Suka w szołbiznesie - Agata Pruchniewska

Kup ebooka

23.90 zł
19.83 zł (15,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pamię­ta­cie Do­rot­kę? Na wszel­ki wy­pa­dek przy­po­mnę, że to ta wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na z sie­bie, nie­zwy­kle upar­ta w dą­że­niu do celu isto­ta, u któ­rej brak wia­ry we wła­sne moż­li­wo­ści ustę­pu­je je­dy­nie umie­jęt­no­ści pa­ko­wa­nia się w kło­po­ty. Ta sama, któ­ra tak bar­dzo chcia­ła być ak­tor­ką, że mimo wie­lu prze­ciw­no­ści to jej się uda­ło. Ta, któ­ra jest mi­strzy­nią w mó­wie­niu tego, cze­go nie po­win­na, oraz w na­tych­mia­sto­wym, nie­po­prze­dzo­nym my­śle­niem dzia­ła­niu. W chwi­li usta­no­wie­nia mi­strzostw świa­ta w strze­la­niu gaf Do­rot­ka po­win­na otrzy­mać wal­ko­we­rem pierw­sze miej­sce w uzna­niu swo­ich do­tych­cza­so­wych za­sług w tej dzie­dzi­nie i po­zo­stać do­ży­wot­nio ho­no­ro­wą pa­tron­ką uro­czy­sto­ści.

Czy już so­bie przy­po­mi­na­cie, jak mo­zol­nie na­sza bo­ha­ter­ka wspi­na się po szcze­blach dziu­ra­wej dra­bi­ny pol­skie­go szoł­biz­ne­su? Pa­mię­ta­cie, z jaką de­ter­mi­na­cją trwa w uko­cha­nym za­wo­dzie, mimo tego, że jest to bar­dzo czę­sto mi­łość nie­odwza­jem­nio­na?

Co zaś do sfe­ry uczuć, czy przy­po­mi­na się wam Ksią­żę z Baj­ki? Ten, na któ­re­go Do­rot­ka po­sta­no­wi­ła się uprzeć mimo wy­raź­nie nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści i przez nie­mal de­ka­dę trwa­ła w tym upo­rze, choć wszel­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi do­wo­dzi­ły, że to trwa­nie ska­za­ne jest na po­raż­kę?

Je­śli o tym wszyst­kim nie za­po­mnie­li­ście, to pew­nie pa­mię­ta­cie rów­nież, że gdy ostat­nio wi­dzie­li­śmy Do­rot­kę, od­cho­dzi­ła w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca wraz ze swo­ją Suką ku wła­śnie pącz­ku­ją­cej ka­rie­rze ar­ty­stycz­nej tej dru­giej.

Przy­pusz­czam, że je­ste­ście cie­ka­wi lo­sów ich obu. Chęt­nie za­spo­ko­ję tę cie­ka­wość. Dla ja­sno­ści do­dam tyl­ko, że ja, jak to ja, nie za­mie­rzam się wtrą­cać, chy­ba że bę­dzie to na­praw­dę ko­niecz­ne, a przez tę ko­niecz­ną osta­tecz­ność ro­zu­miem wplą­ta­nie się Do­rot­ki w mię­dzy­na­ro­do­wy kon­flikt zbroj­ny, wy­wo­ła­nie ogól­no­świa­to­we­go kry­zy­su ener­ge­tycz­ne­go tu­dzież spo­wo­do­wa­nie ka­ta­stro­fy eko­lo­gicz­nej na ska­lę ko­smicz­ną. Oczy­wi­ście na­dal je­stem w po­sia­da­niu wszyst­kich koń­czyn, w tym mo­je­go osła­wio­ne­go pal­ca i raz na ja­kiś czas go uży­wam, kie­ru­jąc go w stro­nę istot ro­dza­ju ludz­kie­go; Do­rot­ka nie jest wy­jąt­kiem. Jak bę­dzie trze­ba, to ją ucho­wam, taka moja rola. Ale póki co wolę ob­ser­wo­wać. To za­wsze do­star­cza wie­lu wra­żeń. I, jak za­pew­ne już wie­cie, Do­rot­ka to bar­dzo kiep­sko ste­ro­wal­na jed­nost­ka, a ja je­stem nie­ry­chli­wy. Jak nie mu­szę, wolę się nie prze­mę­czać.

Ale dość o mnie. Wróć­my do Do­rot­ki. I Suki.

Suka, w prze­ci­wień­stwie do Do­rot­ki, robi wra­że­nie wszę­dzie i na wszyst­kich. Do­bre wra­że­nie. Bo z Do­rot­ką, jak wia­do­mo, róż­nie bywa.

Suka na­to­miast bu­dzi wy­łącz­nie po­zy­tyw­ne emo­cje. No, może jed­nak nie we wszyst­kich. Osie­dlo­we koty mo­gły­by mieć na ten te­mat inne zda­nie. Ale je­śli cho­dzi o lu­dzi, to jesz­cze nie wi­dzia­łem ta­kie­go, któ­ry by się nad Suką nie za­trzy­mał, nie za­cmo­kał, nie po­chwa­lił albo nie po­gła­skał. Przy ta­kiej uro­dzie i wdzię­ku jest ra­czej zro­zu­mia­łe, że jej ka­rie­ra na­bra­ła nie­ocze­ki­wa­ne­go roz­pę­du.

Do­rot­ka przy­ję­ła ten nie­ocze­ki­wa­ny roz­pęd ze sto­ic­kim spo­ko­jem i bez ja­kiej­kol­wiek za­zdro­ści. Była na­wet za­do­wo­lo­na, że je­dy­ne, co musi zro­bić, to do­wieźć Sukę na plan i na tym ko­niec. Niech so­bie da­lej ra­dzą. Żad­ne­go wie­lo­go­dzin­ne­go ma­ki­ja­żu, cze­sa­nia, żad­ne­go uże­ra­nia się z nie­kom­pe­tent­nym re­ży­se­rem i ko­le­żan­ką - gwiaz­dą z fo­cha­mi. Pies to pies. Albo za­gra, albo nie za­gra. Zresz­tą, chy­ba nikt nie ocze­ku­je, że pies bę­dzie tak cier­pli­wy, spo­koj­ny i go­to­wy na wie­lo­go­dzin­ne cze­ka­nie oraz róż­ne inne przy­jem­no­ści na pla­nie jak ak­tor. Nikt się chy­ba nie spo­dzie­wa, że wy­trzy­ma dwa­na­ście go­dzin bez pi­śnię­cia i jesz­cze bę­dzie się do wszyst­kich uśmie­chał. Nikt zdro­wy na umy­śle nie są­dzi prze­cież, że pies zro­bi wszyst­ko, żeby za­ist­nieć przed ka­me­rą.

I tu­taj Do­rot­ka się po­my­li­ła. Nie wie­dzieć cze­mu uzna­ła, że w śro­do­wi­sku fil­mo­wym pra­cu­ją oso­by zdro­we na umy­śle. Oj, Do­rot­ko, Do­rot­ko. Tyle już lat, tyle do­świad­czeń, a Ty cią­gle na­iw­nie my­ślisz, że tu może być spra­wie­dli­wie, szyb­ko, pro­fe­sjo­nal­nie i z sen­sem. Wes­tchną­łem so­bie pod no­sem, wi­dząc, że Do­rot­ka, jak to Do­rot­ka, zno­wu ma ocze­ki­wa­nia i so­bie wy­obra­ża.

To zna­czy ja ro­zu­miem, że Do­rot­ka ma ocze­ki­wa­nia. Kto nie ma ocze­ki­wań, da­le­ko nie za­je­dzie. Ale ocze­ki­wa­nie, że na pla­nie fil­mo­wym wszy­scy będą nor­mal­ni, jest - przy­zna­cie - mało re­ali­stycz­ne, zwłasz­cza gdy to ocze­ki­wa­nie wy­pły­wa z Do­rot­ki, dla któ­rej taki plan to prze­cież nie pierw­szy­zna.

- Da­ła­byś psa do fil­mu? - za­py­tał Do­rot­kę Mło­dy Re­ży­ser. - Bo mam rolę dla psa. Waż­na rola to jest. Faj­ne­go psa bym po­trze­bo­wał.

- Może i bym dała - za­wa­ha­ła się Do­rot­ka - ale nie wiem, czy Suka się spraw­dzi.

- Co ma się nie spraw­dzić, ład­na prze­cież jest - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser.

Do­rot­ka się za­my­śli­ła. To zu­peł­nie ta­kie samo kry­te­rium wy­bo­ru, jak przy ak­tor­kach. Co jest z tymi re­ży­se­ra­mi? Nie py­ta­ją, czy ar­tyst­ka ma ta­lent, tyl­ko oce­nia­ją po uro­dzie. Mło­dy, to jesz­cze się nie zna. Ale jak się na­uczy tak ob­sa­dy ro­bić, to po­tem bę­dzie ko­lej­nym re­ży­se­rem, u któ­re­go będą gra­ły drę­twe ka­wał­ki de­ski i pla­sti­ku, byle mia­ły ład­ne usta i kształ­ty ogól­ne. Do­rot­ka uzna­ła, że w słusz­nej spra­wie musi się sprze­ci­wić.

- Ład­na jest, ale to prze­cież nie jest naj­waż­niej­sze. Musi umieć grać. Chy­ba?

- No tak. Do­brze by było. Bo to duża rola, wiesz. Sześć dni zdję­cio­wych. Dużo do za­gra­nia. Że umie­ra na przy­kład. A przed tym umie­ra­niem dużo róż­nych rze­czy robi ten pies. No tak, musi grać - zgo­dził się Mło­dy Re­ży­ser.

Do­rot­ka nie­mal się za­chły­snę­ła. Sama ni­g­dy nie gra­ła ta­kiej du­żej roli w fil­mie fa­bu­lar­nym, z umie­ra­niem i w ogó­le. Tym bar­dziej spra­wę na­le­ża­ło po­trak­to­wać po­waż­nie.

- No to mu­si­my jej zro­bić ja­kiś ca­sting, zdję­cia prób­ne czy coś - stwier­dzi­ła zde­cy­do­wa­nie.

- Mo­że­my - za­my­ślił się Mło­dy Re­ży­ser - ale taka ład­na jest, że i tak bym chciał, żeby za­gra­ła.

W głę­bi Do­rot­ki znów pod­nio­sło łeb Po­czu­cie Spra­wie­dli­wo­ści Dzie­jo­wej.

- Nie wol­no ci oce­niać po uro­dzie! Weź­miesz ład­ne­go psa, któ­ry nic nie umie, i co bę­dziesz miał? Wiel­kie nic bę­dziesz miał. Bła­gam cię!

- Do­brze już, do­brze, zro­bi­my te zdję­cia. Ale wiesz, moja żona po­wie­dzia­ła, że jej się Suka tak po­do­ba, że musi za­grać i ko­niec.

No masz. Żona po­wie­dzia­ła, zna­czy świę­te. "Ro­śnie nam ko­lej­ne po­ko­le­nie wy­bit­nych re­ży­se­rów" - po­my­śla­ła Do­rot­ka i uzna­ła, że sta­now­czość jest je­dy­nym wyj­ściem w za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

- Ja nie dam psa bez zdjęć prób­nych, bo po­tem bę­dzie na mnie, jak so­bie nie po­ra­dzi.

- Do­brze - wy­ra­ził zgo­dę Mło­dy Re­ży­ser. - To zro­bi­my ja­kieś ta­kie zdję­cia, za­po­zna­my ją z ak­to­rem i z ka­me­rą. Zro­bi­my.

I zro­bi­li.

Za­po­zna­nie z ak­to­rem wy­glą­da­ło na­stę­pu­ją­co.

- Cześć, to ten pie­sek jest? - za­py­tał ak­tor o imie­niu Ka­mil.

- Cześć, tak, to ten pie­sek, zna­czy Suka - od­po­wie­dzia­ła wy­czer­pu­ją­co Do­rot­ka.

- Chodź pie­sku do mnie, zna­czy Suko. Chodź - po­wie­dział Ka­mil. - Dla­cze­go ona nie chce do mnie iść?

- Bo cię nie zna - od­par­ła Do­rot­ka z pro­sto­tą. - Mu­si­cie się trosz­kę za­ko­le­go­wać na po­czą­tek.

- Aha. - Ka­mil nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go. - Chodź Suko do mnie, no chodź.

Suka grzecz­nie po­szła.

Ka­mil się ucie­szył.

- Przy­szła do mnie. Mą­dra Suka. A co ona umie?

- No dużo rze­czy umie, tyl­ko trze­ba od­po­wied­nim to­nem mó­wić i za­ofe­ro­wać jej ja­kąś mo­ty­wa­cję.

- A - zgo­dził się Ka­mil. - Siad. Siad, Suka. Sia­daj. Nie umie.

- Umie - za­prze­czy­ła go­rą­co Do­rot­ka.

- To ja nie umiem tego tonu. Nie na­da­je się ten pies - zde­cy­do­wał nie­spo­dzie­wa­nie Ka­mil.

Do­rot­ka była wstrzą­śnię­ta. Nie zdą­ży­ła jesz­cze zro­bić w kie­run­ku Ka­mi­la kro­ku z mo­ty­wa­cją w po­sta­ci pa­rów­ki w ręku, a on już uznał, że Suka prze­gra­ła ca­sting. Nie­do­cze­ka­nie.

- A cze­go ty taki nie­cier­pli­wy? - sta­nę­ła w obro­nie swo­jej Suki. - Co taki szyb­ki, co? Wi­dzie­li­ście go. Prze­cież to pies, musi mieć chwi­lę na za­po­zna­nie się z sy­tu­acją.

- Ale on mnie nie słu­cha. Ten pies.

- Jed­no zda­nie do nie­go po­wie­dzia­łeś do­pie­ro. I Suka, nie pies. Masz tu. Te­raz cię po­słu­cha - po­wie­dzia­ła sta­now­czo Do­rot­ka, wci­snąw­szy Ka­mi­lo­wi do ręki garść wy­ro­bów wę­dli­niar­skich ni­skiej ja­ko­ści, ale za to o in­ten­syw­nym aro­ma­cie.

- I co te­raz? Mam jej dać to wszyst­ko?

- A niech cię Bóg bro­ni! - Głu­pie py­ta­nie Ka­mi­la spra­wi­ło, że Do­rot­ka przy­po­mnia­ła so­bie chwi­lo­wo o moim ist­nie­niu. - Dasz jej w na­gro­dę, jak zro­bi coś, co bę­dziesz chciał, żeby zro­bi­ła. W ży­ciu nie ma nic za dar­mo. Psim tak­że.

- A, no do­bra - zgo­dził się Ka­mil. - To weź mi po­wiedz, ja­kie ona zna ko­men­dy, to zo­ba­czy­my, czy się słu­cha.

"Sama je­stem cie­ka­wa - po­my­śla­ła Do­rot­ka - czy po­słu­cha ko­goś ob­ce­go".

- Do­bra, to jak jej po­wiesz "twist", to ona robi ta­kie kół­ko, a jak "wstydź się", to po­win­na ła­pa­mi łeb na­kryć. Spró­buj.

Do­rot­ka ce­lo­wo wy­bra­ła dość pro­ste ko­men­dy, żeby nie znie­chę­cać Ka­mi­la w przy­pad­ku, gdy­by się nie uda­ło.

Jej oba­wy oka­za­ły się kom­plet­nie nie­uza­sad­nio­ne. Suka wy­ko­na­ła wszyst­ko bez­błęd­nie, a na­wet po­szła z Ka­mi­lem na krót­ki spa­cer po bu­dyn­ku, wca­le nie oglą­da­jąc się za Do­rot­ką. "Sprze­daj­na Suka" - po­my­śla­ła Do­rot­ka. "Wy­star­czy ka­wa­łek pa­rów­ki i pro­szę".

Mło­dy Re­ży­ser przy­glą­dał się ca­łej tej sy­tu­acji w mil­cze­niu. Nie było wia­do­mo, czy jest za­do­wo­lo­ny, czy jest nie­za­do­wo­lo­ny. Ope­ra­tor ka­me­ry za to był za­do­wo­lo­ny na pew­no, bo oka­za­ło się, że Suka nie boi się urzą­dzeń fil­mu­ją­cych.

Mło­dy Re­ży­ser na­to­miast mil­czał, mil­czał, aż prze­mó­wił.

- Faj­na jest - po­wie­dział za­sę­pio­ny. - Jed­no tyl­ko mnie mar­twi, że taka żywa.

- To jest te­rier - wal­nę­ła Do­rot­ka pro­sto z mo­stu. - Jak chcesz nie­ży­we­go, to weź so­bie sta­re­go bas­se­ta.

- Bas­se­ta nie. Za duży. A nie moż­na ja­koś zro­bić tak, żeby była spo­koj­niej­sza? - za­my­ślił się Mło­dy Re­ży­ser.

- Moż­na - od­par­ła Do­rot­ka po­dej­rza­nie szyb­ko. - Mogę jej dać środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce.

- O - ucie­szył się we­wnętrz­nie Mło­dy Re­ży­ser. Do­rot­ka już zdą­ży­ła za­uwa­żyć, że cięż­ko pra­co­wał nad swo­im wi­ze­run­kiem i praw­do­po­dob­nie uwa­żał, że uśmiech mógł­by mu na ten wi­ze­ru­nek za­szko­dzić, za­tem cie­szył się wy­łącz­nie we­wnętrz­nie, co moż­na było po­znać po de­li­kat­nym ru­chu noz­drzy. - To daj jej.

Do­rot­ka przyj­rza­ła się bli­żej jego noz­drzom, z na­dzie­ją, że może tym ra­zem to on żar­tu­je.

- Żar­tu­jesz? - za­py­ta­ła jed­nak dla po­rząd­ku, bo zna­ła go za sła­bo, by oce­nić, czy żar­tu­je, czy tyl­ko od­dy­cha.

- Nie - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser.

- No do­bra. To ja żar­to­wa­łam - przy­zna­ła Do­rot­ka, czu­jąc w du­chu, że ła­two nie bę­dzie. - Nic psu nie będę da­wać na uspo­ko­je­nie. Jak chcesz, to bierz ta­kie­go psa, a jak ci nie pa­su­je, to szu­kaj in­ne­go.

- Kie­dy ja chcę tego. Tyl­ko żeby był inny - wy­po­wie­dział się kon­kret­nie Mło­dy Re­ży­ser.

- Nie chcę cię oszu­ki­wać. Ten pies inny nie bę­dzie - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka na wszel­ki wy­pa­dek gło­śno i wy­raź­nie. - Żeby nie było na mnie, że nie uprze­dza­łam.

- No to ja nie wiem. Albo może wiem - wy­ra­ził nie­okreś­loną wąt­pli­wość Mło­dy Re­ży­ser. - Naj­wy­żej ją ja­koś ina­czej bę­dzie­my fil­mo­wać albo coś. Damy radę. Bie­rze­my tego psa.

Do­rot­ka wpraw­dzie nie zro­zu­mia­ła, jak za­mie­rza ina­czej fil­mo­wać psa, od tyłu czy z ko­smo­su, ale po­my­śla­ła, że nie bę­dzie dro­bia­zgo­wa. Psa po­ka­za­ła, po­wie­dzia­ła, co i jak, wszyst­ko po­win­no być ja­sne. Osta­tecz­nie Mło­dy Re­ży­ser jest wpraw­dzie mło­dy, ale nie jest dziec­kiem i na­le­ży za­kła­dać, że po­tra­fi prze­wi­dy­wać skut­ki swo­ich de­cy­zji.

Jed­nak, jak już za­pew­ne wam wia­do­mo, moje wy­ro­ki są nie­zba­da­ne i tym ra­zem po­sta­wi­łem na dro­dze Do­rot­ki nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­ny eg­zem­plarz re­ży­ser­ski. Sam by­łem cie­kaw, co z tego wy­nik­nie.

Do­rot­kę w parę dni po zdję­ciach prób­nych Suki coś in­ten­syw­nie tknę­ło i po­tem ty­ka­ło przez cały dzień. Z po­cząt­ku sta­ra­ła się na to ty­ka­nie być głu­cha, ale że na­si­li­ło się nie­mal do po­zio­mu od­gło­su ła­dun­ku wy­bu­cho­we­go, mu­sia­ła przy­jąć do wia­do­mo­ści, że głos in­tu­icji coś jej mówi. Głos mó­wił, żeby jesz­cze kwe­stię współ­pra­cy z Mło­dym Re­ży­se­rem prze­my­śla­ła.

Po­szła więc po po­ra­dę do Za­przy­jaź­nio­ne­go Fil­mow­ca.

Ten za­du­mał się głę­bo­ko.

- Ja bym dał mu tego psa - po­wie­dział wresz­cie. - Mło­dy Re­ży­ser może i jest dziw­ny, ale bym dał. Zdol­ny jest, ta­kie ład­ne dwa do­ku­men­ty już zro­bił. Dał­bym.

Do­rot­ka się za­wa­ha­ła. Za­przy­jaź­nio­ny Fil­mo­wiec mimo mło­de­go wie­ku po­sia­dał duże do­świad­cze­nie oraz bez­cen­ną ce­chę, dla Do­rot­ki nie­ste­ty wciąż nie­osią­gal­ną, czy­li zim­ną krew.

Praw­do­po­dob­nie miał ra­cję.

Ale dla pew­no­ści Do­rot­ka za­py­ta­ła jesz­cze Słyn­ną Tre­ser­kę Zwie­rząt, zna­ną w śro­do­wi­sku fil­mo­wym z tego, że jest w sta­nie do­star­czyć na plan nie­mal każ­dy ga­tu­nek i do tego zmu­sić go do współ­pra­cy. Oczy­wi­ście zwie­rzę po­zo­sta­je zwie­rzę­ciem i zna­na jest hi­sto­ria wie­wiór­ki, któ­ra na pla­nie re­kla­my ni z tego, ni z owe­go uzna­ła, że nie chce być gwiaz­dą fil­mo­wą, i od­da­li­ła się w nie­zna­nym kie­run­ku, wy­wo­łu­jąc w eki­pie pa­ni­kę i roz­draż­nie­nie. Wie­lo­go­dzin­ne po­szu­ki­wa­nia do­star­czy­ły wszyst­kim nie­za­po­mnia­nych wra­żeń i emo­cji.

Z tego, co Do­rot­ce było wia­do­mo, psy Słyn­nej Tre­ser­ki Zwie­rząt za­cho­wy­wa­ły się jed­nak nie­co bar­dziej prze­wi­dy­wal­nie niż wspo­mnia­na wie­wiór­ka, Do­rot­ka uzna­ła za­tem, że nie od rze­czy bę­dzie pod­py­tać u źró­dła co i jak.

- Pro­szę pa­mię­tać - po­wie­dzia­ła Słyn­na Tre­ser­ka Zwie­rząt - że fil­mow­cy za­zwy­czaj nie mają po­ję­cia o pra­cy ze zwie­rzę­ta­mi. My­ślą na przy­kład, że koń od uro­dze­nia wie, co ozna­cza "pra­wo" i "lewo". Taki fil­mo­wiec ma swo­je wy­obra­że­nie o fil­mie, któ­re nie­ste­ty zwy­kle nie ma nic wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią i moż­li­wo­ścia­mi zwie­rząt. Trze­ba przyjść i im wy­tłu­ma­czyć, jaka jest psia na­tu­ra, co pies może, a cze­go nie, i za­su­ge­ro­wać, jak to sfil­mo­wać, żeby za­dzia­ła­ło zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi. To cza­sem orka na ugo­rze.

Usły­szaw­szy to, Do­rot­ka się za­sę­pi­ła.

Głos we­wnętrz­ny coś tam wspo­mi­nał o orce, ale z dru­giej stro­ny brzmiał w Do­rot­ko­wym uchu głos Za­przy­jaź­nio­ne­go Fil­mow­ca.

Po­sta­no­wi­ła więc po­sta­wić na szcze­rość w roz­mo­wie z Kie­row­ni­kiem Pro­duk­cji, któ­ry ro­bił wra­że­nie bar­dzo roz­gar­nię­te­go i rze­czo­we­go.

- Otóż ja nie wiem - po­wie­dzia­ła kon­kret­nie - czy Mło­dy Re­ży­ser aby na pew­no wie, co robi.

W słu­chaw­ce za­brzmia­ła ci­sza.

- Hm - od­parł po chwi­li oszczęd­nie Kie­row­nik Pro­duk­cji. - W tej mie­rze trud­no o pew­ność, ale trze­ba mieć na­dzie­ję. A o co cho­dzi?

- No o psa. Oba­wiam się, że bę­dzie orka - wy­po­wie­dzia­ła się skró­tem Do­rot­ka.

- Ale w ja­kim sen­sie? - za­py­tał grzecz­nie Kie­row­nik Pro­duk­cji. - Bo przy­znam, pani Do­ro­to, że no­men­kla­tu­ra rol­ni­cza jest mi obca.

- Nie rol­ni­cza, nie rol­ni­cza. To jest fil­mo­wa no­men­kla­tu­ra. Że się boję tego Mło­de­go Re­ży­se­ra. Bo on się chy­ba nic a nic nie zna na psach i my­śli, że psu moż­na ba­te­rie wy­łą­czyć albo co. Boję się, że afe­ra bę­dzie, wie pan.

- Pani Do­ro­to. Ja to bio­rę na sie­bie. Ja Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi wy­tłu­ma­czę, że pies to pies. Ja go uprze­dzę, ja z nim po­roz­ma­wiam, pro­szę się ni­cze­go nie bać. Pie­sek jest nam po­trzeb­ny i na pew­no wszyst­ko bę­dzie do­brze.

- Tak pan mówi? - za­py­ta­ła Do­rot­ka bez prze­ko­na­nia.

- Pro­szę mi wie­rzyć. Pani uprze­dzi­ła, że pies nie ma do­świad­cze­nia, my to wie­my, resz­tę pro­szę nam zo­sta­wić.

- No do­brze - zgo­dzi­ła się Do­rot­ka, usi­łu­jąc nie sły­szeć no­men­kla­tu­ry rol­ni­czej w swo­jej gło­wie. - Sko­ro pan tak mówi, niech tak bę­dzie.

Pod­pi­sa­ła umo­wę i cze­ka­ła na dal­szy bieg zda­rzeń.

Prze­wi­dy­wa­no, że Suka bę­dzie po­trzeb­na na pla­nie przez sześć dni. Do­rot­kę nie­co ukłu­ło coś w ro­dza­ju za­zdro­ści na wieść, że oto Suka ma o wie­le więk­szą rolę w fil­mie fa­bu­lar­nym, niż Do­rot­ce dane było kre­ować kie­dy­kol­wiek, ale spa­cy­fi­ko­wa­ła szyb­ko to brzyd­kie uczu­cie, uznaw­szy, że o ile za­zdrosz­cze­nie ko­le­żan­ce to zja­wi­sko spo­ty­ka­ne w bran­ży na po­rząd­ku dzien­nym, o tyle za­zdrosz­cze­nie psu to jed­nak gru­ba prze­sa­da, na­wet jak na ak­tor­ski świa­tek.

Gdy nad­szedł pierw­szy dzień, za­wio­zła więc Sukę na plan zdję­cio­wy.

Po mi­łym po­wi­ta­niu z Ka­mi­lem, na wi­dok któ­re­go Suka wpa­dła w amok i hi­ste­rię, co Do­rot­kę nie­co za­sko­czy­ło, bo prze­cież wi­dzie­li się tyl­ko raz w ży­ciu, na­stą­pi­ło kil­ka go­dzin ocze­ki­wa­nia. To na pla­nie nor­mal­ne, za­tem Do­rot­ka nie była zdzi­wio­na. Na szczę­ście w oko­li­cy wy­stę­po­wa­ły licz­ne te­re­ny spa­ce­ro­we, za­tem nie ist­nia­ła ko­niecz­ność ocze­ki­wa­nia w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, któ­re Suka, bio­rąc pod uwa­gę jej tem­pe­ra­ment, za­pew­ne w kil­ka­na­ście mi­nut do­pro­wa­dzi­ła­by do ru­iny.

Po paru go­dzi­nach ocze­ki­wa­nia Sukę po­pro­szo­no na plan.

Mło­dy Re­ży­ser wy­glą­dał na uoso­bie­nie amo­ku.

W ogó­le obec­no­ści Do­rot­ki i Suki nie od­no­to­wał, za­ję­ty ro­bie­niem awan­tu­ry Ope­ra­to­ro­wi.

Gdy już skoń­czy­li ob­ra­żać się na­wza­jem, Mło­dy Re­ży­ser za­czął ob­ra­żać re­kwi­zy­to­ra. Do­rot­ka po­my­śla­ła, że jak tak da­lej pój­dzie i bę­dzie chciał ob­ra­zić wszyst­kich człon­ków eki­py, to zo­sta­ną tam do pół­no­cy. Zwłasz­cza że Mło­dy Re­ży­ser nie za­do­wa­lał się jed­noz­da­nio­wą po­ła­jan­ką, ale jak się wy­da­wa­ło, miał przy­go­to­wa­ny dla każ­de­go spo­ry ela­bo­rat.

Do­rot­ka uzna­ła, że po pierw­sze jest naj­star­sza, a po dru­gie ma psa, a wła­ści­wie Sukę, więc może użyć jed­ne­go w po­łą­cze­niu z dru­gim jako orę­ża, któ­re od­wró­ci uwa­gę Mło­de­go Re­ży­se­ra od chę­ci ob­ra­ża­nia świa­ta i prze­ku­je ją na dzia­ła­nia kon­struk­tyw­ne.

- Dzień do­bry - po­wie­dzia­ła gło­śno i wy­raź­nie. - Przy­pro­wa­dzi­łam Sukę.

Mło­dy Re­ży­ser spoj­rzał na nią nie­przy­tom­nym wzro­kiem i po­wró­cił do awan­tu­ry, któ­rą wła­śnie ro­bił dźwię­kow­co­wi.

- Suka na pla­nie - po­no­wi­ła pró­bę Do­rot­ka. - Suka na pla­nie.

Żad­nej re­ak­cji.

Do­rot­ka za­tem stwier­dzi­ła, że nic tu po niej, nie bę­dzie się kłę­bić z tym tłu­mem lu­dzi na wą­skiej klat­ce scho­do­wej, i po­szła so­bie, in­for­mu­jąc o tym z nie­na­gan­ną dyk­cją:

- Idę so­bie, jak­by ktoś mnie szu­kał, to je­stem z Suką na ze­wnątrz.

Suka od­no­to­wa­ła to z du­żym za­do­wo­le­niem, chęt­nie pod­jąw­szy ko­lej­ną pró­bę ob­wą­cha­nia wszyst­kich oko­licz­nych krzacz­ków.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach z oko­lic klat­ki scho­do­wej do­biegł Do­rot­kę ner­wo­wy okrzyk:

- Gdzie ten pies? Gdzie ten pies? Ktoś wi­dział psa? Pies na­tych­miast po­trzeb­ny na pla­nie!

Do­rot­ka wraz z Suką ga­lo­pem ru­szy­ła w kie­run­ku gło­su.

Gdy wla­zły na tę nie­szczę­sną klat­kę, oka­za­ło się, że jed­nak nie na­tych­miast i nie pies, tyl­ko za dzie­sięć mi­nut i ak­tor. Do­rot­ka po­sta­no­wi­ła jed­nak po­cze­kać już na miej­scu, gdzie Suka po­ka­zo­wo plą­ta­ła się wszyst­kim pod no­ga­mi. "I do­brze, niech się plą­cze" - po­my­śla­ła nie­co per­fid­nie Do­rot­ka. "Może jak się tak bę­dzie plą­tać, to wresz­cie za­uwa­żą, że tu jest".

Tym­cza­sem nad­szedł Ka­mil, na­stą­pi­ła se­ria po­pra­wek ma­ki­ja­żu oraz usta­wia­nie świa­teł i wresz­cie Mło­dy Re­ży­ser rzu­cił ha­sło "Suka".

- Dzień do­bry - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka. Bo prze­cież jesz­cze się nie przy­wi­ta­li.

Mło­dy Re­ży­ser spoj­rzał na nią roz­tar­gnio­nym wzro­kiem.

- Daj tu tę Sukę - od­parł bez­ce­re­mo­nial­nie.

"Okej - po­my­śla­ła Do­rot­ka - jest zde­ner­wo­wa­ny, nie ma cza­su na for­my. Może to nie jest naj­waż­niej­sze. To pierw­szy dzień, ju­tro się trosz­kę uspo­koi, okrzep­nie i za­cznie się za­cho­wy­wać nor­mal­nie. Da­ruj­my mu ten chwi­lo­wy nie­do­bór kul­tu­ry".

- Gdzie mam dać? - za­py­ta­ła.

- Gdzieś tu, koło Ka­mi­la.

Do­rot­ka za­pro­wa­dzi­ła Sukę gdzieś tam koło Ka­mi­la i cze­ka­ła na dal­sze in­struk­cje. Te jed­nak nie na­stą­pi­ły, po­nie­waż Mło­dy Re­ży­ser po­szedł po­kłó­cić się z Kie­row­ni­kiem Pla­nu.

Jak już wró­cił, zmie­ni­ła mu się wi­zja.

- Mu­si­my to wszyst­ko prze­sta­wić - po­wie­dział. - To nie jest do­bre.

- Chy­ba se jaja ro­bisz - za­uwa­żył Ope­ra­tor. - To zaj­mie wie­ki.

- Nie jaja. Tak nie może być.

- Prze­cież sam chcia­łeś, żeby tak było.

- Ale zmie­ni­łem zda­nie i te­raz nie chcę. Prze­staw­cie to ja­koś.

- Nie ma mowy - zbun­to­wał się re­kwi­zy­tor. - Ni­cze­go nie będę prze­sta­wiał, do­pó­ki nie do­sta­nę obia­du. Od rana tu za­su­wam bez prze­rwy i bez je­dze­nia, do­syć tego.

Mło­dy Re­ży­ser zro­bił się po­dej­rza­nie czer­wo­ny na twa­rzy.

- Tyl­ko się nie de­ner­wuj­my! - wkro­czył do ak­cji Kie­row­nik Pla­nu. - Nie de­ner­wuj­my się! Pro­po­nu­ję rze­czy­wi­ście zro­bić prze­rwę, bo obiad miał być pół­to­rej go­dzi­ny temu i lu­dzie są zmę­cze­ni - do­dał spo­koj­nie w kie­run­ku Mło­de­go Re­ży­se­ra.

- Nie. Chcę to skoń­czyć naj­pierw, przy­naj­mniej tę sce­nę.

- Ta sce­na nam zaj­mie ja­kieś dwie go­dzi­ny, ro­bi­my prze­rwę te­raz, za­nim nam lu­dzie pad­ną, i ko­niec te­ma­tu - wy­po­wie­dział się Ope­ra­tor, ma­sze­ru­jąc dziar­sko w kie­run­ku wyj­ścia.

W ten oto spo­sób Suka za­li­czy­ła ko­lej­ne wą­cha­nie krzacz­ków i spa­ce­rek po le­sie.

Po go­dzin­nej prze­rwie obia­do­wej, któ­ra na sku­tek wnio­sku Mło­de­go Re­ży­se­ra trwa­ła czter­dzie­ści mi­nut, eki­pa po­wró­ci­ła na plan.

Pod­czas obia­du Ope­ra­tor naj­wy­raź­niej prze­ko­nał Mło­de­go Re­ży­se­ra, że jego pierw­sza wi­zja była bez­kon­ku­ren­cyj­na i wspa­nia­ła i wid­mo prze­sta­wia­nia pla­nu zdję­cio­we­go ode­szło w nie­pa­mięć.

- Jed­nak tak zo­sta­wia­my - po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser. - Tak bę­dzie do­brze. Bę­dzie­my krę­cić. Daj­cie tego psa.

Do­rot­ka po­słusz­nie przy­drep­ta­ła, cią­gnąc za sobą na smy­czy Sukę.

- Chciał­bym, żeby Suka pa­trzy­ła tam do góry. Tak jak­by w nie­bo, wiesz, o co mi cho­dzi?

- Yhm - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka. - To ja tam sta­nę pię­tro wy­żej i ją będę wo­łać, to na mnie spoj­rzy.

- Do­brze - wy­ra­ził za­do­wo­le­nie Mło­dy Re­ży­ser. - To idź tam, a my pu­ści­my tro­chę dymu.

Zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie oka­za­ło się, że Suka boi się dymu, co za­de­mon­stro­wa­ła, szcze­ka­jąc in­ten­syw­nie na jego źró­dło i od­ska­ku­jąc za każ­dym ra­zem, gdy re­kwi­zy­tor wy­do­by­wał ko­lej­ne kłę­by bia­ła­wej sub­stan­cji.

- Nie może tak być! - wściekł się Mło­dy Re­ży­ser. - Jak ten pies tak bę­dzie szcze­kał, to zwa­riu­je­my.

- Weź się uspo­kój, może nie wi­dzia­ła ni­g­dy dy­miar­ki, niech się przy­zwy­czai - po­wie­dział Ka­mil.

- Nie wi­dzia­ła dy­miar­ki? - za­in­te­re­so­wał się Mło­dy Re­ży­ser. - Do­ro­ta? Jak to?

- Nie mamy w domu - od­par­ła zgod­nie z praw­dą Do­rot­ka z dru­gie­go pię­tra. Na dźwięk gło­su Do­rot­ki Suka ru­szy­ła na górę.

- Niech ktoś za­trzy­ma tego psa! - pod­niósł alarm Mło­dy Re­ży­ser. - Bo ni­g­dy nie zro­bi­my tej sce­ny, jak się tak bę­dzie­my roz­ła­zić!

Do­rot­ka od­tran­spor­to­wa­ła Sukę na wska­za­ne miej­sce i od­da­li­ła się dwa pię­tra wy­żej, cały czas utrzy­mu­jąc z nią kon­takt wzro­ko­wy. Dla uła­twie­nia współ­pra­cy zo­sta­wi­ła Ka­mi­lo­wi garst­kę wy­ro­bów wę­dli­niar­skich.

- Czy ta pa­rów­ka może le­żeć w tym miej­scu? - za­py­ta­ła jesz­cze dla po­rząd­ku. Nikt jej nie od­po­wie­dział, więc uzna­ła, że może.

Na­stą­pi­ła dłu­go wy­cze­ki­wa­na przez wszyst­kich ko­men­da "ak­cja".

Suka na dźwięk gło­su Do­rot­ki pod­nio­sła łeb do góry, wzbu­dza­jąc ogól­ny za­chwyt. Nie­ste­ty nie u wszyst­kich.

- Stop! Stop! - za­wył Mło­dy Re­ży­ser ner­wo­wo. - Nie może ten pies tak pa­trzeć! To jest złe. On musi pod in­nym ką­tem ten łeb pod­nieść.

Na­stą­pi­ła kon­ster­na­cja.

- Pod ja­kim ką­tem? - za­py­ta­ła na wszel­ki wy­pa­dek Do­rot­ka.

- Ja ci po­ka­żę, bo ja mam tu taką sy­mu­la­cję - roz­en­tu­zja­zmo­wał się na­gle Mło­dy Re­ży­ser. - Zro­bi­łem so­bie na ta­ble­cie. Patrz. Niech no znaj­dę... Gdzie ja to mam...

I za­czął grze­bać w swo­im sprzę­cie elek­tro­nicz­nym w po­szu­ki­wa­niu sy­mu­la­cji.

- A nie mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć, jak to ma wy­glą­dać? Co w tej sce­nie chcesz, żeby pies ro­bił? - za­py­ta­ła Do­rot­ka.

- No wła­śnie to mam tu­taj roz­ry­so­wa­ne. - Mło­dy Re­ży­ser z za­pa­łem szu­kał da­lej.

- Co to ro­bisz? - za­py­tał Ope­ra­tor. - Cze­go ty szu­kasz w tym ta­ble­cie?

- Sy­mu­la­cji.

- A po co? - do­py­ty­wał się Ope­ra­tor.

- No, żeby Do­rot­ce po­ka­zać, jak bym chciał, żeby pies ro­bił.

- To jej po­wiedz i nie trać­my cza­su. Nikt nie bę­dzie te­raz two­ich sy­mu­la­cji oglą­dał - ze­zło­ścił się Ope­ra­tor. - Do ro­bo­ty się bierz­my, jak Boga ko­cham.

Nie wiem, jaki to ostat­nie mia­ło zwią­zek z czym­kol­wiek, ale je­stem przy­zwy­cza­jo­ny, że lu­dzie tak cza­sem mó­wią bez ładu i skła­du.

- No do­bra - nie­ocze­ki­wa­nie zgo­dził się Mło­dy Re­ży­ser. - To daj­cie psa i zro­bi­my, ja po­wiem, o co cho­dzi.

Do­rot­ka bar­dzo się ucie­szy­ła, że Mło­dy Re­ży­ser za­rzu­cił po­mysł prze­szu­ki­wa­nia szes­na­stu gi­ga­baj­tów pa­mię­ci swo­je­go ta­ble­ta w celu zna­le­zie­nia wspo­mnia­nych sy­mu­la­cji i zde­cy­do­wał się przy­naj­mniej chwi­lo­wo po­sta­wić na ko­mu­ni­ka­cję mię­dzy­ludz­ką. Nie­ste­ty oka­za­ło się, że za­wio­dła ko­mu­ni­ka­cja mię­dzy­ga­tun­ko­wa, al­bo­wiem Suka od­da­li­ła się w nie­zna­nym kie­run­ku bez po­zo­sta­wie­nia in­for­ma­cji.

- No pięk­nie - zde­ner­wo­wał się zno­wu Mło­dy Re­ży­ser. - Te­raz nie mamy psa. Szu­kaj tego psa, no! Nie da się tak pra­co­wać!

"Co praw­da, to praw­da" - przy­zna­ła w du­chu Do­rot­ka i ru­szy­ła w kie­run­ku śmiet­ni­ka, prze­czu­wa­jąc, że te oko­li­ce mo­gły wzbu­dzić szcze­gól­ne za­in­te­re­so­wa­nie Suki, jako nie­zwy­kle in­ten­syw­nie pach­ną­ce i skry­wa­ją­ce prze­róż­ne wspa­nia­łe ta­jem­ni­ce. Nie my­li­ła się. Za­sta­ła Sukę na pró­bie ro­ze­rwa­nia wor­ka ze śmie­cia­mi, z któ­re­go wy­do­by­wał się aro­mat nie­świe­żej ryby.

Po­łą­czo­ne smy­czą po­wró­ci­ły na co­raz bar­dziej za­dy­mio­ną klat­kę scho­do­wą sta­no­wią­cą plan zdję­cio­wy.

- No na­resz­cie - sap­nął Mło­dy Re­ży­ser. - Ile moż­na cze­kać.

Kie­row­nik Pla­nu wy­słał Do­rot­ce uspo­ka­ja­ją­ce spoj­rze­nie.

- Rób­my - za­rzą­dził Mło­dy Re­ży­ser. - Tyl­ko zrób tak, żeby ten pies pa­trzył bar­dziej pod ta­kim ką­tem niż pod in­nym.

- Ale jak mam to zro­bić? - za­py­ta­ła Do­rot­ka. - Pies to ra­czej za­dzie­ra łeb w ogó­le rzad­ko, a jesz­cze żeby pod ja­kimś kon­kret­nym ką­tem, to nie sły­sza­łam.

- Nie wiem jak, po­wiedz jej - od­parł Mło­dy Re­ży­ser.

Kie­row­nik Pla­nu cięż­ko wes­tchnął.

- Rób­my. Pro­szę was, rób­my. Uwa­ga, bę­dzie uję­cie!

Po uję­ciu Mło­dy Re­ży­ser na­dal nie był usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

- Nie po­do­ba mi się, jak ten pies pa­trzy. On tak pa­trzy kon­kret­nie, a ja bym chciał tak sym­bo­licz­nie. Po­wiedz mu, czy coś.

Do­rot­ka sta­ła jak wry­ta.

- Albo nie, sam mu po­wiem - zde­cy­do­wał nie­spo­dzie­wa­nie Mło­dy Re­ży­ser. - O. Daj­cie mi tej kieł­ba­ski. O.

Do­rot­ka była bar­dzo cie­ka­wa, jak Mło­dy Re­ży­ser za­mie­rza wy­do­być z Suki sym­bo­licz­ne spoj­rze­nie.

Mło­dy Re­ży­ser tym­cza­sem ru­szył uzbro­jo­ny w oręż wę­dli­niar­ski.

- Chodź tu, pies! Chodź tu.

- To Suka - za­uwa­ży­ła nie­śmia­ło Do­rot­ka.

- Suko, chodź. Masz, o masz. I tak niech robi. Kręć­my, kręć­my te­raz!

Do­rot­ka nic z tego nie ro­zu­mia­ła.

Chciał, żeby Suka spo­glą­da­ła do góry sym­bo­licz­nym wzro­kiem (co­kol­wiek to zna­czy), a na­krę­cił, jak ro­bi­ła zwy­kłą "stój­kę" na dwóch ła­pach.

Po uję­ciu bar­dzo za­do­wo­lo­ny z sie­bie po­wie­dział do Do­rot­ki:

- O wi­dzisz, tak się pra­cu­je z psa­mi. O to mi cho­dzi­ło.

I tak wy­glą­dał pierw­szy dzień zdję­cio­wy.

Dru­gie­go dnia Do­rot­ka przy­by­ła na plan z na­dzie­ją na po­pra­wę sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich, spo­kój i ra­do­sną at­mos­fe­rę w eki­pie. Jak jed­nak za­pew­ne wie­cie od swo­ich pra­dzia­dów, na­dzie­ja mat­ką głu­pich. Mło­dy Re­ży­ser wpraw­dzie się na­wet z Do­rot­ką przy­wi­tał, ale to wca­le nie ozna­cza­ło, że jest w do­brym hu­mo­rze. Przy­czy­na tego po­zo­sta­ła nie­zna­na, bo na py­ta­nia Do­rot­ki Mło­dy Re­ży­ser nie od­po­wia­dał, pa­trząc na nią nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

Ka­mil za to był jak zwy­kle na­sta­wio­ny po­zy­tyw­nie do pra­cy i do wszyst­kich człon­ków eki­py, a Suka na jego wi­dok zno­wu wpa­dła w szał ra­do­ści.

Tego dnia za­da­nie Suki po­le­ga­ło na prze­miesz­cza­niu się śla­da­mi Ka­mi­la, co oka­za­ło się dzie­cin­nie pro­ste, zwłasz­cza gdy za ple­ca­mi Ka­mi­la cza­iła się Do­rot­ka z wy­ro­ba­mi mię­sny­mi za pa­zu­chą.

Poza tym, że Suka na dłuż­szą chwi­lę zni­kła eki­pie z pola wi­dze­nia, znów szu­ka­jąc szczę­ścia w po­bli­skim śmiet­ni­ku (wy­glą­da­ło na to, że kształ­tu­je się wła­śnie ja­kaś nowa pa­sja), zdję­cia prze­bie­gły bez za­kłó­ceń. Kie­row­nik Pla­nu czu­wał nad wszyst­kim, po­wta­rza­jąc raz na ja­kiś czas: "Nie kłóć­my się, nie krzycz­my na sie­bie, sza­nuj­my się na­wza­jem" i kie­ru­jąc te zło­te sło­wa głów­nie do Mło­de­go Re­ży­se­ra, któ­ry ku roz­cza­ro­wa­niu Do­rot­ki był jesz­cze bar­dziej ner­wo­wy niż po­przed­nio, Ka­mil na­to­miast pra­co­wał z du­żym od­da­niem, a resz­ta eki­py była sym­pa­tycz­na i od­no­si­ła się do sie­bie z wza­jem­ną życz­li­wo­ścią.

Tak mi­nął dzień dru­gi.

Trze­cie­go dnia Do­rot­ka wy­ru­szy­ła na plan po­now­nie peł­na na­dziei na miłą at­mos­fe­rę pra­cy.

W za­im­pro­wi­zo­wa­nej na po­cze­ka­niu gar­de­ro­bie za­sta­ła przy­go­to­wu­ją­ce­go się do wej­ścia na plan Ma­ria­na El. Ma­rian El. był to słusz­nej bu­do­wy ak­tor doj­rza­łe­go po­ko­le­nia, spe­cja­li­zu­ją­cy się w ro­lach ban­dy­tów, es­es­ma­nów i mor­der­ców. W fil­mie Mło­de­go Re­ży­se­ra miał się po­ja­wić na pla­nie tyl­ko przez je­den dzień i grać mię­dzy in­ny­mi z Suką.

Do­rot­ka po­my­śla­ła, że nie od rze­czy by­ło­by ich ze sobą po­znać, zwłasz­cza że dzia­ła­nie ak­tor­skie po­le­ga­ło na bli­skim kon­tak­cie.

Przy­wi­ta­ła się więc i już mia­ła za­pro­po­no­wać za­dzierz­gnię­cie bliż­szej zna­jo­mo­ści z Suką, ale Ma­rian El. bąk­nął tyl­ko ja­kieś nie­wy­raź­ne "dzień do­bry" i po­wró­cił do czy­ta­nia tek­stu, któ­ry miał ma­low­ni­czo roz­ło­żo­ny na ko­la­nach.

Do­rot­ka uzna­ła to za ja­sny ko­mu­ni­kat, że Ma­rian El. nie ży­czy so­bie kon­ty­nu­owa­nia roz­mo­wy. Trud­no.

Tra­dy­cyj­nie już od­cze­ka­ły z Suką swo­je i po dłuż­szej chwi­li uda­ły się na plan, któ­ry tym ra­zem znaj­do­wał się w piw­nicz­nej ko­tłow­ni. W rze­czo­nej piw­ni­cy znaj­do­wał się już rów­nież Ma­rian El. oraz resz­ta eki­py, w tym Ka­mil, na wi­dok któ­re­go Suka nie mo­gła po­wstrzy­mać eks­cy­ta­cji, co prze­ja­wi­ło się w ra­do­snym bie­ga­niu tam i z po­wro­tem, a ra­do­sne bie­ga­nie wzbi­ja­ło tu­ma­ny pyłu wę­glo­we­go za­le­ga­ją­ce­go na pod­ło­dze.

- Uspo­kój tego psa! - za­żą­dał Mło­dy Re­ży­ser na po­wi­ta­nie. - Prze­szka­dza mi.

- Cie­szy się prze­cież tyl­ko, a wy i tak ma­cie prze­rwę - za­opo­no­wa­ła Do­rot­ka.

- Ale mi prze­szka­dza. To, że mam prze­rwę, nie ozna­cza, że nie pra­cu­ję - od­parł z god­no­ścią Mło­dy Re­ży­ser.

"Ach, ci mło­dzi re­ży­se­rzy i ich zło­te my­śli" - sfor­mu­ło­wa­ła Do­rot­ka w gło­wie mą­drość na po­trze­by wła­sne.

- To z nią wyj­dę.

- Nie! - za­pro­te­sto­wał gwał­tow­nie Mło­dy Re­ży­ser. - Bo jak wyj­dziesz, to zno­wu bę­dzie­my na cie­bie cze­kać, a ja na to cza­su nie mam!

Do­rot­kę zdu­mia­ło do­praw­dy uży­cie okre­śle­nia "zno­wu", nie przy­po­mi­na­ła so­bie bo­wiem, żeby ktoś na nią do­tąd na tym pla­nie cze­kał, ale do­szła do wnio­sku, że nie bę­dzie tego pro­sto­wać. Zro­bi­ło jej się na­wet tro­chę żal Mło­de­go Re­ży­se­ra, gdyż wie­le wska­zy­wa­ło na to, że jest on kom­pi­la­cją kłęb­ka ner­wów, am­bi­cji i nie­pew­no­ści, a to kom­bi­na­cja za­bój­cza, uzna­ła za­tem, że na­le­ży mu wy­ba­czyć i sta­rać się ro­bić swo­je.

- Co chcesz, żeby pies ro­bił w tej sce­nie? Gdzie ma być? - za­py­ta­ła za­tem naj­spo­koj­niej jak umia­ła.

Nie­ste­ty nie otrzy­ma­ła od­po­wie­dzi.

Mło­dy Re­ży­ser był bar­dzo za­ję­ty oma­wia­niem ja­kiejś waż­nej spra­wy z Ope­ra­to­rem.

"Nie szko­dzi, po­cze­kam" - po­my­śla­ła Do­rot­ka. "Jak skoń­czą, to za­py­tam".

Nie­ste­ty jak skoń­czy­li, nie otrzy­ma­ła ta­kiej szan­sy, po­nie­waż Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi bar­dzo się spie­szy­ło.

Rzu­cił więc zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie dla Do­rot­ki ko­men­dę "ak­cja" i Ka­mil z Ma­ria­nem El. przy­stą­pi­li do od­gry­wa­nia swo­jej sce­ny bez Suki.

- Stop! Stop! - za­krzyk­nął Mło­dy Re­ży­ser okrop­nym gło­sem. - Dla­cze­go tu nie ma tego psa?

Na­sta­ła ci­sza, w któ­rej le­d­wo sły­szal­nie pa­dło: "Nie krzycz­my na sie­bie, sza­nuj­my się na­wza­jem..." z ust nie­tra­cą­ce­go na­dziei Kie­row­ni­ka Pla­nu.

- Bo nie po­wie­dzia­łeś, gdzie ma być i co ro­bić - od­par­ła Do­rot­ka spo­koj­nie, choć w środ­ku wszyst­ko jej się kłę­bi­ło jak na ob­ra­zie Bo­scha i naj­chęt­niej od­gry­zła­by Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi gło­wę i wrzu­ci­ła ją wprost do tego pie­ca, przy któ­rym rzecz mia­ła miej­sce.

- Zwa­riu­ję - oświad­czył Mło­dy Re­ży­ser z prze­ko­na­niem. - Zrób­cie coś.

Nie bar­dzo było wia­do­mo, do kogo się zwra­ca i co do­kład­nie ma na my­śli, za­tem jego proś­ba spo­tka­ła się z peł­nym na­pię­cia mil­cze­niem.

Po dłuż­szej chwi­li na pod­ję­cie ry­zy­ka zde­cy­do­wał się Kie­row­nik Pla­nu.

- Ko­cha­ni, nie de­ner­wuj­my się. My­ślę, że mu­si­my ro­bić. Na co cze­ka­my?

Mło­dy Re­ży­ser zła­pał się za gło­wę.

- Ja bym chcia­ła wie­dzieć, gdzie ma być pies - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka.

- Tu! Tu ma być pies! Tu! - wy­do­był z sie­bie ryk Mło­dy Re­ży­ser. - Tu ma być. I nie ru­szać się stąd ma! Bo mi kom­po­zy­cję psu­je. Nie cho­dzić ma!

- Do­brze - zgo­dzi­ła się Do­rot­ka i już chcia­ła wy­stą­pić z pro­po­zy­cją, któ­ra mo­gła­by po­móc w unie­ru­cho­mie­niu Suki w od­po­wied­nim miej­scu, ale Mło­dy Re­ży­ser, uznaw­szy naj­wy­raź­niej, że wszyst­ko już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, rzu­cił ko­men­dę "ak­cja".

Do­rot­ka w de­spe­ra­cji we­pchnę­ła Sukę przed ka­me­rę, skąd tam­ta po upły­wie dwu­na­stu se­kund znie­nac­ka się od­da­li­ła w miej­sce, któ­re uzna­ła za bar­dziej sto­sow­ne, a mia­no­wi­cie z nie­zna­nych bli­żej wzglę­dów w oko­li­ce dol­nych koń­czyn Ope­ra­to­ra.

- Stop! - po­wie­trze prze­szył okrut­ny ryk. - Co ten pies wy­pra­wia, ja się py­tam? Tak się nie da pra­co­wać! - Mło­dy Re­ży­ser naj­wy­raź­niej tra­cił grunt pod no­ga­mi.

- Nie drzyj się - za­uwa­żył spo­koj­nie Ope­ra­tor. - Po­wiedz, co pies ma ro­bić, i tyle.

- Po­wie­dzia­łem prze­cież! Tu ma być! Tu! I nie ru­szać się stąd! Przy­wiąż go tu­taj sznur­kiem i krop­ka!

- Ale... - za­czę­ła Do­rot­ka.

- Nie ma żad­ne­go ale! Przy­wiąż i zrób­my to wresz­cie!

Do­rot­ka ugry­zła się w ję­zyk. Chce przy­wią­zać Sukę do cze­go­kol­wiek i my­śli, że ona tam zo­sta­nie? Pro­szę bar­dzo. Niech zo­ba­czy.

Jak ona do­brze zna swo­je­go psa!

Trzy se­kun­dy wy­star­czy­ły, by Suka od­na­la­zła spo­sób na wy­swo­bo­dze­nie się z tej nędz­nej nie­wo­li i ewa­ku­ację pod nogi Ope­ra­to­ra.

Re­ży­ser już, już miał pod­nieść wrzask, gdy zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ode­zwał się mil­czą­cy do­tąd Ma­rian El.

- Kur­de, a może mnie by ktoś po­wie­dział, co ja mam tu ro­bić, co?

Wy­po­wiedź okra­sił so­czy­sty­mi wy­ra­za­mi, któ­rych nie wy­pa­da mi przy­to­czyć.

- Ja też bym chciał wie­dzieć - po­wie­dział nie­spo­dzie­wa­nie Ka­mil.

Sza­cu­nek do Ma­ria­na El. ka­zał Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi po­trak­to­wać spra­wę po­waż­nie. Sku­pił się więc i udzie­lił od­po­wie­dzi.

- I jak bę­dzie pan da­wał psu kieł­ba­skę, pa­nie Ma­ria­nie, to niech pan po­wie do nie­go: "Azor, Azor, chodź tu­taj", do­brze?

- A dla­cze­go Azor? - za­in­te­re­so­wa­ła się Do­rot­ka. - Prze­cież to Suka i cały czas mó­wi­my do niej jej imie­niem? I wczo­raj, i przed­wczo­raj? I tak się prze­cież na­gra­ło już?

- Bo tak - od­parł zwięź­le Mło­dy Re­ży­ser.

- Okej - pod­ję­ła ten la­ko­nicz­ny styl dys­ku­sji Do­rot­ka. - Pa­nie Ma­ria­nie, ja panu dam kieł­ba­skę i pan da Suce, do­brze?

- Eee - za­wa­hał się Ma­rian El. - No nie wiem. A czy ona ode mnie weź­mie?

Za­ci­skał przy tym ner­wo­wo ręce w pię­ści. Do Do­rot­ki do­tar­ło, że Ma­rian El. boi się Suki. Była to dla niej zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­na i za­ska­ku­ją­ca kon­sta­ta­cja. Nie tyl­ko dla­te­go, że Suka wiel­ko­ścią przy­po­mi­na­ła ra­czej ra­chi­tycz­ne­go kota, ani dla­te­go, że Ma­rian El. ro­bił wra­że­nie twar­dzie­la, ale tak­że dla­te­go, że Suki nikt ni­g­dy się nie bał, wzbu­dza­ła ra­czej w lu­dziach sym­pa­tię, prze­ja­wia­ją­cą się ra­do­snym cmo­ka­niem i ćwier­ka­niem zdrob­nia­łych, in­fan­tyl­nych okre­śleń. Do­rot­ce do gło­wy nie przy­szło, że w kim­kol­wiek może ona wzbu­dzać strach.

Spra­wa była de­li­kat­na, za­tem Do­rot­ka bar­dzo spo­koj­nie od­po­wie­dzia­ła Ma­ria­no­wi El.:

- Ależ oczy­wi­ście, że weź­mie. I na pew­no od razu pana po­lu­bi.

Ma­rian El. nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go. Ły­pał na Sukę bez prze­ko­na­nia.

Na uję­ciu jed­nak, kie­dy wzię­ła od nie­go kieł­ba­skę, a po­tem za­mer­da­ła ogo­nem i po­li­za­ła go po ręce, na któ­rej zo­stał pysz­ny za­pach, Ma­rian El. zra­zu onie­miał, a po­tem z za­do­wo­le­niem po­gła­skał Sukę, któ­ra, jak było do prze­wi­dze­nia, nie od­stę­po­wa­ła go już na krok.

Ko­lej­nym za­da­niem było na­gra­nie re­ak­cji Suki na wo­ła­nie.

Ma­rian El. i Ka­mil zgod­nie z in­struk­cja­mi Mło­de­go Re­ży­se­ra na­wo­ły­wa­li ją imie­niem Azor.

Suka mia­ła to imię gdzieś, co za­de­mon­stro­wa­ła, wy­cho­dząc z ka­dru wprost pod nogi Ope­ra­to­ra.

- Zwa­riu­ję! - wy­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser swo­je ulu­bio­ne sło­wo. - Mam dość tego psa! To jest głu­pi pies! Dla­cze­go on nie re­agu­je na nie swo­je imię?

- A ty na wszyst­kie imio­na re­agu­jesz? - nie wy­trzy­ma­ła Ola Cha­rak­te­ry­za­tor­ka. - Na­praw­dę? Czy tyl­ko na swo­je?

- Zrób coś z tym psem - Mło­dy Re­ży­ser, cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­waw­szy Olę, zwró­cił się do Do­rot­ki. - W koń­cu je­steś Psim Tre­ne­rem!

Za­pa­dła ci­sza.

Do­rot­ka mia­ła ocho­tę przy ca­łej eki­pie przy­po­mnieć Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi ich roz­mo­wę na zdję­ciach prób­nych, jej de­kla­ra­cje i usta­le­nia, któ­re tam za­pa­dły, ale ugry­zła się w ję­zyk.

- Co pies ma ro­bić?

- Ma re­ago­wać na Azor - wy­char­czał Mło­dy Re­ży­ser.

- Oba­wiam się, że to nie­moż­li­we - od­par­ła Do­rot­ka.

- Bez sen­su jest ten pies! - Mło­dy Re­ży­ser sy­pał dziś zło­ty­mi my­śla­mi jak z rę­ka­wa.

- Do­brze - wkro­czył do ak­cji Kie­row­nik Pla­nu. - Py­ta­nie za sto punk­tów. Po­trze­bu­jesz psa do ko­lej­nej sce­ny czy nie?

- Nie wiem, chciał­bym - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser.

- De­cy­zja! De­cy­zja. Chcesz psa czy nie? Bo jak nie, to dzię­ku­je­my pani Do­ro­cie i je­dzie­my da­lej bez psa. - Kie­row­nik Pla­nu był sta­now­czy.

- Chciał­bym, ale nie wiem.

- De­cy­zja!

- No nie. Nie. Za żywy jest ten pies - od­parł Mło­dy Re­ży­ser.

Kie­row­nik Pla­nu spoj­rzał na Do­rot­kę ze współ­czu­ciem.

- To na dzi­siaj Suce i pani Do­rot­ce dzię­ku­je­my. Jest pani wol­na.

Do­rot­ka po­my­śla­ła, że to w su­mie do­brze, niech się da­lej bez niej ko­tłu­ją w tej ko­tłow­ni. Do­tąd my­śla­ła, że ko­tłow­nia to miej­sce, gdzie się grze­je, ale dzi­siej­sze wy­da­rze­nia uświa­do­mi­ły jej, że nie­ko­niecz­nie. Że ko­tłow­nia, przy­naj­mniej ta kon­kret­na, na­zwę swą nosi od ko­tło­wa­nia.

No to niech się ko­tłu­ją.

- Na ra­zie, Suko! - za­wo­łał jesz­cze na po­że­gna­nie Ma­rian El.

Suka za­mer­da­ła we­so­ło.

Taka to ma do­brze.

Ni­czym się nie przej­mu­je, ni­czym nie de­ner­wu­je i na­wet nie wie, że ją parę razy so­lid­nie ob­ra­zi­li.

Ko­lej­ny dzień przy­niósł nowe przy­go­dy.

Do­rot­kę po­pro­szo­no o przy­by­cie wraz z Suką na pew­ną dro­gę gmin­ną. Nie po­da­no szcze­gó­łów, za­tem Do­rot­ka po przy­jeź­dzie za­trzy­ma­ła się na po­bo­czu i cze­ka­ła.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach cze­ka­nia za­czę­ła ro­bić się ner­wo­wa, nie tyl­ko dla­te­go, że Suka pró­bo­wa­ła roz­nieść trans­por­ter, w któ­rym po­dró­żo­wa­ła, bo jak wia­do­mo prze­by­wa­nie w trans­por­te­rze jest nud­ne i ża­den nor­mal­ny pies dłu­go tego nie wy­trzy­ma, ale tak­że dla­te­go, iż po głęb­szym na­my­śle Do­rot­ka do­szła do wnio­sku, że może się zgu­bi­ła, może nie cze­ka przy wła­ści­wej dro­dze, może jej się coś po­my­li­ło.

Pró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się do ko­goś, kto mógł­by roz­wiać jej wąt­pli­wo­ści, ale ode­brał je­dy­nie Kie­row­nik Pro­duk­cji, któ­ry wie­dział nie­wie­le wię­cej niż ona.

- To Mło­dy Re­ży­ser wie, o któ­ry ka­wa­łek dro­gi mu cho­dzi. On so­bie go wy­brał do fil­mo­wa­nia i tam bę­dzie­cie krę­cić. A ja je­stem w biu­rze i nie wiem, jak mógł­bym po­móc - po­wie­dział stro­pio­nym gło­sem.

- Po­zo­sta­je mi cze­kać - od­par­ła na to Do­rot­ka fi­lo­zo­ficz­nie.

Mło­dy Re­ży­ser te­le­fo­nu nie od­bie­rał, za­tem nie mia­ła in­ne­go wyj­ścia.

Po ko­lej­nych kil­ku­na­stu mi­nu­tach, pod­czas któ­rych Suka zdą­ży­ła się ob­ró­cić dwa­dzie­ścia dzie­więć razy wo­kół wła­snej osi w pra­wo i dwa­dzie­ścia sie­dem razy w lewo, nad­je­cha­ła Ola Cha­rak­te­ry­za­tor­ka i Iza Ko­stiu­mo­graf­ka.

Nad­je­cha­ły i się za­trzy­ma­ły.

- Cze­kasz? - za­py­ta­ła Iza.

- Cze­kam - od­par­ła zgod­nie z praw­dą Do­rot­ka.

- A wiesz na pew­no, że to tu? - za­py­ta­ła Ola.

- Nie. A wy?

- Też nie. To ta dro­ga, ale nie wie­my, czy ten ka­wa­łek.

- A wie­cie, ile jej jest? Tej dro­gi?

- Dużo. Ale tam da­lej nie ma jak za­wró­cić, to le­piej tu po­cze­kaj­my - po­wie­dzia­ła Iza. - Dzwo­ni­łam do Mło­de­go Re­ży­se­ra, ale nie od­bie­ra te­le­fo­nu.

- Pew­nie się z kimś kłó­ci - za­uwa­ży­ła Ola z prze­ką­sem.

Z trans­por­te­ra wy­do­był się stłu­mio­ny jęk.

- Ja dłu­go tu nie wy­sie­dzę. Suka mi zwa­riu­je - po­wie­dzia­ła z tro­ską Do­rot­ka. - Nie lubi po­dró­żo­wać sa­mo­cho­dem, a już ta­kim, co nie je­dzie, to szcze­gól­nie.

W tym mo­men­cie, jak na za­mó­wie­nie, pod­je­chał ko­lej­ny po­jazd me­cha­nicz­ny, tym ra­zem za­wie­ra­ją­cy w so­bie naj­waż­niej­sze oso­by, czy­li Mło­de­go Re­ży­se­ra i Ope­ra­to­ra, tym ra­zem wy­jąt­ko­wo w do­brych hu­mo­rach.

- Je­dzie­my - po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser na po­wi­ta­nie.

- Do­kąd? - za­py­ta­ła dla pew­no­ści Do­rot­ka.

- Do przo­du. Da­lej tam - od­parł Mło­dy Re­ży­ser. - Jedź­cie za nami, dziew­czy­ny.

Po­je­cha­li za­tem.

Da­lej tam oka­za­ło się bocz­ną po­lną dróż­ką, wio­dą­cą wprost do po­bli­skie­go la­sku.

Wje­cha­li i sta­nę­li.

Naj­pierw Mło­dy Re­ży­ser z Ope­ra­to­rem, po­tem Ola i Iza, a na koń­cu Do­rot­ka.

Mło­dy Re­ży­ser wy­siadł z sa­mo­cho­du.

Za nim wy­siadł Ope­ra­tor.

Do­rot­ka coś czu­ła, bo nie wy­sia­dła.

- To nie tu­taj, ja­sna kur­de cho­le­ra - po­wie­dział Ope­ra­tor.

- Nie wiem - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser. - By­łem pe­wien, że tu­taj, ale już nie je­stem.

- Mó­wi­łem ci, że to nie tu.

- Ale mi się zda­wa­ło, że te krza­ki to wła­śnie te krza­ki.

- Bo ty za­wsze kur­de mu­sisz wie­dzieć naj­le­piej, no za­wsze kur­de naj­le­piej.

Do­bre hu­mo­ry pa­nów dia­bli wzię­li.

Może i nie przy­stoi mi uży­wać tego okre­śle­nia, ale nie znaj­du­ję lep­sze­go.

Po wy­mia­nie zwy­cza­jo­wych uprzej­mo­ści pa­no­wie smęt­nie za­mil­kli.

- I co te­raz? - za­py­ta­ła gło­wa Izy z sa­mo­cho­du.

- No, trze­ba stąd wy­je­chać na tę głów­ną dro­gę z po­wro­tem i zna­leźć tę łącz­kę i krza­ki, co je wy­bra­łem - od­parł Mło­dy Re­ży­ser.

- Ja tu się za­wie­szę tym moim sa­mo­cho­dem - po­wie­dzia­ła Iza.

- A ja w ogó­le stąd nie wy­ja­dę - ode­zwa­ła się Do­rot­ka. - Ja tu nie za­wró­cę, bo nie umiem na ta­kim wą­skim za­wra­cać i w tra­wach.

- Nie, nie. Mu­sisz za­wró­cić. Nie ma cza­su. - Mło­dy Re­ży­ser na­gle za­czął się spie­szyć. - Bo nam się słoń­ce skoń­czy, a jesz­cze tyle scen do zro­bie­nia. Jedź­my, jedź­my!

Do­rot­ka się spo­ci­ła i okrop­nie zde­ner­wo­wa­ła jed­no­cze­śnie. Nie było moż­li­wo­ści, żeby za­wró­ci­ła na po­lnej dro­dze sze­ro­ko­ści ro­we­ru, nie po­wo­du­jąc przy tym zna­czą­cych znisz­czeń ma­te­rial­nych i ofiar w lu­dziach.

- Za­wró­cić ci? - za­py­ta­ła Ola.

- O rany, tak! Umiesz?

- Pew­nie, że umiem.

"Dzię­ki Bogu" - zwró­ci­ła się do mnie Do­rot­ka w my­ślach. Nie ma za co, od tego tu je­stem.

Trud­ne ma­new­ry chwi­lę trwa­ły i od­by­wa­ły się przy akom­pa­nia­men­cie po­na­gla­ją­cych okrzy­ków Mło­de­go Re­ży­se­ra.

Kie­dy wresz­cie wy­je­cha­li na głów­ną dro­gę, wy­sta­wił rękę z sa­mo­cho­du ce­lem zwró­ce­nia na sie­bie uwa­gi i krzyk­nął:

- Ja te­raz po­ja­dę tego po­szu­kać i dam wam znać. Po­cze­kaj­cie tu.

Tak też uczy­ni­ły (Ola i Iza też cze­ka­ły).

Mi­nę­ło ko­lej­ne pięt­na­ście mi­nut.

Suka oznaj­mia­ła już peł­nym gło­sem, że wy­czer­pu­je jej się reszt­ka cier­pli­wo­ści.

W koń­cu Do­rot­ka nie wy­trzy­ma­ła i za­dzwo­ni­ła do Mło­de­go Re­ży­se­ra.

- I co? - za­py­ta­ła kon­kret­nie.

- No je­ste­śmy tu na ta­kiej dro­dze, przy­jedź­cie tu do nas - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser roz­kosz­nie.

- No to cze­mu nie dzwo­nisz do nas? My tu cze­ka­my prze­cież! - Do­rot­ka wku­rzy­ła się nie na żar­ty.

- Bo pra­cu­ję tu­taj. Oglą­dam obiekt - zga­sił ją Mło­dy Re­ży­ser.

Do­rot­ka za­zgrzy­ta­ła zę­ba­mi.

- Gdzie ten obiekt jest, ja się py­tam?

- Za ta­ki­mi ka­mie­nia­mi wiel­ki­mi trze­ba skrę­cić.

Do­rot­ka prze­ka­za­ła in­struk­cje Izie i Oli i po­je­cha­ły skrę­cić za wiel­ki­mi ka­mie­nia­mi.

Na wą­skiej dróż­ce, nie­róż­nią­cej się ni­czym spe­cjal­nym od po­przed­niej wą­skiej dróż­ki, za­sta­ły Mło­de­go Re­ży­se­ra, któ­ry, co nie­ocze­ki­wa­ne, kłó­cił się o coś z Ope­ra­to­rem.

- Nie wy­trzy­mam tego dłu­żej - wy­mam­ro­ta­ła Iza pod no­sem. - Oni się cią­gle kłó­cą. Co to za tok­sycz­na para jest!

Do­rot­ka otwo­rzy­ła trans­por­ter, z któ­re­go jak z ka­ta­pul­ty wy­strze­li­ła Suka i ru­szy­ła w pole, roz­wi­ja­jąc pręd­kość, któ­rej mógł­by jej po­zaz­dro­ścić nie­je­den sa­mo­lot od­rzu­to­wy.

Po paru se­kun­dach zni­kła na ho­ry­zon­cie.

- Zwa­rio­wa­ła? - prze­stra­szy­ła się Ola. - Wró­ci?

- Za­wsze tak robi, jak wy­sia­da z sa­mo­cho­du. Nie lubi jeź­dzić i w ten spo­sób się cie­szy, że już nie je­dzie - wy­ja­śni­ła Do­rot­ka. - Mam na­dzie­ję, że wró­ci. Choć tak do koń­ca to z nią ni­g­dy nic nie wia­do­mo. Raz jak po­szła za li­sem, to jej go­dzi­nę nie było.

Tor bie­gu Suki zna­czy­ły fa­lu­ją­ce wy­so­kie tra­wy.

Tym­cza­sem nad­je­cha­ła resz­ta eki­py, w tym Ka­mil.

Na dźwięk jego gło­su Suka jak tor­pe­da wy­sko­czy­ła zu­peł­nie zni­kąd i wsko­czy­ła mu na ręce, by po krót­kiej, kil­ku­na­sto­se­kun­do­wej chwil­ce z nich ze­sko­czyć i po­gnać da­lej.

- Ten pies mnie uwiel­bia - za­uwa­żył Ka­mil z za­do­wo­le­niem.

- To praw­da - zgo­dzi­ła się Do­rot­ka z nut­ką za­zdro­ści.

Z pół­cię­ża­rów­ki do­bie­gły od­gło­sy roz­kła­da­ne­go sprzę­tu.

- Gdzie jest re­ży­ser? - za­py­tał pan Zyg­munt, któ­ry go przy­wiózł.

- Tam w tra­wach stoi i się za­sta­na­wia - od­par­ła Ola.

- Roz­kła­da­my to tu­taj? Co ro­bi­my? - ryk­nął do Mło­de­go Re­ży­se­ra pan Zyg­munt, prze­ry­wa­jąc mu waż­kie roz­wa­ża­nia o sztu­ce.

- Co ta­kie­go? - zdzi­wił się Mło­dy Re­ży­ser.

- Mam tu jaz­dę roz­kła­dać czy nie?

- Aaa. Roz­kła­dać, roz­kła­dać. Tyl­ko nie wiem, co z tymi drze­wa­mi na ho­ry­zon­cie. Nie po­do­ba­ją mi się.

- To nie pro­blem, to się wy­tnie - za­żar­to­wał pan Zyg­munt.

- Niech pan na­wet tak nie żar­tu­je. On to jesz­cze weź­mie na se­rio - zde­ner­wo­wa­ła się Iza.

Mło­dy Re­ży­ser spoj­rzał na nich nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

- Te krza­ki też bym wy­ciął.

- A nie mó­wi­łam - jęk­nę­ła Iza.

- No pro­ble­mo - pod­chwy­cił pan Zyg­munt. - Tyle że do za­cho­du słoń­ca nie zdą­ży­my. Ale to nie szko­dzi, po­cze­ka­my do wscho­du i bę­dzie jak zna­lazł.

Dziew­czy­ny spio­ru­no­wa­ły go wzro­kiem.

- Pa­nie, my tu od ty­go­dnia pra­wie je­ste­śmy i po­wo­li mamy do­syć. Niech pan na­wet w żar­tach ta­kich rze­czy nie pro­po­nu­je.

- Wiesz, że za chwi­lę ci się eks­po­zy­cja skoń­czy? Wiesz, że słoń­ce zaj­dzie i bę­dzie ki­cha? - za­py­tał Mło­de­go Re­ży­se­ra Ope­ra­tor po­dej­rza­nie spo­koj­nym to­nem. - Może by­śmy jed­nak za­czę­li ro­bić?

- Tak, tak, za­cznij­my. Do­rot­ka, ty po­wiedz Suce, żeby ja­koś we­szła w ostrość.

Do­rot­ka chcia­ła od­po­wie­dzieć, ale Ka­mil ją po­wstrzy­mał.

- Daj spo­kój, bo się za­raz tu po­za­bi­ja­my. Damy radę, chodź, Suko, chodź.

Do­rot­ka po­sta­no­wi­ła za­cho­wać dy­stans oraz spo­kój, naj­le­piej świę­ty.

Do koń­ca dnia zdję­cio­we­go nie od­zy­wa­ła się za­tem i po­zwo­li­ła eki­pie dzia­łać.

Nie trwa­ło to dłu­go, po­nie­waż, jak moż­na było prze­wi­dzieć, za­szło słoń­ce i moż­li­wość re­ali­zo­wa­nia tak zwa­nych zdjęć dzien­nych spa­dła do zera.

Po za­koń­cze­niu pra­cy po­zo­sta­ło jesz­cze wy­co­fa­nie sa­mo­cho­du na wą­skiej dróż­ce, o co Do­rot­ka zgod­nie z nową świec­ką tra­dy­cją po­pro­si­ła Olę, a po­tem po­wrót do domu.

Wy­co­fy­wa­nie trwa­ło dłu­żej, niż Do­rot­ka i Ola za­kła­da­ły, po­nie­waż Mło­dy Re­ży­ser nie­ste­ty wpadł na­gle na po­mysł do­krę­ce­nia sce­ny wie­czor­nej, w związ­ku z czym mu­siał prze­mie­ścić się bez­zwłocz­nie i bez­dy­sku­syj­nie w kie­run­ku lasu, a je­dy­ną prze­szko­dę na jego dro­dze sta­no­wi­ła Ola, za­wra­ca­ją­ca po­jaz­dem Do­rot­ki.

Chcąc nie chcąc, Ola mu­sia­ła więc po­je­chać w stro­nę rze­czo­ne­go lasu, aby umoż­li­wić Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi prze­miesz­cze­nie się tam­że w tem­pie, ja­kie uzna­wał za sto­sow­ne.

Zna­la­zł­szy się pod la­sem, nie­ste­ty nie mo­gła za­wró­cić, bo dróż­ka była wą­ska i za­blo­ko­wa­na przez sa­mo­chód Mło­de­go Re­ży­se­ra, któ­ry po­szedł z Ope­ra­to­rem krę­cić wi­do­ki.

Ola mo­gła więc cze­kać pod tym la­sem na bo­skie zmi­ło­wa­nie, cze­go jako bez­po­śred­nio za­in­te­re­so­wa­ny nie po­le­cam, zwłasz­cza gdy ko­muś się spie­szy, albo je­chać przed sie­bie. Po­je­cha­ła więc. Ob­je­chaw­szy kil­ka oko­licz­nych wsi, wresz­cie z dużą ulgą wró­ci­ła na tak zwa­ną głów­ną dro­gę i nad­je­cha­ła do co­raz bar­dziej ner­wo­wo drep­czą­cej Do­rot­ki z zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nej stro­ny.

- Całe szczę­ście! - wy­krzyk­nę­ła Do­rot­ka z ulgą. - Już my­śle­li­śmy, że cię ukra­dli ra­zem z tym sa­mo­cho­dem albo coś ci się sta­ło!

- Przez chwi­lę na­wet mie­li­śmy na­dzie­ję, że może Mło­de­go Re­ży­se­ra ukra­dli - wy­mam­ro­tał Kie­row­nik Pla­nu, któ­ry do­trzy­my­wał Do­rot­ce to­wa­rzy­stwa w cze­ka­niu.

- Nie­ste­ty nie. Coś tam krę­ci pod la­sem - od­po­wie­dzia­ła Ola.

Za­pa­dła chwi­la ci­szy.

- To co, ja już chy­ba mogę za­bie­rać Sukę i je­chać, praw­da? - za­py­ta­ła w koń­cu Do­rot­ka.

- Tak. Dzię­ki - od­po­wie­dział Kie­row­nik Pla­nu.

- A ju­tro co bę­dzie­my ro­bić i o któ­rej bę­dzie Suka po­trzeb­na? - za­in­te­re­so­wa­ła się Do­rot­ka.

- Cho­le­ra, nie­na­wi­dzę tego! - zde­ner­wo­wał się na­gle Kie­row­nik Pla­nu. - Bo nie wiem, co ci od­po­wie­dzieć! Bo ja tu­taj nic nie wiem! Nie pra­co­wa­łem tak ni­g­dy i za­raz osza­le­ję! Bo po­wi­nie­nem od­po­wie­dzieć ci od razu, a ja nie wiem co! Nie wiem, co ju­tro bę­dzie, nie wiem na­wet, co dzi­siaj jesz­cze tu bę­dzie, co za mi­nu­tę tu bę­dzie prze­cież!

- Do­brze już, do­brze - wy­sa­pa­ła Do­rot­ka trosz­kę zdzi­wio­na wy­bu­chem Kie­row­ni­ka Pla­nu, któ­ry do­tąd ja­wił jej się jako oaza spo­ko­ju i cier­pli­wo­ści. - Nie ma się co de­ner­wo­wać. Ju­tro się oka­że.

- Ale tak nie po­win­no być! - wy­rzu­cił z sie­bie Kie­row­nik Pla­nu.

- No nie po­win­no - zgo­dzi­ła się Do­rot­ka.

- Ale mnie to wku­rza.

- Mnie też.

- I mnie - do­da­ła Ola.

Tę miłą wy­mia­nę zdań prze­rwał nad­cią­ga­ją­cy od stro­ny lasu Mło­dy Re­ży­ser, wrzesz­czą­cy przez okno sa­mo­cho­du:

- Skoń­czy­li­śmy! Skoń­czy­li­śmy! Ko­niec zdjęć!

- Cze­go się tak drze - wy­mam­ro­tał pod no­sem Kie­row­nik Pla­nu. - Prze­cież ni­ko­go tu nie ma, cała eki­pa już daw­no po­je­cha­ła.

- Może do nas się drze? - za­in­te­re­so­wa­ła się Do­rot­ka. - Może my­śli, że tu na nie­go cze­ka­my?

Kie­row­nik Pla­nu spoj­rzał na nią dziw­nym wzro­kiem.

- Świet­nie. Dzię­ku­je­my za in­for­ma­cję - od­po­wie­dział w stro­nę Mło­de­go Re­ży­se­ra. - Bar­dzo się cie­szy­my. A te­raz wszy­scy je­dzie­my do domu.

Do­rot­ka nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że w Kie­row­ni­ku Pla­nu zo­sta­ło coś z wczo­raj i na­dal się ko­tłu­je. Mia­ła na­wet prze­czu­cie, że wie, co to ta­kie­go, i że to może być to samo, co ko­tłu­je się w niej sa­mej, ale uzna­ła, że dla do­bra wspól­nej pra­cy nie bę­dzie po­ru­sza­ła tego bo­le­sne­go te­ma­tu. Obie­ca­ła sta­wić się na pla­nie na­stęp­ne­go dnia i wró­ci­ła do domu.

Na­stęp­ne­go dnia Do­rot­ka, do­trzy­maw­szy sło­wa, przy­by­ła na plan na czas.

Zdję­cia od­by­wa­ły się w pry­wat­nym, wy­na­ję­tym do tego celu miesz­ka­niu.

Na szczę­ście miesz­ka­nie mie­ści­ło się na osie­dlu z du­żym ogro­dzo­nym te­re­nem, na któ­rym mo­gła po­bie­gać Suka, gdy­by trze­ba było cze­kać na swo­ją ko­lej.

Do­rot­ka po przy­by­ciu za­sta­ła część eki­py roz­par­tą na ła­wecz­ce pod drze­wem.

Na wi­dok Ka­mi­la Suka wpa­dła w szał ra­do­ści, co już chy­ba ni­ko­go nie zdzi­wi­ło.

- Cześć. Co tak sie­dzi­cie? - za­py­ta­ła Do­rot­ka, pod­czas gdy Ka­mil po­biegł z Suką po­bie­gać wo­kół blo­ku.

- A bo się wszyst­ko ob­su­wa - od­po­wie­dzia­ła Iza. - Coś tam im nie pa­su­je, sprzęt się nie chce zmie­ścić czy coś. Już pół­to­rej go­dzi­ny wal­czą, to może się zbli­ża­ją do koń­ca.

Do­rot­ka roz­sia­dła się na ław­ce obok Izy, Oli i Kie­row­ni­ka Pla­nu.

- Jak się masz? - za­py­ta­ła tego ostat­nie­go, wciąż ma­jąc przed oczy­ma jego wczo­raj­szy wy­buch na po­lnej dro­dze.

- No jak? - od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie Kie­row­nik Pla­nu. - Już bym chciał, żeby się to skoń­czy­ło, mó­wię wam. Idę tam po­rzą­dek zro­bić.

I po­szedł.

Kie­dy wró­cił, Do­rot­ka mia­ła wra­że­nie, że ko­tło­wa­ni­na we­wnętrz­na za chwi­lę wyj­dzie mu usza­mi.

- Ka­me­ra się ze­psu­ła - po­wie­dział krót­ko i wę­zło­wa­to, a na­stęp­nie za­klął siar­czy­ście i ma­low­ni­czo, cze­go nie wy­pa­da mi przy­to­czyć. Mów­cie, co chce­cie, ale choć je­stem bar­dzo no­wo­cze­sny i li­be­ral­ny, nie mogę po­su­wać się aż tak da­le­ko.

Do­rot­ka w od­po­wie­dzi rów­nież za­klę­ła, tak dla to­wa­rzy­stwa.

- Jak to? - Iza mia­ła chy­ba na­dzie­ję, że źle usły­sza­ła.

- No tak. To ni­czy­ja wina, się ze­psu­ła i już. Tyl­ko to zna­czy, że bę­dzie­my mu­sie­li w tym mi­łym to­wa­rzy­stwie tro­chę dłu­żej po­sie­dzieć.

- Ile dłu­żej? - za­in­te­re­so­wa­ła się Iza.

- A kto to wie... Na ra­zie się tam kłó­cą, kto po­je­dzie po re­zer­wo­wą ka­me­rę - po­wie­dział zre­zy­gno­wa­ny Kie­row­nik Pla­nu. - Nie. Tak nie bę­dzie. Nie dam się - zde­cy­do­wał na­gle. - Za­pa­lę so­bie, a po­tem pój­dę tam i zro­bię z tym po­rzą­dek.

Kie­dy pa­lił, z bu­dyn­ku wy­szedł Mło­dy Re­ży­ser.

- Cześć - po­wie­dział, chy­ba do Do­rot­ki, więc Do­rot­ka od­po­wie­dzia­ła. - Wie­cie już, że ka­me­ra się ze­psu­ła? - i za­klął. - Już by­śmy ro­bi­li, gdy­by nie to.

- I co te­raz?

- Nie wiem, ktoś po­je­dzie po inną. Ale ta inna nie jest do­bra, bo ja ją znam.

- Czy­li co?

Mło­dy Re­ży­ser spoj­rzał na Do­rot­kę swo­im słyn­nym już nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem.

Po czym, nie za­szczy­ciw­szy jej od­po­wie­dzią, od­da­lił się w kie­run­ku sa­mo­cho­du.

Oszczę­dzę wam szcze­gó­łów i po­wiem tyl­ko, że po go­dzi­nie po­wró­cił z ko­lej­ną ka­me­rą i już wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du, na­wo­ły­wał we­so­ło:

- Do ro­bo­ty, do ro­bo­ty!

Nie­ste­ty we­so­łe na­wo­ły­wa­nie nie do­ty­czy­ło Suki, a co za tym idzie, rów­nież Do­rot­ki.

Suce to na­wet nie prze­szka­dza­ło, jako że te­re­ny sprzy­ja­ły apor­to­wa­niu pi­łecz­ki, a licz­na eki­pa za­pew­nia­ła jej dużą ilość chęt­nych do rzu­ca­nia owej, za­tem moż­na było za­kła­dać, że na ko­lej­ne parę go­dzin bę­dzie mia­ła za­ję­cie.

I tak się sta­ło.

Po sze­ściu go­dzi­nach apor­to­wa­nia pi­łecz­ki w kie­run­ku wszyst­kich człon­ków eki­py ra­zem i z osob­na Sukę we­zwa­no na plan.

Tam do­ko­na­no pre­zen­ta­cji Suki pani Zo­fii - po­pu­lar­nej ak­tor­ce, któ­ra w fil­mie wcie­la­ła się w rolę mamy Ka­mi­la.

Za­po­zna­nie wy­pa­dło po­zy­tyw­nie, Suka za­ak­cep­to­wa­ła pa­nią Zo­fię, a pani Zo­fia Sukę.

Oba­wy Do­rot­ki, że po tak dłu­gim ocze­ki­wa­niu Suka bę­dzie zmę­czo­na, co wpły­nie na jej dys­po­zy­cję za­wo­do­wą, oka­za­ły się nie­uza­sad­nio­ne. Wręcz prze­ciw­nie, sześć go­dzin uga­nia­nia się za pi­łecz­ką zmę­czy­ło Sukę na tyle, by była w sta­nie trwać w jed­nym miej­scu dłu­żej niż za­zwy­czaj, a więc na­wet oko­ło trzy­dzie­stu se­kund.

Pierw­sza sce­na po­szła zresz­tą jak z płat­ka, po­nie­waż Suka mia­ła w niej jeść zupę w to­wa­rzy­stwie swo­je­go uko­cha­ne­go Ka­mi­la.

- Daj jej ka­wa­łe­czek mię­ska z tej zupy - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka Ka­mi­lo­wi przed uję­ciem. - To bę­dzie tu z tobą sie­dzieć i jeść so­bie.

Ka­mil kiw­nął gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

Pod­czas uję­cia Do­rot­kę ulo­ko­wa­no za no­ga­mi Ka­mi­la w ką­cie kuch­ni, co sta­no­wi­ło kiep­ski punkt ob­ser­wa­cyj­ny. Do­rot­ka nie wi­dzia­ła nic. Sły­sza­ła na­to­miast mo­no­log Ka­mi­la, któ­ry w pew­nym mo­men­cie prze­rwa­ło dziw­ne char­cze­nie i ciam­ka­nie.

Prze­ra­żo­na Do­rot­ka skon­sta­to­wa­ła, że char­cze­nie wy­pły­wa z Suki. To­wa­rzy­szy­ły mu dziw­ne chrzę­sty i trza­ski.

Do­rot­ka zgod­nie ze swo­im zwy­cza­jem ze stre­su ob­la­ła się zim­nym po­tem.

Już, już mia­ła za­krzyk­nąć: "Stop!", rzecz nie do po­my­śle­nia na pla­nie fil­mo­wym, gdzie pra­wo do ta­kie­go okrzy­ku przy­słu­gu­je wy­łącz­nie re­ży­se­ro­wi, już mia­ła to zro­bić, jako że ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła Sukę do­ko­nu­ją­cą ży­wo­ta przez za­dła­wie­nie, jed­nak czu­wa­łem nad nią (bo na­praw­dę nie chcia­łem być świad­kiem wy­mia­ny zdań Do­rot­ki z Mło­dym Re­ży­se­rem na te­mat praw i obo­wiąz­ków człon­ków eki­py na pla­nie fil­mo­wym, gdyż mam prze­czu­cie gra­ni­czą­ce z pew­no­ścią, że to ozna­cza­ło­by ko­niec ich współ­pra­cy), za­tem czu­wa­łem i to Mło­dy Re­ży­ser uznał sce­nę za skoń­czo­ną, co oznaj­mił krót­kim: "Stop! Mamy to!".

Do­rot­ka na­tych­mia­sto­wo wy­do­by­ła się spo­mię­dzy nóg Ka­mi­la i rzu­ci­ła w kie­run­ku Suki.

Suka była za­ję­ta.

Jak się oka­za­ło, spo­ży­wa­niem że­be­rek z zupy.

Do­rot­ka uświa­do­mi­ła so­bie, że okre­śle­nie "ka­wa­łe­czek mię­ska" jest zbyt sze­ro­kim po­ję­ciem. Na­stęp­nym ra­zem na­le­ży spre­cy­zo­wać, co przez nie ro­zu­mie.

Ka­mil bo­wiem miał nie­co inne wy­obra­że­nie na ten te­mat. Hoj­ną ręką za­ofia­ro­wał Suce ka­wał mię­sa wiel­ko­ści jej gło­wy, w do­dat­ku z całą masą ko­ści. Char­cze­nie i stę­ka­nie było więc uspra­wie­dli­wio­ne, zwłasz­cza że pa­zer­ność Suki ka­za­ła jej po­że­rać go w tem­pie, któ­re wy­klu­cza­ło in­ge­ren­cję ko­go­kol­wiek, a sto­su­nek wiel­ko­ści łupu do otwo­ru gę­bo­we­go Suki nie po­zwa­lał na na­tych­mia­sto­we wchło­nię­cie tego daru losu.

Ja­kimś cu­dem uda­ło jej się nie udła­wić, nie udu­sić oraz nie zro­bić so­bie in­nej krzyw­dy.

Jak moż­na się było spo­dzie­wać, po tym pre­zen­cie nie od­stę­po­wa­ła Ka­mi­la na krok. O ile wcze­śniej oka­zy­wa­ła mu wiel­ką sym­pa­tię ła­ma­ne przez ad­o­ra­cję, te­raz moż­na już było mó­wić o głę­bo­kim uczu­ciu.

- Na pla­nach czę­sto by­wa­ją ro­man­se - sko­men­to­wa­ła pani Zo­fia. - Tym ra­zem mamy ro­mans Suki i Ka­mi­la.

Przy oka­zji Do­rot­ka wy­słu­cha­ła cie­ka­we­go mo­no­lo­gu pani Zo­fii na te­mat rze­tel­no­ści za­wo­do­wej. Pani Zo­fia opo­wia­da­ła o tym, ja­kie były przy­czy­ny jej re­zy­gna­cji z roli w pew­nym te­le­wi­zyj­nym ta­siem­cu. Wiel­kie było zdu­mie­nie Do­rot­ki, gdy oka­za­ło się, że nie spo­wo­do­wał jej brak pro­fe­sjo­na­li­zmu eki­py, ni­skie za­rob­ki, nędz­ny sce­na­riusz albo nie­za­do­wa­la­ją­ce wa­run­ki pra­cy. Przy­czy­ną był świa­to­po­gląd pani Zo­fii, któ­ry co­raz czę­ściej stał w sprzecz­no­ści z po­ru­sza­ny­mi w ta­siem­cu wąt­ka­mi.

- Ja nie mogę dłu­żej fir­mo­wać swo­ją twa­rzą ta­kich rze­czy. Ja się nie zga­dzam. Ja nie mogę na to pa­trzeć, co się na świe­cie dzie­je, a co do­pie­ro fir­mo­wać tego swo­im na­zwi­skiem.

- Ach! - za­krzyk­nę­ła na to nie­ocze­ki­wa­nie wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia, w któ­rym od­by­wa­ły się zdję­cia. - Jest pani wspa­nia­ła!

I rzu­ci­ła się pani Zo­fii do stóp, ca­łu­jąc ją po rę­kach.

Pani Zo­fia, nie­co zmie­sza­na, przy­ję­ła jed­nak ten nie­spo­dzie­wa­ny hołd z god­no­ścią.

- A cze­mu pani przede mną klę­ka? - za­py­ta­ła.

- A bo dziś ta­kie cza­sy, że mało kto przy­zna­je się do tego, że żyje we­dług za­sad i dla za­sad go­tów jest po­świę­cić pra­cę! To wspa­nia­łe! - roz­eg­zal­to­wa­ła się wła­ści­ciel­ka.

Do­rot­ka sie­dzia­ła jak na tu­rec­kim ka­za­niu, co, jak wia­do­mo, ozna­cza, że nie ro­zu­mia­ła z tego ani sło­wa.

Tak bar­dzo nie ro­zu­mia­ła, o co cho­dzi, że zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie jak na Do­rot­kę nie za­bie­ra­ła gło­su, nie pro­te­sto­wa­ła oraz nie wcho­dzi­ła w po­le­mi­kę.

Za­tka­ło ją.

Jak już się ode­tka­ła, po­szła za­dzwo­nić do Ły­se­go.

Łysy, jak wia­do­mo, był dla Do­rot­ki kry­ni­cą mą­dro­ści wsze­la­kiej i cen­trum po­rad na każ­dą oka­zję.

- Słu­chaj, po­wiedz mi, co my­ślisz.

- No - stęk­nął Łysy w słu­chaw­ce. - Tyl­ko szyb­ko, bo pra­cu­ję.

- Bo tu jest taka jed­na zna­na ak­tor­ka i ona mówi, że już nie może dłu­żej grać w se­ria­lu, bo jej to nie współ­gra ze świa­to­po­glą­dem. Ja­kaś baba przed nią klę­ka w po­dzię­ce, a ja nic z tego nie ro­zu­miem. Mnie się za­wsze zda­wa­ło, że ak­to­rzy gra­ją role, któ­re nie mu­szą mieć nic wspól­ne­go z ich po­glą­da­mi. A na­wet mi się wy­da­wa­ło, że to cie­kaw­sze, kie­dy trze­ba grać coś, z czym się nie zga­dzam. Że to wy­zwa­nie. Kur­de, ni­g­dy nie my­śla­łam, że mogę grać tyl­ko role, z któ­ry­mi się świa­to­po­glą­do­wo zga­dzam. Ja­kim cu­dem bym wte­dy mia­ła za­grać za­kon­ni­cę ka­to­lic­ką, jak­bym na przy­kład była nie­wie­rzą­ca? Albo mor­der­cę, sko­ro ni­ko­go nie chcę mor­do­wać? Albo żoł­nie­rza, jak je­stem pa­cy­fist­ką? No kur­de, nie jest to głu­pie tro­chę?

- Ech - wes­tchnął Łysy swo­im zwy­cza­jem. - Wła­śnie sama so­bie od­po­wie­dzia­łaś.

- Jak to? Ja do cie­bie dzwo­nię, ja two­je zda­nie chcę znać! - za­pe­rzy­ła się Do­rot­ka. - Zresz­tą, co to za po­dej­ście w ogó­le, żeby tyl­ko w tym brać udział, co jest zgod­ne z na­szy­mi po­glą­da­mi, jak je­ste­śmy ak­to­ra­mi? Prze­cież nie na tym ten za­wód po­le­ga. Co to za głu­po­ty są w ogó­le? Ja my­śla­łam, że to mą­dra oso­ba jest, ta pani Zo­fia, a tu coś ta­kie­go. Jaka roz­cza­ro­wa­na je­stem!

- No wi­dzisz - od­po­wie­dział Łysy.

- No wła­śnie. Wi­dzę. Wi­dzę. A może na sta­re lata jej się zwa­rio­wa­ło? Tak też bywa, praw­da? Może ja też taka będę kie­dyś?

- Na pew­no - od­po­wie­dział Łysy.

- Oj, na pew­no to nie. Ale może? Wiesz, ona jesz­cze mówi, że to mi­sja. Że lu­dzie oglą­da­ją ten se­rial i my­ślą, że jak ona w nim gra, to ona taka jest. I że to wbrew jej su­mie­niu, od­da­wać twarz spra­wie, w któ­rą nie wie­rzy. No czy to nie prze­sa­da, żeby z ta­siem­ca ro­bić mi­sję, sam po­wiedz?

- No i znów sama so­bie od­po­wie­dzia­łaś - od­parł po­now­nie Łysy fi­lo­zo­ficz­nie. - Słu­chaj, mu­szę koń­czyć, pró­bu­ję pra­co­wać, a ty mi gło­wę głu­po­ta­mi za­wra­casz.

- Wca­le nie głu­po­ta­mi. Wca­le nie głu­po­ta­mi. Poza tym ja też mu­szę koń­czyć. Sukę wo­ła­ją na plan.

- To pa.

- Pa.

Jak to do­brze po­roz­ma­wiać z kimś mą­drym.

Na­praw­dę.

I tak oto nad­szedł dzień ostat­ni.

Do­rot­ka przy­je­cha­ła z Suką na osie­dle zna­ne im z po­przed­nie­go dnia zdję­cio­we­go i pra­wie na­tych­miast ze­psu­ła so­bie naj­lep­szą spód­ni­cę z lum­pek­su, usiadł­szy na ła­wecz­ce, co to sta­ła pod drzew­kiem ocie­ka­ją­cym ży­wi­cą. Oczy­wi­ście Do­rot­ka usia­dła do­kład­nie na tej ży­wi­cy.

Ze­psu­ła so­bie spód­ni­cę i hu­mor na przy­naj­mniej pół dnia.

Do tego, swo­im zwy­cza­jem, mar­twi­ła się, jak to bę­dzie.

Zgod­nie z pla­nem wy­glą­da­ło na to, że Suka wy­stą­pi w jed­nej sce­nie, po­tem w dru­giej, trze­ciej, a po­tem bę­dzie mu­sia­ła kil­ka go­dzin cze­kać na swo­je ko­lej­ne, ostat­nie już w tym fil­mie sce­ny. Do­rot­ka się bała, że Suka bę­dzie zmę­czo­na tym cze­ka­niem i może to wpły­nąć na jej dys­po­zy­cję za­wo­do­wą.

Do­rot­ka jest do cze­ka­nia na pla­nie przy­zwy­cza­jo­na, ale Suka? Kto ją tam wie? Jak nie bę­dzie chcia­ła ro­bić tego, co jej każą ro­bić? Jak bę­dzie nie­po­słusz­na z tego zmę­cze­nia?

Jed­ną z ostat­nich scen mia­ła być ta, w któ­rej Suka wy­zio­nu­je du­cha.

Trud­na sama w so­bie, na­wet dla ak­to­ra, a co do­pie­ro dla psa! I do tego zmę­czo­ne­go psa!

Do­rot­ka sie­dzia­ła pod tym okrop­nym ka­pią­cym drze­wem i się za­mar­twia­ła.

Suka tym­cza­sem bie­ga­ła za pi­łecz­ką.

Prze­sie­dzia­ły tak pół­to­rej go­dzi­ny, bo tra­dy­cyj­nie zno­wu wszyst­ko się opóź­ni­ło (gwo­li ści­sło­ści, to Do­rot­ka prze­sie­dzia­ła, a Suka prze­bie­ga­ła za pił­ką), aż tu na­gle nad uchem Do­rot­ki za­brzmiał ko­ją­cy głos Kie­row­ni­ka Pla­nu.

- Do­rot­ko. Po­pro­szę cię z Suką na plan.

Do­rot­ka po­słusz­nie po­drep­ta­ła, sta­ra­jąc się przyj­mo­wać taką po­zy­cję cia­ła, by nie eks­po­no­wać za­nad­to plam na spód­ni­cy, i wpro­wa­dza­jąc tym nie­któ­rych człon­ków eki­py w duże za­kło­po­ta­nie.

- A co ty się tak dziw­nie krę­cisz? - za­in­te­re­so­wa­ła się życz­li­wie Iza. - Boli cię coś czy jak?

- Nie­ee - wy­stę­ka­ła Do­rot­ka, wzię­ta z za­sko­cze­nia. - Tak tyl­ko tu­taj się prze­ci­skam, cia­sno jest, wiesz...

Przy­bie­ra­ła przy tym prze­dziw­ne pozy, ma­ją­ce ukryć de­fekt, któ­ry jej zda­niem od­bie­rał jej reszt­ki uro­dy oraz sta­wiał ją w nie­ko­rzyst­nym świe­tle jako na­czel­ną fle­ję, przy­cho­dzą­cą do pra­cy w po­pla­mio­nych ciu­chach.

- Nie jest wca­le cia­sno. A ty się wi­jesz jak wij ja­kiś. Co jest?

- Oj, zda­je ci się - pod­ję­ła ostat­nią de­spe­rac­ką pró­bę Do­rot­ka. Swo­ją dro­gą, co za szpieg z tej Izy, wszyst­ko musi wie­dzieć czy jak?

- Nic mi się nie zda­je. Wier­cisz się dziw­nie.

- Oj, do­bra - pod­da­ła się Do­rot­ka. - Pla­mę so­bie zro­bi­łam na spód­ni­cy i tyle. Nie chcia­łam, żeby ktoś wi­dział.

- Po­każ - za­rzą­dzi­ła Iza. - Ja je­stem od ko­stiu­mów, może coś wy­my­ślę z tą pla­mą.

Pod­czas gdy Iza z Do­rot­ką pró­bo­wa­ły roz­wią­zać pro­blem pla­my z ży­wi­cy (czyn­ność z góry ska­za­na na nie­po­wo­dze­nie, coś o tym wiem, ale niech pró­bu­ją, pro­szę bar­dzo), Suka wi­ta­ła się z Ka­mi­lem, wy­da­jąc z sie­bie przy tym hi­ste­rycz­ne ra­do­sne dźwię­ki.

Pierw­sze swo­je kro­ki skie­ro­wa­ła zresz­tą do kuch­ni, czy­li miej­sca, któ­re od wczo­raj ko­ja­rzy­ło się jej z roz­pu­stą ku­li­nar­ną pod po­sta­cią pła­ta że­be­rek.

Naj­wy­raź­niej uzna­ła, że że­ber­ka miesz­ka­ją w kuch­ni na sta­łe, i mia­ła na­dzie­ję spo­tkać je rów­nież dzi­siaj.

Roz­cza­ro­wa­nie, któ­re­go do­zna­ła na wi­dok ich bra­ku, mo­gło się rów­nać je­dy­nie ra­do­ści z fak­tu spo­tka­nia z Ka­mi­lem.

Po se­rii ra­do­snych sko­ków, skam­leń i pró­bie bie­ga­nia tam i z po­wro­tem za­kłó­co­nej przez pa­ra­me­try miesz­ka­nia oraz jego za­bu­do­wę, pa­dło sa­kra­men­tal­ne ha­sło: "Bę­dzie­my krę­cić".

Do­rot­ka, roz­cza­ro­wa­na bra­kiem efek­tów w po­zby­wa­niu się pla­my z ży­wi­cy z naj­lep­szej spód­ni­cy, po­szła za tym gło­sem.

Cał­kiem bły­ska­wicz­nie i bez pro­ble­mów na­krę­ci­li trzy sce­ny, w któ­rych Suka ko­lej­no słu­cha­ła pie­śni skom­po­no­wa­nej spe­cjal­nie dla niej, i to na­wet słu­cha­ła w sku­pie­niu, w czym po­ma­ga­ła jej Do­rot­ka ukry­ta za ka­me­rą z ka­wał­kiem pa­rów­ki w ręce, na­stęp­nie ko­lej­ną sce­nę, w któ­rej to to­wa­rzy­szy­ła Ka­mi­lo­wi w mo­dli­twie, a wresz­cie sce­nę za­glą­da­nia do ognia.

Wszyst­kie wy­ko­ny­wa­ła bez za­rzu­tu.

Naj­le­piej szło jej re­ali­zo­wa­nie uwa­gi: "Niech ten pies tu tak cho­dzi dla re­ali­zmu".

Cho­dzi­ła so­bie jak chcia­ła i wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Na­wet Mło­dy Re­ży­ser.

Na­de­szły jed­nak trud­ne chwi­le.

Na­le­ża­ło przy­stą­pić do re­ali­za­cji sce­ny po­śmiert­nej.

W któ­rej to Suka trwa w bez­ru­chu, a Ka­mil ją opła­ku­je.

Do­rot­ka my­śla­ła, że sama umrze tam z ner­wów.

Tym­cza­sem Suka, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie dla Do­rot­ki, pa­dła na bok i wy­trwa­ła tak na wska­za­ną ko­men­dę przez kil­ka dłu­gich mi­nut, umoż­li­wia­jąc Ka­mi­lo­wi re­ali­za­cję jego za­da­nia ak­tor­skie­go.

- A niech mnie - po­wie­dział po uję­ciu prze­ję­ty Ope­ra­tor. - Nie­zły ten pies. Żeby tyle cza­su w bez­ru­chu wy­trzy­mać...

- Za krót­ko. Za mało ma­te­ria­łu mam - za­pro­te­sto­wał na­tych­mia­sto­wo Mło­dy Re­ży­ser. - Po­łóż ją, Do­ro­ta, i niech jesz­cze leży. Jesz­cze raz na­gra­my.

Po trze­cim du­blu, trwa­ją­cym trzy mi­nu­ty, Suka wy­sko­czy­ła jak z pro­cy i za­czę­ła bie­gać tam i z po­wro­tem dla roz­ła­do­wa­nia ener­gii.

- Co ona tak bie­ga? - sap­nął Mło­dy Re­ży­ser z iry­ta­cją. - Weź coś zrób, Do­ro­ta, no.

- Bie­ga, bo nie wie, o co cho­dzi. Ka­za­łeś jej przez trzy mi­nu­ty razy trzy, czy­li dzie­więć mi­nut, czy­li wiecz­ność le­żeć w bez­ru­chu. To niech po­bie­ga.

- Pew­nie, niech po­bie­ga - zgo­dził się Ope­ra­tor. - Dziel­na jest bar­dzo.

Suka po­bie­ga­ła i przy­szła na wo­ła­nie.

- Bym jesz­cze coś do­krę­cił, ale nie wiem co - za­wa­hał się Mło­dy Re­ży­ser.

- Nic już nie bę­dziesz do­krę­cał. Ko­lej­ną sce­nę rób­my. Dość masz ma­te­ria­łu, mó­wię ci - sprze­ci­wił się sta­now­czo Ope­ra­tor.

- Nie wiem.

- Ale ja wiem.

- No do­bra - po­dej­rza­nie szyb­ko zgo­dził się Mło­dy Re­ży­ser.

Do­rot­ka przez uła­mek se­kun­dy po­my­śla­ła, że on się może tak cza­sa­mi sprze­ci­wia dla za­sa­dy, w imię zdo­by­wa­nia au­to­ry­te­tu.

Suka tym sa­mym mia­ła kil­ka go­dzin wol­ne­go, a że pora była póź­na, z praw­dzi­wą ulgą po­szła na swo­je po­słan­ko.

Nie­ste­ty, nie dane jej było od­po­czy­wać w spo­ko­ju.

Usły­szaw­szy, że pani Zo­fia krzy­czy na Ka­mi­la w bar­dzo dra­ma­tycz­nej sce­nie ro­dzin­nej kłót­ni, zwle­kła się ze swo­je­go ma­te­ra­cy­ka i wbie­gła przed ka­me­rę, za­zna­cza­jąc tym sa­mym, że kto jak kto, ale ona na swo­je­go ulu­bień­ca krzy­czeć nie po­zwo­li.

Pani Zo­fia, jak na pro­fe­sjo­na­list­kę przy­sta­ło, za­gra­ła swo­ją sce­nę do koń­ca, choć w oczach mia­ła na­ra­sta­ją­ce zdu­mie­nie na wi­dok zde­cy­do­wa­nej po­sta­wy obron­nej Suki, któ­ra za­jąw­szy stra­te­gicz­ne miej­sce u nóg Ka­mi­la, wy­raź­nie dała do zro­zu­mie­nia, że bę­dzie go bro­nić i pil­no­wać.

- Co to było? - za­py­ta­ła pani Zo­fia po uję­ciu. - Ta Suka tu tak przy­szła i stoi? I pa­trzy tak na mnie?

- Bro­ni Ka­mi­la - po­wie­dzia­ła Do­rot­ka z odro­bi­ną za­zdro­ści.

- Ugry­zie mnie? - za­in­te­re­so­wa­ła się pani Zo­fia.

- Eee. Nie. Tak tyl­ko stra­szy - od­par­ła Do­rot­ka. O ile ktoś może się prze­stra­szyć pię­cio­ki­lo­gra­mo­we­go psa, oczy­wi­ście.

Ka­mil aż spuchł z dumy, wi­dząc, jaką ma w Suce so­jusz­nicz­kę i obroń­czy­nię.

I po­my­śleć, że wy­star­czył ka­wa­łek że­ber­ka, żeby na to za­słu­żyć.

- Bar­dzo do­brze wy­szło - po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser, obej­rzaw­szy na mo­ni­to­rze ma­te­riał po uję­ciu.

- A Suka? Nie prze­szka­dza­ło ci, że się tak na­gle tu zna­la­zła i plą­ta­ła pod no­ga­mi?

- Nie - od­po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser wy­jąt­ko­wo zde­cy­do­wa­nie. - Bar­dzo do­brze wła­śnie. Taki re­alizm. Tak się po­win­na plą­tać cały czas.

Do­rot­ka po­chwy­ci­ła za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nie Kie­row­ni­ka Pla­nu, któ­ry naj­wy­raź­niej po­my­ślał w tym sa­mym mo­men­cie to samo, co ona. A mia­no­wi­cie, żeby nie daj Bóg Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi nie przy­szło do gło­wy krę­cić cały film od po­cząt­ku ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem psa jako ele­men­tu re­ali­zmu.

Na szczę­ście by­łem na miej­scu, usły­sza­łem chrzęst tych my­śli for­mu­łu­ją­cych się pod moim ad­re­sem w gło­wach Do­rot­ki i Kie­row­ni­ka Pla­nu, no i nie da­łem.

Mło­dy Re­ży­ser za­jął się przy­go­to­wa­nia­mi do ko­lej­nej sce­ny, Suka po­szła spać, a Do­rot­ka przy­sia­dła obok niej na pod­ło­dze, z bra­ku lep­sze­go i wy­god­niej­sze­go miej­sca.

Sie­dzia­ła tak, przy­sy­pia­jąc, przez nie­mal pół­to­rej go­dzi­ny, jed­nym uchem pró­bu­jąc spać, a dru­gim na­słu­chu­jąc dźwię­ków, do­bie­ga­ją­cych z pla­nu.

Kie­dy po­wo­li za­czy­na­ło zwy­cię­żać pierw­sze ucho, ze sta­nu bło­gie­go spo­ko­ju wy­rwał ją szept Mło­de­go Re­ży­se­ra.

- Do­ro­ta! Przy­go­tuj psa do sce­ny śmier­ci!

Do­rot­kę to sta­now­cze ha­sło na­tych­miast wy­do­by­ło z nie­by­tu.

Otwo­rzy­ła oczy i zo­ba­czy­ła nad sobą sku­pio­ne ob­li­cze Mło­de­go Re­ży­se­ra.

- Co? - za­py­ta­ła, bo nic mą­drzej­sze­go nie przy­szło jej do gło­wy.

- Przy­go­tuj psa do sce­ny śmier­ci. Bę­dzie­my gra­li za­raz.

Do­rot­ka już wie­dzia­ła na pew­no, że jej się to nie śni.

Mło­dy Re­ży­ser na­praw­dę to po­wie­dział.

Dwa razy.

To zna­czy, że wła­śnie to chciał po­wie­dzieć.

I pew­nie wie­rzył w to, co mó­wił.

Nie­ste­ty Do­rot­ka nie mia­ła bla­de­go po­ję­cia, co z tym zro­bić.

Omó­wić z Suką psy­cho­lo­gicz­ny prze­bieg sce­ny?

Usta­lić mo­no­log we­wnętrz­ny?

Po­roz­ma­wiać z nią o tym, ja­kie są w tej sce­nie jej od­czu­cia?

Za­py­tać o jej pro­po­zy­cję ak­tor­ską?

Z bra­ku lep­sze­go po­my­słu po­sta­no­wi­ła po­sta­wić na kla­sycz­ny spo­sób współ­pra­cy, więc uzbro­jo­na w oręż w po­sta­ci wo­recz­ka wy­peł­nio­ne­go wy­ro­ba­mi wę­dli­niar­ski­mi prze­tar­ła za­spa­ne oko i ru­szy­ła na plan.

- Idź stąd na ra­zie! - sprze­ci­wił się nie­ocze­ki­wa­nie Mło­dy Re­ży­ser. - Jesz­cze nie! Pies jesz­cze nie, ty też nie!

- Ale prze­cież...

- Mó­wi­łem, przy­go­tuj psa. Niech się sku­pi, żeby nie był za żywy. Niech bę­dzie spo­koj­ny, zrób ja­koś coś, żeby do­brze było z tym uda­wa­niem mar­twe­go. A my tu jesz­cze fi­ran­kę na­gra­my fa­lu­ją­cą.

Do­rot­kę tknę­ło, że fa­lu­ją­cą fi­ran­kę moż­na by na­grać póź­niej, jak już więk­szość eki­py, zwią­za­nej z ak­to­ra­mi, pój­dzie do domu. Fi­ran­kę fa­lu­ją­cą moż­na na­grać bez obec­no­ści cha­rak­te­ry­za­to­rów, ko­stiu­mo­lo­gów, ak­to­rów i ca­łej masy lu­dzi, zwłasz­cza że zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie zro­bi­ła się trze­cia nad ra­nem i wszy­scy chęt­nie już by po­szli do domu.

Wię­cej, do­świad­cze­nie jej pod­po­wia­da­ło, że więk­szość re­ży­se­rów tak wła­śnie robi.

Ale nie Mło­dy Re­ży­ser.

Mło­dy Re­ży­ser wy­na­lazł wła­sny sys­tem pra­cy i był prze­ko­na­ny, że jest to sys­tem lep­szy niż wszyst­kie wcze­śniej ist­nie­ją­ce, i jako taki wdra­żał go w ży­cie z peł­nym prze­ko­na­niem.

Na­le­ża­ło się je­dy­nie cie­szyć, że pra­ce zmie­rza­ją do koń­ca.

Wszy­scy pół­przy­tom­nie sie­dzie­li więc gdzie po­pa­dło i od­dy­cha­li na­dzie­ją, że opusz­czą plan przed świ­tem.

Gdy fa­lu­ją­ca fi­ran­ka zo­sta­ła już na­gra­na w kil­ku du­blach, z kil­ku stron i pod róż­ny­mi ką­ta­mi, przy­szedł czas na sce­nę zmar­twych­wsta­nia psa.

Do­rot­ka była strzęp­kiem ner­wów.

Po tym, jak Suka wy­ko­na­ła omył­ko­wo ze zmę­cze­nia wszyst­kie zna­ne so­bie ko­men­dy poza tą, o któ­rą była uprzej­mie przez Do­rot­kę po­pro­szo­na, wresz­cie uda­ło jej się wce­lo­wać w ocze­ki­wa­nia eki­py i le­gła na boku w tak do­brze so­bie zna­nym cha­rak­te­rze nie­ży­we­go psa.

I tu za­czę­ły się przy­sło­wio­we scho­dy.

Mło­dy Re­ży­ser miał wi­zję, we­dle któ­rej Suka ze sta­nu nie­ży­we­go prze­cho­dzi w stan żywy. Mia­no­wi­cie leży u boku bo­ha­te­ra, zmar­twych­wsta­je, za­zna­cza swo­ją obec­ność, nie do koń­ca ja­sne było jak, oraz gra, że wi­dzi du­cha. To była bar­dzo po­etyc­ka sce­na.

- Tyl­ko ty te­raz nie mo­żesz się od­zy­wać! - zgło­sił za­strze­że­nie pod ad­re­sem Do­rot­ki Mło­dy Re­ży­ser. - Mu­sisz ci­cho być.

- To jak to mamy zro­bić, żeby nie żyła, a po­tem oży­ła i wsta­ła, jak jej nie mogę po­dać ko­men­dy?

- Nie wiem - od­parł Mło­dy Re­ży­ser.

- Za­ufaj­cie mi - ode­zwał się nie­ocze­ki­wa­nie Ka­mil, za­zwy­czaj mil­czą­cy. I, jak to czę­sto bywa, gdy ktoś z rzad­ka za­bie­ra głos, to jed­no zda­nie wy­wo­ła­ło pio­ru­nu­ją­cy efekt.

Do­rot­ka i Mło­dy Re­ży­ser za­mil­kli z sza­cun­kiem.

- Ja mam z Suką łącz­ność. Ja wam mó­wię, że damy radę - po­wie­dział Ka­mil. - Kręć­my, bo póź­no jest.

- Do­brze - zgo­dził się Mło­dy Re­ży­ser.

- Do­brze - zgo­dzi­ła się rów­nież Do­rot­ka, choć nikt jej o nic nie py­tał.

I po­my­śla­ła: "Trud­no, niech się dzie­je, co chce. Naj­wy­żej nie za­gra, trud­no. Kom­pu­te­ro­wo będą ro­bić, mar­twić się, kom­bi­no­wać, trud­no".

- Tyl­ko wyjdź­cie, ja was pro­szę - po­wie­dzia­ła jesz­cze do eki­py. - Jak ktoś nie musi tu być, to niech wyj­dzie. To trud­na sce­na jest. Niech się ten pies, w sen­sie Suka, sku­pi.

Eki­pa po­słusz­nie po­drep­ta­ła do dru­gie­go po­miesz­cze­nia. Do­rot­ce się przy­po­mnia­ło, że jak kie­dyś gra­ła sce­nę roz­bie­ra­ną w jed­nym fil­mie, to eki­pa też wy­szła do dru­gie­go po­ko­ju, żeby się mniej stre­so­wa­ła. Trze­ba ja­kieś wa­run­ki pra­cy mieć, na­wet jak się jest Suką!

Tym­cza­sem wci­snę­ła się w ką­cik i cze­ka­ła, co bę­dzie.

- Ka­me­ra! Ak­cja! - po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser.

I stał się cud.

Na pod­ło­dze, w cie­niu po­wie­wa­ją­cej fi­ran­ki, le­ża­ły psie zwło­ki.

Przy psich zwło­kach za­pła­ka­ny chło­piec, pró­bu­ją­cy ko­cha­ją­cym od­de­chem oży­wić mar­twe ciał­ko swo­jej przy­ja­ciół­ki.

I na­gle to ciał­ko oży­ło.

Czwo­ro­noż­na przy­ja­ciół­ka naj­pierw bar­dzo po­wo­li pod­nio­sła łeb, spoj­rzaw­szy na swo­je­go czło­wie­cze­go przy­ja­cie­la.

Po­tem bar­dzo po­wo­li po­de­szła do nie­go, wtu­li­ła nos w jego ra­mię i tak za­mar­li.

A po­tem spoj­rza­ła na nie­go bar­dzo smut­no i wy­szła z ka­dru.

Ten cud poza Do­rot­ką wi­dzia­ło jesz­cze parę osób, co było naj­lep­szym do­wo­dem na to, że jej się nie przy­śnił.

Mło­de­mu Re­ży­se­ro­wi coś się sta­ło z ocza­mi. Zro­bi­ły się mo­kre i czer­wo­ne.

- Kur­de - po­wie­dział kon­kret­nie Ope­ra­tor. - To było coś.

- Coś - zgo­dził się Mło­dy Re­ży­ser. - Cały film sym­bo­licz­nie ten pies za­grał w tym uję­ciu. Umarł, ożył, umarł. Opu­ścił go. No szok. No szok nor­mal­nie.

Oczy­wi­ście Do­rot­ka na­tych­miast so­bie w gło­wie uło­ży­ła szyb­kie ra­cjo­nal­ne wy­tłu­ma­cze­nie ca­łej spra­wy. Suka była zmę­czo­na, było jej go­rą­co, a pora była póź­na. Dla­te­go za­pew­ne po­ru­sza­ła się po­wo­li.

Ka­mil miał na twa­rzy odro­bi­nę ma­ki­ja­żu, dla­te­go się do nie­go przy­tu­li­ła -  chcia­ła pew­nie po­wą­chać nowy za­pach.

A po­tem wy­szła z ka­dru, bo tam była Do­rot­ka.

Tak, wszyst­ko moż­na so­bie zra­cjo­na­li­zo­wać.

Oczy­wi­ście, że moż­na.

Ale i tak wra­że­nie było pio­ru­nu­ją­ce.

- Ten pies to wię­cej niż pies. W jego oczach wi­dzę, że on wie wię­cej niż my wszy­scy. Ma po­łą­cze­nie z in­nym świa­tem - po­wie­dział Mło­dy Re­ży­ser. - Nie będę ro­bił du­bla. Je­stem za­do­wo­lo­ny.

I to był dru­gi cud tej nocy. Jak wi­dać, nie tyl­ko nie­szczę­ścia cho­dzą pa­ra­mi.

Nie mu­szę do­da­wać, że Do­rot­kę roz­pie­ra­ła duma.

Cud czy nie, Suka spi­sa­ła się na me­dal.

Za­sko­czy­ła wszyst­kich, łącz­nie z Do­rot­ką.

Do­rot­ka wie­le by dała, by się do­wie­dzieć, o czym Suka tej nocy my­śla­ła.

By­wa­ły chwi­le, gdy co do tego su­cze­go my­śle­nia Do­rot­ka mia­ła po­waż­ne wąt­pli­wo­ści. W ta­kich mo­men­tach skła­nia­ła się ra­czej ku prze­ko­na­niu, że Suka kie­ru­je się wy­łącz­nie chę­cią zdo­by­cia po­ży­wie­nia bądź pi­łecz­ki.

Tym bar­dziej była cie­ka­wa, co ta­kie­go dzia­ło się w su­czym łbie tej pa­mięt­nej nocy na pla­nie.

Bo że za­gra­ła epic­ką rolę, to nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści.

Do­rot­ka zna­ła przy­kła­dy ak­tor­stwa in­stynk­tow­ne­go, któ­re nie ma nic wspól­ne­go z in­te­lek­tem i opie­ra się wy­łącz­nie na ta­len­cie i in­tu­icji. Pa­mię­ta­ła pew­ne­go ak­to­ra, któ­ry re­cy­to­wał wiersz tak wspa­nia­le, że słu­cha­cza prze­cho­dzi­ły ciar­ki i ni­ko­mu do gło­wy nie przy­szło, że nie zaj­rzał wcze­śniej do słow­ni­ka i nie ro­zu­miał po­ło­wy słów, któ­re wy­po­wia­dał. Do­rot­ka uwa­ża­ła, że to jest ak­tor wy­bit­ny. A że nie czy­tał ksią­żek i nie wie­dział, co to jest akwe­dukt? Nie szko­dzi. Wiersz Her­ber­ta o Klau­diu­szu re­cy­to­wał bar­dzo przej­mu­ją­co. Jego nie­wie­dza nie mia­ła na to żad­ne­go wpły­wu.

Może Suka ma tak samo? Może po pro­stu ma ta­lent wro­dzo­ny? I wie, co i jak zro­bić oraz kie­dy, żeby za­dzia­ła­ło na wi­dza?

Do­rot­ka gu­bi­ła się w do­my­słach, ale mu­sia­ła chy­ba po­wo­li go­dzić się z fak­tem, że ni­g­dy do koń­ca nie zro­zu­mie, co się dzie­je w su­czej gło­wie.

Czy i co Suka my­śli, je­śli my­śli.

Choć zgłę­bie­nie tego by­ło­by na pew­no bar­dzo po­ucza­ją­cym do­świad­cze­niem.

Wiem, że lu­dzie czę­sto się za­sta­na­wia­ją, czy pies my­śli i co.

Obu­rza mnie ta­kie sta­wia­nie spra­wy.

Sta­now­czo, jak tyl­ko te­rier po­tra­fi, sprze­ci­wiam się wąt­pli­wo­ściom w tym wzglę­dzie. Za­mie­rzam po­ni­żej do­wieść, że pies, a wła­ści­wie Suka, my­śli bez wąt­pie­nia.

I to jak.

Skrom­ność nie jest może moją naj­moc­niej­szą stro­ną, więc bez owi­ja­nia w ba­weł­nę już na wstę­pie pra­gnę stwier­dzić, że w mo­jej wła­snej oce­nie my­ślę wię­cej niż nie­któ­rzy lu­dzie, a z całą pew­no­ścią wię­cej niż wszyst­kie koty świa­ta ra­zem wzię­te.

Moje wła­sne zda­nie na każ­dy te­mat jest dla mnie naj­waż­niej­sze, więc po­niż­szy ob­szer­ny do­wód na słusz­ność po­wyż­szej tezy za­miesz­czam wy­łącz­nie po to, by raz na za­wsze roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści w tym wzglę­dzie. I aby wresz­cie za­po­biec py­ta­niom: "Jak my­ślisz, czy ona ro­zu­mie, co do niej mó­wisz?".

Ale od po­cząt­ku. Wiem, że lu­dzie lu­bią po­rząd­ko­wać spra­wy, naj­le­piej al­fa­be­tycz­nie, chro­no­lo­gicz­nie albo jesz­cze ina­czej. Mnie tam wszyst­ko jed­no, lecz chwi­lo­wo mogę iść na kom­pro­mis i za­cząć po ludz­ku.

Jak już za­pew­ne wie­cie, wła­śnie na­stą­pił prze­łom w mo­jej ka­rie­rze. Za­gra­łam wiel­ką rolę, o któ­rej po­wie­dzia­no już wszyst­ko, przy uży­ciu wie­lu słów i zbęd­nych szcze­gó­łów. Moim zda­niem w tym przy­pad­ku wy­star­czy­ło­by stwier­dze­nie, że za­gra­łam wy­bit­nie. Cała resz­ta jest zbęd­na.

Po­zwól­cie za­tem, że swo­ją hi­sto­rię opo­wiem ja - krót­ko i wę­zło­wa­to, uj­mu­jąc w niej tyl­ko to, co na­praw­dę istot­ne, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem od­czuć naj­waż­niej­szej oso­by na świe­cie. Czy­li mo­ich - jak­by ktoś miał wąt­pli­wo­ści.

Mówi się, że pies upo­dab­nia się do wła­ści­cie­la. Coś w tym jest. Obie z moją Pań­cią je­ste­śmy zgrab­ne i szczu­płe, obie nie gry­ma­si­my przy je­dze­niu, obie mamy po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie do lu­dzi i obu nam le­piej nie za­ła­zić za skó­rę, bo je­ste­śmy bar­dzo pa­mię­tli­we. Obie wią­że­my swo­ją przy­szłość z szoł­biz­ne­sem. Obie też je­ste­śmy we­so­łe.

Róż­ni nas wła­ści­wie tyl­ko to, że ja bar­dzo lu­bię bie­gać za pi­łecz­ką, a moja Pań­cia nie­ko­niecz­nie. Na szczę­ście lubi ją rzu­cać, więc jest z niej ja­kiś po­ży­tek. Spraw­dzi­łam to zresz­tą od razu przy na­szym pierw­szym spo­tka­niu. Jak tyl­ko zja­wi­ła się w domu mo­ich ro­dzi­ców, pod­bie­głam do niej, przy­no­sząc pił­kę. Od razu wie­dzia­ła, co się z nią robi, a że rzut był dość da­le­ki, uzna­łam, iż jest by­stra, wła­ści­wie od­czy­tu­je sy­gna­ły i będą z niej lu­dzie. Pił­ka po­le­cia­ła aż na ko­niec ogród­ka, lą­du­jąc pod siat­ką. To ro­ko­wa­ło do­brze.

Nie­ste­ty, na­szej pierw­szej wspól­nej po­dró­ży nie wspo­mi­nam naj­le­piej. Ni­g­dy wcze­śniej tak dłu­go nie je­cha­łam tym urzą­dze­niem, któ­re się trzę­sie i wy­da­je dziw­ne dźwię­ki. Pań­cia trzy­ma­ła mnie na ko­la­nach i był z nią Dru­gi Czło­wiek, któ­ry krę­cił ta­kim kół­kiem, przy­cze­pio­nym na wy­so­ko­ści mo­jej gło­wy. Może przez to krę­cą­ce się kół­ko, a może przez to, że wo­kół prze­su­wa­ły się róż­ne ob­ra­zy (ja­kieś zwie­rzę­ta, ro­śli­ny, duże budy, czy­li domy), źle się po­czu­łam, za­krę­ci­ło mi się w gło­wie i zwy­mio­to­wa­łam. Na szczę­ście Pań­cia nie wy­glą­da­ła na zde­ner­wo­wa­ną - no i do­brze, to nie był­by do­bry po­czą­tek zna­jo­mo­ści, gdy­by­śmy od razu pierw­sze­go dnia się po­kłó­ci­ły. Cały czas mnie gła­ska­ła i mó­wi­ła do mnie mi­łym to­nem, choć tro­chę zbyt gło­śno, jak na mój gust. Te­raz już wiem, że Pań­cia po pro­stu nie po­tra­fi mó­wić ci­szej, taka już jest. Przy­zwy­cza­iłam się do tego.

Cała ta po­dróż oka­za­ła się peł­na nie­spo­dzia­nek. Nie je­stem spe­cjal­nie od­waż­na, choć tchó­rzem też nie je­stem, co to, to nie, po pro­stu nie lu­bię no­wo­ści i zmian. A ta wy­pra­wa to były same no­wo­ści. Po pierw­sze, z ca­łym sza­cun­kiem, ale Pań­cię i Dru­gie­go Czło­wie­ka wi­dzia­łam pierw­szy raz w ży­ciu. To, że za­pro­po­no­wa­łam jej za­ba­wę pił­ką, nie ozna­cza­ło, że je­ste­śmy przy­ja­ciół­ka­mi i może mnie za­bie­rać, gdzie jej się po­do­ba, bez uprze­dze­nia i bez po­że­gna­nia z ro­dzi­ca­mi. Sły­sza­łam zresz­tą, jak tata szcze­kał, kie­dy od­jeż­dża­li­śmy, ale on zwy­kle dużo szcze­ka, więc moż­li­we, że nie cho­dzi­ło o mnie, tyl­ko o tego kun­dla zza pło­tu.

Tak czy siak, Pań­cia i Dru­gi Czło­wiek za­bra­li mnie gdzieś tym dziw­nym urzą­dze­niem, a po­dróż trwa­ła całe wie­ki. Po tym, jak zwy­mio­to­wa­łam, było mi już wła­ści­wie wszyst­ko jed­no, po­czu­łam się sła­ba i zmę­czo­na. Pań­cia mnie gła­ska­ła i przy­tu­la­ła, więc było mi też cie­pło i przy­jem­nie. Do­pó­ki nie przy­szło jej do gło­wy tego ze­psuć i za­trzy­mać urzą­dze­nie. Przy­pię­ła mi do szyi sznu­rek, któ­re­go nie­na­wi­dzę, i za­czę­ła mnie wy­cią­gać na ze­wnątrz, na co wca­le nie mia­łam ocho­ty. Dru­gi Czło­wiek śmiał się ze mnie, co też nie było przy­jem­ne.

Nie je­stem du­żym psem, więc ła­two mnie wziąć na ręce, co zro­bi­ła Pań­cia, wi­dząc, że nie za­mie­rzam z nią współ­pra­co­wać.

Naj­wy­raź­niej upar­ła się, żeby wyjść z urzą­dze­nia za wszel­ką cenę. Po­sta­wi­ła mnie na zie­mi. Nie mia­łam ocho­ty ni­g­dzie iść, ale nie bar­dzo mam szan­se w star­ciu bez­po­śred­nim z ra­cji swo­ich ga­ba­ry­tów, więc od­pu­ści­łam, tym bar­dziej że czu­łam się zmę­czo­na. Ro­zej­rza­łam się wo­kół sie­bie. Było to miej­sce peł­ne ogrom­nych urzą­dzeń po­ma­lo­wa­nych na róż­ne ko­lo­ry. Nie­któ­re z nich sta­ły nie­ru­cho­mo, a inne prze­miesz­cza­ły się na wiel­kich ko­łach, ry­cząc przy tym dzi­ko.

Była tam też duża buda, do któ­rej po­szedł Dru­gi Czło­wiek, mó­wiąc, że idzie do to­a­le­ty.

Tym­cza­sem Pań­cia za­cią­gnę­ła mnie na ja­kiś li­chy ka­wa­łek traw­ki z tyłu budy i za­czę­ła prze­ma­wiać słod­kim gło­sem (te­raz już wiem, że za­wsze mówi tym to­nem, jak cze­goś chce...), nie wia­do­mo dla­cze­go do­ma­ga­jąc się, że­bym zro­bi­ła siku. Ni­g­dy nie zro­zu­miem lu­dzi. Czy oni si­ka­ją, kie­dy im się nie chce? Prze­cież nie pisz­cza­łam, że chcę siku, nie pi­łam wody od kil­ku go­dzin. Nie będę si­ka­ła na roz­kaz.

Uda­wa­łam, że nie ro­zu­miem, o co cho­dzi, i za­czę­łam wą­chać traw­kę. Le­ża­ło tam tro­chę bar­dzo przy­jem­nie i in­te­re­su­ją­co śmier­dzą­cych śmie­ci, nie­ste­ty sznu­rek był za krót­ki, Pań­cia trzy­ma­ła moc­no i nie mo­głam do nich się­gnąć. Ża­łu­ję - to była je­dy­na rzecz od paru go­dzin na­praw­dę god­na za­in­te­re­so­wa­nia w tej nud­nej po­dró­ży.

Nie­ste­ty, po chwi­li wró­cił Dru­gi Czło­wiek, a Pań­cia od­da­ła mu mnie wraz ze sznur­kiem i po­szła so­bie.

Nie spodo­ba­ło mi się to. Czło­wiek był wpraw­dzie bar­dzo miły i miał ła­god­ne uspo­so­bie­nie, ale już się przy­zwy­cza­iłam do Pań­ci i nie ży­czy­łam so­bie żad­nych zmian, przy­naj­mniej w naj­bliż­szych go­dzi­nach. Pod­sko­czy­łam więc parę razy i pis­nę­łam, co czło­wie­ka naj­wy­raź­niej bar­dzo roz­ba­wi­ło. Po­szedł w kie­run­ku wiel­kiej budy, cią­gnąc mnie za sobą, choć wca­le nie mia­łam na to ocho­ty i roz­glą­da­łam się, czy aby nie wi­dać gdzieś Pań­ci. Czło­wiek nie­ste­ty był sil­niej­szy (wspo­mi­na­łam już, że nie je­stem zbyt wiel­kich roz­mia­rów), poza tym trzy­mał mnie na tym głu­pim sznur­ku, więc nie mia­łam wyj­ścia i mu­sia­łam iść za nim.

- Czy mogę wejść z ma­łym pie­skiem? - za­py­tał.

(Też mi py­ta­nie, po pierw­sze nie je­stem żad­nym yor­kiem, żeby o mnie mó­wić "mały pie­sek", a po dru­gie, dla­cze­go mia­ła­bym nie móc wejść do wiel­kiej budy? U ro­dzi­ców wcho­dzi­łam do domu właś­ci­cie­la i nikt nie ro­bił z tego afe­ry). Była tam ja­kaś oso­ba po­dob­na tro­chę do Pań­ci, bo też mia­ła dużo sier­ści na gło­wie. Po­wie­dzia­ła, że moż­na. (No, chy­ba ra­czej).

Buda oka­za­ła się cie­kaw­sza, niż za­kła­da­łam, wy­peł­nio­na wie­lo­ma in­te­re­su­ją­cy­mi za­pa­cha­mi, czu­łam kieł­ba­ski i gło­wę daję, że tak­że pach­nia­ło bu­łecz­ka­mi, któ­re uwiel­biam. Za­czę­łam wę­szyć i na­wet na chwi­lę za­po­mnia­łam, że nie ma Pań­ci.

Dru­gi Czło­wiek tym­cza­sem usiadł przy sto­le (wiem, co to stół - w wiel­kiej bu­dzie u ro­dzi­ców był bar­dzo po­dob­ny, lu­dzie przy nim sia­da­li i je­dli, a po­kój wy­peł­niał się wte­dy wspa­nia­ły­mi za­pa­cha­mi). Oso­ba przy­nio­sła mu coś ma­łe­go czar­ne­go w szkla­nym na­czy­niu, co pach­nia­ło bar­dzo in­ten­syw­nie i bar­dzo dziw­nie. W wiel­kiej bu­dzie u ro­dzi­ców po­ja­wiał się po­dob­ny za­pach, ale dużo mniej in­ten­syw­ny.

Czło­wiek po­pi­jał z na­czy­nia, a ja sie­dzia­łam i się nu­dzi­łam. Tro­chę draż­ni­ły mnie za­pa­chy bu­łek i kieł­ba­sek. Po­czu­łam, że zgłod­nia­łam.

Mi­nę­ło tro­chę cza­su i po­ja­wi­ła się Pań­cia. Roz­no­si­ło mnie z ra­do­ści, ska­ka­łam i skam­la­łam, aż Dru­gi Czło­wiek i oso­ba z sier­ścią na gło­wie za­czę­li się śmiać.

- Ależ pie­sek jest do pani przy­wią­za­ny - po­wie­dzia­ła oso­ba.

- To suka. Mam ją od dwóch go­dzin. To chy­ba nie przy­wią­za­nie, tyl­ko ner­wy z po­wo­du po­dró­ży - od­po­wie­dzia­ła Pań­cia.

Też mi teo­ria. Ner­wy z po­wo­du po­dró­ży swo­ją dro­gą, ale już się przy­zwy­cza­iłam do Pań­ci i niech so­bie mówi, co chce, ale wo­la­ła­bym, że­by­śmy zo­sta­ły ra­zem. Osta­tecz­nie nie je­stem za­baw­ką, żeby mnie wo­żo­no ja­ki­miś dziw­ny­mi urzą­dze­nia­mi z miej­sca na miej­sce i od czło­wie­ka do czło­wie­ka.

Szczek­nę­łam parę razy na znak pro­te­stu, ale wy­glą­da­ło na to, że nie zo­sta­łam zro­zu­mia­na, bo wszy­scy lu­dzie się śmia­li, po­wta­rza­jąc, jaka je­stem uro­cza.

Ni­ko­mu oczy­wi­ście nie przy­szło do gło­wy, żeby mi dać bu­łecz­kę albo kieł­ba­skę. Oso­ba z sier­ścią na proś­bę Pań­ci przy­nio­sła co praw­da mi­skę z wodą, ale taka głu­pia nie je­stem, że­bym piła wodę w po­dró­ży.

Po­tem mi się bę­dzie chcia­ło si­kać.

Po po­sto­ju w du­żej bu­dzie jesz­cze dość dłu­go je­cha­li­śmy dziw­nym urzą­dze­niem.

Pań­cia i Dru­gi Czło­wiek wła­ści­wie cały czas roz­ma­wia­li o imie­niu dla mnie. Sły­sza­łam to jak przez mgłę, bo pró­bo­wa­łam się zdrzem­nąć, choć nie jest to ła­twe, bo urzą­dze­nie trzę­sie oraz wy­da­je przy tym roz­ma­ite dźwię­ki i za­pa­chy.

Ta cała roz­mo­wa nie była dla mnie zro­zu­mia­ła, w koń­cu co za róż­ni­ca, ja­kie imię wy­bio­rą. I tak albo będę przy­cho­dzić na wo­ła­nie, albo nie. Za­leż­nie od na­stro­ju. Czy lu­dzie na­praw­dę uwa­ża­ją, że imię ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie?

W koń­cu wy­bra­li ja­kieś, uzna­łam, że może być, i za­strzy­głam uchem, co naj­wy­raź­niej bar­dzo ich ucie­szy­ło.

Z gło­wy.

Resz­tę po­dró­ży pa­mię­tam jak przez mgłę. Pań­cia dużo pu­ka­ła pa­znok­ciem w ta­kie małe czar­ne urzą­dze­nie, któ­re wy­ję­ła z to­reb­ki. Po chwi­li urzą­dze­nie wy­da­wa­ło z sie­bie pisk i Pań­cia zno­wu pu­ka­ła, mó­wiąc coś pod no­sem.

Dru­gi Czło­wiek py­tał: "Kto to? Kto to?", a Pań­cia od­po­wia­da­ła, wy­mie­nia­jąc róż­ne ludz­kie imio­na. Nic z tego nie ro­zu­mia­łam - czło­wiek tak py­tał, jak­by są­dził, że w tym ma­łym pu­deł­ku znaj­du­ją się ja­cyś lu­dzie, a prze­cież to nie­moż­li­we.

Po­tem Pań­cia zno­wu za­pu­ka­ła w to urzą­dze­nie, a na­stęp­nie przy­ło­ży­ła je so­bie do ucha i za­czę­ła do nie­go mó­wić (jesz­cze gło­śniej niż wcze­śniej, co nie­ste­ty oka­za­ło się moż­li­we).

Kie­dy skoń­czy­ła mó­wić do urzą­dze­nia, scho­wa­ła je do to­reb­ki i po­wie­dzia­ła do czło­wie­ka:

- Mama cze­ka z obia­dem.

Cóż. Lu­dzie cza­sem za­cho­wu­ją się w spo­sób, któ­re­go ża­den pies nie zro­zu­mie. Nie wiem, co ma wspól­ne­go to urzą­dze­nie z mamą i obia­dem.

Chcia­łam je ob­wą­chać, w koń­cu obiad to obiad, ale się nie uda­ło.

Po­tem jesz­cze tro­chę je­cha­li­śmy, aż do­je­cha­li­śmy.

By­łam bar­dzo zmę­czo­na. Za­tem fakt, że mo­głam wy­siąść z urzą­dze­nia, przy­ję­łam z dużą sa­tys­fak­cją i ra­do­ścią. Nie­ste­ty, po­mniej­szo­ną o to, że zno­wu przy­cze­pi­li mi okrop­ny sznu­rek.

Wy­sko­czy­łam pro­sto na ja­kie­goś wiel­kie­go psa idą­ce­go z czło­wie­kiem. Zde­ner­wo­wa­łam się i wy­szcze­ka­łam mu, co o nim my­ślę.

Dru­gi Czło­wiek się śmiał, mó­wiąc:

- Taki mały pie­sek, a jaki gło­śny.

Roz­sz­cze­ka­łam się jesz­cze bar­dziej, bo nie­na­wi­dzę, jak ktoś o mnie mówi "mały pie­sek" - prze­cież już wia­do­mo, że nie je­stem yor­kiem!

Jak już się tro­chę uspo­ko­iłam, otrze­pa­łam i wy­pro­sto­wa­łam ko­ści, ro­zej­rza­łam się wo­kół.

Ta­kiej budy jesz­cze w ży­ciu nie wi­dzia­łam.

To była chy­ba naj­więk­sza buda świa­ta. Sza­ra, ogrom­na, mia­ła wie­le wejść i nie­sa­mo­wi­tą ilość okien!

Pań­cia po­cią­gnę­ła mnie za sobą do jed­ne­go z wejść, więc po­szłam za nią - sko­ro ona idzie, to ja też mogę, choć przy­znam szcze­rze, że ta wiel­ka buda wy­glą­da­ła na­praw­dę prze­ra­ża­ją­co.

- Suka jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­ła ta­kie­go blo­ku - po­wie­dzia­ła Pań­cia ze śmie­chem.

No nie wi­dzia­łam. Nie wiem, co w tym śmiesz­ne­go.

Do­brze, że by­łam wte­dy zmę­czo­na, bo to nie­ste­ty nie był ko­niec atrak­cji i gdy­by nie fakt, że nie mia­łam siły się de­ner­wo­wać, to chy­ba­bym pa­dła na za­wał.

Po wej­ściu do "blo­ku", jak na­zwa­ła wiel­ką budę Pań­cia, oka­za­ło się, że trze­ba przejść po zim­nej pod­ło­dze, na któ­rej śli­zga­ją się łapy. Ale nie to było naj­gor­sze.

Naj­gor­sze było to, jak Pań­cia wcią­gnę­ła mnie za sobą do ma­łe­go po­miesz­cze­nia, któ­re tro­chę przy­po­mi­na­ło mój ko­jec, ale trzę­sło się nie­po­ko­ją­co i bu­ja­ło na wszyst­kie stro­ny. Pań­cia mi tłu­ma­czy­ła, że to jest win­da, ale nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wy, bo było mi nie­do­brze, a w tej win­dzie po­czu­łam wie­le róż­nych za­pa­chów (tak­że psich, co mi się nie spodo­ba­ło. Czyż­by miesz­ka­ły tu ja­kieś inne psy? Mam na­dzie­ję, że nie).

Przez chwi­lę Pań­cia, Dru­gi Czło­wiek i ja mu­sie­li­śmy stać pra­wie bez ru­chu i cze­kać, aż ta cała win­da się za­trzy­ma. A jak się za­trzy­ma­ła (aż mnie gło­wa roz­bo­la­ła od tego szarp­nię­cia, a może to ze stra­chu?), to ktoś z ze­wnątrz otwo­rzył drzwi i za­czął strasz­nie krzy­czeć:

- Jaka ślicz­na suka! Jaka ślicz­na! Chodź do mnie, chodź, ma­lut­ka!

(Ile razy mam po­wta­rzać, że nie je­stem ma­lut­ka!). I ta­kie tam.

To była oso­ba tro­chę po­dob­na do Pań­ci, tyl­ko więk­sza, ale ład­nie pach­nia­ła (kur­czacz­kiem i mar­chew­ką), więc po­zwo­li­łam się po­gła­skać i po­szłam za nią przez taki dłu­gi wą­ski ko­ry­tarz pro­sto do po­miesz­cze­nia, z któ­re­go wy­do­by­wał się przy­jem­ny za­pach. By­łam bar­dzo głod­na i chcia­ło mi się pić.

Po­zwo­li­łam się po­gła­skać no­wej oso­bie, a po­tem na­stą­pi­ła ja­kaś krót­ka wy­mia­na zdań:

- Dać jej te­raz to je­dze­nie?

- Dasz jej, jak my bę­dzie­my je­dli.

- Ale ona na pew­no jest głod­na.

- My też je­ste­śmy głod­ni, mamo. Dasz jej za chwi­lę, pies po­wi­nien jeść w dru­giej ko­lej­no­ści, czło­wiek w pierw­szej, taka dys­cy­pli­na...

...któ­rej nie­spe­cjal­nie się przy­słu­chi­wa­łam, bo już cał­ko­wi­cie sku­pi­łam się na za­pa­chu kur­cza­ka. My­śla­łam, że zwa­riu­ję, czu­łam wiel­ki głód, a za­pach był obłęd­ny. W ta­kich chwi­lach ża­łu­ję, że nie je­stem wy­żłem albo se­te­rem, albo tosa inu, i że nie się­gam do wy­so­ko­ści ku­chen­ne­go bla­tu. Sta­wa­nie na dwóch ła­pach nic nie daje, na­dal je­stem za ni­ska. Nie się­gam, choć bar­dzo się sta­ram.

Wzbu­dzi­ło to wiel­ką ra­dość, ale ja­koś nikt nie wpadł na to, żeby mi dać cho­ciaż ka­wa­łek kur­czacz­ka, choć wi­dzia­łam, że oso­ba zwa­na Mamą jest tego bli­ska. Mu­szę nad nią po­pra­co­wać, bo wy­da­je mi się, że z nią bę­dzie naj­ła­twiej ne­go­cjo­wać na te­mat je­dze­nia.

Tym­cza­sem spró­bo­wa­łam swo­je­go słyn­ne­go smut­ne­go spoj­rze­nia z na­dzie­ją, że za­dzia­ła.

Za­dzia­ła­ło.

Jak tyl­ko Pań­cia wy­szła do dru­gie­go po­miesz­cze­nia, oso­ba zwa­na Mamą na­gle za­czę­ła mó­wić do mnie bar­dzo ci­chut­ko i spo­glą­da­jąc raz za ra­zem w stro­nę drzwi, dała mi ma­lut­ki ka­wa­łe­czek mię­ska. Ależ było pysz­ne! Daw­no nie ja­dłam mię­ska (u ro­dzi­ców je­dli­śmy głów­nie chrup­ki), a już ta­kie­go do­bre­go to chy­ba ni­g­dy. Po­my­śla­łam, że ta Mama ma bar­dzo do­bre ser­ce i mu­szę się z nią za­przy­jaź­nić. Naj­le­piej za­cząć od razu, więc po­li­za­łam ją po ręce (zwłasz­cza że zo­sta­ło na niej jesz­cze tro­chę ku­rze­go za­pa­chu). W na­gro­dę do­sta­łam ka­wa­łe­czek bar­dzo do­brej mar­che­wecz­ki. Czy­li tak to dzia­ła, mu­szę za­pa­mię­tać.

Mia­łam na­dzie­ję, że to ko­niec atrak­cji tego dnia, ale nie­ste­ty.

Kie­dy już się naja­dłam (do­sta­łam so­lid­ną por­cję kur­czacz­ka z ry­żem i mar­chew­ką, mniam), po­czu­łam bło­gi spo­kój i uło­ży­łam się na ta­kiej wiel­kiej mięk­kiej szmat­ce tuż przy no­gach Pań­ci (na wszel­ki wy­pa­dek, jak­by jej przy­szło do gło­wy wyjść beze mnie), i za­czę­łam za­sy­piać zmę­czo­na wy­da­rze­nia­mi tego dnia, zo­sta­wia­jąc so­bie na ju­tro roz­my­śla­nia o tym, kie­dy wró­cę do ro­dzi­ców; no więc, kie­dy już za­czę­łam za­sy­piać, Pań­cia się po­de­rwa­ła i za­wo­ła­ła mnie tym no­wym imie­niem.

Ze­rwa­łam się ra­zem z nią, nie na dźwięk imie­nia, ale naj­wy­raź­niej ode­bra­ła to ina­czej, bo za­czę­ła wy­krzy­ki­wać:

- Pa­trz­cie, jaki mą­dry pie­sek, już re­agu­je na swo­je imię! Mą­dry pies!

- Mą­dry, mą­dry i ślicz­ny pie­sek! - wy­krzy­ki­wa­li Dru­gi Czło­wiek i Mama Pań­ci.

Po czym Mama Pań­ci po­bie­gła do tego po­miesz­cze­nia, w któ­rym tak ład­nie pach­nia­ło kur­cza­kiem, i przy­nio­sła ka­wa­łek pa­ró­wecz­ki. Wie, jak zdo­być psie ser­ce.

- Mamo, to mały pie­sek, nie może tyle jeść.

- Daj spo­kój, to prze­cież tyl­ko ka­wa­łek pa­ró­wecz­ki.

- Ale to jest na­praw­dę mały pie­sek i wła­śnie zjadł pół kilo kur­cza­ka!

- Ale tak ład­nie re­agu­je na imię, musi do­stać na­gro­dę. Nie prze­sa­dzaj z tym od­chu­dza­niem. To, że ty pra­wie nic nie jesz, nie zna­czy, że bę­dziesz gło­dzić psa.

Ta Mama do­brze mówi. Jak będę się jej trzy­mać, to nie zgi­nę.

Pań­cia wy­glą­da­ła na bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ną, ja na­to­miast wręcz prze­ciw­nie, pa­ró­wecz­ka była pri­ma sort. Te­raz to już bym mo­gła tyl­ko spać i śnić o prze­pły­wa­ją­cych po nie­bie chmu­rach w kształ­cie wę­dlin. Ale nie. Pań­cia nie ze­rwa­ła się z miej­sca bez po­wo­du.

- Idzie­my - po­wie­dzia­ła.

O ludz­ka­kość, po­my­śla­łam so­bie, gdzie zno­wu? Do­kąd te­raz po­je­dzie­my tym okrop­nym trzę­są­cym po­jaz­dem? Czy ta kosz­mar­na po­dróż ni­g­dy się nie skoń­czy?

Pań­cia po­że­gna­ła się z Mamą, przy­pię­ła mi ten sznu­rek, któ­re­go nie cier­pię, i ra­zem z Dru­gim Czło­wie­kiem (po­my­śla­łam, że może to tata Pań­ci, ale po­sta­no­wi­łam zba­dać to póź­niej) ru­szy­li­śmy w stro­nę drzwi. Nie­chęt­nie wy­cho­dzi­łam, raz, że by­łam zmę­czo­na i naj­chęt­niej bym po­spa­ła, dwa, że po­miesz­cze­nie za­wie­ra­ją­ce kur­cza­ka i pa­rów­kę wy­da­ło mi się bar­dzo obie­cu­ją­ce. Szko­da po­rzu­cać miej­sce peł­ne ta­kich nie­spo­dzia­nek, poza tym kto wie, co cze­ka za ro­giem.

No tak. Za ro­giem cze­ka­ła win­da. Przy­po­mnia­łam to so­bie na­tych­miast, jak zo­ba­czy­łam te okrop­ne sta­lo­we drzwi.

Pró­bo­wa­łam się wy­co­fać, ale na tym okrop­nym sznur­ku taki ma­newr nie wy­cho­dzi.

Mama Pań­ci, któ­ra wy­szła za nami na ko­ry­tarz, bar­dzo się za­tro­ska­ła.

- Suka boi się win­dy.

- Raz w ży­ciu je­cha­ła, ma pra­wo się bać. Po­boi się i prze­sta­nie - od­po­wie­dzia­ła Pań­cia bez prze­ko­na­nia.

- A ten pies z trze­cie­go pię­tra miesz­ka tu od kil­ku ład­nych lat i da­lej się boi - po­wie­dzia­ła Mama Pań­ci.

Pań­cia na nią dziw­nie spoj­rza­ła, ale w tym mo­men­cie przy­je­cha­ła win­da i trze­ba było do niej wsia­dać.

Wsia­dła Pań­cia, a za nią ja. Tro­chę się trzę­słam ze stra­chu, ale we­szłam.

Po­my­śla­łam, że sko­ro Pań­cia tam idzie, to ja też.

Pań­cia była bar­dzo za­do­wo­lo­na i kil­ka razy po­wtó­rzy­ła "do­bry pies!" - naj­wy­raź­niej uwa­ża, że spra­wia mi przy­jem­ność, jak to mówi. Żeby nie było jej przy­kro, po­ma­cha­łam ogo­nem.

Pod wiel­ką budą, któ­rą lu­dzie na­zy­wa­li blo­kiem, ro­sła bar­dzo faj­nie śmier­dzą­ca traw­ka, na któ­rej, są­dząc po za­pa­chach, było do­tąd wie­le, wie­le psów. Chcia­łam so­bie trosz­kę po­wą­chać, ale na tym sznur­ku... wia­do­mo.

Ani się obej­rza­łam, jak zno­wu by­łam w okrop­nym trzę­są­cym się po­jeź­dzie.

Oszczę­dzę wam opi­sów ko­lej­nej po­dró­ży. Za­trzy­my­wa­li­śmy się dużo czę­ściej i sta­li­śmy, naj­wy­raź­niej na coś cze­ka­jąc. Gdy Pań­cia mó­wi­ła "zie­lo­ne", Dru­gi Czło­wiek uru­cha­miał po­jazd i je­cha­li­śmy da­lej. Jak Pań­cia raz bar­dzo gło­śno za­wo­ła­ła "żół­te", Dru­gi Czło­wiek gwał­tow­nie za­trzy­mał po­jazd. Wy­glą­da więc na to, że to ja­kaś gra dla lu­dzi.

Po­dróż nie była zbyt dłu­ga, zwy­mio­to­wa­łam tyl­ko raz. Żal mi było tego kur­cza­ka i pa­ró­wecz­ki, były ta­kie pysz­ne. Chcia­łam je zjeść po­now­nie, ale Pań­cia mi nie po­zwo­li­ła. Lu­dzie są dziw­ni. Żeby mar­no­wać ta­kie do­bre je­dze­nie...

Wresz­cie Dru­gi Czło­wiek za­trzy­mał po­jazd i wy­sia­dły­śmy ra­zem z Pań­cią.

Otrze­pa­łam się i pod­czas gdy Pań­cia że­gna­ła się z Dru­gim Czło­wie­kiem, bar­dzo mu za coś dzię­ku­jąc, ro­zej­rza­łam się wo­kół.

By­ły­śmy w miej­scu peł­nym po­jaz­dów, po­dob­nych do tego, z któ­re­go wła­śnie wy­sia­dły­śmy. Mia­łam na­dzie­ję, że nie wszyst­kie na­le­żą do Pań­ci i nie wszyst­ki­mi bę­dzie­my mu­sia­ły jeź­dzić. Taka jaz­da nie jest przy­jem­na, trzę­sie, jest gło­śno i chce się wy­mio­to­wać. Poza tym ni­g­dy nie wia­do­mo, do­kąd cię za­wio­zą, i to jest chy­ba naj­gor­sze. No, chy­ba że z po­wro­tem do ro­dzi­ców albo do Mamy Pań­ci i jej po­ko­ju z pa­rów­ka­mi.

Poza po­jaz­da­mi wo­kół nas były same budy, nie­co mniej­sze od tej, w któ­rej miesz­ka Mama Pań­ci, ale znacz­nie więk­sze od budy u ro­dzi­ców.

- Chodź - po­wie­dzia­ła Pań­cia. - Idzie­my do domu. Tu te­raz bę­dziesz miesz­kać.

Mój nowy dom tro­chę przy­po­mi­na dom lu­dzi u ro­dzi­ców, na pod­ło­dze leżą po­dob­ne mięk­kie szmat­ki i jest ta­kie samo duże pu­deł­ko, któ­re wy­da­je dźwię­ki i po­ka­zu­je ob­raz­ki.

Na szczę­ście nie ma tu­taj tej okrop­nej win­dy. Jest za to urzą­dze­nie, któ­re Pań­cia na­zwa­ła "scho­da­mi". Są to ta­kie wiel­kie kloc­ki, uło­żo­ne je­den na dru­gim, po któ­rych wcho­dzi się co­raz wy­żej i wy­żej. Pań­cia szła i szła, a ja za nią. Po­cie­sza­ła mnie przy tym, że to tyl­ko trze­cie pię­tro, i po­wta­rza­ła, że je­stem bar­dzo dziel­na.

Wy­da­je mi się, że te scho­dy to je­dy­ny spo­sób, żeby do­stać się do domu, więc nie bar­dzo mam wyj­ście, mu­szę się do nich przy­zwy­cza­ić. Po dro­dze wy­da­wa­ło mi się, że wy­czu­łam za­pach ja­kiejś suki, ale nie je­stem pew­na, w koń­cu by­łam bar­dzo zmę­czo­na. Wpraw­dzie my, psy, nie mamy po­czu­cia cza­su, ale wiem na pew­no, że dzi­siej­szy dzień był naj­dłuż­szym ze wszyst­kich, któ­re do­tąd prze­ży­łam.

Z dużą ulgą przy­ję­łam więc moż­li­wość po­ło­że­nia się na po­słan­ku, któ­re przy­go­to­wa­ła dla mnie Pań­cia. Była to roz­kosz­nie śmier­dzą­ca sta­ra po­dusz­ka, z ga­tun­ku tych, któ­re uwiel­biam, miej­sca­mi sfla­cza­ła, miej­sca­mi gru­zło­wa­ta, kry­ją­ca w so­bie prze­róż­ne za­pa­chy. Z dużą przy­jem­no­ścią więc uło­ży­łam się na niej, oczy­wi­ście po tym, jak Pań­cia uło­ży­ła się na swo­im po­słan­ku, i za­snę­łam. Jed­nym okiem spa­łam, a dru­gim czu­wa­łam, czy Pań­cia aby ni­g­dzie się nie wy­bie­ra. Wi­dzia­łam, że Pań­cia też czu­wa­ła. Pew­nie my­śla­ła o tym, czy ja się gdzieś nie wy­bio­rę bez niej.

I tak mi­nę­ła nam chwi­la.

Po tej chwi­li Pań­cia się ze­rwa­ła, wo­ła­jąc:

- Spa­ce­rek, spa­ce­rek! Na pew­no chcesz siku!

Po­nie­waż w domu nie było ni­ko­go poza nami, do­szłam do wnio­sku, że mówi do mnie. Bar­dzo mnie ucie­szy­ło, że coś się dzie­je, więc za­mer­da­łam ogo­nem i wy­ko­na­łam kil­ka sko­ków ra­do­ści, któ­re naj­wy­raź­niej bar­dzo spodo­ba­ły się Pań­ci.

Nie­ste­ty, mimo to przy­pię­ła mi okrop­ny sznu­rek i po­szły­śmy po scho­dach, tym ra­zem w dół, po­roz­glą­dać się po no­wym oto­cze­niu.

Tuż przy wej­ściu do na­sze­go blo­ku zro­bi­łam siku, dla za­zna­cze­nia, że to moje te­ry­to­rium.

- Do­bry pies! - po­wie­dzia­ła Pań­cia. - Zro­bił siku!

No to zro­bi­łam jesz­cze raz, sko­ro to Pań­ci spra­wia tyle ra­do­ści (przy oka­zji ozna­czy­łam taki je­den ład­ny krza­czek).

I tak jesz­cze parę razy (traw­ka przy du­żym pla­sti­ko­wym pu­dle, ka­wa­łek pa­ty­ka, drzew­ko, ław­ka), choć wi­dzia­łam, że za każ­dym ra­zem Pań­cia mówi z co­raz mniej­szym en­tu­zja­zmem i co­raz więk­szym zdzi­wie­niem. Cóż, wiem, że zwy­kle to psy za­zna­cza­ją te­ren, ale je­stem zwo­len­nicz­ką rów­no­upraw­nie­nia. Nie po­zwo­lę so­bie ode­brać tego przy­wi­le­ju tyl­ko dla­te­go, że je­stem suką!

Tyle że nie po­tra­fię si­kać, pod­no­sząc jed­ną łapę, dla­te­go pod­no­szę obie jed­no­cze­śnie.

Wi­dzia­łam, że Pań­cia pa­trzy na mój spo­sób za­ła­twia­nia po­trzeb fi­zjo­lo­gicz­nych z du­żym za­sko­cze­niem, ale i po­dzi­wem. Cóż, nic dziw­ne­go, nie znam wie­lu suk, któ­re po­tra­fią si­kać, idąc na dwóch przed­nich ła­pach i uno­sząc jed­no­cze­śnie do góry obie tyl­ne. Szcze­rze mó­wiąc, nie znam żad­nej, któ­ra to po­tra­fi. Pań­cia pew­nie się cie­szy, że wy­bra­ła wła­śnie mnie.

Jak już za­ła­twi­łam swo­je po­trze­by, wró­ci­ły­śmy do domu. Po scho­dach. W su­mie te scho­dy nie są ta­kie złe. Wolę je od win­dy. Moż­na po nich bie­gać, a w win­dzie nie.

Zno­wu po­czu­łam ten za­pach suki. Będę mu­sia­ła to spraw­dzić. Nie bar­dzo mi się uśmie­cha ja­kaś kon­ku­ren­cja.

Po po­wro­cie ze spa­cer­ku do­sta­łam mi­skę peł­ną pysz­nych chru­pek pach­ną­cych ba­ra­nin­ką. Zja­dłam je wszyst­kie bar­dzo szyb­ko, na wy­pa­dek, gdy­by Pań­cia chcia­ła mi je za­brać (za­pa­mię­ta­łam tę wy­mia­nę zdań z Mamą na te­mat od­chu­dza­nia), a po­tem na­pi­łam się wody i po­ło­ży­łam na szmat­ce, któ­ra leży na ca­łej pod­ło­dze.

Pań­cia w tym cza­sie zro­bi­ła je­dze­nie dla sie­bie, też smacz­ne, a szcze­gól­nie moc­no pach­nia­ła bu­łecz­ka, któ­rą roz­kro­iła. Uwiel­biam bu­łecz­ki. Mu­szę zna­leźć ja­kiś spo­sób, by po­in­for­mo­wać o tym Pań­cię, może się kie­dyś ze mną po­dzie­li. Tym­cza­sem zwy­mio­to­wa­łam wszyst­kie ku­lecz­ki.

Pań­cia wpa­dła w pa­ni­kę. Po­bie­gła po to małe pu­de­łecz­ko, w któ­re pu­ka­ła pa­znok­ciem w trak­cie po­dró­ży, i za­czę­ła do nie­go mó­wić, bar­dzo szyb­ko i bar­dzo gło­śno.

- No słu­chaj, suka mi wy­mio­tu­je, zja­dła całą mi­skę kar­my i wszyst­ko zwró­ci­ła. No tak. Wczo­raj. Tak. Przed chwi­lą. No tak. No tak. Ro­zu­miem. Ro­zu­miem. Aha. Czy­li po­win­nam ją prze­sta­wić stop­nio­wo na nowe je­dze­nie? Aha. Ro­zu­miem. Do­brze. Mój błąd. A te­raz co? Aha. Po ma­łej por­cji. Aha. Aha. Ro­zu­miem. Nic jej nie bę­dzie? Do­brze. Ro­zu­miem. Dzię­ki, ko­cha­na. Pa, pa.

I to Pań­cię uspo­ko­iło. Za­sta­na­wiam się, na czym po­le­ga fe­no­men tego pu­deł­ka. Mó­wisz do nie­go i zmie­nia ci się na­strój. Mó­wisz do nie­go i do­wia­du­jesz się róż­nych rze­czy. Cie­ka­we.

Tym­cza­sem Pań­cia trosz­kę mnie po­przy­tu­la­ła i po­gła­ska­ła, co lu­bię i co jest bar­dzo przy­jem­ne, a na­wet wzię­ła mnie na ko­la­na, co rów­nież bar­dzo lu­bię. Je­stem nie­wiel­ka i kształ­tem ide­al­nie do­pa­so­wu­ję się do ko­lan.

Po­tem Pań­cia po­szła do dru­gie­go po­miesz­cze­nia, z któ­re­go po chwi­li przy­nio­sła PI­ŁECZ­KĘ!

Ach, więc była przy­go­to­wa­na na moje przy­by­cie, o czym świad­czy­ła nie tyl­ko śmier­dzą­ca po­dusz­ka, ale i pi­łecz­ka!

Zwłasz­cza pi­łecz­ka!

Przy­zna­ję, że na wi­dok pi­łecz­ki nie po­tra­fię opa­no­wać eks­cy­ta­cji. Za­tem roz­po­czę­łam se­rię sko­ków.

Pań­cia śmia­ła się gło­śno. Po­tem przez chwi­lę się ba­wi­ły­śmy, a na­stęp­nie Pań­cia po­wie­dzia­ła:

- Do­syć tego, rzu­ci­łam ci pił­kę czter­dzie­ści razy, na dzi­siaj wy­star­czy.

To chy­ba ja­kiś żart? Nie wiem, co zna­czy czter­dzie­ści razy, ale wiem jed­no. Na pew­no nie wy­star­czy. Pró­bo­wa­łam na­mó­wić Pań­cię, żeby rzu­ca­ła da­lej, ale nie­ste­ty, była nie­ugię­ta. Nie mia­łam wyj­ścia i po­szłam na swo­je po­słan­ko. Po dro­dze na­szcze­ka­łam na ko­goś, kto był po dru­giej stro­nie drzwi. Nie bę­dzie mi się nikt plą­tał po moim te­re­nie.

Pań­cia tym­cza­sem uru­cho­mi­ła pu­deł­ko, po­dob­ne do tego, któ­re wi­dzia­łam w domu lu­dzi u ro­dzi­ców. Pu­deł­ko wy­da­je dźwię­ki i ma w so­bie róż­ne ob­raz­ki.

Dźwię­ki brzmia­ły in­te­re­su­ją­co, więc przy­szłam zo­ba­czyć, o co cho­dzi.

I bar­dzo się zde­ner­wo­wa­łam.

Był tam ja­kiś ogrom­ny pies, na któ­rym je­chał czło­wiek, a właś­ci­wie wie­le psów z ludź­mi na ple­cach. Zje­ży­łam się cała. To może być nie­bez­piecz­ne. Ta­kie sta­do wiel­kich psów. Bie­gły bar­dzo szyb­ko, wy­da­jąc przy tym dziw­ne dźwię­ki, a lu­dzie, któ­rych mia­ły na ple­cach, bar­dzo gło­śno krzy­cze­li, ma­cha­li rę­ka­mi i po­ka­zy­wa­li so­bie na­wza­jem ja­kieś błysz­czą­ce przed­mio­ty, któ­re trzy­ma­li w dło­niach.

Zde­ner­wo­wa­łam się jesz­cze bar­dziej, ba­łam się, ale pod­bie­głam do pu­deł­ka i na­szcze­ka­łam na te wiel­kie psy, w koń­cu je­stem u sie­bie. Nie moż­na wbie­gać do ko­goś do domu ze sta­dem lu­dzi na ple­cach i tak się za­cho­wy­wać. Naj­gor­sze było to, że te psy w ogó­le mnie nie słu­cha­ły. Pró­bo­wa­łam obiec pu­deł­ko z dru­giej stro­ny, ale nie mo­głam się tam do­stać. Więc szcze­ka­łam i drep­ta­łam w miej­scu, co było bar­dzo fru­stru­ją­ce. My­śla­łam, że Pań­cia mi po­mo­że, ale ona ta­rza­ła się ze śmie­chu na ka­na­pie, wo­ła­jąc:

- Suko, to te­le­wi­zor! Te ko­nie są w te­le­wi­zo­rze. Nie tu­taj.

I tak w kół­ko.

Tak jak­by mi to co­kol­wiek wy­ja­śnia­ło...

A Pań­cia jak­by nie ro­zu­mia­ła, że to może być nie­bez­piecz­ne, jak jej sta­do ja­kichś "koni" bie­ga po miesz­ka­niu...

Z tego wszyst­kie­go po­szłam po­szcze­kać pod drzwia­mi. Mo­gła­bym przy­siąc, że zno­wu ktoś się tam krę­ci.

Zwa­rio­wać moż­na.

Tyle nie­bez­pie­czeństw i je­den nie­wiel­ki pies.

Mia­łam na­dzie­ję, że so­bie ze wszyst­kim po­ra­dzę. Jed­no wie­dzia­łam już na pew­no: mu­szę być czuj­na, dzie­je się tu o wie­le wię­cej niż w domu u ro­dzi­ców.