Prolog
Dwie godziny później dotarłem do małego miasteczka niedaleko granicy z Nowym Meksykiem. Adres nie pojawił się na nawigacji GPS, więc musiałem
jechać przez miasto, aż znalazłem to, czego szukałem. Był to niewielki
domek położony na obrzeżach miasta. Obok niego znajdował się
wolnostojący garaż na jeden samochód.
Kryjówka Toma Simpsona.
Zaparkowałem przecznicę dalej, aby ukryć samochód, a następnie
niepostrzeżenie zbliżyłem się do małego domu.
Nie zawracałem sobie głowy pukaniem, tylko przekręciłem gałkę w drzwiach.
O dziwo, były otwarte. Wszedłem do środka. Całkiem ładny domek, skromnie
umeblowany.
- Tom? Chodź tu, ty chory sukinsynu!
Żadnej odpowiedzi. Nie żebym spodziewał się, że zastanę go w domu.
Przeszedłem przez salon i korytarz, zajrzałem do kilku sypialni. Jednej
z nich wyraźnie używano, ale tam też nikogo nie było. Drzwi do łazienki
były zamknięte. Otworzyłem je i wszedłem do środka, nie przejmując się
tym, że mogę przyłapać Toma Simpsona w trakcie srania. Jednak to
pomieszczenie również było puste.
Po drugiej stronie sypialni znajdowała się niewielka kuchnia. Dobrze
zaopatrzona w prowiant. Jeszcze jedne drzwi. Otworzyłem je. Prowadziły
do wilgotnej piwnicy z ciemnymi betonowymi ścianami. Kiedy schodziłem po
schodach, miałem wrażenie, że muskają mnie jakieś niesamowite palce.
Stopnie. Ściany.
Wziąłem wdech, prawie się krztusząc. Odchody. Nie wiedziałem, ludzkie
czy zwierzęce.
Gdy zszedłem na sam dół, rozejrzałem się.
Serce prawie przestało mi bić. Wyglądało tu dokładnie tak, jak opisał to
Talon. Niemal widziałem feniksa na ciemnoszarych ścianach, który z niego
szydził.
Znalazłem się w przypominającej jaskinię piwnicy, w której mój brat
mieszkał przez dwa miesiące, gdy miał dziesięć lat.
Cały się spiąłem. Z trudem łapałem oddech. Czy w tym miejscu nie było
tlenu?
Stłumiłem strach najlepiej, jak potrafiłem, i rozejrzałem się dookoła. O dziwo, pomieszczenie nie miało okien i było w nim całkowicie ciemno.
Poczekałem, aż moje oczy przyzwyczają się do mroku, macając ścianę, żeby
się zorientować, dokąd idę, i zacząłem badać pomieszczenie. Chropowate
betonowe ściany były szorstkie... Nagle odskoczyłem.
Z rogu dobiegł mnie jęk. Powoli posuwałem się do przodu, aż w polu
widzenia pojawiła się sterta koców.
Kolejny jęk.
Ktoś tu był. Ktoś był w tej piwnicy, gdzie tych trzech psycholi trzymało
mojego brata.
Nie miałem odwagi się odezwać. Powoli i cicho podszedłem do przykrytej
kocem ciemnej bryły leżącej na podłodze i ściągnąłem z niej brudne
przykrycie.
Jakieś ciało, związane i zakneblowane, cofnęło się, skomląc.
Mój Boże.
Ono żyło.
- Hej - wyszeptałem. - Nie zrobię ci krzywdy.
To był mężczyzna. Nagi, jego kościste ciało było pokryte krwią i brudem.
Głowę miał ogoloną.
- Chcę ci pomóc. Jestem przyjacielem. Zdejmę ci knebel, ale nie krzycz.
W porządku?
Mężczyzna jęknął i skinął głową.
Ostrożnie zdjąłem mu knebel.
- Kim jesteś?
Jęknął, mamrocząc niezrozumiałe słowa.
- W porządku. Nie musisz nic mówić. Wyciągnę cię stąd. - Rozwiązałem
jego kostki i nadgarstki najszybciej, jak mogłem.
Nagle ku mojemu zdziwieniu gdzieś na górze rozległ się dźwięk
przypominający skrzypienie deski. Widocznie wrócił Tom. Narzuciłem
brudny koc na chorego mężczyznę.
- Bądź cicho - powiedziałem. - Niech się nie dowie, że cię rozwiązałem.
Zajmę się nim. Jeśli nie wrócę po ciebie w ciągu pół godziny, znajdź
coś, co posłuży ci za broń. I spierdalaj stąd.
Ciężko było mi go tam zostawiać, ale przynajmniej będzie bezpieczny, gdy
ja znajdę się na górze. Powiedziałem mu, żeby uciekał, jeśli nie wrócę,
ale był tak kościsty i chory, że się zastanawiałem, czy w ogóle da radę
wejść po schodach.
Ale może da radę. Po tych samych schodach wszedł Talon.
- Wrócę po ciebie. Obiecuję.
Miałem nadzieję, że będę w stanie dotrzymać tej obietnicy.
Ruszyłem w stronę schodów, a ciemne ściany zdawały się pulsować i zbliżać się ku sobie.
Mój Boże, jak Talon to przeżył?
I kim był ten mężczyzna w piwnicy?
Zebrałem się w sobie i powoli wszedłem na górę.
Przyszedłem tu sam i bez broni. Nie pomyślałem, by się zabezpieczyć.
Mógłbym skopać dupę Tomowi Simpsonowi samym spojrzeniem, a nawet gdyby
miał nóż, z łatwością mógłbym go rozbroić. Ale jeśli on miał broń...
Ten człowiek był zabójcą. Potrafił zamordować z zimną krwią. I Bóg jeden
wiedział, co zrobił temu biedakowi w piwnicy.
Żółć podeszła mi do gardła. Bzdura. Świetnie wiedziałem, co mu zrobił.
To samo, co mojemu bratu.
Cicho zamknąłem drzwi do piwnicy i przeszedłem przez małą kuchnię. Gałka
od drzwi wejściowych obróciła się powoli.
Wszedł mężczyzna, niosąc torbę z zakupami. O ile mogłem stwierdzić, był
nieuzbrojony. Włosy na głowie miał ufarbowane na ciemny brąz.
Ale oczy...
Na mojej twarzy pojawił się maniakalny uśmiech. Dopadłem go.
Wreszcie.
Wreszcie pomszczę mojego brata.
Mój uśmiech stał się szerszy.
- Witaj, Tom.
Rozdział pierwszy
Melanie
Postanowiłam odzyskać swoje życie. Odzyskać siebie. Ani przez chwilę nie
myślałam, że między Jonahem i mną wszystko jest już skończone. Mogłam mu
wybaczyć, że zignorował mój telefon tamtej nocy. W końcu to ja go
zostawiłam, wymknęłam się potajemnie z jego domu, ponieważ czułam się
zbyt zawstydzona, by zostać i porozmawiać z Talonem i Jade po tym, jak
nakryli nas nago przy basenie Jonaha.
Ale jedno wiedziałam na pewno: nie mogłam już polegać na Jonahu, jeśli
chodzi o moje bezpieczeństwo, o moją ochronę. Musiałam dojść do ładu z własnymi duchami przeszłości, by mnie już nie ścigały i przestały
nawiedzać.
Pojechałam do swojego mieszkania w mieście. Wcześniej otrzymałam
wiadomość głosową od agenta ubezpieczeniowego, że policja zebrała
wszystkie potrzebne dowody i że mogę wejść do domu, aby wziąć wszystko,
czego potrzebuję, bez eskorty policji. I teraz zamierzałam to zrobić. A kiedy firma ubezpieczeniowa wypłaci odszkodowanie, zrobię remont w mieszkaniu i je sprzedam. Tak, chciałam odzyskać swoje życie, ale
wiedziałam, że nie uda mi się tego zrobić na tym poddaszu. Za dużo tam
się wydarzyło. Zacznę od nowa gdzie indziej.
Zaparkowałam na swoim miejscu parkingowym i weszłam do budynku.
Wjechałam windą na czwarte piętro i podeszłam do drzwi. Taśma policyjna
zniknęła, a w drzwiach zainstalowano nowy zamek. Był to zamek dotykowy,
a policja dała mi kod i instrukcje, jak go zmienić. Wprowadziłam cztery
cyfry i otworzyłam drzwi.
- Doktor Carmichael?
Zerknęłam przez ramię. Ruby Lee, policjantka, którą poznałam podczas
pobytu w szpitalu i z którą kilka razy rozmawiałam, szła od strony windy
w moim kierunku. Prawie jej nie poznałam, bo nie była w mundurze. Miała
na sobie spodnie w kolorze khaki i białą koszulę zapiętą prawie pod
szyję. Jej gładkie ciemne włosy dalej były zaczesane do tyłu i spięte w kok. Miała piękne rysy twarzy i przenikliwe niebieskie oczy, ale nawet
gdy nie była w mundurze, ubierała się jak mężczyzna. Dla każdego coś
dobrego.
- Pani oficer, co pani tu robi?
Uśmiechnęła się szeroko.
- Teraz detektyw Lee.
- Gratulacje. Zastanawiałam się, dlaczego nie jest pani w mundurze.
- Nie spodziewałam się pani tutaj - stwierdziła.
- Ja też tego nie planowałam. Ale przyjechałam. Nie ma co tego
wszystkiego odkładać na później. To w niczym nie pomoże.
- Cóż, proszę się mną nie przejmować. Chciałam się tylko rozejrzeć.
Sprawdzić, czy mundurowi i pozostali niczego nie przeoczyli.
- Coś nowego w sprawie? Ma pani jakieś poszlaki?
- Obawiam się, że nie. Rozmawiałam z prawie wszystkimi, z którymi
mogłam, mimo że oficjalnie nie jest to już moja sprawa. Prawdę mówiąc,
prawdopodobnie w ogóle nie powinnam tu przychodzić. Jestem po służbie.
Ale coś w tej sprawie jest...
- Co takiego? - zdziwiłam się.
Potrząsnęła głową.
- Jest w tym dla mnie coś... osobistego. Na razie zostańmy przy tym.
Byłam psychoterapeutką. Nie mogłam zostawić niczego "na razie".
- Proszę czuć się jak u siebie w domu. Jeśli chce pani mi pomóc, to
oczywiście zapraszam.
- Dziękuję. To miłe z pani strony. - Weszła za mną do mieszkania.
Mieszkanie wciąż było w opłakanym stanie. Nic dziwnego. Przecież policja
nie miała obowiązku zatrudniać firmy sprzątającej do zrobienia porządków
po przestępcy - ani tym bardziej po sobie. Spojrzałam na salon. Sofa
była rozpruta. Leżała na niej książka, prawie niewidoczna pod ściereczką
do kurzu. Podniosłam ją i odwróciłam, by zobaczyć okładkę.
Lód zmroził moje serce. Ktoś napisał na niej czarnym markerem: "Suka".
- Przykro mi, że musiała pani to zobaczyć - powiedziała Lee, odbierając
mi książkę.
- W porządku, pani oficer. To znaczy pani detektyw.
Uśmiechnęła się.
- Co pani powie na Ruby?
Odwzajemniłam jej uśmiech.
- Więc mów mi Melanie.
Wyciągnęła rękę.
- Zgoda. To powinno być zabrane jako dowód. Cholera. I nie mam
rękawiczek.
- Domyślam się, że teraz są na niej zarówno twoje, jak i moje odciski.
Przepraszam.
- Nie ma za co. To nie twoja wina. Chłopaki od tej sprawy usłyszą ode
mnie kilka gorzkich słów. - Potrząsnęła głową. - Durnie.
Spojrzałam w jej stronę.
- Przepraszam. Są przepracowani tak jak my wszyscy. A ponieważ udało ci
się uciec i nie jesteś ani ciężko ranna, ani martwa, twoja sprawa nie
jest priorytetem. Chciałabym, żeby tak było, ale niestety nasze zasoby
są ograniczone.
Westchnęłam. To samo przez całe życie. Nigdy nie jestem priorytetem.
"Przestań!"
Złożyłam sobie solenną obietnicę, że przestanę uważać siebie za
przeciętną i, do cholery, zamierzałam jej dotrzymać, bez względu na to,
jak zaniedbywali mnie rodzice i jak teraz zaniedbywała mnie policja.
- Szkoda, że moja sprawa nie jest priorytetem, ale chyba to rozumiem. -
Ponownie rozejrzałam się po pokoju. - Nie sądzę, bym cokolwiek z tego
jeszcze chciała. Dostanę pieniądze z ubezpieczenia za to, co zostało
zniszczone. Za nie kupię nowe rzeczy. Myślę, że zadzwonię do organizacji
charytatywnej, żeby zabrała resztę tego badziewia. - Wyjęłam komórkę i szybko wyszukałam numer do Armii Zbawienia.
- Zaczekaj - powiedziała Ruby. - Chciałabym tu jeszcze trochę poszperać,
jeśli pozwolisz. To znaczy, zanim wyrzucisz te wszystkie rzeczy.
- Myślałam, że policja i detektywi mają już wszystko, czego potrzebują -
odparłam. - Dlatego mogłam tu przyjść.
- Tak powiedzieli, ale książkę przegapili. - Wyciągnęła ją ku mnie. -
Jak już mówiłam, jestem po służbie. Ta sprawa jest dla mnie... osobista.
Powiedziała to już drugi raz. Z pewnością nie liczyła na to, że ja jako
terapeutka odpuszczę.
- Wybacz moje pytanie - zaczęłam - ale dlaczego? Dlaczego to sprawa
osobista?
- Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.
- Sama otworzyłaś te drzwi, Ruby. To moje mieszkanie, a ty nie jesteś tu
oficjalnie. Jeśli to, co znajdziesz, pomoże w szukaniu szaleńca, który
mnie porwał, odurzył i próbował zabić, to jak najbardziej jestem za. Ale
muszę wiedzieć, o co chodzi.
Westchnęła i się rozejrzała.
- Nie bardzo mamy gdzie usiąść, co?
- Niestety nie. Przynajmniej nie tutaj. Możemy skorzystać z łóżka w drugim pokoju. Albo z podłogi. - Wskazałam gestem.
- Mnie pasuje. - Ruby usiadła ze skrzyżowanymi nogami.
Spoczęłam na podłodze naprzeciwko niej.
- Słuchaj, nie musisz mówić o tym, czego nie chcesz, ale potrzebuję
jakiegoś wyjaśnienia, dlaczego traktujesz to tak osobiście.
- W porządku. - Odchrząknęła. - Już zaczynam. Istnieje powód, dla
którego zostałam odsunięta od tej sprawy po awansie.
- Tak?
- Trudno mi o tym mówić. To szalony zbieg okoliczności, prawie
niemożliwy.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Do czego ona zmierza?
- Od piętnastego roku życia nie mam kontaktu z rodziną. Uciekłam z domu
i nigdy już nie wróciłam.
Nastolatki zwykle nie uciekają, chyba że mają bardzo dobry powód.
- Co się stało? Dlaczego to zrobiłaś?
- Uciekłam od ojca.
- A co z twoją matką?
- Nie żyje. Przynajmniej tak mi się wydaje. Zawsze mi mówił, że ona nie
żyje, ale jakoś nigdy nie byłam tego do końca pewna.
Skinęłam głową.
- Co to wszystko ma wspólnego z moją sprawą?
Wzięła głęboki wdech i wypuściła powoli powietrze, zamykając na chwilę
oczy. Kiedy je otworzyła, zapłonęły jasnym błękitem.
- Wiem o twojej historii z Giną Cates i o jej wujku, który się nad nią
znęcał.
Wszystkie te informacje przekazałam funkcjonariuszom policji podczas
przesłuchania i na pewno usłyszeli je również od doktora Rodneya Catesa,
ojca Giny, ponieważ był on głównym podejrzanym o moje uprowadzenie,
dopóki nie oczyszczono go z zarzutów dzięki jego żelaznemu alibi.
- Z pewnością wiesz, że nie mogę z tobą o tym rozmawiać. Nawet jeśli
Gina nie żyje, jej notatki z psychoterapii są nadal chronione przez
HIPAA.
- Tak, rozumiem to wszystko. Nie zamierzam wypytywać cię o informacje na
temat Giny. Wiem o niej wszystko, co muszę wiedzieć. Kiedyś byłyśmy
sobie bliskie. Dawno temu.
- Tak?
- Tak. To moja kuzynka. Mężczyzna, który ją zgwałcił, jest moim ojcem.
Rozdział drugi
Jonah
Tom pozostał niewzruszony. Nie otworzył szerzej oczu. Twarz mu nie
zbladła. Był jak lód. Tak, człowiek lodowiec. Ale ja widziałem to, co
kryło się pod powierzchnią. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.
Ręce mu się trzęsły. Tylko nieznacznie, ale wystarczająco, bym mógł to
dostrzec.
- To miło z twojej strony, że przyniosłeś zakupy. Czy to dla twojego
gościa w piwnicy? - Wstałem i podszedłem do niego. Nie zapanował nad
drżącymi rękami i upuścił torbę z zakupami. Jabłka zaczęły toczyć się w moją stronę, podczas gdy on rzucił się do ucieczki.
Do diabła, nie.
Pobiegłem za nim i z impetem powaliłem go na trawnik. Gdyby to był
beton, mógłbym psycholowi zrobić krzywdę.
- Ty skurwysynu!
- Kim jesteś? - krzyknął. - Dopadłeś nie tego faceta!
- Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś Tomem Simpsonem? Pierdolonym
burmistrzem Snow Creek? Jednym z tych, którzy zgwałcili mojego brata? Ta
kiepska farba nie ukryje twojej tożsamości.
- Puść mnie!
Położyłem się na nim i zacisnąłem dłoń na jego ustach.
- Rozpoznałbym te oczy wszędzie. Mój najlepszy przyjaciel ma takie same,
podobnie jak jego synek. A jeśli kiedykolwiek dowiem się, że dotknąłeś
choćby jednego włoska na głowie tego dziecka... Kurwa!
Szybko zabrałem rękę. Skurwiel ugryzł mnie do krwi.
Poruszał się szybko, ale ja byłem większy i silniejszy. W mgnieniu oka
położyłem rękę z powrotem na jego ustach, nie zważając na ból. Płynąca
ze mnie krew rozmazała się na jego policzkach.
- Myślisz, że mi uciekniesz, głupi skurwysynu? Nie jestem
dziesięcioletnim chłopcem. Jestem dorosłym mężczyzną i mogę cię
zniszczyć. - Rozsiadłem się na jego udach, przytrzymując jego nogi, a drugą ręką ścisnąłem mu szyję. Rozejrzałem się szybko. Dzięki Bogu
byliśmy na tyle odosobnieni, że nikt nie mógł nas zobaczyć. - Mógłbym ci
skręcić kark. Właśnie teraz, gdy tu leżysz, próbując się uwolnić.
Mógłbym skręcić ci kark, Tom.
Mamrotał coś niezrozumiale, wbijając twarz w moją dłoń.
- Dlaczego to zrobiłeś? Jesteś aż tak chory? A może ktoś ci zapłacił?
Dlaczego porwałeś mojego brata? Chciałeś się odegrać za coś na moim
ojcu? Powiesz mi, kurwa! Kiedy wejdziemy do domu, skleję ci pieprzone
ręce i nogi taśmą, a ty zaczniesz mówić.
Jego usta poruszyły się pod moją dłonią, a ja zacisnąłem ręce jeszcze
mocniej.
- Koniec z gryzieniem, bo będzie gorzej. - Ścisnąłem silniej jego szyję.
- Czy my się rozumiemy, Tom?
Krzyknął coś, jego głos wibrował w mojej dłoni.
- Na to pytanie można odpowiedzieć "tak" lub "nie". Kiwnij lub pokręć
głową. Rozumiemy się?
Wydawało mi się, że jego oczy się uspokajają. Co jest, kurwa?
Powoli, nie puszczając jego ust, rozluźniłem swoje uda wokół jego.
Błyskawicznie zerwałem się na równe nogi i uskoczyłem, pociągając go za
sobą i nie zwalniając uścisku. Zaprowadziłem go z powrotem do domu i rzuciłem na krzesło.
Spojrzałem na rozsypane jabłka i inne artykuły spożywcze i ku swej
radości zobaczyłem wśród nich rolkę taśmy klejącej.
Podniosłem ją.
- Dużo tego używasz, prawda, Tom?
Chrząknął w odpowiedzi, pocierając kark.
Szybko rozwinąłem taśmę, po czym związałem mu nadgarstki i kostki.
- Teraz mamy pewność, że nigdzie nie pójdziesz.
- Kim ty jesteś? - zapytał.
Roześmiałem się głośno.
- Naprawdę chcesz się w to bawić? Odgrywać scenkę pod tytułem "Złapałeś
nie tego faceta"?
- Pomocy! Pomocy! - Jego głos był stłumiony i niezbyt głośny.
- Kto cię, do cholery, usłyszy? Ten biedak, którego związałeś na dole?
Jest tak słaby, że ledwo może się ruszać. I dlaczego miałby ci pomóc?
Wykorzystałeś go i znęcałeś się nad nim tak samo jak nad moim bratem,
tak samo jak nad własnym siostrzeńcem. Tak samo jak nad tymi wszystkimi
innymi dziećmi... i Bóg wie nad kim jeszcze.
Otworzył usta, a potem je zamknął.
- Masz coś jeszcze do powiedzenia?
- Joe...
- Więc wiesz, kim jestem. Zadziwiające!
- Joe, nic nie rozumiesz.
- Myślę, że rozumiem to bardzo dobrze. Ty i twoi psychopatyczni
przyjaciele robicie to od dłuższego czasu. Od dzisiaj z tym koniec.
Złapaliśmy Larry'ego Wade'a, a teraz mamy ciebie. Ale zanim wezwę tu
gliny, żeby zawlekły twój tyłek do więzienia, chciałbym cię o coś
zapytać. Kim, do cholery, jest ten trzeci facet, który porwał mojego
brata?
Tom zacisnął usta.
- Zupełnie jak Larry. Nic nie mówisz. Co ten facet ma na was dwóch?
Dalej milczał.
- Wiesz, nie byłem w Marines tak jak Talon. Nie mam żadnego
doświadczenia w torturowaniu ludzi. Ale mam bardzo bujną wyobraźnię.
Założę się, że mógłbym zmusić cię do mówienia.
Potrząsnął głową, wciąż zaciskając usta.
Blefowałem. Nie miałem pojęcia, czy w tym małym domu znajdę cokolwiek,
czym mógłbym go torturować, i tak naprawdę nie podobał mi się pomysł
zrobienia czegokolwiek innego poza spuszczeniem mu łomotu. Ale musiałem
coś wymyślić. Znaleźć coś, co sprawiłoby mu ból na tyle, by zaczął
mówić.
- Byłeś kiedyś ruchany w dupę, Tom?
Tom zesztywniał. Starał się zachować spokój, ale to był celny strzał.
Wyraźnie to widziałem. Po twarzy spłynęły mu kropelki potu i oddychał
szybko.
- Nie ekscytuj się zbytnio. Nie mam zamiaru zrobić tego osobiście. W przeciwieństwie do ciebie mogę mieć wzwód tylko przy kobietach, do
których coś czuję. Nie w obecności jakiejś biednej duszyczki w piwnicy,
a już na pewno nie w obecności małych chłopców i dziewczynek. A już na
mur nie w twojej. Ale założę się, że znajdę tu coś, co mógłbym wepchnąć
w twój ciasny dziewiczy tyłek. Coś dużego. Coś, co sprawi, że poczujesz
to, co czuł mój brat przez ten cały czas.
- Joe, proszę... - Tom naprężył się pod taśmą klejącą.
- Co słyszę? Błaganie? Naprawdę? Ty? Kwintesencja człowieka lodowca? -
Krążyłem po salonie w poszukiwaniu czegoś długiego i grubego. - Naprawdę
myślisz, że mnie to, kurwa, obchodzi? Masz urojenia. Ile razy Talon cię
błagał? Ile razy, Tom? A Luke? A co z tym biedakiem w piwnicy?
Znów otworzył usta, ale wymierzyłem mu prawy sierpowy.
- Nie obchodzi mnie to. Powiedzmy, że każde twoje otworzenie ust sprawi,
że będę cię dłużej torturował.
- Nigdy nie mógłbyś nikogo torturować, Joe. - Uniósł kącik ust w półuśmiechu. Jego twarz przybrała stoicki wyraz. Człowiek lodowiec. -
Nie masz tego czegoś w sobie.
Wzbierał we mnie gniew.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem podły. Część mnie umarła tamtego
dnia, kiedy porwałeś mojego brata. Część mojego człowieczeństwa... i nigdy, kurwa, się nie odrodziła.
To było kłamstwo. Melanie pielęgnowała we mnie to, czego tak bardzo mi
brakowało, a ja byłem na drodze do ponownego stania się całością.
Ale teraz jej już nie było.
A ja nie czułem się już prawdziwym człowiekiem. Przede mną siedział
jeden z potworów torturujących mojego brata.
Czas na zemstę.
Wszedłem do kuchni i dostrzegłem starą miotłę stojącą w rogu. Jej
trzonek nie był wystarczająco gruby, ale musiała mi wystarczyć. Złamałem
go na kolanie i przyjrzałem się jego rozszczepionym końcom.
Tak. To się nada.
Z bronią w ręce wróciłem do salonu. Tymczasem Tomowi udało się
podskokami dostać do drzwi. Złapałem go za ramię i pociągnąłem z powrotem na kanapę.
Podniosłem odłamany kawałek trzonka miotły.
- Jak myślisz, co mogę z tym zrobić?
Jego oczy się rozszerzyły. Tylko nieznacznie, ale zauważyłem to. Potem
jego tęczówki przesunęły się w prawo i z powrotem. Człowiek lodowiec
znów się topił.
- Widzę, że rozumiesz. Ale najpierw... - Zebrałem w sobie całą siłę i uderzyłem Toma kijem w policzek.
Stęknął, ale jego twarz była nadal niewzruszona.
- Podoba ci się to? Dopiero zaczynamy. - Uderzyłem go ponownie, tym
razem w ramię.
Znowu stęknął.
- Nie zrobisz tego, Joe.
- Co ja mówiłem o pyskowaniu? Właśnie przedłużyłeś czas swoich tortur,
dupku. Ale ty lubisz zabawę. Przecież to zabawne, co robisz innym. Tym
wszystkim niewinnym dzieciom. Inaczej po co byś to robił?
Nic nie odpowiedział.
Podniosłem rękę, by jeszcze raz go uderzyć, a wtedy drzwi się otworzyły.
Odruchowo odwróciłem się w stronę, skąd dobiegł mnie hałas. Stał tam
mężczyzna ubrany na czarno, w masce narciarskiej, celując we mnie z glocka. Spojrzał na mnie lodowato niebieskimi oczami.
- Nie ruszaj się, bo odstrzelę ci łeb.
Rozdział trzeci
Melanie
Zamarłam. Czy ja dobrze usłyszałam słowa pani detektyw?
- Wujek Giny jest twoim ojcem?
Przytaknęła.
- Nie jestem z tego dumna. Nawet nie znałam go w dzieciństwie.
- Więc nie dorastałaś z nim?
- Nie. - Potrząsnęła głową. - Moja mama była sama. Zmarła, gdy miałam
czternaście lat. Przynajmniej tak mi powiedziano. Choć nigdy nie
zobaczyłam jej ciała. Nie miała żadnej rodziny, o której byłoby mi
wiadomo i którą można byłoby odnaleźć, więc sąd wysłał mnie do mężczyzny
wpisanego w moim akcie urodzenia. Do mojego ojca.
- A jak on się nazywał?
- Mój ojciec? Kto wie, jak się teraz nazywa? Miał wiele różnych imion.
Jego prawdziwe imię to Theodore Mathias. Czyli Theo, kiedy używał tego
imienia.
Przypomniałam sobie sesję z Giną.
- Jak on się nazywał? Jak go nazywałaś?
- Nazywałam go Tio.
- Dlaczego chciał, żebyś go tak nazywała?
- Nie wiem.
- To po hiszpańsku "wujek". Czy twój wujek był Hiszpanem?
- Nie. Był bratem mojej matki. Oboje urodzili się tutaj.
Czy Gina mogła mieć na myśli Theo? Miała osiem lat, gdy zaczął ją
molestować, była nieco młodsza, gdy zaczął się z nią zaprzyjaźniać. Być
może dla niej Theo brzmiało jak Tio.
- Kiedy ostatni raz widziałaś swojego ojca? - spytałam.
- Nie widziałam go, odkąd wyjechałam z domu. Nigdy mnie nie szukał. Ale
kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie. Nie jestem pewna, dlaczego
zgodziłam się z nim zobaczyć. Chyba mam zadatki na męczennicę. -
Zaśmiała się nerwowo. - Może myślałam, że coś z niego wyciągnę. W każdym
razie przyjechał do miasta z dziewczyną. Jakąś byłą supermodelką, która
spijała z jego ust każde słowo. To było dość obrzydliwe.
Poczułam skurcz w żołądku.
- O mój Boże. - Czyżby Talon miał rację?
- Co się stało?
- Ta modelka. Nazywała się Brooke Bailey?
- Tak. To była ona. Wspaniała, ale, Boże, taka zapatrzona w siebie.
Tak, to była Brooke Bailey co do joty.
- Opowiadała w kółko o moich wysokich kościach policzkowych i delikatnych rysach twarzy, a także o tym, że chciałaby zrobić mi
makijaż, ubrać mnie w jakieś przyzwoite ciuchy, które podkreśliłyby moją
sylwetkę, zrobić coś z moimi włosami. Aż chciało mi się wymiotować. -
Ruby przewróciła oczami.
Ja też byłam bliska zwymiotowania, ale nie dlatego, że Brooke chciała
przerobić Ruby na gwiazdę. To było jakieś szaleństwo. W końcu sprawa
zaczynała się wyjaśniać. Talon miał rację. Okazało się, że nie bez
powodu to wszystko było tak blisko siebie. Ruby całkiem nieświadomie
właśnie dała mi dowód, którego potrzebowałam. Dowód na to, że wujek Giny
najprawdopodobniej był jednym z tych, którzy porwali Talona. Trzecim
mężczyzną. Tym, który do tej pory był nieuchwytny. Nie byłam pewna, ile
mogę teraz powiedzieć Ruby. To wciąż pozostawało w sferze domysłów.
Wiedziałam jedynie, że chłopak Brooke Bailey, Nico Kostas, jest ojcem
Ruby i człowiekiem, który znęcał się nad Giną. Wciąż nie było dowodu na
to, że uprowadził Talona, poza poszlaką, że niejaki Milo Sanchez -
kolejny pseudonim, którego używał Theodore Mathias według Rodneya Catesa
- miał dokładnie taki sam tatuaż jak Nico Kostas i jeden z porywaczy
Talona.
- Czy twój ojciec ma tatuaż?
- Tak, ma ich kilka.
- Czy może jeden z nich jest na jego przedramieniu?
- Tak - przytaknęła. - Chyba na lewym.
Bingo.
- Niech zgadnę. To feniks.
- Skąd wiesz?!
Właśnie zidentyfikowałam trzeciego porywacza. Przełknęłam ślinę, by nie
zwymiotować.
- Wszystko w porządku? - zapytała Ruby.
Przytaknęłam.
- Przepraszam. Przez chwilę miałam gonitwę myśli.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Skąd wiedziałaś, że mój ojciec ma
tatuaż feniksa na przedramieniu?
- Nie mogę ci jeszcze powiedzieć. - Miałam cichą nadzieję, że to kupi.
Była policjantką. Rozumiała znaczenie utrzymywania pewnych rzeczy w tajemnicy. - Więc nie widziałaś swojego ojca od kilku miesięcy?
- Nie. - Potrząsnęła głową. - I powiem ci, że nie mam ochoty go więcej
widzieć.
- Dlaczego?
- Jak myślisz dlaczego? Jest obrzydliwą namiastką człowieka. Zgwałcił i molestował moją kuzynkę, co doprowadziło do jej samobójstwa. - Wypuściła
głośno powietrze. - Pozwól, że sformułuję to nieco inaczej. Chcę go
znowu zobaczyć, ale za kratkami.
Czy nie było jeszcze za wcześnie, abym zdradziła jej swoją teorię, że
Gina nie popełniła samobójstwa, ale została zamordowana? Chyba tak. Nie
mogę tego zrobić, zanim nie porozmawiam z Jonahem i Talonem. I na pewno
nie mogłam powiedzieć Ruby, o co jeszcze podejrzewałam jej ojca, a właściwie, co o nim wiedziałam. Że był jednym z trzech ludzi, którzy
uprowadzili i molestowali Talona Steela.
- Ruby, czy on...?
Westchnęła.
- Nie. Raz próbował, ale uciekłam. Dlatego uciekłam od niego, gdy miałam
piętnaście lat.
Serce mi się krajało, a ukryta we mnie terapeutka chciała dowiedzieć się
wszystkiego i jej pomóc.
- Co zrobiłaś? Dokąd poszłaś?
Wstała.
- Masz tu jakiś alkohol? Skoro mamy wyruszyć w przeszłość, to muszę się
napić.
Ja też miałam na to ochotę.
- Może mam gdzieś butelkę wina. Albo trochę ginu. Nie piję zbyt dużo.
- Ja też nie - stwierdziła Ruby. - Ale jeśli mam rozmawiać o drogim,
starym tacie, nie obejdzie się bez tego.
Przetrząsnęłam kuchnię i znalazłam butelkę pinot noir. Wyjęłam
korkociąg, szybko otworzyłam i nalałam wina do dwóch kieliszków. Podałam
jeden Ruby.
- Szkoda, że nie mamy żadnego przyzwoitego miejsce do siedzenia.
- Daj spokój. Podłoga jest w porządku. - Usiadła z powrotem ze
skrzyżowanymi nogami.
- Naprawdę mi przykro z powodu tego, przez co przeszłaś ze swoim ojcem -
powiedziałam.
Ruby wzięła długi łyk wina.
- Nie jest złe. Wino to mój ulubiony alkohol, choć akurat nie jestem
wielką fanką pinot noir. Chciałabym kiedyś dowiedzieć się więcej o winie.
Przyszedł mi do głowy Ryan Steel. To był człowiek, który znał się na
winie. Spojrzałam na Ruby. Miała piękną twarz, a jej włosy, choć
zaczesane do tyłu, były wyraźnie gęste i bujne, ciemnobrązowe, prawie
czarne. Zaskakująco niebieskie oczy. Uśmiechnęłam się wbrew sobie. O takiej kobiecie musiała marzyć Brooke Bailey. Puste płótno, na którym
mogła pracować nad swoją magią metamorfozy.
Z pewnością nie była w typie Ryana Steela. Ale co ja mogłam wiedzieć o jego typie? Prawie go nie znałam. Ostatnio nie brał udziału w rodzinnych
sprawach, pochłaniała go wytężona praca w winiarni. Ale Ryan wyglądał
wspaniale. Modelowo przystojny, a Ruby Lee daleko było do modelki. Gdyby
jednak ją trochę ulepszyć...
Przerwałam tę myśl. Była jak myśli Brooke Bailey. Uchowaj Boże.
- Ja też lubię wino. Przede wszystkim czerwone.
- Tak, ja też wolę czerwone. Ma o wiele bogatszy bukiet niż białe.
Tak naprawdę nie interesowała mnie rozmowa o winie, ale to był sposób na
otwarcie Ruby.
- Jakie jest twoje ulubione? Mam na myśli czerwone wino.
- Niełatwo odpowiedzieć. Uwielbiam dobre roczniki bordeaux, ale czasami
dobre wino stołowe barbera z Włoch jest doskonałe. Zależy od mojego
nastroju, wiesz.
Najwyraźniej wiedziała o winie znacznie więcej niż ja. Nigdy nie
słyszałam o tym gatunku. Będę musiała podpytać Ryana.
- Tak, rozumiem.
- Pytałaś o mojego ojca.
- Tak. Nie chcę być wścibska, ale wiesz już, że Gina była moją
pacjentką. Wszystko, co możesz mi powiedzieć, a co mogłoby rzucić
światło na jej sytuację, nawet jeśli ona już nie żyje, będzie pomocne.
- Nie wiem o moim ojcu zbyt wiele. A raczej nie wiem zbyt wiele o tym,
czym się zajmuje. W przeszłości występował pod wieloma nazwiskami. To
oczywiste, że molestuje dzieci, i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, za
jakie inne rzeczy może być odpowiedzialny. Dlatego potrzebuje tych
wszystkich pseudonimów. - Wzięła kolejny łyk wina.
Przyjrzałam się jej. Ruby odnosiła się do tej sprawy nonszalancko. Zbyt
nonszalancko. To była fasada. Twarz miała spiętą. Chciałam jej
powiedzieć, że przy mnie może być sobą. Może być zła, jeśli tego
potrzebuje. Że ją rozumiem. Ale na to było za wcześnie. Ledwo się
znałyśmy, więc nie mogłam jeszcze przejść w tryb terapeutki.
- Czy wiesz, jakiego pseudonimu używał, gdy widziałaś go ostatnio? Kiedy
spotkałaś Brooke?
- Nazwała go Nico. To był nowy pseudonim. Nigdy wcześniej nie
słyszałam, żeby tak kazał do siebie mówić.
- Skąd wiesz o wszystkich innych?
- Przez lata miałam go na oku. - Potrząsnęła głową. - Szczerze mówiąc,
to szaleństwo. Nie wiem, jak uchodzi mu na sucho to całe gówno, które
robi. Nigdy nie został nawet aresztowany.
- Jakie były jego relacje z twoją matką?
- Nie istniały. Nie wiedziałam nawet, kim on jest, dopóki moja mama nie
odeszła. - Odchrząknęła. - Nigdy nie powiedziała mi nic o ojcu. Zawsze
odmawiała rozmowy, gdy o niego pytałam. A potem, kiedy zniknęła,
wyciągnięto mój akt urodzenia, a tam były jego dane.
- Więc nigdy się nie dowiedziałaś, co się wydarzyło między nimi?
- Nie. Według ojca to była jednonocna przygoda, z której nic nie wyszło.
- Tak mi przykro.
- Niepotrzebnie. Ten facet to psychopata. Wolałabym nie mieć jego genów,
ale nie mam wyboru.
- Więc co się stało? Po tym, jak uciekłaś? Czy twój ojciec cię szukał?
- Żartujesz sobie? Nigdy mnie nie chciał. Jasne, byłam wystarczająco
dobra, żeby mnie bzykać, ale to, jak obie wiemy, mógł łatwo znaleźć
sobie gdzie indziej.
- Dokąd pojechałaś?
- Kiedy uciekłam, było lato i przez kilka tygodni mieszkałam na ulicy.
To nie było takie trudne. Moja mama i ja byłyśmy dość biedne i nieraz
musiałam kraść, żebyśmy mogły coś zjeść. Nie było to więc dla mnie nic
nowego, choć starałam się unikać kradzieży tak bardzo, jak tylko mogłam.
Nie chciałam zostać aresztowana i odesłana do domu. Gdy nadeszła jesień,
wiedziałam, że muszę znaleźć inne rozwiązanie. Bałam się pójść do opieki
społecznej ze strachu, że odeślą mnie z powrotem do niego. Znalazłam
więc pracę jako kelnerka na fałszywym dowodzie osobistym i w ciągu kilku
tygodni zebrałam wystarczająco dużo forsy, by przeprowadzić się do
naprawdę gównianego miejsca po złej stronie miasta. Ale trzymałam się na
uboczu, poza zasięgiem radaru, i pozostałam bezpieczna przez następne
trzy lata, aż do moich osiemnastych urodzin. Poszłam też na policję i złożyłam skargę na mojego ojca. A potem złożyłam podanie o przyjęcie
mnie do akademii policyjnej.
- Nieźle.
- Ale szczęśliwe zakończenie jeszcze nie nastąpiło. Dowiedziałam się, że
abym mogła być przyjęta do akademii policyjnej, muszę mieć dwadzieścia
jeden lat i ukończoną szkołę średnią. Potrzebowałam więc nowego planu. W małej knajpce, w której pracowałam jako kelnerka, udało mi się awansować
na kierowniczkę nocnej zmiany, więc zachowałam tę pracę, przeprowadziłam
się w nieco lepsze miejsce, zdałam maturę i czekałam kolejne trzy lata.
W tym czasie policja nigdy nie zrobiła nic w sprawie mojego ojca. Przez
jakiś czas kontaktowałam się z nimi co tydzień. Potem się poddałam.
- Nieźle - powiedziałam ponownie.
- W tym momencie nie chciałam zostawiać niczego przypadkowi, więc
zaczęłam intensywnie ćwiczyć. Byłam zdeterminowana, by w ciągu trzech
lat dostać się do akademii i stać się jak najlepszą funkcjonariuszką
policji. Chciałam wsadzać do pudła ludzi takich jak mój ojciec.
- Więc dlaczego tego nie zrobiłaś? To znaczy, dlaczego nie zapuszkowałaś
ojca?
- Ponieważ ten brudny drań nigdy nie zostawia śladów. Nigdy nie miałam
dostatecznych dowodów, by go aresztować, nie mówiąc już o czymś, co
można by było wykorzystać w procesie i go skazać.
- Naprawdę? A co z Giną?
- Odmówiła wniesienia oskarżenia. Po jakimś czasie przestałam ją
dręczyć. I tak było jej wystarczająco ciężko.
- I nie znalazłaś niczego więcej?
Ruby potrząsnęła głową.
- To sprytny i przebiegły skurwysyn. Ale kiedyś się potknie, a wtedy ja
już tam będę z kajdankami w ręce.
Jej niebieskie oczy płonęły jak ogień. Nie miałam wątpliwości, że tak
się stanie. Nie miałam też wątpliwości, że w przyszłości zobaczy swojego
ojca za kratkami. W niedalekiej przyszłości, jeśli Steelowie i ja
będziemy mieli coś do powiedzenia w tej sprawie.
Rozdział czwarty
Jonah
W głębi duszy zawsze zastanawiałem się, co bym zrobił, gdybym musiał
spojrzeć w lufę pistoletu. Ludzie zawsze mówili, że przelatuje im przed
oczami całe życie. U mnie tak się nie stało.
Może, gdybym nadal miał Melanie lub gdybym nadal czuł się potrzebny
rodzinie, bałbym się o swoje życie.
Ale to już przeszłość.
Melanie odeszła, bo ją zdradziłem. Zawiodłem ją. A Talon miał teraz
Jade. Dzięki Melanie wyzdrowiał, a on i Jade mają przed sobą piękne
życie.
Żadne z nich już mnie nie potrzebowało.
Nikt mnie nie potrzebował.
Z wyjątkiem...
Mężczyzny w piwnicy.
Nie mogłem go zostawić na pastwę tych dwóch degeneratów.
Postanowiłem więc zablefować.
- Myślisz, że boję się twojej pieprzonej broni? Pięć minut temu
zadzwoniłem na policję. Będą tu lada chwila. Więc, proszę bardzo, zabij
mnie, jeśli chcesz, ale ten biedak z dołu wsypie cię, jeśli mnie tu nie
będzie. Już go tu nie ma. Pozwoliłem mu odejść. - Spojrzałem na Toma. -
On zna twoje imię, Tom. Powiedziałem mu wszystko. A nawet jeśli będzie
zbyt słaby, by mówić? Larry Wade wyznał mi wszystko. Wyrolował was,
dwóch chorych skurwieli, i w końcu was znajdą.
Wiedziałem od Talona, że trzeci porywacz miał brązowe oczy, a nie
niebieskie, jak ten zamaskowany mężczyzna, ale o dziwo, moja odpowiedź
przyciągnęła jego uwagę. Jego niebieskie tęczówki zwęziły się lekko, a ja skupiłem na nich wzrok.
Coś złowieszczego czaiło się za nimi. Były zimne. Surowe. Nierealne.
- Niezłe wyczucie czasu - odezwał się Tom, jego głos był lodowaty i wyważony. Widziałem jednak, że udaje. Z włosów spływały mu krople potu.
- Zauważyłem jego samochód. Zaparkował swoją beemwicę przecznicę dalej.
To mnie zaalarmowało. Dlatego założyłem maskę. A ty co zrobiłeś?
Wszedłeś tutaj bez maski, bez broni? Bez sprawdzenia otoczenia? Twoja
zbytnia pewność siebie doprowadzi cię do śmierci. Głupi chuj. -
Mężczyzna w czerni odwrócił się do mnie. - Co mówiłeś o Larrym Wadzie?
- Nie słuchaj go - wtrącił się Tom. - Larry nigdy by nas nie wydał. Już
ja o to zadbałem.
- Naprawdę? - zaśmiałem się. - To jak myślisz, skąd wiedziałem, gdzie
jesteś?
Kolejny blef, ale zadziałał.
Tom uniósł brwi.
Odwróciłem się do mężczyzny w masce, który wciąż trzymał broń, co w końcu zaczęło wzbudzać mój strach. "Musisz się trzymać, Joe".
- A ty... Jak mam cię nazywać? Masz tyle różnych imion.
- Blefujesz - powiedział zamaskowany mężczyzna.
Stałem na swoim miejscu z rozpaczliwą nadzieją, że się nie posikam.
- Chcesz zaryzykować? Będą tu, zanim zdążysz mnie zabić i złapać tego
faceta z piwnicy. Więc śmiało. Strzelaj. Potem zostaniesz aresztowany za
morderstwo, a także za wszystkie inne podłe gówna, które zrobiłeś.
- Cholera. - Mężczyzna odwrócił się do Toma. - Spadam stąd.
Tom próbował wstać, ale upadł z powrotem na sofę.
- Zamierzasz mnie tu, kurwa, zostawić? Aby mnie złapali? Po tych
wszystkich latach? Po wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?
- Jezu, kurwa, Chryste. - Poderwał Toma z sofy. - Wskakuj do samochodu,
na miłość boską. Spierdalajmy stąd.
Po chwili już ich nie było.
Przełknąłem z ulgą, gdy niebieski mustang pomknął po żwirze, uwożąc Toma
i zamaskowanego mężczyznę.
Poczułem nagłe mdłości.
Właśnie wymknąłem się kostusze.
Cholera, musiałem się wysrać.
Ale najpierw trzeba zadzwonić na policję. Tym razem naprawdę.
Wyciągnąłem komórkę z tylnej kieszeni spodni i wtedy usłyszałem za sobą
jakieś szuranie.
Odwróciłem się.
Biedak z dołu wspiął się po schodach i teraz na kolanach przesuwał się w moją stronę.
Włożyłem telefon z powrotem do kieszeni i podbiegłem do niego.
- Mój Boże. Tutaj. - Podniosłem go (ważył nie więcej niż Melanie) i położyłem na kanapie. - Przyniosę ci wody.
Pobiegłem do kuchni, znalazłem kubek, szybko go napełniłem i wróciłem do
pokoju. Podłożyłem mu pod głowę poduszkę, aby mógł ją unieść. Podniosłem
kubek do jego ust. - Nie pij za dużo na początku. Twój organizm musi się
przyzwyczaić.
Gdy upił kilka łyków, odstawiłem kubek na stolik.
- Możesz mi powiedzieć, kim jesteś?
- Kahh... - Głos się załamał i przeszedł w szept.
- W porządku. Powiesz mi, gdy odzyskasz siły. - Pobiegłem do sypialni i znalazłem spodnie od dresu. Przyniosłem je i pomogłem mu się ubrać.
Teraz przynajmniej nie musiał się wstydzić swojej nagości.
Niestety wciąż czułem odór nieczystości otaczający młodego mężczyznę.
Bardzo by mu się przydał prysznic, ale w tej chwili nie byłem pewien,
czy ma na to siłę. Ale mogłem przynajmniej wziąć jakąś szmatkę i wytrzeć
mu twarz i ręce.
- Poczekaj. Zaraz wracam. - Szybko ruszyłem do kuchni i namoczyłem
ścierkę w ciepłej wodzie. Wróciłem i przetarłem nią jego twarz i ręce.
- Możesz mi coś powiedzieć?
- Kahh... - wyszeptał ponownie.
- Tak, zaraz zadzwonię na policję. - Gdy wyjmowałem ponownie telefon z kieszeni, mężczyzna dotknął mojego przedramienia. Spojrzałem mu w oczy.
Były zielonkawobrązowe.
- Kahhlin.
Rozdział piąty
Melanie
Miałam milion pytań do Ruby - o imiona, których używał jej ojciec, o to,
co powiedziała jej Gina, o to, jak ona sama uciekła - ale nie byłam
pewna, od czego zacząć.
Tymczasem ona podniosła butelkę wina stojącą obok nas na podłodze.
- Nie masz nic przeciwko?
- Proszę, częstuj się. - Podsunęłam też swój kieliszek.
Upiła łyk.
- Melanie...
- Tak?
- Byłabym wdzięczna, gdybyś... nikomu nie mówiła, że tu jestem. Wiesz,
ponieważ technicznie nie jest to już moja sprawa i jestem tu po
godzinach.
- Oczywiście. Ale chciałabym cię poprosić o pozwolenie na rozmowę o tym
z moim... - Z kim? Kim teraz był dla mnie Jonah? Dopóki się nie upewnię i dopóki nie miałam zgody jego i Talona na omówienie ich sytuacji z Ruby,
lepiej było zachować milczenie. - Nieważne.
- Chcesz porozmawiać o tym z kimś innym?
- Tymczasem nie.
- W porządku. Ale jeśli o mnie chodzi, nie uważam tego za tajemnicę. Nie
chcę chronić mojego ojca.
Pociągnęłam łyk wina.
- W takim razie jest kilka osób, z którymi będę chciała o tym
porozmawiać, ale jeszcze nie wiem kiedy. A tymczasem możemy pomówić
teraz trochę o Ginie?
- Tak. Pogodziłam się już z tym, co się stało. Najlepiej, jak
potrafiłam.
- Co masz na myśli?
- Pamiętaj, że nie znałam Giny, dopóki nie poznałam mojego ojca. Była
ode mnie młodsza o jakieś osiem lat. Mam teraz trzydzieści dwa lata,
jeśli chcesz wiedzieć. - Ruby się uśmiechnęła. - Nie należę do tych
kobiet, które mają problemy z mówieniem innym o swoim wieku.
- Ja też nie. Ja mam czterdzieści.
- Wyglądasz świetnie.
Zaśmiałam się.
- Ty też. - Była to prawda. Jej skóra była nieskazitelna. Nawet bez
makijażu cera miała piękny, naturalny odcień. Nie wiedziałam, dlaczego
nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu, choć miałam pewne
podejrzenia.
- Dzięki. W każdym razie kiedy uciekłam, miałam piętnaście lat, a Gina
siedem. Dopiero jako dorosła osoba powiedziała mi, co zrobił jej mój
ojciec. Zawsze czułam się z tego powodu winna. Gdybym nie wyjechała,
zrobiłby to mnie i być może jej zostałoby to oszczędzone.
Poczucie winy. Emanowało od Ruby jak czarna aura.
Wyglądało na to, że wszyscy, których ostatnio spotkałam, cierpieli z powodu poczucia winy... Włączając w to mnie samą.
- Nie możesz brać tego na swoje barki - powiedziałam. - To twój ojciec
odpowiada za to, co zrobił Ginie. I nikt inny.
- Tak, wiem to wszystko. I wiem, że jesteś łapidu... O Boże. Przepraszam.
Zaśmiałam się.
- W porządku. W naszym zawodzie jesteśmy do tego przyzwyczajeni.
- To dobrze. Tak sądzę. W każdym razie wiem o tym. Miałam kilka sesji
terapeutycznych w pracy. Ale trudno się pozbierać, wiesz?
Skąd ja to znałam?
- Uwierz mi, rozumiem. Przez ostatnie sześć miesięcy wciąż się
zastanawiałam, gdzie popełniłam błąd z Giną. Jeśli miała myśli
samobójcze, dlaczego nie zauważyłam niczego podczas naszych sesji? -
Potrząsnęłam głową. - Czasami samo poczucie winy wystarczy, by nas
zabić.
- To prawda - przytaknęła. - Ale jeśli o to chodzi, nie winię cię za
śmierć Giny.
- Dziękuję. To dla mnie wiele znaczy. Niestety jej rodzice już mnie
obwiniają. Złożyli skargę na mnie w komisji lekarskiej, a teraz pozywają
mnie również za błędy w sztuce.
- Żartujesz sobie.
Znowu upiłam łyk wina.
- Nie.
- Trzeba mieć dużo tupetu, żeby to zrobić. - Ruby potrząsnęła głową.
- Dlaczego tak mówisz?
Zaśmiała się sarkastycznie.
- Ponieważ oboje dokładnie wiedzieli, do czego zdolny jest mój ojciec.