3 Złotooki
lubię dłoń na której opierasz głowę
podnosi ci brew
w mimowolnym zdziwieniu
drugie oko
zmrużone zasypia
przez chłód wiosennej mgły
blady plaster słońca
kwaśny jak cytryna
dotykasz mnie językiem
jak łania lizawki
twarz otwiera się
zaprasza do środka
jesz burgera i sos
cieknie po przegubie
złotooki w omszonym lesie
w przezroczystych pelerynach
przemyj oczy łzami
zobaczysz że to
nie było tego warte
po przejściu pustyni
zanurzamy się w tłumie
4 Słodki smak kleju
lubię kiedy ona jest młoda
wkłada do koperty pierwszy list do niego
przylepia znaczek słodki smak kleju
on zbiera złote myśli niczym sroka
żongluje nimi w głowie
echa pustego dźwięku
ona wie że pozostaje
ucieczka w ciepłą noc
pod powiekami
nalewka z dzikiej róży
cofa gorący ból z ust i języka
w głąb niemych ciał
zimowy wiatr
bodźce przelatują przez nich
obojętnie jak neutrino
on przytula się do jej koszuli nocnej
jest chłodna w dotyku
nie ma piersi
6 Posiłek na wybrzeżu
lubię posiłek na wybrzeżu
gdzie ryba smakuje morzem i stalą
z ości wysnuwa się słone przekąski
wybierasz własną drogę która prowadzi
do tego samego miejsca co inne
stajesz tam gdzie wszyscy
zobacz jak oni na starość
odstawiają endorfiny
jak dziecko od piersi
otwierasz drzwi jakbyś chciała
zaprosić zimno
niech się ogrzeje
melancholia jesiennych ogrodów
zapach rąk grzebiących w ziemi
niespenetrowana ciemność
reszty ciała
siedzimy w kawiarni słuchając
jak inni ludzie umierają
7 Rozleniwienie
lubię jak odbębniamy uzasadnienie istnienia
przed pójściem do łóżka
wystawiamy śmierć za próg jak psa
który chce siku
rozleniwienie przychodzi po pikniku
mrówka dźwiga okruch większy od niej
omawiamy na deser smaczki cudzego życia
słońce nas parzy
wyciskam na ciepłe lędźwie cienką glistę kremu
nagle suchość porowatego serca w ustach
strach że my sami w samo południe
ściskasz cień który się kurczy
perypetie czasu szemrzącego po kamieniach
dzień czerstwieje
wieczorny zapach pola po żniwach
między żarnami przeszłości i przyszłości
zgrzyta grudka teraz
twój oddech trąca pył
12 Mały zegarek
lubię smak i aromat
przesiąkniętego potem paska
mały zegarek po wewnętrznej stronie nadgarstka
chciałaś zsynchronizować
swój puls ze mną
ja byłem dużą a ty małą wskazówką
stojący zegar bił wolno wieczory siniały
z tamtej rozmowy zapamiętasz
wygląd chodnika
płyta pęknięta płyta wypaczona
igła pływa po starym winylu
staw o zmierzchu
czas już nie jest po naszej stronie
dzisiejsza replika wczorajszych dni
z drobnymi mutacjami
ewolucja wrześniowa
nagryzam skórkę
wsuwam język w owoc dojrzałej kobiety
ona cierpko gryzie w odpowiedzi
13 Mur z pajęczyny
lubię przebijać głową mur
miękki jak pajęczyna przykleja się do twarzy
wilgotnej od rosy która jeszcze nie obeschła
dzień się ledwo zaczął
minuty się wydłużają
lata są coraz krótsze
czas przybiera pokraczną postać
jak martwe cielę płynie
opuchnięty w dół rzeki
przystaje gdy o coś zaczepia
cofa się z przeciwnym prądem
przyspiesza głównym nurtem
most przerzucony na drugą stronę
jest stary pora go rozebrać
schody się kończą dalsze kroki po stopniach
przedłużającej się ciszy niesłychane
idziesz zobaczyć co jest
na końcu teraz
20 Woń wrotyczu
lubię zwiedzanie intymnych części
prowincjonalnej dziury
początek jest u psychiatry
przebiega trzydzieści kilometrów dziennie
jego sposób na bycie normalnym
pustymi ścieżkami czerwcowego lasu
biega związana z nim kobieta
o płowych włosach młodego jelenia
jest pies i powiększone zdjęcie
mężczyzny w drogim garniturze
zawieszone na szarym murze
wystający spod mankietu ekskluzywny zegarek
pokazuje za pięć dwunasta
kocie łby chowają się pod ziemią
polna droga wije się jak zaskroniec
na zakurzonej powierzchni bajora
rafinowana wyższość
unosi się z wonią wrotyczu
lato ulatnia się jak kamfora
roztarta między palcami
gorzka ironia liścia czeremchy
śmiertelnie nudna
nieśmiertelność czeka