Rozdział 1
Od rzeki dęło huraganowym wiatrem. Kobieta wspięła się na wzniesienie i spojrzała w dół. Po białej gładkiej pokrywie lodowej wiatr niósł tumany sypkiego śniegu. Formował z niego chmury nisko lecące nad lodem, wznoszące się wyżej wirujące tulejki, przebijające korkociągiem ciężkie, lutowe powietrze. Tulejki przez sekundę, dwie kręciły się nad lodem i nie dając rady twardości powietrza opadały w rozsypce na pokarbowany wiatrem śnieg, z którego powstały.
Gęsta para waliła z ust i nosa przy najlżejszym wydechu. Śnieg chrzęścił pod nogami. Przez cienkie podeszwy butów kobieta wyczuwała gruzowisko, ścięte tylko mrozem, scalone grudami zmarzniętej ziemi. Zmierzyła wzrokiem odległość dzielącą wierzchołek wyniosłości od niewidocznej pod lodem rzeki.
"No, jeszcze sto metrów" - pomyślała. Stromizna błyskała gdzieniegdzie zasadzkami gładzizny. Inni ludzie przed nią spuszczali się tędy do rzeki, ale teraz, w nadchodzącej błyskawicznie szarówce, tylko ona jedna stała na wyniosłości, mierząc swoje siły z martwą pokrywą zamilkłej rzeki.
- No, a ty czto? Gdzie leziesz?
Głos dobiegł ją z tyłu i zabrzmiał jak wystrzał w ciszy ruin, zimy, nadciągającego wieczoru i nadal obecnej nad Wisłą śmierci.
Podskoczyła, jakby ktoś dźgnął ją w tyłek bagnetem. Żołnierz wybuchnął śmiechem. Jego pogłos odbił się o ściany wypalonych domów i poleciał z wiatrem przez rzekę.
- Ale niesie - zdumiała się kobieta.
- Czto? - zdziwił się żołnierz.
- Głos - odparła spokojnie.
- Aaa - przeciągnął. - Fakt, niesie. No, co - pustka. Wot - i wasza stolica. - Pokiwał głową. - A ty nie leź przez ruiny do rzeki. Miny - rozumiesz? Tędy nie trzeba iść. Rozbrajamy tu miny. Ale już ciemnawo. Na dziś skończona robota. A ty idź do mostu. Macie już most przez rzekę. Drewniany. - Szukał chwilę w pamięci nazwy ulicy. - Przy Karowej - wymówił z trudem.
Dopiero teraz dostrzegła czerwonawy blask za sąsiednim murem rozwalonej kamienicy. Żołnierz powędrował oczami za jej spojrzeniem.
- Tak. Ogień rozpalili. Mróz.
- Cicho siedzieliście - zauważyła kobieta z tobołkiem przytroczonym na plecach.
- A cicho. W takich ruinach zawsze może ktoś podejść. Czort wie kto. Wojna. My ciebie śledzili.
- Mnie? - kobieta roześmiała się serdecznie. Żołnierz jej zawtórował.
- Zimno. Chcesz się ogrzać?
Zawahała się.
- Muszę przejść przez rzekę.
- Nie wolno - orzekł stanowczo. - Rano. I nie tędy. Dalej - machnął ręką w dół rzeki.
- Nie dojdę już za dnia do Karowej. Późno. I jeszcze iść przez most. Za daleko. Nie mam tu gdzie nocować. - Potrząsnęła głową. - Muszę zaraz przejść Wisłę.
Przy ognisku dobrze zasłoniętym od wiatru rysującą się na tle nieba wysoką ścianą siedziało w kucki kilku żołnierzy. Jeden oficer stał oparty o mur.
- Przyprowadziłem - oświadczył żołnierz swemu oficerowi, co miało zabrzmieć jak meldunek. W jaki sposób jednak meldować babę z kocem w charakterze tobołka na plecach i w półbucikach na słupkach? Żołnierze w ciepłych walonkach, siedzący u ogniska, wywalili gały na te pantofelki, jakby zobaczyli parkiet do tańca, a na nim wirujące nóżki w balowych atłaskach.
Oficer równie niedbale kiwnął głową. Żołnierz kucnął przy ognisku obok towarzyszy i wyciągnął dłonie do ognia, nie interesując się więcej babskim jeńcem.
Obok ogniska leżała na kupie sterta połamanych krzeseł i reszta jakiejś szafki.
- Powyciągali - mruknął oficer. - Z ruin.
- Proszę pana - zaczęła kobieta - niech mnie pan puści na drugą stronę. Na Pragę.
- Tędy? - pokręcił głową. - Nie. Ech, ludzie, ludzie. Nie było mostu, szli, no charaszo. Jest most, trzeba mostem. Wiatr cię przewróci - mruknął - i co będzie? Zamarzniesz. Człowieka mieć na sumieniu?
- Lód twardy - zauważyła kobieta. - Droga krótsza. Idę spod Sochaczewa. Nachodziłam się. A w ogóle przeszłam nie takie rzeczy jak zima i wiatr - dodała z pobłażaniem i uśmiechnęła się na wspomnienie tego wszystkiego, o czym myślała.
- A co? - zaciekawił się oficer. Chociaż ciągle mówił od niechcenia, obserwował jednak nieproszonego gościa.
- Ja z Warszawy - poinformowała go kobieta. - Stąd - i spojrzała za siebie na widoczne jeszcze dobrze w szarówce spiętrzone, straszące ułomkami ramion, oczodołami wybitych okien, piszczelami żelaznych drągów ruiny.
- Z tej strony Warszawy? - upewnił się oficer.
- Z tej - potwierdziła. - Niemcy mnie wywieźli. W październiku. Wróciłam.
- Po co? - chciał się dowiedzieć oficer. Żołnierze nad ogniem zaczęli mruczeć "Katiuszę".
- Jak to po co? - zdziwiła się szczerze kobieta. - Do domu.
- Przecież nie ma domu - zniecierpliwił się oficer.
- Jest - uśmiechnęła się kobieta.
- To? - zatoczył ręką wokoło siebie. Pokiwał głową jak parę minut temu jego żołnierz. - No, charaszo. A po drugiej stronie masz gdzie zanocować?
Kobieta zawahała się, ale trwało to tylko sekundę.
- Tak. Mam.
- Jefim! - pokrzyknął oficer nie za głośno. Ten sam żołnierz, który przyprowadził kobietę do ogniska, zerwał się na nogi.
- Tak, toczno, tawariszcz kamandir.
- Przeprowadzisz obywatelkę przez rzekę.
- Tak jest, rozkaz, tawariszcz kamandir - wybełkotał ze zdziwieniem żołnierz.
- Jefim - żołnierz wyprostował się bardziej - bez żadnych kawałów, co? Zrozumiano?
- Tak. Zrozumiano, towarzyszu dowódco - odpowiedział śmiertelnie poważnie Jefim.
- Ja jestem już dawno dorosła - wtrąciła kobieta z niedostrzegalnym sprzeciwem w głosie.
Oficer uśmiechnął się wieloznacznie. Silniejszy wybuch ognia, który akurat obejmował poręcz krzesła, oświetlił lepiej jego twarz.
- A tak - przeciągnął niedbale - dla porządku. Tylko dla porządku. A wy, barynia, skąd wy tak umiecie mówić po rosyjsku, co?
Kobieta wzruszyła ramionami.
- Barynia! O widzicie barynię. - Spojrzała wymownie po sobie. - My wszyscy teraz tacy panowie! Cała Polska panów.
- Ano, widzę - potwierdził oficer. - Widzimy. My wszystko dobrze widzimy - dodał z naciskiem.
- Mieszkałam w Rosji. - Poczuła się nagle zobowiązana wobec niego do wyjaśnienia czegoś, co, widziała, od początku niezwykle go interesowało i dziwiło, ale nie chciał się od razu z tym zdradzić. - Chodziłam do waszej szkoły. Do rosyjskiej szkoły.
- W jakim mieście? - zapytał, skrywając nadal ciekawość.
- W Charkowie.
- Na Ukrainie - stwierdził krótko.
- Na Ukrainie.
- Ale wy, obywatelko, nie mówicie tak jak ja, jak moi żołnierze - zauważył ostrożnie oficer. Jefim stał ciągle obok nich, otworzył trochę usta, oczy mu teraz zokrąglały.
Kobieta roześmiała się głośno. Głośniej trzasnął ogień.
- Chodziłam do carskiej szkoły. O to chodzi? - spytała domyślnie.
- O to i nie o to - przyznał mniej chętnie - wy mówicie tak, jak kiedyś, dawniej mówili u nas burżuje.
- Język się zmienił - stwierdziła kobieta. - Ja też to słyszę. Dwadzieścia lat nie mówiłam. Myślałam, że zapomniałam. Nie, nieprawda, wszystkie słowa wracają. Same. Przeprowadziliście reformę pisowni. To też zmienia język. Teraz cały naród mówi jednakowo. Dawniej wykształceni mówili tak, jak mnie nauczyli. Naród mówił po swojemu, bo go nie uczyli.
Oficer przyjrzał się baczniej kobiecie.
- Wy Polka? - chciał się upewnić.
- Polka - uśmiechnęła się kobieta domyślnie. - Kiedyś, w Rosji, Polacy pytali mnie zawsze, czy jestem Rosjanką. Komiczne, prawda? Później, w Polsce, rodacy podejrzewali mnie, że nie chcę się tylko do was przyznać. Jeszcze komiczniejsze. A teraz - wy. I co ja mam odpowiadać? Miałam słuch do waszego języka. Podobał mi się. Podobają mi się wasi pisarze.
- Kto? - zainteresował się żywiej oficer.
- Tołstoj, Puszkin - uśmiechnęła się kobieta.
- Jefim! - Żołnierz stał już tak prosto, że kobieta obawiała się o jego grzbiet. Niemal oczekiwała, że trzaśnie jak zbyt naciągnięta struna. - Zaprowadzisz obywatelkę aż na sam drugi brzeg, jasne? Na twardą ziemię - podkreślił, jakby rzeka skuta lodem nie była twardsza od ziemi. - Tam już chodzą patrole.
Kobieta z żalem oddalała się od płonących krzeseł. Nic w życiu nie wydawało jej się stosowniejsze do rozniecenia ogniska, nigdy nie było jej cieplej. W promieniu dwóch metrów od ognia mróz łapał za gołe łydki, za twarz jak wściekły pies zębami za skórę. Szarpiącymi kłami dobierał się szybko do mięśni.
Już byli z Jefimem poza kręgiem światła, gdy ponownie zatrzymał ich na miejscu głos oficera.
- A ty - wołał ten głos - nie chwal się swoim rosyjskim. Jeszcze jaki głupi pomyśli, że ty burżujka! Białogwardyjska córka albo żona. Bieżeniec z naszej rodiny albo jaka inna swołocz!
- Uch - mruknął żołnierz o imieniu Jefim - wyście się, obywatelko, spodobali naszemu komandirowi. No bo jest i co do spodobania. Baba z was, jaka baba! Prawdziwa Polka. Krasawica.
- Mógłby pan być moim synem - ostudziła jego zapał kobieta, pomna męskiej przestrogi oficera.
- Jaki tam baryń! - obraził się krasnoarmiejec. - A wy, gadacie. - Nie chciał się dać nabrać na żadnego syna, ale właśnie musiał złapać ją w pół, bo zabierała się do zjeżdżania aż na sam dół, na lód rzeki, na siedzeniu. - A widzicie - zaśmiał się jak chłopak, goniący po lodzie za dziewczyną - tędy niedobrze chodzić. Pozbieralibyście się akuratnie na samym dole. Potem nie wiadomo, czyby nóżki już tak dobrze niosły. Tu czort nadał nie tylko żelastwo i gruzy, ale wszędzie miny. Trzeba wiedzieć, którędy iść. Kilkadziesiąt my dziś wysadzili.
Na rzece musiała się złapać ramienia żołnierza, bo wiatr rzeczywiście przewracał. Parli oboje w poprzek rzeki, smagani po twarzach twardymi jak lód, zbitymi drobinami śniegu, oślepiającymi, zatykającymi nos i usta, sklejającymi rzęsy tak, że oczy przestawały do czegokolwiek służyć i trzeba było iść tylko na wyczucie, trzymając się raz obranego kierunku. W wyjącym poświście nie słyszeli swoich głosów i nie mogli się ze sobą porozumieć, dając sobie tylko znaki zwartymi mocno ciałami. Dopiero gdy podeszli pod praski brzeg, bardziej płaski, pozwalający wyjść bez wysiłku na piaski dawnych plaż, wiatr trochę ustał.
- No - mruknął Jefim, przecierając oczy i ściągając zgrabiałymi palcami grudki śniegu z rzęs - diabli dziś hulają. Utrzymacie się już, obywatelko, na nogach sami. Rozkaz wykonano. Gdyby nie mróz, całkiem przyjemny rozkaz. Ale też macie paltocik, no! Dziw, żeście nie zamarzli - dodał, obrzucając kobietę spojrzeniem. - Waciak wam potrzebny, taki jak nasze. Gdybyście chcieli, to ja bym wam waciaczek wyszukał, co? Pierwszej klasy waciaczek. Jakbyście mi dali adres - strzepnął resztę szronu z rzęs - no, teraz widzę was lepiej. Ale z was baba! To jak będzie z fufajką, co?
Kobieta uśmiechnęła się z trudem. Nie czuła prawie skóry na twarzy, jakby mięśnie ściągnęła gipsowa maska.
- Ja nie wiem jeszcze, gdzie będę mieszkać - i to akurat powiedziała szczerze. - A może moi krewni mnie nie przyjmą - wymyśliła na poczekaniu. - Jakże mogę wam dawać adres? Ja was znajdę - zapewniła go - sama. Będziecie jutro na Czerniakowie?
- Jutro i pojutrze! - sarknął żołnierz z irytacją. - Końca nie widać z minami. - Nic na tę noc nie układało się po myśli. Mało, że mróz tężał od kilku godzin, przeklęta mina rano rozerwała Kłobuszkina, pod wieczór znalazł taką ciepłą kobietę i jeszcze musi odstawiać ją, jak kociołek z gorącą strawą, pod którego pokrywkę nie wolno zajrzeć głodnemu.
Kobieta doskonale zgadywała stan jego ducha. Być może, po cichu przyznawała mu rację, toteż uznała, że trzeba go pocieszyć.
- Ja was znajdę, przy ognisku - zapewniła go jeszcze raz z przekonaniem, myśląc jednocześnie, skąd człowiek czerpie tyle prawdy z kłamstwa.
Żołnierz odwrócił się i powoli, bez przekonania wyszedł na lód rzeki.
- Dziękuję! - krzyknęła za nim kobieta z głębi duszy. Z ulgą śledziła jego malejącą, szarpaną przez wiatr, niknącą w mroku sylwetkę.
"Oficer dobrze wybrał - pomyślała. - Wiedział, kogo. Zachowuję się jak głupia. Do tego stara i głupia. Już nie pierwszą wojnę widzę. Przeszłam rewolucję rosyjską. Zdaje mi się, że wszystkiemu dam radę. Wojsko idzie z drugiego końca świata. Ludzie niczego nie zaznają, nic ludzkiego nie przeżyją, tylko mord i mord. Ile to już lat? Bez przerwy w pieriod i w pieriod. Kogo to obchodzi, jakim kosztem? Niemcy bronią się nadal jak wściekli. Tylko głupia baba włóczy się sama po nocy. Zachciało mi się Wisły. Zaraz, koniecznie, jak tylko zobaczyłam Warszawę. Boże mój, Warszawę!"
Wydostała się na równiejszy bruk jakiejś ulicy. Nie mogła się na razie zorientować, jakiej. Musiała trafić na Grochowską.