Strach - Michael Grant
52.90 zł
42.32 zł
(52,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
W jednej chwili pielęgniarka Connie Temple uzupełniała swój dziennik na laptopie, a w następnej zniknęła.
Po prostu.
Zniknęła.
Żadnego "puf". Żadnego błysku światła. Żadnej eksplozji.
Connie Temple wylądowała na plaży. Na plecach. W piasku. Siedziała, kiedy to się stało, więc usiadła gwałtownie na piasku i opadła na plecy z podciągniętymi kolanami.
Wszędzie wokół niej leżeli inni. Ludzie, których nie znała. Niektórych rozpoznawała, bo mijała ich na ulicy w mieście
Część stała, inni siedzieli, kolejni opadli tak, jakby nadal trzymali kierownice. Niektórzy mieli na sobie stroje do ćwiczeń i wyglądali tak, jakby pojawili się na plaży, nadal biegnąc.
Mężczyzna, w którym Connie rozpoznała nauczyciela ze szkoły Sama, stał, mrugając, z uniesioną ręką, jakby pisał coś na tablicy.
Connie podniosła się powoli, oszołomiona. Nie mogła uwierzyć, że cokolwiek z tego było prawdą. Zastanawiała się, czy miała udar. Czy to mogły być jakieś halucynacje. A może koniec świata. Albo jej życia.
I wtedy to zobaczyła: pusta, szara, niewyróżniająca się niczym ściana. Była niesamowicie wysoka i wydawała się zakrzywiać.
Ciągnęła się aż do oceanu. Przecinała autostradę, a także Clifftop, elegancki hotel, na pół. Biegła dalej w głąb lądu, aż znikała z pola widzenia, odgradzając wszystko na swojej drodze.
Dopiero później mieli się dowiedzieć, że to kula o średnicy trzydziestu kilometrów. Zdjęcia z powietrza wkrótce pojawiły się w całym internecie.
Dopiero później, po dniach niedowierzania i wypierania, świat zaakceptował, że żadne z dzieci nie zostało przetransportowane. Każdy poniżej piętnastego roku życia zniknął.
Spośród populacji Perdido Beach w Kalifornii i otaczających je terenów żaden dorosły nie zaginął, chociaż niektórzy zostali ranni, kiedy nagle znaleźli się na pustyni, w wodzie albo spadali ze zbocza. Jedna kobieta trafiła niespodziewanie do domu innej osoby. Pewien mężczyzna pojawił się mokry, w stroju kąpielowym, na środku autostrady, a samochody robiły dzikie uniki, żeby go nie uderzyć.
Ale ostatecznie był tylko jeden zgon: sprzedawca z San Luis Obispo, który jechał, żeby przeprowadzić rozmowę na temat ubezpieczenia z pewną parą z Perdido Beach. Nie widział bariery przecinającej drogę w Parku Narodowym Stefano Rey i jego Hyundai uderzył w nią z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę.
Connie nie pamiętała teraz jego imienia.
Wiele imion pojawiło się i zniknęło z jej życia od tego czasu.
Z wysiłkiem odgoniła od siebie wspomnienia tamtego dnia. Pułkownik Matteu mówił coś ważnego.
- Charakterystyka energii się zmieniła.
- Że co? - Connie Temple zerknęła na Abanę Baidoo. Zostały dobrymi przyjaciółkami w ciągu tych długich, okropnych miesięcy. Abana zwykle lepiej pojmowała te naukowe rzeczy niż Connie, ale teraz tylko wzruszyła ramionami.
George Zellicoe, trzeci spośród rzeczników rodzin, mentalnie wypisał się już dawno temu. Nadal przychodził na odprawy, ale zupełnie zamilkł. Connie i Abana próbowały do niego dotrzeć, jednak pozostawał zupełnie zagubiony. Depresja przejęła nad nim kontrolę i obecnie nie zostało wiele z niegdyś dynamicznego, zawziętego mężczyzny.
- Charakterystyka energii - powiedział Pułkownik Matteu. - To, co zaczęliśmy nazywać falą J.
- Co to dokładnie znaczy? - zapytała Connie.
Pułkownik wcale nie wyglądał na pułkownika. Miał oczywiście idealnie wyprasowany mundur wojskowy i schludnie przystrzyżone włosy, ale często garbił się w tym mundurze, pozostawiając wrażenie, że albo strój był za duży, albo jego właściciel się skurczył, odkąd go kupił.
Był już trzecim oficerem przydzielonym do dowodzenia siłami przy Kuli. Kula. Pęcherz nad Perdido Beach. Jako pierwszy zdołał odpowiedzieć na proste pytanie szczerze.
- Nie mamy pojęcia. Jedyne, co wiemy, to, że od samego początku mieliśmy tę samą charakterystykę energii, która była jednostronna. A teraz się zmienia.
- Ale nie wiecie, co to znaczy - powiedziała Abana. Jej sposób mówienia sprawiał, że każde pytanie zmieniało się w sceptyczne wyzwanie.
- Nie, proszę pani. Nie wiemy.
Connie wychwyciła lekki nacisk na słowo "wiemy".
- Co takiego podejrzewają? - zapytała.
Pułkownik westchnął.
- Na początek pragnę przypomnieć, że przerobiliśmy już dziesiątki, setki różnych teorii. Jak dotąd żadna się nie sprawdziła. Mieliśmy jeden zestaw teorii, kiedy bliźniaczki pojawiły się całe i zdrowe. A potem, kiedy Francis...
Nikomu nie trzeba było przypominać sytuacji z Francisem. To, co się z niego wyłoniło, było koszmarem uchwyconym na kamerze, na żywo, potem odtworzonym wiele razy całemu, przepełnionemu obrzydzeniem światu. Siedemdziesiąt milionów wyświetleń na YouTubie.
Niedługo potem była Mary. To, na szczęście, nie zostało nagrane. Odnaleziono ją i przetransportowano to, co zostało z tej dziewczyny, do placówki, gdzie utrzymywano ją przy życiu. Jeśli można nazwać to życiem.
Klimatyzacja nagle się włączyła. W przyczepach było gorąco, nawet w chłodne dni jak ten, kiedy wiała bryza znad oceanu.
- Już teraz wiemy, żeby nie wierzyć we wszystko, co słyszymy - rzuciła zjadliwie Abana.
Pułkownik przytaknął.
- Uważają, że mogło pojawić się jakieś... zmiękczenie, jak to nazywają. - Uniósł rękę, powstrzymując natychmiastową reakcję. - Nie, nadal nie umieją przebić się przez barierę, ale w przeszłości, kiedy próbowali zbombardować jej fragmenty promieniami rentgenowskimi i gamma, zachowywała się ona jak idealne lustro, odbijając sto procent energii, która w nią uderzała.
- To się zmieniło?
- Ostatni test wykazał dziewięćdziesiąt osiem przecinek cztery procent refrakcji. To może wydawać się niewiele i może nic nie znaczyć, ale od pierwszego dnia zawsze mieliśmy sto procent. Teraz ich już nie ma.
- Słabnie - powiedziała Abana.
- Może.
Wszyscy troje, Connie, Abana i George (rodzice Sama, Dahry i E.Z.), opuścili przyczepę. Gwardia Narodowa Kalifornii, obecnie nazwana Obozem Camino Real, stała na lądowej stronie autostrady, na wolnym pasie ziemi, zaledwie czterysta metrów od południowej granicy Kuli. Szereg dwóch tuzinów przyczep i hangarów ustawionych z wojskową precyzją. Więcej stałych budynków - baraki, parki sprzętu technicznego, budynek konserwacyjny - nadal powstawało.
Kiedy Obóz Camino Real został zbudowany, był zupełnie sam na uroczym, nieosłoniętym od wiatru wzniesieniu nad plażą. Ale od tego czasu postawiono Courtyard Marriott oraz Carl's Jr. W Del Taco sprzedano pierwsze burrito zaledwie kilka dni temu, a hotel Holiday Inn Express otworzył już jedno skrzydło, chociaż reszta nadal była w budowie.
Zostały tylko dwa satelitarne wozy prasowe, zaparkowane z boku autostrady. Ale już teraz rzadko otrzymywali czas antenowy: kraj i świat w znacznej mierze straciły zainteresowanie, chociaż około dwóch tysięcy turystów dziennie nadal przyjeżdżało autostradą do strefy widokowej, parkowali wzdłuż drogi. Kilku sprzedawców pamiątek ciągle zarabiało na życie w zadaszonych stoiskach.
George wsiadł do swojego samochodu i odjechał bez słowa. Connie i Abana teraz mieszkały tutaj, dzieląc kamper z zarezerwowanym miejscem parkingowym z widokiem na Pacyfik. Miały fajny grill gazowy, podarowany przez Home Depot, i w każdy piątkowy wieczór urządzały sobie grillowanie na zewnątrz - burgery i żeberka - z dziennikarzami i wszystkimi strażnikami, żołnierzami i ludźmi patrolującymi autostradę, którzy akurat nie pełnili służby.
Przeszły przez autostradę z Obozu Camino Real i usiadły na krzesłach ogrodowych, skierowanych w stronę oceanu. Connie zrobiła kawę i przyniosła kubek Abanie.
- Organizujemy konferencję w związku z tymi informacjami? - zapytała Abana.
Connie westchnęła.
- Rodziny będą chciały wiedzieć.
Rodziny. To określenie, które się przyjęło dzięki mediom. Z początku nazywali ich "ocalałymi". Ale to sugerowało, że inni, dzieci, zginęli. Od samego początku matki i ojcowie, bracia i siostry, odrzucali ten pomysł.
Na morzu łódź straży przybrzeżnej płynęła po delikatnych falach, strzegąc wodnych granic tej anomalii. Oszalały z żalu członek jednej z rodzin kilka miesięcy temu wpłynął w kopułę łódką pełną ładunków wybuchowych. Eksplozja oczywiście w żaden sposób nie zagroziła Kuli.
- Właśnie zaczęłam dochodzić do tego punktu... - powiedziała Connie.
Abana czekała i sączyła kawę.
- Dochodziłam w swoim myśleniu do tego punktu, że powinnam wrócić do robienia czegoś innego. Wiesz? Że może czas już ruszyć dalej.
Jej przyjaciółka przytaknęła.
- A teraz to. Osłabienie. Ten jeden i sześć dziesiątych procent zmiany.
- I teraz, i teraz, i teraz - powiedziała Connie ze zmęczeniem. - Nadzieja jest okrutna.
- Jakiś facet, fizyk ze Stanfordu, mówi, że jeśli bariera kiedykolwiek opadnie, to może być katastrofalne w skutkach.
- Nie on pierwszy tak twierdzi.
- Tak, cóż, może nie. Ale to pierwszy noblista. Uważa, że bariera jest swego rodzaju płaszczem ochronnym nad kulą antymaterii. Obawia się, że mogłaby nastąpić eksplozja tak wielka, że pochłonęłaby całą zachodnią połowę Stanów Zjednoczonych.
Connie prychnęła lekceważąco.
- Teoria numer osiem tysięcy siedemset czterdzieści dwa.
- Tak - przyznała Abana. Ale wyglądała na zmartwioną.
- Nie dojdzie do tego - stwierdziła Connie poważnym tonem. - Bariera opadnie, a mój syn Sam i twoja córka Dahra pojawią się na tej drodze.
Abana się uśmiechnęła. Dokończyła ich standardowy dowcip.
- Miną nas i pójdą prosto po burgery do Carl's.
Connie sięgnęła po jej dłoń.
- Zgadza się. Właśnie tak się stanie. Rzucą tylko: "Cześć, mamo, do zobaczenia później, idę na burgera".
Milczały przez jakiś czas. Obie zamknęły oczy i uniosły twarze do słońca.
- Gdyby tylko pojawiło się jakieś ostrzeżenie - powiedziała Abana.
Mówiła to już wcześniej: żałowała, że pokłóciła się z córką tego ranka, zanim to wszystko się wydarzyło.
I jak zwykle Connie miała na końcu języka odpowiedź: ja miałam ostrzeżenie.
Miałam ostrzeżenie.
Ale tym razem, jak zawsze wcześniej, Connie Temple nie powiedziała nic.