Swallow. Nadzieja na lepsze jutro. Swallow. Tom 3 - Aleksandra Muraszka

Kup ebooka

46.00 zł
37.26 zł (36,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Copyright ? 2024 by Aleksandra Muraszka

Redakcja: Anna Adamczyk

Korekta: Marta Stochmiałek, Agnieszka Zygmunt-Bisek

Skład i łamanie: Hotch Studio Paweł Czarkowski

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografie wykorzystane wewnątrz książki: Kamila Szafrańska-Całus

Ilustracje wewnątrz książki: Martyna Szymańska @m_likesbooks

Grafiki i zdjęcia wykorzystane na okładce i wewnątrz książki:

? SpicyTruffel/Shutterstock.com, ? KDdesignphoto/Shutterstock.com,

? Istry Istry/Shutterstock.com

Copyright for the Polish edition ? 2024 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w internecie.

ISBN 978-83-8266-440-9

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2024

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

Ostrzeżenie!

W tej książce pojawiają się takie tematy, jak: śmierć, przemoc, ataki paniki, samobójstwo, zaburzenia lękowe, depresja, morderstwo. Jeśli jesteś osobą o wysokiej wrażliwości, zastanów się, czy czytanie tej historii będzie dla Ciebie odpowiednie.

Rozdział 1

James

Cztery załamania i dwa zawały serca wcześniej

Siedziałem na podłodze w swoim pokoju, kiedy kolejny raz zadzwonił mój telefon. Miałem ochotę wypieprzyć go przez okno, ale był za daleko, a mnie bolała głowa. Chęci, by wstać i to zrobić, opuściły mnie równie szybko, co się pojawiły.

- James, do cholery, odbierz ten telefon! - usłyszałem krzyk Riona, dobiegający zza drzwi, i przewróciłem oczami.

Z jękiem frustracji podniosłem się i ze skwaszoną miną poczłapałem przez pokój wprost do dzwoniącego bezustannie urządzenia. Cała złość ze mnie uleciała, gdy zobaczyłem na ekranie twarz mojej mamy.

Odebrałem i przyłożyłem telefon do ucha.

- Cześć, mamo.

- Co się z tobą dzieje, synu? Wydzwaniam do ciebie od kilku dni - rzuciła oburzona bez żadnego powitania. - Już miałam do ciebie jechać, by sprawdzić, czy żyjesz.

- Żyję, mamo. Nie martw się.

- Jak mam się nie martwić, kiedy dzwonisz do mnie zapłakany i mówisz, że Miley cię zostawiła, że o wszystkim się dowiedziała, że nie dasz sobie rady, po czym rozłączasz się i nie odbierasz przez następne kilka dni?

Ano tak, faktycznie rozmawiałem z nią w ten feralny wieczór, kiedy życie zwaliło mi się na głowę. Byłem w rozsypce po ataku paniki i nie wiedziałem, co robię. Nie dziwię się, że jest na mnie zła za taką akcję. Sam jestem na siebie zły. Niepotrzebnie jej o tym mówiłem.

- Przepraszam, mamo - powiedziałem szczerze, a poczucie winy zalało całe moje ciało w ułamku sekundy. Jak znam moją mamę, w ciągu ostatniego tygodnia odchodziła od zmysłów. A ja zupełnie o niej zapomniałem.

- Już dobrze. - Wyobraziłem sobie, jak macha ręką. - Muszę ci coś powiedzieć, ale boję się, jak zareagujesz.

"O nie. Te słowa zawsze oznaczają kłopoty".

Przetarłem twarz ręką, oparłem się biodrem o biurko i czekałem.

- Twój ojciec wyszedł z więzienia.

Zamrugałem kilka razy. Przełknąłem ślinę.

"Przesłyszałem się, prawda?" Musiałem się przesłyszeć.

- Co? To niemożliwe - odpowiedziałem drżącym z emocji głosem.

- A jednak. Dostałam tę informację dziś rano od mojego prawnika.

"Nie. To jakiś pieprzony żart". W sekundę oblał mnie zimny pot. Serce zaczęło walić w mojej piersi i zakręciło mi się w głowie. Dominic nie mógł wyjść na wolność. Powinien do końca zasranego życia siedzieć za kratkami. Odpokutowywać za swoje czyny.

"On... on... Nie, kurwa! Nie zgadzam się, by wyszedł!"

- Jakim cudem? - zapytałem i zacząłem chodzić w tę i z powrotem po pokoju. Krew szumiała w moich uszach. Było mi słabo.

- Podobno jego sprawą zajął się jakiś nowy adwokat. Nie znam szczegółów.

A ja chciałem je poznać. Wszystkie. I dowiedzieć się, jaki idiota postanowił wypuścić Dominica.

- Kiedy wyszedł?

- Dwa dni temu - odparła.

"Kurwa. Niedobrze".

- Jeśli zdobędzie wasz adres i przyjdzie do domu, nie otwieraj mu drzwi - rozkazałem. - Masz do mnie od razu zadzwonić, gdy tylko się pojawi, choć lepiej dla niego, żeby tego nie zrobił.

- Nie martw się, nie wpuszczę go.

- Nawet z nim nie rozmawiaj, proszę cię, mamo.

Szalałem na myśl, że ten drań może się do niej zbliżyć. Już wystarczająco przez niego wycierpiała. Nie zniósłbym myśli, że mógłby kolejny raz ją skrzywdzić.

- Spokojnie, synku, nie przejmuj się tym - powiedziała to tak łatwo.

Jak miałem się nie przejmować? Mój ojciec był jebanym mordercą! Poczytalnym czy też nie, nieważne. Zabił swoich przyjaciół i chciał zabić również ich dziecko. Krew we mnie wrzała. Taki byłem wściekły.

- Będziemy w kontakcie. Uważaj na siebie, mamo - rzuciłem, zanim zakończyłem połączenie.

Od razu wypadłem z pokoju, żeby powiedzieć wszystko Rionowi, ale jego już nie było w mieszkaniu.

"Cholera, cholera, cholera".

"Był umówiony z Haelyn", przypomniałem sobie i prawie natychmiast wybiegłem na zewnątrz.

Obecnie

Nigdy nie myślałem o śmierci. Nie zastanawiałem się, jak to jest po drugiej stronie. Nie rozmyślałem, co będę czuł, gdy nadejdzie ten czas. Aż do dnia, w którym moje życie wywróciło się do góry nogami. Zapragnąłem wtedy zniknąć. Ziemia się pode mną rozstąpiła. Zacząłem spadać w przepaść i nadal spadam. Nieprzerwanie. Czekam na upadek, ale ten nie nadchodzi. Wciąż lecę w dół, który nie ma końca. Zasłużyłem sobie za te wszystkie kłamstwa, jakich się dopuściłem. Za każde oszustwo, każdą manipulację. Należy mi się kara. Wiem to. Jednak gdzieś w głębi duszy czuję, że tym razem tego nie wytrzymam. Po odejściu Kiley byłem zraniony, przygnębiony, zły i smutny. Ale dopiero gdy zostawiła mnie Miley, poczułem, co tak naprawdę oznaczają słowa "złamane serce".

Rwie mnie całe ciało. Od tygodnia nie byłem ani na uczelni, ani w pracy. Wychodziłem z mieszkania na długie spacery, żeby przewietrzyć umysł, jednak to za każdym razem okazywało się bezcelowe. Bo nadal rozmyślałem o Miley, Haelyn, Rionie i tym wszystkim, co im powiedziałem. Nadal gnębiły mnie wyrzuty sumienia. Dręczyły koszmary. Nie mogłem się na niczym skupić. Byłem rozkojarzony. Zapijałem smutki i do wczorajszego popołudnia sądziłem, że to dobry pomysł. Zmieniłem zdanie po odwiedzinach u Haelyn i Miley, kiedy ta pierwsza odesłała mnie z kwitkiem do domu. Jednak dopiero jej reakcja na mój stan otrzeźwiła mnie tak, jakbym dostał z liścia prosto w twarz. Zrozumiałem, że martwiła się o mnie, bo zamówiła mi taksówkę, wsadziła bezpiecznie do windy, a potem wypytywała Riona, czy jestem w mieszkaniu. Wiem, bo mi o tym powiedział.

Musiałem się więc ogarnąć. Po długiej drzemce wstałem, wziąłem prysznic, zgoliłem brodę, umyłem zęby i założyłem czyste ciuchy. Czułem się jak nowo narodzony. Dziś jednak za sprawą jednego telefonu od mamy straciłem całą motywację, by naprawić swoje życie.

Zaciskam dłonie w pięści i liczę do dziesięciu. To nic nie daje, bo nadal czuję niesamowitą wściekłość. Nie byłem pewien, czy mogę prowadzić, dlatego kiedy zbiegałem ze schodów jak idiota, zamówiłem taksówkę, która właśnie podwiozła mnie pod mieszkanie dziewczyn.

Dobra, James. Raz, dwa. Dasz radę.

Gadki motywacyjne to gówno. Nigdy nie działają.

Płacę za przejazd, wysiadam, ale nim wejdę do środka, nabieram kilka razy głęboko powietrza w płuca. Ze stresu pocą mi się dłonie. A może to przez alkohol? Sam nie wiem. W ciągu ostatniego tygodnia wypiłem go tyle, że powinien płynąć w moich żyłach zamiast krwi. Nie jestem z siebie dumny, lecz nie widziałem niczego innego, czego mógłbym się uczepić, by choć trochę ulżyć sobie w cierpieniu.

Wchodzę do windy, ponieważ nie mam siły wspinać się po schodach aż na szóste piętro, i opieram się plecami o wielkie lustro. Nie zniósłbym swojego odbicia, i to nie dlatego, że źle wyglądam, bo wreszcie doprowadziłem się do względnego porządku. Raczej dlatego, że jestem kłamcą i mam to wypisane na środku czoła.

Robię krok za krokiem, a serce podchodzi mi do gardła w momencie, gdy zatrzymuję się przed drzwiami mieszkania.

Boże, człowieku, ogarnij się.

Pukam trzy razy i czekam.

Czekam.

Czekam.

Czekam.

Prawa noga zaczyna mi dygotać, ale mam to gdzieś. Zamek w drzwiach przeskakuje i nagle widzę ją.

- Miley - wyduszam z trudem.

Dziewczyna patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Jest... kurwa, jest cholernie piękna.

- Muszę zacząć korzystać z judasza - burczy tylko i cofa się z zamiarem zamknięcia mi drzwi przed nosem, ale jestem szybszy i wkładam rękę pomiędzy nie a framugę, nie pozwalając jej na to. Obrzuca mnie pogardliwym spojrzeniem.

Auć. Nie lubię tego wzroku.

- Zabieraj łapę.

- Wpuść mnie. Muszę z wami porozmawiać - upieram się, ale mówię grzecznym, niemal błagalnym tonem.

Mierzymy się spojrzeniami, jak zawsze, gdy mamy odmienne zdanie i oboje chcemy postawić na swoim. Tęskniłem za tym. Tęskniłem za jej widokiem.

- Kto przyszedł?! - krzyczy Haelyn z wnętrza mieszkania.

Minnie zastanawia się chwilę, po czym (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu) odwraca się na pięcie i odchodzi, zostawiając drzwi otwarte. To znaczy, że mogę wejść? Robię to i zamykam za sobą. Tłumię w sobie panikę i stres, stawiając kilka kroków naprzód, aż wreszcie zatrzymuję się w ich przestronnym salonie. Rion już tu jest. Kiedy tylko mnie zauważa, marszczy brwi.

- James? Co ty...

Nie pozwalając mu skończyć, wypalam:

- Mój ojciec wyszedł na wolność. - Żadne z nich nie wydaje się tym zaskoczone. Co jest? Rozglądam się i uważnie przyglądam każdej twarzy. Haelyn płakała. Stwierdzam to po jej czerwonych, zaszklonych oczach. W jej tęczówkach dostrzegam również szok. Przechodzi mnie dreszcz. - Wiecie.

- Tak - potwierdza Rion. Siada na kanapie, ciągnąc za sobą Haelyn. Ta nie odrywa ode mnie spojrzenia.

- Od kogo? - pytam szczerze zainteresowany. Czyżby moja mama dzwoniła do Miley? Mogłaby to zrobić, biorąc pod uwagę, że...

- Od Remiego - mówi zza moich pleców Miley.

Odwracam się do niej i ściągam brwi. Stoi jakiś metr ode mnie, z granatową kopertą w dłoni. Przenoszę na nią wzrok.

- Co to?

- Kazał ci przekazać. - Dziewczyna wyciąga do mnie rękę, a ja z niepewnością przejmuję kopertę.

Co pierdolony Adwokacik chce mi przekazać?

- Zaproszenie na urodziny? - śmieję się nerwowo, lecz uśmiech szybko schodzi mi z twarzy, gdy tylko wyciągam białą kartkę i przyglądam się kilku słowom.

Pozdrowienia od tatusia.

Przechodzi mnie zimny dreszcz. Krew szumi w uszach. Serce walczy o kolejne uderzenie. Mam ochotę zgnieść tę karteczkę i wepchnąć tej szumowinie do gardła. Oprócz krótkiej notatki wewnątrz koperty znajduje się również wizytówka.

Remi Woodley

Adwokat

Na odwrocie widnieją konkretne informacje na temat tego, gdzie można go znaleźć. Nazwy mediów społecznościowych, numer telefonu, adres kancelarii.

- Kurwa - syczę i rzucam na podłogę zarówno wizytówkę, jak i kopertę z liścikiem. Wsadzę mu to w dupę, jak tylko go spotkam.

"Dostałam tę informację dziś rano od mojego prawnika" - przypominają mi się słowa mamy. "Podobno jego sprawą zajął się jakiś nowy adwokat. Nie znam szczegółów".

- Kurwa - powtarzam głośniej, zaciskając pięści. Cudem powstrzymuję się przed uderzeniem w cokolwiek, by tylko wyładować złość. To on wyciągnął Dominica z więzienia. Oczywiście, że on. Ten liścik tego dowodzi.

"Zniszczę ci życie" - stwierdził, gdy zapytałem, czy ma coś jeszcze do powiedzenia, zaraz po tym, jak mu wpierdoliłem.

- Co jest? - pyta Rion, podnosząc się z kanapy, aby zebrać świstki, które upuściłem.

Jednak to Miley jako pierwsza kuca i podnosi wizytówkę wraz z karteczką. Prycha pod nosem i prostuje się.

- Mówiłam, żebyś z nim nie zaczynał. Trzeba było mnie posłuchać - wyrzuca z siebie i odnajduje moje spojrzenie.

Gniew we mnie wzrasta, bo wiem, że ma rację. Mogłem jej posłuchać, ale zaślepiła mnie duma oraz chęć połamania mu kilku kości.

- Co jest w tej kopercie? - interesuje się Rion.

Miley odwraca karteczkę i przenosi na nią wzrok, odczytując na głos:

- "Pozdrowienia od tatusia".

- To on wyciągnął go z więzienia? - odzywa się Haelyn, pierwszy raz, odkąd przyszedłem. Wygląda, jakby znowu miała się rozpłakać.

Zamykam oczy. Boli mnie ten widok. Wiem, że to moja wina. Gdybym nie chojrakował i nie sprał Adwokacika, nic takiego pewnie by się nie wydarzyło.

- Ale... jakim cudem? - dopytuje Haelyn.

Rion wraca na kanapę i ciasno obejmuje dziewczynę ramionami. Ta jednak wyrywa się i wstaje na równe nogi.

- Skurwiel musiał poszperać w mojej przeszłości. Dotarł do informacji o moim ojcu, ale nie sądziłem, że okaże się takim idiotą, by wyciągnąć go z więzienia, żeby zniszczyć mi życie.

- Jest adwokatem! - wykrzykuje Miley i wciska mi w dłonie kopertę, do której wsadziła całą zawartość, jaka się w niej znajdowała. - Mówiłam, że może wiele. Nie słuchałeś!

- Masz zamiar robić mi teraz wykład? - warczę, piorunując ją wzrokiem. - To, że będziesz mi wytykać, co powinienem, a co nie, niczego nie zmieni.

Miley przewraca oczami i krzyżuje ramiona pod piersiami. Bije od niej frustracja i niechęć. Odsuwa się ode mnie, odwraca wzrok i wbija go w przyjaciółkę. Sam również przenoszę spojrzenie na zrozpaczoną Haelyn. Nie potrafię opisać, co dzieje się w jej wnętrzu, bo na zewnątrz niewiele widać. Na jej twarzy maluje się zmieszanie, a w oczach czai strach, usta i pięści trzyma mocno zaciśnięte.

Rion za to z nas wszystkich zachowuje najwięcej spokoju.

Jakim cudem?

- To twoja wina - wypala Miley. Nie patrzy na mnie, ale doskonale wiem, że te słowa kieruje w moją stronę.

- Chciałaś mnie tym zranić? - pytam sarkastycznie, przyglądając się swojej byłej dziewczynie. Ona teraz także mierzy mnie spojrzeniem. W jej oczach widzę błyskawice.

- Uspokójcie się - prosi Rion.

- Ten psychol wyszedł na wolność, a ja mam się uspokoić?! - Miley wymierza w niego palec wskazujący. - Typ zajebał rodziców mojej przyjaciółki!

- Krzyczenie o tym na cały regulator nic nie da - oponuje Rion.

Przeczesuje włosy dłonią, spuszcza głowę i po chwili spogląda na Haelyn. Wydaje się, że jest myślami daleko stąd. Patrzy w przestrzeń, prawie nie mrugając. Złączyła swoje dłonie i właśnie drapie skórki przy paznokciach. Nogi jej się trzęsą, nie wiem tylko, czy ze stresu, czy złości. Rion ciągnie ją delikatnie za rękę i sadza na swoich kolanach. Kładzie dłoń na jej udzie, ale ona nie reaguje.

- Świetnie! - Miley wyrzuca ręce w powietrze. - Zepsułeś mi Haelyn.

- Myślisz, że tego chciałem? - Odwracam się do niej, podpierając pod boki. Rozumiem, że jest na mnie zła, ale mogłaby sobie odpuścić takie teksty, bo ostatnie, czego chcę, to rozpacz Haelyn. - Nigdy bym jej świadomie nie skrzywdził!

Kiedy dostrzegam, jak Miley kolejny raz przewraca oczami z tą swoją miną mówiącą "taaaa, jasne", mam ochotę wyjść. Wnerwia mnie jak nigdy dotąd. Nic do niej nie dociera. Kłótnie ze mną obrała sobie za cel i atakuje mnie niezależnie od tego, co powiem.

- Ty wszystko robisz nieświadomie! - wybucha. W jej oczach szaleje furia. Nienawidzi mnie. Widzę to. - Mógłbyś czasem się zastanowić, zanim podejmiesz jakąś decyzję. Może wtedy nikt by przez ciebie nie cierpiał!

- Całe jebane życie myślę o innych!

Miley prycha i kręci głową z rozbawieniem.

- Nie widać.

- Dość! - Haelyn wstaje na równe nogi. Przeskakuje spojrzeniem ze mnie na Miley i z powrotem. - Przestańcie się kłócić!

- Przepraszam - zaczynam i robię krok naprzód, ale Haelyn wyciąga rękę, powstrzymując mnie przed kolejnym. - Nie wiedziałem, że ten idiota zemści się w taki sposób.

- Namawiałem cię na tę konfrontację, to poniekąd również moja wina - odzywa się Rion.

Marszczę brwi.

- Proszę cię. - Miley podchodzi bliżej kanapy i wskazuje mnie palcem. - To wyłącznie jego wina.

- Tak - przyznaję bez bicia.

Miley odwraca głowę i piorunuje mnie wzrokiem.

- Tak!

- No przecież przyznałem ci, kurwa, rację!

- Przestańcie - prosi cicho Haelyn, jakby nie miała już siły, by krzyczeć. Unosi wzrok i wbija go we mnie. - Wierzę, że nie chciałeś, by to wszystko tak się potoczyło.

- Och, Haelyn, poważnie? - Miley ściąga brwi i patrzy na przyjaciółkę z niezrozumieniem.

- Tak, Minnie. - Przenosi na nią spojrzenie. - Poważnie - dodaje i znów skupia się na mnie. - Ale stało się, a teraz Dominic...

Wypowiada jego imię z rozpaczą. Słyszę ją bardzo dokładnie. Serce tłucze mi się o żebra.

- Nie zbliży się do ciebie - zapewniam.

- A co? Będziesz stał przy naszych drzwiach i warował? - wypala z kpiną Miley.

- Blondi, uspokój się. - Rion unosi dłoń, chcąc ją w ten sposób powstrzymać przed ripostą, jaką już chciała we mnie wymierzyć, ale to tylko bardziej ją rozjusza. Morduje go wzrokiem.

- Mówiłam ci tyle razy, żebyś tak do mnie nie mówił! Wkurwia mnie to!

- A mnie wkurwia ton twojego głosu! - odpowiada jej.

Ja cały czas przyglądam się Haelyn. Przymyka na moment powieki. Nabiera głęboko powietrza, aż wreszcie ponownie je unosi i spogląda prosto w moje oczy.

"Przepraszam" - mówię bezgłośnie.

Ona jedynie kręci krótko głową.

- Muszę stąd wyjść. - Odwraca się, sięga po swój telefon, który do tej pory leżał na kanapie, i cicho pociąga nosem, jednak ja to słyszę. Moje serce krwawi...

- Idę z tobą - wyrywa się Rion.

- Nie. - Haelyn kładzie dłoń na jego klatce piersiowej i spogląda mu w oczy. - Chcę iść sama. Muszę się przewietrzyć. Zostań i przypilnuj... - wskazuje na mnie i Miley - ...żeby się nie pozabijali - mówi, mija nas wszystkich, zabiera klucze od mieszkania i wychodzi.

Atmosfera zdaje się tylko zagęszczać, gdy spoglądam na wściekłą Miley. Coś boleśnie kłuje mnie w piersi. Ona mi nie odpuści.

Witaj w prywatnym piekle, James.

Rozdział 2

Haelyn

James dostał liścik od Remiego. Dlaczego? Co mógł mu wysłać? Czego on może od niego chcieć? Kiedy ja zachodzę w głowę, James przez chwilę milczy, a potem nagle rzuca siarczyste: "Kurwa!".

Patrzę, jak koperta wraz z zawartością ląduje na podłodze, a moje serce wali jak popieprzone. Jest mi słabo, niedobrze i mam ochotę uciec jak najdalej stąd. Siedzę na kanapie, a mimo to czuję, jakbym spadała. W ogromną, czarną dziurę. Taką, która nie ma dna. Tylko ramiona Riona jakoś trzymają mnie na powierzchni. Minnie i James wykłócają się podniesionymi głosami. Mam ochotę się gdzieś schować, niczym małe dziecko przed kłótnią rodziców. Rion ich uspokaja (o, ironio), a ja... ja nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa od chwili, w której moja przyjaciółka przeczytała zawartość koperty. W końcu wstaję i nie mogąc znieść dłużej tego napięcia w mieszkaniu, postanawiam się ulotnić.

- Muszę stąd wyjść - mówię głośno, informując wszystkich o swojej decyzji. Sięgam po telefon i odwracam się.

- Idę z tobą - odzywa się Rion.

- Nie. - Kładę dłoń na jego klatce piersiowej i spoglądam w ciemne oczy. - Chcę iść sama. Muszę się przewietrzyć. Zostań i przypilnuj... - wskazuję na Miley, a potem na Jamesa - ...żeby się nie pozabijali. - Mijam ich, zabieram klucze od mieszkania i wychodzę. Ale nie oddycham z ulgą. Wcale nie jest mi lepiej. Nadal czuję ucisk w klatce piersiowej. Nadal ciężko mi się oddycha. Nadal nie mogę się skupić, bo głowa mnie boli.

Dominic Tremblay jest na wolności.

Zabójca moich rodziców nie siedzi już za kratami.

W sekundę wraca do mnie koszmar z dzisiejszej nocy...

Widziałam go. Szedł w moją stronę z czymś połyskującym w dłoni. Odbijało się od tego światło lampki nocnej, stojącej na szafce obok mojego łóżka. Wystarczyły mi dwie sekundy na odkrycie, co to jest. Nóż. Ten sam, którym osiemnaście lat temu zabił moich rodziców i którym planował zabić mnie. Nie udało mu się, bo ktoś zawiadomił policję. Przyjechali i interweniowali. Nie pamiętam, co działo się później. Za to teraz skupiłam się na każdym szczególe. Dominic wygląda praktycznie tak samo jak tamtej nocy. Ma tylko dłuższą brodę i więcej zmarszczek. Jednak rozpoznałam go od razu, gdy tylko przekroczył próg mojego pokoju. Każdy jego krok dudnił mi w uszach i sprawiał, że serce przyśpieszało. Otworzyłam szeroko oczy przerażona, bo on naprawdę tu był.

- Witaj, Haelyn.

Pokręciłam głową, a z moich oczu poleciały słone łzy. Spływały po moich policzkach. Dominic usiadł na materacu mojego łóżka, wyciągnął do mnie rękę, a ja byłam tak sparaliżowana, że nie odsunęłam się ani nie drgnęłam. Kciukiem starł łzę z mojej twarzy. Zamknęłam oczy. Cała się trzęsłam. Jego dotyk... jego szorstkie palce... jego obecność... Wszystko to sprawiało, że chciałam uciec.

- Nie bój się - wyszeptał.

Znałam ten głos, który ani trochę się nie zmienił. Przez tyle lat rozbrzmiewał mi w głowie. Nawiedzał nocami. Stał się moim najgorszym koszmarem. A teraz Dominic siedział obok mnie w moim pokoju, a ja nie miałam nawet siły krzyczeć, nie mówiąc o tym, by wstać i pójść po pomoc. Kolejny raz pogładził dłonią mój policzek.

Chciałam przestać płakać, ale nie mogłam.

- Zostaw mnie, proszę... - załkałam z wciąż mocno zaciśniętymi powiekami.

Bałam się otworzyć oczy. Bałam się go kolejny raz zobaczyć. Bałam się tego... co miało się za chwilę wydarzyć. Tyle lat żyłam w stresie, w ciągłej panice, że on może po mnie wrócić. A teraz... teraz tu był.

- Nie mogę - odparł. - Przepraszam.

Chwilę później poczułam, jak ostry nóż wbija się w moje ciało. Odruchowo złapałam za jego rączkę, na której swoją wielką dłoń trzymał Dominic. Uniosłam powieki i spojrzałam mu w oczy. Miał smutny wyraz twarzy. Dlaczego był smutny, skoro właśnie mnie zranił? Chciał tego. Po to tu przyszedł. Powinien się cieszyć. Zamrugałam i...

- Przepraszam - powtórzył, ale jego głos się zmienił. Twarz stała się o wiele młodsza. Oczy... bardziej przerażone.

- James - wyszeptałam.

Targały mną spazmy płaczu. Ból rozprzestrzeniał się po całym ciele. Czułam, jak ciepła krew spływa po moich rękach, jak kapie na materac i pościel. Chłopak zadał mi kolejny cios, tym razem nie w brzuch, tylko prosto w serce. Poczułam... sama nie wiem, co poczułam. Ciepło. Dreszcze. Ogarniały mnie całą. Piekło. Bolało. Rwało. Nie mogłam oddychać. Wpadłam w ramiona Jamesa, który zaczął głośno płakać. Rzucił nóż na podłogę i objął mnie mocno.

- Musiałem to zrobić. Musiałem... ja... wybacz mi, proszę. Musiałem - dodał ciszej.

- Dlaczego? - Tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. Było mi słabo, zimno i okropnie bolały mnie rany, które mi zadał.

Zadrżałam.

- On mi kazał...

Potrząsam głową, chcąc wyrzucić z niej pozostałości po koszmarze. To było okropne. Zerwałam się nad ranem cała spocona, z sercem w gardle. Ten sen był tak rzeczywisty... taki... prawdziwy, że nawet nie zdawałam sobie sprawy, że śniłam, aż Minnie wpadła do mojego pokoju i upewniła mnie, że to nie wydarzyło się naprawdę. Pierwszy raz przyśnił mi się James. Pierwszy raz w roli swojego ojca. Moja podświadomość wariowała. Ja... wariowałam.

Idę przed siebie dobrych kilkadziesiąt minut, dopóki nie zatrzymuję się w miejscu, w którym najmniej chciałam się znaleźć. Nie skupiałam się na tym, dokąd zmierzałam. Ale skoro już tutaj jestem...

Wchodzę do środka przez przeszklone drzwi. Wewnątrz również wszystko jest z pieprzonego szkła. Każdy gabinet. Pachnie tu cytrynami i czymś jeszcze, nie mam pojęcia, co to za zapach. Mijam kilku mężczyzn w garniturach, którzy rzucają mi ciekawskie spojrzenia, kiedy zła jak osa przemierzam korytarz. Wreszcie odnajduję odpowiednie drzwi, na których widnieje tabliczka z najbardziej znienawidzonym przeze mnie nazwiskiem. Zaraz po nazwisku Jamesa, rzecz jasna. Przełykam ślinę, wraz z potężnym strachem, i z zaciśniętymi pięściami ruszam przed siebie.

- Jesteś skończonym chujem, wiesz?! - krzyczę, jeszcze zanim drzwi za moimi plecami zdążą się zamknąć. Na bank usłyszeli mnie pozostali pracownicy.

Remi odwraca się do mnie zszokowany. Mimo to na jego parszywej gębie zaraz pojawia się ten szatański uśmieszek.

Boże, daj mi siłę... albo nie, bo go zabiję.

Daj mi cierpliwość.

Proszę...

- Ciebie też miło widzieć - odpowiada i odkłada dokumenty, które trzymał w dłoni. Opiera się tyłkiem o biurko. - Jeśli mam być szczery, to spodziewałem się kogoś innego. - Uważnie lustruje mnie spojrzeniem, a ja zbieram w sobie pokłady energii, by mu nie przywalić za sposób, w jaki mi się przygląda.

Nienawidzę go. Nienawidzę Remiego. Nienawidzę wszystkiego, co z nim związane. Najchętniej w ogóle bym stąd wyszła, ale mam coś do załatwienia.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś? - zaczynam spokojnie. Poważnie, mój głos jest spokojny i nie drży, tak jak się spodziewałam. Dobrze mi idzie.

Remi przechyla lekko głowę w bok i unosi brwi.

- Rozwiniesz? Zrobiłem w swoim życiu wiele rzeczy.

Robię krok naprzód, a obraz przysłania mi czerwień. Wewnątrz cała się gotuję ze złości. Jeśli trzeba będzie, przywalę mu i będę miała gdzieś, czy ktoś to zobaczy. Zasłużył sobie za wszystko, co zrobił Minnie, Jamesowi i teraz również mnie.

- Rozumiem, że jesteś zazdrosny i chciałeś się zemścić na Jamesie, ale wiesz, że to, czego się dopuściłeś, dotyczy też mnie? - Patrzę w jego oczy i robi mi się niedobrze, bo on zdaje się w ogóle niewzruszony. Czy ten typ odczuwa jakieś pozytywne emocje? Empatię? Coś podobnego? Chyba nie.

Odbija się od biurka i podchodzi do mnie tak blisko, że muszę się cofnąć o krok, bo zdecydowanie narusza moją przestrzeń osobistą. Cały czas patrzymy sobie w oczy. Jak Boga kocham, nie odpuszczę mu. Nie złamię się i nie odwrócę wzroku pierwsza. Nie będzie miał chuj satysfakcji.

Nie-e.

W pomieszczeniu jest tak cicho, że słyszę, jak głośno bije moje serce. Ten dźwięk zdaje się mieszać z tykaniem wskazówek zegara, który wisi nad biurkiem tego idioty. A gdybym ściągnęła go ze ściany i przywaliła Remiemu w łeb?

Kusząca wizja...

- Wybacz, słońce.

Słońce to za moment zobaczysz, jak cię stąd wykopię przez to zasrane okno.

Sięga do mnie dłonią i bierze w dwa palce kosmyk moich włosów.

- Wiesz, kogo wyciągnąłeś z pieprzonego więzienia?! - unoszę się. Nie planowałam tego, ale cóż... tak wyszło.

- Wiem - przyznaje.

Aha, i tyle? Prycham mu w twarz, on jednak nie cofa dłoni i nadal bawi się moimi włosami. Uderzam go w rękę i odsuwam się, bo inaczej za chwilę na niego napluję. Nie mogę znieść tej bliskości. Nie mogę znieść... jego istnienia. Tak po prostu stoi sobie przede mną i jak gdyby nigdy nic, uśmiecha się szeroko. Odkąd tylko go poznałam, wiedziałam, że jest popaprany, ale nie sądziłam, że aż tak.

- Naprawdę mi przykro, że stałaś się przypadkową ofiarą moich poczynań.

- Dlaczego to zrobiłeś?

Czuję, jak do moich oczu napływają łzy. Mimo wszystko jestem słaba i nie potrafię powstrzymać płaczu. Kiedy przypominam sobie, czego dowiedziałam się zaledwie godzinę temu... robi mi się słabo i mam ochotę zniknąć. Sądziłam, że nic mnie nie zaskoczy, biorąc pod uwagę ostatnie miesiące i wszystko, co się wydarzyło. Ale jak zawsze się pomyliłam. Bo kiedy myślę, że gorzej już być nie może, okazuje się, że jednak może. Zawsze może być gorzej.

- Gdy dokopałem się do informacji o ojcu Jamesa, nie mogłem przepuścić takiej okazji, słońce. Rozumiesz...

Zaciskam mocno szczękę, nim wkurwiona otwieram usta:

- Nie mów do mnie "słońce".

Remi na moje słowa uśmiecha się jeszcze szerzej. Wygląda jak pieprzony Joker.

- Wolisz "Jaskółko"?

Robi mi się zimno. Bardzo, bardzo zimno. Moje oczy się rozszerzają.

- Skąd...?

Nikt mu tego nie mówił. Ja na pewno nie. Nie mógł słyszeć, kiedy nazywał mnie tak Rion albo James, bo nigdy go przy nas wtedy nie było.

- Znasz mnie tyle lat i jeszcze się nie nauczyłaś, że ja wiem wszystko? - Ostatnie słowo szepcze tuż przy moim uchu. Jest tak blisko mnie, że jego ostry zapach drażni moje nozdrza. Wywołuje ciarki na moim ciele. Odsunęłabym się, gdyby nie fakt, że sukinsyn objął mnie jedną ręką w talii i trzyma tak mocno, że nawet gdybym zaczęła się z nim szarpać, nie dałabym rady uciec.

Nic ci nie zrobi, Haelyn. Jesteś w jego biurze... przeszklonym biurze. Wszyscy was widzą. Remi nie jest na tyle głupi, by odwalić jakąś akcję przy świadkach.

Biorę głęboki wdech i unoszę głowę, a on cofa się nieco, by spojrzeć mi w oczy.

- Jesteś odrażający. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że Minnie wreszcie kopnęła cię w dupę - syczę i nagle idiotyczny uśmieszek schodzi mu z twarzy. - No proszę, uderzyłam w czuły punkt?

- Uważaj. - Wolną dłoń kładzie na moim karku i znowu się zbliża, a ja się przygotowuję, by kopnąć go w jaja, gdyby zaszła taka potrzeba. - Nie mieszaj się w to. Dobrze ci radzę - szepcze.

- Już jestem w to zamieszana! - wybucham kolejny raz i z całej siły go od siebie odpycham. - Ty mnie w to wplątałeś, kiedy wypuściłeś z więzienia mordercę moich rodziców!

- Nie rób scen, ludzie patrzą - cedzi przez zęby.

Widzę, że stara się zachować spokój, ale nosi go... Och, jak go nosi.

Witaj w klubie, Remi.

- Mam gdzieś ludzi. - Przełykam ślinę, ale stojąca w moim gardle gula nie znika. Czuję, że zaczynają trząść mi się ręce i nogi. - Odkręć to - żądam.

- Nie mogę - odpiera i znów przywołuje ten pewny siebie wyraz twarzy. Prostuje plecy i na powrót staje przede mną. - Nawet gdybym chciał, nie cofnę tego, Haelyn.

- Wiesz, co mnie wkurza w tym momencie?

Unosi brwi w oczekiwaniu.

- Masz takie imię, że nawet nie mogę cię nazwać jakoś... źle. - Wyrzucam ręce w powietrze, gotując się ze złości coraz bardziej. - Nie da się wypowiedzieć go groźnie.

Całkiem jak "bąbelki" czy "budyń".

- Rozumiem, że jesteś wkurzona. - Kładzie sobie dłoń na piersi, cały czas utrzymując ze mną kontakt wzrokowy.

Wygląda tak niewinnie w tym garniturze, z włosami zaczesanymi do tyłu i z tym sztucznym uśmiechem na ustach. Nikt, kto go nie zna, nie posądziłby go o to, czego się właśnie dopuścił, i to z chęci zemsty. Nikt nie nazwałby go idiotą czy skończonym kretynem ani nawet nie pomyślałby, że to kutas, który manipuluje kobietami i zdradza je na lewo i prawo. Remi wygląda jak owieczka, ale tak naprawdę jest wilkiem w tej historii. To on stoi za koszmarem, który od dziś będzie nawiedzał mnie każdej nocy. To przez niego Dominic Tremblay wyszedł na wolność. To przez niego życie nas wszystkich - moje, Minnie, Jamesa i Riona - właśnie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

- Naprawdę mi przykro, że to musiało dotknąć również ciebie.

- Nie wierzę ci - burczę i krzyżuję ramiona na piersiach. - Tobie nigdy nie jest przykro.

- Wiesz, co myślę?

Nie obchodzi mnie to.

- Co?

Pewnie pożałuję tego pytania. Ale ciekawość jest silniejsza niż moja duma.

- Że zamiast Minnie powinienem zainteresować się tobą. - Pochyla się nade mną, a ja od razu odwracam głowę w bok, bo kto go tam wie, co chce zrobić. Jego chłodne palce dotykają mojej brody, a potem delikatnie odwraca moją twarz w swoją stronę. - Nigdy wcześniej nie widziałem w tobie takiego ognia. Podoba mi się to.

- Odsuń się i zabierz te łapy - cedzę już na maksa wkurzona.

- Och, no weź... nie bądź taka. - Zaciska palce mocniej na mojej skórze.

- Ostatni raz powtarzam: odsuń się ode mnie.

Nic sobie nie robi z moich gróźb. Naprawdę jest aż takim pewnym siebie i swojej pozycji idiotą? Sądzi, że go nie uderzę, bo co? Bo jesteśmy w kancelarii, w której pracuje? Bo wszyscy nas obserwują? Myli się i to bardzo, bo ja...

Moje rozmyślania przerywa nagłe wtargnięcie kogoś do środka.

- Odsuń się od niej. - Na dźwięk znajomego głosu przechodzi mnie jednocześnie fala ulgi i niepokoju.

Remi parska krótko śmiechem i przenosi spojrzenie na chłopaka stojącego za moimi plecami. Puszcza mnie i robi krok do tyłu.

- Nareszcie. - Rozkłada ręce, szczerząc się jak na psychopatę przystało. - Czekałem na ciebie.

Nie słyszę odpowiedzi, więc z szybko bijącym sercem odwracam się i wbijam zbolały wzrok w Jamesa. Jego włosy są rozwiane przez wiatr, a granatowa bluza - rozpięta. Mocno zaciska szczękę i pięści, jakby był przygotowany do bójki, i szybko oddycha. Na moment spogląda na mnie. W jego oczach dostrzegam nieme pytanie, czy nic mi nie jest. Kręcę ledwo zauważalnie głową. James ponownie przenosi spojrzenie na Remiego, a następnie podchodzi do niego w trzech szybkich krokach. Stają naprzeciwko siebie, a przez to, że są niemal tego samego wzrostu, obaj wyglądają groźnie. Nieraz widziałam podobne sceny w filmach i to nigdy nie kończyło się dobrze. I choć jeszcze chwilę wcześniej sama miałam ochotę skopać Remiemu jaja, to w tym momencie wolałabym, by nie bili się na moich oczach.

- Haelyn, wyjdź, proszę - zaczyna spokojnie James. - Muszę pogadać z naszym Adwokacikiem.

- Nie wyjdę - zaprzeczam od razu i nabieram głęboko powietrza w płuca. Są dwa powody, dla których tego nie zrobię. Pierwszy: to dotyczy również mnie i jeszcze nie skończyłam z Remim. Drugi: James go zabije, jeśli tylko zostawię ich samych. I choć nadal jestem na niego śmiertelnie obrażona... nie chcę, by coś mu się stało.

James zerka na mnie. Dostrzega moją determinację, bo przewraca tylko oczami, nim powraca do mordowania wzrokiem Remiego.

- To, co zrobiłeś... - nie kończy przez dłuższą chwilę, ale żadne z nas mu nie przerywa. - Jesteś jeszcze większym kutasem, niż przypuszczałem. Lubisz nadużywać swojej pozycji, co?

- Zanim kolejny raz zaczniesz mnie obrażać i mi grozić, przypomnij sobie, kim jestem i co mogę - odpowiada z powagą Remi. - Powiedziałem, że zniszczę ci życie - zniża głos, a mnie przechodzą ciarki, chociaż nie kieruje tych słów w moją stronę. - Nie wierzyłeś. - Odwraca się do nas tyłem i podchodzi do swojego biurka. Podnosi słuchawkę telefonu, po czym na nas spogląda. - Kawki, herbatki?

Nieeeee, no to jest jakiś cyrk.

Rozdział 3

James

Haelyn wyszła, a w mieszkaniu nagle zrobiło się przerażająco cicho. Jestem zły na siebie, że doprowadziłem do takiej sytuacji. Że przeze mnie wszyscy jesteśmy teraz zdenerwowani. No, może oprócz Riona, który dla odmiany wydaje się najspokojniejszy z naszej trójki. Przenoszę spojrzenie na Miley, a jej przeszywający wzrok niemal zwala mnie z nóg. Takiej wściekłej jej jeszcze nigdy nie widziałem. I nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę pod jej ostrzałem.

- I co? Jesteś z siebie zadowolony?! - wyrzuca z jadem. Może w innej sytuacji jej słowa trafiłyby w mój czuły punkt, jednak teraz bardziej denerwujący wydaje mi się ton głosu, jakim się do mnie zwraca.

- Nie, nie jestem. Nie planowałem tego! - unoszę się, bo nie potrafię dłużej trzymać emocji na wodzy. Skoro ona się wydziera, to ja też będę.

Dziewczyna prycha i krzyżuje ręce pod piersiami, nie spuszczając mnie z oczu.

- Gdybyś nie zaczynał z Remim, w ogóle by do tego nie doszło!

- Co mam teraz według ciebie zrobić?!

Stawiam krok w jej stronę, a powietrze między nami zdaje się gęstnieć coraz bardziej. Ona morduje mnie spojrzeniem, ja nie pozostaję jej dłużny. Ma prawo być na mnie zła. Okej. Znosiłem to przez ostatnie dni, ale teraz przegina. Uczepiła się mnie i o wszystko obwinia. Przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że spieprzyłem.

- Nie musisz mi na każdym kroku przypominać, jak bardzo zjebałem i jaki jestem okropny.

- A właśnie, że muszę - odpiera od razu, mrużąc oczy. - Bo najwyraźniej to do ciebie nie dociera.

Teraz to ja prycham.

Za moment nie wytrzymam i w coś przywalę. Normalnie nosi mnie przez te wszystkie emocje. Jestem zły... najbardziej na samego siebie.

- Czasu nie cofnę - odzywam się pierwszy po dłuższej chwili milczenia. - Ale mogę spróbować to naprawić.

Miley przybiera taki wyraz twarzy, jakby rozmawiała z kosmitą. Kpi ze mnie.

- Niczego nie możesz naprawić! Poszedłeś się bić z tym idiotą, a teraz on w zemście wyciągnął z pierdla twojego tatusia, który jak się niedawno dowiedzieliśmy, zabił rodziców Haelyn! Kurwa, James! Co ty chcesz naprawiać? Mleko rozlane! - Rozkłada ręce i odwraca się tyłem do mnie. Kładzie dłoń na czole i przeciera twarz, po czym wplata palce we włosy. Widzę, że jest rozdarta. Zraniłem ją, i to bardzo, choć nigdy tego nie chciałem.

- Wszystko da się naprawić!

Jej ramiona drżą, jakby... jakby się śmiała.

- Zasrany optymista.

- A gdzie się podział twój optymizm, co?

Znów staje przede mną jeszcze bardziej wściekła.

- Zniszczyłeś go, tak samo jak nasz związek. - Wbija palec wskazujący w moją klatkę piersiową, a mnie przechodzi nieprzyjemny dreszcz. - I przyjaźń z Haelyn - dodaje ciszej.

- Nigdy mi tego nie wybaczysz. - Nie pytam, bo czuję, że tak właśnie będzie. Za wiele się wydarzyło. Narobiłem zbyt dużego bałaganu, byśmy teraz mogli przejść nad tym do porządku dziennego. Domyślam się, że Miley mi nie odpuści i tak, cholernie boli mnie serce na samą myśl o tym, ale nie powiem jej tego, bo jej już to nie interesuje. Ja już jej nie interesuję.

- A ty wybaczyłbyś mi coś takiego?

- Nie wiem. - Wzruszam ramionami. - Ale na pewno bym spróbował. Ty za to nawet tego nie robisz. Od razu skreśliłaś wszystko, co nas łączyło.

- Nie bądź śmieszny - parska krótko. - Zjebałeś po całości, a teraz udajesz wielce pokrzywdzonego.

- Skończyliście? - odzywa się Rion, przerywając naszą kłótnię. Oboje patrzymy na niego, kiedy on robi kilka kroków i zatrzymuje się obok nas. - Zachowujecie się jak dzieci.

- Ty się w ogóle nie powinieneś wypowiadać - warczy Miley, na co Rion jedynie unosi brew.

- Tak? A to niby dlaczego? - Krzyżuje ręce na torsie i przygląda się jej z uwagą i spokojem godnym Oscara. Nadal nie wiem, jak on to robi... ale teraz nie mam czasu się nad tym zastanawiać.

- Bo to dotyczy tylko mnie, Haelyn i tego pajaca. - Wskazuje na mnie.

- Zapomniałaś, że znam tego pajaca od małego i że ja również zostałem okłamany. Mnie też nie jest łatwo odnaleźć się w tej sytuacji. - Nie daje jej dojść do słowa, bo kontynuuje: - Ale to nie oznacza, że mam się teraz boczyć do usranej śmierci i przerzucać się wzajemnie błotem jak dziecko z podstawówki.

- Ależ ty się stałeś dorosły - burczy, przewracając oczami.

- Skończcie się kłócić i podejdźcie do tematu jak dwójka dorosłych ludzi - proponuje, ale z tego, co widzę, Miley ten pomysł w ogóle się nie podoba. Cały czas jest bojowo nastawiona. Teraz już nie tylko do mnie.

- Ja próbuję normalnie porozmawiać, to ona ciągle na mnie wrzeszczy - mówię spokojnym tonem.

Miley piorunuje mnie spojrzeniem.

- Och, serio? Teraz będziemy się kłócić, kto zaczął?

- Wiecie co? Mam was dość. - Rion unosi ręce. - James, idź się przewietrzyć, dobra? Dajcie sobie chwilę oddechu.

- Dlaczego to ja mam wyjść? - pytam zaskoczony.

- Bo to moje mieszkanie? - Między brwiami Miley pojawia się pionowa zmarszczka, gdy mówi to w ironiczny sposób i patrzy na mnie jak na debila.

Fakt, to dobry argument. Nie jestem u siebie. Dlatego bez słowa odwracam się i wychodzę na zewnątrz. W głębi duszy wiem, że Rion ma rację i zarówno ja, jak i Miley powinniśmy ochłonąć. Nakręciliśmy się wzajemnie, a nasza kłótnia nie prowadziła do niczego dobrego. Siadam na krawężniku przed budynkiem, w którym mieści się mieszkanie dziewczyn, i splatam dłonie, opierając ręce na udach. Mam dość tego napięcia. Tych wszystkich myśli. Tego... gówna, jakiego narobiłem. Usilnie staram się jakoś złożyć to wszystko w całość, bo wbrew temu, co mówi Miley, wierzę, że wiele można naprawić. Okej, nie zawsze, ale przynajmniej w większości przypadków. Życia rodzicom Haelyn nie przywrócę, ale mogę wsadzić Dominica z powrotem za kraty. Tam, gdzie powinien siedzieć do końca swojej marnej egzystencji.

Przez ostatnie dni mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Mimo to nie wpadłem na żadne rozwiązanie. Nie olśniło mnie. Nie trafiło jak grom z jasnego nieba. Odchylam głowę i spoglądam w górę, dziś jest wyjątkowo ciepło, ale zrobiło się dość pochmurnie. I nagle wiem, co muszę zrobić.

Dzięki Ci, Boże.

Zrywam się z miejsca, zamawiam taksówkę i podaję kierowcy odpowiedni adres, który odczytuję na głos z małej wizytówki. Miałem ją wypieprzyć do kosza, dobrze, że tego nie zrobiłem, bo teraz mi się przydała. Tak jak mówiłem, wszystko dzieje się po coś.

Kancelaria wygląda na porządną. Nie wiem, czego oczekiwałem, gdy tutaj jechałem, ale z pewnością nie tak ekskluzywnego wnętrza. Pytam przypadkową kobietę, gdzie znajdę gabinet tego śmiecia, a po otrzymaniu odpowiedzi od razu przyśpieszam kroku. Wszystkie pomieszczenia są przeszklone, przez co jeszcze przed wkroczeniem do środka dostrzegam drobną postać Haelyn.

Cholera, jest tutaj.

- Odsuń się od niej - rzucam zamiast powitania, bo widzę, że ona próbuje się od niego zdystansować, a on jej na to nie pozwala. Nic mnie tak bardzo nie wkurwia jak nachalny facet, który nie rozumie słowa "nie".

Kutas unosi na mnie spojrzenie. Robi mi się niedobrze. Nie planowałem konfrontacji z nim, jednak coś mnie tu przygnało. Popchnęło w tym kierunku. W jednej chwili poczułem, że muszę tutaj przyjechać. I dobrze się stało, bo Haelyn najwyraźniej potrzebowała pomocy. Ten złamas nie pohamował się nawet ze względu na publikę. Najwyraźniej czuje się tutaj aż tak pewnie.

- Nareszcie. - Rozkłada ręce i uśmiecha się, czym zbija mnie z tropu. - Czekałem na ciebie - dodaje.

Na szczęście odsunął się wreszcie od dziewczyny. Inaczej siłą bym go odciągnął. I przysięgam, nie patrzyłbym na jego kolegów z pracy. Rzuciłbym jego ciałem w te pieprzone szyby. Przenoszę spojrzenie na Haelyn, skanując jej ciało. Nie ma zadrapań ani czerwonej skóry, więc nie zrobił jej krzywdy. Niemo pytam, czy nic jej nie jest. Najwyżej mnie zignoruje, ale nie byłbym sobą, gdybym się nie upewnił. Ona na szczęście zaprzecza, dlatego wracam do obserwowania Adwokacika. Podchodzę do niego i zatrzymuję się dopiero tuż przed jego brzydką gębą. Nie wpierdoli mi, gdy jesteśmy obserwowani, prawda? A nawet jeśli, to nie pozostanę mu dłużny. Już raz z nim wygrałem. Wiem, na co go stać i ile ma siły. Nasze kolejne starcie byłoby o wiele prostsze niż poprzednie. Wtedy jeszcze nie znaliśmy siebie i swoich możliwości. Teraz już wszystkie karty są odkryte.

- Haelyn, wyjdź, proszę - odzywam się, nie odrywając od niego spojrzenia. - Muszę pogadać z naszym Adwokacikiem. - Widzę, jak jego prawa brew ledwo zauważalnie drga.

- Nie wyjdę - zaprzecza.

Biorę głęboki wdech i spoglądam na nią przez ramię. Jest uparta. Znam ją na tyle, by wiedzieć, że nie odpuści. Przewracam oczami i wracam do pajaca w garniturze, który myśli, że nie można go tknąć, ponieważ ma dobry stołek. Ale zapomniał, że w każdej chwili może z niego spaść.

- To, co zrobiłeś... - urywam, zastanawiając się, jak mu to powiedzieć. - Jesteś jeszcze większym kutasem, niż przypuszczałem. Lubisz nadużywać swojej pozycji, co?

- Zanim kolejny raz zaczniesz mnie obrażać i mi grozić, przypomnij sobie, kim jestem i co mogę. Powiedziałem, że zniszczę ci życie - zniża głos. - Nie wierzyłeś. - Nim zdążę cokolwiek odpowiedzieć, odwraca się i podchodzi do biurka. Podnosi słuchawkę telefonu i spogląda to na mnie, to na Haelyn. - Kawki, herbatki?

Nie wierzę.

On tak na poważnie?

- Zamów sam wrzątek - odzywa się dziewczyna i podchodzi bliżej. Teraz stoi równo ze mną. - Będę mogła wylać ci go na twarz.

Adwokacik parska śmiechem i kręcąc głową, odkłada słuchawkę. Siada na swoim skórzanym fotelu, zakłada nogę na nogę i patrzy na nas, jakby się dobrze bawił.

Nie przywalę mu. Nie przywalę mu. Nie przywalę mu. Nie przywalę mu. Nie przywalę mu.

- Dostałeś mój list, jak mniemam - zwraca się do mnie i splata dłonie, kładąc je sobie na brzuchu. Rozwalił się w tym fotelu jak żaba. Mógłbym go teraz rozdeptać butem, na przykład. To byłoby piękne.

- Co chciałeś przez to osiągnąć? - pytam prosto z mostu, bo nie mam zamiaru bawić się z nim w jakieś durne podchody. Chcę wiedzieć, dlaczego wyciągnął Dominica z więzienia, i przede wszystkim...

- Jak ci się to, do cholery, udało?

- Cóż, to było dziecinnie proste. - Wstaje z miejsca i obchodzi biurko, by oprzeć się o nie tyłem. - Przez pierwsze cztery lata przebywał w zakładzie psychiatrycznym - zaczyna wymieniać, a ja czuję, jak krew gotuje się we mnie coraz bardziej. - Nie był do końca poczytalny podczas popełnienia zbrodni. Odsiedział w więzieniu czternaście lat. Mogłem go wyciągnąć za dobre sprawowanie i to też uczyniłem.

A może jednak mu przywalę?

- Gdybyś się nie zainteresował tą sprawą, to czy on... - Haelyn nie kończy zdania.

Odwracam do niej głowę i przyglądam się jej ze zmartwieniem. Nie chciałem, by była świadkiem tej rozmowy. Wiem, jak bardzo to na nią wpływa. Temat rodziców jest dla niej trudny, a teraz jeszcze musi słuchać o tym, jak ich morderca został wypuszczony na wolność.

- Czy nadal by siedział? - dopytuje Adwokacik.

Haelyn potakuje z zaciśniętymi ustami.

- Pewnie tak, ale nie więcej niż kilka lat. W końcu jego poprzedni adwokat wnioskowałby o wcześniejsze zwolnienie, bo tak jak wspominałem, dobrze się zachowywał w trakcie trwania całego wyroku. Nie sprawiał problemów. Zasłużył na wolność.

Prycham, podczas gdy Haelyn zaczyna się histerycznie śmiać.

- Zasłużył na gnicie w pierdlu do końca życia! - wykrzykuje.

- To twoje zdanie. Rozumiem, dlaczego tak uważasz, ale ja muszę być bezstronny.

- Właśnie widzę, jak kurewsko bezstronny jesteś w tej sprawie - mówię, zaciskając szczękę. Jeśli połamię sobie przez tego kutasa zęby, przysięgam, że za to zapłaci.

Haelyn kręci głową, cały czas patrząc na tego złamasa z szokiem wymalowanym na twarzy.

- Remi, do cholery... - przerywa jej szloch, który wyrywa się jej z gardła. Przeciera szybko mokre od łez policzki, bo zaczęła płakać. - Nie mogłeś zemścić się na Jamesie w inny sposób? Naprawdę musiałeś wyciągnąć jego ojca z więzienia?

Chłopak przenosi na mnie wzrok, poważnieje nagle, a po jego głupkowatym uśmiechu nie ma ani śladu.

- Tylko w ten sposób mogłem dotrzymać danego słowa - odpowiada, patrząc mi prosto w oczy.

Robię krok i chwytam go za koszulę.

- Powinienem cię za to zabić - syczę.

Kąciki ust mu drgają. No, to by było na tyle z jego powagi.

- To groźba?

Skurczybyk wie, że mógłby to wykorzystać przeciwko mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym mu teraz przyjebał, to skończyłoby się dla mnie bardzo źle. Nagle na plecach czuję zimną dłoń Haelyn.

- Zostaw go, nie jest tego wart - mówi.

Otrząsam się i puszczam tego idiotę, robiąc krok w tył.

- Jeśli to wszystko, to pozwólcie, że was przeproszę, mam ważne spotkanie - poprawia marynarkę i zabiera z biurka komórkę, którą chowa do kieszeni spodni. - Miło się z wami gawędziło. - Puszcza oczko do Haelyn, a ja cudem powstrzymuję się przed wyprowadzeniem ciosu w jego nos.

Wychodzimy z gabinetu, a inni pracownicy odprowadzają nas zaciekawionymi spojrzeniami do samego wyjścia. Kiedy znajdujemy się już na zewnątrz, od razu zauważam idącego w naszym kierunku Riona.

Świetnie.

Rion

- Trzeba było tyle krzyczeć? - pytam, na co Blondi rzuca mi spojrzenie, które przestraszyłoby niejedną osobę, ale mnie nie rusza ani trochę.

- Nie odzywaj się.

- Haelyn przez was wyszła. Nie mogłaś się powstrzymać i chociaż przy niej nie rozpoczynać kłótni?

- Ja rozpoczęłam kłótnię? - Wskazuje palcem na siebie z niedowierzaniem.

Co ją tak dziwi?

- A kto? Może ja?

- Kurwa, Rion - prycha, spuszcza wzrok i kręci głową. Sam nie wiem, czy płacze, czy się śmieje... a może dusi? Wydaje z siebie jakieś dziwne dźwięki podczas tego napadu... czegoś. Nie lubię być w takich sytuacjach. Rozemocjonowane kobiety to istoty niemal nie do okiełzania. Gorzej jest tylko, gdy płaczą. - To James niepotrzebnie tu przylazł. To on rozpętał piekło, w którym obecnie wszyscy tkwimy!

- Nie musisz podnosić już głosu - upominam ją.

Przewraca oczami, ale po chwili potakuje i siada na kanapie, wzdychając teatralnie.

- Po prostu jestem wkurzona na niego i... na to wszystko, co się wydarzyło. Na siebie też jestem zła.

Marszczę brwi i przysiadam obok niej. Jeszcze nigdy dotąd nie mieliśmy okazji pogadać sam na sam. Dziwnie się z tym czuję. Zwłaszcza że temat jest bardzo poważny.

- Za co? - pytam w końcu, gdy uparcie milczy.

Przeczesuje włosy palcami, a potem odwraca głowę w moją stronę.

- Że niczego nie dostrzegłam. Wcześniej tkwiłam w relacjach, w których mnie oszukiwano. Byłam ślepa, ale obiecałam sobie, że więcej do tego nie dopuszczę, i co się stało? - Wzrusza ramionami i przygryza wnętrze policzka. - Kolejny raz zostałam zmanipulowana i to przez faceta, któremu oddałam całą siebie. Nikogo przed nim tak nie kochałam, Rion, serio.

- Wierzę. - Widziałem przecież tę miłość. Nieraz mówiliśmy o tym z Haelyn. Ona i James idealnie się dobrali, ale niestety on nie był z nią szczery i przez to teraz oboje cierpią.

- Czasem zastanawiam się, jak by się to wszystko potoczyło, gdyby na samym początku przyznał, kim jest. - Ucieka spojrzeniem w bok, jakby utrzymanie ze mną kontaktu wzrokowego było dla niej zbyt trudne.

Sam myślałem o tym wiele razy. Różne scenariusze pojawiały się w mojej głowie, jednak nie skupiałem się na nich zbyt długo. Bo wiedziałem, że to i tak nic nie da.

- Myślisz, że gdyby podczas waszego pierwszego spotkania przedstawił się i powiedział, że tak naprawdę doskonale wie, kim ty i Haelyn jesteście, to w ogóle chciałabyś z nim gadać? Czy Haelyn wtedy by się z nim zaprzyjaźniła? Dopuściłaby go do siebie, gdyby wiedziała, że jego ojciec zabił jej rodziców? Albo ty? Związałabyś się z nim?

Blondi milczy, w skupieniu analizuje moje słowa. Sam nie dodaję nic więcej i tylko wpatruję się w dziewczynę, czekając, aż coś powie. Jest niezręcznie, ale skoro już zaczęliśmy ten temat, wypada go skończyć.

- Pewnie nie - odzywa się w końcu i przełyka z trudem ślinę. - Od razu kazałabym mu spadać.

- Widzisz. Właśnie tego się bał. I żeby nie było - unoszę dłonie - nie bronię go ani nie tłumaczę, bo sam uważam, że chujowo się zachował, ale wiem też, jak się z tym czuł i dlaczego zrobił to wszystko. Popełnił masę błędów, za które teraz musi płacić, i jest mu z tym bardzo ciężko. Mimo wszystko to wciąż James. Nasz James.

Blondi spogląda mi w oczy i ściąga brwi.

- To ja studiuję psychologię, dlaczego więc to ty prowadzisz ze mną jakąś słabą psychoterapię?

- Skoro jest słaba, to dlaczego ze mną rozmawiasz? - odpowiadam pytaniem, na co sznuruje usta i wbija wzrok w swoje splecione dłonie.

Bawi się palcami. Wzrusza ramionami. Widzę, że sama nie do końca wie, co czuje, i nie potrafi sobie poradzić z własnymi emocjami.

- Kiedy byłem w szpitalu psychiatrycznym, na początku nie akceptowałem swojego stanu. Udawałem, że wcale nie potrzebowałem pomocy, choć rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Wszyscy widzieli, jak źle ze mną było, tylko nie ja. Odczuwałem różne emocje. Nie potrafiłem się na niczym skupić. Miałem dość stanu, w jakim się znajdowałem. Wiem, że teraz możesz być zagubiona. - Przełykam ślinę i kontynuuję dopiero po krótkiej chwili. - Kiedy świat wali ci się na głowę, wszystko maluje się w ciemnych barwach.

- Nie wiem, co robić. Co zrobić z Haelyn. Jak jej pomóc. Co zrobić z Jamesem... ja... ja... - Zaciska usta w wąską linię i zamyka na moment oczy. - Nie wiem, co się ze mną dzieje. Chodzę rozdrażniona. Mało śpię. Objadam się samą chemią i fast foodami. To do mnie niepodobne. Rozstanie z Jamesem zrobiło ze mnie innego człowieka. Dopiero dziś się ogarnęłam. Do tej pory wyglądałam jak żywy trup i - wystawia palec wskazujący w moją stronę, by podkreślić powagę swoich słów - nie przesadzam. Haelyn może potwierdzić.

- Ej, to normalne, że przeżywasz wasze rozstanie. Byliście ze sobą naprawdę blisko.

- Jak widać, nie na tyle, by powiedział mi prawdę. Tak w ogóle - pociąga nosem i zerka na mnie spod ściągniętych brwi - przykro mi, że to wszystko wydarzyło się po twoich urodzinach.

Macham ręką, bo naprawdę mnie to nie ruszyło.

- Moje urodziny były bardzo udane, a to, co stało się wieczorem... Cóż, spieprzyło się, trudno. - Wzruszam ramionami i opieram plecy o kanapę.

Czuję, jak bardzo jestem spięty. Boli mnie głowa i każdy, dosłownie każdy mięsień. Podobnie jak Blondi, ostatnie dni spędziłem w bardzo napiętej atmosferze i mało spałem. Sytuacja z Jamesem i Haelyn męczy mnie na tyle, że nie mogę się na niczym skupić. Ciągle o nich myślę. O Jamesie, jak bardzo zabolały go konsekwencje kłamstw i złych decyzji. O Haelyn, jak wciąż przeżywa ostatnie spotkanie z ciotką i całą tę akcję ze zdjęciem. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

- Co zrobimy z Remim? - pyta nagle Blondi, czym wyrywa mnie z zamyślenia.

- Nie wiem - odpowiadam zgodnie z prawdą, bo jeszcze o tym nie myślałem. Ledwo ponad pół godziny temu dowiedziałem się, że maczał w tym swoje paluchy. Nie zdążyłem się nawet nad tym zastanowić. Przecieram twarz dłonią i coś mi się przypomina. - Kiedy tu przyszedłem, wy już wiedziałyście o tym, że ten idiota wyciągnął ojca Jamesa z więzienia - stwierdzam, a Blondi potakuje. - Skąd?

- Wracałam do domu i po drodze spotkałam Remiego. Jak teraz o tym myślę, to dociera do mnie, że on pewnie czekał, aż wyjdę z mieszkania. Śledził mnie i z pewnością nie spotkaliśmy się przypadkiem. - Przewraca oczami. - Przekazał mi tę kopertę i powiedział, że wyciągnął mojego teścia z więzienia. Nawet nie wiesz, co wtedy poczułam. Od razu przybiegłam tutaj z nadzieją, że zastanę jeszcze Haelyn. Wiedziałam, że byliście umówieni. Powiedziałam jej, a później przyszedłeś ty. Ot, cała historia - kończy i chowa twarz w dłoniach.

Nie wiem, co powinienem teraz powiedzieć. Wstaję więc i wygładzam czarny T-shirt.

- Idę po Jamesa - informuję dziewczynę.

Rzuca mi obojętne spojrzenie i również wstaje, po czym zmierza do kuchni. Zamykam za sobą drzwi i niemal zbiegam ze schodów. Nie dostrzegam przyjaciela ani na klatce schodowej, ani przed budynkiem. Rozglądam się, wybieram jego numer i dzwonię, ale nie odbiera. Dziwne. Marszczę brwi, wciąż przeszukując spojrzeniem otoczenie, i nagle...

- Cholera - szepczę do siebie i wbiegam z powrotem na górę. Jeśli ten idiota faktycznie poszedł do miejsca, o którym teraz myślę, to go zatłukę. - Gdzie znajduje się kancelaria, w której pracuje ten cały Remi? - pytam, bo czuję, że właśnie tam znajdę Jamesa.

Blondi mruży oczy, ale podchodzi do komody i pochyla się nad nią, a potem zapisuje coś na małej kartce. Podaje mi ją bez słowa.

- Dzięki. - Przyglądam się adresowi i ponieważ nic mi to nie mówi, sprawdzam w nawigacji, gdzie to konkretnie jest. Po chwili siedzę już w samochodzie Jamesa i zmierzam do celu. Mam tylko nadzieję, że nie odwali niczego głupiego.

- Zwariowałeś? - wypalam na wstępie, gdy tylko podchodzę do Jamesa. Ten skruszony spuszcza wzrok. Wtedy dostrzegam również ją. - A ty co tutaj robisz? Miałaś iść na spacer.

Haelyn staje obok Jamesa i wbija we mnie smutne spojrzenie. Nie cierpię jej takiej widzieć.

- Nie wiem - odpowiada, wzruszając ramionami. - Tak jakoś wyszło, że przyszłam i... - Nie kończy.

- Ja też nie przemyślałem tego wcześniej - wtrąca James, więc od razu przenoszę na niego spojrzenie. - Kiedy tu przyjechałem, Haelyn była już w środku.

Potrzebuję więcej cierpliwości.

Pocieram brodę, starając się zachować spokój.

- I? - Tylko tyle jestem w stanie wypowiedzieć względnie spokojnym tonem.

James unosi głowę, wykrzywiając usta.

- I gówno, bo ten zjeb jest tak cholernie pewny siebie, że nic sobie nie zrobił z naszej wizyty.

- Nie rozumiem, co chciałeś osiągnąć, przyłażąc tu. - Wskazuję ręką przeszklone drzwi. - Typ wyciągnął twojego starego z więzienia, a tobie zachciało się pogadać?

- Miałem plan, by go zamordować, ale jak widać, nie wyszło.

Posyłam mu spojrzenie pełne politowania i wzdycham przeciągle.

- Nie żartuj, serio, to nie jest odpowiedni moment.

- Też mam ochotę go zabić - odzywa się pewnym głosem Haelyn. Obaj od razu na nią spoglądamy. - Za wszystko, co zrobił - dodaje z mordem w oczach. Skubie skórki przy paznokciach z nerwów i unosi wzrok na Jamesa. - Tak w ogóle to... dziękuję.

Ściągam brwi.

- Za co? - pytam, a oni wymieniają spojrzenia i milczą. - Za co mu dziękujesz? - dopytuję. Chcę to wiedzieć teraz, w tym momencie.

James pierwszy na mnie zerka.

- Remi przystawiał się do Haelyn. - Pięć słów. Powiedział to tak szybko, że ledwo je zrozumiałem. A mimo to robi mi się dziwnie gorąco.

- Co to znaczy, że się do ciebie przystawiał? - pytam dziewczynę, która nie patrzy mi w oczy. - Haelyn, kurwa, odezwij się.

- Gadał głupoty i... dotykał mnie. - Ostatnie słowa wypowiada szeptem, przez co nie jestem pewien, czy dobrze usłyszałem. Krew mnie zalewa. Jednak z całych sił powstrzymuję się przed wybuchem.

Zamykam na moment oczy, a gdy je otwieram, Haelyn już na mnie patrzy. Ma mokre od łez policzki. Wygląda na rozbitą i złą jednocześnie. Teraz jak nigdy wcześniej mam ochotę zajebać Remiego.

- Gdzie cię dotykał? - Te słowa ledwo przechodzą mi przez usta. Moja wyobraźnia działa na najwyższych obrotach, co sprawia, że zaczynam się trząść z nerwów.

- Rion, nieważne, daj spokój - prosi Haelyn, wycierając twarz wierzchem dłoni. - Odpuścił, kiedy przyszedł James. Zresztą nie zrobiłby niczego więcej, bo byliśmy w jego gabinecie i wszyscy na nas patrzyli.

- Jeśli dotykał cię wbrew twojej woli, to go zabiję.

- No, to teraz wszyscy chcemy pozbawić go życia - wtrąca James, głupkowato się uśmiechając. Piorunuję go wzrokiem, przez co uśmiech szybko schodzi mu z ust.

- Tylko mnie przytrzymywał, nie posunął się dalej, słowo.

Dla mnie to i tak za dużo. Sam fakt, że dotknął ją swoimi łapami, wyzwala we mnie chęć rozkwaszenia mu mordy. I wyrwania łap. Dodatkowo za tym pomysłem przemawia również to, co odjebał. Zniszczył życie nie tylko Jamesowi, jak obiecywał, ale i nam wszystkim.

- Dobra, zbierajmy się stąd - proponuję, chwytając dziewczynę za rękę.

Nie protestuje, kiedy prowadzę ją w stronę samochodu Jamesa. Chłopak siada na tylnym siedzeniu, a ja zajmuję miejsce kierowcy. Dziwne, że nie chce prowadzić. Musi być bardzo rozemocjonowany, tylko w takich momentach nie wsiada za kółko (albo gdy jest pijany). Odpalam silnik i włączam się do ruchu. Haelyn ściąga buty i podciąga nogi do klatki piersiowej, obejmując je rękami. Kątem oka widzę również, jak ściera z policzka kolejną łzę.

Dawniej wparowałbym do tej zasranej kancelarii, odnalazłbym tego złamasa i poprzestawiałbym mu kości. Ale dziś wiem, że to nie załatwiłoby sprawy, a tylko pogorszyłoby sytuację. Co nie zmienia faktu, że jak tylko go spotkam, to sobie z nim pogadam.

- Musimy obmyślić jakiś plan - odzywam się, by przerwać ciszę. Wymieniamy się spojrzeniami z Jamesem w lusterku wstecznym. - Może Remi jest adwokatem, ale nie jest nietykalny, jak mu się najwyraźniej wydaje - prycham i skręcam w lewo, a potem zatrzymuję się na czerwonym świetle. Korzystając z okazji, odwracam głowę do Haelyn. - Musimy coś na niego znaleźć. Na bank odpierdolił w przeszłości coś, co mogłoby go pogrążyć.

Haelyn kręci głową.

- Nawet jeśli, nie chcę zaczynać z nim wojny.

- On już ją zaczął. Wykonał pierwszy ruch - mówię z powagą. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że mu to odpuścisz?

Przekręca głowę i spogląda na mnie załzawionymi oczami.

- Nie wygram z nim, Rion - szepcze.

- Nie jesteś w tym sama - odzywa się James. Przysuwa się do przodu i wychyla między naszymi fotelami. - Załatwimy go - dodaje pewnie, na co dziewczyna prycha cicho i spogląda w boczną szybę. - Nie odpuszczę mu, Haelyn. Zapłaci za to, co zrobił.

- Ty już może nic więcej nie rób, dobra? - Odwraca się do niego, prostując nogi. Wygląda, jakby znowu była na niego zła. - Wystarczająco namieszałeś.

Podczas gdy oni wymieniają się spojrzeniami, ja ruszam z miejsca, bo światło na sygnalizacji zmienia kolor. Nie odzywam się, ponieważ ta dyskusja mnie nie dotyczy. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do myśli, że James zna Haelyn praktycznie od... od zawsze. I że nazwał ją Jaskółką, kiedy ona nawet o tym nie wiedziała. To wszystko jest takie... dziwne.

Odwożę Jamesa do mieszkania i zabieram Haelyn na obiecane szejki. W drodze praktycznie nie rozmawiamy. Dzisiejszy dzień dostarczył nam tyle wrażeń, że wystarczy ich na kolejny rok.

Rozdział 4

Haelyn

Moje życie nigdy nie było usłane różami. Zawsze jednak pokonywałam trudności losu i wychodziłam z każdej takiej sytuacji silniejsza. A przynajmniej tak sobie wmawiałam. Teraz zaś nie mam zielonego pojęcia, jak dalej żyć. Starałam się poukładać w głowie wydarzenia z ostatniego tygodnia, ale każda ułożona myśl nagle rozbiegała się w innym kierunku. I chuj bombki strzelił. Kolejne próby okiełznania emocji kończyły się zawsze tak samo: płaczem i przemoczoną koszulką Riona lub moją poduszką. Nie chcę płakać i być słaba.

Ri przez całe życie powtarzała mi, że muszę być silna. I nieważne, jak abstrakcyjne były jej metody wychowawcze, jedno naprawdę wyszło mi na dobre. Nauczyłam się, że kiedy ktoś unosi głowę wysoko, chociaż jest ujebany po szyję w błocie, to nadal widzi drogę przed sobą. Może dziwnie to brzmi, ale ciotka przekazała mi ważną życiową lekcję: by zawsze iść przed siebie, choćby się paliło, waliło, musisz być twarda. Nie podzielam jej podejścia co do proszenia innych o pomoc, bo dla niej to niedopuszczalne, ale muszę przyznać, że odkąd pamiętam, nigdy nie widziałam, by płakała, była załamana czy smutna. Chowała w sobie emocje, wiem to. Nie pokazywała innym, że można ją zranić, więc oni tego nie robili.

- O czym myślisz? - Głos Riona przywraca mnie do rzeczywistości. Dopiero teraz zauważam, że stoimy już pod barem. Odpinam pas, wzdychając przeciągle, i odwracam głowę do chłopaka.

- A... o tym wszystkim. Nic nowego. - Wzruszam ramionami.

Rion wyciąga do mnie dłoń, którą odgarnia mi włosy z twarzy, ale nie zatrzymuje jej na moim policzku (na co liczyłam). Odpina pas i posyła mi delikatny uśmiech. Zabiłabym za niego. Uśmiechy Riona, nawet te nieznaczne i ledwo zauważalne, są grzechu warte.

- Co? - pyta, bo najwyraźniej za długo się w niego wpatruję. Ale nic nie poradzę na to, że zawrócił mi w głowie.

- Kocham cię - mówię.

Jego oczy otwierają się nieco szerzej, kąciki ust wędrują wyżej, a on sam pochyla się do przodu. Bierze w dłonie moją twarz i opiera czoło o moje. Przez tę nagłą bliskość aż zapiera mi dech w piersi.

- Jeśli padnę na zawał przed trzydziestką, to będzie twoja wina - szepczę, na co on cicho się śmieje. - Nie poprawiasz sytuacji - dodaję i po chwili czuję jego ciepłe wargi na swoich.

No i dobra, mogę umierać.

Całuje mnie powoli, namiętnie, a mi od braku powietrza kręci się w głowie. Odwzajemniam pocałunek, rozchylając usta. Chyba nigdy nie znudzi mi się całowanie tego mężczyzny. Za każdym razem odczuwam tak wiele i to się nie zmienia. I chociaż teraz nastał bardzo niepewny czas, to on jest w moim życiu, i tylko to się dla mnie liczy.

- Ja też cię kocham, Haelyn. - Odrywa się ode mnie, gładzi kciukami moje rozgrzane policzki i wpatruje się w moje oczy z taką intensywnością, że gdybym stała na nogach, to właśnie bym upadła. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo. Poradzimy sobie z tym wszystkim. - Składa jeszcze jeden pocałunek na moich ustach, po czym odsuwa się (niestety) i wysiada z samochodu. Otwiera drzwi po mojej stronie i podaje mi dłoń, którą przyjmuję.

- Rion? - Zatrzymuję się w miejscu i puszczam jego rękę, podczas gdy on rusza do wejścia.

Odwraca się do mnie, marszcząc lekko brwi.

- Tak?

- Nie mam już ochoty na szejki, możemy po prostu... nie wiem, przejść się gdzieś?

Potakuje, podchodzi do mnie i splata nasze palce. Idziemy wzdłuż głównej drogi w milczeniu. Cieszę się, że kiedy nie mam siły, by rozmawiać, on to szanuje i potrafi milczeć razem ze mną. Nie naciska na mnie, gdy nie chcę o czymś rozmawiać, i naprawdę go za to uwielbiam. Skupiam się na cieple jego dłoni. Na jego kciuku gładzącym moją skórę. Sprawia, że przechodzi mnie dreszcz.

- Rina się dziś nie odzywała? - pyta nagle, przez co przenoszę na niego wzrok.

- Na szczęście nie. Od tamtej pory zachowuje się, jakbym nie istniała. Chyba chciała tylko mojego upadku i dała sobie spokój. - Przewracam oczami.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że od początku wiedziała, kim jest James, a mimo to nic ci nie powiedziała - prycha i ściska mocniej moją dłoń.

Odwracam głowę i obserwuję uważnie drogę przed nami.

- Ja też. Jestem na nią zła - mówię i po chwili ciszej dodaję: - Zgotowała mi piekło.

- Jak sobie przypominam tamten dzień, mam ochotę tam wrócić i wytłumaczyć jej, gdzie popełniła błąd. Nienawidzę tej kobiety. Ona pogłębiła w tobie traumę i wszystkie lęki.

Nie mogę się nie zgodzić. Metody wychowawcze Ri pozostawiają wiele do życzenia. Ale jak już wspominałam, wyciągnęłam z nich również dobrą lekcję. I nie chcę już do tego wracać.

- Możemy już o tym nie rozmawiać? - pytam.

- Możemy - zgadza się ze mną.

Spacerujemy dobre dwie godziny, a później kolejne dwie rozmawiamy o głupotach w samochodzie Jamesa. Właśnie takiej atmosfery potrzebowałam. Odskoczni od codziennych problemów. Rion daje mi to wszystko. I jeszcze więcej.

Minnie siedzi na kanapie z lampką wina w ręce i przeskakuje po różnych pozycjach na Netfliksie. Ściągam bluzę i rzucam ją na oparcie fotela, na który potem opadam. Jestem zmęczona, nie tyle fizycznie, ile psychicznie.

- Chcesz? - Minnie wskazuje na butelkę wina.

Kiwam głową, bo w sumie to czemu nie. Przyjaciółka wstaje, idzie do kuchni i wyciąga drugą lampkę, po czym nalewa mi alkohol. Dziękuję i upijam pierwszy łyk. Spoglądam na ekran telewizora, na którym szybko zmieniają się propozycje.

- Wybierzesz coś?

- Nie ma nic ciekawego w tym dziadostwie. I za co ja płacę prawie dwadzieścia trzy dolary miesięcznie? - pyta wzburzona.

- Jedenaście pięćdziesiąt - poprawiam ją. - Drugą połowę płacę ja.

Miley przewraca oczami i opróżnia lampkę, po czym nalewa sobie kolejną. Aha, czyli to ten dzień. Pochylam się, by móc się jej lepiej przyjrzeć. Ma rozmazany tusz pod oczami. Wygląda, jakby...

- Płakałaś - stwierdzam. Ona nie zaprzecza, ale też nie komentuje tego w żaden sposób. - Minnie, co się dzieje?

- Poza tym, co oczywiste? Nic. - Wybiera wreszcie jakiś film, którego nie kojarzę, i odkłada pilota na stolik kawowy.

- Chcesz pogadać o spotkaniu z... - waham się, bo nienawidzę tego imienia - ...Remim?

Obrzuca mnie takim spojrzeniem, jakby wyrosła mi druga głowa.

- A o Jamesie?

- Nie - odpiera szybko. - Nie chcę gadać ani o jednym, ani o drugim. Twój chłopak już wystarczająco mnie dziś wymęczył psychologiczną gadką. - Upija kilka łyków wina, a ja ściągam brwi.

- Rozmawiałaś z Rionem? - dziwię się.

- Nie powiedział ci? Mógłby być terapeutą, serio. - Wlepia wzrok w ekran i po chwili dodaje: - Ja się za to do tego nie nadaję.

Odstawiam kieliszek i przesiadam się na kanapę, obok Minnie.

- Jasne, że się nadajesz. - Szturcham ją łokciem w ramię. Nie reaguje. Nawet na mnie nie patrzy. - Miley Monico Livingstone - wypowiadam te słowa tym samym tonem co ona, gdy w ten sposób nieraz przywoływała mnie do porządku.

Działa, bo odwraca do mnie głowę tak szybko, że chyba cudem nie skręciła sobie karku.

- Jeszcze raz... - wystawia palec wskazujący w moją stronę - ...mnie tak nazwij.

- Wszystko do nas wraca - odpowiadam z satysfakcją.

- Nienawidzę cię za to - burczy pod nosem, unosząc lampkę do ust.

Zgarniam swoją ze stolika i robię to samo.

- A więc?

- A więc jestem w czarnej dupie. Nie czuję się dobrze z tym wszystkim, co się ostatnio dzieje. Najpierw prawda o Jamesie, potem rozstanie z nim, a teraz ta akcja z Remim... Boże, to moja wina. - Opuszcza głowę i wolną dłonią zasłania oczy.

- Co ty mówisz? Jaka twoja wina?

- To przeze mnie Remi mści się teraz na Jamesie i tym samym na tobie - wyjaśnia, na co marszczę brwi jeszcze bardziej.

- Chyba nie za bardzo rozumiem.

- Haelyn, nie wypiłaś nawet pół lampki, czego nie rozumiesz? - Siada bokiem, tak by być na wprost mnie. Ma zaszklone oczy. Pociąga nosem i wpatruje się we mnie pełnym poczucia winy spojrzeniem.

Nie powinna się tak czuć.

- Remi jest zazdrosnym sukinsynem, który od zawsze wykorzystywał swoją pozycję, i tak łatwo nie odpuszcza. James go wkurwił i teraz... to, że wyciągnął jego ojca z więzienia... to wszystko przez tę zasraną ustawkę, na którą James się zgodził. A dlaczego ona w ogóle miała miejsce? Przeze mnie. Chodziło im o mnie - niemal wykrzykuje.

Nie poznaję Minnie. Ona nigdy się tak nie zachowywała. Zdaję sobie sprawę, że czuje się teraz zraniona i zagubiona, i chyba fakt, że nic nie mogę z tym zrobić, rani mnie najbardziej.

Obejmuję ją, a ona przytula się do mnie i zaczyna szlochać.

- Bardzo mi przykro, Minnie - mówię. - Tak bardzo mi przykro.

Odsuwa się i spogląda mi w oczy. Jej własne są przepełnione łzami. Nie cierpię tego widoku. Przez ostatni tydzień naoglądałam się jej w takim stanie wystarczająco dużo. Chcę, by wróciła moja uśmiechnięta, zadowolona z życia przyjaciółka.

- Kiedy zobaczyłam dziś Jamesa, próbowałam udawać niewzruszoną. - Pociąga nosem - Byłam dla niego taka oschła, bo... wydawało mi się, że tak będzie lepiej. Że zranię go tym jeszcze bardziej. Wiesz, on zranił mnie, więc... oko za oko - śmieje się gorzko i kręci głową. - Jestem żałosna.

- Nie jesteś - zapewniam, kładąc dłoń na jej ramieniu.

- Nienawidzę go. Nienawidzę tak bardzo, jak kocham, i to jest mocno popieprzone.

Nic nie odpowiadam, bo nie wiem, co miałabym powiedzieć. Minnie wydaje się zrozpaczona i głęboko zraniona. Nie wyobrażam sobie, przez co musi teraz przechodzić. Została oszukana przez osobę, której oddała całą siebie. Ja cierpiałam po tym, jak Rion wylądował w szpitalu i odmawiał kontaktu ze mną. Tyle miesięcy na niego czekałam, nie mając pewności, czy jest na co czekać. Ale to nic w porównaniu z tym, w jakiej sytuacji znalazła się teraz Minnie. Chciałabym zabrać od niej cały ten ból, bo widok jej w takim stanie łamie mi serce.

- Wy, psycholodzy - zaczynam niepewnie, sama nie do końca wiedząc, co chcę powiedzieć. - Zawsze w takich sytuacjach mówicie, żeby pozwolić sobie na odczuwanie emocji. By ich nie odpychać. Zrób to. - Chwytam jej dłonie w swoje i patrzę w oczy pełne łez. - Zrób to, Miley. Dopuść do siebie wszystko, co czujesz. Jestem przy tobie - dodaję szeptem ostatnie słowa.

Przez kilka sekund Minnie się waha, ale wreszcie wybucha tak głośnym płaczem, że aż przechodzą mnie ciarki. Wpada w moje ramiona, a ja obejmuję ją mocno i cały czas powtarzam:

- Jestem przy tobie.

Miley zasnęła na kanapie, gdy po godzinie płaczu wreszcie się zmęczyła. Przykryłam ją kocem, wyłączyłam telewizor i poszłam pod prysznic. Jednak nie sprawił on, że moje mięśnie się rozluźniły. Nadal czuję napięcie w całym ciele. Jest mi słabo i kręci mi się w głowie. Czuję, jak serce wali mi w piersi. Ostatni atak paniki miałam dziś, zaraz po tym, jak do mieszkania wpadła zdyszana Minnie, oznajmiając, że Dominic wyszedł na wolność.

Tak to teraz będzie wyglądać? Będę wiecznie zlękniona?

Zamykam oczy.

Wdech i wydech.

Powtórz.

Ubrana w piżamę wchodzę do pokoju i rzucam się na łóżko. Muszę się uspokoić. Przypominam sobie technikę oddechową, którą pokazywała mi terapeutka. Biorę głęboki wdech, chwilę go wstrzymuję i licząc do pięciu, wypuszczam przez usta. Jednak od tego robi mi się tylko bardziej słabo.

Szlag.

Tlenu.

Podnoszę się i chwiejnym krokiem podchodzę do okna. Otwieram je, zaciągając się przyjemnym, chłodnym powietrzem. Mój telefon rozbrzmiewa, czym niemal przyprawia mnie o zawał. Podnoszę go z pościeli, zerkam na ekran i uśmiecham się słabo.

Trav.

Odbieram połączenie.

- Cóż za wyczucie czasu - mówię szybko, łapczywie nabierając powietrza. Staram się oddychać wolniej. Ale słabo mi to wychodzi.

- Dzwonię nie w porę?

Kręcę głową, ale dopiero po chwili orientuję się, że przecież on tego nie widzi.

- Nie - dukam. Nienawidzę tych cholernych ataków. - To znaczy... mam atak paniki - tłumaczę i opieram się o parapet, chcąc być bliżej świeżego powietrza. Moje serce nadal pędzi jak szalone, ale już nie mam tak ogromnych zawrotów głowy. Przykładam dłoń do czoła i masuję skronie, które zaczynają mnie boleć.

- Jesteś sama?

- Tak. Miley śpi.

- Masz coś do picia? Gdzie jesteś?

- W pokoju, stoję przy otwartym oknie i tak, na biurku mam wodę. - Od razu się odwracam i po nią idę.

- Napij się i oddychaj spokojnie. Słyszę, jak dyszysz. - Głos Travisa jest uspokajający. Zawsze taki był. Nie raz, nie dwa pomagał mi podczas ataków. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Jak za wszystko, co dla mnie zrobił do tej pory.

Z butelką w jednej ręce i telefonem w drugiej siadam na łóżku, odwrócona przodem do okna, i przymykam powieki. Travis jest ze mną przez cały czas trwania ataku, mówi do mnie uspokajającym tonem, odciąga moją uwagę. Rozmawiamy o książkach, pogodzie, a nawet upierdliwym taksówkarzu, na którego ostatnio często trafiał Travis. Po kilkunastu minutach mój puls wraca do normy, a ja wreszcie mogę odetchnąć z ulgą. Kładę się na łóżku i wlepiam wzrok w pusty sufit. Może powinnam zawiesić sobie na nim świecące gwiazdki, jak zrobiłam to u Riona?

- Dziękuję - mówię, wzdychając ciężko. - Nienawidzę się tak czuć.

- Nie masz za co dziękować - odpowiada. Słyszę szelest pościeli. Chyba również leży w łóżku, tak jak ja. - I wiem, nikt nie lubi ataków paniki.

- Ty kiedyś jakiś miałeś? - pytam, bo w sumie nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

Trav wie o mnie praktycznie wszystko, a ja znam tylko szczątki z jego życia. Wiem, że jego ulubionym kolorem jest zielony i że przynajmniej raz w miesiącu jedzie do tego samego baru napić się piwa i hojnie obdarować barmanów napiwkami. Wiem, że ma dużą rodzinę i sam wynajmuje mieszkanie w Detroit. Byłam u niego tylko kilka razy, bo więcej czasu spędzaliśmy albo u mnie, albo na mieście. Znam podstawowe fakty o nim, ale nigdy nie opowiadał mi o czasach szkolnych, latach dziecięcych czy tym podobnych historiach.

- Nie - przyznaje. - Ale dość się naoglądałem, by wiedzieć, jakie to dziadostwo.

- Widziałeś je tylko u mnie czy...? - nie kończę, bo jakoś tak głupio mi o to pytać. Dochodzę jednak do wniosku, że jeśli nie będzie chciał, po prostu mi nie odpowie. Przecież to mój Trav. Mój najlepszy przyjaciel, z którym do niedawna mogłam rozmawiać na wszystkie tematy. On nigdy mnie nie odtrącił, nawet wtedy, gdy złamałam mu serce.

- Jedna z moich sióstr, Karen, ta najmłodsza, miewała ataki paniki przez kilka pierwszych lat po adopcji. Z początku nie miałem pojęcia, co się dzieje, byłem gówniarzem i myślałem, że tylko wymyśla to wszystko, by zwrócić na siebie uwagę. Już wtedy było nas siedmioro. Moi rodzice mieli ręce pełne roboty, ale to nie tak, że ją zaniedbywali, po prostu nie poświęcali jej sto procent czasu, a ona się go domagała.

- W jakim była wieku?

- Miała sześć lat - odpowiada cicho, a ja przykładam dłoń do ust.

Ataki paniki w wieku sześciu lat... Przecież to było jeszcze małe dziecko, które zapewne nie miało pojęcia, co się z nim dzieje.

- Boże - szepczę, bo na nic więcej mnie w tej chwili nie stać.

- Jej rodzice stracili prawo do opieki, gdy ona skończyła trzy latka. Byli alkoholikami i stosowali przemoc domową.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie to wszystko. Jest mi niedobrze od obrazów, jakie widzę. Czasami wolałabym nie mieć tak rozbudowanej wyobraźni.

- Całe szczęście, że trafiła do twojej rodziny.

- Nie było łatwo, ale kiedy moi rodzice o niej usłyszeli, od razu zaczęli się starać o adopcję. Już pierwszej nocy u nas zaczęła głośno płakać, a ponieważ dostała pokój zaraz obok mojego, usłyszałem ją i poszedłem sprawdzić, co się stało. Cała się trzęsła, ledwo oddychała. Haelyn... widok małego dziecka w takim stanie był okropny. Nie wiedziałem, co robić. Do dziś czasem śni mi się jej przerażona twarz.

- Dziękuję, że jej pomagałeś - mówię cicho, otwierając oczy.

- Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałem się, że to ataki paniki. Rodzice zdecydowali się zapisać ją do psychologa, ale ona chciała rozmawiać z nim jedynie w mojej obecności. Dostałem wskazówki, jak postępować z Karen, kiedy pojawi się kolejny atak. Chodziła na terapię od szóstego roku życia i uczęszcza na nią do dziś, choć teraz tylko sporadycznie.

- A ile ty miałeś lat, kiedy ona dołączyła do waszej rodziny?

- Piętnaście - odpowiada natychmiast.

Był nastolatkiem, który wziął sobie na barki taką odpowiedzialność. Zajął się Karen i pomagał jej, gdy ona potrzebowała pomocy.

- Jesteś aniołem, Trav.

W słuchawce słyszę krótkie parsknięcie.

- Bez przesady.

- Nie przesadzam. Mogłeś mieć ją gdzieś, ale nie porzuciłeś jej. Tak samo jak mnie, gdy złamałam ci serce. Nadal przy mnie jesteś, choć domyślam się, że to nie jest dla ciebie proste. Jesteś aniołem - powtarzam.

- Nie powinienem do tego wracać ani zadawać takiego pytania, ale... - urywa na moment, a ja milczę, czekając na kontynuację, choć domyślam się drugiej połowy zdania. Trav przełyka głośno ślinę i chyba siada, bo pościel szeleści pod jego ciężarem. - Gdyby nie Rion... - Kolejna pauza. - Myślisz, że mogłabyś się we mnie zakochać?

Nie odpowiadam od razu. Naprawdę się nad tym zastanawiam. Do tej pory o tym nie myślałam. Kocham Travisa jak rodzinę. Jest jednym z najlepszych ludzi, jakich poznałam. Troskliwy, z poczuciem humoru, miły i uczynny. Ale czy mogłabym go pokochać... tak jak pokochałam Riona?

- Wydaje mi się, że może w innym życiu tak - zaczynam w końcu i odchrząkuję, bo w gardle nagle stanęła mi wielka klucha. Po chwili siadam na środku łóżka. - Wiesz, to, co zaraz powiem, zabrzmi śmiesznie i pewnie uznasz, że to przez Minnie i Jamesa... - Śmieję się krótko, on jednak siedzi cicho, nic nie mówiąc ani w żaden sposób nie reagując na moje słowa. - Ale uwierzyłam w to, że ludzie są sobie pisani. Pewnego dnia spotykasz odpowiednią osobę i po prostu to czujesz. Dla mnie taką osobą jest Rion. I chociaż teraz jest ci smutno i pewnie cię to boli, wierzę, że kiedy spotkasz już tę właściwą kobietę, będziesz się śmiał z tego, że chciałeś być ze mną.

Travis milczy, a ja zaczynam podejrzewać, że zwyczajnie zakończył połączenie podczas mojego paplania. Odsuwam telefon od ucha, ale na ekranie nadal widnieje jego imię.

- Pewnie masz rację. - Oddycham z ulgą, gdy wypowiada te słowa. - Ale mogę być z tobą szczery?

- Oczywiście.

- Na razie to ty jesteś dla mnie taką osobą.

Wstrzymuję oddech, bo nie bardzo wiem, co zrobić. Co powiedzieć? Jak się zachować? Nigdy nie byłam w takiej sytuacji i bardzo mnie to gryzie. Nie chciałam zranić Travisa. W tej chwili też nie chcę tego zrobić.

- Trav...

- Jest okej. Naprawdę, pogodziłem się z tym - przerywa mi.

Jakoś nie do końca wierzę w jego zapewnienia, ale nie chcę ciągnąć tego tematu, więc odpuszczam. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że faktycznie jakoś sobie z tym poradzi.

- Wiem, że widok mnie u boku Riona nie należy do najprzyjemniejszych, dlatego nie chcesz z nami zbyt często wychodzić. Co powiesz na wspólny lunch jutro? Tylko ty, ja i ewentualnie Maud? - pytam, bo tęsknię za moim przyjacielem. Bardzo chciałabym, by między nami było jak dawniej, choć zdaję sobie sprawę, że to raczej niemożliwe. Jeśli więc nie mogę mieć tego, co było, pragnę odzyskać chociaż małą cząstkę.

- To jest bardzo dobry pomysł - odzywa się wreszcie.

Uśmiecham się do siebie.

- Cieszę się. W takim razie do jutra?

- Do jutra - potwierdza. - Śpij dobrze, Haelyn.

- Ty również, Trav - mówię i się rozłączam. Rozmawialiśmy ponad godzinę. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Z nim tak właśnie jest. Czas przestaje mieć znaczenie.

Odkładam komórkę na szafkę nocną i wskakuję pod kołdrę, licząc, że tej nocy nie nawiedzi mnie żaden koszmar.

Rozdział 5

James

Rion wparowuje do mojego pokoju jak do siebie, przez co od razu odrywam się od komputera i spoglądam na niego zaskoczony.

- A podobno to ja nie pukam - zwracam mu uwagę.

Podchodzi do mojego biurka z miną, jakiej ostatnio u niego nie widziałem.

- Co jest? - pytam poważnie.

- Martwię się o Haelyn. Ta cała sytuacja z twoim ojcem... - urywa. Chowa twarz w dłoniach, a po chwili spogląda na mnie załzawionymi oczami. Jest wykończony, widzę to. - Co, jeżeli on...

- Nawet tego nie mów - wchodzę mu w słowo. Wstaję z fotela i równam się z nim. - Nie odważy się.

Obaj milczymy, bo boimy się wypowiedzieć na głos obawę, która zżera nas od środka. Dominic jest na wolności od dwóch dni. Nie mam pojęcia, gdzie przebywa i co planuje. Czy wróci do domu? Czy będzie chciał mnie odnaleźć? Skoro to Remi go wyciągnął, zapewne już doskonale wie, gdzie mieszkam. Ale na razie się nie pojawił. Łudzę się, że zacznie nowe życie daleko stąd. Z dala ode mnie, mojej rodziny i Haelyn.

- Chcę, żebyś wiedział... - zaczyna i podnosi na mnie wzrok - ...że jeśli zbliży się do Haelyn, zatłukę go.

Pochylam się do przodu, by dobrze mnie zrozumiał.

- Sam go zatłukę, gdy tylko pojawi się w jej pobliżu.

Nie kłamałem, mówiąc, że będę ją chronił. Robiłem to w końcu przez całe życie. Żyłem w jej cieniu, tak by mnie nie widziała, a potem zaprzyjaźniłem się z nią, i choć to była ostatnia rzecz, jakiej chciałem, zraniłem ją, bo poznała prawdę w okrutny sposób. Sam nie wiem, czy planowałem jej powiedzieć. Być może gdyby nie wydarzenia sprzed tygodnia, ona nadal żyłaby w niewiedzy, a mnie zżerałyby wyrzuty sumienia.

Rion mruży oczy i odbija się od mojego biurka.

- Może dobrze by było, gdybyś na jakiś czas... odsunął się od tego wszystkiego.

Co on sugeruje?

- To znaczy?

- Pojedź do mamy, ona z pewnością cię teraz potrzebuje. Spędź trochę czasu z rodziną. Niech emocje nieco opadną. Dziewczyny ochłoną, bo przez twoje dzisiejsze wtargnięcie do ich mieszkania tylko bardziej się nakręciły. Zwłaszcza Blondi.

Odwracam się do niego tyłem i zaczynam krążyć po pokoju. Może Rion ma rację? Może powinienem wyjechać na jakiś czas i odpocząć? Dać odpocząć od siebie innym? Może to jest dobry pomysł?

Zatrzymuję się przed oknem i opieram dłonie o parapet, zwieszając głowę.

- Rozmawiałem z nią - słyszę za plecami.

- Z kim?

- Z Blondi.

Unoszę spojrzenie, ale wbijam je w krajobraz za oknem, zamiast odwrócić się do Riona. Chyba nie dam rady teraz na niego patrzeć. W głowie mam istny chaos. Myśli ścigają się ze sobą. Nie wiem, jak się nazywam. Nie wiem, co czuję... Moje życie stało się nie do zniesienia.

- Jeśli chcesz to naprawić, musisz dać jej przestrzeń i czas.

- Wiem - rzucam, wściekły na siebie za to, że tak bardzo zjebałem. Moje decyzje zrujnowały nie tylko moje życie, i to sprawia, że mam ochotę się zabić. Jednocześnie nie tracę nadziei, że mogę to naprawić. Może jestem naiwny (albo głupi), ale wierzę, że zawsze jest jakieś wyjście. Nawet z tak chujowego położenia, w jakim obecnie się znajduję.

Rion podchodzi do mnie i opiera bark o ścianę, przyglądając mi się w zamyśleniu. Nie naciska na mnie, choć wiem, że chciałby zadać mi masę pytań. Cieszę się, że tego nie robi. Nie potrafię okiełznać własnych myśli, a co dopiero rozmawiać na tak poważne tematy. Chciałbym... naprawdę chciałbym wyjaśnić mu wszystko, czego jeszcze nie wyjaśniłem. Odpowiedzieć na nurtujące go pytania, ale jedyne, do czego jestem teraz zdolny, to oddychanie.

- Słuchaj, nadal mam ci za złe kłamstwo, ale jesteś moim przyjacielem i nie zostawię cię z tym samego.

- Powinieneś.

Rion wzrusza ramionami.

- Uważam, że wyjazd dobrze ci zrobi. Dobrze zrobi nam wszystkim - dodaje, na co potakuję.

Prostuję się i odwracam do niego.

- Wyjadę jutro zaraz po zdaniu egzaminów - decyduję. - A teraz idę się spakować. Nie wiem, ile mnie nie będzie.

- Jakby co, to dzwoń, okej? Ale postaraj się tego nie robić bez większego powodu. Odpocznij.

Kiwam głową i podchodzę do szafy, a potem ją otwieram. Wybieram same najpotrzebniejsze rzeczy. Podczas gdy ja się pakuję, Rion wychodzi i zamyka za sobą drzwi. Dopiero wtedy pozwalam sobie na długie westchnienie i jedną samotną łzę spływającą po moim policzku. Nic więcej.

Brian: Znowu wziąłeś urlop?

Ja: Wykorzystuję zaległe dni wolnego. Jadę do mamy

Brian: Jak tam sprawa z Miley?

Wkurza mnie fakt, że nauczył się jej imienia dopiero po naszym rozstaniu. Brian nie jest w temacie na bieżąco. Nie ma pojęcia, że mój ojciec morderca wyszedł na wolność i to za sprawą byłego Miley. I nie mam zamiaru go o tym informować. Na pewno nie teraz.

Ja: Nic nowego. Nadal jest na mnie wściekła

Brian: Wcale się jej nie dziwię

Ja: Piszesz do mnie, żeby mnie dobić? Karmisz się cierpieniem innych ludzi?

Brian: Postaw się na jej miejscu. Wybaczyłbyś jej?

Przewracam oczami, choć tego nie widzi. Czy wybaczyłbym jej oszustwo? Jak bym się poczuł, gdybym usłyszał, że była ze mną tylko po to, by zbliżyć się do kogoś innego? Kurwa, zabolałoby, i to mocno. Nawet gdyby próbowała mi wytłumaczyć, jak wyglądała sytuacja z jej perspektywy, zapewne nie chciałbym jej słuchać. Nie dziwi mnie więc, że jest dla mnie oschła i zachowuje się wręcz jak suka. Zasłużyłem.

Wystukuję krótką odpowiedź:

Ja: Nie

Brian: No właśnie. Daj jej to wszystko przemyśleć, a jak nie będzie chciała do ciebie wrócić, to, stary, tego kwiatu jest pół światu. Znajdziesz kogoś innego

No tak, dla niego to takie proste. Mam ochotę z nerwów rzucić telefon na fotel obok. Unoszę wzrok i wbijam go w mój rodzinny dom. Stoję przed nim już dobre dziesięć minut, bo nie mam odwagi wejść do środka. Tylko jakimś cudem moja mama jeszcze mnie nie zauważyła na podjeździe.

Ja: Ty się chyba nigdy nie zakochałeś

Brian: Fuuuuj, miłość. Bleee, nie obrzydzaj mnie, chłopie

Brian: Mówię ci, nie zadręczaj się tak. Zagraj w grę, idź pobiegać albo zabaw się z jakąś chętną laską

Ja: Piszę

Brian: Co piszesz?

Ja: Ty piszesz

Brian: ?

Brian: Ćpałeś coś?

Ja: Napisałeś "mówię ci", ale nie mówisz, tylko piszesz

Brian:

Ja: Nie wysyłaj mi samych emotek

Brian: Dlaczego?

Brian:

Bo Miley tego nie lubi, przechodzi mi przez myśl. Szybko kręcę głową i wystukuję odpowiedź.

Ja: Nic, nieważne. Muszę lecieć

Brian: Dziwny jesteś

Brian: Pozdrów rodziców i te dwa szatany

Ja: Pozdrowię

Od razu po zaliczeniu zaległych egzaminów wpakowałem dupę do wozu i wyruszyłem z Detroit. Z jednej strony nie chcę wyjeżdżać, ale z drugiej czuję, że to najrozsądniejsza decyzja, jaką ostatnio podjąłem. Wiem, że Rion ma rację i to dobrze zrobi zarówno mnie, jak i nam wszystkim.

Chowam komórkę do kieszeni bluzy, zabieram torbę z tylnego siedzenia i wreszcie wychodzę z auta. Z mocno bijącym sercem naciskam na klamkę, która nie ustępuje. Pukam więc trzy razy i czekam. Po kilku sekundach słyszę, jak ktoś zbiega ze schodów. Drzwi się otwierają, a ja dostrzegam jedną z moich piekielnych sióstr.

- Wiesz, że diabeł zapowiada się, pukając właśnie trzy razy? - pyta, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu, bo kiedyś to samo powiedział mi Rion.

Mijam Phoebe, mierzwiąc jej włosy, na co głośno protestuje.

- Może jestem diabłem - odpowiadam w trakcie ściągania butów. Niemal od razu podbiega do mnie Cookie. Głaszczę go za uchem na powitanie i prostuję się.

- To by oznaczało, że jako twoja siostra jestem diablicą.

- A co? Sądziłaś, że aniołkiem? - pytam, posyłając jej spojrzenie pełne politowania.

Dziewczyna wystawia mi język i krzyżuje ręce na piersiach, po czym rusza w stronę kuchni. Podążam za nią, a za mną Cookie, który teraz nie opuści mnie nawet na chwilę. Zawsze, kiedy przyjeżdżam, drepta za mną krok w krok.

- Mamo! James przyjechał! - Krzyk siostry jest tak donośny, że aż włoski na rękach stają mi dęba.

Kiedy tylko przekraczam próg kuchni, mama odwraca się do mnie i rozpościera ramiona.

- Kochanie. - Przytulam się do niej, jednak szybko się odsuwam, bo czuję, że za moment nie wytrzymam i się rozpłaczę. Ostatni raz, gdy rozmawialiśmy, płakałem do słuchawki. Mama przygląda mi się uważnie. Dotyka mojego policzka, brody i zagląda głęboko w oczy. Niczego nie muszę jej mówić, ona już wszystko wie. - Usiądź, zrobię ci ciepłej herbaty.

Bez słowa wykonuję polecenie i rozglądam się po pomieszczeniu. Phoebe zniknęła. Za to pies wiernie leży pod moimi nogami.

- Gdzie Joseph?

- Pojechał po Abellę, miała dziś zajęcia z pływania - tłumaczy mama, wstawiając wodę. - Masz ochotę na ciasto cytrynowe? Upiekłam wczoraj wieczorem.

- Jakbyś przeczuwała, że się zjawię. - Uśmiecham się lekko. Mama piekła to ciasto zawsze, gdy miałem gorszy humor.

- Porozmawiamy? - Siada naprzeciwko mnie przy dużym stole i stawia przede mną talerz ze sporym kawałkiem deseru.

Wbijam w niego widelczyk i zapycham usta. Nie chcę rozmawiać, ale zdaję sobie sprawę, że ona mi nie odpuści. W końcu to moja mama. Po kimś odziedziczyłem upór.

- A więc Miley zna prawdę. Haelyn i Rion również - odzywa się, a ja kiwam głową. - Jak on na to wszystko zareagował?

- Na początku był zły. Przywalił mi. - Mama otwiera szerzej oczy, przerażona. - Spokojnie, dostałem raz, należało mi się. Wyjaśniliśmy sobie wiele spraw. Niby rozmawiamy normalnie i w ogóle, ale on cały czas chowa urazę.

- Nie dziw mu się. W końcu całe życie był w błędzie.

- Może gdybym cię wcześniej posłuchał...

- Nie ma sensu wracać do przeszłości, synku. - Mama kładzie dłoń na mojej i delikatnie nią potrząsa. - Nie myśl o tym, co mogłeś zrobić inaczej, tylko skup się na tym, co możesz zrobić teraz i w przyszłości.

- To nie takie proste, jak ci się wydaje. - Wyrywam rękę i opieram się o krzesło. Cookie unosi na mnie łebek i patrzy takimi oczami, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak. On jedyny zawsze mnie rozumiał. - Nie mogę przestać analizować, w którym momencie popełniłem największy błąd. - Znów spoglądam na mamę. - Gdy okłamałem Riona po raz pierwszy, kiedy zapytał, dlaczego mój ojciec nagle zniknął? Czy później, kiedy kończyliśmy szkołę, a on kolejny raz zapytał, czy mój tata nie chciał być na tym ważnym wydarzeniu? A może wtedy, gdy w klubie udawałem, że nie znam Haelyn, i jak idiota odgrywałem rolę, jaką sobie wymyśliłem? Wiele razy odtwarzałem wszystkie te momenty w głowie i dalej nie wiem.

- James - zaczyna mama tonem, jakim zawsze przywoływała mnie do porządku. - Każdy z nas popełnia błędy, ważne jest to, jakie wyciągamy z nich lekcje.

- Jaką lekcję mam wyciągnąć z własnych błędów?

- No właśnie skarbie, jaką?

Nienawidzę, kiedy odpowiada pytaniem na pytanie.

- Nie wiem, mamo. - Opieram łokcie na blacie i chowam twarz w dłoniach.

- Skończ z kłamstwami. Bądź od tej pory szczery.

- Haelyn mnie nienawidzi, Rion jest zły, a Miley mnie rzuciła. Tak, jak przewidziałem. - Zerkam na mamę przez szparę między palcami. - Z kim mam być szczery? Z odbiciem w lustrze?

- Chociażby z nim.

Prycham i kręcę głową, bo ta rozmowa wykańcza mnie psychicznie.

- Jestem zmęczony, idę się położyć. - Wstaję i wychodzę z kuchni.

- James?

Zatrzymuję się u podnóża schodów. Zerkam na mamę przez ramię. Stoi z pustym talerzem w ręce i wygląda, jakby miała się rozpłakać.

- Ona wie?

Przez chwilę się zastanawiam, o co jej chodzi. Jednak szybko to do mnie dociera. Kręcę głową.

- A więc zacznij od tego. To twoja lekcja.

W nocy nie mogłem zasnąć. Wierciłem się do samego rana. Poszedłem pobiegać, wziąłem długi prysznic i napisałem do Riona, ale oczywiście mi nie odpowiedział. Mogłem się tego domyślić, ale chociaż spróbowałem. Miałem odpocząć, to jednak przychodzi mi z ogromnym trudem. Nie wiem, co ze sobą zrobić, bo nie mogę znaleźć sobie miejsca. Znów piszę do Riona, tym razem mi odpisuje. Krótko, bo krótko, ale przynajmniej dostaję odpowiedź. To nieco mnie uspokaja.

To będą ciężkie dni.

Środa

Gram na konsoli z Abellą, potem układam puzzle z mamą. Znalazła nowe hobby i kupiła pięć tysięcy elementów, w których tonie nasz salon. Wszyscy poza mną odpuścili już po kilku minutach. Nie dali rady, cieniasy. Phoebe i Abella poszły do siebie, a Joseph zajął się jakimiś robótkami w garażu. Tylko Cookie dzielnie leży przy moim boku, kiedy ja opieram się plecami o kanapę, siedząc na dywanie naprzeciwko mamy.

Jest przyjemnie.

Czwartek

Spaceruję z psem drugą godzinę po parku, ale nadal nie mogę się uspokoić. Dostałem od Briana zdjęcie, na którym znajduje się Miley wraz z Remim. Stoją na nim pod jej mieszkaniem. On coś jej tłumaczy, twarzy dziewczyny niestety nie widzę dokładnie, ponieważ zwrócona jest w kierunku chłopaka, no i stoi dość daleko. Krew się we mnie zagotowała, bo nawet nie mogłem do niej zadzwonić i tego wyjaśnić. Miałem się nie odzywać. Dać jej czas. Ale jeśli on znowu zaczął ją nachodzić... muszę to wiedzieć. Po prostu muszę. Mama powstrzymała mnie przed wybraniem jej numeru i zaleciła mi spacer. Emocje ze mnie jednak nie zeszły i teraz mam gdzieś, czy popełniam kolejny błąd.

W jednej dłoni trzymam smycz, a drugą odblokowuję telefon. Przykładam go do ucha i czekam...

Słyszę w słuchawce trzy piknięcia i... nic.

Co jest?

Spoglądam na ekran. Połączenie przerwane. Postanawiam spróbować jeszcze raz.

To samo.

Dziwne.

Musiała mnie zablokować.

Piątek

Czterdzieści pięć nieudanych połączeń. Dwadzieścia jeden esemesów, które nie dotarły. Zablokowała mnie. Miley zablokowała mój numer. Wiem to na pewno, bo poprosiłem Phoebe, by zadzwoniła od siebie, i nic nie zakłóciło sygnału. Nie chce ze mną rozmawiać. Próbowałem dodzwonić się do Haelyn, ale ona też nie odbierała. Teraz spaceruję z psem uliczkami, którymi kiedyś przechadzałem się niemal codziennie i myślę. Co robić? Jeśli zadzwonię do Riona, on na bank mnie spławi. Powie, że mam się tym nie przejmować i dać Miley obiecany spokój. Ale ja się martwię, do cholery! Zwłaszcza po tym, jak zobaczyłem to zdjęcie. Nie mogę znieść myśli, że ten kutas znowu się koło niej kręci. A co, jeśli ona... jeśli ona mu wybaczy? Może wrócą do siebie...

Nie. To na pewno się nie wydarzy. W końcu to właśnie on wyciągnął mordercę rodziców Haelyn z więzienia. Mnie mogłaby chcieć zrobić na złość, ale nie zrobiłaby żadnego krzywego ruchu w stronę swojej przyjaciółki. Tego jestem pewien, więc chyba mogę być spokojny, prawda?

Miley jest twarda. Poradzi sobie z nim.

Na pewno.

- Tremblay? - Sztywnieję na dźwięk znajomego głosu i przechodzą mnie dreszcze.

Zaciskam palce na komórce, po czym chowam ją do kieszeni spodni. Odwracam się w zwolnionym tempie. Tylko jedna osoba mogłaby zwrócić się do mnie właśnie tym nazwiskiem, choć sam nie używam go od kilkunastu lat.

- Rina - mówię bez emocji.

Cookie szczeka na nią, jakby wyczuł, że nie jest dobrym człowiekiem.

Dobry pies.

- Wpadłeś w odwiedziny? - pyta, przekrzywiając zaciekawiona głowę. W rękach trzyma dwie duże torby z zakupami.

- Tak - odpowiadam krótko. Nie mam ochoty na pogaduszki z tą rąbniętą kobietą. - I nie mów do mnie Tremblay. To nie moje nazwisko.

Rina uśmiecha się delikatnie i podchodzi bliżej. Cookie warczy, wyrywając się do przodu. Instynktownie blokuję smycz i przyciągam go do swojej nogi, choć jak dla mnie mógłby ją rozszarpać, a ja bym się temu przyglądał. Kobieta spogląda na psa, potem przenosi spojrzenie na mnie.

- Ależ to twoje prawdziwe nazwisko.

- Nie mam z nim nic wspólnego.

Zapada chwilowa cisza, podczas której zastanawiam się, czy zwyczajnie się nie odwrócić i sobie nie pójść.

- Jak tam Haelyn? Macie ze sobą kontakt?

Ona poważnie ma czelność mnie o to pytać? Czy gdybym roześmiał się jej w twarz, wyglądałoby to bardzo źle? Zaciskam pięści. Robi mi się gorąco.

- Twój plan się powiódł. Nienawidzi mnie.

Rina cmoka i kręci krótko głową, udając zmartwienie. Ale ja widzę prawdę w jej przeklętych oczach.

- Przykro mi, że wasza przyjaźń tego nie przetrwała.

Prycham i odwracam od niej wzrok. Nie zniosę tego dłużej. Czego ona ode mnie jeszcze chce? Cookie nadal obserwuje ją czujnym spojrzeniem i cicho powarkuje, gotowy rzucić się na nią, gdybym tylko spuścił go ze smyczy.

Och, jakże mnie to korci.

- Dlaczego jej wtedy nie powiedziałaś? Trzeba było to zrobić.

- To by było za proste. Chciałam, by sama do tego doszła. Poza tym... - urywa i znów rzuca okiem na mojego psa.

- Poza tym co?

Unosi głowę i uśmiecha się sztucznie.

- Byłam ciekawa, czy sam się przyznasz. Nie zrobiłeś tego.

- Rozmawialiśmy już o tym. - Robię krok w jej stronę, trzymając Cookiego blisko siebie. Nie chcę mieć jej na sumieniu, choć naprawdę nie płakałbym za nią, gdyby pies ją zagryzł. Rina przygląda mi się z uwagą. Z jej oczu nie da się niczego wyczytać. Żadnych emocji. Tylko zagadka. Ta kobieta to jedna wielka chodząca zagadka.

I wrzód na moim tyłku.

- Prosiłem cię, żebyś się od niej odczepiła. Żebyś dała jej żyć. Nie posłuchałaś. - Wyciągam palec wskazujący w jej stronę.

- A ty nie posłuchałeś, gdy mówiłam, że to moja siostrzenica i zamierzam ją chronić przed fałszywymi przyjaciółmi.

Kolejny raz prycham.

Ona to ma tupet!

- Sądziłem, że coś do ciebie dotarło, ale kiedy zaczęłaś wysyłać te dziwne wiadomości do Haelyn, zrozumiałem, że ty się nigdy nie zmienisz.

Rina wykrzywia usta i śmieje się cicho pod nosem.

- Sądziłeś, że jak do mnie przyjedziesz i mi zagrozisz, to się przestraszę? - prycha i zaciska swoje długie palce na uszach toreb zakupowych. Tamtego dnia, gdy wpadliśmy na nią wraz z Haelyn zaraz po tym, jak odwiozłem dziewczynę do domu, wróciłem do Windsor i odwiedziłem Rinę. Wierzyłem, że uda mi się przemówić jej do rozumu. Jak zwykle się przeliczyłem.

Kobieta pochyla się nieco w moim kierunku i szepcze:

- Miałam do czynienia z takimi jak ty. Nikt nie jest w stanie mnie złamać, rozumiesz? Możesz sobie myśleć, co chcesz, i wmawiać wszystkim dookoła, jaki to z ciebie święty, ale ja wiem, kim naprawdę jesteś. Wiem, jaka płynie w tobie krew i do czego możesz być zdolny. Przestań oszukiwać samego siebie i spójrz w lustro. Dostrzeżesz kopię swojego ojca. Żałośnie zakochany w kobiecie, której nie możesz mieć.

Marszczę brwi i odsuwam się od niej o krok.

- Co ty... - nie kończę, bo wchodzi mi w słowo.

- Nie rób z siebie jeszcze większego głupka, James. Widzę, jaka jest prawda. Przecież ty nigdy nie chciałeś być z Miley. To była tylko przykrywka. Kochasz Haelyn, tak jak Dominic kochał Maliah.

Jej słowa uderzają mnie jak pięść w sam żołądek. Robi mi się niedobrze. Co jej się uroiło w tej pustej głowie? Jak śmie mówić takie rzeczy? Rzucać oskarżeniami, podczas gdy w rzeczywistości nic o mnie nie wie.

- Ty się dobrze czujesz? - Krzywię się. - Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nigdy nie kochałem Haelyn, a przynajmniej nie tak, jak uważasz. Jest moją przyjaciółką. Chroniłem ją i nadal będę to robił, ale kocham Miley. Skończ z tymi durnymi teoriami i odczep się od Haelyn raz na zawsze. Lepiej jej się będzie żyło bez ciebie. - Odwracam się z zamiarem odejścia, ale ona zatrzymuje mnie kolejnymi słowami:

- Możesz zmienić nazwisko, ale nie zmienisz tego, kim naprawdę jesteś.

Odwracam głowę i rzucam jej kpiące spojrzenie przez ramię.

- Kim niby jestem?

Rina wzrusza ramionami, jakby miała wyjebane na mnie, na tę rozmowę i na wszystko dookoła. Jej czerwone jak wino usta rozciągają się w ironicznym uśmiechu.

- Jamesem Tremblayem. Synem Dominica Tremblaya. Synem mordercy.

Sobota

W dupie mam bycie cierpliwym. Wykańcza mnie ta cisza zarówno ze strony Miley, Haelyn, jak i Riona. Nie zniosę tego dłużej. Martwię się, bo nie wiem, co u nich. Minął tydzień, odkąd Dominic jest na wolności. Nie pojawił się jednak w naszym domu. Cały czas tu jestem. Czy gdyby przylazł do mojego mieszkania w Detroit, to Rion by mnie o tym poinformował?

Z pewnością.

Zaczynam wariować. Odbija mi od tej niewiedzy. Ostatnio mało śpię. W dodatku wczorajsze spotkanie z Riną wytrąciło mnie z równowagi tak bardzo, że ciągle wracam do jej słów: "Możesz zmienić nazwisko, ale nie zmienisz tego, kim naprawdę jesteś". Może ma rację? Może mam w genach popełnianie błędów, tak jak mój ojciec? Może i ja kiedyś zwariuję i...

Staram się zajmować głowę czymkolwiek. Zacząłem nawet majsterkować z Josephem i chodzę na basen z Abellą. Phoebe nie lubi pływać, dlatego ona uczęszcza w tym czasie na tenisa. Moje siostry, choć są bliźniaczkami, wyglądają identycznie i ubierają się tak samo, to mają zupełnie różne hobby. Cieszę się, że każda robi to, co lubi.

- Tata kupił mi wrotki, pójdziesz ze mną pojeździć? - pyta Abella, kiedy wracamy do domu.

Ma wilgotne włosy - uparła się, że nie chce ich suszyć, bo "to je niszczy", i przecież nie musi tego robić, bo jedziemy samochodem. Zgodziłem się, ponieważ nie miałem ochoty dyskutować z trzynastoletnią dziewczynką przy recepcji basenowej. Jest tak samo uparta jak ja, więc to byłaby kłótnia bez końca.

- Jasne - odpowiadam, posyłając jej uśmiech.

- Dlaczego przyjechałeś sam?

Spodziewałem się tego pytania. Moje siostry nie są głupie, musiały zauważyć, że coś się stało w moim życiu. Nie wiem tylko, jak wytłumaczyć to wszystko nastolatkom, dlatego przez te kilka dni siedziałem cicho i nie zaczynałem tematu. Ale teraz, kiedy sama mnie o to zapytała...

Biorę głęboki wdech i wypuszczam go powoli przez usta.

- Pokłóciłeś się z Miley?

Kurwa.

- Rozstaliśmy się. - Zerkam na nią szybko. Nie wygląda, jakby była na mnie zła, raczej jakby się martwiła. Wiem, jak bardzo obie z Phoebe polubiły Miley i wiele razy odgrażały się, że jeśli to spieprzę, to mnie zabiją. Spieprzyłem. I co teraz?

- Dlaczego?

Och, to trudniejsze, niż przypuszczałem. Zatrzymuję samochód na czerwonym świetle i odwracam głowę w stronę siostry.

- Zrobiłem coś niewybaczalnego - przyznaję się.

Nie chcę, by to ją posądzały o nasze rozstanie. Lubią Miley i niech tak zostanie. Poza tym to prawda. Nasz związek rozpadł się przeze mnie. Nie mam zamiaru tego ukrywać.

- Wszystko można wybaczyć.

- Niestety nie wszystko. - Przełykam z trudem ślinę i ruszam z miejsca, skupiając się z powrotem na drodze.

- Jak to nie? Przecież zawsze powtarzałeś, że z każdej złej sytuacji znajdzie się wyjście. To twoje słowa.

No i teraz jeszcze wychodzę na hipokrytę w oczach własnej siostry. Zajebiście.

- Zdradziłeś ją?

- Nie.

- To co takiego zrobiłeś? - dopytuje.

- Bel, to sprawa pomiędzy mną a Miley.

- Chcę wiedzieć - upiera się.

Nie mogę powiedzieć prawdy nastolatce, bo ona tego nie zrozumie. Poza tym nie ma pojęcia, czego dopuścił się mój biologiczny ojciec. Wie, że Joseph nim nie jest, ale nic więcej. Jakoś nigdy ani ona, ani Phoebe nie dopytywały o Dominica. Nie chcę tego zmieniać. Mama również nie rozwijała przy nich tego tematu. Lepiej, żeby nie wiedziały.

- Za chwilę będziemy w domu - informuję siostrę.

Słyszę, jak z niezadowoleniem prycha i zaplata ręce na piersiach, ale nie drąży. Milczy i dziękuję jej za to. Bo naprawdę nie jestem w stanie prowadzić z nią takiej rozmowy.

Niedziela

To zdecydowanie najnudniejszy dzień tygodnia. Pierwszą połowę przeleżałem w łóżku, a teraz drugą godzinę spaceruję z psem po dzielnicy, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie przywykłem do takiego pałętania się bez celu. Kilka razy złapałem się na tym, że wybierałem już numer do Riona, a potem do Haelyn. Powstrzymałem się jednak, choć nie było łatwo. Chciałbym wszystko naprawić, żeby było jak dawniej. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nigdy już nie będzie jak dawniej, i to mnie przytłacza. Dzięki temu debilowi Dominic jest na wolności, a ja nic nie mogę z tym zrobić. Coraz częściej zastanawiam się, czy gdybym wtedy nie dał się podpuścić i się z nim nie spotkał (i mu nie wpierdzielił), to czy sytuacja teraz byłaby zupełnie inna. Czy mimo to szperałby w mojej przeszłości i wyciągnął Dominica z więzienia? Czy w jakikolwiek inny sposób chciałby mi zagrozić albo uprzykrzyć życie?

Zamykam oczy. Zatrzymuję się i odchylam głowę do tyłu.

Potrzebuję wolnego od własnych myśli. Muszę się odciąć, co nie jest możliwe. I koło się zamyka.

- Chodź, Cookie. - Spuszczam wzrok na psa, który wpatruje się we mnie z przechylonym łebkiem. - Odwiedzimy nasz ulubiony park.

Poniedziałek

Czekam cztery sygnały, nim wreszcie słyszę znajomy głos w słuchawce.

- Hej. - Krótkie, ale treściwe przywitanie.

- Wszystko u was w porządku?

- Tak. - Hmm, chyba tylko tego mogę dziś oczekiwać od Riona.

- Wracam do domu.

- Yhym.

Nie no, ja zaraz pierdolnę.

- Możesz nie odpowiadać tak zdawkowo?

- Mogę.

Wdech i wydech.

- Wiem, że Adwokacik widział się z Miley. Słyszałeś coś o tym?

- Że co?! - odzywa się inny głos, niepasujący do Riona. - Skąd o tym wiesz?

Haelyn.

- Brian wysłał mi zdjęcie, na którym są razem.

- Nic mi o tym nie wiadomo. - Dziewczyna chyba się oddala, bo słabo ją słyszę. - Nie popuszczę jej tego.

- Haelyn, zaczekaj... James, muszę kończyć. - Nim zdążę zaprotestować, w słuchawce rozlega się głośne pikanie.

Cudownie. A więc Miley nikomu nie powiedziała o swoim spotkaniu z byłym. Odwracam się i zauważam Phoebe, która otwiera szeroko oczy i chowa się za drzwiami.

- Widzę cię.

Wychyla się i spogląda na mnie ze skruchą.

- Nie chciałam podsłuchiwać, przepraszam, ale nie mogłam spać i chciałam sprawdzić, czy ty też już nie śpisz. - Wchodzi do środka niepewnie, splatając ręce za plecami. - Miley spotyka się z kimś innym?

Pakuję ostatnią koszulę do torby i zapinam zamek. Siadam na łóżku, poklepując miejsce obok siebie, które Phoebe zajmuje ze spuszczonym wzrokiem na swoje stopy.

- Rozstaliśmy się, bo źle się zachowałem. Okłamałem ją w pewnej bardzo ważnej sprawie - tłumaczę, nie zdradzając zbyt wiele. Ale przynajmniej tyle mogę jej powiedzieć.

Siostra unosi głowę. W jej oczach czają się łzy.

- Chodzi o twojego tatę?

Właśnie postarzałem się o kilka lat. Zaciskam szczękę, ale nie odpowiadam. Nie mogę wydusić ani słowa. Skąd ona o tym wie...

- Kilka dni temu słyszałam, jak mama płakała. Powiedziała tacie, że boi się twojego taty. Tego, że tu przyjedzie i będzie chciał się z nią zobaczyć. A ona bardzo tego nie chce.

Biorę się w garść i przysuwam do siostry.

- Nie przyjedzie tu. - Dotykam jej policzka, by ją uspokoić, bo widzę, jak to przeżywa. - Nie odważy się.

- Wiem, że jest złym człowiekiem. Wiem, że siedział w więzieniu.

Kilka lat temu mama i Joseph powiedzieli dziewczynkom, że mój biologiczny ojciec jest za kratkami. Bez szczegółów. Bez podawania powodu. One nie dopytywały, sprawa wydawała się zamknięta. A teraz on wyszedł i wszyscy żyjemy w lęku. Nikt nie wie, do czego zdolny jest Dominic. W końcu po tylu latach w więzieniu może być teraz zupełnie innym człowiekiem albo tym samym. Nie wiem, która z tych opcji jest gorsza.

- Nie powiedziałeś o nim Miley i dlatego cię rzuciła?

- Dlaczego uważasz, że to ona mnie rzuciła?

- Bo ty byś jej nigdy nie zostawił. Za bardzo ją kochasz.

Dobra, James. Wdech i wydech. Dasz radę.

Odwracam wzrok, bo nie potrafię patrzeć w oczy mojej siostry, kiedy ona prawie płacze. Cała ta sytuacja jest trudna. Szukam jakiegoś dobrego wyjścia, ale nie dostrzegam go. Spuszczam głowę i przecieram twarz dłońmi.

- Nie powiedziałem jej o moim ojcu - przyznaję i znów spoglądam na Phoebe.

- Wybaczy ci.

- Obawiam się, że nie - odpowiadam szeptem i mimo wszystko posyłam jej czuły uśmiech. Prostuję plecy, pocieram dłońmi uda i wstaję. Moja siostra również podnosi się z łóżka.

- Ona wie, dlaczego on siedział?

Kiwam tylko głową.

- Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze do siebie wrócicie. Jest cudowną osobą.

To prawda.

- To spotyka się teraz kimś innym?

- Nie - odpowiadam szybko, ale reflektuję się po chwili: - Nie wiem.

- Nie trać nadziei, James. Jesteś super.

Uśmiecham się do niej i przytulam ją mocno. Potem chrząkam i sięgam po torbę, którą podnoszę z łóżka i zarzucam sobie na ramię.

- Chodźmy, zrobię ci pyszne śniadanie. Najpóźniej za dwie godziny będę musiał lecieć.