Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia - Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Kup ebooka

54.99 zł
49.49 zł (43,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Tosi, która uważa, że pisanie książek

jest najłatwiejszą rzeczą pod słońcem

 
 

Wszystko tu było stare: dziurawy dywanik w łazience, połamany fotel z wikliny, odrapane meble kuchenne, obite kubki, garnki bez uchwytów. Przedmioty kruszyły się i rozpadały. Wszystko tu było brzydkie: wykładzina w kolorze zgniłej zieleni, musztardowe ściany.

- Żyli ubogo, niczego sobie nie kupowali, nie zależało im. Znajomi ze Stanfordu, których tu raz przywiozłam, byli w szoku, że oksfordzki profesor żyje w takiej nędzy - opowiadała Janina Nadaner. - A oni naprawdę niczego nie chcieli. Gdy sprawiłam im nowy garnuszek, bo starego nie było nawet za co chwycić, ojciec zrobił mi awanturę: "Przecież ten nasz jest jeszcze zupełnie dobry!". Podłoga była usłana gazetami z Polski. Prenumerowali je do końca życia. Ojciec nosił polskie buty, garnitury zamawiał u polskiego krawca. Chodził do polskiego sklepu w Oksfordzie, nawet gdy miał kłopoty z nogami. To było dla niego ważne. Nie zapuścili korzeni w Anglii, żyli jak wieczni emigranci. Coraz szczelniej zamknięci w czterech ścianach na poddaszu. Zwłaszcza ona prawie nie wychodziła. Schowali się w mieszkaniu, które z każdą moją wizytą wyglądało gorzej. W końcu zrozumiałam, że zrobili tam sobie getto. Getto, w którym zostali ich rodzice, jej młodszy brat, jego ukochana siostra. Coraz mniej jedli. Ona od lat: listek sałaty, kawałek herbatnika. Nakładała sobie na spodeczek porcje jak dla ptaszka, a i tak większość zostawiała. Ojciec w końcu też przestał jeść. Schudł. Godzinami siedział w fotelu wpatrzony w jeden punkt. Kiedyś spytałam go, o czym tak myśli. Odpowiedział, że przewija swoje życie jak film. Czuł się winny za wszystko, co się stało: że nie uratował rodziców i Marylki, że opuścił ciężarną Lenę, że zostawił moją mamę, siostrę i mnie. Zamilkł zupełnie. Zamknął się w sobie. Doprowadzał tym Lenę do rozpaczy. Płakała i płakała. A z przedpokoju patrzyły na nich wydarte ze starego rysunku niebieskie oczy. Oczy Helenki, takie jak ich pierworodnego dziecka, które stracili we Lwowie[1].

Janina Nadaner, córka Włodzimierza Brusa, późnym latem 2007 roku po raz ostatni leciała z Kalifornii do ojca do Oksfordu. - Umarł, zanim się zjawiłam.

Helena Wolińska, jego żona, odeszła rok później. W szpitalu podpisała specjalną deklarację: proszę mnie nie ratować.

* * *

"Słynna stalinowska prokurator, odpowiedzialna za śmierć wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego, została pochowana w Wielkiej Brytanii" - donosiła "Rzeczpospolita" w grudniu 2008 roku. "Zgodnie z oficjalnym komunikatem jej pogrzeb miał się odbyć wczoraj w miejscowym kościele. Ludzie, którzy przybyli na uroczystość, dowiedzieli się jednak, że o tej porze odbędzie się ceremonia pochówku kogoś innego"[2]. To rodzina zmarłej w obawie przed ekscesami przyspieszyła termin o dwa dni. "W ceremonii w obrządku żydowskim wzięło udział ok. dziesięciu osób, między innymi prof. Kołakowski[3]. Uroczystość miała przebiegać w bardzo spokojnej atmosferze" - relacjonowali autorzy artykułu. "Nic nie zakłóciło pogrzebu komunistycznej prokurator". Dziennikarze jednej z największych polskich gazet symboliczną odpowiedzialnością za przesunięcie pochówku obarczyli zmarłą: "Wolińska nie przestała szokować nawet po śmierci".

Na temat życia pozagrobowego byłej prokuratorki rozprawiali także intelektualiści. "Od lat zastanawiałem się, czy w ogóle można będzie doprowadzić do jej ukarania. Okazuje się, że nie. Ale przecież nawet gdyby doszło do ekstradycji, nie jest przesądzone, jak by się zachowały polskie sądy. Ale przed sądem ostatecznym nie ma zawieszeń ani apelacji. I teraz czeka ją dużo trudniejszy proces i surowszy sąd niż tutaj"[4] - powiedział "Rzeczpospolitej" profesor Jerzy Eisler, historyk.

Wtórował mu Władysław Bartoszewski: "Wierzę w sprawiedliwość boską. Jej Wolińska nie uniknie"[5].

Jeszcze dalej poszła redakcja pisma "Bibuła": "Helena Wolińska aka Helena Brus (a faktycznie: Fajga Mindla Danielak) [...] została odtransportowana najpewniej do czeluści piekielnych (niech Bóg ma miłosierdzie nad tą zbrodniarką)"[6].

* * *

Oksfordzki Wolvercote dwukrotnie - w 1999 i 2001 roku - wyróżniono tytułem Cmentarz Roku. Pielgrzymują tu fani Tolkiena - pisarz leży w głębi terenu, w części katolickiej. Nagrobka Brusów szukać właściwie nie trzeba - znajduje się zaraz przy wejściu głównym. W tym miejscu wydzielono kwaterę żydowską. Informacje umieszczone na nagrobkach w kilku frazach streszczają dramatyzm losów: spoczywający tu akademicy przybyli zazwyczaj z Europy kontynentalnej w poszukiwaniu schronienia przed prześladowaniami. Religijnych symboli jest niewiele, bo niewiele pogrzebanych tu osób praktykowało judaizm. Kilkaset metrów na północny wschód, w polskiej części, krzyż wieńczy chyba każdy nagrobek.

Ten pośmiertny, ugruntowany w religii podział uwierał Janinę Nadaner, młodszą córkę Włodzimierza Brusa. - I ojciec, i Lena całe życie walczyli o świat bez podobnych segregacji - mówiła. Jednak one nieustannie dawały o sobie znać. Zwłaszcza w oddalonej o tysiąc mil Polsce, gdzie z jednej strony publicznie wytykano, że na nagrobku są hebrajskie litery, a nie ma słowa o związkach Wolińskiej i Brusa z krajem, z drugiej - konsekwentnie rugowano zmarłych z polskiej wspólnoty, eksponując ich domniemaną obcość[7]. Grób był kilkukrotnie dewastowany.

Wiadomość e-mailowa z 26 listopada 2018 roku od Janiny Nadaner:

"Moj brat poszedł na cmentarz w Oxfordzie, z okazji dziesiątej rocznicy śmierci Leny. Jego żona czyściła grób i znalazła tam kamień z napisem: "Nil". Mój brat napisał: Some memories never die. Ja mu odpisałam: Some memories that never die are worth forgetting"[*1].

* * *

Był wieczór 5 listopada 2016 roku w Oksfordzie. Mieszkańcy akademickiego miasta właśnie podpalali stosy. Świętowali w ten sposób wykrycie spisku katolików z XVII wieku, którzy chcieli zgładzić króla i zwrócić Anglię papieżowi. Trwała Bonfire Night.

- Czy wiesz, że tu obok jest pochowana ta wasza Wolińska? - spytał mnie kolega.

Nie wiedziałam. Tak zaczęła się dla mnie ta historia.

CZĘŚĆ I
Felicja Danielak i Beniamin Zylberberg
Rozdział 1
Rodzi się dziewczynka

Ale od czego zacząć? Może od rzeczy najoczywistszej, od świata, który zniknął.

 

WŁODEK GOLDKORN, Dziecko w śniegu

 
 

Luty roku 1919 był zaskakująco ciepły. Tłumy Warszawiaków witające na Wiejskiej pierwsze - po stu dwudziestu trzech latach rozbiorów - posiedzenie Sejmu cieszyły się słońcem. Nowo wybrani posłowie z trudem przeciskali się na salę obrad, taki tłok był przed budynkiem dawnej szkoły średniej dla panien, który przeznaczono na siedzibę władzy ustawodawczej II Rzeczypospolitej. "Dzisiaj mamy wielkie święto narodu, święto radości po długiej, ciężkiej nocy cierpień"[8] - mówił naczelnik Józef Piłsudski. Odrodzone państwo nie miało jeszcze stu dni. I choć o kształt wciąż nieustalonych granic toczyły się walki, a konflikty wewnętrze rozpalały emocje do czerwoności, to tak pogodne pierwsze polskie przedwiośnie zdawało się dobrym znakiem na przyszłość.

Lecz 27 lutego przyszła zamieć i wróciły mrozy. O dwunastej w południe zarząd zakładów gazowych w Warszawie "wskutek braku węgla" przerwał dostawę ciepła do domów i wygasił oświetlenie ulic. Dzielnica północna pogrążyła się w ciemności[9].

Tego dnia w kamienicy na Pawiej 54 urodziła się dziewczynka. Dano jej na imię Fajga. Fojgl to po żydowsku ptak.

* * *

Fajga nie ułatwiła zadania biografom: choć żyła prawie dziewięćdziesiąt lat i miała tak wiele do opowiedzenia, a jej relacje z okresu okupacji i pierwszych lat PRL być może pomogłyby odkryć tajemnice historii, nie spisała wspomnień.

O swojej przedwojennej rodzinie mówiła mało i tylko zaufanym osobom. Zacierała ślady w dokumentach, zmieniała imiona, nazwiska, plątała daty i nazwy miejscowości. A najczęściej po prostu milczała.

Trzeba było szukać trochę po omacku: w archiwach, bibliotekach, bazach danych, na cmentarzach, w bliskich i odległych miastach, na Wschodzie i Zachodzie. A i tak wiele pytań pozostało bez odpowiedzi.

Nawet dzień jej urodzin jest niepewny. Oryginał aktu urodzenia Fajgi Mindli Danielak zaginął, jak większość dokumentów warszawskiej gminy żydowskiej. Na wypisie z 1919 roku widnieje: "28 lutego". To samo wykaligrafowano na świadectwie maturalnym. Ale już podania o legitymację studencką Uniwersytetu Warszawskiego wprowadzają zamęt: w 1938 roku w rubryce "data urodzenia" Fajga własnoręcznie wpisała: "26 lutego 1919". Rok później: "27"[10].

(Czy to pomyłki z pośpiechu? Czy można być tak roztargnionym, by pomylić datę własnych urodzin?).

Przyjaciółka z późniejszych czasów zapamiętała jeszcze inaczej. Gdy w latach osiemdziesiątych dzwoniła z życzeniami do Oksfordu, słyszała w słuchawce ironiczne uwagi jubilatki, że te urodziny właściwie liczą się tylko raz na cztery lata[11] (29 lutego można jednak od razu wykluczyć - 1919 nie był rokiem przestępnym).

W powojennych dokumentach pojawia się już tylko jedna data: 27 lutego. Tego dnia od najwcześniejszej młodości Fajga Danielak obchodziła urodziny i przywiązywała do tej celebracji dużą wagę[12]. Tę datę wyryto też na jej nagrobku. A zatem jej się trzymajmy.

Imię dziewczynki również nie jest oczywiste. Zamiast Fajgi wolała spolszczoną Felicję. O rok starsza kuzynka, Dora Szczuczyńska, i szkolne koleżanki mówiły po prostu Fela[13]. Ben - jej miłość - nazywał ją romantycznie Lusią, Lusieńką[14].

A jak mówił do niej ojciec? Pewnie Fajgele - w przeciwieństwie do polskojęzycznych rówieśników córki mówił tylko w jidysz.

Korzenie

Danielakowie pochodzili z Radzynia Podlaskiego. Z pokolenia na pokolenie żyli tam z "wyrobku". Było to słowo worek, do którego wrzucano wszystkich, którzy imali się nisko dochodowych zajęć: sprzedawali żywność, naprawiali dziurawe garnki, rozwozili wodę, skupowali szmaty. Gdy w 1852 roku osiemnastoletni Szlomo Danielak ożenił się z rok młodszą "Jentą Ruchlą dwóch imion Mitingier", w akcie małżeństwa odnotowano, że "umowy przedślubnej ze sobą nie zawierali"[15]. Zwyczajowo rodzice młodej pary przed ślubem skrupulatnie określali warunki materialne przyszłego związku[16]. Pradziadkowie Felicji żyli w takiej nędzy, że nie było czego ustalać.

Radzyń był ważnym ośrodkiem chasydyzmu. W dużych miastach haskala, żydowski ruch oświeceniowy, modernizowała prawo religijne i poluzowywała normy obyczajowe. Tu jakby czas się zatrzymał.

Daniel, syn Szlomy - i dziadek Felicji - w latach osiemdziesiątych XIX wieku wyjechał do Warszawy.

Wielkomiejska feeria barw i dźwięków musiała oszołomić przybysza z lubelskiego sztetlu. Warszawa końca wieku tętniła życiem. Ulice jaśniały światłem lamp gazowych. Dzwoniły tramwaje konne. Budowano drogi, układano tory i rosły kamienice, otwierały się coraz to nowe fabryki. Przemysł potrzebował rąk do pracy. Miasto awansowało na ważny ośrodek dalekiego i bliskiego rynku rosyjskiego. Wprowadzono przymus modernizacji. Żandarmi nie wpuszczali do Ogrodu Saskiego Żydów w chałatach oraz Żydówek noszących czepki i peruki[17].

Dzielnica północna, gdzie zamieszkał Daniel z żoną Tolce, żyła własnym rytmem. Morze gestykulujących, rozgadanych ludzi od świtu do późnych godzin wieczornych przelewało się przez gęsto zabudowane ulice. Co drugi przechodzień ciągnął ze sobą pakunki, skrzynki, worki z żywnością. Domy miały fantazyjne kształty, bo ciągle coś do nich dobudowywano. Na parterze kamienic otwierano zapakowane towarami po sufit sklepy. W oficynach hałasowały warsztaty rzemieślnicze. Mieszkania były zarazem małymi przedsiębiorstwami, gdzie wyrabiano świece, sztuczne kwiaty, kiepskiej jakości galanterię. Pracowano i w piwnicach, i na strychach. Ani jeden centymetr powierzchni nie mógł się tu zmarnować.

Mniejszość żydowska miała znaczny udział w gospodarczej prosperity miasta z przełomu wieków. Warszawa stawała się też centrum kultury, świeckiej i religijnej, tworzonej w jidysz i hebrajskim[18].

Koniec XIX wieku to czas wielkich przemian. Młode kobiety buntowały się przeciwko tradycji ścinania włosów po zamążpójściu. Odsłaniały ramiona, zdobywały wykształcenie. Młodzi mężczyźni golili pejsy, zrzucali z pleców kapoty, a z głów wyrzucali tradycje przodków. Rzeczywistość zmieniała się jak w kalejdoskopie, wraz z nią wyznawane poglądy: dzieci chasydów zostawały syjonistami, syjoniści nawracali się na socjalizm, socjaliści skłóceni z macierzystymi partiami zakładali coraz to nowe frakcje. Życie polityczne fermentowało. Temperatura dyskusji nieraz doprowadzała do bitki.

Każda niemal ulica dzielnicy północnej była osobnym światem, oddzielnym miasteczkiem z własnymi zwyczajami i kolorytem. Znaleźli tu swoje miejsce chasydzi z Lubelszczyzny, przybysze z rosyjskich guberni, zwani litwakami, sekularyzująca się inteligencja, bogaci kupcy, artyści, wynędzniali kramarze, rosnąca w siłę klasa robotnicza. Zbytek i skrajne ubóstwo się krzyżowały. Ulice dzieliły się na "te" i "tamte", lepsze i gorsze[19].

W którym z dzielnicowych sztetli zamieszkał odważny przybysz z Radzynia Daniel Danielak?

Jego nagrobek chyli się ku ziemi wsparty o sąsiednią macewę na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej. Dziadek Feli zmarł w miesiącu Kislew 5663 roku, czyli w grudniu 1902 roku, w wieku czterdziestu dwóch lat[20]. Doczekał się trójki dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa, Jankiel, ojciec Felicji, miał wtedy dziesięć lat.

Na Pawiej

Starsze siostry Jankiela potrafiły ułożyć sobie życie. Średnia wyszła za mąż za dobrze sytuowanego kupca Judę Szczuczyńskiego. Razem ze starszą siostrą i jej rodziną mieszkali przy Nowolipkach 17, gdzie dominowała zamożna inteligencja i przedstawiciele wolnych zawodów[21]. Ich kamienica była słynna na całą okolicę z powodu luksusowej Restauracji Riwiera Szulca (będzie działać także w getcie).

Jankiel Danielak radził sobie gorzej. "Był rzemieślnikiem chałupnikiem[*2], wytwarzał skórzaną galanterię" - podawała Felicja w powojennych życiorysach (czasem dodając w nawiasie: "torebki damskie")[22].

Na drabinie społecznej II RP chałupnicy stali niewiele wyżej od bezrobotnych. Rzemieślnicy bez tytułu mistrza i miejsca w cechu byli uzależnieni od swojego zleceniodawcy, który często dostarczał im materiał po zawyżonych cenach. Chałupnik nie miał czeladników - dlatego często w przydomowym warsztacie zatrudniał do pomocy całą rodzinę[23].

Felicja: - Ojciec nie miał grosza przy duszy[24].

O statusie materialnym dużo mógł powiedzieć adres zamieszkania. Pawia należała do "tamtych" ulic. Nie był to najlepszy adres, ale też znowu nie taki najgorszy.

- Dla ludzi z Woli Pawia była Alejami Jerozolimskimi. Były tu secesyjne kamienice[25] - mówi mi pisarz Józef Hen wychowany na pobliskim Nowolipiu.

Eleganckie budynki mieszały się tu z karłowatymi przybudówkami. Te pierwsze zajmowali bogacze (potentat leśny; fabrykant obuwia zamordowany na ulicy w 1932 roku przez wynajętych drabów)[26], w tych drugich urządzano fabryczki i pralnie. Był też trzypiętrowy magazyn Państwowej Fabryki Wyrobów Tytoniowych. Pośpiech i rejwach były jak chleb powszedni. "Ulica chałupników i Żydów, których nie sposób przypisać do czegoś takiego jak klasa"[27] - opisywał Mordechaj Canin. Plotkowano tu jak w małym mieście[28]. "Pomimo pięknej nazwy ulica była więziennie smutna" - zapamiętał poeta Włodzimierz Słobodnik. "Miała w sobie coś z Chagalla i coś z granatowego policjanta"[29].

Ów smutek miał konkretny powód: Pawiak. Między Pawią a Dzielną, w wybudowanym za cara Mikołaja I kompleksie budynków otoczonym wysokim, czerwonym murem, trzymano kiedyś powstańców styczniowych, w tym Romualda Traugutta. Później siedzieli tu polscy rewolucjoniści, z Ludwikiem Waryńskim i Różą Luksemburg na czele. Żeński oddział Pawiaka zwano Serbią (w międzywojennej Polsce wsadzano tam komunistki). Po okolicy niosły się więzienne pieśni, a z wysokich pięter pobliskich domów widać było plac z szubienicą[30].

Im dalej w Pawią, tym robiło się gorzej. Od Pawiaka mieszczański dostatek przepoczwarzał się w nędzę. Na końcu ulicy, pod cmentarzem żydowskim, działo się całkiem źle: stęchlizna drewnianej zabudowy, fetor rynsztoku, mrok dziejów. I jedyna dostępna rozrywka - pogrzeby.

Kamienica numer 54, gdzie urodziła się Felicja, stała dokładnie pośrodku Pawiej, na rogu Smoczej.

Józef Hen: - Tu było już biednie, lecz jeszcze nie tragicznie. To jeszcze nie były baraki, w których mieszkała biedota.

Matka

O matce Felicji, Chawie, nie wiadomo prawie nic. Urodziła się najpewniej w 1890 lub 1895 roku[31]. Była więc albo niewiele starsza, albo niewiele młodsza od Jankiela. W przeciwieństwie do męża pochodziła z rodziny zasymilowanej[32]. Gdzie się urodziła? Kim byli jej przodkowie? Jakie nazwisko nosiła przed ślubem?

"Matulak"[33] - podawała po wojnie Felicja.

W bazie danych Jewish Records Indexing - Poland, dzięki której udało się odtworzyć historię rodziny Danielaków aż do XVIII wieku, o Matulakach nie ma nawet słowa.

W PRL Felicja, sama już wtedy pod zmienionym imieniem i nazwiskiem, kamuflowała żydowskie pochodzenie ojca i matki. Chawę i Jankiela zamieniła w Ewę i Jana (czasem w Ewę i Jakuba[*3])[34]. Nazwisko jako brzmiące neutralnie najczęściej im zostawiała.

Jesienią 1942 roku Fajga Danielak dostała nową okupacyjną tożsamość. Miała fałszywe świadectwo chrztu i lewą kenkartę - przepustki do życia. Zmienione imię i nazwisko przylgnęły do Feli tak mocno, że zostały z nią już na zawsze. Zatem "Matulak" mogło być pożyczone od fałszywej, "aryjskiej" matki. Lecz jak w takim razie przed zamążpójściem nazywała się ta prawdziwa, Chawa?

"Fagot"[35] - twierdziła kuzynka Felicji Dora Szczuczyńska.

"Taubenblat"[36] - podano w przedwojennym wypisie z aktu urodzenia Fajgi Mindli Danielak.

Oprócz tej wzmianki w archiwach nie zachował się najmniejszy dowód na istnienie Chawy Taubenblat. Za to w czasach stalinizmu, gdy "rodzinę za granicą" trzeba było wymieniać skrupulatnie, Felicja napisała: "W 1949 dwóch kuzynów wyjechało do Palestyny - Fagot"[37]. W powojennych aktach paszportowych zachował się jeszcze jeden ślad: w 1971 roku wybrała się do Francji na zaproszenie kuzyna Zalmana Fagota (starszy od niej o pięć lat rzemieślnik opuścił Polskę w 1950 roku. Zamieszkał w IX dzielnicy Paryża).

Na cmentarzu żydowskim na Okopowej znajduje się grób urodzonej w 1877 roku Szajny Szyfry Fagot, córki Israela Issera Taubenblata, wnuczki Zalmana Taubenblata. To jedyny ślad, że oba wskazane nazwiska były ze sobą związane.

Tyle udało się wyłowić z mroku.

* * *

Po rodzinnym domu Felicji nie został nawet kamień. Twórcy powojennego Muranowa, który stanął na zgliszczach dzielnicy północnej, zmienili topografię tamtejszych ulic. Pawia nie kończy się już przy cmentarzu na Okopowej, lecz niespodziewanie skręca w Dzielną, swą przedwojenną bliźniaczkę. Co gorsza, została brutalnie przerwana - pierwsza część ulicy kończy się razem z Pawiakiem. Druga zaczyna dopiero na styku ze Smoczą. Tam, gdzie stała kamienica numer 54, urządzono skwer imienia generała Jana "Jura" Gorzechowskiego, który w 1906 roku, przebrany za carskiego żandarma, odbił dziesięciu rewolucjonistów z Polskiej Partii Socjalistycznej w przededniu ich egzekucji.

W 2014 roku, z okazji ćwierćwiecza III RP, otwarto w tym miejscu "pierwszy w Polsce Ogród Sprawiedliwych. Posadzone w nim drzewa upamiętniają bohaterów, którzy sprzeciwili się totalitaryzmowi, masowym zbrodniom i deptaniu godności człowieka"[38]. Wśród wyróżnionych byli: Marek Edelman, Jan Karski, Tadeusz Mazowiecki, rosyjska dziennikarka Anna Politkowska, Władysław Bartoszewski.

Losy tego ostatniego splotły się z życiem Felicji Danielak.

Rozdział 2
Był sobie chłopiec

Jak krew męczenników była nasieniem pierwszych chrześcijan; podobnie krew obrońców jest nasieniem nowych rycerzy Krzyża i Ojczyzny.

 

"Kurier Płocki", 22 sierpnia 1920 roku

 
 

Cześć uczciwości polskiej i katolickiej!

 

"Kurier Płocki", 29 sierpnia 1920 roku

 
 

Wojskowy sąd doraźny przybył w celu rozpatrzenia spraw 150 aresztowanych, wyłącznie prawie żydów. [...] Najbardziej oskarżonego Kamienieckiego (żyda) sąd skazał na śmierć przez rozstrzelanie.

 

"Kurier Płocki", 30 sierpnia 1920 roku

 
 

Nagle, jakby groch się posypał, wystrzeliła w powietrze seria z karabinu maszynowego. Przerażeni ludzie chowali się po domach. Ale w czterech ścianach też nie było bezpiecznie. Kule uderzały o mury, tłukły szyby w oknach. Na miasto spadł deszcz szrapneli[39]. Był 18 sierpnia 1920 roku. Po czwartej po południu bolszewicy wtargnęli do Płocka. Dobijali rannych żołnierzy, gwałcili kobiety, bili mężczyzn, rabowali sklepy. Czego nie mogli zabrać - rąbali i tłukli. Zginęło około stu siedemdziesięciu osób.

* * *

Niespełna dwudziestosześciotysięczny Płock był uważany za zamożne miasto. Choć i tutaj nową Polskę budowano na beczce prochu. Wielka wojna, nazwana później dla porządku pierwszą, oprócz niepodległości przyniosła także głód. Klęska dawnych imperiów, rosyjskie rewolucje, powstanie w Berlinie niepokoiły mazowiecką prowincję i rozbudzały nadzieje na nowy, sprawiedliwszy porządek[40]. Bezrolni robotnicy folwarczni żądali rozparcelowania majątków ziemskich i kościelnych. W styczniu 1919 roku stanęły wszystkie płockie fabryki. Strajki i demonstracje łamano z pomocą armii. Byli zabici i ranni.

Kiedy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, władze Płocka zaapelowały, by dla dobra ojczyzny zrezygnować z politycznej walki i roszczeń ekonomicznych wobec państwa. Tych, którzy nie chcieli się poddać patriotycznemu dictum, nazywano odtąd "bolszewikami".

"Delegacje bolszewicko-żydowskie wystąpiły z żądaniem strajku powszechnego!" - donosił 12 lutego 1920 roku narodowo-katolicki "Kurier Płocki"[41].

Aresztowano radnych miejskich z Bundu i Mieczysława Themersona, lekarza bezrobotnych zwanego płockim Judymem (spędził cztery tygodnie w Cytadeli Warszawskiej)[42].

Dwudziestego maja 1920 roku w Płocku hucznie obchodzono zdobycie Kijowa. Lecz początkowy triumf militarny obracał się w klęskę. Armia Czerwona rozpoczęła kontrofensywę. W lipcu Piłsudski wezwał do obrony zagrożonej niepodległości. W płockich kościołach odbywały się nabożeństwa błagalne w intencji ojczyzny.

By ratować miasto, mieszkańcy zebrali setki tysięcy polskich marek, drogocenności, samowary, rondle i kotły (do przetopienia na naboje). Aż nagle, w chwili próby, wdarł się chaos. Nastąpił nieoczekiwany odwrót wojska. "Oficerowie pięściami i szablami torowali sobie drogę na most, żołnierze też nie poniechali naśladować dowódców"[43]. Pozostawiono źle przeszkolonych ochotników, w tym nastoletnich chłopców werbowanych w gimnazjach pod ogromną presją (kto nie chciał służyć, był przez rówieśników i ciało pedagogiczne uznany za zdrajcę)[44].

* * *

Bolszewicy opuścili Płock tak gwałtownie, jak gwałtownie przyszli. Trzeba było znaleźć winnych tej katastrofy. "Najazd bandyckich bolszewików, kierowanych ręką żydowskich komisarzy, wyrządził miastu milionowe straty"[45] - podburzał "Kurier Płocki".

W sierpniu, dzień przed atakiem, polscy żołnierze i chłopi z okolicznych wsi skatowali czterech młodych mężczyzn, którzy stawili się w komisji poborowej. Jeden zginął na miejscu. Drugiego w żydowskim szpitalu w Płocku nie poznała własna matka.

"Twarz przedstawiała jedną bryłę: zamiast oczu - czarne plamy, nos i usta okropnie spuchnięte, a z gardła pełnego zakrzepłej krwi wydobywało się chrapanie. Naraz z ust jego wyszedł chrapliwy szept: mama... mama"[46] - wspominała jedna ze świadkiń, siedemnastoletnia Róża Rozenberg.

(Dwudziestosześcioletni Elja Tatarski zmarł po dziesięciu dniach).

Po mieście krążyła pogłoska, że w czasie bolszewickiego ataku Żydzi oblewali z okien polskie wojsko wrzątkiem. Czerwony Krzyż wydał oświadczenie, że wśród rannych żołnierzy ani jeden nie był poparzony, ale "Kurier Płocki" drukował kolejne artykuły o żydowskiej zdradzie. Plotki rozsiewali powracający do Płocka oficerowie i urzędnicy[47]. Szukano bolszewików "w szafach i szufladach" mieszkań żydowskich - skarżył się w Sejmie poseł Izaak Grünbaum - "rabując i bijąc [...] nawet w synagodze"[48].

Dwudziestego siódmego sierpnia rabin Chaim Szpiro[49] wskutek donosu sąsiadów stanął przed sądem polowym oskarżony o szpiegostwo. Choć nie znał słowa po rosyjsku, miał wskazywać wrogom, gdzie znajdują się polskie barykady (później dowiedziono, że modlił się na balkonie). Płoccy Żydzi proponowali pół miliona marek kaucji, by choćby na kilka godzin odroczono egzekucję. Chcieli w Warszawie szukać łaski dla nieszczęsnego skazańca, ale sędzia pułkownik nie wyraził zgody. "O drugiej przeczytano mu wyrok, o trzeciej rozstrzelano - relacjonowała wstrząśnięta Róża Rozenberg. - Polacy śmiali się i klaskali z uciechy"[50].

Czterdziestodwuletni Chaim Szpiro osierocił ośmioro dzieci. Oczyszczono go z zarzutu szpiegostwa - "niestety, pośmiertnie"[51].

"Żadnej fałszywej litości" - wzywał ludność do zgłaszania zdrajców dowódca frontu generał Józef Haller[52].

"Kurier Płocki" opublikował apel endeckiej Ligi Antybolszewickiej, która domagała się sądów wojskowych dla wszystkich, którzy okazywali przychylność wobec komunizmu. "W razie jeżeliby oni uszli, Liga proponuje wzięcie ich rodzin i najbliższych krewnych do obozów koncentracyjnych"[53].

Płocka straż obywatelska zmusiła Żydów do sprzątania końskich trucheł. Gapie obrzucali wyzwiskami pracujących. Żandarmi rozkazali krzyczeć: "Niech żyje Haller", "Niech zdechnie rabin"[54]. Pogrom wisiał w powietrzu. By uspokoić nastroje, rada miejska wydała oświadczenie, że ludność żydowska ucierpiała od najazdu bolszewików na równi z chrześcijanami[55].

Beniamin

Rok po tych wydarzeniach, 23 sierpnia 1921 roku, urodził się chłopiec. Pierworodny syn trzydziestodwuletniego Abrama Zylberberga i o kilka lat młodszej Hindy Askanas[56], zwanej Heleną, otrzymał imię po swoim zmarłym dziadku Beniaminie.

Jego drugi dziadek, Naftali Lejzer Zylberberg, o długiej, mlecznobiałej brodzie i ostrym spojrzeniu, był nauczycielem w miejscowej jesziwie[57]. W sierpniu 1920 roku razem z innymi chasydami opłakiwał zabitego rabina Szpira[58]. Wdowa po dziadku Beniaminie Askanasie, Taube Estera, prowadziła sklep z galanterią (mieszkała na Starym Rynku, ściana w ścianę ze Zgromadzeniem Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie w 1931 roku spracowana ponad ludzkie siły siostra Faustyna Kowalska miała zobaczyć Jezusa).

Żyli tu od wieków. Rodziny Zylberbergów, Askanasów, Morsztejnów, Libermanów, Turkeltaubów, Lewenbergów, Bramów, Notów[*4]. Na Starym Rynku, Grodzkiej, Bielskiej, Jerozolimskiej, Synagogalnej. Dowody ich istnienia wypełniają księgi urodzeń, małżeństw i zgonów przechowywane w płockim Archiwum Państwowym. Tutejsza wspólnota była jedną z najstarszych w Polsce (pierwsza wzmianka o płockich Żydach pochodzi z 1237 roku). Jednak polscy mieszkańcy wciąż traktowali żydowskich sąsiadów jak nieproszonych gości.

W 1922 roku Abram i Helena z maleńkim synem wyjechali z Płocka[59].

Róg Ceglanej i Waliców

W Warszawie był już brat Heleny, Natan, handlarz jedwabnymi chusteczkami (krótko przed wojną wyjedzie z rodziną do Tel Awiwu)[60]. To on najpewniej pomógł szwagrowi znaleźć pracę. Abram Zylberberg został księgowym w biurze Keren ha-Jesod[*5] (założona w 1920 roku organizacja wspierała finansowo żydowskie osadnictwo w Palestynie). Od 1929 roku w miejscu zamieszkania prowadził też firmę Sprzedaż Wyrobów Żelaznych Abram Zylberberg[61].

Ben po latach określał ojca mianem "białego kołnierzyka"[62]. W międzywojennej nomenklaturze był "prywatnym urzędnikiem", czyli pracownikiem umysłowym zatrudnionym w sektorze pozarządowym. Mówił w kilku językach (syn odziedziczył po nim lingwistyczne zdolności). Jego szef w 1931 roku wyemigrował do Palestyny. Czy i Abram marzył o wyjeździe z Polski?

- Dziadek nie był syjonistą z przekonania[63] - twierdziła Janina Nadaner. - To była po prostu jego praca.

Nie nauczył syna hebrajskiego, choć posłał go do syjonistycznej organizacji skautowskiej. Chłopiec nie znał też jidysz[64].

Ben niewiele opowiadał o ojcu. Janina zapamiętała jedynie pojedyncze zdania: - Mówił, że dziadek miał objawy depresji, choć, rzecz jasna, wtedy nikt tego tak nie nazywał.

Matka Beniamina, Helena, brunetka o niebieskich oczach, kobieta energiczna i inteligentna, marzyła podobno o studiowaniu stomatologii[65]. Ale płatna nauka była dostępna dla niewielu - zwłaszcza kobiet. Helena Zylberberg zajmowała się domem. Życiowe ambicje przelała na syna.

(Zachowało się zdjęcie najwyżej kilkunastomiesięcznego Beniamina z matką - ta w falowane włosy wpięła grzebyk, nie uśmiecha się do obiektywu).

Zylberbergowie zamieszkali na skraju dzielnicy północnej, blisko Śródmieścia. Na ulicy Ceglanej, gdzie dominowali przedstawiciele wolnych zawodów[*6].

Wąska kamienica numer 10 była przytulona boczną ścianą do Waliców 10 i 12, tylną - do 14. Budynki tworzyły jeden zwarty blok. Ceglana 10 miała dwa następujące po sobie podwórka. W tym głębszym w dwóch pokojach na drugim piętrze żyli Zylberbergowie. Tu w 1925 roku urodziła się jedyna siostra Bena - Miriam, zwana Marylką[66].

Starsza córka Helena Brus: "O swojej siostrze mój ojciec właściwie nie opowiadał. Tylko tyle, że była to dziewczynka piękna i dobra"[67].

(Zostało po niej zdjęcie wykonane tuż przed wybuchem wojny: przytulone głowami rodzeństwo, ona z kręconymi włosami, w marynarskim mundurku, uśmiechnięta, on cztery lata starszy, wyższy i jakby przestraszony).

Ich okolica znacznie różniła się od Muranowa, serca dzielnicy północnej. Strzeliste kamienice o secesyjnych zdobieniach i budynki wczesnego modernizmu tworzyły wielkomiejski klimat. Od Waliców 11 ciągnął się mur (w 1940 roku stał się granicą getta) wybudowanych w XIX wieku browarów Hermana Junga. Na drugim końcu ulicy podziw przechodniów budził monumentalny gmach Szkoły Handlowej Warszawskiego Zgromadzenia Kupców - jeden z pierwszych stołecznych budynków, w którym zabłysło elektryczne światło[68].

Mimo przeprowadzki Zylberbergowie wracali do Płocka. Najczęściej Wisłą - była to wtedy najpopularniejsza droga. Prom rzeczny zabierał pasażerów z przystanku niedaleko Mostu Kierbedzia[*7]. Kursował do Płocka cztery razy dziennie.

Mały Ben bał się tych podróży. Gdy miał dziewięć lat, pojechał na pogrzeb babci Taube Estery Askanas, tej od sklepu z galanterią. Gdy skończył trzynaście lat - do dziadka Zylberberga na bar micwę, uroczystość przejścia z dzieciństwa w dorosłość.

Ben: "Przywitał mnie bardzo uroczyście. Spędził kilka dni, ucząc mnie, jak ma się zachowywać człowiek dorosły. Wziął mnie na szabas do swojej małej synagogi. Musiałem uczestniczyć w obrządku, czytać z Tory. Wciąż to pamiętam. Dziadek wręczył mi mały złoty zegarek. Coś złotego dawało się chłopcu na barmicwę, jeżeli to było możliwe. Nawet jeśli to był drobiazg. Dla mojego dziadka było to coś specjalnego, ponieważ byłem jego najstarszym wnukiem. [...] Nie jestem religijnym człowiekiem, ale respektuję żydowskie tradycje"[69] - napisał po latach do najstarszego wnuka z okazji jego bar micwy.

* * *

Kamienice na Waliców numer 10 i 12 cudem przetrwały wojnę. Front czternastki podczas powstania warszawskiego zniszczyły pociski, ale zachowała się oficyna.

Ceglana 10 po wyzwoleniu też wciąż jeszcze stała. Była jednak zbyt zniszczona, by ją zachować[70], choć zimą 1945 roku w na wpół zburzonych mieszkaniach schronili się ludzie (przypadkowi - prawowitych wywieziono stąd bezpowrotnie trzy lata wcześniej). Dziś jest tu ugór i parking.

Ostańce (tak zaczęto nazywać ocalałe budynki stojące wśród ruin) dostały drugie życie. Do dwunastki i dziesiątki wprowadzili się nowi mieszkańcy. I choć zdewastowane, zasypane gruzem i odpadkami klatki schodowe sprawiały wrażenie od dawna opuszczonych, do 2018 roku wciąż żyli tu ludzie. Najsłabsi, najstarsi, zapomniani - lokatorzy komunalni.

Pani A. przyszła pod numer 10 odwiedzić teściową. Na Waliców wprowadziła się w latach siedemdziesiątych, do męża i jego matki. Jakiś czas temu przeniesiono ich do mieszkania zastępczego. Staruszka została.

- Przed wojną było tu ładnie, nawet winda była, ale potem bomba czy coś, tak ludzie opowiadali. Mieszkali tu Żydzi, a jakże, Polaków na takie apartamenty nie było wtedy stać. Po wojnie wrócił tu dawny właściciel. Oczywiście z Izraela. Szybko zwęszył, co to za ustrój ten PRL, i wziął nogi za pas. A teraz Żydzi przyjeżdżają tu na wycieczki. I trzeba przyznać, że zachowują się bardzo niekulturalnie. Co robią? Ano stoją tak całą grupą, że przejść nie można. No to pokazałam im wiadomy palec. Owszem, zachowałam się niekulturalnie, ale to oni pierwsi zaczęli.

Rozdział 3
Dziewczynka z Nowolipek

Jedno wiedzieliśmy na pewno: świat bez naszego udziału nie może być uratowany.

 

ALEKSANDER MALISZEWSKI, Wspomnienia o Lucjanie Szenwaldzie

 
 

We wrześniu 1926 roku w Warszawie szalała epidemia szkarlatyny. Rok szkolny rozpoczął się z dwutygodniowym opóźnieniem. Cztery miesiące po przewrocie majowym siedmioletnia Felicja Danielak poszła do pierwszej klasy[71].

Nowolipki były ulicą uczniów i nauczycieli[72]. Mieściło się tu aż dwadzieścia jeden szkół: jedenaście powszechnych (w tym pięć publicznych), cztery religijne, dwa gimnazja żeńskie, jedno męskie, seminarium nauczycielskie, żeńska szkoła handlowa i kursy zawodowe dla szwaczek[73]. Felicja do swojej szkoły miała sześć minut spacerem.

Szkoła Powszechna numer 2 na Nowolipkach 76 była placówką publiczną. W jedenastu izbach - na dwie, trzy zmiany - uczyło się ponad pół tysiąca dzieci[74]. Jak większość warszawskich szkół i ta nie miała dedykowanej siedziby - klasy urządzono w czynszowej kamienicy. Ten sam budynek "dwójka" dzieliła z powszechniakiem nr 96 (umieszczanie dwóch, a nawet więcej szkół pod jednym adresem było dość częstą praktyką w międzywojennej Warszawie[*8]). Uczniowie spędzali pauzy w ciemnych, nieogrzanych korytarzach i klatkach schodowych (w barierki wbito kołki, by uniemożliwić uczniom zjeżdżanie okrakiem po poręczy). Mimo to Felicja Danielak lubiła szkołę.

Zbuntowana przeciwko rodzinie, sceptyczna wobec religii i żydowskiej tradycji drogowskazów szukała w klasie. To było jej okno na świat. Tu wsiąkła w polską kulturę, literaturę i język, bez czego - najprawdopodobniej - nie przeżyłaby po "aryjskiej" stronie. Gdyby nie polska szkoła, Felicja Danielak być może nie zostałaby komunistką.

Gdyby nie polska szkoła, nie byłoby Heleny Wolińskiej.

* * *

II RP wprowadziła obowiązek szkolny. Co trzeci obywatel młodego państwa nie potrafił czytać ani tym bardziej pisać. Porozbiorowe dysproporcje były tu szczególnie rażące. Na Polesiu trzech na czterech mężczyzn i cztery na pięć kobiet było pełnymi analfabetami. W Poznańskiem czytali prawie wszyscy. Powszechniaki miały zasypać tę przepaść[75]. Na wsiach jednak zakładano najczęściej jednoizbowe placówki, gdzie zamiast siedmiu były cztery oddziały[76].

Pytanie: "Jak uczyć?", od początku budziło emocje.

Ignacy Daszyński i Jędrzej Moraczewski z Polskiej Partii Socjalistycznej, którzy jesienią 1918 roku stanęli na czele pierwszych rządów, chcieli pobudzać obywatelską odpowiedzialność za budowę wspólnego państwa niezależnie od przynależności etnicznej i religijnej. Konkurencyjny projekt - kół chrześcijańsko-narodowych - opierał się na założeniu, że szkoła, obok rodziny i Kościoła, powinna wychowywać w duchu katolickim. Zgodnie z tą teorią na pełnię praw obywatelskich zasługiwali jedynie Polacy katolicy. Ukraińcy i Białorusini mieli się dopiero "spolonizować"[77]. Żydów natomiast chciano ze wspólnoty wykluczyć.

Zacięta bitwa o charakter polskiej szkoły trwała przez pierwsze lata niepodległości. "W żadnym też wypadku łupem kleru nie może się stać szkoła polska, powołana do wychowania młodzieży w duchu demokracji"[78] - przestrzegał w 1922 roku "Robotnik", organ prasowy PPS. Stopniowo jednak "my, obywatele" zastępowano słowem "naród". Zawężająca do "Polaka katolika" definicja spychała na margines jedną trzecią mieszkańców II RP. To osłabiało młodą państwowość.

Idei obywatelskiej integracji zdecydowanie sprzeciwiał się Kościół katolicki. Hierarchowie domagali się wprowadzenia państwowej szkoły wyznaniowej, w której zarówno kadra, jak i wszyscy uczniowie byliby katolikami. "Prawdą jest, że w szkołach wpływ młodzieży żydowskiej na katolicką jest na ogół pod względem religijnym i etycznym ujemny"[79] - przekonywał kardynał August Hlond.

W niektórych prywatnych szkołach katolickich prowadzono wręcz antypaństwową politykę. Na jednej z pensji, gdzie uczyły się głównie córki ziemian i patrycjatu warszawskiego, odprawiano nabożeństwa żałobne za Eligiusza Niewiadomskiego - straconego zabójcę prezydenta Narutowicza. Natomiast za obecność na pogrzebie zmarłego w 1925 roku Żeromskiego, którego pochowano w obrządku ewangelickim, groziło wyrzucenie[80].

Szabasówki

Wielowyznaniowość mieszkańców II RP była wyzwaniem dla oświaty. Jeżeli w publicznej placówce uczyły się wyłącznie dzieci żydowskie, zamiast niedziel wolne od nauki miały być soboty. W połowie lat dwudziestych w całym kraju działało sto dziewięćdziesiąt takich szkół. Nazywano je "szabasówkami"[81]. Szkoła Felicji była jedną z nich.

- Nie miałam ani jednego znajomego, ani jednego kolegi Polaka. W ogóle. Już wtedy mieszkałam w getcie - wspominała po latach.

Szkoły mieszane lepiej przygotowywały do życia w jednym państwie. Lecz w nich - nawet jeśli większość uczniów była wyznania mojżeszowego - wolne od nauki pozostawały niedziele. Choć żydowskich uczniów zwalniano najczęściej z wymogu pisania w soboty, szkoła w szabas była w wielu rodzinach zakazana.

Na Pawiej 54 jednak pewnie nie byłoby problemów z nauką w sobotę. Rodzina Danielaków sekularyzowała się z pokolenia na pokolenie, choć starano się zachować obrzędowe ramy (Dora, kuzynka Feli, wspominała skargi ośmioletniego siostrzeńca - ukrywany podczas okupacji po "aryjskiej" stronie miał żal do niereligijnych rodziców, że ulegli prośbom dziadków i go obrzezali)[82].

Felicja nie bawiła się w zachowanie pozorów - całkowicie i otwarcie odrzuciła religię i tradycje przodków: - Nigdy nie wierzyłam w Boga. Jeszcze w dodatku babcia chciała mi płacić, bym mówiła pacierz[*9]. To już mnie w ogóle położyło. Jak ma się za to płacić, to ja już na pewno nie będę! Tak skończyła się ta cała zabawa.

Majowe przedwiośnie

Tymczasem młoda demokracja parlamentarna grzęzła w niekończących się sporach. W maju 1926 roku Józef Piłsudski przeprowadził udany przewrót. Wielu uwierzyło, że były socjalista wciąż mówi językiem książek Żeromskiego, a spóźnione "przedwiośnie" roztopi dotychczasowe niesprawiedliwości odrodzonej Polski.

W 1931 roku zdominowany przez zwolenników Marszałka Sejm zniósł ustawą "ograniczenia praw jak również przywileje obywateli z tytułu ich pochodzenia, narodowości, języka, rasy lub religii jako niezgodne z postanowieniami Konstytucji"[83]. - Jesteście Polakami wyznania mojżeszowego - powtarzali sanacyjni nauczyciele. Stało się to nośnym określeniem dla pokolenia wychowanego w II RP[84].

Nowe, sprawiedliwe porządki okazały się jednak fasadą. Propagowany państwowy patriotyzm sprowadzał się do kultu Marszałka. Po podpisanym w 1925 roku konkordacie Kościół katolicki zyskiwał coraz większy wpływ na edukację. Do obowiązkowych lekcji religii sanacja dołożyła nauczycielom dyżury podczas niedzielnych mszy dla młodzieży. Do służbowej przysięgi dodano: "Tak mi, Panie Boże, dopomóż". Minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, znakomity matematyk Kazimierz Bartel, z którym jeszcze się spotkamy w tej opowieści, wprowadził obowiązek kolektywnej modlitwy przed lekcjami i po ich zakończeniu (nie ustalono jednak, jaką modlitwę mają odmawiać dzieci z niekatolickich rodzin)[85].

Klerykalizacja szkół spotkała się z protestem postępowych organizacji nauczycielskich[86]. Władze usuwały z pracy niepokornych nauczycieli - placówkom, których dyrekcja nie chciała się podporządkować wymuszonym zwolnieniom, groziło zamknięcie.

Gdy Felicja uczyła się w pierwszej klasie, lewica przegrywała bitwę o polskie szkoły. Zwolennicy świeckiej edukacji nie składali broni, jednak była to już walka zaledwie defensywna. Hierarchowie katoliccy, ramię w ramię z nacjonalistami, coraz skuteczniej utrudniali niekatolikom dostęp do państwowej edukacji.

"Absolutnie polska"

Lekcje w "szabasówce" Felicji były wyłącznie po polsku. W szkołach państwowych, nawet tam, gdzie uczyły się wyłącznie żydowskie dzieci, nie wprowadzono zajęć z hebrajskiego ani jidysz (choć w II RP istniały publiczne powszechniaki, gdzie co najmniej dwa przedmioty wykładano po ukraińsku, niemiecku, litewsku, białorusku lub czesku).

- Nie umiałam ani czytać, ani pisać po żydowsku. Mój ojciec i moja babcia mówili tylko po żydowsku. Na szczęście mama mówiła po polsku, i to pięknie. Ale wiadomo, ile się mówi z rodzicami - nic. Bo mnie w domu było tyle co kot napłakał.

To szkoła na zawsze połączyła Felicję Danielak z Polską: - Wychowałam się w kulturze polskiej. Nie umiałam myśleć inaczej, ja nie umiałam marzyć inaczej, ja nie umiałam śnić inaczej, tylko po polsku.

Całe pokolenie polskich Żydów wyrosło na szkolnym kulcie polskiej literatury. Wywierała ona wpływ nawet na dzieci z ortodoksyjnych środowisk. Szczególnie szybko polonizowały się dziewczyny (w tradycyjnych rodzinach córki były znacznie chętniej puszczane do świeckich placówek niż synowie, którzy musieli się uczyć w chederach, bo to na nich spoczywał obowiązek zdobycia religijnego wykształcenia). Szkolna edukacja poszerzała horyzonty, rozbudzała aspiracje, była obietnicą awansu społecznego. Jednak często prowadziła też do wyrzeczenia się rodzinnego języka, co budziło wewnętrzny niepokój[87]. Część młodych zwalczała swój dysonans wrogością - jidysz stał się dla nich "żargonem".

Czy tak uważała również Felicja? W uniwersyteckich dokumentach w rubryce: "język ojczysty" podała: jidysz, język swego ojca[88]. Jednak jej nastoletni świat, choć etnicznie prawie w całości żydowski, był polskojęzyczny: - Szkoła była po polsku, koleżanki były po polsku, teatr, za którym szaleliśmy, był po polsku. To była polska kultura, którą nasiąkłam - podkreślała z mocą. - To było moje wszystko.

Kiedy w latach siedemdziesiątych odwiedzi Tel Awiw, spotka Miri Krymolowski, urodzoną w Izraelu pasierbicę swojej kuzynki Dory. Miri zapamięta ją tak: - Ona była taka absolutnie polska[89].

W cieniu wielkiego kryzysu

Na początku lat trzydziestych uderzyła w Polskę fala światowego kryzysu. Widmo głodu i eksmisji krążyło nawet nad rodzinami, którym dotąd powodziło się całkiem nieźle. Warszawska dzielnica żydowska boleśnie odczuła nową rzeczywistość. Przeważający tu drobni wytwórcy i kupcy nie byli w stanie o własnych siłach podnieść się z upadku[90]. W szkołach dochodziło do omdleń z niedożywienia. Nauczyciele alarmowali: "Dzieci z głodu wciąż piją wodę"[91]. Do demonstrujących bezrobotnych strzelały policja i wojsko. Kryzys obnażył wszystkie słabości młodego państwa. Wstrząsom gospodarczym towarzyszyły burze polityczne. Władze zaostrzyły cenzurę: konfiskowano numery czasopism, na niepokorne redakcje spadały coraz wyższe kary pieniężne, wycinano sceny z filmów (zwłaszcza radzieckich). Tak jak niemal w całej ówczesnej Europie w imię ochrony bezpieczeństwa państwowego zawieszano swobody obywatelskie - prawo do zgromadzeń, stowarzyszeń, tajemnicy korespondencji, a nawet wolności osobistej[92]. Marszałkowi było wtedy zdecydowanie bliżej do warstw uprzywilejowanych niż do dawnych towarzyszy. Zamiast obiecanego silnego państwa wprowadził rządy silnej ręki. W sierpniu 1930 roku Piłsudski po raz drugi został premierem. "Cała praca w sejmie śmierdzi i zaraża powietrze wszędzie"[93] - powiedział w okolicznościowym wywiadzie. Pięć dni później rozwiązał obie izby parlamentu. Aresztowano posłów z lewicy i prawicy, w tym także reprezentantów mniejszości ukraińskiej. Z brzeskiej twierdzy, gdzie uwięziono opozycjonistów, dochodziły wieści o ciężkich pobiciach. Jesienią 1931 roku w gmachu sądu okręgowego na ulicy Miodowej - w bliskim sąsiedztwie przyszłego gimnazjum Felicji - rozpoczął się proces brzeski. Na ławie oskarżonych zasiadło jedenastu działaczy politycznych. Najliczniejszą grupę stanowili pepeesowcy - członkowie partii, z której wywodził się Piłsudski. Skazano ich na dwu- i trzyletnie wyroki więzienia.

Gdy w czerwcu 1933 roku czternastoletnia Felicja skończyła powszechniak na Nowolipkach, w Małopolsce oddziały policji pacyfikowały wsie zbuntowane przeciwko rosnącym podatkom rolnym. Zginęło kilkanaście osób[94].

We wrześniu, gdy Felicja poszła do gimnazjum[95], w mieście Kobryń toczył się proces ośmiu białoruskich chłopów i dwudziestosiedmioletniej komunistki Reginy Kapłan. Zdesperowani mieszkańcy jednej z poleskich wsi próbowali odbić swój ubogi dobytek zarekwirowany przez poborców podatkowych. Zarzucono im, że chcieli obalić ustrój Polski i przekazać Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich jej północno-wschodnie terytorium. Podczas śledztwa aresztowanych rażono prądem. Wszyscy stanęli przed sądem doraźnym[96]. Prokurator zażądał dziewięciu szubienic: "Okoliczności łagodzących nie widzę. Oni dla społeczeństwa są już niepotrzebni. Niech zostaną wykreśleni z liczby obywateli polskich"[97]. Oskarżonych bronił znany prawnik, komunista Teodor Duracz. Proces wywołał protesty intelektualistów. To im zapewne należy zawdzięczać, że zamiast stryczka chłopi dostali dożywocie.

Gimnazjalistka

Szkoła, do której zdała Felicja, mieściła się poza obrębem dzielnicy żydowskiej. Na Miodową 10[*10] chodziła przez Ogród Krasińskich.

Tylko szesnaście procent uczniów szkoły powszechnej kontynuowało edukację w szkole średniej[98]. I były to w większości dzieci z zamożniejszych rodzin[99]. Te zazwyczaj już po czterech latach przenosiły się do ośmioklasowego gimnazjum. Pozostałe, których nie było stać na czesne, zostawały, jak Felicja, w siedmioletnim bezpłatnym powszechniaku. Program szkoły elementarnej różnił się znacznie od tego w młodszych klasach gimnazjalnych, dlatego zdanie egzaminów wstępnych do czwartej klasy szkoły średniej było nie lada wyzwaniem. Taki system w wielu wypadkach przekreślał edukacyjne szanse dzieci z rodzin robotniczych, a tym bardziej chłopskich[100].

Feli jednak się powiodło. Zdała z polskiego, matematyki i niemieckiego. Musiała być nie tylko zdolna, ale też zdeterminowana.

Otwarte na przełomie wieków prywatne gimnazjum imienia swojej założycielki Perły Zaksowej miało profil humanistyczny i znakomitą kadrę pedagogiczną. Żydowscy nauczyciele i wykładowcy - wypraszani w tym czasie z państwowych szkół i uniwersytetów z powodu rosnącego antysemityzmu - zasilali prywatne placówki[101]. Chemię wykładał tu Stanisław Goldflus, przyszły izraelski pisarz science fiction. Wieloletnim dyrektorem był Marian Tadeusz Lubecki - pedagog, religioznawca i wolnomyśliciel. Postać tak ciekawa, że warto się przy niej zatrzymać.

Jego brat Kazimierz był tajnym szambelanem trzech papieży. Marian w 1933 roku wystąpił z Kościoła, choć za bezwyznaniowca podawał się już wiele lat wcześniej ("Zbyt krwawemi smugami znaczy się władztwo katolicyzmu w dziejach powszechnych"[102] - pisał). W II RP, kiedy we wszystkich dokumentach trzeba było podawać wyznanie, bezwyznaniowość stanowiła wyzwanie rzucone państwu. Lubecki współzakładał Stowarzyszenie Wolnomyślicieli Polskich, które domagało się zniesienia przymusu nauki religii w szkołach. Był zaprzysięgłym liberałem. Działał w słynnej Lidze Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz w Stowarzyszeniu Obrony Wolności Sumienia. Nauczył się hebrajskiego. Propagował pacyfizm.

(Przeżył wojnę. Po wyzwoleniu działał w Kościele metodystów, założył Zbór Miłości "Agape", nazwany później Zborem Panmonistycznym - zrzeszenie wolnoreligijne, niedogmatyczne i bezobrzędowe, które istnieje do dziś. Zmarł w znamiennym roku - 1968)[103].

W szkole, którą kierował Marian Lubecki, musiała panować wolnościowa atmosfera. Czy to właśnie dlatego Felicja ją wybrała?

Przyczyny były dużo bardziej prozaiczne: gimnazjum Zaksowej przyciągało uczennice niższym czesnym (opłata roczna wynosiła tu dziewięćset sześćdziesiąt złotych, a na przykład w gimnazjum Zofii Kaleckiej płacono po tysiąc sto-tysiąc sto czterdzieści złotych)[104]. Każda złotówka miała znaczenie. Jankiel Danielak jak większość chałupników mógł w czasie kryzysu zarabiać poniżej dziesięciu złotych tygodniowo, osiemnaście - jeśli udało mu się wskoczyć na poziom rzemieślnika[105].

Z czesnym nie było żartów - dłużników wyczytywano podczas apeli, nie wpuszczano na lekcje, co w konsekwencji groziło wyrzuceniem. Wysokie opłaty za naukę były jednym z największych koszmarów przedwojennych uczniów.

Dużo tańsze od prywatnych były gimnazja państwowe i miejskie (te pierwsze, teoretycznie bezpłatne, pobierały od uczniów tak zwane taksy administracyjne, które były jednak parokrotnie niższe niż czesne). W Warszawie takich szkół było jak na lekarstwo[106]. Przyjmowano tam - zwłaszcza w latach trzydziestych - przede wszystkim dzieci katolickie.

Felicja miała podwójnie trudno, bo była dziewczyną. Państwowe szkolnictwo średnie zorganizowano głównie z myślą o chłopcach[107]. Gorzej sytuowani chętniej kształcili syna niż córkę. Ten był po prostu pewniejszą inwestycją. Miał przed sobą znacznie lepsze perspektywy zawodowe.

Felicja: "Za naukę płaciłam sama, utrzymywałam się dzięki udzielaniu korepetycji"[108].

Był to nie lada wysiłek. Czesne w prywatnych gimnazjach, rozłożone na comiesięczne raty, wynosiło około stu złotych (a dochodziły do tego koszty podręczników, pomocy szkolnych, obowiązkowego mundurka). Za godzinę korepetycji uczeń dostawał od osiemdziesięciu groszy do złotówki. By zebrać potrzebną sumę, trzeba było pracować każdego dnia po kilka godzin, wliczając soboty i niedziele. Jeśli oczywiście znaleźli się chętni do pobierania nauk - konkurencja wśród gimnazjalnych korepetytorów była ogromna.

Ile uporu musiała mieć w sobie ta czternastoletnia córka rzemieślnika z Pawiej, by wyrwać się z "zawodowego getta" i zdobyć wykształcenie? Czy gimnazjum Zaksowej dało jej zniżkę dla ubogiej młodzieży? A może mogła liczyć na wsparcie lepiej sytuowanych sióstr ojca? Ale one miały przecież własne córki - Dorę i Estusię - których naukę trzeba było opłacać.

Sytuacja młodych na rynku pracy była wyjątkowo trudna. Do większości fabryk nie chciano przyjmować robotników bez doświadczenia. Wykształcenie nie gwarantowało posady. Choć w II RP ludzi z dyplomem uniwersyteckim było wielokrotnie mniej niż obecnie, nadwyżki pracowników umysłowych, których zacofana gospodarka nie umiała wchłonąć, spotykały się w pośredniaku. Na trudną sytuację nakładała się dyskryminacja na tle etnicznym i religijnym. Na państwowych posadach preferowano Polaków katolików[109].

Dwunastego maja 1935 roku zmarł Józef Piłsudski. Ta śmierć pogorszyła sytuację polskich Żydów. Narodowcy, licząc na zdobycie władzy, uderzyli w antysemickie werble. Ich bojówki panoszyły się na ulicach[110]. Hasłom bojkotu ekonomicznego przyklasnął kler katolicki. Rozpoczęła się fala pogromowej przemocy[111].

Do żydowskiej młodzieży zaczęło docierać, że są obywatelami drugiej kategorii. Coraz częściej w szkołach mieszanych doświadczała "koleżeńskiego" antysemityzmu. Katolickie dzieci krzyczały do swoich rówieśników: "Żydzi do Palestyny!"[112].

Gdy wpajana w szkole miłość do Polski okazała się jednostronna, część młodych poczuła więź z ziemią, do której tak uparcie ich wysyłano. Zaangażowali się w ruch syjonistyczny, zaczęli uczyć się hebrajskiego. Nie wszyscy jednak chcieli budować nowe państwo żydowskie.

Felicja Danielak: - Nigdy nie miałam nic wspólnego z syjonizmem.

Na rozdrożu

Jej życiowe wybory dokonały się właśnie w szkole średniej.

Żeńskie gimnazja były rozpolitykowane, aż iskrzyło. Dziewczyny z wypiekami na twarzy komentowały podczas pauz prace Sejmu i rządu, protesty uliczne, oburzały się na wszelką niesprawiedliwość i przemoc. Wystarczył drobiazg, by wzniecić gorące spory. "Krew pulsowała w słowach podczas tych dyskusji. Bo zaczepiały o rzeczy dla nas najważniejsze: przyjaźń, sprawy seksualne, teologiczne"[113] - relacjonowała Bronka, jedna z rówieśniczek Felicji.

Trudna sytuacja materialna w domu, konieczność zarabiania na naukę zmuszała do poszukiwania przyczyn otaczających ich zjawisk.

- To był zupełnie inny świat niż teraz - tłumaczyła dziewięćdziesięciosiedmioletnia Janina Ludawska ze Sztokholmu, a w latach trzydziestych Janina Halperson, uczennica gimnazjum Zofii Kaleckiej na Nowolipkach i sąsiadka Feli z równoległej ulicy Dzielnej. - Różnice ekonomiczne były ogromne. O nędzę potykało się na każdym kroku[114].

Nie trzeba było nawet wychodzić z domu, by zderzyć się z tragedią: "Zdarzyło się dwa razy, że gdy jako dziecko bawiłam się na balkonie, to z domu wyskoczyli mężczyźni. Popełnili samobójstwo. To był okres bezrobocia i biedy. Jeden z nich był sublokatorem mojej ciotki, ten pan przeleciał obok mnie"[115] - wspominała w jednej z relacji.

Gdy Janina Ludawska opowiadała o świecie sprzed przeszło osiemdziesięciu lat, w jej głosie grały emocje, jakby to, co działo się na przedwojennych warszawskich ulicach, widziała zaledwie wczoraj. - Bunt - mówiła - był naturalną reakcją.

Szkoły nie chroniły przed chorobą zewnętrznego świata. Podział na biednych i bogatych uwidaczniał się tu szczególnie podczas drugiego śniadania. Dzieci z zamożnych rodzin wyciągały białe bułki z szynką czy z łososiem, do tego pomarańcze. Te najbiedniejsze stać było tylko na suchy chleb.

- Więc zrobiłyśmy tak - tłumaczyła Janina z satysfakcją. - Kładłyśmy kanapki na wspólnej tacy i brałyśmy co popadło, tak by żadna nie wiedziała, co jej się danego dnia trafi. Tylko dziewczyny z religijnych domów nie brały udziału w akcji śniadaniowej, bo nie mogły jeść szynki. W naszej szkole było ich tylko kilka, to była świecka, wręcz lewicowa placówka. Zamiast religii mieliśmy historię Żydów.

Niosło je bezkompromisowe pragnienie naprostowania świata. Recepty rodziców na ciche i spokojne życie okazały się nieaktualne. Dziewczyny szukały własnych ścieżek. Zdecydowanie odrzucały tradycyjne wartości.

Bronka: "Ateizm panował wszechwładnie. Bez względu na obóz".

Obozy były z grubsza trzy: syjonistyczny, bundowski i komunistyczny[116]. Jednak to nie tylko różnice ideologiczne wyznaczały linie podziałów (najpopularniejsza młodzieżowa organizacja syjonistyczna Ha-Szomer ha-Cair[*11] była lewicowa). Wielu młodych, którzy na własnej skórze doświadczyli nienawiści na tle etnicznym, stanęło na rozdrożu: wyjechać do Palestyny czy zostać w Polsce. Pierwsi twierdzili, że tylko własne państwo zagwarantuje Żydom prawa obywatelskie. Drudzy, w tym Felicja, uważali, że już mają własne państwo - tu, nad Wisłą, trzeba je tylko zmienić na lepsze.

Okazji do sporów nie brakowało.

Bronka: "Skoro odezwała się z czemś jakaś komunistka (lub odwrotnie), natychmiast syjonistki (lub odwrotnie) usiłowały wywąchać punkt zaczepny, aby się przeciwstawić, podczas gdy niekiedy były to przecież problemy jednakowo zgodne w obu obozach. Sęk tkwił tylko w tem, że wypowiadała je przeciwniczka ideowa".

Każda nowa uczennica była przesłuchiwana przez koleżeński kolektyw na okoliczność wyznawanych poglądów. Jeśli nie miała ich sprecyzowanych albo - co gorsza - nie sprawiała wrażenia zainteresowanej sprawami publicznymi i wielkimi ideami, zaliczano ją ze wzgardą do stadka klasowych "krów", "cielaków", "odpadków". Jeśli zaś rokowała politycznie, to w zależności od sympatii zasilała obóz "haszomrzanek"[*12], "bundówek" albo "marksistek"[117].

To ostatnie określenie było na wyrost. Gimnazjalistki znały Marksa bardziej z pogadanek starszych kolegów niż samodzielnej lektury. Jeśli nawet ktoś się pokusił, sięgał po łatwo przyswajalny Manifest komunistyczny ze słynnym widmem krążącym po Europie. Wielotomowy Kapitał był dla uczniów zbyt zawiły i skomplikowany.

Czytano na potęgę, ale chaotycznie. Pochodzenie religii i wiary w Boga Henryka Cunowa, Życie termitów Maurice'a Maeterlincka, Socjalizm i sprawiedliwość Leo Belmonta. Za kultowe powieści uważano Płomienie Stanisława Brzozowskiego oraz Republikę Szkid Grigorija Biełycha i Leonida Pantielejewa o radzieckiej szkole z internatem dla bezprizornych[*13].

Paweł Merlend z I Gimnazjum Związku Nauczycielstwa Polskiego: "Z równym powodzeniem połykaliśmy książki o treści anarchistycznej, jak i katolickiej. To szukali wyjaśnienia w nauce jogów, to znów w teorii marksistowskiej"[118].

Te eklektyczne poszukiwania łączyła krytyka otaczającego świata. Rewolucja - zdaniem młodych marzycieli - błyskała już na horyzoncie.

Paweł Merlend: "Byliśmy pewni, że nastąpi lada dzień. I że potem wszyscy ludzie staną się uczciwi, dobrzy i pełni poświęcenia dla sprawy".

Przepaść językowa

Gimnazjalne socjalistki były zwolenniczkami Komunistycznej Partii Polski albo Ogólnożydowskiego Związku Robotniczego "Bund".

Założony na przełomie wieków Bund walczył o głęboką demokratyzację, świeckie i bezpłatne szkolnictwo, poprawę doli robotników i rzemieślników przez uspołecznienie środków produkcji. Był przeciwny emigracji do Palestyny.

Rywalizacja o wpływy na "żydowskiej ulicy" między komunistami a zwolennikami Bundu nieraz zamieniała się w mordobicie.

Janina Ludawska ze śmiechem: - My się nie biłyśmy. Z jedną bundówką nawet się zaprzyjaźniłam. Miała dwa rude warkocze. Nazywała się Zazula.

Janina chodziła z nią na spotkania Cukunftu, czyli młodzieżówki Bundu. Tam poznała Marka Edelmana. - Ale on chodził do żydowskiej szkoły[*14]. I to właśnie była ta różnica.

Obie grupy łączyła wiara w nowy, sprawiedliwy świat. Dzielił je natomiast język. Bundowcy chcieli "zakorzenić się" w jidysz, rozwijać żydowską kulturę i naukę. Domagali się szkół z wykładowym jidysz. Bez tego, argumentowali, nie może być mowy o emancypacji polskich Żydów[119].

Dla Janiny była to przepaść nie do pokonania. - Nie mogłam zostać w Bundzie, nie znałam żydowskiego.

Felicja, choć znała jidysz, w szkole wrosła w polską kulturę, podobnie jak jej sąsiadka z Dzielnej. Jednak większość polskich środowisk odrzucała dziewczyny takie jak Fela i Janina ze względu na ich pochodzenie lub co najwyżej sytuowała je na pozycji aspirujących do roli "prawdziwych" Polek. W latach trzydziestych nawet PPS nie była wolna od podobnych tendencji.

- Byłam na lewo od Bundu. To była socjaldemokracja, a ja byłam związana z komunistami - wspominała po latach Felicja Danielak.

Komunistyczna Partia Polski niosła na transparentach internacjonalizm, obietnicę świata, w którym pochodzenie etniczne nie ma znaczenia. Ta - o czym Felicja Danielak przekona się na własnej skórze - nigdy nie została spełniona. Jednak w połowie lat trzydziestych komunistyczna opowieść o ponadnarodowym braterstwie wielu wydawała się jedynym skutecznym lekarstwem na coraz bardziej powszechną chorobę nacjonalizmu i faszyzmu. Chodziło nie tyle o marksizm, o którym młodzi mieli mgliste pojęcie, ile o radykalną przebudowę społeczną.

Felicja: "KPP walczyła i chciała się bić o coś nowego"[120].

Bronka (po wojnie amerykańska profesor) też sympatyzowała z marksistkami. "Wydawało mi się, że w komunizmie znajdę odpowiedź na mojego konika, kwestię żydowską".

Wierzyła, "że nie będzie w nim antysemityzmu".

Wybór polityczny, którego dokonała Felicja, Janina, Bronka i wielu innych z tamtego pokolenia, wynikał także ze szkolnej polonizacji i z klęski piłsudczykowskiego projektu asymilacyjnego. Był więc pochodną spychania Żydów na margines państwa.

Rewolucyjny Związek

Czternastoletnia Bronka uznała, że jest zbyt młoda na działalność w nielegalnej organizacji. Za to siedemnastoletnia Felicja podjęła ryzyko: w 1936 roku została członkinią Rewolucyjnego Związku Niezamożnej Młodzieży Szkolnej[*15]. RZNMS[121] zrzeszał lewicujących gimnazjalistów z dużych miast, głównie z Warszawy i Łodzi.

"Całe moje otoczenie tam należało, to była kwestia dobrego tonu, a także jakiś dowód patriotyzmu - wspominała jedna z warszawskich rówieśniczek Felicji. - Uważałam wtedy, że jest to jedyne wyjście dla Polski, w której było tyle biedy. Czytało się, widziało się wykresy wzrostu produkcji w Związku Radzieckim, oglądało się filmy, jak tam się cudownie ludziom powodzi... Pragnęłam także dla Polski takiego wspaniałego losu"[122].

- Starałyśmy się dać wyraz naszej niezgodzie na nierówność ekonomiczną i etniczną. Wydawało nam się, że komunistyczna ideologia przyniesie równość, zlikwiduje nędzę. Chodziłam do baraków żoliborskich uczyć robotnicze dzieci, ale gdy wróciłam z wakacji, budynki zrównano z ziemią. Nie mam pojęcia, co się stało z mieszkańcami. Te niesprawiedliwości to było dla nas... nawet trudno mi znaleźć właściwe słowo - dodała Janina Ludawska, także członkini RZNMS.

Szkolna organizacja krążyła w orbicie Komunistycznego Związku Młodzieży Polski, jednak największy wpływ na RZNMS mieli studenci z "Życia"[*16]. Przychodzili do młodszych kolegów z odczytami, prowadzili pogadanki i tak zwane oświatówki[123]. Władze traktowały szkolnych rewolucjonistów jak "dorosłe" zagrożenie. Za członkostwo w nielegalnej organizacji groziło wyrzucenie ze szkoły, a nawet więzienie, co studziło zapał wielu chętnych. Z drugiej strony konspiracyjne spotkania miały posmak romantycznej przygody. "To powiększało jeszcze naszą ku temu ochotę"[124] - wspominała jedna z uczennic.

Do nowych członków docierano pocztą pantoflową. Janina Ludawska o istnieniu RZNMS dowiedziała się podczas wakacji.

- Nasze gimnazjum organizowało letnie kolonie. Byłam aktywna w szkolnym samorządzie i pewnego dnia dziewczyny ze starszych klas zaprosiły mnie na zebranie w lesie. Był 1935, może 36 rok. Przyszło nas nie więcej niż dziesięć. Było bardzo tajemniczo. Potem, już w Warszawie, poszłam na jeszcze jedno zebranie organizowane tym razem u kogoś w domu. Tam dziewczyny zaproponowały mi wstąpienie do organizacji. Nie było żadnych przysiąg ani niczego podobnego. Trzeba było jednak zachować dyskrecję, bo spotkanie było nielegalne.

Paweł Merlend o tajemniczej organizacji dowiedział się od koleżanek z kółka literackiego. Po usilnych prośbach jedna z nich obiecała poznać go z łączniczką związku. Spotkanie zostało ustalone za kilka dni pod sklepem Dziecięcy Raj: "To był mój pierwszy podpunkt".

(Słownik młodego rewolucjonisty: PODPUNKT - ściśle określone miejsce i czas spotkania do załatwienia spraw organizacyjnych).

Gdy łączniczka uznała, że Pawłowi można zaufać, zorganizowała spotkanie z sekretarzem RZNMS z gimnazjum chłopaka (hasłem rozpoznawczym było pytanie: "Czy kolega zbiera znaczki pocztowe?"). Wkrótce zaproszono Pawła na tajne zebranie w domu jednego z uczniów. Debatowano tam o palących problemach: czy członkowie związku, w imię wyższego dobra, mogą opuszczać się w nauce? ("Rewolucja jest ważniejsza od dobrych stopni! Precz z burżuazyjną nauką!" - twierdzili ci, którym nie chciało się ślęczeć nad książkami. W końcu jednak przeważył argument, że wykształcenie stanie się narzędziem w budowaniu nowego ustroju, a dobre stopnie podnoszą autorytet w szkole. Uchwalono więc, że związkowiec musi się uczyć najlepiej, jak potrafi). Na koniec był referat o rewolucji październikowej. Rozchodzili się pojedynczo w kilkuminutowych odstępach.

* * *

RZNMS docierał do dwudziestu pięciu warszawskich gimnazjów, a więc jednej czwartej wszystkich. Szkolne koła liczyły średnio po siedem-osiem osób, w niektórych placówkach było ich po kilka. Choć dziś trudno oszacować ogólną liczbę członków, jest jasne, że była to organizacja niszowa. Według władz, które inwigilowały gimnazjalnych komunistów, w stolicy do związku należało nie więcej niż pięćset osób[125].

Janina Ludawska: - Wiele osób podzielało nasze poglądy, to była wtedy dość oczywista sprawa, ale na działanie decydowali się nieliczni.

(W klasie Janiny, zdominowanej przez członkinie bundowskiego Cukunftu, do komunistycznego związku należały trzy dziewczyny).

Zdecydowanie więcej niż członków było sympatyków, którzy przychodzili na organizowane przez RZNMS pogadanki, zebrania literackie, brali bierny udział w szkolnych protestach, czasem pomagali w tak zwanych masówkach, czyli ulicznych akcjach. Nazywano ich luźniakami.

Związek nie dawał żadnych przywilejów. Przeciwnie, wymagał od swoich członków dużego zaangażowania i aktywności. A przecież większość działaczy musiała, jak Fela, zarabiać na czesne korepetycjami. Nauki było mnóstwo, bo przedwojenne gimnazja z reguły dbały o poziom. W krytycznych momentach związek udzielał "urlopu", były to jednak rzadkie wypadki.

Janina Ludawska: - Na naszych szkolnych kołach głównie czytałyśmy różne lektury. Zapamiętałam książkę z czerwoną okładką, bo dostrzegła ją nasza wychowawczyni i po kolorze oceniła, że "nie jest to książka państwotwórcza". Z koleżankami i kolegami z innych szkół spotykałyśmy się na zebraniach ogólnych, czyli oświatówkach. Tam zaprzyjaźniłam się z Leną.

Lena, czyli Helena Eilstein, filozofka, etyczka, ateistka, "przyjaciółka rozumu", jak napisze po latach jej biografka, urodziła się w 1922 roku. Chodziła do gimnazjum Ewy Strauch-Szlezyngierowej dla dziewcząt z mieszczańskich i inteligenckich rodzin żydowskich[126]. I chciała zmieniać świat.

Janina: - Niewiele mogłyśmy zrobić. Rozlepiałyśmy ulotki pod szkołą.

Produkcją ulotek zajmowała się technika RZNMS.

(Słownik młodego rewolucjonisty: TECHNIKA - zespół odpowiedzialny za powielanie wydawnictw, przygotowanie farb i szablonów do nanoszenia haseł na murach, wykonanie transparentów).

Paweł Merlend: "W piwnicy na Złotej, którą udostępnił nam znajomy robotnik, pracowaliśmy przy świetle świeczki, którą trzeba było gasić przy najmniejszym szmerze z zewnątrz. Urządzenie drukarni było prymitywne. Stare polowe łóżko, na nim ręczny powielacz i farby. Pędzel, papier i klisze leżały obok".

Ukryte pod ubraniem ulotki przekazywali w podpunktach kolporterom. Ci dostarczali rewolucyjną produkcję Janinie, Lenie, Felicji, innym działaczkom i działaczom. Na tych ulotkach wypisywano wywrotowe hasła. Na przykład: "Żądamy powszechnego i bezpłatnego nauczania".

Organizowali też wieczorki artystyczne - z recytacją poezji Broniewskiego, Wata, Majakowskiego. Czytali na głos publicystykę Boya. Czerwoną kredą malowali rewolucyjne hasła na chodnikach pod szkołą. Redagowali nielegalne gazetki szkolne. Rozprowadzano je cichaczem pod pulpity ławek i do kieszeni palt w szatni.

Paweł Merlend: "Po każdym takim nakładzie w szkole wrzało jak w ulu. Woźni biegali jak opętani, dyrektor groził wywaleniem "parszywych owiec", wszczynał dochodzenie, ale bez większego skutku".

Największy problem mieli z lokalami na zebrania. W mieszkaniach zwykle byli rodzice, spotykali się więc na tak zwanych deptakach pełnych spacerującej młodzieży gimnazjalnej i nad Wisłą. Latem wyjeżdżali do Puszczy Kampinoskiej. Spali u chłopów na sianie. Dzielili się wałówką. Przy ognisku recytowali Słowo o Jakóbie Szeli Brunona Jasieńskiego.

Paweł Merlend: "Wydawało nam się, że żyjemy już na socjalistycznej wyspie".

Janina Ludawska: - A w Święto Pracy szłyśmy na demonstracje.

W pierwszomajowych pochodach maszerowali obok studentów z "Życia". Nieśli przyniesione pod płaszczami transparenty. Śpiewali Międzynarodówkę. Powiewały czerwone sztandary.

Władze reagowały ostro.

Paweł Merlend: "Oddziały milicji konnej runęły z obnażonymi szablami na pochód. Podjechały ciężarówki wypełnione policją, z karabinami w pogotowiu. Wyciągano z tłumu wskazanych przez szpiclów robotników. Dostałem kolbą w plecy i znalazłem się w pokrytej brezentem ciężarówce".

Merlend przesiedział trzy dni w areszcie: "Nędzne, brudne pomieszczenie: 9 metrów kwadratowych, dwie drewniane zapluskwione prycze, a cela zaludniła się do ponad 20 ludzi". Ścigany listem gończym zbiegł do Belgii, potem do ZSRR. W 1937 roku zabrało go NKWD. Drugą wojnę światową spędził w łagrze[127].

Janinę Ludawską razem z koleżanką też złapano na demonstracji. Na Dzielną przyszła policja. - Na szczęście pomylili mieszkania i poszli do mojego starszego o szesnaście lat brata, który mieszkał piętro wyżej.

Konspiracyjna działalność w związku obfitowała we wsypy, których konsekwencją były rewizje w domach rodzinnych. Wpaść w kłopoty można było nawet za jedną ulotkę.

Dorośli w obawie przed represjami robili, co mogli, by przeszkodzić dzieciom w nielegalnej działalności.

Paweł Merlend: "Matka jednej z dziewcząt, by uniemożliwić jej udział w pochodzie, schowała buty".

Janina Ludawska: - Moi rodzice odnosili się do mojego zaangażowania dość spokojnie, ale oni mieli lewicowe zapatrywania.

Niebezpieczeństwo wzmagało brawurę młodych rewolucjonistów.

Paweł Merlend: "Panowała mania używania niewybrednego słownictwa z przedmieść. I negowania jakichkolwiek zasad przyzwoitego ubierania się. Niedbała odzież, nie zawsze czysta koszula i soczysty język miały być dowodem naszej proletariackości. W tym przodowali uczniowie z dobrze sytuowanych rodzin. Moda na robociarskie skórzane kurtki szybko została podchwycona przez agentów policji, co ułatwiało im śledzenie naszych ludzi".

W Warszawie działały dwa zarządy główne RZNMS: żydowski i polski. Pierwszy był zdecydowanie liczniejszy. Obejmował pięć dzielnic i łącznie osiemnaście prywatnych szkół średnich (to dane władz - najprawdopodobniej niepełne)[128]. Gimnazjum Bena znajdowało się w I, a Felicji w IV dzielnicy, choć obie placówki dzielił kwadrans spaceru. Zarząd polski obejmował tylko dwie dzielnice. Zgrupowano w nich szkoły państwowe i miejskie, w których założono koła RZNMS - działała w nich przede wszystkim młodzież żydowska[129].

Każde szkolne koło miało łącznika. Ci tworzyli zarząd dzielnicy lub miasta[130]. "Przyjaciółka rozumu" Helena Eilstein i Felicja Danielak - przewodniczące swoich szkolnych kół - poznały się podczas pracy w dzielnicowym zarządzie RZNMS na ulicy Długiej.

Helena Eilstein: "Przychodziłam w sprawach organizacyjnych do jej mieszkania na Pawiej"[131].

Z pracy w zarządzie zapamiętał Felicję również Mieczysław Lidert (po wojnie śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego): "Była bardzo aktywna. Często zabierała głos w aktualnych sprawach politycznych. Spotykałem ją zawsze w gronie naszych towarzyszy z organizacji - na demonstracjach, pochodach pierwszomajowych i przy innych okazjach"[132].

Sama Felicja po latach mówiła jednak o działalności w RZNMS z ironią: - Ta lewica szkolna to była czysta lipa. Myśmy tam nic nie robili, tylko uczyli się z Bucharina[*17], w dodatku wtedy, gdy już Bucharin siedział. Ale to przecież jest Polska, więc dom wariatów.

I: - Wszystko stało na głowie. Prowadziliśmy kółka szkoleniowe. Nie brałam udziału w żadnej akcji, nawet plakatowej. To było krótko[133].

Janina, choć była przecież przyjaciółką Heleny Eilstein i mieszkała w okolicy Pawiej, nie umiała sobie przypomnieć sąsiadki Felicji. Pamiętała za to Bena, wysokiego chłopca z poważnym wyrazem twarzy, mimo że ten nie należał do organizacji, lecz był tylko jej sympatykiem. - Kolega z gimnazjum Ascoli, przychodził na nasze zebrania. Interesował się zwłaszcza tematami ekonomicznymi.

* * *

Latem 1939 roku Janina Ludawska wyjechała na wakacje za morze.

- Stefania Sempołowska[*18], która była moją nauczycielką geografii, z taką pasją opowiadała o Szwecji, że zaczęłam fascynować się tym krajem. Wybrałam się na letni kurs językowy do Sztokholmu.

Do kraju wróciła już po wojnie. Nie znalazła nikogo z rodziny. Osiem koleżanek z jej gimnazjalnej klasy jesienią 1939 roku zdążyło uciec za granicę (głównie do ZSRR). Z trzydziestu czterech, które zostały w Warszawie, przeżyły trzy[134].

 

[...]

 
Przypisy końcowe
[1] Ta i pozostałe wypowiedzi Janiny Nadaner (1950-2021): rozmowy z autorką książki, lata 2018-2020.
[2] Katarzyna Kopacz, Piotr Zychowicz, Tajny pogrzeb Wolińskiej, "Rzeczpospolita", 6.12.2008, https://www.rp.pl/historia/art15903991-tajny-pogrzeb-heleny-wolinskiej [dostęp: 7.11.2023].
[3] Już dekadę wcześniej wytykano Kołakowskiemu znajomość z Wolińską. "Różnice pomiędzy Wolińską a Kołakowskim tylko z pozoru są zasadnicze. W istocie służyli wspólnej sprawie: pełnemu podporządkowaniu Polski Sowietom, zniszczeniu wszelkich przejawów suwerenności kraju, wykorzenieniu patriotyzmu. Partia wyznaczyła im różne, ale równie odpowiedzialne zadania". Jerzy Bukowski, Dwie strony tego samego: Wolińska i Kołakowski, "Dziennik Polski", 8.01.1999, https://dziennikpolski24.pl/dwie-strony-tego-samego-wolinska-i-kolakowski/ar/1984922 [dostęp: 7.11.2020].
[4] Anna Gielewska, Zmarła stalinowska prokurator Helena Wolińska, "Rzeczpospolita", 29.11.2008, https://www.rp.pl/historia/art7930421-zmarla-stalinowska-prokurator-helena-wolinska [dostęp: 7.11.2020].
[5] Piotr Zychowicz, Nigdy nie przekazała mi słowa przeprosin, nie żałowała, wywiad z Władysławem Bartoszewskim, "Rzeczpospolita", 6.12.2008, https://www.rp.pl/wydarzenia/art15903981-nigdy-nie-przekazala-mi-slowa-przeprosin-nie-zalowala [dostęp: 7.11.2020].
[6] Zmarła żydowska oprawczyni czasów stalinowskich - Helena Wolińska (Fajga Mindla Danielak), "Bibuła", 28.11.2008, https://www.bibula.com/?p=3628 [dostęp: 7.11.2023].
[7] Tadeusz M. Płużański, "Ida", czyli zakłamana Wolińska, "Najwyższy Czas", 24.02.2015, https://nczas.com/2015/02/24/ida-czyli-zaklamana-wolinska/ [dostęp: 7.11.2020].
Część I
[8] Przemówienie naczelnika państwa Józefa Piłsudskiego na otwarcie Sejmu Ustawodawczego, 10.02.1919, cytat za: Jan Tomicki, II Rzeczpospolita. Oczekiwania i rzeczywistość, Warszawa 1986, s. 97.
[9] Zawiadomienie zarządu Zakładów Gazowych w Warszawie, "Kurjer Warszawski", wydanie poranne, 27.02.1919, nr 58, s. 1, https://crispa.uw.edu.pl/object/files/221533/display/Default [dostęp: 5.05.2020].
[10] Akta Stud. Danielak Fajga, 52625, Wypis aktu urodzenia, 1.04.1919; Świadectwo dojrzałości Fajga Mindla Danielak, 20.05.1938; Zamówienie na legitymację studencką, 26.10.1938; Zamówienie na legitymację studencką, 9 czerwca 1939, k. 4, 1, 21, 22, Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego.
[11] Irena Kowalik, rozmowa z autorką, Warszawa, 19.12.2017.
[12] Informacje na podstawie wojennego dziennika Włodzimierza Brusa, pisanego w latach 1941-1944 w Saratowie [dalej jako: Włodzimierz Brus, Dziennik...]. Kopia maszynopisu dziennika, udostępniona przez Janinę Nadaner, w posiadaniu autorki. Jednak użyte w książce cytaty pochodzą z opublikowanego źródła: Włodzimierz Brus, "Rozmowa w pustce" z posłowiem córki autora - Heleny Róży Brus, "Karta" nr 117/2023, s. 87-115.
[13] Dorota Krymolowski, Żydówka na aryjskich papierach, tłum. z hebrajskiego na potrzeby tej książki Leszek Kwiatkowski, Tel Awiw 1992. Dziękuję Miri Krymolowski za udostępnienie książki.
[14] Informacje na podstawie: Włodzimierz Brus, Dziennik...
[15] Akta stanu cywilnego Okręgu Bożniczego w Radzyniu, Księga urodzeń, małżeństw i zgonów, 1852, akt małżeństwa, nr 24, k. 37; Archiwum Państwowe w Lublinie.
[16] Agata Tuszyńska, Singer. Pejzaże pamięci, Warszawa 2002.
[17] Baruch Elimelech Rak, Wspomnienia żydowskiego działacza rzemieślniczego, tłum. Marcin Urynowicz, Warszawa 2010; Barbara Engelking, Jacek Leociak, Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, Warszawa 2013 (e-book); Marian Fuks, Żydzi w Warszawie, Poznań-Daszewice 1997.
[18] Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Warszawa 2018; Barbara Engelking, Jacek Leociak, dz. cyt.
[19] Opis dzielnicy północnej na podstawie: Mordechaj Canin, Przez ruiny...; Barbara Engelking, Jacek Leociak, dz. cyt.; Marian Fuks, Żydzi w Warszawie...; Isaac Bashevis Singer, Miłość i wygnanie, tłum. Lech Czyżewski, Warszawa 2002; Jacek Leociak, Biografie ulic. O żydowskich ulicach od narodzin po Zagładę, Warszawa 2018; Warsze-Warszawa. Żydzi w historii miasta 1414-2014, red. Paweł Fijałkowski, Warszawa 2020.
[20] Nagrobek Daniela Danielaka odnaleziony dzięki bazie danych nagrobków cmentarzy żydowskich w Polsce, zdjęcie: https://cemetery.jewish.org.pl/id_43395/size_normal/photo.jpg [dostęp: 12.04.2019].
[21] Jacek Leociak, Biografie...
[22] ANS, 109/241, Akta osobowe tow. Wolińska Helena, Życiorys, 4.12.1960, 35/69, Akta osobowe tow. Wolińska Helena, Ankieta personalna, 25.12.1950, k. 10, Archiwum Akt Nowych.
[23] Brunon Sikorski, Rzemiosło warszawskie II Rzeczypospolitej, w: Warszawa II Rzeczypospolitej, z. 3, Warszawa 1971.
[24] Ta i następne wypowiedzi Felicji Danielak-Heleny Wolińskiej (jeśli nie zaznaczono inaczej): rodzinne nagranie wideo Janiny Nadaner, Oksford, lato 1991.
[25] Ta i pozostałe wypowiedzi Józefa Hena: rozmowa z autorką, Warszawa, listopad 2018.
[26] Jerzy S. Majewski, Pawia to nie tylko Pawiak. Tu kiedyś tętniło życie, "Gazeta Wyborcza", 13.04.2014, http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,15778769,Ulica_Pawia_to_nie_tylko_Pawiak__Tu_kiedys_tetnilo.html [dostęp: 21.02.2018].
[27] Mordechaj Canin, Przez ruiny..., s. 46.
[28] Estera Rachela Kamińska, Boso przez ciernie i kwiaty. Memuary "matki teatru żydowskiego", tłum. Mirosława M. Bułat, Warszawa 2020.
[29] Włodzimierz Słobodnik, W cieniu poezji i muzyki, w: Wspomnienia o Lucjanie Szenwaldzie, red. Gabriela Pauszer-Klonowska, Warszawa 1963, s. 250.
[30] Archiwum Historii Mówionej, Zapomniani świadkowie XX w., AHM_1815, Świadek Janina Ludawska, wywiad przeprowadziła Aleksandra Grażyńska, data nagrania 27/28.05.2010, czas nagrania 7 h 12 m [dostęp: 27.03.2024].
[31] The Central Database of Shoah Victims' Names: Zeznanie Doroty Szczuczyński-Krymolowski dot. ciotki Chawy Danielak, niedatowane; zeznanie Włodzimierza Brusa dot. teściowej Chawy Danielak, 24.11.1988, Archiwum Yad Vashem, http://yvng.yadvashem.org/nameDetails.html?language=en&itemId=3650619&ind=1 , https://yvng.yadvashem.org/index.html?language=en&advancedSearch=true&sln_value=Brus&sln_type=synonyms&sfn_value=W&sfn_type=synonyms [dostęp: 11.12.2017].
[32] Rodzinne nagranie wideo Janiny Nadaner.
[33] BU 728/90996, Akta paszportowe Wolińska Brus Helena, Kwestionariusz paszportowy, 8.02.1961, k. 4, Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.
[34] Teczki personalne Heleny Wolińskiej: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Państwowe w Warszawie, Oddział Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku (dalej: Archiwum w Milanówku).
[35] Zeznanie Doroty Szczuczyński-Krymolowski, Archiwum Yad Vashem.
[36] Akta Stud. Danielak Fajga, 52625, Wypis aktu urodzenia, 1.04.1919, Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego.
[37] Akta paszportowe Wolińska Brus Helena, Zaświadczenie utrzymania od Fagot Zalman (tłumaczenie), 25.07.1971, k. 27, Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.
[38] Na Woli otwarto pierwszy w Polsce Ogród Sprawiedliwych, "Gazeta Wyborcza", 5.06.2014, https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,34862,16104619,na-woli-otwarto-pierwszy-w-polsce-ogrod-sprawiedliwych.html [dostęp: 14.03.2018].
[39] "Hanna Jakubowicz", Inwazja bolszewicka w Płocku w 1920 r., Róża Rozenberg, ur. 1903, Płock (1920; 1934), sygnatura 3580, w: Ostatnie pokolenie. Autobiografie polskiej młodzieży żydowskiej okresu międzywojennego ze zbiorów YIVO Institute for Jewish Research w Nowym Jorku, red. Alina Cała, Warszawa 2003, s. 127-146.
[40] Zob.: Jochen Böhler, Civil War in Central Europe, 1918-1921: The Reconstruction of Poland, Oxford 2018, s. 2.
[41] Bolszewicy chcieli wywołać strajk powszechny, "Kurjer Płocki" 1920, nr 34, 12.02.1920. Wszystkie cytowane egzemplarze gazety zostały pobrane w wersji cyfrowej z Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.
[42] Andrzej J. Papierowski, Jerzy Stefański, Posłowie do obrony Płocka w 1920 r. (przyczynek historyczny), cz. I, "Notatki Płockie. Kwartalnik Towarzystwa Naukowego Płockiego" 1998, t. 43, nr 3 (176); Kazimierz Askanas, Stefan Themerson i jego dom rodzinny, "Notatki Płockie. Kwartalnik Towarzystwa Naukowego Płockiego" 1988, t. 33, nr 4 (137).
[43] Janina Landsberg-Śmieciuszewska, Wyciąg z dziennika z chwili nadejścia bolszewików na Płock, cytat za: Andrzej J. Papierowski, Jerzy Stefański, Posłowie do..., cz. 2, s. 14.
[44] Grzegorz Gołębiewski, Obrona Płocka przed wojskami bolszewickimi 18-19 sierpnia 1920 r., Płock 2015, s. 41.
[45] Sprawa obchodząca setki Płocczan, "Kurjer Płocki", nr 203, 29.08.1920.
[46] "Hanna Jakubowicz", Inwazja..., s. 136.
[47] Grzegorz Gołębiewski, Obrona Płocka...; Sprawozdanie posła Grynbauma, w: Inwazja bolszewicka a Żydzi. Zbiór dokumentów, Warszawa 1921, s. 42-52.
[48] Sprawozdanie posła Grynbauma..., s. 45-46.
[49] Zapis Szapiro dominuje w literaturze. Szpiro wg aktu zgonu, który znalazł Grzegorz Gołębiewski. Zob.: Grzegorz Gołębiewski, Lista poległych w obronie Płocka 18-19 sierpnia 1920 r. oraz zmarłych z ran w późniejszym czasie - suplement, "Notatki Płockie. Kwartalnik Towarzystwa Naukowego Płockiego" 2017, t. 62, nr 3 (252).
[50] "Hanna Jakubowicz", Inwazja..., s. 137; zob. także: Wyrok sądu doraźnego, "Kurjer Płocki", nr 203, 29.08.1920.
[51] Komentarz w przypisie Aliny Całej, w: "Hanna Jakubowicz", Inwazja..., s. 137.
[52] Józef Haller, Wezwanie do zgłaszania wypadków zdrady i sprzyjania nieprzyjacielowi, "Kurjer Płocki", nr 201, 27.08.1920.
[53] O ukaraniu zdrajców, "Kurjer Płocki", nr 203, 29.08.1920.
[54] Cytaty za: Grzegorz Gołębiewski, Obrona..., s. 158; zob. także: Sprawozdanie posła Grynbauma...
[55] Posiedzenie XL Rady Miejskiej m. Płocka, 31 sierpnia 1920, w: "Hanna Jakubowicz", Inwazja..., s. 55.
[56] Według świadectwa Włodzimierza Brusa dla Yad Vashem, The Central Database of Shoah Victims' Names z 24.11.1988, jego ojciec urodził się w 1889 r., a matka w 1898 r. Jednak według Knigi postojannogo narodonasilenija goroda Płocka w Archiwum Państwowym w Płocku (28673) Hinda Brana Askanas, córka Beniamina urodziła się w kwietniu 1893 r., zaś według Parafia Mojżeszowa, księga (duplikat) urodzeń, małżeństw, zgonów 1895, 68/12, nr aktu 118, urodziła się w 1895 r. Podany przez Brusa rok urodzenia ojca potwierdzony w Archiwum Państwowym w Płocku, Parafia Mojżeszowa, księga (duplikat) urodzeń, małżeństw, zgonów, 68/7, nr aktu urodzenia 53, k. 14.
[57] Starsza córka Włodzimierza Brusa, Helena Róża Brus, mówiła, że jej dziadek "Naftali był chasydem, zwolennikiem rebego z Góry Kalwarii", w: Rafał Kowalski, Płoccy wypędzeni. Marzec '68, Płock 2018, s. 37-51. Zdjęcie Naftalego Zylberberga: Archiwum Państwowe w Płocku i archiwum domowe Janiny Nadaner, kopia w posiadaniu autorki.
[58] Świadkini płockich wydarzeń Róża Rozenberg pisała o płaczu i jękach, "które rozlegały się z bóżnicy chasydów cadyka Góry Kalwarii". "Hanna Jakubowicz", Inwazja..., s. 138.
[59] Związek Patriotów Polskich w ZSRR, 268, Życiorys napisany przez Beniamina Zylberberga w 1944 r, Archiwum Akt Nowych.
[60] Rafał Kowalski, dz. cyt.
[61] Archiwum Państwowe w Warszawie, 27/21, Ceglana 10, Sprzedaż Wyrobów Żelaznych Abram Zylberberg, 1929.
[62] Włodzimierz Brus, The Bane of Reforming the Socialist Economic System, offprint of "Banca Nazionale del Lavoro Quarterly Review" 1993, No. 46 (187): Zmora reformowania socjalistycznego systemu ekonomicznego, "Teoria Ekonomii" 1990, nr 4, tłum. Mirosław Jodko, s. 9-50. Zob. także: The Central Database of Shoah Victims' Names, Zeznanie Włodzimierza Brusa dot. ojca Abrama Zylberberga, 24.11.1988, Archiwum Yad Vashem.
[63] Włodzimierz Brus w powojennych dokumentach podał, że ojciec był członkiem organizacji syjonistycznej. Centralna Kartoteka PZPR, CK XX/9511, Włodzimierz Brus-Beniamin Zylberberg, Ankieta dla aktywu partyjnego, 7.02.1949, k. 32; Życiorys, 11.02.1956, k. 46, Archiwum Akt Nowych.
[64] Włodzimierz Brus, rozmowa z Janem Tomaszem Grossem, lata 80. XX w., kopia nagrania w posiadaniu autorki.
[65] Rafał Kowalski, dz. cyt.
[66] The Central Database of Shoah Victims' Names, Zeznanie Włodzimierza Brusa dot. siostry Maryli (Miriam) Zylberberg, 24.11.1988, Archiwum Yad Vashem.
[67] Ten i pozostałe cytaty z Heleny Brus za: Rafał Kowalski, dz. cyt., s. 39.
[68] Jerzy S. Majewski, Znika budynek Mennicy, a kiedyś rosły tu ananasy i daktyle, "Gazeta Wyborcza", 18.05.2014, https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,34862,15970137,znika-budynek-mennicy-a-kiedys-rosly-tu-ananasy-i-daktyle.html [dostęp: 4.04.2019].
[69] Włodzimierz Brus, list do wnuka, cytat za: Rafał Kowalski, dz. cyt., s. 38.
[70] "Nie nadaje się do odbudowy" - raportowało w 1945 r. Biuro Odbudowy Stolicy. Archiwum Państwowe w Warszawie, Warszawa Śródmieście. 72/25/0/-/7008, Fragment między ulicami: Grzybowska, Ciepła, Ceglana, Waliców, Biuro Odbudowy Stolicy.
[71] Akta Stud. Wolińska Helena, 52625, Życiorys, 10.09.1945, k. 5, Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego.
[72] Określenie za: Jacek Leociak, Biografie..., s. 357.
[73] Szkoły Rzeczypospolitej Polskiej w roku szkolnym 1930/31, red. Marian Falski, Warszawa 1933.
[74] Stanisław Konarski, Warszawskie szkolnictwo powszechne w latach 1918-1939, w: Warszawa II Rzeczypospolitej, z. 3/1966, s. 215.
[75] W 1924 r. działało ich w całym kraju ok. 30 000. W latach 1934-1935 aż 39 proc. 13-letnich dzieci nie zostało objętych powszechnym nauczaniem. Stanisław Konarski, Warszawskie szkolnictwo powszechne...
[76] Ustawowo obowiązkowa nauka miała trwać siedem lat, dlatego w wiejskich szkołach jednoklasowych wydłużano naukę do dwóch lat w oddziale trzecim i trzech w oddziale czwartym. Poziom nauczania był z reguły dużo niższy niż w miejskich siedmiooddziałowych "powszechniakach". Stanisław Mauersberg, Wykonywanie obowiązku szkolnego w niepodległej Polsce (1918-1939), w: "Rozprawy z Dziejów Oświaty", 37/1996, s. 155-176.
[77] O uleganiu przez władze II RP postulatom prawicy dążącej do polonizowania białoruskich i ukraińskich dzieci szkolnych czytaj: Andrzej Friszke, Czekanie na rewolucje. Komuniści w II RP 1921-1926, Warszawa 2023 (e-book).
[78] Kazimierz Czapliński, Konkordat, "Robotnik" 1922, nr 69-71.
[79] List pasterski kard. A. Hlonda O katolickie zasady moralne, 1936, Poznań. Cytat za: J. Macała, Z dyskusji o szkole katolickiej w II RP, "Polityka i Społeczeństwo" 2006, nr 3, s. 67.
[80] Helena Zatorska, Spoza smugi cienia, Warszawa 1982.
[81] Kamil Kijek, Dzieci modernizmu. Świadomość, kultura i socjalizacja polityczna młodzieży żydowskiej w II Rzeczypospolitej, Wrocław 2017, s. 72.
[82] Dorota Krymolowski, Żydówka na...
[83] Cytat za: Magdalena Kozłowska, Świetlana przyszłość? Żydowski Związek Młodzieży Cukunft wobec wyzwań międzywojennej Polski, Kraków-Budapeszt 2016, s. 60.
[84] Natalia Aleksiun, Żydowskie uniwersum symboliczne w Drugiej Rzeczypospolitej, w: Metamorfozy społeczne, t. 4: Kultura i społeczeństwo II Rzeczypospolitej, red. Włodzimierz Mędrzecki, Agata Zawiszewska, Warszawa 2012, s. 85-92.
[85] Feliks Araszkiewicz, Opór przeciw próbom sklerykalizowania oświaty polskiej w okresie zawierania konkordatu z 1925 roku, "Rozprawy z Dziejów Oświaty" 1964, t. 7.
[86] "Władze kościelne będą występowały z inicjatywą i propozycją, który nauczyciel może być przez władze szkolne mianowany. To [...] wprost podważa niezależność decyzji w związku z interesem szkoły, a przeciwnie - wprowadza podporządkowanie tego interesu dobrej lub złej woli "ordynariusza"" - pisano w organie prasowym Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół Powszechnych. Szkolnictwo powszechne w Konkordacie, "Głos Nauczycielski", nr 4, 28.02.1925.
[87] Por.: Kamil Kijek, Dzieci...; Alina Cała, Wstęp, w: Ostatnie..., s. 17-28.
[88] UW, Akta Stud. Danielak Fajga, 52625, Podanie do Rektora Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego w Warszawie, 1938, k 1. W życiorysie podała też wyznanie mojżeszowe, narodowość żydowską. Wskazanie jidysz mogło być deklaracją polityczną. Felicja przyszła na studia w czasie wzmożonych akcji antysemickich na uniwersytecie.
[89] Miri Krymolowsky, rozmowa z autorką, Tel Awiw, 30.03.2018.
[90] Gabriela Zalewska, Inna droga. Zmiany w strukturze społeczno-zawodowej Żydów polskich, w: Metamorfozy społeczne, t. 9: Praca i społeczeństwo Drugiej Rzeczpospolitej, red. Włodzimierz Mędrzecki i Cecylia Leszczyńska, s. 172-190.
[91] Stanisław Konarski, Warszawskie szkolnictwo powszechne..., s. 215.
[92] Robert Socha, Szczególne regulacje prawne II RP, "Kultura Bezpieczeństwa. Nauka-Praktyka-Refleksje", nr 14/2013, s. 173-212; Piotr Krzysztof Marszałek, Regulacje prawne stanów szczególnego zagrożenia państwa w debacie parlamentarnej II Rzeczypospolitej, "Czasopismo Prawno-Historyczne", t. LXII-2010, z. 2, s. 191-214.
[93] Wywiad Miedzińskiego, 26.08.1930, w: Józef Piłsudski, Pisma zbiorowe, t. IX, Warszawa 1937, s. 221.
[94] Kazimierz Nowak, Strajki i wystąpienia chłopów w latach 1930-1934 w Małopolsce, "Przegląd Historyczny" 1958, t. 49, nr 3, s. 510-529.
[95] Akta Stud. Wolińska Helena, 52625, Życiorys, 10.09.1945, k. 5, Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego.
[96] Skrócona procedura sądów doraźnych z orzekaniem surowszych kar miała być stosowana jedynie w razie wojny, lecz i w czasach pokoju chętnie sięgano po tę formę jurysdykcji. W 1932 r. przed sądami doraźnymi stanęły 172 osoby, z których 120 skazano na karę śmierci. Większość wyroków śmierci zapadała na ziemiach białoruskich i ukraińskich. Za: Mariusz Szczygieł, Reportaż skuteczny i Ewa Szelburg-Zarembina, "Myjcie owoce!", w: 100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku, t. 1, red. Mariusz Szczygieł, Wołowiec 2014, s. 323-342.
[97] Cytat: Ewa Szelburg-Zarembina, "Myjcie...", s. 323-342.
[98] Stanisław Konarski, Warszawskie szkolnictwo powszechne...; Marian Falski, Środowisko społeczne młodzieży a jej wykształcenie, Warszawa 1937.
[99] W klasach pierwszych szkół powszechnych dzieci robotnicze stanowiły 47,4 proc. ogółu uczniów, w najwyższych klasach ósmych gimnazjum było ich zaledwie 5,2 proc. Stanisław Konarski, Warszawskie szkolnictwo powszechne...
[100] Helena Balicka-Kozłowska, Wspomnienia o Hance Szapiro-Sawickiej, Warszawa 1967.
[101] Henryk Grynberg, Memorbuch, Wołowiec 2000.
[102] Marian Lubecki, Zadania prasy Wolnomyślnej, "Myśl Wolna. Organ Stowarzyszenia Wolnomyślicieli Polskich" 1923, r. 2, nr 1, http://rcin.org.pl/dlibra/doccontent?id=36637 [dostęp: 10.09.2019].
[103] Hasło: Marian Tadeusz Lubecki, Polski słownik biograficzny, t. XVII, Wrocław 1972.
[104] Szkoły Rzeczypospolitej Polskiej..., dz. cyt.
[105] Gabriela Zalewska, Inna droga...
[106] W roku szkolnym 1930/1931 w Warszawie było 15 szkół średnich ogólnokształcących państwowych, 6 samorządowych, 88 prywatnych. Szkoły Rzeczypospolitej Polskiej..., dz. cyt.
[107] W 1921 r. powstało 5 gimnazjów utrzymywanych przez władze Warszawy: 4 męskie i 1 żeńskie. Szkoły Rzeczypospolitej Polskiej..., dz. cyt., zob. też: Stanisław Konarski, Warszawskie średnie szkolnictwo ogólnokształcące, w: Warszawa II Rzeczypospolitej, z. 5, Warszawa 1973.
[108] ANS, 35/69, Akta osobowe tow. Wolińska Helena, Życiorys, 8.11.1944, k. 1, Archiwum Akt Nowych.
[109] Zob.: Ostatnie pokolenie...; Tadeusz Kowalik, W czyśćcu historii, "Gazeta Wyborcza", 24-25.08.2001.
[110] Jak słusznie zauważył dr Łukasz Bertram, chodziło przede wszystkim o bojówki powołanego 13 kwietnia 1934 r. Obozu Narodowo-Radykalnego, który właśnie za uliczne ekscesy został zdelegalizowany latem tegoż roku.
[111] Andrei Zamoiski, Pogrom w Grodnie 7 czerwca 1935 r.; Kamil Kijek, Pogrom, którego nie było, tragedia, która przyszła w zamian. Zajścia w Odrzywole, 20-29 listopada 1935 r.; Michał Trębacz, "Pod murami Jasnej Góry". Pogrom w Częstochowie 19-21 czerwca 1937 r.; Zofia Trębacz, "Tłum jak oszalały pędził ulicą...". Pogrom w Bielsku-Białej, wrzesień 1937 r., w: Pogromy Żydów na ziemiach polskich w XIX i XX wieku, t. 2: Studia przypadków (do 1939 roku), red. nauk. Kamil Kijek, Artur Markowski, Konrad Zieliński, Warszawa 2019, s. 371-448.
[112] "Gina", Życie współczesne młodego Żyda (młodej Żydówki), Regina Glaser, ur. 1911, Kołomyja (1934), sygnatura 3816, w: Ostatnie pokolenie..., s. 377-392.
[113] Ten i pozostałe cytaty z Bronki: "Bronka", Autobiografia panny z dobrego domu, ur. 1916, Warszawa (1934), w: Ostatnie pokolenie..., s. 51-70.
[114] Ta i pozostałe wypowiedzi - jeśli nie zaznaczono inaczej - Janiny Ludawskiej: rozmowa z autorką, Poznań-Sztokholm, 22.02.2019. Więcej o Janinie Ludawskiej (1921--2019) zob. akta osobowe Ludawska Janina, KC PZPR, Wydział Kadr, CK XX/20166, Archiwum Akt Nowych; Marcin Wilk, Maria Prochowicz, Janina Ludawska in memoriam, "Zagłada Żydów. Studia i Materiały" 2020, nr 16.
[115] Archiwum Historii Mówionej, Zapomniani świadkowie XX wieku, AHM_1815, świadek Janina Ludawska (rozmowę przeprowadziła Aleksandra Grażyńska), data nagrania 27-28.05.2010, Nagranie AHM - Janina Ludawska - AHM_1815 (audiohistoria.pl) [dostęp: 27.03.2024].
[116] Por. Ostatnie pokolenie...
[117] "Bronka", dz. cyt., s. 63.
[118] Ten i pozostałe cytaty z Merlenda: Paweł Merlend, Niezapomniane lata. Wspomnienia z działalności konspiracyjnej, Warszawa 1959.
[119] Joanna Nalewajko-Kulikov, Zaklinanie rzeczywistości, czyli jidysz w II RP, w: Metamorfozy społeczne, t. 4: Kultura i społeczeństwo II Rzeczypospolitej, Warszawa 2012, s. 93-106.
[120] BU 0204/520/3, Kwestionariusz ewidencyjny kryptonim "Bocian": Włodzimierz Brus/Beniamin Zylberberg, notatki służbowe z materiałów podsłuchowych 1968-1972, Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.
[121] W 1926 r. powstał Związek Młodzieży Socjalistycznej. Ten w roku szkolnym 1932/1933 przemianowano na Rewolucyjny Związek Niezamożnej Młodzieży Szkolnej (RZNMS). Zbiór działaczy ruchu robotniczego, 7449, Paweł Merlend, Wspomnienia z działalności ZMS (W-wa 1920-30); Komisariat Rządu m.st. Warszawy, 297/I-1; Działalność i ideologia komunistycznych organizacji na terenie szkolnictwa średniego, listopad 1937 k. 1-5a [dalej oznaczony jako: Działalność i ideologia...], Archiwum Akt Nowych. Za wskazanie ostatniego źródła podziękowania dla dr. Łukasza Bertrama.
[122] W końcu wyszłam, zostawiając rodziców... rozmowa z Ireną Tarłowską (Szenberg), w: Barbara Engelking, Na łące z popiołów. Ocaleni z Holocaustu, Warszawa 1993, s. 145-165.
[123] Działalność i ideologia...
[124] "Bronka", dz. cyt., s. 65.
[125] Działalność i ideologia...
[126] Centralna Kartoteka PZPR w Warszawie, XX/801, Eilstein Helena, Archiwum Akt Nowych; Magdalena Grochowska, Helena Eilstein. Przyjaciółka rozumu, "Wolna Sobota" - dodatek do "Gazety Wyborczej", 22.08.2015, https://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,18607013,helena-eilstein-przyjaciolka-rozumu.html [dostęp: 27.03.2019].
[127] Centralna Kartoteka PZPR w Warszawie, XX/2441, Paweł Merlend, akta osobowe, Archiwum Akt Nowych.
[128] Nie uwzględniono w nim np. Gimnazjum Kaleckich, gdzie działała Janina Ludawska.
[129] Działalność i ideologia..., k. 3.
[130] W Warszawie, jak zostało zaznaczone, zarządy główne były dwa: "jeden dla dzielnic żydowskich, drugi, odrębny, dla polskich". Działalność i ideologia...
[131] Komitet Warszawski PZPR, 18182, Helena Wolińska, Oświadczenie Helena Eilstein, niedatowane, k. 51, Archiwum Państwowe w Milanówku.
[132] Tamże, Oświadczenie Mieczysław Lidert, niedatowane, k. 55.
[133] Oba cytaty: Helena Wolińska, rozmowa z Janem Tomaszem Grossem...
[134] Ośrodek Brama Grodzka-Teatr NN, Historia Mówiona, Świadkowie, Janina Ludawska - relacja świadka historii z 15.07.2014, rozmawiała Wioletta Wejman, Ocalałe koleżanki z klasy - Janina Ludawska - fragment relacji świadka historii z 15 lipca 2014 - Historia Mówiona - Teatr NN [dostęp: 13.06.2024].
 
Przypisy
[*1] Some memories never die. Some memories that never die are worth forgetting (ang.) - Niektóre wspomnienia nigdy nie umierają. Niektóre wspomnienia, choć nigdy nie umierają, są warte zapomnienia.
[*2] Kuzynka Felicji Danielak, Dora Szczuczyńska-Krymolowski, twierdziła, że jej wuj Jankiel Danielak był kupcem, co nie musiało się wykluczać - część rzemieślników zajmowała się również handlem.
[*3] Jankiel to pochodna hebrajskiego imienia Jaakow (Jakub).
[*4] Drzewo genealogiczne Włodzimierza Brusa na podstawie kwerendy w Archiwum Państwowym w Płocku.
[*5] Keren ha-Jesod (hebr.) - Fundusz Podwalin.
[*6] Mieszkał tu zmarły w 1915 r. pisarz, jeden z "ojców" literatury jidysz, i adwokat Icchok Lejb Perec - po wojnie ulica dostanie jego imię.
[*7] Obecnie w tym miejscu jest Most Śląsko-Dąbrowski.
[*8] Na Bonifraterskiej 14 mieściły się aż cztery szkoły powszechne: nr 5, 148, 174 i 175.
[*9] Pacierz jest spolszczeniem łacińskiego wyrazu pater i wywodzi się z katolickiej modlitwy Ojcze nasz. Wolińska, opowiadając po ponad pół wieku o żydowskim domu rodzinnym, posługuje się chrześcijańską nomenklaturą, narzuconą po wojnie przez kulturę dominującą.
[*10] W 1936 r. szkoła przeniosła się na pobliski Plac Krasińskich.
[*11] Ha-Szomer ha-Cair (hebr.) - Młody Strażnik.
[*12] Haszomrzanki - nazwa od Ha-Szomer ha-Cair.
[*13] Bezprizorny (ros. biesprizornik) - nieletni pozbawiony opieki, żyjący na ulicy. Fala "dzieci ulicy" pojawiła się w Rosji radzieckiej w wyniku wojny domowej 1917-1922.
[*14] Marek Edelman uczył się w szkole Centralnej Żydowskiej Organizacji Szkolnej (CISzO), a potem w Gimnazjum Spójni, zanim przeniósł się do zdominowanej przez ONR Szkoły Handlowej Zgromadzenia Kupców.
[*15] Organizacja zmieniała nazwę. Na potrzeby tej książki będę stosować - za bohaterami - jedynie nazwę Rewolucyjny Związek Niezamożnej Młodzieży Szkolnej (RZNMS).
[*16] Organizacja "Życie" (najpierw Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Życie", od 1933 r. Organizacja Młodzieży Socjalistycznej "Życie") zrzeszała komunizującą młodzież akademicką. Działała na terenie wyższych uczelni - najliczniej w Warszawie. Domagała się prawa do bezpłatnej nauki i przeciwstawiała ograniczeniu dostępu do studiów młodzieży mniejszości narodowych.
[*17] Nikołaj Bucharin (1888-1938) - ideolog partii bolszewickiej, ofiara stalinowskiej wielkiej czystki.
[*18] Stefania Sempołowska (1869-1944) - działaczka Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), opiekująca się więźniami politycznymi i ofiarami faszystowskiego terroru, obrończyni praw człowieka.

Redakcja: Paweł Goźliński, Paweł Sajewicz, Katarzyna Kierejsza/Pracownia Edytorska Od A do Z

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Konsultacja merytoryczna: dr Łukasz Bertram, dr hab. Marcin Zaremba

Projekt okładki: Ula Pągowska

Zdjęcia na okładce: Helena Wolińska (Archiwum Akt Nowych/reprodukcja Waldemar Gorlewski), Włodzimierz Brus (archiwum rodzinne Janiny Nadaner/reprodukcja Waldemar Gorlewski)

Fotoedycja: Waldemar Gorlewski

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Indeks: Michał Stachowski

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Osoby zainteresowane prosimy o kontakt z Agorą Książka i Muzyka sp. z o.o. (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel. 22 555 40 00).

 

Copyright ? by Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, 2026

Copyright for this edition ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-347-0

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej