1
Angielska wieś, dom na pustkowiu, letni dzień na początku lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Budynek jest skromny: mur pruski, biała farba łuszczy się delikatnie na zachodniej ścianie, a klematis pnie po tynku. Z nadstawek kominowych unosi się para i wystarczy jedno spojrzenie, by wiedzieć, że na płycie kuchennej pyrka w garnku coś smacznego. Mówią o tym również grządki warzywne na tyłach domu, okna dumnie pobłyskujące szybkami w ołowianych ramkach, dach ze starannie uzupełnionymi ubytkami w dachówkach.
Dom otacza typowo wiejski płot, a drewniana furtka odgradza uładzony ogród od łąk po drugiej stronie i rosnącego dalej zagajnika. Tam, w splątanym gąszczu drzew, pluska zwinnie po kamieniach strumień, przemykając pomiędzy światłem słonecznym a cieniem, jak czynił przez stulecia, ale stąd go nie słychać. Jest zbyt daleko. Dom stoi na odludziu, na końcu długiego, pylistego podjazdu, niewidocznego z wiejskiej drogi, z którą dzieli nazwę.
Czasem zerwie się lekki wietrzyk, ale poza tym wszystko trwa w bezruchu, jest spokojnie, cicho. Dwie białe obręcze hula-hoop, szaleństwo ostatniego roku, stoją oparte o treliaż obrośnięty glicynią. Pluszowy miś z przepaską na oku, wyrozumiały i pełen godności, stoi na warcie w dogodnym punkcie obserwacyjnym, czyli koszu na klamerki przyczepionym do zielonego wózka na pranie. Taczka wyładowana doniczkami czeka cierpliwie przy szopie.
Pomimo panującego bezruchu, a może właśnie z jego powodu, całe otoczenie jest naładowane oczekiwaniem, jak scena teatralna tuż przed wyłonieniem się aktorów z kulis. Wszystko jest jeszcze możliwe, los nie został przypieczętowany przez zdarzenia i nagle...
- Laurel! - woła niecierpliwie dziecięcy głos gdzieś w oddali. - Laurel, gdzie jesteś?
Czar prysł. Światła przygasają, kurtyna idzie w górę.
Nie wiadomo skąd pojawia się stadko kur, które zaczynają wydziobywać coś spomiędzy cegieł, którymi wyłożona jest ścieżka, sójka wlecze swój cień przez ogród, traktor na pobliskiej łące z terkotem budzi się do życia. A wysoko ponad tym wszystkim leży sobie na plecach, na podłodze drewnianego domku na drzewie pewna szesnastolatka, która mocno przyciska cytrynową landrynkę językiem do podniebienia i wzdycha.
Może to było okrutne, że pozwalała im wciąż się szukać, ale w tym upale nie mogła zdobyć się na wysiłek konieczny przy zabawie - bądź co bądź dość dziecinnej - zwłaszcza że piastowała w duchu pewien sekret. Zresztą na tym przecież polegał sens zabawy w chowanego, tata zawsze powtarzał, że trzeba grać fair, a one nigdy się nie nauczą, jak nie będą próbować. To nie wina Laurel, że umie wynajdywać lepsze kryjówki. Owszem, są od niej młodsze, ale przecież to nie jakieś maluchy.
Zresztą wcale nie chciała, by ją odnaleziono. Nie dzisiaj. Nie teraz. Chciała tylko tak sobie leżeć i pozwalać, by cienka kretonowa sukienka muskała jej gołe nogi, podczas gdy w głowie krążyły myśli o nim.
Billy.
Przymknęła oczy, a jego imię wypisało się ozdobną kursywą na czarnym tle pod powiekami. Neon, jaskraworóżowy neon. Poczuła mrowienie na skórze i przesunęła landrynkę w ustach tak, że czubek języka trafił w jej wklęsłość.
Billy Baxter.
Sposób, w jaki patrzył na nią ponad czarną oprawką okularów przeciwsłonecznych, ten krzywy uśmiech, ciemne włosy ostrzyżone jak u gwiazdy rock and rolla...
To nastąpiło natychmiast, jak się spodziewała po prawdziwej miłości. Ona i Shirley wysiadły z autobusu sześć sobót wcześniej i ujrzała Billy'ego, który wraz z przyjaciółmi palił papierosa na schodach przed salą taneczną. Ich oczy się spotkały i Laurel pogratulowała sobie, że przeznaczyła weekendowy zarobek na nowe nylonowe pończochy.
- Laurel, no przestań... - To była Iris, której głosik osłabł od upału. - Graj uczciwie...
Laurel zacisnęła mocniej powieki.
Przetańczyli razem całą zabawę. Zespół grał coraz szybciej, włosy Laurel wymknęły się z francuskiego koka, który starannie skopiowała z okładki "Bunty", stopy ją paliły, ale wciąż tańczyła. Przestała dopiero wtedy, gdy podeszła do niej nadąsana Shirley, i niby jakaś ciotka oświadczyła, że zaraz odchodzi ostatni autobus do domu, o ile Laurel zależy na tym, by wrócić na czas (a ona, Shirley, sądzi, że chyba jest jej wszystko jedno). A potem, gdy koleżanka przytupywała niecierpliwie, a rozpłomieniona Laurel powiedziała do widzenia, Billy chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie, i coś w głębi Laurel już wiedziało z oślepiającą jasnością, że ta chwila, ta piękna, roziskrzona chwila, czekała na nią przez całe życie...
- Dobra, rób sobie jak chcesz! - Teraz w glosie Iris wyraźnie było słychać rozdrażnienie. - Ale nie miej do mnie pretensji, jak zabraknie dla ciebie tortu.
Słońce prześlizgnęło się już przez zenit i smuga żaru wpadła przez okno domku na drzewie, wypalając na wewnętrznych powiekach Laurel barwę coli o smaku wiśniowym. Usiadła, ale nie zrobiła nic, by opuścić swoją kryjówkę. Pogróżka była celnie wymierzona - wszyscy znali słabość Laurel do biszkoptu królowej Wiktorii w wykonaniu mamy - lecz chybiona. Laurel wiedziała bowiem, że nóż do tortu leży zapomniany na kuchennym stole, gdzie przeoczono go pośród wcześniejszego zamieszania, gdy rodzina szykowała koszyki piknikowe, a potem wszyscy zgarnęli pledy, musującą lemoniadę, ręczniki, nowe radio tranzystorowe i ruszyli pędem nad strumień. Wiedziała to, ponieważ, gdy zawróciła pod pozorem szukania kryjówki i wślizgnęła się do chłodnego, mrocznego domu po swoją przesyłkę, ujrzała nóż obok misy z owocami, gdzie spoczywał z czerwoną kokardą zawiązaną na rączce.
Nóż był elementem pewnej tradycji w rodzinie Nicolsonów - przekrajał wszystkie torty urodzinowe, ciasta świąteczne, wypieki szykowane dla poprawienia komuś nastroju - a mama miała bzika na punkcie tradycji.
Tak więc Laurel wiedziała, że ma wolne, dopóki nie wyślą kogoś po ten nóż. A czemu by nie? W takim domu jak ten, gdzie rzadko zdarzały się spokojne chwile, gdzie zawsze ktoś wchodził jednymi drzwiami albo trzaskał drugimi, trwonienie prywatności równało się świętokradztwu.
A zwłaszcza dziś potrzebowała czasu dla siebie.
Paczka nadeszła z ostatnią czwartkową pocztą i szczęśliwym zrządzeniem losu listonosza spotkała Rose, a nie Iris, Daphne czy, nie daj Boże, mama. Laurel od razu wiedziała, od kogo jest ta przesyłka. Jej policzki zalały się rumieńcem, ale zdołała wyjąkać coś o Shirley, zespole i pożyczonej płycie. Zresztą szkoda było się wysilać dla Rose, na której uwadze nigdy nie należało polegać, a teraz zdążyła już ją przenieść na motyla siedzącego na płocie.
Później tego wieczoru, gdy wszyscy skupili się przed telewizorem, by oglądać Juke Box Jury, a Iris i Daphne porównywały zalety Cliffa Richarda i Adama Faitha, ojciec zaś lamentował nad fałszywym amerykańskim akcentem tego drugiego oraz innymi stratami Imperium Brytyjskiego w szerszym sensie, Laurel udało się wymknąć. Zamknęła zamek w łazience i zsunęła się na podłogę, mocno przyciskając plecy do drzwi.
Drżącymi palcami rozdarła brzeg paczki.
Na jej kolana wypadła cienka książka owinięta w bibułkę. Przeczytała tytuł przez papier - Urodziny Stanleya Harolda Pintera - i dreszcz przeszedł jej po plecach. Nie mogła powstrzymać pisku.
Od tamtej pory spała z tą książką ukrytą pod poszewką poduszki. Niezbyt to było wygodne, ale lubiła trzymać ją w pobliżu. Musiała mieć ją przy sobie. To było ważne.
Laurel wierzyła w to, że są chwile, gdy człowiek staje na rozdrożu, gdy coś nagle nieoczekiwanie się wydarza i zmienia bieg ludzkiego życia. Premiera sztuki Pintera była takim właśnie momentem. Przeczytała o niej w gazecie i nie wiedzieć czemu poczuła, że koniecznie chce ją obejrzeć. Powiedziała rodzicom, żejedzie odwiedzić Shirley, zobowiązała przyjaciółkę do dochowania tajemnicy, a następnie złapała autobus do Cambridge.
To była jej pierwsza samotna wyprawa w życiu i gdy tak siedziała na ciemnej widowni Arts Theatre i patrzyła, jak przyjęcie urodzinowe Stanleya przeradza się w koszmar, doznała uniesienia, jakiego nie doświadczyła nigdy wcześniej. Był to chyba ten rodzaj objawienia, którym napawały się zarumienione panny Buxton w kościele w każdy niedzielny poranek, i choć Laurel podejrzewała, że ich entuzjazm miał więcej wspólnego z nowym młodym proboszczem niż Słowem Bożym. Siedząc na tanim miejscu na widowni, gdy energia dramatu rozgrywającego się na scenie dotarła do jej wnętrza i połączyła się z jej własną, poczuła, jak twarz płonie jej błogością i już wiedziała. Nie była pewna, co dokładnie, ale wiedziała to z niezbitą pewnością: w życiu chodziło o coś więcej, i to coś na nią czeka.
Hołubiła ten sekret, nie bardzo wiedząc, co z nim począć, nie potrafiąc wyjaśnić nikomu, co ją dręczy, aż do tamtego wieczoru, gdy Billy obejmował ją ramieniem, a ona, przyciskając mocno policzek do jego skórzanej kurtki, opowiedziała mu o tym wszystkim.
Laurel wyjęła jego list z książki i ponownie go przeczytała. Był krótki, Billy pisał tylko, że będzie czekał na nią z motocyklem na końcu ulicy, o wpół do trzeciej w sobotę - jest pewne miejsce, które chciałby jej pokazać, ulubiony zakątek na wybrzeżu.
Zerknęła na zegarek. Zostały niecałe dwie godziny.
Pokiwał głową, gdy powiedziała mu o uczuciach, jakie wywołało w niej przedstawienie Urodzin Stanleya, a potem zaczął mówić o Londynie i teatrze, i zespołach, które oglądał w bezimiennych nocnych klubach, a Laurel dostrzegła przebłysk różnych możliwości. A potem ją pocałował, to był jej pierwszy prawdziwy pocałunek, żarówka w głowie wybuchła i wszystko rozjarzyło się do białości.
Przesunęła się w miejsce, w którym Daphne ustawiła małe lusterko, i przyjrzała się czarnym kreskom namalowanym z benedyktyńską cierpliwością w kącikach oczu. Zadowolona, że są równe, przygładziła grzywkę i próbowała wyzbyć się uciążliwego, mdlącego uczucia, że zapomniała o czymś ważnym. Przypomniała sobie o ręczniku kąpielowym, kostium miała już pod sukienką. Powiedziała rodzicom, że pani Hodgkins potrzebuje jej w salonie na kilka dodatkowych godzin, bo trzeba pozamiatać i posprzątać.
Odwróciła się od lusterka i skubnęła skórkę przy paznokciu. Oszukiwanie nie leżało w jej naturze, była porządną dziewczyną, wszyscy tak mówili - nauczyciele, matki koleżanek, pani Hodgkins - ale czy miała jakiś wybór? Jak zdołałaby to wytłumaczyć matce i ojcu?
Wiedziała prawie na pewno, że jej rodzice nigdy nie doświadczyli miłości, choć tak bardzo lubili opowiadać, jak się poznali. Och, kochali się wystarczająco, ale to była bezpieczna miłość starszych ludzi, wyrażana masowaniem ramion i niezliczonymi filiżankami herbaty. Nie - Laurel westchnęła gorąco. Można z pewnością powiedzieć, że żadne z nich nigdy nie doświadczyło innego rodzaju miłości, tej z fajerwerkami, biciem serca i fizycznymi - zarumieniła się - pragnieniami.
Ciepły powiew wiatru przyniósł z oddali śmiech matki, a świadomość, jakkolwiek nikła, stania nad przepaścią we własnym życiu, wywołała w Laurel czułość. Kochana mama. To nie jej wina, że miała młodość zmarnowaną przez wojnę i dwadzieścia pięć lat, gdy poznała i poślubiła tatę. Wciąż wykorzystywała swój talent do robienia stateczków z papieru, gdy któreś z nich potrzebowało pocieszenia, a najważniejszym wydarzeniem lata było wygranie nagrody ufundowanej przez wiejski Klub Ogrodników i zamieszczenie jej zdjęcia w gazecie. (Nie tylko lokalnej, bo artykuł został sprzedany do londyńskiej prasy i ukazał się w dużym wydaniu specjalnym na temat wydarzeń regionalnych; ojciec Shirley, adwokat, z wielką przyjemnością wyciął artykuł z gazety i go przywiózł). Mama udawała zażenowanie i zaprotestowała, gdy tata przyczepił wycinek na nowej lodówce, ale robiła to bez przekonania i nie zdjęła go. Nie, ona była dumna ze swojej superdługiej fasoli wielokwiatowej, bardzo dumna, i właśnie to dawało Laurel do myślenia. Wypluła pokaźny kawałek paznokcia. W pewnym trudnym do określenia sensie sądziła, że lepiej jest oszukiwać osobę, która jest dumna z fasolki wielokwiatowej, niż zmuszać ją do akceptowania faktu, że świat się zmienił.
Nie miała zbytniego doświadczenia w oszukiwaniu. Członkowie rodziny Laurel byli ze sobą bardzo blisko, co podkreślały wszystkie jej koleżanki. Mówiły to jej w twarz i, jak wiedziała, za plecami. Zdaniem osób postronnych Nicolsonowie popełniali ten wielce podejrzany grzech, że najwyraźniej autentycznie się lubili. Jednak ostatnio sytuacja uległa zmianie. Chociaż Laurel zachowywała wszelkie pozory, uświadamiała sobie dziwny, nieznany dystans. Zmarszczyła lekko brwi, gdy letni wietrzyk zwiał jej na twarz kilka pasemek włosów. Wieczorami, kiedy siadywali wokół stołu w jadalni, ojciec rzucał te swoje słodkie, mało zabawne żarciki, a oni i tak się z nich śmiali, czuła się, jakby była na zewnątrz i zaglądała do środka, jakby pozostali siedzieli w wagonie pociągu, ukołysani znanym rodzinnym rytmem, a ona stała samotnie na peronie i patrzyła, jak odjeżdżają.
Tylko że to ona miała ich opuścić, i to wkrótce. Już wszystkiego się dowiedziała: musiała pojechać do Głównej Szkoły Aktorskiej. Zastanawiała się, co powiedzieliby rodzice, gdyby oświadczyła, że chce wyjechać. Żadne z nich nie było szczególnie bywałe w świecie - matka od narodzin Laurel nie wyjeżdżała nawet do Londynu - więc sama sugestia, że najstarsza córka rozważa przeprowadzkę do tego miasta, nie wspominając o podejrzanym życiu w teatrze, mogłaby przyprawić ich o apopleksję.
Mokre pranie poruszyło się na sznurze rozpiętym w dole. Jedna nogawka dżinsów, których tak nie znosiła babcia ("Wyglądasz wulgarnie, Laurel - nie ma nic gorszego niż dziewczyna, która się szlaja"), otarła się o drugą, płosząc kurę z jednym skrzydłem, która rozgdakała się i zaczęła biegać w kółko. Laurel wsunęła na nos okulary przeciwsłoneczne w białych oprawkach i oparła się o ścianę domku.
Problemem była wojna. Skończyła się szesnaście lat temu - całe jej życie - i świat poszedł do przodu. Teraz wszystko się zmieniło. Maski gazowe, mundury, kartki na żywność i cała reszta pasowały tylko do wielkiego starego kufra w kolorze khaki, który ojciec trzymał na strychu. Niestety niektórzy ludzie chyba nie zdawali sobie z tego sprawy, a konkretnie cała populacja tych, którzy mieli ponad dwadzieścia pięć lat.
Billy powiedział, że Laurel nie zdoła znaleźć słów, dzięki którym oni zrozumieją. Powiedział, że to się nazywa różnica pokoleń i nie ma sensu podejmować prób wyjaśniania czegokolwiek. Bo jest tak, jak mówi Alan Sillitoe w książce, którą Billy zawsze nosił w kieszeni: dorośli nie mają rozumieć swoich dzieci i robisz coś nie tak, jeśli jest inaczej.
W pierwszym odruchu Laurel - dobra dziewczynka, lojalna wobec rodziców - chciała się z nim nie zgodzić, ale zaraz jej przeszło. Zamiast tego przywołała w myślach niedawne wieczory, kiedy to udawało jej się wymknąć siostrom, zanurzyć w balsamiczny mrok, i z radiem ukrytym pod bluzką i mocno bijącym sercem wdrapać do domku na drzewie. Tam, samotnie, szybko nastawiała tranzystor na Radio Luxembourg, kładła się na plecach w ciemności i pozwalała otoczyć się dźwiękom. Gdy muzyka wsączała się w nieruchome wiejskie powietrze, zasnuwając odwieczny pejzaż najnowszymi piosenkami, Laurel przechodziły ciarki i czuła cudowne odurzenie na myśl, że jest częścią czegoś większego, ogólnoświatowej konspiracji, sekretnego ugrupowania. Nowe pokolenie ludzi, którzy słuchali radia dokładnie w tej samej chwili i rozumieli, że życie, świat, przyszłość gdzieś tam na nich czekają...
Laurel otworzyła oczy i wspomnienie prysło. Jednak pozostał po nim ciepły ślad, dziewczyna przeciągnęła się z zadowoleniem i zaczęła śledzić lot gawrona przecinającego zarys chmury.
Leć, ptaszku, leć. Ona też tak wyfrunie, tylko skończy szkołę. Podążyła wzrokiem za ptakiem i mrugnęła dopiero wtedy, gdy był punkcikiem na odległym błękicie, bo powiedziała sobie, że jeśli tego dokona, uda się jej nakłonić rodziców, by ujrzeli sprawy jej oczami, a przyszłość potoczy się gładko.
Oczy zaszły łzami triumfu i opuściła wzrok na dom: okno swojej sypialni, marcinki, które posadziły z mamą nad martwym ciałem biednego kota Constable'a, szpara między cegłami, w której, wstyd powiedzieć, zostawiała liściki dla wróżek.
Miała też mgliste wspomnienia z wcześniejszego okresu, gdy była bardzo mała i zbierała ślimaki na płyciźnie na wybrzeżu, każdego wieczoru jadła kolację we frontowym pokoju nadmorskiego pensjonatu babci, ale przypominały sen. Dom na wsi był jedynym domem, jaki znała. I chociaż sama nie chciała mieć fotela należącego do kompletu, lubiła patrzeć na rodziców, którzy każdego wieczoru rozsiadali się w swoich, lubiła wiedzieć, że gdy ona zasypia, oni rozmawiają za cienką ścianą, że wystarczy wyciągnąć rękę, by dotknąć którąś z sióstr.
Będzie za nimi tęskniła, kiedy wyjedzie.
Laurel zamrugała. Będzie za nimi tęskniła. Natychmiast to do niej dotarło. Ta pewność osiadła w żołądku jak kamień. Pożyczały jej ciuchy, łamały szminki, rysowały płyty, ale będzie za nimi tęskniła. Ten hałas i ciepło, ruch i sprzeczki, niezmierna radość. Były jak miot szczeniąt kłębiących się razem we wspólnej sypialni. Oszałamiały ludzi z zewnątrz i to je bawiło. Były Nicolsonównami, Laurel, Rose, Iris i Daphne, ogrodem córek, jak mawiał z rozrzewnieniem tato, gdy wypił o jedno piwko za dużo. Były dziewuchami z piekła rodem, jak mawiała babcia po ich wakacyjnych wizytach.
Teraz słyszała z daleka pokrzykiwania i piski, odległe odgłosy lata nad strumieniem. Coś wewnątrz niej ścisnęło się, jakby ktoś pociągnął za linę. Mogła je sobie wyobrazić, jakby zeszły ze scenki na jakimś obrazie. Spódnice zatknięte po bokach w majtki, siostry gonią się na płyciźnie; Rose uciekła na skałki, cienkie kostki poruszają się w wodzie, gdy szkicuje mokrym patyczkiem, Iris się zamoczyła i jest wściekła z tego powodu, a Daphne, z tymi swoimi skręconymi kędziorami, pokłada się ze śmiechu.
Kraciasty koc piknikowy pewnie jest rozłożony na trawiastym brzegu, a matka stoi w pobliżu, po kolana w wodzie, na zakręcie strumyka, gdzie nurt jest najszybszy, i puszcza zrobiony przed chwilą stateczek. Tata przygląda się z brzegu, ma podwinięte spodnie, papierosa w kąciku ust. Na jego twarzy pojawił się - Laurel mogła wyobrazić to sobie bardzo wyraźnie - ten charakterystyczny, lekko zdeprymowany wyraz, jakby ojciec nie mógł uwierzyć we własne szczęście, dzięki któremu życie przywiodło go w to właśnie miejsce, w tym właśnie czasie.
Przy stopach taty pluszcze się maluch, piszcząc i śmiejąc się, gdy pulchne rączki wyciągają się do stateczka mamy. Ich małe słoneczko...
Maluch. Oczywiście ma imię, mianowicie Gerald, ale nikt go tak nie nazywa. To przecież dorosłe imię, a on jest takim maleństwem. Kończy dziś dwa latka, ale jego buzia jest wciąż okrągła i pełna dołeczków, ma figlarne błyski w oczach i rozkosznie pulchne białe nóżki. Laurel czasem z trudem się powstrzymywała, by ich za mocno nie ścisnąć. Każda z sióstr chciała być jego ulubienicą i każda się za taką uważała, ale Laurel wiedziała, że twarzyczka malca najbardziej rozjaśniała się na jej widok.
To nie do pomyślenia, że traci choćby sekundę jego przyjęcia urodzinowego. Co ona sobie myśli, tak długo kryjąc się w domku na drzewie, zwłaszcza że zamierza wymknąć się później z Billym?
Laurel zmarszczyła brwi i odsunęła gorącą falę wyrzutów, którą szybko ochłodziła pewnym postanowieniem. Zaraz to wszystko naprawi: zejdzie na dół, zabierze nóż urodzinowy z kuchennego stołu i zaniesie prosto nad strumień. Będzie wzorową córką, doskonałą starszą siostrą. Jeśli wykona zadanie, zanim zegarek na ręku odmierzy dziesięć minut, zgromadzi dodatkowe punkty na wyimaginowanej tabeli wyników, którą zawsze w środku nosiła. Ciepły wietrzyk owionął jej nagie opalone stopy, gdy stanęła szybko na pierwszym szczeblu drabinki.
Później Laurel zastanawiała się, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby schodziła trochę wolniej. Może dałoby się zapobiec tej strasznej rzeczy, gdyby wykazała więcej ostrożności. Ale nie wykazała i nie zapobiegła. Spieszyła się i dlatego zawsze będzie w pewnym sensie obwiniała się o to, co nastąpiło potem. Jednak wtedy nie mogła się powstrzymać.
O ile wcześniej tak bardzo pragnęła samotności, o tyle teraz poczuła naglącą, zapierającą dech potrzebę bycia w samym centrum wydarzeń.
Ostatnio często tak bywało. Przypominała wiatrowskaz na szczycie dachu w Greenacres, jej emocje zmieniały się nagle, jak za powiewem wiatru. To było dziwne i czasem przerażające, ale też fascynujące. Jak niepewna jazda na rowerze po plaży.
W tym momencie okazało się to również szkodliwe, bo pragnąc jak najszybciej dołączyć do uczestników przyjęcia nad strumieniem, zaczepiła kolanem o drewnianą podłogę domku na drzewie. Obtarcie zabolało i Laurel się skrzywiła, a gdy spojrzała w dół, zobaczyła na kolanie krew, zadziwiająco czerwoną. Zamiast kontynuować schodzenie na dół, wspięła się z powrotem do domku, by obejrzeć skaleczenie.
Kiedy tak siedziała, gapiąc się na krwawiące kolano, przeklinając swój pośpiech i zastanawiając się, czy Billy zauważy brzydki strup oraz jak by go ukryć, dotarło do niej, że od strony zagajnika dobiegają jakieś odgłosy. Zwyczajny szelest, a jednak na tyle wyraźny na tle innych popołudniowych odgłosów, by przyciągnąć jej uwagę. Wyjrzała przez okno i zobaczyła Barnaby'ego, który sadził wielkie susy przez wysoką trawę, a jego jedwabiste uszy trzepotały jak skrzydła. Matka była tuż za nim, kroczyła łąką w stronę ogrodu w swojej letniej, własnoręcznie uszytej sukience. Maluch siedział wygodnie na jej biodrze, nóżki wystające ze śpioszków ze względu na upał miał gołe.
Chociaż byli jeszcze daleko, z powodu dziwnych figlów wiatru Laurel słyszała wyraźnie melodię, którą nuciła mama. Śpiewała tę piosenkę każdemu ze swoich dzieci. Maluch śmiał się radośnie i wołał "jeszcze! jeszcze!" (choć brzmiało to "jesie, jesie!"), a mama wspinała się palcami po jego brzuszku, by połaskotać go pod brodą. Ich wzajemne skupienie na sobie było tak całkowite, pojawienie się na zalanej słońcem łące tak idylliczne, że Laurel czuła zarówno radość wywołaną oglądaniem tej intymnej scenki, jak i zazdrość spowodowaną tym, że jest z niej wyłączona.
Gdy matka otworzyła furtkę i ruszyła w stronę domu, Laurel zrozumiała ze smutkiem, że przyszła po nóż do tortu.
Z każdym jej krokiem malały szanse Laurel na odkupienie. Przygnębiło ją to, a ponury nastrój powstrzymał przed zawołaniem matki albo zejściem na dół i przykuł ją do podłogi domku na drzewie. Siedziała więc tam, napawając się swym smutkiem, podczas gdy matka dotarła do domu i weszła do środka.
Jedna z obręczy hula-hoop upadła cicho na ziemię, a Laurel odebrała to jako gest solidarności. Postanowiła nie ruszać się z miejsca. Niech jeszcze trochę za nią potęsknią pójdzie nad strumień, gdy wróci jej odpowiedni nastrój. A tymczasem poczyta znów Urodziny Stanleya, wyobrażając sobie przyszłość daleko stąd, życie, w którym jest piękna, wyrafinowana, dorosła i bez strupów.
Ten człowiek, kiedy się pojawił, był zaledwie zamazaną smugą na horyzoncie, na najdalszym krańcu podjazdu. Laurel później nie mogła sobie przypomnieć, co skłoniło ją do podniesienia wzroku. Przez jedną straszną chwilę, gdy tylko zauważyła mężczyznę zbliżającego się do domu od tyłu, myślała, że to Billy, który pojawił się wcześniej i właśnie po nią idzie. Dopiero gdy ujrzała wyraźniej sylwetkę przybysza i uświadomiła sobie, że mężczyzna jest ubrany zupełnie inaczej - ciemne spodnie, koszula z podwiniętymi rękawami i czarny staroświecki kapelusz - odetchnęła z ulgą.
Ulgę natychmiast zastąpiła ciekawość. Do ich wiejskiego domu rzadko przybywali goście, szczególnie pieszo, choć w głowie Laurel zaświtało jakieś wspomnienie, kiedy patrzyła na zbliżającego się mężczyznę, dziwne wrażenie déja vu, którego w żaden sposób nie potrafiła umiejscowić. Laurel zapomniała, że się dąsa, i korzystając z luksusowego położenia w kryjówce, zaczęła się gapić.
Oparła łokcie na parapecie, podbródek na rękach. Wyglądał całkiem nieźle jak na starszego mężczyznę, a coś w jego postawie świadczyło o pewności siebie i determinacji. Oto facet, który nie musi się spieszyć. Na pewno nie był to nikt znajomy, żaden z przyjaciół ojca z wioski ani żaden z pracowników rolnych. Zawsze istniała możliwość, że to podróżny, który zabłądził i szuka wskazówek, ale ich dom byłby wątpliwym wyborem, bo znajdował się z dala od drogi. A może to Cygan albo jakiś włóczęga? Jeden z tych mężczyzn, którzy czasami zaglądali do nich w poszukiwaniu szczęścia i byli wdzięczni za każdą pracę, jaką tata im oferował? Albo - Laurel zadrżała na myśl o tym - to mógł być ten człowiek, o którym czytała w lokalnej gazecie i o którym dorośli rozmawiali tak nerwowo, bo nagabywał piknikowiczów i napędzał stracha kobietom oddalającym się samotnie za zakręt strumienia.
Laurel zadrżała, bo sama się przestraszyła, a potem ziewnęła. Mężczyzna nie był groźny, teraz zauważyła jego skórzaną torbę. To sprzedawca, który przyszedł powiedzieć matce o najnowszym komplecie encyklopedii, bez której nie mogli żyć.
Tak więc odwróciła wzrok.
Minęło parę minut, niezbyt wiele, i Laurel usłyszała gardłowe warczenie Barnaby'ego pod drzewem. Podkradła się do okna, a gdy wyjrzała ostrożnie nad parapetem, zobaczyła spaniela zastygłego w czujnej pozie na ceglanej ścieżce. Stał zwrócony w stronę podjazdu i patrzył na mężczyznę, który właśnie mocował się z żelazną furtką prowadzącą do ogrodu.
- Spokój, Barnaby! - zawołała mama z wnętrza domu. - Już wychodzimy.
Wynurzyła się z ciemnego holu, przystając w otwartych drzwiach, by wyszeptać coś dziecku do ucha, ucałowała pulchny policzek, a mały zachichotał.
Za domem, obok wybiegu dla kur, skrzypnęła furtka - zawiasy zawsze wymagały oliwienia - a pies znów zawarczał. Zjeżyły mu się włosy na grzbiecie.
- Barnaby, przestań - rzuciła mama. - Co w ciebie wstąpiło?
Mężczyzna wyłonił się zza rogu domu, a ona odwróciła ku niemu głowę. Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Dzień dobry - powiedział nieznajomy, przystając, by przycisnąć chusteczkę kolejno do obu skroni. - Ładną dziś mamy pogodę.
Twarzyczka dziecka rozjaśniła się z zachwytu na widok przybysza i maluch wyciągnął swoje pulchne rączki, rozwierając i zamykając dłonie w geście radosnego powitania. Temu zaproszeniu nikt nie potrafił się oprzeć. Mężczyzna wetknął chusteczkę do kieszeni i zrobił krok do przodu, unosząc lekko dłoń, jakby chciał namaścić malucha.
Matka poruszyła się z przerażającą szybkością. Zagarnęła dziecko, przyciskając je do piersi, a potem posadziła obcesowo na ziemi za sobą. Nagie nóżki zetknęły się ze żwirem, a dla dziecka, które znało tylko czułość i miłość, był to zbyt wielki szok. Przestraszony chłopczyk zaczął płakać.
Laurel ścisnęło się serce, ale czuła się jak zamrożona, nie była w stanie się ruszyć. Zjeżyły się jej włoski na karku. Patrzyła na twarz matki, na której pojawił się wyraz, jakiego Laurel nigdy wcześniej nie widziała. Uświadomiła sobie, że to strach. Mama się bała.
Efekt był porażający. Wszystkie pewniki obecne w życiu Laurel zmieniły się w dym i uleciały. Ich miejsce zajęła zimna trwoga.
- Witaj, Dorothy - powiedział mężczyzna. - Dawnośmy się nie widzieli.
Znał imię mamy. A więc to nie był nieznajomy.
Odezwał się znowu, lecz zbyt cicho, by Laurel mogła go usłyszeć, a matka lekko mu przytaknęła. Potem słuchała dalej, przechylając głowę na jedną stronę. Jej twarz uniosła się do słońca, a oczy zamknęły tylko na jedną sekundę.
To, co nastąpiło, stało się szybko.
Laurel na zawsze zapamięta ten płynny srebrzysty błysk, odbicie słońca na metalowym ostrzu. Ta chwila była piękna.
Potem nóż opadł w dół, ten nóż przeznaczony na specjalne okazje, i zanurzył się głęboko w piersi mężczyzny. Czas zwolnił, a następnie przyspieszył. Mężczyzna krzyknął, a jego twarz wykrzywiła się ze zdziwienia, bólu i przerażenia. Laurel patrzyła na jego ręce, które zbliżyły się do kościanej rączki noża, w miejscu gdzie krew plamiła koszulę. Widziała, jak mężczyzna pada na ziemię, a ciepły wietrzyk wlecze po ziemi jego kapelusz.
Pies głośno szczekał, dziecko siedzące na żwirze zanosiło się płaczem, twarzyczkę miało czerwoną i lśniącą od łez, jego małe serduszko pękało z żalu, ale do Laurel ledwie docierały te odgłosy. Słyszała je poprzez galop własnej pulsującej krwi, charkot własnego urywanego oddechu.
Nóż tkwił nienaruszony w piersi mężczyzny, a końcówka wstążki opadła przy kamieniach odgradzających klomb. To była ostatnia rzecz, jaką widziała Laurel, zanim przed jej oczami pokazały się błyskające gwiazdki, a potem wszystko zalała czerń.
4
Suffolk, 2011
Siostry Nicolson odjechały ze szpitala samochodem Iris. Chociaż Laurel była najstarsza, a więc tradycyjnie należało jej się uprzywilejowane miejsce z przodu, usiadła na tylnym siedzeniu oblepionym psią sierścią. Starszeństwo komplikowała dodatkowo sława, a po co inni mieliby myśleć, że się wywyższa. Zresztą i tak wolała siedzieć z tyłu. Zwolniona z obowiązku konwersacji mogła pogrążyć się we własnych myślach.
Deszcz ustał i teraz świeciło słońce. Laurel korciło, by spytać Rose o Vivien - słyszała to imię wcześniej, była tego pewna, a nawet więcej, wiedziała, że łączyło się jakoś z tym strasznym dniem w roku sześćdziesiątym pierwszym - ale na razie siedziała cicho. Zainteresowanie Iris, raz rozbudzone, mogło okazać się przytłaczające, a Laurel nie była gotowa na stawienie czoła przesłuchaniu. Gdy siostry paplały o niczym na przednim siedzeniu, patrzyła na migające za oknem pola. Okna były zamknięte, ale niemal czuła zapach świeżo skoszonej trawy i słyszała pokrzykiwania kawek. Krajobraz z dzieciństwa zawsze porusza bardziej od innych. Nieważne, gdzie to jest ani jak wygląda, widoki i odgłosy wpisują się inaczej niż te napotkane później. Stają się niezbywalną częścią człowieka.
Ostatnich pięćdziesiąt lat wyparowało i Laurel ujrzała samą siebie mknącą jak duch wzdłuż żywopłotów na zielonym rowerze Malvern Star z jedną z sióstr balansującą na kierownicy. Skóra zbrązowiała od słońca, blond włoski na nogach, kolana w strupach. To było tak dawno temu. To było wczoraj.
- Dla telewizji?
Laurel uniosła wzrok i zobaczyła, że Iris mruga do niej w lusterku wstecznym.
- Słucham?
- Ten wywiad, przez który byłaś zajęta.
- A, ten. Właściwie to seria wywiadów. W poniedziałek będę nagrywać jeszcze jeden.
- Tak, Rose mówiła, że wcześnie wracasz do Londynu. Czy to dla telewizji?
Laurel mruknęła potwierdzająco.
- To taki film biograficzny, mniej więcej godzinny. Będą tam też wywiady z innymi osobami - reżyserami, aktorami, z którymi pracowałam - zmontowane z fragmentami starych filmów, materiałami z dzieciństwa...
- Słyszałaś, Rose? - żachnęła się Iris. - Materiały z dzieciństwa... - Uniosła się nieco na siedzeniu, by Laurel lepiej ujrzała w lusterku jej nachmurzoną minę. - Proszę, byś nie udostępniała rodzinnych fotek, na których występuję półnaga bądź naga.
- Szkoda - powiedziała Laurel, zdejmując biały włos ze swoich czarnych spodni. - Stracę najlepszy materiał. O czym teraz będę mówiła?
- Każ skierować kamerę na siebie, a zapewne coś wymyślisz.
Laurel ukryła uśmiech. Ostatnio ludzie byli wobec niej tak czołobitni; sprzeczka ze specjalistką od dogryzania poprawiała jej samopoczucie.
Jednak Rose, która zawsze wolała spokój, zaczynała się denerwować.
- Patrzcie! - zawołała, wymachując rękami na widok zrównanego z ziemią terenu pod zabudowę na obrzeżach miasteczka. - Miejsce na nowy supermarket. Wyobrażacie sobie? Tak jakby nie wystarczyły te trzy, co już są.
- No tak, ze wszystkich głupot.
Kiedy złość Iris została zręcznie przekierowana na inny obiekt, Laurel mogła rozsiąść się wygodnie i znów wyglądać przez okno. Jechały przez miasteczko, trzymając się High Street, która wreszcie zwęziła się i zamieniła w wiejską drogę, a potem pokonywały jej łagodne zakręty. Ich sekwencja była tak znajoma, że Laurel mogłaby zamknąć oczy, a i tak wiedziałaby dokładnie, gdzie się znajduje. Rozmowa z przodu ucichła, gdy droga się zwęziła, a drzewa rosły gęściej. Wreszcie Iris włączyła kierunkowskaz i skręciła w podjazd oznaczony nazwą Greenacres.
Dom stał tam gdzie zawsze, czyli na szczycie wzniesienia, okna wychodziły na łąkę. Nic dziwnego, przecież domy mają zwyczaj zostawania tam, gdzie zostały postawione. Iris zaparkowała na płaskim placyku, na którym stał stary morris minor taty, dopóki mama wreszcie nie postanowiła go sprzedać.
- Te okapy są już bardzo zniszczone - zauważyła Laurel.
Rose przyznała jej rację.
- Dom smutno przez nie wygląda, prawda? Chodź, pokażę ci, gdzie ostatnio zaczęło przeciekać.
Laurel zamknęła drzwi samochodu, ale nie podążyła za siostrami, które przeszły przez furtkę. Włożyła ręce do kieszeni i stała prosto, obejmując wzrokiem całość - począwszy od ogrodu po popękane nadstawki kominowe i wszystko pomiędzy. Parapet, przez który spuszczały Daphne w koszu; balkon, na którym zawieszały stare zasłony z sypialni, by stworzyć łuk proscenium; stryszek, gdzie Laurel nauczyła się palić.
Nagle przyszła jej do głowy myśl, że dom ją pamięta. Nie uważała siebie za romantyczkę, ale to poczucie było bardzo silne. Przez chwilę miała wrażenie, że ta kombinacja desek, czerwonych cegieł komina, pstrokatych dachówek i okien na poddaszu, wybitych pod dziwnymi kątami, ma pamięć. Czuła, że dom obserwuje ją teraz przez każdą szybkę, mknie w tył poprzez lata, by skojarzyć tę starą kobietę w designerskim kostiumie z młodą dziewczyną, która snuła marzenia o Jamesie Deanie. Ciekawe, co dom sądził o osobie, jaką się stała.
Oczywiście to idiotyczne - on w ogóle nie myślał. Domy nie pamiętają ludzi, nic nie pamiętają. To ona pamiętała dom, a nie na odwrót. Jak mogłaby go nie pamiętać? Był jej domem rodzinnym, od kiedy skończyła dwa latka; żyła tu do siedemnastego roku życia. Minęło wiele czasu, odkąd odwiedziła go po raz ostatni. Nawet przy mniej więcej regularnych wizytach w szpitalu, nigdy nie zaglądała do Greenacres, bo wciąż miała coś pilnego na głowie. Laurel rzuciła okiem na domek na drzewie. Bo zawsze starała się być zajęta.
- Wprawdzie długo cię tu nie było, ale chyba nie zapomniałaś, gdzie są drzwi! - zawołała Iris z holu wejściowego. Zniknęła we wnętrzu domu, ale jej głos niósł się w powietrzu. - Nie mów mi, że czekasz, aż wyjdzie kamerdyner, który wniesie twoje bagaże!
Laurel przewróciła oczami jak nastolatka, podniosła walizkę i ruszyła ku domowi. Szła tą samą kamienną ścieżką, którą odkryła jej matka pewnego jasnego letniego dnia sześćdziesiąt parę lat wcześniej...
Dorothy Nicolson uznała Greenacres za miejsce odpowiednie do założenia rodziny, gdy tylko je ujrzała. Nie zamierzała szukać domu. Wojna skończyła się kilka lat wcześniej, nie mieli wartych wzmianki funduszy, a jej teściowa zgodziła się łaskawie wynająć im pokój we własnym pensjonacie (oczywiście w zamian za określone obowiązki - nie była przecież instytucją dobroczynną!). Dorothy i Stephen wybrali się tylko na piknik.
To był rzadki wolny dzień w środku lipca - tym bardziej wyjątkowy, że matka Stephena zgodziła się zostać z małą Laurel. Zbudzili się o świcie, wrzucili kosz i pled na tylne siedzenie, po czym ruszyli morrisem minorem na zachód z zamiarem skręcania w dowolną wiejską drogę, na jaką powiedzie ich kaprys. Robili tak przez jakiś czas - jej dłoń na jego nodze, jego ręka zarzucona na jej ramiona, ciepłe powietrze wpadające przez otwarte okna - i pewnie dalej by tak jechali, gdyby nie złapali gumy.
Jednak tak właśnie się stało, więc zwolnili i zjechali na pobocze, by znaleźć uszkodzenie, widoczne zresztą gołym okiem: gwóźdź wystający z gumy, który zrobił sporą dziurę.
Byli młodzi, zakochani, rzadko mieli czas dla siebie, więc dzień nie okazał się całkiem stracony, jak mogłoby się stać w innych okolicznościach. Podczas gdy mąż zmieniał koło, Dorothy przechadzała się po trawiastym zboczu, szukając płaskiego miejsca do rozłożenia piknikowego pledu. I właśnie wtedy weszła na szczyt wzniesienia i ujrzała dom Greenacres.
To nie były przypuszczenia ze strony Laurel. Wszystkie dzieci Nicolsonów znały na pamięć historię nabycia Greenacres. Sceptycznie nastawiony stary rolnik podrapał się po głowie, gdy Dorothy zastukała do jego drzwi, w salonie, w którym poczęstował ją herbatą. W kominku ptaki uwiły sobie gniazdo, dziury w podłodze zakrywały deski niby wąskie mosty. A najważniejsze, że nikt nie podawał w wątpliwość natychmiastowej pewności matki, że musi tam zamieszkać.
Dom, jak wyjaśniała im wiele razy, przemówił do niej, ona posłuchała, i okazało się, że rzeczywiście bardzo dobrze się rozumieją. Greenacres to była władcza stara dama, oczywiście nieco wyniszczona, na swój sposób zbzikowana - ale cóż, nie dziwota. Dorothy widziała, że zniszczenia skrywają dawną wielką świetność. Dom był dumny i samotny, żywił się śmiechem dzieci, miłością rodzinną, zapachem jagnięciny w rozmarynie dochodzącym z piecyka. Stara dama była dobra, uczciwa do kości i pragnęła patrzeć raczej w przód niż za siebie, powitać nową rodzinę i dorastać wraz z nią, przyjąć z radością jej nowe zwyczaje. Laurel po raz pierwszy uderzyła myśl, że ten opis domu słyszany od matki mógł być autoportretem.
Laurel wytarła buty na wycieraczce na progu i weszła do środka. Deski podłogowe skrzypiały znajomo, meble stały tam, gdzie powinny, a jednak czuło się, że coś się zmieniło. W gęstym powietrzu unosił się zapach, którego wcześniej nie było. Stęchlizna, pomyślała Laurel, i nic dziwnego - dom stał zamknięty, od kiedy Dorothy poszła do szpitala. Rose wpadała tu od czasu do czasu, gdy tylko mogła oderwać się od obowiązków związanych z opieką nad wnukami, a jej mąż Phil też starał się, jak mógł, ale nic nie zastąpi stałego zamieszkania. To niepokojące, pomyślała Laurel, powstrzymując dreszcz, jak szybko można wymazać czyjąś obecność, jak szybko cywilizacja ustępuje dziczy.
Upomniała siebie, że ma nie być taką cholerną ponuraczką, i dołożyła swoje bagaże, z przyzwyczajenia, do stosu pod stolikiem w holu. Potem bezmyślnie powędrowała do kuchni. Tu odrabiało się lekcje, tu przyklejano plastry i wylewano łzy nad złamanymi sercami. Było to pierwsze miejsce, do którego każdy kierował się po wejściu do domu. Rose i Iris już tam siedziały.
Rose włożyła wtyczkę do kontaktu obok lodówki. Zatarła dziarsko ręce.
- Może zrobię nam herbaty?
- Nie może być nic lepszego - powiedziała Iris, zsuwając czółenka i rozprostowując palce w czarnych rajstopach jak niecierpliwa baletnica.
- Przywiozłam wino - oznajmiła Laurel.
- Oprócz tego. Daruj sobie tę herbatę.
Podczas gdy Laurel poszła po butelkę, którą miała w walizce, Iris wyjęła kieliszki z kredensu.
- Rose? - Wzniosła kieliszek, mrugając mocno nad oprawką swoich kocich okularów. Jej oczy miały ten sam ciemnoszary kolor co jej ścięte na pazia włosy.
- Och. - Rose z niepokojem zerknęła na tarczę swojego zegarka. - Och, sama nie wiem, dopiero po piątej...
- Daj spokój, kochana Rosie - powiedziała Laurel, gmerając w szufladzie, pełnej nieco lepkich sztućców, w poszukiwaniu korkociągu. - Jest w nim mnóstwo antyoksydantów. - Wygrzebała wreszcie korkociąg i przycisnęła lepkie palce do siebie. - Praktycznie rzecz biorąc, to napój leczniczy.
- Cóż... no dobrze.
Laurel wyciągnęła korek i zaczęła rozlewać. Z przyzwyczajenia ustawiła kieliszki w rządku, by nalać do wszystkich po równo. Uśmiechnęła się, gdy się na tym przyłapała - taki powrót do dzieciństwa. W każdym razie Iris będzie zadowolona. Sprawiedliwość może być kwestią sporną dla całego rodzeństwa, ale dla tych "pośrodku" jest zwykle obsesją. "Przestań liczyć, kwiatuszku", mawiała matka. "Nikt nie lubi dziewcząt, które zawsze oczekują więcej, niż mają inni".
- Tylko odrobinę, Lol - poprosiła ostrożnie Rose. - Nie chcę się wstawić, zanim przyjedzie Daphne.
- A więc odezwała się do ciebie? - Laurel podała najpełniejszy kieliszek Iris.
- Tuż przed naszym wyjazdem ze szpitala, nie mówiłam wam? Jejku, ta moja pamięć! Będzie przed szóstą, jeśli nie utknie w korkach.
- Skoro jest tak blisko, chyba muszę zakrzątnąć się wokół jakiejś kolacji - oświadczyła Iris, otwierając spiżarkę i przyklękając na stołku, by sprawdzić, co się jeszcze nadaje do jedzenia. - Bo jak zostawię to wam, będziemy musiały obejść się tostami i herbatą.
- Pomogę ci - zaoferowała się Rose.
- Nie, nie - Iris zbyła ją machnięciem, nawet się nie odwracając. - Nie trzeba.
Rose spojrzała na Laurel, która podała jej kieliszek z winem, i gestem wskazała drzwi. Nie było sensu się spierać. To należało do uświęconej rodzinnej tradycji: Iris zawsze gotowała oraz czuła się wykorzystywana, a one pozwalały jej napawać się męczeństwem w ramach siostrzanej przysługi.
- No cóż, skoro nalegasz - powiedziała Laurel, dolewając sobie jeszcze trochę pinota.
Podczas gdy Rose wybrała się na górę, by sprawdzić, czy w pokoju Daphne wszystko w porządku, Laurel wyszła z winem na zewnątrz. Wcześniejszy deszcz oczyścił powietrze i wzięła głęboki oddech. Jej wzrok padł na huśtawkę ogrodową, więc usiadła na ławeczce, łagodnie odpychając się obcasami. Huśtawka była prezentem od nich wszystkich na osiemdziesiąte urodziny matki, a Dorothy natychmiast oświadczyła, że trzeba ją zawiesić pod wielkim starym dębem. Nikt nie wspomniał wówczas, że są miejsca w ogrodzie, z których roztacza się o wiele ładniejszy widok. To, na co patrzyło się z huśtawki, dla kogoś obcego było jedynie pustą łąką, ale wszyscy w rodzinie Nicolsonów rozumieli, że ta nijakość jest iluzoryczna. Gdzieś wśród tych falujących traw było miejsce, w którym ich ojciec przewrócił się i umarł.
Pamięć jest zwodnicza. Laurel przeniosła się we wspomnieniach dokładnie w to miejsce, przywołała tamto popołudnie, gdy osłaniając ręką bystre nastoletnie oczy przed słońcem, lustrowała łąkę, wypatrując ojca, który miał wrócić z pracy. Nie mogła się doczekać, kiedy do niego podbiegnie, ujmie go pod ramię i pójdzie z nim do domu. We wspomnieniach patrzyła, jak ojciec maszeruje po murawie, przystaje, by spojrzeć na zachodzące słońce, dostrzega różową podszewkę chmur i mówi jak zawsze: "Słońce tonie w różu, raduj się pasterzu". Potem nagle cały sztywnieje, zachłystuje się powietrzem, chwyta ręką za serce, potyka się i pada.
Ale wcale tak nie było. Gdy to się stało, znajdowała się na drugim końcu świata, miała pięćdziesiąt sześć, a nie szesnaście lat, i ubierała się na ceremonię rozdania nagród w Los Angeles, zastanawiając się, czy będzie jedyną osobą, której twarz nie została podreperowana wypełniaczami i poczciwą botuliną. Nie miała pojęcia o śmierci ojca, dopóki Iris nie zadzwoniła i nie zostawiła wiadomości na automatycznej sekretarce.
Nie, to inny mężczyzna upadł i umarł na jej oczach pewnego słonecznego popołudnia, gdy miała szesnaście lat.
Laurel potarła zapałkę i przypaliła sobie papierosa, patrząc ze zmarszczonymi brwiami na horyzont, po czym wepchnęła paczkę z powrotem do kieszeni. Dom i ogród były zalane słońcem, ale odległe pola za łąką, już pod lasem, skrywał cień. Przez zwieńczenie siedziska huśtawki, które było wykonane z kutego żelaza, zerknęła w górę, gdzie w gęstwinie liści można było dostrzec podłogę domku na drzewie. Drabinka też wciąż tam była, kawałki drewna przybite do pnia, kilka się przekrzywiło. Ktoś udrapował sznur błyszczących różowych i fioletowych koralików na końcu jednego szczebla, pewnie któreś z wnuków Rose, pomyślała.
Tego dnia Laurel zeszła na dół bardzo powoli.
Zaciągnęła się mocno papierosem i przywołała te chwile w pamięci. Z trudem łapiąc oddech w domku na drzewie, po jakimś czasie doszła do siebie i od razu przypomniała sobie mężczyznę, nóż, przerażoną twarz matki. Natychmiast wygramoliła się z powrotem na drabinkę.
Gdy stanęła na ziemi, przez jakiś czas trwała nieruchomo, ściskając kurczowo obiema rękami szczebel, który miała przed sobą, i opierając czoło o pień drzewa, bezpieczna w nieruchomej ciszy tej chwili, zastanawiała się z wahaniem, gdzie ma teraz iść i co robić. O dziwo, przyszło jej na myśl, że powinna pójść nad strumień, dołączyć do sióstr i małego braciszka, ojca z klarnetem i speszonym uśmiechem na ustach.
Chyba właśnie wtedy zorientowała się, że już ich nie słyszy.
Ruszyła więc w stronę domu ze spuszczonymi oczami, stawiając bose stopy na nagrzanych kamieniach na ścieżce. Był moment, gdy zbłądziła spojrzeniem w bok i wydawało jej się, że zauważyła coś dużego i białego obok rabatki kwiatowej, coś, czego nie powinno tam być, ale schyliła tylko głowę, odwróciła wzrok i przyspieszyła kroku, popychana dziką dziecięcą nadzieją, że jeśli nie spojrzy i nie zobaczy, dotrze do domu i przejdzie przez próg, to wszystko potoczy się dalej jak zwykle.
Oczywiście była w szoku, ale wcale tak się nie czuła. Chronił ją jakiś nadnaturalny spokój, jakby miała na sobie pelerynę, magiczną pelerynę, dzięki której można wymykać się do rzeczywistości jak postać z bajki, która opuszcza stronę książki i przybywa do zamku, gdzie wszyscy śpią. Zatrzymała się, by podnieść hula-hoop, a potem weszła do środka.
W domu panowała niesamowita cisza. Słońce zsunęło się za dach i hol wejściowy pogrążył się w mroku. Czekała w otwartych drzwiach, aż oczy przywykną do ciemności. Rozległ się dziwny trzask wydawany przez ochładzające się żelazne rynny, odgłos oznaczający lato, wakacje i długie ciepłe godziny zmierzchu z ćmami trzepoczącymi się wokół lamp.
Spojrzała na pokryte dywanem schody i skądś wiedziała, że sióstr nie ma na górze. Zegar w holu odmierzał kolejne sekundy, a jej przemknęła przez głowę myśl, że wszyscy gdzieś sobie poszli - mama, tata, razem z małym - i zostawili ją samą z tym czymś pod białym prześcieradłem. Dreszcz przeszedł jej po plecach. A potem z salonu dobiegł jakiś łomot, Laurel odwróciła głowę i ujrzała ojca stojącego przy wygasłym kominku. Był dziwnie sztywny, jedną rękę trzymał przy boku, a drugą, zwiniętą w pięść, uderzył w drewniany gzyms kominka i powiedział:
- Na litość boską, moja żona ma szczęście, że żyje.
Potem Laurel usłyszała głos mężczyzny, który musiał stać gdzieś za drzwiami, bo go nie widziała.
- Doceniam wagę tego faktu, panie Nicolson, ale proszę wziąć pod uwagę, że jedynie wykonujemy swoją pracę.
Podeszła bliżej na palcach i zatrzymała się w miejscu, gdzie nie docierało światło wylewające się z pokoju. Matka siedziała w fotelu i tuliła dziecko w ramionach. Mały spał. Laurel mogła dostrzec jego profil cherubinka, pulchny policzek przyciśnięty do ramienia matki.
W pokoju było jeszcze dwóch mężczyzn - łysiejący facet siedzący na sofie i młody człowiek, który stał pod oknem i robił notatki. Policjanci, pomyślała. Oczywiście, że to policjanci. Wydarzyło się coś potwornego. Białe prześcieradło w zalanym słońcem ogrodzie.
Straszy mężczyzna powiedział:
- Czy go pani rozpoznała, pani Nicolson? Czy spotkała go pani wcześniej? Czy to ktoś, kogo pani kiedykolwiek widziała, choćby z daleka?
Matka nic nie odpowiedziała, a przynajmniej nie na tyle głośno, by można było ją usłyszeć. Szeptała coś w kark niemowlęcia, jej usta poruszały się łagodnie przy jego delikatnych włosach. Tata przemówił głośno w jej imieniu.
- Oczywiście, że nie - oświadczył. - Przecież już wam powiedziała, że nigdy nie widziała go na oczy. Jeśli chcecie znać moje zdanie, powinniście porównać jego twarz z rysopisem faceta, o którym pisano w gazetach, tego, który napastował ludzi na piknikach.
- Zapewniam, że sprawdzimy wszystkie tropy, panie Nicolson. Na razie jednak mamy trupa w państwa ogrodzie i jedynie wersję pana żony na temat tego, skąd tam się wziął.
Tata od razu się najeżył.
- Ten człowiek zaatakował moją żonę. To była samoobrona.
- Czy był pan świadkiem zdarzenia, panie Nicolson?
W głosie starszego policjanta pojawiła się nuta zniecierpliwienia, co przeraziło Laurel. Zrobiła kilka kroków w tył. Nie wiedzieli, że ona tu jest. Nie ma potrzeby, by się o tym dowiedzieli. Mogła wycofać się chyłkiem, wspiąć się po schodach, tak by nie nastąpić na skrzypiący stopień, zwinąć w kłębek na łóżku. Mogła pozostawić im tajemnicze machinacje świata dorosłych i pozwolić, by znaleźli ją, gdy już z nimi skończą, a wtedy powiedzą jej, że wszystko załatwione.
- Spytałem, czy pan tam był, panie Nicolson? Czy widział pan, jak to się stało?
Jednak Laurel ciągnęło do tego pokoju zalanego światłem lamp w kontraście do ciemnego holu, fascynował żywy obraz w jego wnętrzu, robiły na niej wrażenie poważny ton ojca, jego postawa. Zawsze chciała we wszystkim uczestniczyć, rwała się do pomocy, choć wcale o nią nie proszono, prześladowała ją obawa, że może przegapić coś ważnego.
Była w szoku. Potrzebowała ludzi. Nie mogła się powstrzymać. Nie zważając na nic, wyszła zza drzwi i wkroczyła na środek sceny.
- Ja tam byłam - powiedziała. - Widziałam go.
Tata podniósł wzrok zaskoczony. Spojrzał szybko na żonę, a potem znów na córkę. Gdy się odezwał, jego głos zabrzmiał inaczej niż przed chwilą, był chropawy, urywany, niemal przechodził w syk.
- Laurel, daj spokój.
Wszystkie oczy spoczęły na niej: mamy, taty, obu mężczyzn. Następne słowa były kluczowe i Laurel o tym wiedziała.
Unikając wzroku ojca, zaczęła:
- Ten mężczyzna wyszedł zza domu. Próbował chwycić dziecko.
Tak zrobił, czyż nie? Była przekonana, że to właśnie widziała. Ojciec zmarszczył brwi.
- Laurel... - zaczął.
Teraz mówiła szybciej, stanowczo. (A czemu nie? Nie była dzieckiem wymykającym się do swego pokoju w oczekiwaniu, że dorośli wszystko naprawią. Była jedną z nich, miała rolę do odegrania, była ważna). Reflektor punktowy zaświecił mocniej i Laurel napotkała oczy starszego mężczyzny.
- Wywiązała się walka. Widziałam to. Mężczyzna zaatakował moją matkę, a potem... potem upadł.
Przez minutę nikt się nie odzywał. Laurel spojrzała na matkę, która nie szeptała już do niemowlęcia, tylko patrzyła gdzieś ponad jego głową, w jakiś punkt za ramieniem córki. Ktoś zaparzył herbatę. Laurel zapamiętała ten szczegół na wszystkie lata. Ktoś przygotował herbatę, ale nikt jej nie wypił. Na stolikach zauważyła nietknięte filiżanki, jedna stała nawet na parapecie. Zegar w holu tykał.
Wreszcie ten łysawy poruszył się na sofie i odchrząknął.
- Laurel, tak?
- Tak, proszę pana.
Tata ze świstem wypuścił powietrze, jakby ktoś przekłuł balon. Wskazał gestem Laurel i powiedział:
- Moja córka. - Wydawał się przybity. - Najstarsza.
Człowiek siedzący na sofie przyjrzał jej się, a potem jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, który jednak nie dotarł do oczu.
- Chodź tutaj, Laurel - odezwał się. - Usiądź i zacznij od początku. Opowiedz o wszystkim, co zobaczyłaś.
3
Londyn, maj 1941
Dorothy Smitham zbiegła na dół, wołając "dobranoc" do pani White i szamocząc się z rękawami palta. Gdy mijała gospodynię, ta zamrugała ochoczo za grubymi szkłami okularów, w nadziei na kontynuację niekończącej się rozprawy o dziwactwach sąsiadów, lecz Dolly się przy niej nie zatrzymała. Zwolniła nieco tylko po to, by przejrzeć się w lustrze w holu 1 szczypaniem przywołać róż na policzki. Zadowolona z tego, co zobaczyła, otworzyła drzwi i wypadła w gęsty z powodu zaciemnienia mrok. Spieszyła się, tej nocy nie miała czasu na ceregiele ze strażą miejską. Jimmy na pewno już jest w restauracji, a ona nie chciała, by czekał. Tyle mieli do omówienia - co zabrać, co zrobią, gdy dotrą na miejsce, kiedy powinni wyruszyć...
Dolly uśmiechnęła się z przejęciem, sięgając do głębokiej kieszeni płaszcza, i obróciła w palcach rzeźbioną figurkę. Dostrzegła ją poprzedniego dnia na wystawie lombardu, to był drobiazg, ale sprawił, że pomyślała o nim, a teraz, bardziej niż kiedykolwiek, gdy w Londynie pojawiały się wciąż nowe gruzy, należało mówić ludziom, jak wiele znaczą. Dolly nie mogła się doczekać, kiedy mu da upominek - wyobrażała sobie wyraz jego twarzy, gdy go zobaczy, a on się uśmiechnie, przygarnie ją do siebie i powie, jak zawsze, jak bardzo ją kocha. Malutki drewniany Mr Punch to niezbyt wiele, ale był doskonałym prezentem; Jimmy uwielbiał nadmorskie angielskie klimaty. Oboje kochali wybrzeże.
- Przepraszam? - Zupełnie niespodziewanie w ciemności rozległ się kobiecy głos.
- Tak? - odpowiedziała Dorothy, a w jej głosie odbiło się zdziwienie.
Widocznie ta kobieta zauważyła ją, gdy smuga światła wylała się na krótko przez uchylone drzwi.
- Czy może mi pani pomóc? Szukam numeru dwadzieścia cztery.
Pomimo zaciemnienia, które sprawiało, że była niewidoczna, Dolly nawykowo wskazała gestem drzwi za sobą.
- Ma pani szczęście - odparła. - To właśnie tutaj. Obawiam się, że nie ma akurat pokoi do wynajęcia, ale wkrótce coś się zwolni.
Konkretnie rzecz biorąc, jej własny pokój (o ile można to nazwać pokojem). Wzięła papierosa w usta i potarła zapałkę.
- Dolly?
Dolly zmrużyła oczy w ciemności. Kobieta zbliżała się do niej, słychać było szybki chód, a kiedy podeszła już blisko, powiedziała:
- O tak, to ty. Dzięki Bogu. Poznajesz mnie?
- Vivien? - rozpoznała głos, tak dobrze znany, ale teraz jakby inny.
- Bałam się, że cię nie zastanę, że dotrę za późno.
- Za późno na co? - wykrztusiła Dolly. Nie umawiały się na ten wieczór. - O co chodzi?
- O nic... - Vivien się roześmiała, a ten jej śmiech, metaliczny i niepokojący, sprawił, że Dolly przeszedł dreszcz po plecach. - To znaczy, o wszystko.
- Piłaś? - Dolly nigdy nie widziała, by Vivien się tak zachowywała; zniknęły zwykłe pozory elegancji, doskonała samokontrola.
Kobieta nie odpowiedziała wprost. Kot sąsiadów zeskoczył z pobliskiego murku, lądując głośno na klatce z królikami pani White. Vivien podskoczyła, a potem wyszeptała:
- Musimy porozmawiać, natychmiast.
Dolly zagrała na zwłokę, zaciągając się mocno papierosem. Kiedy indziej z przyjemnością odbyłaby z nią rozmowę od serca, ale nie teraz, nie tego wieczoru. Niecierpliwiła się, bo chciała już iść.
- Nie mogę - powiedziała. - Ja właśnie...
- Dolly, proszę...
Dolly sięgnęła do kieszeni i obróciła w palcach drewnianą laleczkę. Jimmy na pewno już jest na miejscu, zastanawia się, gdzie ona jest, patrzy na drzwi za każdym razem, gdy się otwierają, spodziewając się ją zobaczyć. Bardzo nie chciała, by musiał czekać, zwłaszcza teraz. Jednak Vivien, która pojawiła się niespodziewanie na jej progu, była taka poważna, zdenerwowana, oglądała się za siebie i błagała o rozmowę, twierdząc, że to bardzo ważna sprawa. Dolly westchnęła, niechętnie się poddając. Nie mogła zostawić Vivien, szczególnie gdy ta była tak rozstrojona.
Powiedziała sobie, że Jimmy zrozumie, że w jakiś dziwny sposób też polubił Vivien. I wtedy podjęła decyzję, która miała okazać się brzemienna w skutki dla nich wszystkich.
- Chodź - powiedziała, gasząc papierosa i delikatnie ujmując smukłe ramię Vivien. - Wejdźmy do środka.
Gdy znalazły się wewnątrz i wspinały po schodach na górę, Dolly pomyślała nagle, że może Vivien przyszła ją przeprosić. Tylko tak potrafiła sobie wytłumaczyć jej poruszenie i utratę panowania nad sobą. Vivien, z tym swoim bogactwem i klasą, nie należała do kobiet skłonnych do przeprosin. To przypuszczenie zdenerwowało Dolly. Nie potrzebowała przeprosin, jeśli o nią chodzi, całe to żałosne zdarzenie należało już do przeszłości. Wolałaby nigdy o nim nie wspominać.
Doszły na sam koniec korytarza i Dolly otworzyła drzwi swojego pokoju. Gdy przekręciła wyłącznik, rozbłysła blado goła żarówka, wydobywając z mroku wąskie łóżko, szafkę i popękaną umywalkę z kapiącym kranem. Dolly poczuła zażenowanie, kiedy nagle spojrzała na swój pokój oczami Vivien. Jakże nędzny musiał jej się wydawać po mieszkaniu, do którego przywykła, tego olśniewającego domu przy Campden Grove, z żyrandolami ze szklanych tub i narzutami ze skóry zebry.
Zdjęła znoszony płaszcz i odwróciła się, by powiesić go na haczyku za drzwiami.
- Przepraszam za ten zaduch - rzuciła, siląc się na lekki ton. - Nie ma okna, co jest praktycznym rozwiązaniem przy zaciemnieniu, ale kiepsko z wentylacją.
Chciała nieco rozluźnić atmosferę, wprowadzić się w lepszy nastrój, ale nic z tego. Myślała tylko o Vivien, która stała za nią i rozglądała się za czymś do siedzenia.
- Niestety nie mam też krzesła.
Od paru tygodni zamierzała je sobie sprawić, ale w tych ciężkich czasach, gdy postanowili z Jimmym oszczędzać każdego pensa, uznała, że może się jednak obejść bez takich wygód.
Odwróciła się i na widok twarzy Vivien od razu zapomniała o brakach w umeblowaniu.
- O Boże - wyjąkała, a oczy rozszerzyły jej się, kiedy zauważyła zasiniony policzek przyjaciółki. - Co ci się stało?
- Nic. - Vivien, która zaczęła krążyć po pokoiku, zbyła ją niecierpliwym machnięciem. - Miałam po drodze mały wypadek. Wpadłam na słup latarni. Jak zwykle gnałam za szybko.
To prawda, Vivien zawsze za szybko chodziła. To było dziwactwo, które Dolly raczej lubiła. Uśmiechała się, widząc taką wytworną, świetnie ubraną kobietę pędzącą jak nastolatka. Jednak tego wieczoru wszystko robiło inne wrażenie. Ubranie Vivien było niedopasowane, miała oczko w pończosze, włosy w nieładzie...
- Chodź - powiedziała Dolly, prowadząc przyjaciółkę do łóżka, zadowolona, że tak starannie je rano pościeliła. - Siadaj.
W tej samej chwili rozległo się wycie syren przeciwlotniczych i Dolly zaklęła pod nosem. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebowały. Tutejszy schron był koszmarny: wszyscy ściśnięci jak sardynki, wilgotne podłoże, wstrętny smród, histeria pani White, a teraz, z Vivien w tym stanie...
- Nie przejmuj się tym - rzuciła Vivien, jakby czytając w myślach Dolly. Nagle przemówiła głosem pani domu, nawykłej do wydawania poleceń. - Zostań, to jest ważniejsze.
Ważniejsze niż ukrycie się w schronie? Serce Dolly zabiło niespokojnie.
- Chodzi o pieniądze? - spytała. - Mam ci je zwrócić?
- Nie, nie, zapomnij o pieniądzach.
Modulowany wizg syreny był ogłuszający i wywoływał w Dolly narastający niepokój, którego nie mogła zagłuszyć. Nie wiedziała dlaczego dokładnie, ale czuła, że się boi. Nie chciała być tutaj, nawet z Vivien. Chciała pędzić po ciemnych ulicach tam, gdzie czekał na nią Jimmy.
- Jimmy i ja... - zaczęła, a Vivien natychmiast wpadła jej w słowo.
- Tak - powiedziała, a jej twarz rozjaśniła się, jakby właśnie sobie coś przypomniała. - Tak, Jimmy.
Skołowana Dolly pokręciła głową. Co z Jimmym? Vivien bredziła bez sensu. Może ją też powinna zabrać - mogłyby razem tam pognać, podczas gdy ludzie umykali do schronów. Pobiegłyby prosto do Jimmy'ego - on wiedziałby, co robić.
- Jimmy - powtórzyła Vivien głośno. - Dolly, jego już nie ma...
W tym momencie syrena ucichła i słowa "nie ma" przetoczyły się po pokoju. Dolly czekała na dalsze wyjaśnienia Vivien, ale zanim je usłyszała, ktoś zaczął mocno walić w drzwi.
- Doll, jesteś tam? - To była Judith, jedna z mieszkanek pensjonatu, która zbiegła zdyszana z góry. - Schodzimy do schronu.
Dolly nic nie odpowiedziała i ani ona, ani Vivien nie ruszyły do wyjścia. Zaczekała, aż kroki na korytarzu ucichną, po czym pospiesznie usiadła obok przyjaciółki.
- Coś ci się pomyliło - powiedziała szybko. - Widziałam go wczoraj i mamy się spotkać dziś wieczorem. Wyjeżdżamy razem, nie pojechałby beze mnie...
Mogłaby jeszcze wiele dodać, ale tego nie zrobiła. Vivien patrzyła na nią i coś w jej spojrzeniu sprawiło, że Dolly nie czuła się już taka pewna. Wygrzebała papierosa z torebki i przypaliła go, trzymając w drżących palcach.
Vivien mówiła dalej, i gdy rozległ się warkot pierwszego bombowca, Dolly zaczęła się zastanawiać, czy istnieje choć nikła możliwość, że Vivien ma rację. To zdawało się nie do pomyślenia, ale niecierpliwość w jej głosie, dziwne zachowanie i te rzeczy, które mówiła... Dolly poczuła zawroty głowy; w pokoju było gorąco, nie mogła wyrównać oddechu.
Paliła łapczywie, a fragmenty relacji Vivien tonęły w gonitwie jej własnych myśli. Bomba spadła gdzieś w pobliżu, wybuchając głośno, a pokój wypełnił świst, od którego rozbolały Dolly uszy i stanęły jej włoski na karku. Kiedyś lubiła być na zewnątrz w czasie nalotów, wydawało jej się to podniecające, wcale się nie bała. Ale nie była już tą głupiutką dziewczyną, a tamte beztroskie dni zdawały się bardzo odległe. Rzuciła okiem na drzwi, pragnąc, by Vivien przestała już mówić. Powinny zejść do schronu albo pójść do Jimmy'ego, zamiast siedzieć tu i czekać. Chciała biec, ukryć się gdzieś, zniknąć.
Gdy panika Dolly narastała, niepokój Vivien zdawał się maleć. Teraz mówiła spokojnie, cicho wypowiadała informacje, których Dolly słuchała z wielkim trudem: o liście i zdjęciu, 0 złych ludziach, niebezpiecznych ludziach, którzy ruszyli na poszukiwania Jimmy'ego. Plan spalił na panewce, powiedziała Vivien, to było upokarzające; Jimmy nie mógł dotrzeć do restauracji, czekała na niego, lecz nie przyszedł, właśnie wtedy zrozumiała, że naprawdę go nie ma...
Nagle rozproszone fragmenty złożyły się w całość i oszołomiona Dolly wszystko zrozumiała.
- To moja wina - wydusiła niemal szeptem. - Ale ja... nie wiem, jak... to zdjęcie... postanowiliśmy tego nie robić, uznaliśmy, że nie ma potrzeby, już nie...
Przyjaciółka wiedziała, o czym ona mówi, to z powodu Vivien odstąpiono od planów. Dolly sięgnęła po jej rękę.
- Tego nie było w planie, a teraz Jimmy...
Vivien kiwała głową, jej twarz wyrażała współczucie.
- Słuchaj - powiedziała. - To ważne. Oni wiedzą, gdzie mieszkasz, i przyjdą po ciebie.
Dolly nie chciała w to uwierzyć, była przerażona. Gorące łzy spłynęły jej po policzkach.
- To moja wina. - Usłyszała, że znów powtarza swoje słowa. - To wszystko przeze mnie.
- Dolly, proszę. - Nadciągnęła nowa fala bombowców, a Vivien musiała krzyczeć, by być słyszana, gdy kurczowo ściskała ręce Dolly. - Obie jesteśmy winne. Ale teraz to i tak bez znaczenia. Oni wkrótce tu będą. Pewnie są już w drodze. Dlatego przyszłam.
- Ale ja...
- Musisz natychmiast opuścić Londyn i nie wolno ci tu wracać. Nigdy nie przestaną cię szukać...
Po kolejnym wybuchu cały budynek zatrząsł się w posadach. Bomby padały bliżej i choć w pokoju nie było okien, nie wiadomo skąd błysnęło i pomieszczenie zalało upiorne światło, o wiele jaskrawsze od mdłego ćmienia gołej żarówki.
- Czy masz jakichś krewnych, do których mogłabyś pojechać? - naciskała Vivien.
Dolly pokręciła głową, choć właśnie stanął jej przed oczami obraz jej rodziny: matka i ojciec, biedny braciszek, wtedy, w dawnych czasach. Gdzieś w pobliżu przeleciała ze świstem bomba, a z ziemi odpowiedziały jej wystrzały.
- A przyjaciół? - Vivien przekrzykiwała wybuchy.
Dolly znów pokręciła głową. Nie miała już nikogo, na kim mogłaby polegać, nikogo oprócz Vivien i Jimmy'ego.
- Czy jest jakieś miejsce, gdzie możesz wyjechać? - Kolejna bomba była tak głośna, że Dolly musiała czytać z ust Vivien, gdy ta błagała: - Zastanów się, Dolly, musisz coś wymyślić.
Zamknęła oczy. Czuła zapach pożaru, bomba zapalająca musiała uderzyć w pobliżu, pewnie strażacy już ją gasili za pomocą przenośnych pomp. Dolly słyszała jakieś krzyki, ale zacisnęła mocniej powieki i spróbowała się skoncentrować. Jej myśli rozpierzchły się jak rozsypany gruz, umysł stał się ciemnym labiryntem, nic nie widziała. Podłoże pod stopami było poszarpane, powietrze zbyt gęste, by nim oddychać.
- Dolly?
Nadleciało jeszcze więcej samolotów, teraz myśliwce, nie tylko bombowce, a Dolly wyobraziła sobie siebie na dachu Campden Grove, gdy patrzy, jak nurkują i pikują po niebie, śledzone przez zielone światła szperaczy, a do tego jeszcze pożary w oddali. Kiedyś to wszystko zdawało się takie ekscytujące.
Przypomniała sobie tę noc z Jimmym, kiedy spotkali się w Klubie 400, tańczyli i śmiali się, a potem wracali do domu w czasie nalotu, razem. Dałaby wszystko, by wrócić do tych chwil, leżeć obok niego, szeptać w ciemności, podczas gdy padały bomby, snuć wspólne plany na przyszłość, rozmawiać o domu na wsi, dzieciach, które będą mieli, życiu nad morzem. Nad morzem...
- Odpowiedziałam na ofertę pracy - oznajmiła nagle, podnosząc głowę. - Kilka tygodni temu. Jimmy ją znalazł.
List od pani Nicolson z pensjonatu Błękit Morza leżał na stoliczku przy jej poduszce. Dolly chwyciła go i podała drżącą ręką Vivien.
- Tak. - Vivien przebiegła wzrokiem ofertę. - Doskonale. Właśnie tam musisz pojechać.
- Nie chcę jechać sama. My...
- Dolly!
- Mieliśmy jechać razem. Nie tak to zaplanowaliśmy. Miał na mnie czekać.
Dolly się rozpłakała. Vivien wyciągnęła ku niej ręce, a ponieważ obie wykonały ruch ku sobie w tej samej chwili, kontakt był nieoczekiwanie gwałtowny.
Vivien nie przeprosiła, twarz miała poważną. Również się bała, Dolly to zauważyła, ale odsunęła własne lęki na bok, jak zrobiłaby starsza siostra, przybierając surowy, pełen miłości ton, który Dolly pragnęła teraz najbardziej usłyszeć.
- Dorothy Smitham - powiedziała. - Musisz natychmiast wyjechać z Londynu.
- Nie dam rady.
- Nieprawda. Jesteś twarda.
- Ale Jimmy...
Kolejna bomba spadła ze świstem i eksplodowała. Okrzyk przerażenia wydarł się z ust Dolly, zanim zdołała go powstrzymać.
- Dość tego. - Vivien mocno ujęła twarz Dolly w obie dłonie i tym razem to wcale nie bolało. W jej oczach było wiele czułości. - Ja wszystko rozumiem. Ty, Jimmy, wasza miłość... Ale teraz musisz mnie posłuchać.
W jej spojrzeniu było coś niezwykle uspokajającego i Dolly udało się odciąć od odgłosu pikującego samolotu, ostrzału artylerii przeciwlotniczej, potwornych myśli o budynkach i ludziach miażdżonych na miazgę.
Przytuliły się i Dolly słuchała dalej tego, co mówiła Vivien.
- Idź zaraz na stację i kup sobie bilet. Musisz... - Bomba spadła w pobliżu z ogłuszającym dudnieniem i Vivien na chwilę zesztywniała, a potem szybko ciągnęła: - Wsiądź do pociągu i jedź prosto na miejsce. Nie oglądaj się za siebie. Przyjmij tę pracę, potem znów się gdzieś przenieś i staraj się szczęśliwie żyć, mieć dobre życie.
Dobre życie. O tym właśnie rozmawiali Dolly i Jimmy. Przyszłość, dom na wsi, roześmiane dzieci i szczęśliwe kury... Łzy płynęły po policzkach Dolly, gdy Vivien powiedziała:
- Musisz już iść. - Teraz ona również płakała, bo oczywiście wiedziała, że będzie jej brakować Dolly - obie będą za sobą tęsknić. - Skorzystaj z tej drugiej szansy, Dolly. Pomyśl jak o nowej możliwości. Po tym wszystkim, przez co przeszłaś, po tym, co straciłaś...
I teraz Dolly już wiedziała, choć trudno było się z tym pogodzić, że Vivien ma rację - trzeba jechać. Jakaś jej cząstka chciała krzyknąć: nie!, zwinąć się w kłębek i łkać za rzeczami, które utraciła, za wszystkim, co w jej życiu nie potoczyło się tak, jak na to liczyła, ale nie zrobiła tego. Nie mogła.
Vivien powiedziała, że Dolly jest twarda, a przecież ona wie, co mówi - sama pozbierała się jakoś po swoich wcześniejszych ciężkich doświadczeniach i stworzyła sobie nowe życie. A skoro Vivien potrafiła to zrobić, Dolly też może. Wiele wycierpiała, ale nadal ma po co żyć - znajdzie sobie takie cele. To jest czas, gdy należy wykazać się odwagą, Dolly może być lepsza niż kiedykolwiek przedtem. Robiła rzeczy, na których wspomnienie ogarniał ją wstyd; wspaniałe pomysły były jedynie głupimi dziewczęcymi mrzonkami, wszystkie obróciły się w popiół w jej palcach, ale każdy zasługuje na drugą szansę, każdy jest wart przebaczenia, nawet ona - Vivien tak powiedziała.
- Tak zrobię - oświadczyła, gdy seria bomb padała z ciężkim łoskotem. - Wyjadę.
Żarówka zamigotała, ale nie zgasła. Zakołysała się na przewodzie, rzucając cienie na ściany. Dolly wyciągnęła małą walizkę. Nie zwracała uwagi na ogłuszający hałas na zewnątrz, dym, który sączył się z ulicznych pożarów, mgiełkę, która drażniła jej oczy.
Niewiele zamierzała spakować. Nie miała zresztą dużo rzeczy. Tego, co rzeczywiście chciała wziąć z pokoju, nie mogła ze sobą zabrać. Dolly zawahała się na myśl o tym, że zostawi Vivien; pamiętała, co przyjaciółka napisała jej w Piotrusiu Panu: "Prawdziwy przyjaciel jest jak światło w mroku", i łzy znów napłynęły jej do oczu.
Ale nie miała wyboru - musiała jechać. Przyszłość rozpościerała się przed nią: druga szansa, nowe życie. Musiała po prostu ją chwycić i nie oglądać się za siebie. Pojechać nad morze, jak planowali, i zacząć wszystko od nowa.
Teraz ledwie już słyszała samoloty na zewnątrz, spadające bomby, odpowiedź ognia artyleryjskiego. Ziemia drżała przy każdym wybuchu i z sufitu sypał się gipsowy pył. Łańcuch na drzwiach zagrzechotał, ale Dolly nic nie zauważyła. Spakowała walizkę - była gotowa do wyjazdu.
Wstała, patrząc na Vivien, i pomimo twardego postanowienia zawahała się.
- A co będzie z tobą? - spytała i przez chwilę zdawało jej się, że mogłyby pojechać razem, że może jednak Vivien wybierze się wraz z nią.
W pewnym sensie to byłoby doskonałe rozwiązanie, najwłaściwsze - obie odegrały swoją rolę, i nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby Dolly i Vivien się nie spotkały.
Oczywiście to była głupia myśl - Vivien nie potrzebowała drugiej szansy. Przecież tutaj miała wszystko, czego tylko mogła zapragnąć. Cudowny dom, majątek, urody aż nadto...
Vivien podała Dolly ofertę pracy pani Nicolson i uśmiechnęła się przez łzy na pożegnanie. Każda z nich w głębi serca wiedziała, że widzą się po raz ostatni.
- Nie martw się o mnie - powiedziała Vivien, gdy zadudnił im nad głowami bombowiec. - Poradzę sobie. Wrócę do domu.
Dolly ścisnęła kurczowo list i skinąwszy stanowczo głową, ruszyła ku swemu nowemu życiu. Nie miała pojęcia, co przyniesie przyszłość, ale nagle postanowiła wyjść jej naprzeciw.
2
Suffolk, 2011
W Suffolk padał deszcz. W jej wspomnieniach z dzieciństwa nigdy nie padało. Szpital był po drugiej stronie miasta, a samochód wlókł się wolno po usianej kałużami High Street, aż wreszcie skręcił na podjazd i się zatrzymał. Laurel wyjęła puderniczkę, otworzyła ją, by przejrzeć się w lusterku, i podciągnęła skórę jednego policzka do góry, patrząc spokojnie, jak zmarszczki zbierają się, a potem opadają, gdy je uwalnia. Powtórzyła to samo po drugiej stronie. Ludzie uwielbiali jej zmarszczki. Tak mówiła jej agentka, rozpływali się nad nimi dyrektorzy castingu, makijażystki nuciły o nich z ukontentowaniem, wymachując swoimi pędzlami i epatując młodością. Przed paroma miesiącami jedna z internetowych gazet rozpisała ankietę, zachęcając czytelników, by głosowali na "Ulubioną twarz kraju" i Laurel znalazła się na drugim miejscu. Jej zmarszczki, mówiono, sprawiają, że ludzie czują się bezpiecznie.
No i bardzo dobrze. Jednak ona czuła się przez nie staro. Pomyślała, że przecież jest stara, i zatrzasnęła puderniczkę. I to nie stara a la pani Robinson. Minęło już dwadzieścia pięć lat, od kiedy grała w Absolwencie w Teatrze Narodowym. Jak to się stało? Ktoś przyspieszył cholerny zegar, kiedy nie patrzyła, ot co.
Kierowca otworzył drzwi i odprowadził ją do wejścia pod wielkim czarnym parasolem.
- Dziękuję, Mark - powiedziała, gdy stanęła pod markizą. - Czy znasz adres, spod którego masz mnie odebrać w piątek?
Postawił jej małą walizkę i strząsnął parasol.
- Dom wiejski po drugiej stronie miasta, wąska droga, podjazd na samym końcu. Czy godzina druga nadal pani odpowiada?
Powiedziała, że tak, a on skinął głową i szybko podszedł w deszczu do drzwi po stronie kierowcy. Samochód ruszył, a ona patrzyła, jak odjeżdża, i zapragnęła nagle przyjemnej monotonii długiej podróży w ciepłym aucie mknącym gdzieś po mokrej autostradzie. Pojechać gdziekolwiek, byle nie być tutaj.
Laurel zmierzyła wzrokiem drzwi, ale nie weszła do środka. Zamiast tego wyjęła papierosy, zapaliła jednego i zaciągnęła się z łapczywością, która wykluczała dostojność. Miała za sobą okropną noc. Śniła jej się matka, to miejsce, siostry, gdy były dziećmi, Gerry jako chłopczyk. Mały poważny chłopiec, który trzyma własnoręcznie wykonany blaszany prom kosmiczny i mówi jej, że kiedyś wynajdzie pojazd do podróży w czasie i użyje go, by wrócić i wszystko naprawić. Czyli co? - spytała we śnie. No jak to, oczywiście to wszystko, co poszło źle - może z nim pojechać, jeśli chce.
Chciałaby.
Drzwi szpitala otworzyły się ze świstem i ze środka wyskoczyły dwie pielęgniarki. Jedna z nich spojrzała na Laurel i jej oczy rozszerzyły się, gdy ją rozpoznała. Laurel skinęła głową w formie powitania, rzuciła niedopałek, a pielęgniarka nachyliła się, szepcząc coś do ucha koleżanki.
Rose czekała przy rzędzie krzeseł w holu i przez krótką chwilę Laurel patrzyła na nią jak nieznajoma. Siostra miała na sobie fioletową, robioną na szydełku narzutkę, przytrzymywaną z przodu przez różową kokardę, a jej niesforne włosy, teraz srebrne, były splecione w luźny warkocz przerzucony przez ramię. Laurel poczuła ukłucie nieznośnego wzruszenia na widok plastikowego zacisku od torebki na chleb, który przytrzymywał końcówkę warkocza siostry.
- Rosie - powiedziała, skrywając uczucia za fasadą jowialnej serdeczności i trochę siebie za to nienawidząc. - Boże, całe wieki się nie widziałyśmy. Wciąż się mijamy.
Uściskały się, a Laurel zaskoczył zapach lawendy, znajomy, ale zupełnie nie na miejscu. Pasował do letnich wakacyjnych popołudni w pensjonacie Błękit Morza należącym do babci Nicolson, a nie do jej młodszej siostry.
- Tak się cieszę, że dałaś radę przyjechać - powiedziała Rose, ściskając ręce Laurel, zanim powiodła ją korytarzem.
- Nie mogłabym opuścić takiej uroczystości.
- Oczywiście.
- Przyjechałabym wcześniej, gdyby nie ten wywiad.
- Wiem.
- I zostałabym na dłużej, gdyby nie próby. Za dwa tygodnie ruszają zdjęcia do filmu.
- Wiem. - Rose jeszcze mocniej ścisnęła rękę Laurel, jakby dla położenia nacisku. - Mama będzie zachwycona, że w ogóle się zjawiłaś. Jest z ciebie taka dumna, Lol. Jak my wszyscy.
Zachwyty członków rodziny wprawiają raczej w zakłopotanie, więc Laurel zignorowała te słowa.
- A co z resztą?
- Jeszcze nie przyjechali. Iris utknęła w korkach, a Daphne przyleci po południu. Przyjedzie do domu prosto z lotniska. Zadzwoni z drogi.
- A Gerry? Jaki jest przewidywany czas jego przybycia?
To był żart i nawet Rose, ta miła Nicolsonówna, jedyna, która nie drażniła się ot tak dla zasady, nie mogła powstrzymać się od chichotu. Ich brat potrafił konstruować kalendarze przewidziane na kosmiczny dystans, by obliczyć poczynania odległych galaktyk, ale gdy prosiło się go, by ustalił czas swego przyjazdu, był skołowany.
Skręciły za róg i ujrzały drzwi z wizytówką "Dorothy Nicolson". Rose sięgnęła do klamki, po czym się zawahała.
- Muszę cię ostrzec, Lol - powiedziała. - Mama bardzo się posunęła od czasu twojej ostatniej wizyty. Miewa lepsze i gorsze momenty. Przez chwilę jest taka jak dawniej, a zaraz potem... - Usta Rose zadrżały, chwyciła długi sznur swoich korali. Dalej mówiła ściszonym głosem. - Czasem ma mętlik w głowie, Lol, bywa przybita, mówi różne rzeczy dotyczące przeszłości, które nie zawsze rozumiem. Pielęgniarki twierdzą, że to nic nie znaczy, że zdarza się często, gdy ludzie są w mamy stanie. Dają jej wtedy tabletki, które ją uspokajają, ale jest po nich półprzytomna. Dziś nie oczekiwałabym zbyt wiele.
Laurel skinęła głową. Gdy w zeszłym tygodniu dzwoniła, by dowiedzieć się o stan matki, lekarz powiedział jej mniej więcej to samo. Wygłosił litanię nużących eufemizmów - koniec wyścigu, czas, by odpowiedzieć na ostateczne wezwanie, długi sen - w dodatku tak przesłodzonym głosem, że Laurel nie mogła się powstrzymać. "Chce pan powiedzieć, doktorze, że moja matka umiera?", spytała królewskim tonem, dla samej satysfakcji usłyszenia, jak lekarz się krztusi. Nagroda była słodka, lecz cieszyła się nią krótko, tylko do chwili, gdy udzielił odpowiedzi.
Tak.
Najbardziej zdradliwe ze słów.
Rose pchnęła drzwi.
- Patrz, kogo znalazłam, mamusiu - powiedziała, a Laurel przyłapała się na tym, że wstrzymuje oddech.
W dzieciństwie Laurel bała się różnych rzeczy. Ciemności, zombie, dziwnych mężczyzn, którzy w strasznych opowieściach babci Nicolson czyhali za rogiem na małe dziewczynki i robili im niewyobrażalne rzeczy. (Jakie rzeczy? Niewy-obra-żalne. Zawsze tak mówiła, a groźba była tym bardziej przerażająca z powodu braku szczegółów, mglistej sugestii na temat tytoniu, potu i włosów w dziwnych miejscach). Babcia była tak przekonująca, że Laurel wiedziała, iż prędzej czy później ta posępna przepowiednia się ziści.
Czasami jej najgorsze lęki się kumulowały i budziła się z krzykiem w nocy, bo na przykład zombie z ciemnej szafy podglądał ją przez dziurkę od klucza, czekając na odpowiedni moment, by wprowadzić w czyn swe straszne zamiary.
- Cicho, ptaszku - uspokajała ją pewnego razu matka. - To tylko sen. Musisz nauczyć się odróżniać rzeczy prawdziwe od wymyślonych. To nie zawsze jest łatwe, ja sama bardzo długo się tego uczyłam. Za długo. - Potem usadowiła się przy Laurel w łóżku i spytała: - Opowiedzieć ci historię o dziewczynce, która uciekła z domu i została cyrkówką?
Trudno uwierzyć, że kobieta, której obecność gromiła wszelkie nocne koszmary, była tą samą bladą istotą przykutą do szpitalnego łóżka. Laurel sądziła, że jest na to przygotowana. Przeżyła śmierć kilku przyjaciół, wiedziała, jak wygląda jej nadejście, dostała nagrodę Brytyjskiej Akademii Sztuk Filmowych i Telewizyjnych za rolę kobiety w ostatnim stadium raka. Ale to było co innego. To była mama. Laurel zapragnęła odwrócić się i uciec.
Jednak tego nie zrobiła. Rose stojąca obok półki z książkami skinęła głową dla dodania jej otuchy, a Laurel weszła w rolę oddanej córki składającej wizytę. Podeszła szybko do matki i ujęła jej wiotką dłoń.
- Cześć - powiedziała. - Witaj, kochana.
Dorothy zatrzepotała powiekami i jej oczy na chwilę się otworzyły, a potem znów zamknęły. Oddychała nadal słabo i rytmicznie, gdy Laurel składała pocałunki na obu przypominających papier policzkach.
- Coś ci przywiozłam. Nie wytrzymam z tym do jutra. - Odłożyła swoje rzeczy i wyciągnęła mały pakunek z torebki. Zrobiła konwencjonalną pauzę, a potem zaczęła odpakowywać prezent. - To szczotka do włosów - ciągnęła, obracając w palcach srebrny przedmiot. - Ma bardzo miłe włosie, chyba z dzika. Znalazłam ją w antykwariacie w Knightsbridge. Poprosiłam, by wygrawerowano na niej twoje inicjały. Chcesz, bym cię uczesała?
Raczej nie oczekiwała odpowiedzi, i żadnej nie otrzymała. Laurel lekko przesunęła szczotką po delikatnych białych pasmach, które tworzyły wokół twarzy matki koronę spoczywającą na poduszce. Te włosy kiedyś były grube, ciemnobrązowe, a teraz jakby rozpływały się w powietrzu.
- Proszę - powiedziała, kładąc szczotkę na półce, tak by światło padło na ozdobne D. - Proszę bardzo.
Rose najwidoczniej była zadowolona, bo podała jej album, który zdjęła z półki, i gestem pokazała, że idzie na korytarz, by przygotować herbatę.
W rodzinie każdy miał jakąś rolę, taka była rola Rose, a jej inna. Laurel usadowiła się w jakimś chyba ortopedycznym fotelu stojącym u wezgłowia matki i ostrożnie otworzyła stary album. Pierwsza fotografia była czarno-biała, pokryta ciemnymi punkcikami zasnuwającymi całą powierzchnię. Wyłaniała się spod nich młoda kobieta z włosami przewiązanymi chustką, uwieczniona w pozie zaskoczenia. Odrywając oczy od tego, czym się akurat zajmowała, podniosła rękę, jakby chcąc odgonić fotografa. Uśmiechała się lekko, z mieszaniną rozdrażnienia i rozbawienia, jej usta zastygły, wypowiadając jakieś zapomniane słowa. Laurel zawsze lubiła myśleć, że to pewnie był jakiś żart, dowcipna uwaga rzucona do osoby za obiektywem. Prawdopodobnie był to jeden z licznych gości babci: jakiś komiwojażer, samotny urlopowicz, cichy urzędnik w wypastowanych butach, przeczekujący wojnę na bezpiecznej posadzie. Za kobietą można było dostrzec linię spokojnego morza, jeśli wiedziało się, że ono tam jest.
Laurel przytrzymała poziomo album nad nieruchomym ciałem matki i zaczęła:
- A więc to ty, mamo, w pensjonacie babci Nicolson. Jest rok czterdziesty czwarty i wojna ma się ku końcowi. Syn pani Nicolson jeszcze nie wrócił do domu, ale wkrótce się zjawi. Za niecały miesiąc pani Nicolson wyśle cię do miasteczka z kartkami na żywność, a kiedy wrócisz z zakupami, przy stole kuchennym zastaniesz żołnierza, mężczyznę, którego nigdy wcześniej nie spotkałaś, ale którego rozpoznałaś ze zdjęcia stojącego w ramce na kominku. W chwili waszego spotkania jest starszy niż na zdjęciu i smutniejszy, ale ubrany tak samo, w mundur w kolorze khaki, uśmiecha się do ciebie, a ty od razu wiesz, że jest tym, na którego czekałaś.
Laurel przewróciła stronę, używając kciuka, by spłaszczyć plastikowy róg żółknącego arkusza oddzielającego strony. Kruszył się ze starości.
- Wzięłaś ślub w sukni uszytej własnoręcznie z koronkowych zasłon, które za twoją namową babcia Nicolson poświęciła z wyposażenia pokoju dla gości na piętrze. Brawo, kochana mamo, wyobrażam sobie, że nie było łatwo ją do tego przekonać. Wszyscy wiemy, jak babcia ceniła tkaniny dekoracyjne. W noc przed ceremonią rozpętała się burza i obawiałaś się, że dzień ślubu będzie deszczowy. Jednak nie padało. Wzeszło słońce, wiatr odegnał chmury i ludzie mówili, że to dobry omen. Jednak wy woleliście się dodatkowo zabezpieczyć: oto pan Hatch, kominiarz, stojący u stóp schodów kościoła. Z wielką chęcią wyświadczył wam tę przysługę. A za pieniądze, które dał mu tata, kupił nowe buty dla najstarszego syna.
W ostatnich miesiącach nigdy nie miała pewności, czy matka słucha, ale miła pielęgniarka powiedziała, że nie ma powodu, by sądzić inaczej. Czasami, przeglądając album, Laurel pozwalała sobie puścić wodze fantazji - oczywiście bez przesady, ale gdy wyobraźnia podsuwała jej różne wątki, chętnie za nią podążała. Iris tego nie aprobowała, powiedziała, że opowieść o życiu jest dla matki istotna i Laurel nie ma prawa jej ubarwiać, ale lekarz tylko wzruszył ramionami, gdy dowiedział się o tym wykroczeniu, i stwierdził, że ważne jest samo mówienie, a nie prawdziwość słów. Odwrócił się do Laurel i mrugnął do niej porozumiewawczo.
- Kto jak kto, ale pani może sobie pozwolić na odejście od prawdy, panno Nicolson - zauważył.
Chociaż wziął jej stronę, Laurel nie spodobało się założenie, że działają w zmowie. Korciło ją, by zaznaczyć różnicę pomiędzy przedstawieniem scenicznym a oszustwem w życiu, i powiedzieć bezczelnemu lekarzowi ze zbyt czarnymi włosami i zbyt białymi zębami, że w obu wypadkach prawda ma znaczenie, ale uznała, że nie ma sensu rozmawiać o pryncypiach z człowiekiem, który nosi w kieszonce koszuli długopis w kształcie kija golfowego.
Przeszła na kolejną stronę albumu i znalazła, jak zwykle, serię własnych zdjęć z okresu niemowlęctwa. Opowiedziała szybko o swoich wczesnych latach - maleńka Laurel śpiąca w dziecinnym łóżeczku stojącym pod ścianą, na której wymalowano gwiazdy i wróżki, krzywiąca się w ramionach matki, trochę podrośnięta, człapiąca na tłustych nóżkach po płyciźnie na plaży - aż doszła do miejsca, gdy skończyło się wyliczanie, a rozpoczęło wspominanie. Przewróciła stronę, wywołując w pamięci wrzawę i śmiech. Czy to przypadek, że jej własne wspomnienia są tak silnie związane z pojawieniem się siostrzyczek, będących jak kamienie, po których można przejść na drugą stronę strumienia? Tarzające się w trawie, machające z okna domku na drzewie, stojące w rządku przed domem Greenacres - ich domem - wyszczotkowane, utrefione, wypastowane i pocerowane na jakąś zapomnianą okazję?
Gdy urodziły się jej siostry, Laurel przestały prześladować koszmary senne. A raczej się zmieniły. Nie było już wizyt zombie, potworów ani dziwnych mężczyzn, którzy w ciągu dnia mieszkali w kredensie. Zamiast tego zaczęła śnić o nadciągającej fali przypływu, końcu świata albo o tym, że zaczyna się nowa wojna, a ona musi samodzielnie zapewnić młodszym siostrom bezpieczeństwo. Wyraźnie wbiły jej się w pamięć słowa matki, powtarzane, gdy Laurel była dziewczynką: "Opiekuj się siostrami. Jesteś najstarsza, nie zaniedbuj ich". Wówczas nie przyszło jej do głowy, że matka może mówić to na podstawie własnych doświadczeń; że za tym ostrzeżeniem krył się jej wieloletni żal z powodu śmierci młodszego brata, który zginął podczas bombardowania w drugiej wojnie światowej. Dzieci potrafią być tak skupione na sobie, zwłaszcza te szczęśliwe. A dzieci Nicolsonów były szczęśliwsze od większości swoich rówieśników.
- Oto my w czasie Wielkanocy. Daphne siedzi na wysokim krzesełku, a więc to musi być rok pięćdziesiąty szósty. Tak, zgadza się. Widzisz, Rose ma rękę w gipsie, tym razem lewą. Na drugim planie widać, że Iris się wygłupia, szczerzy zęby w uśmiechu, ale zaraz mina jej zrzednie. Pamiętasz? Właśnie tego popołudnia zrobiła nalot na lodówkę i wyssała wszystkie szczypce krabowe, które tata poprzedniego dnia przywiózł z wyprawy wędkarskiej.
To był jedyny raz, gdy Laurel widziała ojca rozwścieczonego. Nieco oszołomiony drzemką i słońcem zajrzał do lodówki, bo naszła go ochota na słodkie mięso krabowe, ale znalazł tylko puste skorupki. Nadal miała przed oczami Iris chowającą się za sofą - w jedynej kryjówce, w której mogła ignorować groźby ojca, że sprawi jej lanie (czcze pogróżki, a jednak przerażające). Nie chciała stamtąd wyjść i błagała każdego, kto chciał jej słuchać, by zmiłował się nad nią i - proszę, błagam - wsunął za sofę egzemplarz Pippi Langstrumpf. Rozczuliło ją to wspomnienie. Zapomniała, jaka zabawna potrafi być Iris, gdy usilnie nie stara się złościć.
Coś wysunęło się z tyłu albumu i Laurel podniosła z podłogi zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widziała, staroświecką czarno-białą fotkę przedstawiającą dwie młode obejmujące się kobiety. Śmiały się do niej ze środka białej ramki, stojąc w pokoju, w którym wisiała nad nimi flaga, a z niewidocznego okna wlewało się światło słoneczne. Odwróciła zdjęcie w poszukiwaniu jakiejś adnotacji, ale znalazła tam jedynie datę: maj 1941. Dziwna rzecz. Znała rodzinny album na wylot, a ta fotografia, te osoby do niego nie należały. Drzwi się otworzyły i pojawiła się Rose, niosąc dwie różne filiżanki pobrzękujące na spodeczkach.
Laurel uniosła zdjęcie.
- Widziałaś to, Rose? - spytała.
Rose postawiła filiżankę na stoliku przy łóżku, przymrużyła oczy, patrząc na zdjęcie, a potem się uśmiechnęła.
- A tak, znalazłam je kilka miesięcy temu w Greenacres. Pomyślałam, że będziesz potrafiła umiejscowić je w albumie. Śliczne, prawda? Niesamowicie jest odkryć coś nowego o niej, szczególnie teraz.
Laurel spojrzała ponownie na zdjęcie. Młode kobiety z włosami upiętymi zgodnie z ówczesną modą w ciasne wałki, spódnice do kolan, jedna z nich trzyma w ręku papierosa.
Oczywiście, że to ich matka. Miała inny makijaż. I w ogóle była inna.
- Zabawne - powiedziała Rose. - Nigdy o niej w ten sposób nie myślałam.
- Niby jak?
- No, że była młoda. Zaśmiewała się z jakąś koleżanką.
- Naprawdę? Ciekawe dlaczego.
Chociaż oczywiście to samo dotyczyło Laurel. W jej umyśle - najwyraźniej w wyobrażeniu ich wszystkich - matka zaczęła istnieć w momencie, gdy odpowiedziała na zamieszczoną przez babcię w gazecie ofertę pracy dla pomocy do wszystkiego i zaczęła pracować w pensjonacie. Znały podstawowe informacje na temat wcześniejszego okresu: że matka urodziła się i wychowała w Coventry, że wyjechała do Londynu tuż przed rozpoczęciem wojny, że jej rodzina zginęła podczas bombardowań. Laurel wiedziała również, że śmierć bliskich bardzo matkę dotknęła. Dorothy Nicolson przy każdej okazji przypominała swoim dzieciom, że rodzina jest wszystkim: to była mantra ich dzieciństwa. Gdy Laurel przechodziła szczególnie bolesny okres dojrzewania, matka ujęła ją za ręce i powiedziała z niezwykłą jak na nią surowością: "Nie bądź taka jak ja, Laurel. Nie czekaj zbyt długo, by uświadomić sobie, co jest ważne. Twoja rodzina może cię czasem doprowadzać do szału, ale jest dla ciebie więcej warta, niż sobie wyobrażasz".
Jeśli chodzi o szczegóły dotyczące życia Dorothy, zanim spotkała Stephena Nicolsona, nigdy nie zamęczała nimi swoich dzieci, a im nie przychodziło do głowy, by o nie pytać. Zresztą nic dziwnego, pomyślała Laurel, z uczuciem lekkiego dyskomfortu. Dzieci nie wymagają od swoich rodziców przeszłości, a nawet sądzą, że to dość niewiarygodne, niemal żenujące, iż rodzice roszczą sobie prawa do wcześniejszej egzystencji. Jednak teraz, patrząc na tę nieznajomą z czasów wojny, dotkliwie odczuwała ten brak wiedzy.
Gdy zaczynała karierę aktorską, pewien dobrze znany reżyser pochylił się nad swoim egzemplarzem scenariusza, poprawił okulary z niezwykle grubymi szkłami i powiedział Laurel, że nie ma odpowiedniego wyglądu do grania głównych ról. Boleśnie odczuła tę uwagę, lamentowała i pomstowała, przez wiele godzin ćwiczyła przed lustrem, niby przypadkiem chwytając swoje odbicie, a wreszcie obcięła krótko włosy w przypływie pijackiej brawury. Okazało się, że to był ten moment w jej karierze. Została aktorką charakterystyczną. Reżyser obsadził ją w roli siostry głównej bohaterki i zebrała pierwsze pochlebne recenzje. Ludzie zachwycali się jej umiejętnością budowania postaci od wewnątrz, zanurzenia się, zniknięcia pod skórą innej osoby, ale to nie był żaden trik, ona tylko starała się poznać tajemnicę postaci. Laurel wiedziała co nieco o dochowywaniu sekretów. Wiedziała również, że tak właśnie znajduje się prawdziwych ludzi, którzy kryją się za różnymi ciemnymi plamami.
- Takiej młodej nie widziałyśmy jej na żadnym innym zdjęciu - powiedziała Rose, która przysiadła na podłokietniku fotela, rozsiewając jeszcze silniejszą woń lawendy, i wzięła do ręki fotografię.
- Tak? - Laurel sięgnęła po papierosy, przypomniała sobie, że jest w szpitalu, i wzięła zamiast nich filiżankę. - Chyba masz rację.
W przeszłości matki było tyle ciemnych plam. Dlaczego wcześniej się tym nie przejmowała? Zerknęła znów na zdjęcie, dwie młode kobiety zdawały się teraz naśmiewać z jej niewiedzy. Siląc się na niedbały ton, spytała:
- Gdzie to znalazłaś, Rosie?
- W książce.
- W książce?
- Właściwie w egzemplarzu sztuki Piotruś Pan.
- Mama występowała w przedstawieniu?
Matka była świetna w różnych przebierankach i udawankach, ale Laurel nie przypominała sobie, by występowała kiedykolwiek w prawdziwym przedstawieniu.
- Nie mam pojęcia. Ta książka to prezent. Na stronie tytułowej jest dedykacja; pamiętasz, jak lubiła, gdy opatrywałyśmy nimi prezenty książkowe w dzieciństwie?
- Co tam jest napisane?
- "Dla Dorothy". - Rose splotła palce, wysilając pamięć. - "Prawdziwy przyjaciel jest jak światło w mroku. Vivien".
Vivien. To imię wywołało w Laurel dziwną reakcję. Poczuła, że jej skóra robi się gorąca, a potem zimna, czuła puls bijący w skroniach. Przez jej mózg przemknęły przyprawiające o zawrót głowy obrazy: błyszczące ostrze noża, przerażona twarz matki, rozwiązana czerwona wstążka. Stare wspomnienia, brzydkie wspomnienia, które uwolniło imię nieznanej kobiety.
- Vivien - powtórzyła głośniej, niż zamierzała. - Kim jest ta Vivien?
Rose podniosła na nią zaskoczone spojrzenie, ale nawet jeśli coś odpowiedziała, zagłuszyło to wtargnięcie Iris trzymającej w górze bilet parkingowy. Obie siostry zaabsorbowało jej wielkie oburzenie i dlatego żadna z nich nie zauważyła, że Dorothy, słysząc imię Vivien, raptownie zaczerpnęła tchu, a jej twarz skurczyła się z bólu. Gdy trzy siostry zgromadziły się po chwili przy łóżku matki, Dorothy wyglądała, jakby była pogrążona w spokojnym śnie, a jej rysy wcale nie wskazywały na to, że opuściła szpital, swoje znękane ciało i dorosłe córki, by przemknąć przez otchłań czasu aż do pewnej ciemnej nocy roku czterdziestego pierwszego.