Erast Pietrowicz zaczął uważać, że jest człowiekiem
harmonijnym, w momencie kiedy osiągnął pierwszy stopień
mądrości.Stało się to nie za późno, ani nie za wcześnie, a w sam
raz - w tym wieku, kiedy już należy wyciągać wnioski, lecz
jeszcze można pozmieniać plany.
Najistotniejszy wniosek, który on wyciągnął z przeżytych
lat, sprowadzał się do możliwie krótkiej maksymy, wartej
wszystkich filozoficznych teorii razem wziętych: starzeć się - jest dobrze. "Starzeć się" oznacza "dojrzewać", czyli stawać się
nie gorszym, ale lepszym - silniejszym, mądrzejszym,
doskonalszym. Natomiast jeżeli człowiek, starzejąc się, odczuwa nie
zysk, lecz stratę, to oznacza, że jego statek zmylił kurs.
Kontynuując morską metaforę, można powiedzieć, że rafy
pięćdziesięciolecia, o które dość często rozbijają się
mężczyźni, Fandorin ominął, płynąc pod pełnymi żaglami i z rozwianą
banderą. Co prawda niewiele brakowało, żeby zbuntowała się
załoga, ale wszystko skończyło się pomyślnie.
Próba rebelii miała miejsce akurat w dniu obchodów
pięćdziesięciolecia Fandorina, co, rzecz jasna, nie było
przypadkiem. W połączeniu cyfr jest niewątpliwa magia i nie
dostrzegają jej wyłącznie ci, którym zwyczajnie brakuje wyobraźni.
Erast Pietrowicz, wówczas pasjonujący się nurkowaniem,
uczcił urodziny spacerem w skafandrze po morskim dnie,
a wieczorem usiadł na werandzie i obserwował wałęsających
się po esplanadzie ludzi. Sącząc rumowy poncz, powtarzał
w myślach: "Mam pięćdziesiąt lat, mam pięćdziesiąt lat", jak
gdyby usiłował uchwycić smak nieznanego napoju. Nagle
jego wzrok zatrzymał się na niedołężnym staruszku w białym
kapeluszu. Wyschniętą, trzęsącą się mumię toczył w fotelu na
kółkach służący Mulat. Wzrok matuzalema był mętny,
z podbródka zwisała nitka śliny.
"Mam nadzieję, że nie dożyję takiego wieku" - pomyślał
Fandorin - i nagle zrozumiał, że się przestraszył. A jeszcze
bardziej przestraszył się tego, że przestraszyła go myśl o starości.
Pogodny nastrój ulotnił się bezpowrotnie. Fandorin wrócił
do hotelowego pokoju przebierać paciorki nefrytowego
różańca i rysować na papierze hieroglif "starość". Kiedy już cała kartka była upstrzona wizerunkiem symbolu we
wszystkich możliwych stylach, problem się rozwiązał, koncepcja się
ukształtowała. Rebelia na statku została zdławiona. Erast
Pietrowicz osiągnął pierwszy stopień świadomości.
Życie nie może być schodzeniem, lecz ciągłym
wznoszeniem się aż do ostatniej chwili. To raz.
W często cytowanym wersie Puszkina "Dzień za dniem
leci, każda godzina unosi cząsteczkę życia"[1] tkwi
kardynalny błąd. Najprawdopodobniej albo poeta miał chandrę, albo
jest to zwyczajna pomyłka. Ten wers należy czytać
w następujący sposób: "Dzień za dniem leci, każda godzina przynosi
cząsteczkę życia". Jeżeli człowiek żyje właściwie, bieg czasu
czyni go nie biedniejszym, lecz bogatszym. To dwa.
Starzenie się powinno być intratną transakcją handlową,
naturalną wymianą mocy fizycznej i umysłowej na moc
duchową, piękna zewnętrznego na wewnętrzne. To trzy.
Wszystko zależy od gatunku twojego wina. Jeżeli jest
tanie, z czasem skwaśnieje. Jeżeli zaś szlachetne, stanie się
lepsze. Stąd wniosek: im człowiek staje się starszy, tym lepszy
musi się stawać pod względem jakości. To cztery.
No i pięć. Z mocy fizycznej i umysłowej Erast Pietrowicz
również nie zamierzał rezygnować. W tym celu opracował
specjalny program.
W każdym kolejnym roku życia należy zdobywać nowy
ląd. A nawet dwa: jeden sportowy i fizyczny, a drugi
intelektualny. Wówczas starzenie się będzie ciekawe, a nie straszne.
Dosyć szybko powstał perspektywiczny plan przyszłej
ekspansji - i to taki, że na jego realizację mogło nie wystarczyć
kolejnych pięćdziesięciu lat.
Wśród wciąż jeszcze niezrealizowanych intelektualnych
celów Fandorin umieścił solidne opanowanie języka
niemieckiego, gdyż wojna z Niemcami i Austro-Węgrami
najwyraźniej była nieunikniona; opanowanie chińskiego (tutaj jednego
roku nie wystarczy, konieczne będą dwa, a i to tylko dzięki
temu, że z chińskimi znakami już się zaznajomił); wypełnienie
wstydliwej luki w wiedzy o świecie i gruntowne zgłębienie
kultury muzułmańskiej - w tym celu trzeba będzie nauczyć
się arabskiego i przestudiować w oryginale Koran (co zajmie
ze trzy lata); bliższe zapoznanie się z literaturą klasyczną
i współczesną (na to Erastowi Pietrowiczowi wiecznie
brakowało czasu) i tak dalej, i tak dalej.
Zadania sportowe na najbliższy czas to: nauczyć się
pilotować aeroplan, poświęcić jeden rok na ciekawą i korzystną
dla koordynacji ruchów olimpijską rozrywkę - skoki o tyczce,
zająć się alpinizmem, koniecznie nauczyć się nurkować bez
skafandra, ale z ustnikiem nowego typu, w którym
udoskonalony regulator tlenu umożliwia zanurzenie się na znaczną
głębokość. Ech, nie da się wszystkiego wymienić...
W ciągu pięciu lat, które upłynęły od dnia, kiedy to
Fandorin przestraszył się strachu, metodyka prawidłowego
starzenia się zdążyła zaowocować dobrymi wynikami. Co roku
pokonywał kolejny stopień, a ściślej rzecz biorąc dwa, tak
więc na siebie dawnego, pięćdziesięcioletniego, patrzył teraz
z góry.
Do swoich pięćdziesiątych pierwszych urodzin Erast
Pietrowicz w charakterze osiągnięcia intelektualnego nauczył się
języka hiszpańskiego, którego mu bardzo brakowało w trakcie
wypraw po Morzu Karaibskim. "Stopniem" dla ciała stała się
dżygitówka. Konno jeździł rzecz jasna już wcześniej, ale nie
tak znowu dobrze, a przecież jest to potrzebna umiejętność
i do tego niezwykle wciągające zajęcie - o wiele
przyjemniejsze od wyścigów automobilowych, które już zdążyły mu się
znudzić.
Przed ukończeniem pięćdziesiątego drugiego roku życia
Fandorin nauczył się mówić po włosku i znacznie
podwyższył swoją sprawność w japońskiej szermierce kenjutsu. Tę
wspaniałą naukę przybliżył mu japoński konsul, baron
Sigeyama, posiadający najwyższy dan. Pod koniec nauki Erast
Pietrowicz pokonywał barona w dwóch walkach z trzech (w tej
jednej ustępował mu tylko dlatego, by nie urazić senseja).
Pięćdziesiąty trzeci rok życia został poświęcony z jednej
strony antycznej i nowożytnej filozofii (wykształcenie
Fandorina zakończyło się niestety na gimnazjum), z drugiej zaś
jeździe na motocyklu, która pod względem intensywności
wrażeń nie ustępowała jeździe konnej.
W minionym 1910 roku umysłem Erasta Pietrowicza
zawładnęła najszybciej rozwijająca się współczesna nauka -
chemia, natomiast ciało zabawiał Fandorin żonglerką
(wydawałoby się, że to głupstwo, błahostka, lecz doskonali synchronizację
ruchów i precyzyjną motorykę).
W obecnym zaś sezonie wydało mu się logiczne przejście
od żonglerki do chodzenia po linie, które jest wspaniałym
sposobem na wzmocnienie równowagi fizycznej i psychicznej.
Ćwiczenia intelektualne były po części związane
z ubiegłorocznym zainteresowaniem chemią. Kolejne dwanaście
miesięcy Fandorin postanowił poświęcić swojej dawnej pasji -
nauce kryminalistycznej. Wyznaczony termin już upłynął,
lecz badania trwały, ponieważ obrały niespodziewany
i wielce perspektywiczny kierunek, którym oprócz Erasta
Pietrowicza nikt się na poważnie nie zajmował.
Chodziło o nową metodę podejścia do świadków
i podejrzanych: jak ich mianowicie zmusić do całkowitej szczerości?
W czasach barbarzyńskich wykorzystywano metodę okrutną
i mało pewną - tortury, tymczasem okazało się, że
maksymalnie pełne i wiarygodne zeznania można uzyskać,
wykorzystując połączenie trzech typów oddziaływania:
psychologicznego, chemicznego i hipnotycznego. Jeżeli najpierw stworzyć
właściwy portret psychologiczny człowieka dysponującego
potrzebną informacją, lecz niezamierzającego się nią
podzielić, później zaś za pomocą odpowiednich preparatów
osłabić jego wolę sprzeciwu, a na koniec poddać sesji hipnozy -
szczerość będzie absolutna.
Wyniki eksperymentów robiły wrażenie. Jednak zrodziły
się poważne wątpliwości dotyczące ich korzyści praktycznych.
Nie chodziło nawet o to, że Fandorin za nic w świecie nie
udostępniłby swoich odkryć państwu (strach pomyśleć, jak
mogliby wykorzystać tę broń niezbyt delikatni panowie z Ochrany
lub żandarmerii). Sam Erast Pietrowicz w trakcie
jakiegokolwiek dochodzenia nie pozwoliłby sobie raczej na uczynienie
z innego człowieka, nawet bardzo złego, przedmiotu
chemicznego oddziaływania. Immanuel Kant, który twierdził, że ludzi
nie wolno traktować jako środka prowadzącego do osiągnięcia
celu, nie pochwalałby tego - a po roku studiów filozoficznych
Fandorin uważał królewieckiego mędrca za największy
autorytet moralny. Dlatego też badanie kryminalistycznego
"problemu szczerości" miało dla Erasta Pietrowicza oderwany od
życia, akademicko-naukowy charakter.
Otwarta pozostawała kwestia etyki stosowania nowej
metody w przypadku ścigania wyjątkowo okrutnych
przestępstw, a także przestępstw stwarzających szczególne
zagrożenie dla społeczeństwa i państwa.
Właśnie o tym Fandorin w skupieniu rozmyślał czwarty dzień
z rzędu - od momentu, kiedy zrobiło się głośno o zamachu
na przewodniczącego Rady Ministrów Stołypina. Pierwszego
września wieczorem w Kijowie pewien młody człowiek
dwukrotnie strzelił do czołowej postaci rosyjskiego życia
politycznego.
Wiele elementów w tym wydarzeniu wyglądało wręcz
fantasmagorycznie. Po pierwsze, krwawy dramat wydarzył
się nie gdzie indziej, tylko w teatrze, na oczach licznie
zgromadzonej publiczności. Po drugie, sztuka była nader wesoła
(Bajka o carze Sałtanie). Po trzecie, na widowni był obecny
bynajmniej nie bajkowy, lecz najprawdziwszy car, na którego
morderca nawet nie zwrócił uwagi. Po czwarte, teatr był
strzeżony do tego stopnia, że żaden Gwidon[2] nie dostałby się tam
nawet pod postacią komara. Widzów wpuszczano
wyłącznie na podstawie imiennych przepustek wydawanych przez
Ochranę. Po piąte - i to było najbardziej niewiarygodne -
terrorysta taką przepustkę posiadał, przy czym nie
podrobioną, lecz autentyczną. Po szóste, mordercy nie tylko udało się
wejść do teatru, ale też wnieść broń palną...
Z informacji, które docierały do Erasta Pietrowicza (a
źródła informacji Fandorin miał pewne), wynikało, że
aresztowany nie udzielił na razie żadnych wyjaśnień, mogących
rozwiązać tę zagadkę. No i właśnie tu przydałyby się nowe metody
prowadzenia przesłuchania!
W czasie kiedy premier umierał (rana niestety była
śmiertelna) i kiedy nieumiejętni śledczy trwonili cenny czas,
ogromne imperium, i bez tego obciążone mnogością
problemów, chwiało się w posadach - tylko patrzeć, jak padnie,
przewróci się niczym przeładowany wóz drabiniasty,
z którego na ostrym zakręcie spadł woźnica. Zbyt wiele znaczył dla
kraju Stołypin.
Stosunek Fandorinа do tego człowieka, który przez bez
mała pięć lat w zasadzie niepodzielnie rządził Rosją, był
niejednoznaczny. Szanując męstwo i stanowczość premiera,
wiele rozwiązań kursu Stołypina Erast Pietrowicz uważał za
niesłuszne, a nawet niebezpieczne. Niemniej nie było żadnych
wątpliwości co do tego, że śmierć Stołypina była dla państwa
straszliwym ciosem, który zagroził krajowi pogrążeniem się
w nowym chaosie. Teraz bardzo wiele zależało od szybkości
i skuteczności dochodzenia.
Nie ulegało wątpliwości, że Fandorin zostanie włączony
do czynności śledczych w charakterze niezależnego eksperta.
Tak było już nieraz, kiedy śledztwo w jakiejś nadzwyczajnej
sprawie grzęzło w martwym punkcie, a przecież nie sposóbbohaterze, księciu Gwidonie Sałtanowiczu i o pięknej księżniczce Łabędzicy -
(przyp. tłum.).
sobie wyobrazić sprawy bardziej pilnej i ważnej niż kijowski
zamach. Co więcej, Erast Pietrowicz osobiście znał
przewodniczącego Rady Ministrów - kilka razy na jego prośbę
uczestniczył w szczególnie zawiłych lub delikatnych dochodzeniach
wagi państwowej.
Czasy, kiedy Fandorin z powodu sporu z władzami był
zmuszony opuścić rodzinne miasto i kraj, były zamierzchłą
przeszłością. Osobisty wróg Erasta Pietrowicza, onegdaj
najpotężniejszy człowiek w stolicy (a raczej te szczątki, które
pozostały z jego dostojnego ciała), już od dawna spoczywał
w pompatycznym grobowcu niespecjalnie opłakiwany przez
mieszkańców miasta. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by
Fandorin spędzał w Moskwie tyle czasu, ile zapragnie. Nic -
poza przyzwyczajeniem do przygód i nowych wrażeń.
Będąc w stolicy, Erast Pietrowicz mieszkał w oficynie
wynajmowanej w Małym Uspienskim Zaułku, powszechnie
znanym jako Świerszczowy Zaułek. Dawno, dawno, jakieś
dwieście lat temu, kamienny budynek wzniósł tutaj kupiec
o nazwisku Świerszcz. Kupiec zmarł, później wiele razy
zmieniali się właściciele domu, lecz sympatyczna nazwa zachowała
się w pamięci mieszkańców Moskwy. Wypoczywając po
podróżach lub dochodzeniach, Fandorin mieszkał tu spokojnie
i cicho - niczym świerszcz za piecem.
Mieszkanie było wygodne i dla dwóch osób całkiem
wystarczające: sześć pokoi, łazienka, wodociąg, elektryczność,
telefon - wszystko za sto trzydzieści pięć rubli miesięcznie wraz
z węglem do holenderskiego pieca. Właśnie w tych ścianach
realizowana była większość punktów
sportowo-intelektualnego programu, opracowanego przez emerytowanego radcę
stanu. Niekiedy z przyjemnością wyobrażał on sobie, jak
znudzony podróżami i przygodami zamieszka wreszcie
w Świerszczowym Zaułku na stałe i całkowicie odda się
porywającemu procesowi starzenia się.
Kiedyś. Jeszcze nie teraz. Nie tak znowu prędko.
Najprawdopodobniej po siedemdziesiątce.
Do nudy i przesytu Erastowi Pietrowiczowi było jeszcze
daleko. Poza granicami świerszczowego zapiecka
pozostawało zbyt wiele różnych, fantastycznie interesujących miejsc,
wydarzeń i zjawisk. Od niektórych dzieliły go tysiące
kilometrów, od innych - wieki.
Jakieś dziesięć lat temu Fandorin poważnie zainteresował
się podwodnym światem. Zbudował nawet na podstawie
własnego projektu submarinę; zarejestrował ją na dalekiej
wyspie Aruba i nieustannie doskonalił jej konstrukcję. Pociągało
to za sobą nie lada wydatki, lecz kiedy za pomocą submariny
udało się podnieść z dna drogocenny ładunek, hobby nie tylko
zwróciło się z nawiązką, lecz także uwolniło Erasta
Pietrowicza od konieczności pobierania honorariów za prowadzenie
dochodzeń i detektywistyczno-kryminalistyczne konsultacje.
Teraz mógł podejmować się wyłącznie spraw ciekawych
albo takich, z których z tych czy innych przyczyn nie
wypadało zrezygnować. W każdym razie status człowieka
pracującego bez wynagrodzenia lub oddającego przysługę jest o wiele
przyjemniejszy od bycia najemnym pracownikiem, nawet
cieszącym się dużym autorytetem.
Niemniej Fandorin rzadko i przez krótki czas mógł cieszyć
się spokojem. Wszystkiemu winna była reputacja, którą
zdobył w międzynarodowych kręgach w ciągu ostatnich
dwudziestu lat. Od czasu nieszczęsnej wojny japońskiej do
niezależnego eksperta często zwracało się też jego własne państwo.
Zdarzało się, że Erast Pietrowicz odmawiał - jego
wyobrażenia na temat dobra i zła nie zawsze zbiegały się z rządowymi.
Na przykład niechętnie podejmował się spraw
wewnątrzpolitycznych, chyba że chodziło o jakieś wyjątkowo nikczemne
przestępstwo.
Od zamachu na premiera zalatywało właśnie
nikczemnością. Zbyt dużo tu było niewytłumaczalnych, dziwnych
elementów. Z poufnie uzyskanych informacji wynikało, że kilka
osób w Petersburgu myślało podobnie. Przyjaciele ze stolicy
powiadomili Fandorina przez telefon, że wczoraj do Kijowa
udał się minister sprawiedliwości, aby osobiście stanąć na
czele dochodzenia. To oznacza, że Ochrana oraz departament
policji nie cieszą się zaufaniem władz. Jak nie dziś, to jutro
do śledztwa zostanie włączony również "niezależny ekspert"
Fandorin. Jeśli zaś nie zostanie włączony, będzie to znaczyło,
że zgnilizna w aparacie państwowym sięgnęła samej góry...
Erast Pietrowicz już wiedział, jak należy postępować.
Kwestię chemicznego sposobu oddziaływania należało
jeszcze przemyśleć, natomiast zastosowanie wobec mordercy
metod psychologicznych i hipnotycznych wydawało się
całkiem zasadne. Należy rozumieć, że to w zupełności
wystarczy. Terrorysta Bogrow musi powiedzieć to, co jest
najważniejsze: czyim był narzędziem, kto zapewnił mu przepustkę
i wpuścił do teatru z rewolwerem.
W tym celu dobrze by było zmusić do szczerości
naczelnika kijowskiego Zarządu Ochrany, podpułkownika
Kuliabkę oraz zastępcę dyrektora departamentu policji, radcę
stanu Wierigina, który był odpowiedzialny za
bezpieczeństwo. Z tymi w najwyższym stopniu podejrzanymi osobami -
uwzględniając rodzaj ich działalności, tudzież ogólną
zawodową niedbałość - można się nie patyczkować. Na poddanie
się hipnozie raczej się nie zgodzą, ale gdyby tak spotkać się
z każdym z nich prywatnie, w cztery oczy, i kapnąć
sekretnego preparatu do ulubionego koniaku podpułkownika oraz
do herbaty abstynenta Wierigina? Zaraz by opowiedzieli
o tajemniczej przepustce, a także o tym, dlaczego obok premiera
w czasie antraktu nie było nikogo z ochrony. I to
w warunkach, kiedy na Piotra Arkadjewicza kolejny rok z rzędu
polowali i eserzy, i anarchiści, i po prostu samotni tyranobójcy...
Fandorin aż wzdrygał się na myśl o tym, że za zamachem na
premiera mogą stać organa odpowiadające za ochronę
imperium. Już czwarty dzień nieswój krążył po mieszkaniu, to
przebierając paciorki zielonego różańca, to rysując na
papierze jakieś sobie tylko znane schematy. Palił cygara, cały czas
żądał herbaty, ale prawie nic nie jadł.
Masa - służący i przyjaciel, jedyna na świecie bliska mu
osoba - doskonale wiedział, że kiedy pan jest w takim stanie,
lepiej się do niego nie zbliżać. Japończyk przez cały czas był
obok, lecz przed oczy się nie pchał, siedział cicho jak mysz pod
miotłą. Odwołał dwie miłosne randki, po herbatę do chińskiego
sklepu wysyłał dozorczynię. Wąskie oczy człowieka Wschodu
płonęły żywym ogniem - Masa czekał na ciekawe wydarzenia.
W ubiegłym roku oddany powiernik Fandorina
również skończył pięćdziesiątkę. Przełomową datę potraktował
z prawdziwie japońską powagą. Zmienił swoje życie jeszcze
bardziej radykalnie niż jego pan.
Po pierwsze, zgodnie z dawną japońską tradycją ogolił
głowę - na dowód tego, że pod względem ducha przechodzi
w stan mnisi i, przygotowując się do odejścia w zaświaty,
wyrzeka wszystkich doczesnych przyjemności. Wprawdzie
Fandorin na razie nie zauważył, żeby Masa choć trochę zmienił
swoje przyzwyczajenia celadona. Zresztą zasady japońskich
mnichów nie nakazują wstrzemięźliwości cielesnej.
Po drugie, Masa postanowił przyjąć nowe imię, żeby
całkowicie zerwać z dawnym sobą. Tutaj jednak wyniknęła
komplikacja: okazało się, że wedle prawa Imperium Rosyjskiego
zmienić imię można wyłącznie przy okazji chrztu. Japończyka
ta przeszkoda nie powstrzymała. Z przyjemnością przeszedł
na prawosławie, zawiesił na piersi solidny krzyżyk, zaczął
gorliwie żegnać się na widok wszystkich kopuł, a nawet na
dźwięk bicia dzwonów, co wcale nie przeszkadzało mu wciąż
zapalać kadzidełka przed domowym buddyjskim ołtarzykiem.
Według dokumentów teraz miał na imię nie Masahiro, tylko
Michaił Erastowicz (po ojcu chrzestnym). Fandorin musiał też
dać świeżo upieczonemu chrześcijaninowi swoje nazwisko -
Japończyk prosił o to jak o największą nagrodę, którą suzeren
może obdarzyć oddanego wasala za długą i ofiarną służbę.
Paszport paszportem, lecz Erast Pietrowicz zastrzegł sobie
prawo zwracać się do służącego po staremu - Masa.
Bezlitośnie zabronił chrześniakowi zwracać się do siebie "оtoo-san"
(ojciec), a tym bardziej "ojczuruku".
A więc siedzieli Erast Pietrowicz i Michaił Erastowicz w domu
cztery doby bez przerwy, niecierpliwie spoglądając na telefon
w oczekiwaniu wezwania. Jednak bakelitowa skrzynka
milczała jak zaklęta. Niezmiernie rzadko niepokojono Fandorina
z błahych powodów, ponieważ mało kto znał numer jego
telefonu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Wiersz bez tytułu ***, przełożył Mieczysław Jastrun (przyp. tłum.).
[2] Gwidon Sałtanowicz - syn tytułowego cara z bajki Puszkina, której
pełny tytuł brzmi: Bajka o carze Sałtanie, o jego synu, sławnym i potężnym bohaterze, księciu Gwidonie Sałtanowiczu i o pięknej księżniczce Łabędzicy -
(przyp. tłum.).