żona wikła się w romans i sprawia, że mąż, który w gruncie rzeczy jest poczciwym facetem, nie wie, co ma w życiu zrobić. Odejść? Zostać i wybaczyć? Łączy ich dziecko, które oboje kochają nad życie. Podczas gdy męża nie ma w mieście, kobieta z synkiem jedzie do mechanika. Parkuje samochód i... okazuje się, że mechanik nie żyje - został zagryziony przez gigantycznego wściekłego bernardyna Cujo. Zwierzę przypuszcza pierwszy atak na pojazd, w którym tkwią zamknięci bohaterowie.
W Cujo King nie oszczędza zarówno bohaterów, jak i czytelników. To literacka petarda, okrzyk wciekłości i bezradności. Powieść, która uwiera i przeraża swoją zwykłością. Bo przecież wszystko tu sprowadza się do lęku nie przed wściekłym psem, lecz o utratę dziecka. Dziecka, które King bardzo dobrze prowadzi, pozwala nam je poznać, polubić... Aby w finale zadać cios, po którym niejedna rodzina nie jest w stanie się podnieść.
Cujo to druga powieść z akcją osadzoną w Castle Rock. Ponieważ opisywane w niej wydarzenia rozgrywają się już po morderstwach popełnionych przez Franka Dodda, ten powraca... jako upiór nawiedzający syna bohaterki. Tyle że nie jest to duch sensu stricto, lecz właśnie efekt plotki krążącej po małym miasteczku. Dziecko, które usłyszało o Doddzie, traktuje go jako najgorszy koszmar, jaki może się mu przydarzyć.
Chociaż to jedna z najokrutniejszych i najmroczniejszych powieści Kinga - warto do niej wracać. Jest bowiem także niezaprzeczalnie jedną z jego najlepszych książek. A mało brakowało, i ukazałaby się pod pseudonimem Richard Bachman. Redaktor czytający Cujo początkowo uważał, że skoro nie występują w niej zjawiska nadprzyrodzone, to może powinna zostać wydana jako powieść Bachmana. Na szczęście pisarz zachował na tyle przytomny umysł, że wybił wydawcy ten pomysł z głowy.
ADAPTACJA FILMOWA CUJO
Cujo
1983, w reżyserii Lewisa Teague, z Dee Wallace, Dannym Pintauro i Danielem Hugh Kellym
Terror ma nowe imię.
No dobrze. Pozachwycałem się powieścią, a jak film? Szczerze? Jest równie doskonały.
Po trzech kapitalnych ekranizacjach kinowych zrealizowanych przez wielkich reżyserów tym razem powieść Kinga trafiła do rąk reżysera o kilka klas gorszego. A mimo to - lub właśnie dzięki temu - Lewis Teague wywiązał się z powierzonego mu zadania koncertowo. Jego Cujo, podobnie jak powieść, zaczyna się raczej niespiesznie. Poznajemy rodzinę Trentonów, ich codzienne rytuały, miasteczko Castle Rock (w kinie pojawia się po raz pierwszy, bo adaptacja Martwej strefy trafi na ekrany później), w którym mieszkają, a także nudę trawiącą rodzinę od środka i powodującą, że żona (świetna Dee Wallace) wdaje się w romans z lokalnym przystojniakiem. Nic nie zwiastuje tragedii, która ma się niebawem rozegrać, a film bardziej przypomina rasową opowieść obyczajową z życia prowincji niż horror. Dopiero gdy z mgły wyłania się chory Cujo, domyślamy się, że idylla szybko się skończy.
Plakat filmowy Cujo, 1983
Teague mistrzowsko poradził sobie narracyjnie nie tylko z długim wprowadzeniem, ale także z rozbudowaną sekwencją pojedynku kobiety z psem. Łatwo było ją zniszczyć - zanudzić widza na śmierć kolejnymi warknięciami i szczeknięciami. Na szczęście Teague postawił na maksymalną surowość. Mamy tu jedynie kurz, ślinę i łzy. Tylko tyle... albo aż tyle. W każdym razie mnie do dziś podczas oglądania tej sekwencji przechodzą dreszcze. Ogromny wkład w pomysłowe oddanie tego pojedynku wniósł operator, Jan de Bont, późniejszy reżyser Speed: Niebezpieczna prędkość, który część ujęć zrealizował tak, jakbyśmy patrzyli na ofiary z punktu widzenia psa. Proste i zarazem genialne. Przy okazji też wytrącające przeciwnikom filmu argumenty, że Cujo ogranicza się do powielania pomysłów ze Szczęk. Nie. To zupełnie inny rodzaj grozy.
Swoim filmem Teague udowodnił światu, że adaptacje Kinga to nie tylko opowieści z elementami nadprzyrodzonymi, ale też mocne, realistyczne kino. I tylko jeden drobny szczegół psuje wydźwięk całości... Mianowicie to, że Cujo jest, oprócz Cmętarza zwieżąt, jedyną - wydaną pod własnym nazwiskiem - powieścią Kinga, która nie kończy się happy endem. Produkcja filmowa zadbała o to, by ten drobny element zmienić...
I jeszcze jedno - o prawa do adaptacji Cujo zabiegał bardzo długo Dino De Laurentiis. Po tym, jak kupił prawa do Martwej strefy, chciał zostać jedynym prawowitym posiadaczem całej bibliografii Kinga. Gdy plany pokrzyżowało mu Warner Bros, producent wpadł w furię, a jego obsesja na punkcie Kinga tylko się nasiliła, co w efekcie miało doprowadzić do zaniżenia wartości pisarza na rynku filmowym. Ale do tego jeszcze wrócimy.
MARZENIA I KOSZMARY(NIGHTMARES AND DREAMSCAPES)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1993
Wydania polskie: Prima, 1995; Świat Książki, 1996; Albatros, 2003; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy, wydanie dwutomowe), 2018
Przełożyli Michał Wroczyński i Witold Nowakowski
Pierwszy zbiór opowiadań Kinga, który rozczarowuje. Dotychczas większość opowieści Króla Horroru bazowała na prostym pomyśle - prowincjonalna Ameryka nagle zderza się z czymś, co jest nienazwane i obce. Czy był to klaun, samochód, wampir, czy dziewczynka z darem telekinezy, nie było istotne. Liczyły się idealnie opisane konsekwencje tego zderzenia. To, jak obcość wchodzi w interakcję ze zwykłością i co z tego wynika.
W latach dziewięćdziesiątych King pozornie próbował uciekać od tego schematu, ale nigdy tak naprawdę mu się to nie udało. Bo nawet jeśli pozbawiał powieści czynnika irracjonalnego - jak w Dolores Claiborne - w finale rolę obcego bytu przejmowały zdarzenia zwyczajne: molestowanie seksualne, utrata zaufania, rozczarowanie życiem. Budziło to konsternację u czytelników, ale też poszerzało pole walki Kinga, ponieważ na miejsce tych, którzy się poddawali, zjawiali się nowi.
Marzenia i koszmary, Albatros, 2016
Marzenia i koszmary miały w założeniu stanowić pomost między starymi opowieściami o potworach i nowymi o zwyczajnym życiu. Problem, jak zawsze w sytuacji, gdy chce się zrobić wszystkim dobrze, polega w tym zbiorze na złych proporcjach. No i, niestety, na jakości tekstów. W najnowszych opowiadaniach autor w najlepszym wypadku niebezpiecznie ocierał się o nudę - jak w będącym parafrazą Poego Cadillacu Dolana - w najgorszym o autoparodię. Najbardziej widać to w tekstach, które pozornie miały bawić, a tymczasem irytują swoją wymuszoną prostotą - w Gryziszczęce, Palcu, Trampkach.
Oczywiście w antologii są również teksty bardzo dobre. Świetne są lovecraftowskie Crouch End, Dom na Maple Street, Nocny latawiec czy opowieść o Castle Rock, To żyje w nas. Co ciekawe, to ostatnie opowiadanie powstało w 1973 roku i zwiastowało późniejszy serial Czerwona Róża... Jak widać, pewne pomysły chodzą za Kingiem przez dekady.
Paradoksalnie najciekawszym tekstem w zbiorze jest coś, co nie jest ani prozą, ani poezją. Otóż w 1990 roku redaktor prestiżowego magazynu "New Yorker" zamówił u Kinga esej poświęcony największej miłości sportowej Króla Horroru - bejsbolowi. Tak powstał pełen zaangażowania i oddania tekst Pałka niżej, uznawany przez wielu za jeden z najlepszych tekstów o bejsbolu.
Nie najlepsza ocena Marzeń i koszmarów nijak miała się do sprzedaży książki. Milion dwieście egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych! Król może mieć kryzys, ale na wyprzedaż szybko nie trafi.
ADAPTACJA FILMOWA OPOWIADANIA GRYZISZCZĘKA Z MARZEŃ I KOSZMARÓW
Autostrada strachu(Quicksilver Highway)
1997, w reżyserii Micka Garrisa, z Christopherem Lloydem, Mattem Frewerem i Raphaelem Sbarge'em
Przejedź się... do mrocznego serca Ameryki.
Zdecydowanie najgorsza nowelkowa ekranizacja prozy Kinga. Tuż po tym, jak Mick Garris skończył pracę nad nową adaptacją Lśnienia, popełnił ten film telewizyjny, o którym, niestety, wiele dobrego napisać nie można. Choć pomysł wyjściowy, polegający na połączeniu w jednym filmie adaptacji opowiadań Kinga i Clive'a Barkera, był intrygujący, wybrano bardzo złe opowiadania.
Christopher Lloyd w Autostradzie strachu, 1997
Tekst Kinga, który został tu zekranizowany, to Gryziszczęka - prościutkie i głupiutkie opowiadanko o pewnej nakręcanej szczęce, która żyje własnym życiem i zagryza występnego psychopatę. Zupełnie nie pasuje do niej przewrotna i czarna jak smoła Barkerowska Polityka ciała, historia o zbuntowanych dłoniach. Jakby tego było mało, opowieść, która miała spajać ze sobą historie, jest z jeszcze innej bajki. Balansujący na pograniczu perwersyjnego sado-maso Christopher Lloyd, który opowiada historię pewnej pięknej pannie młodej, ani nie przeraża, ani nie bulwersuje... ale na pewno wprowadza widza w konsternację. Aż zaczynamy się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest jakaś nieoficjalna kontynuacja Rocky Horror Picture Show
I tak powstał film, który być może na etapie pomysłu zapowiadał się dość zabawnie, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia... ba, jest zwyczajnie ciężkostrawne. Czego nijak nie można powiedzieć ani o tekstach Kinga, ani Barkera.
ADAPTACJA FILMOWA OPOWIADANIA CADILLAC DOLANA Z MARZEŃ I KOSZMARÓW
Czarny cadillac(Dolan's Cadillac)
2009, w reżyserii Jeffa Beesleya, z Wesem Bentleyem, Christianem Slaterem i Emmanuelle Vaugier
Miłość, śmierć i zemsta.
Jeśli doczytaliście do tego miejsca, to już wiecie, że są adaptacje prozy Kinga, o których pisać można długo, i są takie, które zbyć można kilkoma zdaniami. Jest też jeszcze jedna kategoria - adaptacje, o których naprawdę trudno napisać cokolwiek. Idealnym przykładem w tej grupie jest właśnie Czarny cadillac - niskobudżetowa adaptacja krótkiego opowiadania pochodzącego ze zbioru Marzenia i koszmary.
Opowiadanie nie było ani horrorem, ani thrillerem. To raczej mała kryminalna wprawka, w której King złożył hołd słynnej noweli Edgara Allana Poe - Beczka Amontillado, opowiadającej o tym, jak pewien pan żywcem zamurował innego pana. Tutaj bohaterem jest Robinson, przeciętny nauczyciel mszczący się na gangsterze, który zamordował mu żonę. Ponieważ King potraktował ten tekst głównie jako hołd, jego lektura sprawia przyjemność przede wszystkim wielbicielom twórczości Edgara Allana Poe.
Niestety, zrealizowany przez Jeffa Beesleya film takiej frajdy znawcom Poego już nie zapewnia. I tak naprawdę nie zapewni jej raczej nikomu. Nie przez to, że film jest zły. Przeciwnie, to sprawnie opowiedziana historia, tyle że zupełnie nieabsorbująca. Przez sto minut nie dzieje się w zasadzie nic poza tym, że Robinson rozpacza, a zły Dolan robi groźne miny. W końcu dochodzi do konfrontacji, film się kończy, a my orientujemy się, że przez ostatnią godzinę stukaliśmy esemesy z najlepszym kumplem. Właśnie taki jest ten film. Celuloidowy odpowiednik muzyki do wind. Nikomu nie wadzi i nawet sprawia jakąś tam przyjemność, ale po wyjściu z windy za nic nie można sobie przypomnieć melodii.
A nie, przepraszam... Jest jedna rzecz, o której można tu wspomnieć. Otóż w postać gangstera Dolana początkowo miał się wcielić Sylvester Stallone, lecz odrzucił ofertę. Podobnie jak Dennis Hopper (który słynął z tego, że nie odmawia). Propozycję roli przyjął Christian Slater. Tyle. Ładny plakat był do tego filmu. Bardzo ładny. Ale nawet ładny plakat nie sprawił, że producenci zdecydowali się wpuścić film do kin - Czarny cadillac miał od razu premierę na DVD.
ADAPTACJA FILMOWA OPOWIADANIA NOCNY LATAWIEC Z MARZEŃ I KOSZMARÓW
Nocne zło(The Night Flier)
1997, w reżyserii Marka Pavii, z Miguelem Ferrerem, Julie Entwisle i Danem Monahanem
Zło ma swój rozkład lotów.
Podobnie jak w przypadku Przeklętego, mamy tu do czynienia z filmem, którego bohaterów trudno polubić, ale Mark Pavia potrafił jednak skonstruować go tak, że fabuła wciąga, a zakończenie autentycznie szokuje.
Nocne zło to niskobudżetowa adaptacja opowiadania Nocny latawiec. Głównym bohaterem jest pisujący dla brukowca "Inside View" dziennikarz Richard Dees (ten sam, który w Martwej strefie prześladował Johnny'ego!). Pewnego dnia wpada na trop seryjnego zabójcy, który morduje swoje ofiary w nocy i zapada się pod ziemię. Wszelkie ślady wskazują, że jest wampirem, choć przecież wampiry nie istnieją.
Film Pavii to kolejna z wielu wyprodukowanych w tym dziesięcioleciu adaptacji, które niewiele mówią o twórczości Kinga i niczego szczególnego nie wnoszą do kina. Trudno jednak odmówić temu filmowi lekkiej narracji i świetnego, mrocznego klimatu. Wrażenie robi zwłaszcza finał, w którym pojawia się istne morze krwi. O takie sceny dziś w horrorach trudno. Zwłaszcza że Pavia nie sięga po efekty komputerowe - film zrealizowano w dobrym starym analogowym stylu.
Sorry, Right Number
1987, odcinek serialu Opowieści z ciemnej strony; tekst został napisany przez Kinga na zamówienie, a dopiero potem opublikowany w Marzeniach i koszmarach pod tytułem Przepraszam, to nie pomyłka
Siła tej historii tkwi w jej prostocie. Oto widzimy zwyczajną rodzinę, zajmującą się zwyczajnymi sprawami. Ojciec - pisarz - próbuje coś tworzyć. Dzieci oglądają telewizję, a matka krząta się w kuchni. W pewnej chwili dzwoni telefon. Kobieta odbiera, ale w słuchawce słychać tylko głos nerwowo wykrzykujący urwane słowa: "Zabierz, proszę, zabierz...". Po chwili połączenie się urywa. Ponieważ głos brzmi podobnie do głosu jej siostry, kobieta wpada w panikę i prosi męża, aby ją do niej zawiózł. Na miejscu okazuje się, że z siostrą wszystko w porządku...
Jeśli nie widzieliście nigdy tej nowelki, nie będę jej streszczał, bo to jedna z najlepszych historyjek napisanych przez Kinga dla telewizji. Film jest do obejrzenia w internecie, a zatem jeśli macie trochę czasu i chcecie zrobić sobie małą przerwę w czytaniu, obejrzyjcie go teraz. Co jeszcze dodać? Może tylko tyle, że cała historyjka to drobny ukłon Kinga w stronę klasycznego czarnego kryminału Przepraszam, pomyłka Anatole'a Litvaka.
ADAPTACJA SERIALOWA OPOWIADANIA PALEC Z MARZEŃ I KOSZMARÓW
The Moving Finger
1991, odcinek serialu Monsters
Wymyślony przez Michaela Gornicka serial Monsters, tak jak wspomniane już Opowieści z ciemnej strony, powstał jako hołd dla starych seriali fantastycznych. Z tą jednak różnicą, że zgodnie z tytułem, bohaterami poszczególnych odcinków miały być potwory. Zero kosmitów, zero wróżek i zabaw z fantasy. Czysty gatunkowo horror i stwory wszelkiej maści. Żeby było zabawniej, serial był skonstruowany tak, by wyglądało na to, że jego odcinki ogląda siedząca wygodnie przed telewizorem rodzinka... potworów, dla których my, ludzie, jesteśmy potworami zmagającymi się z tajemniczymi personami. Najdziwniejszego stwora w historii serii Monsters dostarczył właśnie King. Jakiego? Hm... osobliwego. No bo czy palec wystający z umywalki można uznać za potwora?
W tym dwudziestominutowym odcinku Howard Mitla, wielbiciel telewizyjnych teleturniejów i piwa, pewnego popołudnia słyszy dobiegające z łazienki dziwne chrobotanie. Początkowo myśli, że to myszy. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu w zlewozmywaku znajduje nie samotną szarą myszkę, ale... wystający z odpływu palec. Tak zaczyna się koszmarna przygoda naszego bohatera, który z powodu tego palca powoli osunie się w obłęd... lub nie - wybór należy do was.
King często podkreślał, że uwielbia historie, w których dziwne rzeczy dzieją się same z siebie. Nikt nie próbuje ich tłumaczyć, nikt nie zastanawia się dlaczego. Po prostu się dzieją, bo świat tak jest skonstruowany. Palec to najlepszy przykład takiego opowiadania. Co ciekawe, w zbiorze Marzenia i koszmary ten tekst nie robił wrażenia (może dlatego, że to najgorsza antologia opowiadań Kinga), a tymczasem jako krótka nowelka filmowa bawi niemal do łez. Biedny Howard zmaga się z bezwzględnym paluchem, który rujnuje mu spokojne życie, a my świetnie się przy tym bawimy. Tak, to bardzo, ale to bardzo udana nowelka. No i dzięki występnemu paluchowi pięknie jest tu wygrany motyw sikania do kuchennych umywalek...
Marzenia i koszmary(Nightmares and Dreamscapes)
2006 (stacja TNT), w reżyserii Mikaela Salomona i innych, z Tomem Berengerem, Stevenem Weberem i Williamem Hurtem
Na potrzeby serialu zaadaptowano pięć opowiadań z Marzeń i koszmarów - Ostatnia sprawa Umneya, Koniec całego bałaganu, Piąta ćwiartka, Crouch End, Mają tu kapelę jak wszyscy diabli - Pole walki z Nocnej zmiany oraz dwa opowiadania ze Wszystko jest względne - Prosektorium numer cztery i Drogowy wirus zmierza na północ.
8 nieprawdopodobnych historii.
Ośmioodcinkowemu miniserialowi nadano tytuł najgorszego zbioru opowiadań Kinga - Marzeń i koszmarów - chociaż w scenariuszu wykorzystano także teksty z dwóch innych antologii Króla Horroru. Całość trudno uznać za udane przedsięwzięcie, przede wszystkim za sprawą doboru opowiadań.
Dlaczego twórcy serialu uparli się, aby rozdmuchać do godzinnych odcinków krótkie opowiadanka Pole walki czy Prosektorium numer cztery? Dlaczego nie dorzucono pieniędzy na efekty do mrocznych i mających ogromny potencjał Crouch End i Drogowy wirus zmierza na północ? Wreszcie dlaczego zdecydowano do fantastyczno-horrorowej antologii wrzucać kryminały, które odstają zarówno treścią, jak i klimatem?
Na te pytania musicie odpowiedzieć sobie sami, pomysłodawcy serii w każdym wywiadzie, jaki można wyszukać w sieci, wciąż twierdzą, że były to doskonałe pomysły. Polemizowałbym. Co jednak nie zmienia faktu, że to my, ściskając w dłoni pilota, możemy zdecydować, które odcinki oglądać będziemy. Ja radzę zacząć od Drogowego wirusa - dobre opowiadanie, wierna adaptacja i niepokojący obraz. Co obejrzycie później, zależy tylko od was.
Serial nie jest udanym produktem, ale w jego skład wchodzi kilka całkiem znośnych odcinków. A więc z nudów, albo gdy obejrzycie już wszystkie inne adaptacje, możecie sięgnąć po Marzenia i koszmary.
DZIECKO ZA DOLARA, CZYLI DOLLAR BABY
Wystarczy przyjrzeć się filmografii Stephena Kinga, dostępnej choćby na portalu IMDb.com, gdzie lista tytułów zawiera około 335 (!!!!!) pozycji. Fakt. Gdybym miał opisać w miarę dokładnie każdy tytuł, pewnie dobiłbym w tej książce do jakchś dwóch tysięcy stron. Tyle że zajęłoby mi to przypuszczalnie dobre kilka lat i pochłonęło tysiące złotych, które wydałbym na poszukiwania owych filmów. Białe kruki? Tajemnicze ekranizacje, o których nikt nie wie? Niestety, nic z tych rzeczy.
Tajemnica ogromnej liczby ekranizacji prozy Kinga ma swoje banalne wytłumaczenie. Otóż są to krótkometrażowe filmiki, realizowane za zgodą i z namaszczeniem samego autora, przez różnych młodych twórców w ramach programu pieszczotliwie nazwanego przez Kinga dollar baby.
Lista filmów zrealizowanych jako dollar babies jest w zasadzie niepoliczalna - gdybym chciał je wszystkie obejrzeć, prędzej bym się zestarzał, niż skończył pisać tę książkę. Poza tym część tych filmów jest absolutnie niedostępna, a jedyne ich egzemplarze spoczywają w piwnicy domu Stephena Kinga w Bangor... Tak więc możecie mnie nazwać leniem, człowiekiem unikającym wyzwań, ale, niestety, w tym wypadku musiałem powiedzieć: pasuję.
Co oczywiście wcale nie znaczy, że postanowiłem kompletnie dollar babies zignorować. Nie. Ale zamiast rozpisywać się o każdym filmie z osobna, zdecydowałem się poświęcić ten krótki rozdział całemu zjawisku - po części dlatego, aby być wobec was i siebie uczciwym, a po części dlatego, że pisząc o Stephenie Kingu, dollar babies zignorować nie można. Dlaczego? Choćby z powodu ich liczby. Póki co udało mi się doliczyć ponad dwustu filmów - czy filmików - zrealizowanych w ramach tego programu. Nawet pracownicy Kinga, którzy prowadzili na stronie pisarza oficjalny spis dollar babies, w pewnym momencie tego zaniechali.
Ale dollar babies ważne są z innych - o wiele istotniejszych - powodów niż liczba produkcji. Zanim jednak przejdę do opisywania tych powodów, w kilku słowach wytłumaczę, czym są dollar babies.
Już we wstępie pisałem o tym, że King jest jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym, bestsellerowym pisarzem, który za bezcen oddaje prawa do swoich tekstów. Od początku lat osiemdziesiątych podpisuje z młodymi filmowcami proste umowy. Za równo odliczonego dolara otrzymują oni prawo do zekranizowania wybranego przez siebie opowiadania; w ostatnich latach ten warunek uległ drobnej mutacji i King wystawił pulę określonych tytułów dostępnych do "kupienia". Oczywiście oddanie za bezcen opowiadania King obwarował kilkoma istotnymi ograniczeniami. W skrócie: twórca filmu zrealizowanego jako dollar baby nie może czerpać z niego korzyści finansowych. Filmy nie mogą być wyświetlane na biletowanych seansach kinowych, nie mogą być wydawane na DVD i tak dalej. Mogą za to być pokazywane na festiwalach, pokazach i wszelkich imprezach, które pomagają w promocji tak filmu, jak i jego twórcy. Swoją decyzję o rozdawaniu za darmo opowiadań - ale nie powieści, nigdy! - młodym reżyserom pisarz tłumaczył miłością do kina. Dorastał, oglądając wszystko, co było emitowane w telewizji i potem w kinach, a kiedy zdobył sławę i pieniądze, mógł wreszcie oddać kinu cząstkę siebie. Poza tym jego pozycja mogła pomóc nieznanym twórcom w byciu zauważonymi.
Stephen King, 2007
W zasadzie racja - ale jeśli przyjrzeć się dollar babies od strony promocji nowych nazwisk, to okazuje się, że naprawdę przez cały czas trwania projektu jedynym twórcą, który odniósł realny sukces i stał się wielką gwiazdą, jest reżyser Skazanych na Shawshank, Frank Darabont. Poza nim nikt z ogromnej rzeszy młodych reżyserów sukcesu nie odniósł. Nie, przepraszam... Znanym i cenionym twórcą jest dziś także reżyser i scenarzysta nagradzanego Mojego Winnipeg, Guy Maddin, tyle że on akurat paradoksalnie z kręcenia adaptacji opowiadania Kinga zrezygnował tuż po tym, jak podpisał z pisarzem kontrakt.
I tu dochodzimy do tego, co wydaje się najbardziej interesujące w zjawisku dollar babies.
Idea dollar babies dobitnie pokazuje, że Stephen King, mimo gigantycznego sukcesu, jaki osiągnął, pozostał w głębi duszy biednym chłopakiem z prowincji, który nie zapomniał, jak trudno jest się wybić we współczesnym świecie. Mógłby pobierać ogromne opłaty za prawa, mógłby ograniczyć się jedynie do sprzedaży opowiadań na potrzeby seriali i kina. A on od trzydziestu lat trwa przy rozdawaniu swoich pomysłów.
A zatem idealny filantrop? Moim zdaniem nie do końca. Nie chcę bynajmniej podważać intencji Kinga i jego szczerości w dzieleniu się swoim majątkiem z tymi, którym los nie dał bogactwa. Dollar babies być może nie w wyniku zimnej kalkulacji, ale przypadku, przez lata ewoluowało z prostej idei w genialną machinę marketingowo-promocyjną, która sprawia, że pozycja Kinga na rynku popkultury jest dziś absolutnie królewska. Nie wierzycie? To znajdźcie dziś drugiego żyjącego pisarza, który może pochwalić się tak gigantyczną filmografią. Nie, to nie jest trudne. To zwyczajnie niemożliwe. Prosty pomysł na rozdawnictwo opowiadań poskutkował tym, że dziś King jest najchętniej ekranizowanym pisarzem na świecie. A że nie każdy z tych filmów da się obejrzeć... No cóż, to akurat najmniejszy problem. W świecie, w którym liczą się statystyki, a nie wiedza, oglądanie filmu to ostatni element układanki.
Dollar babies nie tylko zagwarantowały Kingowi status króla ekranizacji, ale co więcej - sprawiły, że jego nazwisko wciąż jest niesłychanie popularne wśród ludzi młodych, którzy chcą próbować swoich sił w przygodzie zwanej sztuką. Cóż z tego, że nakłady powieści Kinga od pewnego czasu lecą w dół, a jego pozycja na rynku nie jest już królewska, że czasy, gdy miał na listach bestsellerów po kilka tytułów w miesiącu, odeszły w zapomnienie, skoro wraz z rozwojem techniki cały czas rośnie liczba dollar babies. W latach osiemdziesiątych takich filmów było raptem kilka, dekadę później kilkanaście, a obecnie to kilkadziesiąt filmów. I liczba takich ekranizacji będzie wciąż rosła, a wraz z nią umacniało się nazwisko Kinga - nie tylko pośród czytelników, lecz także dzieciaków, które niekoniecznie znają jego twórczość, ale szukają pomysłów na filmy. Dolar za dobrą historię to tyle co nic.
Tym sposobem dollar babies z zapewne szczerej inicjatywy - bo przecież King nie mógł przewidzieć cyfryzacji filmu, internetu, dostępu do domowych studiów montażowych - zamieniło się w marketingowego giganta, za sprawą którego marka Stephen King będzie wieczna. Bo nie oszukujmy się, ale wpisanie sobie w CV punktu "Reżyser adaptacji opowiadania (tu wpisać tytuł) Stephena Kinga" łechce próżność każdego młodego i ambitnego twórcy. Nawet jeśli jego przygoda z filmem skończy się na tej jednej adaptacji.
Tak, dollar babies to kolejny dowód na genialne wyczucie rynku Kinga, prawdopodobnie pierwszego pisarza na świecie, który zrozumiał, że w czasach, gdy technologia i środki masowego przekazu wciąż rozwijają się w zaskakująco szybkim tempie, bycie gwiazdą polega zarówno na poszerzeniu pola walki, jak i na kompromisach. King świetnie lawiruje między gatunkami, nośnikami i mediami, wciąż budując swój wizerunek współczesnej gwiazdy totalnej.
Jeśli zaś chcecie przekonać się na własne oczy, czym są dollar babies, na początek szukania w sieci (całkiem niedawno do umowy prawnicy Kinga dorzucili zakaz upubliczniania przez twórców swoich filmów na serwisie youtube.com) polecam trzy pierwsze filmowe dzieciątka, czyli:
The Boogeyman
1982, w reżyserii Jeffreya C. Schiro
Pierwsze dollar baby. Jeffrey C. Schiro pochodzi z ukochanego przez Kinga stanu Maine i to w dużej mierze pomogło mu w przebiciu się bezpośrednio do Kinga. Było to na początku lat osiemdziesiątych, kiedy autor Lśnienia cieszył się już co prawda statusem wielkiej gwiazdy, ale wciąż spacerował jeszcze po ulicach i pijał w podłych barach.
The Boogeyman to adaptacja opowiadania Czarny Lud ze zbioru Nocna zmiana. Jego bohaterem jest pewien znerwicowany mężczyzna, który leżąc na kozetce u psychiatry, opowiada o terroryzującym jego rodzinę potworze z szafy. Na początku nie chciał uwierzyć swoim dzieciom, że coś dybie na ich życie. Nawet śmierć pierwszego dziecka nie osłabiła jego sceptycyzmu... Aż do momentu...
Jak na pierwszy i w sumie amatorski film, The Boogeyman wypadł zaskakująco dobrze. Trwający niespełna trzydzieści minut filmik jest oczywiście w kilku momentach histeryczny, a efekty specjalne pozostawiają wiele do życzenia, ale całość ogląda się bez większego bólu. Więcej, gdyby nie świadomość, że to rzecz zrobiona przez studenta, można by pomyśleć, że oglądamy zapomniany odcinek któregoś z popularnych seriali grozy. Co zresztą chyba nie jest przypadkiem. Jeffrey C. Schiro wprawdzie wielkiej kariery nie zrobił, ale zaczepił się w telewizji, gdzie etatowo pracował jako montażysta. Poza The Boogeyman wyreżyserował tylko jeden odcinek serialu Opowieści z ciemnej strony.
Disciples of the Crow
1983, w reżyserii Johna Woodwarda
Pierwsza ekranizacja Dzieci kukurydzy. Znów w niespełna pół godziny John Woodward streszcza znane opowiadanie, zmieniając co prawda jego zakończenie. Na szczęście nie ma nagromadzenia bzdur, o których wspominałem, pisząc o filmie kinowym. Mamy za to twarz Jezusa zamieniającą się w potwora, opętane żądzą zabijania dzieci i przypadkową parę trafiającą do miasteczka, którym rządzą dzieciaki.
Trudno uznać ten film za arcydzieło krótkiego metrażu, ale jest tu kilka scen, które zaskakują - choćby wspomniany Jezus - a reżyser całkiem sprawnie buduje surrealistyczną atmosferę zagrożenia.
Po Disciples of the Crow Woodward powrócił do filmu jeszcze dwa razy, kręcąc pełnometrażowe komedie obyczajowe. Druga, zatytułowana Vice, odbiła się nawet swego czasu, wątłym co prawda, ale zawsze jakimś, echem, bo opowiadała o talibach i terrorystach w Teksasie... Tyle że była nakręcona rok przed wydarzeniami z jedenastego września.
The Woman in the Room
1983, w reżyserii Franka Darabonta
Różne źródła podają bardzo różny czas powstawania tego filmu. W jednych można przeczytać, że Darabont pracował nad nim trzy lata, w innych, że skończył go w kilka miesięcy. To, czy zaczął kręcić The Woman in the Room w 1980 roku, czy trzy lata później, nie ma jednak większego znaczenia. Liczy się film, a ten w swojej prostocie i ascetyczności ociera się o autentyczną wielkość.
Historia jest prosta i zarazem wstrząsająca. Film jest adaptacją krótkiego opowiadania Kobieta na sali ze zbioru Nocna zmiana, opowiadającego historię mężczyzny, który obserwuje, jak choroba powoli zabija jego matkę. Pewnego dnia podejmuje decyzję - skróci jej cierpienie. Czy był to gest miłosierdzia, czy zabójstwo z zimną krwią, nie wiadomo. Ani King, ani Darabont nie szukają odpowiedzi. Po prostu pokazują kilka dni z życia mężczyzny i to, jak powoli dojrzewa w nim niebywale trudna decyzja.
W twórczości Kinga opowiadanie Kobieta na sali zajmuje miejsce szczególne. Napisał je bowiem tuż po śmierci własnej matki, która - podobnie jak matka bohatera - okropnie cierpiała, zanim odeszła. W tym krótkim tekście nie znajdziecie potworów, wampirów ani strzyg. Tylko ból i wyrzuty sumienia, które pożerają bohatera.
Film Darabonta to mała, dopracowana w każdym szczególe perełka, która zaskakuje zarówno ładunkiem emocjonalnym, jak i warsztatem. Zrealizowany poza studiem filmowym krótki metraż niczym bowiem nie ustępuje fachowo montowanym produkcjom z dużym budżetem. Nic więc dziwnego, że The Woman in the Room znalazł się na liście filmów pretendujących do nominacji do Oscara. Batalię o nominację przegrał, ale liczy się fakt, że mały, skromny film został doceniony i zauważony.
Wrażliwość, ale i profesjonalizm Darabonta sprawiły, że King nie tylko uznał jego mały film za jeden ze swoich ulubionych, ale także zaprzyjaźnił się z młodym reżyserem. Kilka lat później Darabont przekona pisarza, by pozwolił mu na wystawną adaptację minipowieści Skazani na Shawshank na dość dziwnych warunkach... Tak czy owak, przyjaźń Darabonta i Kinga trwa do dziś i nic nie wskazuje na to, aby miała się zakończyć...
Warto rzucić okiem na ukraińskie Battleground (czy raczej bardziej radzieckie, bo animację zrealizowano w roku 1986 na Ukrainie, która wówczas należała do ZSRR), adaptację opowiadania Pole walki z Nocnej zmiany. A także na wyprodukowaną przez Guillerma del Toro w 2005 roku animację Home Delivery, będącą adaptacją opowiadania Urodzi się w domu z Marzeń i koszmarów.
A na koniec polski akcent. Przez długi czas w naszym kraju nikt nie wpadł na pomysł, aby stworzyć swoje dollar baby. Bo trudno za nie uznawać Lament paranoika zrealizowany przez grafika Darka Kocurka, ponieważ akurat ten tekst ma zablokowane prawa i film Kocurka nie jest oficjalnym dollar baby. Dopiero w 2017 roku powstało oficjalne pierwsze polskie dollar baby - adaptacja opowiadania obyczajowego My Pretty Pony, zatytułowana Kucyk. Film z udziałem Mariana Dziędziela został wyróżniony na Los Angeles Independent Film Festival w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film zagraniczny. Zresztą lista nagród, które otrzymał, jest imponująca. Choć, niestety, w Polsce słyszeli o nim tylko fani Kinga.
PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY(GWENDY'S BUTTON BOX)NAPISANE Z RICHARDEM CHIZMAREM
Pierwsze wydanie amerykańskie: Cemetery Dance, 2017
Wydanie polskie: Albatros, 2018
Przełożyła Danuta Górska
Gdy ukazywał się Sklepik z marzeniami, King odgrażał się, że to ostatnia powieść ze świata Castle Rock. Skłamał. Po latach powrócił na ulice swojego legendarnego miasteczka. Tym razem w duecie z Richardem Chizmarem snuje opowieść o pewnej dziewczynce i magicznym pudełku. Magiczną opowieść.
Gwendy ma dwanaście lat, lekką nadwagę i czuje ogromną potrzebę zmiany czegoś w swoim życiu. Zaczyna od wagi. Aby zrzucić kilogramy, codziennie biega po wiszących Schodach Samobójców, prowadzących na szczyt wzgórza w Castle Rock. Pewnego dnia na swojej trasie spotyka tajemniczego mężczyznę w kapeluszu. Początkowo traktuje go jak obcego, przed którym przestrzegali ją rodzice, ale szybko przekonuje się, że mężczyzna nie ma złych intencji. Przeciwnie - wręcza jej prezent, dziwne pudełko z przyciskami. Każdy z nich przypisany jest do jednego kontynentu. Są też dwa specjalne. Czerwony, który Gwendy może nacisnąć, kiedy uzna to za stosowne. Oraz czarny. Czarnego nie należy naciskać nigdy. Po wręczeniu prezentu mężczyzna znika, a w życiu Gwendy... No cóż, w jej życiu wszystko zaczyna się zmieniać.
Pudełko z guzikami Gwendy, Albatros, 2018
King, który nigdy nie ukrywał zafascynowania twórczością Richarda Mathesona, ewidentnie składa Pudełkiem z guzikami Gwendy hołd opowiadaniu Guzik, guzik. Tam mieliśmy tajemnicze pudełko, które daje fortunę w zamian za to, że ktoś umrze. Tu mamy pudełko, które rządzi światem, a od Gwendy zależy, co zrobi. Tyle że King wspólnie z Chizmarem nie koncentrują się w swoim tekście na tajemniczych mocach pudełka, ale na tym, jak świadomość tego, że ono istnieje, wpływa na bohaterkę. Bo pudełko zmienia Gwendy. Pomaga jej dorosnąć i zacząć dostrzegać rzeczywistość, która ją otacza. Obaj panowie także, zamiast straszyć, stawiają na... czułość. Pudełko z guzikami Gwendy jest więc minipowieścią o uczuciach i dorastaniu. Delikatną, chwilami zabawną.
Owszem, groza i możliwości pudełka także są obecne, ale nie grają tu pierwszych skrzypiec. Wręcz przeciwnie. Narracja prowadzona jest tak sprawnie, że w pewnym momencie, podobnie jak Gwendy, zapominamy o pudełku, koncentrując się na opowieści o dorastającej dziewczynie. I wtedy pudełko powraca. Bo złe rzeczy wracają. Podobnie jak dobre. Z tą różnicą, że te złe odciskają na nas i rzeczywistości mocniejszy ślad.
Ze wszystkich nowych projektów literackich Kinga po Pudełku z guzikami Gwendy obiecywałem sobie najmniej. Okazuje się, że niesłusznie. To nie tylko najlepszy krótki tekst, jaki napisał od lat, ale i najcieplejszy. Po zakończonej lekturze człowiek uśmiecha się i ma ochotę zmienić świat, a przynajmniej siebie. Pewnie, że to chwilowe i niewiele znaczy, ale w natłoku spływających zewsząd parszywych wiadomości ta skromna książeczka staje się swoistą oazą spokoju. Opowieścią, która bawi i wzrusza. Zwartą, dynamiczną. I bardzo ludzką. Jeśli spojrzeć na nią i jej ludzki wydźwięk przez pryzmat miasteczka Castle Rock, trudno nie przypomnieć sobie opowiadania Ciało i filmu Stań przy mnie. Pudełko z guzikami Gwendy aż tak doskonałe nie jest. Ale to kawał dobrej opowieści właśnie dla fanów tej historii.
CZTERY PORY ROKU(DIFFERENT SEASONS)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Viking, 1982
Wydania polskie: Prima (pod tytułem Skazani na Shawshank), 1998; Albatros, 2011; Albatros / Prószyński i S-ka (Kolekcja Mistrza Grozy), 2019
Przełożył Zbigniew A. Królicki
Mógł sobie Stephen King mówić, że nie przejmuje się łatką pisarza grozy. Mógł sobie celowo prowadzić karierę w takie rejony, co, jak wiemy, zrobił, uzgadniając ze swoim redaktorem wydanie Miasteczka Salem. Ale gdzieś głęboko zawsze chciał być uznany nie tylko za twórcę horrorów, ale także za pisarza takiego przez wielkie "P".
Na demonstrację tej postawy nie musieliśmy czekać zbyt długo. W 1982 roku ukazał się nietypowy zbiór opowiadań - Cztery pory roku. Nietypowy z dwóch powodów. Po pierwsze, zawiera tak naprawdę cztery teksty będące minipowieściami. Po drugie, nie ma w nim elementów nadprzyrodzonych. Są tylko opowieści o ludziach. Cztery historie. Cztery pory roku. Cztery stadia w życiu każdego z nas. King pisał te minipowieści w latach 1972-1980, w przerwach między regularnymi powieściami.
Kiedy zaniósł maszynopis do wydawcy, ten podobno najpierw się ucieszył, a potem przeraził. Ucieszył, bo nowy King to żyła złota. Przestraszył, bo nie był to King, na którego wszyscy czekali. Owszem, już w Cujo pisarz pokazał, że potrafi napisać horror pozbawiony elementów nadnaturalnych, ale... tu nie było nawet grozy. Było cierpienie. Ból. Smutek. Frustracja. Śmierć. Ale nie było grozy. Wydawca szacował sprzedaż na poziomie pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Ostrożnie, bo nikt nie wie, jak odbiorca zareaguje na taką prozę. Niepotrzebnie się obawiał. Sprzedało się sto czterdzieści tysięcy egzemplarzy. King znów rozbił bank. A co najważniejsze - pokazał, i to dobitnie, że poza straszeniem potrafi coś jeszcze: pokazywać zwyczajnych ludzi z ich zwyczajnymi problemami.
Cztery pory roku otwierają wiosenni Skazani na Shawshank - minipowieść, która dwie dekady później stanie się jednym z najczęściej cytowanych tekstów pisarza. Wszystko za sprawą oczywiście ekranizacji, ale o tym później. W 1982 roku nikt nie twierdził jeszcze, że jest to najlepszy utwór Kinga. On sam zresztą nie przykładał do niego wielkiej wagi. Skazani na Shawshank byli po prostu bardzo dobrą, kapitalnie skomponowaną opowieścią o nadziei. O tym, że nawet w piekle nie można jej tracić. Brzmi to może i naiwnie, a w zestawieniu z filmem może sprawiać wrażenie, że King postawił tu na ckliwą historię, ale to złe wrażenie. Tekst, mimo happy endu, jest boleśnie przygnębiający. Nikt tak naprawdę tu nie wygrywa. Skazany wydostaje się na wolność, lecz podstępem. Dobro ginie. A jedyne, co - bohaterowi - pozostaje, to nadzieja. Najpierw na ucieczkę, potem na życie. Bo nadzieja, w przeciwieństwie do prawdy, nie umiera.
Kolejna minipowieść, Zdolny uczeń, to także wycieczka w świat mroku. Główny bohater, nastolatek Todd Bowden, odkrywa, że jego sąsiadem jest ukrywający się przed światem hitlerowski zbrodniarz Kurt Dussander. Między chłopcem a zbrodniarzem zaczyna rodzić się dziwna fascynacja, która w finale doprowadzi do tragedii. Ten tekst wywołuje skrajne emocje. Jest wybitny, ale też trudno go lubić, King uczynił bowiem jego bohaterami ludzi tak niesympatycznych i w finale pozbawionych empatii i emocji, że czasami ma się ochotę przestać czytać. A coś takiego u Kinga zdarza się niebywale rzadko. A już na pewno nie wtedy, gdy sięgamy po jego najlepsze teksty. A Zdolny uczeń do nich należy. Tyle że - podobnie jak Cmętarz zwieżąt - bezkompromisowo koncentruje się na mroku, jaki przypadkowe decyzje wydobywają z duszy człowieka. O sile tego tekstu świadczy zresztą fakt, że mało brakowało, a nie znalazłby się w zbiorze Cztery pory roku. Kiedy wydawca go przeczytał, zażądał jego usunięcia. Negocjacje trwały jakiś czas. W finale King wygrał. I dobrze, bo historia przemiany nastolatka w mordercę to jedna z najlepszych popkulturowych opowieści o tym, jak zgubny wpływ może mieć zło na młodość.
Dookoła młodości krąży także Ciało - tekst jesienny i zarazem jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Kinga. Jeśli wierzyć przyjacielowi Kinga z czasów studiów, George'owi MacLeodowi, to opowiedział on kiedyś przyszłemu pisarzowi historię o chłopcach, którzy wyruszyli na poszukiwanie zwłok psa. Szli wzdłuż torów kolejowych, a cała wycieczka była tak naprawdę miniszkołą życia, podczas której dowiedzieli się, co to odpowiedzialność, przyjaźń i oddanie. Dla MacLeoda była to ważna historia, bo autobiograficzna. To on był jednym z tych chłopców idących wzdłuż torów. King wysłuchał z uwagą, a potem... kilka lat nosił w sobie tę opowieść, aż w końcu ją spisał, zamieniając psa na człowieka. Czy to plagiat? No nie, bo MacLeod nigdy swojej książki nie napisał. Kradzież? O ile wysłuchanie cudzej historii można nazwać kradzieżą, to tak, ale co wtedy począć z Iliadą i Odyseją? Rozżalony MacLeod próbował zmusić Kinga do przyznania się do kradzieży, ale ten zwyczajnie odciął się od kolegi i zerwał z nim wszelkie stosunki. Brzydkie zachowanie? Zależy, jak na to spojrzeć. Zapewne dla teoretycznie "poszkodowanego" był to cios poniżej pasa, ale jeśli się patrzy na całą historię z perspektywy Kinga, trudno się nie zgodzić z jego reakcją. Po pierwsze, świat jest pełen frustratów, którzy za wszelką cenę chcą się podpiąć pod sukcesy innych. Po drugie - i bardziej istotne - przy założeniu, że napisanie tekstu na bazie jakiejś zasłyszanej historii zawsze jest kradzieżą, King zapewne spędziłby pół życia w sądach. Po trzecie wreszcie - jeśli wierzyć George'owi Beahmowi, chyba najlepszemu biografowi Kinga - afera rozpętana przez MacLeoda miała podłoże czysto finansowe, bo King jeszcze przed publikacją tekstu poinformował zainteresowanego, że pożyczył sobie jego opowieść. Ale w Ciele wykorzystał nie tylko ją; motyw chłopca zabitego przez pociąg King wziął z własnego życia. Miał cztery lata, gdy pociąg zabił jego kolegę.
Abstrahując od niesnasek, Ciało to kolejny wybitny tekst Kinga. Przejmujący, poruszający i znów pokazujący życie jako niebezpieczne miejsce, które nigdy nie daje nam tego, czego od niego oczekujemy. Bohaterowie noweli mieli tylko iść wzdłuż torów, a tak naprawdę wkroczyli w dorosłość. Każdy z nich planował przyszłość, ale życie napisało swoje scenariusze. Nie po myśli ich młodzieńczych fantazji.
Cztery pory roku zamyka Metoda oddychania - zimowa opowieść dedykowana Peterowi Straubowi i jego żonie. Spośród czterech tekstów ze zbioru ten nie tylko jest najbliższy horrorowi, lecz także jest najbardziej jaskrawym wyznaniem miłości do opowieści, jakie King kiedykolwiek złoży. No i przede wszystkim - jest na wskroś brytyjski. Może i King nie przywiózł z Londynu historii o duchach, którą planował napisać, ale za to wpadł tam na pomysł opowiadania... o opowiadaniu. Bohater Metody oddychania trafia do tajemnego klubu, w którym opowiadane są historie. Każda niezwykła, każda tajemnicza i każda unikalna. Bo jak głosi motto klubu: "Nieważny jest ten, który opowiada, ale opowiadanie".
Do pomysłu wydawania czterech minipowieści w jednym tomie King wróci jeszcze dwa razy. Oba zbiory będą znakomite i w swoim gatunku wybitne, ale to Cztery pory roku były pierwsze. I jeśli mielibyście przeczytać tylko jeden jego czteroksiąg - sięgnijcie właśnie po ten. Po czterokroć warto.
ADAPTACJE FILMOWE OPOWIADAŃ Z CZTERECH PÓR ROKU
CIAŁO
Stań przy mnie(Stand by Me)
1986, w reżyserii Roba Reinera, z Riverem Phoenixem, Wilem Wheatonem i Coreyem Feldmanem
Nowy film Roba Reinera.
Już wiemy, że kiedy w 1982 roku ukazał się zbiór Cztery pory roku, zarówno fani pisarza, jak i krytycy nie kryli swojego zaskoczenia. Zaraz, zaraz... gdzie są trupy, potwory i wampiry? To ma być Stephen King? Piszący o ludziach, a nie o demonach? I właściwie trudno im się dziwić, bo Cztery pory roku były pierwszą z wielu prób odklejenia się od etykiety autora grozy. Artystycznie absolutnie udaną, choć wizerunkowo już nie do końca. Świat wówczas czekał na kolejny horror Kinga, a nie na opowieść o dzieciakach w małym miasteczku czy więźniu odsiadującym niesprawiedliwy wyrok.
Plakat do filmu Stań przy mnie, 1986
Reżyser Rob Reiner, osławiony komedią Oto Spinal Tap, postanowił na przekór wszystkim zekranizować właśnie jedno z tych "mało strasznych" opowiadań Kinga. Jego wybór padł na Ciało. Najpierw mało brakowało, a nie dostałby filmu (miał go reżyserować Adrian Lyne), a gdy jego konkurent się wycofał, producenci mieli tylko jedną uwagę: Reiner musiał zmienić tytuł filmu. Jeśli już kręcimy film na podstawie Kinga obyczajowego, to niech przynajmniej nie ma tytułu Ciało. Ich wybór padł na Stand by Me, czyli tytuł piosenki Bena E. Kinga, która pojawia się w filmie.
Reiner bardzo wiernie adaptował Ciało, wprowadzając tylko jedną wyraźną zmianę - jeszcze mocniej podkreślił pochodzenie i życiowe problemy jednego z chłopców. Pod czujnym okiem reżysera powstał film niebywale subtelny i wyważony. Prosty, ale nie prostacki. Czuły, ale nie kiczowaty. Mamy tu Amerykę lat pięćdziesiątych, jeszcze przed wybuchem rewolucji obyczajowej. Mamy senną prowincję i kilku chłopców, którzy pochodzą z kompletnie odmiennych rodzin.
To, co robi największe wrażenie - i wciąż będzie robiło przez następne dekady - to kapitalna gra z rzeczywistością prowadzona przez reżysera. Najpierw poznajemy fantazje chłopców, ich wyobrażenia o świecie, a potem rzeczywistość, która okazuje się czymś zupełnie innym. Najlepiej widać to na przykładzie demonicznego psa ze złomowiska. W opowieściach chłopców urósł do wielkości gigantycznego demona, piekielnego Cerbera. Kiedy się pojawia... No cóż... Bawi nas, ale i wzrusza, bo przypomina, jak kiedyś, gdy byliśmy dużo młodsi, odbieraliśmy rzeczywistość.
Stań przy mnie to bezsprzeczne arcydzieło i film, który uwiedzie swoją magią nawet najbardziej nieczułego widza. Bo każdy kiedyś był dzieckiem, każdy musiał kiedyś dorosnąć. O tym etapie przejściowym, chwili, gdy jeszcze jesteśmy mali, ale dorosłość czai się tuż za rogiem, opowiadają Reiner i King.
Stań przy mnie okazało się hitem. Zarobiło ponad pięćdziesiąt milionów dolarów i do dziś stawiane jest w czołówce Kingowskich adaptacji. Sukces filmu otworzył drzwi do światowej kariery Reinera - który potem wyreżyserował między innymi Kiedy Harry poznał Sally - i pomógł stworzyć filmową wytwórnię Castle Rock, nazwaną na cześć miasteczka wymyślonego przez Kinga. To tu powstaną potem takie filmy jak Zielona mila, Skazani na Shawshank i wiele innych.
Skazani na Shawshank(The Shawshank Redemption)
1994, w reżyserii Franka Darabonta, z Timem Robbinsem, Morganem Freemanem i Williamem Sadlerem
Strach czyni z ciebie więźnia, nadzieja oswobadza.
Najlepszy film wszech czasów według słuchaczy radia BBC 1. Najlepszy film nakręcony w latach dziewięćdziesiątych i czwarty na liście pięciuset najlepszych filmów wszech czasów według magazynu "Empire". Imponujące, prawda? Dodam, że film ten, z nikomu nieznanego młodego reżysera, Franka Darabonta, uczynił gwiazdę. Skazani na Shawshank szturmem podbili serca widzów i krytyków na całym świecie. A czy zasłużenie? Otóż moim zdaniem nie, ale o tym później.
Skazani na Shawshank to niemal wierna adaptacja minipowieści ze zbioru Cztery pory roku. Niemal, bo największą zmianą, jaką wprowadził do tekstu Darabont, była zmiana koloru skóry Reda, skazańca, którego w filmie zagrał Morgan Freeman. W opowiadaniu był białym Irlandczykiem. Reszta się prawie zgadza. A zatem mamy tu pozbawioną elementów nadprzyrodzonych opowieść o księgowym skazanym za zbrodnię, której nie popełnił. Zdobywa w więzieniu przyjaciół, uznanie i odkrywa swoją prawdziwą naturę. Co ciekawe, tekst Kinga ma konstrukcję niebezpiecznie podobną do opowiadania Lwa Tołstoja Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.
Niektórzy biografowie Kinga uznają Skazanych na Shawshank za najbardziej wystawne dollar baby. Darabont odkupił bowiem od Kinga prawa do ekranizacji raptem za tysiąc dolarów; była to cena ustalona po tak zwanej znajomości, gdyż panowie po sukcesie The Woman in the Room zaprzyjaźnili się. Było to w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych i Darabont przygotowywał się do filmu niemal całą dekadę. Mało zresztą brakowało, a Skazanych na Shawshank zrealizowałby Rob Reiner, który - jeśli wierzyć plotkom - chciał odkupić od Darabonta prawa za, bagatela, dwa miliony dolarów. Ten jednak odmówił, ponieważ, jak twierdził, od początku miał przeczucie co do tego filmu. Reiner - o dziwo, bo ma w branży opinię choleryka i chama - nie chował urazy i pomógł Darabontowi wyprodukować film w należącej do niego wytwórni Castle Rock Entertainment.
Plakat filmowy do Skazanych na Shawshank, 1994
Dlaczego moim zdaniem Skazani na Shawshank to film przeceniany? Otóż poza zmianą koloru skóry Darabont zrobił jeszcze jedną rzecz. Niewielką. W skali ingerencji w innych produkcjach niemal niezauważalną. Wyciął z filmu prawie całe zło. U Kinga bohater jest wielokrotnie gwałcony. Tu nie ma po tym śladu. U Kinga brud jest ukryty, pojawia się na chwilę i znika, a filmowi Skazani na Shawshank to ckliwa opowiastka o więzieniu, w którym wszystkim - no, prawie wszystkim - udaje się zachować godność. Co więcej, więźniowie do tego stopnia przyzwyczajają się do Shawshank, że po wyjściu nie radzą sobie z wolnością. To akurat prawda, tyle że tu podana w dość bajkowy sposób. W ogóle cały film jest po prostu bardzo dobrze sfilmowaną bajką. Począwszy od motywacji postaci, na konstrukcji świata kończąc. Wszyscy tu mają czyste ubranka, cele są sterylne, a świeżo wykąpani więźniowie dużo czytają i dyskutują o życiu. Tyle że jest to życie wyimaginowane. W swojej minipowieści King mocno podkreślał przeciekające przez palce szczęście bohatera, przez co sekwencje bajkowe nie rzucały się tak w oczy, ale w filmie, który dumnie pręży się na półkach z dramatami obyczajowymi, ta baśń staje widzowi kością w gardle. No i jeszcze gdyby każde więzienie tak ładnie wyglądało...
Ale oczywiście to moje zdanie, a Skazani na Shawshank autentycznie mogą się podobać. Darabont świetnie skonstruował i poprowadził swój film. A między Timem Robbinsem i Morganem Freemanem czuć najprawdziwszą chemię. I to ona oraz prosta, chwytająca za serca historia uwodzą widzów.
Co ciekawe, mimo wielu wyróżnień i masowego uwielbienia film wcale nie był hitem kasowym. Ledwo zwrócił się budżet i dopiero nominacje do Oscarów - w sumie siedem i ani jednego wygranego - pomogły mu zarobić.
Ale poza całym zamieszaniem dookoła nagród i zachwytów ten film jest istotny z jeszcze jednego, najważniejszego, powodu. Otóż, choć na początku swojej kariery King marzył o tym, aby być poczytnym autorem horrorów, pod koniec lat osiemdziesiątych etykieta króla grozy zaczęła go uwierać. Próbował uwolnić się od niej na różne sposoby, lecz dopiero po premierze Skazanych na Shawshank widzowie i krytycy zaczęli dostrzegać w nim nie tylko autora powieści grozy, ale też zdolnego, wrażliwego obserwatora szarej rzeczywistości.
Uczeń szatana(Apt Pupil)
1998, w reżyserii Bryana Singera, z Ianem McKellenem, Bradem Renfro i Davidem Schwimmerem
Jeśli nie wierzysz w zło... musisz się jeszcze wiele nauczyć.
Ze wszystkich filmów opartych na prozie Kinga, które powstały w latach dziewięćdziesiątych, właśnie ten miał szanse stać się najwybitniejszym i najlepszym. Miał, bo ostatecznie tak się nie stało. Co jednak nie zmienia faktu, że moim zdaniem Uczeń szatana jest filmem co najmniej intrygującym.
Tak jak w Zdolnym uczniu Kinga, mamy tu opowieść o młodym chłopaku, który odkrywa, że sąsiad jest ukrywającym się hitlerowskim zbrodniarzem. Zafascynowany śmiercią bohater zaczyna niebezpieczną znajomość z mężczyzną, która dla obu zakończy się tragicznie. Mocny, przygnębiający tekst Kinga pierwszy raz miał zostać zekranizowany tuż po publikacji. Pech chciał, że James Mason, który miał się wcielić w postać hitlerowca, zmarł na zawał serca. Jakby tego było mało, Richard Burton, który miał go na planie zastąpić, także nagle zszedł. W związku z tym producenci porzucili projekt, a scenariusz trafił na półkę. W 1987 roku próbowano go reaktywować, przeprowadzono nawet castingi, nastolatka miał zagrać Ricky Schroder, ruszyły zdjęcia, ale film - z powodu braku funduszy - nie powstał. Sam King wspominał, że produkcja utknęła niemal na finiszu, a materiał, który widział, był wybitny...
W roku 1995, po premierze rewelacyjnych Podejrzanych, Bryan Singer został okrzyknięty nową nadzieją amerykańskiego kina. Ponoć King, zachwycony filmem młodego reżysera, zdecydował się oddać mu za dolara prawa do ekranizacji Zdolnego ucznia; zatem, jeśli wierzyć plotkom, film był kolejnym dollar baby. Singer ogłosił światu, że jego następnym filmem będzie Uczeń szatana. Produkcja ruszyła natychmiast. W postać podstarzałego zbrodniarza wcielił się Ian McKellen, a jego ucznia zagrał młody i świetnie się zapowiadający Brad Renfro - chłopiec z ekranizacji powieści Grishama Klient.
Singer miał wizję swojego filmu. Podobnie jak Reiner w Misery, postanowił wyciąć z fabuły całą krew i morderstwa. W jego filmie nie było miejsca dla zabójstw, okrucieństwa i aktów bezsensownej przemocy. Lub inaczej - było, i to sporo, ale reżyser chciał pokazać je w zupełnie inny, mniej dosłowny niż King, sposób.
I trzeba otwarcie przyznać - okazało się to genialnym posunięciem. Niedomówienia i spokój jeszcze mocniej pokazywały to, co w tej historii najbardziej przerażające: zło, które infekuje i rozprzestrzenia się w organizmie młodego chłopaka. Singer zmienił także zakończenie historii. Zamiast krwawej strzelaniny mamy spokojną rozmowę. Zamiast trupów - szantaż. I to było mistrzowskie rozwiązanie. Otwarte zakończenie powoduje ciarki na plecach. Nie wiemy, czego w życiu dopuści się ten miły i sympatyczny chłopak, ale możemy się domyślać, że nie będzie to nic dobrego. To zdecydowanie jedno z najlepszych zakończeń w historii ekranizacji prozy Kinga. Co zaskakujące, oparte jest na prostym patencie - natura nie znosi próżni: gdy jeden potwór umiera, rodzi się kolejny. Zabieg ten znamy doskonale z setek melodramatów, tyle że tam śmierć kogoś dobrego idzie w parze z narodzinami niewinnego dziecka.
A więc skoro są tu tak dobre sceny, a przekaz jest mądrze wymyślony, to co w takim razie poszło nie tak? Ano, cała reszta. Mimo swoich niewątpliwych atutów Uczeń szatana to film popękany i niespójny. W połowie projekcji traci tempo, zupełnie jakby reżyser nagle stracił zapał do opowiadanej historii. Zapewne dałoby się ten film uratować, gdyby tylko Singer skrócił go o jakieś pół godziny (trwa blisko dwie). Niestety, reżyser uparł się, aby mocną i wstrząsającą historię rozwodnić. Przez co kapitalny pomysł z wyciszaniem i pozbawianiem Ucznia szatana dosłownego okrucieństwa nagle traci swój impet. Szkoda, bo ta opowieść o przebudzeniu bestii w człowieku mogła być wielka. A tymczasem wielkie są w niej tylko poszczególne sceny. Jak choćby ta, gdy starszy pan przypomina sobie, czym była komora gazowa, albo jak powoli upija bezdomnego homoseksualistę, by...
Na koniec warto wspomnieć o jednej, jeszcze bardziej ponurej, historii. Otóż wcielający się w postać ucznia szatana Brad Renfro dziesięć lat po premierze filmu zmarł z przedawkowania heroiny. Miał dwadzieścia pięć lat i status jednej z najbardziej obiecujących gwiazd. Już na planie Ucznia szatana miał problemy z narkotykami. Dziesięć lat później heroina ostatecznie go pokonała.
CIEKAWOSTKA
Ponieważ jeden z bohaterów Zdolnego ucznia wynajmuje pokój o numerze 217, powstała fanowska teoria, jakoby tę minipowieść tak naprawdę napisał Jack Torrance w Lśnieniu. King sprostował to, twierdząc, że Zdolny uczeń absolutnie nie jest powieścią Jacka. Ten zbieg okoliczności wziął się stąd, że pisząc oba teksty, King równocześnie i podświadomie używał tych samych liczb i symboli.
MROCZNA WIEŻA VI. PIEŚŃ SUSANNAH(THE DARK TOWER VI: SONG OF SUSANNAH)
Pierwsze wydanie amerykańskie: Donald M. Grant, 2004
Wydania polskie: Albatros, 2005; Świat Książki, 2005; Albatros, 2015
Przełożył Krzysztof Sokołowski
Cykl Mroczna Wieża ewoluował w zasadzie z każdym kolejnym tomem, od ponurej westernowej opowieści fantasy do wielkiej epopei wymykającej się wszelkim klasyfikacjom gatunkowym. I gdy już zdawać się mogło, że mieszanka popkulturowa osiągnęła szczyt w poprzednim tomie, King poszedł dalej i wprowadził nowego bohatera. Siebie.
Bitwa z Wilkami z Calla rozdzieliła drużynę. Susannah Dean została porwana w finale przez demona Mię, który zawładnął jej ciałem. Jego/jej celem jest urodzenie chłopczyka imieniem Mordred (sic!), by ten zabił Rolanda. Dlatego Susannah/Mia przenosi się do Nowego Jorku roku 1999. Jake i Callahan wyruszają jej śladem, pragnąc przy okazji odnaleźć kryształową kulę, zwaną Czarną Trzynastką. Tymczasem Roland wraz z Eddiem, mężem Susannah, przenoszą się do Stanów Zjednoczonych roku 1977, by odkupić od Calvina Towera posesję na Manhattanie, gdzie rośnie czerwona róża, od której zależą losy świata. Tam spotykają młodego uzależnionego od alkoholu pisarza, Stephena Kinga, autora Miasteczka Salem (którego Callahan był bohaterem) i niedokończonego cyklu o... Rolandzie. Tylko od tego, czy uda im się przekonać pisarza do kontynuowania opowieści, zależy powodzenie misji odnalezienia Mrocznej Wieży, której grozi zniszczenie.
Już przy poprzednim tomie narzekałem na rozwleczenie akcji, niekoniecznie potrzebne rozciąganie wątków i spowalnianie wędrówki ka-tet Rolanda. Zabiegi zastosowane w Pieśni Susannah mogą jeszcze spotęgować to wrażenie. Mogą, lecz nie muszą. Weźmy na przykład wątek Mii, demona, który wykorzystuje Susannah do urodzenia syna mającego zgładzić Rolanda. Pomijając oczywiste nawiązania do legendy o królu Arturze, King czyni z postaci Dean główną bohaterkę tego tomu: skupia się na jej matczynych odczuciach, ujawnia motywację Mii, pozwala obu "kobietom" na długie rozmowy. Z jednej strony możemy to odebrać jako niepotrzebne rozwadnianie akcji, która w tych momentach wręcz staje, ale na pewno co wrażliwsi czytelnicy zachwycą się tak wnikliwym ukazaniem uczuć bohaterek. Ja raczej się męczyłem przy tych obszernych fragmentach, potrafię jednak je docenić, zwłaszcza że finał z siepaczami Karmazynowego Króla wiele wynagradza. Podobnie jest z wątkiem wampirycznym, którym King jeszcze mocniej spaja cykl Mroczna Wieża z Miasteczkiem Salem. Kwestia gustu i osobistych upodobań. Najciekawiej natomiast wypada motyw, który mógł się okazać strzałem w kolano, czyli wprowadzenie samego siebie jako jednego z bohaterów. Paradoksalnie to właśnie tutaj robi się najbardziej interesująco. King podchodzi bowiem do siebie z dużym dystansem, krytycznie oceniając swe poczynania z młodości. W ciekawy sposób wyjaśnia również kulisy powstania cyklu i wprowadzone do niego motywy. Wisienką na torcie jest zamykająca tom koda zatytułowana Kartki z dziennika pisarza, wystylizowana na pamiętnik Kinga obejmujący okres od dwunastego lipca do dziewiętnastego czerwca 1999 roku. Skąd ta data? Fanom pisarza wyjaśniać nie trzeba.
Trudno oceniać Pieśń Susannah. Wypada dość słabo, zwłaszcza na tle poprzednich tomów Mrocznej Wieży. Jednak wiele wątków znajduje tu wreszcie wyjaśnienie, a poszczególne części mechanizmu skutecznie zazębiają się w wielką opowieść. Tym samym, jako kolejna cegiełka w murze, czy też może kamień w drodze do Wieży, Pieśń Susannah jest tomem niezwykle ważnym, być może najważniejszym poza finałowym. A przede wszystkim nie sposób przejść obok niego obojętnie. Bez niego wyprawa do celu byłaby niekompletna.