Rozdział 1
Davide
Lipiec 2023
Kręci mi się w głowie.
Czuję na karku oddech pustki, która ciąży na nim niczym nieproszony gość. Pech chciał, że zawitała właśnie teraz. Gdyby nie fakt, że jest to wieczór kawalerski Noela, spieprzyłbym już dawno do domu.
W głowie mam słowa ojca, który nieraz mi powtarzał, że jestem zbyt wrażliwy na ten zawód. Za bardzo się wczuwam w wykreowaną przeze mnie fikcję, powieści pochłaniają mnie, wysysając resztki chęci do życia. Prawdziwego życia. Wkurzam się, myśląc, że miał rację. Nie potrafię się odciąć, nie po tym wszystkim.
Dla mnie nigdy nie byłaś fikcją. Z biegiem czasu i z każdą nową powieścią jesteś coraz prawdziwsza. Znam cię. Jeśli mam jakikolwiek apetyt na życie w tym zatrutym świecie, to muszę to udowodnić właśnie teraz. Nie będę uciekał. Dam sobie radę. Tylko gdzie są moi znajomi?
Obracam się wokół dużo wolniej, niż tego oczekiwałem. Spocone i lepkie ciała ocierają się w tańcu o mnie, przez co od razu cofam ręce. Robi mi się duszno. Nie mogę odgonić natarczywej myśli, że mimo tłoku czuję się tak, jakbym był tu sam.
Następnie dociera do mnie, że ty zawsze jesteś we mnie, tuż pod skórą, w moim sercu i na całym moim ciele. Nawet nie mam już siły starać się, by było inaczej.
Zamglonym wzrokiem odnajduję lożę, w której jeszcze niedawno, tak mi się wydaje, siedziałem z kumplami. Gdy uświadamiam sobie, że nie ma w niej już nikogo, czuję przyjemną ulgę. Znajomi pewnie pojechali do domu, może zmienili lokal - nie wiem. Najważniejsze, że jestem tu bez nich.
Rozglądam się po klubie wypełnionym po brzegi. Chwiejąc się na nogach, próbuję zachować fason i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W ustach mam jeszcze słodki smak pomarańczy, którą zagryzałem gorzką wódkę. To smak wakacji nad jeziorem w Polsce, gdy dziadek pierwszy raz dał mi spróbować mocnego alkoholu.
Myślę o pierwszych razach w lesie, nad jeziorem i z nią. Tęsknię za dziadkiem, babcią, za Laurą...
- Davide Rosa? - słyszę tuż za plecami, chociaż całkiem możliwe, że mój umysł postanowił i dziś się ze mną zabawić. Samotność owładnęła mną tak mocno, że wyobrażam sobie, iż ktoś mnie woła.
Rosa. Nazwisko przeklęte i znane tak bardzo, że nie pozwala mi na bycie sobą nawet na zatłoczonej Malcie. Czekam na kolejny ruch. Światła przede mną i te na mnie zdają się tańczyć. Rozjaśniają tatuaż, który mam od czasu, gdy tylko skończyłem osiemnaście lat. Patrzę na pióro zamoczone w atramencie. Takie samo jak to, które dumnie nosi mój ojciec.
Staję nieruchomo, nasłuchując, czy do moich uszu znów dobiegnie kobiecy głos. Myślę o tych wszystkich razach, gdy wypowiadałaś moje imię i nazwisko, uśmiechając się słodko na mój widok. O twoim twardym akcencie i lekko uniesionym kąciku ust, o spokojnym, zawsze kojącym głosie.
Często rozmawialiśmy o pragnieniach. Wtedy jeszcze marzyłem, że stanę się podobny do ojca. Teraz przeklinam moment, w którym marzenia stały się rzeczywistością. Dziś prowadzę tylko monotonny bełkot, od którego kręci mi się w głowie nawet na trzeźwo.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie teraz przypominam sobie moment, gdy wieszaliśmy kolorowe lampki na balustradzie twojego domku letniskowego. Może to gra świateł, a może alkohol sprawił, że wracam do tego magicznego wspomnienia. Było ciepło jak na wakacje w Polsce, a twoja rodzina zaprosiła mnie na kolację. Mówiłaś wtedy, że się spisałem, i pocałowałaś mnie w policzek.
- Spisałeś się, Davide Rosa, spisałeś się - szepczę sam do siebie. A może tylko myślę? Nie jestem pewien.
Gorąca brazylijska samba jeszcze bardziej podgrzewa atmosferę wśród głośnych imprezowiczów.
Stoję, nie chcę nawet drgnąć.
Myślę o tym, że miałaś w sobie moc rozpalania we mnie żaru, byłaś ogniem. Gdybym mógł teraz usiąść do klawiatury, napisałbym, że zrobiłbym wszystko, by się nie odwracać i wyobrażać sobie, że to ty jesteś w tłumie, że za chwilę przytulisz się do moich pleców, a ja znów zacznę czuć.
Delikatna dłoń prowadzona w dół po moim kręgosłupie udowadnia mi, że powinienem się odwrócić.
- Davide? - pyta znów kobieta.
Ale ona już wie, że to ja. Widzę to po minie, którą widywałem już wiele razy. Opisuję ją zawsze jako mieszankę udawanego zaskoczenia i szczerego entuzjazmu.
- Tak - odpowiadam, patrząc na szatynkę z orzechowymi oczami.
Ma na sobie czarną sukienkę, tak ciasną, że pierwsze, co robię, to zastanawiam się, czy ta kobieta w ogóle oddycha.
Uśmiecha się do mnie, posyłając mi najserdeczniejszy z uśmiechów, na jaki może zasługiwać mężczyzna.
- Jestem twoją wierną fanką. Czytałam wszystkie powieści - mówi po chwili, a w moim sercu kolejny raz rozlewa się uczucie zawodu.
Ona wie.
Wie o tym, jak patrzę na kobiety i kogo szukam. Wie, czym dla mnie jest miłość, tęsknota i uwielbienie. W takich momentach jak ten czuję się rozebrany do naga. Moje powieści są pełne prawdy i emocji, które noszę w sobie, przez co nie jestem w stanie spojrzeć jej prosto w twarz. Zaczynam się kurczyć, znikać, biorę głęboki oddech, by odepchnąć jak najdalej to cholerne uczucie zawodu.
Klubową muzykę zagłusza mój głos sumienia, sugerujący kolejny raz, że ojciec miał rację. To za trudne.
Przesuwam wzrokiem od jej podbródka po wystający obojczyk i nagie ramię. Rodowita Włoszka podnosi moją brodę jednym ruchem wskazującego palca.
- Spójrz na mnie. - Ona nie prosi.
Pewna siebie, tak jak lubię. Tylko na ile to ona, a na ile wykreowana postać sugerująca się zachowaniem opisanych przeze mnie w książkach kobiet? Nigdy nie chcę wiedzieć. Wolę udawać, że to naturalne i po prostu wynika z ich ekspresji.
- Chciałam powiedzieć, że twoja ostatnia powieść była najlepszą, ale też najsmutniejszą, jaką do tej pory napisałeś.
Nie wiem, co powiedzieć. Nie mam zamiaru się tłumaczyć, nie będę o tym rozmawiał. Napisałem ją i tyle. Nic więcej. Kolejna książka w mojej biblioteczce. Kręci mi się w głowie i jedyne, o czym teraz marzę, to wdech chłodnego, świeżego powietrza.
- Chwyciła mnie za serce, a potem wypruła ze mnie wszystkie flaki - mówi kobieta, patrząc mi prosto w oczy.
- Dziękuję... Myślę, że to komplement. Może nawet największy, jaki do tej pory usłyszałem - odpowiadam szczerze. Mimowolnie się uśmiecham, bo na to właśnie liczyłem, a fakt, że się udało, już dawno połechtał moje ego.
Jestem dobrym pisarzem, a przynajmniej mam na to zadatki.
Skupiam wzrok na ustach, lekko oblizywanych przez mokry język. Nie wiem, czego chce ode mnie ta piękna kobieta, ale nie wypada mi tak po prostu odejść. Patrzę na drzwi i na nią, a ona to zauważa. Chwyta mnie za łokieć, próbując mnie zatrzymać.
- Zatańczymy? - pada pytanie z pełnych nadziei ust.
Zawieszam na nich wzrok. Czerwona pomadka jest już wytarta i pozostaje jedynie na ich obrysie. Mógłbym patrzeć na nie jeszcze przez kilka długich minut, fantazjując o tym, w jaki sposób zniknęła.
Lekko się chwieję, ale biorę się w garść.
- Oczywiście.
Szatynka chwyta mnie za rękę i ciągnie w tłum wygłodniałych ciał. Lubię miejsca, gdzie ludzie dobrze tańczą, a z głośników leci zmysłowa bachata, gdzie kobiety chodzą na szpilkach tak, jakby się w nich urodziły.
- Często tu przychodzisz? - pyta, gdy znajduje dla nas trochę przestrzeni. Jej dłonie od razu wędrują na moją szyję, przylega do mnie blisko. Za blisko, bym mógł to zlekceważyć.
Przełykam ślinę i mrużę oczy.
- Nie tak często, jak ci się zdaje. Przeprowadziłem się na Maltę, bo latem jest tu więcej turystów i udaje mi się zachować anonimowość - mówię.
Orzechowe oczy spoglądają na mnie. Jest w nich zaskoczenie i niesforność.
- Dziś się nie udało. - Kobieta staje na palcach, by dosięgnąć do mojego lewego ucha.
Pochylam się, bo chcę jej w tym pomóc. Usta zahaczają o płatek małżowiny.
- Dziś nie... - potwierdzam, gdy tylko się odsuwa.
Pragnę na nią patrzeć.
Na kręcone włosy, zalotne spojrzenie i rzęsy idealnie wytuszowane na ten wieczór. Na kobietę, którą prowadzę w tańcu i która jest w stanie oddać mi dziś o wiele więcej, niż tego potrzebuję. Mógłbym z tego skorzystać.
Gdy muzyka zwalnia, ona wtula się we mnie, jakby znała mnie od zawsze. To tylko złudzenie, które może doprowadzić ją do cierpienia. Za dobrze to wiem i nie mam kompletnie siły, by znów temu sprostać.
Nie jestem taki, za jakiego mnie uważa, chociaż dokładnie znam scenariusz reszty dzisiejszej nocy: chwiejny krok, rozmowy o powieściach w moim mieszkaniu, a potem upojna noc, podczas której będzie spełniała wszystkie swoje fantazje o seksie ze znanym pisarzem.
Brzmi dobrze. Tylko że nie dla mnie. Nie chcę sobie tego robić.
Rano znów obudzę się, myśląc, że to nie byłaś ty, cierpienie rozedrze mnie kolejny raz, gdy będę tłumaczył, że nie chcę się angażować.
Delikatne dłonie już splatają się na moich plecach. Czuję na sobie jej ciepły oddech, przedzierający się przez lnianą koszulę na moją klatkę piersiową.
Już mam podziękować za taniec, wyjść z klubu i zaczerpnąć świeżego maltańskiego powietrza, ale tego nie robię. Jakaś część mnie chce jeszcze walczyć i próbować.
Musi istnieć jakieś życie bez ciebie.
Kobieta odsuwa się ode mnie i patrzy na moje usta. Alkohol wymieszany z adrenaliną i jej podobieństwem do ciebie opanowują mnie w jednej krótkiej chwili. Mrugam, by odgonić złudzenie, ale robię to na próżno. Poddaję się. Kładę dłonie na jej policzkach, przyciągam bliżej i zaczynam delikatny, niepewny pocałunek. Po chwili zmieniam tempo, jestem bardziej łapczywy, zachłanny.
Chcę zapomnieć o tobie i czuć.
Nie trwa to długo, bo kręci mi się w głowie i zaczynam żałować, że znów dałem się omamić złudzeniu. Opanowuje mnie wściekłość na samego siebie, a w szczególności na to, że w ogóle tu jestem.
Trzeźwieję, gdy dochodzi do mnie, że znów wygrałaś.
Bywają dni, gdy myślę, że jesteś najlepszym, co mnie spotkało, ale i takie jak ten, gdy przeklinam cię za to, że nie potrafię już żyć.
Najpierw mnie pokochałaś, a potem zniszczyłaś.
Jak w moich powieściach.