Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie - Roger Moorhouse


Reflow text when sidebars are open.
Prolog. Pogoda dla Führera
1 "Deutsche Allgemeine Zeitung", 19 kwietnia 1939, s. 11.
2 "Deutsche Allgemeine Zeitung", 18 kwietnia 1939, s. 2.
3 "Der Angriff", 20-21 kwietnia 1939, s. 5.
4 The Hitler Book, red. H. Eberle, M. Uhl, London 2005, s. 43.
5 Tamże.
6 Ch. Schroeder, Byłam sekretarką Adolfa Hitlera, tłum. M. Podwysocka, Warszawa 1999, s. 83.
7 Tamże, s. 81.
8 J. Goebbels, Die Zeit ohne Beispiel, München 1941, s. 102.
9 "Das Schwarze Korps", 20 kwietnia 1939, s. 16.
10 "Deutsche Allgemeine Zeitung", 20 kwietnia 1939, s. 12.
11 "Der Angriff", 20-21 kwietnia 1939, s. 15.
12 "The Daily Telegraph", 20 kwietnia 1939, s. 13.
13 W.L. Shirer, This Is Berlin, London 1999, s. 39.
14 A. Stahlberg, Bounden Duty, London 1990, s. 98-99.
15 W.L. Shirer, This Is Berlin, dz. cyt., s. 39.
16 R. Andreas-Friedrich, Der Schattenmann, Frankfurt am Main 2000, s. 54-55.
17 Taż, Berlin Underground, 1938-1945, New York 1947, s. 41.
18 A. Stahlberg, Bounden Duty, dz. cyt., s. 99.
19 Klaus U., korespondencja z autorem, październik 2006.
20 V. Ulrich, Geburtstagsparade: Berlin, 20. April 1939, Kiel 2004, s. 128.
21 R.G.L. Waite, The Psychopathic God: Adolf Hitler, New York 1977, s. 49.
22 Ch. Schroeder, Byłam sekretarką..., dz. cyt., s. 83.
23 "Deutsche Allgemeine Zeitung", 20 kwietnia 1939, s. 9.
24 Nazism 1919-1945, red. J. Noakes, G. Pridham, t. 2, Exeter 1984, s. 412.
25 R.G. Reuth, Goebbels, New York 1994, s. 247.
26 A. Hitler, Mein Kampf, tłum. I. Puchalska, P. Marszałek, Kraków 1992, s. 170.
27 W.L. Shirer, This Is Berlin, dz. cyt., s. 41.
28 Tamże, s. 40.
Rozdział 1. Wiara w Wodza
1 "Völkischer Beobachter", 1 września 1939, s. 1.
2 "Der Angriff", 1 września 1939, s. 1.
3 "Völkischer Beobachter", 1 września 1939, s. 2.
4 "Deutsche Allgemeine Zeitung", 1 września 1939, s. 6.
5 Obwieszczenie Wehrmachtu z 1 września 1939, cyt. za: M. Domarus, Hitler. Speeches and Proclamations, t. 3, London 1997, s. 1745.
6 G. Grossmann, Die sieben mageren Jahren eines jungen Berliners, Berlin 2005, s. 9.
7 H. Knobloch, Eine Berliner Kindheit, Berlin 1999, s. 93.
8 Tamże.
9 The Hitler Book, red. H. Eberle, M. Uhl, London 2005, s. 46.
10 B. Dahlerus, The Last Attempt, London 1948, s. 119.
11 Tamże, s. 117.
12 A. Speer, Inside the Third Reich, London 1970, s. 236.
13 Zob. T. Wieke, Vom Etablissement zur Oper. Die Geschichte der Kroll-Oper, Berlin 1993.
14 G. MacDonogh, Berlin, London 1997, s. 129.
15 Czy to przez pomyłkę, czy też celowo, Hitler błędnie podał czas otwarcia ognia przez jego wojska. W rzeczywistości pierwsze strzały padły godzinę wcześniej, o 4.45.
16 Cyt. za: M. Domarus, Hitler. Speeches and Proclamations, dz. cyt., s. 1752-1754.
17 Cyt. za: tamże, passim.
18 Tamże, s. 36-37.
19 Karl Wahl, cyt. za: W. Deist i in., Ursachen und Voraussetzungen des Zweiten Weltkriegs, Frankfurt am Mein 1989, s. 25.
20 Rozmowa autora z Dietrichem K., Berlin, październik 2006.
21 W. Shirer, The Rise and Fall of the Third Reich, London 1964, s. 721. [W wydaniu polskim (Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy, tłum. M. Sągin-Urbanik, L. Nabielec, Kraków 1995), opartym na skróconej wersji ilustrowanej, nie ma przytaczanego fragmentu (przyp. tłum.)].
22 H. Sonthoff, Last Hours in Germany, "Atlantic Monthly", listopad 1939.
23 Rozmowa autora z Erichem N., Berlin, październik 2006.
24 E. Danielowski, Kindheit und Jugend im nationalsozialistischen Deutschland, CD wydana przez Zeitzeugenbörse, Berlin 2006.
25 H. Sonthoff, Last Hours in Germany, dz. cyt., s. 687.
26 D. von Schwanenflügel-Lawson, Laughter Wasn't Rationed, Alexandria 1999, s. 209.
27 Erich N., "Erlebtes", niepublikowany rękopis wspaniałomyślnie podarowany autorowi.
28 Wspomnienia Theodora G., Deutsches Tagebucharchiv, Emmendingen, przyp. 540.
29 H. Knobloch, Eine Berliner Kindheit, dz. cyt., s. 94.
30 W.L. Shirer, This Is Berlin, London 1999, s. 85.
31 H. Knobloch, Eine Berliner Kindheit, dz. cyt., s. 94-95.
Pogoda dla Führera
Na czwartek 20 kwietnia 1939 roku zapowiadano słoneczną, bezchmurną pogodę - w nazistowskich Niemczech taką pogodę określano mianem Führerwetter. Mieszkańcy Berlina, kiedy tylko rano otworzyli oczy, nie mogli się doczekać wydarzenia, które było jedną z głównych atrakcji całego roku. Przypadająca tego dnia okrągła, pięćdziesiąta rocznica urodzin Adolfa Hitlera, niemieckiego Wodza i kanclerza Wielkiej Rzeszy, miała zostać uczczona licznymi uroczystościami, defiladami i przyjęciami. Z tej okazji ogłoszono dzień wolny od pracy i zapowiedziano zorganizowane z wielką pompą imprezy, co w połączeniu z prognozą pięknej pogody wprawiło wszystkich w szampański nastrój.
W całym Berlinie tysiące zwykłych mieszkańców przygotowywały się do spędzenia dnia na świeżym powietrzu. Weterani pierwszej wojny światowej zadbali o wypolerowanie orderów do połysku, aby następnie przypiąć je z dumą do piersi, panie zaś pomyślały o wygodnych butach, a także o zabraniu żakietu, jak również małej przekąski dla rodziny, na przykład kanapek z wędliną. Bardziej zapobiegliwi nie zapomnieli o rozkładanym krześle bądź o taborecie, a niektórzy wzięli z sobą nawet lornetkę, aby wszystko dobrze zobaczyć. Przedstawiciele młodego pokolenia - z reguły należący do Hitlerjugend lub pokrewnych organizacji młodzieżowych - włożyli nienagannie wyprasowane mundurki, wypolerowali sprzączki przy paskach i upewnili się, czy odznaki są w komplecie. Chłopcy przyczesali włosy grzebykiem, dziewczynki starannie zaplotły warkocze. Każdy mieszkaniec stolicy czuł, że ten poranek jest wyjątkowy.
Przed wyruszeniem do śródmieścia na uroczystości dobrze było zapoznać się z oficjalnymi instrukcjami zamieszczonymi we wszystkich dziennikach. Radzono, by podczas parady nie zbliżać się zbytnio do pojazdów gąsienicowych oraz trzymać się w odpowiedniej odległości od koni. Przypominano, że polecenia wydawane przez policjantów oraz funkcjonariuszy partyjnych należy wykonywać niezwłocznie i bez szemrania. Fotografowanie w trakcie parady zostało surowo zabronione1.
Równie starannie jak o regulamin zadbano o stronę organizacyjną wszystkich wydarzeń. Administracyjne centrum miasta zostało wyłączone z ruchu już o siódmej rano, podobnie jak znajdujący się na trasie uroczystego przemarszu dworzec kolejowy Tiergarten. Jadącym do śródmieścia uczestnikom obchodów zalecono opuszczenie środków lokomocji możliwie najbliżej zamkniętej strefy i udanie się dalej na piechotę. Ze względu na przewidzianą na popołudnie defiladę lotniczą także przestrzeń powietrzna nad centrum Berlina miała pozostawać przez cały dzień zamknięta dla podniebnego ruchu2.
Sporej części uczestników oraz zaproszonych gości należało zapewnić nocleg w stolicy. Spośród mniej więcej 50 000 mundurowych, którzy mieli brać bezpośredni udział w pochodzie, większość można było zakwaterować w koszarach w Lichterfelde, Poczdamie bądź w innych obiektach wojskowych w okolicach Berlina. Ważne osobistości i honorowi goście mieli zatrzymać się w dwóch najlepszych hotelach stolicy - Adlonie i Kaiserhofie, gdzie czuwała nad nimi esesmańska warta3. Tysiące zwykłych gości, którzy przybyli z całej Rzeszy oraz z zagranicy, przy odrobinie szczęścia mogły znaleźć pokój w którymś z pośledniejszych hoteli bądź pensjonatów. Na najbiedniejszych czekały rozliczne parki miejskie, gdzie bez kłopotu można było rozbić namiot.
Hitler tymczasem nie musiał się martwić o takie drobiazgi jak dach nad głową. Tego ranka zerwał się z łóżka wyjątkowo wcześnie. Jego pokojowiec Heinz Linge wspominał później: "Führer włożył swój strój partyjny koloru brunatnego (...) [i] jako najwyższy dowódca Wehrmachtu założył złocisty pas od generalskiego munduru galowego. Sterczał w nieskończoność przed lustrem w sypialni, napawając się swoim widokiem i bez przerwy poprawiając marynarkę"4. Podlegli mu członkowie personelu, stojący na baczność w marmurowych korytarzach gmachu Kancelarii Rzeszy, również byli odświętnie ubrani. Linge nie omieszkał opisać także ich wyglądu:
stali przy drzwiach w przepysznych mundurach ze srebrnymi felcechami i orderami przypiętymi do piersi (...), adiutanci i oficerowie łącznikowi stali w jednym szeregu z członkami obstawy Hitlera oraz pilotami z jego osobistej eskadry. Dalej znajdowali się żołnierze Leibstandarte w czarnych esesmańskich mundurach z paskami nawiązującymi do ubioru gwardii przybocznej kajzera Wilhelma. Oficerowie Leibstandarte, podobnie jak oficerowie Wehrmachtu, mieli srebrne pendenty oraz pasy od mundurów galowych5.
O ósmej rano grupa esesmanów z Leibstandarte dała krótki występ w ogrodach Kancelarii Rzeszy, intonując Deutschland, Deutschland über Alles oraz Horst Wessel Lied. Stojąc u stóp eleganckiego, zgrabnego portyku utrzymanego w klasycystycznym stylu, Hitler uważnie słuchał, po czym podziękowawszy wykonawcom, wrócił do środka, aby przyjrzeć się ogromnej liczbie otrzymanych podarunków, rozłożonych teraz na prostokątnych stołach negocjacyjnych. Już wcześniej, o północy, odebrał pierwsze upominki od wąskiego grona najbliższych współpracowników, zdecydowaną większość prezentów miał jednak obejrzeć dopiero rano. Christa Schroeder, jedna z sekretarek Führera, napisała w owym tygodniu w liście do przyjaciela:
liczba i wartość prezentów oszałamia. Obrazy (Defregger, Waldmüller, Lenbach, a nawet wspaniały Tycjan), dalej piękne miśnieńskie figurki z porcelany, srebrne podstawki na stół, wspaniałe książki, wazy, szkice, dywany (...). I naturalnie modele samolotów, statków i tym podobne wojskowe zabawki, które najbardziej cieszą Hitlera6.
Oprócz tych wspaniałych upominków, jakie do Kancelarii Rzeszy napłynęły od politycznych towarzyszy i zwolenników, Hitler otrzymał również niezliczoną ilość skromniejszych podarków od zwykłych obywateli niemieckich. Były wśród nich ogromne ciasta, pudełka słodyczy i regionalne przysmaki, wyroby rękodzielnicze, poduszki i kołdry z wyhaftowanymi swastykami. Schroeder zauważyła: "Wiele pracy i myśli entuzjastycznych wielbicielek pochłonęły te robótki"7.
Mniej więcej godzinę później, tuż po niewielkim śniadaniu, Hitler opuścił gmach Kancelarii, aby na Wilhelmstrasse dokonać przeglądu oddziałów gotujących się do defilady. Dywizje SS Leibstandarte i Totenkopf oraz batalion policjantów prewencji (Schutzpolizei) przemaszerowały w nienagannym szyku przy akompaniamencie głośnych dźwięków orkiestry wojskowej. Przystrojone swastykami i zapełnione zwolennikami narodowego socjalizmu ulice dawały wspaniały przedsmak tego, co miało jeszcze tego dnia nastąpić.
Kolejna godzina upłynęła na przyjmowaniu powinszowań od szacownych gości, delegacji i przedstawicieli innych mocarstw. Pierwszy ustawił się w kolejce nuncjusz papieski, który przekazał najlepsze życzenia od niedawno wybranego zwierzchnika Kościoła katolickiego Piusa XII. Drugi był prezydent Protektoratu Czech i Moraw Emil Hácha oraz prezydent Republiki Słowackiej Jozef Tiso. Potem Führer otrzymał gratulacje od rządu Trzeciej Rzeszy, delegacji wysokich oficerów Wehrmachtu oraz przyjął berlińskiego burmistrza Juliusa Lipperta. Nie zabrakło depesz gratulacyjnych, między innymi od brytyjskiego króla Jerzego VI oraz od amerykańskiego przemysłowca Henry'ego Forda. W końcu dwadzieścia po dziesiątej kanclerz Rzeszy otrzymał z rąk gdańskiego gauleitera Alberta Forstera honorowe obywatelstwo Wolnego Miasta.
Tuż przed wybiciem jedenastej Hitler ponownie wsiadł do swojej odkrytej limuzyny Mercedes Tourer i został zawieziony na Oś Wschód-Zachód, niemal pod samą trybunę, z której miał odebrać defiladę. Ową niewielką odległość Führer przebył na stojąco, niewzruszenie trzymając wyprostowane prawe ramię w geście pozdrowienia w stronę mijanych po drodze niezliczonych kolumn żołnierzy oddelegowanych do wzięcia udziału w defiladzie.
Większość Berlińczyków, teraz tłumnie zgromadzonych na trasie defilady, miała za sobą nieco mniej urozmaicony poranek. Być może słuchali radia albo - korzystając z okazji, jaką stwarzał dzień wolny od obowiązków zawodowych - zjedli śniadanie bez zwykłego pośpiechu. Ci, którzy zamierzali udać się do śródmieścia, zapewne głośno się zastanawiali, z którego miejsca będzie najlepszy widok. Inni, planujący pozostanie w domu, mogli przysłuchiwać się sprawozdaniu z uroczystości, siedząc wygodnie w fotelu - opisywaniem wydarzeń owego dnia zajmował się cały zespół spikerów radiowych, przy czym relacja od czasu do czasu miała być przerywana nastrojowymi utworami muzycznymi. Bardziej wyrobieni słuchacze zapewne rozpoznawali zwyczajową aranżację muzyczną - na przykład żwawy Badenweiler-Marsch zwiastował rychłe pojawienie się Führera.
Wydania nadzwyczajne magazynów informacyjnych były pełne ilustracji przedstawiających sceny z życia i momentów chwały Hitlera. Prasa codzienna również uczciła ten dzień, przygotowując numery specjalne. Wszystkie pisma zamieściły przemówienie gratulacyjne wygłoszone przez Josepha Goebbelsa, który zachęcał poprzedniej nocy: "żaden Niemiec, czy to w ojczyźnie, czy w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, nie może odmówić sobie największej, najserdeczniejszej przyjemności współuczestniczenia. Jest to święto narodu i właśnie jako takie chcemy je obchodzić"8.
Większość dzienników nie omieszkała również wydrukować wielu spośród nadesłanych do redakcji listów gratulacyjnych i okazjonalnych wierszy. "Das Schwarze Korps", tygodnik oddziałów SS, cytował czytelników, dla których hitlerowski "cud" stanowił powód do "wiecznej dumy", lub sławiących Berlin jako "epicentrum wydarzeń w tej doniosłej chwili"9. W takim samym tonie pisała inna gazeta: zamieściła ona wątpliwej jakości poetyczne refleksje osiemdziesięcioletniego czytelnika, dla którego, jak głosił, "rozkoszą było dożyć takich czasów"10. "Der Angriff", stołeczny organ prasowy Goebbelsa, popadł w ckliwe wręcz tony, cytując powinszowania od "trzech anonimowych Berlińczyków": policjanta, gospodyni domowej oraz członka SA11.
Tych, którzy podjęli wysiłek udania się tego ranka do centrum stolicy, czekała nagroda w postaci wyjątkowego widowiska. Każdy Niemiec był zobowiązany w tak ważnym dniu wywiesić flagę z hakenkreuzem i doprawdy niewielu odważyło się zignorować ten nakaz. Mało tego, wielu mieszkańców Berlina poszło o wiele dalej, niż wymagały tego odgórne zarządzenia. Niezliczona liczba balkonów na przedmieściach stolicy została przyozdobiona flagami, zdjęciami i misternymi girlandami. Nie żałowano środków na przebogate udekorowanie śródmieścia. W dzielnicach handlowych właściwie każdą wystawę i okna wszystkich biur zdobiły fotografie lub popiersia Hitlera w otoczeniu kwiatów i wieńców. Ministerstwa i przedsiębiorstwa państwowe prześcigały się wręcz w okazywaniu swego oddania. Działacze NSDAP ograniczyli się do wywieszenia portretów i chwytliwych sloganów na murach siedzib partyjnych. Główne ulice stolicy zmieniły się nie do poznania, zwłaszcza w granicach głównego okręgu administracyjnego. Na przykład Wilhelmstrasse, przy której znajdował się gmach Kancelarii Rzeszy, przemieniła się w morze łopocących swastyk, również Unter den Linden oraz Friedrichstrasse zostały przyozdobione flagami, chorągiewkami i odświętnymi girlandami. Jedno z wydawnictw postanowiło zdystansować konkurencję i wywiesiło niemal ośmiometrowy, podświetlony i udekorowany flagami portret Hitlera z wypisanymi słowami: "Nasza wierność naszym podziękowaniem".
Główną areną uroczystości była Oś Wschód-Zachód, czyli nowo wybudowany siedmiokilometrowy bulwar odchodzący od Bramy Brandenburskiej w stronę zachodnią. Tego dnia po obydwu stronach arterii ustawiono "pomalowane na biało, błyszczące miniaturowe świątynie z drewna (...), z każdej strony udekorowane purpurowo-biało-czarnymi flagami ze znakiem swastyki. (...) W innych dobrze widocznych miejscach stały szpalery masztów, na których łopotały flagi wszystkich okręgów Wielkich Niemiec"12. Amerykański korespondent William Shirer nie potrafił ukryć wrażenia, jakie zrobiła na nim wtedy arena głównych wydarzeń: "Nigdy nie widziałem takiego nagromadzenia flag, sztandarów, złotych orłów, podświetlonych słupów ani tylu lśniących mundurów, tylu żołnierzy, tylu karabinów. Ani też tylu ludzi na czyimkolwiek przyjęciu urodzinowym"13.
Podekscytowanie Amerykanina jest całkowicie zrozumiałe. W największej publicznej uroczystości w okresie nazistowskich rządów wzięło udział 50 000 defilujących żołnierzy i aż 2 000 000 widzów. Najwięksi szczęśliwcy - a raczej ci, którzy mieli najlepsze układy - zapewnili sobie miejsca siedzące na jednej z olbrzymich trybun przylegających do podwyższenia, z którego Hitler miał odbierać defiladę. Po obydwu stronach Osi Wschód-Zachód, na wysokości berlińskiej politechniki, przygotowano dwie wielkie trybuny. Ta znajdująca się na południowym skraju bulwaru została otwarta dla publiczności, północna zaś miała VIP-owski sektor, przeznaczony dla zaproszonych przez Hitlera gości honorowych, a także dla różnej rangi przedstawicieli wojska i partii nazistowskiej. Trybuny mogły pomieścić po 5000 widzów. Z obu stron podtrzymywały je potężne filary, z których każdy był zwieńczony pozłacanym orłem dzierżącym w szponach swastykę. Ci, którzy zdołali zająć miejsca siedzące, mogli być z siebie naprawdę zadowoleni, bo mieli komfortowe warunki do śledzenia popołudniowych uroczystości.
Szczególnie dumny ze swego sprytu mógł być młody podporucznik Wehrmachtu Alexander Stahlberg. Jak wynika z jego pamiętników, żeby sobie zapewnić wygodne miejsce na jednej z trybun, wystarczyło uciec się do niewielkiego podstępu:
Dowiedziałem się, że tysiące biletów miało trafić tylko i wyłącznie do członków NSDAP oraz prominentnych osobistości, więc (bez pozwolenia przełożonych) włożyłem swój nowy, szyty na miarę mundur galowy, przytroczyłem do boku szablę kirasjerów pasewaldzkich i skierowałem się w stronę [trybun]. Potem po prostu poszedłem za znakami prowadzącymi ku wolnym miejscom na trybunie. Uznałem, że największe szanse mam na wejście do oznaczonego literami "CD" sektora dla korpusu dyplomatycznego, i w mgnieniu oka znalazłem się w doborowym towarzystwie attaché wojskowych z innych krajów14.
Większość widzów nie miała jednak tyle szczęścia i stała wzdłuż trasy planowanego pochodu, niekiedy mając jeszcze przed sobą dziesiątki innych osób. Gdy kolejni Berlińczycy dołączali do ludzkiego mrowiska, dochodziło do ostrych przepychanek, napór tłumu był bowiem z przodu hamowany przez kordon bezpieczeństwa złożony z trzymających się pod ramię uśmiechniętych funkcjonariuszy SS i SA. Niektóre dzieci szybko się zmęczyły i nieustannie dręczyły starszych pytaniami, kiedy wreszcie przyjedzie Führer. Inni malcy przedostawali się do pierwszych szeregów i wyglądali zza nóg policjantów stojących w szpalerze. Gdy tłum mocniej napierał, niektórzy stłoczeni widzowie mdleli i konieczna była wtedy pomoc pielęgniarek Czerwonego Krzyża. Inni zlekceważyli groźby oraz złorzeczenia służbistów i aby lepiej widzieć, odważnie wspięli się na zewnętrzne parapety budynków bądź na wciąż jeszcze pozbawione liści drzewa w Tiergarten. Mimo ogólnego rozgorączkowania i trudów ludzie byli w znakomitych humorach. William Shirer określił panującą atmosferę jako "całkowicie świąteczną (...). Urodziny Führera stały się świętem państwowym, wskutek czego młodzież stolicy zajmowała teraz przednie rzędy (...) ramię w ramię z najstarszymi, a pozostali członkowie rodzin - ojcowie i matki, wujkowie i ciotki - zazwyczaj wspólnie stali za ich plecami"15.
Zebrany w stolicy tłum był nazistowskimi Niemcami w miniaturze: obok Berlińczyków znajdowali się w nim mieszkańcy każdego okręgu, prowincji i obwodu partyjnego Rzeszy. W mrowisku ludzi słyszało się regionalne akcenty i dialekty, przybysze z Nadrenii stali razem z Sasami, Bawarczycy - z Fryzami, a Niemcy sudeccy - z mieszkańcami Prus Wschodnich. Widziało się wszystkie rodzaje mundurów, jakie istniały wtedy w państwie niemieckim - od ciemnobrunatnych uniformów Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitdienst) przez krótkie spodenki młodzieży z Hitlerjugend po szare eleganckie mundury paradne Wehrmachtu. W godzinach poprzedzających główną część uroczystości oczekujący tłum mógł słuchać muzyki wojskowej, która dobiegała z porozstawianych wzdłuż drogi głośników. Była to też znakomita okazja do wymiany informacji - chętnie chwalono się tym, ile kto razy widział Führera na własne oczy, a niewykluczone, że po cichu wyrażano zaniepokojenie napiętą sytuacją międzynarodową. Niemniej jednak większość najpewniej po prostu chłonęła świąteczny nastrój i cieszyła się, że może być w tym miejscu i uczestniczyć w niezapomnianym wydarzeniu. Kiedy Hitler w końcu się pojawił, jadąc autem w kierunku trybuny honorowej, gawiedź momentalnie się uciszyła, by po chwili zgotować mu potężną owację.
W tłumie nie zabrakło również ludzi, którzy nie popierali nazizmu, lecz przyszli do Tiergarten tylko po to, by zobaczyć - jak słusznie przewidywali - widowisko o znaczeniu historycznym. Jedna z mieszkanek Berlina, zaliczająca się do takich właśnie osób, zapamiętała, że gdy tłum się ożywił, chcąc powitać Hitlera owacją, wraz ze swym towarzyszem schroniła się w bocznej uliczce w obawie przed oskarżeniami o niewłaściwy stosunek do ustroju:
Za naszymi plecami tłum wyprężył się w geście "niemieckiego salutu". Dobiegały do nas okrzyki: Sieg Heil! Sieg Heil!. Każdy, kto nie podniesie wyprostowanej ręki, zostanie zatrzymany. Kiedy jednak rozejrzeliśmy się wokół, dostrzegliśmy jakieś piętnaście, może dwadzieścia osób, które podobnie jak my zdołały wydostać się z tłoku i pośpiesznie umknęły w zaciszny zaułek. "Dzień dobry" - odezwaliśmy się, przechodząc obok. "Dzień dobry" - brzmiała uprzejma odpowiedź. Jedna z tych osób z uśmiechem uchyliła nawet kapelusza16.
Inni, którzy nie uciekli ze strachu, zauważyli oznaki jawnego sprzeciwu. Jeden z naocznych świadków tamtych wydarzeń zapisał: "Jakiś szczupły, nieogolony robotnik w niebieskim uniformie mechanika siedział na kuchennej drabinie w samym środku tłumu. Spokojnie patrzył na przejeżdżające kolumny ciężarówek. "Że też naprawdę w to wierzycie - usłyszeliśmy jego mruknięcie - a to ino szmelc jest". Wszyscy wokół spojrzeli na niego ze zgrozą. Skoro jednak nikt nie zaprotestował, pozwolili sobie na porozumiewawczy uśmiech"17.
Większość widzów zapewne nie zwróciłaby uwagi na taki pojedynczy gest sprzeciwu. Ludzie napawali się wyjątkowością chwili i możliwością patrzenia na "swojego Führera" z tak bliska, zarażając się euforią, jaką kipiał tłum. W 1939 roku kult otaczający Hitlera miał już solidne fundamenty, a cały nazistowski obrządek był skrupulatnie wyreżyserowany, tak aby wywołać zachwyt i uwielbienie publiczności. Tego dnia wielu uczestników berlińskich wydarzeń musiało poczuć wzruszenie przypominające religijną ekstazę.
Pojawienie się Hitlera i przejazd kawalkady samochodów wzdłuż Osi Wschód-Zachód wywołały ożywienie, gdy jednak Führer znalazł się już na swojej trybunie, w tłumie zapanowała cisza. Podporucznik Stahlberg tak zapamiętał tę chwilę: "W końcu nadszedł ten wspaniały moment, kiedy jubilat przejechał wzdłuż szpaleru ludzi, stojąc w swoim Mercedesie z siedmiolitrowym silnikiem. Doborowe towarzystwo, w które udało mi się wmieszać, powstało z miejsc, tak jak jest w zwyczaju w chwili przybycia głowy państwa, i zasalutowało w milczeniu"18. Tam, po przeciwnej stronie ciężkiej wilhelmińskiej fasady gmachu berlińskiej politechniki, Hitler wysiadł z auta i pokonał kilka stopni prowadzących na podest, gdzie czekało na niego pozłacane krzesło obite szkarłatem. Nad nim rozpięto osobisty sztandar Wodza, z tyłu zaś, tuż za trybuną, ustawiono olbrzymiego pozłacanego orła, a po jego bokach - sześć chorągwi ze swastyką. Hitler przywitał zaproszonych gości. Miejsca po jego lewej stronie zajmowali przedstawiciele niedawno przyłączonego terytorium - "protektor" Czech i Moraw Konstantin von Neurath oraz marionetkowy prezydent Emil Hácha, który smutno wyglądał w cylindrze i eleganckim ciemnym garniturze. Po prawej ręce zasiadali prezydent i minister spraw zagranicznych świeżo powstałej Republiki Słowackiej, a także szef dyplomacji Trzeciej Rzeszy Joachim von Ribbentrop. Za plecami Führera ustawili się obwieszeni orderami dowódcy niemieckich sił zbrojnych: marszałek Göring z Luftwaffe, admirał Raeder z Kriegsmarine oraz generałowie Brauchitsch i Keitel z Wehrmachtu. Z tyłu, w dużym sektorze dla VIP-ów, w zwartych szeregach stali wysocy rangą oficerowie. Na tle ich szarych mundurów wyróżniały się czarne naszywki oficerów marynarki wojennej i białe, lśniące w słońcu czapki. Za plecami oficerów oraz po lewej i po prawej stronie znajdował się kolejny sektor pełen innych gości honorowych, w tym przedstawicieli zagranicznych mocarstw (attaché wojskowych, ambasadorów i konsulów), a także gromady pomniejszych przedstawicieli NSDAP i urzędników państwowych w towarzystwie małżonek o wyszukanych fryzurach. Wszyscy razem tworzyli - z perspektywy przeciętnego widza, który wraz z innymi zdołał dostać się na którąś z dwóch trybun lub stał gdzieś na bulwarze - nader imponujący widok.
Po krótkiej chwili ciszy uroczystość rozpoczęła się od prezentacji niemieckiej potęgi w powietrzu. Berlińczycy zadzierali głowy ku niebu, gdzie w zwartej formacji przeleciały eskadry bombowych Heinkli oraz myśliwskich Messerschmittów. Pokaz okazał się sukcesem - Hitler kiwał głową z zadowoleniem i mówił coś do Göringa.
Podniebny występ był tylko przygrywką do głównej części defilady. Najpierw przewinęło się około trzystu wojskowych barw i sztandarów reprezentujących wszystkie pułki uczestniczące w paradzie, a trzymający je żołnierze przemaszerowali w takt orkiestry wojskowej złożonej z członków Leibstandarte. Potem dywizje piechoty lądowej i morskiej w równych szeregach mijały trybuny defiladowym krokiem. Kiedy pojawiły się maszerujące w zwartym szyku oddziały powietrznodesantowe w kombinezonach maskujących, wśród zgromadzonych zrobiło się gwarno, rzadko kto bowiem miał wcześniej sposobność ujrzenia na własne oczy tych nowoczesnych, elitarnych jednostek.
Następnie pojawiły się oddziały zmechanizowane - najpierw grenadierzy pancerni w ciężarowych oplach, które przetaczały się przed trybunami po cztery w rzędzie. Za nimi nadciągnęły jednostki na motocyklach z bocznym wózkiem; każdemu z tych trzyosobowych pojazdów precyzyjnie przypisano miejsce w defiladzie w kolejności zależnej od numeru bocznego. Potem pojawiły się oddziały samochodów pancernych, a za nimi pojazdów służących do prowadzenia rozpoznania oraz kompanie reflektorów przeciwlotniczych. Jak widać, w defiladzie nie omieszkano zademonstrować wszelkiego dostępnego, najnowocześniejszego wyposażenia. Następnie nadciągnęły oddziały pancerne - niektóre sunęły z chrzęstem po jezdni, naruszając jej dopiero co położoną nawierzchnię, inne zostały załadowane na pojazdy niskopodwoziowe, a ich załogi, znakomicie prezentujące się w czarnych beretach i mundurach, jechały obok w furgonetkach. Jeden z młodszych widzów wpadł w szczególny zachwyt - gdy obserwował przesuwające się kolumny żołnierzy i sprzętu wojennego, uderzyła go pedantyczna kolejność, w jakiej poustawiano wojskowe szeregi, a także niespotykana dyscyplina wśród maszerujących i przejeżdżających przed trybuną, z której Hitler dokonywał przeglądu: "Była to istna uczta dla oka - wspominał później - i owacjom nie było końca"19.
Na zakończenie przedefilowały też wszystkie rodzaje wojsk artyleryjskich, przy czym nie zabrakło sprzętu żadnego typu - od najskromniejszych haubic polowych zaprzężonych w konie po 88-milimetrowe armaty przeciwlotnicze i potężne działa K.3 kaliber 238 mm, transportowanych przez równie masywne, osiemnastotonowe pojazdy "Famo" - półgąsienicowe ciągniki artyleryjskie. Wspaniałą uroczystość zwieńczył zbiorowy powrót pochodu barw pułkowych pod trybunę, z której Führer oglądał przemarsz wojsk. Na rozkaz dowódcy, który ryzykując upadek, dosiadał narowistego siwka, uroczyście zasalutowano poprzez opuszczenie sztandarów.
Między sygnałem rozpoczynającym defiladę a ostatnią owacją upłynęło niemal pięć godzin. Gdyby sprzęt i żołnierzy uczestniczących w paradzie ustawić gęsiego, utworzyliby łańcuch o długości przekraczającej sto kilometrów20. W czasach pokoju nigdy nie odbyła się demonstracja siły wojskowej na porównywalną skalę. Defiladę pułków i dywizji Hitler odbierał w pozycji, która stała się jego znakiem rozpoznawczym: lewa ręka oparta na sprzączce paska, prawa - wyprostowana w rzymskim pozdrowieniu. Jedynie w krótkich chwilach, kiedy akurat następowała przerwa w pochodzie, siadał na krześle i zamieniał kilka słów z otaczającymi go osobami, poza tym przez cały czas stał z beznamiętnym wyrazem twarzy, przyglądając się pochodowi podległych mu wojsk. Wódz Rzeszy lubił się chwalić, że jeśli chodzi o długotrwałe stanie na baczność i salutowanie, to żaden z nazistowskich towarzyszy mu nie dorówna21. Tego dnia mógł udowodnić, że tak jest w istocie. Christa Schroeder jako jedna z wielu nie mogła się nadziwić wytrzymałości Hitlera: "Zawsze się dziwię, skąd on ma tyle siły - zapisała. - Bo przez cztery godziny stać i pozdrawiać to potwornie wyczerpujące. Byłyśmy niesamowicie zmęczone od samego przyglądania się, przynajmniej ja"22.
W rzeczywistości jednak tłum nie czuł zmęczenia militarystycznym widowiskiem - wręcz odwrotnie. Przeciwnicy nazistowskich rządów oraz osoby, które nie akceptowały tego typu chełpienia się potęgą wojskową, z reguły trzymali się z daleka od głównych wydarzeń, w rezultacie przytłaczająca większość uczestników spektaklu czuła przede wszystkim, jak wzbiera w niej duma z widocznego gołym okiem odrodzenia niemieckiej wielkości oraz - jak to postrzegali - niemieckiego honoru. Reagowali z entuzjazmem i zdumieniem, a momentami również z wesołością. Kawaleryjskie szwadrony zostały powitane radosnymi okrzykami, przy czym dziki wzrok niektórych koni dodawał uroczystościom atrakcyjności i nieobliczalności. Poza tym sam ogrom, złożoność i nowoczesność zaprezentowanego na defiladzie wyposażenia wojskowego wydobywały z ludzkich gardeł okrzyk niedowierzania. Któryś z dziennikarzy donosił, że często dało się słyszeć zwrot Neee... sowat!, który w wolnym tłumaczeniu znaczy "niebywałe!"23.
Przebieg uroczystości został, rzecz jasna, skwapliwie wykorzystany do celów propagandowych. Oficjalni fotografowie stali na całej trasie, sumiennie uwieczniając każdą godną uwagi scenę. Wiele z owych zdjęć pojawi się później w pamiątkowych albumach, które powinna mieć każda niemiecka kawiarnia na każdym stoliku. Oprócz zastępu fotografów Goebbels pomyślał o wyznaczeniu tuzina operatorów filmowych, którzy mieli nagrać defiladę. Ich zadanie zostało jasno określone:
Wykraczając poza teraźniejszość, należy stworzyć historyczny dokument na przyszłość, oddać za pomocą projekcji, w sposób jasny dla wszystkich, znaczenie tego dnia. Defilada ma się stać modelowym przykładem reportażu filmowego. Nie chodzi tu tylko o zewnętrzną formę. Należy również uchwycić nastrój chwili, atmosferę panującej wśród szeregów dyscypliny i emanującej z nich potęgi. Każdy moment tego wydarzenia musi zostać uwieczniony takim, jaki był wówczas24.
Filmowcy nie zawiedli Goebbelsa. W sumie zużyli ponad osiem kilometrów taśmy25, tworząc materiał, który przy stosownych dźwiękach muzyki wojskowej zostanie wykorzystany w kronice filmowej poświęconej tamtemu dniu.
Gdy defilada dobiegła końca, a Hitler powrócił do gmachu Kancelarii Rzeszy, by przyjąć zagraniczne delegacje w prywatnym salonie, zgromadzony na trybunach oraz wzdłuż Osi Wschód-Zachód tłum zaczął się rozchodzić. Część zapewne udała się tam, gdzie miały się odbyć kolejne uroczystości, innych, którzy przybyli z dziećmi, pochłonęły postawione na osi czołgi, ich załogi bowiem pozwalały młodym rozemocjonowanym ochotnikom wdrapać się na pojazd, a nawet zerknąć do środka. Większość jednak po prostu wracała do domu albo szukała miejsca w którymś z zatłoczonych śródmiejskich barów lub restauracji. Oberże rychło zapełniły się klientami różnorakiego autoramentu; oczywiście część z nich wytoczyła się potem na ulice, śpiewając i tańcząc przez całą noc, hamowana jedynie przez kordony rozweselonych esesmanów i policjantów, których zadaniem było utrzymanie płynności ruchu na głównych arteriach miasta. Dla wielu hulaków święto miało dobiec końca dopiero wraz z brzaskiem następnego dnia.
Nastroje wśród świętujących były optymistyczne - tego popołudnia została wszak w całej okazałości zademonstrowana niemiecka potęga wojskowa i polityczna. Jakże wiele zmieniło się od czasów wersalskiej hańby, politycznego chaosu lat dwudziestych oraz chudych lat wielkiego kryzysu. Wszystko wskazywało na to, że Hitler dotrzymał składanych obietnic, przywracając Niemcom szacunek i pewność siebie. Tego popołudnia zgromadzonym Berlińczykom musiało się wydawać, że Führer doprowadził do spełnienia swojej przepowiedni z Mein Kampf: "Być obywatelem Rzeszy, nawet jeżeli jest się tylko zamiataczem ulic, musi być uważane za większy honor niż bycie królem w obcym kraju"26. Zapewne zgodziłby się z tym nawet William Shirer, któremu przecież daleko było do wielbienia czy choćby popierania nazistów. Jak zapamiętał amerykański korespondent, tego popołudnia "odnosiło się wrażenie, że zgromadzonym na ulicach ludziom faktycznie odpowiada rozwój wydarzeń i że są z niego dumni. Zdawali się mieć poczucie, że jako naród doszli do czegoś, a osiągną jeszcze więcej"27.
Ten optymizm miał podstawy - wiosną 1939 roku hitlerowskie Niemcy znajdowały się u szczytu potęgi. W tygodniach poprzedzających jubileusz swojego Wodza niemieckie oddziały wkroczyły do Pragi, podbijając pozostałości po Czechosłowacji, a także zaanektowały kosztem Litwy sporne terytorium - Memelland (okręg Kłajpedy). Wydarzenia te doprowadziły, rzecz jasna, do napięć w stosunkach międzynarodowych, niemniej jednak przytłaczająca większość Niemców gorąco wierzyła, że w zamierzeniu Hitlera leży pokój i że uda mu się zażegnać konflikty oraz nieporozumienia na drodze negocjacji.
Tak oto Wielkie Niemcy stały się faktem, a zarazem - co miało zasadnicze znaczenie dla niemieckiej opinii publicznej - powstały bez toczenia wojen. Mocarstwo rozciągające się od Morza Północnego po dorzecze Dunaju oraz od wschodniej części Bałtyku po Ren stanowiło największe i najludniejsze państwo na kontynencie europejskim, o ogromnych wpływach wykraczających poza granice terytorialne. Pod rządami Führera zdołano przezwyciężyć najdotkliwsze skutki wielkiego kryzysu: niemiecka gospodarka kwitła przy pełnym zatrudnieniu i wciągała coraz większe połacie Europy Środkowej w swoją strefę wpływów. W tym okresie niemiecki model polityczny stawał się bardzo atrakcyjny dla narodów, które czuły się sparaliżowane przez ustrój demokratyczny, zmagając się z ustawicznymi niepokojami oraz politycznymi ekstremizmami. Nawet nieskrywany militarystyczny charakter hitleryzmu nie studził entuzjazmu. Tego dnia jeden ze sprawozdawców zauważył, że tłum zgromadzony z okazji defilady "nie sprawiał wrażenia myślącego o wojnie - mimo że oglądał ludzi i wyposażenie, które w razie czego znalazłoby zastosowanie w konflikcie zbrojnym"28. Nie dziwi zatem, że wielu Berlińczyków widziało przyszłość w różowych barwach.
Wiara w Wodza
1 września 1939 roku rozpoczął się tak jak inne dni pogodnego końca lata. Trawa lśniła od rosy, a od północy, od strony Bałtyku, wiała lekka bryza. Wcześniej wstający Berlińczycy odsuwali zasłony i przygotowywali się do codziennych obowiązków. Był to piątek i dzieci rozpoczynały nowy rok szkolny, a dorośli szykowali się do pracy. Należało zrobić poranną toaletę, ubrać się odpowiednio, a także pospieszyć dzieci, by nie marudziły przy codziennych czynnościach. Kolejnym punktem programu powinno być śniadanie: zaparzenie kawy, staranne pokrojenie chleba, przygotowanie półmiska z wędlinami lub serem.
Poranna lektura gazety przy śniadaniu nie pozwalała dowiedzieć się, że trzysta kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód dzieje się coś ważnego. Dopiero później najpoczytniejsze dzienniki naprędce przygotują dodatki nadzwyczajne, które będą krzykliwie zachwalane na śródmiejskich ulicach Berlina. Poranne dzienniki nie zawierały jeszcze sensacyjnych doniesień. Niektóre zamieściły artykuły o tym, że kryzys polityczny w stosunkach z Polską ciągle się nasila, i wyliczały polskie "zbrodnie" popełnione w ciągu ostatnich miesięcy, a także szczegółowo opisywały atak przy użyciu granatu ręcznego na przedstawicieli narodowości niemieckiej za wschodnią granicą1. Niektóre tytuły z pierwszych stron gazet brzmiały groteskowo - zapewne były rezultatem gorączkowych spekulacji bądź czystym wymysłem przedstawicieli Ministerstwa Propagandy. Jedna z czołówek obwieszczała, że polskie siły zbrojne właśnie uderzają na Litwę i Łotwę2, inna alarmowała, że sąsiad zza Odry miał czelność wysunąć roszczenia terytorialne dotyczące nawet Berlina3.
Jednak z większości artykułów prasowych wyłaniał się obraz miasta, w którym życie właściwie toczyło się zwykłym trybem. Autostrada łącząca stolicę z Dreznem miała niebawem zostać ukończona, a berlińskie zoo ogłaszało, że w następną sobotę i niedzielę dzieci będą miały wstęp za połowę ceny. Kolejne części publikowanych w odcinkach powieści sąsiadowały z ogłoszeniami drobnymi i doniesieniami z giełdy. Znacznie bardziej wyeksponowane zostały zapowiedzi wydarzeń ze świata kultury i rozrywki. Wieczorem w kinie wytwórni UFA na berlińskiej Kurfürstendamm miała się odbyć premiera filmu Die barmherzige Lüge (Kłamstwo z litości) - osobliwej historii trójkąta miłosnego, rozgrywającej się podczas niemieckiej ekspedycji badawczej w Mongolii. W tym samym czasie na scenie Künstlertheater w komedii Aimée miała się pojawić Olga Czechowa, gwiazda niemieckiej kinematografii, a w Operze Narodowej wystawiano Śpiewaków norymberskich Wagnera. Na kolumnach sportowych z kolei wybijała się informacja poświęcona rajdowemu Grand Prix w Belgradzie - z satysfakcją podkreślano, że niemiecki kierowca jadący Mercedesem ustanowił rekord okrążenia4.
W którymś jednak momencie każdy musiał zdać sobie sprawę, że ten dzień nie był taki zupełnie zwyczajny. Jedni mieli okazję usłyszeć o tym od sąsiada - niekoniecznie w rozmowie, równie dobrze bowiem mogło do nich dotrzeć tylko głośno wypowiedziane, choć nie do końca zrozumiałe, zdanie rzucone na klatce schodowej. Podniesione głosy z dalszych ulic mogli usłyszeć ludzie będący akurat w śródmieściu. Ciekawość oraz chęć wyjaśnienia skłoniłaby jednych i drugich do włączenia odbiorników radiowych. Na wszystkich falach nadawano ten sam komunikat - oficjalne oświadczenia zawierające masę takich określeń, jak: "incydenty graniczne", "obrona niemieckiego honoru", "do ostatniej kropli krwi", "na przemoc trzeba odpowiedzieć przemocą"5. Günter Grossmann, Berlińczyk z urodzenia, który miał wówczas szesnaście lat, przytacza typową reakcję na zasłyszaną nowinę:
Siódma rano, budzę się i włączam volksempfängera, aby wysłuchać porannego koncertu. Tymczasem zamiast muzyki słyszę głos kanclerza Adolfa Hitlera, który w imieniu rządu Trzeciej Rzeszy obwieszcza, że o czwartej nad ranem oddziały niemieckie przekroczyły granicę z Polską i posuwają się w głąb kraju (...). W ten sposób spełniły się nasze najgorsze obawy: To wojna! (...) Budzę rodziców i opowiadam, co usłyszałem. Jesteśmy przerażeni6.
Większość mieszkańców Berlina miała nigdy nie zapomnieć owego wrześniowego poranka. Heinz Knobloch zaskakująco wyraźnie pamięta, w jakich okolicznościach usłyszał nowinę. Kiedy rano przyszedł do szkoły, dowiedział się, że lekcje zostały odwołane, a uczniowie mają wracać do domu. "Wspaniale!" - ucieszył się, chociaż ani on, ani żaden z jego kolegów z klasy nie zapytał o przyczynę7. Po powrocie do domu nadal nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji i cieszył się na dzień laby, kiedy z piętra wyżej zawołał go znajomy rodziny. "Powinieneś włączyć radio - powiedział. - Stało się coś ważnego. Führer właśnie wygłasza przemówienie"8.
To właśnie wtedy Hitler miał wygłosić jedno z najważniejszych przemówień w życiu. Był źle przygotowany, nie spał zbyt dobrze, wyglądał na wyczerpanego, i to mimo dawki środka pobudzającego wstrzykniętej mu przez osobistego lekarza9. Napięcie towarzyszące poprzednim tygodniom dawało mu się teraz we znaki, poza tym ubiegłej nocy Führer jak zwykle pracował do późna, dyktując swoim sekretarkom tekst przemówienia. Na domiar złego tego poranka odezwały się wszystkie jego dolegliwości: ból głowy i żołądka oraz objawy bezsenności. Jak wspominał jeden z członków hitlerowskiej świty, oddech kanclerza cuchnął tak okropnie, że zgromadzone wokół niego osoby musiały wykazać się ogromną siłą woli, by nie cofnąć się z obrzydzeniem10.
Tuż przed dziesiątą rano Hitler wsiadł do luksusowego Mercedesa i pokonał niewielką odległość, jaka dzieliła Kancelarię Rzeszy od Krolloper (Opery Krolla), w której gmachu zwołano nadzwyczajne posiedzenie Reichstagu. Trasa z Kancelarii wiodła zapewne przez Wilhelmstrasse, potem w lewo na Unter den Linden i do Bramy Brandenburskiej. Humor Hitlera być może uległby poprawie na widok pozdrawiających go licznych Berlińczyków. Już o ósmej rano oddelegowano oddziały SS i SA, które miały trzymać tłumy w odpowiedniej odległości od kanclerskiej limuzyny. Tymczasem tłumów nie było. Niemal wszyscy naoczni świadkowie zwracają uwagę na dziwną pustkę w całym śródmieściu. Szwedzki przedsiębiorca Birger Dahlerus zapamiętał, że "jak okiem sięgnąć, miasto były wyludnione (...). Gdy Hitler przejeżdżał ulicami, ludzie spoglądali w ciszy, z której wyłamywała się tylko garstka"11. Nawet Albert Speer musiał przyznać, że w okolicy Kancelarii - gdzie zazwyczaj gromadziły się tłumy, gdy był w niej Hitler - tym razem było "uderzająco cicho"12.
Po minięciu Bramy Brandenburskiej auto Führera zapewne skierowało się na północ i objechało gmach Reichstagu - w większej części opustoszały po haniebnym pożarze w 1933 roku - po czym wjechało na pełen wypielęgnowanych trawników teren parkowy na Königsplatz. Na południe od tego miejsca ciągnęła się niknąca w zieleni Tiergarten trójpasmowa Aleja Zwycięstwa - Siegesallee - po której obu stronach wyrastały pomniki królów pruskich z białego marmuru. Naprzeciwko znajdował się budynek Opery Krolla.
Był to jeden z najwspanialszych gmachów Berlina, postawiony w 1844 roku w celu zapewnienia stolicy godnego miejsca dla różnorakich wydarzeń kulturalnych i uroczystości. Krolloper wyglądała niczym eleganckie rzymskie palazzo, miała trzy ogromne sale, czternaście innych pomieszczeń, wspaniałą werandę oraz kanał dla sześćdziesięcioosobowej orkiestry. W swoim najlepszym okresie budynek mógł ponoć pomieścić 5000 osób13. Największą sławę Krolloper zyskała pod koniec lat dwudziestych, gdy wystawiano tu arcydzieła muzyki współczesnej tworzone przez Hindemitha, Strawińskiego czy Schönberga, jednakże w 1931 roku została zamknięta wskutek nacisków środowisk konserwatywnych, które gardziły odważnym duchem modernizmu. Budowla stała pusta przez dwa lata. Dopiero w 1933 roku, kiedy Hitler szukał miejsca, które tymczasowo przejęłoby funkcje spalonego Reichstagu, po niezbędnej przebudowie Krolloper stała się nową siedzibą niemieckich parlamentarzystów.
To właśnie w gmachu Opery Krolla wątła niemiecka demokracja wydała ostatnie tchnienie. To tutaj w marcu 1933 roku zastraszony parlament przegłosował ustawę o pełnomocnictwach nadzwyczajnych (Ermächtigungsgesetz), która upoważniała nazistowski rząd do uchwalania praw bez wymaganej zgody Reichstagu, co de facto dawało Führerowi władzę dyktatorską. Od tamtej pory Krollopera już tylko sporadycznie była świadkiem posiedzeń parlamentarnych, podczas których oczyszczeni z komunistów i socjalistów deputowani posłusznie uchwalali każdy przedłożony im akt legislacyjny. Jak to określił jeden z historyków, forma owych posiedzeń zawsze wyglądała identycznie: "powitanie wszystkich zgromadzonych przez Göringa jako przewodniczącego obrad, minuta ciszy ku czci męczenników nazistowskiej sprawy, przemówienie Hitlera, podziękowania Göringa dla Führera, bezkrytyczne zatwierdzenie wszystkich przedłożonych ustaw, odśpiewanie Horst Wessel Lied, rozejście się"14. Jako miejsce tak niesławnych wydarzeń budynek opery być może zasłużył na to, by popaść w zapomnienie, niemniej jednak jego najgłośniejsza - i najhaniebniejsza - chwila miała właśnie nadejść.
Sznur aut zatrzymał się przed budynkiem Krolloper w blasku słońca. Hitler wysiadł z limuzyny i został powitany przez swoją świtę: Heinricha Himmlera, Martina Bormanna oraz swego adiutanta Juliusa Schauba. Dokonał szybkiego przeglądu Gwardii Honorowej SS, po czym przeszedł mniej więcej pięćdziesięciometrowy dystans dzielący go od frontowych schodów. Wkroczywszy do głównego holu, minął szeregi parlamentarzystów, którzy stanęli w ciszy na baczność z prawym ramieniem wyciągniętym w geście hitlerowskiego pozdrowienia. Nie było żadnego przypadku odstępstwa od owej niepisanej normy - wszyscy politycy myślący w sposób niezależny bądź niechętni hitleryzmowi już dawno zostali zastraszeni, przekabaceni lub usunięci ze składu izby. Mało tego - deputowani, którzy nie dotarli do stolicy na to zwołane w trybie nagłym posiedzenie, zostali zastąpieni przez przybocznych Hitlera.
Lekki nazistowski retusz zasadniczo nie zmienił architektury głównej sali w Operze Krolla, wobec czego parlamentarzyści zasiedli niczym publiczność na widowni kilka lat wcześniej - na parterze oraz na dwóch kondygnacjach powyżej. Jedyne zmiany zaszły na dawnej scenie, gdzie wyrósł ogromny orzeł o skrzydłach rozpostartych na szerokość całej kurtyny przeciwpożarowej. Z otoczenia swastyki, którą ptak ściskał w szponach, rozchodziły się sztuczne promyki słońca. Po obydwu stronach sceny znajdowały się dwa olbrzymie sztandary ze swastyką. Poniżej, tam gdzie kiedyś było miejsce dla orkiestry i chóru, w rzędach mieli swoje miejsca członkowie gabinetu Hitlera, siedzący przodem do sali. Göring jako przewodniczący Reichstagu nadzorował obrady z wysokiego krzesła ze skórzanym oparciem. Nieco niżej znajdowała się mównica z lasem mikrofonów - to z tego miejsca Führer, stojąc, miał przemawiać w otoczeniu siedzących ministrów i gauleiterów.
Po krótkim wprowadzeniu Göringa kanclerz wszedł na podwyższenie i przygotował się do wystąpienia. Rozpoczął, gdy wśród zgromadzonych zapanowała cisza. Miał zachrypnięty i zmęczony głos - z początku wręcz niepewny - szybko jednak nabierał coraz większego zapału, po mistrzowsku przedstawiając pozorowaną niewinność swej ojczyzny. Hitler w skrócie opowiedział o odrzuconych przez Polskę propozycjach "rozmów pokojowych", o swych wysiłkach, aby doprowadzić do rozmów, a także o swojej "anielskiej cierpliwości". Pomstował na polskie "prowokacje", wyliczając incydenty graniczne i akty terroru, których jakoby dopuszczono się przeciw Bogu ducha winnym niemieckim cywilom, po czym zaczął mówić o przewrotności Polaków i ich niechęci do zażegnania kryzysu na drodze wynegocjowanego porozumienia. Wobec postawy Drugiej Rzeczypospolitej ostrzegł, że "żadne szanujące się mocarstwo nie będzie tolerować takiego stanu rzeczy", oświadczając przy tym, że jego "umiłowanie pokoju oraz bezgraniczna wyrozumiałość" nie powinny zostać wzięte za "słabość, a może nawet tchórzostwo". Jak powiedział, został zmuszony "do przemówienia do Polski tym samym językiem, jakiego w ostatnich miesiącach Polska używa w odniesieniu do nas". Następnie Führer ujawnił to, o czym większość ludzi i tak już zdążyła się dowiedzieć:
O 5.45 nad ranem zaczęliśmy odpowiadać na ogień15. Odtąd na każdą bombę odpowiemy bombą. Przeciwko komuś, kto walczy przy użyciu gazów bojowych, powinno się walczyć tą samą trującą bronią. Ten, kto nie przestrzega zasad humanitarnego prowadzenia działań wojennych, nie może się spodziewać od nas niczego innego. Poprowadzę tę walkę niezależnie od tego, kim będzie nieprzyjaciel, aż do zapewnienia bezpieczeństwa Rzeszy i jej praw16.
W dalszej części przemówienia Hitler podkreślał, że od narodu niemieckiego oczekuje poświęcenia, które niegdyś on także był gotów ponieść w czasie Wielkiej Wojny. "Jestem odtąd - zadeklarował kanclerz - jedynie pierwszym żołnierzem niemieckiej Rzeszy". Odnosząc się do szarej bluzy mundurowej, którą włożył na tę okoliczność, rzekł: "Raz jeszcze włożyłem strój, który był dla mnie największą świętością, tak drogą memu sercu. Nie zdejmę go dopóty, dopóki nie zapewnimy sobie zwycięstwa albo dopóki nie zginę"17. Po nieodzownej porcji gromkich okrzyków Sieg heil! Hitler zszedł z mównicy.
Jeżeli Führer liczył, że tym przemówieniem przekona mieszkańców Berlina i całej Rzeszy, grubo się mylił. Co prawda, nazistowscy gauleiterzy i prominenci partyjni, jak można się było spodziewać, przyklasnęli mu entuzjastycznie, niemniej jednak opinia publiczna nie ulegała tak łatwo tego typu argumentacji. Początkujący dyplomata z amerykańskiej ambasady zapamiętał, jak owego ranka z okna gabinetu patrzył na robotników podczas radiowej transmisji przemówienia Hitlera. "Wcale nie byli pod wrażeniem tego, że właśnie przemawiał ich Führer - wspominał. - Nawet nie przerwali pracy, by go posłuchać". Końcowe fragmenty przemówienia, w których pojawiała się informacja, że wojna z Polską została już rozpoczęta, spotkały się z identyczną obojętnością. Robotnicy pozostali niewzruszeni nawet wtedy, gdy odegrano żywiołową wersję hymnu narodowego. "Na całej ulicy robotnicy zbliżali się do końca zadania - wspominał Amerykanin. - Pracowali, nie zwracając uwagi na wypowiedzenie wojny. Bądź co bądź nikt wcześniej nie zapytał ich o zdanie na ten temat"18.
Gdy Hitler wracał do Kancelarii Rzeszy, towarzyszyła mu atmosfera przygnębienia - nieliczni obywatele stali z ponurymi minami wzdłuż Wilhelmstrasse i na Wilhelmplatz. Przybycie Führera nie spotkało się z tradycyjnymi chórem oklasków i wiwatów, lecz ze śmiertelną wręcz ciszą. Część zgromadzonych wyciągnęła w milczeniu prawą rękę w geście nazistowskiego salutu. Karl Wahl, gauleiter Szwabii, który był obecny podczas przemówienia Hitlera w gmachu Krolloper, w swoich wspomnieniach potwierdza panujący w stolicy paskudny nastrój. "Nie dostrzegłem nawet śladowej ilości tego, czego można było doświadczyć w roku 1914 - napisał Wahl. - Ani śladu po tamtej euforii, radości i wiwatach. Teraz gdziekolwiek by człowiek spojrzał, napotykał przytłaczający chłód, żeby nie powiedzieć: przygnębienie. Cały naród niemiecki zdawał się sparaliżowany zgrozą, która uniemożliwiła mu wyrażenie czy to aprobaty, czy też dezaprobaty"19.
Kiedy Hitler wysiadł z samochodu, orkiestra z Leibstandarte dawała z siebie wszystko, aby stworzyć bojowy nastrój owej chwili, lecz nie dało się uciec przed wyczuwalną atmosferą ogólnego przybicia. Zanim Führer zniknął za ciężkimi drzwiami swojej kancelarii, rzucił zakłopotane spojrzenie na cichy tłum. Jeden z naocznych świadków zapamiętał, że w tym momencie usłyszał wyraźny kobiecy szloch20.
Chociaż w gmachu Opery Krolla tworzyła się właśnie wielka historia, większość osób żyjących w tamtej epoce zwróciła uwagę na całkowitą zwyczajność tego dnia. Może na ulicach panował nieco mniejszy ruch, a na trotuarach widywało się trochę więcej mundurowych, jednak autobusy, tramwaje i pociągi były pełne. Każdy zajmował się swoimi sprawami, tak jak zawsze, aczkolwiek ludzie od czasu do czasu gromadzili się przy odbiornikach radiowych, aby posłuchać najnowszych obwieszczeń. William Shirer tak podsumował nastroje społeczne w Berlinie:
Zauważyłem, że potok sensacyjnych informacji, które dobiegały z odbiorników radiowych, nie zmienił obojętnego stosunku ludzi na ulicach (...). Na zewnątrz, naprzeciwko hotelu Adlon, poranna zmiana robotników pracowała jakby nigdy nic przy budowie nowego budynku IG Farben, a gdy przechodzili gazeciarze, głośno zachwalając dodatki nadzwyczajne, żaden z pracujących nie odłożył narzędzi, by któryś kupić21.
Ta pozorna obojętność częściowo wynikała z dotychczasowych doświadczeń Berlińczyków, którzy w poprzednich kilku latach przeżyli już kilka kryzysów międzynarodowych, a żaden nie przerodził się w otwarty konflikt zbrojny. Hitler wszak zawdzięczał swoje powodzenie i pozycję systematycznemu demontażowi tak zwanego systemu wersalskiego - grzmiał, groził, a nawet anektował sporne terytoria, niemniej jednak nie przekraczał cienkiej granicy oddzielającej pokój od wojny. Naród niemiecki oczekiwał, że Führer wciąż będzie się trzymał takiej polityki. Według nich przywracał on Niemcom utraconą godność i status niezależnego wielkiego mocarstwa, unikając przy tym bezpośrednich działań wojennych, które były przyczyną niemocy i zastoju w latach po Wielkiej Wojnie. Nie zdawano sobie sprawy, że napaść na Polskę stanie się preludium do nieokiełznanej pożogi wojennej, i traktowano to raczej jako kolejną lokalną utarczkę, przypominającą wcześniejszy anszlus Austrii czy też niedawno rozpoczętą okupację Czech i Moraw. Na taki sposób myślenia społeczeństwa wskazuje rozmowa, jaką pewien mieszkaniec Berlina odbył z taksówkarzem:
Wie pan - ciągnął [kierowca] - Hitler to naprawdę zdolny facet. Tym paktem [Trzeciej Rzeszy ze Związkiem Radzieckim] zupełnie związał Polakom ręce. Nie mają szans i idę o zakład, że żaden z tych zuchów - tu taksówkarz pokazał palcem na kolumnę sunących z chrzęstem czołgów - nie będzie musiał oddać ani jednego strzału, no, może tam marne kilka pocisków, żeby wyczyścić przedpole. Tym razem jednak w gazetach nie będzie długich list poległych, a nam nie zacznie brakować jedzenia. Tak, Hitler nie uwikła nas w żadną wojnę22.
Jak widać, stołeczna opinia publiczna była gotowa przyjąć oficjalnie głoszoną bajkę, jakoby to Niemcy były Bogu ducha winną stroną, która teraz jedynie "odpowiada na ogień", szykując się do akcji odwetowej na ograniczoną skalę. Wiele osób myślało zapewne: "Jeżeli Niemcy zostały zaatakowane, to muszą się bronić". Tego ranka Erich Neumann zaobserwował takie postawy na Innsbrücker Platz, w południowej części miasta. Kiedy przesiadał się do innego tramwaju, przez głośniki nadawano przemówienie Hitlera, które - jak dosłyszał - zostało przez tłum przyjęte oklaskami. Niektórzy przechodnie złorzeczyli Polakom bądź mamrotali: "Nareszcie!"23.
W innych miejscach jednak sensacje owego dnia zostały przyjęte z rezerwą, a często - ze złymi przeczuciami. Siedemnastoletniej wówczas licealistce Else Diederichs utkwiły w pamięci nastroje panujące owego dnia w berlińskim pociągu: "Pamiętam, że siedzieliśmy na swoich miejscach ze śmiertelnie poważnymi minami. Wszystkich to przygnębiło. Czuliśmy, że tragedia jest o krok (...). Wciąż widzę przed oczami tych ludzi i wyraz ich twarzy"24.
Widzowie kroniki filmowej z owego dnia również nie potrafili się zdobyć na zwykłą euforię. Jeden ze świadków tamtych wydarzeń wspomina:
Zaszedłem do jednego z tanich kin w okolicach stacji Friedrichstrasse. Właśnie leciała kronika. Pokazano ujęcia z manewrów brytyjskiej marynarki, które jednak nie spotkały się z ogólnym wybuczeniem. Odbywający inspekcję sił powietrznych Göring wzniecił pozytywny oddźwięk i uśmiechy aprobaty, gdy jednak pojawił się otwierający zebranie partyjne Goebbels, na widowni panowała głucha cisza. Co prawda, sfotografowany w chwili zajechania przed gmach Kancelarii Hitler sprowokował pojedyncze kobiece "hajle", zasadniczo jednak widownia zachowała pełne napięcia milczenie25.
Jak skonstatował autor tych słów, była to pierwsza od lat sytuacja, kiedy pokazanie się w filmie Hitlera nie wywołało "dzikiej, obezwładniającej fali entuzjazmu".
Niektórym ów dzień nasunął niemiłe wspomnienia Wielkiej Wojny. Dorothea von Schwanenflügel zapamiętała, że jej rodzice spoglądali na siebie ze zgrozą, gdy oficjalnie ogłoszono inwazję na Polskę. "Dobry Boże! - wykrzyknął ojciec. - Czy jedna wojna za naszego życia nie wystarczy?"26. Obawy innych dotyczyły bardzo konkretnych kwestii, przede wszystkim życia ich synów, mężów i braci, z których wielu zostało już wcielonych do czynnej służby wojskowej.
Wybuch wojny wprawił młodsze pokolenie w prawdziwą konsternację. Jeden z mieszkańców stolicy wspominał moment, gdy nadeszła wiadomość o tym, że "niemieckie oddziały odpowiadają ogniem", i mógł się tylko zastanawiać, "do kogo strzelają"27. Jeszcze bardziej przejęty musiał być młodziutki Theodore Willmann - z powodu nie tyle samego konfliktu militarnego, ile nagłej atmosfery powagi w rodzinnym domu. Wspominał: "któregoś dnia moja matka, a także ciotki Annuschka i Heide stanęły w mojej sypialni przy oknie i z niepokojem wyglądały na zewnątrz. Mama odezwała się tonem, który niemal śmiertelnie mnie przeraził: "Mamy wojnę". Stanąłem na łóżku i wyjrzałem zza pleców dorosłych, wytężając wzrok, jednak niczego nie mogłem dostrzec"28.
Reasumując, dla większości mieszkańców Berlina wydarzenia z 1 września były ogromnym zaskoczeniem. Chociaż wielu nie zdawało sobie jeszcze sprawy, jakie demony zostały obudzone, to jednak przejawiano determinację, ażeby zaadaptować się do nowych warunków. Na przykład tego samego dnia po południu wprowadzono kartki na żywność i różne artykuły pierwszej potrzeby, wobec czego wielu Berlińczyków szturmowało sklepy, by zaopatrzyć się w najniezbędniejsze rzeczy. Heinz Knobloch został posłany przez matkę do domu towarowego przy Hallesches Tor, by kupił cokolwiek, co nie zostało jeszcze objęte reglamentacją. Chłopiec wrócił do domu z dwiema puszkami sardynek29. Miał szczęście, że przyniósł zdobycz nietkniętą, bo zgodnie z nowo przyjętą ustawą przeciw spekulanctwu co skrupulatniejsi sklepikarze zaczęli wymagać, by wszystkie puszki otwierano od razu w sklepie30.
Rozdzielano również worki na piasek, które należało napełnić i obłożyć nimi okna w piwnicach oraz na parterze w celu ochrony przed wybuchami bomb. W różnych punktach miasta prędko pojawiły się w tym celu piaskowe hałdy - zarówno na prywatnych podwórzach i dziedzińcach, jak i w przestrzeni miejskiej. Każdy blok potulnie zabrał się do pracy, dzieląc się obowiązkami w ten sposób, że kobiety zszywały worki z juty, mężczyźni zaś wypełniali je piaskiem, wiązali i układali w stosy. Jeden z młodych wówczas ludzi opisał sceny, jakie rozgrywały się koło jego domu:
Wszyscy spotkali się na podwórzu. Każdy wziął się do pracy, nawet ci, z którymi dotąd się nie rozmawiało, a może nawet nie widziało ich na oczy. Mężczyźni zabijali piwniczne okna deskami, kobiety zaś zszywały worki na piasek, które następnie wypełniono jeden po drugim. "Nie zróbcie sobie krzywdy przy ich podnoszeniu!" - ostrzegał dozorca nas, chłopców, kiedy zabraliśmy się do układania worków. (...)
Kto nie mógł pomóc przy tym, zajmował się parzeniem kawy. Wkrótce, nie wiadomo skąd, pojawiły się ciastka. Zupełnie jakby ktoś wyprawiał urodziny (...), nigdy wcześniej nie zetknąłem się z taką atmosferą (...). Wojna na swój sposób wydawała się nieszkodliwa31.
Dalsza część w wersji pełnej
Każda praca badawcza wiąże się z długiem wdzięczności zaciągniętym u innych. Nie inaczej było z niniejszą książką. Wiele osób wspomagało mnie w trakcie jej powstawania, zwłaszcza zaś Philipp Rauh i Saskia Smellie, którzy w Berlinie pomogli mi w kwerendzie archiwalnej, autorka map Kinga Boruc z warszawskiego wydawnictwa Carta Blanca oraz komputerowiec Phil Berks z firmy Digital Services, który odzyskał tekst po groźnej awarii twardego dysku.
Słowa podziękowania należą się również moim przyjaciołom i kolegom po fachu, cierpliwie odpowiadającym na szczegółowe pytania. Wśród osób, które okazały gotowość do podzielenia się swoją wiedzą, znaleźli się między innymi Norman Groom, Cord Pagenstecher, Michael Foedrowitz, Gregers Forssling, Giles MacDonogh, James Holland, Nick Stargardt oraz Nigel Jones.
Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję do tych wszystkich mieszkańców wojennego Berlina, z którymi podczas przeprowadzania wywiadów miałem okazję spędzić wiele uroczych, a przy tym cennych godzin. Bez ich wspomnień, zapisków i pamiętników niniejsza książka nigdy by nie powstała w obecnej formie. Bardzo żałuję, że nieubłagany czas odebrał niektórym z tych osób możliwość poczucia satysfakcji z ujrzenia skończonego dzieła.
Przy okazji opracowywania listy owych berlińskich interlokutorów zaciągnąłem niejeden dług wdzięczności, szczególnie zaś u Wielanda Giebela z księgarni i wydawnictwa Berlin Story oraz u Thessi Aselmeier i innych osób ze znamienitego Centrum Świadków Historii Współczesnej (Zeitzeugenbörse).
Chciałbym również, by moje podziękowania przyjęły instytucje, w których prowadziłem badania, a przede wszystkim pisałem: Deutsche Tagebucharchiv w Emmendingen, berliński Landesarchiv, brytyjskie National Archives w Kew, British Library oraz doskonały londyński German Historical Institute. Na osobne wyrazy uznania zasłużyli przewodnicy oprowadzający po Berliner Unterwelten, dzięki którym wizyty w tajemniczych zakątkach niemieckiej stolicy okazały się szalenie pouczające.
Na zakończenie chciałbym wymienić tych wszystkich, którzy umożliwili rozpoczęcie prac nad książką: mojego agenta Petera Robinsona w Londynie oraz Jill Grinberg w Nowym Jorku, a także wydawców nowojorskich - Larę Heimert i Brandona Proię oraz londyńskich - Willa Sulkina i niezrównanego Jörga Hensgena. Jestem wam wdzięczny za wnikliwość, wytrwałość i niesłabnący entuzjazm towarzyszące powstawaniu tej książki. Bardzo wam dziękuję.
Książkę dedykuję mojej córce Amelii, niemniej jednak pragnę przy okazji wyrazić wdzięczność kilku innym spowinowaconym ze mną osobom. Pierwszymi są dziadkowie mojej żony, Paul i Hildegard Schmidtowie, którzy musieli doświadczyć epoki nazistowskich Niemiec, chociaż wcale nie w Berlinie. Ich wspomnienia rozbudziły moje zainteresowanie tematyką. Kolejną osobą jest moja żona Melissa, której miłość, wsparcie, cierpliwość - a niekiedy jej brak - były konieczne, by niniejsza książka ujrzała światło dzienne.
Roger Moorhouse
maj 2010 roku
Mimo że tak bardzo nowoczesny, Berlin jest miastem na wskroś przesiąkniętym historią. Gdybyśmy mieli wskazać jedno jedyne miejsce, w którym w wyjątkowy sposób skupiły się wszystkie dwudziestowieczne odmiany zadawanego okrucieństwa i ponoszonych cierpień, wybór niewątpliwie padłby na niemiecką stolicę. Dla Berlina, miasta pełnego oszpeconych kulami budynków oraz wciąż wyczuwalnego mroku totalitarnych reżimów, globalne wydarzenia minionego stulecia nie minęły bez echa, wręcz odwrotnie - dotyczyły one miasta w sposób bezpośredni i namacalny. W 2009 roku metropolia świętowała dwudziestą rocznicę zburzenia znienawidzonego muru berlińskiego, czyli chwili, w której symbolicznie przypieczętowano upadek ustroju komunistycznego. Za czasów poprzedniego pokolenia Berlin był zabawką w rękach zantagonizowanych mocarstw, stając się polem zapiekłych utarczek słownych oraz miejscem wymiany schwytanych szpiegów. Zaledwie jedną generację wcześniej ówczesna stolica Trzeciej Rzeszy stanowiła centrum nazistowskiej władzy - była podłożem, na którym miały wyrosnąć architektoniczne fantazje Speera i rasistowskie wizje Hitlera.
Berlin był jedną z nielicznych stolic europejskich, którym przyszło bezpośrednio doświadczać okropieństw drugiej wojny światowej. Miasto nie tylko stało się ofiarą wściekłej radzieckiej ofensywy lądowej i oblężenia w 1945 roku, ale też znalazło się na linii frontu w wojnie powietrznej. Berlin w tamtym czasie bił rekordy na różnych płaszczyznach: jako najważniejszy cel aliantów zmagał się z większą liczbą przeprowadzonych nalotów, użytych w nich maszyn i zrzuconych bomb niż jakiekolwiek inne niemieckie miasto. Jednocześnie centrum władzy stało się najzacieklej bronionym bastionem: system obronny Berlina należał do najbardziej wyszukanych i składał się z najliczniejszego personelu, w efekcie powodował więc najdotkliwsze straty wśród alianckich lotników. Pierwszeństwo przypadło niemieckiej stolicy również pod względem liczby ofiar wśród ludności cywilnej: w żadnym innym niemieckim mieście nie zginęło 200 000 osób niezwiązanych z organizacją wojskową.
Chociaż nazistowskie Niemcy i druga wojna światowa wciąż zajmują i fascynują współczesnych historyków, to okazuje się, że jak dotąd nie opisano jednego z aspektów owych zagadnień, a mianowicie historii życia codziennego w Berlinie podczas wojny.
Istnieje wiele powodów, dla których temat ten - wydawałoby się, atrakcyjny i aż proszący się o zbadanie - pozostaje jedną z białych plam w historii Trzeciej Rzeszy. Naukowcy zazwyczaj kładli stosunkowo mały nacisk na społeczną historię nazizmu, opowiadając się raczej za podejściem odgórnym: analizą roli Hitlera, nazistowskiej elity bądź wyższych oficerów wojskowych. Skutek jest taki, że pośród dzieł należących do wciąż rozrastającego się kanonu literatury poświęconej Trzeciej Rzeszy mało które porusza temat życia codziennego.
Ową zniekształcającą tendencję potęgują także inne czynniki. Być może najważniejszy z nich polega na tym, że historycy, którzy już ośmielą się pochylić nad społecznymi aspektami dotyczącymi hitlerowskich Niemiec, zazwyczaj skupiają się na prześladowaniach i zagładzie Żydów. Z jednej strony takie podejście jest zrozumiałe i jak najbardziej odpowiednie, z drugiej jednak strony musi ono prowadzić do silnego zaburzenia postrzegania niemieckiego społeczeństwa jako całości. Niewiele wiemy na temat wyzwań, jakim naród niemiecki musiał sprostać w warunkach dyktatury, kompromisów, na które niekiedy trzeba było pójść, zasad, jakich w niektórych wypadkach należało się wyrzec. Niepełna jest nasza wiedza na temat okoliczności, w jakich powstało i było podtrzymywane przyzwolenie na hitlerowski totalitaryzm, a także - co się stało, gdy przestało ono mieć rację bytu. A zatem można stwierdzić, że w literaturze poświęconej nazizmowi istnieje wiele książek wyjaśniających okoliczności śmierci mniejszości, natomiast ze świecą szukać takich, które ukazywałyby życie większości.
Na szczęście występują również czynniki, które silnie motywują do dokładnego przyjrzenia się społecznej historii wojennego Berlina. Historiografia coraz częściej penetruje ten obszar, odkąd w ostatnich latach badacze zaczęli wykraczać poza łatwo dostrzegalne fakty, by przyjrzeć się reakcjom na zachodzące wydarzenia. Wcześniej nauki historyczne zajmowały się przede wszystkim wielką polityką i rozwiązaniami strategicznymi pierwszego planu, dzisiaj znacznie więcej uwagi poświęca się temu, co się działo za kulisami: codziennemu życiu zwykłych ludzi. Systematycznie zwiększa się też liczba i dostępność źródeł, z których mogą korzystać badacze. Proces ten można by określić mianem demokratyzacji historii, porzucenia tematyki "tych wielkich i tych dobrych" na rzecz "perspektywy oddolnej". Widać tę tendencję także w liczbie publikowanych wspomnień i dzienników, które dziś zdają się wszechobecne na półkach księgarskich.
Za takim podejściem przemawia jednak przede wszystkim inny ważki argument: mamy ostatnią szansę na to, aby wysłuchać historii ludzi, którzy wojny doświadczyli na własnej skórze. Wiele spośród "głosów", które pojawiają się w niniejszej książce, pochodzi z publikowanych źródeł, jednakże postanowiłem również skorzystać z prywatnych wspomnień zwykłych Berlińczyków, które nigdy dotąd nie zostały spisane, co stanowi stratę dla następnych pokoleń. W tym właśnie celu zaplanowałem szereg wywiadów i przemierzyłem niemiecką stolicę wzdłuż i wszerz, spotykając się z ludźmi, dla których wojenny Berlin stanowi część historii ich własnego życia.
Czas płynie nieubłaganie - niedawno obchodziliśmy sześćdziesiątą piątą rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej. Nawet ci, którzy koszmaru sześcioletniej pożogi wojennej doświadczyli jako dzieci, mają już ponad siedemdziesiąt lat. Niestety, część spośród wiekowych Berlińczyków, z którymi miałem okazję przeprowadzić wywiady, nie dożyła publikacji tej książki. Wielu wciąż cieszy się dobrym zdrowiem, a niektórych można wręcz określić mianem dziarskich, obawiam się jednak, że nie wszyscy doczekają niemieckiego wydania Stolicy Hitlera. Pokolenie bezpośrednio naznaczone globalnym konfliktem zbrojnym stopniowo odchodzi. W Afryce istnieje powiedzenie: "Kiedy umiera starzec, do grobu idzie cała biblioteka".
W urokliwych zakątkach niemieckiej stolicy, o których mówi się tam gemütlich, przy kawie i ciastku, słuchałem mrożących krew w żyłach opowieści o ludzkich tragediach, bólu, stracie i ocaleniu. Wspomnieniom wydobywanym z zakamarków pamięci czasem towarzyszyły łzy. Uznałem za konieczne - chociaż nikt mnie o to nie prosił ani tego nie żądał - by dla poszanowania prywatności moich rozmówców oraz autorów niepublikowanych wspomnień i dzienników, których cytuję, tego typu relacje świadków pozostały anonimowe1.
Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że podczas przeprowadzania rozmów i zapoznawania się ze źródłami zebrałem o wiele więcej materiału, aniżeli mogłem wykorzystać w niniejszej książce. Sporo informacji miało charakter niezwykle subiektywny, bywały niemożliwe do sprawdzenia, niekiedy błędnie zapamiętane bądź ewidentnie usiłujące wybielić rozmówcę. Abstrahując jednak od tych zastrzeżeń, z doświadczenia wiem, że opowieści naocznych świadków odgrywają w historii ważną rolę: osobiste relacje mogą ukazać zupełnie nową perspektywę, dodać kolorytu czy też zwrócić uwagę na odmienny kontekst nawet doskonale znanego zagadnienia. Niektórzy puryści - wyznawcy "czystego" paradygmatu historycznego - nie uznają takiej "indywidualizacji historii", którą odbierają jako przedkładanie aspektu osobistego nad polityczny i obiektywny. Sądzę jednak, że przy rzetelnym i odpowiedzialnym wykorzystaniu podejście indywidualistyczne nie tylko jest uprawnione, lecz stanowi zasadniczy składnik uprawianej przez historyka sztuki przywoływania i ożywiania przeszłości.
Inne główne źródła są, rzecz jasna, łatwo dostępne. Istnieje wiele opublikowanych wspomnień, od dobrze znanych prac Marii "Missie" Wasilczikow i Williama Shirera po rozliczne, mało znane woluminy, które nigdy nie ukazały się w angielskim tłumaczeniu. Niezliczona ilość dzienników prowadzonych w trakcie wojny przez mieszkańców Berlina została później przekazana bliskim lub ofiarowana archiwom. Owa masa materiału źródłowego towarzyszyła mi przez cały okres pisania Stolicy Hitlera. Również i w tym wypadku mogłem w książce uwzględnić jedynie drobną część owych "głosów", jednak cały ich zbiór wpłynął na moje postrzeganie tematu i ukształtował je.
Nawet jednak najlepiej przeprowadzone badanie i najbogatszy materiał źródłowy nie zmienią faktu, że opowiedzenie sześciu lat historii pięciomilionowego miasta z okresu działań wojennych stanowi zadanie nader skomplikowane. Moje podejście musiało w związku z tym mieć charakter, mówiąc po malarsku, "puentylistyczny": próbowałem oddać atmosferę tamtych dni, wyrzekając się ambicji pełnego i wyczerpującego opracowania opisywanej tematyki. Przyjęta struktura książki wymagała pewnej dozy pomysłowości. Wziąwszy pod uwagę stopień złożoności historii, którą zamierzałem opowiedzieć, dość szybko porzuciłem porządek chronologiczny i zdałem sobie sprawę, że nie obejdzie się bez pewnego ukłonu w stronę podziału zagadnieniowego. Chodziło mi o połączenie dwóch perspektyw - tematycznej i chronologicznej - w ramach jednego szkieletu narracyjnego. Muszę się tu przyznać, że chwilami trudno mi było wyważyć proporcje, dlatego proszę czytelników o pobłażliwość, jeśli od czasu do czasu któryś z nich poczuje się zmuszony powrócić do już przeczytanych rozdziałów.
Wynik mojej pracy pod pewnymi względami wydaje się nowatorski: oto druga wojna światowa widziana z perspektywy stolicy Rzeszy, opowieść o globalnym konflikcie przedstawionym tak, jak mogli go doświadczyć zwykli jej mieszkańcy. Wczuwamy się w atmosferę życia codziennego w Berlinie, śledzimy smutną agonię tej niegdyś tak dumnej metropolii, teraz przepełnionej strachem, okrucieństwem, z małymi aktami bohaterstwa, osobistymi tragediami. Starałem się przedstawić ogromne polityczne zróżnicowanie Berlińczyków. Stolica Rzeszy nigdy nie stała się wyborczym bastionem nazistów, a szukając przyczyn tego stanu rzeczy, pamiętać trzeba o lewicowych tradycjach miasta, jego silnej społeczności żydowskiej i kosmopolitycznych elitach. W Berlinie opozycja antynazistowska była mocniejsza aniżeli w jakimkolwiek innym niemieckim ośrodku miejskim. To właśnie tutaj ukrywało się i przetrwało najwięcej Żydów, gdyż uzyskali wsparcie i doraźną pomoc od zwykłych Berlińczyków.
Mam nadzieję, że niniejsza książka pokaże, jak bardzo się mylimy, postrzegając Berlińczyków okresu wojennego jako znazyfikowane roboty, zindoktrynizowaną masę, która lunatycznym krokiem zmierza prosto ku przepaści. Moi liczni rozmówcy uświadomili mi, że w Berlinie obok dwóch mniejszości - nazistowskiej i antynazistowskiej - istniała ambiwalentnie nastawiona większość, która często kierowała się instynktem samozachowawczym, ambicjami i strachem. Zaskoczyła mnie własna refleksja: przynajmniej pod tym względem mieszkańcy wojennego Berlina mieli z nami o wiele więcej wspólnego, niż chcielibyśmy to sami przyznać. "Ich" od "nas" wcale nie różni aż tak wiele.