Rozdział 1 Dzieciństwo Porzucony i wybrany
Fotografia ze szkolnej księgi absolwentów
Jobs i jego ojciec Paul
Jobs i Allen Baum
Dom, w którym Jobs spędził dzieciństwo
Adopcja
Kiedy Paul Jobs po drugiej wojnie światowej został zwolniony ze straży wybrzeża, zawarł zakład ze swoimi kolegami z załogi. Przybyli do San Francisco, gdzie ich okręt został wycofany ze służby, a Paul założył się, że w ciągu dwóch tygodni znajdzie sobie żonę. Był gibkim, wytatuowanym, mierzącym metr i osiemdziesiąt centymetrów mechanikiem silnikowym, przypominającym nieco Jamesa Deana. Jednak to nie dzięki swojej aparycji udało mu się umówić na randkę z Clarą Hagopian, uroczą i pogodną córką ormiańskich imigrantów. Zawdzięczał to temu, że wraz ze swoimi kolegami miał dostęp do samo chodu, w przeciwieństwie do grupy, z którą Clara planowała początkowo wyjść tego wieczoru. Po dziesięciu dniach, w marcu 1946 roku, Paul zaręczył się z Clarą i wygrał zakład. Małżeństwo okazało się szczęśliwe i trwało ponad czterdzieści lat, aż do chwili, kiedy śmierć ich rozłączyła.
Paul Reinhold Jobs wychowywał się na farmie mlecznej w Germantown w stanie Wisconsin. Jego ojciec był alkoholikiem i czasem uciekał się do przemocy, ale Paul wyrósł na mężczyznę, który pod pozorami szorstkości skrywał łagodne i spokojne usposobienie. Porzuciwszy szkołę średnią, włóczył się po Środkowym Zachodzie, od czasu do czasu pracując jako mechanik, aż w wieku dziewiętnastu lat zaciągnął się do straży wybrzeża, choć nie miał pojęcia o pływaniu. Przydzielono go na okręt USS M.C. Meigs, na którym spędził większą część wojny, przewożąc żołnierzy do Włoch, do oddziałów generała Pattona. Jego talenty operatora maszyn oraz strażaka przynosiły mu wyróżnienia, ponieważ jednak zdarzało mu się pakować w drobne kłopoty, nigdy nie awansował powyżej stopnia marynarza[1].
Clara urodziła się w New Jersey, gdzie wylądowali jej rodzice, uciekając z Armenii przed Turkami. Gdy była jeszcze dzieckiem, przeprowadzili się do San Francisco, do dzielnicy zwanej Mission. Clara miała pewien sekret, zdradziła go niewielu osobom: była wcześniej zamężna, lecz jej mąż zginął na wojnie. Poznawszy Paula Jobsa na tamtej pierwszej randce, była już gotowa rozpocząć nowe życie.
Jak wielu innych ludzi, którzy przeżyli wojnę, oni również przeszli w jej trakcie wystarczająco wiele, by w czasach pokoju chcieć już tylko się ustatkować, założyć rodzinę i wieść życie mniej obfitujące w wydarzenia. Mieli niewiele pieniędzy, przenieśli się więc do Wisconsin i przez kilka lat mieszkali z rodzicami Paula, by następnie wyruszyć do Indiany, gdzie Paul dostał pracę jako operator maszyn w International Harvester[2]. Jego pasją było majstrowanie przy starych samochodach; w wolnym czasie dorabiał, skupując je, remontując, a następnie odsprzedając. W końcu zrezygnował z pracy na etat i zajął się wyłącznie handlem używanymi autami.
Clara kochała jednak San Francisco i w 1952 roku przekonała męża, by tam wrócić. Kupili mieszkanie w położonej nad Pacyfikiem dzielnicy Sunset, tuż przy południowej granicy Golden Gate Park. Paul zatrudnił się w firmie finansującej sprzedaż ratalną, gdzie został swego rodzaju "komornikiem" - jego zadaniem było otwieranie wytrychem samochodów, których właściciele nie spłacili pożyczek, a następnie przejmowanie takich pojazdów. Oprócz tego kupował, reperował i sprzedawał samochody, zarabiając w ten sposób całkiem przyzwoite pieniądze.
Czegoś jednak w ich życiu brakowało. Chcieli mieć dzieci. Clara zaszła w ciążę, ale była to ciąża pozamaciczna - zapłodniona komórka jajowa zamiast w macicy zagnieździła się w jajowodzie - i w efekcie stała się bezpłodna. W roku 1955, po dziewięciu latach małżeństwa, zaczęli więc rozważać możliwość adopcji.
Joanne Schieble, podobnie jak Paul Jobs, pochodziła z mieszkającej w Wisconsin rolniczej rodziny o niemieckich korzeniach. Jej ojciec, Arthur Schieble, przybył jako imigrant na przedmieścia Green Bay, gdzie wraz z żoną prowadził fermę norek i z powodzeniem parał się rozmaitymi innymi interesami, począwszy od prowadzenia agencji nieruchomości, aż po chemigrafię. Był bardzo surowy, zwłaszcza jeśli chodziło o związki jego córki, i z wielką dezaprobatą odnosił się do jej pierwszej miłości - artysty niebędącego katolikiem. Nie było zatem niespodzianką, że gdy Joanne podczas studiów magisterskich na Uniwersytecie Wisconsin zakochała się w asystencie Abdulfattahu "Johnie" Jandalim, muzułmaninie pochodzącym z Syrii, jej ojciec zagroził, że zerwie z nią wszelkie kontakty.
Jandali był najmłodszym z dziewięciorga dzieci w prominentnej syryjskiej rodzinie. Jego ojciec posiadał rafinerie ropy oraz wiele innych firm; wśród nich były także duże gospodarstwa rolne w Damaszku oraz w Homs, dzięki czemu w pewnym okresie właściwie kontrolował ceny pszenicy w regionie. Podobnie jak rodzina Schieble, Jandali również wysoko cenili sobie wykształcenie. Kolejne pokolenia członków rodziny wyjeżdżały studiować w Stambule lub na Sorbonie. Chociaż Abdulfattah Jandali był muzułmaninem, został wysłany do prowadzonej przez jezuitów szkoły z internatem; dyplom licencjata uzyskał na Amerykańskim Uniwersytecie w Bejrucie, a następnie kształcił się na Uniwersytecie Wisconsin, gdzie został też asystentem wykładowcy z dziedziny nauk politycznych.
Latem 1954 roku Joanne pojechała z Abdulfattahem do Syrii. Spędzili dwa miesiące w mieście Homs, gdzie jego rodzina nauczyła Joanne gotować syryjskie potrawy. Kiedy wrócili do Wisconsin, Joanne odkryła, że jest w ciąży. Oboje mieli po dwadzieścia trzy lata, jednak zdecydowali się nie zawierać małżeństwa. Jej ojciec był wówczas umierający i groził, że wydziedziczy córkę, jeśli ta poślubi Abdulfattaha. W małej katolickiej społeczności aborcja też nie wchodziła w grę. Na początku 1955 roku Joanne udała się więc do San Francisco, gdzie trafiła pod skrzydła życzliwego lekarza, który udzielał schronienia niezamężnym przyszłym matkom, odbierał ich porody i załatwiał ciche adopcje.
Joanne zastrzegła, że jej dziecko musi trafić do ludzi, którzy ukończyli wyższą uczelnię. Lekarz załatwił więc przekazanie noworodka pewnemu prawnikowi i jego żonie. Kiedy jednak na świat przyszedł chłopiec - stało się to 24 lutego 1955 roku - owa para uznała, że wolałaby dziewczynkę, i wycofała się z umowy. W ten sposób chłopiec zamiast zostać synem prawnika, wylądował u pasjonata mechaniki, który porzucił szkołę średnią, oraz u jego żony, będącej prawdziwą solą tej ziemi, która pracowała jako księgowa. Paul i Clara nadali swemu nowo narodzonemu dziecku imiona Steven Paul.
Wciąż jednak otwarta pozostawała kwestia postawionego przez Joanne warunku, by nowi rodzice jej dziecka byli absolwentami szkoły wyższej. Dowiedziawszy się, że dziecko trafiło do pary, która nie ukończyła choćby szkoły średniej, odmówiła podpisania dokumentów adopcyjnych. Impas trwał przez całe tygodnie, nawet po tym, jak mały Steve zadomowił się już w rodzinie Jobsów. Ostatecznie Joanne ustąpiła, pod warunkiem, że para złoży obietnicę - właściwie to podpisze stosowne zobowiązanie - że utworzą fundusz, który pozwoli im wysłać chłopca na studia.
Był jeszcze jeden powód, dla którego Joanne wzbraniała się przed podpisaniem dokumentów adopcyjnych. Jej ojciec był bliski śmierci, ona zaś planowała, że tuż po niej poślubi Jandaliego. Jak wyznawała później swoim bliskim - czasem czyniąc to ze łzami w oczach na samo wspomnienie - żywiła wtedy nadzieję, że kiedy już się pobiorą, będzie mogła odzyskać swoje dziecko.
Arthur Schieble zmarł w sierpniu 1955 roku, kilka tygodni po sfinalizowaniu adopcji. W tym samym roku, tuż po świętach Bożego Narodzenia, Joanne i Abdulfattah Jandali wzięli ślub w katolickim kościele pod wezwaniem Świętego Filipa Apostoła w Green Bay. W następnym roku Abdulfattah uzyskał doktorat z polityki między narodowej; później mieli jeszcze jedno dziecko - dziewczynkę o imieniu Mona.
Po rozwodzie z Jandalim w roku 1962 Joanne rozpoczęła marzycielskie, wędrowne życie, opisane we wzruszającej powieści Anywhere But Here przez Monę Simpson, jej własną córkę, która wyrosła na wspaniałą pisarkę. Ponieważ znalezienie domu dla Steve'a odbyło się w ramach prywatnej i zamkniętej adopcji, musiało minąć dwadzieścia lat, zanim wszyscy spotkali się ponownie.
*
Steve Jobs od najmłodszych lat wiedział, że został adoptowany. "Moi rodzice byli ze mną w tej kwestii bardzo szczerzy" - wspominał. Pamięta doskonale, jak w wieku sześciu lub siedmiu lat, siedząc na trawniku przed swoim domem, zwierzył się z tego dziewczynce, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. "Czy to znaczy, że twoi prawdziwi rodzice cię nie chcieli?" - spytała dziewczynka. "Ooooch! Z mojej głowy posypały się wtedy błyskawice - opowiadał o tym Jobs. - Pamiętam, jak wbiegłem z płaczem do domu. A rodzice powiedzieli: "Nie, musisz to zrozumieć". Byli bardzo poważni i patrzyli mi prosto w oczy. Powiedzieli: "My specjalnie wybraliśmy właśnie ciebie". Powiedzieli to oboje, a potem powoli powtórzyli. Akcentując każde słowo".
Porzucony. Wybrany. Wyjątkowy. Te pojęcia stały się częścią tego, kim był Jobs i w jaki sposób sam o sobie myślał. Jego najbliższy przyjaciel uważa, że świadomość tego, iż został oddany po narodzinach, zostawiła w nim pewne blizny. "Myślę, że jego pragnienie posiadania całkowitej kontroli nad wszystkim, co tworzy, wynika bezpośrednio z jego osobowości i z faktu, że tuż po narodzinach został porzucony - mówi jego wieloletni kolega Del Yocam. - Pragnie kontrolować swoje otoczenie, a produkt postrzega jako przedłużenie siebie samego".
Greg Calhoun, który zbliżył się do Jobsa tuż po studiach, zauważa jeszcze jedną rzecz. "Steve mówił mi wiele o swoim porzuceniu i o bólu, jaki ono wywołało - opowiada. - To uczyniło go niezależnym. Zawsze chadzał innymi ścieżkami niż pozostali, a wzięło się to stąd, że żył w świecie innym niż ten, w którym się urodził".
W późniejszym okresie życia, gdy osiągnął dokładnie ten sam wiek (23 lata), w jakim był jego biologiczny ojciec, kiedy go porzucił, Jobs sam został ojcem i także opuścił swoje dziecko, choć ostatecznie wziął za swoją córkę odpowiedzialność. Chrisann Brennan, matka dziecka, mówi, że bycie oddanym do adopcji sprawiło, iż wnętrze Jobsa "wypełniło się rozbitym szkłem"; uważa też, że pozwala to wyjaśnić niektóre z jego zachowań. "Został porzucony i teraz sam porzuca" - stwierdziła. Andy Hertzfeld, blisko współpracujący z Jobsem w Apple we wczesnych latach osiemdziesiątych, należy do tych niewielu osób, które pozostały w zażyłych stosunkach zarówno z Brennan, jak i z Jobsem. "Kluczowe pytanie dotyczące Steve'a brzmi: dlaczego czasem nie potrafi nad sobą zapanować i powstrzymać się przed byciem okrutnym i wyrządzaniem komuś krzywdy - mówi Hertzfeld. - Tym samym wracamy do doświadczenia bycia porzuconym po urodzeniu. Motyw porzucenia to naprawdę zasadniczy problem w życiu Steve'a".
Jobs odnosi się do tych stwierdzeń z niejakim lekceważeniem.
"Niektórym wydaje się, że ponieważ zostałem porzucony, pracowałem bardzo ciężko tylko po to, aby dobrze mi się powodziło i aby w ten sposób sprawić, że moi rodzice zechcą mnie z powrotem. Albo inne tego typu nonsensy. To niedorzeczne - podkreśla z naciskiem. - Świadomość bycia adoptowanym mogła sprawić, że miałem większe poczucie niezależności; nigdy jednak nie prześladowała mnie myśl, że zostałem porzucony. Zawsze miałem poczucie pewnej wyjątkowości. To moi rodzice sprawili, że taki się czułem". Później obruszał się za każdym razem, kiedy ktoś mówił o Paulu i Clarze Jobsach jako o jego rodzicach "adopcyjnych" lub kiedy sugerowano, że nie byli oni jego "prawdziwymi" rodzicami. "Byli moimi rodzicami na tysiąc procent" - zapewnia. Z drugiej strony, gdy mówi o rodzicach biologicznych, jego ton staje się szorstki: "Byli dla mnie wyłącznie bankiem spermy i komórek jajowych. To nie jest nic bolesnego, po prostu tak właśnie było. Bank spermy, nic poza tym".
Dolina Krzemowa
Dzieciństwo, jakie Paul i Clara Jobsowie stworzyli swojemu synowi, było pod wieloma względami typowe dla późnych lat pięćdziesiątych. Gdy Steve miał dwa lata, adoptowali córkę o imieniu Patty, zaś trzy lata później rodzina przeprowadziła się do jednorodzinnego domu na przedmieściach. CIT, czyli firma finansująca sprzedaż ratalną, w której Paul pracował jako komornik, przeniosła go do biura w Palo Alto; ponieważ jednak nie było go stać na to, by tam zamieszkać, Jobsowie wylądowali ostatecznie na osiedlu w Mountain View - mieście położonym nieco bardziej na południe, a przy tym tańszym.
Tam też Paul Jobs próbował przekazać synowi swoją miłość do mechaniki i samochodów. "Steve, od teraz to będzie twój warsztat pracy" - powiedział, wydzielając część stołu w garażu. Jobs pamięta, że był pod wrażeniem wagi, jaką jego ojciec przywiązywał do staranności wykonania. "Uważałem, że zmysł konstrukcyjny mojego taty jest całkiem niezły, bo przecież potrafił zbudować dowolną rzecz. Jeśli potrzebowaliśmy szafki, budował szafkę. Kiedy zaś stawialiśmy płot, wręczył mi młotek, żebym mógł pracować razem z nim".
Pięćdziesiąt lat później ten płot dalej otacza ogród z tyłu i z boku domu w Mountain View. Gdy Jobs mi go pokazywał, gładził pieszczotliwie deski ogrodzenia i przypomniał to, co głęboko zaszczepił w nim jego ojciec. Ważne jest, mawiał Paul Jobs, by starannie wykonać tył szafki czy płotu, nawet jeśli pozostanie on niewidoczny. "Uwielbiał robić wszystko jak należy. Przykładał wagę nawet do tych części, których nie było widać".
Jego ojciec w dalszym ciągu odnawiał, a następnie odsprzedawał używane samochody; ściany garażu przyozdobił zdjęciami swoich ulubionych aut. Zwracał uwagę syna na ich detale: linie, wloty powietrza, chromowania, obszycia foteli. Codziennie po powrocie z pracy przebierał się w roboczy kombinezon i znikał w garażu, gdzie często towarzyszył mu Steve.
"Sądziłem, że jeśli zdobędzie trochę umiejętności z zakresu mechaniki, uda mi się utrzymać go w jednym miejscu. Jednak tak naprawdę nie interesowała go ciężka praca - wspominał później Paul. - Nigdy nie zaprzątał sobie głowy mechaniką".
Grzebanie pod maską faktycznie nigdy nie wydawało się Jobsowi szczególnie pociągające. Powiedział kiedyś: "Nie ciągnęło mnie do naprawiania samochodów, ale chętnie spędzałem czas w towarzystwie taty".
Choć rósł, mając świadomość, że jest dzieckiem adoptowanym, wzmacniało się jego przywiązanie do ojca. Pewnego dnia, kiedy miał osiem lat, Steve Jobs odkrył fotografię ojca z czasów służby w straży wybrzeża - "Stał w maszynowni, nie miał na sobie koszuli i wyglądał jak James Dean. Dla dzieciaka to był jeden z tych momentów Oh wow. Wow, więc moi rodzice byli kiedyś bardzo młodzi i naprawdę dobrze wyglądali".
Dzięki samochodom ojciec Steve'a umożliwił mu pierwszy kontakt z elektroniką. "Nie miał jakiegoś wielkiego pojęcia o elektronice, ale często stykał się z nią w samochodach i innych naprawianych przez siebie rzeczach. Wprowadził mnie w jej podstawy, a ja bardzo się tym zainteresowałem". Jeszcze bardziej interesujące okazały się wyprawy w poszukiwaniu części. "W każdy weekend urządzaliśmy wycieczkę na złomowisko. Szukaliśmy akumulatora, gaźnika, wszystkich możliwych elementów". Pamięta też, jak jego ojciec negocjował przy kasie - "Był dobry w targowaniu się, bo lepiej od sprzedawców zdawał sobie sprawę, ile te części naprawdę powinny kosztować". To pomogło wypełnić przyrzeczenie, złożone przez jego rodziców podczas adopcji. "Mój fundusz studencki uzbierał się dzięki temu, że tata płacił pięćdziesiąt dolarów za forda falcona albo jakiś inny rozbity, niesprawny samochód, pracował nad nim przez kilka tygodni, a następnie sprzedawał go za dwieście pięćdziesiąt dolarów. Nie mówiąc o niczym urzędowi podatkowemu".
Dom Jobsów, położony przy alei Diablo 286, podobnie jak pozostałe domy w sąsiedztwie został wzniesiony przez dewelopera Josepha Eichlera, którego firma pomiędzy rokiem 1950 a 1974 zbudowała ponad jedenaście tysięcy domów na rozmaitych kalifornijskich osiedlach. Zainspirowany roztoczoną przez Franka Lloyda Wrighta[3] wizją prostych, nowoczesnych mieszkań dla amerykańskiego "szarego człowieka", Eichler budował niedrogie domy o konstrukcji słupowo-ryglowej, z sięgającymi od podłogi aż po sufit szklanymi ścianami, z otwartymi przestrzeniami, z podłogami z płyt betonowych oraz całym mnóstwem przesuwanych szklanych drzwi.
"Eichler dokonał czegoś wspaniałego - stwierdził Jobs podczas jednego z naszych spacerów po okolicy. - Jego domy były modne, tanie i dobre. Dzięki nim porządny design i styl stały się dostępne dla ludzi z niższymi dochodami. Tamte domy miały wiele niepozornych, a przy tym wspaniałych elementów, na przykład ogrzewanie podłogowe. Kiedy byliśmy dziećmi, wystarczyło położyć dywan i miało się przyjemnie cieplutką podłogę".
Jobs twierdzi, że uznanie, jakim darzył domy Eichlera, stało się inspiracją dla jego pasji do tworzenia modnie zaprojektowanych produktów z myślą o masowym rynku zbytu. "To wspaniałe, gdy świetny design i czystą wydajność udaje się zawrzeć w czymś, co nie kosztuje zbyt wiele - powiedział, zwracając uwagę na prostą elegancję domów Eichlera. - Taka właśnie była oryginalna wizja przyświecająca Apple. Próbowaliśmy to osiągnąć, konstruując pierwszy komputer Mac. Udało nam się to w przypadku iPoda".
Naprzeciwko Jobsów mieszkał człowiek, który odniósł sukces jako handlarz nieruchomościami. "Nie był szczególnie bystry - powiedział Jobs - ale sprawiał wrażenie kogoś, kto zbija fortunę. Mój tata pomyślał więc: Ja też tak potrafię. Pamiętam, jak bardzo ciężko pracował. Chodził na wieczorowe kursy, zdał test, żeby uzyskać licencję, i wreszcie dostał się do branży handlu nieruchomościami. A potem nastąpiło załamanie rynku".
W rezultacie rodzina Jobsów popadła w trwające około roku finansowe tarapaty. Steve chodził wtedy do szkoły podstawowej. Jego matka podjęła pracę jako księgowa w Varian Associates, firmie zajmującej się produkcją przyrządów naukowych; Jobsowie wzięli też drugi kredyt hipoteczny. Pewnego dnia, gdy nauczyciel w czwartej klasie zapytał Jobsa: "Czego nie rozumiesz we wszechświecie?", ten odparł: "Nie rozumiem, dlaczego mój tata nagle został bez grosza". Mimo to był bardzo dumny, że jego ojciec nigdy nie wyrobił w sobie służalczego podejścia i lizusowskiego stylu, które mogły uczynić go lepszym sprzedawcą. "Aby sprzedawać nieruchomości, trzeba podlizywać się ludziom, a on nie był w tym dobry. To nie leżało w jego naturze. Podziwiałem go za to". Paul Jobs wrócił więc do zawodu mechanika.
Ojciec Steve'a Jobsa był człowiekiem spokojnym i łagodnym - te dwie cechy jego syn bardziej wychwala, niż naśladuje. Paul Jobs był jednak także stanowczy.
Nieopodal nas mieszkał inżynier pracujący nad fotoogniwami w Westinghouse[4]. Był kawalerem, typem bitnika. Miał dziewczynę, która czasem dorabiała jako moja niania. Oboje moi rodzice pracowali, więc po szkole chodziłem do nich na kilka godzin. Kilka razy zdarzyło się, że facet upił się i uderzył tę dziewczynę. Pewnego wieczoru pojawiła się u nas, śmiertelnie przerażona, a za nią przyszedł także ten facet, pijany. Mój tata usadził go, mówiąc: "Ona jest tutaj, ale ty nie wejdziesz". Tamten momentalnie się zatrzymał. Lubimy sobie myśleć, że lata pięćdziesiąte były jedną wielką idyllą, ale tamten gość był jednym z tych inżynierów, którzy zawalili własne życie.
Tym, co odróżniało tamtą okolicę od tysięcy innych upstrzonych krzewami trzmieliny amerykańskich osiedli, było to, że nawet lokalni hultaje byli inżynierami. "Kiedy się tam sprowadziliśmy, na każdym rogu rosły sady śliwkowe i morelowe - wspominał Jobs. - Jednak z powodu inwestycji wojskowych okolica zaczynała dynamicznie się rozwijać". Jobs chłonął historię doliny i zapragnął odegrać w niej jakąś rolę. Edwin Land z firmy Polaroid opowiedział mu później o tym, jak Eisenhower poprosił go o pomoc przy budowie aparatów foto graficznych w samolocie szpiegowskim U-2, za pomocą których chciano sprawdzić skalę sowieckiego zagrożenia. Klisza została zrzucona z samolotu w metalowym pojemniku, a następnie przekazana do należącego do NASA ośrodka badawczego Ames w Sunnyvale, nieopodal miejsca, w którym mieszkał Jobs. "Terminal komputerowy zobaczyłem po raz pierwszy wtedy, gdy tata zabrał mnie do ośrodka Ames - powiedział Jobs. - Zakochałem się w nim".
W latach pięćdziesiątych na tym terenie pojawili się kolejni dostawcy sprzętu i usług dla wojska. Missiles and Space, czyli oddział firmy Lockheed, w którym zbudowano wystrzeliwane z łodzi podwodnych rakiety balistyczne, powstał obok ośrodka NASA w roku 1956. Kiedy cztery lata później w okolicy osiedlili się Jobsowie, zatrudniano tam już dwadzieścia tysięcy ludzi. Kilkaset metrów dalej Westinghouse zbudował zakłady, w których wytwarzano lampy elektronowe oraz transformatory stosowane w systemach rakietowych. "Żyliśmy w otoczeniu tych wszystkich nowatorskich firm wojskowych - wspominał Jobs. - Było to tajemnicze i bardzo nowoczesne i sprawiało, że życie tam było niezwykle ekscytujące".
W ślad za przemysłem obronnym ruszył świetnie prosperujący dział gospodarki oparty na technologii. Jej korzenie sięgały roku 1938, kiedy to Dave Packard i jego świeżo poślubiona żona wprowadzili się do mieszkania w Palo Alto. Na zewnątrz stała szopa, w której wkrótce ulokował się przyjaciel Packarda Bill Hewlett. Dom, w którym mieszkali Packardowie, miał także garaż (dodatek, który w tej dolinie nie tylko okazał się użyteczny, ale też miał zacząć pełnić funkcję jej symbolu). Packard i Hewlett majstrowali w nim tak długo, aż wreszcie gotowy był ich pierwszy produkt: oscylator dźwiękowy. W latach pięćdziesiątych Hewlett-Packard była już szybko rozwijającą się firmą, produkującą urządzenia elektroniczne.
Na szczęście w okolicy nie brakowało miejsca dla tych przedsiębiorców, którzy wyrośli już z garaży. Tym, co pomogło przekształcić ten obszar w kolebkę technologicznej rewolucji, była podjęta przez dziekana Wydziału Inżynierii Uniwersytetu Stanforda, Fredericka Termana, decyzja o stworzeniu na należącym do uniwersytetu i liczącym dwieście osiemdziesiąt hektarów obszarze parku przemysłowego dla prywatnych firm, które mogłyby wprowadzać na rynek pomysły jego studentów. Pierwszym lokatorem parku była firma Varian Associates, w której pracowała Clara Jobs. "Terman miał świetny pomysł, który w największym stopniu przyczynił się do tego, że rozwinął się tutaj przemysł technologiczny" - stwierdził Jobs. Do czasu, gdy Jobs skończył dziesięć lat, firma Hewlett-Packard zatrudniała już dziewięć tysięcy pracowników, miała renomę i odpowiednio wysokie dochody; chciał dla niej pracować każdy szukający finansowego bezpieczeństwa inżynier.
Najbardziej znaczący dla rozwoju regionu był, rzecz jasna, półprzewodnik. William Shockley, jeden z wynalazców tranzystora w zakładach Bell Labs w New Jersey, przeprowadził się do Mountain View i w roku 1956 założył firmę, która miała produkować tranzystory przy użyciu krzemu, zamiast droższego i powszechnie wówczas stosowanego germanu. Shockley był jednak coraz bardziej niekonsekwentny i w końcu porzucił swój krzemowy projekt, co skłoniło ośmiu z jego inżynierów - a w szczególności Roberta Noyce'a oraz Gordona Moore'a - do odejścia i utworzenia Fairchild Semiconductor. Firma ta wkrótce rozrosła się i zatrudniała dwanaście tysięcy osób, lecz w roku 1968 doszło w niej do podziału po tym, jak Noyce przegrał walkę o fotel dyrektora generalnego. Zabrał ze sobą Gordona Moore'a i założyli firmę, która stała się znana jako Integrated Electronics Corporation - nazwę tę mądrze skrócili do Intel. Trzecim wspólnikiem został Andrew Grove, który w latach osiemdziesiątych rozwinął firmę, kładąc nacisk nie na układy pamięci, lecz na mikroprocesory. W ciągu zaledwie kilku lat w regionie pojawiło się ponad pięćdziesiąt przedsiębiorstw wytwarzających półprzewodniki.
Szybki rozwój tego przemysłu korelował z fenomenem odkrytym przez Moore'a, który w roku 1965 narysował wykres przedstawiający prędkości układów scalonych, w zależności od liczby tranzystorów, które można było umieścić w danym układzie. Wykres pokazywał, że liczba tranzystorów podwajała się co dwa lata; wykres pozwalał też oczekiwać, że ten trend utrzyma się w przyszłości. To potwierdziło się w roku 1971, gdy Intel zdołał wytrawić kompletną centralną jednostkę przetwarzającą na jednym układzie (nazwanym Intel 4004), który został ochrzczony mianem mikroprocesora. Prawo Moore'a utrzymało się aż po dziś dzień, a dokonywane na jego podstawie wiarygodne przewidywania zależności pomiędzy wydajnością a ceną pozwoliły dwóm generacjom młodych przedsiębiorców, do których należeli Steve Jobs oraz Bill Gates, przewidywać koszty ich przyszłych produktów.
Region zawdzięczał produkcji układów swą nową nazwę - w styczniu 1971 roku Don Hoefler, felietonista z branżowego tygodnika "Electronic News", rozpoczął cykl zatytułowany "Dolina Krzemowa USA". Licząca sobie sześćdziesiąt pięć kilometrów Dolina Santa Clara, rozciągająca się od południowego San Francisco, przez Palo Alto, aż do San Jose, posiada swój handlowy kręgosłup w postaci El Camino Real, czyli Królewskiej Drogi. Niegdyś łączyła ona dwadzieścia jeden misyjnych kościołów w Kalifornii, zaś obecnie stanowi ruchliwą aleję, która łączy istniejące tu już firmy oraz nowe przedsięwzięcia, stanowiące jedną trzecią wszystkich inwestycji typu venture capital[5], jakie dokonywane są każdego roku w USA. "Dorastając tutaj, byłem inspirowany przez historię tego miejsca - stwierdził Jobs. - To sprawiło, że zapragnąłem stać się jej częścią".
Podobnie jak większość dzieciaków, znajdował się pod wpływem pasji otaczających go dorosłych. "Większość ojców w sąsiedztwie zajmowała się naprawdę świetnymi rzeczami, takimi jak fotoogniwa, baterie i radary - opowiadał Jobs. - Dorastałem więc pełen podziwu dla tych rzeczy i wypytywałem o nie ludzi". Najważniejszym z owych sąsiadów był mieszkający siedem domów dalej Larry Lang. "Był dla mnie wzorem tego, jaki powinien być inżynier HP: zapalony radioamator, facet do szpiku kości przesiąknięty zamiłowaniem do elektroniki - wspominał Jobs. - Przynosił mi do zabawy najróżniejszy sprzęt". Kiedy podeszliśmy do dawnego domu Langa, Jobs wskazał na podjazd: "Pewnego razu wziął mikrofon węglowy, akumulator i głośnik i postawił to wszystko na tym podjeździe. Kazał mi mówić do mikrofonu, a z głośnika dobiegał wzmocniony głos". Ojciec powiedział kiedyś Jobsowi, że mikrofony zawsze potrzebują elektronicznego wzmacniacza. "Pobiegłem więc do domu i oświadczyłem tacie, że nie miał racji".
Ojciec zapewnił go, że mikrofon potrzebuje wzmacniacza. A gdy Steve mimo to oponował, jego ojciec stwierdził, że syn zwariował: "On nie może działać bez wzmacniacza. To musi być jakaś sztuczka".
"W kółko zaprzeczałem i powtarzałem tacie, że musi to zobaczyć. W końcu faktycznie poszedł ze mną to obejrzeć. A potem powiedział: "A niech mnie"".
Jobs przywołuje to zdarzenie, ponieważ to wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie, że jego ojciec nie wie wszystkiego. Następnie zaświtało mu w głowie jeszcze bardziej niepokojące spostrzeżenie: że jest bystrzejszy od swoich rodziców. Zawsze podziwiał swego ojca: "Nie był wykształcony, ale zawsze uważałem go za cholernie bystrego. Nie czytał wiele, ale wiele potrafił. Umiał rozpracować niemal wszystko, co miało związek z mechaniką". A jednak, jak przyznał Jobs, zdarzenie z węglowym mikrofonem zapoczątkowało irytujący proces uświadamiania sobie, że w gruncie rzeczy jest inteligentniejszy i błyskotliwszy od swoich rodziców. "To był bardzo ważny moment, który zapadł mi głęboko w pamięć. Kiedy uświadomiłem sobie, że jestem bystrzejszy niż moi rodzice, poczułem dojmujący wstyd z powodu tego, że w ogóle coś takiego pomyślałem. Nigdy nie zapomnę tamtej chwili". Jak powiedział później swoim przyjaciołom, tamto odkrycie w połączeniu z faktem, że był adoptowany, sprawiło, że poczuł się nieco wyobcowany - odrębny i oddzielony - zarówno od swojej rodziny, jak i od świata.
Kolejny stopień świadomości osiągnął wkrótce potem. Nie tylko spostrzegł, że jest lotniejszy od rodziców, ale odkrył, że oni także mają tego świadomość. Paul i Clara Jobsowie byli kochającymi rodzicami, gotowymi dostosować swoje życie do sytuacji, w jakiej się znaleźli - do posiadania syna, który był nad wyraz inteligentny, ale też samowolny. Zadali sobie wiele trudu, by go zadowolić, by traktować go jak kogoś wyjątkowego. Wkrótce Steve odkrył także i to. "Oboje moi rodzice mnie rozumieli. Czuli wielką odpowiedzialność, odkąd pojęli, że jestem kimś wyjątkowym. Potrafili podsuwać mi coraz to nowe rzeczy i umieszczać mnie w coraz to lepszych szkołach. Gotowi byli podporządkować się moim potrzebom".
Jobs dorastał zatem nie tylko z poczuciem, że został kiedyś porzucony, ale też z przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. To ostatnie jego zdaniem miało większe znaczenie dla procesu formowania się jego osobowości.
Szkoła
Matka nauczyła go czytać, jeszcze zanim poszedł do szkoły podstawowej. Wyniknęły z tego jednak pewne problemy. Jobs wspomina: "Przez kilka pierwszych lat szkoły byłem dosyć znudzony, znajdowałem więc sobie zajęcie, pakując się w rozmaite tarapaty". Stało się też szybko jasne, że ani geny Jobsa, ani jego wychowanie nie skłaniają go do poszanowania autorytetów. "Zetknąłem się z autorytetami zupełnie innego rodzaju niż te, z którymi spotykałem się wcześniej, i wcale mi się to nie podobało. Prawie udało im się mnie dopaść. Byli blisko wybicia mi z głowy wszelkiej ciekawości".
Szkoła podstawowa Monta Loma Elementary, do której uczęszczał Jobs, składała się z kilku niskich budynków pochodzących z lat pięćdziesiątych i była oddalona o cztery przecznice od jego domu. Szkolną nudę zwalczał robieniem kawałów. "Miałem dobrego kolegę, nazywał się Rick Ferrentino. Razem pakowaliśmy się we wszelkie możliwe kłopoty - wspominał. - Jak wtedy, gdy zrobiliśmy małe plakaty: "Przynieś do szkoły swoje zwierzątko". To było szaleństwo, wszędzie dookoła psy uganiały się za kotami, a nauczyciele wychodzili z siebie ze złości". Innym razem przekonali dzieciaki, by podały im kombinacje cyfr do swoich zapięć do rowerów: "Następnie wyszliśmy na zewnątrz, pozamienialiśmy wszystkie zapięcia, i nikt nie mógł dostać się do swojego roweru. Była już późna noc, zanim doszli z tym wszystkim do ładu". Kiedy Jobs dotarł do trzeciej klasy, psikusy stały się nieco bardziej niebezpieczne: "Pewnego razu zdetonowaliśmy ładunek wybuchowy pod krzesłem naszej nauczycielki, pani Thurman. Nabawiła się przez nas tiku nerwowego".
Nie zaskakuje więc, że zanim skończył trzecią klasę, został dwa lub trzy razy odesłany do domu. Jego ojciec jednak, który zaczął już traktować go jak kogoś wyjątkowego, we właściwy sobie spokojny, ale stanowczy sposób dał do zrozumienia, że tego samego oczekuje od szkoły. "Posłuchajcie państwo, to nie jego wina... - To powiedział nauczycielom, zdaniem jego syna, Paul Jobs. - Jeśli nie potraficie go zainteresować, to jest to wasza wina".
Jobs nie przypomina sobie, by rodzice ukarali go kiedyś za wykroczenia, których dopuszczał się w szkole. "Ojciec mojego ojca był alkoholikiem i chłostał go pasem, ale ja nie pamiętam, żebym kiedykolwiek dostał klapsa. - I dodaje: - Oboje rodzice zdawali sobie sprawę, że problem tkwił w samej szkole, która starała się zmusić mnie do uczenia się na pamięć głupot, zamiast mnie stymulować". Zaczynał już wtedy przejawiać mieszaninę wrażliwości i zobojętnienia, zniecierpliwienia i dystansu, która charakteryzować go będzie przez resztę życia.
Kiedy miał pójść do czwartej klasy, szkoła uznała, że Jobsa i Ferrontino lepiej będzie rozdzielić. Nauczycielką w klasie dla najzdolniejszych dzieci była obdarzona zdecydowanym charakterem kobieta, Imogene Hill, znana też jako "Teddy", która - jak to określił Jobs - stała się "jedną ze świętych mojego życia". Obserwowała go przez kilka tygodni i zrozumiała, że najlepszą metodą poradzenia sobie z nim będzie przekupstwo. "Pewnego dnia po szkole wręczyła mi książkę z problemami matematycznymi do rozwiązania i powiedziała, że chce, bym zajął się tym w domu. Pomyślałem: "Czyś ty oszalała?". Potem jednak wyjęła jeden z tych gigantycznych lizaków, które wydają się wielkie jak cały świat. I powiedziała, że kiedy uporam się z zadaniami, a większość z nich będzie rozwiązana poprawnie, da mi tego lizaka i dorzuci jeszcze pięć dolarów. Oddałem jej książkę po dwóch dniach". Po kilku miesiącach łapówki nie były już potrzebne: "Po prostu chciałem się uczyć, by sprawić jej przyjemność".
Rewanżowała mu się, ofiarowując zestawy dla majsterkowiczów, pozwalające na przykład samodzielnie oszlifować soczewkę albo skonstruować aparat fotograficzny. "Nauczyłem się od niej więcej, niż od jakiegokolwiek innego nauczyciela; gdyby nie ona, z pewnością trafiłbym do więzienia". Po raz kolejny wzmocniło to jego przekonanie, że jest kimś wyjątkowym: "Spośród całej klasy dbała tak tylko o mnie. Coś we mnie dostrzegła".
Tym czymś była nie tylko inteligencja. Wiele lat później nauczycielka lubiła chwalić się zdjęciem tamtej klasy, zrobionym z okazji Dnia Hawajskiego. Jobs przyszedł do szkoły bez zalecanej hawajskiej koszuli, ale na zdjęciu widać, jak stoi z przodu, w samym środku, ubrany w taką właśnie koszulę. Zdołał przekonać innego dzieciaka, by oddał mu swoją.
Pod koniec czwartej klasy pani Hill zrobiła Jobsowi test. "Uzyskałem wynik na poziomie ucznia drugiej klasy szkoły średniej" - wspominał. Kiedy fakt, że Jobs jest wyjątkowo inteligentny, stał się jasny nie tylko dla niego samego oraz jego rodziców, ale także dla nauczycieli, szkoła wysunęła niecodzienną propozycję, aby pozwolić mu przeskoczyć dwie klasy i aby od razu po ukończeniu czwartej przeniósł się do siódmej. To byłby najprostszy sposób, by zapewnić mu intelektualne wyzwania i odpowiednią stymulację. Jego rodzice wykazali się jednak większą rozwagą i postanowili, że przeskoczy tylko jedną klasę.
Przenosiny okazały się bolesne. Jobs był nieporadnym towarzysko samotnikiem, który znalazł się w otoczeniu dzieciaków starszych od siebie o rok. Co gorsza, szósta klasa znajdowała się w innej szkole - Crittenden Middle. Od Monta Loma Elementary dzieliło ją zaledwie osiem przecznic, pod wieloma względami był to jednak inny świat, położony w okolicy, w której roiło się od gangów. "Bójki były na porządku dziennym, tak samo jak wymuszenia pieniędzy w łazienkach - wspomina Michael S. Malone, dziennikarz z Doliny Krzemowej. - Do szkoły regularnie przynoszono noże, by udowodnić, że jest się macho". Mniej więcej wtedy, gdy do tej szkoły zaczął uczęszczać Jobs, grupa uczniów trafiła do więzienia za zbiorowy gwałt; spalono też autobus należący do sąsiedniej szkoły, po tym jak tamtejsza drużyna pokonała reprezentację Crittenden w zawodach zapaśniczych.
Jobs często padał ofiarą prześladowań i w siódmej klasie, w środku roku szkolnego, postawił rodzicom ultimatum. "Nalegałem, by przenieśli mnie do innej szkoły" - wspominał. Ze względów finansowych było to żądanie trudne do spełnienia. Jego rodzice ledwo wiązali koniec z końcem. Jednak na tym etapie nie było już właściwie wątpliwości, że ustąpią. "Kiedy się opierali, powiedziałem im, że jeśli będę musiał wrócić do Crittenden, po prostu w ogóle przestanę chodzić do szkoły. Sprawdzili więc, gdzie są najlepsze szkoły, po czym wspólnie zebrali grosz do grosza i za dwadzieścia jeden tysięcy dolarów kupili dom w lepszej dzielnicy".
Przenieśli się zaledwie pięć kilometrów na południe, gdzie na miejscu dawnego sadu morelowego w południowym Los Altos powstało osiedle niczym się od siebie nieróżniących domów jedno rodzinnych. Ich dom, stojący przy Crist Drive 2066, miał jedno piętro, trzy sypialnie i bardzo ważny garaż z opuszczaną, wychodzącą na ulicę bramą. Paul Jobs mógł w nim dłubać przy samochodach, zaś jego syn przy elektronice. Kolejną istotną cechą tego domu było usytuowanie w obrębie, choć tuż przy granicy okręgu szkolnego Cupertino-Sunnyvale - jednego z najlepszych i najbezpieczniejszych w Dolinie. "Kiedy się tu przeprowadziliśmy, na rogach ulic wciąż jeszcze rosły sady - pokazywał Jobs, gdy przechodziliśmy obok jego dawnego domu. - Gość, który tu mieszkał, nauczył mnie, na czym polega naturalne ogrodnictwo i jak zrobić kompost. Wszystko, co uprawiał, rosło doskonale. Nigdy w życiu nie jadłem smaczniejszych owoców. To wtedy zacząłem doceniać owoce i warzywa z ekologicznych upraw".
Mimo że rodzice Jobsa nie byli żarliwie wierzący, to chcieli, by ich syn odebrał wychowanie religijne i w większość niedziel zabierali go do luterańskiego kościoła. Skończyło się to, gdy Steve miał trzy naście lat. Rodzina Jobsów prenumerowała magazyn "Life", na którego okładce w lipcu 1968 znalazło się zdjęcie dwójki głodujących dzieci z Biafry. Jobs zabrał ją do szkółki niedzielnej i stanął naprzeciw pastora:
- Czy jeśli podniosę palec, Bóg będzie wiedział, który to będzie, jeszcze zanim to zrobię?
Pastor odparł:
- Tak, Bóg wie wszystko.
Wówczas Jobs wyciągnął okładkę "Life'a" i zapytał:
- Dobrze, a czy Bóg wie o tym i czy wie, co stanie się z tymi dziećmi?
- Steve, rozumiem, że tego nie pojmujesz, ale tak, Bóg o tym wie.
Jobs oznajmił, że nie chce mieć nic wspólnego z oddawaniem czci takiemu Bogu, i nigdy więcej nie poszedł do kościoła. Spędził jednak lata na studiowaniu i próbach praktykowania zasad buddyzmu zen. Rozważając po latach własne poglądy na sprawy duchowe, stwierdził, że jego zdaniem religia ma się najlepiej, gdy kładzie nacisk na duchowe doświadczenia, zamiast na ogólnie przyjęte dogmaty. "Chrześcijaństwo traci soki, gdy zaczyna bazować w zbyt dużym stopniu na wierze, zamiast na życiu i postrzeganiu świata w taki sposób, w jaki robił to Jezus - powiedział mi Steve Jobs. - Wydaje mi się, że różne religie to różne drzwi do tego samego domu. Czasem myślę, że ten dom istnieje, a czasem, że nie. To wielka tajemnica".
Ojciec Jobsa pracował w tym czasie w położonej opodal Santa Clara firmie Spectra-Physics, produkującej lasery wykorzystywane w sprzęcie elektronicznym i medycznym. Jako operator maszyny wykonywał prototypy produktów zaprojektowanych przez inżynierów. Jego syn był zafascynowany tym, jak ważna była tu precyzja. "Lasery wymagają precyzyjnych ustawień - powiedział Jobs. - Te najbardziej wyrafinowane, stosowane w lotnictwie czy medycynie, miały niezwykle dokładnie wykonane elementy. Przychodzili więc do mojego taty i mówili mu coś w rodzaju: "tego nam potrzeba i chcemy, żeby to było zrobione z jednego kawałka metalu, tak by współczynniki rozszerzalności były jednakowe". A on musiał sam wykombinować, jak tego dokonać". Większość części trzeba było wykonywać zupełnie od zera, co oznaczało, że Paul Jobs musiał konstruować narzędzia i matryce według własnego projektu. Jego syn interesował się tym, jednak w warsztacie mechanicznym pojawiał się rzadko. "To byłaby frajda, gdyby tak ojciec nauczył mnie używać frezarki i tokarki. Ale niestety nigdy tam nie chodziłem, bo bardziej interesowała mnie elektronika".
Pewnego lata Paul Jobs zabrał Steve'a do Wisconsin, by odwiedzić rodzinną farmę. Wiejskie życie do niego nie przemawiało, lecz w pamięci utkwił mu jeden obraz. Obserwował narodziny cielęcia i zdumiało go, jak nowo narodzone zwierzę po trwających kilka minut usiłowaniach zaczyna chodzić. "Nie było to coś, czego się ono nauczyło, ale co było w nim zapisane, niczym informacja na twardym dysku - wspominał. - Ludzkie dziecko by tego nie potrafiło. Wydawało mi się to niezwykłe, nawet jeśli nikt inny tak na to nie patrzył". Ujął to w kategoriach hardware'u i software'u: "To było zupełnie tak, jakby coś w ciele zwierzęcia i w jego mózgu zostało skonstruowane w ten sposób, by od razu zacząć współpracę, zamiast dopiero się jej uczyć".
Dziewiątą klasę Jobs rozpoczął w liceum Homestead High, posiadającym rozległy kampus dwupiętrowych budynków z pustaków, w tamtym okresie pomalowanych na kolor różowy. Służyły one dwóm tysiącom uczniów. "Ten kompleks zaprojektował słynny architekt specjalizujący się w więzieniach - wspominał Jobs. - Chcieli, żeby było to niezniszczalne". Jobs nabrał upodobania do spacerów i każdego dnia maszerował do szkoły przez piętnaście kwartałów.
Miał paru kolegów w swoim wieku, ale poznał też kilka osób z ostatniej klasy, zaangażowanych w kontrkulturę późnych lat sześćdziesiątych. Był to okres, w którym światy technomaniaków i hipisów zaczynały się przenikać. "Moi koledzy byli naprawdę bystrymi dzieciakami - powiedział. - Ja interesowałem się matematyką, naukami ścisłymi i elektroniką. Oni również, a oprócz tego także LSD i całymi tymi kontrkulturowymi "tripami"".
W tym czasie do swoich kawałów wykorzystywał już elektronikę. W całym domu zainstalował głośniki. Ponieważ zaś głośniki mogą być też wykorzystywane jako mikrofony, zbudował w swojej szafie centrum kontrolne, w którym mógł słuchać wszystkiego, co działo się w innych pomieszczeniach. Pewnej nocy, gdy ze słuchawkami na uszach podsłuchiwał odgłosy z sypialni rodziców, przyłapał go ojciec i ze złością zażądał demontażu całego systemu. Jobs spędził też wiele wieczorów na wizytach w garażu Larry'ego Langa, inżyniera mieszkającego opodal jego dawnego domu. Lang w końcu podarował Jobsowi mikrofon węglowy, który tak bardzo go fascynował, a także zwrócił jego uwagę na ukochane w tamtych czasach przez miłośników zabawy lutownicą zestawy "zrób-to-sam" firmy Heath, umożliwiające samodzielne zbudowanie odbiornika radiowego oraz innego sprzętu elektronicznego. "Zestawy Heath zawierały płytki i części oznaczone odpowiednimi kolorami, ale oprócz tego w instrukcji tłumaczono też teoretyczne podstawy działania - wspominał Jobs. - Dzięki temu zdawałeś sobie sprawę, że możesz zbudować i zrozumieć właściwie wszystko. Kiedy już zbudowałeś kilka radioodbiorników, patrzyłeś na telewizor w katalogu i mówiłeś sobie: "To również potrafiłbym zbudować", nawet jeśli wcale tak nie było. Miałem wielkie szczęście, bo kiedy byłem dzieckiem, mój tata oraz zestawy Heath przekonali mnie, że jestem w stanie skonstruować wszystko".
Lang wprowadził go także do Klubu Odkrywcy Hewletta-Packarda - gdzie odbywały się cotygodniowe spotkania, na których gromadziło się około piętnastu uczniów; odbywały się one we wtorkowe wieczory w firmowej kantynie. "Przychodził na nie inżynier z jednego z laboratoriów i opowiadał, nad czym pracuje - wspominał Jobs. - Zawoził mnie tam tata. Byłem wniebowzięty. HP był pionierem w dziedzinie diod świecących. Rozmawialiśmy więc o tym, jak można je wykorzystać". Temat ten interesował go szczególnie, ponieważ jego ojciec pracował w tamtym czasie dla firmy produkującej lasery. Pewnego wieczoru po dyskusji zaczepił jednego z inżynierów zajmujących się w HP laserami i załatwił sobie zwiedzanie laboratorium holograficznego. Największe wrażenie wywarł na nim widok małych komputerów, nad którymi firma pracowała. "To tam zobaczyłem pierwszy biurkowy komputer w moim życiu. Nazywał się 9100A i był zwykłym kalkulatorem, ale zarazem pierwszym biurkowym komputerem. Był olbrzymi, ważył może z osiemnaście kilogramów, ale był piękny. Zakochałem się w nim".
Dzieciaki w Klubie Odkrywcy zachęcano do robienia własnych projektów. Jobs postanowił zbudować miernik częstotliwości, służący do pomiaru liczby impulsów na sekundę w sygnale elektrycznym. Potrzebował trochę części produkowanych przez HP, chwycił więc za telefon i zadzwonił do dyrektora generalnego firmy. "W tamtych czasach ludzie nie miewali zastrzeżonych numerów. Znalazłem więc Billa Hewletta w Palo Alto i zadzwoniłem do niego do domu. Odebrał telefon i gawędził ze mną przez dwadzieścia minut. Obiecał mi te części, ale też załatwił mi pracę w fabryce, w której produkowali mierniki częstotliwości". Jobs pracował tam latem, po ukończeniu pierwszej klasy w Homestead High. "Tata zawoził mnie tam rano i odbierał wieczorem".
Praca polegała głównie na staniu przy taśmie produkcyjnej i "wkładaniu nakrętek i śrubek w różne rzeczy". Wśród jego kolegów z pracy panowała pewna niechęć do bezczelnego dzieciaka, który wkręcił się do fabryki, gadając z dyrektorem generalnym. "Pamiętam, że powtarzałem jednemu z brygadzistów: "Uwielbiam tę robotę, uwielbiam tę robotę", po czym zapytałem, co on lubi robić najbardziej. A on odpowiedział: "Ruchać, ruchać"". Łatwiejszym zadaniem okazała się dla Jobsa integracja z inżynierami pracującymi piętro wyżej. "Codziennie o dziesiątej rano serwowano tam kawę i pączki. Szedłem więc na górę i siedziałem w ich towarzystwie".
Jobs lubił pracować. Roznosił też gazety - gdy padało, ojciec woził go samochodem - a w drugiej klasie szkoły średniej pracował w weekendy oraz wakacje jako ekspedient w wielkim sklepie elektronicznym o nazwie Haltek. Był on dla ludzi zajmujących się elektroniką tym, czym złomowiska, po których buszował jego ojciec, dla mechaników samochodowych: rajem poszukiwacza, ciągnącym się na długość całej ulicy, pełnym nowych, używanych, odratowanych i nadmiarowych części, które poupychano w labiryntach półek, powrzucano nieposortowane do koszy i spiętrzono na zewnętrznym dziedzińcu. "Na tyłach, w pobliżu zatoki, mieli ogrodzony obszar, gdzie można było znaleźć takie rzeczy, jak wnętrze łodzi podwodnej Polaris, które zostało wyrwane i sprzedane na części - wspominał Jobs. - Wszystkie kontrolki i przyciski były na swoim miejscu. Kolorystycznie dominowały wojskowa zieleń i szarość, ale przełączniki i osłonki żarówek były bursztynowe i czerwone. Były tam też takie duże, staromodne przełączniki dźwigniowe - kiedy je przełączałeś, czułeś się tak, jakbyś właśnie wysadzał w powietrze Chicago".
Przy drewnianych, wyładowanych katalogami w obszarpanych segregatorach ladach z przodu sklepu ludzie targowali się o przełączniki, rezystory, kondensatory, a czasem o najnowsze układy pamięci. Ojciec Jobsa tak samo targował się, kupując części do samochodów, i odnosił sukces, ponieważ znał ich wartość lepiej niż sprzedawcy. Jobs poszedł za jego przykładem. Pogłębiał wiedzę na temat części elektronicznych, wspomaganą przez upodobanie do negocjowania i osiągania zysku. Odwiedzał pchle targi z elektroniką, takie jak giełda w San Jose, targował się o obwód drukowany z jakimś wartościowym układem albo o inne części, a następnie sprzedawał je swojemu kierownikowi w sklepie Haltek.
Z pomocą ojca Jobs mógł sobie pozwolić na swój pierwszy samochód, kiedy miał piętnaście lat. Był to dwutonowy nash metropolitan, który ojciec wyposażył w silnik MG. Jobs tak naprawdę nie lubił tego samochodu, ale nie chciał mówić tego ojcu, ani też zaprzepaścić szansy na posiadanie własnego auta. "Z perspektywy czasu nash metropolitan może się wydawać, na swój paskudny sposób, odjazdowym samochodem - powiedział później. - Wtedy był to najbardziej nieodjazdowy samochód na świecie. A jednak był to jakiś samochód i już samo to było świetne". W ciągu roku dzięki swoim różnym pracom zaoszczędził wystarczająco dużo, by wymienić go na czerwonego fiata 850 z silnikiem Abartha. "Mój tato pomógł mi go kupić i zrobić przegląd. Wyjątkowo ekscytująca była sama satysfakcja płynąca z tego, że na coś zaoszczędziłem i zapłaciłem za to".
Tego samego lata, między pierwszym a drugim rokiem nauki w Homestead, Jobs zaczął palić marihuanę. "Tamtego lata najarałem się po raz pierwszy, miałem wtedy piętnaście lat. Od tamtej pory paliłem trawkę regularnie". Pewnego razu ojciec znalazł nieco narkotyku w fiacie należącym do syna. "Co to jest?" - zapytał. Steve spokojnie odparł: "To marihuana". Był to jeden z niewielu momentów w jego życiu, gdy musiał stawić czoła gniewowi ojca. "To była jedyna prawdziwa kłótnia, w jaką wdałem się z tatą" - stwierdził. Jednak ojciec ponownie nagiął się do jego woli. - "Chciał, żebym obiecał, że nigdy już nie zapalę trawki, ale ja tego nie obiecałem". W ostatniej klasie zaczął eksperymentować z LSD oraz haszyszem, a także badać odurzające efekty deprywacji snu. "Zacząłem narkotyzować się trochę częściej. Od czasu do czasu zdarzało nam się też zarzucić kwas, zwykle gdzieś na polach lub w samochodzie".
W ciągu ostatnich dwóch lat spędzonych w liceum Jobs rozwinął się także intelektualnie i znalazł się, jak sam to postrzegał, na skrzyżowaniu dróg tych, którzy maniakalnie wsiąknęli w elektronikę, oraz tych, którzy interesowali się literaturą i podejmowaniem wysiłków twórczych. "Zacząłem częściej słuchać muzyki oraz czytać więcej rzeczy spoza nauk ścisłych i elektroniki - Szekspira, Platona. Uwielbiałem Króla Leara. Do jego ulubionych pozycji należały także Moby Dick oraz wiersze Dylana Thomasa. Zapytałem go, dlaczego przemawiali do niego akurat król Lear i kapitan Ahab - dwaj spośród najbardziej upartych i pełnych determinacji bohaterów literackich, ale ponieważ nie odniósł się do związku, który ja zauważałem, porzuciłem ten temat. "Kiedy byłem w ostatniej klasie, chodziłem na fenomenalne zajęcia z literatury angielskiej. Nauczycielem był gość, który wyglądał jak Ernest Hemingway. Zabrał kilkoro z nas na zimową wędrówkę z rakietami śnieżnymi po Parku Narodowym Yosemite".
Jeden z kursów, na które uczęszczał Jobs, stał się częścią dziedzictwa Doliny Krzemowej. Były to lekcje elektroniki prowadzone przez Johna McColluma, byłego pilota lotnictwa marynarki wojennej. Miał showmański talent do wzbudzania emocji uczniów za pomocą takich trików, jak uruchomienie cewki Tesli. Jego mały składzik, do którego klucz pożyczał ulubionym uczniom, zapchany był tranzystorami i innymi elementami, które zdobył. Posiadał godną pana Chipsa[6] umiejętność wyjaśniania teorii z zakresu elektroniki oraz wiązania ich z praktycznymi umiejętnościami, takimi jak wykonywanie połączenia szeregowo-równoległego oporników i kondensatorów, a następnie wykorzystywanie zdobytych umiejętności do budowy wzmacniaczy czy radioodbiorników.
Klasa, w której odbywały się zajęcia McCulloma, znajdowała się w przypominającym szopę budynku na skraju kampusu, tuż obok parkingu. "To było tutaj - oświadczył Jobs, zaglądając przez okno. - A te drzwi obok prowadziły kiedyś do warsztatu, w którym odbywały się zajęcia z mechaniki samochodowej". To zestawienie pokazuje, jak różniły się zainteresowania Jobsa i jego rówieśników od tego, co interesowało pokolenie jego ojca. "Pan McCullom uważał zajęcia z elektroniki za nowe wcielenie warsztat mechaniki samochodowej".
McCullom wierzył w wojskową dyscyplinę i szacunek dla autorytetów. Jobs jednak tej wiary nie podzielał. Swojej awersji do autorytetów nie starał się już nawet ukrywać; przyjął postawę stanowiącą połączenie nieokrzesanej i niesamowitej żywiołowości z pełną dystansu buntowniczością. "Przeważnie siedział w kącie, robiąc coś w pojedynkę i nie chcąc mieć tak naprawdę nic wspólnego ani ze mną, ani z resztą klasy" - wspominał McCullom. Nigdy nie powierzył Jobsowi klucza do swojego składziku. Pewnego dnia Jobs potrzebował części, która była niedostępna. Zadzwonił więc na koszt rozmówcy do producenta, firmy Burroughs w Detroit, i powiedział, że projektuje nowy wyrób i chciałby ową część przetestować. Przysłano mu ją pocztą lotniczą kilka dni później. Gdy McCullom zapytał, jak ją zdobył, Jobs opisał - z arogancką dumą - swój telefon na koszt rozmówcy oraz historyjkę, którą opowiedział producentowi. "Byłem wściekły - powiedział McCullom. - To nie było zachowanie, jakiego oczekiwałem od moich uczniów". Odpowiedź Jobsa brzmiała: "Ja nie mam pieniędzy na telefon. Oni mają ich mnóstwo".
Jobs chodził na zajęcia McCulloma tylko przez jeden rok, mimo że uczniowie mogli uczęszczać na nie przez trzy lata. Jednym z projektów, jakie tam przygotował, było urządzenie z fotokomórką, która pod wpływem światła powodowała zamknięcie obwodu elektrycznego - taki projekt mógł wykonać każdy uczeń szkoły średniej. Jobsa o wiele bardziej interesowała zabawa laserami, coś, co przejął od swojego ojca. Wraz z kilkoma kolegami tworzył na imprezach pokazy łączące muzykę ze światłem - w tym celu odbijał promień lasera od luster przytwierdzonych do głośników zestawu stereo.
[1] (ang. Seaman) - w amerykańskiej straży wybrzeża jest to trzeci w hierarchii stopień wojskowy.
[2] Amerykańska firma produkująca sprzęt rolniczy.
[3] Wybitny amerykański architekt modernistyczny (ur. 8.06.1867, zm. 9.04.1958).
[4] Amerykańskie przedsiębiorstwo wytwarzające urządzenia wykorzystujące energię atomową.
[5] Sposób finansowania innowacyjnych projektów inwestycyjnych; charakteryzuje się wysokim stopniem ryzyka utraty kapitału, ale zarazem wysoką stopą zwrotu w przypadku sukcesu projektu.
[6] Bohater powieści Żegnaj Chips autorstwa Jamesa Hiltona, opowiadającej o nauczycielu prywatnej angielskiej szkoły.