Rozdział 1ROZSTANIE
Przez sen usłyszała swoje imię, jakby ktoś wołał błagalnym tonem o jej pomoc. Oddychała nierównomiernie i zaciskała coraz mocniej pięść.
- Suli...
Dziewczyna przebudziła się. Zerwała się na równe nogi i podbiegła do szpitalnego łóżka.
- Babciu?
- Suli, posłuchaj...
Starsza pani dostała napadu kaszlu. Kiedy jej przeszło, złapała kilka głębszych oddechów.
Suli patrzyła na nią przerażonym wzrokiem. Serce waliło jej jak młotem.
- Babciu...
- Czuję, że to już...
- Nie, proszę cię... - wyszeptała przytulając się delikatnie do starszej pani.
Łzy spływały dziewczynie po policzkach. Dolna warga jej ust trzęsła się mimowolnie.
- Moja kochana... - zaczęła świszczącym głosem - W domu, w szafie, ukryłam twój prezent. Obiecujesz, że wyruszysz w drogę?
- Obiecuję - złożyła przysięgę i pocałowała babcię w czoło.
- Kocham cię, skarbie - wyszeptała przymykając blade powieki.
- A ja ciebie, babciu.
Elektrokardiogram wskazał zatrzymanie akcji serca. Suli wybiegła na korytarz.
- Pomocy!
Pielęgniarka i lekarz przybiegli po chwili. Reanimowali babcię Suli.
- Eleonora odeszła na zawsze... - zakomunikował lekarz.
Suli płakała. Straciła ostatnią bliską jej sercu osobę.
- Chodź, kochanie, napijemy się kakao.
- Chcę tu jeszcze chwilę zostać - odpowiedziała wycierając łzy rękawem bluzy.
- Poczekam na korytarzu - odpowiedziała przyjaznym głosem pielęgniarka, po czym odwróciła się i wyszła z sali, przymykając za sobą drzwi.
Suli sięgnęła do kieszeni różowej bluzy w poszukiwaniu chusteczek, ale znalazła tam tylko mały przedmiot, który wyjęła, a potem przyjrzała mu się z każdej strony. Po chwili schowała go z powrotem do kieszeni. Z żalem w oczach spojrzała na Eleonorę. Wolnym krokiem podeszła do umywalki znajdującej się w rogu sali, by napić się wody i przemyć oczy. Spojrzała w lustro. Krople wody spływały jej po twarzy, gdy zamyślona wpatrywała się w swoje odbicie. W jej spojrzeniu można było dostrzec ogromny smutek i strach przed nieznanym, które stało już u progu. Urwała kawałek papierowego ręcznika. Wytarła nim twarz i dłonie, a potem zgniotła go i cisnęła nim do kosza pod zlewem.
Uklęknęła przed łóżkiem i złożyła dłonie do modlitwy.
- Ojcze nasz... - zaczęła, a łzy ponownie pojawiły się w jej oczach.
- Na nic zdadzą się twoje modlitwy, złotko - odezwał się szorstki kobiecy głos za plecami dziewczyny.
Suli odwróciła głowę. Nie dowierzając własnym oczom, bez problemu rozpoznała swoją babcię cioteczną, którą znała jedynie z fotografii.
- Jej już nic nie pomoże - burknęła kobieta o bordowych włosach przechodząc obojętnie obok klęczącej Suli, po czym usiadła na krześle.
- Dziecko! Jak ty wyglądasz... Chodź do mnie! - powiedziała, gdy usadowiła się wygodnie. Machnęła ręką na dziewczynę.
Suli wstała i podeszła wolnym krokiem do kobiety ubranej w długi, czarny, przeciwdeszczowy płaszcz i pantofle, w których ledwo mieściły się jej grube stopy.
- Nie garb się! - huknęła.
Suli wyprostowała się natychmiast.
- Teraz ja będę się tobą opiekować, więc nie będziesz chodziła w takich łachmanach - dodała, patrząc szyderczo na spodnie nastolatki, które miały dziury na kolanach.
Suli patrzyła na kobietę tępym wzrokiem. Jasnoniebieskie oczy pokryte słoną powłoką błyszczały w sztucznym świetle. Po jej piegowatym policzku spłynęła jeszcze jedna łza.
- Chodź, przytul ciotkę Hermenegildę - rzuciła ozięble i przygarnęła dziewczynę do siebie, ciągnąc ją za bluzę. - Nie płacz, stara była, to umarła.
Hermenegilda przycisnęła Suli do siebie i poklepała ją po plecach. Dziewczyna dwoma palcami zatkała nos marszcząc przy tym czoło. Chyba jeszcze nigdy dotąd nie czuła tak wstrętnie pachnących perfum...
- No, wystarczy! Idziemy.
Rozdział 3PRZYJACIELE
Sulisława i Dargorad siedzieli na skórzanej kanapie, oboje ze smutnymi oczami, które wskazywały na przygnębienie. Dziewczyna trzymała się za brzuch, a jej spięte czoło i ściągnięte brwi świadczyły o przeszywającym ją bólu. Nie mogła sobie poradzić z wyrzutami sumienia.
- Dargo... mógłbyś zrobić mi kakao? Brzuch mnie rozbolał, chyba z nerwów, a może też z głodu... ale nie wiem, czy cokolwiek bym przełknęła, ech... - westchnęła i podciągnęła kolana pod brodę. Chwyciła koc, który leżał w rogu dużej beżowej kanapy, i okryła się nim, a głowę przytuliła do poduszki.
Chłopiec skinął głową, z pełnym współczucia i wyrozumienia wzrokiem. Uśmiechnął się do przyjaciółki, po czym wyszedł z pokoju. Dziewczyna przymknęła oczy i próbowała się zrelaksować. Dargorad wrócił po kilku minutach z tacą, na której stały dwa kubki z kakao, talerz z kilkoma kromkami ciemnego pieczywa i słoik z wiśniową konfiturą.
- Proszę, Suli... - wyszeptał delikatnie, niepewnie wręcz, by w razie czego nie zbudzić koleżanki.
Dziewczyna otworzyła oczy i uśmiechnęła się z wdzięcznością.
Wypili razem kakao i na zmianę smarowali chleb konfiturą.
- Skąd to masz? - spytała przeżuwając.
- Kiedyś grabiłem liście w waszym ogrodzie, tak przy okazji, a twoja babcia zobaczyła mnie przez okno. Potem wyszła z koszyczkiem, w którym były te i inne pyszne konfitury. Bezcenny prezent. Tata był oczywiście bardzo ze mnie dumny, że chciałem bezinteresownie pomóc... - przerwał i zawiesił wzrok... jakby przypomniał sobie tamten dzień. Napił się kakao.
Suli patrzyła na niego nieco inaczej niż zwykle, wzrokiem pełnym wdzięczności i podziwu. Mimo że nie miała już żadnej rodziny, dzięki niemu nie czuła się samotna.
- Babcia zawsze cię chwaliła. Mówiła, że masz dobre serce.
- Naprawdę? - spytał mile zaskoczony.
- Naprawdę, naprawdę, ale nie mówmy już dłużej o babci, bo zaraz znowu się rozkleję, a nie chcę. Muszę się trochę przespać, bo mam mętlik w głowie - powiedziała i proszącym wzrokiem spojrzała na kolegę.
- Pościelić ci łóżko?
- Wystarczy mi ten milutki koc i ta poduszka.
- Super, w takim razie odpoczywaj.
Dziewczyna ściągnęła bluzę, odsłaniając znajdującą się pod nią czarną bluzkę na ramiączkach, i położyła się na wygodnej kanapie. Przykryła się białym, pachnącym fiołkami kocem i wtuliła głowę w poduszkę.
Zanim zasnęła, minęło trochę czasu. Tysiące myśli wypełniających jej głowę były jak galopujące konie, bez możliwości natychmiastowego zatrzymania.
Coraz bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że jej największe marzenie może się już nigdy nie spełnić...
Rozdział 4OBIETNICA
- Długo spałam? - spytała, przeciągając się.
- Jakieś dwie godziny - odpowiedział chłopak. Siedział po drugiej stronie kanapy i wpatrywał się w koleżankę.
- Yhm... A co tak ładnie pachnie, Dargo?
- Pizza. Zaraz będzie gotowa.
- Chyba tu zostanę, tak mi tu dobrze.
- Zostaniesz... przynajmniej do czasu, gdy wyruszymy w podróż. Trzeba obmyślić plan, Suli.
- Najpierw muszę opowiedzieć ci pewną historię...
- Dobrze, pójdę tylko po szamę i coś do picia.
- Pomogę ci.
Dargorad wrócił do salonu z dużą pizzą, której zapach roznosił się po całym domu. Dziewczyna przyniosła lemoniadę. Usiedli wygodnie na kanapie i delektowali się każdym kęsem.
- Jakie to było pyszne! Naprawdę masz zadatki na szefa kuchni - powiedziała, po czym wytarła usta serwetką i usadowiła się wygodnie na kanapie.
- Dziękuję. Kiedyś nim będę, zobaczysz. W zamian poproszę tę historię - uśmiechnął się. Oparł plecy o poduszki i założył ręce za głowę.
- Być może to tylko bajka na dobranoc, ale babcia zapewniała mnie, że to naprawdę się wydarzyło. A teraz mam jeszcze tę zaczarowaną księgę i Gwiazdę Mocy, więc może nie powinnam wątpić już w żadne jej słowo - powiedziała, badając wzrokiem Dargorada, który z poważną miną wpatrywał się w jej twarz.
- Pewnie tak...
Wzięła głęboki oddech.
- Dobrze, a więc... Wyobraź sobie, że istnieje tajemnicze miejsce na ziemi, gdzie kilkanaście lat temu wydarzyła się dziwna, aczkolwiek piękna historia... - zaczęła opowieść. - Pośród wiecznie zielonych pagórków stoi tam zamek, za którym rozciąga się las liściasty, tuż za nim iglasty, a za tymi lasami pną się wysokie góry. Pewnego razu Pani Bona, która jest właścicielką zamku, wybrała się pozbierać zioła i zapędziła się daleko lasami w stronę gór. Zatrzymała się przy pięknym krzewie, którego białe kwiaty dostrzegła z daleka. "Pięknie pachnie jaśmin", usłyszała nieznajomy, uroczy, męski głos, a kiedy się odwróciła, zobaczyła przystojnego młodego mężczyznę, który onieśmielił ją swoim prawie nagim ciałem. Pani Bona z wrażenia wypuściła z rąk koszyk z ziołami, a blondyn o niesamowicie niebieskich oczach złapał go, nim ten zdążył upaść na ziemię. Pani Bona nie spotkała nigdy wcześniej w tamtych okolicach ani jednego człowieka. Stała prosto jak wryta w ziemię, z szeroko otwartymi oczami. Wykrztusiła z siebie jedynie pytanie: "Skąd jesteś?". Mężczyzna powiedział, że pochodzi z Gwiezdnego Świata, gdzie potrzebni są tacy ludzie jak ona, dlatego zszedł na ziemię, by stworzyć idealne miejsce do nauki nastoletnich Wybranych, właśnie u niej w zamku. Pani Bona zgodziła się mu pomóc. Kto pochodzi z Gwiezdnego Rodu i otrzyma Gwiazdę Mocy wraz z Księgą Gwiezdnego Świata, w dniu szesnastych urodzin, musi przybyć do Domu Pani Bony, by podjąć naukę. Księga Gwiezdnego Świata wskaże do niego drogę, a Gwiazda Mocy ostrzeże przed ewentualnym zagrożeniem.
Przerwała opowieść i spojrzała na chłopca pytającym wzrokiem. On drapał się po czole, a po chwili podniósł wzrok na Suli. Przeczesał włosy palcami i ciężko westchnął.
- Szkoda, że nie pochodzę z Gwiezdnego Rodu.
- Musisz być cierpliwy, Dargo...
- Marne szanse. Skończyłem szesnaście lat dwa miesiące temu i nic do mnie nie dotarło, chyba że jakaś straszna ciotka Hermenegilda maczała w tym palce... Przepraszam Suli, ale aż dreszcz przeszedł mi po plecach na samą myśl...
Wstał gwałtownie, poprawił ubranie i podszedł do okna.
- Jak będę mogła, to oddam ci swoją.
- Dziękuję, ale bez takich poświęceń, spokojnie. Pewnie Pani Bona jest pełną miłości osobą, nie wygoni chyba takiego miłego młodzieńca jak ja... Nawet jeśli nie będę mógł uczestniczyć w tym wszystkim co ty, to chcę chociaż widzieć, jak ty stajesz się nadczłowiekiem. Chcę być przy tobie do końca, aż odejdziesz gdzieś tam do raju, wybranko - skierował palec wskazujący w stronę koleżanki i uśmiechnął się szeroko, jakby w wielkości swojego uśmiechu chciał ukryć smutek, który ogarniał go na samą myśl o rozstaniu z przyjaciółką.
- A kto powiedział, że chcę dokądkolwiek odchodzić... Jeszcze nic nie wiadomo, może nigdzie nie będę chciała pójść.
- Myślę, że klamka zapadła i wierzę, że uda ci się poznać tajemnicę innego świata... O, tata idzie, trzeba go poinformować o wyprawie. Mówimy mu prawdę?
Wymienili spojrzenia pełne wątpliwości. Zapadła cisza wypełniona niepewnością.
- Sama nie wiem, a jak się nie zgodzi? - spytała pełna obaw, sprzątając ze stołu. Chłopiec podszedł, by jej pomóc.
- Na co miałbym się nie zgodzić? - spytał ojciec Dargorada wchodząc do pokoju. Miał na sobie koszulę i krawat, a na lewym nadgarstku złoty zegarek z czarną tarczą. Zbliżył się do nowoczesnej komody i wyciągnął z szuflady skręcanego papierosa. Odpalił go i przymknął na chwilę powieki, jakby poczuł przypływającą ulgę.
Dziewczyna odstawiła naczynia z powrotem na stół, a chłopak odwrócił się w stronę ojca.
- Otóż sprawa jest poważna, zamierzam wyruszyć z Suli w daleką podróż po zakończeniu roku szkolnego.
- To nie takie straszne, będę musiał was dodatkowo ubezpieczyć, a dokąd to moi drodzy chcą się wybrać?
- Do Domu Pani Bony. Słyszałeś o tym miejscu?
Romuald Niebiański zakrztusił się dymem i wytrzeszczył oczy.
- To miejsce istnieje naprawdę? - spytał zdziwionym głosem.
Przyjaciele pokiwali głowami, ale nic nie powiedzieli.
- Eleonora opowiadała mi o tym co nieco, przy jej przepysznej herbacie malinowej... To była wspaniała kobieta, ech... Tak w ogóle, bardzo mi przykro, Suli, z powodu babci i ciotki, wielka, podwójna tragedia. Zaopiekuję się tobą, a jeśli tylko chcesz, możesz tu mieszkać, a ja dopełnię wszelkich formalności. Jako przyjaciel rodziny służę pomocą - powiedział i uśmiechnął się do dziewczyny, choć jego usta całe drżały z emocji.
- Dziękuję, chętnie skorzystam, bo nie chcę być sama - odpowiedziała i wyciągnęła z kieszeni złożoną na dwa razy kartkę żółtego ze starości papieru.
- Co tam masz? - spytał mężczyzna, wyraźnie zaciekawiony.
- Babcia spisała testament. Proszę go wziąć, nie chciałabym tego zgubić. Wszystko przepisałax na mnie, tylko nie wiem, jak to teraz załatwić... Chciałabym sprzedać dom jakimś miłym ludziom, bo ja go już nie potrzebuję - powiedziała i podała kartkę panu Niebiańskiemu.
- Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze. Eleonora mówiła, że jesteście potomkami Gwiezdnego Rodu. Chciała wyruszyć z tobą do tego Domu Pani Bony, czy jak jej tam, zaraz po twoich urodzinach, ale nie zdążyła sprawić ci tej przyjemności. Twoja babcia była wspaniałą kobietą - rzekł z przekonaniem i zgasił cygaro. Podszedł do barku stojącego obok komody, by wyjąć z niego karafkę z whisky i szklankę. Nalał trunku prawie do połowy i wypił wszystko jednym haustem. Obtarł nadgarstkiem umoczone usta i wąsy. - Powiedz mi, czyli naprawdę jesteś wybranką?
- Tak, jestem, mam też Gwiazdę Mocy i Księgę Gwiezdnego Świata. Teraz tylko czekam do pogrzebu babci... no i ciotki Hermenegildy, którą też trzeba tu pochować, bo nie ma nikogo, kto mógłby się tym zająć w Polsce, a wtedy też są moje szesnaste urodziny... i... wszystko się zacznie.
Mężczyzna usiadł na kanapie, pogładził się po czarnej brodzie, po czym wskazującymi palcami zawinął wąsy do góry. Potem sprawdził, czy jego mokre od żelu, zaczesane do tyłu włosy trzymają się na swoim miejscu.
- No cóż, drogie dzieci, nie pozostaje w tej sytuacji nic innego, jak użyczyć wam mojej przemiłej osobowości w drodze w nieznane, aby spełnić życzenie Eleonory i pozwolić Sulisławie dotrzeć do miejsca, gdzie pozna innych wybranych i tajemnicę ich spotkania. Będziemy więc twoimi sługami - zdecydował i spojrzał na swojego syna, a potem wskazał palcem na Suli. - Może kiedyś i nam, zwykłym ludziom, przytrafi się doznać życia w wymarzonym raju... kto wie...
- Jestem wdzięczna za pańską pomoc, bardzo dziękuję - odpowiedziała i usiadła na kanapie. Sięgnęła do kieszeni bluzy, gdzie ukrywała mały przedmiot. Ścisnęła go w dłoni, a potem schowała w czarnej, skórzanej torebce, która leżała za kanapą, podobnie jak walizka podróżna.
- Drogie dziecko, w życiu nie pozwoliłbym wam wybrać się samotnie w podróż w nieznane, dlatego nie mam innego wyjścia, inaczej i tak pewnie byście uciekli - powiedział i spojrzał spod byka na syna, aczkolwiek na jego twarzy można było dostrzec lekki uśmiech.
- Dzięki, tato, jesteś naprawdę w porządku! A co z panią Hermenegildą? - spytał Dargorad drapiąc się po głowie.
- Pochowamy ją w sobotę razem z siostrą na naszym cmentarzu, wszystko załatwię. Jeszcze nie wiadomo dokładnie, co było przyczyną zgonu, ale najprawdopodobniej upadek z wysokości i wiek zrobiły swoje. Trzeba się cieszyć każdym dniem, dzieci, co by się nie działo... Nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie koniec - westchnął. - Idę popracować i przekazać sprawy mojemu wspólnikowi, a wy odpocznijcie.
Rozdział 9ANAK
Kilkanaście lat wcześniej.
- Powiesz mi, dlaczego Mga Tawo umierają, a my nie?
- Wiesz, Anaku, że to jest właściwe pytanie? Napijmy się ilimnon, będzie nam pysznie rozmawiało się na ten temat.
- Uwielbiam ilimnon - powiedział chłopiec, popijając niebieski napój.
- Synu, ilimnon jest moim wyrobem, dlatego jest wyśmienity - odparł i zaśmiał się starszy, aczkolwiek przystojny pan.
- Ojcze... - Anak zwrócił się w stronę Diosa. Głos miał poważny, a oczy przymrużone. - Dlaczego możemy decydować o tym, ile mamy lat, jak wyglądamy, i w ogóle mamy wszystko, co chcemy, a Mga Tawo są tacy ograniczeni i do tego umierają?
- Widzisz, moje dziecko, jak wygląda nasz świat? On jest nagrodą, a nie każdy na nią zasługuje.
- Dlaczego? - spytał chłopiec, marszcząc czoło.
Anak usiadł w złotym fotelu obitym lśniącym, również złotym, materiałem przypominającym aksamit. Oparł łokcie na ogromnym stole, który mimo że nie miał nóg, wisiał nieruchomo w powietrzu. Przezroczysty blat pokrywały migocące światełka. Dios okrążył fotel syna, pogłaskał go po głowie i usiadł obok, w tak samo wyglądającym, ale o wiele większym fotelu, dopasowanym do jego rozmiarów.
- Mga Tawo zostali obdarzeni rozumem, ale odczuwają też negatywne emocje i wibracje, jakie towarzyszą im w codziennym życiu. Muszą nauczyć się odróżniać dobro od zła, a my im w tym pomagamy. Ci, którzy żyją w zgodzie z darami natury i odnajdują własną drogę życiową, mają szansę po śmierci trafić na Ceo, jeśli zostaną wybrani. Jest to pewnego rodzaju sprawdzian - tłumaczył mędrzec o królewskich oczach. - Popatrz tam - dodał i wskazał palcem na planety znajdujące się za wielką szklaną ścianą. - Zastanawiają się, czy umieściłem na tych planetach inne życie - ciągnął Dios, gładząc się po brodzie. - Są ciekawi, to dobra cecha. Nie wiedzą jednak, że my ich widzimy, każdy ich krok. Wiesz, synku, w tej chwili rozgrywa się walka o każdą przemianę, bo Mga Tawo coraz częściej wybierają zło, nie wiedzą tylko za jaką cenę.
- Rozumiem, że jak już umrą, to dzięki temu, że za życia postawili na dobro, mogą odrodzić się na naszych drzewach wielkich narodzin... ale jest jeszcze jedna opcja, bo mogą przylecieć także z Posłańcem, którym kiedyś i ja zostanę - powiedział dumnym i pewnym siebie głosem. Poprawił się w fotelu, czekając na reakcję ojca.
- Tak, tylko wtedy będą zasługiwali na dołączenie do grona nieśmiertelnych. W przeciwnym razie odrodzą się na Yucie, by znów zacząć uczyć się od nowa albo trafią za Czarne Bramy, w miejsce, gdzie odbędą świadomą karę za grzechy - podsumował Dios.
- Chcę im pomagać, ale nie tak jak Maalamon czy inni. Chcę zostać Posłańcem.
Król Ceo wstał i podszedł do szyby, zza której widać było gwiazdy i planety. Dłonią gładził swą długą, siwą brodę.
- Wybór należy do ciebie, Anaku, chociaż wiesz, że nie chciałbym cię stracić, synu, gdyby coś poszło nie tak.
Chłopiec nie był do końca zadowolony z odpowiedzi ojca. Chciał bowiem w trakcie tej rozmowy wymóc na nim zgodę na szkolenie, dzięki któremu stałby się prawdziwym Posłańcem.
- Za kilka lat, jak nabiorę mądrości, będę chciał tam polecieć. Poza tym chcę mieć własną wybrankę, jak każdy Posłaniec - powiedział, po czym wstał i udał się w stronę wyjścia.
- Będziesz musiał nauczyć się cierpieć, to będzie nieuniknione!
- Dam radę! A na szkolenie pójdę, nawet bez twojej zgody, Ojcze!
Rozdział 10MAALAMON
- Sa kalinaw! - krzyknęła, a młodzieniec aż podskoczył.
- Rób mi tak częściej, proszę cię, Maalamon! Chcę, byś mnie straszyła! - wyznał chłopiec i zrobił słodką minę w stronę kobiety o trójkątnej twarzy i szczupłej budowie ciała.
- No, nie gadaj, mały, że nadal uczysz się uczuć Mga Tawo? - spytała, po czym usiadła na niebieskiej, niezniszczalnej trawie, która funkcjonowała jako jeden organizm. Jeśli ktoś ją uszkodził, odradzała się natychmiast. Położenie się na niej owocowało najprzyjemniejszym doznaniem ciepła i miękkości. Nazywali ją balili.
- Mam cel, chcę tam polecieć za kilka lat, ale nie mam strachu i nie umiem cierpieć - wyznał Anak i schował twarz w dłoniach.
- Ej! Rozchmurz się! - szturchnęła go.
- Chciałabyś tam polecieć? - spytał starszą koleżankę i otworzył szeroko buzię z nadzieją na ciekawą odpowiedź.
Kobieta wyprostowała nogi i położyła się na plecach, zakładając ręce za głowę.
- Nie wiem, Anaku - odpowiedziała, wpadając w zadumę, i wzięła powolny, głęboki wdech.
- Pracujesz przy nich, znasz ich jak własną kieszeń i nie masz zdania na ten temat? - spytał i położył się na boku, przyglądając się kobiecie. Jej cytrynowa twarz i długie złote włosy, które pachniały jak najsłodsze owoce, biły słonecznym blaskiem.
- Za dużo myślisz... Sa kalinaw! - rozkazała, a po chwili pogilgotała go po brzuchu.
- Aaa! Wystarczy! - krzyknął i odturlał się kawałek. - Odpowiedz mi szczerze - poprosił, poważniejąc.
- Wstawaj z balili! Pójdziemy do obserwatorium, pokażę ci co nieco - powiedziała i wzięła chłopca za rękę.
Udali się w stronę pięknego białego budynku, który unosił się nad niebieską balili. Kiedy weszli do środka, młodzieniec z bujnymi fioletowymi włosami poczęstował ich ilimnon. Podane zostało w pucharach z kwiatów, które podczas wlewania magicznego napoju do ich wnętrza, automatycznie przekształcały się w okrągłe, szczelne naczynia, a pręcik rozciągał się i wysuwał na tyle wysoko, by spokojnie można było z niego pić jak ze słomki. Wnętrze budynku wypełniało tak samo jasne światło jak na zewnątrz, a z sufitu zwisały wszelkiego rodzaju owoce, które można było dosięgnąć wyciągając po nie rękę, a potem je urwać. W powietrzu unosił się słodki, a zarazem świeży zapach. Z zewnątrz, niewielki budynek, w środku okazał się nie mieć końca i wypełniały go setki takich samych stołów badawczych. Przy większości z nich pracowali wybrani.
- Usiądź tutaj - powiedziała Maalamon do Anaka i wskazała mu miejsce przy jednym ze szklanych stołów unoszących się w powietrzu.
- Pokażesz mi ich życie? - spytał podekscytowany chłopiec, uśmiechając się szeroko.
- Pokażę, ale staraj się ich nie oceniać, bo to dobre istoty, tylko czasami trochę zagubione. To właśnie my pracujemy nad tym, by wybierali właściwą drogę - odrzekła kobieta i dotknęła krawędzi stołu, na którym momentalnie ukazał się obraz ziemskiego świata.
- Yuta... Mogę wybrać kontynent? - spytał Anak, a ona pokiwała twierdząco głową i puknęła dwa razy w stół, na którym wyświetliły się różne ikony. - Mogę wybrać kraj i miasto, przedział wiekowy także, i płeć, tak naprawdę mogę wszystko - wymieniał w pośpiechu chłopiec, nie mogąc nadziwić się cudownej technologii.
- Tak, mamy wielkie możliwości, a gdy już wybierzesz daną osobę, naciskasz na nią dwukrotnie, jeśli chcesz, by wyświetliła się jej historia. Możesz też wybrać sterowanie głosowe, o tutaj, w tym miejscu - powiedziała Maalamon, pokazując jeden z wielu niebieskich znaczków porozmieszczanych wokół krawędzi stołu. - Teraz możesz zadawać pytania, a Kahibalo, nasz wszystkowiedzący system, wyświetli ci odpowiedzi lub je odczyta, w zależności od tego, która opcja cię interesuje. Możesz też wybrać możliwość odczytu bezpośrednio do ucha, naciskając na ten symbol, co nie zakłóca pracy innym - wyjaśniła, po czym wskazała mu palcem zajętych pracą mieszkańców Ceo.
- Możesz kontrolować Mga Tawo?! - spytał chłopiec z nadzieją w głosie.
Maalamon roześmiała się.
- Poniekąd. Nazywamy to kierowaniem. Kontakt, jaki z nimi nawiązujemy, ogranicza się jedynie do wysyłania im komunikatów we śnie lub bezpośrednio podczas funkcjonowania, jako myśli pojawiające się w ich głowach. Jesteśmy ich drogowskazami, ale nie zawsze z tego korzystają... - tłumaczyła, popijając niebieski płyn.
- Czadowo! Czy możesz mi pokazać, jak to robisz? - spytał Anak, zrywając się z zielonego krzesła pokrytego grubymi rzęskami, które składało się tylko z dwóch części, siedzenia i oparcia. Kiedy podskoczył, krzesło natychmiast wróciło do podłużnego kształtu. Tak samo jak stół unosiło się w powietrzu, a do tego wyczuwało zamiar osoby, która chciała na nim usiąść, i podsuwało się idealnie, w odpowiednim momencie. Gdy się na nim siadało, dopasowywało się do kształtu sylwetki, a po chwili jego rzęski zaczynały delikatnie się poruszać. W ten sposób krzesło cały czas masowało ciało.
- Mogę, ale wiedz, że to nie jest zabawa, bo oni czują i są tak samo prawdziwi jak my tutaj - oświadczyła i objęła go ramieniem, wysyłając promienny uśmiech.
Rozdział 11MIŁOŚĆ
Stała za drewnianymi drzwiami, w ciemnym korytarzu. Miała na sobie cienką pidżamę i kapcie. Trzęsła się, chociaż wcale nie było zimno. Jedną ręką ściskała szarą maskotkę, a drugą wycierała łzy spływające jej po policzkach. Nikt nie słyszał jej płaczu i nie widział przerażenia. Stała i słuchała krzyków dobiegających zza drzwi.
- Jak mogłaś?! Tyle lat mnie oszukiwałaś! - wrzeszczał mężczyzna, machając rękoma.
- Bałam się, po prostu się bałam... - szlochała młoda kobieta.
- Znasz mnie! Wiesz, że ta rodzina jest dla mnie całym światem! A ty okazałaś się zwykłą szmatą! - krzyczał bez opanowania.
- Wyzywaj mnie, jak chcesz, ale nie zostawiaj nas - prosiła łagodnym głosem męża. - Proszę cię, Konradzie, przemyśl to wszystko. Mogę zabrać Suli na kilka dni do mamy, a ty zostań w domu, ale daj mi szansę, jeśli nas kochasz, daj nam szansę na normalną rodzinę. Wybacz mi... Wiem, że proszę o wiele - powiedziała i usiadła na białym dywanie przy kominku. Zawsze tak robiła, kiedy była smutna, patrzyła w ogień i rozmyślała.
- Normalną rodzinę?! - rzucił w stronę Sary i podszedł do barku, by nalać sobie whisky. - Mam żyć z puszczalską żoną?! To nazywasz normalną rodziną? Jak sobie to wszystko wyobrażasz, Saro?! Zniszczyłaś mój świat! Zabiłaś moją miłość do ciebie! Jak mam przyjąć ten ciężar na klatę? No jak?! - pytał podniesionym, trzęsącym się głosem.
Kobieta zalała się łzami i nie mogła powstrzymać coraz szybciej bijącego serca. Była przerażona, bo wiedziała, że popełniła błąd, którego nie będzie w stanie naprawić. Nie wycierała już łez, było ich zbyt wiele. Chciała cofnąć czas. Każdego wieczoru, kiedy kładła się spać obok małżonka, biła się z myślami czy mu o tym powiedzieć. Nie mogła sobie wybaczyć tamtej feralnej imprezy firmowej, na której zdradziła męża z kolegą z pracy. Nie chciała być taką żoną, ale używki odebrały jej zdolność trzeźwego myślenia. Przez swoją niewstrzemięźliwość straciła zaufanie męża i szacunek do samej siebie. Być może prawda nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby nie to, że Konrad poprosił żonę, by zrobili sobie drugie dziecko. Starali się przez kilka miesięcy, ale bez skutku. Sara zrobiła badania, ale okazało się, że wszystko z nią w porządku, za to z Konradem - nie. Właśnie wtedy dowiedzieli się, że jest bezpłodny i nigdy nie mógł zostać ojcem.
- Co się stało, to się nie odstanie. Jeśli chcesz, możesz mnie ukarać, przeżyję wszystko, jeśli tylko mi wybaczysz. Przepraszam cię za moją głupotę... Cierpię przez nią nieustannie. Jesteś całym moim światem i Suli także. Jeśli postarasz się wybaczyć mi mój błąd, to być może kiedyś sama sobie wybaczę, chociaż nawet nie wiem, czy w ogóle będę w stanie. Daj mi szansę, błagam cię! Nigdy więcej cię nie zawiodę! - prosiła na kolanach, trzymając go za rękę.
Mężczyzna usiadł obok niej przy kominku. Schował twarz w dłoniach i rozpłakał się jak małe dziecko. Musiał wylać z siebie cierpienie, które dusiło go w środku. Bolało go strasznie, że popełniła taki grzech. Wiedział, że to nie jest jego wina, wiedział, że zazwyczaj stroniła od używek. Zdawał sobie sprawę z tego, że to ktoś trzeci miał zamiar rozwalić ich miłość. Był rozbity i rozchwiany emocjonalnie. Chciał dać jej szansę, chciał być dobrym człowiekiem, ale ból był nie do zniesienia. Przemawiała do niego chęć ucieczki, zaczęcia wszystkiego od nowa, a jednocześnie zemsty za zdradę, bez opcji wybaczenia. Wiedział, że to zła część jego umysłu pragnie pomsty, dlatego walczył z własnymi myślami. Nie chciał stosować wobec żony agresji, więc zacisnął zęby i płakał, bez zahamowania.
- Tatusiu, wybacz mamie! - krzyknęła przez łzy kilkuletnia dziewczynka, otwierając szeroko drzwi.
Podbiegła do rodziców i rzuciła się im w ramiona.
- Kocham cię, moja mała myszko - powiedział Konrad i mocno ją przytulił.
Wisząca w powietrzu atmosfera cierpienia, dzięki małemu dziecku, przeobraziła się w atmosferę miłości, wybaczenia i wzajemnej troski.
- Wybaczysz mamie? - wyszeptała mu Suli do ucha.
- Przecież wiesz, że zrobię wszystko, byś była szczęśliwa, moja księżniczko - powiedział, a żonę złapał za dłoń, okazując jej w ten sposób swoje wybaczenie, po czym poczuł energię, jakiej do tej pory nigdy wcześniej nie doświadczył...
Rozdział 12DECYZJA
Dios przyglądał się synowi i widział w nim siebie. Był przepełniony dumą i radością na widok tego małego chłopca o wielkim sercu.
- Ojcze! Dobrze, że przyszedłeś, bo mam dla ciebie nowinę!
- Ja też mam ci coś do powiedzenia, ale proszę, ty zaczynaj - odpowiedział z uśmiechem na ustach, chociaż dokładnie wiedział, co syn ma na myśli, nie chciał jednak popsuć mu tej chwili.
- Mam wybrańca! A raczej wybrankę! Dla tej dziewczynki chcę tam kiedyś polecieć. Ona jest dziedziczką Gwiazdy Mocy! Muszę ją odnaleźć i pokazać jej światło. Pragnę stać się nauczycielem Mga Tawo! - oświadczył przepełnionym ekscytacją głosem.
- Jesteś pewien swojej decyzji? Może działasz pod wpływem emocji? Jesteś przekonany o swoim wyborze? Pamiętaj także, że kiedy wyruszysz w podróż, ona będzie nastolatką, co wiąże się z tym, że może się zmienić. Chcesz podjąć to ryzyko?
- Czuję, że to jest moja misja. Chcę prowadzić tę dziewczynkę i muszę pracować w laboratorium z Maalamon - oświadczył.
Nie wiedział jeszcze, co go czeka, ale był szczęśliwy i wdzięczny tej małej istocie za to, że pozwoliła mu poczuć, pierwszy raz w życiu, smutek i jeszcze większą miłość.
- Niech i tak się stanie... Wybór zawsze jest dobry, jeśli jest przemyślany. A teraz ja mam ci coś do powiedzenia, młodzieńcze. Zwróć dziś szczególną uwagę na motyle, bo będą cię wzywać na wielkie święto. Kiedy zobaczysz, że zaczynają krążyć nad twoją głową, wstań i podążaj za nimi, wskażą ci drogę i miejsce przy Matce Wodzie. Dziś jej bardzo ważny dzień.
Puścił oczko młodemu i uśmiechnął się szeroko.
- Już nie mogę się doczekać! - wykrzyczał podekscytowany Anak.
Podskoczył najwyżej, jak tylko mógł i wyciągnął ręce do góry, by nimi pomachać okazując w ten sposób swoją radość.
Rozdział 13ŚWIĘTO
Mieszkańcy Gwiezdnego Świata uwielbiali ten dzień. Zebrali się wokół Matki Wody, której serce, w kolorze ultramaryny pokryte małymi kamieniami szlachetnymi, zamknięte było w wiecznie lodowej górze otoczonej wodą. Z czubka lodowej góry tryskała woda, a wieczny lód, wraz z sercem Matki Wody, lśnił. Nad zebranymi latały finezyjne motyle. Siedzieli na brzegu i moczyli stopy w przyjemnej, czystej wodzie, nad którą unosił się świeży zapach.
Dios uniósł złoty kielich z ilimnon, by wznieść toast.
- Zebraliśmy się tutaj, by podziękować Matce Wodzie za to, że daje nam możliwość trwania w wieczności. Każdy wie, że harmonia i czystość, którą Matka Woda nas obdarza, jest czymś bez czego wszyscy przestalibyśmy istnieć. Podziękujmy dziś Matce Wodzie za dobroć, jaką nas darzy, za wizje, jakie w nas kreuje, i mądrość, którą nam przekazuje. Czujemy się tutaj bezpieczni. Jesteśmy wdzięczni za każdy cudowny dzień. Wstańmy więc wszyscy, wznieśmy nasze kielichy i zaśpiewajmy pieśń ku chwale Matki Wody!
Matko Wodo, karmicielko,
Ty jesteś naszą zbawicielką.
Nie ma nic cenniejszego od ciebie,
Z tobą jest nam jak w niebie.
A przecież jesteśmy na Ceo
I nie ma nic lepszego.
Ooo oooo ooo oooo
Dziękujemy za twoją mądrość
I doceniamy szczodrość.
Jesteś przez nas uwielbiona,
A do tego nieskończona.
Nasza Matka Woda,
Wiecznie młoda!
Aaaa aaaaa aaaaaa!
Kiedy zakończyli pieśń, napili się ilimnon, a następnie odłożyli kielichy i położyli się na plecach. Wyciągnęli ręce do tyłu i złapali się za dłonie. Nadszedł czas medytacji. Nikt nic nie mówił i o niczym nie myślał. Oddali się chwili istnienia i połączyli z energią Matki Wody, która przenikała przez ich ciała, od stóp do głowy. Uczucie to było tak przyjemne, że każdy z uczestniczących miał uśmiech na ustach. Ich ciała biły niebieskim światłem. Matka Woda odmładzała, oczyszczała, a do tego każdego raczyła na swój sposób jakimś darem.
Trwali tak przez dłuższy czas, po czym energia Matki Wody usunęła się z ich ciał przez stopy. Zaczęli wstawać jeden po drugim. Udali się dalej celebrować jej święto, a Matkę Wodę zostawili w spokoju, by pozwolić jej uzupełnić energię, którą im przekazała.
Udali się do Ogrodu Obfitości, który swoją bujnością zaskoczyłby każdego. Do dalszego świętowania siadali na balili, otoczeni złotymi drzewami, które nachylały się w ich stronę, by wybrańcy bez problemu mogli zrywać z ich gałęzi złote owoce, które pieściły kubki smakowe i nadawały skórze złotego blasku. Tam, gdzie siadali, wyrastały obok nich fioletowe rośliny zakończone żółto-fioletowymi kwiatami z jasnoniebieskimi rurkami, przez które mogli pić cudowny nektar. Ucztowali i wymieniali się doświadczeniami z pracy nad Mga Tawo. Byli zadowoleni z siebie, szczęśliwi i wdzięczni za dobro, które ich otaczało.
- Podobało ci się?
- Tak! Było fantastycznie! Czuję się teraz jak młody bóg - zachichotał - a tak na poważnie, to poczułem w sobie coś w rodzaju odnowienia, jakby każda komórka mojego ciała doznała przemiany w ogromną siłę. Nie wiem, jak to opisać, ale czuję, że mam w sobie niezliczone pokłady energii!
Dios pogładził się po brodzie, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Był zachwycony przeżyciem syna.
- Jesteś bardzo dojrzały jak na swój wiek. Nie dość, że wykształciłeś w sobie miłość do Mga Tawo, to jesteś już predysponowany do przyjęcia połączenia z Matką Wodą. Ona wie, kto zasługuje na pełną przemianę, a ty właśnie jej doświadczyłeś. Odtąd płynie w tobie Woda Życia, która będzie chronić twoje komórki przed wszelkim zniszczeniem. Stałeś się nieśmiertelny, mój synu, gratuluję! - powiedział Dios, wyciągając dłoń w jego stronę.
Anak wyprostował się i wziął głęboki oddech.
- Dziękuję, ojcze, jestem wdzięczny - powiedział, ściskając potężną dłoń Diosa.
Rozdział 14CZARNY ANIOŁ
Czarny Anioł, a właściwie Wolf Skrzydlaty, o czarnych jak węgiel skrzydłach, które wyrastały z jego umięśnionych pleców, szedł ciemnym korytarzem Purgatorium, który wydawał się nie mieć końca. Po obu jego stronach znajdowały się cele, a w nich skazani, którzy nie widzieli siebie nawzajem przez gęsty dym wypełniający wnętrze. Czarny Anioł miał w sobie tak ogromną siłę, że samą obecnością wywoływał w więźniach strach. Kiedy robił obchód, milkli, nikt już nie jęczał, nie wołał o pomoc i nie krzyczał w niebogłosy. Dosłownie zamierali ze strachu. Spoglądał czasami na nieszczęsnych skazańców, którzy swoją słabością do popełniania grzechu, obrzydzali go tak bardzo, że próba, której był poddawany każdego dnia, stawała się z wiekiem coraz trudniejsza. Nie był już w stanie dłużej nad tym panować i po prostu odpuścił. Nie chciał na siłę ich kochać. Nienawiść zaczynała triumfować.
Czasami, zamiast iść i przyglądać się im po kolei, biegł korytarzem lub leciał tak szybko, że skazani widzieli tylko czarny cień rozpraszający dym. Każdego dnia robił obchód zaraz po zakończeniu intensywnego treningu. Chciał, by czuli jego obecność, siłę i zapach tak mocno, jak to tylko możliwe. Nawet nie wiedział, kiedy to się stało, ale od dłuższego czasu podniecało go, że wzbudzał w nich taki strach. Do tej pory jednak nie zrobił nikomu większej krzywdy niż kara, która została przydzielona.
Niekiedy przechodził bardzo powoli i zatrzymywał się przed konkretną celą. Patrzył swoimi czarnymi oczami na skazanego, a gdy ten nie odwzajemniał spojrzenia, wyciągał przed siebie rękę, a wtedy więzień doznawał ścisku w okolicy szyi i szczęki, który natychmiast podnosił jego głowę. Czarny Anioł czytał myśli i obrazy z oczu grzesznika i wyzwalał go od bólu, jeśli przeszedł wystarczającą karę. Unosił wtedy drugą rękę i palcem wskazującym rysował w powietrzu "Y", które w tym samym momencie pojawiało się na czole więźnia.
Czarny Anioł widział w ich oczach wszystkie występki, jakie popełnili. Miał do czynienia z zabójcami, złodziejami, matkami porzucającymi swoje dzieci i wieloma innymi. Pilnowaniem oddziału "C" zajmował się od trzech Czarnych Lat. Przyzwyczaił się do tego, że traktują go jak boga, który wymierza im sprawiedliwość. Nie czerpał już z tego takiej satysfakcji jak kiedyś. Czuł się wypalony.
Przeleciał przez dwudziestokilometrowy korytarz, po czym mijając liczne komnaty, udał się do wyjścia. Kiedy znalazł się na zewnątrz, wzbił się w powietrze. Minął mury zamku położonego pośród skalistych gór. Wieże otulone ciemnymi chmurami, ciężkie powietrze i chłód, ukazywały mroczną stronę Świata Pagtubosa. Wolf podążył w kierunku drugiej części tego świata, do ulubionego miejsca, gdzie znajdował się wysoki wodospad. Leciał tam zawsze po obchodzie, w celu oczyszczenia ciała i umysłu, a także zaznania ciepła, którego bardzo brakowało mu w Zamku Sprawiedliwości.
Za górami, za lasami, w pięknej krainie Alana, znanej jedynie Skrzydlatym i Rofitom, Czarny Anioł spędzał najwięcej wolnego czasu. Przyglądał się zieleni, bujnej roślinności i czystym wodom. Kiedy dotarł nad zbiornik wodny z widokiem na wodospad, złożył skrzydła i poprawił czarne bokserki, które były całym jego odzieniem. Wskoczył do wody i płynął w stronę wodospadu, gdzie znajdowała się jego ulubiona kryjówka. Rozmyślał tam o swojej misji, samotności, której nauczył się od ludzi, i smutku, który coraz częściej mu doskwierał. Nikt nie wiedział o tym wodospadzie, położonym z dala od Purgatorium, a przynajmniej tak mu się wydawało. Uwielbiał pływać i wygrzewać się na słońcu, przy dźwiękach spadającej wody.
Dopłynął do miejsca, gdzie skrywała się mała jaskinia. Jedynie promienie słońca zdradzały, gdzie znajduje się wejście do niej. Tuż przy nim przyjemnie ciepły kamień był idealnym miejscem do odpoczynku. Wolf zdjął ubranie, wycisnął je, po czym rozłożył na gorącym głazie i usiadł skrzyżnie, by pomedytować. Jego wysportowane, opalone ciało przyciągało promienie słońca jak magnes. Oddał się potrzebie relaksu i zamknął oczy.
- Odkryłem to miejsce dawno temu, kiedy jeszcze byłem młody - odezwał się za jego plecami znany mu głos.
Wolf Skrzydlaty wstał natychmiast, odwrócił się, zasłonił miejsca intymne dłonią, i dziwacznym ruchem pochylił się, by podnieść jeszcze mokre spodenki.
- Zostaw - rzekł ojciec i machnął ręką - na jego synu pojawiło się nowe, białe odzienie.
- Dziękuję, ojcze - odpowiedział Wolf, wyprostował się i rozłożył jeszcze wilgotne skrzydła.